Krótki test na lewicowość

Barwy walki z uciskiem i wyzyskiem

Polskie umysły obrabiają do spółki rzecznicy tradycjonalizmu narodowo-katolickiego i liberalni piewcy wolności. Do tych dwóch nurtów ograniczają się i media, i szkoła. Bogatsza natomiast jest oferta polityczna, odkąd lewicowe formacje powróciły do parlamentu. Ale w jakim sensie i w jakim stopniu to wciąż lewica?

Jej główne oblicze, które przyciąga młodych ma charakter progresywny. Chciała by ona dokończyć projekt nowoczesności – obdarzyć jednostkę kolejnymi prawami w życiu publicznym. Do wolności religijnych, obywatelskich, politycznych dodać te, które wiążą się z płcią, reprodukcją, rasą. Słowem, to tzw. lewica kulturowa, zajadle zwalczana przez tradycjonalistów jako neomarksizm, „tęczowa zaraza”. Brakuje cierpliwości i zdrowia, by opisać bełkot biskupich kazań, niby-myśli przykruchtowych publicystów na łamach „narodowych” czasopism i portali, intelektualną mizerię ministra Czarnka czy słowotok  toruńskiej dyspozytorni. Dlatego stanie przy dyskryminowanych, artykułowanie ich potrzeb i odpowiadanie nań inicjatywami ustawodawczymi – jest rzeczą chwalebną. Wymaga jak zawsze od człowieka lewicy odwagi cywilnej, osobistej, niezależności intelektualnej i zacięcia społecznikowskiego. Kto to lekceważy, ten nigdy nie zajrzał do polskiej „studni czasu” w strefie wolnej od LGBT.

Jednak w polskich realiach to prace zlecone, zlecone przez konformistycznych nadwiślańskich liberałów. Naprawdę miłują oni tylko wolność robienia interesów na modłę swoich zaoceanicznych przewodników. Udają, że nie znają biologii człowieka. Nawet Europejczyków i światowców mamy na naszą polską miarę. Ale przynależność do lewicowej formacji wymaga znacznie więcej. W największym skrócie wymaga aprobaty celu głównego, jakim jest dążenie do zastąpienia społeczeństwa rynkowego, społeczeństwa poddanego logice akumulacji kapitału, wspólnotą życia i pracy. Taka wspólnota zaspokaja materialne potrzeby swoich członków w harmonii z przyrodą. Wówczas gospodarka przypomina obwarzanek, zdaniem angielskiej ekologicznej ekonomistki Kate Raworth. Jedną jego krawędź wyznaczają możliwości planety, a drugą – pula dóbr konieczna do dobrostanu wszystkich mieszkańców Ziemi. Taka wspólnota ma dla każdego ofertę pracy bądź zajęć, ma szeroką sferę beztowarowego zaspokajania bytowych i społecznych potrzeb: edukacji, zdrowia, zabezpieczenia starości, ma tani i wygodny zbiorowy transport, zapewnia każdemu własny kąt do życia itd. Dlatego w lewicowej perspektywie procesy, których efekty określają losy klas pracowniczych (stagnacji płac, elastycznych warunków zatrudnienia, konkurencji z pracownikami i pracowniczkami globalnego Południa) nie są zrządzeniem bezosobowych mechanizmów gospodarczych, tzw. rynku.  W ich centrum znajdujemy zawsze interesy klasowe, walkę o ich realizację, władzę fabrykanta, rentiera, prezesa wielkiej korporacji, polityka tworzącego im wszystkim instytucjonalne warunki przechwytywania społecznego bogactwa. Po drugiej stronie stoi wyzuty z kwalifikacji pracownik nowoczesnej fabryki w centrum, szwaczka w fabryce potu w Bangladeszu czy nastolatek w Katandze, „zatrudniony” w kopalni kobaltu. Dlatego pierwsze, podstawowe kryterium dotyczy stosunku do kapitalizmu jako sytemu społeczno-ekonomicznego. W szkolnym i medialnym szumie informacyjnym, utrwalającym poczucie bezalternatywności Systemu– nie przebija się wiedza o jego naturze. Wiadomo tylko na pewno, że dwa największe zbrodnicze systemy to totalitaryzm nazistowski i komunistyczny. Kapitalizm jest poza wszelkim podejrzeniem? 

Dlaczego postkapitalizmsprawdzian z teorii

Skąd się biorą dary Rynkowego Pana, kto je wytwarza w procesach produkcji, jakim kosztem społecznym i ekologicznym? Kapitalizm ma marną przyszłość, ale bogatą przeszłość, częściowo już opisaną (A. Hochschild, D. Olsuoga, S. Federici). Na dobrodziejstwo inwentarza składa się: eksploatacja ziemi ludów nie znających Pana, którzy ją „opuścili” (90% tubylczej ludności Nowego Świata zabił wirus ospy prawdziwej przywleczony przez konkwistadorów), handel niewolnikami w atlantyckim trójkącie i eksploatacja ich pracy (około 12 mln wywiezionych), kilkadziesiąt milionów ofiar monsunów w Indiach. Kapryśnej przyrodzie pomogli Anglicy. Tak zreformowali rolnictwo, że tysiące ubogich „rajotów” pozbawili nawet skrawka ziemi. 15 mln zmarło podczas Wielkiego Głodu w latach 1876-78. Ludobójstwo „kauczukowe” w państwie belgijskiego władcy Leopolda II w Dolinie Konga (10-12 mln). Dalej, milionowe ofiary wojen opiumowych w Chinach, bo Anglicy nie mieli czym opłacać eksportu herbaty, a przecież nie mogło jej zabraknąć w porządnym domu o piątej po południu. Dalej, szeroko opisywane grodzenie ziem wspólnych w Anglii, by mieć w mieście taniego robotnika. Do tego dwie wojny światowe.

To wszystko ofiary pogoni za akumulacją kapitału, która wciągnęła w orbitę europejskiej gospodarki stopniowo całą ekumenę, odkąd komunikację na odległość ułatwił telegraf a transport kolej i parostatek. To co jest podstawą społeczeństwa urządzonego na potrzeby mnożenia kapitału, to podporządkowanie pracy, przyrody, nauki, państwa i prawa, by akumulację móc wzmóc. W tym celu przedsiębiorczy inaczej mógł skorzystać z taniej pracy, z taniej energii i surowców, z taniej żywności, z taniego życia niewolników i imigrantów, i przede wszystkim z niepłatnej pracy opiekuńczej kobiet. Np. obecnie napędzająca maszynerię zysku ropa naftowa równa się codziennej pracy miliardów energetycznych niewolników (R. Ayres, B. Warr). W Polsce takie wyliczenia sporządzał Stanisław Albinowski, piszący dla Trybuny.  Dlatego „historia kapitalizmu płynie przez wyspy produkcji dóbr, wyrosłe na oceanie niepłatnej pracy i energii” (J. W. Moore). I dlatego opodatkowanie jest konieczne, by chociaż kolejne pokolenie mogło skonsumować dobrobyt, obiecywany przez propagandę obywatelskiego społeczeństwa, na poziomie wolnym od codziennych trosk, głównie teraz  o spłatę kredytu. 

Dlatego Karol Marks wciąż naszym przyjacielem jest. Nikt bowiem celniej nie odsłonił za pomocą analitycznych narzędzi i bystrego oka bijącego serca Systemu. A jest nim możliwość przejmowania przez właściciela kapitału bez własnej pracy  – wartości, która powstaje dzięki darom przyrody (obecnie paliwa kopalne), pracy innych ludzi,  i nauki (techniki). Przejmowana wartość przybiera postać różnorakich rent: zysku, dywidendy, odsetek, czynszu, opłat licencyjnych itd. Ta wartość reinwestowana prowadzi do majątku produkcyjnego, handlowego, akcyjnego. Z niej żywi się sektor finansowy i drużyna specjalistów. Akumulowany kapitał łatwo przekształcić na wpływy polityczne i hegemonię kulturową dzięki sponsorowaniu fundacji, katedr ekonomii i „instytutów badawczych” w rodzaju Forum Obywatelskiego Rozwoju. Pozwala też według własnego widzimisię wybierać kierunki inwestowania zgromadzonego kapitału: może samochody elektryczne, może biotechnologie, skoro budżety coraz więcej przeznaczają na ochronę zdrowia, może podróże na Marsa lub chociaż w kosmos? W rezultacie, jak podaje Oxfam. org, 1% najbogatszych na ziemi posiada dwa razy więcej bogactwa niż niemal siedem miliardów mieszkańców planety (6,9 miliarda). Co w perspektywie świata pracy znaczy, że połowa mieszkańców ziemi, żyje za mniej niż 5,5 dolara dziennie. Oto kapitalizm właśnie.

Diapazon stosunku do realnego kapitalizmu jest szeroki: od poszukiwania kapitalizmu z ludzką twarzą w stylu Tony Blaira czy Leszka Millera do radykalnej lewicy. Zdaniem ostatnich kapitalizm współczesny tkwi w strukturalnym kryzysie, dociera do  ekologicznych i społecznych granic. Zatkały się rynki zbytu, bo spadł popyt w wyniku obniżki płac, na dodatek płace w sektorze usługowym są niskie. Bliski jest nie koniec pracy, tylko koniec dobrej pracy, także wskutek dekwalifikacji siły roboczej. Współczesny kapitalizm składa się z centrum i peryferii. W centrum dominuje kapitalizm monopolistyczno-finansowy, kapitalizm firm-wydmuszek, do których płynie strumień nadwyżki. Np. koszty chińskiej robocizny przy produkcji gadżetów Apple`a wyniosły w 2009 roku jedynie 3,6% ceny końcowej, za to globalna marża tej „technologicznej” firmy wynosiła 63%. Zachodnie centrum projektująco-zarządzające sprzężone jest z długimi łańcuchami pracy i wartości na peryferiach. Dopiero one mają konkurencyjny charakter. Dostawcy i poddostawcy pracy i komponentów zawzięcie muszą konkurować o zlecenia. Peryferyjny status ma też polska gospodarka, jej specjalność bowiem to tania praca i niskie podatki. Dobre płace oferuje tylko wysokokwalifikowanym specjalistom. Dostarczają oni wynalazków, patentów, poszerzają krąg konsumentów, umacniają markę itd. To przyboczna świta, która nie pracuje za „miskę ryżu”, tyko jak pełniący funkcję premiera M. Morawiecki – zarabiają na kolejne inwestycje w nieruchomości i akcje na giełdach świata. 

Podatki i strefa bezpłatności – sprawdzian z wiedzy praktycznej

Skoro tak to zgromadzonym bogactwem, dzięki też optymalizacji podatkowej, emigracji zysków do rajów podatkowych rentierzy-kapitaliści powinni się dzielić. Jakież to gadżety by stworzył Steve Jobs na Haiti – gdzie nie ma wynalazków poczętych w sektorze publicznym, giełdy, rzesz potencjalnych konsumentów, klastrów itd. Dlatego trzeba się podzielić i dochodem firmy, i osobistym, podzielić dorobkiem życia ze wspólnotą, z której zasobów się skorzystało. Ktoś przecież pracownika urodził, wychował, wyposażył w kulturę, kwalifikacje. Kapitalista chciałby zapłacić tylko za te kilka prostych czynności wykonywanych monotonnie przez kilka godzin. Dlatego odczarowanie mitologii antypodatkowej, tak sprytnie preparowanej przez liberałów i  Konfederatów, jest pilnym zadaniem lewicowych formacji. Przecież nawet prezydent Biden zrywa z zakłamaniem wielkich i małych misiów, a także wolnych strzelców z sektora informatycznego. Oni mogą zaoszczędzić tysiące, nawet miliony, kiedy szarak zaledwie dziesiątki. Jeden kupi kolejną nieruchomość jak prezes Obajtek, drugi – dodatkowy los na loterii. Tym bardziej, że ekonomiści głównego nurtu mówią, że przedsiębiorca jest wynagradzany za ryzyko, kreatywność, wiedzę. Dlaczego więc relacja między przeciętną płacą a płacą menedżera wynosiła w japońskim keiretsu jak 1 do 5, w USA w latach siedemdziesiątych jak 1-25? Obecnie – jak 1 do 185. A może, zgodnie z Marksem, liczy się tu układ sił między kapitałem (jego właścicielami, zarządcami, operatorami finansowymi) a zatrudnianymi pracownikami. Dostęp do taniego pracownika chińskiego czy polskiego wiele zmienił. Osłabła społeczna wartość siły roboczej – bez umów zbiorowych, reprezentacji związkowej. Czyżby nie dlatego obecnie Jeff Bezos tak zwalcza związki zawodowe w swoim imperium? Przedsiębiorcy korzystają z wynalazków powstałych w sektorze publicznym, korzystają z infrastruktury, nieopłaconej pracy reprodukcyjnej kobiet, z kwalifikacji uzyskiwanych w publicznych szkołach i uczelniach. Polscy błogosławieni tworzący miejsca pracy „inwestują”, ale głównie na Cyprze czy Luksemburgu. Dlatego w lewicowej agendzie na czołowym miejscu powinny znaleźć się takie postulaty jak: trzeci próg dochodowy, podatki od majątków i spadków, globalne podatki od gigantów cyfrowych, sektora finansowego, handlu wielkopowierzchniowego czy likwidacja rajów podatkowych. Dlatego dużo wysiłku czeka lewicę, by uodpornić klasy pracownicze na antypodatkową histerię przedsiębiorców i ich medialnych najmitów. Nawet na łamach Trybuny ich przedstawiciele leją krokodyle łzy nad „wyzyskiem” podatkowym, co dowodzi ich niezwykłej siły przebicia i słabości ideowej redaktorów.

Wraca państwo i planowanie, dlatego przedwojennych pułkowników sanacji nie mogą zastępować pisowscy pałkownicy

Liberałowie zohydzili państwo jako instrument racjonalności ogólnospołecznej. Teraz robią to skutecznie najemnicy Prezesa. Demokracja w pełnym znaczeniu słowa nie może być tylko demokracją liberalną, pozostawiającą poza zasięgiem decyzji zbiorowych sferę regulacji własności i stosunków pracy, redystrybucji bogactwa społecznego i sposobów wykorzystywania majątku produkcyjnego wspólnoty. Dlatego zwolennik lewicy nie walczy z państwem, tylko o lepsze państwo. Stara się odpowiedzialnie wytypować reprezentantów swoich interesów klasowych, ogólnospołecznych, europejskich i globalnych. By dalej ci reprezentanci kierowali sprawną administracją, choć ta zawsze ma dużą swobodę działania. Problem jej kontroli, problem agencji, jest zawsze trudnym wyzwaniem praktycznym. 

Polak, ale losy Amazonii nie są mu obce

Kapitalizm wzrostu gospodarczego i masowej konsumpcji spowodował kryzys planetarny. Nie żyjemy w antropocenie tylko kapitałocenie. Nie pomoże zielona maska elekromobilności, kapitalizmu kognitywnego, cyfrowego, rewolucji przemysłowej 4.0 i wielu innych monideł  przyszłości. Gospodarka stoi atomami, a nie bitami. Tymi można nakarmić pustą głowę, a nie pusty żołądek. Kto tak uważa popiera działania w różnych organizacyjnych formach, by poddać regulacjom wykorzystywanie minerałów, nośników energii, poziomu szkodliwych emisji. Łatwiej kształtować własny styl życia, wzbogacać go konsumpcją dóbr duchowych i siecią relacji z innymi. Symboliczna konsumpcja jest jałowa duchowo, nie rozwija żadnych dyspozycji poza niezdrową zawiścią i chęcią naśladownictwa. Taką wrażliwość powinna rozwijać rodzina, szkoła, media. Przedsiębiorcami może być 2,3 na sto uczennic i uczniów. Po co uczyć na studiach ochrony własności przemysłowej czy intelektualnej albo neoklasycznej ekonomii. Jej historyczny czas minął. Człowiek lewicy chce pozostać Polakiem, ale musi też być członkiem ogólnoludzkiej wspólnoty podzielonej na lokalne cywilizacje, wyznawców różnych religii, obywateli narodowych państw. Wszyscy żyjemy w jednym, globalnym ekosystemie. Dlatego lewica popiera inną niż obecna formę globalnego zarządzania. Obecna, pełniona przez jednostronne organizacje wielostronne jak WTO czy MFW, także stała się anachroniczna.

Temat uchodźców nie może przesłonić miejsca globalnego Południa w gospodarce centrum. Ile energii zużywa Zachód, a ile biedne kraje! Dlatego nie mogą one jako pierwsze ponosić skutków zmian klimatu. Zachód nie tylko z powodu solidarności musi przebudować i własne rolnictwo (kwestia subwencjonowania), i zmienić reguły handlu. Inaczej nie da się zahamować przyrostu naturalnego, wylesiania wskutek nadmiernego wypasu, emigracji zarobkowej, w końcu wojen żywnościowych (np. o wykorzystanie wód Nilu) i klimatycznych. 

Nie będziesz wzdychał do Ameryki

Można cenić pragmatyzm Amerykanów, lubić popkulturę made in Hollywood, ale nie można naśladować modelu społeczeństwa, który stworzyli. Kto źle wybierze rodzinę, ten może żyć jak w kraju Trzeciego Świata, mimo oszałamiającego dochodu per capita. W lewicowej perspektywie ważniejszy jest ład, który amerykańskie państwo stworzyło w dekadzie lat 80. To popularna globalizacja, ale w istocie poddanie reżimowi akumulacji państw narodowych, pracy, bogactwa przyrody, w końcu samego życia – jak nie konsumujesz, to cię nie ma. Powstała cała instytucjonalno-prawna rama przechwytywania nadwyżki ekonomicznej: WTO, IPC, TRIPS, standardowe rachunki kosztów, normy produkcji ISO, reguły handlu (traktat waszyngtoński), ochrona inwestycji zagranicznych w praktyce przed polityką gospodarczą państwa (osławione ISDS), szeroko rozumiana ochron praw własności intelektualnej w interesie korporacji. Światowa nauka wprzęgnięta została w służbę korporacyjnej innowacyjności. Uniwersytet w Polsce po reformie Gowina ma być przedsiębiorczy, humanistyka ma radzić, jak być kreatywnym, zarządzać sobą jako jednostkowym przedsiębiorstwem. Można teraz patentować organizmy żywe,  fragmenty DNA – zysk ci wszystko wybaczy. Dzięki rezerwowej walucie jaką jest dolar, gospodarka amerykańska stała się Globalnym Minotaurem, według określenia Yanisa Varoufakisa. Przerabia oszczędności świata na amerykańskie obligacje i produkty finansowe. Dzięki temu prezydent Biden może pozwolić sobie na kosztowne programy interwencyjne. To  „keynesizm imperialistyczny” (A. Smith). Największy konsument energii, minerałów chciałby dalej prosperować dzięki swoistemu trollingowi patentowemu. Mieć u siebie firmy-wydmuszki posiadające patenty i wiedzę, natomiast własną działalność biznesową ograniczyć do tworzenia łańcuchów pracy i wartości. Stąd psująca się atmosfera współpracy międzynarodowej nad tworzeniem nowego wielobiegunowego ładu. Inną przeszkodą są zbrojenia. Niezależnie od nasycania gospodarki nowymi technologiami, rosną współczesne piramidy wszelkiego żelastwa, rośnie zarazem zagrożenie pokoju. W nowej sytuacji historycznej NATO tak, ale jako sojusz obronny, podporządkowany UE. Dlatego zwolennik lewicy może jedynie  sympatyzować z lewicą partii Demokratycznej, z jej ideą nowego zielonego ładu, z ekosocjalizmem Alexandrii Ocasio-Cortez. Pewne nadzieje lewica może też pokładać w amerykańskim młodym pokoleniu. Ceni ono coraz bardziej skandynawski model gospodarki i społeczeństwa, społeczeństwa szerokiej indywidualnej wolności, ale zarazem solidarnego.

Lewica znaczy empatia i postęp

Siła transfobicznych ataków jest niestety coraz większa i jako socjalista czuję się zobligowany do wypowiedzi na ten temat.

Przede wszystkim ogromna jest skala przemocy, w duchu silnie konserwatywnej i ultrakatolickiej. Otóż ogromna liczba polityków, komentatorów i innych nie może się pogodzić się z tym, że płeć kulturowa (i ta realnie dostrzegalna w społeczeństwie) jest konstruktem społecznym; jest po prostu społeczną rolą; jest zbiorem i sumą wzorców i zachowań; jest niczym innym, jak po prostu określonym „cosplayem”. Tak, kobietą jest się wtedy, kiedy po prostu się nią czujesz. Tak samo mężczyzną itd.

Czy to boli biblijne, prawicowe dupska??? Boli… I ma boleć.

Stąd konserwatyści zarówno z prawa, jak i z lewa, próbują na siłę wmówić nam, że płeć biologiczna jest święta/w jakiś sposób ważniejsza i robiąca z ciebie lepszą kobietę/lepszego mężczyznę. Że to geny i stan twojego krocza krótko po narodzeniu decydują o byciu kobietą, czy mężczyzną; że stan natury jest nadrzędny wobec stanu kultury, samopoczucia, tożsamości, zachowań… I macie się z tym pogodzić, bo przecież „osoby z macicami” to szczyt upadku kultury i cywilizacji zachodniej…

To oczywiście kłamstwo i kompletna bzdura. Uprzywilejowanie, czy też nadrzędność płci biologicznej względem płciowej tożsamości jednostki ma tyle samo sensu, co panowanie mężczyzn nad kobietami, bo ci średnio mają więcej tkanki mięśniowej. Żyliśmy wiele tysiącleci w społeczeństwie bardzo bliskim stanowi natury (tym samym, w którym śmiertelność noworodków biła wszelkie rekordy), a potem jeszcze wiele stuleci w dyktaturze kleru i potężnej konserwy. Jest więc zrozumiałe, że wyjście poza dogmaty tych instytucji i poza fetysz biologizmu zajmie nam trochę czasu.

Lewica musi jednak dawać przykład, bo lewica to postęp.

Nie ma na lewicy miejsca dla wyśmiewania tożsamości płciowej, porównywania ludzi do śmigłowców, czy cementowania konserwy z jej dogmatami o wrodzonej płci. Proszę więc wszystkich na lewicy – także tych, którzy uważają to za problemy trzeciorzędne i mało istotne – by wykazali się zwyczajną empatią, szacunkiem do ludzkich wyborów i nie brali udziału w tych histerycznych próbach obrony porządku naturalnego. Tylko tyle i aż tyle

Młodzież skręca w lewo

Przez ostatnie 30 lat w badaniach CBOS dotyczących poglądów politycznych najmłodszych wyborców wygrywała albo opcja „trudno powiedzieć”, albo przekonania centrowe. Raz, w 2015 r., centrum nieznacznie wyprzedziła prawica. I oto w 2020 r. w sondażu zwyciężyły wyklinane i wyśmiewane poglądy lewicowe.

Efekt nachalnego wciskania młodym ludziom do głów kultu „wyklętych”, prymitywnie rozumianego patriotyzmu i narzucania swoich „jedynych słusznych” wartości przez Kościół? W dużym stopniu zapewne tak. Być może swoje zrobiły również problemy, które tworzy dla młodego pokolenia kapitalizm w nadwiślańskim wydaniu: plaga śmieciówek, naruszanie praw młodych pracowników i stażystów, brak dostępu do tanich mieszkań… a przy tym nieustanna propaganda: pracuj więcej, a zostaniesz bogaczem.

Spolaryzowani

Odsetek osób, które określiły się jako zwolennicy i zwolenniczki lewicy wzrósł od 2019 r. radykalnie. W poprzednim badaniu opinii publicznej jedynie ok. 18 proc. opisywało swoje poglądy w ten sposób. Około 23 proc. młodych ankietowanych sytuowało się na prawicy, a wygrywała opcja centrowa z ok. 28 proc. wskazań. Pozostali nie mieli zdania. Tymczasem w roku 2020 odsetek ludzi z sercem po lewej stronie podskoczył do 30 proc. Równocześnie rośnie także polaryzacja, bo wzrost powyżej granicy 25 proc. zanotowała też prawica, za to centrum straciło kilka punktów procentowych, a „nie wiem” odpowiada dziś mniej niż 20 proc. pytanych, najmniej od 1991 r. Młodzi wyborcy wydają się więc bardziej świadomi i stanowczy w swoich przekonaniach niż kilka lat temu. Warto zauważy przy tym, że już od pewnego czasu widoczny jest rozrzut postaw młodych mężczyzn i kobiet. Polki w sondażach chętniej wskazują partie opozycyjne, popierają świeckie państwo i nie chcą dyktatu biskupów. Z kolei młodym Polakom statystycznie częściej podoba się nacjonalizm i frazesy o fundamentalnej roli Kościoła, okraszane wypadami przeciwko mniejszościom seksualnym. To młodzi mężczyźni chodzą na nacjonalistyczne marsze.

Trwały trend?

Politycy parlamentarnego klubu Lewicy przyjęli badania CBOS z nieskrywanym entuzjazmem. – A za trzy lata do młodych wyborców, wśród których już dziś wygrywa lewica, dołączy grupa, która jeszcze nie ma praw wyborczych. Konserwatywni liberałowie słusznie się niepokoją. Czas ich dominacji w polskiej polityce się kończy – tweetował poseł Adrian Zandberg z Lewicy Razem. Jego klubowy kolega Maciej Gdula jest przekonany, że zmiana politycznych postaw młodych wyborców jest trwała i że zachowają oni te przekonania także w latach następnych. – To będzie trwałe pokolenie antyprawicowe, a jego rola w polskiej polityce stanie się kluczowa już za kilka lat – pisze poseł.

Czego chcą?

Oby mieli rację i zwrot ku lewicowości nie okazał się tak efemeryczny, jak swojego czasu zachwyt nad antyklerykalnym i specyficznie wolnościowym Ruchem Palikota, wiara w zmianę, którą przyniesie niepartyjny ruch Kukiza i JOW-y, czy fascynacja totalnym wolnym rynkiem, która pozwoliła partii Janusza Korwin-Mikkego wejść do Europarlamentu. Osobne pytanie brzmi: czym jest lewicowość dla młodych respondentów? Czy chodzi im o krytykę kapitalizmu, jego ekscesów, czy jednak głównie o równouprawnienie i różnorodność? Z jednej strony – na demonstracjach kobiet, gdzie dominują młode protestujące, wątki społeczne (jak hasło „Aborcja jest kwestią klasową”) nie wybijają się na pierwszy plan. Z drugiej – wzrost zainteresowania i członkostwa odnotowują w ostatnich latach socjalistyczne i socjaldemokratyczne młodzieżówki, a ich aktywiści w radykalizmie wyprzedzają kierownictwo „dorosłych” partii.

Czy Hitler był lewakiem

Prawa strona polskiej sceny politycznej od zawsze próbowała oczernić lewicę w taki sposób by odstraszyć od marksizmu jak najwięcej osób. Nam, „lewakom” (używając prawicowej terminologii) zarzucano już odpowiedzialność za wszelkie zbrodnie tego świata.

 

Obecnie lewicę masowo obarcza się za całe zło tego świata. W przestrzeni króluje wręcz hasło „precz z komuną” i to pomimo tego, że nijak nie pasuje do omawianej sytuacji. Jest też pewna postać, którą prawica usilnie stara się przypisać do ideologii socjalistycznej. Mało tego! Chcą zeń uczynić kontynuatora myśli samego Karola Marksa i Fryderyka Engelsa. Tą osobą jest Adolf Hitler.
Jakkolwiek irracjonalnie to nie brzmi, to właśnie największy zbrodniarz globu, którym skrycie (bądź też nie) fascynują się skrajne środowiska narodowe, stał się persona non grata politycznego dyskursu. Żadna ze stron nie chce przyznać, że Adolf Hitler był zwolennikiem którejś z opcji politycznych. I nietrudno się temu dziwić. Mówimy w końcu o człowieku, który jest odpowiedzialny za śmierć milionów ludzi i zbrodnie dokonywane w imię pseudonaukowej teorii dowodzącej wyższości rasy aryjskiej nad pozostałymi. Wszystkim, którzy nie należeli do obozu aryjskiego, stale groziła śmierć. Na szczęście czasy II wojny światowej, a tym samym Adolfa Hitlera, nieodwracalnie już minęły. Mimo to jego postać nadal budzi wiele kontrowersji, rodzi spory i skłania ku dyskusji. Wokół lidera III Rzeszy urósł pewnego rodzaju kult, który sprawia, że 72 lata po jego śmierci, nadal jest on obecny w publicznej debacie.
Fakt ten nie mógł przejść obojętnie obok prawicowych polityków i ich sympatyków. Z tego powodu jesteśmy od pewnego czasu zalewani twierdzeniami o rzekomej „lewicowości” Hitlera i „socjalistyczności” programu NSDAP. To zjawisko stało się tak powszechne, że w części społeczeństwa powoli urzeczywistniło się już postrzeganie Hitlera jako socjalisty.
By zacząć rozważania na temat tego mitu należałoby wpierw rozważyć jego pochodzenie. Na szczęście nie trzeba daleko szukać. Korzenie i zarazem podstawy tego mitu znajdziemy w nazwie partii, której Adolf Hitler przewodził. Nationalsozialistische Deutsche Arbeitpartei, po polsku – Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników. W skrócie NSDAP. Na pierwszy rzut oka widzimy dwie, niepokojące frazy, które teoretycznie mogą świadczyć o socjalistycznym profilu tej organizacji. W nazwie występuje bowiem słowo „socjalistyczna” oraz „robotników”. Ta świadomość skłoniła wielu polskich, prawicowych działaczy do wynalezienia kolejnej „broni” przeciw lewicy. Tą „bronią” jest oczywiście postać Adolfa Hitlera: zbrodniarza, demagoga, dyktatora, a przy okazji „lewicowca-socjalisty”. Podporą tego argumentu miała też być czerwień na nazistowskiej fladze, która to właśnie miała oznaczać szeroko rozumiany socjalizm.
Niestety dla zwolenników kapitalizmu historyczne fakty mówią zupełnie co innego. Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotników była socjalistyczna… Tylko z nazwy. Bo jak inaczej można nazwać twór polityczny który opowiadał się za uprzywilejowaniem jednych kosztem drugich? Hitler osiągnął mistrzostwo w sztuce populizmu i mistyfikacji – jako jedyny zdawał sobie sprawę z lewicowych nastrojów robotników, którzy w dwudziestoleciu międzywojennym mocno sympatyzowali z ideologią komunizmu. Sytuacja ta miała miejsce w całej Europie i w wielu zakątkach świata, lecz to właśnie w Niemczech powstała odpowiednia ideologia, która tę sytuację potrafiła wykorzystać i wyzyskać. Użycie słów „socjalistyczna” i „robotników” w nazwie założonej przez Hitlera partii miało na celu zwabienie elektoratu proletariackiego, czego konsekwencją było wygranie wyborów w 1933 roku. Cel ten został osiągnięty w całości i od tego momentu nastała najczarniejsza karta w historii ludzkości.
Pierwszym postanowieniem Hitlera, będącego już wtedy u władzy nazistowskich Niemiec, była delegalizacja partii komunistycznych, socjalistycznych oraz robotniczych. Ich działacze zostali zamknięci w więzieniach, a w późniejszym okresie istnienia III Rzeszy, zesłani do obozów. Dziwny krok jak na lidera partii rzekomo socjalistycznej.
To był jednak dopiero zwiastun tego co miało nastąpić już wkrótce. Po dojściu do władzy NSDAP zostały zlikwidowane związki zawodowe, obniżono pensje, a dzień pracy wydłużono. Wszystko w imię rozwoju potęgi nazistów. Wielu czołowych członków NSDAP, jak np. Hermann Goering czy Heinrich Himmler opowiadało się również za współpracą między kapitalistami, a partią nazistowską. Skończyło się to faktem, że wiele prywatnych przedsiębiorstw otwarcie finansowało partię Adolfa Hitlera, która bynajmniej nie zamierzała znieść prywatnej własności.
Sam Hitler wypowiadał się o własności prywatnej w sposób umiarkowanie pozytywny. Zaznaczał, że własność prywatna ma prawo bytu do momentu nie zaistnienia sprzeczności wobec interesu narodu. „Wódz” sam również odnosił się do nazwy swojej partii, tłumacząc, że wyraz „socjalizm” nie odnosi się do ideologii, a ma on oznaczać „poświęcenie się jednostki dla dobra narodu”. Każdy kto choć pobieżnie przestudiował dzieła Karola Marksa i Fryderyka Engelsa wie, że jest to interpretacja zupełnie obca zarówno dla klasyków marksizmu, jak i dla wszystkich późniejszych partii oraz organizacji o charakterze marksistowskim, które zawsze posiadały też internacjonalistyczny i wrogi rasizmowi/nacjonalizmowi charakter.
Przez cały okres działalności NSDAP cechowała się skrajnym antykomunizmem. Pogląd ten przybrał bardzo radykalną formę. Obok Żydów to właśnie komuniści byli najmocniej napiętnowani, szkalowani i stale oskarżani o niekorzystną sytuację Niemiec po I wojnie światowej. Dla wielu dzisiejszych prawicowców istotny jest również fakt zawarcia tymczasowego sojuszu między nazistowskimi Niemcami, a Związkiem Radzieckim. Osoby te zwykle wykazują znaczące braki w analizie wydarzeń historycznych i najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z kruchości i „chwilowości” jaką odznaczał się tamten pakt. Obie strony, niebędące jeszcze gotowe na otwarty konflikt, postanowiły porozumieć się, a następnie przygotować na nadchodzącą bitwę. Bitwę, która jak się potem okazało miała kluczowy wpływ dla losów całej wojny.
Potrzebne jest stałe podkreślanie fałszywości prawicowych argumentów dotyczących przynależności politycznej Adolfa Hitlera. Mit o jego rzekomej lewicowości jest o tyle niebezpieczny, że bezpośrednio godzi w dobro klasy robotniczej i jej programu. Jeśli pozwolimy na rozprzestrzenienie się tego typu kłamstw to kto odda głos na ugrupowania polityczne będące w bliskiej korelacji z przywódcą nazistowskich Niemiec? To oczywiście pytanie retoryczne – a faktycznymi odpowiedzialnymi za hitleryzm pozostają oczywiście kapitaliści i rządzone przez nich europejskie mocarstwa. Ze smutkiem stwierdzam niestety, że już teraz niektórzy młodzi lewicowcy ulegają tej propagandzie. Propagandzie, która na wielu płaszczyznach dorównuje tej geobbelsowskiej. Obowiązkiem nas – socjalistów – jest przedstawienie faktów zgodnie z historią. Pozostaje też mieć nadzieję, że sama klasa pracująca dostrzeże te kłamstwa, a kapitalistyczni propagandziści odpowiedzą kiedyś za swoje zniesławienia.