Kontrola bez zębów

Żadne urzędy nie lubią, żeby ktoś patrzył im na ręce i oceniał to co robią.
Zmienił się podział kompetencji w instytucjach zajmujących się kontrolą żywności. Od samego mieszania herbata jednak nie robi się słodsza. Nie wydaje się zatem, że te przetasowania spowodują, iż wnikliwiej i częściej będzie badana jakość spożywanych przez nas artykułów spożywczych. Przeciwnie, kontrole mogą stać jeszcze się rzadsze i łagodniejsze niż dotychczas.
Podstawowa zmiana polega na tym, że od 1 lipca tego roku Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS) czuwa już nad jakością żywności w całym łańcuchu dostaw – czyli od producenta do konsumenta. Podlega ona Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Do tej pory kompetencje były rozdzielone: produkty spożywcze przeznaczone dla konsumentów, znajdujące się w sklepach, hurtowniach oraz barach i restauracjach kontrolowała Inspekcja Handlowa, a na wcześniejszych etapach obrotu np. u producenta, na granicy, w zakładach paczkujących – właśnie IJHARS.
Istota tej zmiany polega na tym, że dotychczas, czyli do 1 lipca, żywność w sklepach hurtowniach, restauracjach, na bazarach itp. – czyli wszędzie tam, gdzie ostatecznym odbiorcą był konsument – była badana przez Inspekcję Handlową, ciało podlegające Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który jest całkowicie niezależny od Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Teraz zaś, po 1 lipca, tymi kontrolami zajmuje się Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, podlegająca Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi. A to przecież właśnie resort rolnictwa odpowiada za to, by do mieszkańców Polski trafiała żywność zdrowa i o odpowiedniej jakości.
Tak więc, od początku lipca mamy taką sytuację, że kontroler podlega temu, kogo ma kontrolować. Źle to wróży skuteczności i efektywności tych kontroli. Żaden kontroler nie będzie zbyt dociekliwy, wiedząc, że może za to oberwać od kontrolowanego.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny próbuje robić dobrą minę do złej gry i oświadcza: „Przeniesienie kontroli jakości żywności do jednej instytucji to ważny krok w kierunku specjalizacji instytucji państwa. 8 lipca br. zamkniemy całe przedsięwzięcie od strony formalnej. Zmiana ta jest korzystna zarówno dla konsumentów, jak i rolników czy przedsiębiorców działających w sektorze rolno-spożywczym bowiem skonsoliduje nadzór nad jakością żywności w całym łańcuchu dostaw od pola do stołu”.
Szef UOKiK wie jednak doskonale, że oto właśnie jego urząd został pozbawiony jednego ze swych najważniejszych, nielicznych zresztą zębów. Stał się też słabszy i jeszcze mniej znaczący niż dotychczas. Spod nadzoru UOKiK do IJHARS, czyli pod władzę Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi przeszli bowiem wszyscy pracownicy wojewódzkich inspektoratów Inspekcji Handlowej, którzy do tej pory specjalizowali się w kontroli żywności. UOKiK przekazał także resortowi rolnictwa pięć swoich laboratoriów żywnościowych: w Katowicach, Kielcach, Olsztynie, Poznaniu i Warszawie. Ale być może to wszystko niespecjalnie martwi prezesa UOKiK, bo przecież oznacza, że będzie on miał teraz mniej zadań – a więc mniej też będzie powodów do tego, by go krytykować za ewentualne niedociągnięcia.
Wprowadzone obecnie zmiany są zgodne z podstawowymi zasadami rządów Prawa i Sprawiedliwości: unikać wszelkiej odpowiedzialności za swe działania i zaniechania; starać się, by nikt nie mógł sprawdzić, jakie w rzeczywistości efekty przynosi funkcjonowanie instytucji rządowych; zapobiegać wszelkiej krytyce – i chwalić się na każdym kroku.
Można więc oczekiwać, że od 1 lipca Inspekcja Handlowa będzie informować o systematycznie poprawiającej się jakości polskich artykułów spożywczych…
Inspekcja Handlowa, zawsze niedoinwestowana i z brakami kadrowymi – bo przecież żaden rząd nie lubi, gdy mu się patrzy na ręce – miała jednak jakieś wymierne osiągnięcia. Co roku IH przeprowadzała prawie 20 tys. kontroli, podczas których brała pod lupę ponad 165 tys. partii produktów. Dużą część z nich stanowiła żywność – było to ok. 7-8 tys. kontroli rocznie i nawet ponad 120 tys. sprawdzanych artykułów spożywczych w ciągu roku.
Przykładowo, inspektorzy badali jakość i oznakowanie ryb, mięsa, jajek, miodu, wód mineralnych, produktów rolnictwa ekologicznego, a nawet karmy dla zwierząt, dań serwowanych w restauracjach czy posiłków przygotowywanych przez firmy cateringowe dla szpitali. W ostatnim czasie duże zainteresowanie konsumentów, rolników i organizacji pozarządowych wzbudziły kontrole oznakowania warzyw i owoców według kraju ich pochodzenia. Wydaje się, że teraz podobne kontrole w ogóle odejdą w przeszłość.
Czym obecnie będzie się zajmować Inspekcja Handlowa? Otóż, jak dyplomatycznie stwierdza UOKiK, teraz IH będzie się mogła skoncentrować na kontroli jakości, bezpieczeństwa i oznakowania produktów nieżywnościowych, np. paliw, zabawek, ubrań, sprzętu sportowego i elektronicznego oraz usług.
Nadal będzie pilnować prawidłowego uwidaczniania cen w sklepach, również na półkach z żywnością (co akurat jest uprawnieniem niemal bez znaczenia, bo o cenę zawsze można spytać, lub sprawdzić ją samemu w elektronicznym czytniku). Tak jak dotychczas IH będzie także udzielać porad konsumentom i pomagać im w polubownym rozstrzyganiu sporów z przedsiębiorcami (już spoza branży żywnościowej).
Na osłodę Inspekcja Handlowa otrzymała nowy, teoretycznie istotny oręż: od 1 lipca zyskała prawo do upubliczniania danych kontrolowanych przedsiębiorców. Od tej pory prezes UOKiK może ujawniać pod jakim adresem została przeprowadzona kontrola oraz jakich konkretnie przedsiębiorców i produktów dotyczyła. Te informacje od szefa UOKiK oraz wojewódzkich inspektorów IH, będą mogły być w całości publikowane na stronie urzędu. Pominięte mają zostać jedynie informacje stanowiące tajemnicę przedsiębiorstwa.
To jest jednak tylko prawo, a nie obowiązek – a więc nie wiadomo, czy UOKiK rzeczywiście zechce publikować dane kontrolowanych firm. Tym niemniej prezes UOKiK Tomasz Chróstny wyraża radość (chyba nieco na wyrost) – i ogłasza: „Cieszę się, że dane przedsiębiorców sprzedających wadliwe produkty zostaną publicznie ujawnione. Teraz konsumenci łatwiej będą mogli sprawdzić które wyroby warto kupować, a które lepiej omijać. To również ważny element dyscyplinujący samych przedsiębiorców”.
Tyle, że w tej chwili, po wyjęciu spod jej kompetencji całej branży rolno-spożywczej, to nowe uprawnienie Inspekcji Handlowej dotyczyć będzie już mocno ograniczonej grupy przedsiębiorców.

Niech wreszcie zaczną mniej truć

Na razie rzekome starania rządu o wyeliminowanie „kopciuchów”
sprowadzają się głównie do działań propagandowych.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do tego, że mieszkańcy Polski muszą oddychać najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Europie.
Wprawdzie, jeżeli chodzi tylko o zatrucie powietrza w samych miastach, z wyłączeniem wszelkich obszarów pozamiejskich, to nieco gorzej od nas wypada Bułgaria – tam procentowo, zanotowano przekroczenie norm w większym odsetku miast niż w Polsce. Gdy jednak wziąć pod uwagę wielkość tych przekroczeń, jesteśmy absolutnie bezkonkurencyjni.
Wedle statystyk Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), obecnie wśród 50 miast w Unii Europejskiej z najbardziej skażonym powietrzem aż 36 leży w naszym kraju (wśród nich na niechlubnym podium jest kolejno Opoczno, Żywiec i Rybnik), a tylko 7 w Bułgarii. A przecież jeszcze bardziej trującym powietrzem często oddychają mieszkańcy małych polskich miejscowości.

Martwi ludzie

Skutki tego wszystkiego widzimy już w postaci zwiększonej umieralności. Podawane są różne liczby, mówiące o skali zgonów z powodu smogu: w 2017 r. wymieniano liczby 30 – 35 tys, obecnie mówi się już o prawie 70 tys. ofiar śmiertelnych rocznie.
Dokładniej zbadał to Narodowy Fundusz Zdrowia, który przeanalizował przyczyny wzrostu liczby zgonów w 2017 r. Okazało się, że szczególnie duża śmiertelność panowała w styczniu i lutym – dwóch miesiącach, w których najbardziej intensywnie pracuje system grzewczy, a ludzie najczęściej palą w piecach.
Najbardziej tragiczny był styczeń – w pierwszym miesiącu 2017 r. w Polsce zmarło o 23,5 proc. więcej ludzi, niż w styczniu rok wcześniej. Analiza tych zgonów dokonana przez specjalistów z NFZ dała jednoznaczny wynik. Narodowy Fundusz Zdrowia stwierdził w swym raporcie: „Średnie natężenie pyłów PM10 w powietrzu dla Polski w styczniu 2017 r. było na rekordowym poziomie. Ponadto w styczniu 2017 roku odnotowano najniższą średnią temperaturę powietrza w porównaniu do analogicznych okresów z zeszłych lat (..)Potencjalną przyczyną wzrostu liczby zgonów w styczniu 2017 r. jest skokowe pogorszenie jakości powietrza, które może rodzić gwałtowne konsekwencje zdrowotne u osób szczególnie podatnych”.
Te osoby szczególnie podatne to przede wszystkim dzieci i seniorzy, a także ludzie z dolegliwościami układu krążeniowo-oddechowego. To oni w pierwszej kolejności umierają z powodu zatrutego powietrza.

Martwe przepisy

Liderzy Prawa i Sprawiedliwości oczywiście nie poniosą żadnej realnej odpowiedzialności za śmierć kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Ciąży na nich wprawdzie odpowiedzialność moralna, ale tym naturalnie nikt się nie przejmuje.
W Polsce od 1 lipca 2018 r. nie wolno sprzedawać pieców grzewczych na paliwo stałe nie spełniających wymogów najwyższej, piątej klasy ekologicznej.
Zakaz był tylko pustym przepisem, którego nikt nie egzekwował, toteż naturalnie pozostał na papierze.
Obecna ekipa wprawdzie się tym nie przejmowała – ale trudno było wciąż ignorować rosnące niezadowolenie elektoratu z powodu coraz bardziej zatrutego powietrza.Jadwiga Emilewicz, wcześniej minister przedsiębiorczości i technologii, a obecnie minister rozwoju oświadczyła więc: – Z obserwacji rynku kotłów na paliwo stałe wynika, że sprzedawcy nadal oferują urządzenia niespełniające wymagań rozporządzenia. To wpływa negatywnie nie tylko na jakość powietrza, a co za tym idzie na nasze zdrowie, ale jest także elementem nieuczciwej konkurencji. Nie zgadzamy się na reklamowanie urządzeń wysokoemisyjnych jako niskoemisyjnych, posługiwanie się fałszywymi świadectwami jakości lub sprzedaż kotłów bezklasowych pod innymi nazwami.

Może UE wymusi zmiany?

Kilka dni temu, 23 listopada weszła w życie znowelizowana ustawa Prawo Ochrony Środowiska. Nowelizacja ma wreszcie spowodować możliwość egzekwowania, martwego dotychczas, zakazu sprzedaży kopciuchów obowiązującego od 1 lipca ubiegłego roku.
Poniekąd wymusiła to na polskiej władzy Unia Europejska, bo od 1 stycznia 2020 r. kraje członkowskie będą musiały przestrzegać tzw. ekoprojektu, czyli proekologicznego rozporządzenia Komisji Europejskiej. Dzięki UE pojawił się więc cień szansy, że kiedyś powietrze w Polsce będzie nieco czystsze.
Nowelizacja Prawa Ochrony Środowiska ma wzmocnić uprawnienia organów Inspekcji Handlowej do sprawdzania, czy oferowane przez przedsiębiorców kotły na paliwo stałe o znamionowej mocy cieplnej nie większej niż 500 kilowatów (czyli używane do ogrzewania pomieszczeń przez gospodarstwa domowe oraz małe i średnie zakłady ) spełniają stosowne wymagania czystości emisji.
Zgodność tych pieców z wymaganiami będzie sprawdzania poprzez badania laboratoryjne oraz posiadanie odpowiedniej dokumentacji, świadectw i certyfikatów. Nowelizacja przydziela także instytucjom kontrolnym więcej kasy na przeprowadzanie laboratoryjnej weryfikacji oraz wprowadza bardziej szczegółowe definicje „kotła na paliwo stałe” oraz „wprowadzenia do obrotu” takiego kotła. Ma to utrudnić indywidualne sprowadzanie do Polski kopciuchów z innych państw.
Organy Inspekcji Handlowej będą mogły nakładać kary na firmy sprzedające takie piece – ale już nie na osoby prywatne. Oznacza to, że teoretycznie żaden przedsiębiorca nie ma prawa oferować pieców nie spełniających wymogów, ale każdy człowiek ma prawo taki piec kupić – i go używać (choć oczywiście nie ma prawa go używać tam, gdzie samorządy wprowadziły zakaz palenia paliwem stałym).

Żeby pokazać, że coś się robi

W rządzie postanowiono też wykonać dodatkowe propagandowe gesty, świadczące o tym, że władza jednak trochę stara się o promowanie czystszych źródeł ciepła.
Sprawa jest dosłownie paląca, bo na polski rynek trafia rocznie, wedle różnych szacunków od ponad 100 tys do prawie 250 tys. pieców na paliwa stałe. Ponieważ rządu to nie interesowało, to nie ma też żadnych dokładniejszych danych o ich sprzedaży. Organizacje pozarządowe oceniają jednak, że 20 – 25 proc. tych kotłów grzewczych to kopciuchy niespełniające żadnych wymagań.
Trudno całkowicie przejść nad tym do porządku dziennego, toteż rząd postanowił pokazać, że coś się robi. Na zlecenie Ministerstwa Rozwoju powstało więc oprogramowanie, które pozwoli Inspekcji Handlowej analizować oferty sprzedaży kotłów na paliwo stałe w internecie. Dzięki temu teoretycznie ma być łatwiej „namierzyć” sprzedawane kopciuchy.
Oprogramowanie umożliwi zautomatyzowaną weryfikację ogłoszeń o sprzedaży kotłów, zamieszczanych na portalach internetowych. Program ma wyłapywać te oferty, z których wynika, że urządzenie nie spełnia wymagań określonych w przepisach. Formalny dostęp do niego będą mieć pracownicy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz wojewódzkich inspekcji handlowych.
Aplikacja ma wyszukiwać podejrzane oferty na podstawie następujących zwrotów, wskazujących na istnienie sprzeczności słów oferty z przepisami, np. „kocioł klasy 5 i inne parametry emisyjne”, „kocioł na zamówienie” czy „określona klasa kotła inna niż klasa 5”. Przypomnijmy, że piąta klasa to ta najczystsza, jedyna, której urządzenia teoretycznie można sprzedawać.
Wyłapywane też będą pojedyncze, podejrzane słowa, np. „ ruszty, ręczne” (nie mają ich piece na dozwolone paliwo płynne czy lotne), czy zakazany rodzaj paliwa (węgiel lub drewno).
Pierwsze kontrole ruszą już w grudniu. Inspekcja Handlowa będzie sprawdzać kotły na paliwo stałe o mocy cieplnej do 500 kW, dostępne w sklepach, hurtowniach, u producentów czy importerów.
Skontrolują najwyżej etykietki
Na razie, ponieważ pieniądze na kontrole zaplanowano w budżecie dopiero od 2020 r., IH skontroluje tylko dokumentację. W przyszłym roku będzie też zlecać badania laboratoryjne. Co roku ma dostawać na ten cel 900 tys. zł. Pozwoli to zbadać w laboratorium ok. 50 kotłów rocznie.
– Inspektorzy zostali odpowiednio przeszkoleni do kontroli kotłów. Wkrótce ogłosimy przetarg na wybór specjalistycznego laboratorium, które będzie je badać. Jednocześnie upowszechniamy wśród przedsiębiorców wiedzę o wymaganiach wobec kotłów na paliwo stałe. Na początku listopada wysłaliśmy pismo z wyjaśnieniami do dużych sieci marketów budowlanych oraz do stowarzyszeń producentów. Przygotowaliśmy także na naszej stronie internetowej kompendium wiedzy na ten temat – mówi Tomasz Chróstny, wiceprezes UOKiK.
Te 50 kotłów, które będzie można badać laboratoryjnie w ciągu roku to liczba śmiesznie mała, w porównaniu z ponad 100 tysiącami (najskromniej licząc) corocznie wprowadzanymi do obrotu.
Nikt zresztą nie ma specjalnych złudzeń, że nowe przepisy cokolwiek zmienią, jeśli rząd PiS nie wprowadzi pełnej rekompensaty za wymianę kopciucha na nowy, czysty piec.
A nie wprowadzi, bo ma w niewielkim poważaniu zdrowie i życie Polaków. Ważniejsze są wydatki na czczenie żołnierzy wyklętych i finansowanie propagandy sukcesu w rządowych mediach.
Na razie więc, żeby pokazać jakąś aktywność, UOKiK prowadzi wyrywkową kontrolę etykiet energetycznych na kotłach. Bada się, czy te etykiety są i czy zawierają prawidłowe sformułowania – ale już nie to, czy sformułowania na etykietach są zgodne z faktycznymi parametrami kotła…

Już sami zaczęli się kontrolować

Marian Banaś, zaufany działacz prawicy, został prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Karierę publiczną zaczął od doradzania ministrowi spraw wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi w rządzie Jana Olszewskiego.

Marian Banaś jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego sprzed czterdziestu lat. Potem ukończył studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa, studiował też filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej, ma za sobą pozaetatową aplikację sądową zakończoną w 1996 r. egzaminem sędziowskim oraz aplikację NIK-owską. Ostatnio zaś ukończył podyplomowe studia audytu wewnętrznego (2009-2010).
To jeden z najbardziej zaufanych działaczy obozu prawicy, a przy tym nie mający większych ambicji politycznych, co dodaje mu punktów w oczach Jarosława Kaczyńskiego.

Czas ważnych kontroli

Marian Banaś NIK zna doskonale, bo w latach 1992-2015 pracował – z przerwami – w Izbie na różnych stanowiskach (m.in. głównego specjalisty i doradcy prawnego). W listopadzie 2015 r. został wiceministrem finansów, a w grudnia 2016 r. także szefem Krajowej Administracji Skarbowej i Służby Celnej. Pełnił również funkcje Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz Pełnomocnika Rządu do Spraw Zwalczania Nieprawidłowości Finansowych na Szkodę Rzeczypospolitej Polskiej lub Unii Europejskiej.
Skończyła się więc sześcioletnia epoka Krzysztofa Kwiatkowskiego. Od tej pory władza PiS zaczyna kontrolować samą siebie.
Ponad półtora tysiąca kontroli polskich instytucji, prestiżowe audyty Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN, Rady Europy i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz wzrost do prawie 50 procent dobrych ocen dla pracy NIK wystawianych przez Polaków – tak w skrócie można podsumować lata 2013-2019 w działalności Najwyższej Izby Kontroli.
Od lat największym zainteresowaniem cieszyły się kontrole ”społeczne”, których tematyka bezpośrednio dotyka życia Polaków. W czasie minionych 6 lat były to kontrole takie jak np: przeciwdziałanie narkomanii w szkołach, bezpieczeństwo ruchu drogowego, rynek suplementów diety, przeciwdziałanie sprzedaży dopalaczy czy ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami.
Na przykład, spośród kontroli opublikowanych przez NIK w 2019 roku dużym zainteresowaniem cieszyły się kontrole na temat: systemu ochrony zdrowia w Polsce, ochrony przed promieniowaniem elektromagnetycznym, zmian w systemie edukacji czy płatnego parkowania w miastach.

Pokazała, jak nas trują

Bez wątpienia najważniejsza kontrola w 2018 roku dotyczyła ochrony powietrza przed zanieczyszczeniami. Wyniki tej kontroli spotkały się z wielkim zainteresowaniem mediów. Dziennikarze podkreślali, że to NIK pierwszy raz tak szeroko opisała problem smogu w Polsce a raport pokazał, że nasz kraj zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej pod względem czystości powietrza.
NIK dotarła do prac naukowych, w których stwierdzono, że w Polsce rocznie umiera z powodu zanieczyszczeń pyłami zawieszonymi ok. 46 tys. ludzi. Raport objął też zanieczyszczenia generowane przez ruch samochodowy i sposoby ograniczenia emisji tlenków azotu. NIK przeanalizowała rozwiązania przyjęte na Zachodzie Europy, głównie przepisy dotyczące tworzenia stref ograniczonej emisji i porównała z przepisami wprowadzanymi w Polsce. Izba ustaliła, że tak skonstruowane unormowania prawne zakładają o wiele bardziej restrykcyjne rozwiązania niż wcześniej rozważane mechanizmy (dopuszczające wjazd do takich stref pojazdów spełniających określone normy emisji spalin), a także nie wykorzystują doświadczeń w stosowaniu takich stref płynących z innych krajów UE.
Zaangażowanie NIK w ochronę powietrza zostało zauważone przez Bank Światowy. Raport zaowocował również podpisaniem przez NIK porozumienia z Global Compact – agendą ONZ i Alarmem Smogowym – ruchem społecznym zrzeszającym lokalne alarmy smogowe z całego kraju, którego celem jest poprawa jakości powietrza w Polsce.
W związku z działaniami organów państwa w zakresie zwalczania afrykańskiego pomoru świń (ASF) głośne były także ustalenia kontroli NIK o realizacji tzw. programu bioasekuracji jako elementu zwalczania ASF.
NIK krytycznie oceniła wkład Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Głównego Lekarza Weterynarii w przygotowania oraz nadzór nad realizacją programu bioasekuracji.
Podkreślano, że niewłaściwie przygotowany, a następnie nierzetelnie realizowany program spowodował, że świnie były hodowane także i w stadach o miernym poziomie zabezpieczenia przed wirusem. Było to celem głównym programu, tymczasem aż 74 proc. gospodarstw nie posiadało niezbędnych zabezpieczeń.

CEPiKiem jak cepem

Bardzo ważnym tematem, który dotyczy zmotoryzowanych Polaków jest funkcjonowanie Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPiK) 2,0. NIK ustaliła, że system nie działa poprawnie. Często cytowano m.in. fragment raportu mówiący o nieprawidłowym przygotowaniu systemu zarówno w okresie zarządzania przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, jak i Ministerstwo Cyfryzacji. Termin wdrożenia systemu opóźnił się o dwa lata, a koszty realizacji wzrosły o 42 miliony złotych.
Po uruchomieniu w listopadzie 2017 roku systemu CEPiK 2.0 wystąpiły liczne utrudnienia dla obywateli i urzędów. A przecież CEPiK 2.0 miał poprawić funkcjonowanie administracji i przynieść konkretne korzyści obywatelom.
Inna ważna kontrola dotyczyła kredytów frankowych. Ustalenia NIK były bardzo krytyczne dla systemu bankowego. Instytucje odpowiedzialne za ochronę konsumentów nie zapewniły właściwego egzekwowania praw kredytobiorców oraz zbyt późno przeciwdziałały nieuczciwym praktykom banków. Izba zbadała skuteczność systemu ochrony konsumentów wobec problemu kredytów objętych ryzykiem walutowym w latach 2005-2017. Raport pokazał, że wobec słabości instytucji państwowych, banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Tymczasem przy sprawnie działającym systemie ochrony konsumentów praktyki te powinny były zostać szybko wyeliminowane.
Ponadto, na upływającą kadencję prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego przypadły prestiżowe audyty dokonywane z udziałem NIK w Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN oraz Radzie Europy i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).
Rzetelność i obiektywizm Najwyższej Izby Kontroli zostały dostrzeżone przez obywateli. Sześć lat temu dobrze pracę Izby oceniała około jedna trzecia Polaków. Obecnie, w najnowszym badaniu, prawie 50 procent dorosłych Polaków – co ważne, niezależnie od sympatii politycznych – uważa, że NIK pracuje dobrze lub bardzo dobrze. Dzięki temu Najwyższa Izba Kontroli jest obecnie w Polsce jedną z najlepiej ocenianych instytucji. Ciekawe, jak będzie teraz, gdy władza już zaczęła się sama kontrolować?

 

PiS nie chce zwalczać smogu

Rząd nic nie robi, by w Polsce było czystsze powietrze. Woli zwalać swoje obowiązki na samorządy lokalne.

Rząd PiS wymyślił sposób jak ukryć swoją indolencję i bezczynność w zwalczaniu zanieczyszczeń powietrza. Postanowił przerzucić ten obowiązek na samorządy.
Dlatego właśnie Rada Ministrów przyjęła nowelizację prawa ochrony środowiska oraz ustawy o zarządzaniu kryzysowym.
Projekt przewiduje przyspieszenie – rękami samorządów – eliminacji zagrożeń związanych z występowaniem nadmiernych stężeń niektórych zanieczyszczeń powietrza. Dotyczy to zwłaszcza przekroczeń dopuszczalnych poziomów pyłów PM10 i PM2,5, a także dwutlenku azotu oraz benzoapirenu.

Częściej umierają? No to trudno

Polska ma bardzo duże kłopoty z dotrzymaniem wymogów jakości powietrza, ze względu na zanieczyszczenie pyłami zawieszonymi. Na 46 stref w Polsce, dopuszczalny poziom skażeń jest przekraczany w 44. Za przekroczenia te odpowiada zwłaszcza sektor bytowo-komunalny oraz transport.
Skala zaniedbań PiS-owskiej władzy jest tak duża, że według Światowej Organizacji Zdrowia zanieczyszczone powietrze w Polsce jest przyczyną przedwczesnej śmierci ok. 45 tys. osób rocznie. Z kolei tzw. niska emisja – wytwarzana w dużym stopniu przez małe zakłady i gospodarstwa wykorzystujące do ogrzewania kotły na paliwo stałe – odpowiada w Polsce za ok. 19 tys. przedwczesnych zgonów.
Rząd kompletnie nie przejmuje się rosnącą liczbą zgonów. Nic nie umie na to poradzić – a i absolutnie nie ma ochoty, bo musiałby ograniczyć spalanie węgla, co naruszyłoby interesy lobby górniczego.
Rada Ministrów uznała więc, że podstawą do działań naprawczych w sferze ochrony powietrza ma być aktywność samorządów – a konkretnie, uchwała sejmiku województwa w sprawie programu ochrony powietrza.
Mamy niby rządowy program „Czyste Powietrze” ale jest on już taką lipą, że sam rząd nie zwraca na niego uwagi, O czyste powietrze mają zatem walczyć samorządy. Rząd jest od ważniejszych spraw.

Będziemy więcej kontrolować

Dzisiejsze przepisy mówią, że sejmik województwa, w terminie 18 miesięcy od dnia otrzymania wyników oceny poziomów szkodliwych substancji w powietrzu (taką ocenę przeprowadzają wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska i klasyfikacji stref) – określa program ochrony powietrza w swojej uchwale.
Zgodnie z decyzją rządu, teraz samorządy będą miały mniej czasu na przygotowanie programów ochrony powietrza. Termin zostanie skrócony o 3 miesiące, więc będą musiały się zmieścić w 15 miesiącach. Ostateczny termin przyjęcia tych programów przez sejmiki wojewódzkie rząd wyznaczył na 15 czerwca 2020 r.
Rząd PiS postanowił też zająć się tym, co lubi najbardziej – czyli kontrolowaniem innych.
Aby wzmocnić kontrolę realizacji programów ochrony powierza, Rada Ministrów narzuciła samorządom obowiązek corocznego monitorowania przez zarząd województwa postępu działań naprawczych nawet na szczeblu gminnym. Kontrolowane będzie wykonanie planów ochrony powietrza oraz wynikających z nich planów działań krótkoterminowych.
„Nałożono dodatkowe zadania na administrację samorządową” – szczerze stwierdza Rada Ministrów, wskazując, iż działania kontrolne umożliwią monitorowanie skuteczności realizowanych zadań.
Tyle, że od samego monitorowania i kontrolowania nic się nie poprawi – tak jak od mieszania herbata nie zrobi się słodsza.
Wśród tych dodatkowych obowiązków, które rząd PiS, zamiast sobie, narzuca samorządom, znalazł się wymóg przygotowania dodatkowej dokumentacji i sprawozdawczości oraz monitorowanie stopnia realizacji działań, na poziomie od gminy do województwa.
Do nowych zadań urzędu marszałkowskiego należeć będzie teraz stała weryfikacja stanu zaawansowania poszczególnych działań i przygotowywanie szczegółowych informacji oraz sprawozdań dla ministra środowiska.
Nasilenie kontroli i sprawozdawczości – taka jest recepta PiS na zapewnienie czystszego powietrza w Polsce.
Rząd narzuci też samorządom nowy kształt planów ochrony powietrza – ale to, jakie zmiany będą one musiały wprowadzić do tych planów, zostanie określone szczegółowo w rozporządzeniu ministra środowiska. Rozporządzenie załatwi to po cichu, bez publicznego roztrząsania, nieuniknionego, gdy przepisy „stają na rządzie”.
Jednym z nowych obowiązków samorządów będzie też, jak podkreśla Rada Ministrów, „nawiązanie ciągłej, stałej współpracy z innymi podmiotami oraz prowadzenie bieżącej i systematycznej analizy skuteczności działań naprawczych wprowadzanych na poziomie regionalnym”.

To nie my, to rzecz samorządów

Jak wskazuje Rada Ministrów, samorządy zostaną wyraźnie zobowiązane do tego, by ich działania przewidziane w programie umożliwiały ograniczenie przekroczeń wartości dopuszczalnych, w możliwie najkrótszym terminie.
A może rząd PiS nałożyłby na siebie taki obowiązek, zamiast zwalać własne zadania na innych? Na to jednak nie można liczyć. „Dobra zmiana” do perfekcji opanowała sposoby migania się od roboty. A jeśli w dodatku przy okazji może wziąć pod but samorządy lokalne (bo idea samorządności jest wraża dla PiS), to jeszcze lepiej.
Dobrym przykładem na to, że rząd PiS tylko pozoruje walkę ze smogiem, jest rozporządzenie ministra rozwoju i finansów z 1 sierpnia 2017 r. w sprawie wymagań dla kotłów na paliwo stałe. Rozporządzenie wprowadziło restrykcyjne wymagania dla takich pieców. Od 1 października 2017 r. obowiązuje zaś zakaz stosowania tzw. rusztu awaryjnego, zaostrzono normy dotyczące tlenku węgla, związków gazowych oraz pyłów.
Wszystko to guzik pomogło, bo kotły-”kopciuchy’ są sprzedawane i użytkowane bez przeszkód, tyle, że pod inną nazwą. Rząd skąpi pieniędzy na sfinansowanie ich wymiany, szkodliwym miałem węglowym można handlować bez przeszkód, a poziom skażeń badany jest sporadycznie.
Dziś więc rząd stwierdza: „Mimo przeprowadzonej nowelizacji rozporządzenia z 1 sierpnia 2017 r., niezbędne okazało się wprowadzanie zmian na poziomie ustawowym”. I tradycyjnie, sposobem na zwalczenie smogu ma być poprawa „efektywności systemu kontroli przestrzegania przepisów dotyczących wymagań dla kotłów na paliwo stałe”.
Tym razem dodatkowe zadania nałożono na organy Inspekcji Handlowej. Będą one mogły nakładać na przedsiębiorców kary pieniężne do 5 proc. przychodu uzyskanego przez nich ze sprzedaży przestarzałych kotłów.
Rząd utrzymuje, że wyeliminuje to sprzedawców i producentów fałszujących świadectwa jakości pieców lub sprzedających kotły „bezklasowe” pod innymi nazwami. Nic takiego naturalnie się nie stanie, o czym rząd doskonale wie – ale wie też, że łatwiej wydawać wyssane z palca przepisy i w ten sposób pokazywać, że coś się robi, zamiast na serio wziąć się do poważnej walki ze smogiem.

Zawsze coś da się cofnąć

Nie chodzi o to, aby „poprawianie” przebiegu kilometrów było karane wysokimi sankcjami, lecz by nie dało się tego ukryć.

Sejm uchwalił zmiany w prawie, które być może pozwolą ukrócić oszukańczy proceder „przekręcania” liczników w używanych autach.
Samochodowi kanciarze, a także ich pomocnicy, są dziś praktycznie bezkarni.

Przekręcanie to przekręt

Cofanie liczników to nagminny proceder – a ofiarą oszustów padają nieświadomi nabywcy, którzy na zakup wymarzonych czterech kółek wydają często niemałe oszczędności.
W rezultacie, wielu ludzi ponosi koszty takiego procederu, bo przepłacają za pojazd, który praktycznie nie nadaje się do jazdy, bo ma za sobą znacznie więcej kilometrów niż w rzeczywistości.
Cierpi na tym i bezpieczeństwo ruchu drogowego, bo nabywcy, kierując się wskazaniami licznika kilometrów, nie mogą się domyślić, że auto jest praktycznie zajechane i rozwinięcie większej prędkości może grozić tragicznymi konsekwencjami.
W myśl przyjętego przez Sejm projektu nowelizacji ustawy prawo o ruchu drogowym oraz kodeksu karnego, za każde „przekręcenie” licznika będzie grozić kara więzienia od 3 miesięcy do nawet 5 lat – i to zarówno dla zlecającego oszustwo, jak i wykonawcy, na przykład mechanika w warsztacie.
Kara grzywny do 3.000 zł będzie grozić natomiast wtedy, gdy właściciel samochodu nie zgłosi w stacji kontroli pojazdów faktu wymiany całego licznika na nowy – co zwykle do tej pory robiono pod pretekstem awarii starego licznika.

Drobny lifting przebiegu

Dziś kilometry w samochodzie można cofać, nie narażając się na karę, co więcej – wiele warsztatów nawet proponuje taką „usługę”.
Takie firmy zwykle reklamują się oferując „korektę licznika”. Są one zwykle usytuowane bliżej naszej zachodniej granicy. Tam właśnie trafiają najpierw używane samochody z Europy Zachodniej, które po cofnięciu licznika sprzedawane są później na na polskim rynku.
Do tej pory, w świetle prawa, cofnięcie przebiegu kilometrów nie jest czynem zabronionym. Ten, kto to zleca lub wykonuje powinien jednak poinformować o tym wszystkie osoby zainteresowane, bo jeśli tego nie robi, dopuszcza się oszustwa.
„Osobą zainteresowaną” jest oczywiście przede wszystkim potencjalny nabywca takiego zachodniego autozłomu – ale oczywiście nie po to cofa się licznik, aby mu potem o tym mówić…
Stacje kontroli pojazdów już teraz muszą przekazywać do Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców stan licznika odczytany podczas obowiązkowych przeglądów technicznych pojazdów.
„Po zmianie przepisów stacje będą przekazywać do centralnej ewidencji także informację o wymianie licznika i jego przebiegu, w chwili odczytu przez diagnostę” – optymistycznie oświadcza Ministerstwo Sprawiedliwości.
Czy będą? – nie wiadomo, bo to tylko od diagnosty zależy, jaki przebieg zechce wstukać do komputera. Jak wpisze za mało, to nic mu nie grozi, bo przecież nikt nie udowodni, że samochód nie może przejeżdżać nawet i paru tysięcy kilometrów dziennie. Inaczej byłoby, gdyby wpisał przebieg wyższy niż na liczniku, wtedy od razu każdy się zainteresuje.

Tam nie kombinują

Nowe przepisy stanowią ponadto, że przy każdej kontroli, policja, Straż Graniczna, Inspekcja Transportu Drogowego, Żandarmeria Wojskowa i służby celne będą mogły spisywać aktualny stan licznika kontrolowanego samochodu.
Te dane też trafią do centralnej ewidencji pojazdów. W ten sposób można będzie porównywać kolejne odczyty – i łatwiej wykrywać oszustów. A właśnie z wykrywaniem może być największy problem, bo co z tego, jeśli zostaną wprowadzone kary za oszustwo, skoro nikt tego oszustwa nie zauważy.
Podobne rozwiązania jakie mają zostać wdrożone w Polsce, funkcjonują już od dość dawna w państwach Europy Zachodniej.
W Niemczech za fałszowanie wskazań licznika przebiegu kilometrów w samochodzie można dostać nawet 5 lat więzienia. W Austrii rok więzienia grozi za fałszowanie danych technicznych pojazdów. Francuskie prawo przewiduje 2 lata więzienia za zmianę wskazań licznika przebiegu, a w Czechach każda ingerencja w stan licznika grozi rokiem więzienia i przepadkiem samochodu.
Tyle, że w tych krajach są znacznie mniejsze niż u nas skłonności do kombinowania. Polak potrafi – więc można przypuszczać, że usługa cofania licznika nadal będzie mieć się dobrze, lecz stanie się droższa, bo zejdzie do podziemia gospodarczego.

Pod totalną kontrolą rządu

Polska wkracza w kolejny etap zwalczania nielegalnego przywozu i wywozu towarów. Nadzór jest coraz dokładniejszy i lepiej zorganizowany.

 

Na 4 miliony zgłoszeń dokonano 500 tysięcy kontroli, z czego w około 6 tysiącach przypadków stwierdzono uchybienia.
Takie są wyniki audytu funkcjonowania systemu monitorowania przewozu towarów wrażliwych, wykonanego przez Krajową Administrację Skarbową.

 

Brygada fiskusa rusza do akcji

Transport drogowy to szczególnie mocno nadzorowana gałąź gospodarki. Co więcej, jego monitorowanie jest stale ulepszane.
Najnowsze zmiany mają na celu wdrożenie systemu, którego nie można oszukać. A ponad 1400 funkcjonariuszy Krajowej Administracji Skarbowej czuwa nad przestrzeganiem aktualnych regulacji. Towary wrażliwe są w Polsce na cenzurowanym, zaś Ministerstwo Finansów przypomina, że z dniem 1 października weszły w życie nowe przepisy.
W Polsce śledzenie przewozów towarów odbywało się dotychczas za pomocą systemu viaTOLL. Jego głównym zadaniem jest automatyczny pobór opłat za przejazd. Obok viaTOLL-u powstał SENT, czyli system elektronicznego nadzoru towarów, narzędzie do walki z nielegalnym wywozem i przywozem tytoniu, paliw płynnych, olejów i leków.
System monitorowania towarów wrażliwych od samego początku budził wiele kontrowersji, ale jest stale rozwijany. Obecnie opiera się o jedną ustawę i jej dwie nowelizacje oraz aż osiem rozporządzeń – a kolejne już w przygotowaniu.

 

Bliski koniec fikcyjnego handlu

Dlaczego to takie ważne? Dla przykładu, po wprowadzeniu monitoringu, analiza rynku paliwowego wykazała wzrost legalnej konsumpcji oleju napędowego o 5 proc., a benzyny o 7 proc. Ponadto, zanotowano także spadek eksportu oleju rzepakowego aż o 70 proc., a olejów do smarowania o 50 proc.
– Ta zmiana ma związek z popularnym do niedawna mechanizmem wywozu tych towarów i ubieganiem się o zwrot podatku. Okazało się jednak, że zapotrzebowanie państw ościennych na oleje z Polski było w wielu przypadkach fikcyjne. Ukrócono również proceder obrotu lekami polegający na ich rzekomym wprowadzaniu na rynek polski, a w rzeczywistości na wywozie za granicę i sprzedaży z dużym zyskiem. Od czerwca 2018 r. obroty hurtowni, z których wywożono lekarstwa, znacząco spadły – komentuje Jakub Ordon, ekspert Ogólnopolskiego Centrum Rozliczania Kierowców.
Kiedyś procedura zgłaszania towarów wrażliwych realizowana była jedynie za pomocą formularzy. Teraz SENT to interaktywne narzędzie, które będzie nadal ewoluować.

 

Wszystko będzie zarejestrowane

Nie jest to zbyt prosty system. Aż 43 strony – tyle liczy „Instrukcja użytkownika mobilnej aplikacji kierowcy SENT GEO”. Narzędzie jest dostępne do pobrania dla polskich przewoźników, którzy nie dysponują zewnętrznymi systemami lokalizacji. Muszą oni wówczas wyposażyć kierowcę pojazdu w smartfon lub tablet z połączeniem GPS oraz zainstalować aplikację.
Kierujący samochodem ciężarowym zobowiązany jest do ciągłego śledzenia, czy aplikacja stale łączy się z GPS-em.
Jeśli urządzenie się wyłączy – straci połączenie, a kierowca musi się zatrzymać, by to naprawić. W przeciwnym wypadku grozi mu nawet do 7,5 tysiąca zł kary. Dlatego zdecydowanie wygodniejszym rozwiązaniem będzie korzystanie z własnego zewnętrznego systemu lokalizacji, zaś aplikacja SENT GEO może stanowić rozwiązanie zapasowe.
Nowelizacja przepisów zakłada uzupełnienie systemu monitorowania przewozu towarów wrażliwych o nowe środki techniczne: lokalizator wraz z aplikacją, lub zewnętrzny system lokalizacji.
– Możliwe jest też łączenie samochodowych GPS-ów z SENT-em. Taka integracja systemów pozwala na aktualne przesyłanie niezbędnych danych – między innymi współrzędnych geograficznych, prędkości pojazdu, daty i godziny uzyskania tych informacji, celu podróży oraz numeru lokalizatora albo urządzenia zewnętrznego. Wszystko dzieje się bez udziału kierowcy. To wygodne i eliminuje „czynnik ludzki”, czyli ewentualne popełnianie błędów, a co za tym idzie możliwe nakładanie przez urzędników wysokich kar – komentuje ekspert Kamil Korbuszewski.

 

Nadszedł czas słonych kar

Za niedostosowanie się do nowych zapisów przewoźnikowi grozi kara 10 tysięcy zł. Kierowca może zaś zapłacić wspomniane 7,5 tysiąca zł za jazdę z niesprawnym lokalizatorem lub wyłączenie urządzenia w nieodpowiednim momencie. Ponadto, aż 100 tys. zł zapłaci przewoźnik w przypadku niedostarczenia zgłoszonego towaru do miejsca docelowego.
Przepisy nakładające kary pieniężne za niedopełnienie obowiązków weszły w życie 1 października i już teraz mogą ruszyć kontrole. Funkcjonariusze KAS zaczną jednak nakładać sankcje za wykroczenia od nowego roku.
Od czerwca 2019 r., w związku z rozporządzeniem Unii Europejskiej, każdy nowy pojazd ciężarowy świadczący usługi transportowe na terenie UE będzie musiał posiadać na pokładzie tachograf wraz z wbudowanym systemem GPS.
Dzięki podobnym urządzeniom dokładnie rejestrowane będzie położenie pojazdu co trzy godziny jazdy oraz w momencie jej rozpoczęcia i zakończenia. Tak zwane inteligentne systemy transportowe będą przesyłać informacje do odpowiednich instytucji.

Na przedsiębiorców nie wystarczy sam kij

Administracja skarbowa zapomniała, że czasami potrzebna jest także i marchewka. To warzywo na razie jest obecne tylko w oficjalnych deklaracjach rządu.

 

Rada Ministrów przyjęła projekt nowelizujący ustawę o Krajowej Administracji Skarbowej.
Służby fiskalne mają otrzymać większe uprawnienia, aby skuteczniej walczyć z przestępcami podatkowymi. Niepokojące jest to, że rząd od pewnego momentu otwarcie hołduje teorii, że aby zmusić do płacenia podatków, wystarczy kij. Bo kto by tam przedsiębiorcom rzucał marchewkę. Ostrożnie! Takie podejście bardzo szybko może przynieść odwrotne rezultaty.

 

Godzenie ognia z wodą

Z jednej strony mamy ze strony rządu deklaracje, że skarbówka będzie przyjazna przedsiębiorcom, mamy też rzecznika tychże przedsiębiorców w osobie posła Adama Abramowicza. Mamy zapowiedź tzw. matrycy VAT-owskiej, która uprości regulację tego podatku i sprawi, że właścicielom firm na twarzy na stałe zagości szeroki uśmiech.
Ale z drugiej strony mamy sukcesywnie wdrażane rozszerzenie uprawnień fiskusa – i kolejne rozwiązania, których celem jest uszczelnienie systemu podatkowego, ale które zwiększają koszty działalności firm.
Słowem, trwa usilna praca nad pogodzeniem ognia z wodą. Trochę wygląda to tak, jakby ogłaszać, że policja będzie bardziej przyjazna obywatelom, a jednocześnie ogromnie zwiększać uprawnienia funkcjonariuszy. Może w teorii da się to jakoś uzasadnić, ale w praktyce nigdy to nie wychodzi.
Odwołam się do prawa karnego. Są różne szkoły – jedni karniści uważają, że surowe wyroki nic nie dadzą, lepsza jest prewencja i dobra resocjalizacja, inni sądzą, że wysoka kara za poważne przestępstwa nie wyklucza innych działań.
Ale ze świecą szukać karnisty, który głosi, że jedynym panaceum na przestępczość są surowe wyroki i ogromne uprawnienia policji oraz prokuratury.
Albo, że podejrzanego, dajmy na to, o oszustwo policja powinna trzymać na dołku przez tydzień bez zgody sądu – a jak się już przyzna, to powędruje na 10 lat do ciężkiego więzienia. Takiego poglądu nikt poważny nie podziela.
Dlaczego wobec tego z całą powagą głosi się pogląd, że przestępczość podatkową zwalczy się dzięki większym prerogatywom fiskusa, surowym karom i pomysłom typu przejęcie firmy przez prokuraturę w zarządzanie?
To tak, jakby nie było żadnego związku między kształtem systemu podatkowego w danym kraju a ściągalnością podatków.

 

Metoda nieustającej kontroli

Nawet nie śmiem podejrzewać decydentów o to, że wychodzą z założenia, iż przedsiębiorcy mają we krwi kantowanie państwa, więc nie warto iść im na rękę. Podejrzewam natomiast co innego.
Otóż po tym, jak faktycznie udało się zmniejszyć lukę w VAT, nasi rządzący uwierzyli, że znaleźli wzór na kwadraturę koła, czyli uniwersalny sposób na zwiększenie przychodów z podatków. Metodą samej nieustającej kontroli. A ten, jak mawiał klasyk, zawrót głowy od sukcesu może Polskę sporo kosztować.
Wadą polskiego systemu podatkowego nie jest nadmierna wysokość danin. Przynajmniej na tle innych państw europejskich. Owszem, zawsze gdzieś można by było je obniżyć, ale nie przesadzajmy, nie jest tragicznie.
Podstawową wadą jest jego niespójność i nieprzejrzystość, a także brak odpowiednich zachęt do rozwijania biznesu.

 

Jakby się czas zatrzymał

Celem podatków jest nie tylko napełnienie państwowej kasy – tak było kilka wieków temu. Jednym z ważniejszych celów polityki podatkowej jest skuteczne zachęcenie do rozwoju. Z czysto pragmatycznego punktu widzenia: jeżeli dzisiaj cię nie złupię i umożliwię ci zwiększenie przychodów, to jutro sobie zrekompensuję to z nawiązką.
A u nas – czas jakby się zatrzymał. Jasne, są kolejne zapowiedzi, są małe ruchy, jak obniżony CIT dla najmniejszych firm. Najmniejsi przedsiębiorcy działają zwykle w formie działalności gospodarczej, a nie rejestrują spółek, ale to szczegół.
Co jednak z akcyzą, która zwiększana, wzmacnia szarą strefę? Co z faktycznymi udogodnieniami dla rozkręcających własny biznes?
Stawianie tylko na kontrolę doraźnie zwiększy ściągalność podatków – zapewne tak będzie. Jednak zahamuje rozwój przedsiębiorczości i w konsekwencji sprawi, że w długofalowej perspektywie do budżetu wpłynie mniej.
W przypadku prawa karno-skarbowego jest dokładnie tak, jak w przypadku prawa karnego: surowe regulacje mogą doraźnie zmniejszyć przestępczość, ale skłaniają do wypracowania skuteczniejszych mechanizmów uniknięcia konsekwencji. Na końcu przegrywa interes publiczny.

Ci, co dokonali niemożliwego

Z okazji podsumowania pierwszego roku pracy funkcjonariuszy Krajowej Administracji Skarbowej,
resort finansów przygotował panegiryk na własną cześć.

 

Minął pierwszy rok funkcjonowania Krajowej Administracji Skarbowej. Z tej okazji na stronie Ministerstwa Finansów pojawiło się podsumowanie jej działalności.
Wynika z niego, że KAS jest połączeniem najlepszych doświadczeń administracji podatkowej, kontroli skarbowej i służby celnej, a jej utworzenie było reakcją na oczekiwania podatników.
Podsumowanie sporządzone przez Ministerstwo Finansów to obszerna, 43-stronicowa prezentacja opisująca liczne dokonania KAS. Rzec można, że jest to list pochwalny, przybliżający pomysł stworzenia i sposób wdrożenia nowej struktury administracji państwowej.

 

Umieją się chwalić

Według tej prezentacji, misją Krajowej Administracji Skarbowej jest „zapewnienie stabilnych, efektywnych i zrównoważonych finansów publicznych oraz wysokiej jakości świadczonych usług”.
Dalej czytamy o wizji, jaka przyświeca KAS – „nowoczesna, skuteczna w egzekwowaniu podatków oraz ciesząca się zaufaniem społecznym organizacja, wspierająca uczciwych podatników i przedsiębiorców, zwalczająca oszustwa podatkowe i celne oraz chroniąca rynek i społeczeństwo”.
Zdaniem Ministra Finansów, KAS już w pierwszym roku „dokonała wręcz niemożliwego” – uszczelniła system podatkowy i zmniejszyła liczbę kontroli podatkowych dzięki zwiększeniu ich efektywności. Najważniejszym osiągnięciem jest jednak to, że KAS przyczyniła się do zdecydowanego wzrostu wpływów do budżetu państwa.
Tu pojawia się pytanie: czy ten wzrost wpływów do budżetu rzeczywiście został spowodowany efektywnym, realnym i zgodnym z obowiązującymi przepisami działaniem organów KAS?
W podsumowaniu czytamy: „Przedsiębiorcy mają prawo oczekiwać, że państwo stworzy im dobre warunki do prowadzenia legalnej działalności – i KAS realizuje to uprawnienie. Oprócz skutecznej walki z przestępczością gospodarczą i oszustwami podatkowymi naszym priorytetem jest ochrona legalnego biznesu i wsparcie uczciwych podatników”. Tymczasem, jak pokazuje doświadczenie, już przy założeniu działalności gospodarczej i wniosku o wpis na listę czynnych podatników VAT, zaczynają się schody. Pracownik urzędu skarbowego podejmuje bowiem czynności sprawdzające.
Teoretycznie taka procedura może pozwolić na wykrycie oszustwa już na samym początku. Jednak nie każdą osobę, która chce zostać przedsiębiorcą, powinno się traktować jak oszusta.
W Polsce procedura sprawdzania wygląda zaś tak, że pracownik urzędu skarbowego nie tylko dzwoni do danej osoby i wypytuje o każdy najmniejszy szczegół dotyczący przyszłej działalności, ale też może złożyć wizytę w miejscu zarejestrowania siedziby – i to bez uprzedzenia. Stawiane są liczne pytania. Czy aby na pewno dana osoba ma zamiar w tym miejscu prowadzić działalność? Czy właśnie tu będzie przyjmowała klientów? Czy rzeczywiście będzie wykonywała taką, a nie inną działalność?
Pytania są z pozoru nieszkodliwe. Uzasadniona jest jednak obawa o to, czy na podstawie odpowiedzi urzędnik nie zmusi nas do zmiany naszych zamiarów dotyczących takiej działalności.

 

Cel – łapać jak najczęściej

Wspomniane w podsumowaniu „dobre warunki dla prowadzenia legalnej działalności” z pewnością nie obejmują możliwości wykreślenia podmiotu z listy podatników czynnych VAT bez jakiegokolwiek powiadomienia – co może nastąpić. Część przedsiębiorców, w obawie przed tym, że zostaną wykreśleni, co jakiś czas nerwowo więc sprawdza, czy aby na pewno widnieją jeszcze w systemie. Jest to niepotrzebny stres.
Resort finansów chwali się zmniejszeniem liczby wszczętych kontroli podatkowych i jednoczesnym zwiększeniem ich efektywności. W podsumowaniu czytamy, że: „w 2017 r. efektywność kontroli podatkowych, liczona stosunkiem liczby kontroli zakończonych do liczby kontroli w których stwierdzono nieprawidłowości, wyniosła 86 proc. i była większa niż w 2016 r. Czas trwania kontroli został skrócony średnio o 10 dni. Średni czas trwania kontroli – do 45 dni”.
Jak ocenia kancelaria prawna Skarbiec, która specjalizuje się w ochronie majątku oraz doradztwie strategicznym dla przedsiębiorców, te dane obrazują właśnie prawdziwy cel KAS. Dla fiskusa efektywność kontroli oznacza bowiem jedno: stwierdzanie coraz większej liczby nieprawidłowości. Czy na pewno jednak zawsze jest to uzasadnione? Czy kontrolujący rzeczywiście mają odpowiednie kwalifikacje, aby interpretować przepisy prawne i wykładać sposób ich stosowania?

 

Kontrola niemal permanentna

Czas kontroli, jak mówi resort, wyniósł średnio 45 dni. Pamiętajmy jednak, że nie chodzi tylko o dni następujące po sobie. Protokół kontroli może zawierać wskazanie 45 konkretnych dni np. w przeciągu roku, przy czym coraz częściej organy podatkowe zawieszają kontrole na czas uzyskania danych – zwłaszcza od administracji skarbowych państw właściwych dla zagranicznych kontrahentów przedsiębiorcy. A czasu zawieszenia również nie wlicza się do czasu trwania kontroli. W dalszym ciągu istnieją przypadki, że kontrola podatkowa trwa już kilka lat i wcale nie zmierza ku końcowi. Nadal zdarza się też, że protokół stwierdzający nieprawidłowości nie zawiera stosownego uzasadnienia faktycznego ani prawnego – zauważa kancelaria prawna Skarbiec. Czy na tym polega efektywność?
Bywa tak, że kontrola została zakończona i stwierdzono podczas niej nieprawidłowości – ale czy aby na pewno kontrolujący działali w granicach prawa?
Warto zastanowić się, z czego wynika zmniejszenie liczby wszczętych kontroli? W latach 2013–2016 znaczna część kontroli była wszczynana w związku z oszustwami podatkowymi mającymi za przedmiot obrót paliwem, stalą czy elektroniką. Od tamtego czasu sukcesywnie wprowadza się mechanizm odwróconego obciążenia w VAT. W związku z tym systematycznie zmniejsza się też liczba kontroli (z uwagi na przedawnienie oraz brak możliwości organizacji tzw. oszustwa karuzelowego w kolejnych latach).
Do zmniejszenia liczby kontroli z pewnością przyczyniło się również wdrożenie jednolitego pliku kontrolnego. Narzędzie to pozwala organom na efektywne i niejako automatyczne wykrywanie oszustw podatkowych. Pamiętać jednak trzeba, że JPK to także forma kontroli – i to dotycząca wszystkich przedsiębiorców!

 

Wszyscy jesteście podejrzani

Zgodnie z podsumowaniem resortu finansów, w 2017 r. zidentyfikowano „faktury wystawione przez podmioty nie mające otwartego obowiązku w podatku VAT o łącznej wartości ok. 2 mld zł”.
„Urzędy Celno Skarbowe to trudny przeciwnik dla przestępców podatkowych” – czytamy w podsumowaniu. Rozwinięcie tezy wskazuje m.in., że w 2017 r. w wyniku kontroli UCS wstrzymano zwrot VAT lub zmniejszono kwotę jego zwrotu na kwotę ponad 1,5 mld zł. Kwota ta z pewnością w jakimś stopniu załatała lukę budżetową. Należałoby jednak liczyć się z tym, że znaczną jej część będzie trzeba w końcu oddać podatnikom (z odsetkami!).
Sam w sobie cel działania Krajowej Administracji Skarbowej jest rzeczywiście słuszny. Niewątpliwie utworzenie tej instytucji przyczyniło się do zwiększenia wpływów do budżetu państwa oraz wzrostu efektywności walki z przestępczością gospodarczą i oszustwami podatkowymi. Nasuwa się jednak pytanie, czy środki realizacji celu KAS są odpowiednie i czy nie godzą również w uczciwych podatników?
Odczuwalna jest dziś wzmożona podejrzliwość – nie tylko wobec przedsiębiorców działających już od dawna, ale również wobec tych nowych. Niepokoją coraz większe ingerencje państwa w swobodę działalności gospodarczej. A Ministerstwo Finansów niestety nie zauważa problemów, z jakimi borykają się przedsiębiorcy właśnie w związku z nowymi przepisami i nową organizacją administracji podatkowej. Czy KAS jest zatem organizacją cieszącą się zaufaniem społecznym? Na to pytanie każdy powinien odpowiedzieć sam.

Elektrośmiecie poza kontrolą

Sprawozdawcza wielka lipa. Z dokumentów wynika, że w Polsce zbiera się prawie dwa razy więcej zużytych baterii i akumulatorów niż średnio w Unii Europejskiej. W rzeczywistości jest odwrotnie.

 

Kraje Unii powinny od września 2016 r. osiągnąć co najmniej 45 procentowy poziom zbierania baterii i akumulatorów. Większość już to zrobiła, ale nie Polska.
U nas, w tymże 2016 r. oficjalny poziom zbierania takiego elektrozłomu, według szacunków Głównego Inspektora Ochrony Środowiska, wyniósł 39 proc.

 

Jak zwykle zachachmęcono

Teoretycznie, niby prawie dobrze – ale Najwyższa Izba Kontroli zauważyła, że dane dotyczące ilości i masy baterii i akumulatorów, które zamieściły w swoich sprawozdaniach firmy zbierające je, były dużo wyższe od tych podawanych przez firmy wprowadzające baterie i akumulatory do obrotu (o ponad 100 proc. w roku 2016), choć powinny pozostawać na zbliżonym poziomie. Czyli, cała ta sprawozdawczość to ordynarna lipa.
Jeszcze gorzej jest z sprawozdaniami składanymi marszałkom województw przez zbierających zużyte baterie i akumulatory. Przy przyjęciu za wiarygodne ich oświadczeń, okazuje się, że Polska w 2016 r. osiągnęła roczny poziom ich zbierania wynoszący aż 78 proc. Jest to oczywiście nieprawdopodobne.
Nikt nie wie, ile naprawdę baterii i akumulatorów zbiera się w Polsce. Nadzór nad firmami zbierającymi i zagospodarowującymi zużyte baterie i akumulatory nie istnieje. Pozostają one poza kontrolą organów Inspekcji Ochrony Środowiska.
Terenowe organy administracji publicznej są tu bierne, iluzoryczny jest też zakres kontroli przeprowadzanych przez inspektorów ochrony środowiska w tych firmach. Nie sprawdzają oni deklarowanych wielkości zebranego elektrozłomu. Dlatego też w Polsce nieznany jest rzeczywisty poziom zbierania i odzyskiwania zużytych baterii i akumulatorów.

 

Nikt tego nie wie

Według danych europejskich, w krajach Europejskiego Obszaru Gospodarczego i Szwajcarii wprowadza się rocznie do obrotu około 220 mln ton baterii i akumulatorów. Z tego, zbiera się średnio ponad 41 proc. U nas jak wspomniano, nie wiadomo ile, ale na pewno dużo, dużo mniej. Zawarte w bateriach i akumulatorach metale ciężkie (m.in. ołów, kadm, rtęć) oraz elektrolity są groźne dla środowiska i zdrowia człowieka. Dlatego państwa Unii Europejskiej zobowiązane są do wprowadzenia systemu ich zbierania oraz unieszkodliwiania opartego na zasadzie „zanieczyszczający płaci”. Czyli, ci co je sprzedają, mają obowiązek zorganizowania i sfinansowania systemu ich zbierania, przetwarzania, recyklingu i unieszkodliwiania.
Nie jest to wielka filozofia. Małe baterie i akumulatorki należy wrzucać do pojemników w sklepach i różnych urzędach. Akumulatory samochodowe i przemysłowe powinny zaś zostać zwrócone ich sprzedawcom. Są one odbierane przez wyspecjalizowane firmy, a następnie dostarczane do zakładów przetwarzania, gdzie podlegają recyklingowi i unieszkodliwieniu.

 

Nasze tradycyjne bezhołowie

W Polsce taki system nie istnieje. Nie stworzono spójnego i skutecznie działającego systemu gospodarowania zużytymi bateriami. Brakuje też skutecznych kampanii zachęcających do segregowania zużytych baterii, i punktów, gdzie można je oddać.
Sytuację mogłoby zmienić zapowiadane uruchomienie na początku 2018 r. bazy danych o odpadach. W rzeczywistości ta baza jeszcze nie działa i zacznie funkcjonować dopiero w 2020 r. Okaże się ona jednak nieprzydatna, jeśli nadsyłane do bazy dane nie będą weryfikowane przez uprawnione do tego organy państwowe.
W większości polskich gmin, jak nakazuje prawo, utworzono tzw. stacjonarne punkty selektywnego zbierania odpadów. Ale w większości z tej większości do takich punktów nie trafiła ani jedna zużyta bateria czy akumulator.

Życie na Vacie

Okazało się, że jednak można znacząco zwiększyć wpływy polskiego budżetu z tytułu podatku od towarów i usług. Pytanie, czy tak będzie nadal?

 

W 2017 r. dochody z podatku od towarów i usług były o 24 proc., czyli o 30 mld zł wyższe niż w 2016 r.
Było to efektem dobrej koniunktury – ale też wprowadzonych zmian i narzędzi, które poprawiły jego ściągalność. Lepsza była również skuteczność aparatu skarbowego w zapobieganiu wyłudzeniom podatku VAT.

 

Karuzela zwalnia

W 2015 dochody państwa z VAT wyniosły 123 mld zł. Rok później były tylko nieznacznie wyższe – 127 mld zł. W roku ubiegłym zwiększyły się już jednak wyraźnie, do 157 mld zł.
Wpływy z VAT stanowią podstawowe źródło dochodów budżetu państwa (ponad 40 proc.). W latach 2013-2015 wyłudzanie tego podatku występowało na szeroką skalę. Nasiliło się wykorzystywanie fikcyjnych faktur.
Groźne były także tzw. karuzele podatkowe, czyli tworzone przez oszustów struktury, pozorujące przepływ towarów pomiędzy państwami Unii Europejskiej, służące wyłudzeniu podatku VAT. Administracja podatkowa i skarbowa nie była wówczas wystarczająco skuteczna w zwalczaniu oszustw związanych z VAT.
Sytuacja poprawiła się jednak w dwóch ostatnich latach. W 2017 r. dochody z podatku od towarów i usług wzrosły o 24 proc.

 

Luka nie wiadomo jaka

Obniżyła się także luka VAT – owska, choć tu trudno o jakiekolwiek wiarygodne dane, bo nigdy dokładnie nie wiadomo, jaka łączna kwota z tytułu VAT powinna wpływać rocznie do budżetu państwa. Lepiej więc opierać się jedynie na danych, mówiących ile tego VAT-u rzeczywiście ściągnięto.
A ściągnięto go więcej, bo Ministerstwo Finansów zaczęło wdrażać różnorodne narzędzia mające ograniczyć oszustwa VAT-owskie.
Jedną z ważniejszych zmian było wprowadzenie obowiązku comiesięcznego przesyłania przez podatników informacji o prowadzonej ewidencji zakupu i sprzedaży VAT (w postaci jednolitego pliku kontrolnego) oraz obowiązku przesyłania na żądanie organu podatkowego ksiąg podatkowych oraz dowodów księgowych.
Na podstawie tych danych, w Ministerstwie Finansów prowadzono analizy w celu wykrycia firm podejrzewanych o nieprawidłowości w rozliczeniach podatkowych i udział w „oszustwach karuzelowych”. Badano przede wszystkim podmioty, które wykazywały wysokie zwroty VAT. W wielu wypadkach wstrzymano zwroty VAT, a w kilkudziesięciu sprawach wszczęto kontrole podatkowe.

 

Pakiety pomogły

Wprowadzono również tzw. pakiet paliwowy zmieniający zasady rozliczania VAT z tytułu wewnątrzunijnego nabycia paliw silnikowych oraz pakiet przewozowy, uruchamiający system monitorowania przewozu „towarów wrażliwych”.
Według analiz Ministerstwa Finansów, w efekcie tych rozwiązań, podmioty posiadające koncesję na obrót paliwami wpłaciły w I półroczu 2017 r. VAT wyższy o około 2,5 mld zł niż w I półroczu 2016 r.
Zlikwidowano rozliczenia kwartalne dla podatników (z wyjątkiem drobnych) oraz możliwość rozliczeń kwartalnych w okresie pierwszego roku od rejestracji.
Zmodyfikowano zasady dokonywania zwrotów VAT w terminie 25 – dniowym. Przywrócono również sankcje podatkowe za nierzetelne rozliczanie VAT oraz podwyższono kary za wystawianie i posługiwanie się fałszywymi fakturami. Rozszerzono zakres stosowania tzw. mechanizmu odwróconego obciążenia.
Wprowadzono zmiany w rejestracji i wykreślaniu firm z rejestru podatników VAT. Urzędnik może nie zarejestrować firmy, gdy w wyniku jej sprawdzenia okaże się że nie istnieje, bądź nie ma możliwości skontaktowania się z nią.

 

Trzy w jednym

Oprócz rozwiązań prawnych stopniowo wprowadzano także narzędzia informatyczne, wykorzystujące dane z obowiązkowo składanych przez podatników informacji o prowadzonej ewidencji na potrzeby VAT – jednolitych plików kontrolnych Analizer oraz Lunetka.
Dostęp urzędów skarbowych do jednolitych plików kontrolnych oraz centralnie gromadzonych niezgodności w rozliczeniach podatników i ich kontrahentów usprawnił weryfikację kwot deklarowanych przez przedsiębiorców.
Istotne jest również to, że od 1 marca 2017 r. zaczął funkcjonować nowy model administracji finansowej – Krajowa Administracja Skarbowa, która powstała z połączenia administracji podatkowej, Służby Celnej i kontroli skarbowej.
Celem tej zmiany była poprawa współpracy wszystkich organów administracji skarbowej, usprawnienie przepływu informacji – i w rezultacie zwiększenie skuteczności tych służb w zwalczaniu oszustw podatkowych.

 

Mniej kontroli i efektów

Resort finansów chwali się, że dzięki KAS wykryto karuzele podatkowe, w których brało udział co najmniej 170 firm polskich i 55 zagranicznych. Zatrzymano 13 członków grupy przestępczej, która wyłudziła 124 mln zł VAT oraz udaremniono wyłudzenie zwrotu 160 mln zł tego podatku.
Z drugiej jednak strony, spadła liczba kontroli skarbowych, a efekty kontroli rozliczeń VAT, po wzroście w 2016 r. o jedną piątą, wyraźnie obniżyły się w 2017 r. Może to wynika po prostu z faktu, że pod wpływem strachu polscy przedsiębiorcy stali się nieco uczciwsi?
Urzędy przeprowadziły w 2016 r. niecałe 5 tys kontroli., czyli o ponad 4 proc. mniej niż w 2015 r. Natomiast w całym 2017 r. przeprowadzono zaledwie 3,2 tys. kontroli. Nieprawidłowości stwierdzono w 77 proc. kontroli w 2016 r., a w całym roku ubiegłym – w ponad 79 proc. kontroli.
W 2016 r. wydaniem decyzji zakończyło się 3,2 tys. postępowań kontrolnych, a ustalenia wyniosły 19,7 mld zł ( wzrost o 18 proc. w porównaniu do 2015 r.). Efekty kontroli skarbowych obniżyły się w 2017 r. W całym ubiegłym roku decyzją zakończono 2 tys. spraw na kwotę 12,4 mld zł.

 

Za wcześnie na świętowanie

W 2017 r. spadła też liczba fikcyjnych faktur ujawnionych przez urzędy celno-skarbowe i urzędy kontroli skarbowej.
W 2016 r. wykryto ich ponad 421 tys. (o 17 proc. więcej niż w 2015 r.) na kwotę ponad 103,8 mld zł. (o blisko 27 proc. wyższą niż w 2015 r.).
W ubiegłym, było to blisko 256 tys. tys. fikcyjnych faktur na 56,9 mld zł (odpowiednio o 39 proc. i o 45 proc. mniej niż w całym 2016 r.).
Krajowa Administracja Skarbowa tłumaczy spadek efektów charakterem prowadzonych spraw, które są długotrwałe i skomplikowane.
Wyraźny wzrost dochodów budżetu państwa z podatku od towarów i usług w 2017 r. wystąpił w okresie dobrej – kolejny rok z rzędu – sytuacji gospodarczej.
Jeszcze za wcześnie, aby stwierdzić, że osiągnięta poprawa ściągalności VAT będzie trwała. Nadal występują poważne zagrożenia dla dochodów z tego podatku, a pomysłowość przestępców nie ma granic.