Banki wprowadzały frankowiczów w błąd

Problem kredytów frankowych to nie dywagacje makroekonomiczne, tylko kwestia rozstrzygnięć prawnych.

Jeden z naukowców postawił niedawno odkrywczą tezę, iż: „lobby frankowe insynuuje bankom, że na rynku tworzyły iluzje”. Podobne znajdziemy też w wywiadach prezesa Glapińskiego na temat polityki pieniężnej: ”Projekcja wskazuje, że inflacja się obniży, do czego się przyczyni wygaśnięcie lub osłabienie wielu czynników podażowych i regulacyjnych”. Cały wywiad szefa Narodowego Banku Polskiego o inflacjach, wzrostach PKB, projekcjach, strategiach to raczej „polskoładna” mowa, czyli kit, mający przykryć prawdziwe cele i problemy polityki pieniężnej.
Ów prezes Glapa nie znalazł miejsca i czasu by odpowiedzieć: jakież to czynniki podażowe, czyli kosztowe inflacji, ulegną osłabieniu lub wygaśnięciu, w sytuacji, gdy wszystko drożeje? A jakież to czynniki regulacyjne miałyby utrzymać inflację w ryzach, w sytuacji gdy regulacji proinflacyjnych przybywa a nie ubywa? Skąd w latach 2016 – 2020 wzrost podaży pieniądza aż o 58 proc., gdy wzrost nominalny produktu krajowego brutto to tylko 22 proc. Jak zlikwidować niemal 40-procentowy nawis inflacyjny (przyrost podaży pieniądza ponad PKB), gdy według Głównego Urzędu Statystycznego inflacja łącznie wyniosła 19 proc.? A co z rosnącym długiem publicznym?
Okazuje się, że sprawa kredytów „frankowych” ma związek z polityką nie tylko finansową. Dr. Krzysztof Kalicki na tę okoliczność przytacza stanowisko Komisji Nadzoru Finansowego oraz NBP przedłożone Sądowi Najwyższemu, które potwierdziło to, o czym rzekomo pisał od roku: „Banki nie czerpały korzyści finansowych ze zmiany kursu walutowego. Znaczny wzrost złotowej wartości kredytu (walutowego) nastąpiłby niezależnie od sposobu ustalania kursu w tzw. klauzuli przeliczeniowej” – to jakby o przyczynach inflacji, że: „ co prawda wzrosła, ale wyliczyliśmy ją poprawnie”. Im dalej – tym ciekawiej, bo„ wzrost obciążeń klientów z powodu aprecjacji franka nie miał istotnego wpływu na dochody banków, gdyż (…) miały one domkniętą pozycję walutową”. Za domykanie trzeba płacić, ale by zamknąć – trzeba wpierw otworzyć!
Zapytajmy więc: w czyim imieniu i po co banki pootwierały pozycje frankowe na ponad 100 mld CHF?. No i skąd wzięły franki? Nie wyjaśniają tego ani audytorzy, ani KNF ani Glapa, wię podpowiedzmy: otwierały je w imieniu swoim, po to by grać na rynkach finansowych, a franki utworzyły zapisem księgowym. I były one dobre i stabilne dopóty, dopóki udawało się utrzymać dłużnika w przeświadczeniu, że udzielono mu kredytu we frankach! Gdy pożyczasz kurę to masz oddać kurę, a nie pterodaktyla – tak sobie wydedukowali po latach, nie mając wglądu w księgi banku! A banki otwierały pozycje długie w CHF i domykały je kiedy chciały, także ze stratą, bo wiadomo, że straty zostaną pokryte przez kredytobiorców. Ale umowa o kredyt indeksowany nie zobowiązywała banków do otwierania pozycji długiej we franku, a klientowi krótkiej, lecz dawała bankom taką możliwość! Jeśli więc straty z gry banki łączą z kredytami indeksowanymi, to czemuż nie wspominają o wygranych?. Przecież wygrane były równie możliwe, a jeśli gra profesjonalista – bank, to nawet bardziej prawdopodobne.
Wielu specjalistów zaprzecza, iż banki płaciły wyższe prowizje handlowcom za kredyty walutowe niż złotowe, ale jak wytłumaczyć, że kredytu złotowego często odmawiano z powodu braku zdolności kredytowej?. Jeśli w procesie sprzedaży kredytów indeksowanych banki, bywało, postępowały powściągliwie, to zaangażowani w tym celu pośrednicy finansowi, poczynali z klientami zdecydowanie, a nawet agresywnie! I nie robili tego za darmo, bo wielu z nich zarobiło na kredytach „frankowych” krocie!
Jeżeli banki nie mają nic do ukrycia, to dlaczego twierdzą, że dokumentacja związana z akcją kredytową zaginęła? A teraz dlaczego tak gorączkowo lobbują? Po co akcja wynajmowania gazetowych i internetowych trolli, przecież wystarczyłaby w sądzie krótka odpowiedź na pozew i objaśnienie co też takiego w umowie i historii jej realizacji, się znajduje. Dlaczego zamiast ugód, banki tracą czas i środki na walkę z ludźmi? Zapewne liczą, że owe tajemne kredyty ostaną się jako dewizowe, czyli udzielone w walucie innego kraju. Jak banki zapisały w księgach, tak ma być i niepotrzebne są do tego interpretacje prawne.
Wielu specjalistów pisze, że KNF i NBP, stojące na straży stabilności finansowej państwa, potwierdziły poglądy ekonomistów i części prawników, że przyczyną kryzysu frankowego nie są abuzywne klauzule, tylko wzrost raty kredytu spowodowany wzrostem kursu franka. Wzrostu tego nikt nie był w stanie przewidzieć, ani oszacować czy wywołać, na którym bezpośrednio nie zarobiły banki, a pośrednio zaczęli zarabiać, głównie… prawnicy frankowiczów. A więc nieuczciwy kredytobiorca tak nagiął prawo, by bankowi płacić więcej, na czym nie zarabiał bank, tylko prawnicy – czyż tak? Jest to pogląd ciekawy, tyle że absurdalny.
„Lobby frankowe insynuuje, że na wolnym rynku banki tworzyły iluzje, którymi kierowało się prawie milion dorosłych, wykształconych, racjonalnych i doświadczonych ludzi. Teraz chcą banki pozbawić godności w celu przejęcia majątku”. Do takiego rozumienia ma przekonać mechanizm przyczynowo – skutkowy, na bazie dziejów ludzkości. Najpierw ogłosić kogoś czarownikiem, czy wiedźmą, albo zdrajcą, wydać wyrok, spalić na stosie i zabrać majątek. Zbrodnia doskonała „w majestacie prawa” – podkreśla w swoim wywodzie dr. K. Kalicki. Ale płacone coraz wyższe raty i odsetki to nie iluzja! Z jego wywodu wynika, że banki oferowały tanie kredyty tylko po to by „zapewnić społeczeństwu szeroki dostęp do tanich kredytów, bo Komisja Nadzoru Bankowego z Balcerowiczem na czele, chciały tego pozbawić” – tak twierdzili ówcześni rządzący. Nie chciały na nich zarabiać, ale los sprawił , że zarobiły i zarabiają znacznie więcej niż na innych kredytach! „Wszyscy żyli optymizmem co do umacniania się złotego i wejścia Polski do strefy euro. A prawnicy mieli wiedzieć, że każda decyzja ekonomiczna jest związana z niepewnością i niesie ze sobą ryzyko, zarówno po stronie konsumenta, jak i kontrahenta – podobnie jak każdy produkt finansowy czy usługa bankowa, nie tylko kredyt. Czy nie zauważają, że decyzja, którą podjęli kredytobiorcy, umożliwiła im zakup nieruchomości? A teraz sugerują, że system finansowy dokonywał operacji finansowych na podstawie oszustwa lub triku, co jest sprzeczne z regułami funkcjonowania rynków finansowych. Tę nieuczciwą argumentację wzmacnia sugestia, że banki masowo wprowadzały frankowiczów w błąd, a autorzy tych tez nie mają podstawowej wiedzy ekonomicznej, lecz tylko bajkowe wyobrażenie o funkcjonowaniu rynków finansowych”. Ale rzecz w tym, iż kredytobiorcy nie tylko nie mieli i nie mają wyobrażenia, ale nie znają się na tym w ogóle!. Jednak sęk w tym, że nie muszą, bo kredytobiorcy w żadną grę się nie angażowali. Natomiast banki „bajkowe wyobrażenie” o rynkach finansowych raczej miały, więc je poszerzyły o derywatywy, opcje dla firm, czy konstrukcje indeksacyjno – denominacyjne. Jednak w argumentowaniu na rzecz banków przydałoby się nieco powagi i sensu!
Zostawmy na inną okazję część dotyczącą złej interpretacji dyrektyw Unii Europejskiej, wypełniania bankowych obowiązków, zgodności kredytów z prawem, ustalania kursów, czy działań grup interesu przeciw społeczeństwu, choć ten ostatni aspekt liczni autorzy ujmują dość interesująco. Otóż ani prawo unijne ani polskie nie wspiera wywłaszczania z majątku, a odszkodowania nikt z kredytobiorców nie dochodzi. Lobbyści bankowi mają chyba rację, że takie niespójne z mechanizmami rynkowymi myśli prawne mogą funkcjonować tylko w Polsce, gdzie dowolna interpretacja prawa i rzeczywistości gospodarczej ma posłużyć transferowi wartości do rządzącego lobby, kosztem reszty społeczeństwa. To nie frankowicze nadużywają w Polsce prawa i to nie oni „oskubują” banki! A w sprawie zapętlenia argumentacji prawnej, bezumownego korzystania z kapitału i wzbogacenia się kredytobiorców bo płacą dużo, więc mają droższe mieszkania, radziłbym poczytać Y.N. Harariego ze zrozumieniem.
Są granice absurdu, o których dalej. Trudno bowiem wyobrazić owe setki tysięcy kredytobiorców, „knujących jak to sfalandyzować prawo, aby uzasadnić ekonomiczny rabunek banków dla stosunkowo wąskiej grupy interesu”. To nie kredytobiorcy, czy ich prawnicy wymyślili coś, co zdaniem banków i ich akolitów abuzywnością nie jest ani z punktu widzenia dyrektyw UE, ani procesów gospodarczych, którym te dyrektywy mają służyć. Zapisy o ochronie konsumentów mamy w polskim prawie od 2000 roku, a przepisy o obejściu prawa czy wprowadzeniu kontrahenta w błąd, już od 1964 r.; i nie są to zapisy skażone ideologią.
To nie systemy finansowe dokonują operacji na podstawie oszustwa lub triku. To co jest sprzeczne z obowiązującymi od stuleci regułami funkcjonowania rynków przygotowują ludzie. Tak też jest i było w bankach. Ponieważ bankowcy i ich prawnicy argumentują problem dość szeroko, powołując się m.in. na walkę klas czy grup, spróbujmy zawęzić tematykę do faktów, które bankowcy ewidentnie pomijają. Są one proste, jak lektura przywołanego wcześniej autora bestselerów. Przywołuje onże szereg ciekawych zależności między plemionami i grupami interesu, ale ku zmartwieniu bankowców – mają one niewielki związek z kredytami złotowymi indeksowanymi do walut obcych.
Z wszystkich zawartych umów indeksowanych do walut obcych wynika, że na ich podstawie udzielono kredytów złotowych, lecz banki postępowały tak, by utwierdzić klientów, że są to kredyty w walucie obcej. Umożliwiło to ukrywanie rzeczywistych rozliczeń w złotych. W procesie indeksowania nie zachodzi konieczność przewalutowania, zatem skąd i po co franki, skoro wiemy, że ich związek z kredytem jest żaden? Banki tego nie ujawniają, więc podpowiedzmy: znikąd!. Czyżby franki bank wpierw kupił od klienta, a potem je pożyczył, na co wskazują zapisy księgowe i niektóre wyjaśnienia?
Skoro wiemy, że żaden z kredytobiorców franków nie miał, a bank też ich nie angażował; aby wykazać rolę franka, należy przeanalizować „historię kredytu”, w której znajdziemy dwie instytucje prawne (np. przy kredycie na 100 tys. zł. i kursach w dniu jego przyznania: 2,00zł i 2,20 zł):
1) Transakcja sprzedaży krótkiej, w której bank zapisuje iż nabył od kredytobiorców prawo do 50 tys.CHF za cenę 100 tys. PLN. W ten sposób bank uzyskał należność w CHF oraz zobowiązanie na rzecz kredytobiorców w PLN. Nie ma tu innego źródła waluty obcej!
2) Udzielenie kredytu to właściwie zapłata za transakcję nr 1. Bank wypłaca kredytobiorcy 100 tys. zł tytułem spłaty zadłużenia za nabyte prawo do waluty. Złotówki zostają rozliczone, zostaje tylko należność banku od klienta w wysokości 50 tys CHF.
Transakcja nr 1 to typowa opcja, w której bank uzyskując pozycję długą, nabył prawo do waluty, nie ponosząc żadnych innych zobowiązań czy ryzyk, zaś klientowi przypisał pozycję „krótką”. Banki nie chcą zauważyć, że nawet przy stałym kursie waluty kredyt indeksowany jest droższy niż wynika to z zapisów umowy, a przy niewielkim wzroście indeksu PLN/CHF przekracza koszty kredytu oprocentowanego wg. WIBOR. Po przeliczeniu należności w CHF po kursie sprzedaży, już w dniu podpisania umowy zadłużenie z tytułu kredytu wynosi nie 100, ale 110 tys. PLN. Z kolei przy spłatach w złotych, obniża się kwotę w walucie CHF także o spread. Dzięki odwróceniu kursów dochodzi i do zawyżenia długu, i rat spłaty. Kwota kredytu zostaje rozłożona na wiele lat, a kilka procent dodane do każdej raty niewielkie, więc niełatwo to stwierdzić. Można to wykazać jedynie rozliczając kredyt w złotych, ale banki takich informacji nie przekazywały twierdząc np., że rozliczenie w złotych to sprawa wewnętrzna banku.
Wszystkie prognozy wskazywały, że PLN był w owych latach przewartościowany i że jego wartość spadnie wobec CHF jako stabilnej światowej waluty. Ktokolwiek ma minimum wiedzy o rynkach finansowych nie zawarłby takiej umowy, bowiem straty dla strony przyjmującej pozycją krótką są pewne, jak pewne są też korzyści strony przeciwnej, czyli banku. Po dokładnej analizie umowy wniosek jest oczywisty: Zobowiązanie kredytobiorcy wobec banku wynika wyłącznie z transakcji nr 1, czyli opcji walutowej, wbudowanej w umowę o kredyt. W chwili podpisania umowy kredytobiorca sprzedaje bankowi prawo do waluty, za co otrzymuje złotówki, z obowiązkiem odkupu prawa. Spłaty rat to właśnie ratalny wykup ustanowionego prawa. W ten sposób bank rozlicza wytworzone wcześniej aktywa frankowe. Jest to normalne w grze na instrumentach pochodnych, ale nie w umowach o kredyt hipoteczny. Nie ma tu waluty, jest tylko zapis księgowy w CHF, którego też być nie powinno, bowiem prawidłowe indeksowanie zamiany walut go nie wymaga.
Na tym umowa mogłaby się zakończyć, bo dalsze jej zapisy, to accidentalia negotii, czyli ozdobniki nadające jej kształt umowy o kredyt i wzmacniające pozycję banku. Aby to ustalić trzeba przeanalizować fakty dotyczące kredytu, by stwierdzić, że rzeczywista roczna stopa oprocentowania jest znacząco wyższa od zadeklarowanej w umowie, a kredyt droższy od wszystkich innych. Banki musiały te różnice uwzględniać w opracowaniu ofert kredytów, które były przedmiotem rozważań i poddane zatwierdzeniu przez zarządy.
Instrument finansowy w postaci opcji sprzedaży najtrafniej opisuje wbudowaną do umowy transakcję sprzedaży krótkiej, choć od typowej opcji różni go niezbywalność i brak dźwigni finansowej. Cechą wspólną derywatywów jest transakcja sprzedaży krótkiej, czyli odwróconej, wraz z którą całe ryzyko zostaje scedowane na kredytobiorcę. Właśnie taką rolę w umowie o kredyt odgrywa frank; nie jest potrzebny jako waluta, lecz jedynie jako indeks PLN/CHF do namnażania złotówek!
Sam proceder indeksacji jest prawnie dopuszczalny, jednak wymaga, aby znaczenie pojęć jak: definiendum (pojęcie definiowane, tu: PLN) oraz definiens (pojęcie określające definiendum), było zachowane. Ich zamiana zmienia naturę transakcji. Indeksowanie złotówki za pomocą wskaźnika PLN/CHF, bez zamiany na franka, nie naruszyłoby prawa, ale bank zarobiłby mniej. To właśnie efekt wytworzenia przez bank waluty obcej powoduje, że tak skonstruowany proceder przybiera formę instrumentu finansowego (opcji).
Tworząc pozycję walutową długą, bank niejako sprzedał/udostępnił kredytobiorcom walutę i powinien transakcję zapisać po kursie sprzedaży. Przy spłatach rat ewidentnie bank nabywa walutę, więc winien zastosować kurs kupna waluty, ale czynił odwrotnie. Kursy te są prawidłowe, jeśli przyjmiemy, że w ramach zawartej umowy, pierwszym stosunkiem prawnym jest kontrakt sprzedaży krótkiej prawa do waluty. Zastosowanie takich właśnie kursów jest sprzeczne z umową o kredyt denominowany, ale jest zgodne z transakcją sprzedaży krótkiej waluty, czyli opcji. Potwierdza to, że punktem wyjścia do zawarcia umowy tzw. frankowej był kontrakt na opcję walutową, której instrumentem bazowym jest indeks PLN/CHF. I nie chodzi tu o niezgodności kursów walut z tabelami, bo takowej w zasadzie nie ma. Chodzi tu o to, że w umowie o kredyt nie ma miejsca na transakcję sprzedaży krótkiej/odwróconej, czyli grę na rynkach finansowych.
Skoro bank skonstruował tak umowę, naruszył szereg przepisów dotyczących obrotu instrumentami finansowymi, a samą umowę o kredyt należałoby interpretować jako pozorną albo wtórną, której celem jest rozliczenie transakcji nabycia opcji. Bank nie spełnił żadnych obowiązków informacyjnych wynikających z implementacji dyrektywy europejskiej dotyczącej instrumentów i produktów finansowych. Nie wyjaśnił też kredytobiorcom ryzyka związanego z zawarciem umowy kredytu zawierającej instrument finansowy i nie poinformował, że w rzeczywistości przedmiotowa umowa taki instrument zawiera. Taka „umowa kredytu” zawarta przez strony ma na celu obejście ustawy (w szczególności art. 94 ustawy o instrumentach finansowych). Nieważność przedmiotowej umowy kredytu wynika nie tylko z jej poszczególnych postanowień, czy regulaminów, na podstawie których bank zamieniał pobrane złotówki na franki bez zlecenia kredytobiorców, stosując kursy odwrotne niż wynika to z natury i właściwości stosunku prawnego. Umowa jest również nieważna, jako mająca na celu obejście ustawy(art. 58 kc), gdyż zawiera w sobie konstrukcję instrumentu finansowego, co nie wynika z literalnego jej brzmienia.
Ponadto umowa jest sprzeczna z zasadami współżycia społecznego, ponieważ bank przedstawiając kredytobiorcom konkretny produkt bankowy w postaci kredytu waloryzowanego do CHF zachował się w sposób nielojalny wobec kredytobiorców, nie informując ich ani o ryzyku walutowym związanym z umową, ani o jej konstrukcji (art. 84 kc). Trudno taką umowę uznawać za ważną, bowiem jej konstrukcja i wykonanie potwierdzają, że chodzi w niej głównie o zwiększenie dochodów z indeksacji kosztem kredytobiorcy, który miał pozostawać w nieświadomości takiego stanu rzeczy! Ale z powodu wrednego TSUE sprawa się rypła, bo ów przypomniał polskim władzom, że prawa należy przestrzegać.

Możemy wymrzeć zanim zbiedniejemy

Pandemia koronawirusa nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu.
COVID-19 wprawdzie uderza w portfele wielu gospodarstw domowych, ale w znacznie mniejszym stopniu niż się obawiano. Nie sprawdziły się też obawy o wzrost zadłużenia konsumentów – dziewięć na dziesięć osób zaprzecza, by aktualna sytuacja gospodarcza zmusiła ich do sięgnięcia po kredyt lub pożyczkę. Co więcej, ponad połowa ankietowanych (55 proc.) odrzuca taką możliwość w kolejnych miesiącach. W czasach kryzysu nie chcemy zaciągać długów, a częściej wspieramy się zaskórniakami.
Koronawirus uszczuplił oszczędności co trzeciej rodziny. Choć ekonomicznych skutków pandemii trudno nie zauważyć, to jednak nie są one aż tak dotkliwe jak spodziewano się jeszcze sześć miesięcy temu. Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Federację Konsumentów i Fundację Rozwoju Rynku Finansowego, 61 proc. gospodarstw domowych nie odczuwa negatywnych efektów pandemii dla stanu swoich finansów.
Pogorszenie sytuacji materialnej zadeklarowała jedna trzecia badanych. W grupie tej, co oczywiste przeważają osoby młode, w wieku 18 – 24 lata i 25 – 34 lata. Mimo zauważalnego pogorszenia, nie zmienili oni jednak swoich dotychczasowych nawyków finansowych. Nie zajęli się też większą kontrolą swoich wydatków – do ich ograniczania przyznaje się bowiem jedynie 16 proc. ankietowanych. Generalnie, w większości rodzin w Polsce (56 proc.) poziom wydatków pozostał na takim samym poziomie jak przed marcem 2020 r.
COVID-19 nie spowodował również zbytnich trudności w spłacie stałych miesięcznych zobowiązań, takich jak np. czynsz za mieszkanie czy rata kredytu. Tylko 1 na 10 osób wskazuje na taki problem.
Pomimo dosyć powszechnego przekonania, że Polacy często żyją na kredyt i chętnie sięgają po pożyczki, to w przypadku gorszych i niepewnych czasów sytuacja jest niemal odwrotna. Raczej nie zaciągamy długów, gdy istnieje realne ryzyko, że możemy mieć problem z ich spłatą. Zresztą, gdybyśmy nawet wtedy chcieli je zaciągać, trudno byłoby znaleźć chętnych do udzielania pożyczek.
Polacy, spytani o to jakie byłyby ich zachowania finansowe w przypadku znalezienia się w trudnej sytuacji ekonomicznej wskazują w pierwszej kolejności na rezygnację z wydatków na abonament za telefon, internet czy dostęp do popularnych serwisów muzycznych i filmowych. Co drugi badany uznaje ów scenariusz za prawdopodobny.
Następnym w kolejności rozwiązaniem, wskazywanym przez jedną trzecią respondentów jest sprzedaż części swojego majątku, np. biżuterii czy samochodu. Dopiero na trzecim miejscu znalazła się możliwość zaciągnięcia kredytu lub pożyczki – taką opcję rozważyłoby 30 proc. ankietowanych. Świadczy to o tym, że Polacy realnie oceniają działalność banków komercyjnych w swoim kraju i rozumieją, że gdy znajdą się w trudnej sytuacji finansowej, żaden bank nie pożyczy im nawet grosza. Wiadomo, że banki w Polsce najchętniej pożyczają pieniądze ludziom zamożnym. Firmy pożyczkowe wprawdzie pożyczą – ale tym bardziej zaostrzają warunki zwrotu i zdzierają skórę z pożyczkobiorców, im są oni biedniejsi.
Zastawienie swojego majątku w lombardzie lub innym podobnym miejscu dopuszcza co piąty respondent. Natomiast jako ostateczność traktujemy zaprzestanie spłacania stałych zobowiązań – aż 72 proc. osób wprost odrzuca ten wariant zachowania, nawet w razie kłopotów finansowych. Rozumiemy bowiem, że niepłacenie stałych rachunków grozi poważnymi konsekwencjami, nawet tak groźnymi jak utrata mieszkania. – Jedną z obaw, jaka towarzyszy nam przy decyzji kredytowej, jest ryzyko nagłej utraty zdolności do terminowej spłaty długu. To świadczy o ostrożnym i odpowiedzialnym podejściu konsumentów do kwestii zadłużania się – uważa Agnieszka Wachnicka, prezes Fundacji Rozwoju Rynku Finansowego.
Tak więc, wyniki badania nie tylko wskazują na to, że w czasach kryzysu z dystansem podchodzimy do kredytów i pożyczek, ale równocześnie obalają popularny mit, że te służą nam głównie do regularnego uzupełniania luk w budżecie domowym. – Jako główny powód zaciągania kredytów i pożyczek konsumenci wskazują na pojawienie się u nich dużego wydatku, którego nie są w stanie pokryć z bieżących dochodów. Częściej w ten sposób finansujemy impulsywne zakupy, na przykład związane z atrakcyjną promocją na jakiś produkt lub usługę, niż ratujemy się pożyczkami w razie chwilowych problemów finansowych – mówi Kamil Pluskwa-Dąbrowski, prezes Federacji Konsumentów.
Respondenci wskazali, że w razie kłopotów finansowych częściej skorzystamy z debetu na koncie lub karty kredytowej niż wesprzemy się kredytem bądź pożyczką. Jednak zamiast sięgać po produkt kredytowy z dużą dozą prawdopodobieństwa w pierwszej kolejności sięgniemy po nasze zaskórniaki. Problem jednak w tym, że one mocno stopniały w ostatnich miesiącach.
Koronawirus uszczuplił nasze oszczędności. Wprawdzie większość Polaków radzi sobie finansowo, a przynajmniej nie narzeka na kondycję swojego domowego budżetu w czasie pandemii. Jednakże fakt, iż co trzecia osoba przyznaje, że jej oszczędności zmalały w związku z COVID-19, wyraźnie zmniejsza poczucie naszego bezpieczeństwa finansowego. Dochody wielu z nas nieco zmniejszyły się w czasie kolejnych lockdownów, więc te ubytki pokrywaliśmy w pierwszej kolejności właśnie oszczędnościami. Po to zresztą odkładamy pieniądze. Respondenci zapytani o cel gromadzenia oszczędności wskazują właśnie na nieprzewidziane wydatki (53 proc.) oraz na tzw. czarną godzinę, związaną z chorobą, jakimś nieszczęściem losowym, utratą pracy lub innego źródła dochodu (46 proc.).
Niepokojący jest fakt, że 14 na 100 Polaków informuje, iż nie posiada jakiegokolwiek zabezpieczenia finansowego. Badani nie widzą też większych szans na zmianę sytuacji w kolejnych miesiącach. Oznacza to, że dosyć łatwo można w Polsce osunąć się w biedę – ale jakoś nie widać, aby taka ewentualność specjalnie nas martwiła.
Ponadto, nie za bardzo wierzymy, że doświadczenia z pandemii zmotywują Polaków do oszczędzania. Zaledwie co trzecia osoba uważa COVID-19 za jakiś impuls do gromadzenia środków na gorsze czasy. Czyli, koronawirus nie uderzył na po kieszeni na tyle boleśnie, byśmy zaczęli poważnie martwić się o naszą finansową przyszłość.
Tak więc, pandemia na razie nie wpędza nas w biedę. Problem jest inny. Za sprawą nieudolności rządu PiS i jego obojętności na cierpienia Polaków, wpędza nas do grobu. Dzienne liczby zgonów przerażają – są najwyższe w Europie, choć przecież wiele krajów europejskich ma znacznie więcej mieszkańców niż Polska.
Rząd Prawa i Sprawiedliwości w ubiegłym roku chwalił się, jak to świetnie radzi sobie z pandemią. W rzeczywistości radzi sobie fatalnie. Rząd dysponował wszelkimi możliwościami, aby przygotować Polskę na nadejście koronawirusa. Miał czas, pieniądze i wiedzę o doświadczeniach krajów, które wcześniej zostały dotknięte tym nieszczęściem. Mimo to, nie uchronił Polaków przed tragicznym wymiarem pandemii – zresztą, nawet wcale się nie starał. Dla członków obecnej ekipy istotna jest bowiem władza i stanowiska, a nie życie ich poddanych – bo za takich uważają oni obywateli.

Kredytobiorca na tarczy

Napływa coraz więcej sygnałów, że banki utrudniają klientom skorzystanie z ustawowych wakacji kredytowych, przyjętych w związku z pandemią.

Tak zwana tarcza antykryzysowa 4.0. wprowadziła szanse uzyskania ochrony przed skutkami zamknięcia gospodarki w wyniku pandemii COVID-19. Jednym z przyjętych rozwiązań jest możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytowej, czyli tzw. „ustawowe wakacje kredytowe”, które dają konsumentom prawo do zawieszenia spłaty kredytu na okres do trzech miesięcy, bez naliczania odsetek i innych opłat. Z tego rozwiązania może skorzystać osoba, która w wyniku pandemii straciła pracę lub inne główne źródło dochodu.
Niestety, z sygnałów napływających do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, między innymi od stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu wynika, że banki mogą utrudniać lub wręcz uniemożliwiać klientom skorzystanie z tego prawa.
Zdarza się, że ludzie zwracający się do banku z prośbą o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych, nawet jeśli spełniają warunki, nie otrzymują ani propozycji skorzystania z tego rozwiązania, ani pełnej informacji o warunkach zawieszenia spłaty rat.Według sygnałów, które do nas docierają, konsument może nie otrzymywać jakiejkolwiek informacji czy potwierdzenia warunków zawieszenia wykonywania umowy. Jest natomiast nakłaniany do skorzystania wyłącznie z bankowego memorandum – wyjaśnia prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Tak więc, w wielu przypadkach konsumenci otrzymują w bankach wyłącznie ofertę skorzystania z bankowego, znacznie kosztowniejszego dla nich odroczenia płatności kredytu. Dzieje się tak wówczas, gdy zwracają się do władz banku o ustawowe, darmowe wakacje kredytowe i spełniają ustawowe kryteria do ich udzielenia.
Takie działania banków podważają sens funkcjonowania ustawowych wakacji kredytowych, które zostały przyjęte po to, aby ułatwić sytuację gospodarstw domowych, szczególnie dotkniętych ekonomicznymi skutkami pandemii. Te przepisy znalazły się w tarczy antykryzysowej jako jedno z ważnych rozwiązań chroniących konsumentów na rynku finansowym – tymczasem pojawiają się próby ich omijania.

-Wszcząłem postępowanie wyjaśniające w tej sprawie – sprawdzimy w nim czy w warunkach oferowania ustawowych wakacji kredytowych oraz w sposobie informowania o tym rozwiązaniu przez 26 banków dochodzi do wspomnianych nieprawidłowości. Jeśli niepokojące informacje przekazane do Urzędu się potwierdzą, będę wyciągał konsekwencje prawne wobec tych banków, które oferując korzystne dla siebie rozwiązania, naruszyły interes i prawa konsumentów – zapowiada prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
UOKiK zachęca tych konsumentów, którzy spotkali się z problemami przy próbach zawieszenia wykonywania umowy kredytowej na postawie przepisów tarczy antykryzysowej 4.0, aby informowali o tym poprzez adres mailowy monitoring@uokik.gov.pl.
Urząd przypomina, że obecne przepisy dają możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytu konsumenckiego, hipotecznego oraz innych kredytów (zapisanych w art. 69 ustawy prawo bankowe), zarówno w części kapitałowej, jak i odsetkowej – czyli, że nie płaci się ani samej raty, ani procentów. W tym okresie kredytodawca nie może też pobierać żadnych innych opłat, z wyjątkiem składek za umowy ubezpieczenia powiązane z umową kredytu.
Z zawieszenia wykonywania umowy kredytowej mogą skorzystać ci konsumenci, którzy po 13 marca br. stracili pracę lub inne główne źródło dochodu. Maksymalny termin zawieszenia wykonania umowy wynosi trzy miesiące. Okres kredytowania, jak i wszystkie terminy przewidziane w umowie kredytu, ulegną stosownemu przedłużeniu o okres zawieszenia.
Jeśli bank wcześniej zawiesił konsumentowi spłatę kredytu na warunkach komercyjnych, to także ma on prawo by zwrócić się o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych. Wówczas bank jest obowiązany udzielić mu ustawowych wakacji kredytowych – a przerwać przyznane mu przez siebie wakacje komercyjne

Kredytobiorca na tarczy

Napływa coraz więcej sygnałów, że banki utrudniają klientom skorzystanie z ustawowych wakacji kredytowych, przyjętych w związku z pandemią.

Tak zwana tarcza antykryzysowa 4.0. wprowadziła szanse uzyskania ochrony przed skutkami zamknięcia gospodarki w wyniku pandemii COVID-19. Jednym z przyjętych rozwiązań jest możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytowej, czyli tzw. „ustawowe wakacje kredytowe”, które dają konsumentom prawo do zawieszenia spłaty kredytu na okres do trzech miesięcy, bez naliczania odsetek i innych opłat. Z tego rozwiązania może skorzystać osoba, która w wyniku pandemii straciła pracę lub inne główne źródło dochodu.
Niestety, z sygnałów napływających do Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, między innymi od stowarzyszenia Stop Bankowemu Bezprawiu wynika, że banki mogą utrudniać lub wręcz uniemożliwiać klientom skorzystanie z tego prawa.
Zdarza się, że ludzie zwracający się do banku z prośbą o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych, nawet jeśli spełniają warunki, nie otrzymują ani propozycji skorzystania z tego rozwiązania, ani pełnej informacji o warunkach zawieszenia spłaty rat.Według sygnałów, które do nas docierają, konsument może nie otrzymywać jakiejkolwiek informacji czy potwierdzenia warunków zawieszenia wykonywania umowy. Jest natomiast nakłaniany do skorzystania wyłącznie z bankowego memorandum – wyjaśnia prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Tak więc, w wielu przypadkach konsumenci otrzymują w bankach wyłącznie ofertę skorzystania z bankowego, znacznie kosztowniejszego dla nich odroczenia płatności kredytu. Dzieje się tak wówczas, gdy zwracają się do władz banku o ustawowe, darmowe wakacje kredytowe i spełniają ustawowe kryteria do ich udzielenia.
Takie działania banków podważają sens funkcjonowania ustawowych wakacji kredytowych, które zostały przyjęte po to, aby ułatwić sytuację gospodarstw domowych, szczególnie dotkniętych ekonomicznymi skutkami pandemii. Te przepisy znalazły się w tarczy antykryzysowej jako jedno z ważnych rozwiązań chroniących konsumentów na rynku finansowym – tymczasem pojawiają się próby ich omijania.

– Wszcząłem postępowanie wyjaśniające w tej sprawie – sprawdzimy w nim czy w warunkach oferowania ustawowych wakacji kredytowych oraz w sposobie informowania o tym rozwiązaniu przez 26 banków dochodzi do wspomnianych nieprawidłowości. Jeśli niepokojące informacje przekazane do Urzędu się potwierdzą, będę wyciągał konsekwencje prawne wobec tych banków, które oferując korzystne dla siebie rozwiązania, naruszyły interes i prawa konsumentów – zapowiada prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
UOKiK zachęca tych konsumentów, którzy spotkali się z problemami przy próbach zawieszenia wykonywania umowy kredytowej na postawie przepisów tarczy antykryzysowej 4.0, aby informowali o tym poprzez adres mailowy monitoring@uokik.gov.pl.
Urząd przypomina, że obecne przepisy dają możliwość zawieszenia wykonywania umowy kredytu konsumenckiego, hipotecznego oraz innych kredytów (zapisanych w art. 69 ustawy prawo bankowe), zarówno w części kapitałowej, jak i odsetkowej – czyli, że nie płaci się ani samej raty, ani procentów. W tym okresie kredytodawca nie może też pobierać żadnych innych opłat, z wyjątkiem składek za umowy ubezpieczenia powiązane z umową kredytu.
Z zawieszenia wykonywania umowy kredytowej mogą skorzystać ci konsumenci, którzy po 13 marca br. stracili pracę lub inne główne źródło dochodu. Maksymalny termin zawieszenia wykonania umowy wynosi trzy miesiące. Okres kredytowania, jak i wszystkie terminy przewidziane w umowie kredytu, ulegną stosownemu przedłużeniu o okres zawieszenia.
Jeśli bank wcześniej zawiesił konsumentowi spłatę kredytu na warunkach komercyjnych, to także ma on prawo by zwrócić się o udzielenie ustawowych wakacji kredytowych. Wówczas bank jest obowiązany udzielić mu ustawowych wakacji kredytowych – a przerwać przyznane mu przez siebie wakacje komercyjne.

Banki przykręcają śrubę

Ten, kto nie kupił mieszkania czy domu przed wybuchem epidemii, może teraz żałować.

Spada zdolność kredytowa Polaków. Pandemia koronawirusa przemeblowała rynek kredytów hipotecznych – chociaż na razie widzimy dopiero pierwsze efekty zmian w podejściu banków. Kredytodawcy zwiększają wymogi wobec klientów i bardziej konserwatywnie podchodzą do oceny ryzyka.
W ciągu dwóch miesięcy zmieniły się nie tylko oczekiwania co do rozwoju sytuacji gospodarczej, ale również cena pieniądza. Po dwóch obniżkach stóp procentowych wskaźnik WIBOR 3M (Warsaw Interbank Offer Rate – stopa procentowa, po jakiej banki udzielają pożyczek innym bankom) znajduje się na poziomie 0,7 proc. Najniższym w historii i aż o 1 punkt procentowy niższym niż na początku 2020 roku.
Rezultaty rynkowej rewolucji zauważyć można, jeśli porównamy ze sobą oferty, które dzieli zaledwie dwumiesięczna przestrzeń. Wzięliśmy pod lupę „przedepidemiczne” propozycje – i symulacje prezentowane przez banki w kwietniu dla tego samego profilu klienta w rankingu kredytów hipotecznych Bankier.pl.
Założyliśmy, że o kredyt stara się bezdzietne małżeństwo.Klienci mają co miesiąc do dyspozycji 6200 zł. Oboje utrzymują się z umów o pracę na czas nieokreślony. Dochody gospodarstwa obciąża tylko utrzymanie jednego samochodu. Przykładowi klienci nie korzystają w momencie wnioskowania z żadnego produktu kredytowego.
Dwuosobowa rodzina zarabiająca co miesiąc 6200 zł mogła w kwietniu liczyć na kredyt hipoteczny niższy nawet o 140 tys. zł niż w lutym br. – wynika z analizy Bankier.pl.
Banki w różnym tempie aktualizują oprocentowanie kredytów hipotecznych – w symulacjach przygotowanych na potrzeby kwietniowej edycji rankingu część instytucji bazowała już na nowych stawkach, a niektóre nadal na starych.
Można byłoby spodziewać się, że skoro spada oprocentowanie zobowiązania (i zarazem rata płacona przez klientów), to wzrośnie szacowana przez banki zdolność kredytowa gospodarstwa domowego. Tak jednak w większości przypadków się nie dzieje, co świadczy dobitnie o zmianie nastawienia kredytodawców. Obniżka stóp procentowych w większości banków nie spowodowała wzrostu zdolności kredytowej klientów. Zdolność kredytowa przy minimalnym wkładzie własnym to coraz rzadsza opcja.
Zmianę polityki banków widać także w wymaganiach stawianych potencjalnym kredytobiorcom. Minimum wkładu własnego podniósł od lutego m.in. Bank Ochrony Środowiska, Pekao Bank Hipoteczny i PKO BP. Te instytucje jeszcze dwa miesiące temu gotowe były udzielić kredytu klientom wpłacającym tylko 10 proc. wartości nieruchomości ze swoich oszczędności. W kwietniu nie ma ich już na liście potencjalnych kredytodawców w takim scenariuszu.
Zdolność kredytowa profilowych kredytobiorców wzrosła tylko w Alior Banku oraz, symbolicznie, w Banku Millennium. Szczególnie interesującym przypadkiem jest natomiast mBank, w którym klienci mogliby liczyć w kwietniu na kwotę niższą o ponad 140 tys. zł. Ten bank w symulacji opierał się jeszcze na wskaźniku WIBOR 3M sprzed obniżek i jednocześnie podniósł marżę kredytową. Daje to spadek zdolności kredytowej, który zasługuje na miano spektakularnego.
Kredyt mieszkaniowy z 20-procentowym wkładem własnym jeszcze do niedawna mógł być określany mianem „standardowego”. Wszystkie banki aktywne na rynku gotowe były udzielić finansowania na takich warunkach. To jednak także już przeszłość – wyższej wpłaty wymagał w kwietniu ING Bank Śląski oraz Bank Ochrony Środowiska.
W zestawieniu ponownie przewagę mają banki, które obniżyły szacunki maksymalnej zdolności kredytowej (pomimo, przypomnijmy, obniżki stóp procentowych). Najwyższą kwotę proponuje Bank Pocztowy (740 tys. zł), który w lutym oceniał finansową wydolność profilowych klientów na 670 tys. Tak więc, przy 20 proc. wkładu własnego też ubywa kredytodawców.
W kwietniowej edycji rankingu kredytów hipotecznych banki przygotowały także symulacje dla nowego scenariusza – wpłaty własnej w wysokości 30 proc. wartości nieruchomości. Niewykluczone, że jeśli kredytodawcy zdecydują się dalsze zaostrzanie polityki kredytowej, tę opcję będzie można wkrótce nazwać nowym standardem.
Lista takich kredytodawców poszerza się o ING Bank Śląski. Bank Ochrony Środowiska nie został ujęty w zestawieniu – oczekuje wpłaty już 40 proc. wartości inwestycji z oszczędności klienta.
Najostrzejszy szacunek zdolności kredytowej przedstawił Bank Pocztowy. Na kolejnych pozycjach znalazły się BNP Paribas Bank oraz Bank Pekao. Przy maksymalnym wykorzystaniu finansowania, kredytobiorcy musieliby się liczyć z comiesięczną ratą pochłaniającą około połowy dochodu.
To jednak nie wszystko. Zmiany nastąpiły również w cennikach. Częściowo w wyniku zakończenia czasowych promocji (i nie wprowadzeniu nowych), a w części poprzez korekty podstawowych stawek. Porównaliśmy oferty banków dla tego samego profilu gospodarstwa domowego w okresie „przedpandemicznym” (luty 2020 r.) i po zamrożeniu gospodarki.
Założyliśmy, że o kredyt stara się wspomniane bezdzietne małżeństwo, mające co miesiąc do dyspozycji 6200 zł. Klienci zamierzają nabyć mieszkanie na rynku pierwotnym we Wrocławiu. 50-metrowy lokal na peryferiach miasta kosztuje 337,5 tys. zł.
Wyniki zestawienia nie pozostawiają złudzeń – w ciągu dwóch miesięcy znacząco zmieniły się parametry proponowanych kredytobiorcom produktów. W większości banków marże są dziś wyższe o kilkanaście punktów bazowych. Ponieważ w międzyczasie spadły stopy procentowe (a wraz z nimi wskaźniki WIBOR), to raty zobowiązania i tak uległy obniżeniu. Warto jednak pamiętać, że marża w całym okresie trwania umowy jest stała, klienci będą skazani na ustalone dziś warunki. Chyba że za kilka, kilkanaście lat zdecydują się na refinansowanie
Spośród 13 banków aż 8 podwyższyło marżę kredytową. Zmiany mieszczą się w przedziale od kosmetycznej korekty o 0,1 pp. do 0,6 pp. Czterech kredytodawców zaproponowało rankingowym klientom te same warunki cenowe, a w Alior Banku stawka w kwietniu była niższa niż w lutym.
Trend stopniowego podnoszenia marż, zwłaszcza przy niskim wkładzie własnym klienta, obserwowaliśmy od kilkunastu miesięcy. Średnia stawka pięła się powoli, ale systematycznie w górę.
„Epidemiczne” podwyżki mają jednak zupełnie inny charakter – w krótkim czasie na podobny krok zdecydowało się wielu kredytodawców. To niespotykana od lat sytuacja, którą wyzwoliły zewnętrzne warunki – niepewność, spodziewany wzrost kosztów ryzyka, pewne „jak w banku” obniżenie rentowności działania.

Biedni, ale dumni!

Od kwietnia 2019 roku czekam na wyznaczenie przez sąd w Warszawie terminu rozprawy apelacyjnej w sprawie mojej przeciwko bankowi. Pierwszą instancję wygrałem, bank się oczywiście odwołał. Idzie o kredyt hipoteczny w CHF, który zaciągnąłem przeszło 10 lat temu, żeby móc gdzieś mieszkać. Bo uwierzyłem, że się da. Bo nie chciałem się tułać po kwaterach na początku drogi w dorosłość.

Z uwagą śledzę polemikę nurtu prorynkowego z nurtem śpiewakowsko-zanbergowskim w twitterowym sporze o stan mieszkalnictwa w Polsce. Asumpt do dyskusji dał Janek Śpiewak pisząc, że ludzie, którzy dostali od państwa mieszkania za komuny, mieli nieporównywalnie łatwiej niż ci, którzy muszą na nie zaprzęgnąć się w chomąto kredytu i żyć z nim przez 30 lat. Zgodził się z nim Adrian Zandberg, i ja też się z nim zgadzam, bo żaden przytomnie myślący Polak i Polka nie zgodzić się z tą prawdą nie może. Zwłaszcza taki Polak i Polka, którzy uwierzyli, że dzięki swojej uczciwości i ciężkiej pracy, zarobią na mieszkanie i będzie się w nim im żyło dostatnio. Nie wzięli jednak pod uwagę, że nasza uczciwość nie musi iść w parze z uczciwością tych, którzy pieniądze na własny kąt pożyczą.

Rację ma Zandberg mówiąc, że polityka mieszkaniowa III RP, to jeden z najbardziej wstydliwych grzechów nowej Polski; jej ramy programowe nakreślił ongiś z rozbrajającą szczerością prezydent Bronisław Komorowski, radząc młodej, wykształconej osobie, której bank odmówił zdolności, aby zmieniła pracę, wzięła kredyt i kupiła sobie wreszcie mieszkanie. Przecież to takie proste. Jeśli jednak człowiek nie chce brać kredytu na 30 czy 40 lat, a ma to szczęście, że może dostać lokal w spadku, może wszak sobie przeczekać czas do zgonu właściciela kątem u znajomych albo w wynajmowanej kawalerce, o ile go stać. Może również mieszkać u mamusi sam, sam z partnerem/partnerką lub z progeniturą i psem, jak to często się u nas zdarza. 3 metry kwadratowe na obywatela, ale za to jakie niskie opłaty.

Lewica ma pomysł na mieszkalnictwo. Tak przynajmniej twierdzi. Chce, aby to państwo przejęło na siebie trudy budowania mieszkań dla rodaków. Popieram w całej rozciągłości. To, w jaki sposób banksterka wraz z deweloperką hasa sobie po polskich miastach bez żadnej kontroli, woła o pomstę do nieba. Kto nie wierzy, niechaj przypomni sobie akcję z burmistrzem warszawskich Włoch i pieniędzmi przerzucanymi z auta do auta. Jak koleś dostał od dewelopera 200 tysięcy łapówki za „ułatwienie” zdobycia pozwolenia na budowę, to wyobraźcie sobie Państwo, jakie pieniądze są „w puli”. Przecież burmistrz, to tylko jeden z elementów tej układanki. W recepcie lewicy tkwi jednak pewne niebezpieczeństwo.

Pomysły lewicy mają się tyczyć przyszłości. To zrozumiałe. Raczej nikt nie wyobraża sobie, żeby znacjonalizować to, co się już zbudowało lub buduje. Co jednak zrobić z tymi wszystkimi naiwnymi, takimi jak choćby ja, którzy zaciągnęli kredyty na wolnym rynku, albo wyżyłowali się z ostatniego grosza, i nabyli mieszkania za swoje albo bankowe? Uwierzyli w państwo, że nie ich samym sobie, uwierzyli w obietnice prezydenta Dudy, który obiecywał, że rozliczy frankowy geszeft, a ostatecznie okazało się, że żaden polityk nie zamierza w ich sprawie kiwnąć palcem, żeby nie narazić się bankom. Chcemy pomagać nowym i młodym, ale co z całą rzeszą średnio-młodego pokolenia? Mieliście pecha, że urodziliście się w czasie przeciągu, między komuną a kapitalizmem? To trochę za mało, jak na mój gust.

Nie wiem jak wybrnąć z tej matni. Wiem jednak na pewno, że nie można podzielić ludzi na tych, którzy „sfrajerzyli” i na szczęśliwców, urodzonych pod szczęśliwą, nomen omen, gwiazdą. Bo to najprostsza droga do jeszcze większej polaryzacji i atomizacji Polaków i Polski en masse. Coś jednak zrobić trzeba, bo kto jak kto, ale nowoczesna lewica, jeśli już chce chwytać za łopaty i nimi pracować, powinna zasypywać rowy rozwarstwienia, które przez ostatnie 30 lat w Polsce wykopano między biednymi a bogatymi, między wsią a miastem, frankowiczem i złotówkowiczem. Żniwo bowiem wielkie, ale robotników mało.

Szybko wykończyć? To nie takie proste

Droga od stanu surowego do gotowego bardzo często jest długa, skomplikowana i kosztowna.

Jeżeli ktoś, kto chce nabyć mieszkanie, pokona już wszystkie kłopoty z niewystarczającą zdolnością kredytową i wysokimi marżami banków (takie jak opisane poniżej) to wreszcie może zająć się rzeczywistym kupowaniem swojego M. Proces zakupu mieszkania to jednak nie tylko kwestia wyboru lokalizacji i metrażu czy sfinalizowanie satysfakcjonującej nas transakcji. Jest jeszcze ostatni etap – wykończenie, a więc doprowadzenie lokum do zadowalającego nas standardu.
Okazuje się, że Polacy mają z tym sporo kłopotu – co pokazuje raport Gumtree.pl „Jak Polacy kupują mieszkania? Oczekiwania, motywacje, obawy” .
Według tych badań, tylko około 44 proc. szczęśliwców może pochwalić się tym, że zakupiona przez nich nieruchomość została wykończona już w ciągu pół roku od chwili jej odebrania. 37 proc. zapytanych Polaków musiało czekać na ten szczęśliwy moment powyżej sześciu miesięcy, ale nie dłużej niż rok. Natomiast 14 proc. z nas czeka jeszcze dłużej, bo nawet do 2 lat.
Jak deklarują badani, blisko co czwarte mieszkanie w Polsce kupowane jest w stanie pozwalającym na wprowadzenie się do niego niemalże od ręki. Niezależnie od tego, czy nieruchomość jest nowa u kupowana na rynku pierwotnym, czy też na wtórnym, najczęściej wymaga ona dokonania prac wykończeniowych, remontu – bądź przynajmniej umeblowania. Natomiast prawie trzy czwarte mieszkań kupowanych jest w stanie jak najbardziej surowym, co oznacza konieczność wykonania jeszcze żmudnych i kosztownych robót.
W związku z tym, pojawia się kwestia dodatkowych środków, które trzeba zdobyć – no i przeznaczyć na dostosowanie mieszkania swoich upodobań i potrzeb.
Są to wydatki wprawdzie przewidywane, ale będące często poza naszym budżetem. Mimo że ponad 65 proc. przebadanych osób zadeklarowało, że o ewentualnym remoncie czy wykończeniu mieszkania myślało jeszcze przed jego zakupem i zgromadziło w tym celu oszczędności, to spora część kupujących – bo aż 39 proc. – musiała się posiłkować dodatkowymi pieniędzmi z kredytu. Powiększanie sumy kredytu lub zaciąganie nowego, to jednak dość kosztowna przyjemność. Tylko co piąty Polak mógł w tym zakresie liczyć na pomoc z zewnątrz, na przykład od rodziny.
W dodatku, teraz jest trudniej niż jeszcze 10 lat temu. Wraz z kryzysem finansowym, którego szczyt przypadł na lata 2008-2009, skończyły się bowiem czasy, w których polscy konsumenci mogli ubiegać się o tanie kredyty hipoteczne, udzielane na kwotę nawet o 10-20 proc wyższą niż wartość kupowanego mieszkania. Dziś zaciągnięcie takiego zobowiązania wiąże się z obowiązkiem posiadania wkładu własnego na poziomie minimum 10 proc.
– Dostępność kredytów ograniczają też coraz wyższe marże. Takie okoliczności nie ułatwiają przyszłym właścicielom pozyskania środków na wykończenie ich lokum – zauważa ekspertka Katarzyna Merska, Koordynator ds. Komunikacji Gumtree.pl. W oczekiwaniu na finisz prac, duże znaczenie ma nie tylko kwestia pieniędzy, ale także czasu, w jakim nasze mieszkanie zostanie doprowadzone do stanu gotowego.
Dla zdecydowanej większości ankietowanych, oczekiwanie na wykończenie mieszkania to doświadczenie nowe. Spośród osób kupujących w Polsce mieszkania, dla 72 proc. nabywane przez nich „M” było ich pierwszą nieruchomością na własność. 21 proc. badanych już wcześniej posiadało mieszkanie własnościowe. 7 proc. kupiło zaś kolejne, dodatkowe lokum. Największy problem ze zdobyciem środków na prace wykończeniowe mają oczywiście ci pierwsi. Warto zauważyć, że rośnie liczba Polaków którzy zdecydowali się na kupno mieszkania w celach inwestycyjnych. W tym roku stanowili oni 13 proc. spośród tych, co dokonują zakupów nieruchomości.
Coraz popularniejszym sposobem ulokowania kapitału w nieruchomościach jest tzw. house flipping. To sposób zarabiania, który polega na kupnie mieszkania po okazyjnej cenie w celu wyremontowania go i szybkiej odsprzedaży z zyskiem.
Ta tendencja nasila się już od 3 lat. Powoduje to malejącą podaż mieszkań do remontu za rozsądną cenę. Z drugiej strony, przybywa lokali urządzonych z przesadnym przepychem. – Klienci, którzy kupują takie gotowe mieszkania, muszą jednak liczyć się w nieodległej perspektywie ze spadkiem cen – uważa Tomasz Błeszyński, doradca rynku nieruchomości.

Nie zawieszać pochopnie

Dla mikroprzedsiębiorców uiszczanie składek ZUS to nieprzyjemny obowiązek zwłaszcza wtedy, gdy ich sezonowe biznesy przynoszą niskie – lub zerowe – przychody.

Gdy interes nie idzie tak jak tego oczekuje właściciel, prawo umożliwia czasowe zawieszenie działalności i jej „odwieszenie” w momencie gdy sytuacja rynkowa będzie korzystniejsza.
A w okresie jesiennym wiele firm z tej możliwości korzysta. Poza wspomnianym ZUS-em, przedsiębiorca nie musi także odprowadzać zaliczek na podatek dochodowy i nie ma obowiązku składania deklaracji VAT (są wyjątki). Jednak mimo finansowych zalet, mało kto zdaje sobie sprawę z jednej przykrej wady – zawieszenie działalności gospodarczej zmniejsza zdolność kredytową. Taka „odwieszona” działalność gospodarcza jest traktowana przez kredytodawców w zasadzie tak samo, jak firma założona na nowo, co przekłada się na możliwości pozyskania finansowania. Niektórzy kredytodawcy obsługują tylko firmy o odpowiednio długim stażu. Niezależnie więc, jak długo prowadziło się działalność przed jej zawieszeniem – pół roku czy 15 lat – to zawieszenie „zeruje” staż firmy. Może się więc okazać, że zawieszenie działalności gospodarczej odetnie przedsiębiorcę, na jakiś czas, od atrakcyjnych źródeł finansowania. To tym ważniejsze, że kredyt na działalność gospodarczą jest i tak relatywnie trudno dostępny.
Zawieszenie działalności gospodarczej może być także wskazówką dla kredytodawcy, mówiącą mu o sytuacji finansowej firmy. Większość przedsiębiorców decyduje się na to, gdy osiągają niesatysfakcjonujące przychody. Warto jednak zastanowić się czy zawieszenie działalności to dobry pomysł, zwłaszcza jeśli ktoś planuje w niedalekiej przyszłości złożenie wniosku o kredyt.

PiS nie przejmuje się brakiem lekarzy

Rząd się zawsze wyleczy – najprawdopodobniej z takiego założenia wychodzą działacze obecnej ekipy, tak chętnie robiący oszczędności budżetowe na zdrowiu Polaków. I są tego efekty, bo umieralność rośnie.

Pediatrzy, specjaliści chorób wewnętrznych i anestezjolodzy otwierają polską listę 10 specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania. O trudnościach w ich rekrutacji mówi co piąta placówka medyczna.
Generalnie, 72 proc. szpitali w naszym kraju poszukuje pielęgniarek, 68 proc. – lekarzy a 13 proc. położnych.

Geriatrów nie szukają

Trudności w rekrutowaniu pediatrów zgłasza 23 proc. polskich szpitali, tyle samo mówi o problemach w pozyskiwaniu specjalistów chorób wewnętrznych, a 21 proc. sygnalizuje trudności w rekrutowaniu anestezjologów.
Oprócz nich na liście specjalizacji lekarskich najtrudniejszych do pozyskania są specjaliści chorób płuc – 7 proc., neurolodzy – 8 proc. i ginekolodzy – 10 proc.
Ponadto, w sferze dużego zainteresowania polskich szpitali znajdują się ortopedzi, traumatolodzy, okuliści, otorynolaryngolodzy, psychiatrzy, radiolodzy, chirurdzy naczyniowi i lekarze medycyny pracy.
Ciekawe, że w tym badaniu niedoborów lekarzy, przygotowanym przez Manpower, w ogóle nie występują lekarze geriatrzy, których ponoć w Polsce jest skandalicznie mało. Z drugiej zaś, strony nie brak opinii, że pojęcie „lekarz geriatra” jest w ogóle niepotrzebne , bo ludzie starsi chorują przecież na takie same choroby jak ci w sile wieku, choć nie zawsze w ich przypadku choroby te mają taki sam przebieg, jak w przypadku osób młodszych.
W polskich szpitalach brakuje także farmaceutów czy fizjoterapeutów, dla których bardziej atrakcyjna jest praca w lecznictwie otwartym (jeżeli można w ogóle mówić o atrakcyjności, bo fizjoterapeuci są bardzo nisko opłacani).

Władza nic z tym nie robi

Jak zauważa prof. Jarosław J. Fedorowski, prezes Polskiej Federacji Szpitali, nasze szpitale potrzebują również personelu niemedycznego, a zwłaszcza informatyków, dla których inne branże są znacznie bardziej interesujące.
– Niedawno pojawił się również problem z rekrutacją menedżerów szpitali, co ma związek z dużą rotacją na stanowiskach dyrektorskich – dodaje prof. Fedorowski.
Brak lekarzy takich deficytowych specjalności jak choroby wewnętrzne, pediatria, dermatologia, okulistyka, psychiatria czy geriatria staje się obecnie jedną z najistotniejszych systemowych przyczyn wydłużania się średniego czasu oczekiwania na świadczenia medyczne. Problem będzie narastać, bo rządzące Prawo i Sprawiedliwość nic z tym nie robi i nawet nie ma takiego planu.
Warto przywołać też opinię Najwyższej Izby Kontroli, która zwraca uwagę na narastający problem tworzącej się luki pokoleniowej wśród personelu lekarskiego.
Ponad 55 proc. lekarzy to osoby w wieku powyżej 45 roku życia. W niektórych specjalnościach luka pokoleniowa jest tak duża, że istnieje coraz bardziej realne zagrożenie braku ciągłości udzielania świadczeń medycznych.
– Z raportów pokontrolnych wynika, że niektóre szpitale mają już tak duże trudności z pozyskaniem lekarzy specjalistów, że zmuszone będą wkrótce zaprzestać wykonywania niektórych świadczeń z powodu braku wykwalifikowanej kadry – mówi ekspert Jacek Kopacz.

Wszędzie ich brakuje

Jeśli chodzi o inny personel, to część placówek potrzebuje położnych (13%), techników elektroradiologów, tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego (7%) oraz diagnostów laboratoryjnych i laborantów (7%). Wyniki badania Manpower nie wskazują natomiast na brak dietetyków (którzy mają niewielkie pole do popisu przy ubogiej szpitalnej diecie) oraz pielęgniarek oddziałowych.
Jeśli natomiast chodzi o stanowiska niemedyczne, to szpitale obecnie najbardziej potrzebują przedstawicieli personelu pomocniczego takiego jak salowe, pomoc kuchenna, sanitariusze, pracownicy pralni (38%), a także pracowników działów administracji, na przykład punktu rejestracji pacjentów, archiwum, działu kadr i księgowości (38%).
Wszystkie placówki w Polsce, może z wyjątkiem największych klinik uniwersyteckich mają trudności z pozyskiwaniem pracowników o pożądanych kwalifikacjach. Problemy kadrowe szpitali są zjawiskiem ogólnopolskim, choć znacznie bardziej odczuwają je mniejsze miasta.
– Trudności dotyczą szczególnie szpitali ogólnych pierwszego i drugiego poziomu zabezpieczenia, a ich przyczyny wynikają z niedostatecznego finansowania szpitali oraz warunków pracy personelu. Znaczenie ma także infrastruktura, bo łatwiej pozyskać kadrę dla szpitali nowo budowanych i dobrze wyposażonych, niż do szpitali o gorszych warunkach lokalowo-sprzętowych – mówi prof. Jarosław J. Fedorowski.

Specjalistom dziękujemy?

Generalnie, w Polsce odnotowujemy trudności w pozyskiwaniu kadr medycznych w całym systemie opieki zdrowotnej. Na polskich uczelniach medycznych kształci się coraz więcej studentów, jednak dużą grupę stanowią obcokrajowcy, którzy po zakończeniu nauki zaraz wracają do swoich krajów.
Co gorsza, wciąż rośnie także liczba absolwentów, którzy widząc, jak wyglądają realia polskiej opieki medycznej , decydują się na emigrację.
Zdumiewające jest, że przy tak dużym niedoborze lekarzy, w Polsce jest bardzo duży brak miejsc specjalizacyjnych, czym także rząd PiS się nie przejmuje. – Korzystają na tym kraje sąsiadujące z Polską, głównie Niemcy i Czechy, które są dobrze przygotowane, aby wykorzystać potencjał młodych lekarzy i pielęgniarek, stwarzając im warunki do nauki i pracy w zawodzie – dodaje ekspert Jacek Kopacz.
Jak rozwiązać problem niedoborów w polskiej służbie zdrowia? Eksperci wskazują, że poprawa sytuacji kadrowej polskich szpitali wymaga wielostronnych działań.
– Musimy znacznie poprawić finansowanie tych placówek, szybciej decydować się na modernizację i budowę obiektów, inwestować w wielofunkcyjne poradnie przyszpitalne a także wprowadzać nowe rozwiązania organizacyjne, takie jak na przykład oddziały wieloprofilowe, gdzie pracować będą szpitalni lekarze pierwszego kontaktu, koordynatorzy opieki oraz edukatorzy zdrowotni. Ponadto, powinniśmy ograniczyć rozmiary pracy związanej z uzupełnianiem dokumentacji medycznej, przy jednoczesnej inwestycji w informatyzację – wskazuje prof. Jarosław J. Fedorowski.

Żaden kraj tego nie wytrzyma

Przede wszystkim jednak, potrzebne jest też aktywne działanie rządu – tymczasem, pod rządami Prawa i Sprawiedliwości dostęp do opieki medycznej i jej jakość pogorszyły się we wszelkich możliwych aspektach. Widać to niestety w rosnącej śmiertelności Polaków.
Oczywiste jest, że niedoboru lekarzy – bo on w Polsce jest najbardziej dotkliwy – nie da się zlikwidować wyłącznie poprzez podnoszenie ich zarobków. Zawsze będzie bowiem sporo krajów, w których lekarzom płaci się znacznie lepiej niż u nas.
Dlatego trzeba poważnie zastanowić się nad tym, co zrobić, by utrudnić młodym lekarzom emigrację zarobkową z Polski – bo zachętami płacowymi do pozostania u nas, nie przebijemy wielu innych państw, znacznie bogatszych od naszego. A skoro zachętami nie dorównamy, konieczne jest nagromadzenie utrudnień, które nie pozwolą na łatwą i szybką emigrację zarobkową z Polski.
Słowo „utrudnienia” jest tu jak najbardziej na miejscu. Żadne państwo nie wytrzyma bowiem finansowo na dłuższą metę sytuacji, gdy młodzi ludzie, wykształceni za darmo na całkiem niezłych uczelniach, będą wkrótce po studiach wyjeżdżać za granicę, by swoją energię , pracowitość i kwalifikacje sprzedawać tym, którzy nie wyłożyli nawet grosza na ich edukację.
Szczególnie dotkliwe jest to w przypadku młodych lekarzy, którzy ukończyli u nas – powtórzmy, za darmo – bardzo kosztowne, sześcioletnie studia. Nie wolno dopuścić, by to czego się nauczyli, wywozili za granicę i tam rozwijali swą karierę zawodową. Trzeba ich zatrzymać w Polsce. Nie jest to myśl nowa. Już ładnych kilka lat temu napomykał o tym prof. Michał Kleiber. Problem jednak, jak to zrobić, bez naruszania demokracji i wolności obywatelskich?

Zatrzymać ich przymusem

Cóż, nie ma co uciekać od niemiłego być może, ale niezbędnego stwierdzenia – otóż, absolwentów studiów medycznych trzeba zatrzymać w Polsce przymusem. Tyle, ze nie może to być przymus administracyjny lecz finansowy. Konieczne jest więc doprowadzenie do tego, by młodzi lekarze nie emigrowali z Polski z obawy przed bolesnymi konsekwencjami finansowymi.
Wbrew pozorom, stworzenie takiego systemu, powiedzmy to szczerze, bicia po kieszeni, byłoby dość proste. Otóż, studia medyczne w Polsce muszą być płatne.
Każdy, kto się na nie dostanie powinien zapłacić za nie z kieszeni swoich rodziców, albo z kredytu na studia, zaciągniętego zaraz po immatrykulacji. Taki kredyt możnaby zwrócić – ale można też byłoby odpracować go w kraju.
Do dyskusji pozostaje, ile lat lekarz powinien pracować w Polsce, by kredyt na studia medyczne mógł zostać uznany za spłacony. Logiczne wydaje się, że powinna to być wielokrotność czasu studiów.
Tak więc, jeżeli ktoś za swe studia medyczne zapłacił kredytem, to na przykład po 12 latach (bo okres sześcioletni wydaje się zdecydowanie za krótki) pracy w szpitalu czy przychodni (albo i we własnym gabinecie) w Polsce, dostałby zaświadczenie, że już nic nie jest winny państwu z tytułu darmowego studiowania – i mógłby sobie jechać do pracy tam gdzie chce. 37 lat to jak na lekarza, jeszcze nie jest za późny wiek, by zdążyć dorobić się za granicą.
Zawsze w takich sytuacjach może pojawić się być jakiś odsetek oszustów – czyli ludzi, którzy zapłacą za studia kredytem,ale go nie odpracują, ani nie spłacą – i zaraz po studiach prysną za granicę aby tam pracować. Trzeba jasno powiedzieć, że w ten sposób dopuszczą się przestępstwa wyłudzenia. Będą mogli oczywiście pracować za granicą , nikt im przecież tego nie uniemożliwi – lecz gdyby wróciliby do Polski, musieliby stanąć przed sądem.
Medycyna to bardzo kosztowne studia, więc takie rozwiązania kredytowe powinny objąć przede wszystkim właśnie ten kierunek. Oczywiste jest jednak, że podobny system odpracowywania kredytów mógłby działać i w przypadku wszelkich innych studiów, których absolwenci zaraz wyjeżdżają z Polski, by budować swą karierę za granicą.

Czas dla zakupoholików

Zbliża się pora, w której nieuchronnie ogarnie nas szał robienia zakupów.

 

Jeżeli zakupy są skutecznym sposobem na poprawę samopoczucia i spędza się wolny czas w centrach handlowych, zaniedbując domowe obowiązki i nadwyrężając domowy budżet, mogą to być oznaki zakupoholizmu.
Jest to zjawisko często spotykane, osobliwie przed świętami. Według badań Verto Analytics „chorych na kompulsywne kupowanie” jest nawet 20 proc. społeczeństwa, ale niektóre złe nawyki czy chwile słabości spotykają prawie każdego z nas.
Robienie zakupów, nawet częste, nie stanowi problemu, póki nasze finanse są bezpieczne. Inaczej sytuacja wygląda, kiedy zakupoholizm zmusza nas do zaciągnięcia kredytu czy pożyczki. Dowodem na to jest liczba aktywnych kart kredytowych Polaków.
Na koniec czerwca br. było ich 5,856 mln, a wartość kredytów zaciągniętych dzięki nim to aż 14,165 mld zł, czyli w pierwszym półroczu roku wzrosła o 389 mln zł.

 

Karty nas rujnują

Nie każdy, kto często kupuje i wydaje dużo pieniędzy w sklepach, jest zakupoholikiem. Zakupoholizm pojawia się wtedy, kiedy nie potrafimy kontrolować naszych zakupów oraz odczuwamy nieustanną potrzebę wydawania pieniędzy na cokolwiek. Staje się to naszym lekarstwem na nudę, stres czy niską samoocenę. W dodatku, codziennie jesteśmy „zmuszani” do oglądania ogromnej ilości reklam, kuszeni wyprzedażami, promocjami oraz programami lojalnościowymi.
– Zakupoholizm ma sprzymierzeńca” w postaci kart płatniczych, które skutecznie wypierają gotówkę. Nie widząc wydawanych pieniędzy, często nie mamy wyrzutów sumienia, że coś kupujemy. Problem nasiliły karty kredytowe – przez to, że są one dostępne od ręki dla każdego, przyczyniły się do zadłużenia niemałej grupy. Płacąc kartą kredytową, czyli kupując na kredyt, nasza potrzeba nieustannego nabywania zostaje szybko zaspokojona, a płatnością się nie przejmujemy, bo ta została w końcu wygodnie „odroczona” – komentuje Aneta Jastrzębska, ekspertka Intrum.
Niestety, konsekwencje beztroskiego wydawania pieniędzy pojawiają się w najmniej odpowiednim momencie i często jesteśmy zaskoczeni, otrzymując od banku informację o konieczności spłaty zadłużenia. Wielu osób to nie powstrzymuje przed ciągłym kupowaniem.
Przyczyny kompulsywnego kupowania bardzo często mają podłoże psychiczne. Uzależnieni od wydawania pieniędzy, gdy czują złość lub smutek, poszukują pocieszenia – niektórzy kupują cały rok, a ich nałóg dotyczy konkretnego typu produktów: kosmetyków, gadżetów, ubrań czy sprzętów kuchennych.
Zdarza się, że potrzeba kupowania pojawia się okresowo: w czasie świątecznych wyprzedaży lub zaraz po wypłacie. Czasem zakupoholikowi wystarczy zakup czegokolwiek – po powrocie do domu i tak rzecz wyląduje na dnie szafy i nie zostanie nigdy użyta, ponieważ liczy się jedynie moment zakupu.
Według specjalistów, problem ten dotyczy głównie kobiet, ale możliwe jest, że to one częściej się do tego przyznają, a zakupoholizm występuje w podobnym stopniu u obu płci. Natomiast status materialny nie ma tutaj żadnego znaczenia, a kompulsywne kupowanie zauważa się już u nastolatków. Rachunkami za ich lekkomyślne wydatki zostają obciążeni rodzice, a nierozsądne zakupy odbiją się na budżecie całej rodziny.

 

I ty zostaniesz zakupoholikiem?

Nałogowe zakupy mogą prowadzić do kłopotów finansowych, rozpadu związku czy powstania rodzinnych sprzeczek. Dlatego ważne, aby rozpoznać u siebie pierwsze objawy zakupoholizmu, odpowiadając na kilka pytań.
1. Zastanów się, w jakim nastroju idziesz na zakupy. Jeśli jest to smutek, być może, wydawanie pieniędzy jest sposobem na poprawę samopoczucia, redukcję lęku czy radzenie sobie z codziennością.
2. Pomyśl, ile czasu spędzasz w centrach handlowych lub buszując po stronach sklepów internetowych. Czy nie zaniedbujesz przez to swoich obowiązków i rodziny?
3. Czy zdarzają Ci się obsesyjne myśli o kolejnych zakupach?
4. Czy odczuwasz euforię w chwili zakupu, a po jego dokonaniu poczucie winy i wstydu?
5. Czy zdarza Ci się kłamać na temat tego, ile wydałeś/aś pieniędzy na zakupy i ukrywać je potem przed otoczeniem?
6. Czy kłócisz się z bliskimi, w związku ze swoimi wydatkami?
7. Czy masz na swoim koncie zaciągnięcie pożyczki lub kredytu na zakupy, które były zbędne i nieplanowane?
Jeżeli na co najmniej dwa pytania padła odpowiedź twierdząca, to znak, że należy wprowadzić zmiany w swoim odejściu do robienia zakupów, aby uniknąć poważniejszych konsekwencji związanych z zakupoholizmem.
Ta przypadłość nie jest tak piętnowana społecznie jak inne uzależnienia, np. alkoholizm, hazard czy uzależnienie od narkotyków, ale jej skutki mogą być smutne nie tylko dla portfela, ale i dla całej rodziny „chorującego”.

 

Przywitanie z komornikiem

Kiedy zakupoholik wyda wszystkie bieżące środki, na ratunek przychodzą mu karty kredytowe i pożyczki. To doskonałe źródło finansowania dla tych, którzy podczas jednej wizyty w centrum handlowym potrafią wydać całą wypłatę. Limit na karcie kredytowej może być uruchomiony „od ręki”, a pożyczkę w parabanku otrzymamy nawet w 15 minut.
Kupującemu nałogowo trudno jest spłacić zadłużenie, kiedy kolejne wypłaty przeznacza na zakupy. Wtedy pojawiają się problemy z płynnością finansową i terminowym płaceniem rachunków oraz regulowaniem innych, stałych należności. W takiej sytuacji zakupoholizm może nawet doprowadzić do wizyty komornika.
Polacy niestety zadłużają się coraz bardziej. Suma niespłaconych w terminie rachunków, alimentów, kredytów i pożyczek Polaków wyniosła pod koniec III kw. tego roku aż ponad 73 mld zł – czyli w trzy miesiące w naszym kraju przybyło prawie 2,4 mld zł zaległości i ponad 33 tys. niesolidnych dłużników.