Legia już zarobiła w pucharach 16 milionów złotych

Piłkarze Legii Warszawa wygrali na wyjeździe 1:0 w rewanżowym meczu II rundy eliminacyjnej Champions League UEFA z mistrzem Estonii FC Flora Tallin. Jedynego gola w tym spotkaniu strzelił Portugalczyk Rafael Lopes. W pierwszym spotkaniu u siebie legioniści wygrali 2:1, więc pewnie awansowali do III rundy kwalifikacji, w której zmierzą się z mistrzem Chorwacji Dinamem Zagrzeb.

Legia dzięki awansowi do III rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów zapewniła sobie występy w europejskich pucharach co najmniej do końca tego roku, bo nawet jeśli nie przejdzie Dinama Zagrzeb, to zostanie przeniesiona do IV rundy kwalifikacji Ligi Europy, a jeśli i tam jej się nie powiedzie, ma zagwarantowany udział w fazie grupowej Lidze Konferencji Europy, najniżej stojącego w hierarchii z trzech europejskich pucharów, którego rozgrywki UEFA zainaugurowała w tym sezonie. W kwalifikacjach uczestniczą trzy zespoły naszej piłkarskiej ekstraklasy – zdobywca Pucharu Polski Raków Częstochowa i zarazem wicemistrz Polski oraz trzeci i czwarty zespół minionych rozgrywek – Pogoń Szczecin i Śląsk Wrocław. Ten tercet nie ma jednak szans na żadną przeprowadzkę w ramach pucharowej rywalizacji. Polska ekstraklasa ma tak niski ranking ligowy UEFA, że na jakieś tam przywileje może liczyć jedynie mistrz kraju, a pozostałe zespoły muszą bić się w kwalifikacjach do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy i każda porażka w dwumeczu zakończy ich pucharową przygodę w tym sezonie.
Wracając zaś do zespołu Legii, to nawet zakwalifikowanie się do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy jest lepszym wynikiem sportowym w porównaniu z poprzednim sezonem, gdy legioniści zakończyli zmagania w kwalifikacjach. Awans ma też wymierne korzyści finansowe. Dzięki dotychczasowym osiągnięciom już wiadomo, że do kasy warszawskiego klubu na pewno wpłynie ponad 16 mln złotych. Na kwotę tę składa się premia za przejście I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów po dwóch zwycięstwach, 3:2 i 2:0, nad mistrzem Norwegi FK Bodo/Glimt, premia za awans do III rundy po wyeliminowaniu Flory Tallin oraz premia od UEFA za awans do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy, co wedle szacunków może przynieść wpływy w wysokości 13,3 mln złotych, co w sumie daje ponad 16 mln złotych. A to przecież wcale nie musi być cała kwota, jaką legioniści mogą zarobić w obecnej edycji europejskich pucharów. Muszą jednak wygrać z Dinamem Zagrzeb. Ale zanim legioniści staną w szranki z mistrzem Chorwacji, czeka ich w sobotę ligowa potyczka w 2. kolejce PKO Ekstraklasy z Radomiakiem.

Zestaw par 2. kolejki PKO Ekstraklasy:
Piątek: Zagłębie Lubin – Górnik Łęczna, godz. 18:00; Górnik Zabrze – Lech Poznań, 20:30. Sobota: Stal Mielec – Piast Gliwice, 15:00; Bruk-Bet Nieciecza – Wisła Kraków, 17:30; Radomiak Radom – Legia Warszawa, 20:00. Niedziela: Warta Poznań – Pogoń Szczecin, 15:00; Cracovia – Śląsk Wrocław, 17:30; Jagiellonia Białystok – Raków Częstochowa, 20:00. Poniedziałek: Lechia Gdańsk – Wisła Płock, godz. 18:00.

Legia ma coraz trudniej w europejskich pucharach

W siedzibie UEFA w szwajcarskim Nyonie przeprowadzono losowanie III rundy eliminacji Ligi Mistrzów. Jeśli Legia Warszawa w II rundzie wyeliminuje Florę Tallin, to w następnej fazie zmierzy się ze zwycięzcą dwumeczu Dinamo Zagrzeb – Omonia Nikozja. Potencjalnych rywali w kolejnych rundach w Lidze Konferencji poznały też zespoły Rakowa, Pogoni i Śląska.

Legia w I rundzie wyeliminowała wyżej notowanego mistrza Norwegii FK Bodo/Glimt (3:2 i 2:0), więc w starciach w II rundzie z teoretycznie dużo słabszym zespołem Flory Tallin warszawianie byli faworytem (pierwszy mecz w środę na Łazienkowskiej, rewanż w Tallinie odbędzie się 27 lipca), toteż kibice z uwagą śledzili losowanie par w III rundzie kwalifikacyjnej. Spotkanie tej fazy rozgrywek zaplanowano na 3-4 oraz 10-11 sierpnia.
Najpierw muszą uporać się z Florą
Jeśli „Wojskowi” pokonają Florę Tallin, w trzeciej rundzie przyjdzie im zmierzyć się z Dinamem Zagrzeb lub Omonią Nikozja. Chorwacka drużyna udział w eliminacjach zapewniło sobie dzięki zdobyciu mistrzostwa kraju w poprzednim sezonie. Chorwaci także zaczęli zmagania od I rundy, w której wygrali oba mecze z islandzkim Valurem (3:2 i 2:0). Cypryjski zespół, któy także startuje w rywalizacji jako mistrz kraju, rozpocznie rywalizację od II rundy.
W ekipie Dinama w ostatnich latach występowało dwóch polskich piłkarzy – Damian Kądzior (był graczem Dinama w latach 2017-2019) i bramkarz Grzegorz Sandomierski (w sezonie 2013/14 grał tu na zasadzie wypożyczenia z KRC Genk). Obecnie w tym chorwackim zespole występuje były piłkarz Legii Sandro Kulenović. Istniejący od 1911 roku klub ma na koncie dziewięć tytułów mistrza Jugosławii oraz 23 tytuły mistrza Chorwacji, a wywalczone w poprzednim sezonie mistrzostwo było 15. z rzędu. Jeśli do III rundy awansują Legia i Dinamo, ich starcie będzie pierwszą konfrontacją Dinama z polską drużyną w europejskich pucharach. Legia natomiast ma już kontakt z chorwacką drużyną na koncie – w sezonie 1994/95 legioniści rywalizowali e eliminacjach Ligi Mistrzów z Hajdukiem Split i odpadli po porażkach 0:1 i 0:4.
Z kolei w graczem ekipy z Nikozji aktualnie jest 22-letni polski bramkarz Kacper Chorążka, a trenerem zespołu były szkoleniowiec Legii Henning Berg. W przeszłości zawodnikami tego klubu byli m.in. Jarosław Bieniuk, Łukasz Gikiewicz, Rafał Kosznik i Maciej Żurawski. Omonia ma w dorobku 21 tytułów mistrza Cypru i dwa starcia w europejskich pucharach potyczkach z polskimi zespołami. W sezonie 2003/04 w kwalifikacjach Ligi Mistrzów uległa Wiśle Kraków w II rundzie kwalifikacji 2:5 i 2:2, ale w poprzednim sezonie także w II rundzie kwalifikacji LM wyeliminowała Legię pokonując ją 2:0. A zatem w trzeciej rundzie być może nadarzy się warszawskiej drużynie okazja do rewanżu.
Raków może pojechać do Kazania
Także zespoły Pogoni Szczecin, Rakowa Częstochowa i Śląska Wrocław poznały potencjalnych rywali w trzeciej rundzie eliminacji Ligi Konferencji Europy. Najgorzej trafili częstochowianie. Zdobywcy Pucharu i Superpucharu Polski, jeśli wyeliminują litewską drużynę Sudava Mariampol w drugiej rundzie, to w trzeciej przyjdzie im zmierzyć się z rosyjskim Rubinem Kazań. Z kolei Pogoń, jeśli poradzi sobie z chorwackim NK Osijek, w kolejnej rundzie zmierzy się albo z bułgarskim CSKA Sofia, albo z łotewskim FK Lipawa. Natomiast Śląsk, o ile wyeliminuje Ararat Erywań, w III rundzie trafi na inny bułgarski zespół Ardę Kyrdżali lub też izraelski Hapoel Beer-Szewa. Mecze trzeciej rundy eliminacji Ligi Konferencji odbędą się 5 i 12 sierpnia. Zwycięzcy awansują do IV rundy, ostatniego sita które trzeba przejść w drodze do fazy grupowej tych debiutujących w tym sezonie europejskich rozgrywek pucharowych.
Wypada wspomnieć, że z kwartetu polskich drużyn uczestniczących w kwalifikacjach największe szanse na zakwalifikowanie się do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy ma… Legia Warszawa. Jeśli mistrzowie Polski jakim cudem odpadliby z Florą Tallinn w II rundzie eliminacji Ligi Mistrzów, automatycznie zostaną przeniesieni do III rundy Ligi Europy, drugiego w hierarchii europejskich pucharów. Trafia tam na tzw. ścieżkę mistrzowską wraz z innymi zespołami, które nie poradzą sobie w drugiej rundzie eliminacji Ligi Mistrzów.
Co ciekawe, losowanie par w tej fazie kwalifikacji Ligi Europy wskazało jako potencjalnego przeciwnika dla Legii (albo Flory) przegrany zespół z pary Dinamo Zagrzeb/Omonia Nikozja. Ewentualna porażka Legii w III rundzie Ligi Europy skutkować będzie przeniesieniem do ostatniej, IV rundy kwalifikacji Ligi Konferencji. Odpadnięcie w IV rundzie Ligi Europy zapewnia natomiast awans do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy.
Dla zespołów Rakowa, Pogoni i Śląska, które rywalizują wyłącznie LKE, wyeliminowanie w której z czterech pierwszych rund oznacza koniec pucharowej przygody w tym sezonie.

Legia zaczęła pucharowy sezon od zwycięstwa

Z czterech polskich zespołów do rywalizacji w europejskich pucharach jako pierwsza przystąpiła Legia Warszawa. W środę „Wojskowi” w pierwszym meczu I rundy kwalifikacji Ligi Mistrzów pokonali na wyjeździe 3:2 norweski Bodo/Glimt. To cenne zwycięstwo, bo w tym sezonie nasze drużyny potrzebują punktów do ligowego rankingu UEFA.

W rankingu ligowym UEFA PKO Ekstraklasa zajmuje dopiero 30. miejsce, za ligami m.in. za Azerbejdżanu, Białorusi i Kazachstanu. A może być jeszcze gorzej, ponieważ w rankingu UEFA uwzględniane jest pięć ostatnich pięć sezonów, a punkty z nich zdobyte sumują się do końcowego wyniku. Obecnie ostatnim liczonym sezonem jest 2016/2017, w którym nasze drużyny zgromadziły 3,875 pkt i to jest drugi najlepszy wynik w ostatnim pięcioleciu. Niestety, ten wynik już w najnowszym notowaniu nie będzie się liczył, a to oznacza, że łączna suma punktów będzie mniejsza i prawdopodobnie PKO Ekstraklasa spadnie w klasyfikacji o kolejne dwie pozycje. Może jednak uniknąć tego losu jeśli w obecnych rozgrywkach w europejskich pucharach Legia, Raków Częstochowa, Śląsk Wrocław i Pogoń Szczecin zdobędą odpowiednią liczbę punktów.
Najgorzej polskie zespoły wypadały w sezonach 2016/17, 2017/18 i 2018/19, w których nie potrafiły zdobyć do rankingu UEFA więcej niż trzech punktów. W ostatnim sezonie, 2020/21, gdy Lech Poznań awansował do fazy grupowej Ligi Europy, do ogólnego dorobku Polsce dopisano cztery punkty. To wciąż za mało na radykalna poprawę lokaty.
A przecież nie tak dawno w fazie grupowej Ligi Europy grały jednocześnie Legia i Lech, a Legia grała nawet w fazie grupowej Ligi Mistrzów, zaś wiosną rywalizowała jeszcze w fazie pucharowej Ligi Europy. Wtedy były realne nadzieje na awans w rankingu do pierwszej piętnastki zestawienia, a to gwarantuje udział w eliminacjach do Ligi Mistrzów nie jednej drużynie, jak teraz, lecz dwóm. W tej chwili jednak miejsce w Top 15 dla PKO Ekstraklasy to mglista mrzonka. W tej chwili 15. lokatę w rankingu zajmuje ekstraklasa Cypru, mająca w zestawieniu o 12 punktów więcej od naszej ligi.
W środę Legia zaczęła jednak pucharowy sezon obiecująco, pokonując na wyjeździe mistrza Norwegii, a w obecnych rozgrywkach (norweska liga gra systemem wiosna-jesień) wicelidera tabeli 3:2, po golu Luquinhas i dwóch trafieniach pozyskanego latem Mahira Emreliego. Rewanż za tydzień w Warszawie. Zwycięzca tej pary zmierzy się z lepszym z pary Flora Tallin (Estonia) – Hiberinians Paola (Malta). W czwartek w Lidze Konferencji Europy Śląsk Wrocław w I rundzie kwalifikacji Ligi Konferencji Europy zagrał z estońskim Paide Linnameeskond (mecz zakończył się po zamknięciu wydania), a od drugiej rundy w tym europejskim pucharze zmagania rozpoczną Pogoń Szczecin (rywalem jest chorwacki NK Osijek) i Raków Częstochowa (zmierzy się z litewskim Suduva Mariampol lub łotewskim Valmiera).

Legia Warszawa zaczyna pucharowy sezon

W środę 7 lipca zespół Legii Warszawa rozegra na wyjeździe pierwsze spotkanie w kwalifikacjach Ligi Mistrzów UEFA. Rywalem legionistów w tej fazie rywalizacji jest norweska drużyna FK Bodo/Glimt. Przed wyjazdem do Norwegii „Wojskowi” sprawdzili aktualną formę w sparingu z Jagiellonią Białystok.

Kadra Legii rozpoczęła przygotowania do nowego sezonu 7 czerwca. Nieoczekiwania atmosferę w klubie mocno podgrzał trener Czesław Michniewicz, narzekając na łamach serwisu Legia.net: „Sytuacja kadrowa na dziś wygląda bardzo słabo. Jeśli mamy grać na trzech frontach, to musimy mieć więcej ludzi do gry. W lipcu i sierpniu zagramy 15-16 meczów i tym stanem osobowym, jaki mamy, będzie to trudno pociągnąć” – stwierdził szkoleniowiec. Jego słowa nie spodobały się właścicielowi klubu Dariuszowi Mioduskiemu, który także na łamach Legia.net odpowiedział na zarzuty Michniewicza. „Byłem tą wypowiedzi trenera bardzo zdziwiony, ale te nie ma co ukrywać, także poirytowany” – powiedział Mioduski. I dodał: „Michniewicz do pucharów europejskich przygotowuje zespół po raz pierwszy. Jako klub przekazaliśmy mu wytyczne, że treningi powinny się zacząć najpóźniej 4 czerwca. On przesunął jednak termin na 7 czerwca, a jeszcze przedłużył urlopy kilku zawodnikom, chociaż wiedział, że zawodnicy mający za sobą występy w drużynach narodowych nie będą mogli z nami trenować od początku przygotowań. To były jego decyzje i on też będzie musiał wziąć za nie odpowiedzialność. Nie powinien potem być zaskoczony sytuacją, do której sam swoimi decyzjami doprowadzi” – stwierdził prezes Legii.
Michniewicz nie ma więc w tej chwili żadnych złudzeń, że jeśli nie osiągnie postawionego przed nim celu i nie awansuje choćby tylko do fazy grupowej Ligi Konferencji Europy, zostanie zwolniony. W różnych wypowiedziach dla mediów przyznawał, że nie może wykluczyć sytuacji, że za dwa miesiące przestanie być trenerem Legii.
Ale póki co „Wojskowi” szykują się do skoku przez pierwszą pucharową przeszkodę, czyli do konfrontacji z mistrzem Norwegii FK Bodo/Glimt. Norweska liga gra systemem wiosna – jesień, więc rywale są w środku sezonu, ale ostatnio zanotowali spadek formy, bo z ostatnich czterech spotkań ligowych wygrali tylko jedno, dwa przegrali, a jeden mecz zakończył się remisem. W tabeli norweskiej ekstraklasy ekipa trenera Kjetila Knutsena zajmuje jednak drugą lokatę.
„Wojskowi” w ostatnim przed potyczką z FK Bodo/Glimt sparingu pokonali Jagiellonię 2:0. Obie bramki zdobył pozyskany latem przez stołeczny klub azerski napastnik Mahir Emreli. Trener Michniewicz nie wystawił do gry narzekających na lekkie urazy Bartosza Kapustkę i Luquinhasa, ale jak zapewnił, jego drużyna przez 60 minut grała w najmocniejszym składzie, który wyglądał tak: Artur Boruc (46’ Cezary Miszta) – Mattias Johansson, Artur Jędrzejczyk (60’ Jehor Macenko), Mateusz Hołownia (55’ Joel Abu Hanna), Kacper Skibicki (46’ Maik Nawrocki), Andre Martins (60’ Bartłomiej Ciepiela), Bartosz Slisz (60’ Jakub Kisiel), Filip Mladenović (60’ Kacper Skwierczyński), Josue (60’ Kacper Kostorz), Mahir Emreli (60’ Szymon Włodarczyk), Ernest Muci (46’ Rafael Lopes).
Mecz FK Bodo/Glimt – Legia Warszawa odbędzie się w środę 7 lipca o godzinie 18, A rewanż zostanie rozegrany tydzień później o 20:00. Transmisję z obu tych spotkań przeprowadzi TVP Sport.


Kadra Legii Warszawa:
Bramkarze: 1. Artur Boruc, 31. Cezary Miszta.
Obrońcy: 2. Josip Juranović, 3. Mateusz Hołownia, 4. Mateusz Wieteska, 6. Mattias Johansson, 17. Maik Nawrocki, 23. Joel Abu Hanna, 25. Filip Mladenović, 29. Lindsay Rose, 55. Artur Jędrzejczyk, 64. Jehor Macenko; Pomocnicy: 8. André Martins, 22. Kacper Skibicki, 27. Josué, 63. Jakub Kisiel, 67. Bartosz Kapustka, 82. Luquinhas, 92. Bartłomiej Ciepiela, 99. Bartosz Slisz.
Napastnicy: 9. Tomáš Pekhart, 11. Mahir Emreli, 20. Ernest Muçi, 21. Rafael Lopes, 30. Kacper Kostorz.


Kadra FK Bodo/Glimt:
Bramkarze: 12. Nikita Chajkin, 30. Joshua Smits, 41. Magnus Brøndbo.
Obrońcy: 2. Marius Lode, 3. Alfons Sampsted, 4. Marius Høibråten, 5. Fredrik André Bjørkan, 18. Brede Moe, 21. Vegard Kongsro, 26. Sigurd Kvile, 43. Brynjar Johnsplass; Pomocnicy: 7. Patrick Berg, 10. Hugo Vetlesen, 14. Ulrik Saltnes, 16. Morten Konradsen, 19. Sondre Brunstad Fet, 22. Vegard Moberg, 23. Elias Hagen; Napastnicy: 9. Ola Solbakken, 11. Axel Lindahl, 17. Sebastian Tounekti, 20. Erik Botheim, 24. Lasse Selvåg Nordås, 28. Pernambuco, 29. Tomáš Rataj.

W Europie maleje zainteresowanie piłką nożną

W pięciu największych pod względem ludnościowym krajów Unii Europejskiej (Niemcy, Francja, Włochy, Hiszpania i Polska), mecz otwarcia turnieju Euro 2020 Włochy – Turcja obejrzało o 45 procent mniej kibiców niż inauguracyjne spotkanie poprzednich mistrzostw. Największy spadek liczby widzów odnotowano we Francji (z 14,5 do 5,1 mln), ale gorsze wyniki były też w Hiszpanii (z 4,5 do 1,7 mln) oraz w Polsce( z 7,8 do 2,7 mln widzów).

Eksperci twierdzą, że spadająca liczba odbiorców telewizyjnych transmisji z piłkarskich wydarzeń to skutek pandemii. Tendencja nie dotyczy tylko mistrzostw Europy. Ostatni finał Ligi Mistrzów między Chelsea Londyn a Manchesterem City był najmniej oglądanym w historii tych rozgrywek przez odbiorców w najludniejszych krajach Unii Europejskiej. Nawet na Wyspach Brytyjskich liczba widzów, którzy obejrzeli transmisję meczu dwóch przecież angielskich drużyn, spadła o 24 procent w porównaniu do 2019 rokiem, gdy w finale także wystąpiły dwa angielskie zespoły – FC Liverpool i Tottenhamem.
Z badań zachowań kibiców prowadzonych w ostatnich dwóch latach wynika, że w trakcie pandemii koronawirusa w świecie piłki nożnej uwypukliły się zjawiska już wcześniej odstręczające ludzi od tego sportu – rozpasana ponad miarę komercjalizacja, nadmiar meczów upychanych bez ładu i składu w rozdęty kalendarz telewizyjnych transmisji, a przede wszystkim powtarzalność zdarzeń, bo wciąż pokazywane są te same drużyny. Badacze tego zjawiska zauważają jednak, że pandemia nie jest przyczyną spadku zainteresowania piłką nożną, tylko katalizatorem, który przyspieszył już wcześnie narastające zjawisko zniechęcenia, jakie pojawiło się w kibicowskich kręgach w wyniku prób przekształcenia ich przez kluby i związki piłkarskie w biernych konsumentów skrojonych wedle schematu – przyjdź na stadion, kup kiełbaskę, coś wypij i wydaj trochę pieniędzy w sklepiku na gadżety, a potem wracaj do domu i nie rób kłopotu. To właśnie fani, którzy chcieli być aktywną częścią klubowej społeczności, najbardziej zrazili się do piłki nożnej w czasie pandemii i istnieją duże wątpliwości, czy wrócą na stadiony „na piwo i kiełbaskę.
Badania przeprowadzone na zlecenie Europejskiego Stowarzyszenia Klubów pokazują, że w najważniejszej grupie osób w wieku 16-24 lata – najważniejszej komercyjnie dla branży rozrywkowej – piłka nożna ma największy negatywny elektorat spośród wszystkich badanych grup wiekowych. Aż 13 procent osób z tego pokolenia piłki nożnej nienawidzi, a 27 procent w ogóle się nią nie interesuje. To największy tego typu odsetek ze wszystkich grup wiekowych. W tym samym badaniu okazało się, że 40 procent kibiców „coraz bardziej nudzi się na meczach”. Wygląda na to, że turniej Euro 2020 ma też zadanie przyciągnąć kibiców do piłki nożnej. To pierwszy wielki piłkarski turniej w pandemii, gdy kibice zasiądą na trybunach.

Liga Mistrzów UEFA: Lewandowski wśród najlepszych

Chelsea Londyn triumfowała w ostatniej edycji Ligi Mistrzów UEFA, pokonując w finale Manchester City 1:0. Obserwatorzy UEFA, wśród których było wielu znakomitych przed laty piłkarz, m.in. Patrick Vieira, Robbie Kean, Gareth Southgate i Cosmin Contra, wybrało 23 najlepszych w ich ocenie piłkarzy minionych rozgrywek.

Bayern Monachium nie obronił trofeum w Lidze Mistrzów, podobnie jak Robert Lewandowski tytułu króla strzelców tych rozgrywek, mimo to eksperci UEFA docenili klasę polskiego napastnika i umieścili go wśród najlepszych graczy edycji 2020/21: bramkarze – Thibaut Courtois (Real Madryt), Ederson (Manchester City), Edouard Mendy (Chelsea Londyn); obrońcy – Cesar Azpilicueta (Chelsea), Ruben Dias (Man City), Marquinhos (Paris Saint-Germain), Antonio Ruediger (Chelsea), Ben Chilwell (Chelsea), David Alaba (Bayern); pomocnicy – Jorginho, Mason Mount, Jose Kante (Chelsea), Kevin De Bruyne, Ilkay Gundogan (Manchester City), Luka Modrić (Real Madryt), Sergio Oliveira (FC Porto), Phil Foden (Man City); napastnicy – Erling Haaland (Borussia Dortmund.), Kylian Mbappe (PSG), Robert Lewandowski (Bayern), Karim Benzema (Real), Neymar (PSG), Leo Messi (FC Barcelona).

Liga Mistrzów UEFA: Klęska Obywateli w angielskim finale

W minioną sobotę Estadio do Dragao w Porto po raz drugi z rzędu był areną decydującej potyczki o najważniejsze trofeum w europejskiej piłce klubowej. Rok temu po puchar sięgnął Bayern Monachium, a w tegorocznej edycji z udziałem dwóch angielskich zespołów Chelsea Londyn pokonała 1:0 Manchester City.

Chelsea Londyn i Manchester City to angielskie futbolowe potęgi zbudowane za gigantyczne pieniądze wpompowane do tych klubów przez cudzoziemskich właścicieli. Do kasy „The Blues” od 2003 roku setki milionów funtów pakuje rosyjski oligarcha Roman Abramowicz, a do „The Citizens” od 2009 roku szejk Mansour bin Zayed bin Sultan Al Nahyan ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Swoja hojnością nie kupili jednak sympatii kibiców nawet na Wyspach Brytyjskich. Kiedy w 2018 roku angielski dziennik „Mirror” przeprowadził wśród swoich czytelników ankietę, na podstawie której stworzył ranking najbardziej znienawidzonych drużyn w Premier League, na czele zestawienia znalazła się Chelsea. Za co? Głównie za nieustannie płynący na klubowe konto strumień pieniędzy rosyjskiego miliardera.
Abramowicz został właścicielem Chelsea w 2003 roku i chciał sukcesów natychmiast i z miejsca zainwestował w klub wielkie pieniądze. Nakłady przyniosły natychmiastowy efekt, bo już sezon 2003/2004 ekipa „The Blues” zakończyła na drugim miejscu w Premier League, ale w dwóch kolejnych sezonach sięgała po mistrzowskie tytuły. Do dzisiaj w trwającej już 18 lat erze rządów Abramowicza piłkarze Chelsea wygrali rozgrywki w angielskiej ekstraklasie pięć razy, tyle samo razy zdobyli FA Cup, trzykrotnie triumfowali w Pucharze Ligi i dwa razu zdobywali Tarczę Wspólnoty. W sezonie 2007/2008 dotarli do finału Ligi Mistrzów, lecz przegrali walkę o puchar z Manchesterem United po konkursie rzutów karnych. W kluczowych momentach najpierw spudłował John Terry, a później golkiper „Czerwonych Diabłów” Edwin van der Sar obronił strzał Nicolasa Anelki. Na kolejną szansę londyński zespół musiał czekać do sezonu 2011/2012 roku. W tej edycji rozgrywek zespół „The Blues” wreszcie spełnił marzenie rosyjskiego właściciela i wygrał Ligę Mistrzów, dokładając do tego triumf w Klubowych Mistrzostwach Świata. A rok później triumfował w Lidze Europy, powtarzając ten sukces w sezonie 2018/2019. Te wyczyny drażniły kibiców innych drużyn, bo przed pojawieniem się rosyjskiego oligarchy Chelsea mistrzem Anglii była tylko raz, a na europejskiej arenie dwukrotnie sięgała po nieistniejący już Puchar Zdobywców Pucharów i raz po
Superpuchar UEFA.
Najbardziej jednak drażniła niebywała rozrzutność Abramowicza na rynku transferowym. Rosjanin nie żałował pieniędzy i kupował najlepszych zawodników, a gdy pojawiał się jakiś opór przed transferem, po prostu przepłacał. Dzięki temu wiele angielskich klubów dużo zarobiło, ale kibicom taki nierówny układ sił nie przypadł do gustu i tak z roku na rok ich niechęć do Chelsea rosła.
Abramowicz był pierwszym krezusem szastającym funtami w angielskim futbolu i na niego spadło odium niechęci, ale za jego plecami na salony Premier League wkroczyli następni inwestorzy zagraniczni. Petrodolary szejka Mansoura już nie wzbudziły takich emocji, lecz mimo to „The Citizens” w wyżej wspomnianym rankingu nienawiści ustalonym przez dziennik „Mirror” uplasowali się na drugiej pozycji. Manchester City pod rządami arabskiego konsorcjum Abu Dhabi United Group Investment również wywalczył pięciu mistrzowskich tytułów w Premier League, ale na europejskiej arenie „The Citizens” nie zdobyli jeszcze żadnego trofeum. W sobotę 29 maja 2021 roku zespół pod wodzą Pepa Guardioli miał na stadionie w Porto wreszcie osiągnąć tak wyczekiwany przez szejka Mansura sukces.
Futbolowi eksperci w finałowym starciu więcej szans dawali aktualnym mistrzom Anglii, którzy pod wodzą hiszpańskiego szkoleniowca przez cały sezon prezentowali wysoką formę i grali widowiskowy futbol. W przeciwieństwie do drużyny Chelsea, która wpadła w potężny kryzys, z którego dopiero w tym roku wydobył ją niemiecki trener Thomas Tuchel. Ale w Lidze Mistrzów zespół dzieło zaczął pod wodzą Lamparda, a zakończył z Tuchelem na trenerskiej ławce.
Tak na marginesie, to Tuchel jest trzecim niemieckim trenerem z rzędu, który wygrał ze swoim zespołem Ligę Mistrzów. w Poprzednim roku sztuki tej dokonał z Bayernem Monachium Hansi Flick, a dwa lata temu z Liverpoolem zwyciężył Juergen Klopp. 48-letni Tuchel na szersze wody wypłynął w 2015 roku przechodząc z FC Mainz do Borussii Dortmund. W poprzednim sezonie doprowadził Paris Saint-Germain do finału Ligi Mistrzów, lecz przegrał w nim z Bayernem. Katarscy właściciel paryskiego klubu uznali to za niewybaczalną porażkę i w grudniu niemal tuż przed świętami podziękowali mu za dalsza pracę. Dzisiaj pewnie plują sobie w brodę, bo Tuchel w krótkim czasie przemienił niemrawą drużynę Chelsea w sprawną maszynę do wygrywania.
Co ciekawe, zwycięski zespół ukształtował się trochę pod przymusem, bo w lutym 2019 roku UEFA nałożyła na Chelsea zakaz transferowy za nielegalne pozyskiwanie młodzieży do klubowej akademii. Miał obowiązywać przez dwa tzw. okienka transferowe, ale chociaż ostatecznie został skrócony do jednego, to władze londyńskiego klubu nie dokonywały żadnych transferów przez rok i Frank Lampard musiał sięgnąć po wychowanków. I tak w kadrze zespołu pojawili się Tammy Abraham, Billy Gilmour, Callum Hudson-Odoi, Reece James, a przede wszystkim Mason Mount. I ta pokoleniowa zmiana okazała się strzałem w dziesiątkę. Największą piłkarską perłą okazał się 22-letni Mount. To po jego genialnym podaniu na czystą pozycję strzelecką w meczu z Manchesterem City wyszedł Kai Havertz i trochę szczęśliwie, ale pokonał bramkarza „The Citizens” Edersona Moraesa. Dzięki zwycięstwu drużyna „The Blues” zostanie rozstawiona w losowaniu fazy grupowej nowej edycji Ligi Mistrzów. Manchester City także znajdzie się w pierwszym koszyku jako mistrz Anglii. Tylko co to za splendor dla szejków z Abu Zabi, którzy utopili angielskim klubie już 2,6 mld funtów i wciąż pozostają bez najważniejszego trofeum w europejskim futbolu klubowym. Szejk Mansour bin Zayed al-Nahyan, jeden z dziewiętnastu synów założyciela Zjednoczonych Emiratów Arabskich, znów będzie świecił oczami na rodzinnych przyjęciach. W poprzednich edycjach Champions League „The Citizens” przegrywali ze znacznie biedniejszymi rywalami – Olympique Lyon, Tottenhamem, AS Monaco czy Ajaksem Amsterdam. W tym roku byli bardzo blisko, ale nie dali rady. Warto w tym miejscu przypomnieć, że swój pierwszy i jedyny jak dotąd triumf w europejskich pucharach „Obywatele” odnieśli w sezonie 1969/1970 pokonując w finale Pucharu Zdobywców Pucharów
Górnika Zabrze 2:1.

Liga Mistrzów UEFA: Przeniosą finał ze Stambułu do Anglii?

Awans dwóch angielskich zespołów do finału Ligi Mistrzów podważył sens rozgrywania decydującego meczu w Stambule. Z powodu gwałtownego wzrostu liczby zakażeń w Turcji brytyjski minister transportu Grant Shapps zaproponował UEFA przeniesienie finałowego spotkania na jeden z angielskich stadionów.

O zmianie organizatora finału Ligi Mistrzów mówi się coraz głośniej także dlatego, że rząd turecki na wzrost liczby zakażeń (ponad 60 tysięcy dziennie) zareagował wprowadzeniem całkowitego lockdownu. Dzięki temu liczba zakażeń spadła do poziomu 20-30 tysięcy dziennie, ale i tak brytyjski rząd umieścił Turcję na czerwonej liście krajów ze złą sytuacją epidemiczną. Po powrocie z nich trzeba w Wielkiej Brytanii przejść obowiązkową kwarantannę. Nie byliby z niej zwolnienia nawet piłkarze, a przecież tuż po finale Ligi Mistrzów spora grupa graczy Manchesteru City i Chelsea Londyn musi się udać na zgrupowania reprezentacji narodowych szykujących się do startu w Euro 2021 i Copa America. Mówi się zatem, że coraz bardziej możliwe będzie przeniesienie finału ze Stambułu w nowe miejsce. Jakie? Najbardziej prawdopodobnym scenariuszem byłby jeden ze stadionów w Wielkiej Brytanii.
Tamtejsze media przekonują, że działacze UEFA już po cichu pracują nad zmianą lokalizacji tegorocznego finału Ligi Mistrzów. Gotowość do organizacji spotkania potwierdził brytyjski minister transportu, Grant Shapps. „Ostateczna decyzja w tej sprawie należy do UEFA, ale skoro w finale zagrają dwie angielskie drużyny, to decyzja federacji w tej kwestii wydaje się oczywista” – stwierdził polityk. Działacze UEFA mają więc spory kłopot, bo lockdown w Turcji oznacza, że kibice i dziennikarze musieliby odbyć po przybyciu do Stambułu 10-dniową kwarantannę, co może być dla większości fanów obu angielskich zespołów trudnym do spełnienia wymogiem.
Procedura zmiany gospodarza finału Ligi Mistrzów w związku z epidemią koronawirusa nie jest aż taka nierealna. Przecież UEFA nie tak dawno odebrała Bilbao i Dublinowi organizację meczów Euro 2021 właśnie dlatego, że władze Hiszpanii i Irlandii nie chciały się zgodzić na rozgrywanie meczów w tych miastach z udziałem kibiców. Finał obecnej edycji Ligi Mistrzów ma się odbyć 29 maja.

Liga Mistrzów UEFA: Angielski finał w Stambule

Czeka nas angielski finał obecnej edycji Champions League, już trzeci w historii tych elitarnych rozgrywek. 29 maja na stadionie w Stambule zmierzą się zespoły Manchesteru City i Chelsea Londyn. „The Citizens” w półfinale wyeliminowali Paris Saint-Germain (2:1 i 2:0), a „The Blues” okazali się lepsi od Realu Madryt (1:1 i 2:0).

Przedsmak tegorocznego finału Champions League fani obu zespołów będą mieli już w niedzielę 8 maja. Tego dnia na na swoim stadionie Manchester City zmierzy się w 35. kolejce Premier League z Chelsea Londyn. Dużyna „The Citizens” prowadzi w angielskiej ekstraklasie z dorobkiem 80 punktów i przewagą 13 „oczek” nad drugim w tabeli Manchesterem United, który ma jednak jeden zaległy mecz do rozegrania i tylko dlatego nie można jeszcze ogłosić ekipy prowadzonej przez Pepa Guardiolę nowym mistrzem Anglii. Ale to tylko kwestia czasu, wręcz czysta formalność i niewykluczone, że już w najbliższą niedzielę „Obywatele” w spotkaniu z Chelsea przyklepią tytuł, co oznacza, że tym samym zagwarantują sobie też start w nowej edycji Ligi Mistrzów. Zespół trenera Thomasa Tuchela takiego komfortu nie ma, bo w tabeli Premier League jest na czwartej pozycji, ostatniej z premiowanych awansem do fazy grupowej Champions League. Sęk w tym, że „The Blues” mają za plecami waleczny w tym sezonie zespół West Hamu United (z Łukaszem Fabiańskim w bramce), który zajmuje piątą lokatę i traci do Chelsea tylko trzy punkty. Ale mimo wszystko dla londyńskiego zespołu pewniejszą opcją zakwalifikowania się do nowej edycji Ligi Mistrzów jest zajęcie czwartego miejsca w Premier League, niż w roli obrońcy trofeum, bo liczenie na zwycięstwo w potyczce z Manchesterem City w Stambule to w tej chwili czysta loteria. A 29 maja będziemy świadkami trzeciego w historii Champions League całkowicie angielskiego finału tych rozgrywek. Co ciekawe, Chelsea Londyn znajdzie się w takiej sytuacji już po raz drugi. Za pierwszym razem w sezonie 2007/2008 „The Blues” przegrali po rzutach karnych z Manchesterem United. Drugi angielski finał miał miejsce w sezonie 2018/2019. Wygrał go FC Liverpool pokonując Tottenham Hotspur 2:0.
Zasilany od ponad dekady petrodolarami szejków ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich Manchester City w wielkim finale Ligi Mistrzów zagra po raz pierwszy. W półfinale ekipa prowadzona przez Pepa Guardiolę, który ma już na koncie dwa triumfy w Lidze Mistrzów jako szkoleniowiec FC Barcelona. Co ciekawe, oba odniósł pokonując w finale Manchester United – w sezonie 208/2009 2:0, a w sezonie 2010/2011 3:1.
W tegorocznej edycji „Obywatele” w półfinale wyeliminowali naszpikowany z kolei katarskimi petrodolarami Paris Saint-Germain, rozwiewając chyba definitywnie francuskie marzenia o potędze, bo wygląda na to, że zniechęceni drugim z rzędu niepowodzeniem (przed rokiem PSG w finale uległo Bayernowi Monachium 0:1) paryski klub opuszczą dwaj najdrożsi obecnie piłkarze na świecie – Brazylijczyk Neymar i Francuz Kylian Mbappe. Warto też wspomnieć, że Manchester City w finale europejskich pucharów zagra dopiero po raz drugi w historii, a ten pierwszy raz ma mocny polski akcent, bo w sezonie 1969/1970 „Obywatele” zmierzyli się z Górnikiem Zabrze w nieistniejącym już Pucharze Zdobywców Pucharów i po wyrównanym meczu wygrali 2:1.
Guardiola prowadzi ekipę Manchesteru City od lipca 2016 roku. W tym sezonie ma wreszcie szansę spełnić marzenia arabskich właścicieli klubu i wygrać Ligę Mistrzów. Ale należąca do rosyjskiego miliardera Romana Abramowicza Chelsea Londyn wcale nie stoi na straconej pozycji. Ekipa „The Citizens” w fazie grupowej wygrała pięć meczów i jeden zremisowała, z bnilansem bramkowym 13:1, a potem w fazie play off kolejno wygrywała z Borussią Moenchengladbach (2:0 i 2:0), Borussią Dortmund (2:1 i 2:1) i Paris Saint-Germain (2:1 i 2:0). Ale dorobek Chelsea w tej edycji też budzi podziw. Zespół prowadzony przez niemieckiego trenera Thomasa Tuchela (nawiasem mówiąc wyrzuconego po poprzednim sezonie z Paris Saint-Germain) także przeszli przez fazę grupową bez porażki (cztery zwycięstwa, dwa remisy, bramki 14:2), a potem kolejno: w 1/8 finału wyeliminowali Atletico Madryt (1:0 i 2:0), w ćwierćfinale FC Porto (2:0 i 1:0), a w półfinale Real Madryt (1:1 i 2:0). Jak widać bilans dokonań ekip „The Blues” i „The Citizens” jest podobny, zatem przed finałem Ligi Mistrzów trzeba przyznać obu drużynom po 50 procent szans na zwycięstwo.

Manchester City zgasił gwiazdorów Paris Saint-Germain

Manchester City jest zdecydowanie w najlepszej sytuacji przed rewanżowymi meczami 1/2 finału Ligi Mistrzów. W Paryżu „The Citizens” ograli finalistę poprzedniej edycji Paris Saint-Germain 2:1 i są o krok od wywalczenia awansu. Nieźle też wyglądają szanse Chelsea Londyn po wyjazdowym remisie 1:1 z Realem Madryt. Angielski finał wydaje się jak najbardziej realny.

W półfinale obecnej edycji Champions League nie ma futbolowych biedaków. Real Madryt mimo strat poniesionych podczas pandemii jest niezmiennie zaliczany do wąskiego grona najbogatszych klubów sportowych na świecie bez podziału na sportowe dyscypliny. Za Paris Saint-Germain od 2011 roku stoi kapitał katarskiego konsorcjum finansowego Qatar Sports Investments, na czele którego stoi były tenisista i reprezentant kraju w Pucharze Davisa Nasser bin Ghanim Al-Khelafi. Z kolei od 1 września 2008 roku właścicielem Manchesteru City jest spółka ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich – Abu Dhabi United Group należąca do Szejk Mansour bin Zayed Al Nahyana, która wchodzi w skład City Football Group, holdingu zajmującego się prowadzeniem klubów piłkarskich. Obecni właściciele kupili „The Citizens” za około 200 milionów funtów, a od kiedy nim rządzą zespół z Eihad Stadium zdobył czterokrotnie mistrzostwo Anglii (2012, 2014, 2018, 2019) i za chwilę dokona tego pora piąty (a siódmy w historii klubu), dwukrotnie Puchar Anglii (2011, 2019), trzykrotnie Tarczę Wspólnoty (2012, 2018, 2019) raz sześciokrotnie Puchar Ligi Angielskiej (2014, 2016, 2018, 2019, 2020, 2021). W kolekcji trofeów „Obywateli” wciąż jednak nie ma tego najcenniejszego pucharu – za wygranie rozgrywek Ligi Mistrzów. Z takim samym niedoborem boryka się też Paris Saint-Germain, lecz już wiadomo, że w tym sezonie któryś z tych dwóch zespołów nie zaspokoi ambicji swoich właścicieli. Po środowym meczu na Parc des Princes w Paryżu, wygranym przez Manchester City 2:1, wszystkie znaki na ziemi i niebie zwiastują, że awans do finału świętować będą szejkowie z Abu Dhabi.
Drużyna trenera Pepa Guardioli do przerwy przegrywała z Paris Saint-Germain 0:1 i był to najniższy wymiar kary, jaki mógł ją spotkać ze strony Kyliana Mbappe, Neymara i spółki. Ale po zmianie stron role nieoczekiwanie się odwróciły i na boisku zaczęła dominować ekipa „The Citizens”, w której pierwsze skrzypce grał Belg Kevin de Bruyne, wspierany mocno przez Niemca Ilkaya Gundogana, a w ataku przez wschodzącą gwiazdę angielskiego futbolu Phila Fodena. Presji nie wytrzymał bramkarz Keylor Navas, który wcześniej wielokrotnie ratował swój zespół, ale w środę popełnił koszmarny błąd przepuszczając lekkie dośrodkowanie de Bruyne, po którym piłka wpadła do bramki paryżan. A chwile później było już 2:1, gdy ustawieni w murze gracze PSG przepuścili strzał Riyada Mahreza, a od 77. minuty po czerwonej kartce dla Idrissa Gueye za brutalny wślizg stało się jasne, że paryżanie już nie odrobią straty w tym spotkaniu. Zawiódł kompletnie Kylian Mbabbe. Z meczowych statystyk wynika, że francuski gwiazdor nie oddał ani jednego strzału na bramkę rywali, co zdarzyło mu się po raz pierwszy w Lidze Mistrzów. Niewiele więcej wniósł do gry Neymar, a warto przypomnieć, że to najdrożsi aktualnie piłkarze na świecie. Obaj kosztowali katarskich właścicieli PSG blisko pół miliarda euro. Mbappe w ćwierćfinale przyczynił się do wyeliminowania Bayernu Monachium, strzelając w wygranym na Allianz Arenie 3:2 pierwszym meczu dwa gole. Ale już w przegranym u siebie 0:1 rewanżu z obrońcami tytułu bramkowego dorobku nie powiększył, a po spotkaniu z Manchesterem City wciąż ma na liczniku osiem trafień w tej edycji Ligi Mistrzów i raczej już znikome szanse na wyprzedzenie lidera klasyfikacji strzelców Norwega Erlinga Haalanda (ma na koncie 10 goli). Jeszcze mniejsze szanse na to ma Neymar, który z sześcioma bramkami jest trzeci w zestawieniu, na spółkę z Olivierem Giroud z Chelsea Londyn i Karimem Benzemą z Realu Madryt. W ekipie Manchesteru City najlepsi strzelcy to de Bruyne, Foden, Torres i Gundogan, ale oni maja po trzy trafienia na koncie, a Mahrez, Gabriel Jesus i Sergio Aguero po dwa. Ale to oznacza, że Pep Guardiola ma w swojej drużynie liczną grupę graczy potrafiących strzelać gole, co w tej chwili wydaje się opcją zdecydowanie bardziej opłacalną niż opieranie gry zespołu na sile gwiazd. Przekonała się o tym w tym sezonie FC Barcelona z Leo Messim, Juventus z Cristiano Ronaldo, Bayern bez kontuzjowanego Roberta Lewandowskiego, a teraz doświadcza tego Paris Saint-Germain.