Dlaczego Polacy umierają przed czasem?

„Dobra zmiana” spowodowała, że w naszym kraju brakuje leków. Przez ostatnie lata nikt się tym nie przejmował, a liczba zgonów rosła.

Umieralność Polaków w ostatnich kilku latach wzrosła. W styczniu bieżącego roku zmarło o jedną trzecią osób więcej niż w tym samym miesiącu roku ubiegłego.
W efekcie rosnącej liczby zgonów skróci się być może przeciętna długość życia w Polsce. Obecnie Polacy żyją średnio o trzy lata krócej w porównaniu ze średnią wyliczoną dla Unii Europejskiej.

Nie ma się czym leczyć

W sprawie czynników powodujących obecny wzrost umieralności, nietrudno o zgodę – główną winę ponosi stan zdrowia polskiej ludności. Niepokojąco zły – lecz i pogarszający się w minionych kilku latach.
Przyczyny faktu, że osłabienie kondycji zdrowotnej Polaków nastąpiło tak gwałtownie, jawią się dość niewyraźnie.
Ważne miejsce zajmuje hipoteza, iż winę za zwiększoną umieralność ponosi skokowe pogorszenie jakości powietrza przed kilku laty. Wiele wskazuje na to, że jest to rzeczywiście przyczyna istotna – ale na pewno nie jedyna.
Dramatyczne pogarszanie się stanu zdrowia Polaków należy traktować łącznie z – również dramatyczną i radykalną – zmianą na gorsze, jaką stał się ostatnio, zwłaszcza w ubiegłym roku, katastrofalny brak lekarstw w Polsce. Także leków ratujących życie.

Pora umierać

Już w roku 2016 apteczne zamówienia lekarstw w hurtowniach były realizowane terminowo średnio nie więcej niż w 39 procentach. Po dwóch latach, już tylko 14 procent zamówień miało szanse na normalną realizację. Rok bieżący zapowiada się jeszcze gorzej.
Będzie gorzej zwłaszcza w wyniku decyzji Ministerstwa Zdrowia o wstrzymaniu importu znacznej liczby medykamentów, produkowanych za granicą.
Których leków konkretnie nie będzie się już importowało? – tego trudno się na razie dokładnie dowiedzieć – i ani pacjent, ani lekarz nie bardzo wie, gdzie tych danych poszukiwać.
Również apteki niewiele potrafią powiedzieć na ten temat, a urzędnicy ministerstwa i hurtownie leków udzielają odpowiedzi wyraźnie wykrętnych.
Wydaje się, iż wstrzymanie importu obejmie w znacznej mierze te same leki, których wykaz zamieszcza Obwieszczenie Ministra Zdrowia z dnia 14 stycznia 2019 r.
Figuruje na tej liście 338 „produktów leczniczych i środków spożywczych specjalnego przeznaczenia żywieniowego”, o których powiedziano tylko tyle, że będą „zagrożone niedostępnością”. Z jakiego powodu będą nią zagrożone i w jakim stopniu, nie wiadomo.
Jak w tej sytuacji ratować zdrowie i życie ludzi, którzy czasami bez tych brakujących specyfików nie mogą się obejść, żadne ministerialne obwieszczenie nie informuje.

Brakuje i będzie brakować

Z wyrywkowych na razie informacji, można wywnioskować, że ministerialna blokada importu dotyczy niemałej liczby leków, także tych koniecznych do ratowania życia.
Między innymi, zaprzestaje się importu preparatów na bazie gamma-globuliny, zdolnych przedłużyć życie nawet o kilkadziesiąt lat, człowiekowi choremu na przykład na białaczkę limfatyczną – umożliwiając mu normalną egzystencję i pracę.
Jeszcze w 2018 r. można było taki preparat dostać w polskich aptekach bez trudu, choć już kosztował bardzo dużo. W roku obecnym, kiedy gamma-globulina stała się już zupełnie niedostępna, zdany na nią człowiek niezamożny musi się liczyć z rychłą śmiercią.
Istnieje niebezpieczeństwo, że coraz więcej osób umrze także w wyniku ograniczeń w dostępności insuliny, leków na chorobę Parkinsona, onkologicznych, przeciwzakrzepowych.
Brakuje w Polsce nawet penicyliny benzatynowej, jedynego skutecznego środka do leczenia kiły nabytej i wrodzonej, na którą zapadalność znowu rośnie, i to podobno dramatycznie. Brak tego antybiotyku w roku 2019 wynika z faktu, że 12 stycznia także i jego import został wstrzymany.

Tylko dla wybranych

Wbrew pozorom, położenia chorych potrzebujących zagranicznych leków, nie poprawi tak zwany import docelowy.
Jest to, istniejąca już od dość dawna regulacja, która pozwala lekarzowi składać w Departamencie Polityki Lekowej Ministerstwa Zdrowia, odpowiednie zapotrzebowanie na leki dla wybranych chorych, potwierdzone pisemnie przez konsultanta z danej dziedziny medycyny.
Informacje o zakresie skuteczności tych procedur są wszakże tak skąpe i niepewne, iż wśród większości lekarzy i pacjentów przyjęła się opinia o fikcyjnym lub prawie fikcyjnym charakterze tej drogi: panuje przekonanie, że w rzeczywistości korzystają z niej co najwyżej niektórzy chorzy, leczeni długoterminowo w szpitalu.
Czasochłonne biurokratyczne procedury w połączeniu z opieszałym działaniem urzędników sprawiają, że przy najlepszej choćby woli lekarzy nie są oni w stanie pomóc w ten sposób znaczniejszej liczbie pacjentów.
Innych możliwości jednak nie ma, gdyż ze względu na zawrotnie wysokie ceny leków w hurtowniach zachodnich, prywatny ich import nie wchodzi praktycznie w grę. Pominąwszy, rzecz jasna, ludzi majętnych lub zaprzyjaźnionych z majętnymi.
Dla przykładu, jedna ampułka Privigenu, czyli 100 gramów wspomnianej gamma-globuliny, kosztuje w aptece niemieckiej prawie tysiąc euro.
Jeśli zważymy, że niejeden chory, by się nie pożegnać z życiem przedwcześnie w dłuższych lub krótszych mękach, potrzebuje rocznie 10 do 12 takich ampułek, nie zdziwimy się, iż takich chorych takich opanowuje czasem rozpacz. Samopoczucie bliskich, którzy nie potrafili się dorobić odpowiedniego majątku, by chorego, będącego w takim położeniu, móc finansowo wspomóc i uratować, jest nietrudne do odgadnięcia. Także dla wielu polskich lekarzy jest to stan rzeczy przyprawiający o głęboką frustrację.

Rząd umywa ręce

Wielką szkodę pacjentom – i lekarzom poszukującym brakujących leków – przynosi też dezinformacja. W szczególności, chodzi o nieprawdziwe informacje hurtowników o medykamentach, rzekomo w handlu dostępnych, a w rzeczywistości zeń wycofanych. Nie pomagają też wymijające i pokrętne odpowiedzi, których udziela Ministerstwo Zdrowia.
Sporo złudnych nadziei stworzyły wyjaśnienia, szukające przyczyn braku leków w aptekach i hurtowniach.
Najpierw pojawiały się, usprawiedliwiające rząd i polityków, rewelacje o zawiązanej przez polskich aptekarzy i hurtowników wielkiej mafii lekowej, która co cenniejsze leki w przemyślny sposób kradnie dla ich zyskownego sprzedawania zagranicą.
Następnie – w pierwszych miesiącach 2018 r. i później – rządowe media ogłaszały triumfalne doniesienia o rozbiciu polskiej mafii lekowej, dzięki czemu „leki wracają do aptek!”. A o wszystkich tych odkryciach i sukcesach władz, Polak dowiadywał się właśnie w czasie, w którym władze te pracowały pilnie nad kolejną blokadą importu, skracającą nasze życie. Nad blokadą importu także tych leków, które ratują życie.
Trudno nie zapytać: jaki jest główny powód tej tragicznej sytuacji? Tego dramatycznego braku leków, jak i ogólnego niedorozwoju opieki medycznej w Polsce?
Niezwykle ważne są tu przyczyny systemowe. Należy do nich przede wszystkim bezradność oszukiwanej ludności wobec egoizmu i wszechwładzy polityków oraz władz państwowych. Ale chodzi także o słabość państwa, które nie potrafi zorganizować w miarę sprawnego systemu zaopatrywania aptek w medykamenty. Słabość również i w stosunku do kapitału, który jest ze swej natury nastawiony na wyzysk – i ma inne priorytety, niż angażowanie się w normalizację sytuacji na polskim rynku leków.
Wygląda na to, że poziom umieralności w Polsce jest w niemałym stopniu zależny od moralności społecznej, współtworzącej obecny system.

Niby dużo, a wciąż brak

Ciągle nie ma ZSOMPL, wprawdzie lepiej działa ZORZ, ale co z tego. Jak żyć, panie Ministrze Zdrowia?

Rynek farmaceutyczny w Polsce notuje w ostatniej dekadzie stały wzrosti ma obecnie wartość odpowiadającą około 1 proc. naszego PKB, co czyni go największym rynkiem w Europie Środkowej i szóstym co do wielkości w Unii Europejskiej.
Całkowita wartość krajowego rynku farmaceutycznego (apteczny, szpitalny oraz sprzedaże wysyłkowe e-aptek) wynosiła w: 2017 r. – 33,3 mld zł, w 2016r. – 31,7 mld zł, 2015 r. – 29,8 mld zł. Według firmy badawczej PMR rynek sprzedaży aptecznej będzie rósł i w 2021 r. osiągnie ok. 39,6 mld zł.

Pełno ich – a jakby nie było

To na pozór olbrzymia masa medykamentów. Jednak w wyniku wprowadzenia w 2012 r. urzędowych cen produktów leczniczych refundowanych, oraz ich znacznej obniżki w Polsce po wprowadzeniu ustawy refundacyjnej, eksport niektórych grup leków stał się bardzo dochodowym przedsięwzięciem.
Rosnąca skala dotowanego przez budżet eksportu doprowadziła w wielu przypadkach do braku leków w aptekach. Konsekwencją niekontrolowanego wywozu refundowanych produktów leczniczych, przy wykorzystaniu nielegalnego mechanizmu odwróconego łańcucha dystrybucji, były braki w pełnym dostępie do leków ratujących zdrowie lub życie.
Zauważyła to i Komisja Europejska, która uznała, iż brak odpowiednich i ciągłych dostaw do aptek produktów leczniczych stanowi poważny i rosnący problem, który pojawił się w ostatnich latach w niektórych państwach członkowskich. Może on mieć poważny wpływ na leczenie pacjentów. Komisja przyznała, że ten „handel równoległy” lekami może być jednym z powodów wystąpienia niedoborów wielu produktów leczniczych.
Zauważyć to wszakże jedno, a zaradzić – drugie. Polskie organy Państwowej Inspekcji Farmaceutycznej nie dysponowały wystarczająco skutecznymi instrumentami przeciwdziałania tym nielegalnym praktykom. Dotyczy to zwłaszcza niekontrolowanego wywozu leków za granicę w ramach odwróconego łańcucha dystrybucji.
Łączna wartość produktów leczniczych sprzedawanych do krajów UE wynosi 3,5 mld złotych, a według szacunkowych danych, aż 57 proc. tych leków jest wyprowadzanych z kraju nielegalnie.
Mimo to, Minister Zdrowia opieszale prowadził prace nad nowelizacją prawa farmaceutycznego. Mnie więcej wiadomo, co należy zrobić. Chodzi o zakaz jednoczesnego prowadzenia przez jednego przedsiębiorcę kilku rodzajów działalności gospodarczej, w zakresie której może on nabywać produkty lecznicze, zmianę kryteriów zatrudniania inspektorów w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym, obowiązek składania oświadczeń o braku konfliktu interesów.

Program jest ale nie działa

W znowelizowanych przepisach ustawy Prawo farmaceutyczne, wprowadzonych tzw. ustawą antywywozową założono, że wszyscy uczestnicy łańcucha dystrybucji leków począwszy od producenta, poprzez hurtownie i apteki, są zobowiązani do regularnego raportowania stanów magazynowych oraz wielkości sprzedaży leków. Ma to pozwolić na ograniczenie nielegalnego eksportu – ale na razie skutków brak.
Prace nad programem który to umożliwiał, czyli Zintegrowanym Systemem Monitorowania Obrotu Produktami Leczniczymi trwały od 2012 r. Pomimo wejścia w życie od 1 stycznia 2017 r. obowiązku przekazywania informacji o obrocie produktami leczniczymi, w dalszym ciągu trwają prace pilotażowe, które ujawniają mankamenty w funkcjonowaniu utrudniające jego pełne wdrożenie.
Wg stanu na dzień 31 stycznia 2018 r. do systemu podłączono 48,3 proc. tych, co muszą składać takie raporty. Do podłączenia zobowiązanych było: 1500 producentów leków i przedsiębiorców wprowadzających je do obrotu, 542 hurtownie farmaceutyczne, 16 567 aptek – oraz 20 podmiotów instytucjonalnych, odbierających raporty (Ministerstwo Zdrowia, Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych, GIF i Wojewódzkie Inspektoraty Farmaceutyczne oraz Centrum Systemów Informacyjnych Ochrony Zdrowia).
W związku z opóźnieniami termin rozpoczęcia pełnego raportowania do ZSMOPL po raz czwarty wydłużono – tym razem do 1 kwietnia 2019 r. I być może nie jet to ostatni raz, bo ekipa z PiS wyjątkowo nieporadnie porusza się w świecie technologii informatycznych.
Mimo braku wdrożenia ZSMOPL, organy Inspekcji Farmaceutycznej podejmowały działania na rzecz przyjmowania zgłoszeń o braku dostępności produktów leczniczych (monitorowania dostępności leków).
Jak zauważa jednak NIK, zarówno GIF, jak i Wojewódzkie Inspektoraty nie zostały wyposażone w jednolite narzędzie informatyczne do obsługi tak ogromnej liczby zgłoszeń braku dostępu do leków, jaka do nich wpływała z aptek pocztą elektroniczną. Okazało się, że braki leków to wręcz ogólnopolska plaga
Ogromna liczba zgłoszeń z aptek o brakach leków powodowała znaczne obciążenie Inspektoratów oraz zaangażowanie pracowników. Próbowano jakoś wypełniać obowiązek przyjmowania zgłoszeń.
Najczęściej zgłaszane przyczyny braku lekarstw są oczywiste i banalne: produkt niedostępny w sprzedaży, chwilowy brak produktu, dostawa w drodze, tymczasowy brak towaru w magazynie, ograniczenie dostaw przez producenta,brak dostępności u producenta.
GIF na podstawie danych przekazanych z poszczególnych województw, sporządzał zbiorcze zestawienie, które przekazywał następnie raz w tygodniu do Ministerstwa Zdrowia.
W raporcie przedstawiano analizę skali i przyczyn braku dostępności produktów leczniczych.
Od września 2016 roku, GIF udostępnił aptekom system Zgłoszeń Odmów Realizacji Zamówienia (ZORZ). W tym celu apteki zobowiązane były do założenia własnego konta w systemie. Od lutego 2017 r. do systemu podłączona została duża liczba użytkowników, co spowodowało istotny wzrost liczby zgłoszeń. Łącznie w bazie ZORZ na koniec lipca 2018 r. znajdowało się ponad 16,6 mln zgłoszeń odmowy realizacji zamówienia na leki.
Od samego działania systemu odmów, leków jednak nie przybędzie.

Nam karać nie kazano

W wykazie leków zagrożonych brakiem dostępności, publikowanym przez Ministra Zdrowia, w 2017 r. znajdowało się od 173 (w styczniu) do 197 (w listopadzie) produktów leczniczych. Ich liczba niestety rosła. Wg stanu na 15 września 2018 r. wykazem objętych było aż 266 pozycji leków.
W ocenie NIK, Główny Inspektorat Farmaceutyczny nie wywiązał się z ustawowego obowiązku, polegającego na sprawdzeniu, nie rzadziej niż raz na trzy lata, czy przedsiębiorca prowadzący hurtownię farmaceutyczną spełnia obowiązki wynikające z prawa farmaceutycznego. W 2016 r. nadzorem objętych było 550 hurtowni, zaś na koniec III kwartału 2017 r. – 543 hurtownie.
Jednakże rocznie średnio kontrolowano tylko około 10-12 proc. hurtowni farmaceutycznych funkcjonujących na rynku, co uniemożliwiło skuteczny nadzór nad hurtowniami. Przyczyną był brak pracowników w GIF – mimo niezłych zarobków (płace inspektorów wahają się od 4,1 tys. zł do 5,9 zł brutto.)
Przy zaledwie kilkuosobowej obsadzie inspektorskiej, a także przy założeniu, że każdą inspekcję przeprowadza dwóch inspektorów, nie jest możliwe dochowanie ustawowego obowiązku przeprowadzenia raz na trzy lata inspekcji w hurtowni.
Nieskuteczne były też działania nadzorcze GIF dla ujawniania odwróconego łańcucha dystrybucji. Łącznie od 2015 wszczęto 39 postępowań administracyjnych, jednakże w przypadku żadnego z nich nie doszło do cofnięcia zezwolenia na prowadzenie hurtowni farmaceutycznej, a jedynie w czterech przypadkach skierowano zawiadomienia do organów ścigania.
Ponadto, mimo stwierdzonych naruszeń Prawa farmaceutycznego GIF nie nakładał kar pieniężnych. Departament Prawny GIF prowadził siedem postępowań za prowadzenie apteki bez wymaganego zezwolenia. Za taką działalność grozi kara do 500 tys. zł. Żadne z tych postępowań nie zostało zakończone.
Jak wynikało bowiem z wyjaśnień, strony postępowania odmawiały udostępnienia dokumentów sprzedaży produktów leczniczych za okres prowadzenia apteki bez zezwolenia, oraz faktur zakupu tych produktów. Kary nie były więc nakładane.
GIF tłumaczył, że gdy nie udostępniano dokumentów, brakowało narzędzi pozwalających na ustalenie wartości rocznego obrotu, co stanowi podstawę ustalenia wymiaru kary pieniężnej.
Narzędzia takie jednak istnieją i są zapisane w ordynacji podatkowej. Wystarczyło zwrócić się do Krajowej Administracji Skarbowej o stosowne informacje stanowiące podstawę obliczenia wysokości kary. Jednak GIF tego nie zrobił. Pierwszą karę za wywóz za granicę produktów leczniczych zagrożonych brakiem dostępności na rynku, GIF nałożył dopiero 12 września 2018 r. Wyniosła ona 47,1 mln zł.
I tak właśnie działa prawo w Polsce pod rządami Zbigniewa Ziobry.

Dla kogo te apteki?

Pod rządami PiS nie zniknęły największe problemy polskiego rynku farmaceutycznego, takie jak wysokie ceny leków nie refundowanych, nielegalny eksport czy kiepskie zaopatrzenie placówek aptecznych. Bardzo wzrosła za to liczba zgonów.

Prawie rok minął od wprowadzenia w życie rozwiązania „apteka dla aptekarzy” przygotowanego przez rząd Prawa i Sprawiedliwości. To okres, po którym można już się pokusić o pierwsze podsumowania – i oceny tego, jak funkcjonuje nowy system.
Jego wdrożenie, poprzedzone wieloma dykusjami i polemikami, spowodowało znaczące zmiany w organizacji polskiego rynku farmaceutycznego.

Zamykanie rynku

Nowelizację ustawy prawo farmaceutyczne, która weszła w życie 25 czerwca ubiegłego roku, najbardziej odczuli właściciele pojedynczych aptek.
Przed nowelizacją, w naszym kraju funkcjonował system otwarty, w którym każdy mógł zakładać i prowadzić aptekę tam gdzie chciał. Rynek był wysoce konkurencyjny, na czym korzystały zwłaszcza duże sieci apteczne, mające odpowiednie mozliwości finansowe by skutecznie toczyć walki o klientów z aptekami rodzinnymi.
Zmiana prawa farmaceutycznego sprawiła, iż dziś apteki pracują w ramach systemu znacznie bardziej zamkniętego. Jednocześnie, obowiązują w nim restrykcyjne ograniczenia właścicielskie, ilościowe oraz geograficzne i demograficzne.
Właścicielem apteki może zostać teraz jedynie farmaceuta posiadający jednocześnie prawo wykonywania zawodu (a więc nie każdy farmaceuta). Oznacza to, że możliwość nabycia lub otwarcia apteki przysługiwać będzie jedynie grupie członków korporacji zawodowej – wobec kilkunastu milionów Polaków, którzy teroertycznie mogli zostawać dotychczas właścicielami aptek.

Sieci mogą mieć gorzej

Wprowadzenie zasady „apteki dla aptekarza” miało, zgodnie z intencjami projektodawców ustawy, doprowadzić do rozwiązania rozmaitych problemów polskiego rynku farmaceutycznego.
Zwolennicy wprowadzenia „apteki dla aptekarza”, a w tym i obecna ekipa rządząca, powoływali się na zagrożenie monopolizacją rynku usług farmaceutycznych i przejęcia go przez duże, międzynarodowe podmioty, ze szkodą dla aptek rodzinnych. Tymczasem jak wskazano w raporcie Fundacji Republikańskiej z września 2016 roku, takie zagrożenie było w istocie niewielkie – jeżeli w ogóle istniało.
Wówczas, w 2016 r., apteki sieciowe (około 390 konkurujących ze sobą, po części zagranicznych i działających niezależnie od siebie sieci, posiadających pięć i więcej aptek) stanowiły około 30 proc. rynku aptecznego. Dziś, w pierwszej połowie 2018 r., ta struktura nadal jest podobna.
Ponadto, przedsiębiorcy, a konkretnie Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, uważają, że rozwój sieci aptecznych to bynajmniej nic złego.
„Ograniczenia własnościowe i ilościowe wprowadzone „apteką dla aptekarza” stoją w rażącej sprzeczności z celami wyrażonymi w „Planie Morawieckiego”, a ich wejście w życie skutkuje zahamowaniem rozwoju sieci aptecznych. Należy przypomnieć, że sieci apteczne to w ogromnej mierze przedsiębiorstwa polskie – firmy rodzinne, często będące własnością farmaceutów, rozwijane od wielu lat wysiłkiem i pomysłowością swoich właścicieli, a także podmioty, które powstały i rozwinęły się w wyniku nabywania aptek od Skarbu Państwa, w ramach prywatyzacji Cefarmów” – wskazuje ZPiP.
Oczywiście właściciele obecnych aptek rodzinnych mają inne zdanie i boją się zagrożenia ze strony sieci aptecznych.
Natomiast wspomnianych, zagranicznych aptek, było i wciąż jest bardzo niewiele w Polsce. Własnością firm z udziałem kapitału zagranicznego było i jest zaledwie pięć sieci aptecznych (we wspomnianym raporcie wskazano, że łącznie do sieci z udziałem kapitału zagranicznego należało 600 spośród 14 780 aptek, czyli około 4 proc .polskiego rynku).
Na pewno została ograniczona konkurencja w branży aptecznej. A z punktu widzenia klientów aptek, nie jest to dobre zjawisko.

Aptek jeszcze przybywa

Innym ważnym argumentem na rzecz wprowadzenia ograniczeń własnościowych, było zwalczanie nielegalnego procederu wywozu leków z Polski. Takie przeciwdziałanie okazało się jednak nieskuteczne.
Najlepiej świadczyła o tym konieczność skierowania niedawno do parlamentu rządowych projektów, dotyczących monitorowania drogowego przewozu leków, a także kolejnej nowelizacji prawa farmaceutycznego. Obie ustawy wprowadzają szereg instrumentów prawnych wymierzonych właśnie w tzw. „odwrócony łańcuch dystrybucji” – czyli wywożenie za granicę leków z cenami refundowanymi przez państwo (czyli podatników).
Jedną z obaw, zgłaszanych w związku z wprowadzeniem reguły „apteka dla aptekarza” było zagrożenie, iż spadnie liczba aptek w naszym kraju. Siłą rzeczy powinny to bowiem spowodować ograniczenia terytorialne i własnościowe. Tymczasem, okazało się, że nic takiego nie nastąpiło.
Owszem, po wprowadzeniu w życie restrykcyjnych przepisów zmniejszyła się nieco liczba aptek w centrach miast. Wzrosła jednak w mniej zaludnionych regionach kraju – i per saldo, aptek w Polsce przybyło.
Stało się tak dzięki temu, że do czerwca 2017 roku, a więc jeszcze przed zamknięciem rynku aptecznego, złożono ponad tysiąc wniosków o otwarcie nowej apteki. Z naddatkiem zamortyzowało to spadek liczby aptek, wymuszony nowymi przepisami.
Złożone w ubiegłym roku wnioski są sukcesywnie realizowane, powodując, że wciąż otwiera się w Polsce około 30 nowych aptek miesięcznie.
To wprawdzie mniej niż przed zmianą zasad, kiedy otwierało się ich prawie 100 miesięcznie – ale to cały czas jest przyrost, na bardzo przecież nasyconym, polskim rynku aptecznym. Wkrótce się on jednak skończy. Okazało się bowiem, że wniosków o otwarcie apteki na nowych zasadach złożono w okresie lipiec 2017 – styczeń 2018 zaledwie 22 na terenie całego kraju!.
Nie ma wprawdzie jeszcze zweryfikowanych tegorocznych danych, które zapewne powiedzą o znacznym wzroście liczby wniosków – co będzie spowodowane tym, że potencjalni właściciele aptek zaczną coraz lepiej dostosowywać swoje działania do zmienionych przepisów, zaś przepisy te już przestaną być kłopotliwą nowością.
Tym niemniej, nie można oczekiwać, że liczba wniosków o otwarcie apteki wróci do poziomu z pierwszej połowy ubiegłego roku. Tymczasem, w drugiej połowie 2017 r. liczba zamknięć aptek utrzymywała się na zwykłym, wcześniejszym poziomie – około 80 miesięcznie na terenie całego kraju.
Może się więc okazać, że po wyczerpaniu rezerwuaru starszych wniosków złożonych przed zamknięciem rynku, czeka nas spadek liczby aptek w Polsce. Jest on już dziś zauważalny w niektórych największych miastach, zwłaszcza jeśli chodzi o apteki całodobowe. Stanowi to oczywiste utrudnienie dla mieszkańców, którzy muszą w nocy odbywać dłuższe podróże w celu zdobycia przepisanego specyfiku.

Na wsi trochę gęściej

Zwiększyła się nieco natomiast liczba aptek w małych miejscowościach. Przedstawiciele samorządu aptekarskiego na konferencji w Ministerstwie Zdrowia poinformowali o otwarciu ponad 200 aptek i punktów aptecznych na terenach wiejskich.
Ta liczba, choć w skali całego kraju niewielka, oczywiście cieszy. Nie jest jednak wykluczone, że to tylko jednorazowe wydarzenie, wnikające z chęci ucieczki przedsiębiorców przed restrykcyjną regulacją, a nie trwały proces. Przed wejściem w życie nowych przepisów, kto mógł, otwierał aptekę gdzie się dało, także na wsiach.
Można natomiast oczekiwać, że na wsiach będzie zwiększać się liczba punktów aptecznych (bo tylko tam wolno je otwierać), które regulacji „apteka dla aptekarza” nie podlegają.
Zapewne z czasem będą się one po cichu coraz bardziej upodabniać do zwykłych aptek – choć nie do końca, gdyż zgodnie z przepisami, punkt apteczny nie prowadzi sprzedaży leków w ampułkach, narkotycznych i psychotropowych, oraz zaliczanych do grupy leków bardzo silnie działających. Wiadomo jednak, że u nas przepisy sobie, a życie sobie, zaś sieci kontrolne są mocno nieszczelne.

Rządy PiS powodują wzrost zgonów

Niekorzystnymi symptomami są z pewnością są oznaki wzrostu cen leków nierefundowanych. Zauważalne jest też pogorszenie zaopatrzenia aptek. Praktycznie niemal nie zdarza się, że ktoś, kto ma zapisane trzy czy cztery leki, zdoła je wszystkie wykupić podczas jednej wizyty w aptece. Zwykle musi przychodzić następnego dnia – albo szukać innej apteki. Przydałoby się, gdyby rząd zwrócił uwagę na te problemy rynku farmaceutycznego.
Trudno jednak tego oczekiwać, skoro obecna ekipa wprowadza cięcia w wydatkach na leczenie Polaków, co szczególnie dotkliwie widać na przykładzie nowoczesnych leków onkologicznych.
Efekty już odczuwamy – w 2017 r. w Polsce skróciła się średnia długość życia i zanotowano aż 403 tys. zgonów. (o 15 tys. więcej niż rok wcześniej). Większa liczba osób w naszym kraju zmarła tylko w 1991 r., kiedy działał niszczący „Plan Balcerowicza”.