Szturmem chcieli zdobyć niebo… (cz. VIII)

„Środa 24 maja 1871r. „na cmentarzu Pére-Lachaise, gwardziści narodowi oddają ostatni hołd zwłokom Dąbrowskiego. Przyniesiono je tam w nocy, a po drodze na placu Bastylii, rozegrała się wzruszająca scena. Sfederowani z barykad stojących na placu zatrzymali kondukt i złożyli ciało u stóp Kolumny Lipcowej. Ludzie z płonącymi żagwiami stanęli wokół tworząc jak gdyby kaplicę z ogni; sfederowani podchodzili kolejno, aby złożyć pocałunek na czole generała. Podczas tej defilady bębny biły werbel. Zwłoki, spowite w czerwony sztandar złożono teraz do trumny”.
Lissagaray, „Historia Komuny Paryskiej 1871”

Jarosław Dąbrowski został mianowany naczelnym dowódcą sił zbrojnych Komuny Paryskiej 10 maja 1871 r. Tego dnia wersalski rząd Adolfa Thiersa podpisał traktat pokojowy w Cesarstwem Niemieckim i mógł wszystkie siły skierować przeciwko Komunie. Prowadzenie działań ofensywnych, których nieustanie podejmował się Jarosław Dąbrowski, stawało się w tych okolicznościach z dnia na dzień coraz trudniejsze. Co gorsza większość rozdyskutowanych członków Rady Komuny Paryskiej nie rozumiała strategicznych koncepcji Dąbrowskiego. Nie potrafili i nie mieli wystarczającej woli, by zorganizować i przysłać mu do dyspozycji odpowiednie siły zbrojne, o które co rusz się upominał. Więcej uwagi – niż na narastające zagrożenie ze strony nacierających wojsk wersalskich – zdawali się poświęcać problemom związanym z codziennym życiem miasta, ale czynili to też niezbyt udolnie. W często cytowanej przeze mnie książce pt. „Komuna Paryska 1871” autorstwa Lissagaraya jest mnóstwo jego negatywnych spostrzeżeń na ten temat. Oto jedno z nich:
„Jeszcze przed upływem kwietnia każde bystre oko widziało dokładnie, że ofensywa, którą zapowiedział Cluseret (jeden z poprzedników Dąbrowskiego na stanowisku naczelnego dowódcy sił zbrojnych Komuny Paryskiej – przyp. L.F), jest zupełnie niemożliwa. W obrębie miasta pełni poświecenia ludzie czynu marnują energię na denerwujące borykanie się z biurami, komitetami, podkomitetami, z tysiącznymi pełnymi uroszczeń kółeczkami współzawodniczących ze sobą organów administracji, tracąc nieraz cały dzień na uzyskanie jednego działa (a dział w tym czasie był nadmiar – przyp. L.F). Na szańcach nieliczni artylerzyści zasypują pociskami linię Wersalu i nie żądając dla siebie niczego prócz chleba i żelaza opuszczają posterunki dopiero wtedy, gdy zmiata ich ogień nieprzyjaciela. Forty o rozbitych schronach i uszkodzonych strzelnicach odpowiadają ogniem na grad żelaza, spadający ze wzgórz. Odważni strzelcy rzucają się do walki bez wszelkiej osłony, aby żołnierzy liniowych zaskoczyć w ich kryjówkach. Poświecenie to i bohaterstwo trafia jednak w próżnię. Można by porównać je z kotłem maszyny parowej, z której para uchodzi przez sto otworów”.
Paryżanie od ponad pół roku żyli pod presją działań wojennych. Stolica Francji została już 19 września 1870 roku odcięta od reszty kraju przez oblegające ją zewsząd wojska niemieckie. Przystąpiły one do zdobywania miasta z początkiem 1871 roku. Pod wpływem tej presji, jak i z obawy przed uzbrojonym ludem paryskim, burżuazyjny Rząd Obrony Narodowej podpisał 28 stycznia zawieszenie broni z nieprzyjacielem. Następnie przeprowadził wybory do Zgromadzenia Narodowego. W skład tego organu weszli przedstawiciele burżuazji, wyższego duchowieństwa oraz bogatych chłopów. Zgromadzenie Narodowe, jak i nowopowstały rząd z Adolfem Thiersem obawiając się wystąpień uzbrojonej ludności Paryża, postanowiły rozbroić oddziały Gwardii Narodowej. O trzeciej nad ranem 18 marca 1871 r. wojska rządowe na rozkaz Thiersa przybyły do robotniczej dzielnicy, by zabrać stamtąd armaty zakupione ze składek paryżan dla Gwardii Narodowej.
„Tymczasem – jak relacjonuje to wydarzenie Lissagaray – przedmieścia obudziły się. Otwierano sklepiki. Przed mleczarniami i winiarniami szeptano sobie coś półgłosem; wskazywano na żołnierzy i kartaczownice, wymierzone w stronę ludnych ulic (…)
Kobiety wystąpiły pierwsze, jak i w dni Rewolucji. Kobiety osiemnastego marca zahartowane przez oblężenie – przypadła im przecież w udziale podwójna racja nieszczęść – nie czekały na swych mężów. Otaczają kartaczownice, nagabują artylerzystów: Jak wam nie wstyd! Co wy tu robicie?” Żołnierze milczą. Czasem, któryś podoficer próbuje oponować: No kochane, idźcie już sobie z Bogiem!. Głos brzmi groźnie; kobiety pozostają (…)”. W tym momencie z pomocą przybyli Gwardziści. Razem z okolicznymi mieszkańcami: kobietami, mężczyznami a także i dziećmi nie dopuścili do wywiezienia armat. Żołnierze wojsk rządowych odmówili strzelania do ludu i aresztowali dwóch generałów – Lecomte’a i Thomasa, których następnie rozstrzelali.
Rząd Thiersa w obawie przed zrewoltowanym ludem Paryża zbiegł do dawnej siedziby królów francuskich, Wersalu, położonego w odległości 17–19 km. Wycofała się tam również większość wojsk rządowych. Gwardia Narodowa obsadziła wówczas wszystkie budynki państwowe w mieście. Na wieży ratuszowej umieszczono czerwony sztandar.
Część rewolucyjnych przywódców, wśród nich także Jarosław Dąbrowski, wystąpiła z projektem podjęcia natychmiastowego pojęcia ataku na Wersal. Rezydujący tam rząd dysponował w tym momencie zaledwie 27–30 tysiącami żołnierzy i to przeważnie zdemoralizowanych. Gwardzistów było ponad trzy razy więcej. Mimo to większość członków Centralnego Komitetu Gwardii Narodowej nie zdecydowała się na rozgromienia sił kontrrewolucyjnych. Uważali bowiem, że władzę powinni jak najszybciej oddać organowi wybranemu w głosowaniu powszechnym przez paryżan.
26 marca odbyły się wybory. Ogółem na 484 tys. wpisanych na listy wyborcze poszło do urn 229 tys. Według mojego rozeznania były to pierwsze na taką skalę wybory powszechne w dziejach świata. „Charakterystycznym objawem – zauważa historyk Jan Pajewski – panujących nastrojów była nieufność wyborców paryskich do własnych posłów niedawno wybranych, nawet lewicowych. Nie zostali wybrani Lois Blanc, Victor Hugo, Gambetta. Drugim rysem znamiennym był fakt, że na 86 elektów było 25 robotników”.(…)
28 marca w wielkiej sali obrad ratusza paryskiego Gabriel Ranvier, mer Belleville, obwieścił donośnym głosem: <>, po czym z ramienia Komitetu Centralnego przekazał władzę nowo wybranym przedstawicielom stolicy, z których każdy przepasany był czerwoną szarfą obramowaną złotem.
Nowi przedstawiciele stolicy zaraz na pierwszym posiedzeniu przyjęli nazwę Komuna Paryża. Nazwa ta wywołała skojarzenie ze średniowiecznymi gminami miejskimi, z paryską Komuną z 1792 r., z planami utworzenia wspólnoty ludzi pracy. (…)
28 marca uroczyście proklamowano Komunę na placu przed ratuszem, gdzie witały ją entuzjastycznie tłumy paryżan i 100 tys. gwardzistów. W Stolicy Francji a także na prowincji dominowało wówczas przekonanie, że uda się uniknąć wojny domowej.
Okres pokojowego istnienia Komuny trwał bardzo krótko. Już 2 kwietnia wojska wersalskie wzmocnione około100 tys. zwolnionych z niemieckiej niewoli oficerów i żołnierzy, zaatakowały przednie pozycje komunardów.
Wojska niemieckie nie brały udziału w walkach, ale odcinały ze swej strony Paryż od prowincji, a ponadto przez swoje pozycje przepuszczały oddziały wersalczyków.
W maju Thiers uznał, że posiada przewagę wystarczającą do pokonania rewolucji. „Pozostanę – zapowiadał – bez litości, pokuta musi być zupełna, sprawiedliwość, będzie nieugięta”.
Obraz Paryża 20 maja 1871r., tuż przed „krwawym tygodniem” walk na jego ulicach, utrwalił w swych wspomnieniach Lissagaray (cytuje ze skrótami i po nieznacznym przeredagowaniu tego tekstu):.
„…Długą linią ciągną się opustoszałe Pola Elizejskie, poznaczone złowrogimi bruzdami, wyżłobionymi przez granaty (…) Pociski odbijają się od frontonu Łuku Triumfalny i kruszą płaskorzeźby (…) Szrapnele sieją wokoło śmierć. Środkowy łuk zamurowano, aby zatrzymać pociski lecące wzdłuż alei(…).
Od alei Ternes (…) aż po bramę Maillot wszyscy są o włos od śmierci.(…) Dworzec już nie istnieje; tunel się zapadł; wał obsunął się do fosy. Ludzie niby zwinne salamandry poruszają się wśród tych ruin. Przed bramą, prawie bez osłony, stoją trzy działa, którymi dowodzi kapitan la Marsseillaise; z prawej strony kapitan Rochat ma pięć dział, z lewej kapitan Martin – cztery. Monteret utrzymuje tę wysuniętą pozycję od pięciu już od tygodni, mimo huraganowego ognia; Mont Valérien, Courbevoie i Bécon wyrzuciły na nią przeszło osiem tysięcy pocisków. Dziesięciu ludzi obsługuje tych dwanaście dział. Obnażeni są do pasa, piersi i ramiona mają czarne od prochu. Craon, który poległ na stanowisku, sam jeden dawał sobie radę z dwiema siedmiofuntówkami; trzymając lonty w obu rękach strzelał jednocześnie z dwóch armat. Marynarz Bonaventure, jedyny pozostał z pierwszej obsługi, widział jak pociski rozszarpały na strzępy jego towarzyszy. A jednak pozycję utrzymano i te tak często demontowane działa zastępowano innymi. Wersalczycy wielokrotnie próbowali zaskoczyć walczących i każdej chwili mogą ponowić próbę. Monteret czuwa w dzień i w nocy i bez przechwałek może napisać do Komitetu Ocalenia Publicznego, że póki on żyje, wersalczycy nie wejdą przez bramę Maillot.
Każdy krok w kierunku la Muette jest wyzwaniem rzuconym śmierci. Na wałach przy bramie Muette jakiś oficer wymachuje swym kepi w stronę Lasku Bulońskiego; kule gwiżdżą wokół niego. To Dąbrowski, który zabawia się pokpiwaniem z wersalczyków siedzących w okopach. Generał prowadzi nas do zamku Muette, jednej ze swych kwater sztabowych. Wszystkie pokoje są podziurawione przez pociski. A jednak generał trzyma się tam i zmusza swych ludzi, aby pozostawali. Obliczono, że żaden z jego adiutantów nie pozostał tam przy życiu dłużej niż osiem dni. Nabiega właśnie wartownik z Belwederu, w który przed chwilą trafił granat. Wytrwaj – mówi do niego Dąbrowski. – Jeżeli nie sądzone ci tam umrzeć, to nic ci się nie stanie. Odwaga Dąbrowskiego wynika z fatalizmu. Nie otrzymuje on żadnych posiłków mimo depesz wysyłanych do komitetu Wojny. Uważa, że sprawa jest przegrana i zbyt często o tym mówi. Jedyny to zarzut, który mógłbym mu postawić. Nie trzeba chyba usprawiedliwiać Komuny, że korzystała z pomocy cudzoziemskich demokratów. Czy z nie jest rewolucją wszystkich proletariuszy? Czyż podczas wszystkich wojen Francuzi nie przyjmowali chętnie do swych szeregów ludzi wielkiego serca, bojowników wszystkich narodów, który chcieli walczyć pospołu z nimi? (…)
Dąbrowski towarzyszy nam w drodze przez Passy aż do Sekwany i smutnym gestem pokazuje opustoszałe niemal wały. Granaty burzą dojazdy do linii kolejowych. Wielki wiadukt zawalił się w kilku miejscach. Lokomotywy pancerne uległy zupełnemu zniekształceniu lub wywróciły się na nasyp. Ogień baterii wersalskiej z wyspy Billlancourt jest akurat na poziomie naszych kanonierek; zatopił właśnie jedna z nich – L’Estoc. Szalupa patrolowa zabiera załogę i płynie w górę Sekwany pod ogniem, który ściga ją aż do mostu Jeny.
Łagodne powietrze, życiodajne słońce, cisza pokoju biorą w objęcia tę rzekę, w której przed chwilą zatonęła kanonierka i nad którą przelatują samotne granaty. Wśród tego przepychu przyrody śmierć wydaje się tym okrutniejsza…
Ale chodźmy do rannych Passy, aby ich pozdrowić! (…) Jeden z członków Komuny, Lefrançais, odwiedza właśnie ambulans doktora Demarquaya i zapytuje go o stan rannych. Wprawdzie nie podzielam waszych poglądów – odpowiada doktor – i nie mogę pragnąć zwycięstwa wasze sprawy, ale nigdy jeszcze nie widziałem rannych, którzy by z takim spokojem i zimną krwią znosili operacje. Odwagę tę przypisuję sile ich przekonań>>. Większość chorych dopytuje się, kiedy już będą mogli powrócić do szeregów. Pewien osiemnastoletni chłopak, któremu amputowano prawą rękę, podnosi lewa i woła: Ta mi jeszcze pozostała, aby służyć Komunie!. Śmiertelnie rannego oficera zawiadomiono, że Komuna wypłaciła właśnie jego żonie i dzieciom przypadający mu żołd. Nie miałem do tego prawa – odpowiedział. Oto, przyjacielu, masz swych zapijaczonych chamów, z których – jak utrzymują w Wersalu – składa się armia Komuny. (…)
Pójdźmy za orszakiem pogrzebowym, który posuwa się ulicą la Roquette. Wejdźmy wraz z nim na cmentarz Pére-Lachaise. Wszystkich, którzy umierają za Paryż, chowa się jak członków jednej wielkiej rodziny; Komuna poczytuje sobie za zaszczyt, że grzebie ich na swój koszt. Czerwony jej sztandar powiewa nad żałobnym wozem, za którym idą koledzy z batalionu i garstka przygodnych przechodniów. Żona towarzyszy szczątkom swego męża. Jeden z członków Komuny kroczy również za trumną. Przemawia nad otwartym grobem; nie mówi jednak o żalu, lecz o nadziei zemście. Wdowa tuli do siebie dzieci i nakazuje im: Pamiętajcie o tej chwili i wołajcie wraz ze mną: Niech żyje Republika! Niech żyje Komuna! To żona porucznika Châteleta – wyjaśnia nam ktoś z obecnych.
W powrotnej drodze przechodzimy obok merostwa XI okręgu, przybranego kirem na znak żałoby po plebiscycie cesarskim, którego niewinną ofiarą stał się lud Paryża. Wesoło na placu Bastylii, na którym odbywają się ożywione targi piernikowe. Mimo ciągłej kanonady, Paryż nie chce z niczego zrezygnować. Przedłużył nawet targi o cały tydzień. Huśtawki fruwają w powietrzu, karuzele skrzypią, sklepikarze zachwalają świecidełka po 13 sous za sztukę, akrobaci reklamują się hałaśliwie, obiecując, ze polowe wpływów przeznaczą na pomoc dla rannych. Jakiś gwardzista, który wrócił z okopów, oparł się o karabin i ogląda panoramę oblężenia oraz wkroczenie Garibaldiego do Dijon.
Przejdźmy się wielkimi bulwarami. Pięć tysięcy osób wypełnia cyrk Napoleona od areny aż po sam strop. (…) Zgromadzenie zwołało kilku kupców, którzy pragną, aby obywatele departamentów wysłali delegatów do właściwych delegatów do właściwych deputowanych w Wersalu; inicjatorzy zgromadzenia sądzili, ze uda się zawrócić deputowanych z drogi i uzyskać pokój drogą perswazji. Jeden z obywateli prosi o głos i wchodzi na estradę. Tłum oklaskuje Milliére’a. Pokój! Pragniemy go wszyscy. Któż zaatakował Paryż w dniu 18 marca? – Thiers. Kto zaatakował Paryż w dniu 2 kwietnia? – Thiers. Kto mówił wciąż o pojednaniu i nie szczędził wysiłków, aby przywrócić pokój? – Paryż. Kto udaremniał to stale? – Thiers.(…) A wam zdaje się, że delegacja wybrana spośród paryżan dokona tego, czego nie mogli dokonać wolnomularze, ani Ligi ani odezwy, ani radni miejscy z prowincji! Zważcie, że nie zdając sobie nawet z tego sprawy, osłabicie w ten sposób obronę. Nie, dosyć już delegacji. Czynne stosunki z prowincją – oto droga i wybawienie! – A więc to jest ów szalony Milliére, którym straszą nas na prowincji! – woła mój przyjaciel. Tak, to on. I te tysiące ludzi wszelkiego stanu, którzy wspólnie szukają pokoju, słuchają się wzajemnie i odpowiadają sobie uprzejmie – to ten oszalały lud, owa garstka bandytów, która zawładnęła stolicą.
W koszarach księcia Eugeniusa spotykamy tysiąc pięciuset żołnierzy, którzy w dniu 18 marca pozostali w Paryżu; Komuna daje im schronienie, nie mając z nich jednak żadnego pożytku, gdyż ci próżniacy sami mówią, że nie chcą iść ani z Paryżem ani z Wersalem.(…)
Na bulwarach, od Bonne-Nouvelle aż po Operę, widzimy ten sam nieodmienny Paryż, jak przechadza się przed wystawami sklepowymi i wysiaduje przy stolikach ustawionych przed kawiarniami. Pojazdy spotyka się rzadko, gdyż drugie oblężenie bardzo utrudniło wyżywienie koni. Przez rue du 4 Septembre zbliżamy się do Giełdy, na której powiewa czerwony sztandar, i do Biblioteki narodowej, której nie brak czytelników. Przez Plais Royal dochodzimy do Muzeum Luwru. Sale, w których wiszą wszystkie obrazy, pozostawione przez administrację z czwartego września, są otwarte dla publiczności. Jednak Jules Favre i jego dzienniki utrzymują, że komuna sprzedaje zbiory narodowe za granicę.
A teraz rzućmy okiem na wielkie miasto, gdy zapadnie wieczór. Teatry otwierają swoje podwoje. Liryczny daje wielkie widowisko muzyczne na rzecz rannych. Opera Komiczna przygotowuje podobne przedstawienie (…) Teatry Gymmnase, Châtelet, Théâtre-Français, Ambigu-Comique, Délasement mają codziennie komplety. Pójdźmy jednak na widowisko, jakiego Paryż nie oglądał od 1793 roku.
Otwierają się bramy dziesięciu kościołów i rewolucja wkracza na ambony. W kościele Saint-Nicolas-des-Champs w starej dzielnicy Gravolliers jest bardzo gwarno. Płomienie lamp gzowych drgają, oświetlając zwarty, ruchliwy tłum; w cieniu łuków widać Chrystusa przepasanego szarfą komunardów. W głębi nawy jedyne dobrze oświetlone miejsce – stół, stojący naprzeciw ambony – przystrojono również czerwienią. Organy grają Marsyliankę, a tłum ją podchwytuje.(…)
Godzina dziewiąta. Możemy zdążyć jeszcze na koncert w Tuileriach. Przy wejściu obywatelki w towarzystwie komisarzy kwestują na rzecz wdów i sierot Komuny. (…) Przez wielkie środkowe okno harmonijne tony [utworów Mozarta, Meyerbeera…] płyną do ogrodu. Światła latarń i figlarnych lampionów padają na zieleńce, igrają na drzewach, odbijają się strumieniami fontann. W ogrodzie słychać śmiech przechadzającego się tłumu, a pogrążone w mroku Pola Elizejskie zdają się protestować przeciw tym władcom ludu, których nie uznawały nigdy. Wersal protestuje również salwami pocisków, rzucających przyćmiony blask na Łuk Triumfalny, którego ciemny masyw góruje niby sklepienie nad ta wieka wojną domową.(…)
Bulwary wypełnia tłum wychodzących z teatrów. W kawiarni Amerykanina Petersa widzimy skandaliczne zbiegowisko ulicznic i oficerów sztabowych. Oficerowie ci noszą miękkie buty z czerwonymi wyłogami w górze cholewy i mają przy boku szable, które nie otrzymały jeszcze chrztu bojowego. Ukazuje się oddział gwardzistów narodowych, który zabiera całe towarzystwo. Idziemy za nimi aż do Ratusza; przyjmuje ich tam Ranvier, który ma właśnie dyżur. Procedura jest bardzo krótka: ladacznice idą do więzienia Saint-Lazre, oficerowie zaś zbrojni w łopaty i oskardy – do okopów.
Godzina pierwsza w nocy. Paryż śpi snem błogosławionych. Oto masz przyjacielu, ów Paryż rozbójników. Widziałeś go, gdy myślał i płakał, walczył i pracował; widziałeś jak był pełen zapału i uczuć braterskich, lecz jakże surowy wobec występku. Czyż ulice jego, po których spokojnie chodzisz za dnia, mniej są bezpieczne w ciszy nocnej? Odkąd Paryż sam dba o bezpieczeństwo publiczne, liczba przestępstw bardzo się zmniejszyła. Gdzież więc są owe triumfy rozpasania i rozpusty? Ci sami robotnicy, którzy mogliby korzystać z miliardów, żyją z płacy, śmiesznie niskiej w porównaniu z normalnymi ich zarobkami. Wystawne domy i wille tych, którzy ich bombardują (Około 80 tys. zamożniejszych mieszkańców opuściło Paryż – przyp. JP), mogłyby być do ich dyspozycji; gdzież więc są owi łupieżcy.
Czy poznajesz w końcu ów Paryż, po raz siódmy od roku 1789 obsypywany pociskami, wystawiony dziś na cięższą próbę, niż wystawiane były Alzacja i Lotaryngia, których tak zacięcie bronił, Paryż, który nigdy nie poddaje się zawsze bowiem zrywa się do walki, gdy chodzi o dobro Francji? A gdzież jego program? – pytasz. Szukaj go tuż przed sobą, nie zaś na tym jąkającym się Ratuszu! Czyż owe dymiące szańce, owe wybuchy bohaterstwa, owe kobiety, owi zjednoczeni mężczyźni wszystkich zawodów, czyż to, że robotnicy całego świata przyklaskują naszej walce, burżuazja wszystkich krajów zaś sprzymierzyła się przeciw nam – czyż to wszystko nie wyraża jednej wspólnej myśli, że toczy się tu walka o Republikę, o triumf nowego socjalistycznego społeczeństwa? Wracaj tedy jak najszybciej, aby opowiadać u siebie, czym jest ten Paryż. Powiedz republikańskiej prowincji: Owi paryscy proletariusze walczą o wasza sprawę, was bowiem jutro czekają prześladowania. Jeżeli oni polegną, nie kto inny, lecz właśnie wy będziecie na długie lata pogrzebani pod ich trupami”.(…)

W następnym odcinku niniejszego cyklu zrelacjonuję „krwawy tydzień” czyli ostatnie dni Komuny Paryskiej…

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. VII)

Nasze społeczeństwo, namiętnie egalitarne
i demokratyczne, nie da się zmusić do
rezygnacji ze zdobyczy 1789 roku.
(Leon Gambetta w 1877 r.)
Chcecie uniknąć roku 1793? Spieszcie się
zrobić rok 1789.
(Albert Bayet w 1932 r.)

Dramat Komuny Paryskiej 1871 r. oraz wydarzeń bezpośrednio ją poprzedzających w bardzo dużym stopniu przypominał przebieg i był następstwem Wielkiej Rewolucji Francuskiej lat 1789-1795.

Domyślam się, że nie każdego czytelnika interesowałoby drobiazgowe udowadnianie tej konstatacji. Dlatego zdecydowałem się ograniczyć do przedstawienia kalendarium Wielkiej Rewolucji Francuskiej, które znalazłem w książce pt. „Dzieje Świata” opracowanej przez zespół autorów w składzie Stanisław Arnold, Władysław Kurkiewicz, Adam Tatomir, Wiesław Żurawski*. Kalendarium to nieznacznie przeredagowałem i uzupełniłem cytatami wybitnego znawcy historii Francji Jana Baszkiewicza**:

24 I 1789 – Zwołanie przez króla Ludwika XVI Stanów Generalnych, czyli reprezentacji 3 stanów. Uwzględniono przy tym żądanie stanu trzeciego dwukrotnego zwiększenia liczby jego reprezentantów.

17 VI 1789 – Deputowani stanu trzeciego, jako przedstawiciele większości narodu, ogłaszają się Zgromadzeniem Narodowym, wbrew woli króla, nakazującego oddzielne obrady poszczególnych stanów.

20 VI 1789 – Przysięga „w sali gry w piłkę”, złożona przez niedopuszczonych do obrad Zgromadzenie Narodowe, a głosząca, iż będzie się ono zbierać, „dopóki konstytucja nie zostanie przyjęta i oparta na mocnych podstawach”.

27 VI 1789 – Wobec tego, że wielu przedstawicieli duchowieństwa i szlachty wzięło udział w obradach Zgromadzenia, król uznaje Zgromadzenie Narodowe.

11-13 VII 1789 – Wzburzenie ludu paryskiego na wieść o gromadzeniu przez króla wojska pod Paryżem. Wzrost agitacji rewolucyjnej. Demonstracje uliczne.

14 VII 1789 – Masy ludu zdobywają i niszczą Bastylię, więzienie ludzi uważanych za wrogów monarchii, symbol znienawidzonego ustroju. Data jej zdobycia staje się odtąd świętem narodowym Francji.

VII-VIII 1789 – Wrzenie rewolucyjne ogarnia kraj. Za przykładem Paryża konstytuują się zarządy municypalne, w których obok patrycjatu biorą udział przedstawiciele ludu. Powstaje milicja mieszczańska – Gwardia Narodowa z Józefem La Fayette, bohaterem walk o niepodległość Stanów Zjednoczonych, na czele. Chłopi burzą zamki, dwory, plebanie, klasztory oraz niszczą dokumenty powinności feudalnych. Wybucha powstanie chłopskie (20 VII – 6 VIII). Z kraju ucieka kilka tysięcy szlachty i duchownych, głównie do Niemiec i Anglii. (czytaj dalej: 29 XI 1791 –ustawy przeciw emigrantom (konfiskata dóbr, jeśli nie powrócą) i opornym księżom (deportacja w wypadku zaburzeń).

4-11 VIII 1789 – Pod wpływem wydarzeń w kraju, zwłaszcza rozruchów na wsi, Zgromadzenie uchwaliło zniesienie przywilejów stanowych, poddaństwa i pańszczyzny oraz wszelkich innych powinności osobistych wypełnianych przez chłopów. Ogłoszono równość wobec prawa. Zniesiono dziesięcinę oraz jurysdykcję (prawo sadu nad chłopem) szlachty; ponoszone przez chłopów ciężary pozostały jednak duże, zwłaszcza czynsze dzierżawne, gdyż ziemia nadal była własnością pana. Uchwały Zgromadzenia obalały ustrój feudalny.

26 VIII 1789 – Zgromadzenie uchwaliło Deklarację Praw Człowieka i Obywatela, która głosiła wolność osobistą, równość wszystkich obywateli, wolność wyznania, myśli, słowa i druku; wprowadziła ona zasadę zwierzchniej władzy narodu oraz podział władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Deklaracja zastrzegała nietykalność własności prywatnej. Ogłoszenie Deklaracji miało poważny wpływ na dalsze kształtowanie się politycznych i społecznych stosunków w Europie…

2 XI 1789 – Uchwała Zgromadzenia Konstytucyjnego (taką nazwę przyjęło 9

VII 1789 r. Zgromadzenie Narodowe) o upaństwowieniu dóbr kościelnych i wypłacie poborów duchownym.

1789 Powstało ugrupowanie Jakobinów, czyli Towarzystwo Przyjaciół Konstytucji.

12 VII 1790 – Ustawa cywilna o duchowieństwie. Duchowni stają się urzędnikami państwowymi, zobowiązanymi do składania przysięgi na wierność konstytucji. Zapoczątkowuje to walkę papieża i Kościoła z Francją.

14 VII 1791 – Uchwalenie przez Zgromadzenie tzw. prawa Le Chapelier, zakazującego robotnikom organizowania się i strajków. Prawo to rozciągnięto później na robotników rolnych (20 VI).

17 VII 1791 – Wielka demonstracja na Polu Marsowym, zorganizowana przez republikanów w druga rocznicę zburzenia Bastylii. Krwawe starcie ludu z Gwardią Narodową, dowodzoną przez La Fayette’a, co zachwiało zaufanie ludu do liberalnej szlachty i mieszczaństwa sprawujących władzę.

3 IX 1791 – Zgromadzenie Konstytucyjne uchwaliło tekst konstytucji. Wprowadziła ona podział władzy na prawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. (…) Prawo wyborcze oparto na cenzusie majątkowym. Przysługiwało ono tylko obywatelom płacącym podatki, tzw. „czynnym”, natomiast nie przysługiwało obywatelom „biernym”, tj. nie płacącym podatków. Podział ten oddawał władzę nad Francją w ręce bogatej burżuazji.

29 XI 1791 – Prawo przeciw kościelnej opozycji: uchylający się od złożenia przysięgi duchowni tracą obiecane pobory oraz prawa obywatelskie, mogą być również wysiedlani przez policję.

„W listopadzie 1791 roku – pisze wybitny znawca tematu Jan Baszkiewicz – wydano ustawy przeciw emigrantom (konfiskata dóbr, jeśli nie powrócą) i opornym księżom (deportacja w wypadku zaburzeń). Jednocześnie uchwalono, by król skierował ultimatum do kilku książąt niemieckich z żądaniem położenia kresu wojskowym przygotowaniom emigrantów w ich terytoriach. Ludwik XVI użył weta przeciw ustawom o emigrantach i opornych księżach, natomiast zgodził się na ultimatum do niemieckich władców w nadziei, że wywoła ono wojnę.

Nie tylko jednak dwór życzył sobie wojny w nadziei zwycięstwa feudalnych monarchii nad rewolucyjną Francją. Także oby królowie, przede wszystkim władcy Austrii i Prus, nie tracili nadziei na obalenie rewolucji; jednakże wahali się między akcją zbrojną a polityką presji i zastraszania, w nadziei, że może ta druga wystarczy. W lutym 1792 r. powstał wszelako sojusz wojskowy Austrii i Prus”.

W obozie rewolucyjnym istniały głębokie podziały na tle stosunku do wojny. Chcieli jej zwolennicy generała Józefa La Fayette, licząc na dyktaturę, która przypadnie ich przywódcy. Lewicowi żyrondyści z Jacques-Pierre Brissotem na czele w wojnie upatrywali szans niesienia światła rewolucji innym narodom. W grudniu 1871 r. Brissot u jakobinów rzucił hasło: „zniszczyć Koblencję”; poparli go tacy działacze klubu, jak Carra, Louvet, Roederer. „Robespierre tłumaczył – pisze Jan Baszkiewicz – że wojna grozi klęską militarną – stan armii jest zły, a generałowie podejrzani lub w najlepszym razie dyktaturą wojskową La Fayette’a albo innego generała. Zwracał uwagę na to, że główne niebezpieczeństwo kryje się nie w Koblencji, lecz w Paryżu (dwór i opozycja arystokratyczno-klerykalna) Zanim się będzie pomagało wyzwalać inne ludy, wypada wprzód ubezpieczyć rewolucję w samej Francji. Argumenty te nie wywarły takiego wrażenia, na jakie zasługiwały; popularność Robespierre’a zmniejszyła się wyraźnie”.(…)

„Idea <> zdobywała popularność w Zgromadzeniu i masach. Poseł Isnard deklamował pięknie o wojnie ludów przeciw królom. Ale za tymi hasłami kryły się cele mniej wzniosłe: aneksja Belgii i księstw niemieckich na lewym brzegu Renu (w imię <>, którymi byłyby Pireneje, Alpy i Ren) a także szanse ekspansji ekonomicznej w krajach wyzwolonych spod tyranii feudalizmu. Hasła <> trafiały do przekonań i do wyobraźni burżuazji, ale też ludu. Tm trudniejsze było zadanie lewego skrzydła klubu jakobińskiego (Billaud-Varenne, Robespierre), które sprzeciwiało się wojnie)”. (…)

„Już w zimie 1792 r. brissotyni apelowali, by lud się zbroił w piki (jednocześnie w modę weszły czerwone czapki frygijskie). Wiosną większość Zgromadzenia usiłowała zagrodzić drogę zamachowi La Fayette’a i kontrrewolucji: uchwalono deportację opornych księży, rozwiązanie straży królewskiej, utworzenie niedaleko Paryża obozu 20-tysięcznej armii ochotników (federatów) – formalnie dla obrony przed wrogiem zewnętrznym, faktycznie dla zapobieżenia reakcyjnemu zamachowi stanu. Ale król założył weto przeciw tym decyzjom”.

20 IV 1792 – Francja wypowiada Austrii wojnę, do której niebawem przystępują Prusy.

25/26 IV 1792 – Powstała Marsylianka, pióra Rougeta de Lisle. Śpiewana przez oddziały patriotów ściągające do Paryża na apel Zgromadzenia zdobyła dużą popularność, a od 1879 r. stała się hymnem państwowym Francji.

„16 czerwca [1792] – pisze Jan Baszkiewicz – z obozu w Maubeuge La Fayette wysłał obraźliwy list do Zgromadzenia, żądając zamknięcia klubów i złamania oporu demokratycznego; dawał do zrozumienia, że jego 45-tysięczna armia może pomaszerować na Paryż. Dwa dni później list ten czytano w Zgromadzeniu. Dwa dni później(…) w klubie (jakobinów – przyp. LF) wrzało: domagano się postawienia La Fayette’a w stan oskarżenia”.
W tym samym czasie król zdymisjonował jakobińskich ministrów i do rządu powołał zwolenników monarchii konstytucyjnej (nazwano feliantami, gdyż ich siedzibą stał się były klasztor feliantów). W odpowiedzi na to brissotyni zainspirowali akcję ludową. Do wymuszenia na królu powrotu „ministrów patriotów” wybrali datę upamiętniającą trzecią rocznicę przysięgi z Sali Gry w Piłkę. 20 czerwca 1792 roku lud wdarł się – bez rozlewu krwi – do Tuileriów, nakłonił Ludwika XVI do włożenia czapki frygijskiej i wzniesienia toastu na zdrowie Narodu…

VII 1792 – Klęska poniesiona w Belgii przez Francuzów w walkach z wojskami austriackimi. Zagrożenie Paryża.

5 VII 1792 – Zgromadzenie uchwaliło cały system środków, które miałyby wejść w życie w przypadku ogłoszenia, że ojczyzna jest w niebezpieczeństwie.

11 VII 1792 – Zgromadzenie proklamowało, iż ojczyzna znalazła się w niebezpieczeństwie i wezwało obywateli do walki z nieprzyjacielem zewnętrznym oraz wewnętrznymi wrogami wolności. „Był to – pisze Jan Baszkiewicz – potężny bodziec dla świadomości i wyobraźni ludu. W świadomości tej utożsamiły się sprawy niepodległości Francji i wolności politycznej, sprawy patriotyzmu i rewolucji. (…) Pieśń bojowa armii Renu, czyli po prostu Marsylianka, teraz coraz powszechniej znana, wspaniale splotła te dwa wątki.

30 VII 1792 – Do Paryża przybył szczególnie bojowy batalion ochotników z Marsylii.

Zgromadzenie wydaje ustawę dopuszczającą obywateli biernych do Gwardii Narodowej (Robespierre 27 lipca domagał się „uzbrojenia całego ludu”)
***
„W nocy z 9 na 10 sierpnia 1792 – konstatuje Jan Baszkiewicz – zaczęły się w Paryżu wydarzenia najważniejsze od dnia zdobycia Bastylii. W miejsce oficjalnej władzy, Komuny, powołano Komunę powstańczą. Oddziały Gwardii Narodowej, skupione wokół Tuilerii, rozproszyły się; król uszedł wczesnym rankiem z pałacu i schronił się w sąsiednim gmachu Zgromadzenia Prawodawczego. Mimo twardej obrony szwajcarskich gwardzistów Tuilerie zostały zajęte, gdy Ludwik XVI polecił Szwajcarom kapitulować. Oblegający pałac ochotnicy m.in. marsylczycy, i lud z przedmieść mieli kilkuset zabitych i ciężko rannych; w odwecie zmasakrowali dużą część Szwajcarów.

Sytuacja po 10 sierpnia była bardzo pogmatwana. Ludwik XVI został znów zawieszony przez Zgromadzenie i osadzony wraz z rodziną w wieży dawnego klasztoru Templariuszy pod strażą komisarzy Komuny. Próba ratowania monarchii marszem na Paryż nie udała się La Fayette’owi: wojsko nie poszło za nim, toteż 19 sierpnia przeszedł on linię frontu i dostał się w ręce Austriaków. Tymczasem w stolicy panowała dwuwładza. Powstańcza Komuna miała silne oparcie w ludzie paryskim i ochotnikach; po rewolucji 10 sierpnia nie złożyli oni broni. Komuna podjęła ostre środki: rozesłano komisarzy do wojska i na prowincję, aresztowano podejrzanych, przeprowadzano rewizje w poszukiwaniu ukrytej broni, zamykano prawicowe gazety. Ale Komuna, opanowana przez radykalnych drobnych bourgeois, to tylko jedna władza. Druga – już agonizującą – było Zgromadzenie Prawodawcze, po 10 sierpnia kadłubowe, coraz bardziej niechętne pogłębianiu się ludowego ruchu”.

„Dzień 10 sierpnia dał Francji republikę, rewolucji – nowy impuls, światowemu ruchowi rewolucyjnemu jego do dzisiaj żywy symbol: czerwony sztandar. Był on przedtem znakiem stanu wyjątkowego, na polu Marsowym towarzyszył siłom <<porządku>>. Ale szturm Tuileriów to wielki rewanż za Pole Marsowe. Tajny dyrektoriat powstańczy postanowił posłużyć się czerwonym sztandarem insurekcji. To lud bowiem ma prawo go rozwinąć; lud-suweren ogłasza stan wyjątkowy w obliczu rebelii władzy wykonawczej. Pod czerwonym sztandarem rewolucji lud Paryża i przedstawiciele Francji obalili rebelianta Ludwika XVI. Odtąd już tylko obywatela Kapeta”. cdn

* Stanisław Arnold, Władysław Kurkiewicz, Adam Tatomir, Wiesław Żurawski, Dzieje Świata Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza Białystok, 1976 rok
** Jan Baszkiewicz, Historia Francji, Ossolineum, Wrocław – Warszawa – Kraków, 2004

150 lat temu poległ Jarosław Dąbrowski

23 maja 1871 roku generał Jarosław Dąbrowski po raz ostatni poprowadził żołnierzy do walki „za wolność waszą i naszą”. Polski dowódca od 5 maja 1871 roku był wodzem naczelnym wojsk Komuny Paryskiej – zbuntowanych mieszkańców Paryża walczących o wyzwolenie społeczne.

Dąbrowski był doświadczonym żołnierzem. W latach 1859-1861 studiował w Mikołajewskiej Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Został kapitanem sztabowym. Mimo, że kariera w carskiej armii stała przed nim otworem włączył się w działania polskiej konspiracji. Opracowywał plany powstania i regulaminy dla przyszłych wojsk powstańczych. Został naczelnikiem warszawskiego Komitetu Miejskiego – konspiracyjnych władz miasta. Jarosław Dąbrowski dał się poznać jako człowiek o radykalnych, jak na ówczesne czasy, poglądach społecznych. Inspirował się działalnością włoskich „czerwonych koszul” Giuseppe Garibaldiego. Uważał, że powstanie powinno objąć wszystkie warstwy społeczne i wyeliminować przywileje szlachty oraz uwolnić chłopów. Dąbrowski stał się jedną z czołowych postaci w kształtującym się wówczas powstańczym stronnictwie „Czerwonych”.

Nie dane było mu jednak stanąć na czele rewolucjonistów. Zadenuncjowany przez agenta policji politycznej został aresztowany 14 sierpnia 1862 roku i uwięziony w Cytadeli Warszawskiej. Sąd skazał go na 15 lat katorgi. W drodze na zesłanie Dąbrowski uciekł z więzienia przejściowego w Moskwie. Od roku 1865 przebywał we Francji wiodąc skromne życie emigranta politycznego.

Gdy w roku 1870 wybuchła wojna francusko-pruska jako doświadczony wojskowy wystąpił z pomysłem organizacji polskich oddziałów walczących u boku armii francuskiej. Władze rządzonego przez Napoleona III cesarstwa nie chciały na to przystać, Dąbrowski został jednak mianowany dowódcą 11 legionu Gwardii Narodowej i uczestniczył w obronie przeprawy przez Sekwanę w okolicach podparyskiego Neuilly.

Gdy Paryż znalazł się w oblężeniu przez wojska pruskie, a Francja skapitulowała, mieszkańcy miasta odmówili podporządkowania się władzom. Nie chcieli oddać armat, które dla Gwardii Narodowej zakupił lud Paryża. Wybuchła Komuna Paryska. Od początku brakowało jej dowódców dla oddziałów Gwardii Narodowej. Jarosław Dąbrowski został dowódcą jednego z frontów Komuny. Wystąpił ze śmiałym planem ataku na Wersal, gdzie znajdowała się siedziba francuskiego rządu i rozszerzenia Komuny na inne miasta. Propozycja ta nie została jednak zrealizowana. Dąbrowski dowodził więc obroną miasta przed napływającymi z całego kraju siłami rządowymi. Zgromadził wokół siebie innych polskich oficerów oraz doświadczonych żołnierzy. Znany był z dowodzenia w pierwszej linii i inspirowania ludzi własnym przykładem.

21 maja 1871 roku, w wyniku zdrady, wojska rządowe przełamały obronę Komunardów i wkroczyły do miasta. Rozpoczął się „krwawy tydzień” podczas którego wojsko dokonywało masowych mordów na rewolucjonistach i mieszkańcach miasta. 23 maja, na Montmartrze, obecnie dzielnicy Paryża, wówczas podparyskim miasteczku, Jarosław Dąbrowski zebrał siły do kontrataku. Dowodził zaledwie dwiema kompaniami Komunardów i garstka wspierających ich ochotników. Idąc na czele natarcia został śmiertelnie ranny w brzuch. Pomimo natychmiastowego przewiezienia do szpitala zmarł na rękach swojego przyjaciela, Henryka Gierzyńskiego. Zwłoki generała przewieziono z honorami do paryskiego ratusza. Został pochowany na cmentarzu Père-Lachaise, który kilka dni później stał się jednym z ostatnich punktów oporu Komuny, a następnie miejscem masowych egzekucji.

Jarosław Dąbrowski stał się symbolem walki „za wolność waszą i naszą”. Podczas Wojny Domowej w Hiszpanii 1936-1939 jego imię nosiły batalion oraz brygada złożone z polskich ochotników w Brygadach Międzynarodowych. W Powstaniu Warszawskim 1944 roku na warszawskim Żoliborzu walczył IV Batalion Organizacji Wojskowej PPS im. J. Dąbrowskiego. W czasach Polski Ludowej polski generał Komuny Paryskiej został patronem szkół oraz ulic, powstały również upamiętniające go pomniki. Jego podobizna widniała na banknocie 200 zł.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…”(cz. VI)

„Ludzie sami tworzą swoją historię, ale nie tworzą jej dowolnie, nie w wybranych przez siebie okolicznościach, lecz takich, w jakich się bezpośrednio znaleźli, jakie zostały im dane i przekazane”.
Karol Marks

Komuna – taką nazwę przyjmowało wiele organizacji samorządowych miast średniowiecznej Europy. Występowały one z hasłem: libertas et pax czyli wolność i pokój. Mieszkańcom ówczesnych miast chodziło o uwolnienie się spod ciężaru hierarchicznego systemu zależności osobowych, jakim był feudalizm i urzeczywistnienie pragnienia życia w świecie bez wojen, bandytyzmu na drogach oraz wszelkich czynników naruszających ich wyobrażenie o commune bonum czyli o dobru powszechnym. Zdając sobie przy tym sprawę, że nie mają dość mocy by naprawić cały świat, usiłowali wprowadzać harmonię wewnątrz własnej społeczności i zabezpieczyć ją przed wszelkimi zagrożeniami z zewnątrz. Efektem tych działań były między innymi mury obronne, które stanowiły wspólną własność (communia) obywateli danego miasta.
We Francji ruch komunalny rozpoczął się w drugiej połowie XI wieku. Do tego czasu ludność miejska tego kraju znajdowała się pod całkowitą władzą seniora, do którego należał teren danego miasta. „Feudałowie – jak informują autorzy III tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – obciążali ludność miejską podatkami i rozmaitymi powinnościami. Opodatkowaniu podlegało wszystko – majątek ruchomy i nieruchomy, żywność i wyroby rzemieślnicze, ziemia i woda. Senior ściągał wszędzie cła drogowe: u bram miasta, na mostach, a nawet przy przejściu z jednej dzielnicy do drugiej, kiedy miasto, jak to często się zdarzało, podlegało kilku seniorom”.
„Struktura własności feudalnej i skomplikowane przywileje klasy panującej – pisze wybitny znawca tematu Jan Baszkiewicz – utrudniały normalne funkcjonowanie organizmów miejskich. Formalistyczny, niekompetentny w sprawach ekonomiki miejski sąd feudalny nie umiał rozstrzygnąć mieszczańskich spraw”. Miasta w miarę swego rozwoju potrzebowały usunięcia tych wszystkich hamulców i utworzenia nowych struktur administracyjnych oraz prawnych. „Ruch komunalny – cytuję ponownie Jana Baszkiewicza – zaczynał się od sprzysiężenia (communio), którego uczestnicy zobowiązywali się wspierać wzajemnie. Hasło komuny nie od początku było rozbudowanym programem pozytywnym…” Bywało, że miasta uniezależniały się od władzy feudalnej na podstawie ugody z nią albo w efekcie zbrojnych przeciwko niej wystąpień. „Mieszczanie – czytamy w III tomie Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – opanowywali fortyfikacje miejskie, składali przysięgę, że będą sobie wzajemnie pomagać, znosili administracyjne i sądowe prawa seniorów, wybierali swój własny zarząd i nie tylko bronili się przed feudałami we wewnątrz miasta, ale nie raz sami napadali na zamki”. Tak było – pisze Jan Baszkiewicz – w normandzkim mieście Mans w 1070 r., w 1076 r. we flandryjskim Cambrai, w 1111r. w Laon. Relację o powstaniu w Laon przekazał kronikarz Gilbert de Nogent. Miasto biskupie Laon zdołało okupić swą autonomię w układzie z biskupem Gaudri, klerem i możnymi. Król Ludwik VI układ ten zatwierdził. Gdy jednak biskupowi zabrakło pieniędzy, zaczął namawiać króla, by zlikwidował laońską komunę. Mieszczanie pragnęli kupić sobie królewską przychylność, ale biskup i możni ich przelicytowali. Naruszenie układów w sprawie autonomii miasta doprowadziły do powstania; biskup Gaudri został zabity, gdy znaleziono go w piwnicy, schowanego w pustej beczce. Ostatecznie dopiero w 1128 r. król Ludwik VI uznał autonomię Laon.
Bunty mieszczańskie, palenie okolicznych zamków (jak podczas powstania w Mans) i masakry oraz plądrowanie domów „buntowników” przez rycerstwo (jak w Cambrai) nie były zresztą regułą. Najwięcej oporów komunalnej autonomii stawiali panowie duchowni, zazdrośnie strzegący swych praw. Świeccy wielmoże łatwiej dawali się skusić ofertami pieniężnymi mieszczan. Duchowni kronikarze uważali ruch komunalny za świętokradczy spisek ludzi, których bogactwo pochodziło ze źródeł nieczystych” [m.ni. z handlu – przyp. LF]. Sama nazwa „komuna” budziła w nich głęboki sprzeciw. Wspomniany już Gilbert de Nogent (naoczny świadek dramatycznych wydarzeń w Laon), pisał: „To nowe i przebrzydłe słowo komuna>> oznacza, że poddani chłopi mają tylko raz w roku oddawać swoim panom normalną daninę, płacąc ustalone kary pieniężne za czyny sprzeczne z prawem. Od pełnienia zaś innych powinności, które zwykle nakłada się na serwów, zostają całkowicie zwolnieni”.
Przytoczony cytat jest z wielu świadectw wskazujących, że kościół katolicki swym autorytetem sankcjonował nierówności społeczne i wyzysk. Nauczając, że władza feudałów pochodzi od Boga, przekonywał lud, by ten spełniał narzucone przez panów feudalnych powinności i bez szemrania znosił ucisk oraz przemoc. Jednocześnie obiecywał za wszystkie męki na ziemi wieczny raj w niebie.


W tym miejscu na zasadzie dygresji – w dużym stopniu wyjaśniającej dlaczego niejednokrotnie ludzie poniżani i wyzyskiwani, a będący pod wpływem kościoła katolickiego, nie reagowali a nawet wrogo odnosili się do rewolucji niosących im wyzwolenie – zacytuję dość długi fragment tekstu z III tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR:
„Kościół wpajał ludziom pogląd, że człowiek z natury jest skłonny do grzechu i bez pomocy kościoła nie osiągnie zbawienia i szczęśliwości na tamtym świecie. Biblijna legenda o grzechu pierworodnym Adama i Ewy, którzy nie posłuchali nakazu bożego i ulegli diabłu, za to wszyscy ich potomkowie (tzn. cała ludzkość) skazani zostali na dźwiganie piętna tego grzechu, a także nauka o grzechach popełnianych przez każdego człowieka były w ręku kościoła narzędziem duchowego terroru. Kościół nauczał (i uczy nadal), że wszystkich ludzi czekają po śmierci straszne kary za grzechy i że tylko kościół ma przyrodzoną moc udzielania rozgrzeszenia tj. uwalniania człowieka od męki pozagrobowej i zapewnienia mu rajskiej szczęśliwości po śmierci.
Kościół głosi, że kler ma możność udzielania rozgrzeszenia, gdyż święcenia kapłańskie dają mu odpowiednie uprawnienia i władzę. Prawo nadawania święceń kapłańskich mieli tylko przedstawiciele wyższego duchowieństwa, przez co kościół jeszcze bardziej umacniał autorytet kleru. Kościół naucza, że źródłami łask są tzw. sakramenty święte, których jest siedem: chrzest, bierzmowanie, sakrament ołtarza, pokuta, ostatnie namaszczenie, kapłaństwo i małżeństwo. Przez ustanowienie sakramentów kościół chciał przekonać wyzyskiwane masy o bezcelowości walki klasowej i zaszczepić im wiarę we wszechpotęgę kościoła jako jedynego posiadacza środka na ich „zbawienie”.
Kościół wmawiał masom, że pozbawienie człowieka łaski jest równoznaczne z pozbawieniem go nadziei na to zbawienie”. W średniowieczu, kiedy ideologia religijna panowała nad umysłami, indywidualne wyłączenie z kościoła lub zakaz sprawowania sakramentów i innych czynności kościelnych nakładany na cały kraj (na Zachodzie zwany interdyktem) były w ręku kościoła nadzwyczaj silnym środkiem oddziaływania na ludzi. Kościół posługiwał się także bardzo skutecznie wyłączeniem dla obrony swych posiadłości.
Z teorią wrodzonej skłonności ludzi do grzechu związana była nauka kościoła chrześcijańskiego o mękach pozagrobowych i o wszechobecnym potężnym diable, kuszącym człowieka do grzechów. Za główny grzech kościół i klasa panująca uważały bunt przeciwko feudałom świeckim i duchownym”.(…) „Kler rozumiał, że miejski ruch wyzwoleńczy zagraża ustrojowi społecznemu, który kościół sankcjonuje swoim autorytetem”.


Mimo, iż kościół katolicki dzięki stosowaniu subtelnych i uniwersalnych środków ideologicznego oddziaływania przyczyniał się w wiekach średnich do umacniania feudalizmu i tłumienia walki ludowej, to poczynając od schyłku XII w. wiele miast w Europie Zachodniej uzyskało karty komunalne, a w nich prawo do władz samorządowych, własnego sądownictwa, do nakładania podatków i organizowania służby wojskowej” (we Francji, oprócz wymienionych wcześniej, były to: Saint-Quentin, Beauvais, Noyon, Amnies, Soissons, potem Corbie i Saint-Riquir, Abbeville, Sens Étampes, Dijon, Saumur i in”. Ponadto miasta-komuny były zwolnione od zwykłych powinności na rzecz seniora – pańszczyzny i czynszu, jak również od różnych opłat. Ich obowiązki wobec panów feudalnych ograniczały się zwykle do płacenia raz w roku określonej, stosunkowo niewysokiej renty pieniężnej i wystawiania w wypadku wolny niewielkiego oddziału zbrojnego.
Nie wszystkie miasta w tamtym czasie zdobyły lub uzyskały samorząd (komunę). Niektóre – zwłaszcza małe – nie posiadające dostatecznie rozwiniętego rzemiosła i handlu i nie dysponujące niezbędnymi środkami finansowymi oraz siłami do walki o swoje prawa, pozostawały pod niepodzielnym zarządem administracji senioralnej.
Natomiast „duże miasta – cytuję fragment tekstu z III tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – zwłaszcza zbudowane na terenach królewskich, często nie otrzymywały samorządu, ale korzystały z prawa wybierania członków samorządu miejskiego, dzielących jednak władzę z mianowanym przez króla urzędnikiem lub innym przedstawicielem seniora. Takie prawa częściowego samorządu miał Paryż oraz wiele innych miast we Francji, np. Orlean, Bourges, Lorris, Lyon, Nantes, Charetes (…)
Miasta w walce z seniorami zdobywały pewne wolności, osiągając rożne stopnie emancypacji. Pod jednym względem osiągnięcia ich były jednakowe. Wszyscy mieszkańcy miast stali się wolni osobiście i wyzwolili się spod zależności feudalnej. Dlatego jeżeli chłop poddany zbiegł do miasta i mieszkał w nim przez określony okres – zwykle rok i jeden dzień – to stawał się wolnym i żaden senior nie mógł mu więcej narzucić zależności feudalnej. Wedle przysłowia niemieckiego: „Powietrze miejskie czyni człowieka wolnym” („Die Stadtluft macht frei”).


Paryż w średniowieczu (co najmniej od XIII w.; liczył wówczas 80 tys. mieszkańców) był miastem nie mającym we Francji konkurenta, a w skali europejskiej jednym z najważniejszych. Był nie tylko centrum produkcji i wymiany, ale miały tu swą siedzibę władze polityczne i kościelne. Na jego obszarze sąsiadowały ze sobą dwory królewskie (Luwr – od XII w. do 1672 r., a później Wersal) i biskupie, rezydencje możnych, kapituły, klasztory, kościoły, domy mieszczańskie, gospody, warsztaty rękodzielnicze, składy, kramy, sklepy… Jednym słowem krzyżowały się tu wpływy różnorodnych działań społecznych.
Feudalne warstwy rządzące, zwłaszcza kościelne z niechęcią a nawet nienawiścią odnosiły się do mieszańców miast ich sposobu bycia, aktywności i kultury. „Od XII w. – pisze Jan Baszkiewicz – pisarze kościelni prześcigali się w porównaniach miast do wszetecznego Babilonu i Niniwy, do Sodomy i Gomory, spalonych ogniem niebieskim. Pożary, tak często trawiące średniowieczne miasta, traktowano jako słuszną karę boską; dla teologów i publicystów duchownych doczesne miasto Babilon, stanowiło dokładne przeciwieństwo siedliska cnót, niebieskiej Jerozolimy. Biblia poucza, wywodził teolog Rupert z Deutz, że twórcą pierwszego miasta był bratobójca Kain: to przesadziło o moralnej wartości wszelkich miast. Teolog i historyk Jakub z Vitry pisał o Paryżu, że jak cuchnąca koza i owca nieczysta zgubnym przykładem pożera napływających zewsząd przybyszów i własnych mieszkańców oraz pociąga ich wraz z sobą w przepaść. Wtórował mu inny kościelny ideolog, Stefan z Tournai: w Paryżu jest tyle bluźnierstw, ile miejskich placów”.


Wraz z rozkładem feudalizmu (nastąpił on w XIV-XV w., chociaż jego przeżytki utrzymały się w wielu krajach europejskich do XVIII/XIX w.) rozprzestrzeniały się idee negujące autorytet kościoła katolickiego. Jednym z filozofów, który się do tego przyczynił był Jean Jacques Rousseau. Głosił on pogląd „że lud ma prawo rewolucyjnych zmian, przebudowy społecznej w każdej dziedzinie, może zmieniać prawa natury, nadać sobie nową religię, a nawet napisać zupełnie od nowa własną historię”(…) „Odrzucając racjonalizm dotychczasowej kultury Rousseau szukał ucieczki w hiperracjonalizmie projektu umowy społecznej; poprzez umowę społeczną chciał znieść jedną z przyczyn zła: nierówności społeczne wynikłe z pierwotnego przywłaszczenia ziemi”. „Ten, kto pierwszy – pisał Rousseau – ogrodził kawałek ziemi, powiedział to moje i znalazł ludzi dość naiwnych, by mu uwierzyć, był prawdziwym założycielem społeczeństwa. Iluż to zbrodni, wojen, morderstw, ile nędzy i grozy byłby rodzajowi ludzkiemu oszczędził ten kto by kołki wyrwał lub rów zasypał i zawołał do otoczenia: Uwaga! nie słuchajcie tego oszusta: będziecie zgubieni, gdy zapomnicie, że płody do wszystkich, ziemia do nikogo” (Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi).
Według Rousseau dotychczasowe państwa istniały z woli bogatych i dla zabezpieczenia ich interesów; umowa ma to odwrócić, stwarzając państwo na warunkach uznanych przez ogół, który dotychczas nie posiadł praw politycznych, co rzekomo jest sprzeczne z prawami natury”.(…) „Odrzucając wszelkie prawa natury – tak chrześcijańskie, jak i liberalne (nowożytne) Rousseau uznawał tylko absolutną i nieograniczoną pierwotną suwerenność ludu”.
Krytyka absolutyzmu, „teoria umowy społecznej”, idea suwerenności i równości ludu, odegrały wielką rolę w ideologicznym przygotowaniu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Od tamtego czasu (dokładnie od 30 czerwca 1793 r.) zaczęło funkcjonować hasło: „Wolność, równość, braterstwo” (fr. liberté, égalité, fraternité).

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. V)

Komuna Paryska – pierwsza w dziejach rewolucyjna władza proletariatu – działała od 18 marca do 28 maja 1871 r. Jej punktem wyjściowym było proklamowanie 4 września 1870 r. III Republiki Francuskiej. Stało się tak na skutek spontanicznego wystąpienia ludu Paryża na wieść o klęsce cesarza Napoleona III pod Sedanem i poddaniu się go wraz z armią, w której przebywał do pruskiej niewoli. Cały Paryż wówczas wołał: „Będziemy się bronili, wypędzimy wroga”.

Republikę wywalczył lud Paryża godząc się na rządy burżuazyjnych republikanów „tylko pod tym wyraźnym warunkiem – jak to skonstatował Karol Marks – aby władza ta służyła jedynie i wyłącznie celom obrony narodowej. Lecz bronić Paryża – cytuję dalej Marksa – znaczyło uzbroić jego klasę robotniczą, zamienić ją w rzeczywistą siłę bojową i wyćwiczyć jej szeregi bezpośrednio w ogniu walki. Paryż zaś pod bronią oznaczał rewolucję pod bronią. Zwycięstwo Paryża nad pruskimi najeźdźcami byłoby zwycięstwem robotnika francuskiego nad francuskim kapitalistą i jego pasożytami państwowymi. W tej rozterce pomiędzy obowiązkiem narodowym a interesem klasowym rząd obrony narodowej nie wahał się ani chwili – stał się rządem zdrady narodowej. Pierwszym jego czynem było wysłanie Thiersa na wędrówkę po wszystkich dworach Europy, aby tam wyżebrał pośrednictwo ofiarując ze swej strony wymianę republiki na króla”.


Zaprezentowana powyżej ocena Marksa jest trafna, ale podejrzewam, że dla współczesnego czytelnika zbyt ogólnikowa, przez co może być niewłaściwie zrozumiana. Pozwolę zatem sobie ją nieco ukonkretnić, rozbudować, a dalszy jej ciąg trochę przeredagować:
Robotnicy francuscy stanowili potencjalne zagrożenie dla panowania burżuazji, ale większość z nich pragnęła przede wszystkim pokoju umożliwiającego godne warunki egzystencji. Taką nadzieję pokładali w Republice, wywalczonej 4 września 1870 r. Tego dnia paryska sekcja Międzynarodówki i Federacja Izb Robotniczych wysłały „nowe orędzie do robotników niemieckich zaklinając ich, aby powstrzymali się od udziału w tej bratobójczej walce. Spełniwszy obowiązek braterstwa – cytuję relację Lissagaraya – robotnicy francuscy oddali się całkowicie sprawie obrony domagając się od rządu, aby ją zorganizował”. Wieczorem tego dnia delegaci Izb Robotniczych i Międzynarodówki przybyli do paryskiego Ratusza. W głównej siedzibie władz Republiki najpierw przyjął ich Jules Ferry (trzy miesiące później objął stanowisko mera Paryża; sprawował je od 15 listopada 1870 do 5 czerwca 1871) zaświadczając słowem honoru, że „rząd pod żadnym pozorem nie będzie prowadził rokowań o pokój”. Następnie delegaci spotkali się z ministrem spraw wewnętrznych Léonem Gambettą, który bardzo życzliwie ich potraktował i udzielił odpowiedzi na wszystkie pytania.
Był to jeden z nielicznych członków Rządu Obrony Narodowej, dla którego obrona ojczyzny była rzeczywiście celem najwyższym. Dlatego gotowy był współdziałać z wszystkimi odłamami francuskiego społeczeństwa. Dał temu wyraz kilka godzin wcześniej. Podczas gdy ogromny tłum przed Ratuszem skandował hasło ‚Niech żyje Republika!”, Gambetta wyszedł naprzeciw i krzyknął: „Mylicie się, trzeba nam jedności, nie rewolucji”. Jednak to właśnie on, spośród wszystkich członków rządu, wykazywał największe zaangażowanie w organizowaniu obrony Republiki przed wojskami pruskimi.
Wielu członków rządu, już na pierwszym spotkaniu w swoim gronie, wyrażało brak wiary w możliwość zwycięstwa. Minister finansów Ernest Picard oświadczył: „Będziemy się bronili, aby ocalić honor, lecz wszelka nadzieja jest złudna”, a Adolf Crémieux z ministerstwa sprawiedliwości powiedział: „Prusacy wejdą do Paryża jak nóż w masło”.
Zdecydowanie sprzeczna z oczekiwaniami ludu paryskiego była postawa szefa Rządu Obrony Narodowej (sic!) jednocześnie gubernatora wojskowego Paryża generała Louisa Julesa Trochu. Cztery miesiące po rozpoczęciu oblężenia stolicy Francji przez armię pruską wygłosił w obecności członków rządu i merów Paryża następujące oświadczenie: „Pierwsze pytanie, które mi postawili moi koledzy jeszcze tegoż wieczora 4 września, było następujące: czy są jakiekolwiek widoki na to, aby Paryż wytrzymał pomyślnie oblężenie przez armię pruską? Nie wahałem się odpowiedzieć przecząco. Kilku spośród obecnych tu moich kolegów potwierdzi prawdę mych słów i moje niezmienne obstawanie przy powyższej opinii. Powiedziałem im tymi samymi słowami co i teraz, że przy danym stanie rzeczy próba obrony Paryża przed oblegającą pruską armię jest szaleństwem. Bez wątpienia – dodałem przy tym – bohaterskim szaleństwem. Wypadki nie zadały kłamu moim przewidywaniom.
Wypadki rzeczywiście nie zadały kłamu przewidywaniom generała Trochu, ale jakoś dziwnie nie zauważył, że w bardzo dużym stopniu on sam te wypadki wykreował. Jego czteromiesięczne dowodzenie obroną Paryża „w rzeczywistości polegało – zauważają autorzy VI tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – na ograniczeniu się do biernego oporu, aby oblężenie i głód skłoniły lud do spokojnego przyjęcia kapitulacji. W tym celu m.in pozwalał od czasu do czasu na źle przygotowane wypady, z góry skazane na niepowodzenie”.(…) Generał Trochu „postanowił, że co pewien czas należy członkom gwardii narodowej puszczać krew, aby zabić w nich nadzieję zwycięstwa.”
Wszystko wskazywało, że Rząd Obrony Narodowej, na czele którego stał generał Trochu, w praktyce grał na zwłokę, lawirował, by tymczasem wykruszyła się wola mas ludowych do walki. Natomiast oficjalnie mydlił im oczy szumnymi oświadczeniami, że pragnie prowadzić wojnę z wojskami pruskimi aż do zwycięskiego końca, jak np. „Trochu, gubernator Paryża nigdy nie skapituluje”. 6 września – czyli dwa dni po proklamowaniu Republiki – minister spraw zagranicznych Jules Favre, wysłał do przedstawicieli dyplomatycznych za granicą okólnik z deklaracją że „rząd spełni do końca swój obowiązek” i nie odda Prusakom „ani jednej piędzi ziemi, ani jednego kamienia fortec francuskich”.
Jednakże w bardzo krótki czas po tym buńczucznym oświadczeniu Jules Favre udał się do Bismarcka, by dowiedzieć się, jakie są jego warunki pokoju. Uczynił to – jak to później sam opisał w swoim sprawozdaniu – „z własnej inicjatywy, nie zawiadamiając o tym swoich, kolegów”. Zaznaczając przy tym, że podczas spotkania „łzy nie pozwalały mu mówić”. „Nie uronił ani jednej łzy, mimo że bardzo pragnął popłakać – skomentował to później sekretarz Bismarcka, jeżeli można mu wierzyć.
Główny motyw postępowania większości członków Rządu Obrony Narodowej (sic!) Jules Favre wyjawił w liście do Gambety stwierdzając, że „broniono się nie przed pruskimi żołnierzami, lecz przed paryskimi robotnikami”. Warto nadmienić, że robotnicy paryscy stanowili poważną siłę: 450 tysięcy w 1,8 mln ludności. Gwoli ścisłości trzeba jednak przyznać, że w rządzie tym były też osoby pragnące udziału mas ludowych w walce z wojskami pruskimi.


Etienne Arago burmistrz Paryża (4 września – 15 listopada) zapowiadał, że w najbliższym czasie odbędą się wybory i mówił o przywróceniu wielkich dni 1792 roku. tj. czasu wzrostu wpływów lewicy (jakobinów), którzy opierali się na komunie (tak wówczas nazywano radę miejską i radę gminną) Paryża i czasu wielkich zwycięstw militarnych Rewolucji. Z takim samym poglądem występował Léon Gambetta. „Potrzeba nam – pisał – poparcia i pomocy ciał wybranych bezpośrednio w głosowaniu powszechnym”.


Rząd Obrony Narodowej – mimo sceptycyzmu swego szefa generała Trochu – zadeklarowała razem z nim („Trochu, gubernator Paryża nigdy nie skapituluje”) organizację oporu jako swe naczelne zadanie. Jednocześnie przygotowywał się do jak najszybszego zawarcia pokoju z Prusami. Po nieudanych próbach nakłonienia do pomocy w mediacjach ambasadora amerykańskiego w Paryżu i następnie angielskiego, rząd wysłał 12 września Adolfa Thiersa do Londynu, Petersburga i Wiednia. Trzeba jednak zauważyć, że wówczas nie był on jeszcze członkiem rządu, tylko jego wysłannikiem. Domyślam, że gdyby jego misja miała bardziej oficjalny charakter spotkałaby się z dezaprobatą większości paryżan, tym bardziej gdyby się dowiedzieli, że Rząd Obrony Narodowej gotowy jest za cenę uzyskania pokoju zrzec się dopiero co wywalczonego ustroju republikańskiego i przywrócić monarchię we Francji; na „wymianę- jak to napisał Marks – republiki na króla”. Niezależnie od tego wyprawa misyjna Thiersa ujawniła, że Francja może tylko liczyć na własne siły..


Przez długi czas sytuacja oblężonego Paryża bynajmniej nie była beznadziejna. W mieście znajdowało się ok. 100 tys. żołnierzy i 200 tys. członków gwardii narodowej, których po uzbrojeniu i przeszkoleniu można było przekształcić w pokaźną siłę bojową”. Oblegające Paryż wojska pruskie były nie tylko liczebnie słabsze od sił francuskich, ale brakowało im też ciężkiej artylerii do rozbijania potężnych fortów i ulokowanych tam dział. Ściągnięcie ciężkich kalibrów – zdaniem znawcy tematu Eligiusza Kozłowskiego – wymagało około trzech miesięcy, toteż oblegający musieli ograniczyć swoją działalność bojową pod miastem (w pierwszej fazie oblężenia) do likwidowania wypadów przełamujących oraz prób odsieczy z zewnątrz. Prusakom też we znaki dawały się oddziały partyzanckie tzw. Franc-tir-reurs (wolni strzelcy). W odwecie za działalność tych ostatnich Prusacy po raz pierwszy wprowadzili zasadę odpowiedzialności zbiorowej.
Nie można było w tamtym czasie jeszcze uważać klęski Francuzów za przesądzoną, skoro na wschodzie w pobliżu granicy francusko-pruskiej, w twierdzy Metz broniło się jeszcze 170 tys. żołnierzy pod dowództwem marszałka Francji Achille François Bazaine. (naczelnego wodza armii francuskiej). Zdolne do kontynuowania walki były też, znajdujące się na północ od Paryża, dwa korpusy wojsk francuskich pod Arras jeden korpus Rouen (70 tys.). Przy granicy szwajcarskiej formował się korpus XXVI, a w rejonie Dôle – Dijon włoski rewolucjonista Giuseppe Garibaldi dowodził ochotniczą Armią Wogezów, która ani razu nie doznała porażki od Prusaków.


W celu zorganizowania pomocy wojskowej dla Paryża i obrony nie zajętych jeszcze przez Prusy terenów 6 października wyleciał balonem z oblężonego Paryża minister spraw wewnętrznych w rządzie gen. Trochu, Leon Gambetta.
„W Paryżu na Ratuszu – wg relacji Lissagaraya – cieszono się z jego wyjazdu. Wszyscy byli tam tak dalece przekonani, że nie uda mu się niczego dokonać, iż nikt z rządu, ani generał Trochu, ani generał Le Flô, słowem nawet nie wspomniał o jakiejkolwiek operacji wojskowej. Gambetta zaś miał swoje własne plany. Nie chciał wierzyć w śmierć narodu. Na chwilę tylko uległ rozpaczy, gdy zastał prowincję bez żołnierzy, bez oficerów, bez broni, bez amunicji, bez ekwipunku, bez zaopatrzenia, bez pieniędzy. Rychło się jednak otrząsł, zrozumiał bowiem, że środki są ogromne, a ludzi nieprzebrane mnóstwo: Bourges, Brest, Lorient, Rochefort, Tulon miały służyć jako arsenały; do usług były Lille, Nantes, Bordeaux, Tuluza, Marsylia, Lyon ze swymi fabrykami; morza były wolne, sił było stokroć więcej niż w roku 1793, kiedy staczano równocześnie walki z zagranicą i z Wandeą; wielki ośrodki ogarnął patriotyczny zapał; Rady Miejskie i Rady Generalne nakładały na siebie podatki, głosowały za pożyczkami; po wsiach ani jednego szuana (bojowników reakcyjnych ruchów chłopskich – przyp. LF).
Na wspaniały apel Gambetty Francja odpowiedziała takim samym entuzjazmem, jak Paryż w dniu 14 września (Tego dnia w Paryżu – pisałem o tym w poprzednim odcinku niniejszego cyklu – prezydent III Republiki generał Trochu zachwycił się, widokiem „trzystu batalionów zorganizowanych i uzbrojonych, otoczonych przez cały lud paryski, który wołał o obronę stolicy”. Reakcjoniści znów pochowali się do nor. Gambetta zdobył duszę kraju; mógł dokonać wszystkiego”.

150 rocznia utworzenia Komuny Paryskiej „Szturmem chcieli zdobyć niebo…”

Komuna Paryska – pierwszy w dziejach rewolucyjny rząd proletariatu – działała od 18 marca do 28 maja 1871 r. 72 dni jej istnienia były poprzedzone wrzeniem rewolucyjnym nie tylko w stolicy Francji, ale w całym tym kraju.

Wrzenie to zapoczątkował w 1869 r. – obejmujący prawie cały Basen Loary – strajk górników, walczących o 8-godzinny dzień pracy. Splot następujących po tym wydarzeń (zwłaszcza wojna francusko-pruska) doprowadził do wybuchu 4 września 1870 r. w Paryżu rewolucji. W jej efekcie, zdetronizowano Napoleona III (tym samym nastąpił formalny kres II Cesarstwa) i proklamowano III Republikę z reprezentującym interesy burżuazji Rządem Obrony Narodowej na czele.

5 września 1870 r. – dzień po proklamowaniu Republiki – ludzie awangardy rewolucyjnej, „pragnąc – jak to skonstatował Lissagaray (autor monumentalnego dzieła Historia Komuny Paryskiej 1871) – scentralizować siły partii* czynu do obrony i zachowania Republiki zaproponowali na zebraniach publicznych, aby każdy okręg Paryża naznaczył swój komitet czujności, który by kontrolował merów i przyjmował reklamację. Każdy komitet miał mianować czterech delegatów; razem stanowiliby oni Komitet Centralny dwudziestu okręgów. Ten nie dość sprecyzowany – pisze dalej Lissagaray – system wyborów dał komitet, który składał się z robotników, urzędników, pisarzy znanych z udziału w ruchach rewolucyjnych i zebraniach ostatnich lat”. Komitet Centralny był ciałem wybranym z gwardii narodowej. Ukonstytuowany 24 lutego 1871 r., miał za zadanie czuwać nad bezpieczeństwem Paryża i dawać odpór tym intrygom monarchicznym, które występowały w łonie rządu i mogły w danym razie zburzyć republikę przez lud paryski 4 września ogłoszoną.
15 września Komitet Centralny ogłosił manifest z żądaniem: „wyborów do władz miejskich, przejęcia przez te władze policji, wybieralności i odpowiedzialności wszystkich urzędników, całkowitej wolności prasy, zebrań i stowarzyszeń, konfiskaty wszystkich artykułów pierwszej potrzeby i ich racjonowania, uzbrojenia wszystkich obywateli, rozesłania komisarzy, którzy by postawili prowincję na nogi”. Według Lissagaraya, „w żądaniach tych nie było nic niezgodnego z prawem”.

Żądania te zaczęto realizować w pełni dopiero pół roku później po utworzeniu i ukonstytuowaniu się Komuny Paryskiej. Należy przy tym zważyć fakt, że obie rewolucje tj. jedna z 4 września 1870 r., a druga rozpoczęta 18 marca 1871 r., naznaczone były piętnem wojny; a prawa wojny często są odmienne od praw pokoju.

W tym miejscu zrodziła się we mnie refleksja, dotycząca osób, które z zasady krytycznie odnoszą się do rewolucji, zwłaszcza dokonywanych pod czerwonym sztandarem. Osoby te dość często używają argumentu, że nikt nie ma prawa narzucać swej woli innym ludziom, jeżeli jest to sprzeczne z ich wolą. Teoretycznie całkowicie mają rację. Jakże, jednak wiele z tych, tak pięknie myślących osób używa w kontaktach międzyludzkich – nie zauważając tego – przemocy nawet ponad miarę. „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? (Mt. 7,3)
Oceniając działania ludzi w przeszłości warto zastanowić się czy, gdybyśmy się znaleźli w podobnie dramatycznych okolicznościach jak oni, potrafilibyśmy postąpić inaczej. Sytuację przed, w trakcie i po upadku Komuny Paryskiej 1871 roku, warto przeanalizować nie tylko w aspekcie walki pomiędzy antagonistycznymi ugrupowaniami ludzkimi, ale jeszcze bardziej wewnętrznej walki jaką poszczególni bohaterowie tego dramatu prowadzili sami ze sobą.

W poprzednim odcinku niniejszego cyklu pozwoliłem sobie na porównanie prosperity za rządów Napoleona III we Francji z dynamicznym wzrostem gospodarczym za tzw. gierkowskich czasów w Polsce. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku sytuacja nie była idealna, ale po dramatycznych wydarzeniach kończących te w miarę spokojne okresy egzystencji narodu francuskiego i polskiego, doszło do gwałtownego wzrostu antagonizmów społecznych. Nie w sposób, nie zauważyć, że po zwycięstwie ruchu Solidarność w roku 1981, a jeszcze bardziej po wyborach w 1989 r., paradoksalnie zniknęła dotychczasowa solidarność w naszym narodzie. Dobrze, że powstał system wielopartyjny, bardzo źle, że od wielu lat wśród Polaków wzrasta poziom wzajemnych nienawiści (wg mojej oceny w okresie PRL-u zjawisko to występowało bardzo rzadko i natychmiast w wyniku reakcji nie tylko władz ale jeszcze bardziej sił społecznych było likwidowane w zarodku). Na szczęście żyjemy w czasie pokojowym i w sposób pokojowy udaje się nam rozwiązywać pojawiające się konflikty, nie tylko po to, aby się nie powtórzyła, ale jeszcze bardziej, by na wyciągniętych z niej naukach budować lepszą przyszłość.

Zanim powrócę do głównego wątku mojej narracji, pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję: otóż 46 lat po upadku Komuny Paryskiej doszło poniekąd do powtórki scenariusza wydarzeń; tylko, że nie we Francji, lecz w Rosji. Tak jak Rewolucja 4 września 1870 w Paryżu poprzedziła Komunę Paryską 1871 roku, tak następstwem Rewolucji Lutowej 1917 roku w Piotrogrodzie, była w tym samym roku i tym samym mieście Rewolucja Październikowa. Ta ostania była wygrana, między innymi dzięki temu, że jej twórcy z Włodzimierzem Leninem wyciągnęli wnioski z błędów i doświadczeń rewolucjonistów francuskich sprzed blisko półwieku i kierowali się wskazaniami, Marksa, który zawczasu z ubolewaniem przewidział klęskę „dyktatury proletariatu” w wydaniu Komuny Paryskiej.

Aczkolwiek Karol Marks był duszą I Międzynarodówki i jej głównym teoretykiem, to organizacja ta pozostała luźną do końca swego istnienia. Praktycznie miała bardzo znikomy wpływ decyzyjny na działania rewolucjonistów francuskich. Powstały we wrześniu 1870 roku Komitet Centralny dwudziestu okręgów Paryża, chociaż korzystał z sali Międzynarodówki i Federacji Izb Robotniczych, nie był organem tych organizacji. Izby zawiesiły swe prace, wojna bowiem i służba w gwardii narodowej oderwała je od dotychczasowych prac. Natomiast część działaczy zawodowych i członków Międzynarodówki weszła do komitetów czujności i Komitetu Centralnego. Trzeba zaznaczyć, że francuskie sekcje I Międzynarodówki w większości były opanowane przez osoby mające często odmienne zdanie niż Marks. Dominowali wśród nich zwolennicy Louisa Auguste Blanqui (blankiści), Pierre Josepha Proudhona (proudhoniści), Michała Bakunina (anarchiści).

Bakunin – rosyjski rewolucjonista wstąpił do Międzynarodówki pod koniec 1868 roku, mając nadzieję, że przy jej pomocy wznieci ogólnoświatową rewolucję. W niedługi czas po tym założył własną organizację. Alians Demokracji Socjalistycznej. Natarczywie przy tym domagał się od Rady Generalnej przyjęcia Aliansu do Międzynarodówki w charakterze samodzielnej organizacji. Rada Generalna nie zgodziła się na to i zażądała rozwiązania Aliansu. Bakunin pozornie podporządkował się tej decyzji, potajemnie jednak zachował swą organizację, choć aliansiści stali się członkami Międzynarodówki.

Jak tylko doszła go wieść o kapitulacji Napoleona III pod Sedanem (2 września 1870 r.) napisał obszerny list do sekcji Aliansu w Lyonie, wzywając do energicznego działania i ofiarowując swe usługi. Po zebraniu odpowiedniej sumy pieniędzy, wyruszył w podróż. 15 września był już w Lyonie. Dwa dni później został tu założony, według jego myśli, Komitet Ocalenia Francji, złożony z aliansistów. „W głowie mi się mąci – pisał Bakunin w liście do jednego ze swych rosyjskich przyjaciół, tak dużo tu roboty. Tu prawdziwej rewolucji jeszcze nie ma, lecz będzie i wszystko przygotowuje się i robi dla rzeczywistej rewolucji. Stawiam na kartę wszystko. Spodziewam się tryumfu”.

26 września na tłumnym wiecu w Lyonie postanowiono założyć Federację Rewolucyjną Gmin Rzeczypospolitej Francuskiej. Wywieszono plakaty z ułożoną przez Bakunina proklamacją: „Stan opłakany, w jakim znajduje się kraj, niemoc władz urzędowych i indyferentyzm klas uprzywilejowanych zaprowadziły naród francuski na kraniec zguby (…)
Jeżeli lud rewolucyjnie zorganizowany, nie pośpieszy z czynem, to przyszłość jego zginęła, wszystko zginęło. Zważywszy rozmiary niebezpieczeństwa i biorąc pod uwagę, że nie można odkładać ani na chwilę rozpaczliwego wystąpienia ludu, delegaci sfederowanych Komitetów Ocalenia Francji, łącznie z Komitetem Centralnym, proponują przyjęcie następującej uchwały:                                                                                                 I. Machina administracyjna i rządowa państwa, które stało się bezsilne, kasuje się. Naród francuski powraca do pełni swych praw”.

W dalszych punktach proklamacji oznajmiano, że „zawieszeniu ulegają sądy karne i cywilne, kasuje się płatność podatków i hipotek(…)”, że „wszystkie organizacje samorządowe zastąpione zostają przez komitety ocalenia publicznego ocalenia, które znajdować się będą pod bezpośrednią kontrolą ludu.” Proklamacja kończyła się wezwaniem ludu „do broni!” i szeregiem podpisów łącznie z podpisem Bakunina.

Można się domyśleć, że pod wpływem liońskich towarzyszy tekst odezwy był mimo wszystko został stonowany. Nawet najradykalniejsi spośród nich, nie mogli się zgodzić na głoszoną przez Bakunina teorię rozpętania wszystkich złych instynktów i namiętności wśród ludu i wywołania chwilowej anarchii jako najskuteczniejszego środka rewolucyjnego. Od wielu lat przewidywał, że „świat podzieli się niechybnie na dwa obozy, obóz nowego życia i obóz dawnych przywilejów i że między tymi dwoma przeciwnymi obozami, utworzonymi, jak w czasie wojen religijnych, nie przez wieź narodową, lecz przez wspólność interesów, będzie musiała wybuchnąć wojna mordercza, bez pardonu i wytchnienia”.

Do Lyonu przyjechał z dwoma młodymi zagorzałymi zwolennikami swoich teorii, Rosjaninem Ozierowem i Polakiem Lenkiewiczem. Gdy jeden z nich zaczął głosić pogląd, że „tylko podpalenie, trucizna i sztylet mogą coś zdziałać” liońscy towarzysze potraktowali to oświadczenie z chłodem.
Bakunin starał się przekonać swych liońskich adeptów, że do rewolucyjnego zrywu można doprowadzić chłopów i robotników poprzez rozbudzanie w nich nienawiści do wyzyskiwaczy. Posługiwał się między innymi taką argumentacją: „Żebyście umieli przemówić do tych ukrytych pasji, które są ujarzmione przez żandarmów, przez prawo i armię i tchórzostwo; zadajcie pierwszy cios; nie tylko odważcie się, ale również nie wyzbądźcie się upartej nienawiści a zobaczycie, jak rewolucja wybuchnie nie tylko na wsi, ale i w miastach”.

Metod ani poglądów Bakunina nie akceptowała większość członków Międzynarodówki. W 1872 r. po ostrym konflikcie z Marksem został z niej usunięty. Stałoby się to wcześniej, gdyby nie wybuch wojny francusko-pruskiej w roku 1870. Odroczono wtedy kongres Międzynarodówki z powodu niemożności przybycia nań delegatów francuskich i niemieckich.
Ani rewolucja ani dyktatura proletariatu nie były dla Marksa celem samym w sobie, tylko jednym z środków do tego – jak pisał razem z Engelsem w Manifeście Komunistycznym – by „miejsce dawnego społeczeństwa burżuazyjnego z jego klasami i przeciwieństwami klasowymi zaj[ęło] zrzeszenie, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich”.

Rada Generalna Międzynarodówki – której Marks był duszą i ciałem – 9 września 1870 (pięć dni po wybuchu rewolucji w Paryżu) wydała odezwę antywojenną, z apelem do robotników niemieckich i innych krajów, by przeciwstawili się aneksji Alzacji i Lotaryngii przez Prusy, równocześnie ostrzegała władców tego państwa, że jeżeli będą dążyć do „zagrabienia części terytorium francuskiego”, to doprowadzą do wybuchu wojny ogólnoeuropejskiej.

Rada Generalna domagając się od Prus uznania republiki francuskiej i zawarcia z nią pokoju na godziwych warunkach, przestrzegała francuskich rewolucjonistów przed podejmowaniem pochopnych działań przeciwko swojemu rządowi: „Wszelka próba obalenia nowego rządu – głosiła odezwa Rady Generalnej – w okresie obecnego kryzysu, gdy wróg już prawie dobija się do bram Paryża byłaby rozpaczliwym szaleństwem”. Odezwa doradzała robotnikom, by w walce o sprawiedliwość społeczną korzystali z nowych doświadczeń, by starali się „nie powracać do przeszłości, lecz budować przyszłość”.

Cała zaś działalność Bakunina wszystkie przygotowania jego, organizacyjne i programowe koncentrowały się na upartym dążeniu do sprowokowania wybuchu rewolucji w jednym kraju a następnie na szybkim jej rozszerzeniu się na całą Europę.

Dla tego „podpalacza Europy” – jak nazwano Bakunina – najważniejszy był aspekt niszczycielski. Z lubością niejednokrotnie powtarzał przez siebie stworzony aforyzm: „Radość niszczenia jest zarazem radością tworzenia”. Często też głosił pogląd, że rewolucjoniści powinni postępować energiczniej i mieć więcej diabła w ciele. Aż włos się jeży, gdy się czyta jego zredagowany wspólnie z Nieczajewem (istnieje pogląd, że wyłącznym autorem tego dokumentu był Bakunin, a Nieczajew go tylko rozpowszechniał) Katechizm rewolucjonisty. Oto jego fragmenty:
„Rewolucjonista zrywa wszelki związek ze światem cywilizowanym, jeśli obcuje z nim, to tylko dlatego, by go zniszczyć(…). Rewolucjonista gardzi opinią publiczną, gardzi obecną moralnością społeczną, nienawidzi jej we wszystkich przejawach. Moralne dla rewolucjonisty powinno być to, co współdziała z rewolucją, niemoralne i przestępcze to, co jej zawadza. Wszelkie roztkliwiające człowieka uczucia: pokrewieństwa, przyjaźni, miłości, wdzięczności, a nawet uczciwości powinny ustąpić. Jedynym marzeniem rewolucjonisty jest niszczenie bez miłosierdzia i litości”.

28 września 1870 r. wybuchła rewolucja w Lyonie. Jej przebieg, według opisu historyka Jana Kucharzewskiego wyglądał następująco:
„Od ranka 28 września rozpoczęto agitację w warsztatach narodowych. Tłum parotysięczny (na którego czele), z czerwonymi sztandarami przybył na plac przez Radą Miejską. Jednocześnie rozesłano agitatorów do oddziałów Gwardii Narodowej, aby ją przeciągnąć na stronę rewolucji socjalnej. Część manifestantów, a w ich liczbie Bakunin, przedostała się do wnętrza Rady Miejskiej. Saigenes wygłosił z balkonu przemówienie rewolucyjne do tłumu i ogłosił generała Cluseret głównodowodzącym sfederowanych armii rewolucyjnych Francji południowej. Tymczasem do ratusza przybył mer Lyonu Hénon i, zobaczywszy ogromną postać Bakunina, perorującego w wielkiej sali, kazał go aresztować. (…) Wtem tłum z placu wtargnął do ratusza i zawładnął gmachem, Cluseret i Bakunin byli wolni (…) Komitet Ocalenia Francji był na chwilę panem położenia. Lecz wkrótce stan rzeczy uległ zmianie, wśród insurgentów nie było ani jedności, ani planu działania, tłumy bynajmniej nie były skłonne do krwawych i stanowczych czynów, jakich domagała się odezwa bakuninowska. Złe namiętności, do których radzi apelować Bakunin, nie zostały rozkiełzane, tłum nie wiedział dobrze, co ma robić. Wznoszono okrzyki: Niech żyje rzeczypospolita! Wojna z Prusakami! Tymczasem na placu przed ratuszem zaczęły gromadzić się coraz liczniejsze oddziały Gwardii Narodowej. Tłum bez walki ustępował z placu; członkowie Komitetu Ocalenia pod wieczór zaczęli nieznacznie opuszczać gmach ratusza. Bakunin stwierdził, że Francuzi liońscy nie mają diabła w ciele. Na drugi dzień umknął z Lyonu do Marsylii. cdn.

*Z dalszego ciągu relacji Lissagaraya wynika, że sformułowania „siły partii”, użył mając na myśli członków Międzynarodówki i działaczy Federacji Izb Robotniczych.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. II)

150 lat temu, 26 marca 1871 r. proklamowano Komunę Paryską. By lepiej zrozumieć sens tego wydarzenia, należy spojrzeć nieco wstecz. Częściowo uczyniłem to w poprzednim odcinku niniejszego cyklu, przedstawiając między innymi wpływ międzynarodowego ruchu robotniczego na wydarzenia poprzedzające Komunę Paryską. Obecny rozpocznę od opisu sytuacji we Francji za panowania cesarza Napoleona III.

Był w dziejach tego kraju czas bardzo szybkiego rozwoju gospodarczego. Produkcja żelaza i stali wzrosła prawie trzykrotnie (z 320 tys. ton w 1852 r. do 904 tys. ton w 1869 r.). Ogólna ilość maszyn parowych w gospodarce francuskiej oraz ich moc zwiększyła się za czasów II Cesarstwa około 4 razy. Burzliwie rozwijał się transport. Linie kolejowe w 1870 r. liczyły 24 tys. kilometrów. Marynarka handlowa stała się drugą po angielskiej. Zwielokrotniła się produkcja tkanin bawełnianych, jedwabnych i wełnianych…
Postęp dało zauważyć się też w rolnictwie i gospodarce hodowlanej: wzrosły zbiory roślin przemysłowych, rozszerzył się nieco zasięg zasiewów, poprawiły się rasy bydła.
Przebudowywano i rozbudowywano duże miasta (w 1871 r. Paryż liczył ponad 1,8 mln mieszkańców, Lyon -320 tys.). Otrzymały one oświetlenie gazowe, wodociągi, kanalizacje, autobusy konne… W Paryżu wyburzono i przebudowano kilka dzielnic tworząc krąg Wielkich Bulwarów i szerokich alej. Miasto wzbogaciło się o tysiące nowych budowli, fortyfikacje, gmach wielkiej opery…
W całym kraju budowano nowe dworce, hale targowe, mosty, pałace i kościoły. Na tym rozkwicie życia gospodarczego dorobiła się olbrzymich majątków garstka kapitalistów, szczególnie dostawców materiałów budowlanych.
Jeszcze intensywniej następował proces koncentracji kapitału pieniężnego. Spekulacje stanowiły znamienną cechę ówczesnego życia gospodarczego. Właśnie wtedy powstały wielkie banki. „Giełda paryska stała się jednym z ośrodków, do którego w poszukiwaniu pożyczek zwracali się kapitaliści i przedstawiciele rządów wielu krajów europejskich, a nawet pozaeuropejskich”.
Za rządów Napoleona III dynamicznie rozwijały się interesy wielkiej burżuazji, znakomicie prosperowało bogate chłopstwo i duża części drobnych rolników. Znacznie zwiększyła się liczba robotników przemysłowych. W samym Paryżu w latach sześćdziesiątych XIX w. wzrost ten wyniósł 100 tys. osób (czyli tyle, ile obecnie liczy np. miasto Koszalin).
Napoleon III próbował kreować się na „cesarza robotników” nie uwzględniającego podziałów klasowych ani partyjnych. Uważając, że silna scentralizowana władza najlepiej może spełnić potrzeby ludu, niemal do zera sprowadził rolę instytucji przedstawicielskich. Składały się one z trzech organów: Ciała Prawodawczego, Senatu oraz Rady Państwa. Ciało Prawodawcze było wybierane przez ludność, ale pozbawione inicjatywy ustawodawczej. Senat mianował cesarz spośród wysokich dygnitarzy i duchowieństwa. Z tego samego kręgu wybierał on członków Rady Państwa, której zadaniem było opracowywanie ustaw na podstawie przedkładanych przez niego projektów.
Napoleon III rozpoczynając swe autorytarne rządy zniósł prawie wszystkie demokratyczne zdobycie rewolucji 1848 r. Z czasem jednak przywrócił powszechne prawo wyborcze (dla mężczyzn, którzy ukończyli 21 lat) w wyborach do Ciała Prawodawczego. Pragnąc jednak zapewnić większość miejsc w tym organie, kandydatom wysuwanym przez kierowany przez siebie rząd, wykorzystywał ogromny aparat policyjny, który wywierał nacisk na wyborców. Wiktor Hugo scharakteryzował dygnitarzy i policję czasu II Cesarstwa następująco: „Zdławili prawo, zamknęli usta wolności, zhańbili sztandary, tratują nogami lud i są niesłychanie szczęśliwi!”
Napoleon III uważając się za reprezentanta dążeń i woli całego narodu, niejednokrotnie przeprowadzał plebiscyty. Odbywały się one jednak z reguły w atmosferze brutalnego terroru policyjnego, korupcji i fałszerstw. Osiągając w ten sposób pożądane wyniki, Napoleon III utwierdzał się w przekonaniu, że społeczeństwo aprobuje jego politykę.
Tak bywało w czasach sukcesów, kiedy „lud francuski – jak informuje zapis w Wikipedii – uwielbiał go, jak żadnego monarchę przed nim”. Pod tym względem- przychodzi mi do głowy takie skojarzenie – poniekąd można go obecnie porównać do naszego Edwarda Gierka.
„Po roku 1860 – cytuję dalej zapis z Wikipedii – Napoleon III zliberalizował swój system rządzenia. Parlament otrzymał więcej uprawnień, m.in. prawo interpelacji (1867) i inicjatywy ustawodawczej (1869); debaty parlamentarne, dotychczas nieznane, były publikowane w Monitorze. W roku 1864 robotnicy otrzymali prawo tworzenia związków zawodowych. Ostatnie referendum ery Napoleona III w roku 1870 zatwierdziło – ponownie większością głosów – te wszystkie reformy”.
Warto też dodać, że cesarz Francuzów wspierał „zaaprobowane przez siebie stowarzyszenia robotnicze, które unikały strajków i przyjmowały w charakterze „członków honorowych” przedsiębiorców i księży. „Organizacje takie korzystały z pomocy rządowej i rozmaitych przywilejów”.
Nie zmienia to faktu, że za rządów Napoleona III prześladowane były rzeczywiście samodzielne organizacje proletariackie. Miały one o co walczyć. Robotnicy byli bowiem srodze wyzyskiwani. Dla przykładu, pozwolę sobie zacytować fragment tekstu z VI tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR: „Dzienny urobek górnika w przemyśle węglowym wynosił np. w 1851 r. 643 kg, a w 1869 r. – już 777 kg. Podobnie wyglądała sytuacja w innych gałęziach produkcji. Rząd pomógł przemysłowcom przedłużyć dzień pracy. W wielu gałęziach produkcji zniesiono wszelkie ograniczenia. Płace nominalne nieco wzrosły, ale jeszcze bardziej podniosły się ceny artykułów spożywczych, komorne, toteż płace realne pozostały niezmienione, a w niektórych okręgach i gałęziach przemysłu nawet spadły.
Na szczególnie okrutny wyzysk skazane były kobiety i dzieci. W departamencie Pas-de-Calais w kopalniach 10 letnie dzieci pracowały pod ziemią. Naoczni świadkowie twierdzili, że żyły one gorzej aniżeli niewolnicy. W sprawozdaniu komisji badającej warunki pracy dzieci czytamy, że pracując o 15-16 godzin dziennie, ledwie zarabiały na chleb. Duża część dzieci i młodzieży nie mogła uczęszczać do szkół.
Koronkarki, a były wśród nich i siedmioletnie dziewczynki, w warsztatach w okolicach Arras pracowały po 13 godzin i więcej w ciasnych i dusznych pomieszczeniach. Na skutek zabójczych warunków pracy wśród dzieci zatrudnionych w tej produkcji masowo szerzyły się choroby – gruźlica, skrzywienie kręgosłupa itp.
Demokratyczny publicysta Rochet nazywał mordercami towarzystwa kolejowe, które zmuszały robotników do pracy po 16-18 godzin na dobę. Szeroko w tym czasie stosowany system kar za każde naruszenie regulaminu fabrycznego prowadził do dodatkowych redukcji płac.
Wzrost wielkiej produkcji przyspieszał ruinę rzemieślników, sklepikarzy i innych grup drobnomieszczaństwa. Konkurencja przedsiębiorstw przemysłowych i powstałych właśnie wtedy domów towarowych pogorszyła sytuację warstw średnich, które stanowiły we Francji poważną część ludności”. (…) W tym samym czasie, kiedy w Paryżu „na Wielkich Bulwarach pojawiły się wspaniałe domy bogaczy (…) część świata pracy nadal gnieździła się w żałosnych ruderach”.
Pod koniec rządów Napoleona III – w tym miejscu pozwolę sobie ponownie posłużyć się cytatem z VI tomu Historii Powszechnej: „dochodziło do coraz groźniejszych wystąpień proletariatu. W 1869 r. prawie cały Basen Loary objęty był strajkiem górników, walczących o 8-godzinny dzień pracy. Wojsko strzelało do strajkujących. Na początku 1870 r. w fabrykach w Creusot wybuchł strajk, w którego stłumieniu również brało udział wojsko. Napoleon III stracił ostatecznie maskę cesarza robotników, w którą tak gorliwie się stroił. Po strajku w Creusot nastąpiły dalsze strajki w innych ośrodkach przemysłowych. W marcu znów porzucili pracę robotnicy w Creusot, w kwietniu strajkowali paryscy hutnicy. Ten strajk trwał ok. czterech miesięcy i cieszył się poparciem nie tylko proletariatu francuskiego, ale robotników innych krajów.
Robotnicy brali tez udział w ruchu republikańskim. W styczniu 1870 r. odbyła się w Paryżu 200-tysięczna demonstracja antyrządowa, która nieomal nie zamieniła się w powstanie. (…)
Władze (…) usiłowały powstrzymać fale rewolucyjną środkami zwykle w takich wypadkach stosowanymi: rozpętując nowa wojnę. Kołom rządzącym wydawało się, że zwycięska wojna umocni zachwiany system bonapartystowski, umożliwi stłumienie liberalnej opozycji i rozbicie ruchu robotniczego”.


2 września 1870 r., nastąpił kres trwającego 18 lat II Cesarstwa Francuskiego. Stało się tak, w wyniku przegranej przez cesarza Napoleona III bitwy pod Sedanem i oddania się wraz armią, w której przebywał, do niewoli królowi Prus.
Wieść o tym wydarzeniu wywołała niemal powszechne oburzenie Francuzów. Chcieli nie tylko stawić opór podążającej w kierunku Paryża armii pruskiej, ale też natychmiastowego przywrócenia w kraju rządów republikańskich.
Burżuazyjni politycy próbowali opanować sytuację poprzez utworzenie rządu wyłonionego spośród swoich środowisk. Nie tego oczekiwał lud Paryża. 4 września robotnicy porzucili pracę i z przyłączającą się do nich ludnością tego miasta ruszyli tłumnie pod Pałac Burgundzki, gdzie przedstawiciele frakcji burżuazyjnych targowali się w sprawie składu koalicyjnego rządu tymczasowego, a wielu pośród nich nawoływali do rozpoczęcia natychmiastowych rokowań pokojowych z Prusakami. W tym miejscu warto zacytować barwny i żywy opis tych wydarzeń, dokonany przez Hipolita Prospera Oliwiera Lissagaraya, który będąc w tamtym czasie czynnym dziennikarzem, mógł być tych wydarzeń naocznym świadkiem, a nawet brać w nich aktywny udział:
„Paryż gromadzi się na ulicach. Liczni mieszczanie przypomnieli sobie, że są gwardią narodową, naciągnęli więc mundury, chwycili za karabiny i chcą przedostać się przez most Zgody. Żandarmi zdumieni widokiem tych czcigodnych mężów przepuszczają ich. Tłum idzie dalej i zajmuje Pałac Burbonów. O godzinie pierwszej, wbrew rozpaczliwym wysiłkom lewicy, lud wypełnia galerie. W odpowiedniej chwili. Deputowani, zajęci utworzeniem gabinetu, usiłują zagarnąć władzę. Lewica popiera te kombinację ze wszystkich sił, oburzając się, że śmie się mówić o Republice. Na galeriach rozlegają się okrzyki. Gambetta (przywódca partii republikańskiej – przyp. LF), mimo niesłychanych wysiłków i próśb, nie może nakłonić ludu, aby czekał na wynik narad. Wynik ten można przewidzieć zawczasu: będzie to komisja rządowa wyznaczona przez Zgromadzenie, prośba o pokój za wszelką cenę i – szczyt hańby – mniej lub bardziej parlamentarna monarchia. Nowa fala ludzka wyważa drzwi, wypełnia salę, wypiera lub zalewa deputowanych. Gambetta, wypchnięty na trybunę, musi proklamować detronizację cesarza. Lud idzie dalej woła: Republiki! Unosi z sobą deputowanych lewicy na Ratusz, aby tam proklamować Republikę.
Ratusz był już w rękach ludu. Na honorowym dziedzińcu walczą o lepsze sztandar trójkolorowy i sztandar czerwony, witany oklaskami przez jednych oklaskami, gwizdem przez drugich”.
Z ostatniego zdania wynika, że nie było jedności ideowej wśród ludności Paryża. Wykorzystali to burżuazyjni politycy wybierając spośród swego grona rząd, co z gorzką ironią skomentował Lissagaray następującymi słowy:
„Tak to dwunastu obywateli stało się władcami Francji. Obywatele ci uznali się za legalny rząd z woli ludu. Przyjęli wielką nazwę Rządu Obrony Narodowej. Pięciu z nich przyczyniło się do upadku Republiki w 1848 roku”.
W dalszym ciągu swojej narracji Lissagaray z ubolewaniem konstatował, iż błędem ludu Paryża było zaufanie względem nowych władz:
„Paryż bez wyjątku podporządkował się całkowicie owym deputowanym lewicy, zapomniał o ich niedawnych grzechach, uznał ich za większych o całą wielkość niebezpieczeństwa. Zdawało się, że na zagarnięcie władzy w takiej chwili może zdobyć się tylko geniusz.(…) Toteż, (…) gdy Trochu (tymczasowy prezydent III Republiki, a jednocześnie komendant Paryża – przyp. LF) dokonywał przeglądu gwardii narodowej, trzysta tysięcy ludzi ustawionych wzdłuż bulwarów, placu Zgody i Pol Elizejskich witało go z wielki m entuzjazmem.(…)
Tak Paryż złożył bez zastrzeżeń swe losy w ręce tej samej lewicy, wobec której musiałby użyć przemocy, aby móc dokonać rewolucji. Jego uniesienie nie trwało dłużej niż godzinę. Gdy obalono Cesarstwo, lud stolicy uznał, że wszystko się skończyło i abdykował ponownie. Na próżno przewidujący patrioci usiłowali wzmóc jego czujność; na próżno Blanqui pisał: Paryż jest w takim samym stopniu do zdobycia, jak my byliśmy niezwyciężeni; Paryż, zwodzony przez chełpliwą prasę, nie wie wcale, jak wielkie niebezpieczeństwo mu grozi; Paryż lekkomyślnie szafuje swym zaufaniem. A Paryż zaufał całkowicie swoim nowym władcom i z uporem zamykał oczy na wszystko. Tymczasem z każdym dniem mnożyły się oznaki niebezpieczeństwa. Cień zbliżał się, obrona zaś zamiast usunąć ze stolicy zbędnych ludzi, wpuściła dwieście tysięcy mieszkańców z okolicznych osiedli. Prace fortyfikacyjne nie posuwały się naprzód. Miast uzbroić całą ludność w łopaty (…) Trochu powierzył sypanie szańców zwykłym przedsiębiorcom, którzy nie mogli rzekomo znaleźć niezbędnych rąk do pracy. Nie zdążono jeszcze jak należy zlustrować (…) fortów południowych, gdy dziewiętnastego ukazuje się tam nieprzyjaciel i wymiata ze wzgórza oddział oszołomionych żuawów i żołnierzy, którzy nie chcieli się bić(…)
Trochu był zwolennikiem łagodnych środków (…) postanowił, że postara się, aby upadek [wielkiego miasta] był jak najmniej krwawy. Pozwalając więc nieprzyjacielowi zająć dogodne pozycje wokół Paryża Trochu zorganizował na pokaz parę potyczek”.
Generał Trochu jak i pozostali członkowie Rządu Obrony Narodowej, jak się niebawem okazało bardziej obawiali się uzbrojonego ludu niż wojsk pruskich. Zauważono to między innymi w rewolucyjnych redakcjach gazet i klubach, skąd płynęły – jak to relacjonuje Lissagaray – pytania następującej treści: „Co mają znaczyć te drobne wypady, których nigdy się nie kontynuuje? Dlaczego gwardia narodowa jest niedostatecznie uzbrojona, niezorganizowana, nie bierze udziału w akcjach? Czemu nie odlewa się nowych armat? Sześć tygodni, strawionych na czczej gadaninie i nieróbstwie, nie pozostawia już żadnych wątpliwości, co do nieudolności, jeżeli już nie złej woli ludzi z Rządu Obrony”.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…”

150 lat temu, 18 marca 1871 r. o trzeciej nad ranem do robotniczych dzielnic Paryża wtargnęły rządowe wojska, by zagarnąć artylerię i składy broni należące do Gwardii Narodowej. Formację tę powołał do życia parlament francuski uchwałą z 12 sierpnia 1870 r., czyli w niecały miesiąc po wypowiedzeniu przez cesarza Napoleona III wojny Prusom (19 lipca).

Gwardia Narodowa (pełna nazwa: Gwardia Narodowa Terytorialna – Garde Nationale Sédantaire) miała tylko zabezpieczać porządek na tyłach frontu. W walkach z wojskami pruskimi początkowo brały udział tylko zmobilizowane do tego celu armie francuskie. Gwardzistom wydano przestarzałą broń i nie nadającą się do użycia amunicję.
W sytuacji oszałamiających zwycięstw wojsk pruskich dowodzonych przez genialnego stratega feldmarszałka Helmuta von Moltkego Prusaków nad wystawionymi do boju przez cesarza Napoleona III armiami, robotnicy Paryża za własne składkowe pieniądze zakupili armaty dla Gwardii Narodowej.


Rano 1 września 1870 r. rozpoczęła się bitwa pod Sedanem. Prusacy posiadając zdecydowaną przewagę pozycyjną i w wyposażeniu, znokautowali francuską armię w której znajdował się cesarz Napoleon III. W tej sytuacji na jego polecenie około godziny 3 po południu na centralnej baszcie twierdzy sedańskiej wywieszono białą flagę, a on sam napisał do króla pruskiego list takiej oto treści: „Drogi Bracie, wobec tego, że nie było mi dane umrzeć wśród swoich wojsk, nie pozostaje mi nic innego, jak złożyć szpadę w ręce Waszej Królewskiej Mości. Pozostaję Waszej Królewskiej Mości bratem. Napoleon”.
Następnego dnia podpisano akt kapitulacji armii francuskiej. Ponad 100 tysięcy żołnierzy francuskich na czele z cesarzem dostało się do niewoli.
„Napoleon III – jak to później ironicznie skomentował Lissaray, uczestnik i kronikarz Komuny Paryskiej – wyciąg[nął] szpadę z pochwy jedynie po to, aby oddać ją królowi Prus”. Konstatacja ta jest warta przypomnienia, albowiem cesarz Francuzów rozpoczął wojnę, którą przegrał. Nie ma, przy tym, większego znaczenia fakt, że został do niej sprowokowany obelżywą dlań, a jednocześnie nieprawdziwą treścią depeszy emskiej, która z polecenia Bismarcka była propagowana w prasie niemieckiej. Był to tylko pretekst do wywołania wojny zapobiegającej zjednoczeniu Niemiec pod egidą Prus. Po tym zjednoczeniu Francja straciłaby swoją przewodnią rolę w rozgrywkach międzynarodowych. Wojna miała umocnić sytuację Napoleona III, którego jeszcze niedawno, na kongresie paryskim 1856 r. wydawał się być najpotężniejszym monarchów w Europie.
Choć Napoleon III szermował hasłem „Cesarstwo to pokój”, to jednak w praktyce prowadził odmienną politykę. Francja za jego rządów prawie nieustannie prowadziła zaborcze wojny w interesie wielkich finansistów, przemysłowców, giełdziarzy. Powiększali oni swe zyski dzięki zdobywaniu nowych rynków zbytu i źródeł surowców.
Dopóki we Francji trwało ożywienie gospodarcze i zwycięskie wojny kolonialne, wielu ludzi skłonnych było uważać rządy Napoleona III za szczególnie trwałe i ustabilizowane. Sytuacja zaczęła się zmieniać po roku 1857 kiedy światowy kryzys gospodarczy uderzył we Francję, doprowadzając wiele przedsiębiorstw do bankructwa, powodując bezrobocie i pauperyzację warstw średnich. Autorytet Napoleona III został poważnie nadwątlony po zorganizowaniu nieudanej ekspedycji wojskowej do Meksyku 1962 roku. Od tego czasu wszelkie jego działania zarówno w polityce zagranicznej jak i wewnętrznej najczęściej kończyły się niepowodzeniem. Pragnąc odwrócić uwagę społeczeństwa od narastającego w kraju kryzysu socjalnego i publicznego, pokładał nadzieję na zwycięstwo wojnie z Prusami. Wierzył, że po tym sukcesie wzrośnie jego upadający wśród ludności prestiż.
W przekonaniu, że tym utwierdzały go buńczuczne oświadczenia francuskich marszałków i generałów o sile i stanie gotowości armii. Marszałek Edmond Leboueuf, minister wojny, zapewniał, że gdyby nawet wojna miała potrwać cały rok, armii francuskiej niczego nie zabraknie. Setki razy, gdzie tylko się dało, powtarzał: „My jesteśmy przygotowani – Prusy nie!”, „Armia pruska? Ależ ona nie istnieje!”, „Oto najlepsza mapa wojskowa” – mawiał wskazując na swoją szablę. Gotowi jesteśmy aż do ostatniego guzika na getrach!”
Jedna z paryskich gazet prorokowała odrzucenie Niemców za Ren i żądała, aby śpiewano Marsyliankę. Atmosferę wojenną podgrzewały bandy najmowanych przez policję Napoleona III demonstrantów i bojówkarzy, ubranych w białe bluzy, aby nie odróżniać się od robotników. Wieczorem 14 lipca 1870 bandy te przebiegały przez bulwary z okrzykiem: << Precz z Prusami! Na Berlin!>>” Ludzie związani z dworem starali się występować w roli opinii publicznej domagającej się bitew, zwycięstw i głowy … Bismarcka.
Siły lądowe Francji liczyły (bez marynarki) ponad 560 000 ludzi (z czego 340 000 przeznaczono na pierwszą linię frontu). Piechota była doskonale uzbrojona; francuski „chassepot” znacznie górował donośnością nad pruskim karabinem pruskim. Przemysł francuski był zdolny produkować znaczne ilości broni i amunicji (np. 30 000 karabinów miesięcznie).
Wymienione atuty nie wystarczyły jednak by – jak się później okazało – wygrać wojnę z dwukrotnie liczniejszą (1 183 000 ludzi, z czego na froncie można było przeznaczyć ponad 800 000), lepiej przygotowaną do działań wojennych i lepiej dowodzoną armią pruską.
Tej dysproporcji sił nie dostrzegał Napoleon III ani jego otoczenie. Wręcz przeciwnie, na wszystkie możliwe sposoby starali się utwierdzać w mylnym przekonaniu, że armia francuska jest siłą nie do pokonania. 15 lipca 1870 minister Roucher, występując w licznej grupie senatorów mile łechtał próżność Napoleona III mówiąc mu: „W przeciągu czterech ostatnich lat, cesarz podniósł na najwyższy poziom organizację naszych sił zbrojnych. Dzięki Waszej Cesarskiej Mości Francja jest gotowa!”
Tego samego dnia przez bulwary i ulice Paryża przeszedł pochód manifestantów, do którego przyłączało się coraz więcej osób skandujących okrzyki „Niech żyje pokój” i refren piosenki z roku 1848:
Narody są naszymi braćmi,
A tyrani nieprzyjaciółmi…
W dzielnicach ludowych manifestantów witano oklaskami, ale na bulwarach Bonne-Nouvelle i Montmartre doszło do starć – jak to wspominał w swojej kronice Lissaray – „z bandami o niewyraźnym składzie”.
16 lipca doszło do jeszcze większej manifestacji na placu Bastylii. Stąd ruszył pochód, na czele którego szedł, trzymając w rękach sztandar, malarz porcelany Ranvier. Na bulwarze Bonne-Nouvellemanifestacja została rozproszona przez uzbrojoną policję.
By ratować pokój paryskie sekcje Międzynarodówki 12 lipca skierowały do robotników wszystkich krajów manifest, w którym wojnę nazwały „zbrodniczym szaleństwem”. „My, którzy pragniemy pracy pokoju i wolności – głosił manifest – protestujemy przeciw wojowniczym okrzykom tych, którzy wykupują się od daniny krwi, a w powszechnym nieszczęściu widzą tylko źródło nowychspekulacji!”
Robotnicy francuscy zwrócili się do robotników niemieckich z apelem: „Bracia w Niemczech! Waśń między nami doprowadziłaby tylko do całkowitego tryumfu despotyzmu po obu stronachRenu…”
Robotnicy Berlina odpowiedzieli: „My również chcemy pokoju, pracy i wolności. Wiemy, że po obu stronach Renu mieszkają bracia, z którymi razem gotowi jesteśmy umrzeć walcząc o republikę powszechną.
16 lipca na zebraniu robotniczym w Brunszwiku uchwalono rezolucję, w której między innymi oświadczono: „Jesteśmy przeciwnikami wszelkich wojen, ale przede wszystkim wojen dynastycznych. W Chemintz przedstawiciele 50 tysięcy robotników saskich w uchwalonej jednomyślnie rezolucji stwierdzali: „Z radością ściskamy wyciągnięta do nas bratnią dłoń robotników francuskich… Wierni hasłu Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się! nigdy nie zapomnimy, że robotnicy wszystkich krajów są naszymi przyjaciółmi, a despoci wszystkich krajów naszymi wrogami”.


Druga połowa XIX w. to intensywny rozwój gospodarki europejskiej, szczególnie w Wielkiej Brytanii, Francji i Niemczech. Tam też następował przyspieszony wzrost liczbowy robotników, w których wielu myślicieli widziało siłę zdolną do zbudowania ustroju sprawiedliwości społecznej. Najbardziej przysłużyli się tej sprawie Karol Marks i Fryderyk Engels. Filozofię traktowali nie tylko jako naukę objaśniającą rzeczywistość, ale przyczyniającą się do jej zmiany według ludzkiej woli. Oprócz działalności pisarskiej zajmowali się pracą organizacyjną. Na początku byli członkami londyńskiej gminy Związku Sprawiedliwych. Była to międzynarodowa komunistyczna organizacja o nastawieniu chrześcijańskim, utworzona w 1836 r. przez niemieckich emigrantów socjalistów i rewolucjonistów w Paryżu. Związek Sprawiedliwych działał we Francji, Anglii, Niemczech i Szwajcarii. Swoje cele formułował następująco: „Chcemy wolności i pragniemy, aby wszyscy ludzie na kuli ziemskiej byli wolni jak my, aby nikt nie był uprzywilejowany lub upośledzony, lecz aby wszyscy na równi dzielili ciężary, trudy, radości i rozkosze, to znaczy: aby żyli w spólnocie”.
W 1847 r. Związek Sprawiedliwych pod wpływem Marksa i Engelsa przekształcił się w Związek Komunistów. W tym samym czasie został opublikowany, napisany przez nich „Manifest komunistyczny”. Praca ta, w której po raz pierwszy ogłoszone zostało hasło: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!”, wywarła wielki wpływ na przebieg Wiosny Ludów (1848 – 1849). Po upadu tej rewolucji nastąpiły w Niemczech prześladowania działaczy Związku Komunistów, a na dodatek złego doszło między nimi do poważnych rozbieżności w kwestii opracowania strategii działania na przyszłość.
W październiku 1852 r. rozpoczął się przed sądem w Kolonii proces przeciwko grupie przywódczej Związku. 12 listopada zapadł wyrok skazujący siedmiu jego wybitnych działaczy na kary od trzech do sześciu lat twierdzy. Marks zareagował na to pamfletem Rewelacje o procesie w Kolonii (1853), w którym udowodnił, że proces oparty był na sfałszowanych przez policję materiałach dowodowych. 17 listopada 1852 r., pięć dni po wyroku w procesie kolońskim, Związek Komunistów na wniosek Marksa postanowił się rozwiązać.
Ponowne próby stworzenia organizacji proletariackiej w skali międzynarodowej podjęto na początku lat sześćdziesiątych. Zdaniem Lisagaraya, kronikarza i uczestnika Komuny Paryskiej, „idea zjednoczenia ucieleśniła się dopiero w roku 1862, gdy na Powszechnej Wystawie w Londynie delegaci robotników Francji zetknęli się z przedstawicielami związków zawodowych Anglii. Wówczas to wzniesiono toast: Niech żyje przyszłe przymierze wszystkich robotników świata!”.
Warto zauważyć, że asumptem do stworzenia jedności robotników na skalę europejską było ich uczestnictwo w akcjach popierających walkę Polaków w Powstaniu Styczniowym, czego przykładem był zorganizowany 22 lipca 1863 r. wiec w Londynie przez angielskie związki zawodowe.
Marks i Engels wiązali walkę Polski o niepodległość z interesami całej demokracji i zadaniem obalenia caratu w Rosji. Wielu Europejczyków otwarcie deklarowało swoje sympatie dla walczącego narodu polskiego. W szeregach powstańczych walczyli ochotnicy z różnych krajów – Rosjanie, Francuzi, Włosi, Chorwaci, Węgrzy, Niemcy. Garibaldi zgłosił gotowość wzięcia udziału w powstaniu. Nie krył swoich sympatii dla walczących Polaków także i Wiktor Hugo.
Okrutne stłumienie Powstania Styczniowego przez carat wywołało oburzenie w całej Europie. 28 września 1864 r. w Londynie znów odbył się wiec w obronie Polski. Wzięli w nim udział Anglicy, Irlandczycy, Francuzi, Niemcy, Włosi, Polacy oraz przedstawiciele innych narodowości. Na wiecu postanowiono utworzyć Międzynarodowe Stowarzyszenia Robotników zwane w skrócie Międzynarodówką. Pierwszym przewodniczącym tej organizacji był Marks. On też był autorem jej podstawowych dokumentów: Manifestu inaugurującego i Statutu. Manifest inaugurujący głosił, że robotnicy muszą łączyć walkę o polepszenie warunków pracy i podwyżkę plac z walką o zdobycie władzy; innymi słowy walkę ekonomiczną powinni łączyć z walką polityczną. „Nie słowem, lecz czynem – przekonywał w Manifeście Marks – wykazali robotnicy, że produkcja na wielką skalę i odpowiadająca wymaganiom nauki współczesnej możliwa jest i bez istnienia klasy przedsiębiorców, korzystających z pracy klasy robotników… Manifest napiętnował obojętność „wyższych klas Europy (…) wobec uśmiercenia bohaterskiej Polski”
Międzynarodówka wzywała robotników do walki z kapitalistami, kierowała strajkami i rozpowszechniała idee socjalizmu. Wzmacniała solidarność proletariatu. Gdy w 1868 r. z polecenia rządu belgijskiego strzelano do strajkujących robotników, Międzynarodówka przeprowadziła składkę wśród proletariatu Anglii i innych krajów. Zebrane pieniądze wysłano do Belgii na rzecz rodzin zabitych.
Międzynarodówka niejednokrotnie zmuszała kapitalistów do respektowania robotniczych praw. Tak było między innymi w czasie strajku robotników londyńskich, kiedy fabrykanci chcieli sprowadzić robotników z Francji. Dzięki uświadamiającej akcji Międzynarodówki żaden z robotników francuskich nie dał się wykorzystać jako narzędzie burżuazji.
Międzynarodówka wspierała ruchy narodowowyzwoleńcze. Na jednym z jej kongresów podjęto uchwałę wzywającą do obalenia wpływów caratu w Europie „przez urzeczywistnienie prawa narodów do stanowienia o swym losie oraz przez odbudowanie Polski.
Warto też wspomnieć, że w składzie 10 osobowego Komitetu Rady Centralnej (później przekształconej w Radę Generalną) I Międzynarodówki, wchodzili w różnym czasie następujący przedstawiciele rewolucjonistów polskich: Jan Emil Edward Holtorp, Franciszek Rybczyński, kapitan Konstanty Bobczyński, pułkownik Ludwik Oborski, Józef Michał Werecki, Jan Kryński, Antoni Żabicki, pułkownik Józef Rozwadowski i generał Walery Wróblewski, który odegrał wybitną rolę w obronie Komuny Paryskiej.