Lewy się rozkręca

Fot. Robert Lewandowski w tym sezonie zdobył już 19 bramek, z tego 6 w Lidze Mistrzów i 9 w Bundeslidze

 

 

Robert Lewandowski zdobył dwie bramki dla Bayernu Monachium w wygranym 3:0 ligowym meczu z FC Nuernberg. Kapitan reprezentacji Polski w tym sezonie strzelił już we wszystkich rozgrywkach 19 goli i jest skuteczniejszy od Neymara i Messiego.

 

W obecnym sezonie Lewandowski we wszystkich rozgrywkach rozegrał 20 meczów, w których strzelił 19 goli, co czyni go najskuteczniejszym strzelcem w pięciu najsilniejszych ligach europejskich (angielskiej, niemieckiej, hiszpańskiej, włoskiej i francuskiej). Kapitan reprezentacji Polski o jedno trafienie wyprzedza brazylijskiego asa Paris Saint-Germain Neymara i o dwa trafienia argentyńskiego gwiazdora Barcelony Leo Messiego (w miniony weekend też strzeli dwa gole i ma ich na koncie 17). W Lidze Mistrzów „Lewy” prowadzi na spółkę z Messim w klasyfikacji strzelców – obaj mają po sześć bramek na koncie. W Bundeslidze Polak z dorobkiem dziewięciu bramek jest trzeci w wśród najskuteczniejszych – o jedno trafienie lepsi od niego są Paco Alcacer z Borussii Dortmund i Luka Jović z Eintrachtu Frankfurt, a tyle samo goli na koncie co „Lewy” mają też Marco Reus z Borussii Dortmund i Sebastien Haller z Eintrachtu Frankfurt.

Niemieckie media znów wychwalają polskiego napastnika i przytaczają jego niebywałe strzeleckie statystyki. Okazało się, że dwa gole wbite drużynie z Norymbergi to był 47. „dwupak” uzyskany przez naszego piłkarza w Bundeslidze. Lepszy pod tym wzgledem jest od niego tylko legendarny Gerg Mueller, który meczów z podwójnymi trafieniami ma na koncie 55. Statystycy wyliczyli te, że mecz z FC Nuernberg był dla Lewandowskiego jubileuszowymj, 50. występem w Bundeslidze, w którym zdobywa więcej niż jednego gola. Pod tym względem znów lepszy od niego jest Gerd Mueller (87), ale w klasyfikacji wszech czasów „Lewego” wyprzedza jeszcze jego niedawny trener Jup Heynckes, który takich spotkań zaliczył 51. W 270 występach w Bundeslidze Lewandowski strzelił już 189 goli.

Drużyna z Monachium podniosła się po serii rozczarowujących wyników. Mistrz Niemiec zawodził zwłaszcza w Bundeslidze, remisując z Freiburgiem (1:1), Fortuną Duesseldorf (3:3) i przegrywając mecz na szczycie z Borussią Dortmund (2:3), wygrał jednak dwa ostatnie spotkania ligowe i dzięki temu nie pozwolił Borussii Dortmund na powiększenie punktowej przewagi. Ekipa z Dortmundu wyprzedza jednak monachijczyków o dziewięć „oczek” i na razie nie widać po niej żadnych symptomów kryzysu. W miniony weekend pokonała na wyjeździe Schalke 2:1. Łukasz Piszczek rozegrał cały mecz i zaliczył udany występ. Jakuba Błaszczykowskiego nie było nawet w kadrze meczowej VfL Wolfsburg (2:2 z Hoffenheim), a Marcin Kamiński (Fortuna Duesseldorf) zagrał słabo w przegranym 1:3 spotkaniu z Werderem.

 

Liga Mistrzów UEFA: Dwa gole Lewandowskiego w jubileuszowym występie

Z polskich piłkarzy rywalizujących w obecnej edycji Champions League jedynie Robert Lewandowski zaliczył udany występ w 4. kolejce spotkań. Kapitan reprezentacji Polski zdobył dwie bramki dla Bayernu Monachium w meczu z AEK Ateny (2:0). Był to setny występ „Lewego” w europejskich pucharach.

 

Swój setny mecz w europejskich pucharach Lewandowski okrasił jak na piłkarskiego snajpera przystało, strzeleniem dwóch gol. Kapitan reprezentacji Polski otworzył wynik w 30. minucie pewnie egzekwując rzut karny. Przy okazji futbolowi statystycy ogłosili, że „Lewy” jeszcze nigdy nie zmarnował „jedenastki” w Lidze Mistrzów. Drugie trafienie uzyskał w 71. minucie już z gry, pakując piłkę z pięciu metrów do siatki. Dzięki dwóm bramkom nasz znakomity piłkarz poprawił swój dorobek do 49 goli i awansował na szóste miejsce w klasyfikacji wszech czasów strzelców Champions League, wyprzedzając Ukraińca Andrija Szewczenkę i Szweda Zlatana Ibrahimovicia.

 

Pościg Lewego za Benzemą

Lewandowski dzieli tę lokatę z legendarnym Argentyńczykiem w hiszpańskich barwach Alfredo di Stefano, ale pewnie niedługo. Teraz celem „Lewego” jest przeskoczenie wyprzedzających go w zestawieniu Francuza Thierry’ego Henry i Holendra Ruuda van Nistelrooy’a, którzy maja po 50 goli na koncie. Na dogonienie czołowej czwórki nie ma szans – czwarty na liście Francuz Karim Benzema ma 59 goli i wciąż powiększa swój dorobek. W 4. kolejce także zaliczył dwa trafienia w spotkaniu z Viktorią Pilzno. Trzeci w stawce Hiszpan Raul Gonzalez już dawno zakończył karierę, ale ma na koncie 72 gole i na razie nie musi obawiać się zepchnięcia z podium. Podobnie jak drugi Argentyńczyk Lionel Messi z dorobkiem 105 bramek oraz prowadzący w klasyfikacji Portugalczyk Cristiano Ronaldo, który w środę w meczu z Manchesterem United strzelił w Lidze Mistrzów po raz 121.

W klasyfikacji strzelców obecnej edycji Ligi Mistrzów Lewandowski znacznie jednak poprawił swoją lokatę. Z czterem trafieniami zajmuje drugie miejsce na spółkę z Anglikiem Harry’m Kane’m z Tottenhamu i Argentyńczykiem Paulo Dybala z Juventusu Turyn. Przed nimi z jednym golem więcej znajdują się Messi i Bośniak Edin Dzeko z AS Roma. Za tą piątką graczy z trzema bramkami na koncie plasują się Benzema, Francuz Antoine Griezmann (Atletico Madryt), Argentyńczyk Mauro Icardi (Inter Mediolan), Włoch Lorenzo Insigne (SSC Napoli), Brazylijczyk Gabriel Jesus (Manchester City, Chorwat Andrej Kramarić (Hoffenheim), Malijczyk Moussa Marega (FC Porto), Brazylijczyk Neymar (Paris Saint-Germain i Hiszpan David Silva (Manchester City). Rywalizacja o korone króla strzelców rozgrywek zapowiada się w tym sezonie na wyrównaną i przez to emocjonującą.

 

Zły czas dla Kamila Glika i Piszczka

Trwa kryzys AS Monaco. Drużyna Kamila Glika jest w katastrofalnym położeniu na wszystkich frontach. W grupie A Ligi Mistrzów jest na dnie tabeli, a do trzeciego FC Brugge traci trzy punkty. Ponieważ w dwóch ostatnich kolejkach zmierzy się z Atletico Madryt i Borussią Dortmund, trudno oczekiwać od ekipy z Księstwa Monako choćby zajęcia lokaty dającej prawo gry w Lidze Europy. Zmiana trenera Leonardo Jardima na Thierry’ego Henry nie przyniosła przełamania ani w krajowej lidze, ani w Champions League. AS Monaco nie potrafi wygrać meczu od 11 sierpnia. Porażkę u siebie 0:4 z FC Brugge Kamil Glik od 72. minuty przeżywał w szatni, bo musiał opuścić boisko z powodu kontuzji. Jego występy w reprezentacji Polski z Czechami i Portugalią stanęły pod znakiem zapytania.

We wtorkowy wieczór Łukasz Piszczek wyszedł na boisko w podstawowym składzie Borussii Dortmund. Były reprezentant Polski zaliczył tym samym 44. występ w Lidze Mistrzów w barwach tej drużyny, wyrównując klubowy rekord należący do Stefana Reutera, ikony dortmundczyków z lat 90. Nasz piłkarz zapewne już w następnej kolejce zostanie samodzielnym rekordzistą, ale wtorkowego występu przeciwko Atletico Madryt na stadionie Wanda Metropolitano nie zaliczy do udanych. Borussia przegrała 0:2 i chociaż awans do następnej fazy rozgrywek ma już de facto zapewniony, to gładka porażka po meczu sprzed dwóch tygodni, którym ekipa BVB rozgromiła Atletico u siebie 4:0, może świadczyć o lekkiej zadyszce dortmundczyków. A przecież w sobotę czeka ich mecz na szczycie Bundesligi z Bayernem Monachium.

 

Wpadki Szczęsnego i Krychowiaka

Krychowiak wtorkowej potyczki z FC Porto nie zapisze po stronie udanych występów. Reprezentant Polski zagrał przeciętnie, a jeszcze zawinił przy utracie pierwszej bramki, bo najpierw nie przerwał akcji w środku pola, a później nie upilnował rywala w polu karnym.

W jeszcze gorszym nastroju był zapewne jego dobry kolega z kadry Wojciech Szczęsny, który w meczu Juventusu Turyn z Manchesterem United (1:2) nie popisał się przy drugiej straconej bramce. Dla naszego reprezentacyjnego bramkarza ten mecz był podwójnie ważny, bo po drugiej stronie boiska między słupkami popisywał się David de Gea, jego być może przyszły konkurent w bramce Juventusu. Szczęsny zebrał za swój występ słabe oceny, chociaż w innych sytuacjach spisywał się bez zarzutu, a pod koniec meczu uratował swój zespół od utraty trzeciej bramki.

Arkadiusz Milik popisy kolegów z SSC Napoli w starciu z Paris Saint-Germain obejrzał z ławki rezerwowych, a Piotr Zieliński zaliczył kwadrans, lecz nie zachwycił. Takich mamy piłkarzy.

 

Liga Mistrzów UEFA: Trzy zespoły z kompletem punktów

Rozgrywki Chapions League osiągnęły półmetek. Po trzech kolejkach spotkań tylko Borussia Dortmund, Juventus Turyn i FC Barcelona nie straciły punktów, a dwa pierwsze z wymienionych nie straciły nawet gola. Z polskich piłkarzy udane występy zanotowali Robert Lewandowski, Wojciech Szczęsny i Łukasz Piszczek.

 

Bayern Monachium po rewelacyjnym początku sezonu popadł w kryzys, za który niemieckie media obwiniły głównie trenera Niko Kovaca. Bawarczycy zaliczyli serię wpadek – ledwie zremisowali z Augsburgiem 1:1, potem przegrali z Herthą Berlin 0:2, zremisowali w Lidze Mistrzów z Ajaksem Amsterdam 1:1 i na koniec dostali ciężkie lanie od Borussii M’ngladbach 0:3. Kryzys mistrzów Niemiec stał się głównym tematem w sportowych mediach po drugiej stronie Odry, a że krytyka była potężna, to w końcu szefowie Bayernu zwołali specjalną konferencję i zrugali na niej dziennikarzy za łamanie wszelkich zasad. Ten wstrząs podziałał chyba jednak także na piłkarzy, bo po przerwie na mecze reprezentacji monachijczycy wrócili na zwycięską ścieżkę. Najpierw pokonali w Bundeslidze VfL Wolfsburg 3:1, a w miniony wtorek odnieśli cenne zwycięstwo w Lidze Mistrzów, wygrywając na wyjeździe z AEK w Atenach 2:0.

 

Lewy w ”10” najskuteczniejszych

Znaczący udział w tych zwycięstwach miał Lewandowski, który w meczu z Wolfsburgiem strzelił dwa gole i zaliczył asystę, a w Atenach zdobył swoją kolejną bramkę w Champions League. Niemieckie media zgodnie podkreślają, że Bayern jest teraz zależny od polskiego piłkarza jak nigdy wcześniej, bo inni ofensywni gracze tej drużyny, zwłaszcza Thomas Mueller, Franck Ribery i Arjen Robben, są w ewidentnie słabszej formie.

Zmianę w hierarchii najlepiej ilustruje finał scysji, do jakiej na boisku w Atenach doszło między Lewandowskim a Robbenem. Holender miał do naszego piłkarza pretensje, że mu nie podał piłki, ale nagabywany na tę okoliczność przez dziennikarzy, skwitował sprawę krótko i w zgoła nie gwiazdorskim stylu: „Nie róbcie sensacji tam, gdzie ich nie ma. Takie rzeczy w meczu się zdarzają. Owszem, powinien podać piłkę w tamtej sytuacji, ale przecież ja te nie jestem bez grzechu. Wiadomo, że czasami też powinienem więcej się rozglądać na boisku”.

Dla Lewandowskiego gol strzelony ekipie AEK Ateny był szczególny, bo było to jego 47. trafienie w Lidze Mistrzów. Kapitan polskiej reprezentacji z tym dorobkiem zajmuje obecnie dziesiąta lokatę klasyfikacji wszech czasów. Za jego plecami zostali legendarni snajperzy Eusebio i Filippo Inzaghim, a przed nim szansa na wyprzedzenie kolejnych sław – Szweda Zlatana Ibrahimovicia i Ukraińca Andrija Szewczenkę (obaj mają po 48 trafień), legendarnego asa Realu Madryd Alfredo di Stefano (49 goli), Francuza Thierrego Henry (50 goli). W tym sezonie „Lewy nie ma raczej szans na dogonienie piątego w klasyfikacji Holendra Ruuda van Nistelroya (56 goli), a tym bardziej Francuza Karima Benzemy, bo on mimo słabej formy Realu Madryt do swoich obecnych 57 trafień na pewno w obecnych rozgrywkach coś dorzuci. Na czele klasyfikacji znajduje się Cristiano Ronaldo (120 bramek), drugi jest Leo Messi (103), a trzeci Raul (71). Żadnemu z nich Benzema, ani tym bardziej Lewandowski zagrozić w najbliższym czasie nie są w stanie, w Portugalczykowi i Argentyńczykowi raczej w ogóle.

 

Piszczek bliski klubowego rekordu

Z innych naszych piłkarzy powody do zadowolenia po trzeciej kolejce Ligi Mistrzów mieli też Łukasz Piszczek i Wojciech Szczęsny. Pierwszy zaliczył bardzo udany występ, a jego Borussia Dortmund rozgromiła aż 4:0 słynące przecież z żelaznej defensywy Atletico Madryt. Piszczek zebrał za swój występ wysokie noty. Niemieckie media doceniły nie tylko jego skuteczną postawę w defensywie, co poskutkowało powstrzymaniem kilku niebezpiecznych szarż „Los Rojiblancos”. „Był pewny i dynamiczny jak za najlepszych lat” – pisano w recenzjach. Mecz z Atletico był 43. występem Piszczka w Lidze Mistrzów, a że wszystkie zaliczył w barwach Borussii, niemal dogonił w liczbie gier klubowego rekordzistę Stefana Reutera. Niemiec ma jednak na koncie 44 spotkania i tego wyniku już nie poprawi, co oznacza, że Polak jeszcze w tej edycji zostanie nowym rekordzistą w ekipie BVB, która na półmetku prowadzi w swojej grupie z kompletem punktów i bilansem ośmiu strzelonych goli przy zerowych stratach.

Z kompletem zwycięstw i zerowym kontem po stronie strat bramkowych jest też Juventus Turyn, w czym sporą zasługę ma nasz reprezentacyjny bramkarz Wojciech Szczęsny. Ekipa „Starej Damy” w trzeciej kolejce pokonała na wyjeździe Manchester United 1:0. Media oczywiście najwięcej uwagi poświęciły powrotowi Cristiano Ronaldo na Old Trafford, ale zauważyły też bezbłędny występ Szczęsnego.

 

Ekipa PSG poskromiona przez Napoli

Niepokonany w krajowej lidze paryski potentat w Champions League już tak dobrze sobie nie radzi. W trzech meczach wygrał tylko ze słabiutką Crveną Zvezdą Belgrad, ale przegrał starcie z Liverpoolem, a teraz na własnym boisku nie poradził sobie też z SSC Napoli. Bramkę na 2:2 paryżanie zdobyli niemal w ostatnich sekundach spotkania. Dwaj nasi piłkarze grający we włoskim zespole tym razem wystąpili w roli rezerwowych. Piotr Zieliński pojawił się na boisku w 53. minucie, natomiast Arkadiusz Milik wszedł dopiero w samej końcówce, zmieniając w 84. minucie strzelca jednego z goli Driesa Mertensa.
Grzegorz Krychowiak dostał dobre noty, ale jego Lokomotiw Moskwa przegrał z FC Porto 1:3 i na półmetek dojechał z zerowym kontem. Tak samo jak AS Monaco Kamila Glika, które w tym sezonie fatalnie. Ale mecz z Club Brugge zawalił nasz reprezentant.

 

Trener bez drużyny

Biało-czerwoni nie wygrali żadnego z czterech meczów rozegranych pod wodzą Jerzego Brzęczka. Nie dziwi więc, że atmosfera w kadrze i wokół niej, już przecież duszna po nieudanym mundialu w Rosji, zrobiła się fatalna.

 

Miesiąc temu w Bolonii Jerzy Brzęczek w swoim debiucie w roli selekcjonera zremisował z Włochami 1:1. W minioną niedzielę na Stadionie Śląskim przegrał 0:1, ale gdyby nie fenomenalnie usposobiony Wojciech Szczęsny, biało-czerwoni pewnie przegraliby czterema lub nawet pięcioma bramkami. Co się takiego stało przez ten miesiąc, że włoski zespół zrobił się tak przytłaczająco lepszy, a nasz taki żenująco słaby? Niefortunnie dobrana przez selekcjonera taktyka chyba nie wyjaśnia sprawy. Wygląda raczej na to, że coś się w polskiej reprezentacji skończyło, a nowe jeszcze nie zaczęło. I co gorsza nic nie zapowiada, żeby miało się zacząć.

 

Motory zostały wyeksploatowane?

Przez ostatnie pięć lat motorem napędowym naszej narodowej drużyny był Robert Lewandowski. Wystarczy rzucić okiem na jego niebotyczne statystyki. Ale oprócz niego w tym okresie swój dobry czas mieli Kamil Glik, Łukasz Piszczek, Grzegorz Krychowiak, Kamil Grosicki, Maciej Rybus, Michał Pazdan, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański, a swoje trzy grosze dołożyli też mimo trapiących ich kontuzji Jakub Błaszczykowski i Arkadiusz Milik. Z tego grona jak na razie definitywnie odpadł tylko Piszczek, który po mundialu ogłosił zakończenie reprezentacyjnej kariery, poza kadrą jest znajdujący sie w słabej formie Pazdan, a na ostatnim zgrupowaniu zabrakło kontuzjowanego Rybusa.

Wymienieni piłkarze mają za sobą wygrane eliminacje do mistrzostw Europy w 2016 roku i mistrzostw świata w 2018. No i oczywiście występy w tych prestiżowych turniejach – udany w Euro 2016 i nieudany na tegorocznym mundialu w Rosji. Pytanie o to, czy mają w sobie jeszcze dość ikry, żeby skutecznie zawalczyć o awans do kolejnego wielkiego turnieju, Euro 2020, bynajmniej nie jest bezzasadne. Ani Adam Nawałka, ani teraz Jerzy Brzęczek, nie potrafili znaleźć lepszych od nich graczy. Na rosyjskim mundialu do poziomu prezentowanego przez weteranów zbliżyli się w zasadzie tylko Dawid Kownacki i Jan Bednarek, a teraz nadzieję na to daje rewelacyjnie spisujący się w tym sezonie w Serie A Krzysztof Piątek.

 

Weteranów lepiej nie wkurzać

Na wielkie wietrzenie szatni i personalne rewolucje Brzęczek pozwolić sobie nie może, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek postawił mu do zrealizowania jasny cel, jakim jest awans do Euro 2020, a póki co jeszcze nie było losowania grup eliminacyjnych i przyszli rywale nie są znani. Nie można jednak wykluczyć, że gdy już znani będą, a okażą się przeciwnikami do przejścia tylko w teorii, wiosną kilku weteranów może uznać, że dalsza gra w nie rokującej sukcesów reprezentacji przyniesie im więcej strat niż korzyści i podąży śladem Piszczka. A dzisiaj naprawdę trudno sobie wyobrazić naszą narodową drużynę bez Glika, Krychowiaka i Lewandowskiego, a jeśli ktoś ma taką bujną wyobraźnię i liczy, że Dźwigała, Reca, Szymański i Piątek dadzą radę, to przecież w listopadzie można ten wariant sprawdzić w spotkaniu z Portugalią.

W takiej sytuacji żaden rozsądny trener nie zadziera z elitą kadry, tak jak po meczu z Włochami zrobił to Brzęczek, gdy na konferencji prasowej zaatakował Lewandowskiego za jego krytyczną wypowiedź o złym wyborze taktyki. Po pierwsze, jako kapitan reprezentacji miał do tego prawo, a po drugie – kadra Polski nie jest niczyim prywatnym folwarkiem, ani też obozem pracy przymusowej i bezwzględny posłuch w niej nie obowiązuje, bo każdy z reprezentantów ma prawo uważać się za jej pełnoprawnego członka. Także w publicznych wypowiedziach.

 

Szacunek podstawą udanej współpracy

Tym bardziej, że większość kadrowiczów ma w swoim piłkarskim CV podległość trenerom o znacznie mocniejszych w tym fachu nazwiskach. Lewandowski pracował pod wodzą Juergena Kloppa, Pepa Guardioli i Juppa Heynckesa, Kamila Glika trenował Leonardo Jardim, Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański w Arsenalu Londyn mieli za szefa Arsena Wengera, a Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w Neapolu mają teraz do czynienia z Carlo Ancelottim. A kto wydziera się na tych piłkarzy i publicznie kwestionuje ich zawodowe kompetencje? Były trener III-ligowego Rakowa Częstochowa, I-ligowego GKS Katowice oraz ekstraklasowych Lechii Gdańsk i Wisły Płock. Brzęczek swoimi zawodowymi dokonaniami szału w reprezentacyjnej szatni nie zrobił, a teraz jeszcze pogorszył swoje relacje w weteranami, a przynajmniej ich częścią.

Adam Nawałka na początku też miru u piłkarzy nie miał, a zaczął też słabo, bo od porażki ze Słowacją i remisu z Irlandią. Potem jednak w kolejnych 13 meczach przegrał tylko raz i tym zyskał zaufanie zawodników. Tymczasem Brzęczek w ciągu miesiąca z selekcjonera reprezentacji, który jeszcze nie przegrał meczu, stał się selekcjonerem, który jeszcze nie wygrał meczu. Najgorsze jest jednak to, że w żadnej sferze pracy z kadrą niczego w znaczący sposób nie poprawił, a w tym, co dla nas, kibiców, jest najistotniejsze, czyli w jakości gry, znacząco pogorszył. Gdyby nie Szczęsny, Włosi wygraliby w niedzielę z 5:0, choć wcale nie grali genialnie. Po prostu grali.

 

Piszczek buduje akademię

Były reprezentant Polski Łukasz Piszczek rozwija akademię piłkarską w rodzinnych Goczałkowicach-Zdroju. W tym tygodniu piłkarz uroczyście otworzył inwestycję wartą ponad osiem milionów złotych.

 

Kompleks sportowy powstaje na miejscu byłego boiska LKS Goczałkowice-Zdrój oraz w jego bezpośrednim sąsiedztwie. W jego skład wejdą dwa pełnowymiarowe boiska hybrydowe, trzecie mniejsze ze sztuczną nawierzchnią oraz budynek klubowy z pełnym zapleczem. Drużyna grająca w grupie drugiej czwartej ligi śląskiej do czasu zakończenia inwestycji wszystkie mecze rozgrywa na wyjeździe. Chociaż Piszczek dopiero w poniedziałek dokonał „wbicia pierwszej łopaty”, to prace przy budowie obiektu trwają już od dawna i są mocno zaawansowane.

„Myślę, że dzieci będą miały tu dobre warunki, aby się rozwijać nie tylko sportowo, ale też jako ludzie” – powiedział Piszczek, który pochodzi z Goczałkowic i wciąż mocno się z tą miejscowością identyfikuje. Jego fundacji powstała w 2017 roku. W zarządzie, którego prezesem jest on sam, są jeszcze ojciec Kazimierz Piszczek oraz Michał Zioło.

Według planów z początkiem 2019 roku ma się rozpocząć proces rekrutacyjny do czterech drużyn w kategoriach wiekowych żak młodszy, żak, orlik młodszy, orlik). Inwestycja, która została w połowie dofinansowana przez ministerstwo sportu i turystyki ze środków Funduszu Rozwoju Kultury Fizycznej, ma wartość 8 893 954 zł. W lipcu 2017 podpisano porozumienie pomiędzy władzami gminy Goczałkowice a Fundacją Łukasza Piszczkiem o realizacji wspólnego przedsięwzięcia. Właścicielem terenu jest gmina, która wydzierżawiła Fundacji teren na 30 lat. „Czułam, że wróci i zrobi tutaj coś wspaniałego. Cieszę się, że nasze dzieci będą mogły się szkolić pod jego okiem” – podkreśliła wójt gminy Gabriela Placha.

 

Strzelecki popis Neymara w Lidze Mistrzów

Drugą kolejkę Ligi Mistrzów zdominowały wyczyny trzech wielkich graczy – Neymara, Paulo Dybali i Leo Messiego. Pierwszy strzelił trzy gole w wygranym przez Paris Saint-Germain 6:1 meczu z Crveną Zvezdą Belgrad, drugi także zaliczył hat-tricka dla Juventusu w potyczce z Young Boys Berno, a trzeci zdobył dwie bramki na Wembley w zwycięskim 4:2 starciu z Tottenhamem.

 

W kanonadzie paryskiego zespołu główną rolę odegrał Neymar, ale Crvena Zvezda to jeden ze słabszych zespołów w tej edycji Ligi Mistrzów. O tym, czy Brazylijczyk wybije się wreszcie w tych rozgrywkach na pierwszy plan, przekonamy się zapewne po zakończeniu fazy grupowej. To była udana kolejka nie tylko dla Paris Saint-Germain, Barcelony i Juventusu Turyn, ale też dla Borussii Dortmund, SSC Napoli, Atletico Madryt, Interu Mediolan, Manchesteru City, AS Roma, FC Porto, Schalke, a już szczególnie dla CSKA Moskwa, bo rosyjski zespół pokonał na własnym stadionie obrońcę tytułu Real Madryt 1:0. „Królewscy” przez tą porażkę znaleźli się na drugim biegunie, w towarzystwie innych pognębionych w tej serii spotkań potęg aspirujących do triumfu w obecnej edycji Ligi Mistrzów – Bayernu Monachium, Liverpoolu i Manchesteru United. „Nie jesteśmy słabi” – przekonywał po meczu w Moskwie trener Realu Julen Lopetegui, ale jego zespół ma ostatnio kiepską passę – w krajowej lidze przegrał 0:3 z Sevillą i zremisował 0:0 z Atletico, a teraz stracił komplet punktów z CSKA w Champions League. Te trzy nieudane występy mają jeden wspólny mianownik, w żadnym z nich graczom „Królewskich” nie udało się strzelić gola. Jeśli ta niemoc się utrzyma, kibice na Santiago Bernabeu zatęsknią za Cristiano Ronaldo.

Genialny portugalski piłkarz tym razem nie powiększył swojego dorobku bramkowego, bo musiał odcierpieć karę dyskwalifikacji za czerwoną kartkę w poprzedniej kolejce. Pod jego nieobecność zespół Juventusu rozbił 3:0 szwajcarskiego przeciętniaka, a w roli bezlitosnego egzekutora wystąpił wciąż niedoceniany w turyńskim klubie Argentyńczyk polskiego pochodzenia Paulo Dybala. Cristiano Ronaldo jego snajperskim wyczynem nie musi się przejmować, zdecydowanie bardziej zapewne niepokoją go kolejne gole Leo Messiego. As”Dumy Katalonii” w obecnych rozgrywkach z pięcioma trafieniami prowadzi w klasyfikacji strzelców, a w sumie ma już na koncie w Lidze Mistrzów 105 bramek. Do prowadzącego w zestawieniu wszech czasów CR7 brakuje mu jednak 15 goli, ale jeśli w takim tempie będzie odrabiał straty, może szybko dogonić Portugalczyka.

Najlepszym Polakiem na liście snajperów jest Robert Lewandowski, lecz kapitan naszej narodowej drużyny w tej kolejce nie powiększył swojego dorobku 46 goli. Bayern na swoim stadionie z trudem zremisował z Ajaksem Amsterdam 1:1. „Lewy” wypadł w tym spotkaniu bezbarwnie, ale równie słabo zagrali wszyscy podopieczni trenera Niko Kovaca. Mistrzowie Niemiec po znakomitym początku sezonu wpadli w dołek i w miniony weekend po porażce z Herthą Berlin stracili prowadzenie w Bundeslidze na korzyść Borussii Dortmund, a po remisie z Ajaksem także w grupie E Ligi Mistrzów na rzecz mistrza Holandii.
Z polskich piłkarzy najwięcej powodów do zadowolenia mogli mieć Wojciech Szczęsny (zerowe konto w wygranym przez Juventus 3:0 spotkaniu z Young Boys), Łukasz Piszczek (dobry występ w wygranym 3:0 meczu z AS Monaco) i Łukasz Skorupski (także bez straty gola w wygranym przez AS Roma 5:0 spotkaniu z Viktorią Pilzno). O Lewandowskim była już mowa, zaś Grzegorz Krychowiak, którego Lokomotiw Moskwa (bez kontuzjowanego Macieja Rybusa) przegrał 0:1 z Schalke, tracą gola w ostatnich sekundach spotkania. W najgorszym nastroju z naszych reprezentantów jest jednak Kamil Glik, bo jego AS Monaco w tym sezonie jest „chłopcem do bicia” nie tylko w Lidze Mistrzów, ale też we francuskiej ekstraklasie.

 

Messi rozpoczął wyścig strzelców

W pierwszej kolejce Champions League najwyższe zwycięstwo odniosła Barcelona (4:0), a jej as Leo Messi ustrzelił hat-tricka i zmniejszył dystans do lidera wszech czasów Cristiano Ronaldo. Robert Lewandowski też miał powody do zadowolenia, bo jego gol strzelony w meczu z Benficą Lizbona dał mu awans na 9. miejsce w tej klasyfikacji.

 

Messi strzelił trzy gole dla Barcelony we wtorkowym meczu z PSV Eindhoven (4:0). Argentyńczyk po tym wyczynie ma już na koncie 103 trafienia w Lidze Mistrzów, ale w klasyfikacji wszech czasów zajmuje drugą lokatę, bo liderem ze 120 bramkami jest Cristiano Ronaldo. 33-letni Portugalczyk w tej kolejce nie poprawił swojego dorobku, bo w środowym meczu Juventusu Turyn z Valencią wyleciał z boiska z czerwoną kartką po niespełna pół godzinie gry. Był tak wściekły na niemieckiego arbitra Feliksa Brycha, że schodząc z boiska dosłownie popłakał się ze złości.

Miał ku temu powód, bo kara za lekkie potarganie czupryny symulującego faul gracza Valencii była mocno na wyrost. Cristiano Ronaldo będzie teraz z niepokojem oczekiwał na werdykt organu dyscyplinarnego UEFA, bo jeśli jego zachowanie zostanie ocenione jako agresywne i niesportowe, może dostać nawet trzy mecze dyskwalifikacji. A jego najgroźniejsi konkurenci do sławy i piłkarskich splendorów z pewnością nie zmarnują tego czasu. Hat-trick Messiego jest sygnałem, że Argentyńczyk po nieudanych dla niego mistrzostwach świata w Rosji będzie chciał odrobić wizerunkowe straty właśnie w Lidze Mistrzów.

 

Zacięty wyścig snajperów

W poprzedniej edycji najskuteczniejszym strzelcem rozgrywek był Cristiano Ronaldo, który z dorobkiem 120 trafień prowadzi też zdecydowanie w klasyfikacji strzelców Ligi Mistrzów wszech czasów. Messi ma w tej chwili 17 goli mniej, ale jeśli utrzyma strzelecką dyspozycję, ten dystans może już w tym sezonie znacznie zniwelować. Rywalizacja tych dwóch genialnych piłkarzy o miano najlepszego gracza XXI wieku toczy się na poziomie niedostępnym dla innych zawodników. W klasyfikacji wszech czasów w czołowej „10” zestawienia z czynnych graczy są jeszcze tylko Karim Benzema i Robert Lewandowski. Francuski napastnik Realu Madryt ma na koncie 56 trafień i zajmuje na spółkę z Holendrem Ruudem van Nistelrooyem czwartą lokatę. Przed nimi, oprócz rzecz jasna prowadzących na liście Cristiano Ronaldo i Messiego, jest jeszcze trzeci w klasyfikacji wszech czasów Raul Gonzalez. Ten fantastyczny przed laty snajper w Lidze Mistrzów strzelił 71 goli i na razie nie musi obawiać się utraty trzeciego miejsca na podium. Benzema ma do niego 15 bramek straty i w tym sezonie raczej na pewno tego dystansu nie odrobi.

Nie ma na to szans także Lewandowski. Kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji jest już od dawna najskuteczniejszym Polakiem w rozgrywkach o europejskie puchary, a w Lidze Mistrzów zwłaszcza. Przed tym sezonem w klasyfikacji wszech czasów zajmował 10. pozycję z dorobkiem 45 goli, po trafieniu w środowym spotkaniu z Benficą Lizbona „Lewy” awansował na 9. miejsce i dzieli je ze znakomitym przed laty włoskim napastnikiem Filippo Inzaghim. Do wspomnianego Benzemy Polak traci 10 bramek, ale trzech kolejnych graczy na liście może wyprzedzić już wkrótce. Szósty w zestawieniu Francuz Thierry Henry ma na koncie 50 goli, a zajmujący na spółkę siódmą lokatę Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic po 48. Cała trójka nie ma już szans na poprawienie swojego dorobku, więc awans na szóste miejsce już w tym sezonie jest jak najbardziej w zasięgu możliwości Lewandowskiego. Zwłaszcza, że prezentuje wyśmienitą formę, podobnie jak cała drużyna Bayernu.

Gol strzelony Benfice przez „Lewego” był jego 400. w zawodowej karierze. Tym samym kapitan biało-czerwonych wszedł do elitarnego klubu najwybitniejsi strzelców. Na jego dorobek składają się bramki zdobyte w czterech najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce, w Bundeslidze, Lidze Europy, Lidze Mistrzów, w meczach krajowych pucharów w Polsce i Niemczech oraz w spotkaniach drużyn narodowych. Ma w kolekcji 11 tytułów najskuteczniejszego strzelca w siedmiu różnych rozgrywkach. Sięgnął po strzelecką koronę w trzech najwyższych ligach w Polsce, Bundeslidze (3), Pucharze Niemiec (3), el. Euro 2016 i el. MŚ 2018, ustanawiając rekordy zarówno kwalifikacji do mistrzostw Europy (13), jak i mundialu (16). Jest też najlepszym w historii strzelcem reprezentacji Polski (55 goli). Wyczyn Lewandowskiego robi jeszcze większe wrażenie, kiedy dodamy, że z czynnych piłkarzy granicę 400 strzelonych goli przekroczyli jedynie Cristiano Ronaldo (678), Lionel Messi (651), Zlatan Ibrahimović (500), Luis Suarez (430) i David Villa (407).

 

Lewandowski wśród tuzów

Nie ma na to szans także Lewandowski. Kapitan naszej piłkarskiej reprezentacji jest już od dawna najskuteczniejszym Polakiem w rozgrywkach o europejskie puchary, a w Lidze Mistrzów zwłaszcza. Przed tym sezonem w klasyfikacji wszech czasów zajmował 10. pozycję z dorobkiem 45 goli, po trafieniu w środowym spotkaniu z Benficą Lizbona „Lewy” awansował na 9. miejsce i dzieli je ze znakomitym przed laty włoskim napastnikiem Filippo Inzaghim.

Do wspomnianego Benzemy Polak traci 10 bramek, ale trzech kolejnych graczy na liście może wyprzedzić już wkrótce. Szósty w zestawieniu Francuz Thierry Henry ma na koncie 50 goli, a zajmujący na spółkę siódmą lokatę Ukrainiec Andrij Szewczenko i Szwed Zlatan Ibrahimovic po 48. Cała trójka nie ma już szans na poprawienie swojego dorobku, więc awans na szóste miejsce już w tym sezonie jest jak najbardziej w zasięgu możliwości Lewandowskiego. Zwłaszcza, że prezentuje wyśmienitą formę, podobnie jak cała drużyna Bayernu.

Gol strzelony Benfice przez „Lewego” był jego 400. w zawodowej karierze. Tym samym kapitan biało-czerwonych wszedł do elitarnego klubu najwybitniejsi strzelców. Na jego dorobek składają się bramki zdobyte w czterech najwyższych klasach rozgrywkowych w Polsce, w Bundeslidze, Lidze Europy, Lidze Mistrzów, w meczach krajowych pucharów w Polsce i Niemczech oraz w spotkaniach drużyn narodowych. Ma w kolekcji 11 tytułów najskuteczniejszego strzelca w siedmiu różnych rozgrywkach. Sięgnął po strzelecką koronę w trzech najwyższych ligach w Polsce, Bundeslidze (3), Pucharze Niemiec (3), eliminacji Euro 2016 i el. MŚ 2018, ustanawiając rekordy zarówno kwalifikacji do mistrzostw Europy (13), jak i mundialu (16). Jest też najlepszym w historii strzelcem reprezentacji Polski (55 goli).

Wyczyn Lewandowskiego robi jeszcze większe wrażenie, kiedy dodamy, że z czynnych piłkarzy granicę 400 strzelonych goli przekroczyli jedynie Cristiano Ronaldo (678), Lionel Messi (651), Zlatan Ibrahimović (500), Luis Suarez (430) i David Villa (407).

Indywidualne osiągnięcia czołowych snajperów to jednak tylko ich prywatna sprawa, bo w Lidze Mistrzów najważniejsze są wyniki zespołów. Pierwsza kolejka spotkań nie daje jeszcze odpowiedzi na pytanie, które z nich w tej edycji będą się liczyć w rywalizacji o czołowe lokaty. Nawet szokująca porażka faworyzowanego Manchesteru City na własnym stadionie z Olympique Lyon nie odbiera szans drużynie prowadzonej przez Pepa Guardiolę. Podobnie przedwczesne byłoby skreślenie z grona faworytów ekipy Paris Saint-Germain, ale wyjazdowa porażka paryżan z FC Liverpool powinna być dla nich ostrzeżeniem.

 

Udane występy Polaków

O występie Lewandowskiego była już mowa. Kapitan naszej reprezentacji swoim trafieniem w 10. minucie otworzył wynik spotkania z Benfiką Lizbona i do końca grała bardzo dobrze, za co dostał w zawsze dla niego surowych niemieckich mediach wysokie oceny. Znakomity występ w barwach Juventusu Turyn zaliczył Wojciech Szczęsny. Nasz reprezentacyjny bramkarz miał w meczu z Valencią sporo pracy, bo od 30. minucie ekipa z Turynu grała w osłabieniu po kontrowersyjnej czerwonej kartce dla Cristiano Ronaldo. Już w doliczonym czasie gry Szczęsny popisał się kapitalną interwencją przy obronie rzutu karnego i to dzięki niemu Juventus zachował czyste konto, a po dwóch wykorzystanych „jedenastkach” przez Miralema Pjanica wywiózł z Walencji komplet punktów.

Nie zawiódł oczekiwań broniący trofeum Real Madryt, który w efektownym stylu pokonał AS Roma 3:0. Gole dla „Królewskich” strzelili Isco, Gareth Bale i 25-letni Mariano Diaz, który latem wrócił na Santiago Bernabeu z Olympique Lyon i dostał zwolniony przez Cristiano Ronaldo numer 7. Dla portugalskiego gwiazdora jak widać nie ma w Realu wdzięczności. Aż strach pomyśleć co może się wydarzyć, jeśli w tej edycji w fazie pucharowej Real Madryt trafi na Juventus.
Wracając do polskich piłkarzy – na pewno zadowolony ze swojego występu może być Łukasz Piszczek, bo jego Borussia Dortmund udanie rozpoczęła rywalizacje w grupie A wygrywając na wyjeździe z Club Brugge 1:0. Zdecydowanie mniej powodów do zadowolenia miał Kamil Glik, bo grające także w tej grupie AS Monaco przegrało na własnym stadionie z Atletico Madryt 1:2.

W jeszcze gorszym nastroju musiał być Grzegorz Krychowiak, bo Lokomotiw Moskwa w Stambule dostał lanie 0:3 od Galatasaray. Niezadowoleni z występu swojej drużyny byli też Piotr Zieliński i Arkadiusz Milik, bo SSC Napoli tylko zremisowało 0:0 z uznawana za outsidera grupy C drużyną Crvenej Zvezdy Belgrad.

 

Dziewięciu Polaków zgłoszonych do gry w Champions League

Dziewięciu polskich piłkarzy znalazło się w kadrach 32 zespołów, które we wtorek rozpoczną rywalizację w fazie grupowej Ligi Mistrzów.

 

Ośmiu naszych zawodników ma w swoich klubowych zespołach mocne pozycje – są to Łukasz Piszczek w Borussii Dortmund, Kamil Glik w AS Monaco, Wojciech Szczęsny w Juventusie Turyn, Arkadiusz Milik i Piotr Zieliński w SSC Napoli oraz Grzegorz Krychowiak i Maciej Rybus w Lokomotiwie Moskwa i oczywiście Robert Lewandowski w Bayernie Monachium. Większych szans na występy nie ma raczej najmłodszy ze zgłoszonych do Ligi Mistrzów polskich graczy, 19-letni bramkarz FC Liverpool Kamil Grabara. W angielskim klubie pierwszym golkiperem jest obecnie Brazylijczyk Alisson Becker, a drugim Belg Simone Mignolet. Ale już sam fakt, że trener „The Reds” Juergen Klopp wpisał młodego Polaka na „listę startową” jest dla tego utalentowanego bramkarza ogromnym wyróżnieniem.

Lewandowski w Lidze Mistrzów zdobył jak do tej pory 45 bramek, co daje mu 10. miejsce w klasyfikacji wszech czasów tych rozgrywek. Rekordzistą w tej klasyfikacji jest Cristiano Ronaldo z dorobkiem 120 goli. Obaj napastnicy będą mieli okazję poprawić swoje osiągnięcia strzeleckie już w środę. Juventus zagra na wyjeździe z Valencią, a Bayern także na wyjeździe z Benficą Lizbona.

Rekord Ligi Mistrzów innego rodzaju ustanowił hiszpański bramkarz FC Porto Iker Casillas, który we wtorek rozpoczął swój 20. sezon w Lidze Mistrzów. Nikt przed nim przez tyle lat nie występował w tych rozgrywkach. 37-letni obecnie hiszpański bramkarz zadebiutował w nich w barwach Realu Madryt w wieku 17 lat, w sezonie 1999-2000. Z zespołem, z którym był związany przez większość kariery, wygrał te rozgrywki trzykrotnie – w 2000, 2002 i 2014 roku.

 

Raport na odczepnego

PZPN w przededniu debiutu Jerzego Brzęczka w roli selekcjonera reprezentacji Polski dość nieoczekiwanie upublicznił raport jego poprzednika, Adama Nawałki, spisany po nieudanym dla biało-czerwonych mundialu w Rosji. Nie jest to dzieło godne uwagi.

 

Raport przygotowany na odchodnym przez Adama Nawałkę i jego współpracowników liczy blisko sto stron. Przebrnąć przez ten napisany drętwym językiem elaborat, wręcz przeładowany branżowymi terminami czerpanymi chyba z podręczników dla studentów Akademii Wychowania Fizycznego, nie jest zadaniem łatwym. Wątpliwe, by ktokolwiek zadał sobie trud naprawdę wnikliwego przestudiowania tego „dzieła”, chociaż sądząc po mnogości recenzji i komentarzy do dokumentu opublikowanego na stronie internetowej PZPN zajrzało wiele osób.

 

Publikacja wymuszona

Prezes Zbigniew Boniek przyznał, że zdecydował się na upublicznienie raportu pod naciskiem mediów, które domagały się tego po wyjawieniu przyczyn mundialowej klęski przez trenera reprezentacji Niemiec Joachima Loewa. Sęk w tym, że o ile analiza niemieckiego selekcjonera rzeczywiście te przyczyny wyjaśnia, to z raportu Nawałki nie dowiadujemy się w zasadzie niczego, czego byśmy już nie wiedzieli wcześniej. Kto oglądał mecze Polaków w Rosji musiał zauważyć, że nasi piłkarze byli wolniejsi, mniej dynamiczni i kondycyjnie słabsi do rywali, a to oznacza, że zostali pod względem fizycznym źle przygotowani do mundialu.

Jako pierwszy publicznie powiedział o tym Łukasz Piszczek, między wierszami jego opinię potwierdzali też inni gracze, nawet Robert Lewandowski, ale „z grubej rury” niedawno przywalił byłemu sztabowi kadry dopiero Kamil Glik. „Raportu trenera Nawałki nie czytałem, więc trudno mi się odnieść do jego treści. Mogę bazować tylko na tym, co widziałem i przeżyłem w Rosji. A widziałem, że nikt sobie do gardeł nie skakał, na mundialu atmosfera nie różniła się od tej w czasie eliminacji. Ale fakt jest taki, że na mistrzostwach nie wyglądaliśmy tak, jak zawsze. Pod względem fizycznym nie byliśmy przygotowani nie tylko na sto, ale nawet na dziewięćdziesiąt procent” – stwierdził stanowczo stoper AS Monaco.

Nawałka w swoim raporcie napisał, że zwiodła go dobra postawa jego wybrańców w ostatnich przed wyjazdem na mundial sparingach z Chile i Litwą. Faktycznie, w spotkaniach z tymi drużynami nasi zawodnicy prezentowali się bez zarzutu.

 

Feralny trening w samo południe

Co zatem się stało, że w meczu z Senegalem już po pół godzinie „oddychali rękawami”? Kluczowy w tej kwestii zdaniem byłego selekcjonera okazał się trening przeprowadzony w Soczi 17 czerwca, ostatni przed wylotem na mecz z Senegalczykami. Blisko dwugodzinne intensywne zajęcia rozpoczęły się o 11:00 i przeprowadzone zostały w ostrym słońcu i wysokiej temperaturze. Czegoś takiego nie zafundowałby swoim zawodnikom nawet instruktor piłki nożnej świeżo po kursie, dlatego dziwi, że zrobili to doświadczeni szkoleniowcy, a jeszcze bardziej od nich doświadczeni piłkarze bez szemrania wykonali polecenia. Ten feralny trening okazał się kamieniem, który ruszył lawinę. Nasi reprezentanci zostali bowiem dosłownie „ugotowani” i w meczu z Senegalczykami mogliśmy to zobaczy na własne oczy. Popełniony błąd szybko skorygowano, bo w kolejnych dniach treningów w samo południe już nie organizowano, ale Nawałka kompletnie stracił orientację co do aktualnej dyspozycji swoich piłkarzy. Dlatego zaczął kombinować ze składem zarówno w meczu z Kolumbią, jak w ostatnim, „o honor” z Japonią.

Gdy klęska stała się faktem, Nawałka niby wziął całą winę na siebie, ale nie omieszkał tu i ówdzie dać do zrozumienia, że popełnił kilka błędów personalnych oraz że kadra na mundialu nie była tak zwartą grup jaką była podczas Euro 2016.

 

Kamyczek do ogródka piłkarzy

W raporcie te zarzuty wobec piłkarzu sformułował tak: „W ostatnich miesiącach (przed mistrzostwami – przyp. red.) pojawiały się symptomy świadczące o pewnych napięciach wewnątrz grupy, typowych dla reprezentacji funkcjonującej od dłuższego czasu w zbliżonym składzie. Z uwagi na to podejmowane były liczne działania zmierzające do pełnego zintegrowania drużyny podczas zgrupowań (rozmowy indywidualne, spotkania integracyjne, rodzinne, stały kontakt sztabu z zawodnikami i trenerami klubowymi, wizyty w klubach zawodników, treningi alternatywne, dobór odpowiednich ćwiczeń – zabawy ożywiające w wybranych jednostkach treningowych). W dalszym ciągu pozwalało to na podtrzymanie dobrej atmosfery i odpowiedniej równowagi w zespole przed turniejem. W jego trakcie okazało się, że drużyna nie była optymalnie przygotowana pod względem mentalnym do skali trudności jaka występuje podczas mundialu. Nie udało się zrobić wszystkiego aby scalić zespół w najtrudniejszych momentach”.

W sumie dobrze się stało, że PZPN „Raport Nawałki” upublicznił. Nic nowego do sprawy nie wniósł, ale przynajmniej teraz wiemy, dlaczego Boniek nie chciał przedłużyć kontraktu z Adamem Nawałką przed mistrzostwami. Prawa rządzące piłkarskim biznesem są brutalne – zwycięzców nikt nie rozlicza, przegranych osądzają wszyscy.

 

Kadra Polski już bez Piszczka

Łukasz Piszczek ogłosił, że definitywnie rezygnuje z gry w reprezentacji Polski. Zadebiutował w niej 3 lutego 2007 roku w wygranym 4:0 towarzyskim meczu z Estonią, po raz ostatni wystąpił w przegranym na mundialu w Rosji 0:3 spotkaniu z Kolumbią.

 

Piszczek był jednym z kluczowych zawodników naszej kadry przez jedenaście lat. W sumie w biało-czerwonych barwach wystąpił w 65 meczach i zdobył trzy bramki, zagrał też w czterech wielkich piłkarskich turniejach – Euro 2008, Euro 2012, Euro 2016 i mistrzostwach świata 2018 w Rosji. O swojej rezygnacji poinformował za pośrednictwem Facebooka.

„W życiu czasami trzeba podejmować ciężkie, ale racjonalne decyzje. Po długich przemyśleniach ja taką podjąłem. Moja przygoda z reprezentacją dobiegła końca. 11 lat zawsze z dumą reprezentowałem Polskę w seniorskiej reprezentacji. Był to wyjątkowy czas. Będę go zawsze bardzo miło wspominał. Dziękuję przede wszystkim Kibicom za wsparcie, Trenerom: Leo Beenhakkerowi, Franciszkowi Smudzie, Waldemarowi Fornalikowi i Adamowi Nawałce dziękuję za zaufanie. Zawsze starałem się nauczyć od nich jak najwięcej, czerpać z ich doświadczenia i wiedzy. Dziękuję wszystkim osobom związanym z każdym sztabem szkoleniowym i moim kolegom z boiska, z którymi wspólnie miałem zaszczyt reprezentować Polskę w tych 65 meczach z orłem na piersi. Zostawię w swojej pamięci mecze, w których swoją grą dawaliśmy wszystkim Kibicom wiele radości. Trenerowi Jerzemu Brzęczkowi i naszej reprezentacji życzę przede wszystkim dużo sukcesów” – napisał w swoim poście Piszczek (pisownia oryginalna).

Jego decyzja nie jest wielkim zaskoczeniem, bo zapowiadał rezygnacji jeszcze przed mundialem w Rosji. Co prawda Jerzy Brzęczek po przejęciu reprezentacji w wywiadach zapewniał, że żaden z piłkarzy kadry Adama Nawałki nie zamierza rezygnować z gry w narodowej drużynie, także Piszczek, tyle że on potrzebuje trochę więcej czasu na odreagowanie nieudanego występu w mistrzostwach świata.

Piłkarz Borussii Dortmund w opublikowanym na łamach portalu SportoweFakty.pl wywiadzie stanowczo jednak tej opinii nowego selekcjonera zaprzeczył i zapewnił, że jego decyzja jest ostateczna i nie przewiduje w przyszłości powrotu do reprezentacji nawet w trybie alarmowym. „W każdej kadrze po mundialu ktoś decyduje się o zakończeniu kariery. Mesut Oezil, Andres Iniesta, z różnych powodów. W dzisiejszej piłce to powszechne. Mam 33 lata, na Euro za dwa lata na pewno nie dam rady zagrać. Teraz są eliminacje i musi stworzyć się nowa drużyna, więc nie ma sensu, by miejsce w niej zajmował ktoś, kto na turniej na pewno nie pojedzie. Robię miejsce innym” – powiedział Piszczek.

Piłkarz ma jeszcze do wypełnienia dwa lata kontraktu z Borussią Dortmund. W tym klubie zamierza też zakończyć karierę.