Czy Wesoła jest warta mszy?

Zakup przez miasto Kraków kwartału Wesoła od Uniwersytetu Jagiellońskiego nie przestaje budzić kontrowersji – i nic dziwnego, skoro miasto wykupiło kawałek samego siebie od instytucji finansowanej niemal w całości z funduszy publicznych.

Uniwersytet nigdy w swojej historii nie był tak hojnie doposażony jak na przełomie wieków. Zgodnie z danymi ze strony uniwersyteckiej, UJ na nowy kampus otrzymał prawie miliard złotych. Drugi miliard przyznano mu na budowę szpitala klinicznego. I bardzo dobrze, że mu przyznano. Pytanie jednak, czy w zamian nie powinien oddać czy może zwrócić miastu lub państwu nieruchomości na Wesołej. Uniwersytet wycenił swoje zabudowania poszpitalne dosyć tanio, na niecałe 300 milionów, i zgodził się przyjąć należność w ratach. Tylko czy instytucja finansowana z podatków powinna zarabiać na innej finansowanej z podatków instytucji?

Kiedyś, dosyć krótko, obowiązywał przepis, że podmiot publiczny przekazuje nieruchomości, które są mu zbędne, właściwej jednostce samorządu bądź bezpośrednio Skarbowi Państwa. Tak się składa, że w przypadku Krakowa byłby to ten sam podmiot, bo gmina miejska jest jednocześnie powiatem, a nadzór na majątkiem Skarbu Państwa, jeśli przepisy szczegółowe nie stanowią inaczej, sprawuje starosta, czyli również Prezydent Miasta Krakowa. Tak się jednak nie stało. To mieszkańcy Krakowa ubogacili swój (?) uniwersytet. Jest to więc teraz Akademia Krakowska raczej niż Jagiellońska – tym bardziej, że pierwotną fundatorką była węgierska Andewagenka.

Kraków ma w ogóle skomplikowaną sytuację własnościową. Gdyby nie przyłączenie Nowej Huty, byłby miastem z najmniejszym procentem własności komunalnej. A nawet z Nową Hutą nie jest liderem tej klasyfikacji, zwłaszcza że i tam od dawna trwają wyprzedaże. W Krakowie jest zatem Krakowa dosyć skąpo. Wynika to między innymi stąd, że miasto wykarmiło bardzo wiele podmiotów. Największym pasożytem jest chyba Agencja Mienia Wojskowego, żyjąca ze sprzedaży terenów zbędnych wojsku. Nieruchomości w Krakowie to tłuste kąski dla deweloperów, a Agencja chętnie ich dostarcza. Dzięki temu Kraków został wzbogacony o piękne osiedle przycmentarne na dawnych terenach wojskowych przy ul. Rakowickiej. Aktualnie Agencja sprzedaje tereny wokół fortu przy ul. Rydla, równie odpowiednie dla urokliwych apartamentów, tym razem w pewnym oddaleniu od cmentarza.

O ile AMW zachowuje się wobec Krakowa jak pasożyt, o tyle Komisja Majątkowa dla Kościoła Katolickiego to – trzymając się analogii medycznej – złośliwy rak z wieloma przerzutami. Wyczyny komisji takie jak powiadamianie Urzędu Miasta Krakowa faksem, że działka mająca trafić na przetarg nie należy już do miasta, tylko do kościoła katolickiego, doprowadziły do jej likwidacji w 2011 roku. Zarówno raport sporządzony przez Kancelarię Premiera, jak i raport CBA wykazały szereg nieprawidłowości i spowodowały wszczęcie postępowań prokuratorskich. Część z nich umorzono… z powodu przedawnienia czynów. Komisja przecież działała przez długie lata. Oczywiście, co instytucje kościelne wzięły – obojętne, czy słusznie czy nie – tego nie oddały. Nikt też nie przeprosił. Bo niby za co? Za przysporzenie majątku kościołowi?

Jak napisała w 2012 roku „Gazeta Wyborcza”, z punktu widzenia prawa komisja nie była organem administracyjnym ani sądem, nie zarządzała mieniem ani nie miała go pomnażać, nie była też zobowiązana dbać o interes państwa. Miała dbać o majątek kościelny. Taki np. zakon cystersów dwukrotnie otrzymał odszkodowanie za to samo mienie, dzięki czemu wzbogacił się o 66 milionów (za wiki). I nawet nie podziękował.

I tak oto wracam do kościoła na wesoło – tj. oczywiście na Wesołej, a w zasadzie na Kopernika. Dopóki właścicielem terenu był Uniwersytet Jagielloński, nikomu nie przeszkadzało, że sporym kawałem tej nieruchomości de facto zarządza Kościół, choć podatek (co prawda niewielki) płaci Uniwersytet. Jak to mówią, kościół służył pacjentom. O ile pacjenci służyli do mszy. Teraz właścicielem kościoła stało się miasto. Nieoficjalnie chodziły słuchy, że diecezja chętnie by przyjęła kościół w darze lub za symboliczny grosz. To standardowa kwota, jaką instytucje kościelne są gotowe wysupłać na niezbędne im do czegoś mienie. Takiej ceny oczekują – oczywiście nie wtedy, gdy same oferują grunty na sprzedaż. A wszystko to ułatwia status prawny kościoła w Polsce. Zgodnie z konkordatem nie istnieje coś takiego jak jednolita organizacja kościelna. W Polsce mamy kościelne osoby prawne, parafie, diecezje, zakony, episkopat. Przynajmniej z punktu widzenia prawa cywilnego. Bo prawo kanoniczne prezentuje inną, bardzo scentralizowaną strukturę o wyraźnie zaznaczonej podległości.

Wracając do Wesołej: jak donosi „Gazeta Wyborcza”, nigdy nie doszło do przedstawienia propozycji przekazania kościoła arcybiskupowi Jędraszewskiemu, bo podczas rozmowy z prezydentem Majchrowskim arcybiskup oświadczył, że strona kościelna nie jest tym zainteresowania. Nie było więc sensu nawet przygotowywać dokumentów w tej sprawie.

I tak miasto zyskało wreszcie własny kościół. I jest wesoło.

PS. Jak słyszymy, miasto nie ma pomysłu na zagospodarowanie nieruchomości. Nieśmiało więc proponuję, by uczynić z tego kompleksu Świątynię Obywatelską i zamienić ją w Centrum Organizacji Pozarządowych. Co prawda, w skrawku pomieszczeń na Stadionie Miejskim im. Henryka Reymana wegetuje sobie takie mikrocentrum obywatelskie, ale stadion to raczej świątynia piłki nożnej, ostatnio z powodu pandemii pustawa, jak zresztą wszystkie inne świątynie. Jednak gdy pandemia w końcu ustąpi, kibice wrócą zapewne do swojej przestrzeni sakralnej, ale świątynia na Kopernika pozostanie pusta, chyba że faktycznie zapełnią ją świadomi swoich prawa obywatele. I takie właśnie mam marzenie.

Igrzyska śmierci, wersja nieco zubożona

Chleba i igrzysk domagał się podobno lud rzymski (choć mam wrażenie, że bez igrzysk jakoś by sobie poradzono). W Grecji igrzyska miały charakter pospołu religijny, integracyjny i intelektualny, ale Rzymianie zrobili z nich istny show. Później tradycja nieomal zanikła i odrodziła się tak naprawdę dopiero w USA.

Klasyczne igrzyska zbliżone są bardziej do greckich, choć już bez religijnego charakteru – co nie oznacza, że pozbawione są rytuałów. Przyznam, że osobiście wolę przekazywany z rąk do rąk ogień „olimpijski” niż obronny łańcuch różańcowy.

Dziś Igrzyska Olimpijskie to biznes i gra interesów. Igrzyska Europejskie natomiast to jakby dziecko gorszego boga, olimpijskiego. Dopóki kraje europejskie gromiły – sportowo oczywiście – inne kontynenty (a warto pamiętać o Igrzyskach Panamerykańskich i Azjatyckich organizowanych od 1951 roku oraz Igrzyskach Afrykańskich od roku 1965), nikt się tu nie bawił w imprezy lokalne. Rozpad systemu krajów socjalistycznych i pojawienie się w szeroko rozumianej Europie wielu nowych krajów wzbudziły jednak głód sportowych medali. Stąd pomysł na nowe igrzyska. I nie powinno dziwić to, że z ich inicjatywą wystąpiła malutka Chorwacja.

Dotąd Igrzyska Europejskie odbyły się dwa razy. Może niekoniecznie w samym centrum Europy, ale za to pod patronatem Europejskiego Komitetu Olimpijskiego, który należy do rodziny Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego i zrzesza narodowe (krajowe) komitety olimpijskie z 50 krajów Europy.

Organizacja igrzysk, nawet tych nieco mniejszych, to sprawa niełatwa, i coraz trudniej znaleźć chętnych. W zasadzie jeśli chodzi o Igrzyska Europejskie 2023, oficjalnie wpłynęła tylko jedna oferta. Najlepsza. Małopolska. To znaczy, podobno oferta była wspólna, ale miasto Kraków (podobno) długo wzdragało się przed oficjalną deklaracją, sugerując, że to pomysł władz województwa. W kwietniu 2019 roku jednak marszałek Kozłowski i prezydent Majchrowski podpisali wniosek o organizację igrzysk, który następnie PKOL złożył w siedzibie Europejskiego Komitetu Olimpijskiego. Inicjatywę marszałka Kozłowskiego gorąco wspierała premier Beata Szydło aż do końca swojego (wice)premierowania.

A więc igrzyska czas zacząć. W zatwierdzonym we wrześniu 2020 programie znalazły się: łucznictwo, pływanie synchroniczne, badminton, koszykówka 3×3, piłka ręczna plażowa, siatkówka plażowa, taniec sportowy – breaking, kajakarstwo (slalom, sprint), kolarstwo (MTB, szosowe), szermierka, gimnastyka, judo, karate, pięciobój nowoczesny, biegi górskie, rugby 7-osobowe, strzelectwo sportowe, skoki narciarskie na igelicie, wspinaczka sportowa, tenis stołowy, triathlon, piłka siatkowa, podnoszenie ciężarów, zapasy. Czyli luz, wszystko do zrobienia.

Luz tym większy, że Kraków rękami prezydenta przedstawił listę inwestycji, co do których oczekuje pełnego finasowania ze strony rządu. Są tu oprócz basenu olimpijskiego (50-metrowego) trasa balicka, modernizacja stadionu Wisły i zakup nowych tramwajów. Podpisanie umowy między organizatorami: rządem, województwem i miastem, zapowiadano na wrzesień. Jest listopad i oto mamy pełnomocnika rządu do spraw igrzysk. Czyli kroczek naprzód.

Można i należy zapytać, kto i czego oczekuje po igrzyskach. Impreza ma się odbyć w roku 2023 – roku wyborów parlamentarnych i samorządowych. W roku, w którym sukcesy będą bardzo potrzebne, a kosztów przedsięwzięcia raczej się nie podsumuje, bo organizatorom przecież nie będzie się spieszyło.

Prezydent Krakowa liczy na pieniądze. Miasto nie ma już praktycznie żadnych własnych funduszy na inwestycje i opiera się wyłącznie na funduszach europejskich. Kraków poniósł chyba największe straty finansowe w wyniku wiosennego lockdownu, a nawrót epidemii sprawia, że światła w tunelu nie widać. Widać za to, w jakim stopniu budżet miasta zależy od pieniędzy pozostawianych tu przez turystów. Szacuje się, że jest to ponad 7 miliardów złotych (2019). Dla porównania, wszystkie wpływy budżetowe Krakowa w 2019 roku wyniosły niespełna 6 miliardów. Wyliczenia na rok 2020 oscylują znacznie bliżej zera, a niewykluczone, że rok 2021 będzie bardzo podobny. Można więc zrozumieć, dlaczego prezydent Krakowa chwyta się brzytwy, pardon – igrzysk. Bez basenu co prawda da się żyć, bez trasy balickiej także, ale za tramwaje trzeba czymś zapłacić. A jest też cień szansy, że i hotele się zapełnią przynajmniej na czas imprezy.

Województwo samorządowe zadowoli się chyba samym sukcesem, tj. igrzyskami, choć pewnie ma swoją listę inwestycji do sfinansowania. Kwestia finansów jest tym delikatniejsza, że 29 kwietnia 2019 roku sejmik przyjął rezolucję „w sprawie sprzeciwu wobec wprowadzenia ideologii »LGBT« do wspólnot samorządowych”. Radni zadeklarowali tam „wsparcie dla rodziny opartej na tradycyjnych wartościach oraz obronę systemu oświaty przed propagandą LGBT zagrażającą prawidłowemu rozwojowi młodego pokolenia”. Francuski Region Centralny-Dolina Loary, współpracujący do tej pory z Małopolską, teraz za tę współpracę podziękował. Należy się też liczyć z zawieszeniem finansowania inwestycji wojewódzkich z funduszy europejskich.

Jeśli więc nie będzie igrzysk… to nie będzie niczego. Nawet Kononowicza.

A czemu rządowi do szczęścia potrzebne są igrzyska? No cóż, ważne są medale, bo wtedy można ocieplić swój wizerunek zdjęciem ze sportowcem. Ważne są igrzyska, bo igrzyska ważne są zawsze.

Przypominam jednak, że rok 2023 to rok wyborczy. Igrzyska przeminą i zapewne odbędą się wybory podwójne – samorządowe i parlamentarne. Nie bez powodu rządowym pełnomocnikiem ds. igrzysk został Jacek Sasin, prawa ręka nad(wice)premiera. Zorganizował przecież wiosenne wybory. To nie jego wina, że się nie odbyły. On był gotów i nawet znał ich wynik. Podobno. To człowiek o niesłychanej intuicji i szczęściu. Miał lecieć samolotem do Smoleńska, ale pojechał samochodem. Za to wrócił pierwszym dostępnym lotem, by koordynować akcję z centrali.

Koordynował do końca.

W 2015 roku został posłem, na pewno nie szeregowym. Przewodniczył sejmowej komisji finansów. Potem wyznaczono go na wicepremiera, by – jak mówił – koncentrował się na nowych propozycjach dla Polaków. Resztę już znamy.

Wybory w demokracji, i nie tylko, to kosztowna sprawa. Plan zwiększenia dotacji dla partii politycznych nie wypalił. PiS musi więc sobie jakoś poradzić ze zbieraniem funduszy wyborczych i okołowyborczych. Dlatego wcale się nie zdziwię, jeśli cała obsługa promocyjna Igrzysk Europejskich zostanie powierzona jednej agencji. Zwłaszcza gdy tylko jedna agencja złoży ofertę.

Reszta to już inna bajka lub opowieść Hoffmanna. Czy jakoś podobnie.

Ogród płomiennej namiętności

Palący problem nagłego wybuchu konserwatyzmu obyczajowego na terenie ogródków działkowych.

Ogrody działkowe pełnią funkcje wypoczynkowe, rekreacyjne, zdrowotne, a także przyczyniają się do poprawy jakości życia – opowiadają pracownicy Polskiego Związku Działkowców. Nie jest to jednak cała prawda. Działki mają o wiele więcej funkcji. Dzięki nim mają pracę nie tylko ludzie z firm zaopatrujących sklepy ogrodnicze. Ogródki dają pracę osobom, których nie podejrzewalibyśmy o minimalne choćby związki z miejscami gdzie kopie się grządki, sieje kwiaty i przycina drzewa wraz z krzewami. Tymczasem, bez ogródków działkowych nudziliby się tak patomorfolodzy jak strażacy czy pracownicy pogotowia. No i wytwórcy trumien tudzież grabarze. A nade wszystko funkcjonariusze policji.
Ogródki są bowiem siedliskiem przestępczości wszelakiej, acz pospolitej. Przyznają to sami działkowcy, którzy zrobili stosowne badania i wyszło im, że niemal w każdym ogródku choć raz w roku dochodzi do kradzieży z włamaniem. Oczywiście najczęściej czasie, gdy wegetacja roślin zamiera, a działkowcy na parę miesięcy zapominają, że są działkowcami. Życie na terenie ogródków jednak nie zamiera. Bo tak się skład, że gdyby nie działkowcy i ich wypasione altanki, wiele osób nie miałoby gdzie spędzać zimy. No i zapraszać znajomych na cieszenie się swoim towarzystwem. Oraz wspólną degustację napojów zawierających etanol.
Gdyby w Krakowie przy Makuszyńskiego nie było ogródka działkowego, to pan Paweł mógłby wciąż wykonywać zawód lakiernika, nie płacić alimentów na swoich troje dzieci. A nawet mógłby towarzyszyć życiowo swojej konkubinie i jej przyjacielowi.
Ogródek jednak był, a w nim od Dnia Kobiet w tamtym roku odbywała się stosowna impreza. Jej gwiazdą była, licząca sobie 39 wiosen, pani Ania. Towarzyszyli jej zaś o rok starszy pan Maciej oraz pan Leszek. Jak mówią wtajemniczeni, pierwszy z panów był aktualnym partnerem pani Ani, a drugi nie był. Niemniej jednak w chwilach niemocy pana Macieja zastępował go godnie.
W takąż sielankę pozwolił sobie wejść pan Paweł. Niebezzasadnie, bo panią Anię, młodszą od siebie o dekadę, znał niemal od dziecka. Początkowo stąd, że była siostrą jego koleżanki z klasy, a potem z powodu wspólnego z panią Anią cieszenia się miłością fizyczną. Sporadycznego – co prawda – ale bardzo wielokrotnego.
I właśnie namiętność była tym, co 9 marca sprowadziło pana Pawła do altanki przy Makuszyńskiego. A rosła ona wraz z ilością tego co przyniósł ze sobą w niepustych przecież rękach, a co lądowało w gardłach biesiadników. Aż się skończyło.
Podówczas to, pan Leszek wyruszył, aby zapas odświeżyć. Ledwo zniknął za drzwiami, pan Paweł zwerbalizował swoje seksualne pragnienie. I miast spotkać się ze zrozumieniem reszty, otrzymał rekuzę. Słowną. Zaoponował głównie pan Maciej. Sposób w jaki odmówił wdzięków pani Ani panu Pawłowi tak się temu nie spodobał, że panowie – niczym średniowieczni rycerze – starli się w pojedynku o białogłowę.
Wygrał go pan Paweł przez wielokrotny nokaut. Wielokrotność wzięła się stąd, że gdy przegrany był już pozbawiony świadomości to pięści pana Pawła wciąż lądowały na jego twarzy.
Pokonawszy rywala pan Paweł liczył, że niewiasta uzna wynik pojedynku i zrobi zadość jego pragnieniom. Przeliczył się.
Kobiecie nie spodobała się pokrwawiona twarz partnera oraz technika zalotów pana Pawła. Skutkowało to słowną odmową wprowadzenia penisa Pana Pawła do własnej pochwy. Tak jak i w jakiekolwiek inne miejsce.
Tego pan Paweł, który od paru miesięcy na nowo się z fizycznością pani Ani zintegrował, zrozumieć nie mógł. Pozwolił sobie zatem naruszyć jej nietykalność, poprzez uderzanie pięściami. Ponieważ stanowisko pani Ani było niezmienne, choćby dlatego, że nie mogła mówić, pan Paweł pozwolił sobie pozbawić ją przyodziewku. Potem korzystając z leżących obok ubrać skrępował nogi kobiety. Ręce zaś przywiązał do wystającego ze ściany za kanapą gwoździa. Nie wiedzieć czemu w tym czasie panu Pawłowi wywietrzała z głowy myśl o erotycznych karesach. Pojawiła się za to żądza ognia.
Podpalił zatem kanapę na której leżała skrępowana, ale przytomna kobieta. Podpalił parę innych miejsc, które podpalić się dały. Do płomieni dorzucił dwa leżące na wierzchu dezodoranty. I wyszedł.
Postał chwilę na zewnątrz i gdy wybuch dezodorantów rozprzestrzenił pożar na całą altanę, uznał swoją misję za zakończoną.
To był błąd. Nie przewidział hartu ducha pana Macieja. Ten bowiem nadgryzany jęzorami ognia odzyskał przytomność. I to na tyle, aby skonstatować, że pani Ani pomóc nie zdoła. A sobie – jak najbardziej. W związku z czym wziął i wyszedł. Dotarł nawet na stację benzynową, skąd wezwał pogotowie, policję i służby gaśnicze. Te ostatnie tylko po to aby dogasiły zgliszcza i skonstatowały odnalezienie zwęglonych zwłok.
W tym czasie pan Paweł wrócił na łono konkubinatu, poszerzonego o przyjaciela domu. I oznajmił, że puścił z dymem altankę wraz z dwiema osobami. Partnerka pana Pawła i ich znajomy słysząc to oświadczenie powiedzieli, że jak sam na siebie nie doniesie, to zrobią to oni. Wobec takiego przejawu nielojalności pan Paweł wykonał telefon na policję oznajmiając, że dokonał masowego zabójstwa.
Policja przyjechała szybko i umniejszyła panapawłowe poczucie winy przemieszane z kacem. Pomniejszyła o jedną ofiarę, która przeżyła. I mimo poparzeń II i III stopnia, wstrząśnienia mózgu i innych kontuzji złożyła nader ciekawe zeznania.
Teraz pan Paweł siedząc w areszcie i od czasu do czasu na sali sądowej, zastanawia się jak do tego doszło. I wciąż nie może zrozumieć dlaczego pani Ania nie chciała. Ale ponieważ nic nie zapowiada, żeby w pierdlu spędził mniej niż ćwierć wieku, to może z czasem na tak postawione pytanie sobie odpowie.
Spalonej altanki nikomu się nie chciało odbudować. Tak samo jak wielu innych, które co roku palą się w ogródkach działkowych wraz z zawartością mieszkających w nich zimą i dogrzewających się żywym ogniem bezdomnych. Czasem jednak działkowcy mają szczęście, bo zamiast pożaru lokatorów minidomków zabija czad, dopalacze, trefne dragi, czy cokolwiek innego, co jednak nie niszczy altanek.
Nikt nie prowadzi statystyk umieralności na terenie ogródków działkowych, ale zdaniem policjantów liczba śmiertelnych ofiar ogródków to najwyżej 100 rocznie. I troszkę spada.
Co dziwne nie jest, bo ogródków działkowych jest coraz mniej. W ciągu ostatnich 11 lat powierzchnia tego typu obiektów skurczyła się o 2,8 tys. hektarów. Ubyło ponad 51 tys. działek. Ale i tak jest ich ponad 900 tysięcy. Dzięki czemu życie towarzyskie i uczuciowe Polaków wciąż ma gdzie rozkwitać.

Skazany, bo biedny

Skazali w Krakowie człowieka za palenie węglem w piecu. Będzie musiał wykonać 20 godzin prac społecznych. Pierwsza myśl – znakomicie, w końcu ktoś wziął się na poważnie za walkę z syfem zalegającym w powietrzu.

W stolicy Małopolski od 1 września obowiązuje tzw. uchwała antysmogowa, zakazująca palenia węglem, drewnem i innymi paliwami stałymi w kotłach, piecach i kominkach. Za jej złamanie grozi kara ograniczenia wolności albo nawet 5 tys zł grzywny. Przepisy zostały ustanowione pod presją środowisk aktywistycznych, zajmujących się walką z zanieczyszczeniem powietrza. Kraków był do tej pory jednym z najbardziej zatrutych miast na świecie. Mieszkańcy oddychali toksycznym koktajlem średnio przez ponad 150 dni w roku.
A więc wszystko idzie w dobrym kierunku? Nie, kochani, to nie jest takie proste. Karać jest najłatwiej. Za pomocą strachu można oczywiście wymusić dostosowanie do ekologicznych konieczności. Szkopuł w tym, że w pierwszej kolejności odczują to osoby o najniższych dochodach.
Polacy nie palą węglem dlatego, że są wrednymi skurwysynami, lubią jak się wesoło w piecu hajcuje, cieszy ich smród czy bawią czarne obłoczki wydobywające się z kominów. Kupują ten węgiel i ładują do kopciuchów, bo tak im wychodzi najtaniej. Na krótką metę, e życie biednego jest nieprzewidywalne, przez co można zapomnieć o strategiach mikroekonomicznych, którymi bawią się klasośredniacy.
Zjawisko to nazywa się ubóstwem energetycznym. Dotyka ono ok 20 proc. polskich gospodarstw, dla których wydatki na ogrzewanie stanowią 10 do 20 procent budżetu, co – według europejskich norm – oznacza nadmierne obciążenie. Aż 23 procent skarży się także na tzw. dyskomfort cieplny – szmalu na ogrzewanie przeznaczają coraz więcej, oszczędzają wciąż na opale, a mimo to nadal marzną, mieszkają w niedogrzanych lokalach, a to oznacza szereg problemów. W zimnie kwitną grzyby i drobnoustroje; zapalenia dróg oddechowych stają się sezonową normą, z czasem przeradzają się w poważniejsze schorzenia. Dochodzi też do zaburzeń hormonalnych, układu krążenia oraz, co oczywiste – pogorszenia stanu psychicznego – depresji, apatii, zaburzeń nerwowych.
W Krakowie i w innych ośrodkach władze dopłacają nawet do 100 proc. kosztów wymiany instalacji cieplnej – z węglowej na gazową. Ale do rachunków już nie dorzucają. Tymczasem węgiel jest wciąż najtańszym paliwem do domowego ogrzewania. Pod warunkiem, że mamy dobry piec. Koszt 1 kWh energii z czarnego kruszcu wrzucanego do prawidłowo użytkowanego kotła podajnikowego to 0,14 zł, w przypadku gazu jest to 0,29 zł.
Nie wystarczy karać, trzeba też wyciągnąć rękę, szczególnie do tych, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. A tego polskie miasta, ani rząd centralny nie robią.
Nieodłącznym elementem polityki antysmogowej musi być zabezpieczenie potrzeb energetycznych obywateli. Rozwój miejskich sieci ciepłowniczych to podstawa. Dopłaty do ogrzewania gazowego, których beneficjentami będą gospodarstwa o najniższych dochodach powinny być drugim filarem. Jeśli polityka antysmogowa ma polegać wyłącznie na wymianie pieców, wysyłaniu patrolowych dronów i reagowaniu na sąsiedzkie donosy, nie będzie to polityka sprawiedliwa.

Bez klasyki teatr jest ubogi

Z ANNĄ RADWAN, aktorką Narodowego Starego Teatru w Krakowie rozmawia Krzysztof Lubczyński.

Gdy czyta się listę Pani pierwszych ról w Starym Teatrze w Krakowie z początku lat dziewięćdziesiątych to aż trudno uwierzyć, że mógł być taki repertuar. Wymieniam kolejno: „Szkice z „Człowieka bez właściwości” Roberta Musila, „Fantazy” i „Król Duch” Słowackiego, „Dom Bernardy Alba” Federico Garcia Lorki, „Malte” Rilkego, „Sen nocy letniej” Szekspira, „Mizantrop” Moliera, „Wariat i zakonnica” Witkacego, „Rękopis znaleziony w Saragossie” Jana Potockiego. Mógłbym tak długo ciągnąć…
To prawda. A było to niewiele ponad dwadzieścia lat temu. I nie chce się wierzyć, że słychać było wtedy utyskiwania na słabą obecność klasyki w polskich teatrach. Z dzisiejszego punktu widzenia było jej bardzo wiele i to tej najznakomitszej.
Czy teatr może istnieć bez klasyki?
Istnieć w sensie fizycznym zapewne może, ale bez klasyki teatr jest ubogi. Klasyka to takie płuca teatru, bez niej zamienia się on jakby w coś innego niż był przez stulecia. Klasyka poszerza horyzonty duchowe, uczy poruszać się w konwencjach, jest rezerwuarem języka teatru. Jeśli teatr ma być publicystyką lub zajmować się wyłącznie współczesnymi zjawiskami społecznymi czy psychologicznymi, to równie dobrze mogą go w tej roli zastąpić media.
Czy dla aktorki, aktora funkcjonujących w dzisiejszej rzeczywistości teatralnej taka przeszłość jest kapitałem, obciążeniem, czy tylko ciekawym wspomnieniem?
Dla mnie jest to przede wszystkim kapitał profesjonalny. Nie uważam, że udział w ciekawych dokonaniach może być obciążeniem. Należę do ostatniej już chyba generacji aktorskiej, która formowała się głównie na klasyce. Aktor, cokolwiek dziś robi, cokolwiek gra, jeśli ma za sobą szlif klasyczny, to nigdy go do końca nie straci. Zawsze w razie potrzeby będzie mógł go uruchomić. To jak z nauką jazdy czy pływania. Jeśli nauczyliśmy się kiedyś prowadzić pojazd, to nigdy tej umiejętności nie stracimy, nawet jeśli nie uprawialibyśmy jej przez lata.
A czym były dla Pani te pierwsze lata w Starym Teatrze?
Wszystkie moje lata są krakowskie, bo urodziłam się i wychowałam tym mieście, tu uczyłam i tu ukończyłam szkołę teatralną. Myślę, że przesiąknęłam atmosferą tego miasta. Czym były? Były wspaniałą przygodą duchową. Z przyczyn metrykalnych nie mogłam świadomie uczestniczyć, nawet jako widz, w tym najbardziej złotym okresie krakowskiego, w szczególności Starego Teatru, w czasach gdy pracowali tu Konrad Swinarski, Jerzy Jarocki, Andrzej Wajda, Zygmunt Hübner, Krystian Lupa. Natomiast otarłam się o jego końcówkę, też jeszcze bardzo ciekawą. Niektórzy ze wspomnianych artystów, choć ze wspomnianych powodów nie widziałam na scenie ich najważniejszych dokonań, byli jednak moimi pedagogami w szkole teatralnej, co było jakąś formą rekompensaty za moje zbyt późne urodzenie.
A jednak końcówkę, a to oznacza, że to czas miniony…
To prawda, ale nie ma nic wiecznego. Wszystko płynie, wszystko przemija, zmienia się. Jakiś traf sprawił, że w pewnej epoce, w pewnej atmosferze pojawili się tacy a nie inni artyści, aktorzy, reżyserze i że ich wspólna praca stworzyła niezwykłą jakość. Niezwykłą, ale jednocześnie niepowtarzalną. Dla mnie Kraków jako miasto teatralne ciągle jest ciekawy. Gdyby było inaczej pewnie szukałabym dla siebie innego miejsca na ziemi.
Czy może Pani wskazać jakieś role czy doświadczenia teatralne szczególnie dla Pani ważne?
Nie wskazała bym jakiegoś jednego przedstawienia, ale raz jeszcze wymieniłabym wspomnianych wcześniej artystów.
W Teatrze Telewizji zadebiutowała Pani w 1990 roku i zagrała Pani od tamtej pory około trzydziestu ról. Na początek wzięła Pani udział w trzyczęściowym spektaklu „W stronę Klarysy” Roberta Musila w reżyserii Krystiana Lupy…
To był prawdziwy maraton, żmudne rzeźbienie w trudnej literaturze pod kierownictwem niezwykle wnikliwego, drążącego reżysera jakim jest Krystian Lupa. Najlepiej jednak wspominam współpracę z Maciejem Dejczerem przy realizacji „Śmierci w Tyflisie” według Władysława Terleckiego. Teatr Telewizji dał mi możliwość spotkania z cała plejadą znakomitych twórców, czego nie daje stała praca w najlepszym nawet zespole teatralnym. Myślę, że ta forma widowiska teatralnego podlega podobnie głębokim przemianom jak cała rzeczywistość dookolna. Potwierdza to moje ostatnie doświadczenie telewizyjne, praca w „Skutkach ubocznych” Petra Zelenki w studiu warszawskim. Treść tego tekstu i widowiska w moim odczuciu bardzo dobrze koresponduje z tym o czym mówiliśmy wcześnie, o przemianach jakim podlega teatr. „Skutki uboczne”, to w moim odczuciu to rzecz o bałaganie dzisiejszego świata, o zaniku wszelkich kryteriów, norm, które wcześniej porządkowały nasze życie. To rzecz o tym, że wszystko zmienia się błyskawicznie, jak w kalejdoskopie, że coraz częściej jesteśmy w życiu skazywani na nieustającą zmianę ról i tożsamości. To rzecz o tym, że wszystko zmienia się błyskawicznie, jak w kalejdoskopie, że coraz częściej jesteśmy w życiu skazywani na nieustającą zmianę ról i tożsamości. Jeśli widzi to Czech, artysta pochodzący z kraju, który w naszej części Europy wydaje się być przykładem względnej stabilności, stałości form życia, w znacznie większym stopniu niż Polska, to znaczy, że to zjawisko niestałości i płynności współczesnej egzystencji jest naprawdę daleko zaawansowane.
Czy Zelenka odpowiada na pytanie, czy można ten świat przywrócić w dawne koleiny?
Ani trochę nie. Artysta nie jest od dawania recept, ale od przedstawiania stanu rzeczy artystycznymi środkami. A poza tym myślę, że żadnych przemian nie da się zahamować, nie da się zmienić biegu rzeki życia. Jesteśmy skazani na radzenie sobie z takim światem, jaki jest.
Co jeszcze dobrze wspomina Pani z dawnych realizacji telewizyjnych?
Choćby Celimenę w molierowskim „Mizantropie” w reżyserii nieodżałowanego Krzysztofa Nazara, tytułową rolę w ibsenowskiej „Heddzie Gabler” w reżyserii Krystyny Jandy, Agłaję w „Sonacie petersburskiej” Dostojewskiego w reżyserii Andrzeja Domalika, Lizę w „Sprawie Stawrogina” w reżyserii Krzysztofa Zaleskiego czy rolę w „Mężu stanu” Eliota oraz Nathalie w „Maskaradzie” Iwaszkiewicz, oba w reżyserii Andrzeja Łapickiego, Glorię w „Wielebnych” Mrożka w reżyserii Kazimierza Kutza czy w przedostatnim jak dotąd moim spektaklu telewizyjnym, czyli panią Stockman we „Wrogu ludu” Ibsena w reżyserii Piotra Trzaskalskiego.
A z doświadczeń filmowych?
Mogłabym wymieniać różne role, choćby debiut filmowy w „Strasznym śnie dzidziusia Górkiewicza” Jerzego Stefana Stawińskiego, gdzie zetknęłam się z wspaniałym Edwardem Dziewońskim ale wspomnę udział w dwóch realizacjach Jerzego Antczaka, „Damie kameliowej” i „Chopinie. Pragnieniu miłości”. A to dlatego, że to jedyne filmy tzw. kostiumowe, w których brałam udział. Kiedyś takich filmów powstawało więcej, i w Polsce i za granicą. A zagranie w filmie kostiumowym łączy się z jakąś magią, dla mnie bardzo uroczą. Bardzo też dobrze wspominam udział w serialu Kazimierza Kutza „Sława i chwała”.
Dziękuję za rozmowę.

Anna Radwan – ur. 25 kwietnia 1966 w Krakowie, absolwentka tamtejszej PWST (1990), od początku w zespole krakowskiego Narodowego Starego Teatru. Debiutowała w 1990 roku w „Człowieku bez właściwości” w reż. K. Lupy. Zagrała też m.in. Celimenę w molierowskim „Mizantropie” w reż. K. Nazara, Elwirę de Torres w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” J. Potockiego w reż. T. Bradeckiego, Juliettę w „Markizie O” H. von Kleista w reż. K. Warlikowskiego, Mirandę w „Burzy” W. Szekspira w reż. R. Zioło, Nastazję Filipowną w „Idiocie” F. Dostojewskiego w reż. B. Sass. W Teatrze Telewizji m.in. w „Skutkach ubocznych” P. Zelenki (2013). W filmie m.in. „Spis cudzołożnic” J. Stuhra i w dwóch filmach J. Antczaka: w „Chopinie. Pragnieniu miłości” oraz tytułową w „Damie kameliowej”.

Zwrot krakowski

Prezydent stolicy Małopolski zmienił nagle swoje wcześniejsze stanowisko i zwrócił się do kurii z prośbą, by w związku z połączeniem roczników w liceach zechciała łaskawie serwować uczniom mniej lekcji religii.

Nie wiadomo, na ile jest to efekt presji jaka spadła na polski Kościół w związku z popularnością dokumentu braci Sekielskich, ale prezydentKrakowa Jacek Majchrowski zmienił swoją wcześniejszą decyzję o lekcjach religii w pierwszych klasach liceów. Skierował do krakowskiej kurii pismo z apelem o zgodę na zmniejszenie ich tygodniowej liczby. W związku z kumulacją roczników po „reformie szkolnictwa” minister Zalewskiej zamiast dwóch godzin religii tygodniowo miałaby być jedna.
Oficjalnie pismo do kurii jest uzasadniane uchwałą, jaką podjął w tej sprawie krakowski magistrat – tak poinformowała dyrektorka miejskiego wydziału edukacji. Jednak samorządowcy tę uchwałę kierunkową przyjęli ponad miesiąc temu, pod koniec marca. Dlaczego prezydent zwraca się do abpa Jędraszewskiego dopiero teraz, by raczył zmniejszyć licealistom tygodniową dawkę kościelnej indoktrynacji? Wcześniej, jeszcze w styczniu Majchrowski odrzucił taką możliwość, w reakcji na decyzję władz Warszawy.
Na początku roku stołeczny ratusz skierował taką prośbę do kurii warszawskiej, a ta wyraziła nawet zgodę na ograniczenie religii. Prezydent Krakowa twierdził wówczas, że nie zamierza zwrócić się z podobnym wnioskiem do kurii u siebie. Teraz zmienił zdanie i czeka na decyzję Jędraszewskiego. Wcześniej kuria odniosła się bardzo niechętnie do pomysłu radnych: informowała, że ograniczenie lekcji religii będzie możliwe tylko w pojedynczych przypadkach w powodu zagęszczenia pierwszoklasistów na skutek reformy i nie może dojść do przekształcania ich „w powszechnie obowiązującą praktykę”.
Wcześniej we wspomnianą uchwałę przyjętą przez radnych Krakowa ingerował wojewoda małopolski Piotr Ćwik. Namiestnik pisowskiego rządu anulował jeden z jej zapisów zawierający propozycję, żeby nauczanie religii odbywało się zawsze na pierwszej lub ostatniej lekcji. Ćwik argumentował, że w kompetencjach rady miasta nie mieści się układanie planów lekcyjnych. Samego pomysłu ograniczenia liczby godzin religii nie podważył, zaznaczył jednak nie popiera „tego typu działań”.
Od soboty 11 maja krajowa opinia publiczna wrze od komentarzy na temat faktów ujawnionych w filmie dokumentalnym Tomasza i Marka Sekielskich o ukrywaniu przez hierarchię kościelną w Polsce przypadków molestowania seksualnego nieletnich przez księży. Prawica obawia się kolejnej fali antyklerykalizmu, która może osłabić rolę Kościoła w Polsce.
Krakowski magistrat oszacował, że ograniczenie liczby godzin religii z dwóch do jednej tygodniowo może spowodować likwidację prawie 140 etatów szkolnych katechetów.

Trzeba nam Europy socjalnej

W ostatni dzień listopada Kraków stał się centrum europejskiej lewicy, do tego ważnego ośrodka akademickiego zjechali się liderzy polityczni i eksperci z 12 krajów Unii Europejskiej.

 

Europejska lewica w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego stawia sobie za cel zatrzymanie fali populizmu, która zalewa demokratyczny świat. Dzień pełen rozmów i dyskusji zaowocował pomysłami, dzięki którym europejska lewica w nadchodzących wyborach do Parlamentu Europejskiego da lewicowemu wyborczyni i wyborcy ofertę, na którą ci czekają: równe rozwiązania socjalne dla wszystkich Europejek i Europejczyków, europejska płaca minimalna, działania chroniące pracowników w całej UE, a równocześnie walka o prawa człowieka i równouprawnienie mniejszości. Dla polityków i polityczek lewicy jest jasne, że nie wystarczy odpowiadać na wyzwania współczesności, lewica musi kreować przyszłość. Aby to robić, musi być silna, musi stanowić silną frakcję w Parlamencie Europejskim, by móc skutecznie przeciwstawić się populizmowi.
– Spotykamy się dzisiaj w Krakowie w ważnym momencie, na pół roku przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, a które będą najważniejsze od wielu, wielu lat. Będą to również wybory trudne, ponieważ ta fala populizmu oraz nacjonalizmu wzrasta, tym bardziej potrzebna jest atrakcyjna i rozumna odpowiedź środowisk progresywnych i lewicowych. I takie konferencje służą wypracowaniu takiego stanowiska – powiedział Aleksander Kwaśniewski podczas spotkania z dziennikarzami w trakcie konferencji „„Za Zjednoczoną Europą Socjalną – wznieść się ponad podziałami, zaoferować alternatywę”, która w dniach 30 listopada – 1 grudnia ma miejsce w Krakowie. – Mam nadzieję, że polska lewica, która organizuje to spotkanie i w nim uczestniczy, przygotuje właściwe decyzje abyśmy po wyborach do PE mieli mocną reprezentację środowisk lewicowych w Brukseli, a także abyśmy pokazali tutaj w Polsce, że jesteśmy w stanie zwyciężyć tych, którzy chcą stanąć do Unii Europejskiej bokiem, a także tych, którzy nie chcą większej integracji europejskiej, a niektórym marzy się Polexit – komentował były prezydent RP.
Wydarzenie organizowane przez Fundację Europejskich Studiów Progresywnych (FEPS), Grupę Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim (S&D) we współpracy z Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, Fundacją Jeana Jaurèsa oraz Fundacją im. Friedricha Eberta jest jednym z ważniejszych wydarzeń politycznych i programowych na mapie Europy. Tematem debat jest przyszłości Europy, jako wspólnoty wartości, dyskusja prowadzona jest w kontekście zbliżających się wyborów europejskich 2019 roku.
Wśród zaproszonych liderów politycznych znalazł się komisarz ds. energetyki Marosz Szefczovicz – Dziękuję za zaproszenie, dziś jest to dla mnie intensywny dzień. O poranku byłem w Katowicach gdzie z regionalnymi liderami rozmawiałem o tzw. regionach węglowych w okresie przejściowym. Rozmowy te mają na celu stworzenie nowych inwestycji, szczególnie na Śląsku gdzie wiele osób wciąż jest zatrudnionych w branży węglowej. Mówimy tu o nawet 100 000 pracowników.
– Jestem szczególnie zadowolony, że mogłem przyjechać do Krakowa. Zgadzam się z prezydentem Kwaśniewskim, iż bardzo ważne jest to, aby nasza lewicowa rodzina znalazła odpowiedzi na wyzwania przyszłości – mówił słowacki polityk. – W naszych wysiłkach szczególnie ważni są i będą młodzi ludzie, musimy umożliwić im stałą aktywność zawodową; możliwość zdobywania nowych umiejętności, szczególnie umiejętności cyfrowych. Młodzież musi umieć przekuć na swoją korzyść obecne megatrendy. Jestem pewny, że dzięki ich zaangażowaniu i świetnym uniwersytetom uda nam się ten cel osiągnąć – podkreślił Szefczovicz.
Wiceprzewodniczący Parlamentu Europejskiego prof. Bogusław Liberadzki zaprezentował stanowisko Socjalistów i Demokratów w sprawie obecnej sytuacji i przyszłości Unii Europejskiej: Zjednoczona Europa jest w momencie, w którym należy zdecydować o radykalnym przyspieszeniu gospodarczym, o radykalnym zwiększeniu programów socjalnych. Obywatelki i obywatele UE muszą usłyszeć następujące przesłanie – Unia Europejska jest po to, aby Was chronić, a im słabsi jesteście to tym bardziej będzie Was chronić. Instytucje europejskie powinny osłaniać np. przed nieuczciwą konkurencją, czy też zabezpieczyć uczciwą wymianę handlową.
Wiceprzewodniczący SLD mówił również o swoistym paradoksie, iż miliony ludzi pragną dołączyć do UE, a wielu jej obywateli krytykuje ją. – Unia Europejska to udany projekt. Miliony ludzi, którzy chcą wejść do UE podziwiają ją. Natomiast zazdroszczą nam i chcą naszego niepowodzenia nasi najwięksi globalni rywale: prezydent Trump, prezydent Putin. A jednocześnie wewnątrz Unii Europejskiej jest zdecydowana pogląd, iż mogłoby być lepiej. Tak! Może być lepiej, ale to Socjaliści i Demokraci w Parlamencie Europejskim proponują realną alternatywę: zorientowanie na człowieka wieloletnich ram finansowych, w sposób przez niego odczuwalny.
Liberadzki przedstawił nową koncepcję podziału środków z budżetu Unii. – Tyle samo środków co dotychczas należy przeznaczać na politykę spójności i na politykę rolną; trzy razy więcej środków na Erasmus, aby młode osoby mogły się kształcić; dwa razy więcej środków na badania i innowacyjność, szansą Unii jest odzyskanie przewag technologicznych.
– W tym właśnie kierunku europejska i polska lewica, w tym SLD będzie zmierzać – podkreślił.
Liderka Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim Rodrigues Maria João zapowiedziała zdecydowaną ofensywę europejskiej lewicy. – Nadszedł czas, aby lewicowe i postępowe grupy zjednoczyły się i objęły pozycję politycznego lidera w Europie. Wiemy jak odpowiednio zareagować na aktualne problemy Unii Europejskiej. Z jednej strony obywatelki obywateli powinno chronić mocne prawodawstwo krajowe, z drugiej strony powinien ich wspierać mocny społeczny filar Unii Europejskiej. My ten społeczny filar budujemy, ważne będą kwestie energii, możliwości przekwalifikowania się na rynku pracy, do tego będzie potrzebny będzie powrót do silnej polityki spójności. W tym celu domagamy się lepszego budżetu Unii Europejskiej, gdzie więcej pieniędzy trafi np. na program Erasmus.
Marek Belka, były premier i szef Narodowego Banku Polskiego mówił o kluczowych megatrendach, które wpłyną na przyszłość Polski oraz UE. – Dyskutujemy o przyszłości Europy, ale musimy mieć świadomość, iż nasz kontynent jest jedną z niewielkich części globalnej gospodarki. Należy zrozumieć, jakie megatrendy zadecydują o przyszłości Europy: demografia; inna u nas a inna np. w Afryce; zmienia się układ sił, USA – Chiny a my chcemy być potęgą nr 3; sposób komunikacji ludzi i nowe technologie. Aby rozwinąć sztuczną inteligencje trzeba mieć trzy rzeczy: ludzki talent, możliwości obliczeniowe oraz wielką bazę danych. Kto może wielką bazę danych: USA, Chiny oraz zjednoczona Europa. Oddzielnym i niepokojącym megatrendem jest tendencja populistyczna. Jak temu zaradzić? Budować Europę post-populistyczną, w której będziemy brali pod uwagę nastroje, sentymenty i poglądy ludzi – przecież jesteśmy demokracją, ale też będziemy mogli ludziom zaproponować gdzie iść powinni – mówił Marek Belka.
Przewodniczący SLD nakreślił strategię polityczną partii na najbliższe miesiące. – Cieszę się, że ta konferencja odbywa się tutaj w Polsce, w Krakowie. Aby osoby, które przyczyniły się do budowania Unii Europejskiej wciąż miały coś do powiedzenia jeżeli chodzi o naszą przyszłość w zjednoczonej Europy, SLD musi zrobić jedną rzecz – doprowadzić do tego, aby jak najwięcej posłanek i posłów w najbliższych wyborach do Parlamentu Europejskiego. Europa naszych marzeń – progresywna i socjalna – będzie możliwa, jeżeli będą europarlamentarzyści, którzy to wprowadzą w życie.
– Reprezentuję SLD, jedną z sił a nie jedyną siła polityczną na lewicy. W wyborach do PE będziemy chcieli stworzyć blok progresywny złożony z lewicowych partii w Polsce. Rozmawiamy z Partią Razem, z Partią Zieloni, ze środowiskiem, które jeszcze nie wiadomo dokąd pójdzie, ze środowiskiem Roberta Biedronia. Jednakże również bliskie jest nam myślenie Włodzimierza Cimoszewicza, który twierdzi i słusznie, że Unia Europejska jest taką wartością, którą trzeba bronić wszelkimi siłami. Dopuszczamy, jako SLD, możliwość tworzenia wspólnego proeuropejskiego bloku z partiami, z którymi nie jesteśmy zawsze programowo po drodze, ale wspólnie uznajemy, iż wartość Unii Europejskiej jest wartością olbrzymią. Myślę tu o Platformie Obywatelskiej, o Nowoczesnej, Polskim Stronnictwie Ludowym oraz o siostrach i braciach z lewicy: o SDPL, o Unii Pracy, o Inicjatywie Feministycznej – oświadczył Włodzimierz Czarzasty. – Decyzję w tej sprawie podejmiemy na przełomie stycznia i lutego 2019 r. Zrobimy wszystko, aby z puli 52 mandatów z Polski objęli ludzie, którzy myślą podobnie do nas – podkreślił lider Sojuszu.

Naszej Unii lepiej WSPÓLNIE W KRAKOWIE

Czy europejscy socjaliści zmienią działanie powszechnie krytykowanej Unii Europejskiej? Czy zmienią ją na lepszą, bardziej sprawiedliwa społecznie, z administracją przyjazną wszystkim jej Obywatelom?
„Trzydziestego listopada wspólnie z naszymi przyjaciółmi z frakcji Europejskich Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim będziemy w Krakowie debatować o naszym nowym projekcie dla Europy.
To będzie bardzo ważna konferencja, bo Europa znalazła się istotnym momencie swego rozwoju. Grożą jej trwałe podziały. Na „starą” i „nową” Europę, na Europy różnych prędkości. Zagrażają jej rozwojowi i korzystnej integracji agresywne polityki egoistycznych, nacjonalistycznych ugrupowań. Tych rządzących już w kilku państwach Unii Europejskiej, i tych zyskujących na popularności w wielu innych państwach.
Polska, a ścisłej rząd PiS, powinien jak najszybciej zmienić swą politykę wobec Unii Europejskiej. Ta polityka jedynie marginalizuje pozycję Polski na arenie międzynarodowej i osłabia szanse rozwoju naszego kraju.
W Krakowie powinniśmy wezwać do wspólnej walki z europejskimi nacjonalizmami, przypomnieć nasze socjalne i demokratyczne wartości, zaproponować programu reform Unii Europejskiej” – zadeklarował „Trybunie” wiceprzewodniczący SLD Andrzej Szejna.
Dwudniowe spotkanie liderów europejskich socjalistów przedyskutuje program europejskiej polityki socjalistów.
Zaprezentuje też polityczną inicjatywę „TOGETHER”, czyli „WSPÓLNIE”.
Zachęcającą do działania wszystkie europejskie ugrupowania polityczne sprzeciwiające się egoistycznym, rozbijającym europejską wspólnotę partiom nacjonalistycznym.
Prezentującą humanistyczne, prospołeczne, demokratyczne programy europejskich socjalistów dostosowane do współczesności i prognozowanej przyszłości.
Najważniejsze wystąpienia europejskich liderów podczas Konferencji, wypowiedzi ekspertów w czasie licznych paneli dyskusyjnych zmieścimy w najbliższych wydaniach „Trybuny”.
Nasza redakcja ma też swój autorski wkład w Konferencję. W sobotę 1 grudnia w Międzynarodowym Centrum Kultury. Rynek Główny 25 w trakcie międzynarodowego seminarium „Nowoczesna socjaldemokracja: Wartości, program, strategia” odbędzie się panel dyskusyjny „Nowoczesna socjaldemokracja: współczesne media w epoce digitalizacji, filozofii post-truth oraz strategii dezinformacji”.
Dyskusja poświęcona roli mediów we współczesnej „mediokracji” oraz o sposobach zapobiegania fałszowania rzeczywistości przez media rozpocznie się o godzinie 15.30.
Moderatorem dyskusji będzie redaktor naczelny dziennika „Trybuna” Piotr Gadzinowski.
Zapraszamy!

 

 

Aleksander KWAŚNIEWSKI – prezydent Polski w latach 1995-2005, Maroš Šefčovič – wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej, Zita GURMAI – posłanka Parlamentu Węgier, przewodnicząca PES Women, Tuulia PITKÄNEN – sekretarz Generalna Młodych Europejskich Socjalistów, Tomás PETRICEK – minister Spraw Zagranicznych Republiki Czeskiej, Georgi PIRINSKI – eurodeputowany Frakcji Socjalistów i Demokratów w Parlamencie Europejskim, Matjaz NEMEC – przewodniczący Komisji ds. Zagranicznych w Parlamencie Słowenii, Marja BIJL – wiceprzewodnicząca PES Women oraz Dyrektor Departamentu Humanitas, Tadeusz IWIŃSKI – profesor i członek Rady Naukowej FEPS, Vilma VAITIEKUNAITE – wiceprzewodnicząca Litewskiej Partii Socjaldemokratycznej, Liisa OVIR-przewodnicząca Komisji Rewizyjnej ds. Finansowania partii politycznych w Estonii, Marek Belka – były Premier Polski oraz były Prezes Narodowego Banku Polskiego, Marije LAFFEBER – zastępczyni Sekretarza Generalnego PES – Partii Europejskich Socjalistów, Andre KROUWEL – profesor Wolnego Uniwersytetu w Amsterdamie, Anna PACZEŚNIAK – profesor Uniwersytetu Wrocławskiego, Bartosz RYDLIŃSKI – dyrektor Centrum im. Ignacego Daszyńskiego, Beata MOSKAL-SŁANIEWSKA – prezydentka Świdnicy, Ryszard ŚMIAŁEK – przewodniczący Małopolskiego SLD, to tylko niektórzy z prelegentów i dyskutanów krakowskiej debaty o zjednoczonej, socjalnej Europie.

Zwycięstwo w II turze

Adamowicz, Majchrowski i Wenta to zwycięzcy II tury wyborów samorządowych, a to oznacza, że żadnego z dużych miast nie zdobył PiS. Wynik wyborczy w Gdańsku, Krakowie i Kielcach wygląda prawie identycznie. Kandydaci opozycyjni mają według danych exit poll 64 proc., a kandydaci PiS-u po 35 proc.

 

Kraków z Majchrowskim: Jacek Majchrowski co prawda potrzebował II tury, aby pokonać Małgorzatę Wassermann, kandydatkę PiS-u, ale w powtórnym głosowaniu jego przewaga była znaczna. Zdobył on 64,6 proc. głosów. Małgorzata Wassermann otrzymała 35,4 proc. To sondażowe wyniki exit poll, ale wynik raczej znacząco się nie zmieni. Majchrowski rządzi Krakowem już od 16 lat.

Gdańsk dla Adamowicza: Paweł Adamowicz, obecny prezydent Gdańska, także utrzyma prezydenturę. W drugiej turze pokonał Kacpra Płażyńskiego, kandydata PiS – 64,7 do 35,3 proc. Adamowicz startował z własnego komitetu, w II turze startował z poparciem Koalicji Obywatelskiej. Rządzi Gdańskiem od 1998 roku. Kandydat KO Jarosław Wałęsa nie wszedł do II tury, uzyskując 25,3 proc. głosów. Frekwencja w Gdańsku wyniosła 56,8 proc.

Zmiana na fotelu prezydenta w Kielcach: W stolicy województwa świętokrzyskiego dotychczasowego prezydenta Wojciecha Lubawskiego zastąpi Bogdan Wenta, startujący z własnego komitetu Projekt Świętokrzyskie.
Wenta według badań exit poll zdobył 64 proc. głosów, Wojciech Lubawski osiągnął poparcie 36 proc. wyborców.

 

 

Rozmowa z dr. Markiem Migalskim

 

JUSTYNA KOĆ: Zgodnie z przewidywaniami wygrali kandydaci niepisowscy. To potwierdzenie, że duże miasta są liberalne, a mniejsze i wieś popierają politykę „dobrej zmiany”?

DR MAREK MIGALSKI, politolog: Tu nie ma żadnej sensacji. Wiadomo było, że duże miasta to nie są bastiony PiS-u, wiedzieliśmy to już po I turze, a tak naprawdę od kilku lat. Trudno się ekscytować, bo wiadomo było, że kandydaci PiS-u przegrają II tury. Istotne jest to, że weszli do II tury, bo przecież kilku politykom Koalicji Obywatelskiej, jak Sławomirowi Nitrasowi czy Jarosławowi Wałęsie, ta sztuka się nie udała. To oczywiście dzisiaj bardzo źle wygląda propagandowo dla PiS-u i na pewno jutro będzie to wykorzystywać opozycja. Niemniej w żadnym stopniu nie zmienia naszego obrazu rzeczywistości. Wybory samorządowe w 2018 roku wygrał PiS.

 

Prezes Kaczyński zabierze głos?

Nie sądzę, bo musiałby ogłaszać przegraną, a przecież narracja od dwóch tygodni, zresztą słusznie, jest taka, że PiS je wygrał. Pamiętajmy o tym, że gdyby wybory odbyły się dzisiaj, to w oparciu o wynik wyborów samorządowych, czyli nie o sondaże czy spekulacje, wygrałoby je zdecydowanie PiS. Przy dobrym układzie i oczywiście metodzie D’Hondta PiS dziś prawdopodobnie powtórzyłby swój wynik z 2015 roku, kiedy dostało 37,58 proc. Może nawet ten wynik byłby lepszy, ponieważ dzisiaj wyniki samorządowe, czyli ponad 34 proc. przy braku Bezpartyjnych Samorządowców, komitetów lokalnych, z modyfikacją wyniku PSL dałoby wynik około 40 proc. poparcia społecznego i samodzielne rządy. Podsumowując, PiS poprawiłoby wynik w procentach, czyli uzyskałoby co najmniej 231 mandatów. Taki jest obraz na dzisiaj. Ta II tura w żaden sposób nie zmienia obrazu rzeczywistości: duże miasta są bastionem opozycji, ale w całym kraju wygrywa PiS.

 

Na ile mogła się do tego wyniku w II turze przyczynić wspólna konferencja polityków prodemokratycznych, jak sami o sobie mówią, czy antypisowskich? Razem mogliśmy zobaczyć liderów KO i PSL, ale też SLD i UED. Wszyscy apelowali o parcie kandydatów KO w II turze.

Żadne wybory nigdy nie decydowały się w wyniku jednej konferencji, zatem oczywiście ta konferencja nie miała specjalnego wpływu na wyniki. Dzisiaj rozmawiamy o dużych miastach i to one będą tematem rozmów na najbliższe dni, a tam PiS jest słaby i przegrywa z KO i opozycja.
Pamiętajmy tylko, że zarówno Majchrowski, jak i Adamowicz nie są ludźmi Koalicji Obywatelskiej. To są ludzie anty-PiS-u, ale częściowo ośmieszyli KO. W przypadku Majchrowskiego to był on po prostu tak silny, że KO nie pozostało nic innego, jak go poprzeć, a w Gdańsku Koalicja Obywatelska wystawiła swojego kandydata, który nawet nie wszedł do II tury. To nie potwierdza euforii ze strony opozycji, że oto dokonało się coś spektakularnego i PiS jest w odwrocie. PiS jest w dalszym ciągu liderem i jeśli nic się nie zmieni, to za rok prawdopodobnie wygra wybory. Jeśli te wybory miałyby być fotografią nastroju Polaków, to można powiedzieć, że oprócz wchłonięcia Nowoczesnej przez PO niewiele z tej fotografii rodzinnej jest innego niż w 2015 roku. W dalszym ciągu głową rodziny czy najważniejszą postacią na tym zdjęciu jest Jarosław Kaczyński.

 

Dużo mówiło się przy okazji tych wyborów, że wynik sejmików będzie pierwszym prawdziwym „sondażem” poparcia. Ten dla PiS jest bardzo dobry.

Tak, bo PiS ma przewagę 7 punktów procentowych, co przy zastosowaniu metody D’Hondta nie oznacza, że to jest o 7 punktów więcej mandatów, tylko o 9 albo nawet 12 punktów więcej. Oczywiście to zależy od tego, kto wchodzi, a kto nie, np. od wyniku Kukiza czy PSL. Ale to w dalszym ciągu pokazuje, że PiS jest mocny mimo porażki w dużych miastach.