Messi ze Złotą Piłką

Po raz szósty w karierze nagrodę „Złotej Piłki” dla piłkarza roku otrzymał Argentyńczyk Lionel Messi. Na najlepszą piłkarkę wybrano Amerykankę Megan Rapinoe, nagrodę im. Raymunda Kopy dla najlepszego piłkarza do lat 21 dostał Holender Matthijs de Ligt, a nagrodę im. Lwa Jaszyna dla najlepszego bramkarza roku przyznano Brazylijczykowi Alissonowi Beckerowi. Robertowi Lewandowskiemu przypadła dopiero ósma lokata, co i tak jest postępem w porównaniu z ubiegłym rokiem, gdy nie znalazł się nawet w Top 10.

Bezdyskusyjnie Leo Messi jest piłkarzem genialnym, bez wątpienia także jednym z najwybitniejszych w historii futbolu. Ma też to szczęście, że od kilkunastu lat występuje w FC Barcelona, jednym z najsłynniejszych, najpopularniejszych i najczęściej oglądanych zespołów klubowych na świecie. W obecnej dekadzie Argentyńczykowi dorównuje jedynie Cristiano Ronaldo. O to, który z nich jest lepszy, kibice i futbolowi eksperci od lat toczą gorące spory. Gdy indywidualne laury zgarniał Portugalczyk (2008, 2013, 2014, 2016, 2017), zwolennicy Messiego podnosili larum, gdy zgarniał je argentyński gwiazdor (2009, 2010, 2011, 2012, 2015, 2019), w obronie Cristiano Ronaldo stawali zwolennicy jego nietuzinkowego talentu. I przez dziesięć lat nikt nawet nie zadał pytania, czy ci dwaj piłkarze rzeczywiście są dwa razy lepsi od Holendrów Johana Cruyffa i Marco van Bastena oraz Francuza Michela Platiniego, których trzykrotnie nagradzano „Złotą Piłką”, albo czy są aż trzy razy lepsi od Alfredo di Stefano, Franza Beckenbauera, Kevina Keegana, Karla-Heinza Rummenigge i Ronaldo (Brazylijczyk), którym to prestiżowe wyróżnienie przyznawano dwukrotnie.

Każda piłkarska epoka ma swoich dominatorów, w cieniu których marnieją niekiedy nie mniej utalentowani, pracowici i wybitni gracze. Era Messiego i Ronaldo nie różni się jakoś od innych pod tym względem, a jeśli już w czymś jest rzeczywiście wyjątkowa, to chyba tylko w tym, że trwa już straszliwie długo.

Niejasne kryteria wyboru

Organizowany od 1956 roku przez niszowy w gruncie rzeczy francuski tygodnik piłkarski plebiscyt, przez te wszystkie lata obrósł legendą i znaczeniem, którym dzisiaj nie są w stanie zaszkodzić ani często nieprzemyślane przez zespół redakcyjny nominacje zawodników, niezbyt transparentne zasady głosowania oraz archaiczna formuła wręczania nagród.

Dlatego mało kto odmawia przyjęcia zaproszenia redakcji na uroczystość wręczenia nagród. Tym razem zlekceważył je Cristiano Ronaldo, ale on mógł sobie na to pozwolić, bo sam ma w kolekcji pięć statuetek „Złotej Piłki”. Portugalczyk miał swoje argumenty, żeby strzelić focha. Co prawda zdobył z Juventusem Turyn tylko mistrzostwo Włoch, ale za to z reprezentacją Portugalii zwyciężył w premierowej edycji Ligi Narodów. Messi natomiast miał w dorobku tylko mistrzostwo Hiszpanii, z zespołem Argentyny w Copa America wywalczył ledwie trzecią lokatę, a w Lidze Mistrzów on i FC Barcelona w półfinale odpadli z późniejszym triumfatorem rozgrywek, Liverpoolem. Nawet w liczbie strzelonych w 2019 roku goli argentyński gwiazdor nie dominował w Europie, bo lepsze osiągnięcia od niego notuje Robert Lewandowski.

A zatem, gdyby redaktorzy „France Football” kierowali się wyłącznie obiektywnymi kryteriami, to w tym roku „Złota Piłkę” powinien otrzymać albo Cristiano Ronaldo, albo któryś z siedmiu nominowanych do nagrody graczy Liverpoolu – Alisson Becker, van Dijk, Trent Alexander-Arnold, Georginio Wijnaldum, Roberto Firmino, Sadio Mane i Mohamed Salah. na pewno jednak nie Messi, bo gdyby położyć na szali jego osiągnięcia w tym roku, to per saldo wcale nie ma ich więcej od choćby Lewandowskiego. Nic dziwnego, że zwycięstwo Argentyńczyka wzbudziło tyle kontrowersji.

Skoro o Lewandowskim mowa, to kapitan naszej reprezentacji przyjął zaproszenie i w paryskim teatrze zjawił się w towarzystwie żony. Dostał miejsce w pierwszym rzędzie, obok Messiego, co podgrzało nadzieje polskich kibiców na wysokie miejsce. Niestety, „Lewy” zajął dopiero ósmą lokatę, zdecydowanie za niską porównując jego tegoroczne dokonania z piłkarzami, którym przyznano miejsca przed nim: siódme zajął Brazylijczyk Alisson Becker (FC Liverpool), szóste Francuz Kylian Mbappe (Paris Saint-Germain), piąte Egipcjanin Mohamed Salah (FC Liverpool), czwarte Senegalczyk Sadio Mane (FC Liverpool), trzecie Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn), a drugie Virgil van Dijk (FC Liverpool).

Lewy musi wygrać Ligę Mistrzów

Wiele wskazuje, że Polak mógł zająć jeszcze gorszą lokatę, bo na liście graczy w Top 10 plebiscytu jego nazwisko nie pojawiało się w żadnym z medialnych przecieków. Ale za napastnikiem Bayernu opowiedziało się w ostatnim czasie wielu tuzów światowego futbolu. Francuz Jean-Pierre Papin, były piłkarz Olympique Marsylia, AC Milan i Bayernu Monachium, laureat „Złotej Piłki” z 1991 roku, stwierdził: „Nie widzę nikogo, kto w tym roku byłby lepszy od Lewandowskiego. Skutecznością bije wszystkich. Rekordy, które ustanawia niemal w każdym meczu, naprawdę robią wrażenie”. Równie wysoko ocenił „Lewego” Bułgar Christo Stoiczkow, dawny gwiazdor FC Barcelona, laureat „Złotej Piłki” z 1994 roku: „Lewandowski jest najlepszym klasycznym numerem dziewięć na świecie i robi różnicę w grze – robił ją w Borussii Dortmund, robi teraz w Bayernie i reprezentacji Polski. Powinien znaleźć się wśród najlepszych”.

Te i inne podobne głosy prawdopodobnie spowodowały, że organizatorzy plebiscytu w przypadku Lewandowskiego skorzystali z przywileju organizatora i przepchnęli go do pierwszej dziesiątki. Ale mając świadomość, że ambicji polskiego piłkarza ani jego fanów ósma lokata nie zadowoli, zaproponowali mu dodatkową rolę wręczającego wyróżnienie dla najlepszego bramkarza. Pomysł sam w sobie nie był zły, więc Lewandowski pojawił się na scenie, słusznie uznając, że skoro już przyjechał, to chociaż tak pokaże się milionom widzów oglądających relację z gali w teatrze Chatelet, w tym elektorom plebiscytu, którzy nie oglądają na co dzień Bundesligi.

Lewandowski pobił już mnóstwo piłkarskich rekordów i wiele pewnie pobije, ale w „Złotej Piłce” wciąż nie jest w Polsce najlepszy. Najwyższe jak do tej pory miejsce w tym plebiscycie, czwarte, zajął w 2015 roku. W 1974 roku Kazimierz Deyna był jednak trzeci, a Zbigniew Boniek osiem lat później po mundialu w Hiszpanii także zajął trzecią lokatę. Czy „Lewy” zdoła przebić kiedyś ich osiągnięcia? W jego przypadku droga do tego celu nie jest łatwa: żeby elektorzy „France Football” wreszcie go docenili, musiałby w przyszłym roku wygrać z Bayernem Bundesligę i Puchar Niemiec, zająć pierwsze miejsce w klasyfikacji strzelców (najlepiej bijąc jeszcze wiekowy rekord Gerda Muellera, który w jednym sezonie strzelił 40 goli), a następnie z reprezentacją Polski dotrzeć co najmniej do finału Euro 2020 i rzecz jasna zostać królem strzelców tej imprezy. Warunkiem dodatkowym jest jednak to, żeby Bayern i polska reprezentacja nie musiały walczyć z francuskimi zespołami, bo wtedy mógłby przegrać, na przykład z Kylianem Mbappe. To oczywiście żart, chociaż jak się nad nim głębiej zastanowić, to nie do końca.
Przejmowanie się wynikami plebiscytu „FF” czy jakiegokolwiek innego medium jest niedorzeczne, a już podwójnie gdy wysuwa się pretensje, na przykłada za niedocenianie polskich piłkarzy. Czy opinia 180 sportowych dziennikarzy, z których większość nigdy nie miała na nogach piłkarskich butów, może być w pełni obiektywna? Oczywiście, że nie może i nie jest, bo nie da się sprawiedliwie ocenić czy najlepszym piłkarzem na świecie jest bramkarz, środkowym obrońca, defensywny pomocnik, skrzydłowy czy też środkowy napastnik. Decydujące zatem przy wyborze są sukcesy drużyny oraz popularność zawodnika.

To przecież tylko zabawa

I chyba taką miarę zastosowali redaktorzy francuskiego tygodnika decydując się na wybór Leo Messiego oraz lokując Cristiano Ronaldo na trzecim miejscu, bo chociaż w tym roku obaj nie triumfowali w Lidze Mistrzów, to żaden nie obniżył swojej piłkarskiej klasy. Ale nie mogli zlekceważyć zwycięstwa Liverpoolu, więc między nimi usadowili stopera Virgila van Dijka. Dlaczego nie któregoś z napastników „The Reds”? To oczywiste, Senegalczyk Sadio Mane i Egipcjanin Mohamed Salah tylko w duecie są znakomici, natomiast w pojedynkę żaden z nich jako napastnik nie trzyma poziomu nie tylko Cristiano Ronaldo i Messiego, lecz także Lewandowskiego. Gdyby na szalę położono umiejętności, niezawodność, regularność, skuteczność i wytrzymałość, na podium w 2019 roku powinni się znaleźć Messi, Cristiano Ronaldo i Lewandowski, a redakcja „FF” zamiast pchać do plebiscytu niemal całą kadrę Liverpoolu, powinna przyznać angielskiej ekipie tytuł drużyny roku.

Dlatego nie ma co robić z „tylko ósmego” miejsca Lewandowskiego narodowego dramatu, tylko raczej powinniśmy brać przykład z Bayernu Monachium, który na portalu społecznościowym skomentował ósmą lokatę „Lewego” jednym trafnym zdaniem: „Dla nas on jest najlepszy”. I dla nas też powinien być.

Wypada odnotować, że poza nagrodami dla najlepszego piłkarza wręczono również trofea dla najlepszej zawodniczki, młodego piłkarza i jak już najlepszego bramkarza. Wśród kobiet bezapelacyjnie wygrała 34-letnia Amerykanka Megan Rapinoe, za najlepszego golkipera uznano brazylijskiego gracza Liverpoolu Alissona Beckera (dla przypomnienia – w dziesiątce nominowanych był Wojciech Szczęsny, ale bramkarz Juventusu i reprezentacji Polski nie przebił się do czołowej trójki), a wśród zawodników do 21 roku życia (Kopa Trophy) największe uznanie elektorów „FF” zyskał grający od pół roku w Juventusie Holender Matthijs de Ligt.

 

Messi po raz szósty

Argentyńczyk Leo Messi, Holender Virgil van Dijk, Portugalczyk Cristiano Ronaldo – w takiej kolejności elektorzy FIFA zestawili czołową trójkę plebiscytu na najlepszego piłkarza sezonu 2018/2019. Szósty triumf Messiego w tej prestiżowej rywalizacji trudno uznać za sensację, chociaż jest kontrowersyjny.

W plebiscycie głosują selekcjonerzy i kapitanowie wszystkich reprezentacji zrzeszonych w FIFA oraz grupa wybranych z tych krajów dziennikarzy. Polska grupę elektorów tworzyli więc Jerzy Brzęczek i Robert Lewandowski, a tym trzecim był Michał Pol, były już szef „Przeglądu Sportowego”. „Lewy” na pierwszym miejscu wskazał Virgila van Dijka, na drugim Senegalczyka z FC Liverpool Sadio Mane, a na trzecim Frenkiego De Jonga z FC Barcelona. Brzęczek jako zwycięzcę wskazał Virgila van Dijka, na drugim Sadio Mane, a na trzecim Leo Messiego. Pol zagłosował na Messiego, van Dijka i Mane. W wyborze trenera cała trójka była jednomyślna i wskazała na niemieckiego szkoleniowca FC Liverpool Juergena Kloppa.

Dla kibiców ciekawsza była jednak informacja, na kogo swoje głosy oddali Leo Messi jako kapitan zespołu Argentyny i Cristiano Ronaldo jako kapitan zespołu Portugalii. Argentyńczyk na pierwszym miejscu wskazał Sadio Mane, na drugim Cristiano Ronaldo, a na trzecim na Frenkiego De Jonga. Ronaldo w swoim głosowaniu Messiego nie uwzględnił, a najwięcej punktów przyznał swojemu koledze z zespołu Juventusu Matthijsowi de Ligtowi. Na drugim miejscu Portugalczyk wskazał De Jonga, a na trzecim Kyliana Mbappe. Obaj gwiazdorzy zgodnie pominęli jak widać innego Holendra, Virgila van Dijka, który niespełna miesiąc temu otrzymał ich kosztem wyróżnienie dla najlepszego piłkarza sezonu UEFA.

Messi podczas uroczystej gali w Mediolanie odbierał szóste w karierze wyróżnienie dla najlepszego piłkarza sezonu z kamienna twarzą. Nic dziwnego, jego wybór jak żaden wcześniejszy wzbudził mnóstwo kontrowersji. Faworytem mediów był bowiem holenderski piłkarz Liverpoolu Virgil van Dijk, który wraz z ekipą „The Reds” wygrał przecież Ligę Mistrzów, a z reprezentacją Holandii doszedł do finału Ligi Narodów. A skoro już o Lidze Narodów mowa, to wygrała ją przecież drużyna aktualnych mistrzów Europy Portugalczyków, z niekwestionowana pomocą Crystiano Ronaldo, więc portugalski gwiazdor Juventusu, który też miał na koncie pięć tytułów najlepszego na świecie, miał prawo czuć się poszkodowany.

Dlaczego? A choćby dlatego, że Messi poprzedni sezon zakończył bez żadnego drużynowego triumfu, bo z ekipą Argentyny przegrał przecież w finale Copa America, a z Barceloną odpadł w półfinale Champions League. Obiektywnie jednak rzecz biorąc obaj ci genialni piłkarze wciąż nie mają sobie równych na świecie i każdy inny gracz uznany za lepszego od nich, jak Luka Modrić w ubiegłym roku czy de Jong w tegorocznym plebiscycie UEFA, będzie odbierał nagrodę z poczuciem, że na nią nie zasłużył.

Triumfatorzy FIFA The Best 2018/2019
Piłkarz Roku FIFA: Lionel Messi (FC Barcelona, Argentyna);
Piłkarka Roku FIFA: Megan Rapinoe (USA);
Najpiękniejsza bramka: Daniel Zsori (Węgry);
Najlepsza bramkarka: Sari van Veenendaal (Holandia);
Najlepszy bramkarz: Alisson Becker (Liverpool FC, Brazylia);
Trener roku: Juergen Klopp (FC Liverpool);
Kobiecy trener roku: Jill Ellis (USA);
Nagroda FIFA Fair Play: Marcelo Bielsa;
Kobieca jedenastka roku:
Sari van Veenendall – Lucy Bronze, Wendie Renard, Nilla Fischer, Kelley O’Hara – Amandine Henry, Julie Ertz, Marta, Rose Lavelle, Megan Rapinoe – Alex Morgan;
Męska jedenastka roku:
Alisson Becker – Matthijs De Ligt, Sergio Ramos, Virgil van Dijk, Marcelo – Luka Modrić, Frenkie De Jong, Eddie Hazard – Leo Messi, Cristiano Ronaldo, Kylian Mbappe.

 

Neymar przecenił swoją wartość

Narzuconego swego czasu przez UEFA europejskim klubom tzw. finansowe fair play, wciąż jest skutecznie omijane, skoro transferowym szaleństwo trwa. Od 1 lipca swoje rekordy w wydatkach na nowych piłkarzy pobiło 30 klubów z najbogatszych europejskich lig. Ten rynek szacowany jest na ponad 3 mld euro, więc największe transakcje jeszcze przed nami.

Najdroższym obecnie piłkarzem na świecie i w ogóle w historii futbolu, jest Brazylijczyk Neymar. Dwa lata temu Paris Saint-Germain, a bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że katarscy właściciele paryskiego klubu, wykupili tego 25-letniego wówczas gracza z FC Barcelona za rekordowe 222 mln euro. Nie była to jednak udana inwestycja, bo w dwóch kolejnych sezonach brazylijski gwiazdor dziwnym trafem doznawał kontuzji stopy w najważniejszej części sezonu, gdy trzeba było walczyć o wymarzone przez mecenasów Paris Saint-Germain najwyższe laury w Lidze Mistrzów. W tym roku sytuacja się powtórzyła – w lutym Neymar znów miał problemy z kostką i nie pomógł w walce w Champions League, w maju został oskarżony przez jedną z rodaczek o gwałt, przez co w czerwcu trener Tite najpierw odebrał mu opaskę kapitana reprezentacji Brazylii, a potem w ogóle usunął z zespołu pod pozorem odnowienia się urazu. Jak wiadomo ekipa canarinhos wygrała turniej Copa America. Ten sukces był potężnym ciosem w piłkarski wizerunek Neymara.

Inni znani piłkarze w takich niesprzyjających im okolicznościach próbują „odrobić straty” jak najlepszymi występami w klubowym zespole, ale nie Neymar. On postępuje wręcz przeciwnie – mając za sobą wybitnie nieudany sezon, sądowe sprawy za gwałt i niezapłacone podatki, postanowił w tak trudnym momencie swojej kariery zmienić pracodawcę.

Nawet gwiazdy nie wszystko mogą

Medialne spekulacje najczęściej sugerują, że Brazylijczyk chce już w tym okienku transferowym wrócić do FC Barcelona. Nie będzie to jednak takie proste, jak być może piłkarzowi i jego najbliższemu otoczeniu się wydaje. Po pierwsze, nawet jeśli szefowie Paris Saint-Germain na to się zgodzą, z pewnością zażądają za transfer co najmniej 222 mln euro, co już może stanowić problem, bo po dwóch nieudanych sezonach Neymar nie jest wart takich pieniędzy. Zresztą on sam poniekąd znacznie przecenił swoją wartość, bo jak wieść niesie w negocjacjach z szefami FC Barcelona zgodził się ponoć na obniżkę wynagrodzenia o połowę.

I ta właśnie informacja doprowadziła do furii prezesa PSG Nassera Al-Khelaifiego, który dość spokojnie znosił wcześniejsze wybryki brazylijskiego gwiazdora – tygodniowe spóźnienie z urlopu, odmowę podjęcia treningów z zespołem czy występów w spotkaniach sparingowych, a nawet jego skandaliczne wypowiedzi w mediach społecznościowych, jak ta o najlepszym wspomnieniu z dotychczasowej kariery, w której stwierdził, że jest nim występ w barwach Barcelony w wygranym 6:1 meczu z… Paris Saint-Germain w Lidze Mistrzów. Katarski miliarder nie zdzierżył jednak wieści, że piłkarz, któremu on rocznie płaci 47 mln euro, jest gotów grać w Barcelonie za połowę tej kwoty.

Zagroził więc Neymarowi, że zgotuje mu los jakiego doświadczył Adrien Rabiot, czyli odeśle do rezerw, może nawet do końca kontraktu. Katarczyka niewątpliwie stać na taką rozrzutność, więc Neymar spuścił z tonu i wrócił do PSG. Ale negocjacje w sprawie jego odejścia nadal trwają. Co ciekawe, FC Barcelona w ramach rozliczenia transferu Neymara jest ponoć skłonna oddać do paryskiego klubu dwóch swoich zawodników, którzy okazali się przepłaconymi pomyłkami transferowymi – Brazylijczyka Philippe Coutinho oraz Francuza Ousmane Dembele.

Czy coś z tego wyjdzie, na razie nie wiadomo, ale agent Neymara zaoferował usługi swojego klienta także innym potentatom na europejskim rynku – Realowi Madryt, Juventusowi Turyn, Bayernowi Monachium i Manchesterowi United. Wątpliwe jednak by któryś z tych klubów był skłonny wyłożyć aż 222 mln euro, chociaż faktem jest, że ceny za piłkarzy wciąż rosną w szaleńczym tempie.

Piłkarze coraz drożsi, ale czy lepsi?

Tego lata swoje rekordy transferowe pobiło już 30 klubów z najbogatszych lig europejskich, a szacuje się, że łączna kwota przeprowadzonych transakcji do zamknięcia „okienka transferowego” może przekroczyć nawet granicę 3 mld euro. W Anglii poza Manchesterem City (Rodriego Hernandez – 70 mln euro) i Tottenhamem (Ndombele – 60) swoje rekordy pobiły np. Leicester City (Youri Tielemans – 45), Wolverhampton (Raul Jimenez – 38) czy Aston Villa (Wesley – 25). W Bundeslidze obok Bayernu Monachium (Hernandez – 80) i Borussii Dortmund (Hummels – 30,5) rekordy pobito w Bayerze Leverkusen (Kerem Demirbay – 32) i Eintrachcie Frankfurt (Djibril Sow – 9), a nawet w Fortunie Duesseldorf (Dawid Kownacki – 8 mln euro). W Hiszpanii poza Atletico (Felix – 126) swoje rekordy pobiły na razie tylko FC Sevilla (Jules Kounde – 25) i Espanyol Barcelona (Matias Vargas – 10,5), ale wszystkie kluby Primera Division wydały na nowych zawodników już ponad miliard euro.

We Włoszech na razie nie pobito ubiegłorocznego rekordowego wydatku Juventusu Turyn na Cristiano Ronaldo (111 mln euro plus bonusy), ale turyński klub w minioną środę sfinalizował transfer 19-letniego holenderskiego obrońcy Ajaksu Amsterdam Matthijsa de Ligta, płacąc za niego 75 mln euro plus 10 mln euro bonusów za wyniki osiągnięte w trakcie pięcioletniego kontraktu. Na tym tle transferowe rekordy Sampdoria Genua (Emil Audero – 20 mln euro), Genoi (Stefano Sturaro – 16,5), Atalanty Bergamo (Luis Muriel – 15), Bologny (Riccardo Orsolini – 15) i SPAL 2013 (Andrea Petagna – 12 mln euro) nie wypadają może okazale, potwierdzają jednak znakomicie obowiązującą tendencję.

 

Fortuna za nastolatka

Letnia karuzela transferowa w piłce nożnej wchodzi na najwyższe obroty. Atletico Madryt wykupiło właśnie z Benfiki Lizbona 19-letniego portugalskiego napastnika Joao Felixa za 126 mln euro.

Felix uważany jest za wschodzącą gwiazdę portugalskiej reprezentacji i następcę wielkiego Cristiano Ronaldo. Po transferze będzie czwarty na liście najdroższych piłkarzy w historii futbolu. A transakcja wydaje się przesądzona, skoro już pochwaliła się nią Benfica. Co prawda zostało jeszcze ustalenie indywidualnych warunków kontraktu piłkarza z Atletico, ale to nie powinno być istotną przeszkodą. Gigantyczna kwota transferu oznacza, że więcej niż za Joao Felixa zapłacono dotąd za Neymara (wykupiony przez Paris Saint-Germain z FC Barcelona za 222 mln euro), Kyliana Mbappe (za 180 mln euro przez PSG z AS Monaco) i Philippe Coutinho (za 145 mln euro przez Barcelonę z Liverpoolu). Portugalczyk może jednak wkrótce stracić tak prestiżową lokatę, bo Juventus Turyn właśnie finalizuje transfer 19-letniego holenderskiego stopera Ajaksu Amsterdam Matthijsa de Ligta i oferuje za niego aż 149 milionów euro.

Na razie jednak więcej mówi się o transferze Portugalczyka, dla którego poprzedni sezon był dopiero pierwszym w dorosłej piłce. Efektownie grający młody napastnik strzelił 20 goli w 43 meczach rozegranych we wszystkich rozgrywkach. Został zapamiętany zwłaszcza z kapitalnego spotkania w ćwierćfinale Ligi Europy z Eintrachtem Frankfurt (4:2), w którym zdobył hat-tricka i zaliczył asystę. Madrycki klub jest zdeterminowany w staraniach o pozyskanie tego gracza, potrzebuje bowiem pilnie załatać lukę po odejściu z zespołu Francuza Antoine’a Griezmanna.