Zjednoczmy się!

Dwa lata trwało jednoczenie się SLD i partii Wiosna. Zdecydowanie za długo. Ze wszystkimi, także przykrymi, tego konsekwencjami.
Mam nadzieję, że 9 października ten zapowiadany od lat polityczny mariaż zostanie ostatecznie zakończony.
SLD dokonał niezwyklej sztuki na politycznej scenie III Rzeczpospolitej. Sojusz nie dostał się do Sejmu RP po wyborach 2015 roku. Jak wcześniej wiele innych polskich partii politycznych.
Pomimo tego Sojusz przetrwał cztery chude lata i powrócił tam po wyborach 2019 roku.
Jako jedyna formacja polityczna w Polsce, która przetrwała absencję parlamentarną.
Dla wszystkich innych, jak choćby Unia Wolności, Akcja Wyborcza „Solidarność”, „Samoobrona”, LPR, Ruch „Palikota”, byt pozaparlamentarny kończył się ich szybką polityczną śmiercią.
Ten udany powrót do bytu parlamentarnego jest niewątpliwie zasługą kierownictwa SLD, a zwłaszcza jego przewodniczącego Włodzimierza Czarzastego.
Dziś nie jest on pieszczochem mediów, zwłaszcza liberalnych. Ale tej historycznej zasługi nawet jego najżarliwsi krytycy nie mogą mu odebrać.
A o tym politycznym wyczynie SLD będą się uczyć wszyscy studenci nauk politycznych w naszym kraju.
SLD, Wiosna i partia „Razem” stały się trzecią siłą w polskim parlamencie, bo dostały w 2019 roku kredyt zaufania od lewicowych wyborców.
Premię za jedność.
Bo wtedy, po raz pierwszy w historii III Rzeczpospolitej,na jednej liście wyborczej znaleźli się przedstawiciele wszystkich, najważniejszych lewic w naszym kraju. Razem. Młodzi i starsi. Radykalni i centrolewicowi.
Zgodnie, bez wypominania sobie kto jest „prawdziwą lewicą”,a kto tylko zasiedziałą na politycznej scenie „postkomuną”.
To już nasza historia
Sojusz Lewicy Demokratycznej zaczynał w 1993 roku jako koalicja lewicowych partii, związków zawodowych,młodzieżowych, lewicowych stowarzyszeń. Wśród nich był Ruch „NIE”, którego byłem wtedy prezesem i współtwórcą Sojuszu.
Wtedy ten Sojusz też dostał poparcie lewicowych wyborców za udane zjednoczenie.
Współrządził do 1997 roku, potem był najsilniejszą formacją opozycyjną. Wtedy byłem posłem na Sejm RP z listy wyborczej tego Sojuszu.
W 1999 roku tenże sojusz wyborczy przekształcił się w jedną partię polityczną. I tak zostałem jej członkiem.
Dwa lata później wygraliśmy wybory parlamentarne. Współrządziliśmy do 2004 roku.
Administrowaliśmy do roku 2005. Bo rychło po naszych wstąpieniu do Unii Europejskiej w SLD nastąpił rozłam. Powstała socjaldemokracja Marka Borowskiego.
Po 2005 roku nie weszli oni do Sejmu, a osłabiony SLD zasiadł w ławach opozycji. Też tam i ja siedziałem.
W 2007 roku odbyły się przyśpieszone wybory parlamentarne. Od tamtego czasu rozpoczęła się wojna plemienna PO z PiS. I rządy tych prawicowych partii.
SLD spróbował wtedy kooperacji z centrolewicowymi demokratami. Znów był w opozycji. Już beze mnie.
I znów nastąpił rozłam w jego klubie parlamentarnym.
Od tamtego czasu SLD, jako jedyna lewica parlamentarna, skupiał się niestety przede wszystkim na kwestiach personalnych i poprawie swego wizerunku w mediach.
Każda jego porażka polityczna prowadziła do wymiany kierownictwa partii i zatrudniania nowych firm od poprawy wizerunku.
Każda kolejna wymiana jego kierownictwa i firm od poprawy wizerunku doprowadzała do kolejnego spadku poparcia jego wyborców.
Aż do wyborów w 2015 roku. Kiedy SLD znalazł się poza parlamentem.
W politycznej izbie wytrzeźwień.
W tym czasie PiS też przegrywał wszystkie wybory. Ale nie rozpadał się. Mozolnie budował swe zaplecze eksperckie i medialne. Tworzył program akceptowany przez jego wyborców.
Pierwsze otrzeźwienie lewicy nastąpiło podczas wyborów 2019 roku, kiedy Robert Biedroń, Włodzimierz Czarzasty i Adrian Zandberg podpisali się pod wspólna listą wyborczą.
Teraz czas na otrzeźwienie kolejne, na zapowiadane zjednoczenie SLD i Wiosny.
Czas na Nową Lewicę, partię lewicy skrojoną na nadchodzące nowe czasy.
Mam nadzieję, że to październikowe zjednoczenie nie skończy się na wyborze kierownictwa nowej partii i działaniach na rzecz poprawy jej wizerunku medialnego.
W „Trybunie” nie raz powtarzaliśmy, że nowa lewica musi stworzyć swój program nowej V Rzeczpospolitej. Sprawiedliwej społecznie i demokratycznej.
Będziemy się o taki program upominali.
Będziemy też w naszej „Trybunie” kultywować najlepsze tradycje Sojuszu Lewicy Demokratycznej.
Partii o pięknej, dwudziestoletniej historii.
O historycznych dla Polski zasługach.
Nasza pamięć jest naszą prawdą.
Taka pamięć może być też nasza mądrością.

Zapraszamy do debaty

Bez programu V Rzeczpospolitej polska lewica nie stanie się pierwszorzędną siłą polityczną.
Wielokrotnie pisałem przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku, że podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest powrócić do parlamentu.
Za wszelką cenę. Zgody na przejściowy, autorytarny styl kierowania SLD. Zgody na wspólną listę z centrową, liberalną Platformą Obywatelską i konserwatywnym PSL. Powrót do parlamentu wart był dla lewicy każdej politycznej „mszy”. Bo jedynie powrót do parlamentu gwarantował rewitalizację gasnącego SLD i innych, marginalizowanych partii.
Powrót do Sejmu i Senatu dawał szansę stworzenie tam politycznego przyczółka. Takiego „lewicowego Piemontu”, aby potem konsekwentnie powiększać wpływy lewicy w Polsce. Analogicznie do znanego z historii procesu jednoczenia Włoch w drugiej połowie XIX wieku.
Nasz lewicowy „Piemont” już mamy. Zyskaliśmy go po wyjątkowo korzystnej cenie. Lewica nie musiała celebrować politycznej mszy z demokratycznymi liberałami. Dostała głosy lewicowych wyborców w 2019 roku jedynie za „cud zjednoczenia”. Za to, że trójka liderów lewicowych partii stanęła w jednym szeregu przed telewizyjnymi kamerami. Zaczęli przemawiać razem, choć nie mówili tak samo. Dostała lewica te głosy na kredyt. Wyborcy lewicy w Polsce lubią spory, nawet personalne, polemiki i debaty. Ale jedność organizacyjną lewicy uważają za podstawową wartość.
„Tyleśmy warci ileśmy zwarci”, powtarzano nam podczas spotkań z wyborcami, kiedy tworzyliśmy Sojusz Lewicy Demokratycznej. Pod koniec zeszłego wieku. Dzięki tej zwartości lewica dwukrotnie rządziła w III RP, miała też swojego prezydenta. Potem nastąpiła seria rozłamów,kłótni personalnych w Sojuszu. I wtedy SLD zaczął przypominać ówczesne telefony komórkowe Nokii.
Z każdym nowym sezonem politycznym stawał się coraz mniejszy.
Zjednoczmy się wreszcie
Konsekwencją „cudu zjednoczenia” sprzed 3 lat powinno być zunifikowana, powstała z SLD i Wiosny, nowa partia. Nowa Lewica. Były zaręczyny, terminy wesela, do skonsumowania związku nie doszło.
Ostatnio wielokrotnie słyszałem głosy przeróżnych patriotów SLD, że to małżeństwo polityczne pachnie im jednak mezaliansem. Bo oto bogate w kadry, programy i struktury organizacyjne SLD żeni się ze znacznie uboższą Wiosną. Ot bogaty panicz bierze dziadówkę za żonę i jeszcze ma ślubować jej partnerskie małżeństwo!
Wedle lewicowych standardów.
W SLD jestem od początku. Byłem posłem klubu SLD, kiedy Sojusz nie był jedną partią, tylko federacją partii politycznych, związków zawodowych, organizacji społecznych. Mariażem politycznych paniczów z politycznymi dziadówkami. Jedną z nich, Ruch NIE, w tamtym Sojuszu reprezentowałem. I nasze największe wspólne sukcesy osiągaliśmy kiedy lewicowi zasobni panicze traktowali po partnersku te lewicowe dziadówki.
Dlatego apeluję do lewicowych koleżanek i kolegów z SLD i Wiosny. Zjednoczmy się wreszcie! Na ustalonych wcześniej zasadach. A aktualnym krytykom tego mariażu mogę jedynie przypomnieć, że także oni głosowali za przyjętymi wtedy zasadami zjednoczenia i statutami. Słowo się rzekło, kobyłka u płota.
Na pocieszenie krytycznym wobec zjednoczenia patriotom z SLD mogę przypomnieć też, że nasi parlamentarzyści nieraz głosowali ustawy niekorzystne wizerunkowo dla naszej partii, za to korzystne dla reformowanego państwa polskiego. Tracił na tym Sojusz, ale per saldo zyskiwała Polska.
Niebawem minie trzeci rok działalności koalicyjnego klubu parlamentarnego lewicy. Od przynajmniej dwóch lat słyszymy o konsumowaniu politycznego małżeństwa SLD i Wiosny. I mam nadzieję, że na październikowym Kongresie wreszcie się to stanie.
Zakończy się ten stan organizacyjnego chaosu, gorszącego wielce lewicowych wyborców.
Wskazówki na Piątą
Mamy już „lewicowy Piemont”, dojdzie pewnie do zjednoczenia SLD z Wiosną. Ale Kongres zjednoczeniowy powinien być jednocześnie Kongresem programowym. Polska lewica, zwłaszcza ta związana z SLD, ma liczne, historyczne zasługi. Doprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, wcześniej współtworzyła obecną demokratyczną Konstytucję. Jednak po naszej akcesji do Unii Europejskiej kreatywność programowa, intelektualna polskiej lewicy wyschła.
Być może lewicowe elity uznały, sama implementacja euro norm rozwiąże podstawowe problemy polskiego społeczeństwa i państwa. A skopiowanie dorobku europejskiej lewicy stworzy z polskiej lewicy nowoczesny i sprawny ruch polityczny. I tak po naszej akcesji do UE, zakorzenieniu się w rodzinie europejskich socjalistów, socjaldemokratów, zielonych,komunistów polskie lewicowe elity polityczne zwolniły się z wysiłku umysłowego.
Oczywiście nie siedziały czas cały z założonymi rękami. Przez całe lata trwała produkcja projektów programów, ustaw. Zmieniano logo partii aby zwabić nim miej świadomych wyborców. Pomimo tych wysiłków lewicowi wyborcy nie wiedzieli i nie wiedzą jakiej, tej już „europejskiej” Polski, nasza lewica chce. Znają poszczególne propozycje, słyszeli o jakiś receptach.
PiS w 2015 roku celnie zdiagnozował obecną w społeczeństwie potrzebę zmiany. Zaproponował alternatywną IV Rzeczpospolitą. Nie łaty, plastry na poszczególne bolączki, tylko nową jakość. I tym uwiódł wyborców. Także tych, głosujących kiedyś na lewicę.
Dlatego teraz podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest stworzenie spójnego programu demokratycznej i socjalnej V Rzeczpospolitej. Alternatywnej wobec kaczystowskiej IV Rzeczpospolitej i niedawnej III Rzeczpospolitej. Bez takiego horyzontu programowego polska lewica dalej będzie dusić się intelektualnie w kajdanach IV RP i utopijnych nostalgiach za III RP. Nie pomogą jej atrakcyjne, szczątkowe programy, ustawy pisane w odpowiedzi na działania PiS, ani medialne pląsy.
Dlatego zapraszamy wszystkich polskich lewicowców do dyskusji o lewicowej, demokratycznej V Rzeczpospolitej.
O tym co polska lewica powinna zrobić po szkodliwych dla Polski rządach PiS. O wieloletnim lewicowym planie budowy społeczeństwa polskiego w XXI wieku.
Zapraszamy wszystkich pragnących debaty o przyszłej lewicowej Polsce. Chcemy być trybuną szeroko rozumianych lewicowych idei i programów.
Bez stworzenia programu V Rzeczpospolitej polska lewica będzie skazana na rolę przystawki politycznej. Drugorzędnej, niesamodzielnej siły politycznej.

Wskazówki na Piątą

Po politycznym, gorącym „trójskoku wyborczym” w latach 2019-2020, miały przyjść trzy lata politycznej stabilizacji. Rządów stabilnej prawicowej koalicji aż do 2023 roku. Kolejnych wyborów parlamentarnych.

Ale raz jeszcze okazało się, że spokój w czasach rządów PiS to oksymoron. Zapowiadana, szybka „rekonstrukcja” rządu przeciągała się tygodniami i nadal nie zakończyła się.
Podobnie wprowadzenie pana prezesa Kaczyńskiego do rządu nie daje gwarancji wyeliminowania stłumionych sporów między koalicjantami. Stan napięcia między nimi łagodził dodatkowo pan prezydent Duda. Swą nieobecnością w życiu politycznym.
Pod Jego obronę
Po zwycięskich wyborach pan prezydent ostentacyjnie okazywał swe przemęczenie intensywną kampanią i zniechęcenie do zajmowania się czymkolwiek. Zwlekał nawet ze znalezieniem czasu na zaprzysiężenie nowych ministrów. Opierał się przed naporem niespodziewanych hołdów i propozycji składanych mu przez skonfliktowanych z panem prezesem prawicowych polityków. Nieskutecznie, jak zwykle.
Po jesiennych przetasowaniach kadrowych jego Kancelaria zaczyna przypominać polityczny Salon Odrzuconych. Kieruje nią nadal pan minister Krzysztof Szczerski, który od trzech lat zapowiada wszem i wobec swe odejście stamtąd. Ale nadal nie może znaleźć godnej sobie posady.
Pozostał w Kancelarii na stanowisku jej wiceszefa pan minister Paweł Mucha. Choć wielu obserwatorów polskiej sceny politycznej przewidywało jego wylot.
Do pracy w Kancelarii przyszli były wojewoda Piotr Ćwik, były poseł PiS Łukasz Rzepecki, były doradca Marcin Mastalerek.
Wszyscy jeszcze niedawno byli uważani za młodość i przyszłość polskiej prawicy. Wszyscy jednak skonfliktowali się z panem prezesem Kaczyńskim i jego ekipą. Taki skład Kancelarii sprawić może, że powracający z wakacji pan prezydent szybko popadnie w niespodziewany konflikt z Nowogrodzką. Zwłaszcza, że wokół Dużego Pałacu krąży już były minister rolnictwa Jan Ardanowski. Wyrastający na lidera „oszukanych przez PiS” hodowców bydła, drobiu i futerkowców. Zresztą pan prezydent już niedwuznacznie zasugerował, że nie da skrzywdzić „polskiej wsi”. Bo nie podpisze bezkrytycznie tym razem podsuniętej mu w tym kształcie ustawy o ochronie zwierząt.
Zawetuje ją, albo, co bardziej prawdopodobne jest, odeśle niepopularną wśród hodowców ustawę do Trybunału konstytucyjnego. Tam nawet pro Kaczyńska większość będzie miała kłopoty z uzasadnieniem jej zapisów. Bo oprócz dyskusyjnych zapisów jest ona kolejnym przykładem PiS-owskiego bubla prawnego. I tak niewiele robiąc stał się pan prezydent „ostatnią nadzieją uboju rytualnego” w Polsce.
Lewica w pułapce
Uroczyste zakończenie okresu narzeczeństwa ogłosili liderzy SLD i Wiosny. Zaślubiny wyznaczono na dwudziestego pierwszego listopada. Czy uda się je wtedy uroczyście, czyli kongresowo skonsumować? Los lewicowego wesela jest w rękach koronowirusa. Uaktywniającego się właśnie.
Nowy związek partnerski ma zwać się Nową Lewicą. Co już wzbudziło wiele krytyk ze strony środowisk zwanych „patriotami SLD”. Mniej głośni są za to „patrioci Wiosny”. Ich widać mariaż z SLD bardziej rajcuje.
Rok temu polska lewica powróciła do parlamentu. Bo dostała od Wyborców premię za zjednoczenie. Poparcie i kredyt na cztery lata. Rok mija i kończy się okres ochronny dla zjednoczonej lewicy. Pojawiają się już pierwsze podsumowania jej dotychczasowej pracy parlamentarnej. Pierwsze krytyczne opinie.
Michał Syska, znany lewicowy publicysta i szef Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, uważa, że odnowiona „Lewica nie ma własnej narracji, a nawet gdyby ją skonstruowała, nie ma narzędzi do jej upowszechniania”.
Bo choć „Jej przedstawiciele na niezliczonych konferencjach prasowych, briefingacg czy konwencjach przedstawiają konkretne (i słuszne najczęściej) postulaty bądź pomysły na rozwiązywanie ważnych problemów” to jednak one „nie wywołują emocji społecznych”. Bo „nie wpisują się one w żadną spójną narrację o świecie, w której wyborcy mogliby ujrzeć swoją historię, swoje lęki, aspiracje i potrzeby. I emocje”.
I w zamieszczonej w tygodniku „Przegląd” analizie zauważa, że „Po lewej stronie brakuje zrozumienia, że klub parlamentarny to tylko jedno z narzędzi politycznych, a formacja, która nie jest opleciona siecią think tanków i mediów, skazana jest na pośledniość i tymczasowość”. W efekcie parlamentarzyści Lewicy postrzegani są jak radykalni aktywistki i aktywiści, a nie poważni politycy decydujący o losach kraju.
Takiemu postrzeganiu sprzyja reaktywna działalność parlamentarzystek i parlamentarzystów Kluby Lewicy. Reagowanie na podsuwane i wrzucane im przez polityków prawicy niespodziewanych tematów do publicznych debat. Zauważa to inny, znany lewicowy publicysta Jakub Dymek w zamieszczonym, również w „Przeglądzie”, artykule „Lewica w pułapce wojen kulturowych”. Rzeczywiście raz po raz „lewica podąża za słusznym etycznie instynktem i działa w zgodzie z wyznawanymi przez siebie wartościami”. I dziarsko staje do kolejnych wojen kulturowych z PiS. Niestety dzieje się to na polu walki wyznaczonym przez PiS i na narzuconych przez prawice warunkach. Czyli na z góry słabszej pozycji.
To wcale nie znaczy, że Lewica zaniedbuje inną problematykę. Jakub Dymek rzetelnie pokazuje całą paletę lewicowych aktywności i poruszanych tematów. Ale skoro Lewica nie ma swoich mediów ani popularnych ośrodków myśli społecznej i nie ma wizji swojej Polski, lewicowej, sprawiedliwej społecznie i demokratycznej, to łatwo jej przyprawiać propagandowe gęby przez prawicowe media. Redukować ją do karykaturalnych wielkomiejskich kulturowo lewicowych paniczyków i wegańskich kocich mamek.
Od kilku lat publicyści związani z „Trybuną” publikują na naszych łamach kolejne artykuły projektujące „V Rzeczpospolitą”. O jej potrzebie pisałem siedem lat temu na łamach portalu „Lewica24.pl”. Wtedy słyszałem pouczenia lewicowych polityków, że lewicowi wyborcy nie potrzebują nowej Polski. Bo do wygrania wyborów wystarczy pięć lub siedem chwytnych punktów programu wyborczego.
Dzisiaj wszyscy inteligenci lewicowcy już wiedzą, że bez kulturowej hegemonii lewica skazana jest na rolę marginesowej opozycji.
Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej.
Zapraszamy do dyskusji na łamach „Trybuny”.

VII Międzynarodowy Kongres Azjatycki

Pragniemy zaprosić do udziału w VII Międzynarodowym Kongresie Azjatyckim, który odbędzie się w dniach 20-22 maja w Toruniu. Rejestracja trwa do 30 kwietnia 2020 r.
Do tej pory udział w VII Kongresie potwierdziło kilkudziesięciu dyplomatów i uczonych z całego świata.
Gościem Honorowym tegorocznej edycji jest Republika Indonezji, która ogłosiła VII Kongres flagowym polskim wydarzeniem w ramach obchodów 65. rocznicy nawiązania relacji dyplomatycznych między Polską a Indonezją.
Kongres został poprzedzony siedmioma konferencjami naukowymi oraz sześcioma Kongresami, co świadczy o naszym unikalnym doświadczeniu.
Entuzjastów, naukowców, przedsiębiorców i ekspertów zajmujących się szeroko pojętą tematyką azjatycką, współpracą między państwami Europy i Azji, zapraszamy do udziału w żywej, interdyscyplinarnej dyskusji oraz licznych imprezach towarzyszących o charakterze naukowym i kulturowym.
Jednocześnie zachęcamy do odwiedzenia naszej strony internetowej: www.kongresazja.pl
Będzie nam niezwykle miło, jeśli w maju 2020 roku zechcą Państwo wziąć udział w organizowanym przez Towarzystwo Azji i Pacyfiku wydarzeniu.

Więcej nadziei niż obaw

Dwie sale, obok siebie, w jednym centrum konferencyjnym.

W jednej osoby w wieku dojrzałym, a miedzy nimi młodzi, ale nieliczni. W drugiej młodzi, a miedzy nimi trochę starszych.
Ci pierwsi, z twarzami ogorzałymi od polityki, posłowie i byli parlamentarzyści, prezydenci miast i byli ministrowie. Ale raczej tacy, którzy już szczyt kariery politycznej mają za sobą. W drugiej sali młodzi, którym wiosenny optymizm nie do końca się udał, a na dalszą drogę zapału jakoś już nie starcza.
Pierwsi od lat mają około 5 procent poparcia u wyborców, drudzy mieli poparcie chwilowe, ale rozpłynęło się jak kamfora.
Do starszych przemawia Adrian Zandberg. Krótkie wystąpienie spotyka się z akceptacją, starsi podają Zandbergowi ręce i robią focie. Jest inaczej niż jeszcze niedawno temu.Te dwie grupy mają stworzyć nową partię. W sali ze starszymi co poniektórzy z nostalgią bronią dorobku partii i nazwy, ale ten dorobek nie stwarza nadziei na przyszłość. W polityce pamięć wyborców jest krótka.
Z sali z młodymi co i rusz dochodzą okrzyki euforii. Jeżeli to radość z nadchodzącego nowego to niech tak będzie. W tym czasie starsi mozolą się nad nowym statutem partii. Co będzie jak sąd taki statut odrzuci? Wtedy pozostaniemy przy starym statucie i będziemy nadal nazywać się SLD, ale to chyba nie jest dobry projekt na przyszłość.
W obu salach unosi się także duch niepewności. Jak to będzie kiedy doświadczeni spotkają się z młodymi, gorącymi głowami. Innego wyjścia nie ma. Partia stara i partia młoda osobno nie odnotowują wysokiego poparcia. Połączone razem jak najbardziej. Przy współpracy z partią Razem lewica ostatnio odnotowuje 19 procent poparcia. Nawet jak się niektórym w partiach połączenie nie podobało to podoba się wyborcom. To, rosnące poparcie pokazuje, że sojusz musi być.
Starsi w końcu, po paru godzinach, głosują nad projektem nowego statutu.
Konwencje się kończą i dają początek nowemu. W holu starsi i młodzi jedzą wigilijne pierogi z kapustą i popijają cienkim barszczykiem. Widać, że w partyjnych kasach raczej skromnie. Oczywiście pewności, że nowa partia odniesie sukces nie ma, ale jest nadzieja. Osobne trwanie partii starszych z nielicznymi młodymi i partii młodych z rozpadającymi się strukturami nadziei na sukcesy w polityce nie dawały żadnych.
Ale SLD mi szkoda. Samymi wspomnieniami żyć można, ale w polityce niewiele to daje. Mówię to ja, który swoje przeżył, ale ciągle spoglądam w przyszłość, choć wzrok już nie ten.

 

Razem, ale obok

To już oficjalne: Lewica Razem nie przyłączy się do nowej partii socjaldemokratycznej, jaka w grudniu powstanie z połączenia SLD i Wiosny. Taką decyzję podjął partyjny kongres.

– Jesteśmy przekonani, że tak jak w ostatnich wyborach, potrzebujemy na Lewicy zarówno doskonałej współpracy jak i twórczej różnorodności. Szanując i doceniając decyzję Wiosny oraz SLD o połączeniu, nie zamierzamy do wspólnej formacji dołączać – czytamy w uchwale przyjętej na kongresie Lewicy Razem.
To potwierdzenie wcześniejszych sygnałów płynących od działaczek i działaczy Razem: partia będzie kontynuowała współpracę z innymi podmiotami o socjaldemokratycznej orientacji w ramach klubu parlamentarnego, ale nie wejdzie w skład nowej formacji, gdyby taka powstała. Co wydaje się obecnie raczej przesądzone.
Kongres Lewicy Razem odbył się w dniach 30 listopada – 1 grudnia w siedzibie Związku Nauczycielstwa Polskiego na warszawskim Powiślu.
W odróżnieniu od poprzednich partyjnych zjazdów, jest okazją nie tylko do wymiany kontaktów i doświadczeń, ale i świętowania realnego sukcesu: Lewica Razem nie tylko ma obecnie w Sejmie swoich reprezentantów i reprezentantki, ale też właśnie to ich wystąpienia postawiły socjaldemokratów w centrum uwagi mediów i komentatorów w pierwszym miesiącu prac parlamentu nowej kadencji.
– Wyciągamy wnioski i idziemy do przodu – tak scharakteryzowała cele kongresu posłanka Paulina Matysiak na otwierającej go konferencji. Obok uchwały o nieprzystępowaniu do nowej lewicowej partii Razem zajęto się również poprawkami do statutu i tym, jak przyciągać do ugrupowania nowych członków. Dyskutowała o tym ponad setka delegatów. Na kongresie nie miał natomiast pojawić się temat wyborów prezydenckich. Razem stoi na stanowisku, że o urząd głowy państwa powinien ubiegać się jeden polityk wybrany wspólnie przez wszystkie ugrupowania lewicowe.

Usuną prezydenta USA?

W Izbie Reprezentantów USA trwa czwarta w historii Stanów Zjednoczonych próba usunięcia ze stanowiska prezydenta kraju w drodze tzw. impeachmentu, czyli oskarżenia o naruszenie konstytucji amerykańskiej.

Wszystkie poprzednie zakończyły się niepowodzeniem. Dotyczyły prezydenta Andrew Johnsona (1868 r.) prezydenta Richarda Nixona (1974 r.) i prezydenta Billa Clintona (1999 r.). Konstytucja Stanów Zjednoczonych (art. II sekcja 4) stwierdza, że prezydent, wiceprezydent i wszyscy funkcjonariusze państwowi mogą być usunięci z urzędu „w wypadku skazania w trybie impeachmentu za zdradę, przekupstwo lub inne ciężkie przestępstwa i przewinienia”. Równocześnie inny artykuł Konstytucji (art.1. sekcja 3) zastrzega, że w sprawach sądzonych w trybie impeachmentu „nie będzie można skazać na karę inną niż usunięcie z urzędu, pozbawienie prawa do zajmowania i korzystania z jakiegokolwiek urzędu honorowego, powierniczego lub odpłatnego pełnionego w imieniu Stanów Zjednoczonych”.
Procedurę usunięcia prezydenta ze stanowiska inicjuje Izba Reprezentantów uchwalając artykuły oskarżenia, ale decyzję o usunięciu prezydenta ze stanowiska podejmuje Senat większością 2/3 głosów, czyli potrzebna jest zgoda minimum 67 senatorów.
Demokraci, którzy mają obecnie większość w Izbie Reprezentantów, od pewnego czasu zastanawiali się czy mają dostatecznie silne argumenty by wszcząć procedurę impeachmentu wobec republikańskiego prezydenta Donalda Trumpa. Izba Reprezentantów głosami 232-196, 31 października br. przyjęła rezolucję formalizującą procedurę impeachmentu wobec prezydenta Trumpa. Interesujące, że dwóch demokratów Jeff Van Drew z New Jersey i Collin Peterson z Minnesoty głosowali razem z republikanami. Republikańscy członkowie Izby Reprezentantów krytykowali politykę demokratów w sprawie impeachmentu Trumpa, jako niesprawiedliwą, utajnioną i sprzeczną z Konstytucją. Trump lekceważąco wyrażał się o oskarżeniach demokratów i głosił pogląd, że ułatwi mu to zwycięstwo w wyborach prezydenckich w 2020 r. i porównał politykę demokratów wobec niego do „lynchu”. Odmówił składania jakichkolwiek wyjaśnień w Izbie Reprezentantów i zakazał swoim współpracownikom tego samego. Ostrzegał również społeczeństwo amerykańskie, ze jeżeli zostanie postawiony w stan oskarżenia spowoduje to depresję gospodarczą w Stanach Zjednoczonych.
Prezydent Trump był oskarżony o naruszenie prawa, o naciskanie na prezydenta Ukrainy, aby oskarżył demokratę wiceprezydenta Josepha Bidena, o ingerowanie zagranicą w sprawach amerykańskich. Fakty na ten temat przekazał demokratom nie ujawniony z nazwiska informator ze struktur rządowych. Demokraci oskarżali Trumpa, że korzysta z pomocy innego państwa, w tym wypadku Ukrainy do ingerencji w amerykański proces wyborczy 2020 r. Potwierdziła to rozmowa telefoniczna Trumpa z prezydentem Ukrainy Wołodymyrem Zełenskim. 25 lipca br. Aby wywrzeć skuteczną presję na rząd ukraiński Trump czasowo wstrzymał pomoc wojskową dla Ukrainy w wysokości 391 mln. dolarów. Pomoc tą Trump przywrócił 11 września.
Trump upoważnił swego osobistego pracownika Rudy’ego Giulianiego, aby zabiegał na Ukrainie o korzystne dla Trumpa i kompromitujące dla demokratów materiały. Ambasador USA na Ukrainie Bill Taylor odpowiedzialny za promowanie interesów Waszyngtonu na Ukrainie ocenił, że zabiegi Gulianiego szkodzą interesom USA w tym kraju. Trump w tym czasie powtarzał, że „Guliani mnie reprezentuje” i domaga się od Ukraińców udzielenia mu pomocy. Guliani domagał się usunięcia ze stanowiska zawodowego dyplomaty Marie Yovanovitch, która była ambasadorem USA na Ukrainie w latach 2016-2019. Wysuwał wobec niej kłamliwe oskarżenia. Równocześnie ambasador USA przy Unii Europejskiej Gordon Sondland zapewniał Trumpa, że prezydent Ukrainy jest zależny od Stanów Zjednoczonych i będzie uległy wobec prezydenta USA.
Zanim rozpoczęły się publiczne przesłuchania w Izbie Reprezentantów, Komisja Wywiadu tej izby przesłuchiwała za zamkniętymi drzwiami różne osobistości, które miały coś do powiedzenia w sprawach polityki prezydenta Trumpa wobec Ukrainy i nie tylko wobec Ukrainy. Ambasador Bill Taylor mówił m.in, że Trump nalegał, aby prezydent Zełensky ujawnił szczegóły działalności Joe Bidena i jego syna Huntera w zarządzie ukraińskiej firmy energetycznej Burisma. Nie było jednak żadnych dowodów niewłaściwej działalności obu Bidenów na Ukrainie.
9 listopada w Waszyngtonie opublikowano 2600 stron tekstów zeznań 8 świadków przed komisją Izby Reprezentantów. Teksty te ujawniły w jaki sposób prezydent Trump usiłował skłonić władze Ukrainy do zaatakowania demokratycznych oponentów prezydenta Trumpa i wykorzystania wbrew prawu amerykańskiemu innych państw w amerykańskiej kampanii wyborczej. W sumie komisje Izby Reprezentantów przesłuchiwały za zamkniętymi drzwiami 15 świadków, którzy potwierdzili zarzuty wysuwane wobec prezydenta.
13 listopada rozpoczęły publiczne przesłuchania przed Komisją Wywiadu Izby Reprezentantów w sprawie impeachmentu prezydenta Donalda Trumpa. Były one transmitowane przez telewizję na cały kraj. Bill Taylor ponownie przedstawił dowody obciążające prezydenta Trumpa. Jako doświadczony dyplomata, absolwent Akademii Wojskowej West Point i udekorowany weteran wojny wietnamskiej przedstawił on wiarygodne argumenty obciążające Trumpa. Powiedział m.in, że w swej długoletniej karierze wojskowej i dyplomatycznej poraz pierwszy spotkał się z tak jaskrawą próbą wykorzystania przez Trumpa władzy prezydenckiej dla swych własnych politycznych korzyści.
Również zastępca podsekretarza stanu George Kent oskarżył Trumpa i jego współpracowników o to, że uzależniali pomoc wojskową dla Ukrainy od zainicjowania przez Kijów śledztwa przeciw Joe Bidenowi i jego synowi. Trump również prosił ambasadora USA w Unii Europejskiej, Gordona Sondlanola o zainteresowanie dochodzeniem Ukraińców wobec demokratycznych rywali Trumpa.
Przed komisją Izby Reprezentantów zeznawała również Marie Yovanovitch, którą Trump w zmowie z rządem Ukrainy usunął ze stanowiska ambasadora USA w Kijowie. Była ona świadkiem rozmowy telefonicznej Trumpa i Zelensky’ego i zeznała w Izbie Reprezentantów, że była „zaszokowana i przybita rozmową telefoniczną między dwoma prezydentami państw”. Demokraci uważali, że usunięcie Yovanovitch ze stanowiska ambasadora na Ukrainie wzmacnia argumenty na rzecz impeachmentu Trumpa. Trump na swoim twitterze ostro zaatakował panią ambasador, co przewodniczący Komisji Wywiadu Adam Schiff uznał za „próbę zastraszenia jej i innych świadków”.
14 listopada Nancy Pelosi zaostrzyła ataki na Trumpa oskarżając go o „przekupstwo”, kiedy uzależnił on pomoc wojskową dla Ukrainy od przeprowadzenia dochodzeń przeciw rywalom politycznym Trumpa. Pojawiają się również inne zarzuty wobec prezydenta o zastraszanie świadków, o łapówkarstwo i liczne kłamstwa.
Toczące się przesłuchania w sprawie impeachmentu prezydenta Trumpa nie widomo jak długo będą trwały i nie ma pewności czym się zakończą. Jeżeli Izba Reprezentantów wystąpi z aktem oskarżenia wobec Trumpa to jest raczej mało prawdopodobne, że prezydent zostanie usunięty ze stanowiska. Aby udowodnić, że Trump jest winny stawianych mu zarzutów, demokraci będą musieli przekonać społeczeństwo, że w sprawowaniu swej funkcji prezydenta popełnił nie tylko ponad 120 tysięcy udowodnionych mu bledów, ale przede wszystkim miał korupcyjne zamiary, kiedy polecił dyplomatom amerykańskim aby współpracowali z Gulianim w jego kontaktach z Zełenskym. W chwili obecnej, około połowy ankietowanych Amerykanów popiera procedurę impeachmentu wobec Trumpa, a ok. 45% jest temu przeciwnych. Również demokraci w Kongresie publicznie głoszą, że Trump zasługuje na impeachment. Prywatnie natomiast wyrażają wątpliwości.
Ostateczną decyzję w sprawie oskarżenia Trumpa podejmować będzie Senat, w którym większość posiadają republikanie i którzy stanowczo bronią swego republikańskiego prezydenta. Pojawiają się nawet głosy w Stanach Zjednoczonych, że ataki demokratów na Trumpa mogą wzmocnić jego pozycję w wyborach w listopadzie 2020 r. Jak zmienny i nieprzewidywalny jest Donald Trump świadczy fakt, że w ostatni weekend oświadczył na twitterze, że gotów jest „silnie rozważyć” sugestię Nancy Pelosi, by zeznawać w śledztwie Izby Reprezentantów w sprawie impeachmentu jego osoby.

43. Kongres PPS My, socjaliści

Na 2 marca 2019 roku zaplanowany jest 43. Kongres PPS. Blisko 100 delegatów z różnych środowisk w Polsce zastanawiać się będzie, jak budować Polskę w XXI wieku, jaki nadać jej kierunek ustrojowy oraz jak przebudować partię, aby była skutecznym narzędziem realizacji celów politycznych, społecznych i gospodarczych. Pytania i problemy, jakie stoją przed PPS nie należą do łatwych, bowiem tak, tak jak i cała polska lewica, także PPS znalazła się w sytuacji skomplikowanej po ekspansji neoliberalizmu, szczególnie po roku 1990, kiedy dokonaliśmy zmiany ustroju społecznego i politycznego. Nastąpiło ograniczenie wpływów ideowych ruchów politycznych. Podstawową formą dialogu większości partii politycznych z elektoratem jest dziś populizm, realizowany przez różne siły polityczne w sojuszu z mediami.
W przypadku Polski należy wskazań na zastraszające zjawisko zdemolowania sceny politycznej, brak jest jej równowagi. Rozbudowana ponad miarę jest jej prawa strona – tryumfy świętuje prawica różnych orientacji, która konkuruje pomiędzy sobą o zdobycie zaufania społecznego i władzę w państwie. Lewica ma charakter mocno ograniczony, od co najmniej 10 lat nie stanowi poważnej konkurencji na scenie politycznej.
Ten stan układu sił politycznych nie odzwierciedla preferencji i poglądów elektoratu. Wiąże się to z dwoma co najmniej zjawiskami – znaczna część społeczeństwa przestała wierzyć w siłę sprawczą swojego głosu wyborczego. Frekwencja odnotowywana w wyborach parlamentarnych i samorządowych oscyluje w Polsce od wielu już lat na poziomie 50 proc. Nie zbudowaliśmy pomimo serwowanych zapewnień ze strony elit posierpniowych przystawalnego do potrzeb modelu demokracji, daleko nam jeszcze do właściwego kształtu tzw. społeczeństwa obywatelskiego.
Na tym tle Polska Partia Socjalistyczna, która obchodziła 126 lat istnienia, jawi się ze swoją ideowością, jako nieprzystający do współczesności element. Jej polityczna narracja nawiązująca do tradycji polskiego socjalizmu i jego podstawowych wartości, jak: sprawiedliwość społeczna i niepodległość jest często źle rozumiana i trudno przyswajana. Ostatnie lata są trudne dla PPS. Polacy w znaczącym procencie szanują wartości lewicowe, niemniej jednak ze względu na agresywną propagandę i skuteczność rządzenia wybierają prawicę. Coraz częściej kierują swoje zainteresowanie w stronę ugrupowań nacjonalistycznych.
Na tym tle pojawia się pytanie, czy jest czas na takie ugrupowania polityczne jak PPS, która będzie kontynuować swoją misję rozpoczętą w roku 1892, oraz na takie prądy ideowe jak socjalizm, który w różnych formach przechodzi renesans w wielu krajach świata.
Odpowiedź na tak postawione pytanie musi być pozytywna. Nie uległy bowiem likwidacji przyczyny konfliktu kapitał-praca. W neoliberalnym rozdaniu od ponad trzydziestu lat konflikt ten narasta, choć jest niechętnie ukazywany przez neoliberalne media. Statystki są jednak nieubłagane – narasta w skali globalnej rozwarstwienie społeczne, maleje rola klas pracujących, rośnie znaczenie i rola właścicieli kapitału. Podobna sytuacja jest w Polsce. Powstające jak grzyby po deszczu ruchy społeczne i ugrupowania polityczne zajmują się pudrowaniem rzeczywistości, odwracaniem uwagi od rzeczywistych przyczyn narastającej fali protestu na tle nierówności. Oszustwem jest obiektywizacja roli rynków, oszustwem jest rozdymanie do granic możliwości apetytów konsumpcyjnych.
Na tym tle bardzo istotna jest refleksja wokół potrzeby kontynuacji misji PPS, jej odrodzenia, odbudowy, znalezienia nowych mechanizmów protestu i walki o prawa ludzi pracy, wolność, sprawiedliwość i równość szans.
Cały czas aktualne jest w PPS hasło „Socjalna Polska w socjalnej Europie”. Skłania ono do działań w stronę przebudowy neoliberalnej Polski i neoliberalnej, zbiurokratyzowanej Unii Europejskiej. Przyspieszenie sprzątania po neoliberalizmie, okiełznania nieograniczonej roli rynków, korporacji i banków. Rynki i pochodne instytucje mają służyć społeczeństwom i państwom, również państwu polskiemu a nie prywatnemu kapitałowi. Przykłady w świecie już są.
Podobna refleksja dotyczy samej PPS. Partia, pozostając sumieniem polskiej lewicy, powinna przejść wewnętrzną odnowę, odbudowę struktur, upowszechnić nowoczesnymi metodami swoją wersję sprawiedliwości społecznej, niepodległości, swój model i drogę budowy państwa dobrobytu i demokracji. Partia powinna dążyć do tego, aby w możliwie szybkim czasie stać się ugrupowaniem parlamentarnym, jedną z głównych sił na polskiej lewicy.
43. Kongres PPS budzi nadzieję na lepsze państwo i skuteczniejszą lewicę.

Głos lewicy

PPS nie idzie do Sejmu

W dniu 16 lutego 2019 roku w Warszawie odbyło się posiedzenie Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej. Głównym przedmiotem obrad były dokumenty i tryb przygotowań do mającego się odbyć w dniu 2 marca 2019 roku XLIII Kongresu Partii.
Przyjęto projekty podstawowych dokumentów merytorycznych i sprawozdań na kongres.
Przypomnijmy, że Kongres PPS ma charakter sprawozdawczo-wyborczy. Jego zadaniem jest m.in. wybór na następną kadencję nowych władz PPS, oraz przyjęcie kierunkowych dokumentów programowych i organizacyjnych. Kongres PPS zgodnie ze Statutem odbywa się co 3 lata.
Rada przyjęła także ważny dokument dotyczący polskiej racji stanu i polityki zagranicznej pt.:  „Polska Partia Socjalistyczna mówi NIE dla ładunków jądrowych na ziemiach polskich oraz udziału w wojnach imperialnych”.
Dyskutowano również o problemach towarzyszących przygotowaniom do wyborów do Parlamentu Europejskiego w maju br. i wyborów parlamentarnych jesienią.
Wg portalu www.ppspl.eu w trakcie dyskusji Rada Naczelna stwierdziła, że Partia w roku 2019 skupi się na wyborach do Sejmu i Senatu RP. RN nie widzi możliwości w samodzielnym starcie do Parlamentu UE. Rada Naczelna nie widzi także, na dzień dzisiejszy, możliwości udziału w powstających obecnie koalicjach partyjnych.
Info od Rady Naczelnej PPS.

Nie chcę, ale muszę

– To nie jest moja koalicja marzeń, bo taką byłaby złożona z samych formacji lewicowych i z Zielonych – powiedziała Katarzyna Piekarska w programie „Onet Rano”. Oceniła jednak, że w polityce „trzeba stać na ziemi”, a Koalicja Europejska jest koalicją „racjonalną”, która – jak ma nadzieję – „przetrwa do jesieni”. Piekarska wyjaśniła, że celem porozumienia partii opozycyjnych jest „odsunięcie od władzy szkodników politycznych”.
– Nie ma entuzjazmu w moim głosie. Powiem tak: głosowałam, ale się nie cieszyłam – stwierdziła. – Jeśli chodzi o Unię Europejską, są to partie reprezentujące te same wartości – powiedziała. – Pełzający polexit, z którym mamy obecnie do czynienia, jest dla Polski groźny i ją marginalizuje – dodała i zapewniła, że cieszy się z wczorajszej decyzji Zielonych, którzy również dołączyli do koalicji.
Koalicja Europejska to w opinii Piekarskiej „małżeństwo z rozsądku”. Zapewniła jednak, że SLD „ma silną podmiotowość” i nie zostanie wchłonięte przez PO i Grzegorza Schetynę. Zdaniem Piekarskiej, osoby które będą kandydować z list koalicji, to „duże nazwiska” i „naprawdę mądrzy ludzie, którzy mają olbrzymie zasługi na Europy i Polski”. Sama zapowiedziała jednak, że woli kandydować do parlamentu krajowego.
Połączenie partii opozycyjnych, to – zdaniem Katarzyny Piekarskiej – „oczywiście jakiś rodzaj testu”. – Jeżeli wyborcy odpowiedzą na tę naszą koalicję negatywnie, to oczywiście trzeba się będzie zastanowić nad jesienią – powiedziała, odnosząc się do tegorocznych wyborów parlamentarnych.
sld.org.pl

Na wojnie z całym światem

Bogusław Liberadzki podzielił się wrażeniami ze szczytu bliskowschodniego w Warszawie:
Szczyt nie był sukcesem, na samym początku był genetycznie skazany na porażkę. Pierwsza rzecz: selektywnie dobrani uczestnicy – brak Iranu, ale też brak Palestyny. Po drugie, jeśli na tego rodzaju przedsięwzięcie przyjeżdża dwóch podstawowych graczy – Stany Zjednoczone i Izrael – w takim momencie historycznym powinniśmy dokładnie wiedzieć, z jakimi głównymi tezami panowie przyjeżdżają.
Po raz pierwszy mamy wielkie konflikty w środku Polski wokół polityki zagranicznej. Zwykle był to bardzo daleko posunięty konsensus.

Triumf rasistowskiej retoryki

Ameryka nie skręciła w lewo. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, dodatkowo podsycanym przez liberalne media, Partia Republikańska umocniła swoją pozycję w Senacie, a jej kandydaci wygrali większość wyścigów o fotel gubernatora. Wielka w tym zasługa prezydenta Donalda Trumpa i jego rasistowskiej retoryki.

 

W swojej kampanii wyborczej w 2016 r. Trump obiecał budowę muru na granicy z Meksykiem, aby powstrzymać „zalew nielegalnych imigrantów”. Jak przekonywał ówczesny kandydat Partii Republikańskiej, to właśnie „hordy obcokrajowców” odpowiadały za wszelkie problemy trapiące „najznakomitszy kraj na świecie”, na czele z kulejącą gospodarką, rosnącą przestępczością i topniejącym prestiżem międzynarodowym USA. Trzeba przyznać Trumpowi, że słowa dotrzymał. Mur rzeczywiście powstał, choć inny niż zapowiadał. Nie jest on zbudowany z żelbetonu i drutu, lecz z rasistowskich i ksenofobicznych haseł, którymi prezydent i jego poplecznicy sprawnie się posługują. Zwroty i sformułowania, które jeszcze kilka lat temu dogorywały na śmietniku historii, dziś zajmują poczytne miejsce w głównym nurcie debaty politycznej w Stanach Zjednoczonych. Dla części białych Amerykanów stanowią one swoistą barierę bezpieczeństwa, chroniącą ich przed zagrażającym ich dominacji multikulturalizmem.

Popis swoich umiejętności administracja Donalda Trumpa dała na kilka dni przed ubiegłotygodniowymi wyborami do Kongresu, wypuszczając spot uderzający w rzekomo „zbyt liberalną” politykę imigracyjną Partii Demokratycznej. W trwającym pół minuty filmie pokazano m.in. imigranta z Meksyku, który w 2014 r. zamordował dwóch policjantów. „Żałuję, że nie zabiłem więcej tych pierd*** glin” – mówił podczas rozprawy sądowej, śmiejąc się do kamer, co zręcznie uchwycili autorzy spotu. Chwilę później na ekranie pojawia się napis: „Demokraci pozwolili mu pozostać w USA”. W następnej scenie można zobaczyć tzw. „karawanę imigrantów”, jak media zwykły nazywać tysiące uchodźców z Hondurasu, Gwatemali i Salwadoru, którzy wyruszyli w pieszą wędrówkę do USA w nadziei na azyl. Jednak ich tragicznych historii nie poznają widzowie spotu. Zobaczą jedynie agresywny i brudny tłum, który niszczy wszystko na swojej drodze do Stanów Zjednoczonych, by zaprowadzić tu chaos i zniszczenie.

„Niebezpieczni nielegalni przestępcy, jak zabójca policjantów Luis Bracamontes, mają za nic nasze prawa” – mówi grobowym głosem lektor. Następnie, już w znacznie łagodniejszym tonie, zachęca widzów do głosowania na kandydatów Partii Republikańskiej. Cały spot kończy się słowami Trumpa, deklarującego, że „akceptuje ten przekaz”. Jednorazowy pokaz filmu w przerwie transmisji niedzielnego meczu futbolowego kosztował kampanijny fundusz prezydencki ponad 760 tys. dolarów.

Większość stacji telewizyjnych uznało spot za zbyt kontrowersyjny, aby go pokazać. O ile taka decyzja nie dziwi w przypadku CNN, NBC czy Facebooka, to już bojkot filmu ze strony konserwatywnej i uwielbianej przez republikanów Fox News przyjęto z zaskoczeniem. „Do czasu dalszego postępowania, Fox News zdecydował się wycofać spot ze wszystkich swoich kanałów” – powiedziała Marianne Gambelli, odpowiedzialna w firmie za dział reklamy. Bardziej bezpośredni byli przedstawiciele pozostałych stacji. Władze CNN wydały oświadczenie, w którym wprost nazwały film „rasistowskim” i „kłamliwym”, zaś NBC określił go jako „niezwykle obraźliwy”.

Do niedawna po takiej medialnej burzy prezydent wycofałby się ze skulonym ogonem, przepraszając wszystkich, którzy poczuli się dotknięci. Za swoje słowa nie raz musieli wyrażać skruchę jego poprzednicy, nie wyłączając nawet takich politycznych twardzieli, jak Richard Nixon czy Ronald Reagan. Jednak to, co kiedyś należało do kanonu amerykańskiej kultury politycznej, dziś uznaje się co najwyżej za folklor. Pytany przez dziennikarzy o medialny bojkot spotu, Trump stwierdził, że nie wie o co chodzi. „Różne rzeczy różne osoby uznają za obraźliwe. Nie wiem czy ten film jest obraźliwy. Wiem natomiast, że jest bardzo skuteczny, sądząc po liczbie osób, które go obejrzały” – prezydent przyznał z rozbrajającą szczerością.

Rzeczywiście, chociaż spot został wycofany z głównych stacji telewizyjnych, to w internecie święcił triumfy. Liczba odsłon rosła z każdą godziną, czemu przysłużyli się prawicowi blogerzy, zalewając media społecznościowe informacjami i linkami do filmu. Szybko pojawiły się też różnego rodzaju teorie spiskowe, atakujące media głównego nurtu – czyli „fake news media” – za cenzurę polityczną i próbę wpłynięcia na wynik zbliżających się wyborów do Kongresu.

W całym tym utyskiwaniu na „liberalną cenzurę” mało kto zwrócił uwagę, że sam spot należy do kategorii fake news, czyli kłamliwych wiadomości. Bracamontes, który zabił dwóch policjantów, został zatrzymany i wypuszczony przez służby imigracyjne za czasów prezydentury republikanina George’a W. Busha. Co więcej, bezpośrednio odpowiedzialnym za niewyciągnięcie konsekwencji wobec Bracamontesa był szeryf Joe Arpaio, obecnie jeden z bliskich sojuszników Trumpa.

Generalnie, Amerykanie uważają imigrację za zjawisko pozytywne. W przeprowadzonym w czerwcu 2018 r. sondażu taką opinię podzielało aż 75 proc. ankietowanych – najwięcej od 2002 r. Rekordowo niski był także odsetek osób, które imigrację oceniały negatywnie – niespełna 20 proc. Zarazem jednak, większość Amerykanów jest zdania, że uregulowanie imigracji powinno należeć do priorytetów władz federalnych. Duża w tym zasługa retoryki Trumpa. O ile na początku 2017 r., tj. przed objęciem przez niego urzędu prezydenta, wśród najważniejszych problemów do rozwiązania najczęściej wskazywano służbę zdrowia, gospodarkę i bezrobocie, o tyle po dwóch latach jego rządów na pierwsze miejsce awansowała kwestia imigracji.

Strach przed nielegalną imigracją działa zwłaszcza na wyobraźnię najbardziej konserwatywnych wyborców. Jak pokazały to minione dwa lata rządów Trumpa, w podzielonym niemal w połowie kraju, wyborczy sukces lub porażka często zależy od umiejętności mobilizacji najbardziej zaangażowanego elektoratu. Stąd też prezydent i cała jego administracja nauczyli się grać na niskich instynktach części swoich wyborców – być może nie najliczniejszej grupy, ale z pewnością najgłośniejszej, która doskonale czuje się w świecie mediów społecznościowych. Umiarkowani republikanie, nawet jeśli razi ich język i styl prezydentury, i tak będą wspierać Trumpa, co zresztą udowodnili w ubiegłotygodniowych wyborach. Rasistowski spot wyborczy nie tylko nie zniechęcił do głosowania na republikanów, a wręcz poprawił ich ostateczny wynik. Żaden też z kandydatów, których bezpośrednio wspierał Trump, nie miał problemów z pokonaniem swoich przeciwników. Rasistowski mur zbudowany z prezydenckich fobii spełnił swoją rolę.