43. Kongres PPS My, socjaliści

Na 2 marca 2019 roku zaplanowany jest 43. Kongres PPS. Blisko 100 delegatów z różnych środowisk w Polsce zastanawiać się będzie, jak budować Polskę w XXI wieku, jaki nadać jej kierunek ustrojowy oraz jak przebudować partię, aby była skutecznym narzędziem realizacji celów politycznych, społecznych i gospodarczych. Pytania i problemy, jakie stoją przed PPS nie należą do łatwych, bowiem tak, tak jak i cała polska lewica, także PPS znalazła się w sytuacji skomplikowanej po ekspansji neoliberalizmu, szczególnie po roku 1990, kiedy dokonaliśmy zmiany ustroju społecznego i politycznego. Nastąpiło ograniczenie wpływów ideowych ruchów politycznych. Podstawową formą dialogu większości partii politycznych z elektoratem jest dziś populizm, realizowany przez różne siły polityczne w sojuszu z mediami.
W przypadku Polski należy wskazań na zastraszające zjawisko zdemolowania sceny politycznej, brak jest jej równowagi. Rozbudowana ponad miarę jest jej prawa strona – tryumfy świętuje prawica różnych orientacji, która konkuruje pomiędzy sobą o zdobycie zaufania społecznego i władzę w państwie. Lewica ma charakter mocno ograniczony, od co najmniej 10 lat nie stanowi poważnej konkurencji na scenie politycznej.
Ten stan układu sił politycznych nie odzwierciedla preferencji i poglądów elektoratu. Wiąże się to z dwoma co najmniej zjawiskami – znaczna część społeczeństwa przestała wierzyć w siłę sprawczą swojego głosu wyborczego. Frekwencja odnotowywana w wyborach parlamentarnych i samorządowych oscyluje w Polsce od wielu już lat na poziomie 50 proc. Nie zbudowaliśmy pomimo serwowanych zapewnień ze strony elit posierpniowych przystawalnego do potrzeb modelu demokracji, daleko nam jeszcze do właściwego kształtu tzw. społeczeństwa obywatelskiego.
Na tym tle Polska Partia Socjalistyczna, która obchodziła 126 lat istnienia, jawi się ze swoją ideowością, jako nieprzystający do współczesności element. Jej polityczna narracja nawiązująca do tradycji polskiego socjalizmu i jego podstawowych wartości, jak: sprawiedliwość społeczna i niepodległość jest często źle rozumiana i trudno przyswajana. Ostatnie lata są trudne dla PPS. Polacy w znaczącym procencie szanują wartości lewicowe, niemniej jednak ze względu na agresywną propagandę i skuteczność rządzenia wybierają prawicę. Coraz częściej kierują swoje zainteresowanie w stronę ugrupowań nacjonalistycznych.
Na tym tle pojawia się pytanie, czy jest czas na takie ugrupowania polityczne jak PPS, która będzie kontynuować swoją misję rozpoczętą w roku 1892, oraz na takie prądy ideowe jak socjalizm, który w różnych formach przechodzi renesans w wielu krajach świata.
Odpowiedź na tak postawione pytanie musi być pozytywna. Nie uległy bowiem likwidacji przyczyny konfliktu kapitał-praca. W neoliberalnym rozdaniu od ponad trzydziestu lat konflikt ten narasta, choć jest niechętnie ukazywany przez neoliberalne media. Statystki są jednak nieubłagane – narasta w skali globalnej rozwarstwienie społeczne, maleje rola klas pracujących, rośnie znaczenie i rola właścicieli kapitału. Podobna sytuacja jest w Polsce. Powstające jak grzyby po deszczu ruchy społeczne i ugrupowania polityczne zajmują się pudrowaniem rzeczywistości, odwracaniem uwagi od rzeczywistych przyczyn narastającej fali protestu na tle nierówności. Oszustwem jest obiektywizacja roli rynków, oszustwem jest rozdymanie do granic możliwości apetytów konsumpcyjnych.
Na tym tle bardzo istotna jest refleksja wokół potrzeby kontynuacji misji PPS, jej odrodzenia, odbudowy, znalezienia nowych mechanizmów protestu i walki o prawa ludzi pracy, wolność, sprawiedliwość i równość szans.
Cały czas aktualne jest w PPS hasło „Socjalna Polska w socjalnej Europie”. Skłania ono do działań w stronę przebudowy neoliberalnej Polski i neoliberalnej, zbiurokratyzowanej Unii Europejskiej. Przyspieszenie sprzątania po neoliberalizmie, okiełznania nieograniczonej roli rynków, korporacji i banków. Rynki i pochodne instytucje mają służyć społeczeństwom i państwom, również państwu polskiemu a nie prywatnemu kapitałowi. Przykłady w świecie już są.
Podobna refleksja dotyczy samej PPS. Partia, pozostając sumieniem polskiej lewicy, powinna przejść wewnętrzną odnowę, odbudowę struktur, upowszechnić nowoczesnymi metodami swoją wersję sprawiedliwości społecznej, niepodległości, swój model i drogę budowy państwa dobrobytu i demokracji. Partia powinna dążyć do tego, aby w możliwie szybkim czasie stać się ugrupowaniem parlamentarnym, jedną z głównych sił na polskiej lewicy.
43. Kongres PPS budzi nadzieję na lepsze państwo i skuteczniejszą lewicę.

Głos lewicy

PPS nie idzie do Sejmu

W dniu 16 lutego 2019 roku w Warszawie odbyło się posiedzenie Rady Naczelnej Polskiej Partii Socjalistycznej. Głównym przedmiotem obrad były dokumenty i tryb przygotowań do mającego się odbyć w dniu 2 marca 2019 roku XLIII Kongresu Partii.
Przyjęto projekty podstawowych dokumentów merytorycznych i sprawozdań na kongres.
Przypomnijmy, że Kongres PPS ma charakter sprawozdawczo-wyborczy. Jego zadaniem jest m.in. wybór na następną kadencję nowych władz PPS, oraz przyjęcie kierunkowych dokumentów programowych i organizacyjnych. Kongres PPS zgodnie ze Statutem odbywa się co 3 lata.
Rada przyjęła także ważny dokument dotyczący polskiej racji stanu i polityki zagranicznej pt.:  „Polska Partia Socjalistyczna mówi NIE dla ładunków jądrowych na ziemiach polskich oraz udziału w wojnach imperialnych”.
Dyskutowano również o problemach towarzyszących przygotowaniom do wyborów do Parlamentu Europejskiego w maju br. i wyborów parlamentarnych jesienią.
Wg portalu www.ppspl.eu w trakcie dyskusji Rada Naczelna stwierdziła, że Partia w roku 2019 skupi się na wyborach do Sejmu i Senatu RP. RN nie widzi możliwości w samodzielnym starcie do Parlamentu UE. Rada Naczelna nie widzi także, na dzień dzisiejszy, możliwości udziału w powstających obecnie koalicjach partyjnych.
Info od Rady Naczelnej PPS.

Nie chcę, ale muszę

– To nie jest moja koalicja marzeń, bo taką byłaby złożona z samych formacji lewicowych i z Zielonych – powiedziała Katarzyna Piekarska w programie „Onet Rano”. Oceniła jednak, że w polityce „trzeba stać na ziemi”, a Koalicja Europejska jest koalicją „racjonalną”, która – jak ma nadzieję – „przetrwa do jesieni”. Piekarska wyjaśniła, że celem porozumienia partii opozycyjnych jest „odsunięcie od władzy szkodników politycznych”.
– Nie ma entuzjazmu w moim głosie. Powiem tak: głosowałam, ale się nie cieszyłam – stwierdziła. – Jeśli chodzi o Unię Europejską, są to partie reprezentujące te same wartości – powiedziała. – Pełzający polexit, z którym mamy obecnie do czynienia, jest dla Polski groźny i ją marginalizuje – dodała i zapewniła, że cieszy się z wczorajszej decyzji Zielonych, którzy również dołączyli do koalicji.
Koalicja Europejska to w opinii Piekarskiej „małżeństwo z rozsądku”. Zapewniła jednak, że SLD „ma silną podmiotowość” i nie zostanie wchłonięte przez PO i Grzegorza Schetynę. Zdaniem Piekarskiej, osoby które będą kandydować z list koalicji, to „duże nazwiska” i „naprawdę mądrzy ludzie, którzy mają olbrzymie zasługi na Europy i Polski”. Sama zapowiedziała jednak, że woli kandydować do parlamentu krajowego.
Połączenie partii opozycyjnych, to – zdaniem Katarzyny Piekarskiej – „oczywiście jakiś rodzaj testu”. – Jeżeli wyborcy odpowiedzą na tę naszą koalicję negatywnie, to oczywiście trzeba się będzie zastanowić nad jesienią – powiedziała, odnosząc się do tegorocznych wyborów parlamentarnych.
sld.org.pl

Na wojnie z całym światem

Bogusław Liberadzki podzielił się wrażeniami ze szczytu bliskowschodniego w Warszawie:
Szczyt nie był sukcesem, na samym początku był genetycznie skazany na porażkę. Pierwsza rzecz: selektywnie dobrani uczestnicy – brak Iranu, ale też brak Palestyny. Po drugie, jeśli na tego rodzaju przedsięwzięcie przyjeżdża dwóch podstawowych graczy – Stany Zjednoczone i Izrael – w takim momencie historycznym powinniśmy dokładnie wiedzieć, z jakimi głównymi tezami panowie przyjeżdżają.
Po raz pierwszy mamy wielkie konflikty w środku Polski wokół polityki zagranicznej. Zwykle był to bardzo daleko posunięty konsensus.

Triumf rasistowskiej retoryki

Ameryka nie skręciła w lewo. Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, dodatkowo podsycanym przez liberalne media, Partia Republikańska umocniła swoją pozycję w Senacie, a jej kandydaci wygrali większość wyścigów o fotel gubernatora. Wielka w tym zasługa prezydenta Donalda Trumpa i jego rasistowskiej retoryki.

 

W swojej kampanii wyborczej w 2016 r. Trump obiecał budowę muru na granicy z Meksykiem, aby powstrzymać „zalew nielegalnych imigrantów”. Jak przekonywał ówczesny kandydat Partii Republikańskiej, to właśnie „hordy obcokrajowców” odpowiadały za wszelkie problemy trapiące „najznakomitszy kraj na świecie”, na czele z kulejącą gospodarką, rosnącą przestępczością i topniejącym prestiżem międzynarodowym USA. Trzeba przyznać Trumpowi, że słowa dotrzymał. Mur rzeczywiście powstał, choć inny niż zapowiadał. Nie jest on zbudowany z żelbetonu i drutu, lecz z rasistowskich i ksenofobicznych haseł, którymi prezydent i jego poplecznicy sprawnie się posługują. Zwroty i sformułowania, które jeszcze kilka lat temu dogorywały na śmietniku historii, dziś zajmują poczytne miejsce w głównym nurcie debaty politycznej w Stanach Zjednoczonych. Dla części białych Amerykanów stanowią one swoistą barierę bezpieczeństwa, chroniącą ich przed zagrażającym ich dominacji multikulturalizmem.

Popis swoich umiejętności administracja Donalda Trumpa dała na kilka dni przed ubiegłotygodniowymi wyborami do Kongresu, wypuszczając spot uderzający w rzekomo „zbyt liberalną” politykę imigracyjną Partii Demokratycznej. W trwającym pół minuty filmie pokazano m.in. imigranta z Meksyku, który w 2014 r. zamordował dwóch policjantów. „Żałuję, że nie zabiłem więcej tych pierd*** glin” – mówił podczas rozprawy sądowej, śmiejąc się do kamer, co zręcznie uchwycili autorzy spotu. Chwilę później na ekranie pojawia się napis: „Demokraci pozwolili mu pozostać w USA”. W następnej scenie można zobaczyć tzw. „karawanę imigrantów”, jak media zwykły nazywać tysiące uchodźców z Hondurasu, Gwatemali i Salwadoru, którzy wyruszyli w pieszą wędrówkę do USA w nadziei na azyl. Jednak ich tragicznych historii nie poznają widzowie spotu. Zobaczą jedynie agresywny i brudny tłum, który niszczy wszystko na swojej drodze do Stanów Zjednoczonych, by zaprowadzić tu chaos i zniszczenie.

„Niebezpieczni nielegalni przestępcy, jak zabójca policjantów Luis Bracamontes, mają za nic nasze prawa” – mówi grobowym głosem lektor. Następnie, już w znacznie łagodniejszym tonie, zachęca widzów do głosowania na kandydatów Partii Republikańskiej. Cały spot kończy się słowami Trumpa, deklarującego, że „akceptuje ten przekaz”. Jednorazowy pokaz filmu w przerwie transmisji niedzielnego meczu futbolowego kosztował kampanijny fundusz prezydencki ponad 760 tys. dolarów.

Większość stacji telewizyjnych uznało spot za zbyt kontrowersyjny, aby go pokazać. O ile taka decyzja nie dziwi w przypadku CNN, NBC czy Facebooka, to już bojkot filmu ze strony konserwatywnej i uwielbianej przez republikanów Fox News przyjęto z zaskoczeniem. „Do czasu dalszego postępowania, Fox News zdecydował się wycofać spot ze wszystkich swoich kanałów” – powiedziała Marianne Gambelli, odpowiedzialna w firmie za dział reklamy. Bardziej bezpośredni byli przedstawiciele pozostałych stacji. Władze CNN wydały oświadczenie, w którym wprost nazwały film „rasistowskim” i „kłamliwym”, zaś NBC określił go jako „niezwykle obraźliwy”.

Do niedawna po takiej medialnej burzy prezydent wycofałby się ze skulonym ogonem, przepraszając wszystkich, którzy poczuli się dotknięci. Za swoje słowa nie raz musieli wyrażać skruchę jego poprzednicy, nie wyłączając nawet takich politycznych twardzieli, jak Richard Nixon czy Ronald Reagan. Jednak to, co kiedyś należało do kanonu amerykańskiej kultury politycznej, dziś uznaje się co najwyżej za folklor. Pytany przez dziennikarzy o medialny bojkot spotu, Trump stwierdził, że nie wie o co chodzi. „Różne rzeczy różne osoby uznają za obraźliwe. Nie wiem czy ten film jest obraźliwy. Wiem natomiast, że jest bardzo skuteczny, sądząc po liczbie osób, które go obejrzały” – prezydent przyznał z rozbrajającą szczerością.

Rzeczywiście, chociaż spot został wycofany z głównych stacji telewizyjnych, to w internecie święcił triumfy. Liczba odsłon rosła z każdą godziną, czemu przysłużyli się prawicowi blogerzy, zalewając media społecznościowe informacjami i linkami do filmu. Szybko pojawiły się też różnego rodzaju teorie spiskowe, atakujące media głównego nurtu – czyli „fake news media” – za cenzurę polityczną i próbę wpłynięcia na wynik zbliżających się wyborów do Kongresu.

W całym tym utyskiwaniu na „liberalną cenzurę” mało kto zwrócił uwagę, że sam spot należy do kategorii fake news, czyli kłamliwych wiadomości. Bracamontes, który zabił dwóch policjantów, został zatrzymany i wypuszczony przez służby imigracyjne za czasów prezydentury republikanina George’a W. Busha. Co więcej, bezpośrednio odpowiedzialnym za niewyciągnięcie konsekwencji wobec Bracamontesa był szeryf Joe Arpaio, obecnie jeden z bliskich sojuszników Trumpa.

Generalnie, Amerykanie uważają imigrację za zjawisko pozytywne. W przeprowadzonym w czerwcu 2018 r. sondażu taką opinię podzielało aż 75 proc. ankietowanych – najwięcej od 2002 r. Rekordowo niski był także odsetek osób, które imigrację oceniały negatywnie – niespełna 20 proc. Zarazem jednak, większość Amerykanów jest zdania, że uregulowanie imigracji powinno należeć do priorytetów władz federalnych. Duża w tym zasługa retoryki Trumpa. O ile na początku 2017 r., tj. przed objęciem przez niego urzędu prezydenta, wśród najważniejszych problemów do rozwiązania najczęściej wskazywano służbę zdrowia, gospodarkę i bezrobocie, o tyle po dwóch latach jego rządów na pierwsze miejsce awansowała kwestia imigracji.

Strach przed nielegalną imigracją działa zwłaszcza na wyobraźnię najbardziej konserwatywnych wyborców. Jak pokazały to minione dwa lata rządów Trumpa, w podzielonym niemal w połowie kraju, wyborczy sukces lub porażka często zależy od umiejętności mobilizacji najbardziej zaangażowanego elektoratu. Stąd też prezydent i cała jego administracja nauczyli się grać na niskich instynktach części swoich wyborców – być może nie najliczniejszej grupy, ale z pewnością najgłośniejszej, która doskonale czuje się w świecie mediów społecznościowych. Umiarkowani republikanie, nawet jeśli razi ich język i styl prezydentury, i tak będą wspierać Trumpa, co zresztą udowodnili w ubiegłotygodniowych wyborach. Rasistowski spot wyborczy nie tylko nie zniechęcił do głosowania na republikanów, a wręcz poprawił ich ostateczny wynik. Żaden też z kandydatów, których bezpośrednio wspierał Trump, nie miał problemów z pokonaniem swoich przeciwników. Rasistowski mur zbudowany z prezydenckich fobii spełnił swoją rolę.

Fala zmiany

Nadchodzące wybory do Kongresu Stanów Zjednoczonych mają szansę odmienić amerykańską politykę. Nie tylko dlatego, że wszystkie sondaże i badania opinii publicznej przewidują porażkę republikanów zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i Senacie. Największa zmiana zachodzi w samym łonie Partii Demokratycznej, gdzie po latach marginalizacji do głosu dochodzą kobiety i przedstawiciele mniejszości etnicznych.

 

Fala zmiany właśnie pochłonęła Michaela Capuano, kongresmana reprezentującego stan Massachusetts od dwudziestu lat. Capuano, jeszcze do niedawna uważany za „niezatapialnego”, musiał tym razem uznać wyższość Ayanny Pressley. To właśnie ta czarnoskóra radna z Bostonu i asystentka senatora Johna Kerry’ego odniosła o tyle zdumiewające, co zdecydowane zwycięstwo w prawyborach zorganizowanych w stanowych strukturach Partii Demokratycznej.

„Dzisiejsze czasy wymagają więcej od naszych przywódców i od naszej partii. Dzisiejsze czasy wymagają, aby do rządzenia podchodzić mądrze, bezkompromisowo i bez strachu. Nie wystarczy już, że demokraci przejmą władzę. Ważne będzie też to, co ci demokraci reprezentują” – powiedziała Pressley po ogłoszeniu wyników prawyborów.

W wielu sprawach Pressley i Capuano wypowiadają się podobnie. Oboje są znani z postępowych poglądów, m.in. opowiadają się za swobodnym dostępem do aborcji. Pressley zyskała rozgłos zapowiadając zlikwidowanie niesławnej ICE, czyli służby imigracyjnej odpowiedzialnej za rozdzielanie rodzin nielegalnych imigrantów i zamykanie ich w centrach odosobnienia. Z kolei Capuano skupiał się na kwestiach gospodarczych, proponując aktywną walkę z bezrobociem i biedą poprzez pełne zatrudnienie.

Przegrana Capuano nie wynikała zatem z różnic programowych. Raczej, była pochodną politycznego trendu, który dało się zauważyć już podczas wyborów prezydenckich w 2016 roku. Wtedy to, na fali zmęczenia dotychczasowym partyjnym establishmentem, republikanie zagłosowali na politycznego nowicjusza Donalda Trumpa. Podobnie spora część demokratów podziękowała Hillary Clinton, która w polityce działała „od zawsze”. Od tego czasu ten trend w Partii Demokratycznej nie tylko się utrzymał, ale wręcz się umocnił. Można już zatem mówić o powszechnym znużeniu twarzami, które Amerykanie muszą oglądać od wielu lat. Capuano jest tego dobrym przykładem. Do Izby Reprezentantów trafił w 1998 roku, a więc jeszcze za prezydentury Billa Clintona. Wcześniej przez dziesięć lat był burmistrzem Bostonu, w samej zaś polityce działa od niemal czterdziestu lat…

W innych warunkach tak bogate CV byłoby zapewne poważnym atutem. Jednak nie w dzisiejszej Ameryce. Im więcej lat spędzonych w Kongresie, tym mniejsze szanse na kolejne zwycięstwo. W czerwcu 2018 roku przekonał się o tym inny „niezatapialny”, Joseph Crowley. Zasiadający w Izbie Reprezentantów od niemal dziesięciu lat, Crowley był nawet typowany na przyszłego przywódcę większości w Izbie Reprezentantów w przypadku zwycięstwa demokratów w jesiennych wyborach. Tym większy był szok i niedowierzanie, kiedy partyjne prawybory wygrała Alexandra Ocasio-Cortez, szerzej nieznana, 28-letnia aktywistka o imigranckich korzeniach. Jej zwycięstwo udowodniło, że doświadczenie i pieniądze to nie wszystko – Ocasio-Cortez zebrała 194 tys. dolarów, podczas gdy Crowley dysponował budżetem przekraczającym 3,4 mln dolarów. Jak nigdy, zaczynają liczyć się szczerość i bezkompromisowość w kwestiach społecznych, a przede wszystkim „polityczna niewinność”, czyli brak uwikłania w zgniłe kompromisy, z których do tej pory słynął Kongres.

Fala zmiany może także przynieść zwycięstwo pierwszego czarnoskórego gubernatora Florydy. Andrew Gillum, niespełna czterdziestoletni burmistrz Tallahassee, startuje w wyborach nie tylko jako przedstawiciel swojej grupy etnicznej, lecz również jako głos wszystkich wykluczonych ekonomicznie. Po raz pierwszy zdarza się bowiem, aby czołowy polityk jednej z dwóch głównych partii tak otwarcie przyznawał się do socjalistycznych poglądów, obiecując powszechny dostęp do służby zdrowia i aktywną walkę z bezrobociem. Co więcej, Gillum głosi potrzebę ograniczenia dostępu do broni, co w takim stanie jak Floryda jeszcze do niedawna oznaczałoby polityczne samobójstwo.

„Wierzę, że Floryda z jej bogatą różnorodnością wybierze gubernatora, który nas wszystkich złączy, a nie podzieli. Nie wybierze mizogina czy rasisty. Ludzie raczej będą szukali kogoś, kto będzie w stanie sprostać wysokim aspiracjom naszego stanu” – mówił niedawno Gillum.

Wyścig o fotel gubernatora na Florydzie zapowiada się niezwykle ciekawie. Głównym przeciwnikiem Gilluma będzie bowiem Ronald Dion DeSantis, republikański kongresman, uważany za jednego z najbliższych sojuszników prezydenta Donalda Trumpa. Poglądy obu polityków są zbieżne nie tylko w kwestiach gospodarczych, ale także w ocenie imigrantów i mniejszości etnicznych. Zarówno Trump, jak i DeSantis chętnie odwołują się do skrajnie konserwatywnego elektoratu, często zahaczając przy tym o rasizm. W zeszłym tygodniu w wypowiedzi dla stacji Fox News, DeSantis skrytykował swojego konkurenta, sięgając po sformułowanie „monkey up” (dosł. „zmałpieć”), oznaczające „zepsuć coś”, jednakże zawierające czytelny podtekst rasistowski. Wywiadem tym DeSantis wywołał spore kontrowersje, od jego słów odcięli się nawet konserwatywni dziennikarze, jednak on sam pozostał przy swoim.

Równie pasjonująco zapowiada się wyścig o fotel gubernatora w Georgii. Tam przed szansą na zapisanie się w historii jako pierwsza czarnoskóra pani gubernator stanie Stacey Abrams, 44-letnia prawniczka i przedsiębiorczyni. W tym przypadku zwycięstwo może jednak okazać się niezwykle trudne. Georgia to tradycyjnie konserwatywny stan, gdzie mimo upływu lat większość urzędów wciąż pozostaje zamknięta przed Afro-Amerykanami. Inaczej niż więzienia, w których ponad 60 proc. przetrzymywanych to czarnoskórzy.

Czy „fala zmiany” zmiecie dotychczasowy amerykański establishment? Przekonamy się już na początku listopada, kiedy odbędą się wybory lokalne oraz do Kongresu. W Senacie do zdobycia będzie aż 35 ze stu miejsc, a trzeba pamiętać, że obecna przewaga republikanów nad demokratami wynosi zaledwie jeden głos. Nie o to jednak się rozchodzi, aby Partia Demokratyczna zastąpiła Partię Republikańską. I w jednej, i w drugiej znajdują się bowiem ludzie, dla których zgniłe kompromisy ponad głowami wyborców to sól amerykańskiej polityki. O prawdziwej zmianie będziemy zatem mogli powiedzieć dopiero wówczas, kiedy ich miejsce zajmą społecznicy pokroju Pressley czy Ocasio-Cortez. Im więcej takich ludzi w (nie tylko amerykańskiej) polityce, tym lepiej dla demokracji.