Wirus na Złotej Piłce

W poniedziałek 20 lipca piłkarze Bayernu Monachium wrócili z krótkich wakacji. Tego dnia redakcja tygodnika „France Football” niespodziewanie ogłosiła, że w tym roku jednak nie przyzna „Złotej Piłki”, nagrody na najlepszego piłkarza roku. To była kiepska wiadomość zwłaszcza dla Roberta Lewandowskiego, którego uważano za głównego kandydata do tej nagrody w 2020 roku.

Swoją decyzję redakcja „France Football” uzasadniła następująco: „Obecny rok był wyjątkowy i nie może być traktowany jako zwykły. Trofeum Złotej Piłki przekazuje wartości – takie jak przykładność, solidarność i odpowiedzialność – inne niż same osiągnięcia sportowe. Nie można było zachować sprawiedliwości w przypadku tego honorowego tytułu, w szczególności na poziomie statystycznym, a także przygotowań, ponieważ wszyscy aspirujący do tej nagrody nie mogli rywalizować na równych, uczciwych zasadach, na co wpływ miało przerwanie sezonów wywołanym pandemią koronawirusa. Nie chcieliśmy umieszczać na liście nagród niezatartej gwiazdki, odnoszącej się do uwagi, że jest to trofeum zdobyte w wyjątkowych okolicznościach z powodu kryzysu spowodowanego przez Covid-19. Dlatego po raz pierwszy od 1956 roku Złota Piłka nie zostanie przyznana. To decyzja najbardziej odpowiedzialna i logiczna. Tylko dwa miesiące (styczeń i luty), z jedenastu potrzebnych do sformułowania opinii i wybrania najlepszych, to zdecydowanie za mało, aby wybrać kogokolwiek, biorąc pod uwagę, że wiele meczów nie odbyło się lub odbędzie się w innych warunkach i formatach (za zamkniętymi drzwiami, pięć zmian, Europejski Final 8 LM bez rewanżów). Wielu z naszych 220 jurorów rozsianych po całym świecie, nie mogło obserwować i śledzić dokonań piłkarzy z powodu sytuacji kryzysowej, a także innych priorytetów. Historia Złotej Piłki jest zbyt cenna, aby naruszyć renomę jej dobrego imienia” – napisano w komunikacie opublikowanym przez „France Football”.
Przyznawana od 1956 roku nagroda „Złotej Piłki” w ostatnich latach przestała być najważniejszym piłkarskim laurem, bo konkurencją dla niej stały się równie prestiżowe wyróżnienia nadawane przez FIFA i UEFA. Siła tradycji i utrwalonych opinii wciąż jednak działa na korzyść francuskiego tygodnika, dlatego podjęta przez jego redakcję decyzja wzbudziła w piłkarskim światku tak wiele emocji. Zwłaszcza w Polsce, bo u nas występuje jakaś szczególna potrzeba posiadania piłkarza niekwestionowanego światowego formatu, a za takiego zwykło się uważać każdego zdobywcę „Złotej Piłki”. W przeszłości (w 1974 i 1982 roku) Kazimierz Deyna i Zbigniew Boniek zajęli miejsca na najniższym podium klasyfikacji „Złotej Piłki”, a Lewandowskiego „France Football” w 2015 roku umieścił na czwartej pozycji. To był jedyny raz, kiedy kapitan reprezentacji Polski został przez redakcję uznany za gracza z najwyższej światowej półki. W kolejnych latach Francuzi już tylko z sobie wiadomego powodu jedynie „Lewego” upokarzali. Przypomnijmy, że w poprzednim sezonie Polak zajął dopiero ósme miejsce, które nie tylko w naszym kraju zostało powszechnie uznane za krzywdzące.
W tym roku redaktorzy „FF” mieliby już jednak poważny problem, bo swoimi dokonaniami w tym sezonie Lewandowski przebił nawet osiągnięcia etatowych w ostatniej dekadzie zdobywców „Złotej Piłki”, czyli Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk otrzymywał nagrodę sześciokrotnie w latach 2009, 2010, 2011, 2012, 2015 i 2019, a Portugalczyk w 2008, 2013, 2014, 2016 i 2017 roku. Dominację tych dwóch genialnych piłkarzy redakcja „France Football” przerwała w 2018 roku, przyznając nagrodę Chorwatowi Luce Modriciowi, liderowi reprezentacji Chorwacji, która wywalczyła w Rosji wicemistrzostwo świata.
W tym roku Messi zakończył rozrywki ligowe w Hiszpanii z 25 golami i 21 asystami na koncie. Pod względem bramkowym był to jego najgorszy rok od sezonu 2008/09, gdy w La Liga zdobył 23 bramki, ale nigdy wcześniej nie miał tak wielu asyst, jak teraz. Słabo jednak wypada w porównaniu z dokonaniami Lewandowskiego w tym sezonie oraz Ronaldo, który wciąż gra i w miniony poniedziałek powiększył swój strzelecki dorobek w Serie A w tym sezonie do 30 trafień. Portugalczyk na pewno będzie mistrzem Włoch i może zdobyć nie tylko tytuł króla strzelców włoskiej ekstraklasy, ale też wyprzedzić Lewandowskiego, który prowadzi w klasyfikacji „Złotego Buta” z dorobkiem 34 goli. FC Barcelona, chociaż przegrała walkę o mistrzostwo kraju z Realem Madryt, wciąż może jeszcze jednak wygrać Ligę Mistrzów.
Triumf w tych rozgrywkach mogą też odnieść wspomniani Cristiano Ronaldo i Robert Lewandowski, ale także gracze Paris Saint-Germain Kylian Mbappe i Neymar, z powodu których „France Football” tak naprawdę odwołał przyznanie nagród „Złotej Piłki”. Poza tym jesienią zacznie się nowy sezon, także w Lidze Mistrzów i Lidze Narodów, zatem okazji do właściwej oceny potencjalnych zdobywców tego trofeum z pewnością by nie zabrakło. Ale chyba w redakcji francuskiego tygodnika nie lubią Cristiano Ronaldo, a przyznanie nagrody Polakowi po prostu nie mieści się im w głowach.

Neymar musi zapłacić

Brazylijski gwiazdor Paris Saint-Germain ponoć chce wrócić do Barcelony, chociaż procesował się z katalońskim klubem o zaległe premie. Właśnie przegrał sprawę i jeszcze będzie musiał oddać 7 mln euro.

Neymar odszedł z Barcelony do Paris Saint-Germain latem 2017 roku, chociaż rok wcześniej przedłużył kontrakt z „Dumą Katalonii”, w zamian za co miał otrzymać gigantyczną premię. Pierwszą transzę z ustalonej kwoty, 14 mln euro, przelano mu w momencie podpisania nowego kontraktu, natomiast pozostałą część, ponad 40 mln euro, miał otrzymać w kolejnym sezonie. Ponieważ jednak zdecydował się na transfer do PSG, władze Barcelony uznały, że nie muszą wypłacić Brazylijczykowi tej kwoty. Piłkarz miał w tej kwestii odmienne zdanie i oddał sprawę do sądu.
W miniony piątek hiszpański sąd zakończył rozprawę i wydał wyrok korzystny dla katalońskiego klubu, uznając pozew Neymara za bezzasadny. Mało tego, na dodatek uznał, że to brazylijski gwiazdor za złamanie warunków umowy musi zapłacić Barcelonie 6,7 mln euro tytułem odszkodowania. Reprezentant Brazylii może się odwołać od tej decyzji w ciągu tygodnia. „Wyrażamy zadowolenie z wyroku ogłoszonego dzisiaj przez sąd w Barcelonie w związku z postępowaniem z udziałem FC Barcelona i Neymara Jr w sprawie wysokości premii za podpisanie umowy przy ostatnim przedłużeniu umowy z zawodnikiem” – podała „Duma Katalonii”.
Co ciekawe, gdy Neymar zaczął czynić starania o powrót do FC Barcelona, szefowie katalońskiego klubu zaproponowali piłkarzowi polubowne rozwiązanie sporu, ale do porozumienia nie doszło i obie strony zdały się na werdykt sądowy. 28-letni Neymar dołączył do Barcelony w 2013 roku. W ciągu czterech sezonów spędzonych w klubie z Camp Nou zagrał w 186 spotkaniach, w których strzelił 105 goli. Zdobył z „Dumą Katalonii” dwa mistrzostwa Hiszpanii, trzy Puchary Króla oraz wygrał Ligę Mistrzów w sezonie 2014/2015. Chociaż należy do najlepiej opłacanych piłkarzy na świecie, ma na koncie kilka przegranych spraw o niezapłacone podatki w Brazylii i Hiszpanii.

Szejkowie nie skąpią na Neymara

Paris Saint-Germain wykupił Neymara z FC Barcelona latem 2017 roku za rekordową kwotę 222 mln euro. Brazylijski piłkarz miał zapewnić paryskiemu klubowi i jego katarskim właścicielom sukcesy w Lidze Mistrzów, lecz na razie nie spełnił oczekiwań. Z powodu kontuzji przez trzy lata rozegrał w barwach PSG tylko 80 meczów, a powinien 155.

Gdy w 2017 roku Paris Saint-Germain zdecydowało się zapłacić Barcelonie zawrotne 222 miliony euro za Neymara liczono, że Brazylijczyk wzniesie francuski klub na nowy poziom. Tak się jednak nie stało, oprócz seryjnie wygrywanych krajowych mistrzostw, zespół wciąż nie potrafi zabłysnąć na arenie międzynarodowej. W Lidze Mistrzów barierą nie do przejścia dla ekipy PSG w dwóch poprzednich sezonach była 1/8 finału, także dlatego, że za każdym razem Neymar w lutym łapał kontuzję i nie był w stanie wspomóc zespołu w najważniejszych meczach. Nie wystąpił podczas rewanżowego starcia z Realem Madryt w 2018 roku, a także w rewanżu z Manchesterem United rok później. Oba mecze kończyły się eliminacją paryskiej drużyny z dalszych rozgrywek w Lidze Mistrzów.
Hiszpański dziennik „Marca” precyzyjnie wyliczył, że Brazylijczyk rozegrał w barwach PSG zaledwie 80 z możliwych 155 spotkań, czyli niewiele ponad połowę. Problem w tym, że Neymar ma kontrakt gwarantujący mu około 37 milionów euro rocznie, co jak łatwo obliczyć oznacza, że jeden rozegrany przez niego mecz kosztował paryski klub 1,4 mln euro. Nie licząc oczywiście wspomnianych już 222 mln euro za transfer z Barcelony.
W tym sezonie Neymar także nie imponował zdrowiem, bo z powodu urazów uda oraz żeber opuścił 22 spotkania. Co prawda ekipa Paris Saint-Germain po raz trzeci z rzędu zdobyła mistrzostwo Francji, a także, w końcu z bramkowym wkładem brazylijskiego gwiazdora przebiła się przez 1/8 finału, eliminując Borussię Dortmund. Ale przyplątała się pandemia koronawirusa i dalsze rozgrywki stoją na razie pod znakiem zapytania. Jeśli nie zostaną wznowione, wszystkie wyniki zostaną anulowane i znowu sukcesu nie będzie.
Dla katarskich właścicieli paryskiego klubu Neymar stał się więc problemem, z którym nie bardzo wiedzą jak sobie poradzić. Brazylijczyk doprowadza ich do furii swoim lekceważącym podejściem do obowiązków, do barw klubowych, a już najbardziej – ostatnio już wręcz ostentacyjnym wyrażaniem tęsknoty za poprzednim klubem, czyli Barceloną, do której ponoć bardzo chciałby wrócić. Nawet kosztem znacznego obniżenia apanaży, czego jego arabscy pracodawcy kompletnie nie potrafią pojąć.
Miotają się więc w swoich decyzjach od ściany do ściany. Raz są gotowi oddać Neymara, ale za nie mniej niż 300 mln euro, co jak wiadomo w czasie pandemii koronawirusa jest kwotę nierealną nawet dla „Dumy Katalonii”, by za chwilę rozgłaszać wszem i wobec, że oddadzą Brazylijczyka za taką samą kwotę, za jaką go kupili, czyli 222 mln, a całkiem niedawno pojawiły się nawet plotki, że są gotowi pozbyć się go nawet z dużą stratą. Ostatnio jednak chyba znowu zmienili zdanie, bo zdaniem hiszpańskiej gazety „Mundo Deportivo” władze PSG zaproponowały Neymarowi przedłużenie wygasającego w czerwcu 2022 roku kontraktu, oferując mu za podpis pod nową umową premię w wysokości 100 mln euro. Piłkarz ponoć odrzucił ofertę i podtrzymał wolę odejścia z Parc des Princes już tego lata.
Ile w tym prawdy, trudno dociec, ale raczej niewiele, bo w tej chwili we władzach Barcelony nie ma zbyt wielu zwolenników ponownego zatrudnienia Neymara. Powód jest oczywisty – ten piłkarz przez ostatnie trzy lata po prostu mocno stracił na wartości, nie tylko przez podatność na kontuzje. Trzeba też pamiętać, że Neymar ma już 28 lat i lepiej już w piłkę grał nie będzie, nawet w Barcelonie, bo Leo Messi też już nie jest tym samym graczem, co kilka lat temu. A w dobie kryzysu, w jaki futbol pogrąży się z powodu pandemii koronawirusa, nawet najbogatszych europejskich klubów nie będzie stać na bicie transferowych rekordów.
Tak więc jeśli Neymar faktycznie tak bardzo kocha Camp Nou i „Dumę Katalonii”, to oczywiście może tam wrócić, ale raczej nie tego lata, ani pewnie nawet następnego, tylko po wypełnieniu umowy z PSG jako wolny zawodnik, czyli w lipcu 2022 roku. Jeśli futbol jaki znaliśmy i w jakim stanie zamroziła go pandemia, do tego czasu jeszcze będzie w ogóle istniał.

Mocno hurtowa przecena piłkarzy

Z powodu epidemii koronawirusa sportowe życie w Europie praktycznie zamarło. W wielu dyscyplinach zespołowych rozgrywki postanowiono zakończyć, wyjątkiem jest piłka nożna. Co prawda za wyjątkiem Białorusi inne ligi na naszym kontynencie nie grają, lecz żadna póki co jeszcze oficjalnie nie zakończyła sezonu. Wszyscy chcą grać, żeby choć trochę zmniejszyć powstałe w okresie przestoju straty finansowe. Już jednak wiadomo, że w tym roku będzie to niewykonalne, a to oznacza między innymi potężny regres na rynku transferowym.

Wedle ocen futbolowych ekspertów latem tego roku z piłkarskimi transferami może być jak z ropą naftową – chętnych do sprzedawania będzie więcej niż chętnych do kupowania, a jak wiadomo gdy podaż przewyższa popyt, wtedy towary tanieją. Pierwszym sygnałem zwiastującym letnią wyprzedaż może być dokonana przez niemiecki branżowy portal transfermarkt.de hurtowa obniżka transferowych wycen piłkarzy. Stosowana przez niego metodologia szacowania rynkowej wartości zawodników jest raczej toporna i niezbyt adekwatna względem ich rzeczywistej jakości sportowej, ale dla wielu ludzi stanowi jednak jakiś punkt odniesienia.
Wiek jest najważniejszym kryterium
Dlatego ogłoszoną przez transfermarkt.de przecenę uznano jako obowiązującą, chociaż zastosowane w niej kryteria są, delikatnie mówiąc, mocno niesprawiedliwe. Otóż każdemu piłkarzowi urodzonemu przed 1998 rokiem zmniejszono jego aktualną rynkową wartości 20 procent, zaś zawodnikom młodszym tylko o 10 procent.
Założyciel portalu Matthias Seidel tak tłumaczy taki, a nie inny podział: „Spadają kursy giełdowe, kluby są zagrożone upadkiem, wszystkie notują brak przychodów, więc w takiej sytacji trudno sobie wyobrazić, aby kwoty transferowe utrzymały się na dotychczasowym poziomie. Co prawda pewnie latem, mimo kryzysu, dojdzie pewnie do kilku dużych transferów, ale będą one wyjątkami, bo spodziewamy się raczej tendencji do pozyskiwania wolnych zawodników, wymiany bezgotówkowej i wypożyczeń. Mając na uwadze te przyszłe trendy postanowiliśmy już teraz zareagować i przeprowadzić odpowiednią aktualizację wartości rynkowych”.
Szkoda tylko, że w tej „aktualizacji” popełniono tak wiele idiotyzmów. Najlepszym przykładem jest wycena wartości Roberta Lewandowskiego. Napastnik Bayernu Monachium w czerwcu 2018 roku był wyceniany przez transfermarkt.de na 90 mln euro. Prawdą jest, że na mundialu w Rosji „Lewy” niczym się nie wyróżnił, podobnie jak cała reprezentacja Polski, lecz po mistrzostwach świata zrezygnował z planów podejścia z Bayernu Monachium i przez kolejne miesiące imponował w barwach tego klubu wręcz fenomenalną formą strzelecką, zaś w obecnym sezonie jest nie tylko liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi i wiceliderem klasyfikacji „Złotego Buta”, lecz tak najskuteczniejszym piłkarzem w Lidze Mistrzów. W liczbie łącznie strzelonych goli w sezonie nie ma sobie równych w Europie, więc zasadne jest pytanie – na jakiej podstawie niemiecki portal obniżył jego wartość rynkową najpierw z 90 na 70 mln euro, a teraz przecenił o kolejne 14 milionów do uwłaczającej klasie i dorobkowi Lewandowskiego kwoty 56 mln euro. Pomijając fakt, że jest to wartość wyliczona kompletnie „od czapy”, to na dodatek nie ma kompletnie sensu, albowiem jak wiadomo 31-letni „Lewy” ma z Bayernem kontrakt do końca czerwca 2023 roku, a nie umieszczono w nim klauzuli odstępnego.
Chyba nawet her Seidel nie ma złudzeń, że bawarski klub oddałby teraz polskiego napastnika za 56 mln euro. Nie ma w tej chwili na piłkarskim rynku piłkarza mogącego zapełnić lukę po „Lewym”, a już na pewno nie do kupienia za te pieniądze. A zatem de facto Lewandowski jest graczem znacznie więcej wartym niż podaje transfermarkt.de i powinien mieć przy swoim nazwisku notkę „nie do kupienia”, czyli „bezcenny”.
Bezcenny, czyli wart 180 mln euro
Dokładnie tak właśnie odpowiadają arabscy właściciele Paris Saint-Germain na pytanie, za ile byliby skłonni sprzedać francuskiego napastnika Kyliana Mbappe, najdroższego obecnie wedle wyceny transfermarkt.de piłkarza na świecie, bo po przecenie dokonanej przez ten portal jego wartość oszacowano na 180 mln euro. Tak się składa, że za taką kwotę paryski klub wykupił tego niewątpliwie znakomitego napastnika z AS Monaco latem 2018 roku, ale od dawna chrapkę na Francuza ma Real Madryt i przed wybuchem epidemii pojawiały się plotki, że „Królewscy” są gotowi zapłacić za jego przejście nawet 300 mln euro. Dzisiaj władze madryckiego klubu, które zapowiadają cięcia wynagrodzeń i ostry kurs oszczędnościowy, pewnie już nie myślą o pobiciu transferowego rekordu Neymara, za którego, jak pamiętamy, Paris Saint-Germain zapłacił Barcelonie 222 mln euro.
Dlatego Neymar długo jeszcze pozostanie najdroższym piłkarzem, bo z finansowym skutkami pandemii europejski i światowy futbol będzie się borykał przez wiele lat, a wiele wskazuje, że epoka szastania pieniędzmi na piłkarskiej transfery właśnie na naszych oczach przechodzi do historii. Sugeruje to choćby szef niemieckiej Bundesligi Christian Seifert. „Twierdzę, że rynek transferowy tego lata się załamie. Będzie to szokiem dla niektórych agentów, bo nagle przyjdzie im ciężko pracować na swoje pieniądze, pewnie też okaże się wstrząsem dla niektórych z topowych europejskich lig, gdy do ludzie nimi zarządzających w końcu dotrze, że pieniądze nie spadają same z nieba co miesiąc” – wieszczy Seifert.
Piłkarze mocno zatem potanieją, lecz to jeszcze nie powód, żeby przy ich wycenie, nawet szacunkowej, obrażać futbolowych gigantów, jak wspomniany Lewandowski, ale przede wszystkim Leo Messi, którego obecną wartość transfermarkt.de szacuje na 112 mln euro, czy Cristiano Ronaldo wycenianego na ledwie 60 mln euro. Pomijając klasę i dokonania tych wielkich graczy, o ich faktycznej wartości wciąż przecież stanowi to, ile znaczą w swoich zespołach i co im swoją grą zapewniają. Oni na pewno więcej wnoszą niż Raheem Sterling w Manchesterze City, którego wyceniono na 128 mln euro, czy nawet wspomniany Neymar, przeceniony na taką sama kwotę, albo Saido Mane i Mohamed Salah z Liverpoolu, warci według niemieckiego portalu po 120 mln euro. Może więc zdumiewać, że w najnowszym zestawieniu Leo Messi jest dopiero 12, Cristiano Ronaldo 43., a Lewandowski 47.
Prawdziwą cenę dyktują kluby
To, że ta trójka graczy jest już po „30”, nie jest żadnym argumentem uzasadniającym ich degradację na liście najcenniejszych graczy na świecie. Ale muszą wrócić na boisko, żeby zawstydzić tak nisko wyceniających ich aktualną wartość piłkarską „fachowców” z niemieckiego portalu.
Jak bardzo kwoty podawane w zestawieniu transfermarkt.de są nieadekwatne do rzeczywistej wartości zawodników, dowodzi choćby przykład Pierre’a-Emericka Aubameyanga, którego niemiecki portal wycenił na 56 mln euro, podczas gdy Arsenal Londyn jest gotów już latem oddać Gabończyka za połowę tej kwoty. A zatem taka właśnie jest aktualna rynkowa wartość tego gracza.
Inny przykład to Wojciech Szczęsny, którego w Juventusie cenią i wedle działaczy tego klubu do ewentualnej sprzedaży reprezentanta Polski skłonić by ich mogła tylko jakaś „bardzo szalona oferta”. Pod tym określeniem kryje się kwota nie mniejsza niż 60 mln euro, co oznacza, że właśnie tyle jest obecnie wart polski bramkarza. A w zestawieniu transfermarkt.de nie ma go nawet w czołowej „50” najdroższych graczy.
Poza tym można odnieść wrażenie, że twórcy transferowych wycen nie zawsze biorą pod uwagę dokonania zawodników. Owszem, Francuza Ousmane Dembele w końcu po ponad dwóch wybitnie nieudanych latach w Barcelonie przecenili ze 120 mln na 56 mln euro, tyle że właśnie na taką kwotę wyceniają teraz wartość Lewandowskiego, chociaż Polak przez ostatnie 2,5 roku pobił mnóstwo strzeleckich rekordów.


Najdrożsi wg. Transfermarkt.de

  1. Kylian Mbappe, 21 lat, Francja, Paris Saint-Germain, 180 mln euro;
  2. Raheem Sterling, 25, Anglia, Manchester City, 128 mln euro;
  3. Neymar, 28, Brazylia, Paris Saint-Germain, 128 mln euro;
  4. Sadio Mane, 27, Senegal, FC Liverpool, 120 mln euro;
    – Mohamed Salah, 27, Egipt, FC Liverpool, 120 mln euro;
    – Harry Kane, 26, Anglia, Tottenham, 120 mln euro;
    – Kevin De Bruyne, 28, Belgia, Manchester City, 120 mln euro;
  5. Jadon Sancho, 20, Anglia, Borussia Dortmund, 117 mln euro;
  6. Lionel Messi, 32, Argentyna, FC Barcelona, 112 mln euro;
  7. Trent Alexander-Arnold, 21, Anglia, FC Liverpool, 99 mln euro;
  8. Antoine Griezmann, 29, Francja, FC Barcelona, 96 mln euro;
  9. Joao Felix, 20, Portugalia, Atletico Madryt, 81 mln euro;
    – Kai Havertz, 20, Niemcy, Bayer Leverkusen, 81 mln euro;
  10. Bernardo Silva, 25, Portugalia, Manchester City, 80 mln euro;
    – N’Golo Kante, 29, Francja, Chelsea Londyn, 80 mln euro;
    – Leroy Sane, 24, Niemcy, Manchester City, 80 mln euro;
    – Virgil van Dijk, 28, Holandia, FC Liverpool, 80 mln euro;
    – Paul Pogba, 27, Francja, Manchester United, 80 mln euro;
    – Jan Oblak, 27, Słowenia, Atletico Madryt, 80 mln euro;
    – Eden Hazard, 29, Belgia, Real Madryt, 80 mln euro;
  11. Erling Haaland, 19, Norwegia, Borussia Dortmund, 72 mln euro;
    – Frenkie de Jong, 22, Holandia, FC Barcelona, 72 mln euro;
    – Paulo Dybala, 26, Argentyna, Juventus Turyn, 72 mln euro;
    – Serge Gnabry, 24, Niemcy, Bayern Monachium, 72 mln euro;
    – Saul Niguez, 25, Hiszpania, Atletico Madryt, 72 mln euro;
    – Roberto Firmino, 28, Brazylia, FC Liverpool, 72 mln euro;
    – Alisson Becker, 27, Brazylia, FC Liverpool, 72 mln euro;
    – Marc-Andre ter Stegen, 27, Niemcy, FC Barcelona, 72 mln euro;
  12. Romelu Lukaku, 26, Belgia, Inter Mediolan, 68 mln euro;
    – Christian Eriksen, 28, Dania, Inter Mediolan, 68 mln euro;
  13. Matthijs de Ligt, 20, Holandia, Juventus Turyn, 67,5 mln euro;
  14. Lautaro Martinez, 22, Argentyna, Inter Mediolan, 64 mln euro;
    – Rodri, 23, Hiszpania, Manchester City, 64 mln euro;
    – Sergej Milinkovic-Savic, 25, Serbia, Lazio Rzym, 64 mln euro;
    – Marcus Rashford, 22, Anglia, Manchester United, 64 mln euro;
    – Andrew Robertson, 26, Szkocja, FC Liverpool, 64 mln euro;
    – Dele Alli, 23, Anglia, Tottenham, 64 mln euro;
    – Timo Werner, 24, Niemcy, RB Lipsk, 64 mln euro;
    – Raphael Varane, 26, Francja, Real Madryt, 64 mln euro;
    – Joshua Kimmich, 25, Niemcy, Bayern Monachium, 64 mln euro;
    – Heung-min Son, 27, Korea Płd, Tottenham, 64 mln euro;
  15. Casemiro, 28, Brazylia, Real Madryt, 64 mln euro;
  16. Aymeric Laporte, 25, Francja, Manchester City, 60 mln euro;
    – Marco Verratti, 27, Włochy, Paris Saint-Germain, 60 mln euro;
    – Mauro Icardi, 27, Argentyna, Paris Saint-Germain, 60 mln euro;
    – Cristiano Ronaldo, 35, Portugalia, Juventus Turyn, 60 mln euro;
  17. Gabriel Jesus, 23, Brazylia, Manchester City, 56 mln euro;
    – Arthur, 23, Brazylia, FC Barcelona, 56 mln euro;
    – Ousmane Dembele, 22, Francja, FC Barcelona, 56 mln euro;
    – Lucas Hernandez, 24, Francja, Bayern Monachium, 56 mln euro;
    – Jose Gimenez, 25, Urugwaj, Atletico Madryt, 56 mln euro;
    – Ederson, 26, Brazylia, Manchester City, 56 mln euro;
    – Fabinho, 26, Brazylia, FC Liverpool, 56 mln euro;
    – Philippe Coutinho, 27, Brazylia, Bayern Monachium, 56 mln euro;
  • Kalidou Koulibaly, 28, Francja, SSC Napoli, 56 mln euro;
    – Pierre-Emerick Aubameyang, 30, Gabon, Arsenal Londyn, 56 mln euro;
    – Robert Lewandowski, 31, Polska, Bayern Monachium, 56 mln euro.

Futbol bankrutuje? A co nam do tego?

Szalejąca na świecie pandemia koronawirusa w niespełna dwa miesiące rozwaliła fundamenty, na jakich osadzał się światowy futbol. A jeden z filarów praktycznie leży już w gruzach – to wpajane nam od wielu dekad przekonanie, iż gra w piłę nożną jest dla ludzi „najważniejszą z nieważnych rzeczy na tym świecie”.

Jak bardzo była to oszukańcza teza, widzimy dzisiaj, gdy nikt nie słucha nawet skamlenia odciętych od łatwych pieniędzy piłkarskich krezusów. Puszczane do mediów straszaki w rodzaju: „Jeśli nie dostaniemy wsparcia ze strony rządu, kluby zaczną bankrutować”, albo „Brak wpływów ze sprzedaży biletów i od sponsorów zrujnuje klubowe finanse”, lub też „Kluby nie mają pieniędzy na wypłaty dla zawodników i pracowników”, dzisiaj nikogo już nie ruszają. Większość z nas jest w tarapatach znacznie poważniejszych niż piłkarze. Z powodu zakazu zgromadzeń i organizowania imprez masowych nie zarabiają choćby lokale gastronomiczne, biura turystyczne, instytucje kulturalne, edukacyjne, nawet parki narodowe są zamykane. Milionom ludzi grozi utrata pracy lub drastyczna obniżka zarobków. A między piłkarzem, któremu klub obciął lub zamroził zarobki na czas przerwy w rozgrywkach, a przeciętnie zarabiającym pracownikiem najemnym w dowolnej branży różnica jest tak wielka, że każdemu kto sobie ją uświadomi, a teraz jest na to dobry moment, musi zrodzić się myśl, że może należałoby w końcu to zmienić. A od takich myśli zaczynają się rewolucje.
Pożywkę do takich rewolucyjnych rozmyślań dają takie publikacje, jak coroczny ranking redakcji tygodnika „France Football” najlepiej opłacanych piłkarzy na świecie. W zestawieniu „FF” podawane są łączne dochody futbolowych krezusów, czyli wynagrodzenie brutto wypłacane im przez ich kluby oraz wpływy ze sprzedaży wizerunku reklamodawcom i sponsorom. Pierwsze miejsce na liście piłkarskich milionerów zajmuje Argentyńczyk Leo Messi (FC Barcelona), który w ubiegłym roku wzbogacił się o rekordowe 131 mln euro, drugi jest Portugalczyk Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn, 118 mln euro), a trzeci Brazylijczyk Neymar (Paris Saint-Germain, 95 mln euro). W przeliczeniu na stawkę dzienną dochody Messiego wynoszą 358 tys. euro, czyli facet za kopanie piłki każdego dnia kasuje mniej więcej, niż cała masa ludzi niemal przez całe życie, i to przy założeniu, że średnio zarabiają 1000 euro miesięcznie. Ktoś powie, że wymieniona trójka piłkarzy to wyjątki, bo reszta już wcale tak dobrze nie ma. I to jest kolejne kłamstwo, które dopiero w czasach zarazy potrafimy sobie uzmysłowić.
FC Barcelona, której największą gwiazdą jest Messi, rocznie wydaje na płace swoich zawodników (oprócz sekcji piłkarskiej prowadzi też męskie i żeńskie sekcje koszykówki, piłki ręcznej i hokeja na trawie) ponad 600 mln euro – najwięcej w Europie. I taki potentat nagle ogłasza, że wszystkim swoim zawodnikom i trenerom obetnie pensje o 70 procent. W Hiszpanii nie podniósł się nawet jeden głos protestu przeciwko tej „niesprawiedliwości”. W równie bogatym Bayernie Monachium piłkarze, w tym Robert Lewandowski, bez szemrania zgodzili się na 20-procentowe cięcie płac. Z kolei w klubie Kamila Glika, AS Monaco, jego rosyjski właściciel skorzystał z regulacji prawnych we Francji i wysłał wszystkich piłkarzy na częściowe bezrobocie, co skutkuje utratą przez nich 16 procent zarobków. Państwo zapewnia w takich przypadkach rekompensatę w wysokości 5,4 tys. euro, która rzecz jasna dla piłkarzy nie jest adekwatna do utraconych zarobków. Wspomniany Glik zarabia 250 tys. euro miesięcznie, czyli straci po uwzględnieniu rekompensaty 34,6 tys. euro. Wciąż jednak na jego konto wpływać będzie grubo ponad 200 tys. euro, zatem nie dziwi, że we Francji też nikt nad piłkarzami się nie użala.
Nawet w znacznie słabiej płacącej piłkarzom polskiej ekstraklasie chwilowa zapaść finansowa nie jest aż taka straszna, jak próbuje się nam wmówić. Kluby pozbawione dochodów ze sprzedaży biletów i praw medialnych straszą nieuchronnym bankructwem, chociaż liga nie gra dopiero od 13 marca. Czy to kogoś rusza? Nie, bo nie ma powodu użalać się nad losem niespecjalnie przydatnych społeczeństwu w czasach zarazy osobników, którzy do tej pory zarabiali przeciętnie pół miliona złotych rocznie.
Piłkarze, ale nie tylko przecież oni, bo także siatkarze, piłkarze ręczni, koszykarze czy w ogóle sportowcy profesjonalni, są w sto razy lepszej sytuacji niż miliony innych ludzi. Dlatego skomlącym trzeba mówić „precz”, a hołdować tylko tym, którzy nie tylko o nic dla siebie nie proszą, ale jeszcze sięgają do swoich finansowych zasobów i wspierają innych.

Lewy wśród milionerów

Francuski dziennik „L’Equipe” opublikował ranking najlepiej zarabiających piłkarzy w pięciu najmocniejszy ligach w Europie. Numerem 1 w tym zestawieniu piłkarskich krezusów jest Leo Messi.

Argentyński gwiazdor FC Barcelona wedle ustaleń „L’Equipe” miesięcznie zarabia 8,3 mln euro, co gwarantuje mu podpisana w 2017 roku najnowsza wersja kontraktu z katalońskim klubem. Mimo takiej gigantycznej gaży wciąż są chętni na wykupienie Argentyńczyka, dlatego działacze „Dumy Katalonii” zaproponowały swojemu gwiazdorowi kolejną wersję umowy, tym razem już obowiązującą do zakończenia kariery. Może się jedynie domyślać, że jeśli Messi ja podpisze, a taki zamiar zdradził, jego miesięczna gaża przekroczy granicę 10 mln euro.
Drugie miejsce w zestawieniu zajął Cristiano Ronaldo, który jest najlepiej zarabiającym graczem nie tylko Juventusu Turyn, ale całej włoskiej Serie A. Portugalczyk miesięcznie kasuje 4,7 mln euro, czyli więcej niż dostaje za rok gry występujący razem z nim w Juventusie nasz reprezentacyjny bramkarz Wojciech Szczęsny czy grający w ataku SSC Napoli Arkadiusz Milik.
Z polskich piłkarzy do Top 10 zestawienia trafił jedynie Robert Lewandowski, którego miesięczne zarobki francuski dziennik oszacował na kwotę 1,6 mln euro i sklasyfikował na 10. miejscu. Co ciekawe, przed napastnikiem Bayernu Monachium, najskuteczniejszym obecnie strzelcem w Bundeslidze i Lidze Mistrzów, znaleźli się gracze znacznie mu ustępujący pod względem sportowym i osiągnięciami. Trzeci w zestawieniu Brazylijczyk Neymar po transferze w 2017 roku z FC Barcelona do Paris Saint-Germain za 222 ml;n euro niczego znaczącego nie osiągnął, mimo to zarabia miesięcznie 3,1 mln euro. Czwarty w rankingu krezusów Francuz Antoine Griezmann zarabia w FC Barcelona 2,9 mln euro, tyle samo co Luis Suarez, ale Urugwajczyk przynajmniej zalicza się do kluczowych graczy „Dumy Katalonii”. Kolejne lokaty w zestawieniu zajmują dwaj gracze Realu Madryt – Walijczyk Gareth Bale i Belg Eden Hazard. Obaj zarabiają miesięcznie po 2,5 mln euro, ale „Królewscy” nie mają z nich pożytku na miarę tych pieniędzy. Dlatego chcą pozyskać z PSG 21-letniego Francuza Kyliana Mbappe, który obecnie w paryskim klubie zarabia „tylko” 1,9 mln euro. Lewandowskiego na liście piłkarskich krezusów wyprzedził jeszcze hiszpański bramkarz David De Gea, któremu Manchester United płaci co miesiąc aż 1,7 mln euro.

Piłkarze wśród krezusów sportu

Kylian Mbappe niedawno skończył 21 lat, a już jest mistrzem świata z reprezentacją Francji, trzykrotnym mistrzem francuskiej ligi oraz najdroższym francuskim piłkarzem w historii. Arabscy właściciele Paris Saint-Germain zapłacili za jego transfer z AS Monaco 180 mln euro. I nie chcą go nikomu oddać za żadną cenę, a jemu oferują pięcioletni kontrakt na 32 mln euro rocznie.

Jeśli Mbappe zdecyduje się przedłużyć umowę z Paris Saint-Germain, w ciągu pięciu sezonów zarobi w paryskim klubie tylko grając w piłkę ponad 160 mln euro. Każdy piłkarz w jego wieku może jedynie pomarzyć o takiej gaży. Dla porównania – Leo Messi i Cristiano Ronaldo na takie sute kontrakty mogli liczyć dopiero w ostatnich latach, wcześniej kwoty powyżej 30 mln euro rocznie nawet dla nich były nieosiągalne. Katarscy szejkowie nie maja jednak wyboru, bo na utalentowanego Francuza parol zagiął prezydent Realu Madryt Florentino Perez. Jak donoszą hiszpańskie media, jest tak zdeterminowany żeby ściągnąć Mbappe na Santiago Bernabeu, że jest gotowy przeznaczyć na ten cel nawet 400 mln euro. W tej kwocie mieści się odstępne dla PSG, nie mniejsze niż ćwierć miliarda euro oraz bajońskie wynagrodzenie dla piłkarza. I to tłumaczy dlaczego Mbappe kuszony jest w PSG zarobkami na poziomie 32 mln euro rocznie(ok. 55 mln brutto).

Jeśli młody francuski gwiazdor zostanie na Parc des Princes, będzie najlepiej opłacanym piłkarzem we Francji i wyprzedzi pod tym względem Brazylijczyka Neymara, za którego paryski klub zapłacił Barcelonie 222 mln euro, ale płaci mu 37 mln euro brutto (ok. 22 mln euro netto) i na dodatek chce się go latem tego roku pozbyć. Oczywiście nie za darmo, tylko za kwotę z której będzie w stanie pokryć nowy kontrakt Mbappe. 21-letni napastnik stałby się wtedy kluczową postacią w przebudowanym pod jego kontem zespole PSG, a już teraz wiadomo, że jest o wiele pewniejszą inwestycją od Neymara, który od sierpnia 2017 roku zaliczył w PSG ledwie 70 występów i zdobył 35 bramek, podczas gdy Mbappe w tym samym czasie w barwach Paris Saint-Germain w 106 meczach strzelił 78 goli.

Francuz ma zatem ogromny potencjał, także marketingowy, co powinno za kilka lat uczynić go najbogatszym sportowcem na świecie. Ale póki co w tym względzie znacznie ustępuje największym futbolowym krezusom. Najlepiej zarabiający z nich Leo Messi tylko w ostatnim roku zarobił 127 milionów dolarów i ta kwota zapewniła mu pierwsze miejsce na liście stu najbogatszych sportowców wedle magazynu „Forbes”. Co ciekawe, w tym gronie znalazła się tylko jedna kobieta – amerykańska tenisistka Serena Williams (63. miejsce).

Messi po raz pierwszy został uznany za najlepiej zarabiającego sportowca. Przed rokiem pierwsze miejsce zdobył bokser Floyd Mayweather (285 mln dolarów). W rankingu „Forbesa” uwzględnia się wszystkie możliwe źródła zarobków, czyli także wpływy z kontraktów reklamowych i sprzedaży wizerunku. druga lokatę zajął Cristiano Ronaldo, obecnie występujący w Juventusie Turyn, którego przychody oszacowano na 109 mln dolarów. Trzeci w zestawieniu jest Neymar z zarobkami na poziomie 105 mln dolarów). W setce najbogatszych najwięcej przedstawicieli, bo aż 35, ma koszykarska liga NBA.

Piłkarzy nożnych znalazło się w niej tylko 19. Czołowa „10” zestawienia prezentuje się następująco: 1. Lionel Messi (Argentyna, piłka nożna) – 127 mln dolarów; 2. Cristiano Ronaldo (Portugalia; piłka nożna) – 109; 3. Neymar (Brazylia; piłka nożna) – 105; 4. Canelo Alvarez (Meksyk; boks) – 94; 5. Roger Federer (Szwajcaria; tenis) – 93,4; 6. Russell Wilson (USA; futbol amerykański) – 89,5; 7. Aaron Rodgers (USA; futbol amerykański) – 89,3; 8. LeBron James (USA; koszykówka) – 89; 9. Stephen Curry (USA; koszykówka) – 79,8; 10. Kevin Durant (USA; koszykówka) – 65,4.

„Forbes” pokusił się też o zestawienie najlepiej zarabiających sportowców w ostatnich 10 latach. Na jego czele umieścił boksera Floyda Mayweathera Jr z dorobkiem 915 mln dolarów. Kolejne lokaty na tej liście zajeli: 2. Cristiano Ronaldo (piłka nożna) – 800 mln dolarów; 3. Lionel Messi (piłka nożna) – 750 milionów; 4. LeBron James (koszykówka) – 680 milionów; 5. Roger Federer (tenis) – 640 milionów; 6. Tiger Woods (golf) – 615 milionów; 7. Phil Mickelson (golf) – 480 milionów; 8. Manny Pacquiao (boks) – 435 milionów; 9. Kevin Durant (koszykówka) – 425 milionów; 10. Lewis Hamilton (Formuła 1) – 400 milionów dolarów.
Dla porównania – najzamożniejszy z polskich sportowców, Robert Lewandowski, dopiero dobija do granicy 100 milionów dolarów, ale zanim zawiesi buty na kołku, jego łączne zarobki z całą pewnością przekroczą pułap 250 mln dolarów, a może nawet 300 milionów.

 

Neymar przecenił swoją wartość

Narzuconego swego czasu przez UEFA europejskim klubom tzw. finansowe fair play, wciąż jest skutecznie omijane, skoro transferowym szaleństwo trwa. Od 1 lipca swoje rekordy w wydatkach na nowych piłkarzy pobiło 30 klubów z najbogatszych europejskich lig. Ten rynek szacowany jest na ponad 3 mld euro, więc największe transakcje jeszcze przed nami.

Najdroższym obecnie piłkarzem na świecie i w ogóle w historii futbolu, jest Brazylijczyk Neymar. Dwa lata temu Paris Saint-Germain, a bardziej adekwatne byłoby stwierdzenie, że katarscy właściciele paryskiego klubu, wykupili tego 25-letniego wówczas gracza z FC Barcelona za rekordowe 222 mln euro. Nie była to jednak udana inwestycja, bo w dwóch kolejnych sezonach brazylijski gwiazdor dziwnym trafem doznawał kontuzji stopy w najważniejszej części sezonu, gdy trzeba było walczyć o wymarzone przez mecenasów Paris Saint-Germain najwyższe laury w Lidze Mistrzów. W tym roku sytuacja się powtórzyła – w lutym Neymar znów miał problemy z kostką i nie pomógł w walce w Champions League, w maju został oskarżony przez jedną z rodaczek o gwałt, przez co w czerwcu trener Tite najpierw odebrał mu opaskę kapitana reprezentacji Brazylii, a potem w ogóle usunął z zespołu pod pozorem odnowienia się urazu. Jak wiadomo ekipa canarinhos wygrała turniej Copa America. Ten sukces był potężnym ciosem w piłkarski wizerunek Neymara.

Inni znani piłkarze w takich niesprzyjających im okolicznościach próbują „odrobić straty” jak najlepszymi występami w klubowym zespole, ale nie Neymar. On postępuje wręcz przeciwnie – mając za sobą wybitnie nieudany sezon, sądowe sprawy za gwałt i niezapłacone podatki, postanowił w tak trudnym momencie swojej kariery zmienić pracodawcę.

Nawet gwiazdy nie wszystko mogą

Medialne spekulacje najczęściej sugerują, że Brazylijczyk chce już w tym okienku transferowym wrócić do FC Barcelona. Nie będzie to jednak takie proste, jak być może piłkarzowi i jego najbliższemu otoczeniu się wydaje. Po pierwsze, nawet jeśli szefowie Paris Saint-Germain na to się zgodzą, z pewnością zażądają za transfer co najmniej 222 mln euro, co już może stanowić problem, bo po dwóch nieudanych sezonach Neymar nie jest wart takich pieniędzy. Zresztą on sam poniekąd znacznie przecenił swoją wartość, bo jak wieść niesie w negocjacjach z szefami FC Barcelona zgodził się ponoć na obniżkę wynagrodzenia o połowę.

I ta właśnie informacja doprowadziła do furii prezesa PSG Nassera Al-Khelaifiego, który dość spokojnie znosił wcześniejsze wybryki brazylijskiego gwiazdora – tygodniowe spóźnienie z urlopu, odmowę podjęcia treningów z zespołem czy występów w spotkaniach sparingowych, a nawet jego skandaliczne wypowiedzi w mediach społecznościowych, jak ta o najlepszym wspomnieniu z dotychczasowej kariery, w której stwierdził, że jest nim występ w barwach Barcelony w wygranym 6:1 meczu z… Paris Saint-Germain w Lidze Mistrzów. Katarski miliarder nie zdzierżył jednak wieści, że piłkarz, któremu on rocznie płaci 47 mln euro, jest gotów grać w Barcelonie za połowę tej kwoty.

Zagroził więc Neymarowi, że zgotuje mu los jakiego doświadczył Adrien Rabiot, czyli odeśle do rezerw, może nawet do końca kontraktu. Katarczyka niewątpliwie stać na taką rozrzutność, więc Neymar spuścił z tonu i wrócił do PSG. Ale negocjacje w sprawie jego odejścia nadal trwają. Co ciekawe, FC Barcelona w ramach rozliczenia transferu Neymara jest ponoć skłonna oddać do paryskiego klubu dwóch swoich zawodników, którzy okazali się przepłaconymi pomyłkami transferowymi – Brazylijczyka Philippe Coutinho oraz Francuza Ousmane Dembele.

Czy coś z tego wyjdzie, na razie nie wiadomo, ale agent Neymara zaoferował usługi swojego klienta także innym potentatom na europejskim rynku – Realowi Madryt, Juventusowi Turyn, Bayernowi Monachium i Manchesterowi United. Wątpliwe jednak by któryś z tych klubów był skłonny wyłożyć aż 222 mln euro, chociaż faktem jest, że ceny za piłkarzy wciąż rosną w szaleńczym tempie.

Piłkarze coraz drożsi, ale czy lepsi?

Tego lata swoje rekordy transferowe pobiło już 30 klubów z najbogatszych lig europejskich, a szacuje się, że łączna kwota przeprowadzonych transakcji do zamknięcia „okienka transferowego” może przekroczyć nawet granicę 3 mld euro. W Anglii poza Manchesterem City (Rodriego Hernandez – 70 mln euro) i Tottenhamem (Ndombele – 60) swoje rekordy pobiły np. Leicester City (Youri Tielemans – 45), Wolverhampton (Raul Jimenez – 38) czy Aston Villa (Wesley – 25). W Bundeslidze obok Bayernu Monachium (Hernandez – 80) i Borussii Dortmund (Hummels – 30,5) rekordy pobito w Bayerze Leverkusen (Kerem Demirbay – 32) i Eintrachcie Frankfurt (Djibril Sow – 9), a nawet w Fortunie Duesseldorf (Dawid Kownacki – 8 mln euro). W Hiszpanii poza Atletico (Felix – 126) swoje rekordy pobiły na razie tylko FC Sevilla (Jules Kounde – 25) i Espanyol Barcelona (Matias Vargas – 10,5), ale wszystkie kluby Primera Division wydały na nowych zawodników już ponad miliard euro.

We Włoszech na razie nie pobito ubiegłorocznego rekordowego wydatku Juventusu Turyn na Cristiano Ronaldo (111 mln euro plus bonusy), ale turyński klub w minioną środę sfinalizował transfer 19-letniego holenderskiego obrońcy Ajaksu Amsterdam Matthijsa de Ligta, płacąc za niego 75 mln euro plus 10 mln euro bonusów za wyniki osiągnięte w trakcie pięcioletniego kontraktu. Na tym tle transferowe rekordy Sampdoria Genua (Emil Audero – 20 mln euro), Genoi (Stefano Sturaro – 16,5), Atalanty Bergamo (Luis Muriel – 15), Bologny (Riccardo Orsolini – 15) i SPAL 2013 (Andrea Petagna – 12 mln euro) nie wypadają może okazale, potwierdzają jednak znakomicie obowiązującą tendencję.

 

Fortuna za nastolatka

Letnia karuzela transferowa w piłce nożnej wchodzi na najwyższe obroty. Atletico Madryt wykupiło właśnie z Benfiki Lizbona 19-letniego portugalskiego napastnika Joao Felixa za 126 mln euro.

Felix uważany jest za wschodzącą gwiazdę portugalskiej reprezentacji i następcę wielkiego Cristiano Ronaldo. Po transferze będzie czwarty na liście najdroższych piłkarzy w historii futbolu. A transakcja wydaje się przesądzona, skoro już pochwaliła się nią Benfica. Co prawda zostało jeszcze ustalenie indywidualnych warunków kontraktu piłkarza z Atletico, ale to nie powinno być istotną przeszkodą. Gigantyczna kwota transferu oznacza, że więcej niż za Joao Felixa zapłacono dotąd za Neymara (wykupiony przez Paris Saint-Germain z FC Barcelona za 222 mln euro), Kyliana Mbappe (za 180 mln euro przez PSG z AS Monaco) i Philippe Coutinho (za 145 mln euro przez Barcelonę z Liverpoolu). Portugalczyk może jednak wkrótce stracić tak prestiżową lokatę, bo Juventus Turyn właśnie finalizuje transfer 19-letniego holenderskiego stopera Ajaksu Amsterdam Matthijsa de Ligta i oferuje za niego aż 149 milionów euro.

Na razie jednak więcej mówi się o transferze Portugalczyka, dla którego poprzedni sezon był dopiero pierwszym w dorosłej piłce. Efektownie grający młody napastnik strzelił 20 goli w 43 meczach rozegranych we wszystkich rozgrywkach. Został zapamiętany zwłaszcza z kapitalnego spotkania w ćwierćfinale Ligi Europy z Eintrachtem Frankfurt (4:2), w którym zdobył hat-tricka i zaliczył asystę. Madrycki klub jest zdeterminowany w staraniach o pozyskanie tego gracza, potrzebuje bowiem pilnie załatać lukę po odejściu z zespołu Francuza Antoine’a Griezmanna.

 

Piłkarze są krezusami

Magazyn „Forbes” opublikował listę najlepiej zarabiających sportowców na świecie. Trzy czołowe miejsca przypadły gwiazdorom piłki nożnej – pierwszy jest Argentyńczyk Leo Messi, drugi Portugalczyk Cristiano Ronaldo, a trzeci Brazylijczyk Neymar.

Messi od czerwca 2018 do czerwiec 2019 roku z tytułu kontraktu z FC Barcelona i umów sponsorskich zarobił łącznie 127 mln dolarów. Wedle ustaleń „Forbesa” argentyński piłkarz z klubowej kasy „Dumy Katalonii” zainkasował a 92 miliony dolarów. Reszta, czyli 35 mln dolarów, to wpływy z umów reklamowych i sponsorskich. Gaża wypłacana Messiemu przez FC Barcelona czyni go najlepiej opłacanym piłkarzem na świecie (dostaje 7,7 mln dolarów miesięcznie). Dla porównania, Robert Lewandowski, którego uważa się za najlepiej opłacanego piłkarza niemieckiej Bundesligi, rocznie otrzymuje z kasy Bayernu Monachium około 20 mln dolarów.

Dwa kolejne miejsca na liście najwyżej wynagradzanych sportowców na świecie też zajmują piłkarze. Na drugim miejscu znalazł się Cristiano Ronaldo, który zarobił łącznie 109 mln dolarów – 65 milionów z tytułu kontraktu w klubie i 44 miliony dolarów z umów sponsorskich i reklamowych. Trzeci w zestawieniu Neymar zarobił przez ostatni rok 105 mln dolarów, ale co ciekawe – z tytułu kontraktu z Paris Saint-Germain zainkasował więcej od Cristiano Ronaldo, bo aż 75 mln dolarów (pozostałe 30 mln to przychód z umów reklamowo-sponsorskich). Ta dysproporcja jest trochę szokująca, bo jednak pod względem sportowych umiejętności i osiągnięć Portugalczyk bije Brazylijczyka o głowę. Poza tym Neymar znaczną część okresu od czerwca 2018 do czerwca 2019 spędził na leczeniu kontuzji i nie pomógł drużynie w najważniejszych momentach rozgrywek. Ewidentnie jest to piłkarz przepłacony i będzie mu coraz trudniej utrzymać się w czołówce sportowych krezusów.

Czwarty na tegorocznej liście „Forbesa” jest bokser, ale nie jest to żaden z tuzów wagi ciężkiej, tylko Meksykanin Saul Avares. Jego zarobki oszacowano na kwotę 94 mln dolarów, z czego aż 92 miliony zarobił w ringu, a tylko dwa miliony z tytruu umów sponorskich i reklamowych. Piąte miejsce zajął szwajcarski tenisista Roger Federer, u którego proporcje zarobków są akurat odwrotne niż u Alvareza – słynny „Maestro” na korcie zarobił „tylko” 7,4 mln dolarów, zaś 86 milionów dolarów wyciągnął od reklamodawców i sponsorów.

Pozostałe miejsca w Top 10 najbogatszych sportowców na świecie zajmują przedstawiciele sportów najpopularniejszych w Stanach Zjednoczonych. Szósta i siódma lokata przypadła futbolistom amerykańskim: Russell Wilson zarobił 89,5 mln dolarów, a Aaron Rodgers 89,3 mln dolarów. Trzy ostatnie miejsca okupują koszykarze z NBA: ósmy jest LeBron James (89 mln dolarów), dziewiąty Stephen Curry (79,8 mln dolarów), a dziesiąty Kevin Durant (65,4 mln dolarów). Wypada zauważyć, że w czołowej dziesiątce zestawienia nie ma kierowcy Formuły 1, golfisty czy baseballisty, ale też ani jednej sportsmenki.