Telewizja Dziewcząt i Chłopców Sentymentalna podróż do krainy dzieciństwa

Jest! Zapowiadana przez nas w ubiegłym roku i oczekiwana przez wielu książka Sławomira W. Malinowskiego o niezapomnianych programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców ukazała się w sprzedaży nakładem krakowskiej Oficyny Wydawniczej „Impuls”. Jakby nie patrzeć programy tworzone przez Macieja Zimińskiego, Michała Sumińskiego i Bohdana Sienkiewicza odcisnęły piętno i ukształtowały kilka pokoleń dziewcząt i chłopców. To w „Ekranie z Bratkiem”, „Klubie Pancernych”, „Latającym Holendrze” czy „Zwierzyńcu” – by wymienić zaledwie kilka – dzieci uczyły się zaradności, empatii, miłości do przyrody, działania w grupie, odpowiedzialności i to właśnie te programy kształtowały w dzieciach postawy prospołeczne.

Już od dnia premiery książka Sławomira W. Malinowskiego (objęta patronatem „Trybuny”) została określona mianem niezwykłej. Nie tylko dzięki tytułowi: „Telewizja Dziewcząt i Chłopców (1957-1993). Historia niczym baśń z innego świata”. Ta 358-stronicowa pozycja w twardej, szytej oprawie, na kremowym papierze z bogactwem ilustracji, przywołuje z przeszłości najpiękniejsze programy Telewizji Polskiej oraz akcje w których brały udział miliony dziewcząt i chłopców z całej Polski. W wielu wzbudzi piękne wspomnienia, szczery uśmiech, tęsknotę za minionym dzieciństwem. Ta książka uczy, bawi i… wzrusza. Przepojona jest empatią, szacunkiem do innych, bezinteresownością. Jest wyjątkowa również dlatego, że po brzegi wypełnia ją dziecięca dobroć i piękne uczynki płynące z głębi serca. A to dzisiaj raczej niespotykane.
Prof. Maria Szyszkowska z Uniwersytetu Warszawskiego stwierdziła:
Książka ta oparta o fakty, opatrzona przypisami i bogatą bibliografią jest niewątpliwie dokumentem i zarazem pracą naukową, którą powinni zgłębiać przyszli dziennikarze, jak również pedagodzy i psychologowie oraz socjologowie. Zresztą powinien ją przeczytać każdy, kto głębiej zastanawia się nad życiem.
Jak zaznaczył w swej recenzji prof. Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego z Bydgoszczy dr hab. Przemysław Paweł Grzybowski: Mimo że autor nie jest pedagogiem i nie powołuje się na literaturę pedagogiczną, można uznać jego monografię za jedną z najważniejszych książek pedagogicznych ostatnich lat i polecić jej lekturę nie tylko miłośnikom wspomnień, ale także pedagogom, nauczycielom, studentom, rodzicom i tym wszystkim, którzy poszukują dobrych wzorców edukacji.
I rzeczywiście takimi wzorcami książka jest przepełniona.
Telewizja Dziewcząt i Chłopców kierowała się filozofią swych twórców: Macieja Zimińskiego, Włodzimierza Grzelaka i Jacka Kubskiego. Wszyscy trzej wywodzili się z harcerstwa. Pracowali z młodzieżą, rozumieli dziewczęta i chłopców, potrafili z nimi rozmawiać.
Pomysł swoich programów oparli na nadzwyczaj prostym fundamencie – dzieci należy traktować z szacunkiem, po partnersku, oczywiście jako młodszych, ale przecież kolegów.
Maciej Zimiński zawsze podkreślał:

  • Ale co jest istotne, była to telewizja nie dla dziewcząt i chłopców… tylko ich telewizja. I oni to wiedzieli. A my nigdy nie przekroczyliśmy tej niewidzialnej granicy, traktując naszych widzów jako pełnoprawnych i najważniejszych jej twórców.
    „Telewizja Dziewcząt i Chłopców…” – podkreśla prof. Maria Szyszkowska – powinna stać się wzorem dla dzisiejszych metod edukacyjnych i wychowawczych. Powinno się z tej książki czerpać przykłady kształtowania kolejnego pokolenia. Uczyła ona nie tylko postaw, ale przede wszystkim właściwego wewnętrznego nastawienia do drugiego człowieka, w tym starszego, bezradnego, ubogiego. Istotne jest, że bez moralizowania zachęcała do wyrabiania w sobie bezinteresowności.
    „Niewidzialna Ręka” jedyna i niepowtarzalna akcja telewizyjna w skali świata polegająca na bezinteresownym oraz anonimowym czynieniu dobra. Sztab sugerował: Na szlaku NR możecie wykonać coś dla jednej osoby, a także dla wielu (np. zreperować mostek, zrobić tablicę ogłoszeń przy Gromadzkiej Radzie Narodowej, urządzić kwietnik na podwórku, albo piaskownicę dla małych dzieci). Był wszakże jeden warunek: To, co zrobicie, musi być pożyteczne. Niewidzialni powinni też działać zawsze wtedy, kiedy ktoś potrzebuje ich pomocy.
    I działali. Co istotne to dzieci same decydowały komu i jak pomóc. Naciągali staruszkom wody ze studni, reperowali furtki i płoty, pomagali zwieźć zboże z pola, opiekowali się grobami żołnierzy poległych podczas II wojny światowej, naprawiali inwalidom wózki, nieśli pomoc chorym, wyposażali szkolne gabinety w pomoce naukowe.
    Ale jeden z uczynków był wyjątkowy. Przeszedł do historii i obrósł legendą. Jego bohaterem był jedenastoletni Antek Koszyk z Gorlic.
    Chłopiec zorientował się, że niedaleko, w Zagórzanach, jest Państwowy Dom Dziecka. Stamtąd zaś bardzo blisko, bo o „rzut beretem”, leży Szymbark, wieś, która nie należy do najbiedniejszych. By nie pokazać twarzy, zatelefonował do dyrektora Jana Bochenka i przedstawił się jako „Niewidzialny” o numerze 13128. Czy pan dyrektor zgodzi się, żeby mieszkańcy Szymbarku wzięli dzieci na ferie? – zapytał. – Zgadzam się, ale pod warunkiem, że przyjdą z dowodami osobistymi – padła odpowiedź.
    Napisał listy do mieszkańców Szymbarku prosząc o przyjęcie do rodzinnego grona sieroty z Państwowego Domu Dziecka. Każdy opatrywał własnoręcznym rysunkiem i prostą rymowanką w której słowo „chatka” rymowało się z „matka”.
    Było trzydzieścioro kilkoro dzieci. Przyszło po nie ponad czterdziestu chętnych: Wąsowie, Górscy, Krzemińscy, Cetnarowscy, Tomasikowie… Dzieciary spędziły u nich najpierw wakacje, a później kolejne ferie i święta.
    Włodzimierz Pacek, emerytowany oficer Marynarki Wojennej i handlowej po przeczytaniu książki nie krył wzruszenia: Większą część swojego dorosłego życia spędziłem na morzu, które powinno hartować, kształtować charakter człowieka. Po otrzymaniu tej książki, na chybił trafił, otworzyłem na rozdziale „Niewidzialna Ręka”. Zacząłem czytać na głos, tak aby żona słyszała. Doszedłem do pięknej historii Antka Koszyka. Trzy, cztery zdania i głos zaczął mi drżeć. – Czytaj kochanie dalej – podałem książkę żonie – coś mnie gardło boli. Po kilku zdaniach rozpłakała się na głos.
    Podczas całej telewizyjnej „Niewidzialnej Ręki” rozesłano prawie 2 mln biletów wizytowych, którymi dzieci podpisywały swe dobre uczynki. Biorąc pod uwagę, że za każdym kryła się grupa rówieśnicza licząca przeciętnie od 3 do 5 osób, a niejednokrotnie więcej, w czynienie dobra było zaangażowanych około 8 mln dziewcząt i chłopców. Mówimy jednak tylko o tych, którzy zgłosili się do Sztabu. Drugie, a może nawet trzecie tyle, działało samodzielnie. I też robili piękne rzeczy.
    A „Klub Pancernych”? Kolejna piękna karta w historii Telewizji Polskiej.
    Zabawa w Janka, Gustlika, Grzesia i Olgierda była tylko pretekstem do aktywizowania prospołecznych poczynań maluchów. Jeden z pierwszych rozkazów brzmiał: ocieplamy psie budy na zimę. Dzieci szybko uporały się z zadaniem, i to na piątkę. Założyły „pancerz przeciwmrozowy” na prawie dziewięciu tysiącach psich domków. Meldunki opatrzone były podpisami członków załóg oraz odciskami zwierzęcych łap i łapek. Dzieci miejskie wykonały wiele tysięcy legowisk dla psów domowych, zadbały o czystość psich misek – podkreślał w „Trybunie Mazowieckiej” Tadeusz Jaszczyk. – Batalię, której nie udało się przeprowadzić Towarzystwu Przyjaciół Zwierząt, wygrał „Klub Pancernych”.
    Odszukiwano kombatantów II wojny światowej spisując ich wspomnienia, ustalano datę wyzwolenia rodzinnej miejscowości i opisywano pierwszy dzień wolności, przygotowywano prezenty dla chorych dzieci z sanatoriów, propagowano dbanie o porządek w domu i pomoc rodzicom, zimą oczyszczano chodniki i ścieżki ze śniegu, robiono lodowiska w bezpiecznych miejscach, likwidowano zjazdy i tory saneczkowe kończące się na ulicach, walczono z paleniem papierosów, idt, itd.
    Prof. Przemysław Grzybowski dodaje: Monografia autorstwa Sławomira W. Malinowskiego „Telewizja Dziewcząt i Chłopców (1957–1993). Historia niczym baśń z innego świata”, to książka niezwykła. Mimo że jej tytuł sugeruje kronikarskie opracowanie na temat jednej z redakcji polskiej telewizji publicznej, to w rzeczywistości jest to opowieść (auto) biograficzna. Posiłkując się fragmentami wywiadów, publikacji oraz dokumentów związanych z programami telewizyjnymi i audycjami radiowymi, autor przedstawia okoliczności, w których działania i doświadczenia redaktorów Telewizji Dziewcząt i Chłopców (TDC) wzbogaciły życie tysięcy dzieci i młodzieży, ich rodzin, znajomych, podopiecznych w masowych akcjach. Jest to więc wielobarwna mozaika osobistych historii, podana w formie gawędy, którą charakteryzuje przystępność języka, lekkość stylu i czytelność przykładów.
    Andrzej Starzec, autor i wykonawca tytułowej piosenki „Latającego Holendra” puentuje krótko: Od razu nadałem Sławkowi indiańskie imię Lekkie Pióro. Czyta się to znakomicie.
    „Telewizja Dziewcząt i Chłopców (1957–1993). Historia niczym baśń z innego świata” Sławomira W. Malinowskiego obejmuje swoim zasięgiem niemal cztery dekady historii polskich powojennych mediów – napisała dr hab. Joanna Szydłowska, prof. UWM z Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie. – I już tylko dlatego jest pozycją cenną i godną popularyzacji. Autor postawił sobie bardzo ambitny cel. Podjął się komplementarnego opisu pewnego fenomenu kulturowego i medialnego, jakim był blok programów skierowanych do dzieci i młodzieży wyprodukowanych przez Telewizję Polską. Pomysł zrealizowany został ręką dziennikarza i producenta filmowego, członka środowiska, który od wielu lat jest związany z dziennikarstwem prasowym, radiowym i telewizyjnym. I właśnie ta środowiskowa perspektywa nadaje narracji piętna wyjątkowości. Sławomir W. Malinowski zaproponował współczesnemu odbiorcy fascynującą podróż w przeszłość zorientowaną na przywołanie dawno wygaszonych emocji i fascynacji związanych z percepcją komunikatów medialnych młodych ludzi. A to spojrzenie z punktu widzenia odbiorcy uzupełnił perspektywą badacza, rekonstruktora, dokumentalisty. Bezcenne poznawczo są partie, w których autor przywołuje opinie dziennikarzy i osób odpowiedzialnych za emisję programów, w których zdradza się sekrety produkcji, opowiada o warsztacie, zdradza spektakularne „wpadki”. Dostęp do tych wartościowych źródeł mógł mieć tylko człowiek mocno wpisany w środowisko.
    Iluż żeglarzy, kapitanów marynarki handlowej i wojennej oraz ludzi rozumiejących i kochających morze wyszło spod skrzydeł „Latającego Holendra”? Trudno zliczyć. Ale „Latający Holender” był wielką szkoła patriotyzmu opartą na fundamentach sformułowanych jeszcze przez
    gen. Mariusza Zaruskiego. Jednym z jego kapitanów był Adam Jasser i to właśnie on wpadł na pomysł eksperymentu resocjalizacyjnego – rejsów dla wychowanków zakładów poprawczych. Idei przyklasnęło Ministerstwo Oświaty i Wychowania. Chciał dać im szanse. Wierzył w sukces:
    Takiej sprawy nie można przegrać – mówił. – Dwa plus dwa jest cztery. Żaglowiec robi z człowieka człowieka. Nie ja do tego doszedłem. To jest wiadome.
    Dostał dziewięciu frajerów i dziewięciu gitów. Bilans kont z gatunku średnich: uszkodzenie ciała, gwałt, reszta kradzieże. Jasser, mówiąc delikatnie, zadowolony nie był.
    Michał Dąbrowski:
    – Przyjechała grupa chacharów, takich git-ludzi, co to do nich świat należy. Jeden w drugiego hardy, butny, arogancki, bez kija nie podchodź i od razu: on tego nie będzie robił, on tu jest, by wypocząć, a nie zasuwać, to frajerów robota lubi, a on frajerem nie jest.
    Towarzystwo trzeba było okiełznać. Jasser zebrał więc wszystkich na pokładzie i zaczął wyjaśniać podstawowe zasady:
    – Na żaglowcu nie ma niepotrzebnych zakazów. Nie ma także nakazów bez sensu. Jest tylko prawda. To, co pozorne, opada, jak cumy.
    Był pragmatykiem:
    Zakazaliśmy nie tylko gwizdu, ale i grypsery, bo kadra zawodowa jej nie rozumie. Powiedziałem – wy będziecie używać grypsery, my będziemy rozmawiać po angielsku. Musicie się tu zresztą uczyć gorszej grypsery grotbombramsztakseli. Wyjaśniliśmy, że nie interesuje nas, kto jest git, a kto frajer, ale nie będziemy tolerować podziałów, bo wszelki podział na żaglowcu uniemożliwia wykonanie zadania. Na żaglowcu każdy jest wart, ile jest wart naprawdę.

Po kilku dniach chłopcy wykonywali swoje obowiązki bez szemrania, z rzadka tylko coś burczeli pod nosem. Wielu zaczęło się to nawet podobać. Program rejsu był bogaty, co tym ważniejsze, że nikt nie zamierzał ukrywać ich w kubryku.
Kapitan Adam Jasser:
– Obiecaliśmy im, że tylko oni i my wiemy o tym, że są z poprawczaków. Daliśmy im wspaniałe racje żywnościowe. Mieli nawet czekoladę. W portach szli, gdzie kto chciał, i wracali na piętnaście minut przed ustaloną godziną. To było przykre. Byli zbyt potulni.
Tak to wówczas oceniał Jasser. Według mnie, byli, ot tak, po prostu, wdzięczni. Wdzięczni, że wreszcie ktoś dostrzegł w nich nie tylko chłopaków z marginesu, że choć wymagał, to traktował z szacunkiem, że w końcu obdarzył ich zaufaniem i dał im szansę.
Na pożegnanie raz jeszcze kapitan zebrał na pokładzie „Rutka” tych git ludzi i frajerów. Mówił z serca. Mówił, że jest z nich dumny, że jeśli z podobnym zaangażowaniem będą pracowali po wyjściu na wolność, to nie wrócą za kraty, że wszystko jest w ich rękach. Na koniec rzucił hasło: „Trzymajcie kurs chłopcy!”.
Nie zapomnieli swego kapitana.
Wielu z nich, po latach, niekiedy będąc po dwóch piwach, dzwoniło do niego w środku nocy, mówiąc z lekkim wzruszeniem: „Trzymamy kurs, panie kapitanie!”.
Andrzej Superat, jeden z pierwszych załogantów „Latającego Holendra” napisał list do autora książki:
Rzeczywiście tak było i nikt nam tego nie odbierze. Wiesz, jestem pełen uznania dla  Twojej pasji zbierania tych okruchów naszej młodości w pewną całość, dokumentowania czasu który już przeminął a budzący tyle wspomnień i wzruszeń … i tak mi się nasuwa takie porównanie do jeszcze starszych czasów z epoki gdy nie było filmów, radia, telewizji, prasy a jednak byli ludzie którzy z mrówczą cierpliwością spisywali za pomocą gęsiego pióra wydarzenia tamtych czasów by kolejne pokolenia nie zapomniały dziejów naszych praojców, dziejów narodu. Mam oczywiście na myśli kronikarzy. Za jakiś czas ktoś powie: kochani – przyjdźcie  do mnie, pokażę wam kroniki z XX i XXI wieku spisane przez znanego niezłomnego kronikarza Sławka Malinowskiego, ukazującego  jak kształtował się narybek narodu polskiego w zamierzchłym dziwnym czasie  dwudziestego stulecia.
Książka „Telewizja Dziewcząt i Chłopców…” niezwykle rzetelnie, a przy tym w ciepłej, gawędziarskiej formie, opisuje 40 lat programów dla dzieci i młodzieży z okresu PRL. Dostrzegają i doceniają to czytelnicy Prof. Cezary Żekanowski kierownik Pracowni Neurogenetyki Instytutu Medycyny Doświadczalnej i Klinicznej Polskiej Akademii Nauk napisał:
Książka jest wspaniała, pokazuje istotę tamtych – niedalekich przecież – czasów. A co ważniejsze pokazuje projekt szerszy niż TDC, niezrealizowany nigdy do końca i brutalnie przerwany. Doceniany przez młodych – wtedy, a dziś jakże często “wymagający tłumaczenia”, “zastrzeżeń”, ze strony tych samych, podstarzałych odbiorców. W tym kontekście mocno brzmią słowa Artura Barcisia: ”Słuchajcie maluchy, Pankracy zdechł.” Dziś równie profetycznie i złowieszczo, jak “Wielki Pan umarł” Tammuza, za panowania cesarza Tyberiusza…
Jakże inna Pana książka od Wasilewskiego “Niewidzialnej ręki” czy Rosiaka “Biało-czerwonego”, pisanych z nieukrywaną intencją spostponowania okresu Polski Ludowej. Pomijam już nowoczesną manierę pseudo-reportażu, niezrozumiałą dla mnie, wychowanego na “Beethovenie” Georga Marka. Pana książka, dokumentująca i rzetelna – nie zestarzeje się i przeniesie dobrą pamięć oraz empatię w przyszłość. Przeniesie, i pozwoli tej przyszłości zaistnieć.
Raz jeszcze dziękuję i serdecznie pozdrawiam!
I jeszcze raz prof. Maria Szyszkowska:
Wartości, które zaszczepiała Telewizja Dziewcząt i Chłopców są w pełni aktualne z czego zdała sobie sprawę francuska stacja telewizyjna PLANETE. Otóż w 2009 roku Sławomir W. Malinowski zrealizował dla tej stacji dziewięć filmów o najlepszych programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz ich twórcach. Należy żałować, że polska telewizja nie poszła tym tropem. Zwłaszcza, że Telewizja Dziewcząt i Chłopców wyrabiała patriotyzm pojęty jako służba wobec ojczyzny. Sławomir W. Malinowski wykazał więc faktyczną możliwość pozytywnego oddziaływania telewizji.
Na zakończenie chcę podkreślić talent literacki Autora i bogatą, piękną, rzadko dziś spotykaną polszczyznę, którą się posługuje.
Red. Maciej Zimiński, twórca Telewizji Dziewcząt i Chłopców, po obejrzeniu filmów Sławomira W. Malinowskiego o TDC napisał:
…to fenomenalna dokumentacja dwóch rzeczy: po pierwsze, że tak było, a po drugie, że tak można robić telewizję dla ludzi młodych, a nie spychać ich w świat reklam i filmów niekoniecznie wychowujących. Pokazałem niedawno mojemu przyjacielowi, równolatkowi, również jak ja staruchowi film o „Niewidzialnej Ręce”. On obejrzawszy zatelefonował do mnie i powiada: „.. Maciek, tego nikt nie zrozumie, to jest bajka Andersena, to jest w ogóle z innego świata, to jest dzisiaj niemożliwe!” A dlaczego jest niemożliwe? – to już nie mnie sądzić. Nie ja zmieniam świat. Ja kiedyś ten świat, mówiąc nieskromnie, współtworzyłem z naszymi widzami. Ówczesny świat wspólnoty, świat kształtowania dobra, świat służenia innym… to było nasze główne zadanie. Ale także staraliśmy się różnymi sposobami wzbogacać o nim wiedzę dzieci.
To (książka) o tym, że można być dobrym człowiekiem, że TV może wpływać na to by ludzie byli lepsi, żeby przypomnieli sobie takie magiczne słowa jak: proszę, przepraszam, dziękuję.
Jakże by to było piękne…
Cóż nam pozostaje na zakończenie? Zachęcić Państwa do sięgnięcia po tę książkę, by wyruszyć w podróż do krainy mądrej telewizji i pięknego dzieciństwa. Sławomir W. Malinowski we wstępie do „Telewizji Dziewcząt i Chłopców (1957-1993). Historia niczym baśń z innego świata” napisał:
Drogi Czytelniku, wybacz brak skromności, ale dla wielu – być może, i dla Ciebie – będzie to książka niezwykła. Nie tylko dlatego, że dzięki niej wyruszysz w podróż do krainy dzieciństwa. Również nie dlatego, że przeczytasz o jednej z najpiękniejszych kart Telewizji Polskiej; i nie tylko dlatego, że po brzegi wypełniona jest dobrocią, przyjaźnią i szacunkiem do innych. Po prostu w tej książce odnajdziesz siebie, swoich rodziców lub dziadków. Odnajdziesz brata lub siostrę, kolegę z bloku, koleżankę z podwórka, kumpli z klasy czy sympatię z wakacji. Właśnie dlatego. Bo to książka o Tobie.
„Telewizji Dziewcząt i Chłopców (1957-1993). Historia niczym baśń z innego świata”
Wydanie I, Kraków 2020
Format B5
Objętość 358 stron
Oprawa twarda, szyta

Książka do nabycia wyłącznie w sprzedaży bezpośredniej. Można ją zamówić na stronie www.impulsoficyna.com.pl; telefonicznie +48 12 422 41 80 / 506 624 220 lub
e-maile’em: impuls@impulsoficyna.com.pl

Niech powrócą wspomnienia (9)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty.
Dzisiaj przypominamy gospodarza „Zwierzyńca” – Michała Sumińskiego.

Zawsze, gdy umawiałem się z Michałem Sumińskim na spotkanie z uprzejmością i niezwykłym wdziękiem deklarował:
– Jestem do „d”.
– A to świetnie, w takim razie możemy zabierać się do pracy – odpowiadałem. Bo jego: „Jestem do „d”, wbrew temu co pomyśli większość czytelników, nie oznaczała wcale braku sił witalnych, lecz gotowość do działania – „Jestem do „d”, czyli… „jestem do dyspozycji!”.
Maciej Zimiński nazywał Michała Sumińskiego malarzem wyobraźni:
– Był genialnym samorodkiem, który swoimi gawędami, sposobem narracji, gestykulacją wręcz czarował. Przy tym robił to tak fantastycznie, że dzieciarni wręcz zatykało dech w piersiach.
– Może pan nie uwierzy, ale jestem dziedzicznie obciążony – Sumiński uśmiecha się pod sumiastym wąsem – mój ojciec był przyrodnikiem, doktorem zoologii i geografii. Wykładał, między innymi, na Uniwersytecie Warszawskim. Można powiedzieć, że niemal się urodziłem w tej uczelni.
– Na jakiejś katedrze? – próbuję dociec.
Pod katedrą lub – jak kto woli – w cieniu katedry profesora Tura, którego był asystentem. Profesor Tur, to wielka postać polskiej nauki, wybitny zoolog od anatomii porównawczej. Mogłoby się wydawać, że będę uczonym, ale nic z tego nie wyszło. Doskrobałem się zaledwie dwóch magistrów: z zoologii na Uniwersytecie Warszawskim i leśnictwa na SGGW.
Matka Michała umarła, gdy miał półtora roku. Ojciec nie mógł się dziećmi odpowiednio zająć. Odwiózł więc syna i jego starszą o rok siostrą pod opiekę babci do majątku rodowego Leśniewo w ciechanowskim.
– Po zakończeniu wojny został rozparcelowany pośród miejscowych gospodarzy. Żyłem z nimi w dobrej komitywie, a z jednym, który był moim kolegą od szczenięcych lat, bardzo się przyjaźniłem. Co jakiś czas przyjeżdżałem do Leśniewa, a on oprowadzał mnie po okolicy pokazując co nowego i zawsze jak świętości przestrzegał niepisanej zasady mówiąc: „Na twoim posiałem to i to, na twoim posadziłem to i to…”
Michałowi Sumińskiemu nigdy nawet przez myśl nie przeszło, by starać się o odzyskanie dóbr. Nigdy też nie czuł się pokrzywdzony, a tym bardziej obrabowany przez państwo. Gospodarować także nie chciał.
Jego ojciec, nazywany „Panem od przyrody”, miał w radiu stały, autorski program. Ponieważ dużo podróżował, więc opowiadał o swoich przygodach w Stanach Zjednoczonych, Argentynie, Szwecji, Norwegii…
– Odczuwał osobliwy lęk mówienia do mikrofonu – wyznaje pan Michał. – Wpadł więc na pomysł, aby do studia zapraszać studentów. Siadali naprzeciwko, a on obserwując ich reakcje wiedział, którym fragmentom poświęcić więcej uwagi, a które skrócić. Czuł się wtedy jak na wykładzie i zapominał o stresie.
Gdy z rekomendacji ojca, we wrześniu 1935, radio zaproponowało Michałowi współpracę, postanowił zająć się problematyką morską. Jej znajomość była wtedy stosunkowo mała, a on miał wkrótce zostać kapitanem jachtowym żeglugi wielkiej.
Pod koniec sierpnia 1939 roku Sumiński wypłynął w rejs do szwedzkiej Karlskrony. Była portem wojennym, w którym mieściła się również Seglar Skolen.1 Wykładowcami byli oficerowie marynarki wojennej. Z kilkoma zaprzyjaźnił się rok wcześniej, gdy zawitali do Gdyni dwoma jachtami: „Kaparen” i „Alona”. Oprowadzał ich po mieście, ugościł, poczęstował znakomitą polską wódką.
Odwiedzili go kilka dni przed wybuchem wojny:
– Jakie masz plany?
– Zamierzam pokazać załodze Wyspy Alandzkie.
– Jeśli chcesz dotrzeć do Polski przed wybuchem wojny, to wracaj do Gdyni. Nie zwlekaj. Stawiaj żagle i płyń – usłyszał w odpowiedzi.
Wiedział, że Szwedzi, to ludzie rozsądni, mający sprawdzone informacje, więc posłuchał dobrej rady. Dotarł do Gdyni w końcu sierpnia. Sklarował jacht, rozstał się z załogą, przyjechał do Warszawy i położył spać. Rano obudził go ojciec:
– Wybuchła wojna.
3 września, już w warunkach całkowitego zaciemnienia, potykając się co chwila pośród zrzucanych na Warszawę bomb, przyszedł do radia. Miał przygotowany tekst o gdyńskiej dojrzewalni bananów. Pracował w redakcji „Dla Polaków za granicą”, czyli praktycznie rzecz biorąc, dla słuchaczy z Ameryki.
– No i konsternacja. Co zrobić? Puścić muzykę, a po chwili mnie z przygotowanym wcześniej felietonem? Głupio jakoś, bo w Ameryce ludzie oczekują wieści o Polsce w pierwszych dniach wojny, a nie o… bananach.
Wtedy dyrektor zapytał:
– Podjąłby się pan opowiedzieć, jak wyglądała Gdynia w przeddzień niemieckiej napaści?
– Spróbuję.
Mówił także o Warszawie, że idąc do radia słyszał warkot samolotów, wybuchy bomb, kroki przemykających chyłkiem ludzi. Opowiadał jak reagują na hitlerowską napaść mieszkańcy stolicy, o przygotowaniach do obrony. Od tego czasu już nigdy nie żądano aby pisał teksty do wygłaszanych przed mikrofonem opowieści.
Z czasem trafił do podziemia:
– Pewnego dnia kolega zapytał, czy chciałbym mu pomóc w konspiracyjnej robocie? „Oczywiście, bardzo chętnie” – odpowiedziałem i specjalnie nie wnikałem co to za organizacja, kto w niej jest, a on sam się z tym nie wyrywał. Przecinałem opony w niemieckich samochodach, wsypywałem piasek do baków wojskowych ciężarówek i tłukłem szyby u fotografów, którzy wystawiali w witrynach zdjęcia niemieckich oficerów.
Z czasem przydzielono go do poważniejszego zadania. Dostał pistolet i miał ochraniać kolegów.
– Pech chciał, że nadszedł niemiecki oficer. Otworzyłem do niego ogień, choć proszę mi wierzyć, nie jest łatwo strzelić do człowieka. On strzelał do mnie. Wymieniliśmy 3 lub 4 serie. Wstyd przyznać chybialiśmy, chociaż odległość nie była wielka, jakieś 10-15 metrów.
Po kilku dniach zaszedł do kawiarenki na Żurawiej. Jego ojciec przebywał na Majdanku. Szukał możliwości wyciągnięcia go z obozu, a przynajmniej dostarczenia paczki z jedzeniem i ubraniem.
– Byłem umówiony z człowiekiem mającym odpowiednie kontakty. Gdy tylko usiadłem przy stoliku, usłyszałem: „Hände-hoch!” W pierwszej chwili nie przejąłem się tym zbytnio myśląc, że któryś z kolegów robi mi szampański dowcip, ale gdy się obejrzałem zobaczyłem gestapowca, a co gorsza, poznałem w nim oficera do którego kilka dni temu strzelałem. Widocznie rozpoznał mnie na ulicy i przyszedł za mną do kawiarni. Do tego z obstawą. Nie miałem szans. Podniosłem ręce. Skuli mnie i zawieźli na Szucha.
Stamtąd trafił do Oświęcimia. Otrzymał numer: 119464. Przesiedział tam trzy lata. Gdy do obozu zbliżały się wojska radzieckie, przewieziono go do Mauthausen. Później jeszcze dalej. Do Ebensee w Tyrolu.
– To było samo dno piekieł – wyznaje. Dużo pracy i żadnego jedzenia. Doszedłem do momentu, gdy poczułem, że mam przed sobą dwa, góra trzy dni życia. Wycieńczał mnie stały rozstrój żołądka. Organizm nie przyjmował nawet wody. Wiedziałem, że to już koniec. Setki, tysiące ludzi, umierało w podobny sposób. Ale miałem wyjątkowe szczęście. Skończyła się wojna i do obozu weszli Anglicy. Było to chyba 8 maja. Po kilku dniach nadeszła pomoc od wojsk amerykańskich.
Sumiński był wówczas cieniem. Przy 182 centymetrach wzrostu ważył zaledwie 31 kg…
Wkrótce alianci zaczęli organizować wyjazdy do Polski. Ciężarówkami.
– Niektórzy przekonywali, by zostać na Zachodzie. Ale jakoś nie miałem na to ochoty. Uważałem, że moje miejsce jest w kraju. Skoro Polska jest wolna i skoro ja jestem wolny, to dlaczego mam siedzieć w Niemczech nawet w luksusowych, bo obiecywano nam luksusy, warunkach? Oczywiście dla wielu taka perspektywa była niezwykle atrakcyjna, zwłaszcza, iż zdawaliśmy sobie sprawę, że w ojczyźnie sytuacja jest bardzo ciężka…
Co było dalej? O tym w książce „Telewizja Dziewcząt i Chłopców – historia niczym baśń z innego świata”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.

Niech powrócą wspomnienia (4)

Powstaje książka o Telewizji Dziewcząt i Chłopców! Zanim się ukaże prezentujemy Czytelnikom jej fragmenty. Dzisiaj przypominamy „Zwierzyniec”.

Gdy w poniedziałki o 16.15 rozlegał się sygnał „Zwierzyńca”, podwórka pustoszały, a rozłożone przed telewizorami maluchy zapominały o całym świecie. Program, co dzisiaj może wydać się wręcz niepojęte, był czarno-biały, a do tego bez szaleńczych pościgów, latających bohaterów i komputerowych efektów specjalnych. Był za to pan. Jeden starszy pan z sumiastym wąsem, który niezwykle malowniczo opowiadał o zwierzętach i otaczającej nas przyrodzie. Banał powiecie? Może i banał. Ale jakże piękny!
Na pomysł programu wpadł Maciej Zimiński:
„W 1967 do któregoś z wakacyjnych wydań postanowiliśmy zaprosić gawędziarza potrafiącego opowiadać o lesie. Niestety, nikogo takiego w kręgu znajomych nie mieliśmy. I wówczas jeden z kolegów zasugerował, że w redakcji Polskiego Radia »Dla tych, co na morzu«, pracuje Michał Sumiński, który jest świetnym gadaczem, wprost niezwykłym malarzem wyobraźni. A przy tym ma o czym mówić. No to go zaprosiliśmy.
W studio postawiliśmy dekorację przedstawiającą leśniczówkę: leżały pnie drzew, na zastawce wisiały rogi jelenia, a w tle stroszył piórka jakiś ptak.
Michał Sumiński:
„Mówiłem o lisie, którego przywabiłem udając mysz. Zainscenizowałem całą sytuację wydając z siebie niezliczoną ilość dźwięków imitujących głosy natury. I chyba z powodzeniem, bo wkrótce przyszło do redakcji kilkadziesiąt listów z prośbą, żeby ten »Pan z Wąsami« – tak mnie przez dłuższy czas nazywano, bo moje nazwisko jeszcze nic nikomu nie mówiło, a moje czarne, sumiaste wąsy widzowie zapamiętali doskonale – no więc, żeby ten pan z wąsami jeszcze coś opowiedział”.
„Układając ramówkę na sezon 1968/1969 uświadomiliśmy sobie, że w ogóle nie poruszamy tematów przyrodniczych – kontynuuje pan Maciej. Mając w pamięci tego genialnego narratora i wspaniałą osobowość kamerową, postanowiliśmy uruchomić »Zwierzyniec«”.
Po raz pierwszy ukazał się 9 października 1968 roku. Była w nim jednografia, były wizyty w ZOO, wycieczki terenowe i spotkania z ludźmi kochającymi naturę. Dzieciom prezentowano przyrodę przez pryzmat zmieniających się pór roku. Oczywiście, główną rolę grała ta najbliższa, ale były też wyprawy egzotyczne. W „Zwierzyńcu” często gościli pracownicy ogrodów zoologicznych, a z nimi: lwy, tygrysy, węże… Właściwie wszystkie zwierzęta, które dało się przewieźć. Na zakończenie zaś emitowano 25 minutowy blok filmowy z misiem Yogi, Pixi i Dixi czy Wally Gatorem. Ale najważniejszym punktem „Zwierzyńca” była gawęda Michała Sumińskiego, który słowami potrafił wspaniale malować świat natury.
Dlaczego »Zwierzyniec« cieszył się tak dużym powodzeniem? – Michał Sumiński zamyśla się na moment. Być może dlatego, że nigdy nie opowiadałem o zwierzętach w ogóle, tylko o moich z nimi spotkaniach. To mógł być zarówno lew w Tanzanii, niedźwiedź na Syberii, ale równie dobrze mysz w moim osobistym pokoju. Mówiłem jak wygląda, co robi, jak prawie ze mną rozmawia… I dlatego, jak sądzę, »Zwierzyniec« cieszył się tak dużym powodzeniem”.
Regina Sawicka:
„To był okres największej świetności redakcji dziecięcej i prawdziwa telewizja interaktywna. Dzisiaj wiele się o niej mówi, ale tak naprawdę, to właśnie wtedy dzieci niesamowicie angażowały się w życie tych programów. Oczywiście, wszyscy pamiętają „»Niewidzialną Rękę« czy »Klub Pancernych«, ale »Zwierzyniec« też robił niewiarygodne akcje. Widzowie w całej Polsce liczyli bociany, przysyłali informacje o swoich ulubieńcach, wyszukiwali rzadkie rośliny, dokarmiali zimą zwierzęta, strzegli ich ostoi… Gościli u nas botanicy, ornitolodzy, ichtiolodzy – cały przyrodniczy świat. Pan Michał prowadził program i właściwie plotkował o zwierzętach. Chodziło o to, żeby dzieci chciały wyjść na spacer do lasu i popatrzeć na tętniącą życiem naturę”.
„Bardzo ważnym punktem każdego programu była gawęda pana Michała. Mówił o lisach, borsukach, ptakach, czasami nawet owadach, ale moją ulubioną była opowieść o żurawiach – wspomina Regina Sawicka. Zaczynało się niewinnie. Od tego, gdzie żyją, co lubią, jakie mają zwyczaje, a kończyło, jak tokują. I wtedy następowało coś zupełnie niesamowitego, bo pan Michał zaczynał w studio tańczyć. Naśladował żurawia wabiącego samicę. Przyznam szczerze, że marzyłam o dniu w którym, dzięki efektom specjalnym, poleci w nieznane…”
Maciej Zimiński przyznaje, że bywały rożne, a niekiedy bardzo zabawne opowieści Michała Sumińskiego:
„Pamiętam jego cudowną gawędę o wieczornym, czyli w zasadzie mającym już miejsce w ciemności, spotkaniu z zającem. Obserwując go z odległości dwustu metrów widział, jak usiadł na miedzy, wykonał stójkę i uniósł uszy… No, w ciemności z odległości 200 metrów pewno tego tak bardzo dojrzeć nie można, a praktycznie jest to zupełnie niemożliwe, ale właśnie ta gawęda jest jednym z dowodów jego fantastycznej umiejętności czarowania wyobraźni”.
Fotograf i filmowiec Jan Walencik:
„To co robił pan Michał Sumiński było cudowne i ważne, bo mówił z niesamowitą empatią do przyrody i zrozumieniem widzów. Potrafił ująć nie tylko kolorytem swoich gawęd, ale i ekspresją wypowiedzi. A tej mu nie brakowało. Kiedy w studio było plus 40 stopni, bo tak grzały reflektory, pan Michał stawał przed kamerą w kożuszku, dodatkowo oklepując się po ramionach i chuchając w ręce: »jak tu zimno dzisiaj«, bo akurat było coś o zimie. A ja stojąc z boku widziałem stróżki potu spływające mu po skroniach. Był absolutnie zawołanym gawędziarzem. Dajcie mi temat, a ja go rozwinę. Były to piękne historie, czasem może trochę przeholowane, ale musimy pamiętać kogo mieliśmy z drugiej strony ekranu? Setki małych osobowości, które czekały na rozpalenie iskry marzeń, zainteresowań, ciekawości świata, swego miejsca w życiu. I on te iskierki rozpalał”.
„Gospoda pod szarym wróblem”. Wielka akcja, której celem było dokarmianie ptaków.
Maciej Zimiński:
To była rzecz banalna, bo czyż nie jest rzeczą banalną zrobienie karmnika? »Co będziemy robić na zajęciach praktyczno-technicznych?« – pytała pani. »Będziemy robić karmnik dla ptaszków!« NUDZIARSTWO! Natomiast my podnieśliśmy to do rangi rzeczy WAŻNEJ i WIELKIEJ, tzn. opieki nad ptactwem.
Jadwiga Baranowa:
„W stałej pozycji »Zwierzyńca« prezentowaliśmy ptaki zimujące w kraju oraz te, które przylatują do nas, aby tu spędzić zimę. Gawędy prowadzone przez red. Michała Sumińskiego uczyły w jaki sposób najskuteczniej przeprowadzać dokarmianie. Były w nich zawarte informacje, jak najprościej zbudować karmnik dla ptaków, gdzie i jak go zawiesić, w jakiej porze karmić i jakim rodzajem pożywienia. W poszczególnych programach pokazywaliśmy, jak dzieci realizowały nasze propozycje. Zdając sobie sprawę, iż nie wszyscy nasi widzowie potrafią pisać, wprowadziliśmy figury geometryczne jako symbole karmienia poszczególnych ptaków”.
Michał Sumiński był dla dzieci autorytetem.
„Kochany »Zwierzyńcu« – pisała Ania Wolska z Lublina – założyłam się z koleżanką, czy istnieją białe wróble? Odpowiedz mi na to pytanie w najbliższej audycji”.
Niektóre listy zawierały tajemnicę tak wielką, że tylko Prezes mógł ją poznać:
„»Zwierzyńcu«! Pokochałem pewnego kundla. Nie jest ładny, ani duży, ani silny. Ciągle przychodzi na moje podwórze. Chciałbym go mieć w domu, żeby nim się opiekować, ale mama nie chce o tym słuchać. Czy jest jakieś lekarstwo na mamę?”
W „Zwierzyńcu” prowadzono również akcję likwidowania sideł i wnyków. Łącznie, z tak zwanymi „kobyłkami”, „oczkami” i „łapkami”, unieszkodliwiono 150 tysięcy pułapek na zwierzęta. Wiele meldunków miało potwierdzenia od leśniczych oraz w dokumentacji fotograficznej. Poza tym redakcyjne archiwum zgromadziło, tylko w tym jednym sezonie 1968/1969, około 30 tysięcy sideł i wnyków, które dzieci nadesłały do telewizji.
Dorośli doceniali i sam program i zaangażowanie maluchów:
„Uprzejmie prosimy Redakcję TV »Zwierzyniec« o przekazanie w swym programie wyrazów naszej wdzięczności dzieciom i nauczycielom ze szkół podstawowych: Porzecze, Bożepole, Wielestowo, Godętowo, Rozłazino i Nawa pow. Lębork, za niesioną pomoc w dokarmianiu zwierząt na naszym obwodzie łowieckim” – napisał zarząd i członkowie Koła Łowieckiego „Wybrzeże” w Gdańsku”.

Książka o programach Telewizji Dziewcząt i Chłopców oraz jest już napisana. Jej autorem jest Sławomir W. Malinowski, dziennikarz, autor kilku książek o tematyce społeczno-politycznej i kilkudziesięciu filmów dokumentalnych, między innymi cyklu „Śladami Arkadego Fiedlera” z niezapomnianym „Dywizjonem 303”. To prawie czterysta stron maszynopisu, faktów, zdjęć, wzruszających wspomnień, anegdot i telewizyjnej kuchni, która stała się udziałem wielu z nas. Zwracamy się do Państwa o wsparcie jej wydania. Możecie to uczynić na portalu zrzutka.pl/tdc lub tradycyjnym przelewem na konto nr: 31 1750 1312 6889 3991 0275 1372; odbiorca: Zrzutka.pl sp. z o. o.; adres: al. Karkonoska 59; 53-015 Wrocław; wpłata na: wydanie książki o Telewizji Dziewcząt i Chłopców. Naszym pragnieniem jest aby książka ukazała się w sprzedaży jeszcze w tym roku. Liczy się każdy gest. Dziękujemy.