Nowy trener Piszczka

Po porażce 1:5 z VfB Stuttgart Szwajcar Lucien Favre stracił posadę trenera Borussii Dortmund, której zawodnikiem jest Łukasz Piszczek. Jego miejsce zajął 38-letni niemiecki szkoleniowiec chorwackiego pochodzenia Edin Terzić.

Nowy trener Borussii urodził się w miejscowości Sauerland oddalonej o 50 km od Dortmundu. Jego rodzice pochodzą z Bałkanów. Matka urodziła się na terenie dzisiejszej Chorwacji, a ojciec w Bośni i Hercegowinie. Jako piłkarz Edin Terzić grał w niższych ligach niemieckich, ale bez większego powodzenia, szybko więc dał sobie z tym spokój i poświęcił się karierze szkoleniowej. W 2010 został skautem Borussii, a w 2012 roku przyjął ofertę od ówczesnego selekcjonera kadry Chorwacji Slavena Bilicia i został jego asystentem.
W następnych latach w tej roli pracował z nim też w Besiktasie Stambuł i West Hamie United. Gdy Bilić został zwolniony z tego ostatniego klubu, Terzić wrócił do Dortmundu i został asystentem Luciena Favre’a, zaś teraz przejął po nim zespół. Będzie to jego debiut w roli pierwszego trenera. Zaczął dobrze, bo we wtorek zespół pod jego wodzą wygrał z Werderem Brema 2:1.

Brzęczek marnuje Lewego

W 2020 roku Robert Lewandowski wszedł w końcu na sam szczyt światowego futbolu i znalazł się w miejscu, do którego przed nim nie dotarł żaden polski piłkarz. Osiągnął więc status gwiazdy, ale jego zwarcie z Jerzym Brzęczkiem, jakiego byliśmy świadkami podczas listopadowych meczów biało-czerwonych w Lidze Narodów, nie był jednak typowym „kaprysem gwiazdora”, raczej sygnałem, że ma coraz mniejszą ochotę na grę pod wodzą tego trener. Prezes PZPN Zbigniew Boniek zlekceważył to ostrzeżenie.

Chyba nawet Cezary Kucharski nie może zaprzeczyć, że jest to najlepszy czas Lewandowskiego, który w tym roku wygrywa w cuglach niemal wszystkie plebiscyty. W wyborach na „Piłkarza Roku UEFA” pokonał z dużą przewagą Kevina De Bruyne i Manuela Neuera, w za kilka dni być może zgarnie także nagrodę dla „Piłkarza Roku FIFA”. Pewnie nawet wyraźnie mu niechętna redakcja „France Football” przyznałaby mu „Złotą Piłkę”, gdyby nie odwołała plebiscytu pod pretekstem pandemii koronawirusa, chociaż ostatnio wyszło na jaw, że prawdziwym powodem były finansowe kłopoty nierentownego pisma,. Jaki z tego wniosek? Oczywisty – czy to się komuś podoba czy też nie, Lewandowski jest jako jedyny z naszych graczy tak zwana globalną marką, czyli zawodnikiem powszechnie rozpoznawalnym na całym świecie. Nie jest to jednak zasługą sukcesu osiągniętego z reprezentacją Polski, z czego w przeszłości, po zdobyciu trzeciego miejsca w mistrzostwach świata w 1974 roku skorzystał Kazimierz Deyna, a w 1982 roku Zbigniew Boniek. Obaj, jak dobrze pamiętamy, w plebiscycie „Złotej Piłki” zajęli trzecie lokaty.
Lewy jako wartość dodana
Lewandowski od sześciu lat jest kapitanem reprezentacji, jej liderem i najbardziej rozpoznawalnym polskim piłkarzem. Poprowadził biało-czerwonych w zakończonych w ćwierćfinale po porażce w rzutach karnych z Portugalią mistrzostwach Europy w 2016 oraz w zakończonych blamażem mistrzostwach świata w 2018 roku. Po nieudanym mundialu w Rosji to właśnie „Lewy”, jako najbardziej znany piłkarz w polskiej ekipie, najbardziej stracił wizerunkowo. Niewykluczone, że być może już wtedy zaczął się zastanawiać, czy dalsze granie w reprezentacji Polski ma sens, skoro dotąd w żaden sposób nie przyczyniło się do rozwoju jego piłkarskiej kariery. A że po mundialu w Rosji akurat stuknęła mu „trzydziestka”, miał też świetny powód, żeby pod pretekstem „wypalenia” czy „zmęczenia” ogłosić koniec swojej reprezentacyjnej przygody. I nie musiałby wchodzić w duszne, pełne niedomówień i nieskrywanej wzajemnej niechęci relacje z Brzęczkiem, który wolą prezesa Bońka zastąpił w roli selekcjonera Adama Nawałkę.
Lewandowski z jakiegoś powodu jednak w kadrze został. Dzisiaj, po publikacjach nagrań rozmów ze swoim byłym agentem Cezarym Kucharskim, które odbył już po zakończeniu z nim współpracy, a stało się to formalnie właśnie po mundialu w Rosji, musiał zdać sobie sprawę, że czeka go z nim bezpardonowa walka na wielu polach, więc słusznie uznał, iż utrzymanie statusu reprezentanta kraju może mu w tej rozgrywce pomóc. Podjęcie decyzji ułatwił mu też bez wątpienia prezes Boniek, który trochę poniewczasie pojął, że tlący się od lat konflikt w dawnym „dortmundzkim tercetem”, czyli Jakuba Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka z Lewandowskim, może pod rządami Brzęczka rozgorzeć na nowo, bo spokrewniony z Błaszczykowskim selekcjoner nawet nie krył czyją stronę trzyma.
Sternik PZPN umie jednak pilnować swoich interesów, co w tym przypadku oznacza pieniądze, jakie PZPN zgarnia od licznych sponsorów i patronów biznesowych. Gdyby reprezentacja wywalczyła medale w Euro 2016 i MŚ 2018, mógłby machnąć ręką na fochy nawet takiego gwiazdora, jak „Lewy”. Lecz gdy sukcesów nie ma, trzeba dbać o niego jak o marketingową kurtę, która znosi złote jajka. Dzisiaj mało kto pamięta, że dwa lata temu Boniek szybko przeciął medialne spekulacje wokół tematu, czy Brzęczek zmieni kapitana zespołu. Lewandowski kapitańską opaskę zatrzymał, z czego zadowolony nie był, ale nie parł do otwartego konfliktu. Nic dziwnego, reprezentacja pod jego rządami gra słabo, zwłaszcza z zespołami z górnej półki, toteż selekcjoner prasę ma kiepską i media co rusz wzywają PZPN do jego dymisji.
Po listopadowym meczu z Włochami, przegranymi przez nasz zespół w żenującym stylu 0:2, Lewandowski wywołał jednak potężne zamieszanie dwuznacznym milczeniem na pytanie dziennikarza TVP o taktykę w tym meczu. Media od razu uznały to za wotum nieufności dla selekcjonera. Rozgrzanej atmosfery nie ostudził też przegrany 1:2 trzy dni później na Stadionie Śląskim mecz z Holandią. I znów do akcji musiał wkroczyć Boniek, który później w licznych wypowiedziach tak tłumaczył swoje stanowisko w tej sprawie. „Gdybym zwolnił Brzęczka, on byłby jedynym zwycięzcą. Bo zostałby skrzywdzony. Miał za zadanie awansować na Euro i utrzymać się w Dywizji A Ligi Narodów. Oba zadania wykonał. A co nam dałaby zmiana trenera, nawet na zagranicznego z tak zwanym nazwiskiem. Zapłacić mu trzeba by było miliony euro bez żadnej gwarancji na sukces, bo nie znałby piłkarzy i mógłby przegrać pierwsze mecze eliminacyjne do mundialu. Dopiero wtedy zaczęłaby się na mnie nagonka. Uspokójmy więc emocje, bo oprócz tego, że zagraliśmy ostatnio słabe mecze, nic złego z kadrą się nie dzieje. Gramy dalej” – zapewniał prezes PZPN.
Niby wszystko gra, tylko słabo
Nie minęło jednak wiele czasu, a Boniek radykalnie zmienił swoje nastawienie. W rozmowie z Rafałem Stecem dla „Gazety Wyborczej” powiedział: (…) Kapitan ma reprezentować drużynę, ma wszystko robić w jej imieniu najlepiej, jak potrafi, i grać najlepiej, jak potrafi. P Nie jest powiedziane, że jeśli Robert Lewandowski coś powie, to ma zawsze rację”. I na koniec jeszcze dowalił „Lewemu”, że w listopadowych występach w kadrze prezentował się „przeciętnie”.
Tylko nie wyjaśnił w czym tkwi przyczyna, że Lewandowski w 18 meczach za kadencji Brzęczka strzelił tylko 8 goli, podczas gdy za kadencji Adama Nawałki w 37 spotkaniach zdobył aż 40 bramek. Nie wszystko jednak da się wytłumaczyć tym, że w reprezentacji Polski gra z graczami gorszymi od Goretzki, Muellera czy Kimmicha. Problem w tym, że niemal w każdym meczu zespół grał w innym składzie personalnym i najczęściej w rozszyfrowanym już dokładnie przez rywali ustawieniu 1-4-2-3-1, z wysuniętym na szpicy Lewandowskim, którego wystarczy odciąć od podań i faulować przy każdym dojściu do piłki. Tak właśnie zagrali z nami Włosi, którzy wyciągnęli właściwe wnioski ze zremisowanego miesiąc wcześniej spotkania w Gdańsku, a także Holendrzy. Ale tak w zasadzie grają z polskim zespołem wszyscy rywale, tylko niektórzy nie są wystarczająco mocni, żeby zatrzymać „Lewego”.
Listopadowe mecze z Włochami i Holendrami, ale też z Finlandią i Ukrainą, po raz kolejny pokazały, że Brzęczek jako taktyk dość mocno odstaje od fachowców z górnej półki. I to chyba jest właśnie ten problem, na który wymowną pauzą zwrócił uwagę Lewandowski. Poza tym Brzęczek, chociaż selekcjonerem kadry jest już dwa lata, wciąż nie wyzbył się mentalności typowego polskiego trenera klubowego. Z grubsza polega ona na tym, że w klubie trener może wymyślić sobie jakąś koncepcję i dobierać pod nią zawodników, aż „zaskoczy”. W reprezentacji nie ma czasu na takie długie eksperymenty i trzeba tworzyć schemat zespołu uwzględniając indywidualne możliwości i nawyki zawodników. Jeśli się tego nie zrobi należycie, to Bereszyński przestawiony z prawej na lewą obronę jako tako wypadnie meczu np. z Bośnią i Hercegowiną, ale na pewno już nie przeciwko Włochom, Niemcom, Holendrom czy Hiszpanom.
Lewandowski chyba to dostrzegł i pojął, że na sukces tak montowanego zespołu w turnieju Euro 2021 nie ma żadnych szans, bo mimo szumnych deklaracji celem Brzęczka w tej imprezie będzie co najwyżej uniknięcie blamażu, a nie walka o medale. Nie dlatego, że brakuje mu ambicji, tylko że najważniejszym celem w 2021 roku, jaki postawił przed nim prezes PZPN, jest awans do mundialu w Katarze. Ewentualny sukces w finałach mistrzostw Europy, na który nikt nie liczy i w który nikt w Polsce nie wierzy, będzie „wartością dodaną”. A „Lewemu” akurat najbardziej zależy właśnie na sukcesie w europejskim czempionacie. Gdyby Brzęczkowi też na tym zależało, powinien pomyśleć jak najlepiej wykorzystać jego wciąż rosnący piłkarski potencjał. Niestety, wygląda na to, że woli go tłamsić, czego dowodem choćby pomysł zatrudnienia w roli asystenta Łukasz Piszczka. Szkoda, bo zamiast tracić energię na takie poboczne sprawy, w meczu z Włochami i Holendrami powinien cofnąć „Lewego” do drugiej linii, a na szpicy wystawić Piątka i Milika. Jeśli ktoś nie wyobraża sobie Lewandowskiego w roli rozgrywającego, to znaczy, że nie ma wyobraźni.

48 godzin sport

Pierwszy ćwierćfinał Fręch
Magdalena Fręch po raz pierwszy w karierze osiągnęła ćwierćfinał turnieju WTA. Nasza tenisistka w imprezie w Pradze w dwóch pierwszych rundach pokonała Rumunkę Elenę-Gabrielę Ruse i Holenderką Arantxą Rus, ale w pojedynku o awans do półfinału nie sprostała wiceliderce rankingu WTA Rumunce Simonie Halep, z którą przegrała 2:6,0:6. Ale Polka jest zadowolona ze swojego występu w stolicy Czech, bo zdobyła tam 74 punkty rankingowe i dzięki temu znacznie awansuje w najnowszym notowaniu światowej listy tenisistek.

Rekord Polski w Monako
Sofia Ennaoui pobiła historyczny rekord Polski w biegu na 1000 metrów, ustanowiony 39 lat temu przez Jolantę Januchtę. Polska biegaczka o marokańskich korzeniach na mityngu Diamentowej Ligi w Monako uzyskała czas 2.32,30, ale w biegu zajęła dopiero szóste miejsce. Wygrała Kenijka Fatih Kipyegon z wynikiem 2.29,15. Z innych polskich lekkoatletów startujących w tym mityngu Marcin Lewandowski był siódmy na 1500 m, a Justyna Święty-Ersetic czwarta na 400 m. W Monako padł rekord świat na dystansie 5000 m. Ustanowił go Ugandyjczyk Joshua Cheptegeia, uzyskując czas 12.35,36. Poprzednim rekordzistą globu był Etiopczyk Kenenisa Bekele, któy w 2004 roku pobiegł o 1,99 s wolniej.

Dramat zwycięzcy TdP 2020
Remco Evenepoel (grupa kolarska Deceuninck – Quick Step), zwycięzca tegorocznego Tour de Pologne, uległ poważnemu wypadkowi na trasie rozgrywanego w miniony weekend we Włoszech wyścigu Il Lombardia. 20-letnie belgijski kolarz wypadł z drogi na 40 kilometrów przed metą, uderzył w barierkę i spadł z wiaduktu. Jak poinformowali organizatorzy wyścigu, Evenepoel został natychmiast przewieziony do szpitala. Prześwietlenie wykazało złamanie miednicy i uszkodzenie prawego płuca – poinformowano w oficjalnym komunikacie. Dla zawodnika oznacza to koniec obecnego sezonu.

Triumf Zmarzlika w Toruniu
Żużlowiec Stali Gorzów Bartosz Zmarzlik wygrał w sobotę w Toruniu siódmą edycję PGE Indywidualnych Międzynarodowych Mistrzostw Ekstraligi. Gorzowianin jako pierwszy zawodnik w historii tych zawodów wygrał je po raz drugi. Drugie miejsce na podium wywalczył Jason Doyle (Włókniarz Częstochowa), a trzecie jego klubowy kolega Leon Madsen. W rywalizacji uczestniczyło 16 czołowych żużlowców tegorocznego sezonu żużlowej ekstraklasy.

Nie obroni tytułu w US Open
Bianca Andreescu, która w ubiegłym roku wygrała wielkoszlemowy turniej tenisowy US Open w Nowym Jorku, nie wystartuje w rozpoczynającej się 31 sierpnia edycji. 20-letnia Kanadyjka nie rozegrała żadnego meczu o stawkę od października ub. roku, najpierw z powodu kontuzji kolana, a później pandemii koronawirusa. Wcześniej z turnieju wycofały się m.in. liderka rankingu WTA Australijka Ashleigh Barty, Rosjanki Swietłana Kuzniecowa i Anastazja Pawliuczenkowa, Ukrainka Jelina Switolinai Holenderka Kiki Bertens.

Zmarła wybitna siatkarka
W wieku 89 lat zmarła Krystyna Hajec-Wleciał, 147-krotna reprezentantka Polski w siatkówce, wicemistrzyni świata z 1952 roku i Europy z 1951 roku. Była jedną z najbardziej utytułowanych polskich zawodniczek. Oprócz srebrnych medali mistrzostw globu i Starego Kontynentu zdobyła tez z reprezentacją Polski cztery brązowe medale tych imprez (MŚ w 1956 i 1962, a ME w 1955 i 1958). Na krajowym podwórku zdobyła aż 10 tytułów mistrzyni Polski, wszystkie z zespołem AZS AWF Warszawa. Po zakończeniu sportowej kariery została trenerką – pod jej wodza zespół AZS Warszawa zdobył dwukrotnie srebrny (1973, 1975) oraz brązowy medal (1974) mistrzostw Polski. Pogrzeb zmarłej siatkarki odbędzie się 20 sierpnia na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie.

Łotwa już nie chce z Białorusią
Białoruś przygotowywała się do zorganizowania, wraz z Łotwą, mistrzostw świata w hokeju na lodzie, które miały odbyć się od 21 maja do 6 czerwca przyszłego roku. Łotewskie władze poinformowały jednak, że rezygnują ze współpracy z Białorusią, a tym samym z organizacji z mistrzostw świata z powodu masowych i brutalnych represji, a także sfałszowania wyników prezydenckich. „Wydarzenia na Białorusi poważnie zmieniły sytuację. Obecnie nie widzę możliwości, byśmy mogli zorganizować mistrzostwa świata razem z Białorusią” – ogłosił premier Łotwy Arturs Krisjanis Karins, cytowany przez portal belsat.eu.

Ukarani za balowanie
Wyjście na imprezę do nocnego klubu przez dwóch piłkarzy Śląska Wrocław, Hiszpana Erika Exposito i Węgra Marka Tamasa, zostało uznane przez władze Ekstraklasy SA uznane za rażące złamanie zasad sanitarnych. Komisja Ligi nałożyła na obu zawodników dotkliwą karę finansową – będą musieli zapłacić po 30 tys. złotych grzywny.

Kubacki najlepszy w Szczyrku
Trener naszej kadry skoczków narciarskich Michal Doleżal wystawił swoja ekipę do rozegranych w miniony weekend na skoczni w Szczyrku Międzynarodowego Memoriału Olimpijczyków. Był to pierwszy start biało-czerwonych od 11 marca, czyli po 156 dniach przerwy. Zawody wygrał Dawid Kubacki, który o jeden punkt wyprzedził Kamila Stocha. Trzecie miejsce zajął Klemens Murańka, czwarte Piotr Żyła, piąte Tomasz Pilch, a szóste Maciej Kot. W najbliższy weekend w Wiśle odbędzie się turniej Letniej Grand Prix, na który zjedzie cała światowa czołówka skoczków.

Piszczek nie chce rządzić
Łukasz Piszczek postanowił przed swoim ostatnim sezonem w Borussii Dortmund zrezygnować z funkcji wicekapitana oraz miejsca w radzie drużyny. Polski piłkarz występuje w ekipie z Dortmundu od 2010 roku, zdobył z nią sześć trofeów i ustanowił wiele klubowych rekordów, m.in. największej liczby występów w Lidze Mistrzów. Uważany jest za jedną z piłkarskich ikon Borussii.

Najdrożsi w Bayernie

Robert Lewandowski rozgrywa najlepszy sezon w karierze, został królem strzelców Bundesligi i wybrano go na najlepszego gracza sezonu, ale chociaż gra teraz nawet lepiej niż grał pięć lat temu, jego transferową wartość branżowy portal Transfermarkt.de szacuje na 56 mln euro. Gdyby Bayern Monachium zgodził się sprzedać „Lewego” za taką właśnie kwotę, kapitan reprezentacji Polski mógłby pewnie przebierać w ofertach jak w ulęgałkach.

Działacze bawarskiego potentata rzecz jasna nie mają zamiaru oddawać Lewandowskiego za 56 mln euro z prostego powodu – mają z nim kontrakt do końca czerwca 2023 roku, a chociaż polski napastnik ma już 32 lata, to przy jego na wskroś profesjonalnym traktowaniu piłkarskiej kariery może utrzymać wysoki sportowy poziom nie tylko do końca obecnej umowy z Bayernem, lecz nawet dwa-trzy sezony dłużej. Oddawanie go teraz mija się z celem, bo nie tylko za 56 mln euro, ale nawet za dwukrotnie wyższą kwotę szefowie monachijskiego klubu nie znajdą gracza zdolnego w pełni zastąpić Lewandowskiego. Grać na jego pozycji może każdy, ale który z obecnych piłkarzy zagwarantuje tyle goli strzelanych w każdym sezonie ile strzela w Bundeslidze od dekady kapitan reprezentacji Polski?
Wygląda jednak na to, że „Lewy” jest w pełni zadowolony z gry w Bayernie, swoich zarobków i pozycji jaką zdobył w tym zespole. Co ciekawe, wedle wyceny Transfermarkt.de w ekipie tegorocznych mistrzów Niemiec i zdobywców krajowego pucharu aż czterech zawodników ma wyższą wartość transferową od najskuteczniejszego strzelca zespołu. Ale tylko dlatego, że przy wycenie decydujące kryteria to wiek oraz długość kontraktu, a dopiero w dalszej kolejności prezentowana klasa sportowa i indywidualne osiągnięcia. Dlatego obecnie najwyżej wycenianym piłkarzem Bayernu jest 25-letni pomocnik Joshua Kimmich, który ma ważny jeszcze przez trzy lata kontrakt i należy do kluczowych graczy. Wedle oceny Transfermarkt.de jego aktualna rynkowa wartość wynosi 75 mln euro.
Wyżej od Lewandowskiego wyceniani są także 28-letni austriacki obrońca David Alaba, którego wartość oszacowano na 65 mln euro oraz także odkrycie tegorocznego sezonu 19-letni kanadyjski obrońca Alphonso Davies, którego wartość od ostatniego notowania podniesiono o 15 mln do kwoty 60 mln euro.
Lewandowski z wyceną na poziomie 56 mln euro jest najdroższym graczem w swojej kategorii wiekowej. Z jego rówieśników zbliżona wycenę dostał tylko argentyński as Manchesteru City Sergio Aguero (52 mln euro), ale już kolejni gracze z rocznika 1988 na liście, występujący w Paris Saint-Germain Argentyńczyk Angel Di Maria i hiszpański pomocnik FC Barcelona Sergio Busquets, są wyceniani na 28-30 mln euro. A z zawodników starszych od „Lewego” wyższą wartość mają niezmiennie tyko dwaj futbolowi giganci – argentyński gwiazdor Barcelony Leo Messi (117 mln euro) i portugalski as Juventusu Turyn Cristiano Ronaldo (60 mln euro).
Wracając zaś do niemieckiej Bundesligi, jej najdroższym obecnie graczem wedle Transfermarkt.de wcale nie jest Joshua Kimmich, lecz 20-letni angielski skrzydłowy Borussii Dortmund Jadon Sancho, którego wartość chyba mocno na wyrost oszacowano na poziomie Leo Messiego, czyli 117 mln euro. Kimmicha w klasyfikacji najdroższych graczy niemieckiej ekstraklasy wyprzedza jeszcze rodak i kolega z reprezentacji Niemiec, a na co dzień zawodnik Bayeru Leverkusen 21-letni Kai Havertz, którego wyceniono na 81 mln euro. Warto w tym miejscu przypomnieć, że najgroźniejszy konkurent Lewandowskiego w walce o tytuł króla strzelców, reprezentant Niemiec Timo Werner, który w Bundeslidze strzelił dla RB Lipsk 28 goli, został tego lata wykupiony przez Chelsea Londyn za 53 mln euro, mimo to Transfermarkt.de jego aktualna rynkową wartość ocenia na 64 mln euro. To tylko potwierdza opinię, że piłkarz jest tyle wart, ile ktoś naprawdę za niego zapłaci, wiec często nieprecyzyjne i wręcz niesprawiedliwe wyceny niemieckiego portalu nie należy traktować przesadnie serio.
A jak wygląda aktualna wycena Transfermarkt.de pozostałych polskich piłkarzy występujących w Bundeslidze? Wartość 25-letniego Krzysztofa Piątka (Hertha Berlin) w porównaniu z poprzednim notowaniem nie uległa zmianie i utrzymała się na poziomie 21,5 mln euro. Mocno natomiast przeszacowano w dół rynkową wartość 24-letniego Dawida Kownackiego (Fortuna Duesseldorf), którą zmniejszono z 4,8 do 3,5 mln euro. Kończący już powoli karierę 35-letni Łukasz Piszczek, który niedawno przedłużył o rok kontrakt z Borussią Dortmund, został wyceniony na dwa miliony euro, co ma znaczenia jedynie symboliczne, bo przecież polski obrońca na żaden transfer się nie pisze. Zaskakująco nisko, bo zaledwie na 1,2 mln euro, wyceniano bramkarza 32-letniego Rafała Gikiewicza, który od sześciu lat gra z powodzeniem w Niemczech, a w lipcu przeszedł na zasadzie wolnego transferu z Unionu Berlin do FC Augsburg.

Lewandowski jest królem Bundesligi

Ligowe emocje w Bayernie Monachium opadły, gdy w środku tygodnia zespół przyklepał ósmy z rzędu mistrzowski tytuł. W lidze ekipa trenera Hansiego Flicka ma już tylko jeden cel – wspieranie Roberta Lewandowskiego w jego walce o trzeci z rzędu, a piąty w karierze tytuł króla strzelców.

Niemcy nie mają już obaw, że Polak pobije pomnikowy rekord 40 goli w sezonie ustanowiony blisko pół wieku temu przez legendarnego napastnika bawarskiego klubu Gerda Muellera. „Lewy” na osłodę w sobotnim meczu z Freiburgiem ustanowił inny rekord Bundesligi – z 33. golami na koncie został najskuteczniejszym obcokrajowcem w historii niemieckiej ekstraklasy. Wcześniej rekordzistą z 31. trafieniami był Gabończyk Pierre-Emerick Aubameyang, którego osiągnięcie w miniony wtorek w 32. kolejce Lewandowski wyrównał, a w sobotę w przedostatniej serii ligowej dwoma kolejnymi bramkami pobił. I nie jest powiedziane, że na tym poprzestanie, bo w ostatniej ligowej kolejce Bayern zmierzy się z szóstym zespołem Bundesligi VfL Wolfsburg.
Kapitan reprezentacji Polski w normalnych okolicznościach pewnie by w tym spotkaniu dostał wolne, zwłaszcza że jego najgroźniejszy konkurent to tytułu króla strzelców, Timo Werner z RB Lipsk, zaliczył w sobotę „pusty przebieg” w przegranym przez jego zespół 0:2 spotkaniu z Borussią Dortmund, pozostał zatem z dorobkiem 26 goli. A to oznacza, że musiałby w ostatnim meczu tego sezonu zdobyć co najmniej siedem bramek żeby dogonić „Lewego”, a osiem żeby go przegonić. To zadanie niewykonalne.
Lewandowski ma zatem piątą „armatę” praktycznie w kieszeni, za występ przeciwko Freiburgowi otrzymał po raz kolejny w tym sezonie notę „1”, oznaczającą w Niemczech „klasę światową”. Wszystko wskazuje, że zostanie uhonorowany tytułem „piłkarza sezonu” w Bundeslidze. Ale „Lewy” chce być nie tylko najlepszy w Niemczech, lecza także w Europie. Na razie jest liderem klasyfikacji „Złotego Buta”, nagrody dla najskuteczniejszego gracza w ligowych rozgrywkach na naszym kontynencie, ale chociaż pewnie prowadzi z dorobkiem 33 goli i 66 punktów, a jego najgroźniejszy konkurent Włoch Ciro Immobile z Lazio Rzym ma na koncie 27 trafień i 54 pkt, to należy pamiętać, że Serie A dopiero w minionym tygodniu wznowiła rozgrywki i ma jeszcze do rozegrania 12 ligowych kolejek. Zatem Immobile będzie miał dość okazji na przegonienie polskiego napastnika Bayernu. Nie wolno też zapominać o dwóch kolekcjonerach „Złotego Buta”, czyli Cristiano Ronaldo i Leo Messim. Oni mają w tej chwili po 21 goli na koncie, ale Portugalczyk, jak Immobile, będzie miał jeszcze 12 okazji do poprawienia tego wyniku, a Argentyńczyk osiem. Dlatego Lewandowski chce grać do końca, żeby zbudować jak największą przewagę, bo on w swojej bogatej kolekcji jeszcze „Złotego Buta” nie ma.
Kapitan reprezentacji Polski bije się w tym sezonie o najwyższe indywidualne laury, czyli „Złotą Piłkę” redakcji „France Football” i tytuły „Piłkarza Roku” przyznawane przez UEFA i FIFA, ale te trofea zgarnie raczej bohater zaplanowanych na sierpień w Lizbonie finałowych rozgrywek Ligi Mistrzów. Bayern nie jest faworytem, lecz będzie miał komfortowe warunki na przygotowanie się do imprezy w stolicy Portugalii. 4 lipca zespół trenera Flicka zagra w finale Pucharu Niemiec, a potem piłkarze dostaną 12 dni wolnego. Po powrocie będą mieli ponad dwa tygodnie na przygotowanie się do rewanżowego meczu 1/8 finału Ligi Mistrzów z Chelsea (w Londynie wygrali 3:0) i prawie miesiąc na zbudowanie odpowiedniej formy na turniej w Lizbonie.
Wracając zaś do Bundesligi, to w 33. kolejce Łukasz Piszczek i jego koledzy z Borussii Dortmund pokonując na wyjeździe 2:0 RB Lipsk zapewnili sobie wicemistrzostwo Niemiec. Oba gole dla ekipy BVB strzelił 19-letni Norweg Erling Haaland. Były to jego 12 i 13 trafienia w Bundeslidze w tym sezonie, ale licząc z bramkami zdobytymi jesienią w lidze austriackiej, ma ich na koncie w sumie 29. Jeśli latem nie odejdzie z Borussii, to w przyszłym sezonie jego rywalizacja z Lewandowskim może być ekscytująca.

Ósmy mistrzowski tytuł dla Bayernu i Lewego

Zespół Bayernu Monachium na dwie kolejki przed końcem rozgrywek zapewnił sobie mistrzostwo Niemiec – ósme z rzędu, a 30. w historii. Zwycięskiego gola w spotkaniu z Werderem Brema (1:0) strzelił Robert Lewandowski.

Dla Lewandowski to także ósmy w karierze tytuł mistrzowski w Bundeslidze. Sześć z nich wywalczył z Bayernem, a wcześniej dwa z Borussią Dortmund. Spotkanie Bayernu z Werderem odbyło się we wtorek, natomiast najgroźniejsi rywale bawarskiej jedenastki w walce o mistrzowski tytuł, Borussia Dortmund i RB Lipsk, swoje mecze w ramach 32. kolejki Bundesligi rozgrywały w środę. Znając wynik Bayernu najwyraźniej gracze tych zespołów stracili motywację, bo Borussia przegrała u siebie 0:2 z broniącym się przed spadkiem FC Mainz, zaś RB Lipsk zremisował z również zagrożoną degradacją ekipą Fortuny Duesseldorf 2:2. Najgorszym graczem w zespole BVB okazał się Łukasz Piszczek, który zawalił przy obu bramkach i został zmieniony w 54. minucie. Natomiast występujący w drużynie Fortuny Dawid Kownacki całe spotkanie w Lipsku spędził na ławce rezerwowych. Skoro o polskich piłkarzach mowa, to bramkarz beniaminka Bundesligi Unionu Berlin Rafał Gikiewicz zachował czyste konto w wygranym przez jego zespół 1:0 spotkaniu z już zdegradowanym z ligi Padeborn i zapewnił sobie utrzymanie w najwyższej lidze, natomiast Krzysztof Piątek, chociaż rozegrał cały mecz w barwach Herthy Berlin, niczym się nie wyróżnił w przegranej 1:2 wyjazdowej potyczce z Freiburgiem. Trener Herthy Bruno Labaddia odebrał mu nawet przywilej wykonywania karnych, więc honorowe trafienie dla berlińskiego zespołu z „jedenastki” zaliczył konkurent Piątka Vedad Ibisević.
Ta więc póki co nic się nie zmienia w hierarchii polskich piłkarzy grających obecnie w Bundeslidze i numerem 1 wśród nich niezmiennie jest Lewandowski. Kapitan reprezentacji Polski notuje kolejny znakomity sezon w karierze. Zapewniając Bayernowi wygraną z Werderem, zdobył 31. ligową bramkę w obecnym sezonie, ustanawiając tym samym swój nowy życiowy rekord w liczbie trafień (dotąd jego najlepszym wynikiem było 30 goli w sezonach 2015/2016 i 2016/2017). „Lewy” jest też coraz bliżej zdobycia trzeciego z rzędu, a piątego w karierze tytułu króla strzelców Bundesligi. Co prawda jego jedyny poważny konkurent do zdobycia tego trofeum, Timo Werner z RB Lipsk, także strzelił gola w 32. kolejce, lecz było to jego 26. gol i raczej w dwóch ostatnich kolejkach nie odrobi pięciobramkowej straty do Lewandowskiego.
Teraz piłkarze Bayernu Monachium mogą już skupić się na finale Pucharu Niemiec i szlifować formę na sierpniowe zmagania w Champions League. „To nie był łatwy sezon, długo walczyliśmy o tytuł. Mam nadzieję, że wkrótce będziemy świętować z kibicami na stadionie. Pokazaliśmy, że jesteśmy najlepszą drużyną w Niemczech i chcemy grać jeszcze lepiej w Lidze Mistrzów” – powiedział Lewandowski w wywiadzie zamieszczonym na stronie internetowej Bayernu.

Polscy piłkarze nie zyskują na wartości

Łukasz Piszczek nie zapobiegł porażce Borussii Dortmund we wtorkowym meczu z Bayernem Monachium (0:1) w 28. kolejce Bundesligi, ale skutecznie przeszkodził Robertowi Lewandowskiemu z strzeleniu gola i tym samym znacznie zmniejszył jego szanse na pobicie legendarnego rekordu bramkowego Gerda Muellera.

Dla Borussii potyczka z Bayernem na własnym stadionie była ostatnią okazją, żeby dogonić monachijską jedenastkę, która przed 28. kolejką miała cztery punkty przewagi. Żeby ten ambitny cel udało się osiągnąć, należało w pierwszej kolejności powstrzymać Roberta Lewandowskiego. Jednym z graczy oddelegowanych do tego zadania był Łukasz Piszczek. Od dawna wiadomo, że obaj polscy piłkarze nie mają dobrych relacji, a poza tym Piszczek jest teraz kapitanem drużyny z Dortmundu, zatem miał podwójny powód, żeby nie patyczkować się w starciach z „Lewym”. I trzeba przyznać, że w środkach nie przebierał i kilka razy solidnie najlepszego strzelca bawarskiej jedenastki poturbował. Ostatecznie Lewandowski gola nie strzelił, ale zrobił to w pięknym stylu Joshua Kimmich i to jego trafienie zapewniło Bayernowi komplet punktów. Tak więc nic nie wyszło z wielkiego strzeleckiego pojedynku „Lewego” z okrzyczanym już na jego następcę 19-letnim Norwegiem Earlingiem Haalandem, który także bramki nie zdobył, a jeszcze na domiar złego musiał opuścić boisko z powodu kontuzji.
W niemieckich mediach lepsze noty przyznawano na ogół Piszczkowi, podkreślając przy tym nie bez złośliwości, że „Lewy” zaczął być widoczny dopiero w ostatnich 10 minutach spotkania, gdy boisko opuścił Piszczek, za którego dla wzmocnienia ataku wszedł Mario Goetze. „Staruszek po raz kolejny pokazał, że zasłużył na nowy kontrakt. Po ra kolejny udowodnił, że mimo swoich 34 lat wciąż jest czołowym obrońcą w Bundeslidze” – pisano w komentarzach. Dla Piszczka mecz z Bayernem był 23. występem w tym sezonie Bundesligi i siódmym meczem ligowym z rzędu w roli kapitana zespołu.
Poprzeczka w górę, ale cena w dół
Co się zaś tyczy Lewandowskiego, to znowu poddawany jest w Niemczech niebywałej presji. Tym razem wszyscy fani futbolu w tym kraju zastanawiają się, czy Polak zdoła w tym sezonie pobić legendarny rekord strzelecki Gerda Muellera, który w sezonie 1971/1972 zdobył 40 bramek, co jest do dzisiaj rekordem Bundesligi. Przez blisko pół wieku nikt nawet nie zbliżył się do tego osiągnięcia, a i Lewandowski jest od tego daleki, bo ma w tej chwili na koncie 27 goli, lecz już tylko sześć meczów do końca sezonu. Nawet dla niego uzyskanie 13 trafień w sześciu występach wydaje się zadaniem ponad siły, ale sam fakt, że tyle się w Niemczech o tym spekuluje, bynajmniej nie działa na korzyść kapitana reprezentacji Polski. Wręcz przeciwnie – stawiając tak wysoko Lewandowskiemu poprzeczkę, przestaje się doceniać należycie jego realne dokonania, czyli 27 goli w Bundeslidze i 41 trafień w tym sezonie we wszystkich rozgrywkach. Ale taki to już los tego gracza, że im więcej na boisku pokazuje, tym więcej wszyscy od niego oczekują. I to potem rzutuje na wystawiane mu oceny, wycenę jego rynkowej wartości czy miejsce w prestiżowych rankingach.
Dowodzi tego choćby sporządzona ostatnio przez firmę doradczą KPMG Football Benchmark ocena transferowej wartości najdroższych na rynku polskich piłkarzy. Uczciwie oceniając, od kilku lat Lewandowski jest liderem tego zestawienia i jeśli coś się w tym względzie zmienia, to jedynie różnica między nim a resztą klasyfikowanych graczy.
Wedle oceny sporządzonej przez wspomniana agencję KPMG, rynkowa wartość czołowych pięciu polskich piłkarzy, grających w najsilniejszych ligach europejskich, w efekcie pandemii spadła o około 25 procent, z 245 do 180 mln euro. Numerem 1 jest w tym zestawieniu Lewandowski, którego w lutym wyceniano na 88 mln euro, a teraz jego wartość przeszacowano na kwotę 72 mln euro. To daje mu dopiero piątą lokatę w Bundeslidze, chociaż jest jednocześnie najwyżej wycenionym zawodnikiem Bayernu, lidera rozgrywek i murowanego faworyta do kolejnego z rzędu mistrzowskiego tytułu.
Kwartet także po przecenie
Drugi na liście najwartościowszych polskich piłkarzy jest bramkarz Juventusu Turyn Wojciech Szczęsny, którego rynkowa wartość zmniejszono z 52 do 40 mln euro. Wśród najdroższych bramkarzy w europejskich klubach daje mu to ósme miejsce.
Trzeci na liście jest napastnik SSC Napoli Arkadiusz Milik, którego właśnie ten włoski klub przymierza do transferu i chce za niego równe 50 mln euro. Ale wedle opinii analityków KPMG po przecenie koronawirusowej Milik, za którego Napoli zapłaciło w 2016 roki 35 mln euro, dzisiaj wart jest 27-29 mln euro. Jeszcze mocniej przeceniono trzeciego napastnika w tym gronie, Krzysztofa Piątka, który przeszedł z AC Milan do Herthy Berlin za 27 mln euro, zaś teraz wedle KPMG kosztuje nie więcej niż 21 mln euro. Piątek może jednak na takie wyceny bimbać, bo ma kontrakt do 2025 roku, dopiero 24 lata i sporo czasu, żeby podbić serca kibiców tego berlińskiego klubu.
W miniona środę w końcu przełamał strzelecką niemoc i w wyjazdowym spotkaniu Herthy z RB Lipsk, chociaż znowu wszedł na boisko z ławki rezerwowych, to strzelił gola na 2:2 i zapewnił swojej drużynie cenny punkt. Najdziwniejsza jest jednak przecena wartości Piotra Zielińskiego z 42 na 24 mln euro, bo ten 26-letni pomocnik jest dzisiaj obiektem pożądania kilku topowych europejskich klubów, więc chociaż Napoli oferuje mu za przedłużenie kontraktu podwojenie gaży, to wcale nie musi się na to godzić.
W badaniu KPMG Football Benchmark bierze pod uwagę dziesięć różnych czynników mających wpływ na wartość piłkarza, w tym między innymi wiek, pozycję na jakiej gra, długość kontraktu, wyniki zawodnika oraz klubu, potencjał medialny i reklamowy piłkarza.
Tymczasem piłkarz jest tyle wart, ile ktoś zechce za jego transfer zapłacić. A o tym zawsze decyduje przydatność na boisku.

Na szczycie Bundesligi bez zmian

Po rozegranej w miniony weekend 27. kolejce na szczycie tabeli Bundesligi nic się nie zmieniło. Bayern Monachium gromiąc u siebie 5:2 Eintracht Frankfurt utrzymał pozycję lidera i zachował czteropunktową przewagę nad Borussią Dortmund, która także zdobyła komplet punktów pokonując VfL Wolfsburg 2:0.

Piłkarze Bayernu Monachium przystępując do sobotniej potyczki z Eintrachtem Frankfurt mieli podwójną motywację. Znali już wynik rozegranego wcześniej meczu Borussii Dortmund z VfL Wolfsburg, zatem wiedzieli, że jeśli przed wtorkową wyprawą do Dortmundu chcą zachować bezpieczną przewagę czterech punktów, muszą także zdobyć komplet punktów. Drugim powodem ich wzmożonej motywacji była chęć rewanżu za poniesioną w rundzie jesiennej klęskę 1:5 we Frankfurcie. To po tej szokująco wysokiej porażce posadę trenera Bayernu stracił Niko Kovac, którego zastąpił jego asystent Hansi Flick. Dzisiaj nikt już na Allianz Arena nie pamięta o Kovacu, bo Flick z trenera tymczasowego szybko przeobraził się w szkoleniowca cenionego nie tylko przez piłkarzy, lecz także szefów klubu i dzisiaj ma już kontrakt do końca czerwca 2023 roku.
Przed meczem z Eintrachtem Flick uczulał swoich graczy, że muszą na boisku wzajemnie się motywować, aby utrzymać koncentrację i wolę walki, bo one będą kluczem do sukcesu w spotkaniach rozgrywanych przy pustych trybunach. Jak bardzo trafne były te jego sugestie, piłkarze Bayernu przekonali się boleśnie na początku drugiej połowy meczu. Na przerwę schodzili z prowadzeniem 2:0 po golach Leona Goretzki i Thomasa Muellera, ale też wściekłym Robertem Lewandowskim, którego w 35. minucie chamsko uderzył ręką w twarz austriacki stoper zespołu rywali Martin Hinteregger. „Lewy” do końca spotkania biegał po boisku z plastrem na zranionym policzku, ale niemal tuż po wznowieniu dał upust złości pakując piłkę głową pod poprzeczkę po dośrodkowaniu Kingsleya Komana. W tym momencie było już 3:0 i pewnie chyba nikt nie sądził, że coś złego może się bawarskiej jedenastce w tym meczu przydarzyć. Raczej oczekiwano jej kolejnych goli.
Ale w 53. minucie zdarzyło się coś niesamowitego. Zdwałoby się zdemolowana już i totalnie zdominowana drużyna Eintrachtu nieoczekiwanie zdobyła bramkę po rzucie rożnym, a szczęśliwym strzelcem okazał się wspomniany już Hinteregger. Austriak miał niebywałego farta, bo dwie minuty później ponownie pokonał Manuela Neuera i w ekipie Bayernu się zagotowało, bo przez kilka chwil dekoncentracji z bezpiecznego prowadzenia 3:0 zrobiło się tylko 3:2. Bawarczycy szybko jednak opanowali nerwy i znów ruszyli do ataku. Obrońcy Eintrachtu z Hintereggerem w roli głównej chyba za punkt honoru postawili sobie powstrzymanie Lewandowskiego, bo pilnowali go jak najcenniejszego skarbu. Skorzystał na tym 20-letni Kanadyjczyk Alphonso Davies, który w 61. minucie podwyższył na 4:2, a w 74. minucie Hinteregger tak bardzo chciał przeszkodzić „Lewemu” z strzeleniu gola, że sam go wyręczył i zaliczył samobója. Pomijając jego niesportowe zachowania, to ten piłkarz miał w sobotę swój wielki dzień na Allians Arenie. Jakby nie patrzeć, ustrzelił hat-tricka.
Lewandowski za swój występ otrzymał w niemieckich mediach wysokie noty. Napastnik Bayernu strzelił 27. gola w obecnym sezonie Bundesligi i 41. licząc wszystkie rozgrywki, potwierdził też niebywałą regularność także po restarcie rozgrywek, bo trafił do siatki w drugim spotkaniu z rzędu, a warto przypomnieć, że owe 27 goli strzelił w 25 występach. Kapitan reprezentacji Polski utrzymuje więc strzeleckie tempo, którego nie wytrzymują jego najgroźniejsi konkurenci. W miniony weekend zadyszki dostał kreowany już na następcę „Lewego” Erling Haaland. Norweski nastolatek zagrał cały mecz z Wolfsburgiem, ale mimo starań bramki nie zdobył. Dla nas równie ważna jest też wiadomość, że ponownie w roli kapitana poprowadził Borussię Łukasz Piszczek, który ponadto za swój występ zebrał świetne noty. W najbliższy wtorek „Piszczu” i „Lewy” zmierzą się w bezpośrednim starciu i będzie to być może wydarzenie nie mniej ekscytujące od strzeleckiego pojedynku Lewandowskiego z Haalandem.
Niemieckie media podkreślają, że trener Hansi Flick przemienił zespół Bayernu w piłkarską maszynę do wygrywania i strzelania goli. Kibice nie tylko w Polsce i w Niemczech z uwagą śledzą pogoń Lewandowskiego za legendarnym rekordem Gerda Muellera, który w sezonie 1971/1972 zdobył 40 bramek w Bundeslidze. Kapitan reprezentacji Polski ma jeszcze siedem meczów, żeby ten chyba jednak mało realny cel osiągnąć. Ale raczej na pewno przekroczy po raz trzeci w karierze granicę 30 trafień w sezonie i sięgnie po piątą koronę króla strzelców Bundesligi. Nie tylko „Lewy” ma jednak szansę przejść do historii niemieckiej ekstraklasy, ale też cały zespół Bayernu, który w tym sezonie strzelił już 80 ligowych bramek i jest na prostej drodze do wyrównania rekordu ustanowionego w sezonie 1971/72 także przez bawarską drużynę, która wówczas zdobyła 101 ligowych bramek. Aby wyrównać ten wynik w kolejnych siedmiu meczach powinni zdobywać przynajmniej trzy bramki na mecz. To wykonalne, bo mistrzowie Niemiec pod wodzą Flicka zdobywają średnio 3,22 bramki na mecz. W 23 spotkaniach rozegranych pod wodzą 55-letniego szkoleniowca monachijska jedenastka zdobyła już 74 bramki, a 21 z tych trafień było dziełem Lewandowskiego, który pod komendą Flicka zagrał 19 razy.
Skoro o polskich piłkarzach mowa, to warto odnotować, że w piątkowych derbach Berlina zagrało dwóch – Rafał Gikiewicz w bramce Unionu, zaś Krzysztof Piątek w ataku Herthy. Niestety, o ile Gikiewicz rozegrał cały mecz, to Piątek znów zaczął spotkanie w roli rezerwowego i na boisku pojawił się dopiero w 75. minucie, zmieniając 35-letniego Bośniaka Vedada Ibsevicia, który po restarcie rozgrywek imponuje formą. W starciu z Unionem znowu strzelił gola, a ponadto dorzucił jeszcze dwie asysty. Hertha wygrała to spotkanie 4:0 i pod wodzą nowego szkoleniowca, Bruno Labbadi, pozostaje póki co niepokonana. W dwóch meczach zdobyła komplet punktów, strzeliła siedem goli i nie straciła ani jednego. Tak udanego startu nie miał wcześniej żaden trener w historii Herthy (w poprzedniej kolejce ten berliński zespół pokonał na wyjeździe Hoffenheim 3:0).
Piątek znów gola nie strzelił i jest więcej niż pewne, że na razie będzie jedynie zmiennikiem Ibsevicia. Wygląda na to, że Labbadia nie przejmuje się faktem, że polski napastnik był najdroższym transferem w historii Herthy. Nie skreśla go ani nie odstawia na boczny tor, ale dopóki Piątek nie zacznie regularnie trafiać do siatki wchodząc tylko na zmiany, raczej nie dostanie miejsca w podstawowym składzie. Chyba że Ibsević zgubi formę, co na razie wydaje się mało prawdopodobne, patrząc z jakim animuszem porusza się po boisku.

48 godzin sport

Turniej w Sopocie odwołany
Nie odbędzie się zaliczany do cyklu ATP Challenger Tour turniej BNP Paribas Sopot Open. Dyrektor imprezy Mariusz Fyrstenberg (na zdjęciu) oficjalnie poinformował, że to decyzja tenisowych władz, które ze względu na pandemię koronawirusa odwołały do końca lipca wszystkie turnieje ATP i WTA. Najbliższe zawody mają się odbyć 3 sierpnia. Sopocki turniej rozgrywany był na przełomie lipca i sierpnia. Turnieje ATP odbywały się na kortach SKT do 2007 roku. To w Sopocie w 2004 roku swój pierwszy triumf, w wieku 18 lat, odniósł Rafael Nadal. W 2018 roku Fyrstenberg reaktywował tę imprezę, ale ze względu na skomplikowaną sytuację prawną i spór wokół obiektów Sopockiego Klubu Tenisowego, zawodnicy rywalizowali w Gdyni. W zeszłym roku turniej odbył się już w Sopocie. Dwa lata temu w puli nagród było 64 tysiące euro, a w ostatniej edycji już 92 tysiące.

Piszczek pogra w Borussii Dortmund do czerwca 2021 roku
Borussia Dortmund przedłużyła o rok wygasający po tym sezonie kontrakt Łukasza Piszczka. 34-letni boczny obrońca występuje w tym niemieckim klubie od 2010 roku i w ubiegłym roku zapowiadał, że w czerwcu tego roku odejdzie. Ale ponieważ prezentował rewelacyjną formę, działacze BVB uznali, że warto to wykorzystać. Nie uległy natomiast zmianie plany 66-krotnego reprezentanta Polski po odejściu z Borussii. Ma zamiar wrócić do rodzinnych Goczałkowic i pograć jeszcze w miejscowym klubie, a także osobiście prowadzić działającą już tam akademię piłkarską ściśle współpracującą z klubem z Dortmundu.

Polska piłkarka nożna zamieniła Paryż na Wolfsburg
Bramkarka reprezentacji Polski w piłce nożnej kobiet Katarzyna Kiedrzynek niedawno ogłosiła, że po siedmiu latach odchodzi z zespołu Paris Saint-Germain. 29-letnia zawodniczka szybko znalazła nowy klub. Przez trzy najbliższe sezony Kiedrzynek będzie występowała w barwach najlepszej niemieckie drużyny kobiecej, VfL Wolfsburg, której gwiazdą jest inna reprezentantka naszego kraju, 23-letnia napastniczka Ewa Pajor.

Zakazy transferowe FIVB i CEV dla naszych klubów
Dziewięć polskich klubów, w tym pięć z najwyższych klas rozgrywkowych, otrzymało od FIVB lub CEV zakaz transferów międzynarodowych. Opublikowana przez FIVB lista pochodzi z 29 kwietnia bieżącego roku. Znajdują się na niej kluby z całego świata, które nie wypłaciły całości ustalonych wynagrodzeń wobec siatkarzy lub siatkarek. Z dziewięciu polskich klubów na liście trzy już nie istnieją – Espadon (Stocznia) Szczecin, MKS Dąbrowa Górnicza oraz Budowlani Toruń. Jedyną ekipą PlusLigi objętą zakazem jest Cerrad Enea Czarni Radom, z którym spór o pieniądze toczy Maksim Żygałow. Sprawa trafiła już do Trybunału Arbitrażowego przy FIVB.

Siarka Tarnobrzeg numerem 1 w Lidze Mistrzyń
Przed najbliższymi rozgrywkami Ligii Mistrzyń KTS Enea Siarka Tarnobrzeg została przez Europejską Unie Tenisa Stołowego (ETTU) sklasyfikowana na pierwszej pozycji wśród europejskich zespołów. W tym roku broniący trofeum polski klub w półfinale miał rywalizować z TTC Berlin Eastside. W drugiej parze miały grać TTT Saint Quentinois i Linz Forschberg. W związku z pandemią koronawiriusa rozgrywki przerwano, a wszystkie zespoły ETTU sklasyfikowała na równorzędnych pozycjach 1-4. Enea Siarka triumfowała w LM w sezonie 2018/19. Rok wcześniej zajęła trzecią pozycję. Natomiast w sezonach 2015/16 oraz 2016/17 była druga

Kolumbijski kolarz zdyskwalifikowany na cztery lata za doping
Kolumbijski kolarz 31-letni Jarlinson Pantano został złapany na stosowaniu niedozwolonego środka EPO. Międzynarodowa Unia Kolarska zawiesiła go na cztery lata. Próbka została pobrana w lutym 2019 roku. Kolumbijczyk w czerwcu tego roku ogłosił zakończenie sportowej kariery, ale jeśli chciałby jednak wrócić do rywalizacji, to dopiero w maju 2023. Pantano zapewnia, że nigdy nie korzystał z EPO, bo nie miał żadnego powodu, żeby to robić.

Piszczek jako kapitan

Po ponad dwóch miesiącach przerwy spowodowanej przez pandemię koronawirusa, niemiecka Bundesliga jako pierwsza z najsilniejszych lig europejskich wznowiła rozgrywki. Bez kibiców na trybunach i przy zachowaniu reżimu sanitarnego, ale wszyscy i tak są zadowoleni, bo już pierwsze mecze pokazały, że rywalizacja będzie emocjonująca.

W sobotnich spotkaniach na boisku pojawiło się dwóch polskich piłkarzy, Łukasz Piszczek w barwach Borussii Dortmund i Krzysztof Piątek w Herthcie Berlin, lecz tylko pierwszy z nich mógł w pełni cieszyć się z powrotu na boisko. Piszczek zagrał w podstawowym składzie i na dodatek jeszcze w roli kapitana drużyny, co świadczy o jego znaczącej roli w zespole i chyba też zapowiada, że ten klub zamierza przedłużyć z naszym piłkarzem wygasający po tym sezonie kontrakt. Ścigająca prowadzący w tabeli Bayern Monachium Borussia w 26. kolejce podejmowała na swoim stadionie zajmującą miejsce w środku ligowej stawki ekipę Schalke Gelsenkirchen. Trener dortmundczyków Lucien Favre nie wystawił w wyjściowej jedenastce narzekającego na drobne problemy zdrowotne Jadona Sancho, posadził też na ławce z powodu niedyspozycji Giovaniego Reynę, którego w ostatniej chwili zastąpił Thorgan Hazard, a za którego z kolei w 79. minucie spotkania wszedł wspomniany Sancho.
W tym spotkaniu padła pierwsza bramka w 1. Bundeslidze po wznowieniu rozgrywek. Zdobył ją nie kto inny, jak niesamowity norweski nastolatek Erling Haaland, który w 29. minucie wykończył akcję ofensywną rozpoczętą przez Piszczka. Dla Haalanda było to juz 10 trafienie w obecnym sezonie Bundesligi, ale warto przypomnieć, że 19-letni napastnik dołączył do ekipy BVB dopiero w styczniu tego roku i swój strzelecki dorobek uzyskał w zaledwie dziewięciu ligowych występach.
Zdobyte prowadzenie nakręciło jeszcze bardziej graczy Borussii Dortmund i do otwartego przez Haalanda worka z bramkami trzy kolejne dorzucili Raphael Guerreiro (dwa) i Hazard. Punkty zdobyte w wygranym 4:0 spotkaniu pozwoliły ekipie trenera Favre utrzymać pozycję wicelidera tabeli i zmniejszyć do jednego „oczka” dystans punktowy do prowadzącego Bayernu Monachium, ale z radością musieli poczekać do niedzielnego popołudnia, aż Robert Lewandowski i spółka zakończą wyjazdową potyczkę z Unionem Berlin (zakończyła się po zamknięciu wydania).
W Niemczech przed wznowieniem rywalizacji dużo dyskutowano o tym, czy kapitan reprezentacji Polski w tym sezonie po raz piąty w karierze wywalczy tytuł króla strzelców Bundesligi. Wielu ekspertów twierdziło, że może mu w tym przeszkodzić Timo Werner, który przed przerwą w rozgrywkach miał do „Lewego” cztery trafienia straty (mieli w dorobku odpowiednio 25 i 21 goli). Napastnik RB Lipsk w spotkaniu z Freiburgiem (1:1) zaliczył jednak „pusty przebieg” i mógł jedynie liczyć, że Polak także w niedzielnym meczu z Unionem nie powiększy tej przewagi.
Stratę dwóch punktów przez zespół z Lipska wykorzystała bezlitośnie czająca się za jego plecami Borussia Moenchengladbach, która na wyjeździe ograła 3:1 Eintracht Frankfurt i dzięki temu awansowała w tabeli na trzecią pozycję, spychając z ostatniego miejsca na podium właśnie ekipę sponsorowaną przez Red Bulla.
Nieciekawie rozgrywki po restarcie zaczął natomiast inny z graczy reprezentacji Polski, Krzysztof Piątek, który dość niespodziewanie sobotni wyjazdowy mecz Herthy Berlin z Hoffenheim (3:0) rozpoczął na ławce rezerwowych. Nowy trener berlińskiego zespołu, Bruno Labbadia, w roli środkowego napastnika obsadził doświadczonego, 35-letniego Bośniaka Vedada Ibisevicia, który po raz ostatni w wyjściowym składzie Herthy zaczął mecz w grudniu ubiegłego roku. To nie była jedyna kadrowa roszada dokonana przez Labbadię, bo w porównaniu do składu zespołu z ostatniego ligowego spotkania przed zawieszeniem rozgrywek dokonał aż siedmiu zmian. Polski piłkarz był ewidentnie zaskoczony odesłaniem na ławkę, czemu dał wyraz w pomeczowych wypowiedziach, ale zbyt wielu argumentów na swoją obronę nie miał, bo Ibisević zaliczył udany występ i strzelił jedną z trzech bramek. W 79. minucie zmienił go co prawda Piątek, lecz nic szczególnego nie pokazał i wygląda na to, że póki co będzie jedynie zmiennikiem bośniackiego weterana, którego Labbadia dobrze zna jeszcze z czasów, gdy był jego trenerem w VfB Stuttgart (2011-2013).