„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. XI)

„Tradycje walki o wyzwolenie narodowe były tak silne i głębokie, że po klęsce na ziemi ojczystej najlepsi synowie Polski spieszyli wspierać wszędzie klasy rewolucyjne; pamięć Dąbrowskiego i Wróblewskiego jest nierozerwalnie związana z największym ruchem proletariatu XIX stulecia, z ostatnim – miejmy nadzieję, ostatnim nieudanym – powstaniem robotników paryskich”.
Włodzimierz Lenin, 1903 r.

Na Łuku Triumfalnym w Paryżu uwiecznione jest nazwisko Józefa Feliksa Łazowskiego (1759–1812). Był to inżynier wojskowy pochodzenia polskiego, hydrotechnik, generał okresu wojen napoleońskich, trzykrotnie oznaczony najwyższym odznaczeniem nadawanym przez państwo francuskie – Legią Honorową. Warto nadmienić, że w latach 1798–1800 wstępnie rozpoznał teren i wykonał pierwsze pomiary dla poparcia idei budowy kanału przez Przesmyk Sueski.

Rodowód Łazowskiego sięgał XV wieku. Jego przodkowie posiadali majątek Łazowo w pobliżu Ciechanowca na Podlasiu. Dziad Józefa Feliksa, Andrzej Łazowski, jako dobry kucharz został ściągnięty do Luneville na wygnańczy dwór króla Polski i księcia Lotaryngii Stanisława Leszczyńskiego. Ten sam zawód odziedziczył po Andrzeju jego syn Jan Chrzciciel Łazowski. W 1746 r. poślubił on Francuzkę Katarzynę Grandidier, z którą miał 16 dzieci, z czego 4 córki i 2 synów umarło w młodym wieku, pozostało zaś 7 synów i 3 córki. „Dzięki nadzwyczajnej życzliwości króla Stanisława Leszczyńskiego – jak informuje historyk Witold Łukasiewicz – Jan Chrzciciel Łazowski dał swemu potomstwu dobre wychowanie i wszechstronne wykształcenie. Sam dożył późnego wieku i umierając w 1804 roku mógł się cieszyć z kariery życiowej swoich synów i córek.

***

Nigdy nie byłem w Paryżu, ani we Francji. Gdyby nadarzyła się mi taka okazja, to w pierwszej kolejności udałbym się pod Łuk Triumfalny, ale nie tylko w celu odnalezienia na nim nazwiska Józefa Feliksa Łazowskiego, ale jeszcze bardziej ze względu na pamięć jego brata Klaudiusza Franciszka Łazowskiego (1752-1793). To on był jednym z głównych przywódców prowadzących 10 sierpnia 1792 r. zwycięski atak sankiulotów na ostatnią siedzibę króla Ludwika XVI – pałac Tuileries. Budowla ta stała tuż za Łukiem Triumfalnym; spłonęła podczas Komuny Paryskiej w 1871 r., a nieco później została rozebrana.

10 sierpnia 1792 r. był bardzo ważną datą w nie tylko w dziejach Francji, ale całego świata. Tego dnia rewolucjoniści użyli czerwonego sztandaru jako znaku walki o swoje prawa. Miało to wymiar nie tylko symboliczny, albowiem ich zwycięstwo doprowadziło do całkowitego zniesienia we Francji władzy królewskiej, a w niedługi czas po tym: 22 września 1792, do ogłoszenia tego kraju po raz pierwszy Republiką.

Insurekcję 10 sierpnia przygotowywał tajny dyrektoriat, w którym uczestniczył Klaudiusz Łazowski, jako przywódca powstańców przybyłych z najbiedniejszego paryskiego przedmieścia Saint-Marcel. O siódmej rano tego dnia ukonstytuowała się w paryskim ratuszu (Hôtel de Ville) Komuna Rewolucyjna (zwana też Powstańczą), która zajęła miejsce Komuny legalnej. Klaudiusz Łazowski nie uczestniczył w jej obradach, albowiem przygotowywał się do bezpośredniej akcji. Do Komuny wszedł po 10 sierpnia i spełniał z jej polecenia różne zadania natury politycznej.

***

W poprzednim odcinku zapowiadałem dokończenie opowieści o bohaterze Komuny Paryskiej 1871 r. Jarosławie Dąbrowskim. W międzyczasie jednak pod wpływem konstatacji Lenina zamieszczonej na początku artykułu, uznałem za słuszne jeszcze bardziej zagłębić się w historię Polaków walczących nie tylko o wyzwolenie narodowe, ale także społeczne w międzynarodowym wymiarze. Skłoniła mnie do tego też wypowiedź Jarosława Dąbrowskiego z 1867 r.:

Sprawa nasza, by nie upadła, powinna stać zawsze na wysokości postępu… Obudzenie poczucia praw człowieka i obywatela w jednostkach, uznanie radości tych praw dla każdego z ludzi bez różnicy ras, nareszcie wyrobienia pojęcia o braterstwie i solidarności narodów – oto są podstawy moralne dla naszej pracy.

Zacytowane myśli Lenina i Dąbrowskiego znalazłem, umieszczone obok siebie, w Kalendarzu Robotniczym na rok 1953. Pamięć o Komunie Paryskiej 1871 r. była wówczas bardziej żywa niż dziś. Kultywowano ją w Polsce jeszcze w latach 70-tych ubiegłego wieku, czego między innymi przykładem był 200 zł banknot z wizerunkiem Jarosława Dąbrowskiego i odwzorowaniem fragmentu pomnika upamiętniającego rozstrzelanie pod murami cmentarza Pére-Lachaise 200 bojowników Komuny Paryskiej 1871 (ściana komunardów).

O tym jak mocno zatarła się u nas pamięć o bohaterach tamtych wydarzeń, przekonałem się podczas spacerów po ulicy Jarosława Dąbrowskiego w Koszalinie. Żadna z pytanych przeze mnie osób nie potrafiła odpowiedzieć kim on był i czego dokonał.

Zauważyłem też zmianę w nastawieniu do Komuny Paryskiej 1871 r. u zawodowych historyków. Np. w piątym poprawionym i uzupełnionym wydaniu książki Jana Baszkiewicza „Historia Francji”, które ukazało się w roku 2004, rozdział poświęcony Komunie Paryskiej jest krótszy aniżeli w drugim z roku 1978. Nie będę czytelnika zanudzał wszystkimi dostrzeżonymi przeze mnie wykreśleniami i zmianami, jakich w piątym wydaniu, dokonał autor (bo któżby inny, skoro nie ma urzędów cenzury). Pozwolę sobie dla porównania zacytować zakończenia rozdziałów o Komunie Paryskiej w obu wydaniach.

Oto zakończenie z roku 1978:
„W szerokiej perspektywie jednak Komuna niosła wiarę w siłę twórczą proletariatu. Uczyła, iż proletariat musi mieć polityczne kierownictwo, partię i mocne sojusze z chłopstwem pracującym. Uczyła, że socjalizm musi budować rząd robotniczy poparty przez masy.

Komuna Paryska weszła do legendy. Stała się przedmiotem czci całej rewolucyjnej lewicy. Co roku w ostatnią niedzielę maja tłumy paryżan na cmentarzu Pére-Lachaise dają wyraz czci i pamięci. Niektóre środowiska burżuazyjne (np. część gaulistów) dostrzegają w niej głównie ruch narodowy przeciw kapitulanctwu w obliczu wroga. Ale to jednostronne: słusznie w połączeniu zadań narodowych i klasowych widział Lenin najoryginalniejszą cechę Komuny. Inne środowiska burżuazyjne upatrują w Komunie ostatnią <<romantyczną>> rewolucję XIX w., przedłużenie buntów sankiulockich, tak częstych w Paryżu lat 1789–1848. A więc <<zmierzch, a=”” nie=”” świt=””>>(J. Rougerie). Ale to znów ocena błędna, nie uwzględniająca przewodniej roli klasy robotniczej w tworzeniu nowej struktury władzy i rozwiązywaniu nowych społecznych zadań. <<szturmujący niebo=””>> komunardzi byli już więc <>(Marks)”.

A oto zakończenie po zmianie w 2004 r.:
„W szerokiej perspektywie jednak Komuna długo była przedmiotem analiz i sporów. Niektóre środowiska dalekie od lewicy (np. część gaulistów) dostrzegają w niej głównie ruch narodowy przeciw kapitulanctwu w obliczu wroga. Inne interpretacje upatrują w Komunie ostatnią <<romantyczną>> rewolucję XIX w., przedłużenie buntów sankiulockich, tak częstych w Paryżu lat 1789–1848. A więc <<zmierzch, a=”” nie=”” świt=””>>(J. Rougerie). Dla socjalistów, różnych zresztą orientacji <<szturmujący niebo=””>> komunardzi byli zwiastunem nowego społeczeństwa. Obawy <> przed jakąś <> sprzyjać wreszcie będą utrwaleniu ustroju republikańskiego”.

Już na pierwszy rzut oka, że w drugim z zacytowanych tekstów autor nie powołuje się na Marksa i Lenina, jak to uczynił wcześniej w pierwszym. Znamiennym jest też, że Marks w indeksie nazwisk piątego wydania dzieła Jana Baszkiewicza (2004 r.) występuje sześć razy, natomiast w wydaniu z roku 1978 czternaście razy. Nazwisko Lenina ani razu nie pojawia się w wydaniu z roku 2004, choć we wcześniejszym z roku 1978 autor odwoływał się doń sześć razy.

Nie będę komentował zmian jakich dokonał Jan Baszkiewicz w swoim dziele. Niech czytelnik sam to uczyni. Ograniczę się tylko do konstatacji, że prace historyczne nie tylko przekazują wiedzę na temat opisywanej przeszłości, ale są też świadectwem czasu, w którym powstały.

***

Zawsze dostrzegałem proces rozwojowy walki o sprawiedliwość społeczną zapoczątkowany Wielką Rewolucją Francuską 1789-99. To właśnie wówczas rewolucjoniści użyli czerwonego sztandaru (10 sierpnia 1792 r., o czym już w niniejszym artykule wspomniałem) i pojawiły się zaczątki ruchu komunistycznego we współczesnym wydaniu. Tak czy inaczej chcąc lepiej zrozumieć historię Komuny Paryskiej 1871 r. a następnie historię rewolucji rosyjskich lat 1905-07 oraz roku 1917 r. warto dojrzeć jaki wpływ miały na nie doświadczenia Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Dlatego też o tym będę pisał w dalszym ciągu niniejszego cyklu, przy czym po kilku kolejnych odcinkach powrócę do przerwanego w poprzednim wątku opowiadania o Jarosławie Dąbrowskim i innych bohaterach Komuny Paryskiej 1871 r. Do takiego potraktowania sprawy dodatkowo skłoniła mnie wydana w 1948 roku książka Witolda Łukaszewicza pt. „Klaudiusz Franciszek Łazowski, Nieznany Bohater Rewolucji Francuskiej”. Dzieło to zawiera wiele informacji, które pozwoliły mi lepiej zrozumieć opisywany w niniejszym cyklu proces dziejowy.

***

Klaudiusz Łazowski był członkiem Komuny powstańczej roku 1792. Można go zatem poniekąd uznać za prekursora Dąbrowskiego i Wróblewskiego i innych polskich komunardów. Napisałem: „poniekąd”, albowiem nie wiem, na ile on sam czuł się Polakiem. Faktem jednak jest, że za takowego go uważano. Był ukochanym przywódcą biedoty paryskiej, a w szczególności tej z przedmieść Saint – Marcel i Saint– Antoine. Od samego początku brał czynny udział w Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Bardzo zasłużył się podczas zdobywania Bastylii. „Za jego poradą – pisze Witold Łukasiewicz – rankiem 14 lipca 1789 udali się przywódcy robotników z przedmieść paryskich w towarzystwie kilku podoficerów z gwardii francuskiej do Józefa Miączyńskiego (konfederat barski, po ucieczce z Polski oficer wojsk francuskich; dosłużył się stopnia generała – przyp. L.F) do Saint-Maur pod Paryżem z prośbą, aby udzielili im rad, jak należy obchodzić się z armatami.

Miączyński przybył natychmiast do Paryża i uczestniczył w szturmie kierując ogniem 5 armat, zdobytych w Arsenale i u Inwalidów, i zmuszając załogę do poddania się po rozpaczliwej walce. Nie ulega wątpliwości, że Klaudiusz Łazowski jako ten, który wskazał Miączyńskiego, wziął w walce udział obok swego towarzysza rodaka i swych kolegów francuskich: podoficera Hulin i Elie, którzy dowodzili oddziałem około 300 gwardzistów francuskich i mieszczan dobrze uzbrojonych.

Oddział ów przybył pod mury Bastylii w momencie najkrytyczniejszym, kiedy dowódca fortecy Launey strzelał z armat do atakującego tłumu i gdy się zdawało, że atak się nie uda. Armaty Miączyńskiego i Łazowskiego zapewniły zwycięstwo ludowi paryskiemu…”
cdn.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. X)

„Około drugiej nad ranem Dąbrowski przychodzi na Ratusz. Jest blady, znużony, kontuzjowany w pierś odłamkiem kamienia. Opisuje Komitetowi Ocalenia Publicznego wkroczenie wersalczyków, popłoch w Passy i własne nadaremne usiłowania zmierzające do zebrania ludzi. Komitet tak dalece nie znał sytuacji wojskowej, że to nagłe najście nieprzyjaciela wywołało u wszystkich jego członków wielkie zdziwienie. Dąbrowski, który niedokładnie zrozumiał, o co im chodzi, woła: Jak To? Komitet Ocalenia Publicznego ma mnie za zdrajcę! Życie moje należy przecież do Komuny. Jego wzburzenie i głos świadczą o miotającej nim wielkiej rozpaczy”
(Lissagaray, „Historia Komuny Paryskiej 1871”)

Jarosław Dąbrowski przystąpił do Komuny Paryskiej już w pierwszym dniu jej istnienia tj. 18 marca. Na jednej z pierwszych narad (być może nawet na pierwszej) Komitetu Centralnego Gwardii Narodowej przedstawił śmiały plan podjęcia natychmiastowej ofensywy przeciwko zbiegłym z Paryża wojskom wersalskim i rządowi. Przekonywał, że należy wykorzystać ich chwilową słabość i demoralizację oraz entuzjazm pierwszych chwil zwycięstwa wśród gwardzistów i ludu paryskiego. Kiedy członkowie Komitetu gasili jego zapał zasłaniając się „brakiem mandatu od narodu”, powiedział: „Całe swe życie byłem żołnierzem, przywykłem rozumować po wojskowemu. Jesteście krótkowzroczni, widzicie tylko o dwa kroki przed sobą… Prędzej czy później, a będziecie musieli walczyć. Ale może być już za późno”. Dąbrowski ostrzegał ich także przed podejmowaniem jakimikolwiek prób rokowań z rządem wersalskim. Już wtedy było wiadomo, że stojący na jego czele Adolf Thiers, to zaciekły wróg robotników, nie zamierzający pertraktować z Komuną, którą uważał za „bunt przestępczy”.
„Uwag Dąbrowskiego – cytuję fragment książki Eligiusza Kozłowskiego pt. „Na barykadach Paryża 1871 (Wydawnictwo MON, Warszawa 1971) – nie wzięto jednak pod uwagę, natomiast Komuna zajęła się przez dziesięć dni wyborami, marnotrawiąc drogocenny czas. Zamiast organizować wojska i machinę dowodzenia, wybierano urzędników, delegatów, rozsyłano ogólniki, pisma… Komunie grozi zalew papierków. Strona przeciwna zaś nie chciała rokowań i szykowała się do krwawej rozprawy. Uruchomiła w tym celu najbardziej niewybredną propagandę, zwiększyła siły, zadbała o pomoc u swych pogromców – Prusaków.
Dąbrowski jednak nie skapitulował. Gdzie tylko mógł, stale podkreślał konieczność podjęcia działań ofensywnych, ofiarował w tej mierze swoje usługi, rozmawiał na ten tematy z generałem Cluseretem, działaczem Komuny, lecz ten zdecydowanie odrzucał oferty Dąbrowskiego. (…) Dąbrowski, który wstąpił do Komuny, aby walczyć o wolność przeciw ciemiężycielom takim jak Thiers, otrzymał tylko dowództwo 12 legii, która wypowiedziała się za nim jednogłośnie.
Mianowani przez Komunę trzej dowódcy: Duval, Berget, Edoux nie uderzyli również od razu, jak radził Dąbrowski, na Wersal, a nawet z nie znanych bliżej przyczyn nie zdobyli się na zajęcie potężnego fortu Mont Vlerian, którego załoga chciała podporządkować się Komunie. Działania zaczepne podjęli oni dopiero 3 kwietnia, które, choć przeprowadzone znacznymi siłami, zakończyły się pełnym niepowodzeniem już następnego dnia. Porażka ta otworzyła oczy niektórym przywódcom na niedomagania w dowództwie i w organizacji. Podniosły się również głosy krytyki, wśród których najczęściej powtarzały się żądania postawienia na czele wojsk Komuny odpowiedzialnych dowódców. Wówczas to po raz pierwszy na posiedzeniach władz Komuny padło nazwisko Jarosława Dąbrowskiego.
Wolą większości Rady Komuny i Komitetu Centralnego Gwardii Narodowej 7 kwietnia przekazano Polakowi komendanturę miasta oraz oddział podlegający dotychczas generałowi Bergerowi, którego zdymisjonowano. Generał Cluseret otrzymał stanowisko delegata Komuny do spraw wojskowych.”
„Jeszcze tego samego dnia sfederowani z Neuilly – pisał o Dąbrowskim Lissagaray w swoich wspomnieniach – ujrzeli młodego człowieka niskiego wzrostu, odzianego w skromny mundur; obchodził pieszo przednie straże pod ogniem nieprzyjaciela. Zamiast francuskiej porywczości, pełnej werwy i blasku – zimna i jakby nieświadoma odwaga Słowianina. W ciągu kilku godzin nowy dowódca podbił serca wszystkich podkomendnych. Pokazał też niebawem co potrafi. W noc na dziewiątego kwietnia w towarzystwie Vermorela z dwoma batalionami z Montmartre zaskoczył wersalczyków w Asniéres, wypędził ich stamtąd, zdobył ich działa i, zająwszy tory kolejowe wraz z pociągiem pancernym, ostrzelał ogniem flankowym Courbevoie i most Neuilly. Brat jego [Teofil – przyp. L.F) zdobył zamek Bécon.” Tym sposobem – jak ocenił te działania historyk Eligiusz Kozłowski – zostało zażegnane niebezpieczeństwo opanowania prawego brzegu Sekwany przez wersalczyków i stworzenia na tam przez nich przyczółków do ofensywy w głąb Paryża.
Aparat sztabu generalnego Komuny – pisze dalej Lissagaray: „działał tak nieudolnie, że Paryż nie dowiedział się nawet o tym zwycięstwie. Ten wspaniały atak był dziełem jednego człowieka, podobnie jak obrona fortów była żywiołowym odruchem gwardii narodowej. Wciąż jeszcze nie było ogólnego kierownictwa. Każdy robił, co uważał za stosowne. Gdy komu potrzeba było dział czy posiłków, biegł starać się o nie dokąd tylko mógł: do komendy placu, na Ratusz, do Komitetu Centralnego, czy do generalissimusa Clusereta. (…)
Ludzie, którzy często bywali na Ratuszu, mogli spodziewać się jeszcze gorszych rzeczy. Jakżeż nieliczni spośród wybranych zdawali się rozumieć, jaki ogrom odpowiedzialności na nich ciąży; jak wielu z nich stale opuszczało posiedzenia! W dniach trzydziestym marca, czwartym i piątym kwietnia już po upływie kilku godzin na sali nie było niezbędnego quorum. Dnia dziewiątego kwietnia trzeba było uchwalić, że nieobecnym wstrzyma się wypłatę diet. Większość przychodzi na posiedzenia nie przygotowana, skora go głosowania pod pierwszym wrażeniem. Ratusz przypomina obradujący klub la Corderie. Wczorajsze postanowienia idą w zapomnienie.(…) Sprawy rozstrzygało się w sposób połowiczny. Komuna powołuje sądy wojskowe i sąd polowy, pozostawia jednak Komitetowi Centralnemu ustalenie procedury i wykonanie wyroków. (…) Znosi szarżę generała, jej delegat zaś nadaje ją wyższym dowódcom.” Po wymienieniu jeszcze innych przykładów braku konsekwencji i błędnych postanowień wydanych przez organy Komuny Paryskiej Lissagaray, stwierdza z ubolewaniem, że „pozostaje [ona] głucha na rozpaczliwe wołania Dąbrowskiego” o przysłanie mu posiłków na przydzielony mu najważniejszy odcinek obrony Paryża, bez przerwy szturmowany przez wersalczyków.
„Przez sześć tygodni – cytuję ponownie fragment książki Eligiusza Kozłowskiego –Dąbrowski bronił tego odcinka, odpowiadając na każdy atak wersalczyków kontratakiem, lecz jego siły były niewystarczające, aby złamać przeciwnika lub też zadać mu miażdżący cios. Miał podobno 1800, według innych zaś 4000–5000 żołnierzy oraz znikomą ilość dział. Rzadko otrzymywał natomiast uzupełnienia, o wymianie walczących jednostek w ogóle nie było mowy. Żołnierze przebywali na linii frontu w nieustannym ogniu po kilkanaście dni. Szwankował dowóz amunicji i żywności. W swoich raportach o zwycięskich bojach na próżno wspominał o brakach w zaopatrzeniu i fizycznym wyczerpaniu żołnierzy.(…)
W swoich raportach wskazywał również Dąbrowski na fakt, iż dalsza walka będzie możliwa tylko wtedy, jeśli ulegnie zmianie cały system dowodzeni i organizacji, a na czele wojsk i sztabów Komuny staną ludzie w pełni odpowiedzialni i świadomi swoich zadań i obowiązków. Podkreślał konieczność wprowadzenia surowej dyscypliny oraz respektowania wszystkich wyroków sądów polowych. Często bowiem zdarzało się tak, że skazany prawomocnym wyrokiem dezerter w imię źle rozumianej idei rewolucji zwalniały go od wszelkiej odpowiedzialności”.
W okresie od 12 do 19 kwietnia dowodzone przez Dąbrowskiego nieliczne oddziały komunardów, bez wsparcia artylerii, dokonywały cudów waleczności, odpierając wielokrotne natarcia wojsk wersalskich. Pisał o tym dowódca 192 batalionu „sfederowanych”(tak nazywano oddziały komunardów): „Męstwo i zimna krew Dąbrowskiego są godne podziwu. Rzadko spotyka się wodzów takiej energii i inicjatywy… Z takim wodzem i z takimi żołnierzami odnieślibyśmy zwycięstwo, gdyby niedbalstwo idące z góry nie było tak wielkie…Zwycięstwa nie odniesiemy jednak, jeśli minister wojny, organizator dezorganizacji, nie przyśle artylerii…Przysyłając nam armaty bez pocisków, bataliony bez dowódców, oficerów bez żołnierzy…Zamiast niszczyć domy artylerią, zdobywa się je za pomocą bagnetów lub podpala zapałkami”.
„Oburzenie wśród gwardzistów – pisze Eligiusz Kozłowski – na najwyższe dowództwo Komuny osiągnęło w tych dniach granice najwyższego napięcia, zagrażając przede wszystkim dyscyplinie, która i tak pozostawała wiele do życzenia. Dały się słyszeć głosy o nieudolności, a nawet o zdradzie. Najcięższe gromy spadały oczywiści na generała Clusereta jako delegata Komuny do spraw wojskowych”. (…)
„Cluseret pomijał milczeniem raporty Dąbrowskiego, a nawet chował je przed władzami zwierzchnimi. Przejawiała się w tym wyraźna zawiść Clusereta i jakieś osobiste animozje.(…)
Usiłując podreperować nadszarpnięta reputacje Cluseret zaatakował Dąbrowskiego. Czynił to z tym większa zaciętością, jako że wszędzie zaczęły podnosić się glosy, iż Polakowi należy oddać naczelną komendę.(…)
W związku z niepowodzeniami na frontach walki z wersalczykami, blankiści stanowiący najsilniejszą grupę polityczną w Komunie, rzucili hasło ogłoszenia dyktatury wojskowej i zastąpienia nią nieudolnych organów komisji wojskowej. Wśród ewentualnych kandydatów na dyktatora wymieniono nazwisko Dąbrowskiego, który poparł bez zastrzeżeń wniosek blankistów, widząc w nim jedyny ratunek dla ginącej Komuny. Żądania powołania takiej władzy wyszły również od niektórych dowódców batalionów. Jeden z nich pisał: Chociaż nienawidzę dyktatury, to jednak wychodzę z siebie, gdy widzę, że minister – zamiast działać – wydaje dekrety. Zaniepokojone tymi głosami głosami naczelne władze Komuny zdecydowały się wręczyć generałowi Cluseretowi dymisję, a nawet aresztować go. (…) Cluseretowi brak było pełnej świadomości celów Komuny, a jeśli nawet ją znał, należy wątpić, czy je podzielał. W Komunie szukał raczej osobistego wybicia się i laurów.
27 kwietnia odbyła się w kole blankistów decydująca narada, na której byli obecni Dąbrowski i Wróblewski. (…) Dąbrowski (…) ostro krytykując niedowład organizacji wojskowej przedstawił własny, jasny i konkretny plan zmiany położenia wojskowego Komuny. Opowiedział się więc za dyktaturą, której zadaniem byłaby przede wszystkim reorganizacja sił zbrojnych i systemu dowodzenia, proponował następnie podjęcie ofensywy przeciw wersalczykom (uważał bowiem, iż istniały jeszcze szanse jej powodzenia) oraz pociągnięcie do wojny rewolucyjnej w całej Francji. Był też rzecznikiem surowej dyscypliny i zasady jednoosobowego dowództwa. Sprzeciwiał się również systemowi obieralności dowódców. Dąbrowskiego poparli: blankista Gerardin, który wystąpił z żądaniem powołania, na wzór 1793 roku Komitet Ocalenia Publicznego, oraz Rossel. Ten ostatni zastąpił już bodajże 30 kwietnia generała Clusereta na stanowisku delegata do spraw wojskowych.(…)
Rządy Rossela rozpoczęły się od prób uporządkowania hierarchii urzędów wojskowych i ich kompetencji, szczególnie zarządzania artylerią, amunicją i zaopatrzeniem. 5 maja wydał on rozkaz o podziale linii frontu na trzy odcinki, z których prawy przekazał generałowi Dąbrowskiemu, lewy generałowi Wróblewskiemu, a centralny – generałowi La Cécilia. Równocześnie oddziały walczące na poszczególnych odcinkach zostały scalone w jednostki zwane armiami. Reformy Rossela, jakkolwiek zdążały we właściwym kierunku, nie przyniosły jednak dodatnich wyników.
Tuż po upadku bardzo ważnego w systemie obrony Paryża fortu Issy, Rossel stwierdził, że sytuacja wojskowa jest niemal beznadziejna i podał się do dymisji. Niemalże w tym samym czasie (albo tuż przed), powołany, zapewne pod naciskiem blankistów, Komitet Ocalenia Publicznego mianował naczelnym wodzem Komuny generała Jarosława Dąbrowskiego, dotychczasowego dowódcę 1 armii. „Rossel – pisze Eligiusz Kozłowski – był tą decyzją zaskoczony, jako że została podjęta bez jego wiedzy, i spowodował odwołanie nominacji. Wypadek ten jest niewątpliwie bardzo pouczającym przykładem całkowitego chaosu, jaki opanował Komunę w przełomowych dla niej chwilach”.
Rossel został wkrótce aresztowany przez Komunę. Udało mu się jednak uciec. Między innymi szukał u Dąbrowskiego opieki i pomocy. Dąbrowski niemal bez przerwy przebywał na pierwszej linii frontu, więc Rossel ukrywał się gdzie indziej. Po upadku Komuny został wzięty do niewoli przez wersalczyków i skazany na śmierć. Wyrok wykonano 28 listopada 1871r.
Cokolwiek by sądzić o zdymisjonowanych przez Komunę dowódcach wojskowych: Rosselecie, Cluserecie, Bergrecie, ich los mógł stanowić swoistego rodzaju przestrogę dla Dąbrowskiego. Poniekąd tym motywem można by było tłumaczyć jego gwałtowną reakcję, na widok wielkiego zdziwienia w twarzach członków Komitetu Ocalenia Publicznego, gdy o drugiej rano 22 maja 1871 r. składał im meldunek o tragicznej sytuacji na froncie walki. Jego pełne oburzenia słowa: „Jak To? Komitet Ocalenia Publicznego ma mnie za zdrajcę! Życie moje należy przecież do Komuny”, bardziej jednak wynikały z innego – acz chwilowego – źródła nieporozumienia. Ale o tym napiszę w następnym odcinku niniejszego cyklu.

Komuna Paryska w literaturze

150 rocznica Komuny Paryskiej została w „Dzienniku Trybuna” uhonorowana godnie tekstami Lecha Fabiańczyka, opartymi na źródłach historiograficznych. Pamięć tego wielkiego rewolucyjnego zrywu odzwierciedliła się też jednak w literaturze pięknej, w powieści, dramacie, poezji.

Tednat Komuny Zola podjął w powieści „Klęska” („La debacle” – 1892) Emil Zola, choć jest to odniesienie cząstkowe, zdawkowe, jako że większość narracji pisarz poświęcił wojnie francusko-pruskiej zakończonej klęską Francji pod Sedanem we wrześniu 1870 roku.
Chłód Zoli
Osiowy motyw personalny tej powieści koncentruje się na wątku „bratobójstwa”, co oddaje istotę Komuny jako wojny domowej. Dwaj bohaterowie, Jan i Maurycy biorą udział w wojnie jako żołnierze armii francuskiej i obaj trafiają do niewoli. Choć dzieli ich format umysłowy i światopogląd (Jan jest człowiekiem prostym i nacjonalistą, a Maurycy intelektualistą i internacjonalistą) między obydwoma towarzyszami broni rodzi się przyjaźń. Obu też udaje się z niewoli pruskiej uciec. Jednak Jan wraca do Prusaków po tym, jak ogłaszają oni możliwość legalnego powrotu do francuskich oddziałów, tzw. „wersalskich”, tłumiących zryw Komuny. Maurycy natomiast wstępuje w Paryżu do Gwardii Narodowej i bierze udział w walkach w oddziałach komunardów. Tragiczny los styka ich na barykadzie – Jan zabija Maurycego. Zola nie objawił się w powieści jako piewca Komuny. Choć był krytykiem wielkiej burżuazji i Napoleona III, zajął postawę, nazwijmy ją, „symetrystyczną” – potępił zarówno rozstrzeliwanie zakładników przez komunardów jak i krwawą pacyfikację Komuny.
Gorący Vallés
Namiętną apoteozą Komuny jest natomiast wcześniejszy o kilkanaście lat trójksiąg powieściowy Julesa Vallés, „Jacques Vingtras” (1879-86), a ściśle jego trzeci tom, zatytułowany „Zbuntowany” („L’insurgé)”, w całości jej poświęcony. Vallés brał w niej czynny udział, a tom poprzedził dedykacją: „Wszystkim tym, którzy jako ofiary krzywdy społecznej chwycili za broń przeciw źle urządzonemu światu i stworzyli, pod sztandarem Komuny wielką federację niedoli – ofiaruję tę książkę”. O tej powieści napisał w 1941 roku, dla lwowskich „Nowych Widnokręgów” Tadeusz Boy-Żeleński w tekście „Jules Vallés i jego trylogia”. Oto jego fragmenty: „Pół tomu wypełniają echa wojny, oblężenie Paryża, podziemne przygotowania, nabrzmiewanie sytuacji. Aż wreszcie – 18 marca 1871. Zaczyna się. Pułk liniowego wojska przeszedł na stronę ludu. Jeden generał zmasakrowany, drugi pod ściankę. Takie wieści przynoszą Vallésowi koledzy. Posłuchajmy jego samego, okrzyku, jaki mu się wydziera mimo zgrozy przed rozlewem krwi: „No tak! To Rewolucja! Nadeszła więc ta chwila, oczekiwana i upragniona od pierwszego okrucieństwa ojca, od pierwszego uderzenia w twarz ręką belfra, od pierwszego dnia bez chleba, od pierwszej nocy bez dachu – oto odwet za szkołę, za nędzę, (…) Zważmy ten krzyk; w nim jest cały Vallés. Wspominałem, że w poprzednim tomie nie znajdziemy żadnych śladów ewolucji umysłowej w duchu naukowego socjalizmu; rewolucja, Komuna, trupy, to dla niego wyzwolenie z urazów dzieciństwa, odwet nie tylko za grudzień, ale za dom, za życie. (…) Odtąd, od 18 marca 1871, aż do końca zmienia się on (trzeci tom – przyp. K.L.) w dziennik Komuny. Pisany jest zapewne ex post, ze wspomnień; ale wspomnienia te barwią się tak żywo gorączką chwili, że czytając czujemy się jak gdyby przeniesieni w ogień walki. (…) Kończy się ten tom (…) porażką Komuny. Gdy wersalczycy weszli już do Paryża i rozpoczęły się okrutne represje, Vallés, widząc, że wszystko stracone, ukrywa się, potem goli brodę i próbuje się wymknąć z miasta na wozie. Jacyś żołnierze rzucili na ten wóz rannego z poleceniem dowiezienia go do ambulansu; ranny umarł, ale trup jego stanowi cenną legitymację. Vallés objeżdża z trupem miasto, aż wreszcie znajduje jakiś mniej strzeżony punkt i wymyka się. (…) umiera w r. 1885, pogrzeb jego jest wielką manifestacją ludowego Paryża. (…) był jednym z najgłośniejszych, najwpływowszych publicystów swojej epoki. Jedyną atmosferą, w której mógł żyć i działać, była atmosfera walki, namiętności, gorączki i styl jego urabiał się w tej walce; działalność jego jako publicysty, ta, która najwięcej dawała mu rozgłosu, jest dziś najbardziej martwą w jego spuściźnie. Ona to ściągnęła nań ostry sąd Engelsa, który (…) nazywa go frazesowiczem literackim. Zdaje się, że Vallés, kiedy wyszedł poza sferę swoich młodocianych wspomnień, urazów i obsesji, niewiele miał do powiedzenia. Ale zostawił jedną książką godną wielkiego pisarza; tę właśnie (…)”.
Boya poniósł publicystyczny temperament, a miejsce rzetelnej analizy trylogii o Jakubie Vingtras zajęły szydercze szarże i analiza namiętnej, gorączkowej osobowości pisarza. Zarzucał Vallésowi krańcowy emocjonalizm, brak refleksji intelektualnej. Krytycy marksistowscy zarzucali mu brak refleksji społecznej i systemowej. Rzeczywiście – gdy czyta się „Jakuba Vingtrasa”, który w 1951 roku ukazał się po polsku w przekładzie Juliana Rogozińskiego, uderza gwałtowny, gorączkowy styl tej prozy. Próżno w niej szukać socjologicznych, klasowych czy historiozoficznych analiz. Jest ona hymnem na cześć walki za wszelką cenę i dokumentem atmosfery, którą czas Komuny emanował. Wbrew temu co można by przypuszczać, powieści i wątków poświęconych Komunie nie jest w literaturze francuskiej zbyt wiele. Warto więc wymienić też wydaną w 1998 roku powieść Jeana Vautrin „Krzyk ludu” (tytuł nawiązujący do pisma wydawanego przez Vallésa), choć należy ona raczej do prozy popularnej niż artystycznej. Rysownik Jacques Tardi przerobił ją na popularny komiks, wydany także w języku polskim. Tematykę Komuny spotykamy też w poezji, n.p w pieśniach „Krwawy tydzień” („La semaine sanglante”) czy „Komuna walczy” („La commune est en lutte”).
Polacy o Komunie
Ślady Komuny Paryskiej są też w literaturze polskiej. Być może pierwszym polskim pisarzem, który umieścił w swojej powieści ten wątek, był Józef Ignacy Kraszewski. Ostatni rozdział powieści „Szalona” (1879) rozgrywa się w Paryżu – dokąd los rzucił tytułową bohaterkę Zonię – dotyczy ostatnich chwil Komuny. „Kto te dni grozy i sądu przeżył w stolicy Francji i był świadkiem ostatniej walki zrozpaczonej i oszalałej Komuny z wojskiem (…) mszczącym się za klęskę poniesioną od wroga, ten dni tych grozy nie zapomni póki żywota” – rozpoczyna Kraszewski rozdział paryski – Komuna w konwulsyjnych, ostatnich drganiach wściekle się mściła za za własne szały na wszystkim , co ją otaczało, chciała, aby z nią ginął świat, miasto, skarby, pamiątki (…) Paryż gorzał, na wieczornym niebie olbrzymią roztaczając łunę, płomienie i dymy buchały do góry, powietrze przejęte było zgorzeliną, smrodem petrolu, dymami prochu, wonią krwi, która rynsztokami płynęła i w kałużach ścinała się po ulicach… (…) Trupy zalegały podwórza, barykadowały przejścia, rzędami stały oparte o mury, (..,) walały się po ogrodach. Młodzież, starców, kobiety, dzieci, matki z niemowlętami u piersi widać było wśród tych stosów zwłok (…) Tego wieczora miasto było jak cmentarz i trupiarnia (…) W maleńkiej uliczce, w sąsiedztwie zdobytego cmentarza Pére-Lachaise, odgrywał się dramat, jakich ten dzień liczył tysiące (…)” – to tylko próbka stylu opisu.
Epizod poświęcony Komunie znalazł się też w „Płomieniach” (1908) Stanisława Brzozowskiego w rozdziale „Katia”. „Kto wie, czym jest historia nowoczesna, niech się zapatrzy w ten widok miasta bohaterów i myślicieli – oddanego na łup zniszczenia przez plugawego karła. Skrofuliczny, przeżarty przez cynizm starzec Thiers – morderca ludu – to symboliczna postać nowoczesnego mieszczaństwa. (…) Paryż, święte miasto ludzkości, nigdy nie był tak wielki, jak za czasów niezapomnianej Komuny. Rozpaczliwa walka ludu oczyściła atmosferę. (…) Paryż narodził się znów pod armatami i bombami jako stolica rozumu i ludzkości. (…) Paryż się nie podda – wołała, kiedy wersalczycy wchodzili – Paryż się nie podda. My nie możemy, nie chcemy żyć w niewoli, umrzemy, zginiemy, by istnieć w pamięci, jako wielkie miasto przyszłości, stolica swobody! I z pochodnią w ręku biegła podpalać gmachy, wołała o proch, dynamit, naftę. – Zginąć, zginąć pod gruzami, a nie żyć w niewoli! (…) Ulica za ulicą wpadała w ręce wersalczyków. (…) Katia przechodziła od barykady do barykady. – Nie poddamy się, nie poddamy się, umrzemy wolni. „Elle ne se rend pas, la Commune de Paris!”.
Ten okrzyk przyjął za motto swojego wspaniałego, romantycznego w stylu i duchu poematu „Komuna Paryska” Władysław Broniewski. Napisany w 1929 roku, ukazał się drukiem dopiero w u schyłku lat czterdziestych. Dzieje Komuny zafascynowały nawet prawicowego, konserwatywnego pisarza, jakim był Adolf Nowaczyński, który w 1926 roku wydał dramat historyczny „Komendant Paryża”, poświęcony Jarosławowi Dąbrowskiemu w dniach Komuny i bynajmniej nie był to pamflet na głównego bohatera. Ten sam tytuł nosi monumentalna, socrealistyczna opera Witolda Rudzińskiego, skomponowana do libretta Tadeusza Marka, której premiera odbyła się w Poznaniu w 1960 roku. Tytuł budzi skojarzenie z dramatem Nowaczyńskiego, a poza tym pojawiają się z nim wątki mogące nasuwać podejrzenie, że autor libretta inspirował się jego utworem, lecz nazwisko Nowaczyńskiego w metryce opery się nie pojawia. W 1971 roku, w 100 rocznicę Komuny, miała miejsce premiera filmu „Jarosław Dąbrowski”, zakrojone na panoramiczny „supergigant”, epickie widowisko w reżyserii Bohdana Poręby. Zrealizowany z ogromnym nakładem sił i środków, z liczną obsadą (w roli tytułowej Zygmunt Malanowicz), film nie porywa jednak ani artystycznie, ani emocjonalnie, a razi historycznym schematyzmem rodem ze szkolnego podręcznika do historii.

Szturmem chcieli zdobyć niebo… (cz. IX)

„Historia jest zbyt skomplikowana, aby dać prostą lekcję, ale znajomość historii jest kluczem do zrozumienia zawiłych uwarunkowań w teraźniejszości.”
prof. Mark Edcle, Uniwersytet w Melbourne

Dramat Komuny Paryskiej 1871 r. najczęściej jest znany z podręczników historii, które z reguły opisywały go w ogólnikowej formie, nie dając wystarczającego wyobrażenia o losach ludzi uczestniczących w tym dramacie. Tym, między innymi można tłumaczyć, że przypadająca w obecnym 2021 r., 150. rocznica tego bardzo ważnego wydarzenia w dziejach świata minęła niemal niezauważalnie. Niewątpliwie jest to w bardzo dużym stopniu następstwo przemian mentalnych po 1989 r w naszym narodzie, który uległ politycznemu trendowi wyrzucania na śmietnik historii tradycji związanych z ruchem robotniczym i komunistycznym.
Przypominanie i pogłębianie wiedzy o Komunie Paryskiej potrzebne jest nie tylko ze względu na jej wartość samą w sobie, ale jeszcze bardziej z uwagi na znaczenie jakie ona ma dla obecnego czasu i przyszłości. Stanowi bowiem bardzo istotne ogniwo w łańcuchu walk o godność człowieczą i sprawiedliwość społeczną.
„Pomimo krótkiego czasu działania i panujących warunków wojennych – pisze historyk Janusz Pajewski – Komuna przystąpiła do realizacji programu społecznego. Ustaliła obowiązkowe minimum płacy robotnika, w większych przedsiębiorstwach wprowadziła kontrole działalności dyrekcji przez delegatów robotniczych; fabryki i warsztaty porzucone przez właścicieli, którzy zbiegli z Paryża, przekazała robotniczym zrzeszeniom produkcyjnym, zniosła nocną pracę w piekarniach”.
„Mimo trudności – zauważa historyk Jerzy Prokopczuk – wynikających ze świadomego przeciwdziałania burżuazji i mimo braku doświadczenia w organizowaniu produkcji, dzięki olbrzymiemu wysiłkowi robotników do 30 marca udało się uruchomić wszystkie warsztaty i urzędy. (…)
Innym ważnym problemem, który ze społecznego punktu widzenia domagał się szybkiego rozwiązania, było zlikwidowanie biurokracji. Działalność burżuazyjnej machiny urzędniczej była wymierzona przeciwko masom pracującym i ułatwiała ich wyzysk. Urzędnicy, mocno związani z panującym systemem społecznym, należeli do najlepiej opłacanych. Komuna wprowadziła wybieralność urzędników, a jednocześnie obniżyła bardzo znacznie ich pobory, ustalając je na poziomie przeciętnej płacy robotniczej”. „Rzecz znamienna – dodaje Janusz Pajewski – że członkowie Komuny wyznaczyli sobie pensje odpowiadające płacom robotniczym. Pensja przewodniczącego Komisji, czyli ministra, nie mogła przewyższać płacy wykwalifikowanego robotnika.
Podstawę społeczną Komuny – pisze dalej Janusz Pajewski – tworzyli robotnicy, część drobnej burżuazji i rewolucyjnie usposobiona część inteligencji.
Liczny był udział w pracach i walkach Komuny cudzoziemców. Poczesne miejsce zajmowali wśród nich Polacy. Byli to przeważnie uczestnicy powstania styczniowego, mający już doświadczenie wojenne, w tym wielu oficerów. Na pierwszą wieść o wydarzeniach w Paryżu przybył tam Jarosław Dąbrowski, przekonany, że w walkach rewolucyjnych wyłoni się sprawa niepodległości Polski”. 72-letni pułkownik Roman Czarnowski, uczestnik powstania listopadowego, swoje wejście do wojsk Komuny uzasadniał tymi słowy: „Gdzie są dwie strony, zadowolonych i niezadowolonych, Polak zawsze stanąć musi po stronie niezadowolonych”.
Aczkolwiek Komuna Paryska w krótkim czasie uczyniła wiele dla polepszenia doli mas pracujących w Paryżu, to jednak z przyczyn obiektywnych jak i własnych błędów nie udało się jej utrzymać zwycięstwa osiągniętego na początku swego istnienia.
Proklamowanie Komuny 28 marca zostało entuzjastycznie przyjęte przez tłumy Paryżan i 100 tysięcy gwardzistów. Niecałe dwa miesiące później tj. 20 maja z chwilą, gdy wojska wersalskie (80 tysięcy) rozpoczęły szturm generalny na Paryż broniło go zaledwie 8–10 tysięcy Komunardów.
„Siły zbrojne Komuny – pisze historyk Jerzy Skowronek – faktycznie nie były wielkie, a ich organizacja i wykorzystanie pozostawiały wiele do życzenia. W gwardii narodowej służyło w czasie Komuny prawie 200 tysięcy mężczyzn, ale połowa z nich to słabo zorganizowana i uzbrojona masa używana do służb garnizonowych i porządkowych. Zaledwie 30–40 tysięcy gwardzistów stanowiło faktyczne siły zbrojne (wojska polowe) używane w boju, ale nawet one nie zostały w pełni uzbrojone. W Paryżu było prawie 300 tysięcy karabinów nowego typu, zwanych szaspotami, lecz nie wszyscy gwardziści je otrzymali. Komuna dysponowała 1200 działami, ale wykorzystała w bojach zaledwie 340. Do obsługi ich miała zaledwie około 500 artylerzystów (w tym – dwu oficerów!). Artyleria ciężkiego i najcięższego kalibru pozostała zdemontowana w toku całej walki. W walkach obronnych wykorzystywano pięć pociągów pancernych na liniach kolejowych wokół miasta. Niejaką pomoc okazywała też niewielka flotylla rzeczna złożona z pływającej baterii opancerzonej oraz kilku uzbrojonych kanonierek, kutrów i in. Na potrzeby gwardii pracowało w mieście kilkanaście fabryk pocisków i uzbrojenia, ale wszystko to nie mogło równoważyć zasadniczych niedostatków pracy Komuny w tej dziedzinie. Jednym z głównych był brak generalnego planu działań, a nawet racjonalnych planów umocnień obronnych poza pierwszą linią.
Zważyć też należy, że Komuna zniosła starą armię z przymusowego zaciągu. Jej miejsce zajęła Gwardia Narodowa, złożona głównie z uzbrojonych robotników, którzy nie zawsze respektowali zasady dyscypliny wojskowej. Policję zaś zastąpiono obwodowymi batalionami Gwardii Narodowej.
Kilkakrotnie usiłowano gruntownie zreorganizować gwardię narodową, wprowadzić większą dyscyplinę i scentralizowane dowodzenie, ale rozbijało się to o upór niektórych członków Komuny, a zwłaszcza Komitetu Centralnego Gwardii Narodowej, wreszcie o wzajemne zawiści wśród kadry dowódczej. W końcu kwietnia stworzono z wojsk polowych dwie, a następnie trzy armie liczące nominalnie po 15 tysięcy gwardzistów (faktycznie ich stany liczebne były znacznie niższe!), ale nie zdołano zaradzić katastrofalnemu brakowi kadry dowódczej – zwłaszcza oficerów sztabowych. (…)
Ostatnie dni Komuny Paryskiej zwane „krwawym tygodniem”, utrwalił w swych wspomnieniach jej uczestnik i jej historyk zarazem Prosper Lissagaray (cytuje ze skrótami, przerywając od czasu do czasu jego narrację swoimi i innych autorów komentarzami):
Sobota 20 maja 1871r.
„O pierwszej po południu w sobotę dnia 20 maja baterie Wersalu rozpoczynają decydujące bombardowanie. Trzysta dział morskich i oblężniczych łączy się w jeden grzmot, zapowiadając początek ostatecznego dramatu”. (…)
O godzinie pół do trzeciej odbywał się w cienistym parku Tuilerii wielki koncert na rzecz wdów i sierot po bojownikach Komuny. Kobiety w wiosennych toaletach stanowiły barwne plamy na tle zielonych alei. W odległości dwustu metrów, na placu Zgody, granaty wersalskie mieszały swe potężne głosy z radosnymi instrumentów dętych i pieszczotliwymi podmuchami preriala (czas od 20 maja do 18 czerwca – przyp. L.F)
Pod koniec koncertu oficer sztabu głównego wszedł na podium kapelmistrza i zwrócił się do obecnych: Obywatele! Według zapowiedzi pana Thiersa, powinien on był jeszcze wczoraj wejść do Paryża. Pan Thiers nie wszedł jednak i nie wejdzie! Zapraszam państwa na nasz drugi koncert na rzecz wdów i sierot, który odbędzie się w przyszłą niedzielę w tym samym miejscu.
O tej samej godzinie przednia straż wersalczyków zbliżyła się do Paryża na odległość dwóch strzałów karabinowych.”


Brak natychmiastowej reakcji znacznej części paryżan na atak wersalczyków tłumaczę tym, że od ponad pół roku byli przyzwyczajeni do życia w stanie oblężenia. Od 18 września 1870 r. stolica Francji była atakowana i ostrzeliwana z armat przez wojska pruskie. 28 stycznia 1871 kierowany przez Thiersa rząd Republiki uzyskał od Bismarcka zawieszenie broni, a nieco później zwolnienie z niewoli 100 tys. żołnierzy francuskich, których na początku kwietnia użył do walki z Komuną Paryską. Pisałem o tym w poprzednich odcinkach niniejszego cyklu. Powtarzam, aby czytelnik choć trochę się wczuł w sytuację paryżan sprzed 150 lat. Ich miasto liczyło wówczas 1,8 mln mieszkańców, czyli było tylko nieco większym od dzisiejszej Warszawy. Gdyby naszą stolicę w obecnym stanie przenieść w czas i miejsce Paryża roku 1871, to warszawiacy najprawdopodobniej zachowywali się tak jak paryżanie roku 1871. Przypuszczam, że np. mieszkańcy Starówki, Woli, Ochoty nie przerwali by swoich codziennych zajęć i nie pobiegli na pomoc mieszkańcom Pragi, gdyby ci ostatni padali ofiarą obcych wojsk, skoro od miesięcy z krótszymi bądź dłuższymi przerwami dochodziły stamtąd odgłosy walk, a poszczególne dzielnice miasta były zasypywane gradem pocisków artyleryjskich.
Obronę Paryża osłabiały i dezorganizowały też spory ideowe w Radzie Komuny, Komitecie Centralny Gwardii i dopiero co powołanym do funkcjonowania Komitecie Ocalenia Publicznego „Delegaci cywilni do spraw wojny (tj. ministrowie obrony) – pisze Jan Baszkiewicz – to kolejno mierny Cluseret; patriota daleki od społecznych idei Komuny Rossel; szlachetny dziennikarz Delascluze, mało znający się na sprawach wojny. Najzdolniejszemu z generałów, Dąbrowskiemu, nie ułatwiano zadania”.
Niedziela 21maja 1871r.
Wersalczycy wdarli się do Paryża w okolicach bramy Saint-Cloud, gdzie nie było w tym czasie prawie żadnych się sił obronnych. Gdy tylko informacja ta dotarła do Dąbrowskiego (był na innym odcinku walki) podjął natychmiast wszelkie dostępne mu działania, aby tej już beznadziejnej sytuacji zaradzić. Wysłał też alarmujące meldunki do Komitetu Ocalenia Publicznego oraz do Komisji Wojny.
„O godzinie piątej – relacjonuje Lissagaray – gwardziści narodowi bez czapek i broni wznoszą alarmujące okrzyki na ulicach Passy. Oficerowie dobywają szabel i usiłują ich powstrzymać. Sfederowani (komunardzi – przyp. L.F.) wychodzą z domów; jedni nabijają broń, inni utrzymują, że to fałszywy alarm. Dowódca ochotników zbiera i prowadzi za sobą, kogo mu się tylko uda ściągnąć.
Garstka ochotników składa się z ludzi zahartowanych w ogniu. W pobliżu toru kolejowego dostrzegają czerwone spodnie żołnierzy liniowych, których przyjmują salwą. Jeden z oficerów wersalskich próbuje poderwać swych ludzi i pada przeszyty kulami. Jego żołnierze cofają się. Sfederowani zajmują wiadukt i wylot bulwaru Murat. Równocześnie barykadują nabrzeże na wysokości mostu Jeny.
Meldunek Dąbrowskiego dotarł do Komitetu Ocalenia Publicznego o godzinie siódmej wieczorem. Billioray, jedyny członek Komitetu obecny na dyżurze, udaje się natychmiast na posiedzenie Rady. [Przerywa jej zebranie i] czyta z kartki, która drży mu z lekka w ręku: Dąbrowski do Komisji Wojny i Komitetu Ocalenia Publicznego. Wersalczycy weszli przez bramę Saint-Cloud. Podejmuję kroki, aby ich odeprzeć. Jeżeli możecie, przyślijcie mi posiłki, a wtedy ręczę za wszystko.
Pod wpływem strasznej nowiny na sali zapada milczenie. Po chwili sypią się pytania: Bataliony już wyruszyły – odpowiada Billioray – Komitet Ocalenia Publicznego czuwa (…) Tworzą się grupki. Komentują meldunek. Zaufanie do Dąbrowskiego i zapewnienie Billioraya wystarczają romantykom. Wierzą w generała, w solidność wałów i w nieśmiertelność sprawy. Nie wyłania się jednak nic sprecyzowanego. Komitet Ocalenia Publicznego odpowiada za wszystko. Niech każdy postara się o informacje i, jeżeli zajdzie potrzeba, uda się do swego okręgu.
Czas upływa na rozmowach. Nie ma ani wniosków, ani dyskusji. Bije godzina ósma. Przewodniczący Jules Vallés zamyka posiedzenie. Ostatnie posiedzenie Rady Komuny! Nikt nie żąda ciągłości obrad, nikt nie wzywa kolegów, aby na miejscu oczekiwali wiadomości, aby domagali się prowadzenia członków Komitetu Ocalenia Publicznego. I nikt się też nie znalazł, kto by zdobył się na oświadczenie, że w tej tak krytycznej chwili, kiedy z godziny na godzinę trzeba będzie improwizować plan obrony czy też powziąć wielką decyzje w razie klęski, miejsce tych co czuwaj nad losami Paryża, jest w centrum miasta, w Domu Komuny, nie zaś w poszczególnych okręgach.
W taki to sposób Rada Komuny z 1871 r. opuściła paryski Ratusz i zakończyła swą misję historyczną w chwili największego niebezpieczeństwa, gdy wersalczycy wdarli się już do stolicy. (…)
W ciągu nocy komisja zaczęła już sobie jak gdyby zdawać sprawę z sytuacji. Oficerowie zgłaszają się po rozkazy. Pod pretekstem, że nie należy niepokoić ludności, sztab główny wzbrania się bić w dzwony na trwogę lub ogłosić powszechny alarm. Członkowie Komuny pochyleni nad planem Paryża zapoznają się wreszcie z owymi punktami strategicznymi, o których istnieniu nie pamiętali przez całe sześć tygodni; delegat zamyka się, aby ułożyć odezwę.
Podczas gdy w śródmieściu tak ufającego Paryża garstka ludzi, pozbawiona pomocy żołnierzy, nie rozporządzająca niezbędnymi informacjami, organizuje pierwszy opór, wersalczycy przesączają się nadal przez wyrwę w wałach. Fala po fali, cichy ten potok rośnie pod osłoną nocy (…)
Na Ratuszu zebrali się wreszcie członkowie Komitetu Ocalenia Publicznego.(…) Nikt nie zna liczby i dyslokacji oddziałów, wiadomo tylko tyle, że w Passy odbywają się po ciemku jakieś masowe ruchy. Wysłani do la Muette oficerowie sztabu głównego wracają przynosząc uspakajające nowiny. O jedenastej Assi zapuszcza się w ulicę Beethovena, na której zgaszono latarnie. Koń jego się ślizga tam w wielkich kałużach krwi i nie chce iść dalej. Gwardziści narodowi leżą wzdłuż murów i zdaja się spać. Jacyś ludzie rzucają się naraz na Assiego i uprowadzają go. To wersalczycy, którzy przyczaili się w zasadzce. Owi ludzie leżący wzdłuż murów – to trupy sfederowanych.
Wersalczycy mordują w samym Paryżu, a Paryż nic o tym nie wie! Noc jest błękitna, gwiaździsta, ciepła, dysząca aromatem wiosny. Teatry są przepełnione. Bulwary tętnią życiem. Armaty umilkły. Panuje nieznana od trzech tygodni cisza. Gdyby najlepsza armia, jaką kiedykolwiek miała Francja, maszerowała dalej nabrzeżami i bulwarami, na których nie było ani jednej barykady – mogłaby z naskoku, bez wystrzału, zgnieść Komunę Paryską.
Ochotnicy trzymają się aż do północy na linii toru klejowego. Nie otrzymując wszakże żadnych posiłków, wycofują się. Generał Clinchant ściga ich, zajmuje bramę Auteuil, przechodzi przez bramę Passy i maszeruje na kwaterę Dąbrowskiego. Pięćdziesięciu ochotników ostrzeliwuje się jeszcze przez jakiś czas na zamku; zwróceni ku wschodowi, zagrożeni odcięciem od strony Trocadéro, przechodzą o godzinie pół do drugiej do odwrotu na Pola Elizejskie.

Szturmem chcieli zdobyć niebo… (cz. VIII)

„Środa 24 maja 1871r. „na cmentarzu Pére-Lachaise, gwardziści narodowi oddają ostatni hołd zwłokom Dąbrowskiego. Przyniesiono je tam w nocy, a po drodze na placu Bastylii, rozegrała się wzruszająca scena. Sfederowani z barykad stojących na placu zatrzymali kondukt i złożyli ciało u stóp Kolumny Lipcowej. Ludzie z płonącymi żagwiami stanęli wokół tworząc jak gdyby kaplicę z ogni; sfederowani podchodzili kolejno, aby złożyć pocałunek na czole generała. Podczas tej defilady bębny biły werbel. Zwłoki, spowite w czerwony sztandar złożono teraz do trumny”.
Lissagaray, „Historia Komuny Paryskiej 1871”

Jarosław Dąbrowski został mianowany naczelnym dowódcą sił zbrojnych Komuny Paryskiej 10 maja 1871 r. Tego dnia wersalski rząd Adolfa Thiersa podpisał traktat pokojowy w Cesarstwem Niemieckim i mógł wszystkie siły skierować przeciwko Komunie. Prowadzenie działań ofensywnych, których nieustanie podejmował się Jarosław Dąbrowski, stawało się w tych okolicznościach z dnia na dzień coraz trudniejsze. Co gorsza większość rozdyskutowanych członków Rady Komuny Paryskiej nie rozumiała strategicznych koncepcji Dąbrowskiego. Nie potrafili i nie mieli wystarczającej woli, by zorganizować i przysłać mu do dyspozycji odpowiednie siły zbrojne, o które co rusz się upominał. Więcej uwagi – niż na narastające zagrożenie ze strony nacierających wojsk wersalskich – zdawali się poświęcać problemom związanym z codziennym życiem miasta, ale czynili to też niezbyt udolnie. W często cytowanej przeze mnie książce pt. „Komuna Paryska 1871” autorstwa Lissagaraya jest mnóstwo jego negatywnych spostrzeżeń na ten temat. Oto jedno z nich:
„Jeszcze przed upływem kwietnia każde bystre oko widziało dokładnie, że ofensywa, którą zapowiedział Cluseret (jeden z poprzedników Dąbrowskiego na stanowisku naczelnego dowódcy sił zbrojnych Komuny Paryskiej – przyp. L.F), jest zupełnie niemożliwa. W obrębie miasta pełni poświecenia ludzie czynu marnują energię na denerwujące borykanie się z biurami, komitetami, podkomitetami, z tysiącznymi pełnymi uroszczeń kółeczkami współzawodniczących ze sobą organów administracji, tracąc nieraz cały dzień na uzyskanie jednego działa (a dział w tym czasie był nadmiar – przyp. L.F). Na szańcach nieliczni artylerzyści zasypują pociskami linię Wersalu i nie żądając dla siebie niczego prócz chleba i żelaza opuszczają posterunki dopiero wtedy, gdy zmiata ich ogień nieprzyjaciela. Forty o rozbitych schronach i uszkodzonych strzelnicach odpowiadają ogniem na grad żelaza, spadający ze wzgórz. Odważni strzelcy rzucają się do walki bez wszelkiej osłony, aby żołnierzy liniowych zaskoczyć w ich kryjówkach. Poświecenie to i bohaterstwo trafia jednak w próżnię. Można by porównać je z kotłem maszyny parowej, z której para uchodzi przez sto otworów”.
Paryżanie od ponad pół roku żyli pod presją działań wojennych. Stolica Francji została już 19 września 1870 roku odcięta od reszty kraju przez oblegające ją zewsząd wojska niemieckie. Przystąpiły one do zdobywania miasta z początkiem 1871 roku. Pod wpływem tej presji, jak i z obawy przed uzbrojonym ludem paryskim, burżuazyjny Rząd Obrony Narodowej podpisał 28 stycznia zawieszenie broni z nieprzyjacielem. Następnie przeprowadził wybory do Zgromadzenia Narodowego. W skład tego organu weszli przedstawiciele burżuazji, wyższego duchowieństwa oraz bogatych chłopów. Zgromadzenie Narodowe, jak i nowopowstały rząd z Adolfem Thiersem obawiając się wystąpień uzbrojonej ludności Paryża, postanowiły rozbroić oddziały Gwardii Narodowej. O trzeciej nad ranem 18 marca 1871 r. wojska rządowe na rozkaz Thiersa przybyły do robotniczej dzielnicy, by zabrać stamtąd armaty zakupione ze składek paryżan dla Gwardii Narodowej.
„Tymczasem – jak relacjonuje to wydarzenie Lissagaray – przedmieścia obudziły się. Otwierano sklepiki. Przed mleczarniami i winiarniami szeptano sobie coś półgłosem; wskazywano na żołnierzy i kartaczownice, wymierzone w stronę ludnych ulic (…)
Kobiety wystąpiły pierwsze, jak i w dni Rewolucji. Kobiety osiemnastego marca zahartowane przez oblężenie – przypadła im przecież w udziale podwójna racja nieszczęść – nie czekały na swych mężów. Otaczają kartaczownice, nagabują artylerzystów: Jak wam nie wstyd! Co wy tu robicie?” Żołnierze milczą. Czasem, któryś podoficer próbuje oponować: No kochane, idźcie już sobie z Bogiem!. Głos brzmi groźnie; kobiety pozostają (…)”. W tym momencie z pomocą przybyli Gwardziści. Razem z okolicznymi mieszkańcami: kobietami, mężczyznami a także i dziećmi nie dopuścili do wywiezienia armat. Żołnierze wojsk rządowych odmówili strzelania do ludu i aresztowali dwóch generałów – Lecomte’a i Thomasa, których następnie rozstrzelali.
Rząd Thiersa w obawie przed zrewoltowanym ludem Paryża zbiegł do dawnej siedziby królów francuskich, Wersalu, położonego w odległości 17–19 km. Wycofała się tam również większość wojsk rządowych. Gwardia Narodowa obsadziła wówczas wszystkie budynki państwowe w mieście. Na wieży ratuszowej umieszczono czerwony sztandar.
Część rewolucyjnych przywódców, wśród nich także Jarosław Dąbrowski, wystąpiła z projektem podjęcia natychmiastowego pojęcia ataku na Wersal. Rezydujący tam rząd dysponował w tym momencie zaledwie 27–30 tysiącami żołnierzy i to przeważnie zdemoralizowanych. Gwardzistów było ponad trzy razy więcej. Mimo to większość członków Centralnego Komitetu Gwardii Narodowej nie zdecydowała się na rozgromienia sił kontrrewolucyjnych. Uważali bowiem, że władzę powinni jak najszybciej oddać organowi wybranemu w głosowaniu powszechnym przez paryżan.
26 marca odbyły się wybory. Ogółem na 484 tys. wpisanych na listy wyborcze poszło do urn 229 tys. Według mojego rozeznania były to pierwsze na taką skalę wybory powszechne w dziejach świata. „Charakterystycznym objawem – zauważa historyk Jan Pajewski – panujących nastrojów była nieufność wyborców paryskich do własnych posłów niedawno wybranych, nawet lewicowych. Nie zostali wybrani Lois Blanc, Victor Hugo, Gambetta. Drugim rysem znamiennym był fakt, że na 86 elektów było 25 robotników”.(…)
28 marca w wielkiej sali obrad ratusza paryskiego Gabriel Ranvier, mer Belleville, obwieścił donośnym głosem: <>, po czym z ramienia Komitetu Centralnego przekazał władzę nowo wybranym przedstawicielom stolicy, z których każdy przepasany był czerwoną szarfą obramowaną złotem.
Nowi przedstawiciele stolicy zaraz na pierwszym posiedzeniu przyjęli nazwę Komuna Paryża. Nazwa ta wywołała skojarzenie ze średniowiecznymi gminami miejskimi, z paryską Komuną z 1792 r., z planami utworzenia wspólnoty ludzi pracy. (…)
28 marca uroczyście proklamowano Komunę na placu przed ratuszem, gdzie witały ją entuzjastycznie tłumy paryżan i 100 tys. gwardzistów. W Stolicy Francji a także na prowincji dominowało wówczas przekonanie, że uda się uniknąć wojny domowej.
Okres pokojowego istnienia Komuny trwał bardzo krótko. Już 2 kwietnia wojska wersalskie wzmocnione około100 tys. zwolnionych z niemieckiej niewoli oficerów i żołnierzy, zaatakowały przednie pozycje komunardów.
Wojska niemieckie nie brały udziału w walkach, ale odcinały ze swej strony Paryż od prowincji, a ponadto przez swoje pozycje przepuszczały oddziały wersalczyków.
W maju Thiers uznał, że posiada przewagę wystarczającą do pokonania rewolucji. „Pozostanę – zapowiadał – bez litości, pokuta musi być zupełna, sprawiedliwość, będzie nieugięta”.
Obraz Paryża 20 maja 1871r., tuż przed „krwawym tygodniem” walk na jego ulicach, utrwalił w swych wspomnieniach Lissagaray (cytuje ze skrótami i po nieznacznym przeredagowaniu tego tekstu):.
„…Długą linią ciągną się opustoszałe Pola Elizejskie, poznaczone złowrogimi bruzdami, wyżłobionymi przez granaty (…) Pociski odbijają się od frontonu Łuku Triumfalny i kruszą płaskorzeźby (…) Szrapnele sieją wokoło śmierć. Środkowy łuk zamurowano, aby zatrzymać pociski lecące wzdłuż alei(…).
Od alei Ternes (…) aż po bramę Maillot wszyscy są o włos od śmierci.(…) Dworzec już nie istnieje; tunel się zapadł; wał obsunął się do fosy. Ludzie niby zwinne salamandry poruszają się wśród tych ruin. Przed bramą, prawie bez osłony, stoją trzy działa, którymi dowodzi kapitan la Marsseillaise; z prawej strony kapitan Rochat ma pięć dział, z lewej kapitan Martin – cztery. Monteret utrzymuje tę wysuniętą pozycję od pięciu już od tygodni, mimo huraganowego ognia; Mont Valérien, Courbevoie i Bécon wyrzuciły na nią przeszło osiem tysięcy pocisków. Dziesięciu ludzi obsługuje tych dwanaście dział. Obnażeni są do pasa, piersi i ramiona mają czarne od prochu. Craon, który poległ na stanowisku, sam jeden dawał sobie radę z dwiema siedmiofuntówkami; trzymając lonty w obu rękach strzelał jednocześnie z dwóch armat. Marynarz Bonaventure, jedyny pozostał z pierwszej obsługi, widział jak pociski rozszarpały na strzępy jego towarzyszy. A jednak pozycję utrzymano i te tak często demontowane działa zastępowano innymi. Wersalczycy wielokrotnie próbowali zaskoczyć walczących i każdej chwili mogą ponowić próbę. Monteret czuwa w dzień i w nocy i bez przechwałek może napisać do Komitetu Ocalenia Publicznego, że póki on żyje, wersalczycy nie wejdą przez bramę Maillot.
Każdy krok w kierunku la Muette jest wyzwaniem rzuconym śmierci. Na wałach przy bramie Muette jakiś oficer wymachuje swym kepi w stronę Lasku Bulońskiego; kule gwiżdżą wokół niego. To Dąbrowski, który zabawia się pokpiwaniem z wersalczyków siedzących w okopach. Generał prowadzi nas do zamku Muette, jednej ze swych kwater sztabowych. Wszystkie pokoje są podziurawione przez pociski. A jednak generał trzyma się tam i zmusza swych ludzi, aby pozostawali. Obliczono, że żaden z jego adiutantów nie pozostał tam przy życiu dłużej niż osiem dni. Nabiega właśnie wartownik z Belwederu, w który przed chwilą trafił granat. Wytrwaj – mówi do niego Dąbrowski. – Jeżeli nie sądzone ci tam umrzeć, to nic ci się nie stanie. Odwaga Dąbrowskiego wynika z fatalizmu. Nie otrzymuje on żadnych posiłków mimo depesz wysyłanych do komitetu Wojny. Uważa, że sprawa jest przegrana i zbyt często o tym mówi. Jedyny to zarzut, który mógłbym mu postawić. Nie trzeba chyba usprawiedliwiać Komuny, że korzystała z pomocy cudzoziemskich demokratów. Czy z nie jest rewolucją wszystkich proletariuszy? Czyż podczas wszystkich wojen Francuzi nie przyjmowali chętnie do swych szeregów ludzi wielkiego serca, bojowników wszystkich narodów, który chcieli walczyć pospołu z nimi? (…)
Dąbrowski towarzyszy nam w drodze przez Passy aż do Sekwany i smutnym gestem pokazuje opustoszałe niemal wały. Granaty burzą dojazdy do linii kolejowych. Wielki wiadukt zawalił się w kilku miejscach. Lokomotywy pancerne uległy zupełnemu zniekształceniu lub wywróciły się na nasyp. Ogień baterii wersalskiej z wyspy Billlancourt jest akurat na poziomie naszych kanonierek; zatopił właśnie jedna z nich – L’Estoc. Szalupa patrolowa zabiera załogę i płynie w górę Sekwany pod ogniem, który ściga ją aż do mostu Jeny.
Łagodne powietrze, życiodajne słońce, cisza pokoju biorą w objęcia tę rzekę, w której przed chwilą zatonęła kanonierka i nad którą przelatują samotne granaty. Wśród tego przepychu przyrody śmierć wydaje się tym okrutniejsza…
Ale chodźmy do rannych Passy, aby ich pozdrowić! (…) Jeden z członków Komuny, Lefrançais, odwiedza właśnie ambulans doktora Demarquaya i zapytuje go o stan rannych. Wprawdzie nie podzielam waszych poglądów – odpowiada doktor – i nie mogę pragnąć zwycięstwa wasze sprawy, ale nigdy jeszcze nie widziałem rannych, którzy by z takim spokojem i zimną krwią znosili operacje. Odwagę tę przypisuję sile ich przekonań>>. Większość chorych dopytuje się, kiedy już będą mogli powrócić do szeregów. Pewien osiemnastoletni chłopak, któremu amputowano prawą rękę, podnosi lewa i woła: Ta mi jeszcze pozostała, aby służyć Komunie!. Śmiertelnie rannego oficera zawiadomiono, że Komuna wypłaciła właśnie jego żonie i dzieciom przypadający mu żołd. Nie miałem do tego prawa – odpowiedział. Oto, przyjacielu, masz swych zapijaczonych chamów, z których – jak utrzymują w Wersalu – składa się armia Komuny. (…)
Pójdźmy za orszakiem pogrzebowym, który posuwa się ulicą la Roquette. Wejdźmy wraz z nim na cmentarz Pére-Lachaise. Wszystkich, którzy umierają za Paryż, chowa się jak członków jednej wielkiej rodziny; Komuna poczytuje sobie za zaszczyt, że grzebie ich na swój koszt. Czerwony jej sztandar powiewa nad żałobnym wozem, za którym idą koledzy z batalionu i garstka przygodnych przechodniów. Żona towarzyszy szczątkom swego męża. Jeden z członków Komuny kroczy również za trumną. Przemawia nad otwartym grobem; nie mówi jednak o żalu, lecz o nadziei zemście. Wdowa tuli do siebie dzieci i nakazuje im: Pamiętajcie o tej chwili i wołajcie wraz ze mną: Niech żyje Republika! Niech żyje Komuna! To żona porucznika Châteleta – wyjaśnia nam ktoś z obecnych.
W powrotnej drodze przechodzimy obok merostwa XI okręgu, przybranego kirem na znak żałoby po plebiscycie cesarskim, którego niewinną ofiarą stał się lud Paryża. Wesoło na placu Bastylii, na którym odbywają się ożywione targi piernikowe. Mimo ciągłej kanonady, Paryż nie chce z niczego zrezygnować. Przedłużył nawet targi o cały tydzień. Huśtawki fruwają w powietrzu, karuzele skrzypią, sklepikarze zachwalają świecidełka po 13 sous za sztukę, akrobaci reklamują się hałaśliwie, obiecując, ze polowe wpływów przeznaczą na pomoc dla rannych. Jakiś gwardzista, który wrócił z okopów, oparł się o karabin i ogląda panoramę oblężenia oraz wkroczenie Garibaldiego do Dijon.
Przejdźmy się wielkimi bulwarami. Pięć tysięcy osób wypełnia cyrk Napoleona od areny aż po sam strop. (…) Zgromadzenie zwołało kilku kupców, którzy pragną, aby obywatele departamentów wysłali delegatów do właściwych delegatów do właściwych deputowanych w Wersalu; inicjatorzy zgromadzenia sądzili, ze uda się zawrócić deputowanych z drogi i uzyskać pokój drogą perswazji. Jeden z obywateli prosi o głos i wchodzi na estradę. Tłum oklaskuje Milliére’a. Pokój! Pragniemy go wszyscy. Któż zaatakował Paryż w dniu 18 marca? – Thiers. Kto zaatakował Paryż w dniu 2 kwietnia? – Thiers. Kto mówił wciąż o pojednaniu i nie szczędził wysiłków, aby przywrócić pokój? – Paryż. Kto udaremniał to stale? – Thiers.(…) A wam zdaje się, że delegacja wybrana spośród paryżan dokona tego, czego nie mogli dokonać wolnomularze, ani Ligi ani odezwy, ani radni miejscy z prowincji! Zważcie, że nie zdając sobie nawet z tego sprawy, osłabicie w ten sposób obronę. Nie, dosyć już delegacji. Czynne stosunki z prowincją – oto droga i wybawienie! – A więc to jest ów szalony Milliére, którym straszą nas na prowincji! – woła mój przyjaciel. Tak, to on. I te tysiące ludzi wszelkiego stanu, którzy wspólnie szukają pokoju, słuchają się wzajemnie i odpowiadają sobie uprzejmie – to ten oszalały lud, owa garstka bandytów, która zawładnęła stolicą.
W koszarach księcia Eugeniusa spotykamy tysiąc pięciuset żołnierzy, którzy w dniu 18 marca pozostali w Paryżu; Komuna daje im schronienie, nie mając z nich jednak żadnego pożytku, gdyż ci próżniacy sami mówią, że nie chcą iść ani z Paryżem ani z Wersalem.(…)
Na bulwarach, od Bonne-Nouvelle aż po Operę, widzimy ten sam nieodmienny Paryż, jak przechadza się przed wystawami sklepowymi i wysiaduje przy stolikach ustawionych przed kawiarniami. Pojazdy spotyka się rzadko, gdyż drugie oblężenie bardzo utrudniło wyżywienie koni. Przez rue du 4 Septembre zbliżamy się do Giełdy, na której powiewa czerwony sztandar, i do Biblioteki narodowej, której nie brak czytelników. Przez Plais Royal dochodzimy do Muzeum Luwru. Sale, w których wiszą wszystkie obrazy, pozostawione przez administrację z czwartego września, są otwarte dla publiczności. Jednak Jules Favre i jego dzienniki utrzymują, że komuna sprzedaje zbiory narodowe za granicę.
A teraz rzućmy okiem na wielkie miasto, gdy zapadnie wieczór. Teatry otwierają swoje podwoje. Liryczny daje wielkie widowisko muzyczne na rzecz rannych. Opera Komiczna przygotowuje podobne przedstawienie (…) Teatry Gymmnase, Châtelet, Théâtre-Français, Ambigu-Comique, Délasement mają codziennie komplety. Pójdźmy jednak na widowisko, jakiego Paryż nie oglądał od 1793 roku.
Otwierają się bramy dziesięciu kościołów i rewolucja wkracza na ambony. W kościele Saint-Nicolas-des-Champs w starej dzielnicy Gravolliers jest bardzo gwarno. Płomienie lamp gzowych drgają, oświetlając zwarty, ruchliwy tłum; w cieniu łuków widać Chrystusa przepasanego szarfą komunardów. W głębi nawy jedyne dobrze oświetlone miejsce – stół, stojący naprzeciw ambony – przystrojono również czerwienią. Organy grają Marsyliankę, a tłum ją podchwytuje.(…)
Godzina dziewiąta. Możemy zdążyć jeszcze na koncert w Tuileriach. Przy wejściu obywatelki w towarzystwie komisarzy kwestują na rzecz wdów i sierot Komuny. (…) Przez wielkie środkowe okno harmonijne tony [utworów Mozarta, Meyerbeera…] płyną do ogrodu. Światła latarń i figlarnych lampionów padają na zieleńce, igrają na drzewach, odbijają się strumieniami fontann. W ogrodzie słychać śmiech przechadzającego się tłumu, a pogrążone w mroku Pola Elizejskie zdają się protestować przeciw tym władcom ludu, których nie uznawały nigdy. Wersal protestuje również salwami pocisków, rzucających przyćmiony blask na Łuk Triumfalny, którego ciemny masyw góruje niby sklepienie nad ta wieka wojną domową.(…)
Bulwary wypełnia tłum wychodzących z teatrów. W kawiarni Amerykanina Petersa widzimy skandaliczne zbiegowisko ulicznic i oficerów sztabowych. Oficerowie ci noszą miękkie buty z czerwonymi wyłogami w górze cholewy i mają przy boku szable, które nie otrzymały jeszcze chrztu bojowego. Ukazuje się oddział gwardzistów narodowych, który zabiera całe towarzystwo. Idziemy za nimi aż do Ratusza; przyjmuje ich tam Ranvier, który ma właśnie dyżur. Procedura jest bardzo krótka: ladacznice idą do więzienia Saint-Lazre, oficerowie zaś zbrojni w łopaty i oskardy – do okopów.
Godzina pierwsza w nocy. Paryż śpi snem błogosławionych. Oto masz przyjacielu, ów Paryż rozbójników. Widziałeś go, gdy myślał i płakał, walczył i pracował; widziałeś jak był pełen zapału i uczuć braterskich, lecz jakże surowy wobec występku. Czyż ulice jego, po których spokojnie chodzisz za dnia, mniej są bezpieczne w ciszy nocnej? Odkąd Paryż sam dba o bezpieczeństwo publiczne, liczba przestępstw bardzo się zmniejszyła. Gdzież więc są owe triumfy rozpasania i rozpusty? Ci sami robotnicy, którzy mogliby korzystać z miliardów, żyją z płacy, śmiesznie niskiej w porównaniu z normalnymi ich zarobkami. Wystawne domy i wille tych, którzy ich bombardują (Około 80 tys. zamożniejszych mieszkańców opuściło Paryż – przyp. JP), mogłyby być do ich dyspozycji; gdzież więc są owi łupieżcy.
Czy poznajesz w końcu ów Paryż, po raz siódmy od roku 1789 obsypywany pociskami, wystawiony dziś na cięższą próbę, niż wystawiane były Alzacja i Lotaryngia, których tak zacięcie bronił, Paryż, który nigdy nie poddaje się zawsze bowiem zrywa się do walki, gdy chodzi o dobro Francji? A gdzież jego program? – pytasz. Szukaj go tuż przed sobą, nie zaś na tym jąkającym się Ratuszu! Czyż owe dymiące szańce, owe wybuchy bohaterstwa, owe kobiety, owi zjednoczeni mężczyźni wszystkich zawodów, czyż to, że robotnicy całego świata przyklaskują naszej walce, burżuazja wszystkich krajów zaś sprzymierzyła się przeciw nam – czyż to wszystko nie wyraża jednej wspólnej myśli, że toczy się tu walka o Republikę, o triumf nowego socjalistycznego społeczeństwa? Wracaj tedy jak najszybciej, aby opowiadać u siebie, czym jest ten Paryż. Powiedz republikańskiej prowincji: Owi paryscy proletariusze walczą o wasza sprawę, was bowiem jutro czekają prześladowania. Jeżeli oni polegną, nie kto inny, lecz właśnie wy będziecie na długie lata pogrzebani pod ich trupami”.(…)

W następnym odcinku niniejszego cyklu zrelacjonuję „krwawy tydzień” czyli ostatnie dni Komuny Paryskiej…

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. VII)

Nasze społeczeństwo, namiętnie egalitarne
i demokratyczne, nie da się zmusić do
rezygnacji ze zdobyczy 1789 roku.
(Leon Gambetta w 1877 r.)
Chcecie uniknąć roku 1793? Spieszcie się
zrobić rok 1789.
(Albert Bayet w 1932 r.)

Dramat Komuny Paryskiej 1871 r. oraz wydarzeń bezpośrednio ją poprzedzających w bardzo dużym stopniu przypominał przebieg i był następstwem Wielkiej Rewolucji Francuskiej lat 1789-1795.

Domyślam się, że nie każdego czytelnika interesowałoby drobiazgowe udowadnianie tej konstatacji. Dlatego zdecydowałem się ograniczyć do przedstawienia kalendarium Wielkiej Rewolucji Francuskiej, które znalazłem w książce pt. „Dzieje Świata” opracowanej przez zespół autorów w składzie Stanisław Arnold, Władysław Kurkiewicz, Adam Tatomir, Wiesław Żurawski*. Kalendarium to nieznacznie przeredagowałem i uzupełniłem cytatami wybitnego znawcy historii Francji Jana Baszkiewicza**:

24 I 1789 – Zwołanie przez króla Ludwika XVI Stanów Generalnych, czyli reprezentacji 3 stanów. Uwzględniono przy tym żądanie stanu trzeciego dwukrotnego zwiększenia liczby jego reprezentantów.

17 VI 1789 – Deputowani stanu trzeciego, jako przedstawiciele większości narodu, ogłaszają się Zgromadzeniem Narodowym, wbrew woli króla, nakazującego oddzielne obrady poszczególnych stanów.

20 VI 1789 – Przysięga „w sali gry w piłkę”, złożona przez niedopuszczonych do obrad Zgromadzenie Narodowe, a głosząca, iż będzie się ono zbierać, „dopóki konstytucja nie zostanie przyjęta i oparta na mocnych podstawach”.

27 VI 1789 – Wobec tego, że wielu przedstawicieli duchowieństwa i szlachty wzięło udział w obradach Zgromadzenia, król uznaje Zgromadzenie Narodowe.

11-13 VII 1789 – Wzburzenie ludu paryskiego na wieść o gromadzeniu przez króla wojska pod Paryżem. Wzrost agitacji rewolucyjnej. Demonstracje uliczne.

14 VII 1789 – Masy ludu zdobywają i niszczą Bastylię, więzienie ludzi uważanych za wrogów monarchii, symbol znienawidzonego ustroju. Data jej zdobycia staje się odtąd świętem narodowym Francji.

VII-VIII 1789 – Wrzenie rewolucyjne ogarnia kraj. Za przykładem Paryża konstytuują się zarządy municypalne, w których obok patrycjatu biorą udział przedstawiciele ludu. Powstaje milicja mieszczańska – Gwardia Narodowa z Józefem La Fayette, bohaterem walk o niepodległość Stanów Zjednoczonych, na czele. Chłopi burzą zamki, dwory, plebanie, klasztory oraz niszczą dokumenty powinności feudalnych. Wybucha powstanie chłopskie (20 VII – 6 VIII). Z kraju ucieka kilka tysięcy szlachty i duchownych, głównie do Niemiec i Anglii. (czytaj dalej: 29 XI 1791 –ustawy przeciw emigrantom (konfiskata dóbr, jeśli nie powrócą) i opornym księżom (deportacja w wypadku zaburzeń).

4-11 VIII 1789 – Pod wpływem wydarzeń w kraju, zwłaszcza rozruchów na wsi, Zgromadzenie uchwaliło zniesienie przywilejów stanowych, poddaństwa i pańszczyzny oraz wszelkich innych powinności osobistych wypełnianych przez chłopów. Ogłoszono równość wobec prawa. Zniesiono dziesięcinę oraz jurysdykcję (prawo sadu nad chłopem) szlachty; ponoszone przez chłopów ciężary pozostały jednak duże, zwłaszcza czynsze dzierżawne, gdyż ziemia nadal była własnością pana. Uchwały Zgromadzenia obalały ustrój feudalny.

26 VIII 1789 – Zgromadzenie uchwaliło Deklarację Praw Człowieka i Obywatela, która głosiła wolność osobistą, równość wszystkich obywateli, wolność wyznania, myśli, słowa i druku; wprowadziła ona zasadę zwierzchniej władzy narodu oraz podział władzy na ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Deklaracja zastrzegała nietykalność własności prywatnej. Ogłoszenie Deklaracji miało poważny wpływ na dalsze kształtowanie się politycznych i społecznych stosunków w Europie…

2 XI 1789 – Uchwała Zgromadzenia Konstytucyjnego (taką nazwę przyjęło 9

VII 1789 r. Zgromadzenie Narodowe) o upaństwowieniu dóbr kościelnych i wypłacie poborów duchownym.

1789 Powstało ugrupowanie Jakobinów, czyli Towarzystwo Przyjaciół Konstytucji.

12 VII 1790 – Ustawa cywilna o duchowieństwie. Duchowni stają się urzędnikami państwowymi, zobowiązanymi do składania przysięgi na wierność konstytucji. Zapoczątkowuje to walkę papieża i Kościoła z Francją.

14 VII 1791 – Uchwalenie przez Zgromadzenie tzw. prawa Le Chapelier, zakazującego robotnikom organizowania się i strajków. Prawo to rozciągnięto później na robotników rolnych (20 VI).

17 VII 1791 – Wielka demonstracja na Polu Marsowym, zorganizowana przez republikanów w druga rocznicę zburzenia Bastylii. Krwawe starcie ludu z Gwardią Narodową, dowodzoną przez La Fayette’a, co zachwiało zaufanie ludu do liberalnej szlachty i mieszczaństwa sprawujących władzę.

3 IX 1791 – Zgromadzenie Konstytucyjne uchwaliło tekst konstytucji. Wprowadziła ona podział władzy na prawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. (…) Prawo wyborcze oparto na cenzusie majątkowym. Przysługiwało ono tylko obywatelom płacącym podatki, tzw. „czynnym”, natomiast nie przysługiwało obywatelom „biernym”, tj. nie płacącym podatków. Podział ten oddawał władzę nad Francją w ręce bogatej burżuazji.

29 XI 1791 – Prawo przeciw kościelnej opozycji: uchylający się od złożenia przysięgi duchowni tracą obiecane pobory oraz prawa obywatelskie, mogą być również wysiedlani przez policję.

„W listopadzie 1791 roku – pisze wybitny znawca tematu Jan Baszkiewicz – wydano ustawy przeciw emigrantom (konfiskata dóbr, jeśli nie powrócą) i opornym księżom (deportacja w wypadku zaburzeń). Jednocześnie uchwalono, by król skierował ultimatum do kilku książąt niemieckich z żądaniem położenia kresu wojskowym przygotowaniom emigrantów w ich terytoriach. Ludwik XVI użył weta przeciw ustawom o emigrantach i opornych księżach, natomiast zgodził się na ultimatum do niemieckich władców w nadziei, że wywoła ono wojnę.

Nie tylko jednak dwór życzył sobie wojny w nadziei zwycięstwa feudalnych monarchii nad rewolucyjną Francją. Także oby królowie, przede wszystkim władcy Austrii i Prus, nie tracili nadziei na obalenie rewolucji; jednakże wahali się między akcją zbrojną a polityką presji i zastraszania, w nadziei, że może ta druga wystarczy. W lutym 1792 r. powstał wszelako sojusz wojskowy Austrii i Prus”.

W obozie rewolucyjnym istniały głębokie podziały na tle stosunku do wojny. Chcieli jej zwolennicy generała Józefa La Fayette, licząc na dyktaturę, która przypadnie ich przywódcy. Lewicowi żyrondyści z Jacques-Pierre Brissotem na czele w wojnie upatrywali szans niesienia światła rewolucji innym narodom. W grudniu 1871 r. Brissot u jakobinów rzucił hasło: „zniszczyć Koblencję”; poparli go tacy działacze klubu, jak Carra, Louvet, Roederer. „Robespierre tłumaczył – pisze Jan Baszkiewicz – że wojna grozi klęską militarną – stan armii jest zły, a generałowie podejrzani lub w najlepszym razie dyktaturą wojskową La Fayette’a albo innego generała. Zwracał uwagę na to, że główne niebezpieczeństwo kryje się nie w Koblencji, lecz w Paryżu (dwór i opozycja arystokratyczno-klerykalna) Zanim się będzie pomagało wyzwalać inne ludy, wypada wprzód ubezpieczyć rewolucję w samej Francji. Argumenty te nie wywarły takiego wrażenia, na jakie zasługiwały; popularność Robespierre’a zmniejszyła się wyraźnie”.(…)

„Idea <> zdobywała popularność w Zgromadzeniu i masach. Poseł Isnard deklamował pięknie o wojnie ludów przeciw królom. Ale za tymi hasłami kryły się cele mniej wzniosłe: aneksja Belgii i księstw niemieckich na lewym brzegu Renu (w imię <>, którymi byłyby Pireneje, Alpy i Ren) a także szanse ekspansji ekonomicznej w krajach wyzwolonych spod tyranii feudalizmu. Hasła <> trafiały do przekonań i do wyobraźni burżuazji, ale też ludu. Tm trudniejsze było zadanie lewego skrzydła klubu jakobińskiego (Billaud-Varenne, Robespierre), które sprzeciwiało się wojnie)”. (…)

„Już w zimie 1792 r. brissotyni apelowali, by lud się zbroił w piki (jednocześnie w modę weszły czerwone czapki frygijskie). Wiosną większość Zgromadzenia usiłowała zagrodzić drogę zamachowi La Fayette’a i kontrrewolucji: uchwalono deportację opornych księży, rozwiązanie straży królewskiej, utworzenie niedaleko Paryża obozu 20-tysięcznej armii ochotników (federatów) – formalnie dla obrony przed wrogiem zewnętrznym, faktycznie dla zapobieżenia reakcyjnemu zamachowi stanu. Ale król założył weto przeciw tym decyzjom”.

20 IV 1792 – Francja wypowiada Austrii wojnę, do której niebawem przystępują Prusy.

25/26 IV 1792 – Powstała Marsylianka, pióra Rougeta de Lisle. Śpiewana przez oddziały patriotów ściągające do Paryża na apel Zgromadzenia zdobyła dużą popularność, a od 1879 r. stała się hymnem państwowym Francji.

„16 czerwca [1792] – pisze Jan Baszkiewicz – z obozu w Maubeuge La Fayette wysłał obraźliwy list do Zgromadzenia, żądając zamknięcia klubów i złamania oporu demokratycznego; dawał do zrozumienia, że jego 45-tysięczna armia może pomaszerować na Paryż. Dwa dni później list ten czytano w Zgromadzeniu. Dwa dni później(…) w klubie (jakobinów – przyp. LF) wrzało: domagano się postawienia La Fayette’a w stan oskarżenia”.
W tym samym czasie król zdymisjonował jakobińskich ministrów i do rządu powołał zwolenników monarchii konstytucyjnej (nazwano feliantami, gdyż ich siedzibą stał się były klasztor feliantów). W odpowiedzi na to brissotyni zainspirowali akcję ludową. Do wymuszenia na królu powrotu „ministrów patriotów” wybrali datę upamiętniającą trzecią rocznicę przysięgi z Sali Gry w Piłkę. 20 czerwca 1792 roku lud wdarł się – bez rozlewu krwi – do Tuileriów, nakłonił Ludwika XVI do włożenia czapki frygijskiej i wzniesienia toastu na zdrowie Narodu…

VII 1792 – Klęska poniesiona w Belgii przez Francuzów w walkach z wojskami austriackimi. Zagrożenie Paryża.

5 VII 1792 – Zgromadzenie uchwaliło cały system środków, które miałyby wejść w życie w przypadku ogłoszenia, że ojczyzna jest w niebezpieczeństwie.

11 VII 1792 – Zgromadzenie proklamowało, iż ojczyzna znalazła się w niebezpieczeństwie i wezwało obywateli do walki z nieprzyjacielem zewnętrznym oraz wewnętrznymi wrogami wolności. „Był to – pisze Jan Baszkiewicz – potężny bodziec dla świadomości i wyobraźni ludu. W świadomości tej utożsamiły się sprawy niepodległości Francji i wolności politycznej, sprawy patriotyzmu i rewolucji. (…) Pieśń bojowa armii Renu, czyli po prostu Marsylianka, teraz coraz powszechniej znana, wspaniale splotła te dwa wątki.

30 VII 1792 – Do Paryża przybył szczególnie bojowy batalion ochotników z Marsylii.

Zgromadzenie wydaje ustawę dopuszczającą obywateli biernych do Gwardii Narodowej (Robespierre 27 lipca domagał się „uzbrojenia całego ludu”)
***
„W nocy z 9 na 10 sierpnia 1792 – konstatuje Jan Baszkiewicz – zaczęły się w Paryżu wydarzenia najważniejsze od dnia zdobycia Bastylii. W miejsce oficjalnej władzy, Komuny, powołano Komunę powstańczą. Oddziały Gwardii Narodowej, skupione wokół Tuilerii, rozproszyły się; król uszedł wczesnym rankiem z pałacu i schronił się w sąsiednim gmachu Zgromadzenia Prawodawczego. Mimo twardej obrony szwajcarskich gwardzistów Tuilerie zostały zajęte, gdy Ludwik XVI polecił Szwajcarom kapitulować. Oblegający pałac ochotnicy m.in. marsylczycy, i lud z przedmieść mieli kilkuset zabitych i ciężko rannych; w odwecie zmasakrowali dużą część Szwajcarów.

Sytuacja po 10 sierpnia była bardzo pogmatwana. Ludwik XVI został znów zawieszony przez Zgromadzenie i osadzony wraz z rodziną w wieży dawnego klasztoru Templariuszy pod strażą komisarzy Komuny. Próba ratowania monarchii marszem na Paryż nie udała się La Fayette’owi: wojsko nie poszło za nim, toteż 19 sierpnia przeszedł on linię frontu i dostał się w ręce Austriaków. Tymczasem w stolicy panowała dwuwładza. Powstańcza Komuna miała silne oparcie w ludzie paryskim i ochotnikach; po rewolucji 10 sierpnia nie złożyli oni broni. Komuna podjęła ostre środki: rozesłano komisarzy do wojska i na prowincję, aresztowano podejrzanych, przeprowadzano rewizje w poszukiwaniu ukrytej broni, zamykano prawicowe gazety. Ale Komuna, opanowana przez radykalnych drobnych bourgeois, to tylko jedna władza. Druga – już agonizującą – było Zgromadzenie Prawodawcze, po 10 sierpnia kadłubowe, coraz bardziej niechętne pogłębianiu się ludowego ruchu”.

„Dzień 10 sierpnia dał Francji republikę, rewolucji – nowy impuls, światowemu ruchowi rewolucyjnemu jego do dzisiaj żywy symbol: czerwony sztandar. Był on przedtem znakiem stanu wyjątkowego, na polu Marsowym towarzyszył siłom <<porządku>>. Ale szturm Tuileriów to wielki rewanż za Pole Marsowe. Tajny dyrektoriat powstańczy postanowił posłużyć się czerwonym sztandarem insurekcji. To lud bowiem ma prawo go rozwinąć; lud-suweren ogłasza stan wyjątkowy w obliczu rebelii władzy wykonawczej. Pod czerwonym sztandarem rewolucji lud Paryża i przedstawiciele Francji obalili rebelianta Ludwika XVI. Odtąd już tylko obywatela Kapeta”. cdn

* Stanisław Arnold, Władysław Kurkiewicz, Adam Tatomir, Wiesław Żurawski, Dzieje Świata Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza Białystok, 1976 rok
** Jan Baszkiewicz, Historia Francji, Ossolineum, Wrocław – Warszawa – Kraków, 2004

150 lat temu poległ Jarosław Dąbrowski

23 maja 1871 roku generał Jarosław Dąbrowski po raz ostatni poprowadził żołnierzy do walki „za wolność waszą i naszą”. Polski dowódca od 5 maja 1871 roku był wodzem naczelnym wojsk Komuny Paryskiej – zbuntowanych mieszkańców Paryża walczących o wyzwolenie społeczne.

Dąbrowski był doświadczonym żołnierzem. W latach 1859-1861 studiował w Mikołajewskiej Akademii Sztabu Generalnego w Petersburgu. Został kapitanem sztabowym. Mimo, że kariera w carskiej armii stała przed nim otworem włączył się w działania polskiej konspiracji. Opracowywał plany powstania i regulaminy dla przyszłych wojsk powstańczych. Został naczelnikiem warszawskiego Komitetu Miejskiego – konspiracyjnych władz miasta. Jarosław Dąbrowski dał się poznać jako człowiek o radykalnych, jak na ówczesne czasy, poglądach społecznych. Inspirował się działalnością włoskich „czerwonych koszul” Giuseppe Garibaldiego. Uważał, że powstanie powinno objąć wszystkie warstwy społeczne i wyeliminować przywileje szlachty oraz uwolnić chłopów. Dąbrowski stał się jedną z czołowych postaci w kształtującym się wówczas powstańczym stronnictwie „Czerwonych”.

Nie dane było mu jednak stanąć na czele rewolucjonistów. Zadenuncjowany przez agenta policji politycznej został aresztowany 14 sierpnia 1862 roku i uwięziony w Cytadeli Warszawskiej. Sąd skazał go na 15 lat katorgi. W drodze na zesłanie Dąbrowski uciekł z więzienia przejściowego w Moskwie. Od roku 1865 przebywał we Francji wiodąc skromne życie emigranta politycznego.

Gdy w roku 1870 wybuchła wojna francusko-pruska jako doświadczony wojskowy wystąpił z pomysłem organizacji polskich oddziałów walczących u boku armii francuskiej. Władze rządzonego przez Napoleona III cesarstwa nie chciały na to przystać, Dąbrowski został jednak mianowany dowódcą 11 legionu Gwardii Narodowej i uczestniczył w obronie przeprawy przez Sekwanę w okolicach podparyskiego Neuilly.

Gdy Paryż znalazł się w oblężeniu przez wojska pruskie, a Francja skapitulowała, mieszkańcy miasta odmówili podporządkowania się władzom. Nie chcieli oddać armat, które dla Gwardii Narodowej zakupił lud Paryża. Wybuchła Komuna Paryska. Od początku brakowało jej dowódców dla oddziałów Gwardii Narodowej. Jarosław Dąbrowski został dowódcą jednego z frontów Komuny. Wystąpił ze śmiałym planem ataku na Wersal, gdzie znajdowała się siedziba francuskiego rządu i rozszerzenia Komuny na inne miasta. Propozycja ta nie została jednak zrealizowana. Dąbrowski dowodził więc obroną miasta przed napływającymi z całego kraju siłami rządowymi. Zgromadził wokół siebie innych polskich oficerów oraz doświadczonych żołnierzy. Znany był z dowodzenia w pierwszej linii i inspirowania ludzi własnym przykładem.

21 maja 1871 roku, w wyniku zdrady, wojska rządowe przełamały obronę Komunardów i wkroczyły do miasta. Rozpoczął się „krwawy tydzień” podczas którego wojsko dokonywało masowych mordów na rewolucjonistach i mieszkańcach miasta. 23 maja, na Montmartrze, obecnie dzielnicy Paryża, wówczas podparyskim miasteczku, Jarosław Dąbrowski zebrał siły do kontrataku. Dowodził zaledwie dwiema kompaniami Komunardów i garstka wspierających ich ochotników. Idąc na czele natarcia został śmiertelnie ranny w brzuch. Pomimo natychmiastowego przewiezienia do szpitala zmarł na rękach swojego przyjaciela, Henryka Gierzyńskiego. Zwłoki generała przewieziono z honorami do paryskiego ratusza. Został pochowany na cmentarzu Père-Lachaise, który kilka dni później stał się jednym z ostatnich punktów oporu Komuny, a następnie miejscem masowych egzekucji.

Jarosław Dąbrowski stał się symbolem walki „za wolność waszą i naszą”. Podczas Wojny Domowej w Hiszpanii 1936-1939 jego imię nosiły batalion oraz brygada złożone z polskich ochotników w Brygadach Międzynarodowych. W Powstaniu Warszawskim 1944 roku na warszawskim Żoliborzu walczył IV Batalion Organizacji Wojskowej PPS im. J. Dąbrowskiego. W czasach Polski Ludowej polski generał Komuny Paryskiej został patronem szkół oraz ulic, powstały również upamiętniające go pomniki. Jego podobizna widniała na banknocie 200 zł.

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…”(cz. VI)

„Ludzie sami tworzą swoją historię, ale nie tworzą jej dowolnie, nie w wybranych przez siebie okolicznościach, lecz takich, w jakich się bezpośrednio znaleźli, jakie zostały im dane i przekazane”.
Karol Marks

Komuna – taką nazwę przyjmowało wiele organizacji samorządowych miast średniowiecznej Europy. Występowały one z hasłem: libertas et pax czyli wolność i pokój. Mieszkańcom ówczesnych miast chodziło o uwolnienie się spod ciężaru hierarchicznego systemu zależności osobowych, jakim był feudalizm i urzeczywistnienie pragnienia życia w świecie bez wojen, bandytyzmu na drogach oraz wszelkich czynników naruszających ich wyobrażenie o commune bonum czyli o dobru powszechnym. Zdając sobie przy tym sprawę, że nie mają dość mocy by naprawić cały świat, usiłowali wprowadzać harmonię wewnątrz własnej społeczności i zabezpieczyć ją przed wszelkimi zagrożeniami z zewnątrz. Efektem tych działań były między innymi mury obronne, które stanowiły wspólną własność (communia) obywateli danego miasta.
We Francji ruch komunalny rozpoczął się w drugiej połowie XI wieku. Do tego czasu ludność miejska tego kraju znajdowała się pod całkowitą władzą seniora, do którego należał teren danego miasta. „Feudałowie – jak informują autorzy III tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – obciążali ludność miejską podatkami i rozmaitymi powinnościami. Opodatkowaniu podlegało wszystko – majątek ruchomy i nieruchomy, żywność i wyroby rzemieślnicze, ziemia i woda. Senior ściągał wszędzie cła drogowe: u bram miasta, na mostach, a nawet przy przejściu z jednej dzielnicy do drugiej, kiedy miasto, jak to często się zdarzało, podlegało kilku seniorom”.
„Struktura własności feudalnej i skomplikowane przywileje klasy panującej – pisze wybitny znawca tematu Jan Baszkiewicz – utrudniały normalne funkcjonowanie organizmów miejskich. Formalistyczny, niekompetentny w sprawach ekonomiki miejski sąd feudalny nie umiał rozstrzygnąć mieszczańskich spraw”. Miasta w miarę swego rozwoju potrzebowały usunięcia tych wszystkich hamulców i utworzenia nowych struktur administracyjnych oraz prawnych. „Ruch komunalny – cytuję ponownie Jana Baszkiewicza – zaczynał się od sprzysiężenia (communio), którego uczestnicy zobowiązywali się wspierać wzajemnie. Hasło komuny nie od początku było rozbudowanym programem pozytywnym…” Bywało, że miasta uniezależniały się od władzy feudalnej na podstawie ugody z nią albo w efekcie zbrojnych przeciwko niej wystąpień. „Mieszczanie – czytamy w III tomie Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – opanowywali fortyfikacje miejskie, składali przysięgę, że będą sobie wzajemnie pomagać, znosili administracyjne i sądowe prawa seniorów, wybierali swój własny zarząd i nie tylko bronili się przed feudałami we wewnątrz miasta, ale nie raz sami napadali na zamki”. Tak było – pisze Jan Baszkiewicz – w normandzkim mieście Mans w 1070 r., w 1076 r. we flandryjskim Cambrai, w 1111r. w Laon. Relację o powstaniu w Laon przekazał kronikarz Gilbert de Nogent. Miasto biskupie Laon zdołało okupić swą autonomię w układzie z biskupem Gaudri, klerem i możnymi. Król Ludwik VI układ ten zatwierdził. Gdy jednak biskupowi zabrakło pieniędzy, zaczął namawiać króla, by zlikwidował laońską komunę. Mieszczanie pragnęli kupić sobie królewską przychylność, ale biskup i możni ich przelicytowali. Naruszenie układów w sprawie autonomii miasta doprowadziły do powstania; biskup Gaudri został zabity, gdy znaleziono go w piwnicy, schowanego w pustej beczce. Ostatecznie dopiero w 1128 r. król Ludwik VI uznał autonomię Laon.
Bunty mieszczańskie, palenie okolicznych zamków (jak podczas powstania w Mans) i masakry oraz plądrowanie domów „buntowników” przez rycerstwo (jak w Cambrai) nie były zresztą regułą. Najwięcej oporów komunalnej autonomii stawiali panowie duchowni, zazdrośnie strzegący swych praw. Świeccy wielmoże łatwiej dawali się skusić ofertami pieniężnymi mieszczan. Duchowni kronikarze uważali ruch komunalny za świętokradczy spisek ludzi, których bogactwo pochodziło ze źródeł nieczystych” [m.ni. z handlu – przyp. LF]. Sama nazwa „komuna” budziła w nich głęboki sprzeciw. Wspomniany już Gilbert de Nogent (naoczny świadek dramatycznych wydarzeń w Laon), pisał: „To nowe i przebrzydłe słowo komuna>> oznacza, że poddani chłopi mają tylko raz w roku oddawać swoim panom normalną daninę, płacąc ustalone kary pieniężne za czyny sprzeczne z prawem. Od pełnienia zaś innych powinności, które zwykle nakłada się na serwów, zostają całkowicie zwolnieni”.
Przytoczony cytat jest z wielu świadectw wskazujących, że kościół katolicki swym autorytetem sankcjonował nierówności społeczne i wyzysk. Nauczając, że władza feudałów pochodzi od Boga, przekonywał lud, by ten spełniał narzucone przez panów feudalnych powinności i bez szemrania znosił ucisk oraz przemoc. Jednocześnie obiecywał za wszystkie męki na ziemi wieczny raj w niebie.


W tym miejscu na zasadzie dygresji – w dużym stopniu wyjaśniającej dlaczego niejednokrotnie ludzie poniżani i wyzyskiwani, a będący pod wpływem kościoła katolickiego, nie reagowali a nawet wrogo odnosili się do rewolucji niosących im wyzwolenie – zacytuję dość długi fragment tekstu z III tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR:
„Kościół wpajał ludziom pogląd, że człowiek z natury jest skłonny do grzechu i bez pomocy kościoła nie osiągnie zbawienia i szczęśliwości na tamtym świecie. Biblijna legenda o grzechu pierworodnym Adama i Ewy, którzy nie posłuchali nakazu bożego i ulegli diabłu, za to wszyscy ich potomkowie (tzn. cała ludzkość) skazani zostali na dźwiganie piętna tego grzechu, a także nauka o grzechach popełnianych przez każdego człowieka były w ręku kościoła narzędziem duchowego terroru. Kościół nauczał (i uczy nadal), że wszystkich ludzi czekają po śmierci straszne kary za grzechy i że tylko kościół ma przyrodzoną moc udzielania rozgrzeszenia tj. uwalniania człowieka od męki pozagrobowej i zapewnienia mu rajskiej szczęśliwości po śmierci.
Kościół głosi, że kler ma możność udzielania rozgrzeszenia, gdyż święcenia kapłańskie dają mu odpowiednie uprawnienia i władzę. Prawo nadawania święceń kapłańskich mieli tylko przedstawiciele wyższego duchowieństwa, przez co kościół jeszcze bardziej umacniał autorytet kleru. Kościół naucza, że źródłami łask są tzw. sakramenty święte, których jest siedem: chrzest, bierzmowanie, sakrament ołtarza, pokuta, ostatnie namaszczenie, kapłaństwo i małżeństwo. Przez ustanowienie sakramentów kościół chciał przekonać wyzyskiwane masy o bezcelowości walki klasowej i zaszczepić im wiarę we wszechpotęgę kościoła jako jedynego posiadacza środka na ich „zbawienie”.
Kościół wmawiał masom, że pozbawienie człowieka łaski jest równoznaczne z pozbawieniem go nadziei na to zbawienie”. W średniowieczu, kiedy ideologia religijna panowała nad umysłami, indywidualne wyłączenie z kościoła lub zakaz sprawowania sakramentów i innych czynności kościelnych nakładany na cały kraj (na Zachodzie zwany interdyktem) były w ręku kościoła nadzwyczaj silnym środkiem oddziaływania na ludzi. Kościół posługiwał się także bardzo skutecznie wyłączeniem dla obrony swych posiadłości.
Z teorią wrodzonej skłonności ludzi do grzechu związana była nauka kościoła chrześcijańskiego o mękach pozagrobowych i o wszechobecnym potężnym diable, kuszącym człowieka do grzechów. Za główny grzech kościół i klasa panująca uważały bunt przeciwko feudałom świeckim i duchownym”.(…) „Kler rozumiał, że miejski ruch wyzwoleńczy zagraża ustrojowi społecznemu, który kościół sankcjonuje swoim autorytetem”.


Mimo, iż kościół katolicki dzięki stosowaniu subtelnych i uniwersalnych środków ideologicznego oddziaływania przyczyniał się w wiekach średnich do umacniania feudalizmu i tłumienia walki ludowej, to poczynając od schyłku XII w. wiele miast w Europie Zachodniej uzyskało karty komunalne, a w nich prawo do władz samorządowych, własnego sądownictwa, do nakładania podatków i organizowania służby wojskowej” (we Francji, oprócz wymienionych wcześniej, były to: Saint-Quentin, Beauvais, Noyon, Amnies, Soissons, potem Corbie i Saint-Riquir, Abbeville, Sens Étampes, Dijon, Saumur i in”. Ponadto miasta-komuny były zwolnione od zwykłych powinności na rzecz seniora – pańszczyzny i czynszu, jak również od różnych opłat. Ich obowiązki wobec panów feudalnych ograniczały się zwykle do płacenia raz w roku określonej, stosunkowo niewysokiej renty pieniężnej i wystawiania w wypadku wolny niewielkiego oddziału zbrojnego.
Nie wszystkie miasta w tamtym czasie zdobyły lub uzyskały samorząd (komunę). Niektóre – zwłaszcza małe – nie posiadające dostatecznie rozwiniętego rzemiosła i handlu i nie dysponujące niezbędnymi środkami finansowymi oraz siłami do walki o swoje prawa, pozostawały pod niepodzielnym zarządem administracji senioralnej.
Natomiast „duże miasta – cytuję fragment tekstu z III tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – zwłaszcza zbudowane na terenach królewskich, często nie otrzymywały samorządu, ale korzystały z prawa wybierania członków samorządu miejskiego, dzielących jednak władzę z mianowanym przez króla urzędnikiem lub innym przedstawicielem seniora. Takie prawa częściowego samorządu miał Paryż oraz wiele innych miast we Francji, np. Orlean, Bourges, Lorris, Lyon, Nantes, Charetes (…)
Miasta w walce z seniorami zdobywały pewne wolności, osiągając rożne stopnie emancypacji. Pod jednym względem osiągnięcia ich były jednakowe. Wszyscy mieszkańcy miast stali się wolni osobiście i wyzwolili się spod zależności feudalnej. Dlatego jeżeli chłop poddany zbiegł do miasta i mieszkał w nim przez określony okres – zwykle rok i jeden dzień – to stawał się wolnym i żaden senior nie mógł mu więcej narzucić zależności feudalnej. Wedle przysłowia niemieckiego: „Powietrze miejskie czyni człowieka wolnym” („Die Stadtluft macht frei”).


Paryż w średniowieczu (co najmniej od XIII w.; liczył wówczas 80 tys. mieszkańców) był miastem nie mającym we Francji konkurenta, a w skali europejskiej jednym z najważniejszych. Był nie tylko centrum produkcji i wymiany, ale miały tu swą siedzibę władze polityczne i kościelne. Na jego obszarze sąsiadowały ze sobą dwory królewskie (Luwr – od XII w. do 1672 r., a później Wersal) i biskupie, rezydencje możnych, kapituły, klasztory, kościoły, domy mieszczańskie, gospody, warsztaty rękodzielnicze, składy, kramy, sklepy… Jednym słowem krzyżowały się tu wpływy różnorodnych działań społecznych.
Feudalne warstwy rządzące, zwłaszcza kościelne z niechęcią a nawet nienawiścią odnosiły się do mieszańców miast ich sposobu bycia, aktywności i kultury. „Od XII w. – pisze Jan Baszkiewicz – pisarze kościelni prześcigali się w porównaniach miast do wszetecznego Babilonu i Niniwy, do Sodomy i Gomory, spalonych ogniem niebieskim. Pożary, tak często trawiące średniowieczne miasta, traktowano jako słuszną karę boską; dla teologów i publicystów duchownych doczesne miasto Babilon, stanowiło dokładne przeciwieństwo siedliska cnót, niebieskiej Jerozolimy. Biblia poucza, wywodził teolog Rupert z Deutz, że twórcą pierwszego miasta był bratobójca Kain: to przesadziło o moralnej wartości wszelkich miast. Teolog i historyk Jakub z Vitry pisał o Paryżu, że jak cuchnąca koza i owca nieczysta zgubnym przykładem pożera napływających zewsząd przybyszów i własnych mieszkańców oraz pociąga ich wraz z sobą w przepaść. Wtórował mu inny kościelny ideolog, Stefan z Tournai: w Paryżu jest tyle bluźnierstw, ile miejskich placów”.


Wraz z rozkładem feudalizmu (nastąpił on w XIV-XV w., chociaż jego przeżytki utrzymały się w wielu krajach europejskich do XVIII/XIX w.) rozprzestrzeniały się idee negujące autorytet kościoła katolickiego. Jednym z filozofów, który się do tego przyczynił był Jean Jacques Rousseau. Głosił on pogląd „że lud ma prawo rewolucyjnych zmian, przebudowy społecznej w każdej dziedzinie, może zmieniać prawa natury, nadać sobie nową religię, a nawet napisać zupełnie od nowa własną historię”(…) „Odrzucając racjonalizm dotychczasowej kultury Rousseau szukał ucieczki w hiperracjonalizmie projektu umowy społecznej; poprzez umowę społeczną chciał znieść jedną z przyczyn zła: nierówności społeczne wynikłe z pierwotnego przywłaszczenia ziemi”. „Ten, kto pierwszy – pisał Rousseau – ogrodził kawałek ziemi, powiedział to moje i znalazł ludzi dość naiwnych, by mu uwierzyć, był prawdziwym założycielem społeczeństwa. Iluż to zbrodni, wojen, morderstw, ile nędzy i grozy byłby rodzajowi ludzkiemu oszczędził ten kto by kołki wyrwał lub rów zasypał i zawołał do otoczenia: Uwaga! nie słuchajcie tego oszusta: będziecie zgubieni, gdy zapomnicie, że płody do wszystkich, ziemia do nikogo” (Rozprawa o pochodzeniu i podstawach nierówności między ludźmi).
Według Rousseau dotychczasowe państwa istniały z woli bogatych i dla zabezpieczenia ich interesów; umowa ma to odwrócić, stwarzając państwo na warunkach uznanych przez ogół, który dotychczas nie posiadł praw politycznych, co rzekomo jest sprzeczne z prawami natury”.(…) „Odrzucając wszelkie prawa natury – tak chrześcijańskie, jak i liberalne (nowożytne) Rousseau uznawał tylko absolutną i nieograniczoną pierwotną suwerenność ludu”.
Krytyka absolutyzmu, „teoria umowy społecznej”, idea suwerenności i równości ludu, odegrały wielką rolę w ideologicznym przygotowaniu Wielkiej Rewolucji Francuskiej. Od tamtego czasu (dokładnie od 30 czerwca 1793 r.) zaczęło funkcjonować hasło: „Wolność, równość, braterstwo” (fr. liberté, égalité, fraternité).

„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. V)

Komuna Paryska – pierwsza w dziejach rewolucyjna władza proletariatu – działała od 18 marca do 28 maja 1871 r. Jej punktem wyjściowym było proklamowanie 4 września 1870 r. III Republiki Francuskiej. Stało się tak na skutek spontanicznego wystąpienia ludu Paryża na wieść o klęsce cesarza Napoleona III pod Sedanem i poddaniu się go wraz z armią, w której przebywał do pruskiej niewoli. Cały Paryż wówczas wołał: „Będziemy się bronili, wypędzimy wroga”.

Republikę wywalczył lud Paryża godząc się na rządy burżuazyjnych republikanów „tylko pod tym wyraźnym warunkiem – jak to skonstatował Karol Marks – aby władza ta służyła jedynie i wyłącznie celom obrony narodowej. Lecz bronić Paryża – cytuję dalej Marksa – znaczyło uzbroić jego klasę robotniczą, zamienić ją w rzeczywistą siłę bojową i wyćwiczyć jej szeregi bezpośrednio w ogniu walki. Paryż zaś pod bronią oznaczał rewolucję pod bronią. Zwycięstwo Paryża nad pruskimi najeźdźcami byłoby zwycięstwem robotnika francuskiego nad francuskim kapitalistą i jego pasożytami państwowymi. W tej rozterce pomiędzy obowiązkiem narodowym a interesem klasowym rząd obrony narodowej nie wahał się ani chwili – stał się rządem zdrady narodowej. Pierwszym jego czynem było wysłanie Thiersa na wędrówkę po wszystkich dworach Europy, aby tam wyżebrał pośrednictwo ofiarując ze swej strony wymianę republiki na króla”.


Zaprezentowana powyżej ocena Marksa jest trafna, ale podejrzewam, że dla współczesnego czytelnika zbyt ogólnikowa, przez co może być niewłaściwie zrozumiana. Pozwolę zatem sobie ją nieco ukonkretnić, rozbudować, a dalszy jej ciąg trochę przeredagować:
Robotnicy francuscy stanowili potencjalne zagrożenie dla panowania burżuazji, ale większość z nich pragnęła przede wszystkim pokoju umożliwiającego godne warunki egzystencji. Taką nadzieję pokładali w Republice, wywalczonej 4 września 1870 r. Tego dnia paryska sekcja Międzynarodówki i Federacja Izb Robotniczych wysłały „nowe orędzie do robotników niemieckich zaklinając ich, aby powstrzymali się od udziału w tej bratobójczej walce. Spełniwszy obowiązek braterstwa – cytuję relację Lissagaraya – robotnicy francuscy oddali się całkowicie sprawie obrony domagając się od rządu, aby ją zorganizował”. Wieczorem tego dnia delegaci Izb Robotniczych i Międzynarodówki przybyli do paryskiego Ratusza. W głównej siedzibie władz Republiki najpierw przyjął ich Jules Ferry (trzy miesiące później objął stanowisko mera Paryża; sprawował je od 15 listopada 1870 do 5 czerwca 1871) zaświadczając słowem honoru, że „rząd pod żadnym pozorem nie będzie prowadził rokowań o pokój”. Następnie delegaci spotkali się z ministrem spraw wewnętrznych Léonem Gambettą, który bardzo życzliwie ich potraktował i udzielił odpowiedzi na wszystkie pytania.
Był to jeden z nielicznych członków Rządu Obrony Narodowej, dla którego obrona ojczyzny była rzeczywiście celem najwyższym. Dlatego gotowy był współdziałać z wszystkimi odłamami francuskiego społeczeństwa. Dał temu wyraz kilka godzin wcześniej. Podczas gdy ogromny tłum przed Ratuszem skandował hasło ‚Niech żyje Republika!”, Gambetta wyszedł naprzeciw i krzyknął: „Mylicie się, trzeba nam jedności, nie rewolucji”. Jednak to właśnie on, spośród wszystkich członków rządu, wykazywał największe zaangażowanie w organizowaniu obrony Republiki przed wojskami pruskimi.
Wielu członków rządu, już na pierwszym spotkaniu w swoim gronie, wyrażało brak wiary w możliwość zwycięstwa. Minister finansów Ernest Picard oświadczył: „Będziemy się bronili, aby ocalić honor, lecz wszelka nadzieja jest złudna”, a Adolf Crémieux z ministerstwa sprawiedliwości powiedział: „Prusacy wejdą do Paryża jak nóż w masło”.
Zdecydowanie sprzeczna z oczekiwaniami ludu paryskiego była postawa szefa Rządu Obrony Narodowej (sic!) jednocześnie gubernatora wojskowego Paryża generała Louisa Julesa Trochu. Cztery miesiące po rozpoczęciu oblężenia stolicy Francji przez armię pruską wygłosił w obecności członków rządu i merów Paryża następujące oświadczenie: „Pierwsze pytanie, które mi postawili moi koledzy jeszcze tegoż wieczora 4 września, było następujące: czy są jakiekolwiek widoki na to, aby Paryż wytrzymał pomyślnie oblężenie przez armię pruską? Nie wahałem się odpowiedzieć przecząco. Kilku spośród obecnych tu moich kolegów potwierdzi prawdę mych słów i moje niezmienne obstawanie przy powyższej opinii. Powiedziałem im tymi samymi słowami co i teraz, że przy danym stanie rzeczy próba obrony Paryża przed oblegającą pruską armię jest szaleństwem. Bez wątpienia – dodałem przy tym – bohaterskim szaleństwem. Wypadki nie zadały kłamu moim przewidywaniom.
Wypadki rzeczywiście nie zadały kłamu przewidywaniom generała Trochu, ale jakoś dziwnie nie zauważył, że w bardzo dużym stopniu on sam te wypadki wykreował. Jego czteromiesięczne dowodzenie obroną Paryża „w rzeczywistości polegało – zauważają autorzy VI tomu Historii Powszechnej opracowanej przez Akademię Nauk ZSRR – na ograniczeniu się do biernego oporu, aby oblężenie i głód skłoniły lud do spokojnego przyjęcia kapitulacji. W tym celu m.in pozwalał od czasu do czasu na źle przygotowane wypady, z góry skazane na niepowodzenie”.(…) Generał Trochu „postanowił, że co pewien czas należy członkom gwardii narodowej puszczać krew, aby zabić w nich nadzieję zwycięstwa.”
Wszystko wskazywało, że Rząd Obrony Narodowej, na czele którego stał generał Trochu, w praktyce grał na zwłokę, lawirował, by tymczasem wykruszyła się wola mas ludowych do walki. Natomiast oficjalnie mydlił im oczy szumnymi oświadczeniami, że pragnie prowadzić wojnę z wojskami pruskimi aż do zwycięskiego końca, jak np. „Trochu, gubernator Paryża nigdy nie skapituluje”. 6 września – czyli dwa dni po proklamowaniu Republiki – minister spraw zagranicznych Jules Favre, wysłał do przedstawicieli dyplomatycznych za granicą okólnik z deklaracją że „rząd spełni do końca swój obowiązek” i nie odda Prusakom „ani jednej piędzi ziemi, ani jednego kamienia fortec francuskich”.
Jednakże w bardzo krótki czas po tym buńczucznym oświadczeniu Jules Favre udał się do Bismarcka, by dowiedzieć się, jakie są jego warunki pokoju. Uczynił to – jak to później sam opisał w swoim sprawozdaniu – „z własnej inicjatywy, nie zawiadamiając o tym swoich, kolegów”. Zaznaczając przy tym, że podczas spotkania „łzy nie pozwalały mu mówić”. „Nie uronił ani jednej łzy, mimo że bardzo pragnął popłakać – skomentował to później sekretarz Bismarcka, jeżeli można mu wierzyć.
Główny motyw postępowania większości członków Rządu Obrony Narodowej (sic!) Jules Favre wyjawił w liście do Gambety stwierdzając, że „broniono się nie przed pruskimi żołnierzami, lecz przed paryskimi robotnikami”. Warto nadmienić, że robotnicy paryscy stanowili poważną siłę: 450 tysięcy w 1,8 mln ludności. Gwoli ścisłości trzeba jednak przyznać, że w rządzie tym były też osoby pragnące udziału mas ludowych w walce z wojskami pruskimi.


Etienne Arago burmistrz Paryża (4 września – 15 listopada) zapowiadał, że w najbliższym czasie odbędą się wybory i mówił o przywróceniu wielkich dni 1792 roku. tj. czasu wzrostu wpływów lewicy (jakobinów), którzy opierali się na komunie (tak wówczas nazywano radę miejską i radę gminną) Paryża i czasu wielkich zwycięstw militarnych Rewolucji. Z takim samym poglądem występował Léon Gambetta. „Potrzeba nam – pisał – poparcia i pomocy ciał wybranych bezpośrednio w głosowaniu powszechnym”.


Rząd Obrony Narodowej – mimo sceptycyzmu swego szefa generała Trochu – zadeklarowała razem z nim („Trochu, gubernator Paryża nigdy nie skapituluje”) organizację oporu jako swe naczelne zadanie. Jednocześnie przygotowywał się do jak najszybszego zawarcia pokoju z Prusami. Po nieudanych próbach nakłonienia do pomocy w mediacjach ambasadora amerykańskiego w Paryżu i następnie angielskiego, rząd wysłał 12 września Adolfa Thiersa do Londynu, Petersburga i Wiednia. Trzeba jednak zauważyć, że wówczas nie był on jeszcze członkiem rządu, tylko jego wysłannikiem. Domyślam, że gdyby jego misja miała bardziej oficjalny charakter spotkałaby się z dezaprobatą większości paryżan, tym bardziej gdyby się dowiedzieli, że Rząd Obrony Narodowej gotowy jest za cenę uzyskania pokoju zrzec się dopiero co wywalczonego ustroju republikańskiego i przywrócić monarchię we Francji; na „wymianę- jak to napisał Marks – republiki na króla”. Niezależnie od tego wyprawa misyjna Thiersa ujawniła, że Francja może tylko liczyć na własne siły..


Przez długi czas sytuacja oblężonego Paryża bynajmniej nie była beznadziejna. W mieście znajdowało się ok. 100 tys. żołnierzy i 200 tys. członków gwardii narodowej, których po uzbrojeniu i przeszkoleniu można było przekształcić w pokaźną siłę bojową”. Oblegające Paryż wojska pruskie były nie tylko liczebnie słabsze od sił francuskich, ale brakowało im też ciężkiej artylerii do rozbijania potężnych fortów i ulokowanych tam dział. Ściągnięcie ciężkich kalibrów – zdaniem znawcy tematu Eligiusza Kozłowskiego – wymagało około trzech miesięcy, toteż oblegający musieli ograniczyć swoją działalność bojową pod miastem (w pierwszej fazie oblężenia) do likwidowania wypadów przełamujących oraz prób odsieczy z zewnątrz. Prusakom też we znaki dawały się oddziały partyzanckie tzw. Franc-tir-reurs (wolni strzelcy). W odwecie za działalność tych ostatnich Prusacy po raz pierwszy wprowadzili zasadę odpowiedzialności zbiorowej.
Nie można było w tamtym czasie jeszcze uważać klęski Francuzów za przesądzoną, skoro na wschodzie w pobliżu granicy francusko-pruskiej, w twierdzy Metz broniło się jeszcze 170 tys. żołnierzy pod dowództwem marszałka Francji Achille François Bazaine. (naczelnego wodza armii francuskiej). Zdolne do kontynuowania walki były też, znajdujące się na północ od Paryża, dwa korpusy wojsk francuskich pod Arras jeden korpus Rouen (70 tys.). Przy granicy szwajcarskiej formował się korpus XXVI, a w rejonie Dôle – Dijon włoski rewolucjonista Giuseppe Garibaldi dowodził ochotniczą Armią Wogezów, która ani razu nie doznała porażki od Prusaków.


W celu zorganizowania pomocy wojskowej dla Paryża i obrony nie zajętych jeszcze przez Prusy terenów 6 października wyleciał balonem z oblężonego Paryża minister spraw wewnętrznych w rządzie gen. Trochu, Leon Gambetta.
„W Paryżu na Ratuszu – wg relacji Lissagaraya – cieszono się z jego wyjazdu. Wszyscy byli tam tak dalece przekonani, że nie uda mu się niczego dokonać, iż nikt z rządu, ani generał Trochu, ani generał Le Flô, słowem nawet nie wspomniał o jakiejkolwiek operacji wojskowej. Gambetta zaś miał swoje własne plany. Nie chciał wierzyć w śmierć narodu. Na chwilę tylko uległ rozpaczy, gdy zastał prowincję bez żołnierzy, bez oficerów, bez broni, bez amunicji, bez ekwipunku, bez zaopatrzenia, bez pieniędzy. Rychło się jednak otrząsł, zrozumiał bowiem, że środki są ogromne, a ludzi nieprzebrane mnóstwo: Bourges, Brest, Lorient, Rochefort, Tulon miały służyć jako arsenały; do usług były Lille, Nantes, Bordeaux, Tuluza, Marsylia, Lyon ze swymi fabrykami; morza były wolne, sił było stokroć więcej niż w roku 1793, kiedy staczano równocześnie walki z zagranicą i z Wandeą; wielki ośrodki ogarnął patriotyczny zapał; Rady Miejskie i Rady Generalne nakładały na siebie podatki, głosowały za pożyczkami; po wsiach ani jednego szuana (bojowników reakcyjnych ruchów chłopskich – przyp. LF).
Na wspaniały apel Gambetty Francja odpowiedziała takim samym entuzjazmem, jak Paryż w dniu 14 września (Tego dnia w Paryżu – pisałem o tym w poprzednim odcinku niniejszego cyklu – prezydent III Republiki generał Trochu zachwycił się, widokiem „trzystu batalionów zorganizowanych i uzbrojonych, otoczonych przez cały lud paryski, który wołał o obronę stolicy”. Reakcjoniści znów pochowali się do nor. Gambetta zdobył duszę kraju; mógł dokonać wszystkiego”.

150 rocznia utworzenia Komuny Paryskiej „Szturmem chcieli zdobyć niebo…”

Komuna Paryska – pierwszy w dziejach rewolucyjny rząd proletariatu – działała od 18 marca do 28 maja 1871 r. 72 dni jej istnienia były poprzedzone wrzeniem rewolucyjnym nie tylko w stolicy Francji, ale w całym tym kraju.

Wrzenie to zapoczątkował w 1869 r. – obejmujący prawie cały Basen Loary – strajk górników, walczących o 8-godzinny dzień pracy. Splot następujących po tym wydarzeń (zwłaszcza wojna francusko-pruska) doprowadził do wybuchu 4 września 1870 r. w Paryżu rewolucji. W jej efekcie, zdetronizowano Napoleona III (tym samym nastąpił formalny kres II Cesarstwa) i proklamowano III Republikę z reprezentującym interesy burżuazji Rządem Obrony Narodowej na czele.

5 września 1870 r. – dzień po proklamowaniu Republiki – ludzie awangardy rewolucyjnej, „pragnąc – jak to skonstatował Lissagaray (autor monumentalnego dzieła Historia Komuny Paryskiej 1871) – scentralizować siły partii* czynu do obrony i zachowania Republiki zaproponowali na zebraniach publicznych, aby każdy okręg Paryża naznaczył swój komitet czujności, który by kontrolował merów i przyjmował reklamację. Każdy komitet miał mianować czterech delegatów; razem stanowiliby oni Komitet Centralny dwudziestu okręgów. Ten nie dość sprecyzowany – pisze dalej Lissagaray – system wyborów dał komitet, który składał się z robotników, urzędników, pisarzy znanych z udziału w ruchach rewolucyjnych i zebraniach ostatnich lat”. Komitet Centralny był ciałem wybranym z gwardii narodowej. Ukonstytuowany 24 lutego 1871 r., miał za zadanie czuwać nad bezpieczeństwem Paryża i dawać odpór tym intrygom monarchicznym, które występowały w łonie rządu i mogły w danym razie zburzyć republikę przez lud paryski 4 września ogłoszoną.
15 września Komitet Centralny ogłosił manifest z żądaniem: „wyborów do władz miejskich, przejęcia przez te władze policji, wybieralności i odpowiedzialności wszystkich urzędników, całkowitej wolności prasy, zebrań i stowarzyszeń, konfiskaty wszystkich artykułów pierwszej potrzeby i ich racjonowania, uzbrojenia wszystkich obywateli, rozesłania komisarzy, którzy by postawili prowincję na nogi”. Według Lissagaraya, „w żądaniach tych nie było nic niezgodnego z prawem”.

Żądania te zaczęto realizować w pełni dopiero pół roku później po utworzeniu i ukonstytuowaniu się Komuny Paryskiej. Należy przy tym zważyć fakt, że obie rewolucje tj. jedna z 4 września 1870 r., a druga rozpoczęta 18 marca 1871 r., naznaczone były piętnem wojny; a prawa wojny często są odmienne od praw pokoju.

W tym miejscu zrodziła się we mnie refleksja, dotycząca osób, które z zasady krytycznie odnoszą się do rewolucji, zwłaszcza dokonywanych pod czerwonym sztandarem. Osoby te dość często używają argumentu, że nikt nie ma prawa narzucać swej woli innym ludziom, jeżeli jest to sprzeczne z ich wolą. Teoretycznie całkowicie mają rację. Jakże, jednak wiele z tych, tak pięknie myślących osób używa w kontaktach międzyludzkich – nie zauważając tego – przemocy nawet ponad miarę. „Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz? (Mt. 7,3)
Oceniając działania ludzi w przeszłości warto zastanowić się czy, gdybyśmy się znaleźli w podobnie dramatycznych okolicznościach jak oni, potrafilibyśmy postąpić inaczej. Sytuację przed, w trakcie i po upadku Komuny Paryskiej 1871 roku, warto przeanalizować nie tylko w aspekcie walki pomiędzy antagonistycznymi ugrupowaniami ludzkimi, ale jeszcze bardziej wewnętrznej walki jaką poszczególni bohaterowie tego dramatu prowadzili sami ze sobą.

W poprzednim odcinku niniejszego cyklu pozwoliłem sobie na porównanie prosperity za rządów Napoleona III we Francji z dynamicznym wzrostem gospodarczym za tzw. gierkowskich czasów w Polsce. Zarówno w jednym jak i drugim przypadku sytuacja nie była idealna, ale po dramatycznych wydarzeniach kończących te w miarę spokojne okresy egzystencji narodu francuskiego i polskiego, doszło do gwałtownego wzrostu antagonizmów społecznych. Nie w sposób, nie zauważyć, że po zwycięstwie ruchu Solidarność w roku 1981, a jeszcze bardziej po wyborach w 1989 r., paradoksalnie zniknęła dotychczasowa solidarność w naszym narodzie. Dobrze, że powstał system wielopartyjny, bardzo źle, że od wielu lat wśród Polaków wzrasta poziom wzajemnych nienawiści (wg mojej oceny w okresie PRL-u zjawisko to występowało bardzo rzadko i natychmiast w wyniku reakcji nie tylko władz ale jeszcze bardziej sił społecznych było likwidowane w zarodku). Na szczęście żyjemy w czasie pokojowym i w sposób pokojowy udaje się nam rozwiązywać pojawiające się konflikty, nie tylko po to, aby się nie powtórzyła, ale jeszcze bardziej, by na wyciągniętych z niej naukach budować lepszą przyszłość.

Zanim powrócę do głównego wątku mojej narracji, pozwolę sobie na jeszcze jedną dygresję: otóż 46 lat po upadku Komuny Paryskiej doszło poniekąd do powtórki scenariusza wydarzeń; tylko, że nie we Francji, lecz w Rosji. Tak jak Rewolucja 4 września 1870 w Paryżu poprzedziła Komunę Paryską 1871 roku, tak następstwem Rewolucji Lutowej 1917 roku w Piotrogrodzie, była w tym samym roku i tym samym mieście Rewolucja Październikowa. Ta ostania była wygrana, między innymi dzięki temu, że jej twórcy z Włodzimierzem Leninem wyciągnęli wnioski z błędów i doświadczeń rewolucjonistów francuskich sprzed blisko półwieku i kierowali się wskazaniami, Marksa, który zawczasu z ubolewaniem przewidział klęskę „dyktatury proletariatu” w wydaniu Komuny Paryskiej.

Aczkolwiek Karol Marks był duszą I Międzynarodówki i jej głównym teoretykiem, to organizacja ta pozostała luźną do końca swego istnienia. Praktycznie miała bardzo znikomy wpływ decyzyjny na działania rewolucjonistów francuskich. Powstały we wrześniu 1870 roku Komitet Centralny dwudziestu okręgów Paryża, chociaż korzystał z sali Międzynarodówki i Federacji Izb Robotniczych, nie był organem tych organizacji. Izby zawiesiły swe prace, wojna bowiem i służba w gwardii narodowej oderwała je od dotychczasowych prac. Natomiast część działaczy zawodowych i członków Międzynarodówki weszła do komitetów czujności i Komitetu Centralnego. Trzeba zaznaczyć, że francuskie sekcje I Międzynarodówki w większości były opanowane przez osoby mające często odmienne zdanie niż Marks. Dominowali wśród nich zwolennicy Louisa Auguste Blanqui (blankiści), Pierre Josepha Proudhona (proudhoniści), Michała Bakunina (anarchiści).

Bakunin – rosyjski rewolucjonista wstąpił do Międzynarodówki pod koniec 1868 roku, mając nadzieję, że przy jej pomocy wznieci ogólnoświatową rewolucję. W niedługi czas po tym założył własną organizację. Alians Demokracji Socjalistycznej. Natarczywie przy tym domagał się od Rady Generalnej przyjęcia Aliansu do Międzynarodówki w charakterze samodzielnej organizacji. Rada Generalna nie zgodziła się na to i zażądała rozwiązania Aliansu. Bakunin pozornie podporządkował się tej decyzji, potajemnie jednak zachował swą organizację, choć aliansiści stali się członkami Międzynarodówki.

Jak tylko doszła go wieść o kapitulacji Napoleona III pod Sedanem (2 września 1870 r.) napisał obszerny list do sekcji Aliansu w Lyonie, wzywając do energicznego działania i ofiarowując swe usługi. Po zebraniu odpowiedniej sumy pieniędzy, wyruszył w podróż. 15 września był już w Lyonie. Dwa dni później został tu założony, według jego myśli, Komitet Ocalenia Francji, złożony z aliansistów. „W głowie mi się mąci – pisał Bakunin w liście do jednego ze swych rosyjskich przyjaciół, tak dużo tu roboty. Tu prawdziwej rewolucji jeszcze nie ma, lecz będzie i wszystko przygotowuje się i robi dla rzeczywistej rewolucji. Stawiam na kartę wszystko. Spodziewam się tryumfu”.

26 września na tłumnym wiecu w Lyonie postanowiono założyć Federację Rewolucyjną Gmin Rzeczypospolitej Francuskiej. Wywieszono plakaty z ułożoną przez Bakunina proklamacją: „Stan opłakany, w jakim znajduje się kraj, niemoc władz urzędowych i indyferentyzm klas uprzywilejowanych zaprowadziły naród francuski na kraniec zguby (…)
Jeżeli lud rewolucyjnie zorganizowany, nie pośpieszy z czynem, to przyszłość jego zginęła, wszystko zginęło. Zważywszy rozmiary niebezpieczeństwa i biorąc pod uwagę, że nie można odkładać ani na chwilę rozpaczliwego wystąpienia ludu, delegaci sfederowanych Komitetów Ocalenia Francji, łącznie z Komitetem Centralnym, proponują przyjęcie następującej uchwały:                                                                                                 I. Machina administracyjna i rządowa państwa, które stało się bezsilne, kasuje się. Naród francuski powraca do pełni swych praw”.

W dalszych punktach proklamacji oznajmiano, że „zawieszeniu ulegają sądy karne i cywilne, kasuje się płatność podatków i hipotek(…)”, że „wszystkie organizacje samorządowe zastąpione zostają przez komitety ocalenia publicznego ocalenia, które znajdować się będą pod bezpośrednią kontrolą ludu.” Proklamacja kończyła się wezwaniem ludu „do broni!” i szeregiem podpisów łącznie z podpisem Bakunina.

Można się domyśleć, że pod wpływem liońskich towarzyszy tekst odezwy był mimo wszystko został stonowany. Nawet najradykalniejsi spośród nich, nie mogli się zgodzić na głoszoną przez Bakunina teorię rozpętania wszystkich złych instynktów i namiętności wśród ludu i wywołania chwilowej anarchii jako najskuteczniejszego środka rewolucyjnego. Od wielu lat przewidywał, że „świat podzieli się niechybnie na dwa obozy, obóz nowego życia i obóz dawnych przywilejów i że między tymi dwoma przeciwnymi obozami, utworzonymi, jak w czasie wojen religijnych, nie przez wieź narodową, lecz przez wspólność interesów, będzie musiała wybuchnąć wojna mordercza, bez pardonu i wytchnienia”.

Do Lyonu przyjechał z dwoma młodymi zagorzałymi zwolennikami swoich teorii, Rosjaninem Ozierowem i Polakiem Lenkiewiczem. Gdy jeden z nich zaczął głosić pogląd, że „tylko podpalenie, trucizna i sztylet mogą coś zdziałać” liońscy towarzysze potraktowali to oświadczenie z chłodem.
Bakunin starał się przekonać swych liońskich adeptów, że do rewolucyjnego zrywu można doprowadzić chłopów i robotników poprzez rozbudzanie w nich nienawiści do wyzyskiwaczy. Posługiwał się między innymi taką argumentacją: „Żebyście umieli przemówić do tych ukrytych pasji, które są ujarzmione przez żandarmów, przez prawo i armię i tchórzostwo; zadajcie pierwszy cios; nie tylko odważcie się, ale również nie wyzbądźcie się upartej nienawiści a zobaczycie, jak rewolucja wybuchnie nie tylko na wsi, ale i w miastach”.

Metod ani poglądów Bakunina nie akceptowała większość członków Międzynarodówki. W 1872 r. po ostrym konflikcie z Marksem został z niej usunięty. Stałoby się to wcześniej, gdyby nie wybuch wojny francusko-pruskiej w roku 1870. Odroczono wtedy kongres Międzynarodówki z powodu niemożności przybycia nań delegatów francuskich i niemieckich.
Ani rewolucja ani dyktatura proletariatu nie były dla Marksa celem samym w sobie, tylko jednym z środków do tego – jak pisał razem z Engelsem w Manifeście Komunistycznym – by „miejsce dawnego społeczeństwa burżuazyjnego z jego klasami i przeciwieństwami klasowymi zaj[ęło] zrzeszenie, w którym swobodny rozwój każdego jest warunkiem swobodnego rozwoju wszystkich”.

Rada Generalna Międzynarodówki – której Marks był duszą i ciałem – 9 września 1870 (pięć dni po wybuchu rewolucji w Paryżu) wydała odezwę antywojenną, z apelem do robotników niemieckich i innych krajów, by przeciwstawili się aneksji Alzacji i Lotaryngii przez Prusy, równocześnie ostrzegała władców tego państwa, że jeżeli będą dążyć do „zagrabienia części terytorium francuskiego”, to doprowadzą do wybuchu wojny ogólnoeuropejskiej.

Rada Generalna domagając się od Prus uznania republiki francuskiej i zawarcia z nią pokoju na godziwych warunkach, przestrzegała francuskich rewolucjonistów przed podejmowaniem pochopnych działań przeciwko swojemu rządowi: „Wszelka próba obalenia nowego rządu – głosiła odezwa Rady Generalnej – w okresie obecnego kryzysu, gdy wróg już prawie dobija się do bram Paryża byłaby rozpaczliwym szaleństwem”. Odezwa doradzała robotnikom, by w walce o sprawiedliwość społeczną korzystali z nowych doświadczeń, by starali się „nie powracać do przeszłości, lecz budować przyszłość”.

Cała zaś działalność Bakunina wszystkie przygotowania jego, organizacyjne i programowe koncentrowały się na upartym dążeniu do sprowokowania wybuchu rewolucji w jednym kraju a następnie na szybkim jej rozszerzeniu się na całą Europę.

Dla tego „podpalacza Europy” – jak nazwano Bakunina – najważniejszy był aspekt niszczycielski. Z lubością niejednokrotnie powtarzał przez siebie stworzony aforyzm: „Radość niszczenia jest zarazem radością tworzenia”. Często też głosił pogląd, że rewolucjoniści powinni postępować energiczniej i mieć więcej diabła w ciele. Aż włos się jeży, gdy się czyta jego zredagowany wspólnie z Nieczajewem (istnieje pogląd, że wyłącznym autorem tego dokumentu był Bakunin, a Nieczajew go tylko rozpowszechniał) Katechizm rewolucjonisty. Oto jego fragmenty:
„Rewolucjonista zrywa wszelki związek ze światem cywilizowanym, jeśli obcuje z nim, to tylko dlatego, by go zniszczyć(…). Rewolucjonista gardzi opinią publiczną, gardzi obecną moralnością społeczną, nienawidzi jej we wszystkich przejawach. Moralne dla rewolucjonisty powinno być to, co współdziała z rewolucją, niemoralne i przestępcze to, co jej zawadza. Wszelkie roztkliwiające człowieka uczucia: pokrewieństwa, przyjaźni, miłości, wdzięczności, a nawet uczciwości powinny ustąpić. Jedynym marzeniem rewolucjonisty jest niszczenie bez miłosierdzia i litości”.

28 września 1870 r. wybuchła rewolucja w Lyonie. Jej przebieg, według opisu historyka Jana Kucharzewskiego wyglądał następująco:
„Od ranka 28 września rozpoczęto agitację w warsztatach narodowych. Tłum parotysięczny (na którego czele), z czerwonymi sztandarami przybył na plac przez Radą Miejską. Jednocześnie rozesłano agitatorów do oddziałów Gwardii Narodowej, aby ją przeciągnąć na stronę rewolucji socjalnej. Część manifestantów, a w ich liczbie Bakunin, przedostała się do wnętrza Rady Miejskiej. Saigenes wygłosił z balkonu przemówienie rewolucyjne do tłumu i ogłosił generała Cluseret głównodowodzącym sfederowanych armii rewolucyjnych Francji południowej. Tymczasem do ratusza przybył mer Lyonu Hénon i, zobaczywszy ogromną postać Bakunina, perorującego w wielkiej sali, kazał go aresztować. (…) Wtem tłum z placu wtargnął do ratusza i zawładnął gmachem, Cluseret i Bakunin byli wolni (…) Komitet Ocalenia Francji był na chwilę panem położenia. Lecz wkrótce stan rzeczy uległ zmianie, wśród insurgentów nie było ani jedności, ani planu działania, tłumy bynajmniej nie były skłonne do krwawych i stanowczych czynów, jakich domagała się odezwa bakuninowska. Złe namiętności, do których radzi apelować Bakunin, nie zostały rozkiełzane, tłum nie wiedział dobrze, co ma robić. Wznoszono okrzyki: Niech żyje rzeczypospolita! Wojna z Prusakami! Tymczasem na placu przed ratuszem zaczęły gromadzić się coraz liczniejsze oddziały Gwardii Narodowej. Tłum bez walki ustępował z placu; członkowie Komitetu Ocalenia pod wieczór zaczęli nieznacznie opuszczać gmach ratusza. Bakunin stwierdził, że Francuzi liońscy nie mają diabła w ciele. Na drugi dzień umknął z Lyonu do Marsylii. cdn.

*Z dalszego ciągu relacji Lissagaraya wynika, że sformułowania „siły partii”, użył mając na myśli członków Międzynarodówki i działaczy Federacji Izb Robotniczych.