Lewy załatwił Chelsea, a Chelsea Lewego

We wtorek Bayern Monachium w pierwszym meczu 1/finału Ligi Mistrzów rozgromiła na Stamford Bridge Chelsea Londyn 3:0. Polski napastnik miał udział przy wszystkich golach – sam strzelił jednego, a przy dwóch asystował. Niestety, próbujący go powstrzymać za wszelką cenę obrońcy angielskiego zespołu uszkodzili mu krawędź goleni w lewym stawie kolanowym i tym samym „zafundowali” mu miesiąc przerwy.

To był wielki mecz w wykonaniu Roberta Lewandowskiego. Kapitan reprezentacji Polski swoim wybitnym występem przeciwko Chelsea Londyn zachwycił nawet angielskie media. Najpierw zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabrego, chociaż sam mógł uderzać na bramkę.
Jego koleżeńską postawę zauważył świetny przed laty angielski napastnik Chris Sutton, który w komentarzu na łamach „Daily Mail’ napisał: „Bezinteresowny i wielce utalentowany Lewandowski dał lekcję Chelsea i pokazał, że nie tylko wykorzystuje sytuacje, ale również je tworzy. Zwłaszcza przy pierwszym golu, gdy miał przed sobą miał już tylko Willy’ego Caballero. Ilu napastników na jego miejscu zrezygnowałoby w takiej sytuacji z oddania strzału? A Polak spokojnie wycofał piłkę do Gnabry’ego, który strzelił łatwego gola do pustej bramki. Jego postawa jest godna najwyższego uznania, bo przecież przed meczem w mediach nachalnie mu przypominano, że od dwóch lat w fazie pucharowej Ligi Mistrzów nie potrafił zdobyć bramki, więc gdyby zachował się w tych sytuacjach egoistycznie, nikt nie miałby o to do niego pretensji” – podkreślił z uznaniem Sutton.
Wysoko występ polskiego napastnika oceniono też w relacjach BBC, a „The Guardian” przyznał mu notę „9” (w skali 1-10). Równie wysoko oceniono też Gnabry’ego oraz 19-letniego Kanadyjczyka Alphonso Daviesa, ale ojcem wysokiego zwycięstwa Bayernu uznano jednak zgodnie Lewandowskiego, który po dwóch asystach sam strzelił gola na 3:0, a na dodatek po faulu na nim z boiska wyleciał obrońca ekipy gospodarzy Marcos Alonso.
Wyścig z Haalandem i Benzemą
Tym samym „Lewy” 11. trafieniem w obecnej edycji Ligi Mistrzów załatwił za jednym zamachem trzy sprawy – przerwał trwającą od dwóch sezonów strzelecką niemoc w fazie pucharowej tych rozgrywek, odzyskał pozycję samodzielnego lidera klasyfikacji strzelców, którą przez ostatni tydzień musiał dzielić z 19-letnim napastnikiem Borussii Dortmund Erlingiem Haalandem, natomiast w klasyfikacji wszech czasów dogonił Karima Benzemę. Francuski napastnik Realu Madryt przed pierwszymi meczami 1/8 finału LM w tym zestawieniu zajmował z dorobkiem 64 goli czwartą lokatę, po Cristiano Ronaldo (128 bramek), Leo Messim (114) i Raulu (71), zaś Lewandowski był piąty z 63. trafieniami na koncie. Ponieważ Benzema w przegranym 1:2 spotkaniu z Manchesterem City nie powiększył swojego bramkowego dorobku, czwarte miejsce w strzeleckiej klasyfikacji wszech czasów musi teraz dzielić z Polakiem, który także ma 64 gole.
Niestety, w kolejnej serii gier Lewandowski nie będzie mógł już odpowiedzieć ani rewelacyjnie grającemu w tym sezonie Norwegowi, ani też Francuzowi, bo w rewanżowym meczu z Chelsea Londyn nie zagra z powodu kontuzji. Wiadomość o jego urazie wyszła na jaw w środę i została przyjęta z lekkim niedowierzaniem, bo przecież „Lewy” grał w Londynie do ostatniego gwizdka i nic w jego zachowaniu nie wskazywało, że coś mu dolega.
Ból w kolanie zaczął odczuwać dopiero następnego dnia, a po szczegółowych badaniach przeprowadzonych przez klubowego lekarza Bayernu Hansa-Wilhelma Muellera okazało się, że doznał pęknięcia krawędzi goleni w lewym stawie kolanowym.
Z komunikatu opublikowanego przez bawarski klub wynika, że kapitan reprezentacji Polski będzie musiał z tego powodu pauzować przez miesiąc. Przez 10 dni będzie miał nogę w gipsie, a po zdjęciu, jeśli uraz się zagoi należycie, będzie mógł zacząć rehabilitację i powoli przygotowywać się do powrotu na boisko.
Bayern będzie musiał radzić sobie bez swego najskuteczniejszego piłkarza nie tylko w rewanżowym spotkaniu z Chelsea, lecz także w czterech najbliższych kolejkach Bundesligi, czyli w meczach z Hoffenheim, Augsburgiem, Unionem Berlin i Eintrachtem Frankfurt oraz meczu Pucharu Niemiec z Schalke Gelsenkirchen. Lewandowski prawdopodobnie nie wystąpi również w marcowych meczach reprezentacji Polski z Finlandią (27 marca, Wrocław) i Ukrainą (31 marca, Chorzów).
Tak długiej przerwy od gry Lewandowski w karierze jeszcze nie miał. Ze względu na operację pachwiny w grudniu ubiegłego roku pauzował co prawda 26 dni, ale wówczas Bayern Monachium rozgrywał tylko jeden oficjalny mecz. Wcześniej najdłuższa przerwa reprezentanta Polski wynosiła 14 dni, a miał takie tylko dwukrotnie w dotychczasowej karierze.
Pech w najgorszym momencie
Wypada jedynie żałować, że „Lewemu” kontuzja przydarzyła się akurat teraz, gdy znajdował się w szczytowej formie i pewnie zmierzał po piąty w karierze tytuł króla strzelców Bundesligi oraz liczył się też w walce o „Złotego Buta” (nagroda dla najskuteczniejszego strzelca lig europejskich). Jego najgroźniejszy konkurent w niemieckiej lidze, napastnik RB Lipsk Timo Werner, ma tylko cztery gole mniej, zaś lider klasyfikacji „Złotego Buta” Ciro Immobile z Lazio Rzym jedynie jedno trafienie więcej. Z pewnością zrobią teraz wszystko, że przez te kilka tygodni odskoczyć polskiemu napastnikowi.
Może jednak nie będzie aż tak źle. Lewandowski w 23 meczach Bundesligi strzelił 25 goli, a po powrocie będzie miał jeszcze co najmniej sześć ligowych meczów, żeby wrócić do walki o oba strzeleckie tytuły. Co zresztą zapowiedział na Twitterze wpisem: „Dziękuję za wszystkie miłe słowa wsparcia. Trzymajcie za mnie kciuki. Wkrótce wrócę i będę gotowy do walki”.
A walczyć będzie o co, bo Bayern raczej ma już awans do ćwierćfinału Ligi Mistrzów w kieszeni, w Bundeslidze jest liderem, a reprezentacja Polski o stawkę zagra przecież dopiero w czerwcu w mistrzostwach Europy.
Z pozostałych Polskich piłkarzy rywalizujących jeszcze w Lidze Mistrzów powody do zadowolenia może mieć Łukasz Piszczek, bo jego Borussia Dortmund pokonała u siebie Paris Saint-Germain 2:1. Uczucie niedosytu trapi natomiast dwójkę naszych reprezentantów występujących w SSC Napoli, Piotra Zielińskiego i Arkadiusza Milika, bo ich drużyna mogła pokonać wielką Barcelonę, a ostatecznie na swoim stadionie wywalczyła jedynie remis, który w rewanżu na Camp Nou nie będzie żadnym atutem. Jeszcze gorszy humor ma z pewnością Wojciech Szczęsny, bo jego Juventus Turyn po fatalnym występie przegrał na wyjeździe z Olympique Lyon 0:1. Nie zmienia to jednak faktu, że faworytem do awansu w tej parze wciąż jest mistrz Italii.

Wyniki pierwszych meczów 1/8 finału:
Atletico Madryt – FC Liverpool 1:0
Borussia Dortmund – Paris St. Germain 2:1
Rewanże w środę 11 marca, godz. 21:00
Atalanta Bergamo – Valencia VF 4:1
Tottenham Hotspur – RB Lipsk 0:1
Rewanże we wtorek 10 marca, godz. 21:00
SSC Napoli – FC Barcelona 1:1
Chelsea Londyn – Bayern Monachium 0:3
Rewanże w środę 18 marca, godz. 21:00.
Olympique Lyon – Juventus Turyn 1:0
Real Madryt – Manchester City 1:2
Rewanże we wtorek 17 marca, godz. 21:00

Haaland wyrasta na gwiazdę

W rozegranych we wtorek i środę pierwszych czterech meczach 1/4 finału Ligi Mistrzów UEFA błysnęły dwa niemieckie kluby – Borussia Dortmund pokonała u siebie 2:1 naszpikowany gwiazdami Paris Saint-Germain, zaś RB Lipsk na wyjeździe wygrał 1:0 z finalistą poprzedniej edycji Champions League Tottenham Hotspur. Indywidualnie furorę zrobił norweski napastnik Borussii Erling Haaland, który strzelił oba gole i w klasyfikacji strzelców dogonił Roberta Lewandowskiego, prowadzącego po fazie grupowej z dorobkiem 10 trafień.

Przed meczem Borussii Dortmund z Paris Saint-Germain bohaterem mediów i fanów niemieckiej drużyny był Łukasz Piszczek. 34-letni polski obrońca miał swój wielki dzień, bo obchodził w tym spotkaniu podwójny jubileusz – 350. występu w barwach Borussii oraz 50. tylko w Lidze Mistrzów, co jest nowym rekordem klubu z Dortmundu. Na dodatek zagrał z opaską kapitana drużyny. Ale w meczu show skradł mu nowy nabytek ekipy BVB, 19-letni Erling Haaland, zdobywca obu bramek. Norweski napastnik, który w rundzie jesiennej jeszcze w barwach RB Salzburg strzelił w fazie grupowej osiem goli, w klasyfikacji strzelców obecnej edycji dogonił prowadzącego w zestawieniu Roberta Lewandowskiego. Polski napastnik Bayernu Monachium także ma na koncie 10 bramek, ale na wyzwanie rzucone przez Haalanda będzie miał okazję odpowiedzieć dopiero w przyszłym tygodniu, dokładnie we wtorek, bo tego dnia zespół Bayernu zagra na wyjeździe z Chelsea Londyn.
Do tego czasu bohaterem europejskich mediów będzie urodzony w Leeds norweski nastolatek, który w tym sezonie przebojem wdarł się do europejskiej elity napastników. Wielu futbolowych ekspertów z ciekawością czekało na jego pierwszy występ w Lidze Mistrzów w barwach Borussii i zastanawiało się, jak wypadnie na tle gwiazdorów Paris Saint-Germain – Brazylijczyka Neymara i Francuza Kyliana Mbappe.
Trener paryskiego zespołu Thomas Tuchel wcześniej (w latach 2015-2017) był szkoleniowcem Borussii i to on prowadził dortmundczyków w ich ostatnim starciu z francuską drużyną w fazie pucharowej Ligi Mistrzów (w ćwierćfinale sezonu 2016-2017 z AS Monaco, 2:3 i 1:3), a trzy bramki zdobył wtedy dla niej Mbappe, wówczas 19-letnia wschodząca gwiazda światowego futbolu. Francuski napastnik w Dortmundzie znalazł się jednak w cieniu Norwega i zapewne mocno to podrażniło jego ambicję. Gdy Haaland zdobył pierwszą bramkę, Mbappe kilka minut później przeprowadził indywidualną akcję, po której Neymar trafił na 1:1. Ale Haaland dwie minuty później ponownie przyćmił asów PSG, posyłając piłkę lewą nogą spoza linii pola karnego pod poprzeczką bramki paryżan. Norweg strzelając 10. gola w tej edycji Ligi Mistrzów nie tylko dogonił na liście strzelców Lewandowskiego, lecz także wyrównał rekordowe osiągnięcie Mbappe i teraz jest drugim nastolatkiem w historii rozgrywek Champions Leaguie z dorobkiem 10 trafień. Tyle tylko, że dokonał tej sztuki w jednym sezonie, a zatem przebił osiągnięcie francuskiego piłkarza. Warto podkreślić, że Neymar przeszedł z Barcelony do PSG za 222 mln euro, a Mbappe z AS Monaco za 180 mln euro, podczas gdy za Haalanda Borussia zapłaciła RB Salzburg jedynie 20 mln euro, a jego w klauzuli odstępnego widnieje kwota 75 mln euro. W Dortmundzie nikt nie ma złudzeń, że uda się go zatrzymać.
Dokonania Haalanda zaskakują nawet ludzi, którzy przyłożyli rękę do jego szkolenia. „Nikt nie sądził, że będzie strzelał tyle goli” – zapewnia Gunnar Halle, 64-krotny reprezentant Norwegii, który pracował z nim w juniorskich kadrach tego kraju. „Mnie nie zaskakuje to, że jest tak dobry, bo od dziecka zdradzał nieprzeciętny talent, lecz to, iż tak szybko się rozwinął” – przyznaje z kolei Alf Ingve Bernsten, jego trener w juniorach.
Erling urodził się w Leeds w lipcu 2000 roku, bo w tamtejszym klubie występował jego ojciec, także świetny piłkarz, 34-krotny reprezentant Norwegii Alf-Inge Haaland. W 2003 roku Haaland senior musiał zakończyć karierę w wieku zaledwie 31 lat, do czego przyczynił się Roy Keane doprowadzając brutalnym faulem do ciężkiej kontuzji Norwega. Haaland wrócił do ojczyzny z całą rodziną, a Erling zaczynał treningi w klubie Byrne FK. „Jako chłopiec był niski i szczupły, dopiero w wieku 14 lat zaczął rosnąć. Ale zanim doszedł do obecnych 194 cm wzrostu, musiał bazować na sprycie, zwrotności i szybkości. Teraz te wszystkie cechy ładnie się sumują, a jeśli dodamy do tego naturalny talent do zdobywania bramek, wychodzi nam łowca goli na światowym poziomie” – twierdzi trener Bernsten.
Wyniki 1/4 finału LM:
Borussia Dortmund – Paris Saint-Germain 2:1, Tottenham Hotspur – RB Lipsk 0:1, Atalanta Bergamo – Valencia CF 4:1, Atletico Madryt – FC Liverpool 1:0.
Pozostałe mecze: 25 lutego Chelsea Londyn – Bayern Monachium, SSC Napoli – FC Barcelona; 26 lutego Olympique Lyon – Juventus Turyn i Real Madryt – Manchester City.
Czołówka klasyfikacja strzelców LM:
10 goli – Erling Haaland (Borussia Dortmund), Robert Lewandowski (Bayern);
6 goli – Harry Kane (Tottenham Hotspur);
5 goli – Memphis Depay (Olympique Lyon), Mauro Icardi (Paris Saint-Germain), Lautaro Martinez (Inter Mediolan), Kylian Mbappe (PSG), Dries Mertens (SSC Napoli), Heung-Min Son (Tottenham Hotspur), Raheem Sterling (Manchester City);
4 gole – Karim Benzema (Real Madryt), Serge Gnabry (Bayern), Achraf Hakimi (Borussia D.), Gabriel Jesus (Manchester City), Mislav Orsić (Dinamo Zagrzeb), Quincy Promes (Ajax A), Mohamed Salah (FC Liverpool).

Nowa nagroda w Lidze Mistrzów

W tegorocznej fazie pucharowej Ligi Mistrzów czeka nas pewna nowość. Po każdym spotkaniu wybrani przez UEFA tzw. obserwatorzy techniczni wybierać będą najlepszego piłkarza, który otrzyma pamiątkową statuetkę.

O nowej nagrodzie UEFA poinformowała za pośrednictwem swoich mediów społecznościowych, publikując zdjęcie trofeum. Przypomina ono piłkę, którą rozgrywa się spotkania Ligi Mistrzów. Do tej pory indywidualne wyróżnienie otrzymywał jedynie najlepszy zawodnik meczu finałowego. W ubiegłym roku był to grający w Liverpoolu Holender Virgil van Dijk.
Jak podaje UEFA, o wyborze MVP decydować będą eksperci ze świata futbolu. Podczas meczów 1/8 finału będą to: Pat Bonner (były bramkarz, 80-krotny reprezentant Irlandii, legenda Celticu Glasgow), Cosmin Contra (73-krotny reprezentant Rumunii, grał m.in. w AC Milan i Atletico Madryt), Aitor Karanka (25-krotny reprezentant Hiszpanii, występował głównie w Realu Madryt i Athletic Bilbao), Robbie Keane (146-krotny reprezentant Irlandii, strzelec 68 goli, gracz m.in. FC Liverpool, West Hamu i Tottenhamu), Roberto Martinez (hiszpański trener reprezentacji Belgii), Gines Melendez (hiszpański trener, ostatnio koordynator reprezentacji młodzieżowych Hiszpanii), Phil Neville (59-krotny reprezentant Anglii, obecnie trener kobiecej kadry tego kraju), Willi Ruttensteiner (dyrektor sportowy austriackiej federacji piłkarskiej) i Gareth Southgate (57-krotny reprezentant Anglii, obecnie selekcjoner angielskiej kadry).
Szansę na występ w 1/8 finału ma sześciu Polaków: Łukasz Piszczek (Borussia Dortmund), Robert Lewandowski (Bayern Monachium), Wojciech Szczęsny (Juventus Turyn, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński (SSC Napoli) oraz zgłoszony do kadry jako trzeci bramkarz Marcin Bułka (Paris Saint-Germain).
W tym tygodniu zostaną rozegrane cztery pierwsze spotkania 1/16 Ligi Mistrzów. We wtorek Borussia Dortmund zmierzyła się u siebie z Paris Saint Germain, a Atletico Madryt z FC Liverpool (spotkania te zakończyły się po zamknięciu wydania). W środę natomiast Atalanta Bergamo zagra z Valencią, a Tottenham z RB Lipsk.

Szczęściarze i pechowcy

W poniedziałek 16 grudnia w siedzibie UEFA w Lyonie odbyło się losowanie par 1/8 finału Ligi Mistrzów, a także 1/16 finału Ligi Europy. W najbardziej prestiżowym z europejskich pucharów w stawce zostały wyłącznie zespoły z pięciu najsilniejszych lig na naszym kontynencie, co jest ewenementem, ale też potwierdzeniem tezy, że najbogatsze kluby mają coraz większą przewagę.

Coś takiego w Lidze Mistrzów zdarzyło się po raz pierwszy. Do tej pory dwukrotnie do 1/8 finału awans zdobywały zespoły z sześciu krajowych lig, ale sytuacja, że wszystkie szesnaście drużyn wywodzi się z pięciu legitymujących się najwyższym rankingiem UEFA (angielskiej, hiszpańskiej, włoskiej, niemieckiej i francuskiej), zdarzyła się po raz pierwszy. Było w tym trochę przypadku, bo na przykład Zenit Petersburg przed ostatnią kolejką fazy grupowej zajmował drugą lokatę i pokpił sprawę w ostatnim spotkaniu. Dla kibiców futbolu taka sytuacja to gratka, bo w gronie 16 zespołów nie ma już słabeuszy, zatem w 1/8 finału czekają nas wyrównane i zacięte potyczki.

W Lidze Mistrzów gra toczy się jednak o wielkie pieniądze, a europejscy potentaci nie zamierzają dzielić się nimi z maluczkimi. Triumfator obecnej edycji tych rozgrywek może tylko z premii zarobić najmniej 65 milionów euro. W sumie 32 uczestniczące w rywalizacji zespoły podzielą między sobą około dwóch miliardów euro. Za awans do fazy grupowej UEFA płaciła 15 mln euro. Zwycięstwo w grupie było premiowane kwotą 2,7 mln euro. Za awans do wielkiego finału UEFA wyznaczyła kwotę 15 mln, a zwycięzca dostanie ponadto bonus w wysokości 4 mln euro. Do tego trzeba oczywiście doliczyć jeszcze blisko 300 mln euro z tytułu marketingowej wartości Champions League, a kwota ta zostanie rozdysponowana wedle wartości medialnej zespołów.

Przed losowaniem par 1/8 finału było wiadomo, że zwycięzcy grup zostaną rozstawieni i że zespoły rywalizujące ze sobą w grupach oraz pochodzące z jednego kraju nie trafią na siebie. Los nie uśmiechnął się do Manchesteru City prowadzonego przez Pepa Guardiolę i Realu Madryt Zinedine’a Zidane’a. Angielski zespół wygrał swoją grupę, ale miał pecha, że z nierozstawionych drużyn trafił akurat na „Królewskich”. Szanse obu zespołów są jednak równe. Broniący tytułu FC Liverpool też nie miał szczęścia w losowaniu, bo wpadł na Atletico Madryt, przeciwnika od lat szalenie niewygodnego dla każdego rywala. Wątpliwe jest też aby zadowoleni z „przydziału” byli gracze Chelsea Londyn, którym los za przeciwnika wyznaczył Bayern Monachium. Czwarty z angielskich zespołów, Tottenham Hotspur, finalista poprzedniej edycji Champions League, wylosował aktualnego lidera Bundesligi RB Lipsk i raczej na pewno z tego powodu w szatni „Kogutów” nie strzelały korki od szampana.

W fazie play off Ligi Mistrzów zobaczymy wiosną cztery zespoły z polskimi piłkarzami w składzie: Bayern Monachium (Robert Lewandowski), Juventus Turyn (Wojciech Szczęsny), Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek) i SSC Napoli (Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński). Z naszych graczy względnie zadowolony po losowaniu mógł być chyba tylko Wojciech Szczęsny, bo jego Juventus uniknął największych potęg i zmierzy się z przeciętnie w tym sezonie spisującym się w rodzimej lidze Olympique Lyon. Łukasza Piszczka i zespół z Dortmundu czekają natomiast starcie z potentatem francuskiej Ligue 1 Paris Saint-Germain, którego trenerem jest były szkoleniowiec Borussii Thomas Tuchel, zaś Zielińskiego i Milika w barwach SSC Napoli z zawsze wielką Barceloną Leo Messiego.

Pierwsze spotkania 1/8 finału zaplanowano na 18-19 oraz 25-26 lutego. Rewanże odbędą się odpowiednio 10-11 oraz 17-18 marca. Losowanie ćwierćfinałów oraz półfinałów zaplanowano na 20 marca. Finał obecnej edycji Ligi Mistrzów wyznaczono na 30 maja na Ataturk Olimpiyat w Stambule.

W poniedziałek rozlosowano też pary 1/16 ligi Europy. W tych rozgrywkach uczestniczy już tylko dwóch polskich piłkarzy – Jacek Góralski i Jakub Świerczok. Obaj grają w bułgarskim Łudogorcu Razgrad, który ma niewielkie szanse na awans do kolejnej rundy, bo trafił na Inter Mediolan. Pierwsze mecze zaplanowano na 20 lutego, rewanże tydzień później.

Pary 1/8 finału Ligi Mistrzów:
Borussia Dortmund – Paris Saint-Germain, Real Madryt – Manchester City, Atalanta Bergamo – Valencia CF, Atletico Madryt – FC Liverpool, Chelsea Londyn – Bayern Monachium, Olympique Lyon – Juventus Turyn, Tottenham Hotspur– RB Lipsk, SSC Napoli – FC Barcelona.

Pary 1/16 finału Ligi Europy:
Wolverhampton Wanderers – Espanyol Barcelona, Sporting Lizbona – Basaksehir Stambuł, Getafe CF – Ajax Amsterdam, Bayer Leverkusen – FC Porto, FC Kopenhaga – Celtic Glasgow, APOEL Nikozja – FC Basel, CFR Cluj – FC Sevilla, Olympiakos Pireus – Arsenal Londyn, AZ Alkmaar – LASK Linz, Club Brugge – Manchester United, Łudogorec Razgrad – Inter Mediolan, Eintracht Frankfurt – Red Bull Salzburg, Szachtar Donieck – Benfica Lizbona, VfL Wolfsburg – Malmoe FF, AS Roma – KAA Gent, Glasgow Rangers – SC Braga.

 

Hat-trick Milika

Zakończyły się rozgrywki fazy grupowej Ligi Mistrzów. Do 1/8 finału awansowały Paris Saint-Germain, Realu Madryt, Bayernu Monachium, Tottenhamu Hotspur, Manchesteru City, Atalanty Bergamo, Juventusu Turyn, Atletico Madryt, Liverpoolu, Napoli, Barcelony, Borussii Dortmund, RB Lipsk, Olympique Lyon, Valencii i Chelsea Londyn. W grze o zwycięstwo w Lidze Mistrzów pozostał 16 zespołów: po cztery z hiszpańskiej Primera Division i angielskiej Premier League, po trzy z niemieckiej Bundesligi i włoskiej Serie A oraz dwa z francuskiej La Ligi.

Jedynym niepokonanym zespołem w fazie grupowej był Bayern Monachium, który zakończył zmagania w grupie B z kompletem punktów i najlepszym bilansem bramkowym (24:5). To dopiero siódmy zespół w historii tych rozgrywek, który dokonał tej sztuki, a pierwszy z ligi niemieckiej. Wcześniej wszystkie mecze w fazie grupowej wygrały ekipy AC Milan (1992/1993), Paris Saint-Germain (1994/1995), Spartak Moskwa (1995/1996), FC Barcelona (2002/2003) i dwukrotnie Real Madryt (2011/2012 i 2014/2015).

Bawarski zespół zdobył najwięcej bramek w stawce 32 drużyn, a 10 z 24 goli było autorstwa Roberta Lewandowskiego, który w fazie grupowej okazał się najskuteczniejszym graczem. Kapitan reprezentacji Polski w ostatniej kolejce w spotkaniu z Tottenhamem nie wystąpił, przez co stracił okazję do wyrównania osiągnięcia Cristiano Ronaldo. Portugalczyk wciąż jest jedynym piłkarzem, któremu udało się strzelić gola w każdym z sześciu spotkań grupowych. „Lewy” w tym sezonie trafiał w pięciu wcześniejszych meczach.

Osiem zespołów, które uplasowały sie w grupach na trzecich pozycjach, wiosną przeniosą się do Ligi Europy. On ten puchar powalczą: Ajax Amsterdam, Benfica Lizbona, Inter Mediolan, RB Salzburg, Bayer Leverkusen, Olympiacos Pireus, Szachtar Donieck i Club Brugge.

Z polskich piłkarzy występujących w klubach walczących w tym sezonie w Lidze Mistrzów, w szóstej kolejce na boisku nie pojawili się tylko wspomniany już Lewandowski oraz Wojciech Szczęsny, którego w bramce Juventusu zastąpił Gianluigi Buffon. Łukasz Piszczek zaczął spotkanie Borussii Dortmund ze Slavią Praga (2:1) jako rezerwowy i wszedł do gry w 82. minucie, zatem nie zdążył się niczym wyróżnić. Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus rozegrali cały mecz w przegranej przez ich Lokomotiw Moskwa 0:2 wyjazdowej potyczce z Atletico Madryt, ale obaj nasi piłkarze, podobnie jak reszta ich zespołu, byli tylko tłem dla świetnie grających rywali.

Zdecydowanie najlepiej z naszych piłkarzy wypadli Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński, którzy walnie przyczynili się do wysokiego zwycięstwa SSC Napoli w meczu z belgijskim KRC Genk (4:0). W rolę bohatera fanów zespołu z Neapolu tym razem wcielił się Milik, który do przerwy ustrzelił hat-tricka. Pierwszego gola belgijskiej drużynie strzelił już w trzeciej minucie po fatalnym błędzie bramkarza Maartena Vandevoordta. Drugie trafienie zaliczył finalizując znakomite podanie Di Lorenzo, a siedem minut przed końcem pierwszej odsłony spotkania Milik trzecią bramkę zdobył z rzutu karnego. Wielka szkoda, że trener Napoli Carlo Ancelotti, który po zwycięskim meczu został zdymisjonowany (w środę jego miejsce zajął Gennaro Gattuso), nie pozwolił naszemu piłkarzowi egzekwować drugiej „jedenastki”, którą w drugiej połowie w 75. minucie na gola zamienił Dries Mertens. Tak więc zamiast pierwszym w karierze „czteropakiem” w Lidze Mistrzów, Milik musiał zadowolić się hat-trickiem, też zresztą pierwszym. Polak został w 78. minucie przez Ancelottiego zmieniony, a gdy schodził z boiska fani Napoli urządzili mu owację na stojąco.

Milik wrócił do gry po prawie miesięcznej przerwie spowodowanej kontuzją. Hat-tricka w spotkaniu z KRC Genk skompletował w 38. minut i były to najszybciej zdobyte trzy bramki w Lidze Mistrzów od 2013 roku, kiedy to Zlatan Ibrahimović zaliczył trzy trafienia w 36 minut w meczu Paris Saint-Germain z Anderlechtem. Dla 25-letniego reprezentanta Polski były to pierwsze gole w tej edycji Ligi Mistrzów, ale w barwach SSC Napoli dorównał już skutecznością wielkiemu Diego Maradonie. Argentyńczyk to legenda klubu z Neapolu, ale on i Milik legitymują się identyczną średnią bramek na mecz – 0,44. Ale to wszystko, co ich na razie łączy.

Maradona był graczem Napoli w latach 1984-1991. Rozegrał 259 meczów, w których strzelił 115 goli. Dwa razy wywalczył z zespołem mistrzem Włoch (1987, 1990), zdobył Puchar Italii (19870 i Superpuchar (1990), a w 1989 roku osiągnął z Napoli największy sukces zdobywając Puchar UEFA (1989). Dokonania naszego piłkarza w barwach Napoli są nieporównanie skromniejsze. Gra w tym zespole od połowy 2016 roku. Rozegrał w tym czasie 96 meczów i strzelił w nich 42 gole, w tym 32 w Serie A. Milik jest najskuteczniejszym polskim piłkarzem w historii włoskiej ekstraklasy.

 

Lewy na huśtawce

Robert Lewandowski przeżywał ostatnio huśtawkę nastrojów. Po serii 11 występów w Bundeslidze ze zdobytą bramka zaliczył dwa mecze z rzędu bez strzelonego gola, ale w 5. kolejce Ligi Mistrzów zaliczył aż 4 trafienia.

Przypomnijmy, że polski napastnik Bayernu Monachium zdobył cztery bramki w wyjazdowym meczu z Crveną Zvezdą, wygranym przez mistrza Niemiec aż 6:0. Za ten rzadki wyczyn Lewandowski został wybrany piłkarzem kolejki Ligi Mistrzów. „Lewy” poprawił swój dorobek w tych rozgrywkach w obecnym sezonie do 10 trafień i został liderem klasyfikacji strzelców. W poprzednich kolejkach Champions League na najlepszych piłkarzy wybierano Norwega Erlinga Haalanda z RB Salzburg, Niemca Serge’a Gnabry’ego z Bayernu Monachium, Anglika Raheema Sterlinga z Manchesteru City i Brazylijczyka Rodrygo z Realu Madryt.

W Bundeslidze natomiast „Lewemu” ostatnio wiedzie się gorzej. Po serii 11 spotkań ze strzelonym golem w 12. kolejce nie powiększył swojego bramkowego dorobku w wygranej 4:0 potyczce Bayernu z Fortuną Duesseldorf, zaś w miniony weekend w 13. kolejce ponownie nie trafił w przegranym przez Bayern u siebie 1:2 meczu z Bayerem Leverkusen. Chociaż kapitan reprezentacji Polski wciąż jest liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi z dorobkiem 16 goli, w niemieckich mediach już pojawiły się pierwsze sugestie, że reprezentanta Polski dopadł kryzys formy. Na boisku co prawda nic na to nie wskazywało, bo „Lewy” był aktywny i doszedł do kilku bramkowych sytuacji, lecz brakowało mu albo szczęścia, albo na drodze stawał kapitalnie spisujący się tego dnia bramkarz „Aptekarzy” Lukas Hradecky. Tak na marginesie – Bayer Leverkusen jest jednym z nielicznych zespołów w Bundeslidze, które mogą pochwalić się patentem na powstrzymanie Lewandowskiego. Polak jak dotąd strzelił tej drużynie tylko jednego gola, i to z rzutu karnego.

W niemieckich mediach w miniony weekend pojawiły się też informacje, że Lewandowski został zaproszony przez redakcję „France Football” na poniedziałkową galę wręczenia nagród „Złotej Piłki”. On sam ten fakt potwierdził, ale to jeszcze nie oznacza, że wygrał ten słynny plebiscyt, zwłaszcza że hiszpańskie z kolei media już od tygodnia trąbiły, że w Barcelonie widziano wysłanników „France Football” u Messiego, co ich zdaniem oznacza, iż „Złotą Piłkę” za ten rok otrzyma po raz szósty w karierze właśnie Argentyńczyk. W medialnych spekulacjach pojawiły się sugestie, że „Lewy” nie znajdzie się nawet w czołowej trójce, ale na pocieszenie zostanie wyróżniony miejsce w „11” roku wybieranej przez związek zawodowy piłkarzy.

 

Pościg Lewego za Benzemą

Siedem drużyn zapewniło już sobie awans do 1/8 finału Ligi Mistrzów. Paris Saint-Germain, Bayern Monachium oraz Juventus Turyn o udział w pucharowej części rozgrywek nie musiały się martwić już po czwartej serii spotkań. Po piątej kolejce dołączyły do nich Real Madryt, Tottenham, Manchester City i FC Barcelona. Przedostatnia seria fazy grupowej miała wielu bohaterów, ale najwięcej mówiło się o trzech – Robercie Lewandowskim, Leo Messim i Erlingu Haalandzie.

Lewandowski znalazł się w centrum uwagi za sprawą strzeleckiego wyczynu. W wygranym przez Bayern Monachium wyjazdowym meczu z Crveną Zvezdą Belgrad kapitan reprezentacji Polski zdobył aż cztery bramki i z łącznym dorobkiem 10 trafień objął prowadzenie w klasyfikacji strzelców obecnej edycji Ligi Mistrzów.

Już sam fakt, że polski snajper Bayernu zdobył bramki w każdym z pięciu grupowych spotkań, uzyskując przy tym niebywałą średnią dwóch trafień na mecz, jest wyczynem nietuzinkowy. Ale jak to ostatnio jest częste w jego przypadku, przy okazji ustanowił też swoisty rekord Champions League, albowiem jak ustalili futbolowi statystycy, były to najszybciej strzelone cztery gole w tych elitarnych rozgrywkach – Lewandowski dokonał tego wyczynu w 14 minut i 31 sekund.

Cztery gole to rzadki wyczyn

W jego karierze nie był to pierwszy „czteropak” w Lidze Mistrzów. Wcześniej, dokładnie 24 kwietnia 2013 roku, czterokrotnie do siatki przeciwnej drużyny trafił jeszcze jako gracz Borussii Dortmund w pamiętnym meczu z Realem Madryt w półfinale edycji 2012/2013. Oprócz Polaka dwa „czteropaki” w strzeleckim dorobku ma jeszcze tylko gwiazdor Barcelony Leo Messi.
Dzięki czterem golom w meczu z Crveną Zvezdą Lewandowski jest od wtorku najskuteczniejszym piłkarzem Bayernu Monachium w Lidze Mistrzów – nasz piłkarz ma na koncie 45 bramek zdobytych w barwach bawarskiej drużyny i o trzy wyprzedza drugiego w klubowej hierarchii Thomasa Muellera. W klasyfikacji wszech czasów z łącznym dorobkiem 63 trafień „Lewy” zajmuje piątą lokatę, bo plasujący się na czwartej pozycji napastnik Realu Madryt Karim Benzema w tym sezonie podjął z Polakiem walkę o jej utrzymanie.

Wiadomo, że osiągnięcia prowadzących w tym zestawieniu Cristiano Ronaldo i Leo Messiego są praktycznie nie do pobicia, bo Portugalczyk ma na koncie 127, a Argentyńczyk 114 goli. Lewandowski i Benzema rywalizują zatem nie o te dwie czołowe lokaty, lecz o trzecie miejsce, które zajmuje inny z legendarnych graczy Realu Madryt, Raul, który występy w Lidze Mistrzów zakończył z dorobkiem 72 trafień.

Ostra walka o trzecią lokatę

Benzema w piątej kolejce w meczu z Paris Saint-Germain zdobył dwie bramki i z łącznym dorobkiem 64 trafień utrzymał czwartą lokatę, lecz Lewandowski z 63 golami jest tuż za nim. Ich rywalizacja będzie z pewnością rozpalać emocje kibiców nie tylko w tym sezonie, bo obaj mają dopiero po 31 lat, a grają w zespołach regularnie występujących w Champions League.

W obecnej edycji najgroźniejszym rywalem „Lewego” do zdobycia tytułu króla strzelców nie jest jednak francuski gwiazdor Realu Madryt, lecz występujący w barwach austriackiego RB Salzburg 19-letni Norweg Erling Haaland. Ten młody piłkarz także bije kolejne rekordy. W meczu z KRC Genk wszedł na boisko dopiero w 62. minucie, ale zdążył jeszcze zdobyć bramkę, już ósmą w tych rozgrywkach Ligi Mistrzów i jeszcze zaliczyć asystę, pomagając swojej drużynie w odniesieniu zwycięstwa 4:1, które daje jej szanse na wywalczenie awansu do 1/8 finału.

Haaland przeszedł do historii tych pucharowych rozgrywek, bo jest najmłodszym piłkarzem, który zdobywał bramki w pięciu kolejnych meczach. Pod tym względem nie ustępuje zatem Lewandowskiemu, a nie jest wykluczone, że wkrótce obaj będą grać w jednej drużynie, bo ponoć działacze Bayernu są młodym Norwegiem mocno zainteresowani.

Giganci na razie śpią

Na trzecie miejsce w klasyfikacji snajperów wskoczył Anglik Harry Kane z Tottenhamu Hotspur, który w wygranym 4:2 spotkaniu z Olympiakosem Pireus zdobył dwie bramki i powiększył swój łączny dorobek w tym sezonie do sześciu trafień. Po pięć goli strzelili jak na razie Heung-Min Son (Tottenham Hotspur), Lautaro Martinez (Inter Mediolan) i Raheem Sterling (Manchester City), a po cztery Karim Benzema (Real Madryt), Memphis Depay (Olympique Lyon), Serge Gnabry (Bayern Monachium), Achraf Hakimi (Borussia Dortmund), Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain), Mislav Orsić (Dinamo Zagrzeb), Quincy Promes (Ajax Amsterdam), Mauro Icardi (Paris Saint-Germain) i Dries Mertens (SSC Napoli).

W czołówce klasyfikacji strzelców nie ma w tym sezonie żadnego z liderów klasyfikacji wszech czasów – Leo Messi w środowej potyczce Barcelony z Borussią Dortmund (3:1) zdobył dopiero drugą bramkę w obecnych rozgrywkach, a Cristiano Ronaldo z jednym trafieniem dla Juventusu nie jest nawet najskuteczniejszy w turyńskiej drużynie, bo w niej z trzema golami najlepszy w zestawieniu jest Argentyńczyk z polskimi korzeniami Paulo Dybala. Trzeba jednak pamiętać, że w fazie grupowej została do rozegrania jeszcze jedna kolejka, a potem w fazie play off dwa najlepsze zespoły rozegrają w drodze do finału kolejne siedem spotkań. Odbieranie już teraz szans Messiemu i Ronaldo na wygranie klasyfikacji strzelców jest zatem równie przedwczesne, jak przyznawanie tytułu Lewandowskiemu.

Tylko Bayern z kompletem punktów

Po pięciu kolejkach fazy grupowej tylko Bayern Monachium ma na koncie komplet 15 punktów. Bawarska jedenastka jest też bezkonkurencyjna w liczbie zdobytych bramek, bo ma ich na koncie 21. Zajmujące drugie pod tym względem miejsce zespoły Paris Saint-Germain, Manchestru City i Ajaksu Amsterdam zdobyły po 12 bramek. Wtorkowa wygrana Bayernu z Crveną Zvezdą Belgrad 6:0 to jedna z najwyższych w historii Ligi Mistrzów UEFA, ale nie najwyższa, nawet w dorobku bawarskiego zespołu, który ma na koncie dwa zwycięstwa po 7:0 odniesione 13 lutego 2012 roku nad FC Basel oraz 11 marca 2015 roku nad Szachtarem Donieck, a także 7:1 w spotkaniu ze Sportingiem Lizbona rozegranym 10 marca 2009 i AS Roma z 21 października 2014 roku.

Rekordzistami pod tym względem są jednak ekipy Realu Madryt oraz FC Liverpool, które wygrywały w Champions League po 8:0 – „Królewscy” takim wynikiem pokonali 8 grudnia 2015 roku Malmoe FF, natomiast „The Reds” 6 listopada 2007 roku Besiktas Stambuł. Rezultatami 7:0, czyli lepszymi od wtorkowego uzyskanego przez Bayern w Belgradzie, zwyciężały też zespoły Juventusu Turyn (10 grudnia 2003 z Olympiakosem Pireus), Arsenal Londyn (23 października 2007 roku ze Slavią Praga), Olympique Marsylia (3 listopada 2010 roku z MSK Żilina), Valencia (23 listopada 2011 roku z KRC Genk), Szachtar Donieck (21 października 2014 roku z BATE Borysów), FC Barcelona (z Celtikiem Glasgow 13 września 2016 roku), FC Liverpool (z NK Maribor 17 października 2017 roku) i Spartakiem Moskwa 6 grudnia 2017 roku) oraz Manchester City (z Schalke 04 Gelsenkirchen 12 marca 2019 roku), a wynikami 7:1 mecze kończyły drużyny Manchester United (z AS Roma 10 kwietnia 2007 roku), Olympique Lyon (z Dinamo Zagrzeb 7 grudnia 2011 roku, FC Barcelona (z Bayerem Leverkusen 7 marca 2012 roku) i Paris Saint-Germain (z Celtikiem Glasgow 22 listopada 2017 roku).

Prawdziwa walka od 1/8 finału

Faza grupowa to jednak tylko wstęp do walki o trofeum, o które prawdziwa rywalizacja zacznie się dopiero od 1/8 finału, ale Bayern, dzięki niesamowitej skuteczności Lewandowskiego, ma duże szanse aby stać się jedną z drużyn, które wygrały wszystkie sześć spotkań w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

Bawarczycy w ostatniej kolejce zmierzą się 11 grudnia z Tottenhamem. Będzie to interesujące starcie nie tylko dwóch wybitnych snajperów, czyli Lewandowskiego i Kane’a, lecz także trenerów. Obecny szkoleniowiec angielskiej drużyny, Jose Mourinho, był w medialnych spekulacjach wymieniany jako następca zwolnionego niedawno przez Bayern trenera Niko Kovaca, ale chyba nie doszedł do porozumienia z szefami bawarskiego klubu i ostatecznie wybrał ofertę londyńskich „Kogutów”.

W ekipie Bayernu nikt chyba tym się nie zmartwił, bo drużyna pod trenerskimi rządami asystenta Kovaca, Hansa-Ditera Flicka, spisuje się nadspodziewanie dobrze – wygrała cztery mecze strzelając rywalom aż 16 goli i nie tracąc żadnego. Siedem z tych 16 bramek było autorstwa Lewandowskiego. „Miło jest widzieć, jak drużyna powoli zyskuje pewność siebie i zdobywa bramki. Do tego dobrze gramy w obronie, a to podstawa także dobrej gry w ofensywie” – powiedział Flick po meczu z Crveną Zvezdą Belgrad.
Na razie jest jednak szkoleniowcem tymczasowym i ma poprowadzić zespół tylko do końca tego roku, ale ponieważ wygrywa, a piłkarze go chwalą, niewykluczone iż zostanie do końca sezonu lub nawet dłużej. Jeśli Bayern pokona Tottenham, a w grudniu odzyska jeszcze pozycję lidera Bundesligi, takie stabilizujące rozwiązanie wydaje się wielce prawdopodobne. W takiej sytuacji trzeba będzie bawarską ekipę umieścić w gronie faworytów do wygrania obecnej edycji Ligi Mistrzów.

Zmienne szczęście polskich piłkarzy

W piątej kolejce oprócz Lewandowskiego zagrało jeszcze pięciu naszych piłkarzy. W bramce Juventusu Turyn świetny występ w meczu z Atletico Madryt (1:0) zanotował Wojciech Szczęsny. Włoskie i hiszpańskie media zgodnie uznały, że polski bramkarz był lepszy od słoweńskiego golkipera madryckiego zespołu Jana Oblaka. W spotkaniu SSC Napoli z Liverpoolem (1:1) z powodu kontuzji nie zagrał Arkadiusz Milik, natomiast drugi z naszych reprezentantów w barwach Napoli, Piotr Zieliński, rozegrał 85 minut. Włoskie media oceniły jego występ notą 6,5 w 10 punktowej skali. Tylko trzech zawodników Napoli dostało wyższe oceny – Kalidou Koulibaly, Giovanni Di Lorenzo oraz zdobywca bramki Dries Mertens.

W zespole Lokomotiwu Moskwa w przegranym 0:2 meczu z Bayerem Leverkusen Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus zagrali od pierwszej do ostatniej minuty, ale obaj reprezentanci Polski tym razem nie dokonali niczego spektakularnego. Rosyjski zespół po tej porażce stracił już szanse nie tylko na awans do 1/8 finału, ale nawet na występy w Lidze Europy.

Łukasz Piszczek zaczął wyjazdowe spotkanie Borussii Dortmund z Barceloną w podstawowym składzie, lecz w 76. minucie został zmieniony, głównie jednak z powodów taktycznych. Jego zespół wciąż zachowuje szanse na awans do 1/8 finału. Występujący w Dinamie Zagrzeb Damian Kądzior całe przegrane przez jego drużynę 0:2 spotkanie z Atalantą Bergamo spędził na ławce rezerwowych.

 

Podwójna radość Lewego

Po czterech kolejkach awans do 1/8 finału zapewniły sobie niepokonane jeszcze w tegorocznej edycji zespoły Paris Saint-Germain, Bayernu Monachium i Juventusu Turyn, pewne wyjścia z grupy są też Manchester City oraz Real Madryt.

Zespół Realu Madryt powoli wraca na zwycięską ścieżkę, o czym boleśnie przekonali się w środowym wieczór piłkarze Galatasaray Stambuł. Na stadionie Santiago Bernabeu gracze „Królewskich” zaaplikowali im sześć bramek. Bohaterami w ekipie gospodarzy byli napastnicy – Francuz Karim Benzema i 18-letni Brazylijczyk Rodrygo. Pierwszy strzelił dwa gole i odskoczył na odległość trzech trafień ścigającemu go w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów Robertowi Lewandowskiemu (Francuz ma teraz 62 gole, „Lewy” 59), drugi zaliczył hat-tricka. W grupie A rządzi jednak niepokonany jeszcze Paris Saint-Germain, który co prawda pokonał w 4. kolejce Club Brugge tylko 1:0, ale paryżanie jako jedyni w obecnej edycji tych elitarnych rozgrywek nie stracili jeszcze gola, a sami wbili ich dziesięć.

Najskuteczniejszym zespołem w stawce po czterech seriach gier jest jednak Bayern Monachium, który ma na koncie 15 bramek. Sześć z nich zdobył Lewandowski, który jest wiceliderem w klasyfikacji strzelców. Prowadzi z siedmioma golami występujący w RB Salzburg 19-letni Norweg Erling Haaland. Dla naszego najlepszego obecnie piłkarza trafienie w środowym spotkaniu z Olympiakosem Pireus stało się okazją do pochwalenia się, że po raz drugi zostanie ojcem. Zrobił to w ulubiony przez piłkarzy sposób, wkładając piłkę pod koszulkę. Bawarski zespół wygrał 2:0 i przyklepał awans do 1/8 finału, a warto przypomnieć, że był to trenerski debiut Hansa-Dietera Flicka, który przejął zespół po zwolnionym w minioną niedzielę Niko Kovaczu.

Najwięcej goli w czwartej serii spotkań nie padło w Madrycie, tylko na na stadionie Stamford Bridge w Londynie, gdzie Chelsea zremisowała z Ajaksem Amsterdam 4:4, chociaż przegrywała już 1:4. Zespół The Blues powtórzył pamiętny wyczyn Liverpoolu w meczu z Milanem w finale Ligi Mistrzów w 2005 roku. Holenderska drużyna jeszcze nigdy nie przegrała meczu w tych rozgrywkach, czy to Pucharze Europy, czy też Lidze Mistrzów, na angielskiej ziemi i także tym razem nie dali się pokonać. Był to wyczyn, bo od 69. minuty Ajax grał w dziewiątkę, po czerwonych kartkach dla Daley’a Blinda i Joela Veltmana.
Nie mniejsze emocje, chociaż innego rodzaju, towarzyszyły potyczce SSC Napoli z RB Salzburg (1:1). Właściciel klubu z Neapolu, słynny kreator mody Aurelio de Laurentis, był tak bardzo niezadowolony z postawy swojej drużyny, że nakazał trenerowi Carolo Ancelottiemu skoszarować ją na tydzień zaraz po meczu z austriackim zespołem. Piłkarze, w tym także dwaj reprezentanci Polski, Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik, nie podporządkowali się jednak tej decyzji i po meczu rozjechali się do swoich domów. Włoskie media spekulowały, że za niesubordynację szef klubu obwinił szkoleniowca i żeby wyjść z twarzą z tej patowej sytuacji, postanowił go zdymisjonować.
Nieciekawie działo się też na Camp Nou w Barcelonie, gdzie „Duma Katalonii” tylko bezbramkowo zremisowała z zespołem Slavii Praga. Bohaterem meczu był bramkarz czeskiej drużyny Ondrej Kolarz, którego nie zdołał pokonać, mimo wielu prób, nawet Leo Messi. To pierwsza taka sytuacja do lutego 2018 roku, a zarazem koniec pięknej serii 45 meczów z rzędu na Camp Nou, w których drużyna Barcelony strzelał co najmniej jednego gola. Niezadowoleni ze słabego występu swoich ulubieńców kibice pożegnali ich gwizdami, co też Messiemu i spółce dawno się nie przydarzyło.

Oklaskami natomiast żegnali swoich piłkarzy fani Lokomotiwu Moskwa, chociaż ich drużyna przegrała z Juventusem Turyn 1:2. Ale ten mecz był interesujący także dla polskich kibiców, bo zagrało w nim aż trzech reprezentantów naszego kraju – Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus w barwach rosyjskiej ekipy oraz Wojciech Szczęsny w bramce włoskiego potentata. Nasi gracze spisali się znakomicie, co może tylko cieszyć w perspektywie zbliżających się listopadowych spotkań biało-czerwonych z Izraelem i Słowenią.

A skoro o polskich piłkarzach mowa, w 4. kolejce zagrało ich jeszcze dwóch – pod koniec meczu Borussii Dortmund z Interem Mediolan wszedł na boisko Łukasz Piszczek, natomiast w spotkaniu Dinama Zagrzeb z Szachtarem Donieck Damian Kądzior pojawił się na murawie już w doliczonym czasie gry.

 

Liga Mistrzów UEFA: Będzie angielski finał

Obie grające w półfinale angielskie drużyny, FC Liverpool i Tottenham Hotspur, przegrały pierwsze mecze (odpowiednio z Barceloną i Ajaksem Amsterdam), ale w rewanżach dokonały cudu i to one 1 czerwca zagrają w Madrycie w finale Champions League.

Ostatni raz taka sytuacja miała miejsce w sezonie 2015-2016, gdy w finale zagrały dwa hiszpańskie kluby, na dodatek z jednego miasta – Real Madryt i Atletico. W pięciu wcześniejszych potyczka walczyły: Real Madryt z Valencią (1999-2000), AC Milan z Juventusem Turyn (2002-2003), Manchester United z Chelsea Londyn(2007-2008), Bayern Monachium z Borussia Dortmund (2012-2013) i Real Madryt z Atletico Madryt (2013-2014).

Obecność dwóch angielskich drużyn w finale obecnej edycji Ligi Mistrzów nie jest może jakąś wielką niespodzianką, ale zważywszy na fakt, że FC Liverpool w pierwszym meczu przegrał z Barceloną na jej stadionie 0:3, zaś Tottenham na własnym stadionie uległ Ajaksowi Amsterdam 0:1, awans obu do finału trzeba uznać za nie lada sensację. „The Reds” są teraz trzecią drużyną w historii, która odrobiła stratę trzech goli. Przed nimi dokonały tej sztuki Deportivo La Coruna (w sezonie 2003/2004 w 1/4 finału przegrało na wyjeździe z AC Milan 1:4, a w rewanżu wygrało 4:0) oraz AS Roma (w poprzedniej edycji również w ćwierćfinale po porażce na Camp Nou z Barceloną 1:4, u siebie wygrała 3:0). Tak więc Leo Messi i spółka w miniony wtorek po raz drugi dali sobie wydrzeć pewny awans w drugim meczu. A przecież gracze „Dumy Katalonii” sami dokonali większego wyczynu, odrabiając w sezonie 2016/2017nawet większą stratę. W 1/8 finału przegrali na wyjeździe z Paris Saint-Germain 0:4, lecz w rewanżu wygrali 6:1.

Koniec hiszpańskiej hegemonii

Porażka Barcelony zakończyła hiszpańską dominację w Champions League, najdłuższą w historii tych elitarnych rozgrywek. Tegoroczny finał będzie pierwszym od 2013 roku, w którym nie zagra zespół w Primera Division. W pięciu ostatnich sezonach patent na triumfy w Lidze Mistrzów mieli piłkarze Realu Madryt, którzy triumfowali w latach 2014, 2016, 2017 i 2018 oraz FC Barcelona (2015). Aż dwa z pięciu rozegranych w tym czasie finałów było wewnętrzną sprawą klubów z Madrytu: Atletico i Realu (2014, 2016). „Królewscy” w tym czasie jako pierwsi w erze Ligi Mistrzów nie tylko obronili trofeum, ale zdobyli je trzy razy z rzędu. Przed nimi takiej sztuki dokonały tylko trzy zespoły, lecz miało to miejsce w rozgrywkach pod szyldem Pucharu Europy Mistrzów Klubowych (rywalizowano w nich w latach 1955-1992: Real Madryt (1956-1960), Ajax (1971-1973) i Bayern Monachium (1974-1976).

Tegoroczny finał Ligi Mistrzów odbędzie się 1 czerwca na stadionie Wanda Metropolitano w Madrycie. Dla hiszpańskich kibiców będzie to pewnie trudne do przełknięcia doświadczenie, gdy na obiekcie Atletico o triumf w Lidze Mistrzów zmierzą się dwa angielskie zespoły. Nic dziwnego, bo ich drużyny od 1993 roku dominują w tych elitarnych rozgrywkach. W epoce Pucharu Europy podobna seria zwycięstw drużyn z tego samego kraju zdarzyła się tylko dwukrotnie – w latach 1956-1960 pięć razy z rzędu PEMK wygrywał Real Madryt, a w latach 1977-1982 triumfami w sześciu kolejnych edycjach dzieliły się kluby angielskie: Liverpool (1977, 1978, 1981), Nottingham Forest (1979, 1980) i Aston Villa (1982).

Ostatnim finałem, w którym nie wystąpił hiszpański zespół, był ten z sezonu 2012-2013, kiedy to Bayern Monachium pokonał na Wembley Borussię Dortmund, której trenerem był Juergen Klopp, a filarami jego zespołu polski tercet – Robert Lewandowski, Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek.

Angielskie zespoły walczą do końca

Cechą wspólną obu półfinałów jest to, że rozstrzygające o awansie obu ekip z Premier League gole zostały strzelone w końcówkach spotkań. Divock Origi trafił dla Liverpoolu na 4:0 w 79. minucie, ale „The Reds” na swoim stadionie tak zdominowali drużynę „Dumy Katalonii”, że zwycięska bramka dla gospodarzy dosłownie wisiała w powietrzu. Wyczyn graczy Tottenhamu był chyba bardziej spektakularny, bowiem przyjechali do Amsterdamu z bagażem jednobramkowej porażki na swoim stadionie, a tu jeszcze rywale do przerwy wbili im dwa gole. Wtedy jednak do akcji wkroczył Brazylijczyk Lucas Moura, który najpierw doprowadził do wyrównania (2:2), a pod koniec doliczonego czasu gry strzelił trzeciego gola, który zapewnił „Kogutom” pierwszy w historii awans do finału Ligi Mistrzów. Moura jest piątym piłkarzem w historii tych elitarnych rozgrywek, który ustrzelił hat-tricka na tym etapie rywalizacji. Przed nim dokonał tego m. in. Lewandowski, który w sezonie 2012/2013 jako gracz Borussii Dortmund strzelił Realowi Madryt jednak aż cztery gole. Ponadto hat-tricki zaliczyli także Cristiano Ronaldo, Alessandro Del Piero oraz Ivica Olić.

Który z angielskich zespołów wygra 1 czerwca na Wanda Metropolitano? Nie wypada przekreślać szans Tottenhamu, ale „na papierze” dzisiaj lepiej prezentują się aktywa Liverpoolu. Pod wodzą Juergena Kloppa ten zespół zalicza trzeci finał europejskich pucharów w ciągu czterech lat, w tym drugi w Lidze Mistrzów. Przez trzy i pół roku pracy na Anfield Road niemiecki szkoleniowiec wydał na transfery nowych graczy 435 mln euro, . Na boisku pieniądze jednak nie grają, tylko piłkarze. I to oni 1 czerwca przesądzą, kto w tym roku zgarnie puchar za triumf w Lidze Mistrzów.

 

Liga Mistrzów UEFA: Nikt nie jest pewny awansu

W pierwszych meczach ćwierćfinałowych FC Liverpool pokonał FC Porto 2:0, Manchester United przegrał z FC Barcelona 0:1, Tottenham wygrał z Manchesterem City 1:0, a Ajax Amsterdam zremisował z Juventusem Turyn 1:1. Przed rewanżami żaden z zespołów nie może być jednak pewny miejsca w półfinale.

Po porywającym meczu Ajax Amsterdam tylko zremisował z Juventusem, ale mocno postraszył faworytów i przed rewanżem bynajmniej nie stoi na straconej pozycji. Gola dla włoskiego zespołu strzelił niezawodny Cristiano Ronaldo, który wrócił do gry po dwutygodniowej przerwie spowodowanej kontuzją. Portugalczyk był bez wątpienia głównym bohaterem turyńskiej ekipy, ale niewiele mniejsze zasługi w wywalczenie remisu na terenie rywala położył Wojciech Szczęsny. Bramkarz reprezentacji Polski miał mnóstwo pracy w tym spotkaniu, a w kilku sytuacjach popisał się genialnymi interwencjami. Przy straconej bramce nie miał nic do powiedzenia, dlatego w pomeczowych wypowiedziach mógł z czystym sumieniem mówić, że wybronił wszystko co było do wybronienia. W rewanżu Juventus będzie faworytem, ale w ekipie włoskiego potentata nikt nie lekceważy holenderskiej drużyny.

Z taką samą atencja o przeciwnikach wypowiadają się gracze FC Liverpool. chociaż na Anfield Road we wtorkowy wieczór dośc pewnie pokonali FC Porto 2:0. Ten wynik nie zapewnia jednak podopiecznym Juergena Kloppa awansu do następnej rundy, z definicji, bo chociaż mistrzowie Portugalii tylko momentami sprawiali kłopoty defensorom Liverpoolu, to w rewanżu na swoim boisku z pewnością będą groźniejsi. O sporym szczęściu może mówić Mohamed Salah, bo powinien wylecieć z boiska z czerwona kartką za atak wyprostowaną nogą na Danilo. Prowadzący wtorkowe spotkanie Mateu Lahoz nie zdecydował się jednak ukarać gwiazdora Liverpoolu, a nawet nie skorzystał z podpowiedzi systemu VAR.

Mimo tych wszystkich pochwał pod adresem FC Porto, to większe szanse na awans eksperci dają jednak angielskiej drużynie. Zwycięzca z tej pary w półfinale trafia na lepszego w dwumeczu Manchester United – FC Barcelona. Na Old Trafford wygrała drużyna „Dumy Katalonii” 1:0, ale „Czerwone Diabły” nawiązały walkę z mistrzem Hiszpanii jedynie dlatego, że jeszcze przed przerwą jeden z obrońców gospodarzy niemal znokautował Leo Messiego. Krwawiący już do końca spotkania z rozbitego nosa Argentyńczyk był cieniem samego siebie i de facto jedynie statystował na boisku, unikając kolejnych starć z brutalnie atakującymi go graczami United. W rewanżu na Camp Nou pewnie zagra już na sto procent i niewykluczone, że zechce też odpłacić angielskiej drużynie za doznane na jej boisku cierpienie. Nic nie ujmując trenerowi „Czerwonych Diabłów” Ole Gunnarowi Solskjaerowi i jego graczom, jakością gry zespół Barcelony bije ich na głowę i w rewanżu raczej na powtórkę z potyczki z Paris Saint-Germain fani Manchesteru United raczej nie powinni liczyć.

W ostatniej parze ćwierćfinałowej Tottenham pokonał na swoim stadionie Manchester City 1:0, ale stracił z powodu kontuzji swojego najgroźniejszego strzelca Harry’ego Kane’a. Bez niego utrzymać „Kogutom” jednobramkową zaliczkę w rewanżu z drużyną Pepa Guardioli będzie bardzo trudno.