Największy problem lewicy…

… w Polsce polega na oportunizmie i prosystemowej zachowawczości. Nie waham się powiedzieć: tchórzostwie.

Prawica nawet jeśli w konkrecie jest tylko neoliberalną grupką banksterów to rozwija potężną propagandę narodową, patriotycznie wielkoojczyźnianą i obiecuje wielką wspólnotę dla wszystkich Polaków. Jest tam na kogo głosować, bo jest w co wierzyć. To Polska bardzo konkretna: bało-czerwona, nacjonalistyczna i katolicka! A do tego – kapitalistyczna! Pakiet pełniutkiej tożsamości aż do życia pozagrobowego włącznie! Nawet lewica jest pod takim wrażeniem tej opowieści, że duża jej część żyje z komentarzy do tego…

Co zaś lewica proponuje wyborcom w odpowiedzi (odpowiedzi, nie komentarzu)? No najczęściej mówi, że coś tam naprawi, coś załatwi, będzie dla wszystkich, pracowników i pracodawców, no i spróbuje powstrzymać bicie ludzi za orientację seksualną. A na poziomie opowieści, utopii, całościowej wizji? Dobrze, kilka razy usłyszeliśmy coś o Skandynawii, ale w sumie już nie. Czasami została wyartykułowana jakaś krytyka neoliberałów, ale kapitalizmu jako takiego to już nie. Od czasu do czasu rzadkie odniesienie do Polski Ludowej, choć zazwyczaj to już znacznie bardziej do niszczenia Polski przez komunizm.

Tak się żadnej polityki nie wygrywa.

Albo klarowna wizja i walka – albo margines w cieniu silnych i odważniejszych. Spójrzmy na sondaże i spójrzmy prawdzie w oczy.
I nie ma w tym najmniejszego przypadku, że prawica cały czas łoży miliardy na walczący z komunizmem i socjalizmem IPN, a do tego dokłada ogromny wysiłek, by ruch związkowy był podzielony i de facto zabity przez działaczy z żółtej Solidarności. To najlepsze inwestycje prawicy w tym stuleciu.

I pamiętajcie: Od „coś tam lepiej”, „my to Europa”, „to samo ,ale bardziej elegancko”, „jesteśmy milsi” była i zawsze będzie Platforma Obywatelska. Teraz też w kolejce ustawia się Hołownia. Dla lewicy takie programowe nic to zawsze jest śmierć i wyborcy biorą, i wolą oryginał.

Czy lewica ma prawo ominąć demokrację?

Kilka dni temu -15 września obchodziliśmy światowy dzień demokracji. 4 czerwca 1989 roku, niemal wszyscy wypowiadali to słowo z ogromną czcią. Jaka jest jego wartość w powszechnej świadomości po przeszło 30 latach?

Czy w ramach ,,rozgrywek” konstytucyjnych zostało uwłaszczone przez jedną stronę konfliktu politycznego? Czy może zostało tak mocno zdewaluowane, że niespecjalnie Polacy chcą o nie kruszyć kopie?
Wracając do pytanie z tytułu – czyż nie stanowi oksymoronu? Niekoniecznie.

Ostatnie wydarzenia na Białorusi podzieliły w tym stanowisku polska lewicę, ale zacznijmy od historii. W 1789 roku u początków Wielkiej Rewolucji Francuskiej w czasie obrad Zgromadzenia Narodowego, po prawej stronie zasiadła: szlachta, arystokracja i wyższe duchowieństwo chcące zachować status quo, krzywym okiem spoglądające na jakiekolwiek zmiany, mogące zachwiać ich pozycją. Po lewej stronie zasieli przedstawiciele postępowej myśli republikańskiej, domagający się zmian i demokratyzacji państwa. To wydarzenie miało na zawsze pokazać, że lewica stanie po stronie uciskanej większości i z jej głosem będzie się liczyć. Rzeczona historia pokazała również, że rządy często wywodzące się z ugrupowań lewicowych, niosących na sztandarach hasła równości, sprawiedliwości i demokracji nie wywiązywały się ze swoich zobowiązań, często wręcz, zaprzeczając swoimi działaniami ideom, które głosiły. Jednak z założenia monarchistów i technokratów na lewicy ze świecą szukać. Demokracja jest jakby komponentem lewicy, stojącej po stronie ludzi pracy i żyjących z jej owoców, którzy w każdym społeczeństwie stanowi większość.

I tu niejednokrotnie pojawia się zarzut wobec tej formy rządów:
Co, jeśli większość przegłosuje odebranie praw mniejszości?

Czy to dalej rządy demokratyczne?

Od tego państwa mają ustawy zasadnicze – konstytucje, które w swych zapisach chronią mniejszości i ustalają większości kwalifikowane, konieczne do zmian ustrojowych.

Ponadto jest jeszcze prawo międzynarodowe i zobowiązania wobec innych członków w ramach umów ponadpaństwowych.

Ostatnimi czasy sporem, który podzielił środowisko lewicowe jest sytuacja na Białorusi. Większość mainstreamowej lewicy opowiedziała się po stronie ruchów wolnościowych i przeciwko Łukaszence. Jednak część lewicy, pomimo iż jasnym jest, że władza sprawowana jest niedemokratycznie, a wybory prawdopodobnie zostały sfałszowane, opowiada się po stronie rządów dyktatorskich. Czym to tłumaczą?

Obawą przed radykalnie rynkowymi zmianami, takimi jak na początku lat 90-tych w Polsce Balcerowiczowskiej, które doprowadzą do kryzysu i obniżeniu warunków życia oraz rządów oligarchów jak dziś na Ukrainie. Można co prawda żywić nadzieje, ze Białoruś bogatsza o doświadczenie sąsiadów nie popełni podobnych błędów. Jeśli jednak tak się nie stanie, czy lewica ma prawo stawać po stronie niedemokratycznej mniejszości, chroniącej państwowy przemysł przed dzikim kapitalizmem, prowadzącym do prywatyzacji, a tym samym w krótkim czasie następujących stratyfikacji społecznych i zwiększenia ubóstwa? Moim zdaniem prawa tego nie posiada. Merytokracja czy rządy ,,zawodowych rewolucjonistów” dalece odbiegają od idei demokracji per se, ponieważ nikt poza ludem (społeczeństwem) nie wie, co jest dla niego najlepsze, nawet jeśli po drodze zdarzą mu się ,,błędy i wypaczenia”.

Dochód gwarantowany -dobrodziejstwo, czy pułapka?

Obawy przed kryzysem gospodarczym spowodowanego pandemią i rosnąca liczba osób tracących pracę powodują, że wśród działaczy lewicowych odżywa hasło konieczności zagwarantowania każdemu obywatelowi t.zw „dochodu gwarantowanego”- czyli comiesięcznej wypłaty w jednakowej wysokości, niezależnie od statusu materialnego i bez konieczności wykonywania pracy.

Idea dochodu gwarantowanego wywodzi się z rozważań socjalizmu utopijnego postulującego zagwarantowanie każdemu minimum dochodu, niezależnie od jego pracy.

Z kolei Thomas Pain w pracy „Sprawiedliwość agrarna” stwierdził, że” ziemia jest własnością wspólną i każdy obywatel ma prawo do własności finansowej z podatku od własności ziemskiej”.

Rozszerzając tą myśl na bogactwa naturalne stan Alaska utworzył w 1976 roku Alaska Permanent Found, z którego wypłacane są mieszkańcom świadczenia pochodzące z zysków wydobycia gazu i ropy na Alasce.

Udział każdego obywatela w pożytkach pochodzących z bogactw naturalnych eksploatowanych w jego kraju wydaje się postulatem sprawiedliwym. Ponieważ płacone przez firmy eksploatujące te bogactwa podatki służą różnym celom i nie każdy obywatel korzysta z nich w sposób równomierny, nie mogą one być traktowane jako realizacja sprawiedliwego podziału pożytków.

Wydaje się, że sposób podziału korzyści wynikających z realizacji tego postulatu wymaga zainteresowania lewicy. Nie spotkałem się z przejawami dyskusji na ten temat.

Bardziej złożony, niż to wynika z aktualnych postulatów niektórych środowisk lewicy jest problem dochodu gwarantowanego.
Co ciekawe argumenty za wprowadzeniem dochodu gwarantowanego prezentowane są zarówno po stronie środowisk lewicowych jak i liberalnych.

Liberałowie uważają, że wprowadzenie dochodu gwarantowanego obniżyło by, a w skrajnych poglądach zlikwidowało by koszty biurokratyczne pomocy społecznej i zachęciło do pracy która nie jest płatna jak opieka nad członkami rodziny, woluntariat, prace charytatywne.

Jest to prosta droga do realizacji poglądów reprezentowanych przez ultraliberałów, że odpowiedzialność państwa powinna być ograniczona do bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, a reszta potrzeb społecznych ma być realizowana indywidualnie przez każdego obywatela, stosownie do posiadanych zasobów. Państwo zwolnione zostaje z odpowiedzialności za zdrowie obywateli, ich kształcenie, czy rozwój dostępnego dla wszystkich mieszkalnictwa. Sfery te stają się wyłącznie przedmiotem gry rynkowej . Opieka nad osobami przewlekle chorymi, niedołężnymi i upośledzonymi przerzucona zostaje całkowicie na ich bliskich, woluntariuszy i organizacje charytatywne. Takie niebezpieczeństwo powinno być dostrzeżone przez lewicę.

Z kolei dla lewicy dochód gwarantowany ma wpłynąć na zmniejszenie ubóstwa i rosnącego rozwarstwienia społecznego, uwolniło by ludzi od wykonywania pracy z przymusu, pozwoliło by lepiej przetrwać okres wymuszonego bezrobocia, szczególnie w związku ze zmniejszaniem ilości miejsc pracy w wyniku postępu technologicznego (automatyzacja i robotyzacja). Realność realizacja tych celów wymaga krytycznego spojrzenia szczególnie z uwagi na fakt, że jednoczesna realizacja wielu celów nie zawsze przynosi zamierzone efekty.

Dobitnym przykładem są transfery pieniężne związane z programem 500+ dla wszystkich rodzin, bez względu na dochody. Niewątpliwie zmniejszyły one poziom skrajnego ubóstwa, ale drugi deklarowany cel, a mianowicie poprawa demografii, kompletnie nie wypalił. Decydowanie się na dziecko w rodzinie dużo bardziej zależy od stosunków pracy (obawa przed trudnościami powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim) i infrastruktury społecznej (żłobki, przedszkola). Wydaje się, że dużo lepszy efekt w sferze likwidacji ubóstwa osiągnięty by został poprzez właściwie przeprowadzoną reformę zasiłków na dzieci, zmiany w prawie pracy i rozwój form opieki nad dzieckiem.

Rosnące rozwarstwienie społeczne to obok zmian klimatu druga klątwa dla ludzkości wynikająca z nieograniczonego rozwoju. Pisałem o tym w artykule „Dwie klątwy” (Trybuna 2020-07-22).

Dochód gwarantowany, który otrzymuje każdy obywatel, wbrew pozorom , może prowadzić do dalszego rozwarstwienia. Środki wydatkowane z niego będą przez osoby nie pracujące zwiększały zapotrzebowanie na towary i usługi i napędzały zyski przedsiębiorców. Osoby pracujące mogą z nich korzystać, jeśli odpowiednie uregulowania prawne i presja Związków Zawodowych spowodują zwiększony udział pracobiorców w zyskach osiąganych przez pracodawcą. Osoby nie pracujące nie będą z tego korzystały. W celu zmniejszenia rozwarstwienia potrzebne są inne działania, które częściowo zarysowałem w przywołanym artykule.
Kurczenie się ilości stanowisk pracy na skutek postępu technicznego jest chwytem propagandowym liberałów marzących o rzeszach bezrobotnych, którym przy olbrzymiej konkurencji na rynku pracy można zaoferować pracę na każdych warunkach. Historia dostarcza nam dowodów na to, że postęp technologiczny likwidował część występujących zawodów, ale na ich miejsce pojawiały się nowe.

Obecnie istnieje olbrzymie zapotrzebowanie na rynek usług socjalnych , usług związanych z kulturą i wypoczynkiem oraz rozrywką. Z usług tych korzysta obecnie niewielka część społeczeństwa , którą na to stać. Całodobowa opieka nad potrzebującymi dla większości społeczeństwa oznacza poświęcenie czasu poza działalnością zarobkową lub rezygnację z działalności zarobkowej i w konsekwencji biedę. Również potrzeba kultury i rozrywki dla większości społeczeństwa oznacza jedynie oglądanie telewizji. Jest to jeszcze jeden przejaw nierówności społecznych, które niesie za sobą kapitalizm. Pracujemy też często za dużo i za długo, często zmuszani do przekraczania ustawowego czasu pracy. Odbija się to na zdrowiu i prowadzi do patologii społecznych. Przestrzeganie czasu pracy i stopniowe jego skracanie (tygodniowy czas pracy jest już w większości rozwiniętych krajów niższy niż w Polsce) to zasób źródło dodatkowych miejsc pracy.

Socjaliści walczą o godność człowieka. Upraszczając można powiedzieć, że godność człowieka może być zapewniona jeśli spełnione są dwa podstawowe warunki: człowiek ma zapewnione środki do życia i może się samorealizować będąc jednocześnie przydatnym członkiem społeczeństwa. Dochód gwarantowany może oznaczać spełnienie, choć w sposób ułomny, pierwszego warunku. Spełnienie drugiego warunku realizuje się w rozumieniu socjalisty (i myślę nie tylko socjalisty) poprzez wykonywanie pracy użytecznej dla społeczeństwa i w godnych warunkach. Dochód z pracy powinien zapewniać każdemu możliwość egzystencji na poziomie zależnym od wkładu pracy i intelektu. Jak wykazują badania socjologów zadowolenie z pracy jest potrzebą społeczną, która często dominuje nad zadowoleniem z zarobków. O zapewnienie każdemu takiej pracy powinna w pierwszym rzędzie zabiegać lewica.

Czy nie ma już komu bronić najbiedniejszych Polaków?

Na pytanie zawarte w tytule tego felietonu nie ma odpowiedzi twierdzącej. Na łamach środków masowego przekazu pojawiają się, od czasu do czasu, nazwiska obrońców ludzi bezdomnych czy bezrobotnych. Nie będę wymieniał tych nazwisk, bo nie o to przecież chodzi.

Przyczyny są różnorakie, często losowe, przypadkowe, choć ostatnio należą do nich również skutki niewydolnego systemu społecznego i politycznego.
Dyżurnymi obrońcami biedoty są partie i ruchy społeczne, które tę swoja powinność wpisały do statutów i przy każdej sposobności przypominają Polakom pełnioną misję. Ich głos jest jednak coraz słabiej słyszalny i coraz rzadziej słuchany. Zagłusza go potęgujący się szum medialny usiłujący dotrzeć do Polaków z twierdzeniem, „nie byłoby takiej biedy, gdyby wszyscy Polacy wzięli się do roboty”. Przykładów z życia nie brakuje. Nie bez znaczenia jest też zmniejszająca się rola partii lewicowych., które od paru dziesięcioleci cieszą się malejącym poparciem Polaków. W wielu przypadkach partie te zeszły na całkowity margines, nie one kształtują dziś kierunki zmian społecznych w Polsce i na świecie, nie one absorbują umysły młodych.

Partie tradycyjnie lewicowe w międzyczasie zrezygnowały ze swej lewicowości. Nie spełniła swej roli Polska Zjednoczona Partia Robotnicza powstała po wojnie ze zjednoczenia Polskiej Partii Robotniczej i Polskiej Partii Socjalistycznej. Czerwone sztandary PZPR zaczęły więc błyskawicznie płowieć, kolor czerwony ustąpił miejsc szarości. Nikt z tego powodu nie rozpaczał. Nowe czasy postawiły nowe wymagania przed polityką i ideologią, nie tylko w Polsce, lecz także poza jej granicami. Ich zainteresowania przestały się skupiać na kloszardach, bezdomnych i żebrakach podnosząc ciśnienie zafascynowanych apartamentami wycenianymi na 30 tys. złotych za metr kwadratowy (i wyżej), samochodami sprzedawanymi za 300-400 tysięcy złotych za sztukę i tego typu zbytkami.

Ewolucje przyspieszyły ideologie partii politycznych. Unia Demokratyczna zaczęła na przykład skupiać ludzi biznesu i to nie tylko tego drobnego, co wielkokorporacyjnego, zatrudniającego fachowców opłacanych w proporcji do wielkości tego biznesu. Przestały szokować zarobki rzędu 50 tysięcy złotych miesięcznie (i wyższe), premie znacznie przekraczające te kwoty i odprawy sięgające milionów. Początkowo rosło zainteresowanie kominami dochodowymi, szybko jednak i ono spowszechniało.

Przemówił również establishment rządowy i parlamentarny, który poczuł się dyskryminowany, zwłaszcza w porównaniu z dochodami korporacyjnymi. Pierwsza próba przełamania istniejących ograniczeń płacowych była niewypałem, zwłaszcza, gdy ówczesna premier uzasadniając premie użyła argumentu „bo rządowi one się należały”. Na podwyżkę drugą należało więc parę lat poczekać. Gdyby do niej doszło, okazałoby się, że wzbudziła ona kontrowersje, szczególnie gdyby wyszło na jaw, że indywidualne dochody miały wzrosnąć o połowę, a w niektórych przypadkach nawet więcej. Wyniki głosowania w Senacie nie poprawiły pozycji lewicy, dały jednak Polakom wiele do myślenia odnośnie jej roli w trosce o interesy najuboższych. Pora więc na ożywienie tej części sceny politycznej i jej zainteresowania losem najuboższej części społeczeństwa.

Jestem przekonany, że jeszcze w tej kadencji parlamentu szeroko rozumiana lewica może mieć wiele do powiedzenia, a jeszcze więcej do zrobienia na rzecz poprawy warunków bytowych najuboższej części społeczeństwa. Szczególnie, że powstała przed paroma laty inicjatywa powołania Porozumienia Socjalistów spotkała się z przychylnym zrozumieniem i poparciem. Przygotowywane obecnie spotkanie zainteresowanych inicjatywą będzie zapewne w przeciągu najbliższych 2-3 miesiecy. Zainteresowanych jej realizacją nie brakuje.

O demokratyczny socjalizm w Polsce

Przed II wojną światową w Polsce był kapitalizm. Władze były częściowo demokratyczne, a częściowo autorytarne, po przewrocie Piłsudskiego. Organizacje lewicowe dążyły do socjalizmu, sposobami opisanymi w dokumentach historycznych.

Określenie kapitalizm stosuję dla ustroju, w którym kierownictwa organizacji gospodarczych są sprawowane lub powoływane przez właścicieli i zarządzają autorytarnie w ich interesie, w celu maksymalizacji zysku, który przywłaszczają sobie właściciele i władza.

Określenie socjalizm stosuję dla ustroju, w którym władza i kierownictwa organizacji są powoływane i działają demokratycznie, za zgodą i pod kontrolą przedstawicieli grup społecznych zainteresowanych działaniami organizacji oraz zarządzają w interesie społecznym, szukając kompromisu między często sprzecznymi interesami tych grup społecznych i organizują ich twórczą współpracę. Nie preferują i nie deprecjonują żadnej grupy społecznej. Zyski organizacji są przeznaczane na doskonalenie i rozwój organizacji, zgodnie z potrzebami społecznymi, a pozostała część zysku jest kompromisowo dzielona między pracowników, właścicieli i władze.
Po wojnie mieliśmy autorytarną władzę jednej partii lewicowej, wprowadzoną terrorem, kierowanym przez Stalina, która ukształtowała państwową gospodarkę planową i nakazową, wzorowaną na Związku Radzieckim. Specyfiką polską były, w większości prywatne i spółdzielcze, rolnictwo, rzemiosło i drobny handel. Ustrój ten obecnie jest nazywany nieadekwatnie komunizmem. Można go trafniej nazwać spolszczonym, totalitarnym ustrojem stalinowskim. Organizacjami gospodarczymi zarządzały autorytarnie kierownictwa powołane przez władzę, za zgodą partii rządzącej.

W tym okresie zorganizowano: państwo polskie w nowych granicach, przesiedlenie obywateli polskich z utraconych terenów wschodnich, reformę rolną i upaństwowienie przemysłu oraz likwidację analfabetyzmu. Realizowano własnymi siłami, według planów, bez zadłużania kraju, kosztem ograniczania konsumpcji: zagospodarowanie Ziem Odzyskanych, odbudowę zniszczeń wojennych, rozwój przemysłu, górnictwa, komunikacji, gospodarki morskiej, budownictwa mieszkaniowego i urbanizacji, ochrony zdrowia, szczególnie pracowników i dzieci oraz powszechnego szkolnictwa, nauki i kultury. Celem tych działań był preferowany rozwój społeczno gospodarczy oraz powszechne, umiarkowane zaspokajanie potrzeb społecznych.

Po 1956 roku nastąpiła poważna zmiana ustroju na autorytarny socjalizm. Pozostała lewicowa władza autorytarna, ale radykalnie złagodzona i uniezależniona od wpływu Związku Radzieckiego, na tyle, na ile pozwalały warunki geopolityczne. Pozostała gospodarka planowana centralnie oraz szczątkowa gospodarka rynkowa w sektorze prywatnym. Ustrój w Polsce Ludowej po 1958 roku nazywany był demokracją ludową – nie komunizmem.

Autorytarne zarządzanie organizacjami gospodarczymi przekształcono na państwowo społeczne, demokratyczne. Powołano samorządy pracownicze uprawnione: do wyrażania zgody na powoływane przez władzę kierownictwo organizacji oraz do akceptowania planów działania organizacji i regulaminów pracy i premiowania pracowników. Pracownicy uzyskali prawo do udziału w zysku przedsiębiorstwa, a samorząd pracowników prawo do dyspozycji tą częścią zysku, na budownictwo mieszkaniowe, działalność socjalną i fundusz nagród, zwany 13 pensją. Związek Zawodowy został uprawniony do powoływania Społecznych Inspektorów Pracy. Zakłady pracy prowadziły, w interesie pracowników, ochronę zdrowia oraz działania: socjalno bytowe, kulturalne, sportowe i wypoczynkowe dla pracowników i ich rodzin. Takie organizacje gospodarcze można nazwać socjalistycznymi.

Przykładem polskiego doświadczenia demokratycznego zarządzania organizacją od 1957 roku, może być opis działania społeczno gospodarczego w latach 1940-1989 przedsiębiorstwa polskiego, intensywnie doskonalonego i rozwijanego, od małego warsztatu w prywatnej willi do największej i najnowocześniejszej fabryki sprzętu medycznego w Polsce, na poziomie dorównującym najbardziej rozwiniętym krajom. Przedsiębiorstwo to można nazwać przedsiębiorstwem socjalistycznym. Opinia Polskiego Towarzystwa Historii Techniki o tym opracowaniu jest ostatnim jego załącznikiem.Opis jest dostępny przez Internet, w Bibliotece Cyfrowej Politechniki Warszawskiej, wpisując do wyszukiwarki autora: Władysław Bujwid albo pod adresem: http://bcpw.bg.pw.edu.pl/dlibra/docmetadata?id=2542

W socjalistycznych przedsiębiorstwach powstał ruch społeczny Solidarność, zwalczający autorytarną władzę jednej partii oraz zależność od Związku Radzieckiego, protestami i strajkami rujnującymi gospodarkę i stosunki z sąsiednimi krajami. Hasłem było: Socjalizm tak, wypaczenia nie! Do Solidarności dołączyły środowiska intelektualne, szczególnie przeciwne cenzurze i represjonowaniu opozycji. Wymuszone przez Solidarność podwyżki płac, przy osłabianej gospodarce, doprowadziły do pustych półek w sklepach i rozwoju spekulacji, nie legalnego wolnego rynku. Stan wojenny przerwał działanie Solidarności, ale w 1989 roku, władza i Solidarność porozumiały się przy „okrągłym stole”. Władzę przejęła Solidarność. Po 1989 r. ustrój w Polsce został przekształcony na demokratyczny kapitalizm. Demokratyczną władzę bez planowania i kapitalizm z gospodarką rynkową. Wprowadzenie kapitalizmu nie było zgodne z intencjami Solidarności i porozumieniem przy „okrągłym stole”.
Po 2015 roku PIS przekształcił ustrój na autorytarny kapitalizm. Autorytarną władzę jednej partii, bez planowania i kapitalizm z gospodarką rynkową. Stosuje szeroko preferowanie i dyskryminację wybranych grup społecznych oraz działania niezgodne z Konstytucją i umowami z Unią Europejską.

Obecnie jest czas na wprowadzenie w Polsce demokratycznego socjalizmu. Demokratycznej władzy, planowania działań organizacji państwowych i samorządowych oraz społecznej gospodarki rynkowej, w celu coraz lepszego zaspokajania potrzeb społecznych. Można wykorzystać dotychczasowe, dobre doświadczenia z planowaniem, demokratycznym zarządzaniem organizacjami i wolnym rynkiem oraz z Nauką, a eliminować złe doświadczenia z autorytarnym zarządzaniem przez partie rządzące i właścicieli oraz preferowanie i dyskryminację wybranych grup społecznych, a także, działania niezgodne z prawem.
Lewica może zobowiązać się do takiego działania na najbliższym Kongresie Lewicy, planowanym w jesieni br., o czym pisałem w moim poprzednim liście z dnia 2020-08-01, na temat: Demokratyczny socjalizm i Kongres Lewicy.

Głównym elementem Uchwał Kongresu powinna być Polityka Lewicy, komunikatywna, przekonywująca i krótka, możliwa do zapamiętania przez każdego członka organizacji lewicowych i każdego wyborcę. Każdy działacz lewicowy wypowiadający się publicznie, powinien umieć przedstawić Politykę Lewicy, w sposób komunikatywny i przekonywujący, tak, żeby utrwalać ją w świadomości społecznej i uzasadnić jej zgodność z powszechnymi potrzebami społecznymi.

Oto główne tezy programowe:

Lewica będzie dążyć do przemiany niesprawiedliwego, autorytarnego kapitalizmu, na sprawiedliwy, demokratyczny socjalizm, a w tym: demokratyczną władzę, społeczną gospodarkę rynkową i planowanie działań organizacji państwowych i samorządowych, które zapewnią godne życie wszystkich obywateli polskich i coraz lepsze zaspokajanie ich powszechnych potrzeb:

Wolność od wszelkich dyskryminacji, wyzysku, bezrobocia, nędzy i bezdomności.

Sprawiedliwy, powszechny dostęp do: godnej i bezpiecznej pracy, mieszkania, nauki, opieki zdrowotnej, wymiaru sprawiedliwości, kultury i wypoczynku oraz świadczeń społecznych dla ludzi niezdolnych do pracy.
System, który zapewni, że w każdym obszarze i na każdym szczeblu kierować działaniami będą ludzie o możliwie najwyższych kwalifikacjach, etyce i zaangażowaniu, w coraz lepsze zaspokajanie potrzeb społecznych, na powierzonym obszarze działania. To kierownicy kierują działaniami pracowników, którzy wykonują i doskonalą wyroby i usługi, służące do coraz lepszego zaspokajania bardzo różnorodnych potrzeb ludzi.

Polityka lewicy będzie busolą każdego działacza lewicowego i każdej organizacji lewicowej, która wskaże im kierunek na oceanie różnorodności ich działań społecznych i planów. Wspólna polityka organizacji lewicowych, powszechnie znana i akceptowana przez nie, daje szanse ich skutecznego współdziałania, w celu jej realizacji. Każda organizacja lewicowa będzie mogła określić własne cele i plany działania, oparte o wspólną politykę.
Projekt Uchwał Kongresu, w tym Polityki Lewicy, powinien być przedmiotem szerokiej debaty na forum internetowym, w kręgach lewicowych, pracowniczych i naukowych, zmierzającej do sformułowania i uzgodnienia treści Uchwał Kongresu, przed rozpoczęciem Kongresu.
Projekt Uchwał Kongresu określających politykę i formy współpracy organizacji lewicowych oraz co i kto powinien robić, w celu realizacji Uchwał Kongresu, opisałem na str. 38, w opracowaniu pod tytułem: Doskonalenie Systemu Społeczno Gospodarczego, szeroko udostępnionym w kręgach kierownictw Lewicy, ZZ i Nauki od 2016 roku, a 2 wydanie od 2018 roku. Adres internetowy: http://klubwmpg.pomorskie.pl/dokumenty/bujwidds.pdf

Opracowanie to zawiera także wizję udoskonalonego systemu społeczno gospodarczego – projekt społecznej gospodarki rynkowej oraz działania Lewicy potrzebne do jej wprowadzenia w Polsce.

Pozdrawiam i życzę sukcesów.

Stanowisko RN PPS w sprawie protestów w Warszawie

Polska Partia Socjalistyczna uważa, że ostatnie protesty i reakcja policji wynikają z faktu, że polski prawicowiec sprawia wrażenie, iż boi się wszystkiego: uchodźców, LGBT, gender, Niemców, Rosjan, spisku Brukseli, elit, Grety Thunberg, rozpadu rodziny, upadku Kościoła, terrorystów. Swój lęk leczy wiarą, że silna ręka władzy jest w stanie na zawsze ukoić jego lęki, a odmawianie praw ludziom inaczej myślącym jest na nie cudownym lekarstwem.

Stoimy na stanowisku, że wykluczeni prędzej czy później stawią opór. Świat przyspiesza, a więc opór pojawia się szybciej. W tym kontekście widzimy najnowsze protesty środowisk LGBT do których przyłączają się inni, zwłaszcza młodzież, która zawsze nosi w sobie bakcyla buntu, ale także odznacza się wrażliwością na krzywdę innych.

Polska Partia Socjalistyczna nie popiera aktów wandalizmu w ogólności ale zwraca uwagę na wyjątkową agresywność przekazu uszkodzonego samochodu.

W imię demokracji przypominamy, że reakcje funkcjonariuszy prawa muszą być adekwatne do wielkości przewinienia. Zastosowanie dwumiesięcznego aresztu tymczasowego wobec Margot zrównuje jej przewinienia o niewielkich skutkach do osób podejrzanych o poważne przestępstwa przeciwko zdrowiu lub mieniu. Wnioskowanie przez prokuraturę takiego środka zapobiegawczego jest skandalicznym nadużyciem, a przyjęcie tego przez sąd jest niezrozumiałe.
Także działania policji w stosunku do protestujących daleko wykraczają poza adekwatne działania prewencyjne.

Całkowicie nie akceptujemy tezy o profanacji pomników i obrazie uczuć religijnych poprzez zawieszenie tęczowej flagi na figurze z krzyżem. Pomniki nie zostały uszkodzone, a tęczowa flaga stanowi symbol wyzwolenia nie tylko dla środowisk LGBT. Na równi można traktować zawieszenie banneru wyborczego Andrzeja Dudy na krzyżu na Giewoncie, co nie spotkało się z żadnym potępieniem. Także katolickie krzyże wiszące w urzędach, szkołach czy Sejmie budzą obawy wyznawców innych religii i niewierzących o nadmierną dominację jednej religii. Uważamy, że zawiadomienia o przestępstwie nie powinien składać wiceminister sprawiedliwości, bo świadczy to o zamiarze wywołania konfliktu przez ten resort.

Historia Polskiej Partii Socjalistycznej uczy, że z prześladowanych protestujących mogą wyrosnąć przyszli bohaterowie
i przywódcy. Jeden z ojców naszej niepodległości – Józef Piłsudski – rozpoczynał swoją działalność jako przywódca bojówek PPS, biorąc również udział w zamachach terrorystycznych.

Przed nami prawdopodobne protesty pracowników wynikające z załamania gospodarki, spowodowane epidemią, ale także wcześniejszą niefrasobliwą polityką gospodarczą rządu PiS.

Polska Partia Socjalistyczna uważa, że jedyną drogą zapewnienia pokoju społecznego jest dialog i współpraca, a nawet współudział szerokiego grona specjalistów reprezentujących różne opcje polityczne w przygotowywaniu i realizacji przedsięwzięć gospodarczych i społecznych a nie eskalacja przemocy i nazywanie protestujących chuliganami.

Jeśli jednak, na skutek uporu rządzących, dojdzie do masowych protestów to członkowie Polskiej Partii Socjalistycznej wzywają lewicę, aby stanęła na ich czele.

Lewico, do kogo mówisz?

Wyzwaniem dla współczesnej lewicy jest bycie tam, gdzie system się jej nie spodziewa i zdobywanie poparcia tych, którzy wspierają obecny system. Bycie „ekstremą dla siebie” to skazywanie się na bycie sektą, marginalną i niezrozumiałą.

Zabawa w posiadanie „najmojszej” racji i wchodzenie w starannie przygotowane przez prawicowy mainstream nisze to taktyka samobójcza. Lewica w Polsce ma problem. Problem polegający na byciu w głębokiej opozycji. W takim położeniu bardzo trudno jest utrzymać polityczną samodzielność. Media są w rękach prawicowych i to one nadają ton debacie publicznej. Głos od prawicowych dziennikarzy ludzie lewicy otrzymują zazwyczaj wtedy, kiedy można pokazać ich w roli niepoważnych i odklejonych od rzeczywistości radykałów. To dokładnie tak samo, jak z tym, że by „na legalu” móc zaprosić kogoś naprawdę lewicowego do mediów głównego nurtu obok musi się znaleźć totalny faszystowski skandalista.
W związku z tym zazwyczaj wygrywa krótkoterminowa, bieżąca perspektywa. Taka, która jest zorientowana na uleganie dominującym trendom po stronie rządu lub dominującej (prawicowej) opozycji. Natomiast lewicowy aktyw nie myśli o docelowych odbiorcach: zdaje się żyć dla poklasku ze strony własnych ludzi oraz dla zainteresowania mediów bynajmniej nie lewicowych, tylko związanych z głównym prawicowym nurtem,, które pragną go skompromitować i zniszczyć.

Dwa oportunizmy

Pokazowe wywieszanie tęczowych flag i manifestacyjne izolowanie się od prawicowego społeczeństwa to taktyka politycznego ekshibicjonizmu. Podobnie bezsensowne i oportunistyczne jest też stawanie murem za uwiedzionymi przez Jarosława Kaczyńskiego i wmawianie otoczeniu, że oto mamy przed oczyma autentyczną emancypację ludu, który prowadzony przez premiera-bankiera i prawicową elitę maszeruje prosto na śmieciówki, ku kolejnej prywatyzacji emerytur i do większego militaryzmu (z dzikim antykomunizmem w tle). To dwie strony tego samego medalu, dwie skrajności Prawicowemu społeczeństwu nie trzeba ani głupio przyznawać racji, ani też izolować się od niego na pozycjach do których nie ma ono szans dotrzeć.

Lewica naprawdę cierpi. Nie wie do kogo mówi… A dlaczego? Ponieważ wciąż nie rozwinęła i nie opanowała odpowiednich metod do komunikacji ze społeczeństwem. Swego czasu bardzo cieszyłem się na wieść, że Razem i inne lewicowe partie otrzymają rządowe subwencje. Liczyłem bowiem (i postulowałem) na to, że tym razem lewicowe ugrupowania zrozumieją swój błąd i postawią na żywą i aktywną obecność w swoich regionach. Miałem głęboką nadzieję na to, że przy każdym okręgu powstaną atrakcyjne kluby lewicowej kultury i że jest możliwe by stworzyć biura porad dla ludzi w ciężkiej sytuacji przy każdym większym organie lewicowej partii. Niestety – zamiast tego strategią komunikacyjną polskich lewicowych partii jest: sporadyczne wrzucanie memów, występowanie na drętwych konferencjach prasowych, czy współorganizowanie różnych demonstracji interesujących głównie samych zaangażowanych działaczy i nieliczne, bardzo świadome politycznie, jednostki… W zasadzie nic, co dawałoby przeciętnemu pracownikowi i obywatelowi szansę na poznanie ludzi lewicy, wejście z nimi w bezpośredni kontakt i na zwyczajną rozmowę.

Lewica uparcie mówi tylko do przekonanych i do tych, którzy już subskrybują jej fanpejdże w mediach społecznościowych. A tam rządzą przecież lajki i (jak w sekcie) najwięcej punktów zdobywa się za najwierniejsze oddanie idei. Z drugiej strony mamy inny gatunek oportunistów, którzy poszukują legitymizacji w prawicowych schematach: tacy łudzą się, że jeśli znajdą wśród powstańców osoby homoseksualne, to nagle wszyscy narodowcy przeżyją olśnienie. Jeśli udowodnią, że to oni obalili komunizm, to elektorat Kaczyńskiego zagłosuje na nich itd. To z kolei drugi gatunek oportunistycznego tchórzostwa wzbogacony jeszcze o brak wiary w możliwość samodzielnego kreowania opowieści. Stąd też próba ucieczki w strefy, które już istnieją: na pole elektoratu neoliberałów i na pole elektoratu narodowców i nacjonalistów. A tymczasem lewicą naprawdę mogą być zainteresowani zarówno „wielkomiejscy panicze”, jak i „brudne PGR-usy”: wystarczy nie odbijać się od ścian, które stworzył POPiS i nie mówić językiem stworzonym przez te partie, nie wchodzić w schematy, które one stworzyły.

Miejmy świadomość, że z perspektywy historycznej jest to sytuacja względnie nowa i świeża. W historii partii socjalistycznych oraz socjaldemokratycznych biura pożyczkowe, otwarte zebrania i spotkania były codziennością. Lewicowe partie zawsze były partiami masowymi, otwartymi i szukającymi aktywności ze strony społeczeństwa. To przemiany ostatnich dekad uczyniły z lewicowych ugrupowań głównie komitety wyborcze, które poważniej uaktywniają się jedynie w okresie kampanijnym. Jest nawet tak źle, że często to samo kierownictwo lewicowych partii nie chce walnych zgromadzeń i działań skierowanych na zewnątrz (ku publiczności), ponieważ bardzo boi się każdej oceny, czy ewentualnej wymiany swych dotychczasowych kadr na lepszych i po prostu innych działaczy. Różni lewicowi posłowie_anki bardzo często działają więc praktycznie totalnie samodzielnie (często walczą też z innymi) i nie weryfikuje ich żaden partyjny aktyw, żadna publiczność.
I to jest właśnie pełen przepis na życie w bańkach, oderwanie od ruchu i mówienie do samego siebie. Zwłaszcza jeśli partie i wszelkie lewicowe grupki trwają w swej hermetycznej izolacji, a ich polityczna oferta jest wąska: nie ma stałych działań skierowanych na zewnątrz, nie ma żadnych „dni otwartych”, ani nawet stałych miejsc spotkań. A lewicowe partie, które odnoszą sukcesy są właśnie partiami, które działają wspólnie ze społeczeństwem i ich praktyka jest wpleciona w jego codzienność.

Ekstrema na zamówienie

W reżyserowanym przez prawicę spektaklu pt. „kapitalistyczny parlamentaryzm” są przewidziane dla lewicy role. Pierwszą z nich jest bycie niebezpieczną, szkodliwą i bujającą w obłokach ekstremą. Ta jest bardzo potrzebna by prawica miała swojego wroga, a kierowany przez nią lud miał się czym oburzać i na kim wyładowywać swój tłumiony, klasowy gniew. Ponadto kiedy nic się nie dzieje, zawsze można wyśmiać dziwaczne postulaty „lewaków”, tym bardziej wysyłając sygnał: wybierzcie nas, to zatrzymamy szaleńców.

Drugą z nich jest rola socjalnego modyfikatora. Taka lewica, która chce tylko trochę więcej socjalu, drobnych zmian i nie ma żadnej całościowej alternatywy służy za pacyfikatora dla wszelkich bardziej radykalnych dążeń. Czasem uzupełni prawicową ustawę, czasem potępi liberalną opozycję… Obie te role są czymś, co Włodzimierz Lenin, Róża Luksemburg i inni klasycy marksizmu określiliby zbiorczo mianem zwyczajnego oportunizmu. Niebezpieczna ekstrema zrywa powiązanie lewicy z aktualnym społeczeństwem i tworzy z niej projekt dla nikogo. Socjalni modyfikatorzy wepchną zaś ludzi pracy w objęcia każdego, kto da im choćby trochę grosza – dzięki nim można potem wmanewrować społeczeństwo w poparcie nacjonalizmu, homofobii i antykomunizmu, czy najgorszego faszyzmu, który przecież też był prawicowym projektem dla ludu.

Brak umiejętności samodzielnego działania nie powinien nas dziwić. Działania w głębokiej opozycji zazwyczaj prowadzą do izolacji i niepotrzebnej radykalizacji (z konieczności integracji odizolowanej grupy). Wyjściem z tej sytuacji jest tylko i wyłącznie: właściwe upartyjnienie (zorganizowanie) aktywności, wyjście aktywu na ulice i zawiązywanie trwałych ośrodków oddolnej współpracy.

Zamiast pokazywać, jak bardzo się różnimy – trzeba pokazywać, jak niewiele nas dzieli. Lewicowość nie może też być trudna, ani wiązać się z życiem lewaka wyklętego, który niczym Rejtan rzuca się pod protesty narodowców, a pod poduszką chowa siekierę. W każdym takim przypadku lepiej robić własne obchody, własne święta i własne przyciągające ludzi atrakcje, zamiast wyśmiewać i szokować mainstreamową publiczność. To nie jest ani czas na libertynizm, ani na deptanie (choćby i infantylnych) świętości części społeczeństwa. Miejsce dla takich silnie ideowych działań jest poza pierwszym planem. Polska naprawdę nie jest też jeszcze wcale aż tak stracona, by istniała natychmiastowa konieczność schodzenia do podziemia i chwytania za broń oraz malowania twarzy w barwy wojenne. To wciąż dość umiarkowana rzeczywistość półperyferyjnego imperializmu, gdzie każda polityka nigdy nie jest do końca poważna. To kraj, który idzie z prądem historii, a ton nadają tu zewnętrzne siły, które bynajmniej nie są kontrolowane przez marzącego o Wielkiej Lechii polskiego narodowca. Polski faszyzm oczywiście jest groźny, ale nie jest faszyzmem, który byłby nie do pokonania.

Odziany w tęczę fanklub Jacka Kuronia, zamaskowanych lewicowych powstańców, towarzyszy od sierpów i młotów, fanatyków Brygad Międzynarodowych, Róży Luksemburg i „Pierwszej Solidarności” może być bardzo fajny, ale dalej będzie to tylko fanklub. Czas już tworzyć nowe, szersze identyfikacje i nie stawiać przy tym najwyższych wymagań. Żyjemy przecież w świecie ofiar i popleczników systemu, a naszym zadaniem jest umiejętnie przemówić i trafić. Do nich.

(Nie)zdobyte koszary Moncada, albo ku pokrzepieniu lewicowych serc

Stan ducha, w jakim późnym wieczorem dnia 26 lipca 1953 roku znajdował się młody adwokat z Hawany, Fidel Castro, był bardzo zbliżony do obecnych nastrojów na polskiej lewicy.

Mający rozpocząć wielkie powstanie przeciw Batiście atak na koszary Moncada zakończył się spektakularną klęską, wielu jego towarzyszy zginęło, a on sam, wycieńczony i otoczony przez oddziały dyktatora, był na skraju załamania. Jednak w ostatecznym rozrachunku to jego historia zapamiętała go jako zwycięzcę, a sama data dała nazwę ruchowi, którego dziełem była ,,największa epopeja w najnowszej historii Ameryki Łacińskiej”.

Czerwono – czarna flaga z napisem ,,M-26-7” jest dzisiaj na Kubie jednym z najpopularniejszych i najbardziej szanowanych lokalnych symboli – zdobi domy, szkoły, bary, widnieje na muralach. Jest to bowiem sztandar rewolucjonistów z Ruchu 26 lipca (hiszp. Movimiento 26-07), którzy wyzwolili Kubę spod dyktatury Fulgencio Batisty. Z początku jednak nic nie zwiastowało powodzenia ich straceńczej misji, a już na pewno najmniej –wydarzenia z owego 26 lipca.

Fidel Castro od czasów studenckich był zajadłym przeciwnikiem dyktatury Batisty.

Na początku próbował pokojowych działań opozycyjnych,
jednak wobec ich praktycznego fiaska rozpoczął z towarzyszami organizowanie zbrojnej konspiracji. Na pierwszy cel dużej akcji wybrano koszary Moncada w Santiago de Cuba. Okazało się jednak, że mimo wielkich starań i pełnych nadziei przygotowań bojowe nastroje nie były w stanie zastąpić braków w uzbrojeniu, liczebności i wojskowym przeszkoleniu. Żołnierze dyktatora łatwo odparli atak, zabijając wielu rewolucjonistów. Tych, którym udało się uciec, złapano w kolejnych tygodniach. Cała akcja spotkała się z bardzo małym odzewem społecznym. Sytuacja buntowników wydawała się beznadziejna, a ruch antybatistowski – całkowicie rozbity. Fidel jako jego przywódca został skazany na 15 lat pozbawienia wolności. Mimo początkowego załamania jego determinacja pozostała jednak niezachwiana. Dzięki tej klęsce zrozumiał, iż bez masowego zaplecza ideowego i trafiającego do ludzi przekazu ruch nie wyjdzie nigdy poza krąg narwanych studentów – idealistów. W więzieniu od razu rozpoczął więc ponowną organizację struktur. Ruch 26 lipca
tym razem stawiał przede wszystkim na edukację polityczno – historyczną
oraz uświadamianie klasowe. Szkoła, którą Castro zorganizował dla współwięźniów, stała się wzorem do naśladowania dla jego aktywnych zwolenników na wolności.

Po wyjściu na wolność w 1955 roku (na mocy amnestii) Castro kontynuował tę działalność. Wielu zaangażowanych castrystów wędrowało od wioski do wioski, wygłaszając przemowy na tajnych zebraniach, rozmawiając z ludźmi i zaszczepiając w nich sympatię do ruchu antybatistowskiego. Ofensywie edukacyjnej nie przeszkodziła nawet ucieczka Fidela i dużej części kierownictwa ruchu do Meksyku po zamieszkach w Hawanie. Nastroje silnie antyreżimowe zaczęła przejawiać coraz większa część społeczeństwa.

Kiedy na jachcie ,,Granma” przywódcy Ruchu 26 lipca wrócili na Kubę wzniecić ogień rewolucji, ich sytuacja była inna niż w roku 1953. Mimo początkowych bardzo ciężkich porażek, ich obóz w górach Sierra Maestra był cały czas zasilany przez duże grupy nowych ideowych zwolenników, a większość społeczeństwa gorąco wspierała działania partyzantów. Pozwoliło im to już po dwóch latach zadać śmiertelny cios dyktaturze Batisty.

2 stycznia 1959 roku przy owacjach zgromadzonych tłumów rewolucjoniści wjechali do Hawany.

Na ich czołgach i samochodach dumnie powiewały flagi z datą 26 lipca – dniem, który jeszcze niedawno wydawał się oznaczać ich koniec.

Spadki w sondażach, porażka w wyborach prezydenckich, potwierdzenie w nich dominacji prawicowego POPiS-u, perspektywa 3 lat absolutnych rządów partii Jarosława Kaczyńskiego – sytuacja i nastroje polskiej lewicy wydają się obecnie bliskie tym po klęsce ataku na koszary Moncada. Jednak los kubańskich rewolucjonistów pokazuje, że żadna klęska nie musi być ostateczna, przeciwnie – jeśli wyciągnie się z niej odpowiednie wnioski, może stać się ona zaczynem zwycięstwa.

Praca społeczna u podstaw, uświadamianie klasowe, rozszerzanie zasięgu przekazu – to działania, na jakie postawił El Comandante. Znając dalsze losy tej historii, polska lewica winna się nimi zainspirować. Może dzięki temu uda się także nam przekuć klęskę Moncady w zwycięski pochód na Hawanę.

Strach, pryncypia i poczucie wdzięczności

Te trzy wyróżniki, zdaniem szewca Fabisiaka, zadecydowały o głosach wyborców.

Szewc Fabisiak uważa, że zarządzanie strachem zaczyna wypierać lansowanie motywacji pozytywnych. Dotyczy to nie tylko ostatniej kampanii prezydenckiej, lecz także tej przed wyborami do Parlamentu Europejskiego, gdy w niemal całej Unii straszono a to katastrofą klimatyczną a to masowym napływem uchodźców co przysporzyło głosów z jednej strony ugrupowaniom ekologicznym, z drugiej zaś nacjonalistycznej prawicy.
W Polsce kampanijna przepychanka, zwłaszcza w drugiej turze, szła na noże. Dlatego też niewspółmierną rolę odgrywało straszenie w stylu: co to będzie, gdy wygra konkurent, a nie nasz kandydat. Przodowało w tym głównie ugrupowanie wspierające Andrzeja Dudę, co jest zrozumiałe, gdyż ewentualna porażka wyborcza miałaby dla całe tej formacji o wiele większe konsekwencje, niż dla przegranego kontrkandydata i jego sprzymierzeńców.
Szewc Fabisiak, podobnie jak wielu innych, znalazł w skrzynce pocztowej anonimową ulotkę opatrzona jedynie logo Duda 2000. Roztaczała one perspektywy świetlanej przyszłości pod przewodem Dudy w przypadku jego ponownego wyboru. Wystarczyło jednak odwrócić kartkę, aby dowiedzieć się co nas czeka, gdyby jednak wygrał nie Duda, a Trzaskowski. Otóż niechybnie bieda, kryzys a także co, co jest domeną PiS, czyli afery, podział i konflikty. Tego typu dość prymitywna propagandówka miała zapewne przekonać ludzi rozumujących w czarno-białych, bez jakichkolwiek odcieni, kategoriach. Szewc Fabisiak uważa jednak, że jeśli ktoś kto innych uważa za idiotów, to albo sam jest idiotą albo wyrachowanym cynikiem.
Straszenie w wydaniu PiS podczas całej kampanii podlegało zresztą twórczej ewolucji. Co prawda, w odróżnieniu od innych wyborów, nie wyciągano mało już nośnego tematu uchodźców, koncentrując się najpierw na LGBT, a następnie na Niemcach, którzy za pośrednictwem obecnych w Polsce swoich mediów usiłowały wpływać na wynik wyborów. Co gorsza dyktując nam nie w obcych językach a w powszechnie znanej polszczyźnie. Nagła nagonka antyniemiecka oprócz pobudzenia historycznych reminiscencji ma również inny sens. Bliżej na ten temat szewc Fabisiak wypowie się przy okazji dywagacji na temat polityki zagranicznej.
Jako obiektywny obserwator szewc Fabisiak dostrzega również taktykę strachu w szeroko rozumianym bloku opozycyjnym obejmującym nie tylko PO ale też inne niechętne obecnej władzy ugrupowania oraz licznych komentatorów. Będącego realistą szewca Fabisiaka jakoś nie przekonują argumenty o chęci wyprowadzenia Polski z Unii Europejskiej. Za dużo płynie stamtąd kasy. Zbyt wielu posiadaczy gruntów rolnych, wliczając w to Kościół, otrzymuje dutki w ramach unijnej wspólnej polityki rolnej aby ewentualny polexit miałby się rządzącym opłacać.
PiS co prawda z jednej strony gra na dumno-narodowych emocjach, z drugiej zaś kuli ogon pod siebie, gdy Unia nakazuje wstrzymanie wycinki Puszczy Białowieskiej czy też przywrócenie na urząd pani Małgorzaty Gersdorf. Z kolei Unia może chętnie krytykować słabe kraje członkowskie jednak strategicznie jest zorientowana na rozszerzenie a nie zmniejszanie stanu członkostwa a poza tym przeżywa problemy związane z brexitem.
Z kolei argumenty, skądinąd słuszne, o zawłaszczaniu sądów mało interesują tych co z sądami nie mają do czynienia a jeżeli już to raczej w takich sprawach, gdzie ingerencja nie jest formacji rządzącej potrzebna.
Podobnie jest ze sprawą wolności mediów. Ludzie już od dawna odwykli od czytania prasy za wyjątkiem lokalnych gazetek, w które można się zaopatrzyć za darmo, a które ponadto piszą o sprawach własnej gminy czy powiatu, co wielu ludzi bardziej interesuje niż wielka polityka. Z kolei telewizor służy im głównie do oglądania ciągnących się latami seriali oraz obserwowania prognozy pogody.
Kolejne spostrzeżenie, które nasuwa się szewcowi Fabisiakowi jest takie, iż wielu wyborców przy głosowaniu kieruje się swoiście pojmowanymi zasadami. Co prawda Szymon Hołownia lansował hasło „głową i sercem”, jednak w warunkach polskich brzmi ono zbyt idealistycznie. Ta nieco połowiczna większość, która głosowała na Dudę czyniła to albo głową mając utrwalone w pamięci transfery socjalne albo czymś w rodzaju serca popierając tego kandydata, który prezentuje bliskie im kulty Polski silnej i chrześcijańskiej, rodzinności i religijności dodatkowo propagowane przez miejscowego księdza, który dla wielu jest wciąż autorytetem. Zwłaszcza, gdy osobiście nie był zaangażowany w afery pedofilskie.
Szewc Fabisiak zauważa też, że pomimo sympatii politycznych ludzie głosują nie koniecznie tak jak im sugerują władze danej partii, lecz w oparciu o własne poglądy i kalkulacje. Stąd też wynika budzące niekiedy komentatorskie zdziwienie zjawisko tzw. przepływu elektoratów.
Ostatni z trzech wymienionych na wstępie czynników to coś, co szewc Fabisiak nazywa poczuciem wdzięczności. Za kolejne pieniężne plusy, za trzynastą emeryturę itd. Skoro dali, wprawdzie nie prezydent osobiście, lecz pisowski rząd, kto jednak wchodziłby w takie detale – to wypadałoby się odwdzięczyć w postaci postawienia krzyżyka przy nazwisku kandydata utożsamianego z tą właśnie partią. I to, zdaniem szewca Fabisiaka, mogło przeważyć wyborczą szalę na korzyść Andrzeja Dudy.
Jakie bowiem powody do wdzięczności można mieć wobec Rafała Trzaskowskiego i ugrupowania opozycyjnego, które nie dysponuje środkami budżetowymi a w pamięci wyborców jej dwukadencyjne rządy bynajmniej nie u wszystkich wyborców budzą nostalgiczne wspomnienia dobrych czasów do których chciałoby się wrócić?

Co zmieniają te wybory?

Być może tak naprawdę dużo mniej, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka. Pewne jest jednak, że lewica już musi zacząć szykować swój program i przekaz na następne.

I działać przy tym w taki sposób, by zacząć przeciągać na swoją stronę dzisiejszy elektorat PiS. To nie jest niemożliwe. Znaczna część społeczeństwa nie posiada trwałych poglądów, tylko interesy. I dobrze!

Liberałowie nie zdobędą wsparcia ludzi, którzy chcą silnego, opiekuńczego państwa. Ludzie pracy, mieszkańcy małych miejscowości, emeryci i renciści są natomiast do zdobycia przez lewicę, o czym sam się przekonałem, bo gdy kandydowałem – rzecz jasna z lewicowej listy – do parlamentu większość moich głosów była spoza dużego miasta.

Lewica musi być jednak znacznie bardziej przystępna i mniej skoncentrowana na kwestiach obyczajowych… Stawianie się w jednym obozie z PO i pogardzanie wsią, „tamtą połową”, osiem gwiazdek itd. to ostatnie, czego nam trzeba.

Przyspieszenie dobrej zmiany

PiS zrobi teraz repolonizację mediów, rzuci się na sektor organizacji pozarządowych, ataki na LGBTQIA wcale nie osłabną i ofensywa Ordo Iuris przyspieszy. TurboPiS czeka wszystkich.Kaczyński wie, że czasu na robienie nowego porządku i nowego człowieka jest już bardzo mało, bo kolejne wybory są głęboko niepewne.

Szykujcie się więc na ogromną ofensywę PiS, a także uderzenie w pracowników i ich prawa, czy estoński CIT by na stałe zabezpieczyć sobie poparcie właścicieli. Jest też wyzwanie przejęcia elektoratu Konfederacji, więc kolejny atak na prawa aborcyjne jest bardzo możliwy.

Na którymś odcinku uderzenie niechybnie nastąpi – sama tylko strategia bezkompromisowego siania własnej propagandy, choćby były to same kłamstwa, okazała się i słuszna, bo dała 51 procent, i nie tak znowu pewna, bo owe 51 proc. to niewiele w porównaniu z wynikami sondaży sprzed kilku miesięcy.