Wspomnienie o gen. Zdzisławie Rozbickim

„Jestem zdecydowanym przeciwnikiem, by wiedza historyczna przekazywana młodemu pokoleniu Polaków, była poddawana odpowiedniej >obróbce dydaktycznej i politycznej<. Deformując historię, oskarża się liczne osoby mojego pokolenia z czasów Polski Ludowej, o niecne czyny, których nie popełnili” gen. Zdzisław Rozbicki

„Czyn żołnierski nie ginie. Trwa w pamięci pokoleń. Jest pomnikiem, testamentem, drogowskazem” gen. Wojciech Jaruzelski

Wiadomość o odejściu na wieczną wartę, 25 października 2020 r. gen. bryg. dr Zdzisława Rozbickiego, wprawiła grono przyjaciół, najbliższych współpracowników i znajomych w stan głębokiej zadumy, smutku i żalu. Serdeczne myśli i wspomnienia, jakie przywołuje pamięć w takim momencie, wciąż są kierowane do Osób Generałowi najbliższych – Córek i Syna z ich Rodzinami, którzy stracili wielkiej dobroci i wrażliwości Kochanego Ojca i Teścia, Dziadka i Pradziadka. Dla wielu środowisk Wrocławia i Dolnego Śląska, rozstanie z Generałem- Osobą dobrze znaną, jest i będzie niepowetowaną stratą. Ceniony i szanowany za inicjatywy społeczne w sferze kształtowania i utrwalania postaw obywatelskich i patriotycznych, pomnażania materialnego i kulturalnego dorobku tego pięknego Miasta i Regionu, pozostanie na zawsze, we wdzięcznej pamięci mieszkańców. Żołnierz z powołania Od 19-go roku życia, żołnierz zawodowy z osobistego wyboru. Społecznik z rodzinnego wychowania w Sokołowie Podlaskim, gdzie ur. się 6 grudnia 1982 r. Humanista z wykształcenia.

Generał Zdzisław Rozbicki przez 40 lat był żołnierzem zawodowym z powołania. Naukę w Oficerskiej Szkole Politycznej, podjął w 1951 r. Wyposażony w podstawy wiedzy historycznej i dydaktyczno- pedagogicznej, będzie je rozwijał jako oficer oświatowo- polityczny. Początkowo szkolił młodych poborowych w opanowaniu podstaw rzemiosła wojskowego. Wielu uczył nawet czytania i pisania, co było wstydliwym spadkiem po latach II RP, szczególnie wśród biednych mieszkańców wsi i małych miasteczek centralnej i wschodniej Polski. Z potrzeby serca, rozumu i wymogów czasu -jak wówczas całe Ludowe Wojsko Polskie – pracował z podwładnymi przy usuwaniu zniszczeń wojennych, zapisując chwalebną kartę Wojska w pamięci Polaków.

Wskazywał im wizję lepszego jutra dla siebie, swoich najbliższych i Ojczyzny – w tej powojennej rzeczywistości. Zaczął też pisać pierwsze teksty o pracy żołnierzy, ich codziennym życiu oraz perspektywach „cywilu”. Sam też nie zmarnował okazji by rozwijać zdobytą wiedzę – podjął studia w Wyższej Szkole Nauk Społecznych w Warszawie. W Śląskim Okręgu… Wyniesione stąd zainteresowanie historią i socjologią, pozwoliło przyszłemu generałowi na obejmowanie kolejnych, coraz wyższych stanowisk w pionie polityczno-wychowawczym Dowództwa Śląskiego Okręgu Wojskowego we Wrocławiu. Przez 15 lat służby (1961-1978) na różnych stanowiskach- ten światły i mądry oficer polityczny (może niektórzy chcieliby to zapomnieć), kształtował zaangażowanie młodych żołnierzy w służbie „Ludowej Ojczyźnie”. Uczył ich obywatelskich postaw, szczególnie przez przykłady udziału Wojska- dziś wstydliwie wytykane, albo zmilczane- w pracach na rzecz gospodarki narodowej. Kierując Ośrodkiem Nauk Społecznych i Wojskowych, miał okazję poznania i współkształtowania ruchu młodzieżowego na Dolnym Śląsku, jego udziału w odbudowie ze zniszczeń i scalania z Macierzą tego Regionu. Obserwacje i refleksje stąd płynące – opisał, jako współautor- w książce „Zrodzeni z czynu”. Dla czytelników okazała się na tyle interesującą, że uznali ją „Książką Roku” 1973. A wojewoda wrocławski i prezydent Wrocławia, w 1986 r. wyróżnili doroczną nagrodą Jest laureatem kilku nagród i wyróżnień MON oraz GZP WP. Zachęcał dowództwa jednostek Okręgu do organizowania garnizonowych bibliotek, do krzewienia czytelnictwa książek, nawiązujących do lat walki o wolność i niepodległość Ojczyzny.

Rozwijał zamiłowanie do kultury we wszystkich jej formach, do poznawania piękna ojczystej ziemi. Budował u żołnierzy ich przyszłe, społeczne i regionalne więzi, nie tylko we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku. Zasób wyniesionych doświadczeń, skłonił Generała Zdzisława do podjęcia teoretycznych rozważań, na studiach w Uniwersytecie Wrocławskim, zakończonych doktoratem z dziedziny nauk politycznych w 1975 r. Szef „wojskowej kultury” Umiejętności, zaangażowanie i walory charakteru tego „liniowego oficera politycznego” dostrzegli wyżsi przełożeni. Awansował- jak mówiono – „do Warszawy”, do Głównego Zarządu Politycznego WP. Zwiększony zakres obowiązków i odpowiedzialności, wyzwalał Jego zasoby intelektualne i twórcze. Przez inspirację organizacji garnizonowych dni kultury, wojskowych kół literackich, konkursów czytelniczych i recytatorskich- wzbogacał kształtowanie patriotyczno- obronnych i obywatelskich postaw młodych Polaków w Wojsku. Objęcie stanowiska Szefa Zarządu Kultury i Oświaty GZP WP umożliwiło kontynuację i rozszerzenie zakresu inspiracji cywilnych twórców na gruncie Wojska. Dość wspomnieć dzieła malarki Bronisławy Wilimowskiej, rzeźbiarzy, np. Bronisława Chromego i grafików. Zachęty do pisania piosenek żołnierskich, głównie marszowych, muzyki i scenariuszy dla wojskowych zespołów zawodowych i amatorskich, wyzwoliły wiele talentów twórczych. Dość wspomnieć Adama Wojdaka, Adama Zwierza, brylowanie na koncertach Joanny Rawik i Bernarda Ładysza. Jeden z najbliższych wtedy współpracowników Szefa „wojskowej kultury”, płk Adam Buszko czuwał nad organizacją Festiwali Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, z udziałem wybitnych piosenkarzy i prezenterów, np. Bogdana Czyżewskiego i Stanisław Mikulskiego. Sam nucił nowe piosenki, gdyż Szef wymagał, by imiennik biblijnego Adama- także głosem upiększał „żołnierski padół”, otwierał koszary cywilnym twórcom w „marszu ku nowemu”, co czyni i dziś. Realizacja Programu Rozwoju Kultury w Siłach Zbrojnych, której Generał Zdzisław był animatorem i promotorem, omawiana na dorocznym spotkaniu, stała się wydarzeniem roku 1990. Zaproszona elita polskiej kultury, wielkie i znane nazwiska, usłyszała od Minister Kultury, Pani Izabeli Cywińskiej, premiera Tadeusza Mazowieckiego i Prezydenta III RP, gen. Wojciecha Jaruzelskiego- nie tylko słowa uznania i poważania, ale i oczekiwania w przeobrażaniu „Kultury Wojska” i Kraju, na progu transformacji ustrojowej, po horyzont XXI wieku. Publicysta Pierwsze obowiązki służbowe, niejako zachęciły młodego porucznika, do pisania krótkich tekstów na łamach wojskowej prasy. Opisywał odczucia, przekonania i wyobrażenia własne i podwładnych. Uczciwe oddawał obraz szorstkości codziennego życia koszarowego. Jako dobrze zapowiadający się uważny obserwator, uczestniczył 2 czerwca 1960 r. w naradzie aktywu autorskiego Żołnierza Wolności w Warszawie. Młody kapitan przeżył tu chwile zaskoczenia i tremy. Wyróżniony miejscem przy stole prezydialnym- rozmawiał pierwszy raz w życiu z gen. Wojciechem Jaruzelskim. Tę i kolejne rozmowy oraz spotkania, ze swadą opisał w „Kronice spotkań z Generałem” (wyd. 2005 r.). Poznał oczekiwania Kierownictwa GZP WP, związane z prasą wojskową, blaski i pisarskie zasadzki tej publicystyki. Zauroczony treścią tej narady, nagrodzony za opublikowane teksty, postanowił nadal próbować sił w tej dziedzinie. Od tego momentu do końca życia, publicystyka stała się dla gen. Zdzisława Rozbickiego szczególnym rodzajem służby – „służby piórem”. Napisał kilkaset publikacji i opracowań, drukowanych w prasie i różnych czasopismach wojskowych i cywilnych. Przez wiele lat Pani Ewa Stawiarska swoim damskim pietyzmem przydawała tekstom wigoru, czasami tylko znakiem wzmacniała żołnierską elegancję myśli, czasami gładziła ekwilibrystykę słów, zawiłości ocen faktów i refleksji nad minionymi laty, nad złożonością ludzkiego losu …

Generał Zdzisław przyjmował je z zadowoleniem i często humorystycznie puentował. Niekiedy pytał, czy w tekście na łamach Trybuny udało mi się dostrzec „dopust, nie boży” ale Pani Ewy. Niech wdzięczność Generała Zdzisława pozostanie na zawsze z Panią i Rodziną… Niech wdzięczność Generała Zdzisława pozostanie na zawsze… Z licznym zespołem redaktorskim, którego długą listę otwiera nazwisko gen. Zdzisława Barszczewskiego, a zamyka reguła alfabetu. Z pracownikami Wydawnictw- PiliFot Wrocław i Jakpol, bez których nie byłoby kilkunastu książek Generała Zdzisława. Dość wspomnieć najciekawsze tytuły:„Generałowie, politycy i twórcy kultury”, „Krzewy życia”, „Dwoje i wojna”, „Niepoprawne rozmyślania i zwierzenia”, „Racje i zachowania nie jedno mają imię”, „Wieś nad rzeką”, „W sierpniowe dni”, „Spotkania z Generałem-wspomnienia i refleksje”, „Stan wojenny”, „>Wór kamieni< Generała”, „Już po wojnie”… Z Redakcjami czasopism, np. literackim „Nike” i gazet, które uhonorowały Generała Zdzisława „złotym piórem” i innymi nagrodami… Z Redakcją Dziennika Trybuna, której łamy były dla Generała Zdzisława zawsze otwarte. Publikacje tu zamieszczane były dla Czytelników duchowym drogowskazem w zapobieganiu deformacji „wiedzy historycznej przekazywanej młodemu pokoleniu Polaków”. Już od kilku miesięcy ich brakuje, Czytelnicy pytają Redakcję dlaczego, co się stało … Wrocławskie spotkania… To szczególna karta w dziejach miasta i jego mieszkańców obrazująca kilka wizyt oraz spotkań gen. Wojciecha Jaruzelskiego, gdy pełnił najwyższe funkcje wojskowe i państwowe, także jako emeryt.

Generał Zdzisław z zespołem autorskim utrwalił je ku pamięci przyszłych pokoleń w kilku wspomnianych książkach i publikacjach prasowych, w tym na łamach „Głosu Weterana i Rezerwisty”. Nikt się nie spodziewał, ani spośród kadry Wojska, ani spośród członków partii, że tuż po przełomie lat 1989-1990, nowa władza III RP, pokaże „drugą twarz”. Że przyjdzie zmierzyć się z haniebnym wyzwaniem- oszczerstwami i kłamstwami, fałszywymi zarzutami. Zaledwie odszedł z urzędu Prezydenta Polski gen. Wojciech Jaruzelski, a wraz z Nim grupa kierowniczej kadry Wojska i członków władz państwowych – wszyscy usłyszeli oskarżenia, odpowiednio o stan wojenny i Wydarzenia Grudnia 1970 r. Stanęli przed Sejmową Komisją Odpowiedzialności Konstytucyjnej i sądami. By wobec społeczeństwa uwiarygodnić „czarną prawdę”, nowa władza z Bogiem i sprawiedliwością na ustach, ogłosiła „swoją politykę historyczną”. Teraz okazywać się miało, że w latach PRL gdzieś było śladowo „coś dobrego”, ale wówczas popełnione zło i różne bezeceństwa- także u nas- od których nie jest wolny żaden kraj na świecie – w III RP wyrosły do monstrualnych rozmiarów. Adam Michnik, jeden z czołowych działaczy ówczesnej opozycji, oceniał krytycznie takie postępowanie władz i przypominał – „W Hiszpanii do dziś są w suficie, w parlamencie, kule po zamachu ppłk Antonina Tejera w lutym 1981 r. W Polsce, dzięki temu, że kompromis był i po drugiej stronie tego kompromisu stali generałowie Jaruzelski i Kiszczak, nic takiego nie miało miejsca. Jestem im za to wdzięczny. I teraz, nagle, po 20 latach, pod jakimiś sztucznie skonstruowanymi zarzutami ahistorycznymi, tych ludzi się nęka, ciąga po sądach, obwinia … Z punktu widzenia interesów Polski, jest to działanie antypolskie, antynarodowe”. Świadomi słabnących sił fizycznych, ale nie braku odwagi- grono generałów, wśród których Zmarły spełniał inspiratorską rolę, żołnierze wszystkich stopni z byłego Dowództwa Śląskiego Okręgu Wojskowego i podległych jednostek, teraz już emeryci- rezerwiści stanęli czynem i słowem w obronie rzetelnej, choć momentami trudnej prawdy, nie godząc się na żadne polityczno-moralne doczernianie przeszłości Polski Ludowej, w tym szczególnie Wojska oraz odpowiedzialnej części Kierownictwa Państwa. Te same motywy – dla „poznańskich lotników” i działaczy Lewicy – były podstawą powołania Stowarzyszenia „Przeciwko bezprawiu”. Wspólne działania obu środowisk koordynował Generał Zdzisław i płk Andrzej Gąszczołowski, uważany „ambasadorem Poznania” we Wrocławiu. Poznaniacy-wojskowi, z Andrzejem Gąszczołowskim – cywilni działacze Lewicy pod przewodnictwem Edwarda Skrzypczaka, działając wspólnie oraz w porozumieniu ze środowiskiem wrocławskim, skierowali kilka otwartych listów i oficjalnych pism do Prokuratora Generalnego RP, Ministra Sprawiedliwości, I Prezesa Sądu Najwyższego, Prezydenta RP, Rzecznika Praw Obywatelskich. Ich wyjaśnienia, apele i argumenty dla osób wymiaru sprawiedliwości okazały się zbędną lekturą. Odzew innych adresatów miał jedynie wymiar moralny, nie zdołał wynieść powagi rozumu ponad miałkość nienawiści i zapiekłości. Żołnierskie pożegnanie Dorobek Twojej oficerskiej służby Ojczyźnie, zasługi w sferze krzewienia uniwersalnych zasad człowieczeństwa – nad otwartą mogiłą wspominać będą przyjaciele, koledzy i towarzysze broni w myślach i w duchu. W słowach, głośno i dobitnie wypowie płk Zdzisław Nowacki. Można być pewnym, że nawet najsilniejszy wiatr, nie rozwieje, nie rozrzuci ich wśród mogił Osobowickiego Cmentarza, nie zniweczy ich mocy. Zapadną głęboko w pamięć i myśli tu obecnych …Będą ziarnem, rodzącym plon z refleksji nad minionymi laty. By historyczna wiedza przekazywana młodemu pokoleniu Polaków była fundamentem prawdy- nawet tej bolesnej, ale szczerej, rzetelnej. Będącej wciąż wyciągniętą ręką z otwartą dłonią ku przyszłości, ku każdemu. Tak Generał Zdzisław, obrazowo opowiadał o spotkaniach gen. Wojciecha Jaruzelskiego na wrocławskim rynku z przypadkowo napotkanymi osobami. Jako ich Świadek, wnioskował, że stan wojenny był po to, by inspiratorów i chętnych do rozmów Polaków ze sobą, tylko poprzez zaciśnięte pięści- obezwładnić i zamienić pięści na otwarte dłonie… Że gen. Wojciech Jaruzelski dla ludzi miał serce na dłoni… Że wielu Jego rozmówców to odczuwało i zachowało w swej pamięci… może przekazało młodemu pokoleniu, może… Drogi Przyjacielu – Zdzisławie Zaszczyciłeś mnie prawem zwracania się Twoim Imieniem, przyjmując do honorowego grona wrocławskiego środowiska publicystów wojskowych. Niech ten tekst będzie dla Ciebie, Drogi Generale Zdzisławie- podziękowaniem za Twoją mądrość oficera politycznego- z otwartą dłonią i sercem. Najgłębszym pokłonem, wzruszeniem… Niech dla Twoich najbliższych będzie jeszcze jednym dowodem, utwierdzającym Ich w przekonaniu, że mieli po ludzku szlachetnego Ojca i Teścia, Dziadka i Pradziadka.

Niech Drogi Przyjacielu-Generale Zdzisławie, wspomnienia spotkań z gen. Wojciechem Jaruzelskim, towarzyszą Ci na wiecznej warcie. Że „Czyn żołnierski nie ginie. Trwa w pamięci pokoleń. Jest pomnikiem, testamentem, drogowskazem”. Do nas, Twoich podwładnych, przyjaciół i współpracowników należy dalsze pisanie karty o żołnierskich czynach, o dorobku pokolenia Polaków z czasów Polski Ludowej – ku nauce i pamięci potomnych …

Nieprzemijalny brak zmiennika

Stanisławowi Barei łatwiej było stworzyć filmowego, w prawdziwym świecie nikomu nie udało się skutecznie zastąpić lewicy, która pomimo własnych błędów, ale i przeobrażeń, nadto wrogich napaści, wydaje się być niezniszczalną.

Wyraża bowiem w swym głównym nurcie dążność do wartości na ogół powszechnie oczekiwanych: równości i sprawiedliwości społecznej, wolności jednostki i zbiorowości, postępu i rozwoju, a więc i zmiany, a co najmniej ulepszenie tego naszego świata. Powrót do znanych rozważań i prawd skłania obecnie przetaczająca się przez liczne media lawina wypowiedzi łączących w sobie atak na lewicę z próbą, jeśli już nie gloryfikacji, to przynajmniej obrony i nadziei na powrót neoliberalnego porządku w naszym kraju. Na różne sposoby czyni to w „Newsweeku” (nr. 20, 21) także Krzysztof Varga pisząc , że „Mamy sojusz katolicko-narodowego PiS i postkomunistyczno-neokomunistycznej Lewicy” zapominając jeszcze dodać, że również gomułkowsko-gierkowsko-jaruzelsko-czarzastej.

Teoria spisku

w tym czasopiśmie, nie tylko na tytułowej stronie, odnajduje się w takim oto planie obalenia PiS : „pozbawiony głosów ziobrystów, eurosceptycznych konfederatów i wsparcia zjednoczonej opozycji Jarosław Kaczyński przegrywa kluczowe głosowanie nad ratyfikacją Krajowego Planu Odbudowy, nie wytrzymuje, wpada na sejmową mównicę, zaczyna krzyczeć i dochodzi do przesilenia…Rządząca koalicja się rozpada, PiS ma dwa wyjścia – albo wrócić do rozmów z całą opozycją i spełnić wszystkie jej warunki, albo ryzykować konstruktywne wotum nieufności. Wtedy opozycja idzie do znienawidzonego przez PiS Gowina, proponuje mu stanowisko marszałka Sejmu i jeśli Gowin się zgadza, wspólnie obalają rząd Morawieckiego i powołują gabinet techniczny.” Najbardziej spodobał mi się w tym planie krzyczący Kaczyński i „ jeśli Gowin się zgodzi” – przy takich zamierzeniach Czarny Piotruś wygląda na wyrafinowany wysiłek intelektualny. Ale kulisy opisywanego spisku dotyczą Lewicy, która jakoś nie chciała uczestniczyć w tej dziecięcej grze karcianej.

Wszelkie możliwe granice przyzwoitości

przekroczyła „Gazeta Wyborcza” (22-23.05.2021) oświadczając na pierwszych stronach – „Lewicy już dziękujemy”, a w dodatku „Wolna sobota” – „Cała na prawo! Polacy już nie potrzebują lewicy”. Jawne kłamstwo prezentowane przez tytuł polega na tym, że żaden zawarty w tym wydaniu tekst powyższych opinii w najmniejszym nawet stopniu nie potwierdza. Manipulacja polega na wyrwaniu z szerszego kontekstu i wyeksponowaniu opinii jedynie krytycznych o lewicy. Ale również z tego artykułu – rozmowa ze Sławomirem Sierakowskim i Przemysławem Sadurą pt. „Przejedzeni wyborczą kiełbasą” – wyczytać m. in. można, że lewicy nie rośnie „Bo osoby, które chciałyby w Polsce państwa opiekuńczego, nie wierzą w państwo, bo się na nim przejechały. A ci, którzy wierzą w państwo, jak klasa wyższa, która zresztą z niego chętnie korzysta, nie chcą państwa opiekuńczego dla mas. Z kolei klasa niższa obawia się innych kolejkowiczów, a do tego jest dość konserwatywna – dlatego obrona mniejszości, praw kobiet czy osób nieheteronormatywnych ją odstrasza. Lewica może pozyskać klasę wyższą nawet pomimo jej poglądów na gospodarkę. Z niższą już tak nie jest”

Nadto jeszcze w „GW” Witold Gadomski, jak zwykle swoje „o obciążaniu dla podatników o wyższych dochodach” itd.

W tym wydaniu „Wolnej soboty”

granice przyzwoitości przekroczył i grafik, który nawiązując do przewodniej myśli tytułu z beztroską i bezmyślnością, na stronie tytułowej, wyobraził usypaną z piasku na plaży twarz Che Guevary w charakterystycznym berecie, rozmywaną przez morze. Ten wizerunek – przywołujący wartości, o które walczył i zginął rewolucjonista XX wieku – był kultowym symbolem-ikoną dla pokoleń milionów młodych ludzi na całym świecie, którzy również chcieli uczynić go lepszym i sprawiedliwszym. Ponoć lewicową tożsamość miał w swoim czasie i Adam Michnik, i czytał zapewne reportaże Ryszarda Kapuścińskiego na temat lewicowej partyzantki na Bliskim Wschodzie, w Afryce i Ameryce Łacińskiej, wydane przez Czytelnika w 1975 roku pod tytułem „Chrystus z karabinem na ramieniu”. Ale w 2006 roku oprotestował decyzję o nakazie aresztowania byłego przywódcy chilijskiej, krwawej junty gen. Pinocheta. I bez względu na swoje racje, już tej tożsamości nie miał. W tak zmieniające się, szczególne poglądy redaktora naczelnego „GW”, wpisują się cytowane słowa o lewicy i akceptacja obrazu dezawuującego pamięć o Guevarze.

Galaktyka melancholii ?

Przedsięwzięciem ryzykownym jest kreowanie uogólniających opinii i jednostronnych twierdzeń. Ma to miejsce niestety także w licznych, bardzo interesujących, poważnych rozważaniach, nawet w godnych szczególnej uwagi dziełach. Do tego niejako gatunku zaliczyć należy szeroko omówiony na łamach „D-T” (5-6. 05.2021) przez Krzysztofa Lubczyńskiego esej-studium Enzo Traverso „Lewicowa melancholia. Marksizm, lewica, pamięć”. Jak pisze autor : Książka ta ma na celu eksplorację wymiaru kultury lewicowej w okresie od XIX do XXI wieku”.

Wprowadzając pisze Lubczyński: „wydaje się, iż słowo „melancholia” na ogół, w potocznej świadomości raczej słabo kojarzy się z lewicą i lewicowością. Z tą kojarzą się raczej pojęcia dynamiczne, takie jak „rewolucja”, „zmiana”, „postęp”, „emancypacja” walka o lepszy świat – pojęcia tchnące optymizmem, a nie smutkiem, który jest składnikiem uczucia melancholii. Jeśli jednak przyjrzeć się historii lewicy i ruchów rewolucyjnych w aspekcie kulturowym, to takie stany ducha na lewicy były i są rzeczywistością. Ważnym momentem, w którym melancholijna refleksja lewicy, był rok 1989, gdy >>lewica stała się duchowym bezdomnym, uświadomiwszy sobie klęskę podejmowanych w przeszłości prób zmiany świata, przyszło wtedy zakwestionować same te idee, przy pomocy których usiłowano go interpretować<<”. I jeszcze autor wspomnianej książki dodaje: „„Nie da się wykluczyć tego, że nasi potomkowie zapamiętają XX -wieczny socjalizm jako wyizolowany w pustej przestrzeni posąg, pozostałość przeszłości, której urok polega prawdopodobnie na tym, że ma „wartość staroci”. Rzecz cała jednak, przy pełnym szacunku dla autora, ma się inaczej gdy opisywaną lewicę poddamy szczegółowszej analizie oraz odwołamy się do rozlicznych jej opisów w różnych prezentacjach szeroko rozumianej kultury. Przede wszystkim uogólnienie dotyczące jednorodności pojęć lewica i socjalizm oraz jego przeniesienie na różnego rodzaju ruchy społeczne nie jest zgodne z prawdą.

Ta pierwsza narodziła się w czasach Wielkiej Rewolucji Francuskiej, ten drugi był dziełem Saint-Simona i Roberta Owena; w połowie XIX wieku teoretykami socjalizmu byli Karol Marks i Fryderyk Engels, a za nimi cała plejada myślicieli, twórców ruchów i partii politycznych, które wykształciły dwie niejako zasadnicze drogi: socjaldemokratyczną i komunistyczną, acz idee socjalizmu odnajdywały się w szeregu innych ideologicznych doktrynach. Mówi się dziś także o skrajnej lewicy, centrolewicy, lewicy chrześcijańskiej i narodowej, ale również o socjalizmie rozumianym różnie, także w jego tzw. byłej, realnej odmianie. Historia i losy poszczególnych ugrupowań lewicowych czy też socjalistycznych, w przestrzeni opisanej przez autora książki, były oczywiście różne, ale nie do wszystkich odnieść można artystyczne i wszelkie inne przywołania klęski, melancholii, żalu po upadku, niezłomnej wiary w wyznaczony cel i kontynuację, mimo przegranej. W melancholicznym widzeniu dziejów lewicy czy socjalizmu nie ma miejsca na ich wielkie sukcesy, będące dziełem nie tylko partii socjaldemokratycznych, wymuszające polepszenie warunków pracy i bytu tzw. warstw ludowych, także demokratyzacji ustroju politycznego, również poza Zachodnią Europą. Nie ma pamięci o zapomnianych już dawno osiągnięciach 8-godzinnego dnia pracy i zakazu pracy dzieci, brak świadomości zmiany obowiązującego systemu prawnego, dotyczącego także pozycji kobiety i jej praw wyborczych, wreszcie zabrakło, co fundamentalne, wywalczonej i realizowanej doktryny państwa dobrobytu. I na przekór licznym, także w realnym, polskim socjalizmie, było wiele dowodów na sukces realizowanej, niewątpliwie lewicowej, polityki w postaci zniesienia post-feudalnych warunków na wsi, bezpłatnej dostępności do służby zdrowia oraz powszechnego szkolnictwa średniego i wyższego, wykształcenia milionów obywateli, objęcie ich opieką socjalną, również industrializacja i budową ponad 6,5 mln. mieszkań, wreszcie niepomiernie ważny, a niespotykany rozwój kultury. Z wielu powodów, trudnych do szczegółowego omówienia z uwagi na charakter tego tekstu, można stwierdzić, że apoteoza w różnych dziełach sztuki czyni swym tematem wielkie wydarzenia i postacie, rzeczy, idee bądź wartości, osądza godnie dokonane czyny, także często w estetycznej kategorii tragizmu, żałoby, czy też kultury klęski. I o nich tylko jest wspomniany esej. Natomiast nie słyszałem aby równie liczne wybitne dzieła, nie tylko zresztą artystyczne, stanowiły apoteozę wielkich lewicowo-socjalistycznych dokonań i zwycięstw . Oczywiście poza dworskimi, uniżonymi ukłonami z epoki socrealizmu, które żadnymi dziełami nie były, a tylko oczekiwanym, propagandowym poczynaniem. Z różnych względów tak się dziwnie dzieje, że na samym końcu tylko kir, w swojej rozlicznej formie, ma oplatać lewicowo-socjalistyczne koleje losu. W kosmosie sztuki byłoby naiwnością poszukiwać racjonalnej oceny społeczno-politycznych wydarzeń, tym bardziej, że równie często i trudno odnaleźć je w specjalistycznych, naukowych dociekaniach historyków, nie wspominając już o politologach. Z tego powodu uogólnienia wyrażane przez twórców w ich dziełach, również w ich opisie , takie jak „duchowa bezdomność lewicy” czy „socjalizm, jako wartość staroci”, dotyczą jedynie wytworów sztuki, a nie koniecznie o wiele bardziej skomplikowanej rzeczywistości. Nie zmienia to oczywiście faktu, że rodzą się w określonych warunkach i okolicznościach. Zgadzam się z Krzysztofem Lubczyńskim, że jest to wspaniała lektura, ale jednak z uwagi na jednostronny obraz opisywanych poczynań, niekoniecznie gorzka.

Młoda Polska patrzy w lewo!

Tytułowe słowa napisała na Twitterze posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. I nie ma w tym entuzjazmie przesady.

Po sondażu z początku roku, w którym najmłodsi wyborcy (18-29 lat) najchętniej określali swoje poglądy jako lewicowe, pojawiło się kolejne badanie opinii publicznej, w którym lewa strona w tej grupie wiekowej wygrywa zdecydowanie.

Sondaż przeprowadzony przez pracownię IBRIS dla polsatowskich Wydarzeń pokazuje niesamowite 49 proc. poparcia dla zbiorowo ujętej Lewicy (Lewica Razem, Nowa Lewica i Wiosna) w grupie młodych dorosłych. W tym segmencie wiekowym PiS i PO nie mają szans – rządząca partia wyciągnęła 8 proc., Platforma zaledwie 3. Młodzi wyborcy chcą mocnego i jednoznacznego przekazu, nie lawirowania, a ich poglądy uległy mocnej polaryzacji – dlatego miejsce za lewicą zajmuje Konfederacja.
Sondaż uwzględniający całość społeczeństwa jest już mniej sensacyjny: z wynikiem 32,6 proc. wygrywa Zjednoczona Prawica. Gdyby zaś prawica przestała być zjednoczona, PiS nadal dystansowałby Platformę i wygrałby z wynikiem 30,1 proc., natomiast ziobrystów (2,2 proc.) i gowinowców (1,6 proc.) w parlamencie już byśmy nie zobaczyli. O drugie miejsce w każdym z układów biją się KO z Hołownią. Lewica nie poprawia znacząco swoich notowań z ostatnich wyborów – ma 11,5 proc.

Tak czy inaczej, młode pokolenie wyborców wnosi do polityki swoje wartości i oczekiwania. Nie chce już kompromisów z Kościołem, religii w szkołach i pouczania, co to jest prawdziwa rodzina. Część tych ludzi łączy również przywiązanie do praw człowieka z marzeniem o równości, równych szansach, dostępie do mieszkań czy stworzeniu w Polsce podstawowych warunków godnego życia – od sprawniej działającej służby zdrowia zaczynając. Lewica ma pole do popisu. Pamiętajmy też, że na protesty kobiet chodziły też 15, 16-latki. Potencjał tego pokolenia jest dla lewej strony ogromny.

Pożegnanie…

31 marca 2021r po długiej walce z chorobą odeszła bliska naszym sercom

I Z A B E L L A   A N T O N I N A   S I E R A K O W S K A

Posłanka na Sejm przez sześć kadencji, prekursorka walki o prawa kobiet , wrażliwa na nierówności społeczne i krzywdę ludzką. Zapisała się w naszej pamięci jako symbol prawości w działaniu, politycznej odwagi i uczciwości. Wierna do końca swoim poglądom, pozostawiła trwały ślad w historii polskiej lewicy.

Żegnamy Izę, łącząc się w bólu z Jej Mężem , dziećmi i wnukami

Anna Bańkowska, Jolanta Banach i Danuta Waniek

List otwarty

skierowany do prezydenta RP, prezesa Rady Ministrów, marszałków Sejmu i Senatu, przewodniczących Klubów Parlamentarnych
Warszawa 18 marca 2021 roku

Polska Lewica, Unia Pracy i Porozumienie Socjalistów przypominają, że w naszej kulturze politycznej Konstytucja Rzeczypospolitej spełnia szczególną rolę. Nie tylko organizuje nasze życie polityczne i społeczne, jest punktem odniesienia dla wszelkich praw Rzeczypospolitej, ale jest też dla nas, Polsków nienaruszalną wartością.

Uważamy zatem, że kluczowe, przesądzające o skutkach dla przyszłych pokoleń decyzje rządu czy też Sejmu mogą wejść w życie jedynie uzyskując konstytucyjną większość w polskim parlamencie.

Głosowanie nad ratyfikacją europejskiego programu odbudowy jest taką decyzją. Program ten zmienia postanowienia traktatu Lizbońskiego o Unii Europejskiej a także jest wyraźnym krokiem w kierunku federalizacji Unii Europejskiej.

Polscy obywatele muszą mieć pewność, że partie polityczne reprezentowane w Sejmie akceptują i popierają takie rozwiązanie, czego wyrazem będzie konstytucyjna większość uzyskana w głosowaniu ratyfikacyjnym a także obywatele Rzeczypospolitej muszą mieć gwarancję, że głosowane rozwiązania są zgodne z Konstytucją RP.

W związku z powyższym domagamy się natychmiastowej wykładni Trybunału Konstytucyjnego, czy przedkładane do ratyfikacji rozwiązania prawne są zgodne z Konstytucją i czy będą wpływać bezpośrednio na jej zapisy (np. w sprawie nieprzekraczalnych progów zadłużenia w relacji do PKB).

Domagamy się także uchwały Sejmu przesądzającej o koniecznej konstytucyjnej większości dla ratyfikacji europejskiego programu odbudowy.

Polska Lewica przewodniczący Jacek Zdrojewski
Unia Pracy przewodniczący Waldemar Witkowski
Porozumienie Socjalistów przewodniczący Andrzej Ziemski

Brzydkie słowo na k.

Zimna wojna z liberałami wciąż trwa

Liberałowie zbierają owoce wyczynowego wariantu kapitalizmu, który współtworzyli od końca lat 70. ubiegłego wieku. Marsz do królestwa wolności dla kapitału rozpoczął prezydent R. Nixon w r. 1971. Zniósł wymianę dolarów na złoto. Spuścił ze smyczy kapitał finansowy, który i tak jest zawsze sztabem głównym systemu. W krótkim czasie powstał kapitalizm bez granic narodowych, bez granic dla eksploatacji przyrody, pracy i życia ludzkiego. Skumulowane skutki tych zmian tworzą podglebie dla ruchów protestu, które podtrzymują status quo. Opatruje się je ogólną nazwą populizmu. Rodzina to rozrośnięta: od soft-nacjonalizmów, tradycjonalistyczno-religijnej prawicy do nostalgików reakcyjnej prawicy, która tworzy różne odcienie postfaszyzmu. Także ruchy lewicowe kontestujące neoliberalny kapitalizm wpadają w ten wielki wór wrogów demokracji i rozsądku. Miało być pięknie jak nigdy dzięki wolnemu rynkowi, a skończyło się paradą rozczarowanych kontestatorów. Jednak ich protest nie sięga ekonomicznych źródeł. Z prawej strony ogranicza się tylko do podważania liberalnej demokracji i jej kosmopolityzmu, z lewej zaś do postulatów poszerzania autonomii jednostki w sprawach rasy, płci, praw reprodukcyjnych. Na scenie politycznej to wojny kulturowe, a co jest za kulisami?

Łatwiej wskazać „ciapatego” i wyładować na nim gniew klasowy, łatwiej też współczuć opozycji zmagającej się z autokratą gdzieś na świecie. Trudniej zrozumieć, jak funkcjonuje wirówka kapitału, w której znalazła się i przyroda, i klasy pracownicze. O tym czwarta władza milczy. Wykonajmy to zadanie za nią.

Scena polityczna wznosi się na fundamencie wyczynowego kapitalizmu, czyli sposobu produkcji, który jest oparty na własności prywatnej środków gospodarowania i konkurencji o zyski. Jego logika produkcji podporządkowana jest rencie z posiadanych aktywów, teraz głównie finansowych. To ekonomiści katedralni i bankowi, klasy menedżerskie, elita rządząca na przełomie lat 70/80 przeszli na służbę rentowności kapitału, porzucili kompromis powojenny między kapitałem a pracą. Organizacje międzynarodowe, zwłaszcza MFW, Bank Światowy, później WTO, kierowane z tylnego siedzenia przez departament Skarbu USA – wdrożyły model kapitalizmu bez granic: państwowych, społecznych i ekologicznych, z dostępem do taniej pracy montażowej w Azji, potem w Europie Centralnej. Potocznie zwie się go globalizacją. Ważnym ogniwem tej jakościowej zmiany były reformy Deng Xiaopinga w Chinach po 1978 r. Pojawiła się zdyscyplinowana i tania siła robocza, najpierw dostępna dla chińskiej diaspory z Hongkongu, Tajwanu i Singapuru. Pojawiły się nowe pola akumulacji kapitału: prywatyzacja przedsiębiorstw sektora publicznego, komercjalizacja usług publicznych, obniżenie kosztów pracy w rezultacie jej uelastycznienia. Do tego doszły reformy sytemu podatkowego, możliwość optymalizacji podatkowej i ukrywania nadwyżki w rajach podatkowych. Wall Street stała się miejscem cudownej przemiany nadwyżki światowej na produkty finansowe, co Yanis Varoufakis nazwał Globalnym Minotaurem. To okoliczności historyczno-społeczne leżą u podstaw ogromnej władzy korporacji finansowych nad państwami za pomocą mechanizmu długu publicznego. Do tego dochodzi kontrola nad myślą akademicką, szczególnie pompowanie nagrodami (tzw. ekonomicznym noblem) głównych twórców doktryny neoliberalnej (M. Friedman, F. von Hayeka), a także nad mediami. Tu królują bankowi ekonomiści i przedstawiciele probiznesowych think tanków.

Teoretyczne państwo. System obiegu kapitału na całej planecie osłabił klasy pracownicze. Po pierwsze, na bocznicy znalazło się państwo. By przyciągnąć, a później zatrzymać inwestorów – otworzyło rynki wewnętrzne. Korporacje, grożąc ucieczką kapitału portfelowego i inwestycji, wymusiły równanie w dół w zakresie podatków, obciążeń socjalnych, transferu zysków. Stopy podatkowe od dochodów indywidualnych spadły z około 60-70% do 40-50% między 1979 a 2000 r. Kodeksową ochronę pracy zastąpiła prekarność, czasowe zatrudnienie, biedapłace, eksploatacja pracy w strefach specjalnych, montowniach, paczkowniach, sektorze usług personalnych. Tu dochody są niższe i niepewne. W rezultacie brak obecnie arbitra, który by kształtował warunki brzegowe dla wykorzystania kapitału, pracy i zasobów przyrody na zasadzie zdrowego kompromisu.

Wielkie korporacje. Po drugie, wyrosły udzielne księstwa w demokratycznym pejzażu. To wielkie korporacje przemysłowe, zbrojeniowe, z sektora surowcowego i finansowego – wszystkie o rozproszonym kapitale właścicielskim, praktycznie zarządzane przez menedżerów, którzy nie ponoszą odpowiedzialności majątkowej za swoje decyzje. Działają oni praktycznie dla pomnożenia wartości giełdowej firmy. W razie błędnych decyzji straty są uspołeczniane jak w okresie kryzysu finansowego 2007/8 czy wcześniejszej bańki internetowej. Dominuje tu perspektywa krótkookresowa. W tym celu menedżerowie obniżają koszty, głównie pracy. Skutkiem tej strategii biznesowej jest obniżenie globalnego popytu – spadają dochody płacowe w firmach, w konsekwencji w krajach. Pojawia się kuszenie konsumentów kredytami, by spieniężyć masę towarową, której wciąż przybywa. Rozwinął się silnie obciążający przyrodę konsumpcjonizm na dopalaczach kredytu konsumpcyjnego i mieszkaniowego. Do utraty suwerenności przez konsumenta przyczyniły się reklamy, wzmocnione efektem demonstracji celebrytów i influenserów w mediach społecznościowych.

Twierdzą wolnej przedsiębiorczości wielkich korporacji stała się Dolina Krzemowa w USA. Do wielkiej mocy Jeffa Bezosa i kolegów przyczyniło się tolerowanie optymalizacji podatkowej oraz możliwość emigracji zysków do rajów podatkowych. Np. w 2015 roku 40% zysków firm międzynarodowych powędrowała do rajów podatkowych (za NBER Working Paper No 24701).
Źródłem ich władzy jest kontrola patentów i kapitał finansowy własny i pożyczany. Tworzą firmy-wydmuszki, bez własnych fabryk. Zastępuję je okrążające glob łańcuchy produkcji, ich ogniwami są podwykonawcy i poddostawcy z całego świata. Mogą łatwo zmieniać ofertę produktową, technologię. Kto inny ponosi bowiem stałe koszty utrzymania majątku produkcyjnego. Jak bezradny wobec ich mocy jest polityk świadczy dawkowanie szczepionek przez Big Farmę. Nikt z „zatroskanych” w UE nawet nie śmie, z wyjątkiem Adriana Zandberga, upomnieć się o hierarchię potrzeb: czy opanowanie epidemii czy niezagrożone profity rentierów zwanych „inwestorami”.

Giełdyzacja gospodarki. Proceder ucieczki przed opodatkowaniem odpowiada za powstanie ogromnej nadwyżki wirtualnego kapitału. Krąży on wokół globu, grożąc zniszczeniami warunków życia jak cyklony. Dzienne transakcje na Wall Street dawno już przekraczyły 6 mld dolarów. To kapitalizm kasyna. Płonne okazały się nadzieje, jakie zwolennicy hipotezy wydajności rynków finansowych spod znaku Miltona Friedmana, pokładali w nowym kapitalizmie finansowym. Miał on być ukoronowaniem gospodarki rynkowej. „ Rewolucja derywatów” miała skutecznie zabezpieczać ryzyko kontraktami terminowymi „futures”. Ale to one w czasie kryzysu finansowego 2007/8 stały się toksycznymi aktywami. Słowem, powstała gospodarka oparta na długu i spekulacjach produktami finansowymi, czyli formą pieniądza niezależną od rynku dóbr oraz obiegu gotówki. Dlatego według znawcy „gospodarki finansowej” Hymana Minsky`ego, „rynki finansowe nie zarządzają ryzykiem, lecz je stwarzają”. Najlepszym sprawdzianem zawodności tak pojętego efektywnego rynku finansowego był spektakularny upadek funduszu dwóch laureatów tzw. ekonomicznego nobla za równanie różniczkowe Blacka-Scholesa (wzorowane na dyfuzji w mechanice) – Long Term Capital Management. Miraż wydajnego długoterminowego inwestowania na rynkach finansowych skończył się jedną z największych akcji ratunkowych, bez której by się ulotniły oszczędności pokoleń. Dlatego w sektorze finansowym pełno zombi-banków. Stał się on w istocie piramidą finansową. Królują tu keynesowskie zwierzęce instynkty: „emocje, lęk, chciwość, owczy pęd” (R. Shiller), a nie wspomniany wzór Blacka-Scholesa i algorytmy wykorzystujące komputery. To kapitalizm dla kilkuset milionów posiadaczy akcji, a więc około 5% populacji świata, którzy liczą na 15% stopę zwrotu z inwestycji na giełdzie. Według obliczeń Thomasa Piketty`ego, na poziomie światowym w r. 2010 promil najbogatszych posiadał 20% całości majątku, 1 proc. około połowy światowego bogactwa (wówczas było to 45 mln posiadających przeciętnie majątek rzędu 3 mln euro, czyli pięćdziesięciokrotność średniego majątku), a grono 10 proc. krezusów rozporządzało wielkością zawartą między 80 a 90% całości majątku. W tej sytuacji dolna połowa ludzkości musi się zadowoli mniej niż 5 proc. całości. Co gorsza, duże dysproporcje występują także między regionami świata: 80% globalnej nierówności dochodu wyjaśnia kraj, a nie klasa według szacunków Branco Milanovića, znanego badacza światowych nierówności. W ten sposób powstała klasa globalnych rentierów. Ich historyczna egzystencja zależy od kapitału pieniężnego krążącego w światowej gospodarce, a bezpośrednio od kontroli rynku finansowego i rent, które on przynosi. Ich zyski nie pochodzą z mitycznej przedsiębiorczości – są to po prostu zyski kapitałowe od udziałów w firmie, odsetki, dywidendy, procenty, renty od nieruchomości. Dlatego Władysław Szymański, od lat badający globalny kapitalizm, nazwał obecną funkcję giełdy „keynesizmem giełdowym”, gdyż o tempie wzrostu cen decyduje obecnie koniunktura giełdowa – tempo wzrostu podaży pieniądza, „finanse finansują teraz finanse”, jak określił angielski ekonomista Jan Toporowski.

Tak więc władza przesunęła się do prezesów wielkich korporacji, i ich drużyn: specjalistów zarządzania, marketingu, reklamy, usług doradczych, prawniczych. To oni są suflerami i klientelą polityczną prawicy zarówno narodowo-tradycjonalnej i konserwatywno-liberalnej, w Polsce POPiSu. Obóz Zjednoczonej Prawicy rekonstruuje system władzy, na wzór sanacyjnego reżimu, skoncentrowanego wokół państwa. Ideologicznie eksploatuje zaś tradycje endecko-klerykalne. Jednak poza pieniężnymi łapówkami dla gorzej sytuowanych, nie narusza istoty systemu, nawet go wzmacnia po wprowadzeniu PPK. PO i jej wariant marketingowy, jakim jest Polska 2050, stanowią reprezentację polityczną 15-17% beneficjentów neoliberalnej transformacji. Pozostają im tylko wyzwalanie energii „obywatelskiej”. Jak tu bowiem tworzyć program, kiedy go się już zrealizowało, że tak powiem, z kretesem.

Zachodnich globalizatorów zaskoczyło państwo chińskie. Nie respektowało bezmyślnie jak nadwiślańscy liberałowie reguł płynących z Waszyngtonu. Nowocześni mandaryni z KPCH wykorzystali otwarcie granic narodowych dla handlu i inwestycji, ale ani nie wpuścili kapitału portfelowego Zachodu, ani nie utracili zwierzchniej władzy na prywatną przedsiębiorczością. Przeciwnie – stosują przemyślaną i skuteczną strategię proeksportową: utrzymują konkurencyjność cenową, m.in. skupują dochody dolarowe eksportujący firm, by nie podnosić kursu dolara w kraju; oddzielają dzięki temu zakupy dolarowe od krajowej podaży pieniądza. Za zaoszczędzone dolary kupują obligacje rządu amerykańskiego. Ta strategia proeksportowa stała się jednakowoż czynnikiem niestabilności w całej gospodarce światowej. Nadwyżka obrotów w handlu w jednym krajom musi bowiem odpowiadać deficytom innych. Dotyczy to zwłaszcza Stanów Zjednoczonych. Żyją one na kredyt, mają nierównowagi handlowe i płatniczą. Tarczą ochronną jest dolar jako pieniądz światowy. Państwo amerykańskie broni ładu światowego, by nie osłabła wolna przedsiębiorczości i liberalna demokracja, ograniczona do uprawnień wolnościowych. Politycy z Waszyngtonu kontrolują większość lądów, oceanów, przestworzy dzięki sile militarnej, a także dzięki swojej popkulturowej „broni masowego rażenia”, wedle trafnego określenia Andrzeja Szahaja. Presja bieżących problemów, jak obecnie pandemia, zadłużenie, mała konkurencyjność narodowych firm przesłaniają politykom główne wyzwanie: zastąpienie partykularyzmów narodowych perspektywą planetarną. To analogiczna droga jaką w drugiej połowie XIX w. pokonywały mozaikowe dotąd społeczeństwa postfeudalne – świadomość zawodowa, klasowa, regionalna, narodowa musi być wzbogacona o komponent integracji na płaszczyźnie przeciwdziałania kryzysowi planetarnemu. Bez przezwyciężenia nacjonalizmów, z jego ksenofobią, uwielbieniem zmistyfikowanej tradycji, a także likwidacji dysproporcji rozwojowych miedzy regionami – nie będzie to możliwe.
Protest społeczny młodych. Skutki wyczynowego kapitalizmu najsilniej uderzają w młode pokolenie. To następstwo zniesienia kodeksowej ochrony pracy, pogorszenia systemów socjalnych i emerytalnych, a także osłabienia wsparcia ze strony państwa np. kredytami mieszkaniowymi czy tanimi mieszkaniami na wynajem. Mechanizm rynkowy rozciągnięty na cały glob prowadził do stopniowego wyrównywania ceny siły roboczej na niskim poziomie. W końcu sprawdziło się tzw. spiżowe prawo płac Davida Ricardo: w warunkach konkurencji i przy niegraniczonej podaży siły roboczej płace spadają do poziomu nieznacznie przekraczającego minimum egzystencji w sytuacji, gdy na świecie jest ponad miliard bezrobotnych, a rezerwowa armia pracy może wynosić 2,4 mld. Doszło do dużej polaryzacji sytuacji bytowej: na górze samoloty, jachty, piękne dzielnice, wielkopańskie rezydencje, na dole: prekariat, przedłużona młodość w rodzinnym gnieździe lub w stłoczonych mieszkaniach pod wynajem w dużych miastach, na globalnym Południu zaś getta biedy otaczające metropolie. Następstwa wszędzie są takie same: słabnie wspólnota, gdyż słabnie poczucie wspólnoty interesów, postępuje dezintegracja, nasilają się tendencje ksenofobiczne, rośnie posłuch dla domorosłych zbawców „biednych ludzi”. Dlatego lewica nie może, jak liberałowie, głosić pochwały merytokracji – „pracy, zaradności, odpowiedzialności” (konfederat S. Mentzen). Oni bowiem powiększają majątki, korzystając z pracy innych. Korzystają też z kilkusetletniego dorobku wspólnoty pracy i życia, której są członkami. Inni czerpią apanaże jako drużynnicy zagranicznych firm w roli zarządców ich filii, specjalistów wszelakich usług. Lewicy pozostaje poszukiwanie kompromisowej równowagi między szansami rozwoju dla bardziej utalentowanych a tymi, którzy pozostają w tyle. Ich perspektywa oglądu rzeczywistości społecznej też musi być reprezentowana, by mogła współtworzyć kompromisową formułę. Zwycięzca nie może brać wszystkiego. Ważny jest głos w tej debacie jednego ze zwycięzców w „grze rynkowej” Warrena Buffeta. Przytomnie zauważył, że gdyby urodził się w Bangladeszu, mógłby zostać najwyżej lokalnym kacykiem, a nie amerykańskim przewodnikiem stada inwestorów.

Kryzys planetarny. Dostatek materialny, dłuższe przeciętne życie w krajach rozwiniętego kapitalizmu nie mogą przesłonić faktu, że ludzkość zawdzięcza to tzw. prometejskim technologiom: spalaniu węglowodorów, elektryczności, ostatnio technologii cyfrowej. Mają one jednak swoje koszty środowiskowe zarówno w krajach bogatych, jak i na globalnym Południu. Tutaj to głód, deficyt wody pitnej, niski poziom opieki społecznej, edukacji młodego pokolenia, przeludnienie, brak pracy. Według Global Footprint Network, ludzkość już w latach 80. przekroczyła limity przyrodnicze. Gdyby do 2050 r. tempo wzrostu gospodarczego utrzymywało się na poziomie 3% rocznie, a populacja nie przekroczyła 9 mld, wówczas gospodarka światowa by się powiększyła sześciokrotnie: z 70 bln w 2005 do 420 bln w 2050 (wg szacunków J. Sachsa).

Wniosek jest prosty: zysk nie może dalej kształtować przyszłości cywilizacji. Gospodarka stanowi przecież tylko środek do celów ogólnospołecznych, a społeczeństwo nie może być dodatkiem do gospodarki, jak nauczał Karl Polanyi i wielu antropologów ekonomicznych (Ch. Hann, K. Hart, G. Rist).
W czyjej służbie pozostają politycy i depresyjni konformiści w korporacyjnych Mordorach? Czy się nad tym zastanawiają? Już dawno temu angielski krytyczny liberał John Gray zauważył, że istnieje konflikt między gwarantowaną przez państwo narodowe demokracją a rynkiem bez granic. A to wskutek polaryzacji dochodów i majątków, a także faktu, że decydujący głos w sprawie zakresu prywatności, posługiwania się biotechnologiami, sztuczną inteligencją należy do technoproroków z Doliny Krzemowej. Parlamenty mają coraz mniej do powiedzenia, np. w sytuacji, kiedy pod wpływem doktryny neoliberalnej i w trosce o rentierów wpisano do konstytucji reguły dotyczące wielkości deficytu budżetowego i długu publicznego. To nie liberałowie, tylko lewica może obronić kapitalizm przed nim samym. Podróże na Marsa mogą okazać się zbyteczne – nieziemski krajobraz możemy mieć niedługo za oknem.

Czerwona róża, biała flaga

Niedawne badania stanu upolitycznienia młodzieży przyniosły zaskakujące rezultaty. Okazuje się, że polityką interesuje się najwięcej młodych ludzi ever, a poglądy lewicowe deklaruje 30 proc. z nich. Najwięcej z ogółu badanych i najwięcej od przeszło 30 lat. No i fajnie, zakrzyknie ten i ów. Ja jednak powiem: i co z tego? Bo ten wynik, to nie tyle powód do zachwytu nad nami, ludźmi lewicy, co raczej do zasromania się nad tym, jak nas oceni historia, gdy zmarnotrawimy taki potencjał. A jest okazja, żeby to koncertowo roztrwonić.

Dziś, w piątek, 5 marca 2021 r. przypada 150-ta rocznica urodzin Róży Luksemburg. Nie ma chyba w Polsce bardziej symbolicznej postaci, która winna być przez lewicę upamiętniona i o której warto by mówić. Tymczasem, w kraju gdzie młodzież chce być lewicowa, starsza młodzież robi w tym celu niewiele, lub przynajmniej mało. Bo jest covid. Owszem, to może stanowić jakąś przeszkodę. Ale odnoszę wrażenie, że gdy się człowiekowi chce, to, gdzie jak gdzie, ale na lewicy, powinien potrafić coś z siebie wykrzesać. A jak się nie chce? Cóż, ongiś mawiano na sejmowych korytarzach, że Donald Tusk dlatego wstaje każdego ranka o szóstej, żeby móc dłużej nic nie robić.

O tym, że dziś mijać będzie 150 lat od urodzin Róży Luksemburg dowiedziałem się sam stosunkowo niedawno. Jednakowoż wystarczająco, żeby tu i tam uderzyć w dzwon i zawiadomić ważniejszych ode mnie. Z nadzieją, że można będzie jakoś o tym Polakom przypomnieć. A tym 30 procentom maluczkich lewicowców opowiedzieć. Że był taki ktoś, jak Róża. I że choć biła się o każdego, komu zabierają wolność i chleb, niezależnie od języka i bandery, to urodziła się w Polsce. Że jest drugą, po Curie-Skłodowskiej, najbardziej znaną na świecie Polką. Polką z żydowskiej rodziny. Że przyszła na świat w Zamościu, kiedyś wieloetnicznym mieście byłej kongresówki, a dziś jednym ze wschodnich miast średniej wielkości, niedaleko granicy z Ukrainą. Że dorastała w Warszawie. Widziała rewolucję 1905 r. Siedziała w Cytadeli. Pisała, kolaborowała, walczyła, jako jedna z nielicznych kobiet, co samo w sobie było na ówczas aktem heroizmu. Położyła podwaliny pod światową socjaldemokrację. Że nie wsparła w walce bolszewików i Lenina, za co spotkał ją los banity. I że w końcu zginęła tragicznie, zamordowana w Berlinie. Tym samym, w którym ma swój plac. Tymczasem, trzy lata temu, w jej rodzinnym Zamościu, wojewoda lubelski Czarnek, dziś, o zgrozo, minister nauki, do spółki z prezydentem miasta, usunęli z kamieniczki w której przyszła na świat, tablicę pamiątkową, wmurowaną jeszcze za Gierka, w ramach walki ze złogami komuny. Podobnie uczyniono, rok temu, z pomnikiem Józefa Dechnika, powojennego twórcy potęgi nieodległego od Zamościa Biłgoraja, choć mieszkańcy zbierali podpisy, żeby tego nie czynić. Ex-wojewoda, a dziś minister uznał wówczas, że skoro IPN mówi, że Dechnik był zbrodniarzem, bo działał w KPP, to tak musi być i już, a on sam ma związane ręce. Zmienić nazwy ulic, szkół. Wyrugować pamięć z głów młodzieży i książek dlań. I jak chciał, tak uczynił. Lewica trochę pokrzyczała i zajęła się wyborami, bo akurat były w drodze.

Ja też zadałem sobie trochę trudu i postanowiłem pokrzyczeć. Napisałem do paru posłów z klubu Lewicy. Poinformowałem, m.in. o tym, że zamojska lewica, jak co roku, organizuje niewielki happening na Rynku, z wręczaniem róż przechodniom i przypominaniem, że to stąd wyszła w świat Róża Luksemburg. Napisałem do polskiej odnogi fundacji imienia solenizantki, z zapytaniem, czy chcą jakoś upamiętnić w Polsce ten dzień. Posłowie odpowiedzieli mi, że coś tam było czynione; że były projekty uchwały upamiętniającej, ale, cóż za niegodziwość pisowska, utknęły na komisji kultury i nigdy stamtąd dnie wyszły. Skandal. Że też PiS miał czelność tak postąpić. A jakaś konferencja, panel, coś więcej, niż fejsbukowa ruchawka? No, jakoś nikt na to nie wpadł. Podobnie jak w fundacji imienia Róży Luksemburg, która, owszem w świecie robi obchody jak trzeba, wystarczy wejść na ich stronę, ale w Polsce to tak raczej skromniej, w zasadzie niezauważalnie. Gdy widzi to wszystko Przemysław Czarnek, to musi piać z zachwytu, że nawet takiego draństwa, jak zaliczenie Róży Luksemburg w poczet komunistycznych zbrodniarzy, nikt mu głośno nie wypomina; że może w tym kraju z lewicą największe numery świata i nawet sama lewica nikomu o tym nie przypomni. Bo kto by tam pamiętał jakąś babuleńkę sprzed wieku. Może bardziej świetlówki z zakładów jej imienia, albo tranzystory w radiu. Radiu Luxemburg? Tego to nawet najstarsi górale nie pomną. A gdy już to sobie Państwo przyswoicie, przypomnijcie sobie o badaniach wpływów politycznych wśród młodzieży i 30. procentowym poparciu dla myśli lewicowej. Chcecie, żeby za dekadę było 3 procent? Nic prostszego. Wystarczy dalej czekać na czerwoną gwiazdkę z nieba, która wleci ludziom pod strzechy, a później, to już siłą rewolucji, wszystko samo się dokona. Ojcowie i matrony zmian wypną tylko dumnie piersi do orderów.

Chwała Bogu, że choć w tym jej Zamościu będzie paru śmiałków którzy wyjdą w tych niełatwych czasach na ulicę, żeby upomnieć się o…kamienicę. O pamięć o Róży Luksemburg, o pamięć o PRL-u i o lewicowych ideałach, które zawsze mają te samo podglebie. Następna taka okazja za 50 lat. Boje się, że część z nas może nie doczekać.

Ikonowicz na RPO

W ostatnich dniach coraz szerzej podnoszony jest temat zajęcia przez Piotra Ikonowicza funkcji Rzecznika Praw Obywatelskich. Środowiska lewicowe i progresywne wystosowały list otwarty, w którym udzielają poparcia aktywiście.

Szanowni Państwo,
Panie Premierze,
Marszałkinie i Marszałkowie Sejmu i Senatu,
Posłanki i Posłowie na Sejm IX kadencji
Senatorki i Senatorzy Senatu X kadencji

Bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy Rzecznika Praw Obywatelskich, który będzie niezależny od nacisków, bezkompromisowy, który stanie po stronie wykluczonych, ofiar reprywatyzacji, eksmitowanych, bezdomnych i kobiet. Który będzie walczył o sprawiedliwość społeczną. Taką osobą jest Piotr Ikonowicz.

Wielokrotnie udowodnił, że niezależnie od sytuacji nie boi się walczyć o tych, którzy potrzebują pomocy. Nie będzie bał się religijnych hierarchów, czy liderów partyjnych, a osoby pokrzywdzone będą miały kogoś, na kim mogą polegać.

Piotr Ikonowicz to prawnik, były poseł i aktywista działający od dekad w ramach Kancelarii Sprawiedliwości Społecznej. Posiada niezrównane doświadczenie w niesieniu pomocy najbiedniejszym i bezdomnym. W 2021 został odznaczony przez Rzecznika Praw Obywatelskich Adama Bodnara odznaką honorową „Za Zasługi dla Ochrony Praw Człowieka”.

My – ludzie lewicy – udzielamy poparcia Piotrowi Ikonowiczowi na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich i apelujemy o poparcie jego kandydatury w głosowaniu plenarnym.

Anna Maria Żukowska, posłanka Nowej Lewicy
Piotr Kusznieruk, przewodniczący Nowej Lewicy – Podlasie
Jerzy Śnieg, przewodniczący Nowej Lewicy – Pomorze
Jolanta Banach, Nowa Lewica
Sebastian Wierzbicki, przewodniczący Nowej Lewicy – Warszawa
Piotr Gadzinowski, redaktor naczelny Dziennika Trybuna
Michał Piękoś, red. naczelny WPunktu
Maciej Wiśniowski, red. naczelny Strajk.eu
Małgorzata Kulbaczewska-Figat, zast. redaktora naczelnego Strajk.eu, dziennikarka Trybuny
Anna Górska, zarząd Razem
Joanna Wicha, zarząd Razem
Paulina Matysiak, posłanka Razem
Maciej Szlinder, zarząd Razem
Bartosz Grucela, zarząd Razem
Jan Śpiewak
Bartosz Rydliński, Prezes Centrum im. Ignacego Daszyńskiego
Jan Zygmuntowski, Fundacja Instrat
Piotr Szumlewicz, Przewodniczący Związku Zawodowego Związkowa Alternatywa
Jakub Pietrzak, Wiceprzewodniczący Federacji Młodych Socjaldemokratów
Katarzyna Szwarc, Fundacja Instrat
Jarosław Ogrodowski, Instytut Działań Samorządowych
Urszula Niziołek-Janiak, Instytut Działań Samorządowych
Patryk Stachowski, Instytut Progresywnego Społeczeństwa
Jędrzej Włodarczyk, sekretarz Nowej Lewicy Pomorze
Paulina Nowak, Radna krajowa, Razem
Grzegorz Janoszka, Razem

Budujemy partię

Na lewicy szykuje się nowa partia. Rodzi się w bólach: a to kłopoty z rejestracją statutu, a to wątpliwości wyrażane w mniej lub więcej zawoalowany sposób przez byłe i aktualne autorytety, w tym liczące się na lewicy.

Kierownictwo lewicy reaguje na te zjawiska ze spokojem, unikając publicznej polemiki. Zbyt rzadko odwołuje się do zimnej kalkulacji zysków i strat politycznych, swoistej analizy SWOT tego zamierzenia. To błąd. W swoim życiu budowałem (wraz z innymi przyjaciółmi z lewicy) dwie partie: Socjaldemokrację Rzeczypospolitej Polskiej i Sojusz Lewicy Demokratycznej. W swoim czasie wygrywały one wybory i ponosiły one główną odpowiedzialność za Polskę. Czasy są inne, a i okoliczności też, choć pewne zjawiska się powtarzają: dominacja poglądów i postaw prawicowych, niechęć liberalnego mainstremu, narastające zniechęcenie obywateli wobec otaczającej nas rzeczywistości.

To jest punkt wyjścia. Jeśli tak, to w procesie budowy partii brakuje mi tego co najważniejsze: nowej narracji jaką Polskę chcemy budować, aby przystawała ona do lęków i nadziei naszego społeczeństwa. Zaczął dobrze Włodzimierz Czarzasty w świątecznej Trybunie, o raz pierwszy zobaczyłem kawałek poważnego materiału nie o PiS-ie, tylko o lewicy. Ale trzeba pójść dalej. Wyłożyć ideę porządkującą, ująć program nowej lewicy w kategoriach wartości i celów życiowych, norm moralnych i ideowych, którym będzie wierna. Czyli odpowiedzieć na pytanie, czym będziemy się różnić od innych partii politycznych i wokół szukania tej odpowiedzi organizować nową partię. Budowa nowej partii to nie proces czysto organizacyjny, jak chciałoby widzieć wielu, to przede wszystkim proces ideowy i polityczny, którego nie wolno zlekceważyć.

Tym bardziej, że chcemy połączyć w niej rozmaite środowiska: od tych dla których ważna jest polityka socjalna, po te, dla których najważniejsze są równe szanse osób LGBT. Od słowianofilów, którzy na lewicy widzą szansę na odbudowę idei jedności Słowian, po okcydentalistów, którzy chcą Unii federacyjnej w przekonaniu, że tylko dzięki tej formule nikt nas nie wykopie z Zachodu. Od tych, którzy wiedzą kto to był Marcin Kasprzak, po tych, którzy nie wiedzą kto to jest Aleksander Kwaśniewski. Od tych, dla których najważniejsza jest wolność, po tych którzy wierni są idei sprawiedliwości społecznej. Oni wszyscy są ważni dla partii lewicowej. Dodam w tym miejscu, że wątpliwym wydaje mi się pogląd, że społeczeństwo dzieli się na wielkie grupy społeczne i trzeba tylko jedną z nich reprezentować. Otóż nie, coraz wyraźniej widać, że społeczeństwo to federacja wielu grup społecznych, o odmiennych celach życiowych i zróżnicowanym etosie. Idzie zatem o to, aby znaleźć punkty wspólne, platformę uzgadniania tych interesów i ich jak najmniej konfliktowej realizacji. Dla lewicy taką płaszczyzną jest nowoczesne państwo i zaczątek takiego myślenia wyłożył przywoływany tu Czarzasty.

Problemem jest także niejednolitość kultury organizacyjnej, którą chcemy wnieść do nowej partii. Z jednej strony środowisko tradycyjnej kultury partyjnej z jej demokracją wewnętrzną, rutynowym oparciem jej na trwałych, sformalizowanych więziach społecznych, pewnym rodzajem partyjnej dyscypliny politycznej. Z drugiej szerokie grono aktywistów społecznych, przywiązanych do więzi sieciowych, z pewną dozą woluntaryzmu, zwoływane i działające ad hoc, bardziej przywiązane do procesów artykulacji politycznej niż do myśli o rządzeniu. Obydwa środowiska mogą wiele się od siebie nauczyć, pod warunkiem, ze będą uważnie siebie słuchać i szanować. Podział na „starych” i „młodych” w Klubie Parlamentarnym Lewicy był zawsze. Idzie o to, aby go wykorzystać do realizacji wspólnych celów. Młodzi od starszych powinni uczyć się prowadzenia kampanii bez kampanii, odpowiedzialności za kontakt z wyborcami, ale też wykorzystywania instrumentów, który parlamentarzysta ma w ręku, bez względu na to czy jest w rządzie czy w opozycji.

Oczywiście konfliktów nie unikniemy. Nowa partia, to nowe „rozdanie”, także personalne. W toku jej powstawania ułoży się na nowo drabina wpływów politycznych, zbudowana zostanie nowa hierarchia „władzy”. Ujawnią się ambicje, których dziś nikt się spodziewa. Tak było zawsze. Sztuka polega na tym, aby tak skonstruować nowe władze partyjne, aby nikt nie poczuł się pominięty, tak podzielić robotę, aby każdy miał co robić, nie wedle własnych zainteresować, ale potrzeb formacji. Czarzasty (Biedroń, Gawkowski) nie unikną trudnych rozmów, ale trzeba je podjąć i wobec każdego sformułować czytelną perspektywę, obwarowując ją zadaniami do wykonania. W toku budowy SLD Leszek Miller i ja wykonaliśmy ponad 300 rozmów indywidualnych, z parlamentarzystami (było ich prawie dwustu), marszałkami i wicemarszałkami województw, kierownictwami związków zawodowych, przewodniczącymi i wiceprzewodniczącymi rad wojewódzkich SdRP. Ale także z szefami związków zawodowych, stowarzyszeń i organizacji, które tworzyły koalicję pod nazwą SLD. Ten wysiłek się opłacił.

Dziś jest podobnie. Mamy co prawda nieco mniej parlamentarzystów, ale znacznie więcej ludzi i zorganizowanych grup społecznych, które trzeba pozyskać do nowej partii. Nie wcielić (połączyć), ale właśnie pozyskać. Poczynając od partii Razem, przez PPS i może Unię Pracy. Od lewicowych Stowarzyszeń po liderów ostatnich protestów społecznych. I nie myślę tu o paniach Lempart czy Suchanow, ale o setkach ludzi, którzy organizowali protesty w miastach i miasteczkach rozrzuconych po całej Polsce. To są brylanty, które trzeba odnaleźć, wyłowić i zachęcić do współdziałania. Przekonać, że droga do realizacji ich postulatów prowadzi przez Sejm i samorządy lokalne, przez zorganizowaną wspólnotę polityczną i lojalną współpracę. To robota dla każdego parlamentarzysty, dla każdego świadomego polityka Nowej Lewicy.

Wiem, że to nie są proste, łatwe do rozwiązania kwestie. Wiem, ze po stronie mojej partii – Sojuszu Lewicy Demokratycznej – jest mnóstwo wątpliwości. Odpowiem tak: po pierwsze – mister d’Hondt – kawał sukinsyna, który potrafi wyczyniać różne numery. Gdybyśmy ostatnio nie poszli razem do wyborów, to w Sejmie nie byłoby partii Razem, a kluby parlamentarne SLD i Wiosny liczyły by po kilkanaście osób. Po drugie – wyborca lewicy, ten tradycyjny, stały, ceni jedność. Ten incydentalny – wie o tym Jarosław Kaczyński – też. Po trzecie – może najważniejsze – ten akt zjednoczenia otwiera nas na nowe środowiska, nowe pokolenia. Mam taki pogląd, ze PiS to ostatni akt dzieci (raczej bękartów) Okrągłego Stołu. Po nim, o rządach w Polsce będą decydować nowe pokolenia, dla których Kwaśniewski, Tusk czy Kaczyński to zamierzchła historia. To z nimi, a nie z moją generacją, trzeba będzie budować nową, inną od dotychczasowych Polskę. Wierzę, że nowa partia lewicy może stać się głosem tych pokoleń, ucząc ich przy okazji szacunku do dorobku poprzedników. Inaczej to jest bez sensu.

Jaka nowa partia lewicowa?

Odpowiadając jednym zdaniem na tytułowe pytanie powiedziałbym: demokratyczna, nowoczesna programowo i skuteczna.

Demokratyczna, to znaczy wykorzystująca najlepszą znaną formę demokracji czyli demokrację bezpośrednią. Oznacza to likwidację rady krajowej, rad wojewódzkich i powiatowych, a odpowiednie decyzje podejmowali będą wszyscy uprawnieni członkowie partii z danej jednostki administracyjnej. O przegłosowanie uchwały lub stanowiska mogłyby wnioskować zarząd krajowy, zarządy wojewódzkie i powiatowe oraz 10% członków partii z danego obszaru, którego dotyczy uchwała lub stanowisko. Głosowania dotyczące przewodniczących członków zarządów komisji rewizyjnej i sądów partyjnych byłyby tajne. Wykorzystując procedurę listowną jaką zastosowano w ostatnich wyborach prezydenckich lub głosując osobiście w powiatowych komitetach wyborczych. W trakcie kadencji będzie można odwołać przewodniczących i członków zarządów jeżeli za odwołaniem zagłosuje ponad 50% uprawnionych do głosowania. Ponieważ zarządy będą miały współprzewodniczących jeden z SLD drugi z WIOSNY proponuję tą zasadę utrzymać przez dwie kadencje. Na każdego współprzewodniczącego można wystawić wielu kandydatów. Pozostałe rodzaje głosowań byłyby jawne. Można zatem głosować zwykłym listem lub przez internet. Karta do głosowania zawierałaby imię nazwisko PESEL i siedzibę koła z nazwą miejscowości z kodem pocztowym. Publikowane byłyby listy głosujących z zaznaczeniem jak głosowali co zapobiegałoby manipulacjom wyborczym.

Wybór kandydatów na przedstawicieli do organów państwowych (posłów, senatorów i prezydenta) odbywał by się w sposób następujący: na posłów: 10% w skali kraju wskazywałby zarząd krajowy, 5% w skali województwa zarządy wojewódzkie. Pozostali kandydaci byliby wybierani w wyborach bezpośrednich w poszczególnych województwach. Kandydatów na senatorów w 25% wskazywałby zarząd krajowy, a reszta byłaby wybierana przez wszystkich członków partii z danego województwa. Zasadą powinno być, że listy kandydatów powinny być ułożone w kolejności alfabetycznej.
W każdej większej partii powstają grupy które chcą zdobyć jak najwięcej władzy. Różnie one są nazywane: frakcje, platformy, spółdzielnie i jeszcze inaczej. Jeżeli głównym celem tych grup jest zdobycie władzy to ma to charakter niszczący, rozbijający partię. Biorąc pod uwagę demokrację bezpośrednią bardzo trudno takiej frakcji osiągnąć sukces bo trzeba będzie przekonać znaczną część członków partii, a nie część rady krajowej czy wojewódzkiej. Ale takie grupy-frakcje są potrzebne tylko ich celem działania powinno być przedstawianie propozycji programowych i działanie na rzecz umieszczenia ich w programie partii.

Sposób występowania na zewnątrz partii jednym ze sposobów zachowania spójności organizacji. Wszyscy jej członkowie powinni działać zgodnie z jej statutem, programem, przegłosowanymi uchwałami i stanowiskami. Szczególnie dotyczy to wypowiedzi dla mediów.

Zastosowanie rozwiązań wyżej opisanych przyniesie wiele korzyści dla partii. Po pierwsze znikną narzekania szeregowych członków na władze partyjne, że podejmują złe decyzje bez konsultacji. Jeżeli zarządy będą chciały przeforsować uchwałę będą musiały mieć silne argumenty i przekonać członków partii co będzie wymagało utrzymywania z nimi dobrego kontaktu. Sposób wyboru kandydatów do organów państwa zapewnia realny wpływ zarówno zarządom jak i szeregowym członkom partii. Zasada ustalania w kolejności alfabetycznej list kandydatów do organów państwowych z jednej strony zlikwiduje spory przy ich powstawaniu z drugiej strony sukcesem zakończą wybory ci którzy byli wcześniej pozytywnie oceniani przez wyborców oraz ci którzy bardzo silnie zaangażują się w kampanię. Inna rola frakcji powinna ograniczać tendencje odśrodkowe wewnątrz partii. Sposób komunikacji z jednej strony zapewni spójność partii z drugiej strony zlikwiduje upokarzające „komunikaty dnia”. Generalnie zaproponowane zmiany powinny wpłynąć na większą aktywność członków partii wewnątrz jej jak i na zewnątrz, a także na ich większe poczucie że mają realny wpływ na jej działanie.

Partia nowoczesna programowo to znaczy posiadająca następujące dokumenty programowe:

Deklarację ideową która informuje o wartościach jakie partia wyznaje, w czyim imieniu występuje i w jaki sposób chce realizować założone cele. Dzisiaj już taki dokument mamy i jest to pierwszy rozdział statutu o nazwie: „Wartości i cele partii”.

Wieloletni program partii, który określa cele, narzędzia realizacji i horyzonty czasowe dla ich osiągnięcia. Nie powinien on mieć charakteru marketingowego. Przy jego tworzeniu nie należy schlebiać gustom wyborców, ani uwzględniać aktualnych ograniczeń politycznych. Program powinien być zgodny z deklaracją ideową i uwzględniać aktualną ocenę sytuacji politycznej, międzynarodowej i społeczno gospodarczej.

Program wyborczy partii, który jest uszczegółowieniem wieloletniego programu partii, ograniczonym do czasu trwania kadencji, której dotyczy. Ujmuje konkretne zadania realizowane podczas jej trwania. Uwzględnia wymogi marketingu politycznego to znaczy uwypukla rzeczy atrakcyjne dla wyborców i wyjaśnia konieczność zrobienia rzeczy trudnych i bolesnych. Uważam także, że załącznikiem do programu wyborczego powinien być projekt budżetu na pierwszy rok danej kadencji w standardzie zbliżonym do przedłożeń rządowych i projekty na następne lata kadencji bardziej ogólnikowe.

Oraz jeżeli partia jest w koalicji to Program koalicji wyborczej, który będzie kompromisem między programem wyborczym partii, a programami koalicjantów.

Ze względów politycznych i ideologicznych jest bardzo ważne, aby partia miała wszystkie wymienione wyżej dokumenty programowe. Jest to bowiem dowód bycia partią polityczną i wiarygodności powodów jej funkcjonowania na scenie politycznej. A ponadto:

Publikując i szeroko propagując w codziennej działalności politycznej deklarację ideową i programy wyborcze zdobywa się nowych członków partii i nowych wyborców.

Na podstawie wieloletniego programu partii można szybko stworzyć klarowny program wyborczy.

Kierując się wieloletnim programem partii można być merytoryczną i skuteczną opozycją.

Pracując nad stworzeniem i aktualizowaniem wymienionych dokumentów utrzymuje się partię na wysokim poziomie aktywności intelektualnej.
Deklaracja ideowa i wieloletni program partii to najważniejsze dokumenty. Istotne jest nie tylko co te dokumenty zawierają, ale także:

do których i jak licznych grup społecznych się odwołują,
w jakim stopniu zwiększają one pożądaną identyfikację polityczną wśród grup do których się odwołują,
czy potrafimy elastycznie dostosowywać swój program do zmieniających się warunków społeczno gospodarczych i politycznych.

Nie jest moim celem w tym artykule przedstawienia propozycji programowych, przedstawię je kiedy indziej, chcę przedstawić jak stworzyć dokumenty programowe i jak nad nimi pracować.

Deklarację ideową tworzy się raz na wiele lat i zmienia się ją, gdy zachodzą istotne zmiany społeczno gospodarcze w świecie lub gdy partia przewartościowuje swoje spojrzenie na zachodzące zjawiska społeczne.
Nad wieloletnim programem partii praca powinna trwać bez przerwy z corocznym aktualizowaniem przez konwencję partii. Pracami powinna kierować komisja programowa. Może ona liczyć nawet kilkaset osób podzielonych na odpowiednie zespoły. Głównym medium porozumiewania się członków komisji między sobą i z zainteresowanymi programem będzie portal internetowy. Powinien on mieć przykładowo następujące zakładki zawierające:

ocenę sytuacji politycznej, międzynarodowej i społeczno gospodarczej dzisiaj i w przyszłości,
obecne programy SLD i Wiosny oraz inne całościowe programy,
propozycje socjalne,
uwagi do systemu ochrony zdrowia,
uwagi do systemu emerytalnego,
uwagi do form równości obywateli,
sposób zarządzania majątkiem narodowym,
propozycje zmian w systemie gospodarczym,
nowy system podatkowy,
zmiany do polityki ochrony środowiska i klimatu,
uwagi do systemu edukacyjnego,
Propozycje zmian w siłach zbrojnych,
Zagadnienia praworządności,
Propozycje zmian polityki zagranicznej,
ogólno dostępną zakładkę gdzie zainteresowani mogą opublikować swój program lub uwagi programowe, polemiki z prezentowanymi programami i innymi wpisami także wulgarnymi i nie na temat.

Poza zakładką ogólno dostępną pozostałe dostępne są tylko dla komisji programowej z możliwością czytania przez wszystkich zainteresowanych. Pierwszym zadaniem członków komisji programowej byłaby analiza postów wpływającej na zakładkę ogólnodostępną ich segregacja i przesyłanie do odpowiednich zakładek programowych, a drugim zadaniem ustosunkowanie się do trendów pojawiających się w zakładkach. Takie rozwiązanie powoduje, że na zakładkach programowych są tylko treści merytoryczne, a strona ogólnodostępna pozwala wszystkim skontrolować czy jakaś istotna myśl nie została pominięta.

Umożliwienie szerokiej dyskusji programowej pozwala na:
Poszerzenie kręgu aktywnych politycznie członków i sympatyków partii, zwiększenie umiejętności dyskusji politycznej w tym z oponentami w partii i poza nią.

Swobodną wymianę poglądów na tematy programowe.

Szansę zlikwidowania swoistego wynaturzenia w polskiej polityce, że oponent w dyskusji staje się osobistym wrogiem.

Przekonanie każdego, kto wziął udział w publicznej debacie programowej, że jego głos jest czytany i może być przedmiotem publicznej krytyki.
Wyzwolenie intelektualnego fermentu korzystnego dla każdej partii.
Poznanie cennych ludzi, których dyskusja programowa pozwala na ich należyte promowanie i wykorzystanie w funkcjonowaniu partii.
Jest to bardzo korzystne dla partii.

Partia Skuteczna to znaczy taka, która potrafi do swojego programu przekonać znaczną liczbę obywateli, a tym samym objąć władzę w Polsce i realizować swój program. Aby móc go realizować partia potrzebuje odpowiednich narzędzi. Są to:

komórka informatyczna zarządzająca programami informatycznymi do: utrzymywania łączności z członkami partii i jej sympatykami, przeprowadzania głosowań, prowadzenia potrzebnych portali i stron,
komórka marketingowa: opracowująca wyniki badań socjologicznych na potrzeby partii, dbająca o dobry wizerunek w mediach, przetwarzająca program partii na zestaw materiałów propagandowych oraz przygotowująca kampanie wyborcze.

Pieniądze, które są niezbędne w finansowaniu działalności partyjnej. Należy w tym celu wykorzystać wszystkie możliwości jakie daje ustawa o partiach politycznych oraz obudować partię stowarzyszeniami i fundacjami, które mogłyby współorganizować i współfinansować różne przedsięwzięcia w których partia będzie uczestniczyła.

Jeżeli uda nam się te propozycje zrealizować to moim zdaniem Partia będzie silna i skuteczna zarówno będąc w opozycji jak będąc partią rządzącą.