„Szturmem chcieli zdobyć niebo…” (cz. X)

„Około drugiej nad ranem Dąbrowski przychodzi na Ratusz. Jest blady, znużony, kontuzjowany w pierś odłamkiem kamienia. Opisuje Komitetowi Ocalenia Publicznego wkroczenie wersalczyków, popłoch w Passy i własne nadaremne usiłowania zmierzające do zebrania ludzi. Komitet tak dalece nie znał sytuacji wojskowej, że to nagłe najście nieprzyjaciela wywołało u wszystkich jego członków wielkie zdziwienie. Dąbrowski, który niedokładnie zrozumiał, o co im chodzi, woła: Jak To? Komitet Ocalenia Publicznego ma mnie za zdrajcę! Życie moje należy przecież do Komuny. Jego wzburzenie i głos świadczą o miotającej nim wielkiej rozpaczy”
(Lissagaray, „Historia Komuny Paryskiej 1871”)

Jarosław Dąbrowski przystąpił do Komuny Paryskiej już w pierwszym dniu jej istnienia tj. 18 marca. Na jednej z pierwszych narad (być może nawet na pierwszej) Komitetu Centralnego Gwardii Narodowej przedstawił śmiały plan podjęcia natychmiastowej ofensywy przeciwko zbiegłym z Paryża wojskom wersalskim i rządowi. Przekonywał, że należy wykorzystać ich chwilową słabość i demoralizację oraz entuzjazm pierwszych chwil zwycięstwa wśród gwardzistów i ludu paryskiego. Kiedy członkowie Komitetu gasili jego zapał zasłaniając się „brakiem mandatu od narodu”, powiedział: „Całe swe życie byłem żołnierzem, przywykłem rozumować po wojskowemu. Jesteście krótkowzroczni, widzicie tylko o dwa kroki przed sobą… Prędzej czy później, a będziecie musieli walczyć. Ale może być już za późno”. Dąbrowski ostrzegał ich także przed podejmowaniem jakimikolwiek prób rokowań z rządem wersalskim. Już wtedy było wiadomo, że stojący na jego czele Adolf Thiers, to zaciekły wróg robotników, nie zamierzający pertraktować z Komuną, którą uważał za „bunt przestępczy”.
„Uwag Dąbrowskiego – cytuję fragment książki Eligiusza Kozłowskiego pt. „Na barykadach Paryża 1871 (Wydawnictwo MON, Warszawa 1971) – nie wzięto jednak pod uwagę, natomiast Komuna zajęła się przez dziesięć dni wyborami, marnotrawiąc drogocenny czas. Zamiast organizować wojska i machinę dowodzenia, wybierano urzędników, delegatów, rozsyłano ogólniki, pisma… Komunie grozi zalew papierków. Strona przeciwna zaś nie chciała rokowań i szykowała się do krwawej rozprawy. Uruchomiła w tym celu najbardziej niewybredną propagandę, zwiększyła siły, zadbała o pomoc u swych pogromców – Prusaków.
Dąbrowski jednak nie skapitulował. Gdzie tylko mógł, stale podkreślał konieczność podjęcia działań ofensywnych, ofiarował w tej mierze swoje usługi, rozmawiał na ten tematy z generałem Cluseretem, działaczem Komuny, lecz ten zdecydowanie odrzucał oferty Dąbrowskiego. (…) Dąbrowski, który wstąpił do Komuny, aby walczyć o wolność przeciw ciemiężycielom takim jak Thiers, otrzymał tylko dowództwo 12 legii, która wypowiedziała się za nim jednogłośnie.
Mianowani przez Komunę trzej dowódcy: Duval, Berget, Edoux nie uderzyli również od razu, jak radził Dąbrowski, na Wersal, a nawet z nie znanych bliżej przyczyn nie zdobyli się na zajęcie potężnego fortu Mont Vlerian, którego załoga chciała podporządkować się Komunie. Działania zaczepne podjęli oni dopiero 3 kwietnia, które, choć przeprowadzone znacznymi siłami, zakończyły się pełnym niepowodzeniem już następnego dnia. Porażka ta otworzyła oczy niektórym przywódcom na niedomagania w dowództwie i w organizacji. Podniosły się również głosy krytyki, wśród których najczęściej powtarzały się żądania postawienia na czele wojsk Komuny odpowiedzialnych dowódców. Wówczas to po raz pierwszy na posiedzeniach władz Komuny padło nazwisko Jarosława Dąbrowskiego.
Wolą większości Rady Komuny i Komitetu Centralnego Gwardii Narodowej 7 kwietnia przekazano Polakowi komendanturę miasta oraz oddział podlegający dotychczas generałowi Bergerowi, którego zdymisjonowano. Generał Cluseret otrzymał stanowisko delegata Komuny do spraw wojskowych.”
„Jeszcze tego samego dnia sfederowani z Neuilly – pisał o Dąbrowskim Lissagaray w swoich wspomnieniach – ujrzeli młodego człowieka niskiego wzrostu, odzianego w skromny mundur; obchodził pieszo przednie straże pod ogniem nieprzyjaciela. Zamiast francuskiej porywczości, pełnej werwy i blasku – zimna i jakby nieświadoma odwaga Słowianina. W ciągu kilku godzin nowy dowódca podbił serca wszystkich podkomendnych. Pokazał też niebawem co potrafi. W noc na dziewiątego kwietnia w towarzystwie Vermorela z dwoma batalionami z Montmartre zaskoczył wersalczyków w Asniéres, wypędził ich stamtąd, zdobył ich działa i, zająwszy tory kolejowe wraz z pociągiem pancernym, ostrzelał ogniem flankowym Courbevoie i most Neuilly. Brat jego [Teofil – przyp. L.F) zdobył zamek Bécon.” Tym sposobem – jak ocenił te działania historyk Eligiusz Kozłowski – zostało zażegnane niebezpieczeństwo opanowania prawego brzegu Sekwany przez wersalczyków i stworzenia na tam przez nich przyczółków do ofensywy w głąb Paryża.
Aparat sztabu generalnego Komuny – pisze dalej Lissagaray: „działał tak nieudolnie, że Paryż nie dowiedział się nawet o tym zwycięstwie. Ten wspaniały atak był dziełem jednego człowieka, podobnie jak obrona fortów była żywiołowym odruchem gwardii narodowej. Wciąż jeszcze nie było ogólnego kierownictwa. Każdy robił, co uważał za stosowne. Gdy komu potrzeba było dział czy posiłków, biegł starać się o nie dokąd tylko mógł: do komendy placu, na Ratusz, do Komitetu Centralnego, czy do generalissimusa Clusereta. (…)
Ludzie, którzy często bywali na Ratuszu, mogli spodziewać się jeszcze gorszych rzeczy. Jakżeż nieliczni spośród wybranych zdawali się rozumieć, jaki ogrom odpowiedzialności na nich ciąży; jak wielu z nich stale opuszczało posiedzenia! W dniach trzydziestym marca, czwartym i piątym kwietnia już po upływie kilku godzin na sali nie było niezbędnego quorum. Dnia dziewiątego kwietnia trzeba było uchwalić, że nieobecnym wstrzyma się wypłatę diet. Większość przychodzi na posiedzenia nie przygotowana, skora go głosowania pod pierwszym wrażeniem. Ratusz przypomina obradujący klub la Corderie. Wczorajsze postanowienia idą w zapomnienie.(…) Sprawy rozstrzygało się w sposób połowiczny. Komuna powołuje sądy wojskowe i sąd polowy, pozostawia jednak Komitetowi Centralnemu ustalenie procedury i wykonanie wyroków. (…) Znosi szarżę generała, jej delegat zaś nadaje ją wyższym dowódcom.” Po wymienieniu jeszcze innych przykładów braku konsekwencji i błędnych postanowień wydanych przez organy Komuny Paryskiej Lissagaray, stwierdza z ubolewaniem, że „pozostaje [ona] głucha na rozpaczliwe wołania Dąbrowskiego” o przysłanie mu posiłków na przydzielony mu najważniejszy odcinek obrony Paryża, bez przerwy szturmowany przez wersalczyków.
„Przez sześć tygodni – cytuję ponownie fragment książki Eligiusza Kozłowskiego –Dąbrowski bronił tego odcinka, odpowiadając na każdy atak wersalczyków kontratakiem, lecz jego siły były niewystarczające, aby złamać przeciwnika lub też zadać mu miażdżący cios. Miał podobno 1800, według innych zaś 4000–5000 żołnierzy oraz znikomą ilość dział. Rzadko otrzymywał natomiast uzupełnienia, o wymianie walczących jednostek w ogóle nie było mowy. Żołnierze przebywali na linii frontu w nieustannym ogniu po kilkanaście dni. Szwankował dowóz amunicji i żywności. W swoich raportach o zwycięskich bojach na próżno wspominał o brakach w zaopatrzeniu i fizycznym wyczerpaniu żołnierzy.(…)
W swoich raportach wskazywał również Dąbrowski na fakt, iż dalsza walka będzie możliwa tylko wtedy, jeśli ulegnie zmianie cały system dowodzeni i organizacji, a na czele wojsk i sztabów Komuny staną ludzie w pełni odpowiedzialni i świadomi swoich zadań i obowiązków. Podkreślał konieczność wprowadzenia surowej dyscypliny oraz respektowania wszystkich wyroków sądów polowych. Często bowiem zdarzało się tak, że skazany prawomocnym wyrokiem dezerter w imię źle rozumianej idei rewolucji zwalniały go od wszelkiej odpowiedzialności”.
W okresie od 12 do 19 kwietnia dowodzone przez Dąbrowskiego nieliczne oddziały komunardów, bez wsparcia artylerii, dokonywały cudów waleczności, odpierając wielokrotne natarcia wojsk wersalskich. Pisał o tym dowódca 192 batalionu „sfederowanych”(tak nazywano oddziały komunardów): „Męstwo i zimna krew Dąbrowskiego są godne podziwu. Rzadko spotyka się wodzów takiej energii i inicjatywy… Z takim wodzem i z takimi żołnierzami odnieślibyśmy zwycięstwo, gdyby niedbalstwo idące z góry nie było tak wielkie…Zwycięstwa nie odniesiemy jednak, jeśli minister wojny, organizator dezorganizacji, nie przyśle artylerii…Przysyłając nam armaty bez pocisków, bataliony bez dowódców, oficerów bez żołnierzy…Zamiast niszczyć domy artylerią, zdobywa się je za pomocą bagnetów lub podpala zapałkami”.
„Oburzenie wśród gwardzistów – pisze Eligiusz Kozłowski – na najwyższe dowództwo Komuny osiągnęło w tych dniach granice najwyższego napięcia, zagrażając przede wszystkim dyscyplinie, która i tak pozostawała wiele do życzenia. Dały się słyszeć głosy o nieudolności, a nawet o zdradzie. Najcięższe gromy spadały oczywiści na generała Clusereta jako delegata Komuny do spraw wojskowych”. (…)
„Cluseret pomijał milczeniem raporty Dąbrowskiego, a nawet chował je przed władzami zwierzchnimi. Przejawiała się w tym wyraźna zawiść Clusereta i jakieś osobiste animozje.(…)
Usiłując podreperować nadszarpnięta reputacje Cluseret zaatakował Dąbrowskiego. Czynił to z tym większa zaciętością, jako że wszędzie zaczęły podnosić się glosy, iż Polakowi należy oddać naczelną komendę.(…)
W związku z niepowodzeniami na frontach walki z wersalczykami, blankiści stanowiący najsilniejszą grupę polityczną w Komunie, rzucili hasło ogłoszenia dyktatury wojskowej i zastąpienia nią nieudolnych organów komisji wojskowej. Wśród ewentualnych kandydatów na dyktatora wymieniono nazwisko Dąbrowskiego, który poparł bez zastrzeżeń wniosek blankistów, widząc w nim jedyny ratunek dla ginącej Komuny. Żądania powołania takiej władzy wyszły również od niektórych dowódców batalionów. Jeden z nich pisał: Chociaż nienawidzę dyktatury, to jednak wychodzę z siebie, gdy widzę, że minister – zamiast działać – wydaje dekrety. Zaniepokojone tymi głosami głosami naczelne władze Komuny zdecydowały się wręczyć generałowi Cluseretowi dymisję, a nawet aresztować go. (…) Cluseretowi brak było pełnej świadomości celów Komuny, a jeśli nawet ją znał, należy wątpić, czy je podzielał. W Komunie szukał raczej osobistego wybicia się i laurów.
27 kwietnia odbyła się w kole blankistów decydująca narada, na której byli obecni Dąbrowski i Wróblewski. (…) Dąbrowski (…) ostro krytykując niedowład organizacji wojskowej przedstawił własny, jasny i konkretny plan zmiany położenia wojskowego Komuny. Opowiedział się więc za dyktaturą, której zadaniem byłaby przede wszystkim reorganizacja sił zbrojnych i systemu dowodzenia, proponował następnie podjęcie ofensywy przeciw wersalczykom (uważał bowiem, iż istniały jeszcze szanse jej powodzenia) oraz pociągnięcie do wojny rewolucyjnej w całej Francji. Był też rzecznikiem surowej dyscypliny i zasady jednoosobowego dowództwa. Sprzeciwiał się również systemowi obieralności dowódców. Dąbrowskiego poparli: blankista Gerardin, który wystąpił z żądaniem powołania, na wzór 1793 roku Komitet Ocalenia Publicznego, oraz Rossel. Ten ostatni zastąpił już bodajże 30 kwietnia generała Clusereta na stanowisku delegata do spraw wojskowych.(…)
Rządy Rossela rozpoczęły się od prób uporządkowania hierarchii urzędów wojskowych i ich kompetencji, szczególnie zarządzania artylerią, amunicją i zaopatrzeniem. 5 maja wydał on rozkaz o podziale linii frontu na trzy odcinki, z których prawy przekazał generałowi Dąbrowskiemu, lewy generałowi Wróblewskiemu, a centralny – generałowi La Cécilia. Równocześnie oddziały walczące na poszczególnych odcinkach zostały scalone w jednostki zwane armiami. Reformy Rossela, jakkolwiek zdążały we właściwym kierunku, nie przyniosły jednak dodatnich wyników.
Tuż po upadku bardzo ważnego w systemie obrony Paryża fortu Issy, Rossel stwierdził, że sytuacja wojskowa jest niemal beznadziejna i podał się do dymisji. Niemalże w tym samym czasie (albo tuż przed), powołany, zapewne pod naciskiem blankistów, Komitet Ocalenia Publicznego mianował naczelnym wodzem Komuny generała Jarosława Dąbrowskiego, dotychczasowego dowódcę 1 armii. „Rossel – pisze Eligiusz Kozłowski – był tą decyzją zaskoczony, jako że została podjęta bez jego wiedzy, i spowodował odwołanie nominacji. Wypadek ten jest niewątpliwie bardzo pouczającym przykładem całkowitego chaosu, jaki opanował Komunę w przełomowych dla niej chwilach”.
Rossel został wkrótce aresztowany przez Komunę. Udało mu się jednak uciec. Między innymi szukał u Dąbrowskiego opieki i pomocy. Dąbrowski niemal bez przerwy przebywał na pierwszej linii frontu, więc Rossel ukrywał się gdzie indziej. Po upadku Komuny został wzięty do niewoli przez wersalczyków i skazany na śmierć. Wyrok wykonano 28 listopada 1871r.
Cokolwiek by sądzić o zdymisjonowanych przez Komunę dowódcach wojskowych: Rosselecie, Cluserecie, Bergrecie, ich los mógł stanowić swoistego rodzaju przestrogę dla Dąbrowskiego. Poniekąd tym motywem można by było tłumaczyć jego gwałtowną reakcję, na widok wielkiego zdziwienia w twarzach członków Komitetu Ocalenia Publicznego, gdy o drugiej rano 22 maja 1871 r. składał im meldunek o tragicznej sytuacji na froncie walki. Jego pełne oburzenia słowa: „Jak To? Komitet Ocalenia Publicznego ma mnie za zdrajcę! Życie moje należy przecież do Komuny”, bardziej jednak wynikały z innego – acz chwilowego – źródła nieporozumienia. Ale o tym napiszę w następnym odcinku niniejszego cyklu.