Liga Mistrzów UEFA: Wirus rozdaje karty

W miniony wtorek rozpoczęła się nowa edycja Ligi Mistrzów. UEFA chce rozegrać wszystkie 96 meczów w fazie grupowej do 9 grudnia i dlatego wprowadzają drakońskie przepisy, które mogą skutkować lawiną walkowerów. Sprawiedliwie i uczciwie w tych rozgrywkach w tym sezonie na pewno nie będzie.

Ustalenia narzucone przez działaczy europejskiej federacji mają być bardzo surowe. Jeśli władze krajowe lub lokalne w danym kraju narzucą w związku z pandemią koronawirusa ograniczenia wobec drużyny przyjezdnej, klub, który jest gospodarzem meczu będzie musiał zapewnić warunki do jego rozegrania. Zdaniem UEFA, oznacza to zaproponowanie odpowiedniego alternatywnego miejsca oraz pokrycie wszystkich dodatkowych kosztów organizacyjnych. Jeśli nie zaproponuje alternatywnej lokalizacji i nie będzie możliwe przeniesienie meczu na inny stadion lub inny termin, mecz zostanie potraktowany jako walkower 3:0 dla zespołu gości. Jako lokalizacje alternatywne mają być wykorzystywane stadiony innych uczestników fazy grupowej.
UEFA apeluje do wszystkich zakwalifikowanych klubów, aby udostępniły swoje obiekty jako neutralne miejsce na inne spotkania, gdy będzie to konieczne. Jeżeli władze kraju, z którego pochodzi zespół gości, narzucą ograniczenia wpływające na podróż na mecz, klub-gość będzie odpowiedzialny za zorganizowanie alternatywnego miejsca do gry. Ponadto taki klub będzie musiał zapłacić gospodarzowi dziesięć procent składki startowej Ligi Mistrzów w ramach rekompensaty, która w tym roku wynosi 15,25 mln euro, czyli nieco ponad 1,5 miliona euro.
A jeśli któryś z klubów odmówi udziału w meczu, zostanie ukarany walkowerem. A grać ma obowiązek, jeśli w kadrze będzie co najmniej 13 zdrowych zawodników. Jeżeli będzie ich mniej, dopiero w takich przypadkach UEFA zezwoli na zmianę terminu spotkania. W takiej sytuacji zespoły będą mogły nawet korzystać z zawodników, którzy nie zostali zarejestrowani w UEFA w terminach określonych w regulaminie. Chodzi więc o pierwotnie niezgłoszonych do LM i LE, jak choćby Arkadiusz Milik w SSC Napoli.
Według bukmacherów faworytem nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów jest Bayern Monachium. Prócz Bawarczyków największe szanse na końcowe zwycięstwo mają dwie angielskie ekipy –anchester City i Liverpool. Zagraniczni bukmacherzy wystawili kursy na poszczególne drużyny, które mają szanse na zwycięstwo w 66. edycji Ligi Mistrzów.
Faworytem do triumfu jest ubiegłoroczny zdobywca Pucharu Europy, Bayern Monachium. Za postawienie złotówki na drużynę mistrza Niemiec można wygrać jedynie pięć złotych. Na kolejnych miejscach znalazły się dwie potęgi z Premier League – Manchester City (5,75) i Liverpool FC (6,00). Mniejsze szanse na zwycięstwo w nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów mają Paris Saint-Germain (10,00), Juventus FC (12,00) i hiszpańskie ekipy – Real Madryt (12,00) i FC Barcelona (12,00).
Patrząc na potencjał sportowy takie zestawienie kursów nie może dziwić. Zespół Hansiego Flicka zdominował ostatni sezon, zdobywając potrójną koronę. Liverpool ma bardzo równy i silny skład podobnie jak Manchester City. Mimo że The Blues nigdy nie zdobyło Pucharu Europy, w tym sezonie według bukmacherów mogą zrobić to po raz pierwszy w historii.
Dla bukmacherów faworytem do zdobycia tytułu króla strzelców w nadchodzącej edycji Ligi Mistrzów jest Robert Lewandowski. Polak wyprzedza m.in. Cristiano Ronaldo czy Lionela Messiego. Nie jest to zaskakujące. Robert Lewandowski ciągle pokazuje wysoką formę. W obecnym sezonie Bundesligi ma już na koncie 7 bramek. Bukmacherzy stawiają Polaka w roli faworyta do zdobycia tytułu króla strzelców 66. edycji Ligi Mistrzów. Za postawioną złotówkę na „Lewego” można wygrać jedynie 4,50 zł.
Napastnik Bayernu Monachium w zestawieniu wyprzedza Cristiano Ronaldo (7,00), Kyliana Mbappe (7,00) i Lionela Messiego (8,00). Inni piłkarze mają mniejsze szanse. Kurs na szóstego Mohameda Salaha jest równy 10,00, a siódmego Neymara aż 15,00. Gdyby Lewandowski obronił tytuł króla strzelców Ligi Mistrzów, dołączyłby do elitarnego grona. Taka sztuka udała się m.in. Ruudowi van Nistelrooyowi, Cristiano Ronaldo czy Leo Messiemu.
Przed rozpoczęciem rozgrywek wypada też jednak przypomnieć, który zespół najczęściej wygrywał Ligę Mistrzów. Rekordzistą jest Real Madryt z 13 triumfami na koncie. Poza tym „Królewscy” jako jedyni w erze Ligi Mistrzów triumfowali w niej jako obrońcy tytuł. Wygrali Champions League trzy razy z rzędu w latach 2016-2018. Drugi w klasyfikacji wszech czasów jest nieobecny w tej edycji AC Milan (7 triumfów), a na trzecim Bayern Monachium i FC Liverpool z sześcioma triumfami.

Wielki dzień Lewandowskiego

W minioną środę Bayern Monachium meczu o Superpuchar Niemiec pokonał Borussię Dortmund 3:2. To piąte trofeum bawarskiej drużyny wywalczone w tym roku i zarazem piąte w dorobku Roberta Lewandowskiego, który oprócz został królem strzelców Bundesligi, Ligi Mistrzów i Pucharu Niemiec, a z dorobkiem 55 goli był najskuteczniejszym graczem w Europie. Zasłużenie zatem został laureatem nagrody „Piłkarza Roku UEFA”, którą odebrał w czwartek w Nyonie podczas ceremonii losowania grup nowej edycji Ligi Mistrzów.

W środowym meczu o Superpuchar Niemiec dwa pierwsze gole strzelili piłkarze Bayernu (Corentin Tolisso w 18. i Thomas Mueller w 32. minucie), potem dwa razy trafili gracze Borussii (Julian Brandt w 39. i Erling Haaland w 55.), ale decydujący cios zadała jednak ekipa mistrzów Niemiec, zwyciężając 3:2 po golu Joshuy Kimmicha w 82. minucie. Robert Lewandowski w tym meczu bramki nie zdobył, ale zaliczył dwa kluczowe podania przy trafieniach Tolisso i Kimmicha. W 84. minucie trener Hansi Flick zdjął go z boiska.
Bawarska jedenastka zdobyła zatem wszystkie możliwe w tym roku do zdobycia na krajowym i europejskim podwórku tytuły – mistrzostwo Niemiec, krajowy puchar, Ligę Mistrzów, Superpuchar Europy, a teraz Superpuchar Niemiec. „Bayern jest obecnie najlepszą ekipą na świecie. Tak długo, jak może płacić na swoją drużynę o 100 milionów więcej niż my, to walka z nim będzie dla nas trudna” – stwierdził prezes Borussii Dortmund Hans-Joachim Watzke.
Podczas wyznaczonej na czwartek 2 października ceremonii losowania grup nowej edycji Ligi Mistrzów UEFA zaplanowała też ogłoszenie wyników plebiscytu na „Piłkarza Roku UEFA”. Z grupy nominowanych do nagrody piłkarzy w ubiegłym tygodniu na placu boju w decydującej rozgrywce zostało już tylko trzech – Robert Lewandowski i Manuel Neuer z Bayernu Monachium oraz Kevin de Bruyne z Manchesteru City. Po ogłoszeniu wyników okazało się, że „Lewy” uzyskał aż 477 punktów. Zdobywca drugiego miejsca de Bruyne uzbierał już tylko 90 punktów, a trzeci Neuer 66. Nasz piłkarz otrzymał więcej głosów niż reszta jego konkurentów z Top 10 plebiscytu. W głosowaniu wzięło udział 80 trenerów drużyn, które rywalizowały w sezonie 2019/2020 w fazie grupowej Ligi Mistrzów (32) i Ligi Europy (48), a także 55 dziennikarzy z każdego z krajów członkowskich UEFA. Trenerzy nie mogli głosować na zawodników z własnej drużyny.
„Czuję się niesamowicie. Ciężko pracowałem na tę nagrodę, to dla mnie wyjątkowa chwila. Dziękuję wszystkim kolegom, partnerom z zespołu, trenerom oraz rodzinie. To dzięki nim tu jestem. Jako dziecko marzyłem, by grać na wielkich stadionach na całym świecie. Te marzenia mogę teraz spełniać. Jestem wdzięczny, dumny i szczęśliwy, ale ta podróż jeszcze się nie kończy” – powiedział Lewandowski po odebraniu nagrody z rąk przewodniczącego UEFA Aleksandra Ceferina.
Polski napastnik jest drugim piłkarzem Bayernu Monachium, który został nagrodzony tytułem „Piłkarza Roku UEFA”. W organizowanym od 2011 roku plebiscycie w 2013 roku laureatem był francuski skrzydłowy Franck Ribery. Rekordzistą jest Portugalczyk Cristiano Ronaldi, który triumfował w latach 2014, 2016 i 2017, ale aż dziewięciokrotnie był w finałowej trójce nominoweeanych graczy, dwukrotnie nagrodę odbierał Argentyńczyk Leo Messi (2011 i 2015), a po jednym razie plebiscyt wygrywali, oprócz Lewandowskiego i Ribery’ego, jeszcze Hiszpan Andres Iniesta (2012), Chorwat Luka Modrić (2018) i Holender Virgil van Dijk (2019). Lewandowski w tym roku w Top 10 plebiscytu znalazł się po raz trzeci, wcześniej w 2013 roku był piąty, a w 2017 zajął 9. lokatę.

Dalsze miejsca w czołowej dziesiątce zajęli: 4. Leo Messi (FC Barcelona) i Neymar (Paris Saint-Germain) – po 53 głosy, 6. Thomas Mueller (Bayern) – 41, 7. Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain) – 39, 8. Thiago Alcantara (Bayern) – 27, 9. Joshua Kimmich (Bayern) – 26 i 10. Cristiano Ronaldo (Juventus) – 25.
Nagroda dla Lewandowskiego nie jest żadnym zaskoczeniem, bo jego osiągnięcia w poprzednim sezonie były imponujące. Poza sukcesami z zespołem Bayernu zdobył też tytuły króla strzelców Ligi Mistrzów (15 goli, za co dostał osobną nagrodę, dla najlepszego strzelca LM), Bundesligi (34 gole) i Pucharu Niemiec (6 goli), najlepszego asystenta Ligi Mistrzów (6 asyst), tytuł „Piłkarza Sezonu 2029/2020 w Bundeslidze”. Łącznie w 47 meczach Bayernu we wszystkich rozgrywkach Lewandowski strzelił 55 goli – najwięcej z wszystkich piłkarzy w Europie. Nawet legenda Bayernu i reprezentacji Niemiec Lothar Matthaeus przyznał: „Nie było lepszego piłkarza przez cały rok. Absolutnie zasłużył na to, aby zostać uznanym za najlepszego piłkarza w Europie i na świecie”.
Rozdanie nagród indywidualnych ostatecznie zamknęło poprzedni sezon, a losowanie grup Ligi Mistrzów otworzyło nowy. We wtorek Dynamo Kijów, Ferencvaros i Olympiakos Pireus, a w środę Red Bull Salzburg, FC Midtjylland i FK Krasnodar uzupełniły skład zespołów w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Faza grupowa rozpocznie się 20 października, a zakończy się 9 grudnia. Finał odbędzie się 29 maja w Stambule.
Podział na koszyki LM 2020/2021:
Koszyk 1: Bayern Monachium (triumfator Ligi Mistrzów), FC Sevilla (zwycięzca Ligi Europy), Real Madryt, FC Liverpool, Juventus Turyn, Paris Saint-Germain, Zenit Petersburg, FC Porto.
Koszyk 2: FC Barcelona, Atletico Madryt, Manchester City, Manchester United, Szachtar Donieck, Borussia Dortmund, Chelsea Londyn, Ajax Amsterdam.
Koszyk 3: Dynamo Kijów, Red Bull Salzburg, RB Lipsk, Inter Mediolan, Olympiakos Pireus, Lazio Rzym, FK Krasnodar, Atalanta Bergamo.
Koszyk 4. Lokomotiw Moskwa, Olympique Marsylia, Club Brugge, Borussia Moenchengladbach, Istanbul Basaksehir, FC Midtjylland, Stade Rennes, Ferencvaros Budapeszt.

Liga Mistrzów 2020/2021 – podział na grupy:

Grupy Ligi Mistrzów 2020/2021:

Grupa A:
Bayern Monachium (Robert Lewandowski)
Atletico Madryt
Red Bull Salzburg
Lokomotiw Moskwa (Grzegorz Krychowiak, Maciej Rybus)

Grupa B:
Real Madryt
Szachtar Donieck
Inter Mediolan
Borussia M’gladbach

Grupa C:
FC Porto
Manchester City
Olympiakos Pireus
Olympique Marsylia

Grupa D:
Liverpool FC
Ajax Amsterdam
Atalanta Bergamo
FC Midtjylland

Grupa E:
Sevilla FC
Chelsea FC
FK Krasnodar
Stade Rennais

Grupa F:
Zenit Sankt Petersburg
Borussia Dortmund (Łukasz Piszczek)
Lazio Rzym
Club Brugge

Grupa G:
Juventus FC (Wojciech Szczęsny)
FC Barcelona
Dynamo Kijów (Tomasz Kędziora)
Ferencvarosi TC

Grupa H:
Paris Saint-Germain
Manchester United
RB Lipsk
Istanbul Basaksehir

Legioniści już wypadli za burtę

Piłkarze Legii Warszawa już w drugiej rundzie kwalifikacji zakończyli swój start w nowej edycji Ligi Mistrzów. Mistrzów Polski wyeliminowała Omonia Nikozja, co nawet dla cypryjskich mediów było niespodzianką. Legioniści, którzy od 56. minuty grali w osłabieniu po czerwonej kartce dla Igora Lewczuka, przegrali 0:2 tracąc oba gole w dogrywce. Teraz na otarcie łez zagrają w kwalifikacjach Ligi Europy.

Z powodu pandemii koronawirusa kwalifikacje do fazy grupowej Champions League są w tym roku nietypowe, bo UEFA z uwagi na brak terminów w piłkarskim kalendarzu zarządziła, iż w pierwszych trzech rundach o awansie rozstrzygać ma tylko jeden mecz. Warszawianie mieli szczęście w losowaniu, bo w pierwszej i drugiej rundzie zostali gospodarzami meczów. Wykorzystali ten bonus w spotkaniu z północnoirlandzkim Linfield FC, z którym nie bez trudu wygrali ledwie 1:0. Dlatego w starciu z kolejnym przeciwnikiem, Omonią Nikozja, zespołem znacznie silniejszym, legioniści nie byli już murowanymi faworytami.
Przed meczem obu zespołom dawano równe szanse na wywalczenie awansu i do 56. minuty te rachuby się sprawdzały. Niestety, wtedy do rywalizacji po raz pierwszy swoje trzy grosze wtrącił 32-letni belgijski arbiter Nathan Verboomen, wyrzucając z boiska za drugą żółtą kartkę Igora Lewczuka. Od tego momentu cypryjski zespół zaczął uzyskiwać przewagę, ale nie potrafił jej zdyskontować pod bramką Legii, dobrze strzeżonej przez Artura Boruca. A że podopieczni trenera Aleksandara Vukovicia uporczywie dążyli do zdobycia zwycięskiej bramki, w regulaminowym czasie mecz zakończył się bezbramkowym remisem. W tym momencie stało się oczywiste, że grający w osłabieniu legioniści nie przełamią zmasowanej defensywy gości i będą musieli poszukać szczęścia w rzutach karnych. Jeśli mieli taki plan, to już w drugiej minucie dogrywki zniweczył go mylący się przez cały mecz notorycznie na korzyść ekipy z Nikozji belgijski sędzia i podyktował rzut karny. Gdy Jordi Gomez pokonał Boruca, a kilka minut później arbiter nie podyktował karnego dla gospodarzy za ewidentny faul w polu karnym na Jose Kante, stało się jasne, że Legia już tego meczu nie wygra. Druga bramka strzelona przez gości w 106. minucie zakończył sprawę i tak Legia pożegnała się z marzeniami o awansie do fazy grupowej Ligi Mistrzów. Była to już 26 nieudana próba dostania się do tych elitarnych rozgrywek na 29 podjętych przez polskie zespoły. Powiodły się zaledwie trzy, ostatnia w 2016 roku w wykonaniu Legii. A odkąd UEFA w systemie kwalifikacji foruje zespoły z najsilniejszych lig europejskich, przez co m.in. polskie zespoły muszą w drodze do fazy grupowej wyeliminować czterech rywali, nawet nie wiadomo, czy jest to jeszcze w ogóle wykonalne. Dwa lata temu Legia odpadła ze słowackim Spartakiem Trnava, podobnie jak teraz z Omonią, w 2. rundzie, natomiast przed rokiem Piast Gliwice już w 1. rundzie odpadł z BATE Borysów.
Na razie pozostaje nam więc tylko z rozrzewnieniem wspominać udane pod tym względem kwalifikacje sprzed czterech lat, w których Legia w ostatniej rundzie w dwumeczu okazała się lepsza od irlandzkiego Dundalk FC (na wyjeździe wygrała 2:0, u siebie zremisowała 1:1). Wcześniej legioniści wyeliminowali bośniacki Zrinjski Mostar (1:1 i 2:0) oraz słowacki AS Trencin (1:0 i 0:0). A potem w fazie grupowej mogli zmierzyć się z Realem Madryt, Borussią Dortmund i Sportingiem Lizbona, którego kosztem z trzeciego miejsca dostali się do 1/16 finału Ligi Europy. I jak do tej pory była to ostatnia obecność polskiego zespołu na tym poziomie pucharowych rozgrywek. Dwie poprzednie miały miejsce w latach 90. XX wieku i były dziełem także Legii oraz Widzewa Łódź.
Awans do fazy grupowej LM do dla klubów z biedniejszych europejskich lig jak wygrana na loterii, bo już wejście do elitarnego grona 32 zespołów zapewnia premię w wysokości 15 mln euro. Ale Legia będzie musiała zadowolić się znacznie skromniejszym zarobkiem, bo za udział w kwalifikacjach dostanie 280 tys. euro, a za awans do II rundy dodatkowe 380 tysięcy, w sumie zatem dostanie za swój krótki występ w LM 660 tys. euro. Może lepiej powiedzie się legionistom w kwalifikacjach Ligi Europy. Czwartkowe mecze naszych zespołów w I rundzie tych rozgrywek (Piasta z Dynamem Mińsk, Cracovii z Malmoe FF i Lecha z łotewskim Valmiera FC) zakończyły się po zamknięciu wydania.
Zestaw par 2. kolejki PKO Ekstraklasy:
Piątek: Zagłębie Lubin – Warta Poznań, godz. 18:00; Stal Mielec – Górnik Zabrze, 20:30. Sobota: Lechia Gdańsk – Raków Częstochowa, 15:00; Wisła Kraków – Śląsk Wrocław, 17:30; Legia Warszawa – Jagiellonia Białystok, 20:00. Niedziela: Piast Gliwice – Pogoń Szczecin, 12:30; Podbeskidzie Bielsko-Biała – Cracovia, 15:00; Lech Poznań – Wisła Płock, 17:30.

Lewandowski wreszcie spełnił marzenie

W niedzielny wieczór 23 sierpnia Robert Lewandowski jako piąty polski piłkarz w historii podniósł w górę puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów (wcześniej Puchar Europy). Przed nim zdobywcami tego trofeum byli Zbigniew Boniek (Juventus Turyn), Józef Młynarczyk (FC Porto), Jerzy Dudek (FC Liverpool) i Tomasz Kuszczak (Manchester United).

Dla nikogo chyba nie ulega wątpliwości, że Bayern Monachium wygrał Ligę Mistrzów zasłużenie. Bawarska jedenastka była niepokonana w tych rozgrywkach i zwyciężyła we wszystkich 11 rozegranych spotkaniach. Robert Lewandowski wystąpił w 10 spotkaniach (zabrakło go tylko w ostatnim grupowym meczu, z Tottenhamem), a w dziewięciu strzelił gole – w sumie aż 15. To drugi wynik w historii Champions League, więcej razy w jednym sezonie trafił tylko Cristiano Ronaldo w rozgrywkach 2013/2014, w których zdobył 17 bramek. Ale Portugalczyk dokonał tego wyczynu w normalnym sezonie z 13 meczami. „Lewy” wyrównał jednak niezwykłe osiągnięcie innego z futbolowych gigantów – Johana Cruyffa z sezonu 1971/1972 i tak samo jak legendarny Holender skompletował trzy strzeleckie korony: króla strzelców w lidze i krajowym pucharze oraz w najważniejszym z europejskich pucharów. Potrójną koronę króla strzelców zdobył jeszcze grający w barwach FC Porto Brazylijczyk Mario Jardel w sezonie 1999/2000, ale on nie wygrał Ligi Mistrzów, bo portugalski zespół odpadł wówczas w ćwierćfinale. W zakończonym w minioną niedzielę sezonie Lewandowski zagrał w 47 meczach Bayernu, licząc wszystkie klubowe rozgrywki, w których strzelił w sumie 55 goli i zaliczył 10 asyst. Pod tym względem na naszym kontynencie nie miał sobie równych. Do zdobycia króla strzelców Bundesligi potrzebował 34 trafienia, w Pucharze Niemiec sześć, a w Lidze Mistrzów 15.
Wypada jedynie żałować, że nie zdobył bramki w finałowej potyczce z Paris Saint-Germain, bo byłoby to wspaniałym ukoronowaniem jego najlepszego jak dotąd sezonu w karierze. „Lewy” rozegrał znakomite zawody, jak zwykle należał do najlepszych graczy w swoim zespole i zagrał lepiej od dwóch wielkich gwiazd paryskiego zespołu, Neymara i Kyliana Mbappe. Przez całe spotkanie mocno pracował też w defensywie, ale jak na napastnika przystało przede wszystkim dążył do strzelenia gola. Miał dwie doskonałe ku temu okazje, ale przy pierwszej trafił w słupek, a w drugiej jego strzał głową jakimś cudem odbił bramkarz PSG Keylor Navas. Naszemu napastnikowi po prostu tego dnia nie dopisało snajperskie szczęście, co zresztą zostało zauważone, więc w zdecydowanej większości pomeczowych recenzji występ „Lewego” został wysoko oceniony. Niemiecki „Kicker” przyznał mu notę „1,5”, czyli bliską ideału (ta redakcja przyznaje noty w skali 6-1, gdzie 1 odznacza klasę światową, a 6 występ poniżej krytyki). Tylko „France Football” nie docenił polskiego piłkarza i swoich relacjach oraz komentarzach skrupulatnie pomijał jego nazwisko, a noty przyznał niemal tak takie same, jak Neymarowi i Mbappe, chociaż w ocenie innych światowych mediów obaj gwiazdorzy PSG totalnie zawiedli oczekiwania. Najwyraźniej redaktorzy „France Football” prowadzą jakąś osobistą wojenkę z Lewandowskim, ale w tym swoim zacietrzewieniu dawno przekroczyli już granicę dopuszczalnego subiektywizmu w ocenach, za którą jest już tylko dyskwalifikująca fachowe pismo niekompetencja.
Ale już według „L’Equipe” na najwyższą notę w Bayernie zasłużył Manuel Neuer (9), a znakomite oceny (8) dostali również Thiago Alcantara i Kingsley Coman. Na 7 zasłużył Joshua Kimmich, a pozostali piłkarze dostali niższe oceny – Robert Lewandowski i Leon Goretzka 6, a 5 przyznano Serge’owi Gnabry’emu, Thomasowi Muellerowi, Davidowi Alabie i Alphonso Daviesowi. W ekipie PSG najlepiej oceniony został Thiago Silva (7), a szóstki przyznano Keylorowi Navasowi, Juanowi Bernatowi i Joelowi Kimpembe. Brytyjski dziennik „Daily Mail, który dał „Lewemu” notę 7,5 (w skali 1-10, w której 10 jest najwyższą oceną). Taką samą ocenę dostał niespodziewanie Manuel Neuer, a także Joshua Kimmich i Alphonso Davies, zaś najlepiej oceniono strzelca zwycięskiego gola Kingsleya Comana. Surowiej Lewandowskiego ocenił „The Guardian”, przyznając mu notę „6”. Lepsze noty dostali Neuer i Coman (8), a „7” Kimmich, Davies i Thiago. Hiszpański dziennik „Marca” w ocenie graczy używa gwiazdek – najlepsza ocena to trzy gwiazdki, jej brak oznacza żenujący występ. Po finale Ligi Mistrzów „Marca” trzy gwizdki przyznała Neuereowi, Kimmichowi i Comanowi, a po dwie dostali Lewandowski, Goretzka, Thiago i Alaba. Wątpliwe by złośliwość redaktorów „France Football” była w stanie zepsuć Lewandowskiemu radość z osiągnięcia sportowego celu, do którego od lat dążył. Wygranie Ligi Mistrzów to dla każdego piłkarza najważniejszy laur w klubowej karierze. Jak bardzo pragnął go „Lewy” świadczy choćby radość, z jaką celebrował wraz z kolegami odebranie pucharu. „Dedykuję ten puchar mojej rodzinie – żonie, dzieciom oraz mojemu zmarłemu tacie, który na pewno patrzył na mnie z góry i życzył mi sukcesu. Zawsze marzyłem o wygraniu Ligi Mistrzów i wierzyłem, że w końcu osiągnę ten sukces” – mówił tuż po spotkaniu
Dla Paris Saint-Germain był to pierwszy w historii finał Ligi Mistrzów. Paryski zespół musiał jednak uznać wyższość Bayernu Monachium i na triumf w najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach w Europie będzie jeszcze musiał poczekać. Porażka sprawiła, że po meczu na ulicach Paryża doszło do zamieszek i starć pomiędzy pseudokibicami PSG i policją. Porządek w centrum Paryża zabezpieczało 3000 funkcjonariuszy policji. Pomagała też żandarmeria wojskowa i strażacy. Fani mistrzów Francji oglądali mecz także w pobliżu stadionu Parc des Princes. Im bliżej było końca meczu, tym atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Gdy skończyło sie spotkanie zirytowani porażką PSG fani zaczęli demolować miasto. Zamieszki trwały kilkadziesiąt minut. W ich trakcie podpalano samochody, wybijano witryny sklepowe i okradano je. Policja używała gazu łzawiącego.
Bayern Monachium po raz drugi w historii wygrał w jednym sezonie wszystko, co było do wygrania, czyli mistrzostwo Bundesligi, Puchar Niemiec i Ligę Mistrzów. A przed Lewandowskim i jego kolegami z drużyny otworzyła się szansa na zdobycie dwóch kolejnych trofeów, których im brakuje w dorobku – Superpucharu Europy (zagrają o niego z Sevillą, który wygrała Ligę Europy) oraz zwycięstwa w Klubowych Mistrzostwach Świata. Bayern może się teraz nazywać najlepszą drużyną w Europie, a sprawił to trener Hansi Flick, który przejął zespół 3 listopada 2019 roku. Od tego czasu bawarska jedenastka odniosła 33 zwycięstwa w 36 meczach i wspięła się na sam szczyt europejskiego futbolu.

Bayern i PSG w wielkim finale

Nie było sensacji w półfinałowych meczach rozgrywanego w Lizbonie turnieju Champions League. Paris Saint Germain rozbił 3:0 RB Lipsk, a Bayern Monachium także 3:0 pokonał Olympique Lyon. W niedzielę dojdzie więc do trzeciego, decydującego starcia w niemiecko-francuskiej wojnie futbolowej, w jaką raczej dość nieoczekiwanie przerodziła się toczona w Lizbonie rywalizacja w tzw. Final Eight. Wynik potyczki Bayernu z PSG wykreuje też zapewne piłkarza sezonu 2019/2020 i piłkarza roku 2020. Ogromną szansę na zgarnięcie obu tych indywidualnych nagród ma Robert Lewandowski, który w spotkaniu z Lyonem zdobył swoją 15. bramkę w tym sezonie Ligi Mistrzów.

Szefowie redakcji „France Football” zapewne plują sobie teraz w brodę, że tak pochopnie zrezygnowali z przyznania w tym roku nagrody „Złotej Piłki”. Inna sprawa, że chyba nie za bardzo znają się na futbolu, skoro nie przewidzieli, że dwie francuskie drużyny dojdą do półfinału, a jedna z nich zagra w wielkim finale o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Przyzwyczajeni od ponad dekady do nagradzania tylko Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, nie chcieli przyznać nagrody nikomu innemu, a już zwłaszcza Polakowi, który wyrósł na największą gwiazdę niemieckiej Bundesligi. Trochę szkoda, ale mówi się trudno i żyje dalej. Z okazji skorzystała FIFA, która już zapowiedziała, że swoją doroczną nagrodę dla „Piłkarza Roku” ( FIFA World Player of the Year) jednak mimo pandemii koronawirusa przyzna i wręczy ją na planowanej na październik tego roku uroczystej gali. Nagroda FIFA jest nawet bardziej wiarygodna od „Złotej Piłki” „FF”, bo jej laureat wyłaniany jest głosami trenerów i kapitanów reprezentacji narodowych, natomiast redakcja francuskiego tygodnika organizuje plebiscyt jedynie wśród dziennikarzy.
Zostali tylko Neymar i Mbappe
Tak czy owak Robert Lewandowski, który w tym sezonie jest w życiowej formie i swoimi boiskowymi wyczynami z pewnością zasłużył na takie wyróżnienie. Tym bardziej, że w 1/8 finału Ligi Mistrzów wraz z Juventusem z wyścigu o tytuł „Piłkarza Roku” odpadł Cristiano Ronaldo, a w ćwierćfinale po klęsce 2:8 z Bayernem także Leo Messi. Oprócz nich szanse stracili też typowani przez media do tej nagrody snajper Realu Madryt Karim Benzema oraz as Manchesteru City Kevin De Bruyne. Z piłkarzy czterech zespołów, które dotarły do półfinału (Bayernu, RB Lipsk, Olympique Lyon i Paris Saint-Germain), zagrozić „Lewemu” w zdobyciu tego trofeum realnie mógłby tylko któryś z jego kolegów z Bayernu, choćby Serge Gnabry lub Thomas Mueller, albo jeden z dwójki asów Paris Saint-Germain, najdroższych aktualnie piłkarzy na świecie – Neymar lub też Kylian Mbappe.
Jak podał niemiecki „Bild”, światowa federacja piłkarska poda nominacje do nagrody „FIFA World Pleyer of the Year” jeszcze w sierpniu. Lewandowski rzecz jasna nie może być pewny zwycięstwa w tym plebiscycie, ale z całą pewnością znajdzie się wśród nominowanych. W kończącym się sezonie zagrał dotąd w 46 spotkaniach licząc wszystkie klubowe rozgrywki, w których strzelił 55 goli i zaliczył 10 asyst, został też królem strzelców Bundesligi (34 trafienia), Pucharu Niemiec (sześć goli) i już na prawie sto procent także w Lidze Mistrzów. W meczu z Lyonem „Lewy” zdobył 15 bramkę w obecnej edycji Champions League, a z graczy, którzy pozostają jeszcze w grze, najbliżej niego w klasyfikacji strzelców jest Serge Gnabry, ale ma jednak na koncie tylko 9 goli i raczej na pewno nie zdoła odrobić tej straty w finałowym meczu z Paris Saint-Germain.
Paryżanie rzucili rękawicę
Prowadzony przez niemieckiego trenera Thomasa Tuchela zespół Paris Saint-Germain w lizbońskim turnieju rozkręca się z meczu na mecz. Jeszcze w ćwierćfinałowym spotkaniu z Atalantą Bergamo, wygranym z trudem 2:1, widać było w jego grze sporo mankamentów, zrozumiałych zważywszy na fakt, że paryżanie od marca nie grali w piłkę, bo liga francuska nie wznowiła przerwanych przez pandemię rozgrywek. Ale już w półfinałowej potyczce z solidnym przecież zespołem RB Lipsk Neymar, Mpappe i spółka śmigali już po boisku z ogromną werwą, co rusz zaskakując rywali nieszablonowymi zagraniami, ale też rzadką u nich wcześniej widywaną uporczywością w walce o piłkę. Można w ciemno założyć, że akurat w niedzielnym finale z Bayernem paryżanie osiągną apogeum formy, co kibiców powinno tylko cieszyć, bo niewykluczone, że obejrzą przed telewizorami być może epokowe piłkarskie widowisko.
Spotkanie z RB Lipsk ekipa PSG wygrała 3:0 i przy okazji ustanowiła nowy rekord, bo strzelała w każdym z ostatnich 34 przynajmniej jednego gola. Wcześniej rekordzistą z 33. takimi meczami z rzędu był Real Madryt. Tak na marginesie – Bayern także poprawił rekord ustanowiony kiedyś przez drużynę „Królewskich” – w liczbie goli strzelonych w jednej edycji LM. W obecnych rozgrywkach bawarska jedenastka zdobyła już 42 bramki w 10 meczach, co daje nieprawdopodobną średnią 4,2 gola na jedno spotkanie.
Pilnowanie Lewego straciło sens
To rzecz jasna nie czyni zespołu Bayernu faworytem, ale trenerowi Tuchelowi z pewnością powinno dać do myślenia. Nie ulega bowiem kwestii, że bawarska drużyna pod wodzą Hansiego Flicka przestała być uzależniona od skuteczności Lewandowskiego. To paradoks, bo polski piłkarz przecież w tym sezonie strzela jak natchniony i ma już 55 goli, z czego tylko w Lidze Mistrzów 15, ale może właśnie dlatego jest taki skuteczny, że do siatki rywali zaczęli też trafiać jego koledzy. Pokazują to ostatnie mecz w Champions League – z Chelsea Londyn (4:1) „Lewy” trafił dwa razy, z Barceloną (8:2) zdobył jednak tylko jedną bramkę, podobnie jak w spotkaniu z Olympique Lyon (3:0). Z 15 goli tylko cztery były dziełem kapitana reprezentacji Polski. Tylko tyle, bo rywale delegowali do przeszkadzania mu grze po kilku swoich zawodników, ale dzięki temu inni piłkarze Bayernu mieli więcej swobody.
Poza tym wypada podkreślić, że Lewandowski wszystkie swoje osobiste ambicje odłożył na bok i całkowicie podporządkował się nadrzędnemu celowi, jakim jest wygranie Ligi Mistrzów. To jednak per saldo mu się opłaci, bo będzie przemawiało na jego korzyść w oczach uczestników plebiscytu FIFA.
Kto zgarnie cała pulę?
Bayern Monachium czekał siedem lat, żeby ponownie zagrać w finale Ligi Mistrzów. Żadnemu z piłkarzy bawarskiego klubu na pewno nie zabraknie motywacji, ale po drugiej stronie boiska stanie do walki drużyna równie mocno zmotywowana, bo katarscy szejkowie już zbyt długo czekają na sukces w tych najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie. Poza względami sportowymi, które same z siebie i tak z pewnością mocno nakręcają piłkarzy i trenerów do walki, wszyscy maja też świadomość jak wielkie pieniądze są do wygrania w finale. Już za sam udział w tych prestiżowych rozgrywkach UEFA wypłaca klubom 15,25 miliona euro, a kolejne miliony piłkarze mogą „podnieść” z murawy w każdym z meczów grupowych, bo za zwycięstwo jest premia 2,7 miliona euro, a za remis 900 tysięcy euro. Awans i przejście każdej kolejnej rundy rozgrywek to kolejne bonusy – za awans do 1/8 finału 9,5 miliona euro, za ćwierćfinał 10,5 miliona, za półfinał 12 milionów, dla finalisty kolejne 15 milionów, a dla zwycięzcy 15 mln euro. O pełną pulę gra już jednak tylko Bayern, który wygrał wszystkie dotychczasowe mecze i jeśli w niedzielę Lewandowski i spółka zdobędą puchar, to bawarski klub zarobi w sumie aż 82,5 miliona euro.

Decydujące starcia w Lizbonie

W środę zespoły Bayernu Monachium i Olympique Lyon zmierzą się w Lizbonie w półfinałowym meczu Ligi Mistrzów. O ile obecność niemieckiej ekipy na tym poziomie rozgrywek trudno uznać za sensację, to obecność francuskiej drużyny z pewnością tak. Nawet gracze bawarskiej jedenastki przyznali, że byli już nastawieni na potyczkę z Manchesterem City i zwycięstwo Olympique Lyon było dla nich szokiem.

Po tym jak Bayern w miniony piątek rozprawił się 8:2 z Barceloną, kibice już ostrzyli sobie apetyty na półfinałowe starcie mistrzów Niemiec z prowadzoną przez Pepa Guardiolę ekipą Manchesteru City. Tymczasem w sobotę „The Citizens” sensacyjnie przegrali 1:3 z Olympique Lyon. „Wiedzieliśmy, że w półfinale trafimy na silnego przeciwnika i nic się w tym względzie nie zmieniło, bo zespół Lyonu pokazał swój wielki potencjał eliminując Juventus Turyn, a teraz Manchester City. Ale, jak wszyscy, także i my byliśmy jednak zaskoczeni porażką angielskiego zespołu” – przyznał obrońca Bayernu Jerome Boateng podczas prasowej wideokonferencji.
W ćwierćfinałowych bojach rozgrywanego w Lizbonie turnieju Ligi Mistrzów także w innych meczach nie brakowało emocji i sensacyjnych rozstrzygnięć. FC Barcelona odpadła po bezprecedensowym laniu jakie sprawił jej Bayern, dzielnie walcząca w tym sezonie Atalanta Bergamo dopiero w końcówce meczu z faworyzowanym Paris Saint-Germain dała sobie wydrzeć zwycięstwo, bo prowadząc 1:0 w kilka minut straciła dwa gole i awans do 1/2 finału. O awansie paryżan przesądziła jakość piłkarzy sprowadzanych za największe pieniądze:Neymara, który asystował przy pierwszym golu i znakomitym podaniem do Kyliana Mbappe dał początek akcji zwieńczonej drugiem trafieniem. Wcześniej Neymar szesnaście razy (rekord Ligi Mistrzów) mijał obrońców Atalanty pokazując, że na najważniejsze mecze tego sezonu zbudował doskonałą formę.
Więcej zimnej krwi od graczy Atalanty zachowali piłkarze RB Lipsk, którzy w 51. minucie objęli prowadzenie z wyżej notowanym Atletico Madryt, ale dwadzieścia minut później stracili je po rzucie karnym wykorzystanym przez Joao Felixa. Nie dali się jednak zdominować ekipie trenera Diego Simeone i w 88. minucie po raz drugi objęli prowadzenie, które tym razem dowieźli już do ostatniego gwizdka.
Tym sposobem w najlepszej czwórce turnieju znalazły się dwa zespoły, na które nikt chyba nie stawiał. Los sprawił, że w półfinale zobaczymy dwie potyczki francusko-niemieckie. We wtorek Paris Saint-Germain zagrał z RB Lipsk (spotkanie zakończyło się po zamknięciu wydania), a w środę Bayern zmierzy się z Olympique Lyon.
Zaskoczenie jest zrozumiałe, bo jednak porażkę „The Citizens”, którzy w 1/8 finału dwukrotnie pokonali Real Madryt, trzeba jednak uznać za największą niespodziankę decydującej fazy rozgrywek w Champions League. Trener angielskiej drużyny Pep Guardiola już czwarty sezon z rzędu nie potrafi osiągnąć sukcesu w tych najważniejszych klubowych rozgrywkach na naszym kontynencie. Hiszpański szkoleniowiec w meczu z Lyonem znów przekombinował z taktyką, czym zaskoczył nie tyle przeciwników, co raczej swoich piłkarzy, wyraźnie gubiących się podczas szybkich kontrataków francuskiego zespołu.
Czy fani Bayernu powinni odczuwać niepokój przed środową potyczką ich ulubieńców z Lyonem? Bawarski zespół przyjechał do Lizbony w rewelacyjnej formie, co jest zasługą trenera Hansiego Flicka i odpowiedzialnego za przygotowanie fizyczne piłkarzy Holgera Broicha. Zgniótł drużynę Barcelony pressingiem, jakiego nie doznała od lat i na jaki zdecydowanie nie jest teraz przygotowana. Szef bawarskiego klubu Karl-Heinz Rummenigge zdradził, że gdy po meczu z Barceloną wszedł do szatni swojej drużyny, zdziwił go panujący w niej spokój, jakby przed chwila skończyli zwykły ligowy mecz. Nie było euforii, głośnej muzyki i tańców, jak zawsze gdy zespół dokonuje jakiegoś niesamowitego wyczynu. „Zobaczyłem zimnych profesjonalistów, którzy chwilę po triumfie już myślą o kolejnym wyzwaniu. Dlatego jestem spokojny o wynik meczu z Olympique Lyon, bo dla naszych piłkarzy będzie to kolejna przeszkoda w drodze do głównego celu, jakim jest wygrani Ligi Mistrzów” – stwierdził sternik Bayernu.

Lewy w niemiecko-francuskim półfinale

Takiego składu półfinalistów Ligi Mistrzów chyba nikt się nie spodziewał. Po raz pierwszy od blisko trzech dekad na tym szczeblu rozgrywek zabrakło zespołów z uważanych za najmocniejsze w Europie lig angielskiej, hiszpańskiej i włoskiej. O awans do finału w tym roku powalczą natomiast zespoły z Niemiec i Francji: Bayern Monachium z Olympique Lyon oraz Paris Saint-Germain z RB Lipsk.

Z punktu widzenia polskich kibiców najważniejszą ćwierćfinałową potyczką był mecz Bayernu Monachium z Barceloną. Fani obu zespołów zapamiętają go na bardzo długo, chociaż akurat kibice katalońskiego zespołu woleliby pewnie o nim nie pamiętać. „Duma Katalonii” w piątkowy wieczór przegrała w Lizbonie z mistrzem Niemiec aż 2:8. Nic dziwnego, że w niemieckich mediach w tytułach najczęściej pojawiało się słowo „deklasacja”, a w hiszpańskich „żenada”. Tak dotkliwej porażki mają prawo nie pamiętać nawet najstarsi kibice katalońskiego klubu. Jak bowiem sprawdzili futbolowi statystycy, była to najwyższa porażka Barcelony od 1951 roku, kiedy to przegrała 0:6 z lokalnym rywalem, Espanyolem.
Lewandowski kontra Messi
Przed meczem najwięcej pisano o pojedynku Roberta Lewandowskiego z Leo Messim, ale w piątkowy wieczór ani Polak, ani Argentyńczyk nie byli głównymi aktorami widowiska. Ale bez wątpienia z ich obu zdecydowanie lepiej wypadł kapitan reprezentacji Polski, który strzelił gola (już 14 w obecnej edycji LM) i zaliczył asystę, a na dodatek jeszcze swoimi boiskowym zaangażowaniem kompletnie zdezintegrował linię defensywną rywali. Ale tego wieczoru odrodził się strzelec dwóch goli Thomas Mueller oraz wypożyczony przez Bayern na ten sezon z Barcelony Brazylijczyk Philippe Coutinho. Niechciany na Camp Nou piłkarz strzelił swoim kolegom dwa gole i do tego dorzucił asystę przy golu Lewego, za którą otrzymał od polskiego snajpera wylewne podziękowania, bo w końcu po kilku latach przerwy strzelił też gola w Lidze Mistrzów na wyższym poziomie rywalizacji niż 1/8 finału.
Po raz pierwszy od 2005 roku w półfinale Ligi Mistrzów nie znaleźli si e ze swoimi drużynami Leo Messi i Cristiano Ronaldo. Portugalczyk nie doszedł nawet z Juventusem do /4 finał, bo ekipa „Starej Damy” odpadła nieoczekiwania w starciu z Olympique Lyon.
Po raz ostatni z taką sytuacją mieliśmy do czynienia 29 lat temu, jeszcze przed erą Ligi Mistrzów. Wówczas te rozgrywki nosiły nazwę Pucharu Europejskich Mistrzów Klubowych. W sezonie 1990/1991 w fazie półfinałowej znalazły się: Bayern Monachium, Crvena Zvezda Belgrad, Spartak Moskwa oraz Olympique Marsylia. Trofeum wywalczyli wtedy piłkarze z Marsylii, którzy w finale pokonali ekipę z Belgradu dopiero po konkursie rzutów karnych. W regulaminowym czasie gry i po dogrywce było 0:0. Finał rozegrany na stadionie w Bari obejrzało 57,5 tys. widzów.
Sukces drużyn z lig farmerów
Wśród pięciu najwyżej notowanych w rankingu UEFA lig europejskich niemiecka Bundesliga i francuska Ligue 1 były w ostatnich latach uznawane za słabsze od angielskiej Premier League, hiszpańskiej Primera Division i włoskiej Serie A, głównie ze względu na brak sukcesów w Lidze Mistrzów. Ostatnią drużyną z Ligue 1, która zagrała w finale Ligi Mistrzów, było AS Monaco w sezonie 2003/2004, które w decydującym starciu uległo jednak FC Porto 0:3. Dwa lata temu natomiast do finału Ligi Europy dotarł zespół Olympique Marsylia, ale z Atletico Madryt także przegrał 0:3. Warto jednak odnotować, że szprycowana bez umiaru petrodolarami drużyna Paris Saint-Germain dopiero po raz pierwszy w XXI wieku awansowała do najlepszej czwórki Champions League, zaś Olympique Lyon dotarł do tej fazy rozgrywek po 10 latach przerwy.
Nic dziwnego, że we Francji zapanowała euforia. Gwiazdor PSG po sensacyjnym zwycięstwie ekipy z Lyonu nad faworyzowanym Manchesterem City zamieścił na portalu społecznościowym pytanie: „Liga farmerów?”, skierowane do tych wszystkich, którzy wcześniej nie szczędzili francuskim zespołom i Ligue 1 lekceważących opinii, że jest to właśnie „liga farmerów”. Na jego wpis odpowiedzieli natychmiast Memphis Depay i Moussa Dembele, główni aktorzy zwycięstwa Olympique Lyon nad „The Citizens”, a na oficjalnym koncie Twitterowym ich klubu pojawił się wpis: „Nie ma tutaj żadnych farmerów”.
O ile awans paryskiej drużyny do półfinału trudno uznać za wielką sensację, chociaż drużyna Thomasa Tuchela trochę męczyła się z rewelacją rozgrywek, Atalantą Bergamo, zanim po golach strzelonych w końcówce spotkania wygrała 2:1, to obecność w najlepszej czwórce rozgrywanego w Lizbonie turnieju Ligi Mistrzów drużyny z Lyonu to więcej niż niespodzianka. Ekipa trenowana przez Rudiego Garcię skończyła ten sezon Lique 1 dopiero na 7. miejscu. A że we Francji nie dokonano restartu rozgrywek, to gracze Oympique Lyon nie zdołali już poprawić tej lokaty i przez to nie wywalczyli miejsca gwarantującego grę w Lidze Mistrzów w nowym sezonie.
I są jedynym zespołem wśród półfinalistów, który jest w takiej sytuacji, ale to akurat jest dodatkową motywacją, bo jak wiadomo zwycięzca rozgrywek zapewnia sobie też automatycznie miejsce w fazie grupowej nowej edycji. To była dla ekipy z Lyonu zapewne dodatkową motywacją, bo chociaż nie zagrali żadnego meczu o stawkę od pięciu miesięcy, to zdołali wyeliminować w 1/8 finału Juventus Turyn z Cristiano Ronaldo (2:2 w dwumeczu, zdecydowały bramki wyjazdowe), a w minioną sobotę odprawili z kwitkiem Manchester City trenowany przez wielkiego Pepa Guardiolę, pokonując „The Citizens” w Lizbonie 3:1.
Paryż, Monachium, Lipsk i Lyon
Na placu boju pozostały zatem cztery zespoły. We wtorek 18 sierpnia Paris Saint-Germain zmierzy się z sensacyjnym pogromcą Atletico Madryt, RB Lipsk, natomiast dzień później Bayern Monachium zagra z sensacyjnym pogromcą Manchesteru City Olympique Lyon. Faworytami tych spotkań są zespoły z Paryża i Monachium, ale piłkarze z Lipska i Lyonu na pewno są w stanie sprawić kolejne sensacje. Nam wypada jednak trzymać kciuki za jedynego w tej stawce polskiego piłkarza, czyli Roberta Lewandowskiego. Wiadomo już, że na 99 procent zapewnił już sobie koronę króla strzelców obecnej edycji Champions League, ale „Lewy” chce koniecznie wygrać z Bayernem Ligę Mistrzów. Gdyby w finale rywalem ekipy mistrza Niemiec został Paris Saint-Germain, bylibyśmy świadkami wielikiego pojedynku naszego najlepszego piłkarza z gwiazdami paryskiej drużyny – Brazyliczykiem Neymarem i Francuzem Kylianem Mbappe.
Oba spotkania półfinałowe, podobnie zresztą jak zaplanowany na niedzielę 23 sierpnia finał, będzie można w Polsce obejrzeć na kanałach Polsatu i TVP.

Legia miała farta w losowaniu

Legia poznała potencjalnego rywala w drugiej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów Losowania par II rundy kwalifikacji dokonano w miniony poniedziałek w siedzibie UEFA. Stołeczny zespół także w tej fazie będzie gospodarzem.

Zespół Legii walkę o awans do wymarzonej Ligi Mistrzów zacznie od pierwszej rundy eliminacji, w któej zmierzy się mistrzem Kosowa KF Drita Gnjilane lub mistrzem Irlandii Północnej Linfield FC. Te drużyny we wtorek rozegrały w Nyonie mecz w rundzie wstępnej (zakończył się po zamknięciu wydania). Zwycięzca zmierzy się z Legią w Warszawie na stadionie przy Łazienkowskiej we wtorek 18 sierpnia (początek godz. 19:00). UEFA zastrzegła jednak, że spotkanie może zostać przeniesione na neutralny teren, jeśli będzie tego wymagała sytuacja związana z pandemią koronawirusa. W przypadku warszawskiego zespołu taka ewentualność istnieje, skoro z powodu niejasnych wyników badania u jednego z masażystów odwołano niedzielny mecz o Superpuchar Polski z Cracovią.
Przed poniedziałkowym losowaniem drugiej rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów UEFA podzieliła zespoły na grupy. Legioniści po tym wstępnym rozstawieniu mogli trafić na NK Celje (Słowenia), Dundalk FC (Irlandia), FC Flora Tallin (Estonia), Sdduva Marijampole (Litwa), Ararat-Armenia Erewan (Armenia), AS Omonia Lefkossias (Cypr). Los okazał się dla warszawskiego zespołu przychylny, bo przydzielił im na przeciwnika zwycięzcę meczu Ararat-Armenia Erewan – AS Omonia Lefkossias. Jesli Legia awansuje do drugiej rundy, co powinno być formalnością, w tej fazie kwalifikacji także zagra na swoim stadionie 25 lub 26 sierpnia. Niestety, również bez udziału publiczności. Zwycięzcy spotkań w II rundzie awansują do kolejnej fazy kwalifikacji Ligi Mistrzów, a przegrani zagrają w trzeciej rundzie kwalifikacji Ligi Europy.
Jeśli stołeczna drużyna w II rundzie trafi na ekipę Omonii, to jej trener, Norweg Henning Berg, będzie miał okazje odwiedzić Warszawę po pięciu latach przerwy. Gwoli przypomnienia, ten norweski szkoleniowiec, a wcześniej znakomity piłkarz, m.in. Manchesteru United, prowadził Legię w latach 2013-2015. Pod jego wodzą zespół Omoni Nikozja prowadził w rozgrywkach cypryjskiej ekstraklasy w momencie ich przerwania po wybuchu pandemii koronawirusa. Ponieważ na Cyprze piłkarskiego sezonu już nie wznowiono, wyniki anulowano i nie przyznano tytułu mistrzowskiego ani też nie wyłoniono spadkowiczów, ale prawo gry w kwalifikacjach europejskich pucharów przydzielono według zajmowanego miejsca w tabeli. Powrót Henninga Berga na Łazienkowską z pewnością byłyby sporym wydarzeniem, bo Norweg opuszczając Warszawę nie zostawił za sobą spalonych mostów.
Z kolei mający siedzibę w Erywaniu Ararat-Armenia został w lipcu mistrzem kraju po raz drugi z rzędu, a klub istnieje dopiero od trzech lat. W tym roku dotarł także do finału krajowego Pucharu, w którym jednak przegrał z lokalnym rywalem FC Noah 0:2. W miniona niedzielę te dwa zespoły zagrały o Superpuchar Armenii i Ararat ponownie przegrał z FC Noah, tym razem po dogrywce 1:2.
Wypada przypomnieć, że w tym sezonie z powodu napiętego z powodu pandemii Covid-19 terminarza, także w eliminacjach Ligi Mistrzów o awansie w pierwszych trzech rundach rozstrzygać będzie jeden mecz, a ich gospodarze będa losowani. Rozgrywki w europejskich pucharach muszą zakończyć się do końca maja, ponieważ 11 czerwca rozpoczną się przełożone o rok mistrzostw Europy (potrwają do 11 lipca).

Zestaw par 2. rundy el. Ligi Mistrzów:
Ścieżka mistrzowska

Legia Warszawa/Drita (Kosowo)/Linfield (Irlandia Płn) – Ararat-Armenia (Armenia)/Omonia (Cypr);Floriana (Malta)/CFR Cluj (Rumunia) – GNK Dinamo Zagrzeb (Chorwacja); Young Boys (Szwajcaria) – KI Klaksvik (Wyspy Owcze)/Slovan Bratysława (Słowacja); Celtic Glasgow (Szkocja)/KR Reykjavik (Islandia) – Ferencvaros (Węgry)/Djurgarden (Szwecja); Flora Tallinn (Estonia)/Suduva Marijampole (Litwa) – Maccabi Tel-Awiw (Izrael)/Ryga (Łotwa); NK Celje (Słowenia)/Dundalk (Irlandia) – Molde FK (Norwegia)/Kuopion Palloseura (Finlandia); Buducnost Podgorica (Czarnogóra)/Łudogorec Razgrad (Bułgaria) – FC Midtjylland (Dania); Dynamo Brześć (Białoruś)/FK Astana (Kazachstan) – Connah’s Quay Nomads (Walia)/FC Sarajewo (Bośnia i Hercegowina); Karabach Agdam (Azerbejdżan)/Sileks (Macedonia) – Sheriff Tiraspol (Mołdawia)/CS Fola Esch (Luksemburg); Dinamo Tbilisi (Gruzja)/FC Tirana (Albania) – Crvena Zvezda (Serbia)/FC Europa (Gibraltar);

Ścieżka ligowa:
AZ Alkmaar (Holandia) – Viktoria Pilzno (Czechy);
PAOK Saloniki (Grecja) – Besiktas Stambuł (Turcja);
Lokomotiva Zagrzeb (Chorwacja) – Rapid Wiedeń (Austria).

Liga Mistrzów: Koncerty trzech tenorów

Zaległe mecze 1/8 finału Champions League zostaną zapamiętane głównie z fenomenalnych występów trzech gigantów futbolu – Leo Messiego, Cristiano Ronaldo i Roberta Lewandowskiego. Portugalczyk z tej edycji już jednak wraz z Juventusem odpadł, natomiast Argentyńczyk i Polak w piątek 14 sierpnia o palmę pierwszeństwa w tym sezonie powalczą w ćwierćfinałowym meczu Bayernu Monachium z Barceloną.

Lewandowski w pierwszym meczu z Chelsea, na Stamford Bridge w Londynie, zaliczył dwie asysty i jednego gola w wygranym przez Bayern 3:0 spotkaniu. W spotkaniu rewanżowym rozegranym w minioną sobotę na Allianz Arena w Monachium, wygranym przez bawarska drużynę 4:1, kapitan reprezentacji Polski zdobył dwie bramki i dorzucił dwie asysty, czyli „Lewy” miał udział przy wszystkich siedmiu bramkach jakie w tym dwumeczu Bayern wbił ekipie Chelsea. Tym niesamowitym wyczynem chyba już ostatecznie przekonał niedowiarków, że należy mu się miejsce na samym szczycie piłkarskiej hierarchii, obok Messiego i Cristiano Ronaldo. Lewandowski powiększył swój strzelecki dorobek w obecnej edycji Ligi Mistrzów do 13 trafień w siedmiu występach i jest zdecydowanym liderem klasyfikacji strzelców. Następny w zestawieniu Erling Haaland z Borussii Dortmund ma na koncie 10 goli, ale on już odpadł ze swoim zespołem z rozgrywek.
Z zawodników, których drużyny wciąż pozostają w grze, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City maja po sześć trafień, tyle samo mają też w dorobku klubowy kolega „Lewego” Serge Gnabry oraz napastnik Olympique Lyon Memphis Depay, natomiast po po pięć goli na koncie mają Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain oraz Josip Ilcic z Atalanty Bergamo. Co ciekawe, gol strzelony przez Leo Messiego w wygranym przez Barcelonę 3:1 sobotnim spotkaniu z SSC Napoli był dopiero drugim trafieniem Argentyńczyka w obecnym sezonie Ligi Mistrzów. Gwiazdor „Dumy Katalonii” w starciu z włoskim zespołem błysnął jednak wielką formą, dlatego kibice już ostrzą sobie apetyty na starcie Barcelony i Bayernu, które będzie też wielkim pojedynkiem o tytuł piłkarza roku w Europie i na świecie w 2020 roku. Messi w poprzednim roku zgarnął wszystkie najważniejsze indywidualne wyróżnienia i w tym roku wciąz jeszcze ma szanse powtórzyć ten wyczyn, a jedynym graczem który może mu w tym realnie przeszkodzić, jest właśnie Lewandowski.
Tak dla przypomnienia – „Lewy” jest nie tylko najlepszym strzelcem bieżącej edycji Ligi Mistrzów, jest także królem strzelców Bundesligi i Pucharu Niemiec, wiceliderem klasyfikacji „Złotego Buta” oraz w ogóle najskuteczniejszym piłkarzem tego sezonu w Europie – we wszystkich rozgrywkach w 44 rozegranych meczach zdobył 53 bramki. Pod tym względem zostawił w tyle nie tylko Messiego, ale także Cristiano Ronaldo, Neymara, Kyliana Mbappe, Harry’ego Kane’a, Mohameda Salaha, Timo Wernera, Elinga Haalanda i Karima Benzemę, którego Polak właśnie ponownie wyprzedził w klasyfikacji strzelców wszech czasów Ligi Mistrzów. Lewandowski z 66 golami w dorobku awansował na czwarte miejsce, a przed nim są już tylko Raul (72 gole), Messi (114) i niekwestionowany Cristiano Ronaldo (130).
Portugalczyk nie powalczy w tym sezonie o triumf w Lidze Mistrzów, bo Juventus po jego dwóch golach wygrał z Olympique Lyon tylko 2:1, za mało żeby wyeliminować francuską dużynę, która pierwszy mecz u siebie wygrała 1:0. Na pocieszenie Cristiano Ronaldo pozostały indywidualne osiągnięcia: po dublecie w meczu z Olympique Lyon powiększył liczbę swoich goli w tym sezonie do 37, co jest nowym rekordem w historii Juventusu Turyn. CR7 przebił osiągnięcie Felice Placido Borela II, który w sezonie 1935/1936 zdobył dla Juve 36 bramek. Mistrz świata z 1934 roku do zebrania takiego dorobku potrzebował 40 występów, a Portugalczyk swój rekord ustanowił w 46 spotkaniach. Przez 86 lat żaden piłkarz Juventusu nawet nie zbliżył się do rekordu Borela II. Najlepsi dochodzili do 32 bramek, a byli to Alessandro Del Piero (1997/1998), David Trezeguet (2001/2002) i Gonzalo Higuain (2016/2017).
Cristiano Ronaldo ma teraz o czym myśleć, bo w Juventusie już w sobotę zaczęła się personalna rewolucja. Pierwszy sezon Juventusu pod wodzą trenera Maurizio Sarriego w opinii włodarzy turyńskiego potentata zakończył się niepowodzeniem. Wywalczone nie bez problemu scudetto okazało się jedynym trofeum bianconerich, którzy po transferze Cristiano Ronaldo mieli wspiąć się na szczyt europejskiego futbolu i wywalczyć wymarzony puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Decyzję o zwolnieniu szkoleniowca podjął ponoć osobiście właściciel Juve Andrea Agnelli. Sarri przepracował w Turynie tylko jeden sezon. Były trener Chelsea i Napoli zastąpił na tym stanowisku Massimiliano Allegriego. Zdaniem włoskich mediów 61-letni szkoleniowiec nie miał posłuchu u największych gwiazd zespołu. Jego nagłe odejście zwolnienie skomplikowało sytuację Arkadiusza Milika, którego głównie Sarri chciał ściągnąć do Juventusu, więc teraz transfer może okazać się nieaktualny. Ale Milik już zdążył podpaść wszystkim ważniakom w Napoli i jeśli zostanie, będzie miał w tym klubie ciężkie życie. Jeszcze w sobotę władze Juventusu dokonały wyboru nowego szkoleniowca. Został nim Andrea Piro, wybitny przed laty włoski piłkarz, mistrz świata z 2006 roku, czterokrotny mistrz Italii w barwach Juventusu. Jego nominacja jest niespodzianka, bo 41-letni obecnie Pirlo dopiero w 2017 roku zakończył piłkarską karierę i w Juve zadebiutuje w trenerskim fachu.
Nie mniejsze niż w Turynie rozgoryczenie panuje też w ekipie Realu Madryt, który został upokorzony dwoma porażkami przez Manchester City. Dla hiszpańskiego trenera angielskiego zespołu Pepa Guardioli piątkowe zwycięstwo 2:1 było już 11 w jego trenerskiej karierze odniesione przez jego zespoły w potyczkach z „Królewskimi”. W historii futbolu pod tym względem nie ma lepszego. Przy okazji Guardiola przerwał niesamowitą serię triumfów trenera Realu Zinedine’a Zidane’a, który po raz pierwszy w karierze szkoleniowca poznał smak odpadnięcia z Ligi Mistrzów. W latach 2016-2018 Francuz poprowadził Królewskich do trzech kolejnych triumfów w tych elitarnych rozgrywkach i do piątku miał stuprocentową skuteczność w fazie pucharowej Champions League. Pod jego wodzą Real wygrał 9 dwumeczów i trzy finały. Jeśli ktoś miał Zidane’a powstrzymać, to tylko Guardiola. Gdy prowadził Barcelonę (2008-2012) wygrała aż 9 z 15 El Clasico. Jako trener Bayernu dostał co prawda od Realu łomot w Lidze Mistrzów, ale jako trener „The Citizens” wrócił na zwycięską ścieżkę. W pierwszym meczu 1/8 finału Champions League Manchester City wygrał na Santiago Bernabeu 2:1, a w rewanżu na swoim stadionie powtórzył ten rezultat. Teraz bilans Guardioli z Realem to 11 zwycięstw, 4 remisy i 4 porażki – żaden szkoleniowiec nie wygrał tylu spotkań z Królewskimi. W piątkowym meczu angielski zespół dostał mocne wsparcie ze strony francuskiego stopera „Królewskich” Raphaela Varane’a, którego dwa kompromitujące błędy przyniosły gospodarzom obie bramki. Hiszpańskie media nie zostawiły na tym piłkarzu suchej nitki i obciążyły go całą winą za odpadnięcie Realu.
Teraz osiem zespołów, które wywalczyły awans do ćwierćfinału, zbierze się w Lizbonie, gdzie od 12 sierpnia rozgrywki w Lidze Mistrzów zostaną dokończone w formule turniejowej.
Zestaw par 1/4 finału:
Atalanta Bergamo – Paris Saint-Germain (środa, 12 sierpnia);
RB Lipsk – Atletico Madryt (czwartek, 13 sierpnia);
FC Barcelona – Bayern Monachium (piątek, 14 sierpnia);
Manchester City – Olympique Lyon (sobota, 15 sierpnia);
1/2 finału:
Manchester City/Olympique Lyon – FC Barcelona/Bayern Monachium (18 sierpnia);
RB Lipsk/Atletico Madryt – Atalanta Bergamo/Paris Saint-Germain (19 sierpnia);
Finał odbędzie się 23 sierpnia. Wszystkie mecze rozpoczynać się będą o 21:00.

Lewandowski w grze o Ligę Mistrzów

W środę i czwartek rozegrano mecze 1/8 finału Ligi Europy, a w piątek i sobotę odbędą się zaległe rewanżowe spotkania w Lidze Mistrzów. Ostatni mecz w tej fazie rozgrywek, Liverpoolu z Atletico Madryt (2:3) rozegrano 149 dni temu. W piątek zmierzą się Juventus Turyn z Olympique Lyon (0:1) i Manchester City z Realem Madryt (2:1), a w sobotę Bayern Monachium z Chelsea Londyn (3:0) oraz FC Barcelona z SSC Napoli (1:1).

Tak właśnie zacznie się finisz najdziwniejszego sezonu w historii europejskich pucharów. Cztery zespoły zdążyły przed wybuchem pandemii wywalczyć awans do 1/4 finału, osiem w piątek i sobotę powalczy w rewanżach o cztery pozostałe miejsca. A potem wszyscy ćwierćfinaliści zjadą do Lizbony, gdzie od środy 12 do niedzieli 23 sierpnia odbędzie się finał tegorocznej edycji Champions League w wersji turniejowej. W związku z pandemią UEFA chciała ograniczyć podróże i na areny decydujących bojów o triumf w Lidze Mistrzów wybrała stadiony dwóch klubów z Lizbony – Benfiki i Sportingu. O awansie do kolejnej rundy zmagań rozstrzygać będzie tylko jeden mecz. Wszystkie starcia będą odbywać się przy pustych trybunach, co eliminuje jakąkolwiek przewagę związaną z pełnieniem roli gospodarza. Dozwolona będzie zmiana pięciu graczy oraz szóstego w przypadku dogrywki.
Do stolicy Portugalii każdy klub będzie mógł zabrać maksymalnie 80 ludzi, z czego 45 będzie miało dostęp do „strefy zero”, czyli boiska i jego najbliższych okolic. Mowa tu o 23 zawodnikach, ośmiu członkach sztabu szkoleniowego oraz 14 pracowników zaplecza technicznego drużyny. Każda z tych osób będzie musiała poddać się badaniom na koronawirusa na dwie doby przed pierwszym meczem, wszystkim będzie mierzona temperatura przed wejściem na stadion, rezerwowi będą musieli zakładać maseczki, a zespoły będą wjeżdżały na teren stadionu co najmniej w dziesięciominutowych odstępach. To powinno uchronić uczestników turnieju przed Covid-19, ale do Lizbony wybiera się nieokreślona jeszcze do końca liczba kibiców. Utrzymać ich w ryzach epidemicznych zarządzeń będzie bardzo trudno.
Wcześniej jednak kibiców czekają emocje w czterech zaległych meczach rewanżowych 1/8 finału. Najmniej spekulacji towarzyszy potyczce Bayernu Monachium z Chelsea Londyn, bo zaliczka trzech goli z pierwszego spotkania w Londynie stawia bawarską jedenastkę w roli stuprocentowego faworyta. Nic dziwnego, że Robert Lewandowski, który na Stamford Bridge był bohaterem spotkania (zaliczył dwie asysty przy golach Serge’a Gnabry’ego i sam strzelił londyńczykom gola), przed sobotnią potyczką na Allianz Arena w Monachium był dobrej myśli. Kpaitan reprezentacji Polski jest mocno zmotywowany, bo po tym jak Ciro Immobile sprzątnął mu sprzed nosa „Złotego Buta”, nagrodę dla najlepszego strzelca lig europejskich, chciałby powetować sobie tę stratę zdobyciem korony króla strzelców Ligi Mistrzów. A ma na to realne szanse, bo w tej chwili prowadzi w zestawieniu z dorobkiem 11 goli. Z grona zawodników, którzy nadal grają w Champions League, najmniej do naszego piłkarz traci jego kolega z Bayernu Serge Gnabry oraz belgijski napastnik SSC Napoli Dries Mertens (obaj mają po sześć goli). Za ich plecami z dorobkiem pięciu trafień czają się jednak groźni konkurenci – Francuz Kylian Mbappe i Mario Icardi z Paris Saint-Germain, Raheem Sterling i Gabriel Jesus z Manchesteru City, Josip Ilicić z Atalanty Bergamo i Memphis Depay z Olympique Lyon. Ale biorąc pod uwagę, że w w fazie pucharowej tylko najlepsze zespoły rozegrają po trzy mecze, dogonić Lewandowskiego będzie piekielnie trudno. Zwłaszcza, że przecież on sam też będzie w grze, a ponieważ w tym sezonie prezentuje życiową formę, czego dowodem jest 51 zdobytych przez niego bramek we wszystkich rozgrywkach. „Lewy” jest najskuteczniejszym strzelcem w Europie i dystansuje pod względem liczby trafień nawet dotychczasowych hegemonów w tej „konkurencji”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messiego.
Faworytem zaległych meczów w 1/8 finału, chociaż już nie takim murowanym jak Bayern, wydaje się być też Manchester City, bo trener tej drużyny, Pep Guardiola, raczej nie dopuści do roztrwonienia przez jego zespół przewagi wywalczonej na Santiago Bernabeu (2:1). Ale Realu Madryt nigdy nie należy lekceważyć. W pozostałych dwóch spotkaniach (Juventusu z Olympique Lyon i Barcelony z Napoli) szanse drużyn na wywalczenie awansu można uznać za równe.
Ale wytypowanie już dzisiaj triumfatora Ligi Mistrzów jest czystą loterią. I nie chodzi wyłącznie o to, że większość zespołów uważanych za faworytów znalazła się po jednej stronie turniejowej drabinki. Inną kwestią jest przygotowanie drużyn do gry. Francuskie zespoły (Paris Saint-Germain i Olympique Lyon przystąpią do rywalizacji po pięciu miesiącach przerwy w grze, ale po przejściu pełnego okresu przygotowawczego do nowego sezonu. Z kolei włoskie drużyny (Juventus i Atalanta) do zmagań w Champions League przystąpią praktycznie z marszu, bo Serie A rozgrywki zakończyła w miniony weekend. W podobnej sytuacji są też kluby hiszpańskie – Barcelona, Real i Atletico. Teoretycznie w najlepszej sytuacji znalazły się zespoły niemieckie – Bayern i RB Lipsk, które zakończyły sezon w Bundeslidze miesiąc temu, zdążyły posłać swoich graczy na krótkie urlopy, a po ich powrocie miały czas na przygotowanie ich do zmagań w Lidze Mistrzów. Bawarska jedenastka po pandemii byli w spektakularnej formie i z łatwością obroniła mistrzostwo Niemiec, wygrała też jedyny sparing po powrocie z wakacji (1:0 z Olympique Marsylia), ale w jakiej formie znajduje się teraz, przekonamy się dopiero w sobotę, gdy rozegra mecz z Chelsea. Fani Bayernu liczą, że trener Hansi Flick wykorzysta doświadczenie wyniesione z reprezentacji Niemiec, a to właśnie on jako asystent Joachima Loewa odpowiadał za przygotowanie niemieckiej kadry do mundial w 2014 roku.
Nie od rzeczy będzie wspomnieć, że drużyny przystąpią do rywalizacji w zmienionych składach, bo przecież trwa letnie okienko transferowe. Z Paris-Saint Germain odeszli z tego powodu Edinson Cavani i Thomas Meunier, z RB Lipsk Timo Werner, a z Manchesteru City Leroy Sane. UEFA ponownie otworzyła okres rejestrowania zawodników do Ligi Mistrzów, ale z zastrzeżeniem, że do listy dopisać można wyłącznie graczy, którzy na początku lutego byli w drużynie. Wykorzystały to m.in. Manchester City, który zarejestrował wracającego do zdrowia Aymerica Laporte czy Barcelona, która liczy na Ousmane Dembele.
My rzecz jasna trzymamy kciuki za kwartet naszych piłkarzy, którzy pozostali jeszcze w grze o triumf w Lidze Mistrzów. Oprócz Lewandowskiego, są to jeszcze Wojciech Szczęsny (Juventus) oraz Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik (SSC Napoli).