Rekordowy mecz PSG

Mecz 2. kolejki francuskiej Ligue 1 między zespołami Paris Saint-Germain i Olympique Marsylia na Parc des Princes okazał się rekordowy pod względem nałożonych na piłkarzy kar.

Sędziujący mecz Jerome Brisard musiał aż 17 razy sięgać po kartki, w tym pięć razy po czerwone, co jest rekordem francuskiej ligi w XXI wieku. Najwięcej pracy miał pod koniec spotkania, gdy doszło do ostrego spięcia między zawodnikami. Arbiter wyrzucił z boiska najbardziej aktywnych – Leandro Paredesa, Layvina Kurzawę i Neymara z PSG oraz Jordana Amavi i Dario Benedetto z OM.
Neymar dostał czerwoną kartkę za uderzenie w tył głowy Alvaro Gonzaleza. Po meczu brazylijski gwiazdor dolał jeszcze oliwy do ognia wpisem na portalu społecznościowym: „Żałuję, że nie uderzyłem tego idioty w twarz. Uchwycenie mojej agresji przez VAR było łatwe, ale chciałbym zobaczyć, jak został uchwycony rasista nazywający mnie małpim sk… Ja zostałem ukarany, a on?”.
Mecz zakończył zwycięstwem Olympique Marsylia 1:0. To była druga porażka mistrzów Francji w tym sezonie. Poprzednio tak słabo zaczęli rozgrywki Ligue 1 w 1984 roku.

Futbolowe tuzy z wirusem

Mimo surowych przepisów epidemicznych koronawirus atakuje nawet największych tuzów sportu, także piłkarzy i trenerów, z najwyższej półki. Ostatnio Covid-19 pojawił się nawet w Realu Madryt i Paris Saint-Germain.

Thibaut Courtois, bramkarz Realu Madryt, uzyskał pozytywny wynik podczas badania, wymaz z nosa, na obecność koronawirusa. Przeprowadzono je na zgrupowaniu reprezentacji Belgii, która zagra w Lidze Narodów przeciwko Danii (5 września) i Islandii (8 września). Na razie jednak Courtois nie został jeszcze odesłany na kwarantannę, ponieważ stanie się tak po kolejnym badaniu, tym razem krwi, jeśli wirus nadal będzie występować w organizmie piłkarza. W innym wypadku nic nie stanie na przeszkodzie, by bramkarz „Królewskich” znalazł się kadrze na te dwa mecze.
Także Paris Saint-Germain oficjalnie potwierdził trzy przypadki koronawirusa w drużynie. Według dziennika „L’Equipe” zakażonymi piłkarzami są Brazylijczyk Neymar oraz Argentyńczycy Angel Di Maria i Leandro Paredes. Cała trójka spędzała wspólnie wakacje na Ibizie po finałowym turnieju Ligi Mistrzów. Liga francuska, która nie dokończyła poprzedniego sezonu, rozpoczęła już rozgrywki edycji 2020/2021. Mecze kilku drużyn, w tym PSG, przeniesiono jednak na późniejsze terminy. Mistrzowie Francji swój pierwszy mecz mają rozegrać dopiero 10 września przeciwko RC Lens. Trójka zakażonych graczy na pewno w nim nie zagra.
Włoskie media doniosły też o pechu, jaki dopadł byłego właściciela AC Milan (w latach 1986-2018) Silvio Berlusconiego, u którego testy dały pozytywny wynik na obecność koronawirusa. Informację tę potwierdził osobisty lekarz byłego premiera Włoch Alberto Zangrillo, który zapewnił, że jego pacjent czuje się dobrze i przechodzi Covid-19 bezobjawowo. 83-letni milioner po odsprzedaży swoich udziałów w AC Milan nie odszedł z futbolu. Obecnie jest szefem i współwłaścicielem klubu AC Monza, beniaminka włoskiej Serie B, do którego tego lata przeszedł z Lecha Poznań króla strzelców ostatniego sezonu PKO Ekstraklasy Duńczyk Christian Gytkjaer.

Lewandowski wreszcie spełnił marzenie

W niedzielny wieczór 23 sierpnia Robert Lewandowski jako piąty polski piłkarz w historii podniósł w górę puchar za zwycięstwo w Lidze Mistrzów (wcześniej Puchar Europy). Przed nim zdobywcami tego trofeum byli Zbigniew Boniek (Juventus Turyn), Józef Młynarczyk (FC Porto), Jerzy Dudek (FC Liverpool) i Tomasz Kuszczak (Manchester United).

Dla nikogo chyba nie ulega wątpliwości, że Bayern Monachium wygrał Ligę Mistrzów zasłużenie. Bawarska jedenastka była niepokonana w tych rozgrywkach i zwyciężyła we wszystkich 11 rozegranych spotkaniach. Robert Lewandowski wystąpił w 10 spotkaniach (zabrakło go tylko w ostatnim grupowym meczu, z Tottenhamem), a w dziewięciu strzelił gole – w sumie aż 15. To drugi wynik w historii Champions League, więcej razy w jednym sezonie trafił tylko Cristiano Ronaldo w rozgrywkach 2013/2014, w których zdobył 17 bramek. Ale Portugalczyk dokonał tego wyczynu w normalnym sezonie z 13 meczami. „Lewy” wyrównał jednak niezwykłe osiągnięcie innego z futbolowych gigantów – Johana Cruyffa z sezonu 1971/1972 i tak samo jak legendarny Holender skompletował trzy strzeleckie korony: króla strzelców w lidze i krajowym pucharze oraz w najważniejszym z europejskich pucharów. Potrójną koronę króla strzelców zdobył jeszcze grający w barwach FC Porto Brazylijczyk Mario Jardel w sezonie 1999/2000, ale on nie wygrał Ligi Mistrzów, bo portugalski zespół odpadł wówczas w ćwierćfinale. W zakończonym w minioną niedzielę sezonie Lewandowski zagrał w 47 meczach Bayernu, licząc wszystkie klubowe rozgrywki, w których strzelił w sumie 55 goli i zaliczył 10 asyst. Pod tym względem na naszym kontynencie nie miał sobie równych. Do zdobycia króla strzelców Bundesligi potrzebował 34 trafienia, w Pucharze Niemiec sześć, a w Lidze Mistrzów 15.
Wypada jedynie żałować, że nie zdobył bramki w finałowej potyczce z Paris Saint-Germain, bo byłoby to wspaniałym ukoronowaniem jego najlepszego jak dotąd sezonu w karierze. „Lewy” rozegrał znakomite zawody, jak zwykle należał do najlepszych graczy w swoim zespole i zagrał lepiej od dwóch wielkich gwiazd paryskiego zespołu, Neymara i Kyliana Mbappe. Przez całe spotkanie mocno pracował też w defensywie, ale jak na napastnika przystało przede wszystkim dążył do strzelenia gola. Miał dwie doskonałe ku temu okazje, ale przy pierwszej trafił w słupek, a w drugiej jego strzał głową jakimś cudem odbił bramkarz PSG Keylor Navas. Naszemu napastnikowi po prostu tego dnia nie dopisało snajperskie szczęście, co zresztą zostało zauważone, więc w zdecydowanej większości pomeczowych recenzji występ „Lewego” został wysoko oceniony. Niemiecki „Kicker” przyznał mu notę „1,5”, czyli bliską ideału (ta redakcja przyznaje noty w skali 6-1, gdzie 1 odznacza klasę światową, a 6 występ poniżej krytyki). Tylko „France Football” nie docenił polskiego piłkarza i swoich relacjach oraz komentarzach skrupulatnie pomijał jego nazwisko, a noty przyznał niemal tak takie same, jak Neymarowi i Mbappe, chociaż w ocenie innych światowych mediów obaj gwiazdorzy PSG totalnie zawiedli oczekiwania. Najwyraźniej redaktorzy „France Football” prowadzą jakąś osobistą wojenkę z Lewandowskim, ale w tym swoim zacietrzewieniu dawno przekroczyli już granicę dopuszczalnego subiektywizmu w ocenach, za którą jest już tylko dyskwalifikująca fachowe pismo niekompetencja.
Ale już według „L’Equipe” na najwyższą notę w Bayernie zasłużył Manuel Neuer (9), a znakomite oceny (8) dostali również Thiago Alcantara i Kingsley Coman. Na 7 zasłużył Joshua Kimmich, a pozostali piłkarze dostali niższe oceny – Robert Lewandowski i Leon Goretzka 6, a 5 przyznano Serge’owi Gnabry’emu, Thomasowi Muellerowi, Davidowi Alabie i Alphonso Daviesowi. W ekipie PSG najlepiej oceniony został Thiago Silva (7), a szóstki przyznano Keylorowi Navasowi, Juanowi Bernatowi i Joelowi Kimpembe. Brytyjski dziennik „Daily Mail, który dał „Lewemu” notę 7,5 (w skali 1-10, w której 10 jest najwyższą oceną). Taką samą ocenę dostał niespodziewanie Manuel Neuer, a także Joshua Kimmich i Alphonso Davies, zaś najlepiej oceniono strzelca zwycięskiego gola Kingsleya Comana. Surowiej Lewandowskiego ocenił „The Guardian”, przyznając mu notę „6”. Lepsze noty dostali Neuer i Coman (8), a „7” Kimmich, Davies i Thiago. Hiszpański dziennik „Marca” w ocenie graczy używa gwiazdek – najlepsza ocena to trzy gwiazdki, jej brak oznacza żenujący występ. Po finale Ligi Mistrzów „Marca” trzy gwizdki przyznała Neuereowi, Kimmichowi i Comanowi, a po dwie dostali Lewandowski, Goretzka, Thiago i Alaba. Wątpliwe by złośliwość redaktorów „France Football” była w stanie zepsuć Lewandowskiemu radość z osiągnięcia sportowego celu, do którego od lat dążył. Wygranie Ligi Mistrzów to dla każdego piłkarza najważniejszy laur w klubowej karierze. Jak bardzo pragnął go „Lewy” świadczy choćby radość, z jaką celebrował wraz z kolegami odebranie pucharu. „Dedykuję ten puchar mojej rodzinie – żonie, dzieciom oraz mojemu zmarłemu tacie, który na pewno patrzył na mnie z góry i życzył mi sukcesu. Zawsze marzyłem o wygraniu Ligi Mistrzów i wierzyłem, że w końcu osiągnę ten sukces” – mówił tuż po spotkaniu
Dla Paris Saint-Germain był to pierwszy w historii finał Ligi Mistrzów. Paryski zespół musiał jednak uznać wyższość Bayernu Monachium i na triumf w najbardziej prestiżowych klubowych rozgrywkach w Europie będzie jeszcze musiał poczekać. Porażka sprawiła, że po meczu na ulicach Paryża doszło do zamieszek i starć pomiędzy pseudokibicami PSG i policją. Porządek w centrum Paryża zabezpieczało 3000 funkcjonariuszy policji. Pomagała też żandarmeria wojskowa i strażacy. Fani mistrzów Francji oglądali mecz także w pobliżu stadionu Parc des Princes. Im bliżej było końca meczu, tym atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca. Gdy skończyło sie spotkanie zirytowani porażką PSG fani zaczęli demolować miasto. Zamieszki trwały kilkadziesiąt minut. W ich trakcie podpalano samochody, wybijano witryny sklepowe i okradano je. Policja używała gazu łzawiącego.
Bayern Monachium po raz drugi w historii wygrał w jednym sezonie wszystko, co było do wygrania, czyli mistrzostwo Bundesligi, Puchar Niemiec i Ligę Mistrzów. A przed Lewandowskim i jego kolegami z drużyny otworzyła się szansa na zdobycie dwóch kolejnych trofeów, których im brakuje w dorobku – Superpucharu Europy (zagrają o niego z Sevillą, który wygrała Ligę Europy) oraz zwycięstwa w Klubowych Mistrzostwach Świata. Bayern może się teraz nazywać najlepszą drużyną w Europie, a sprawił to trener Hansi Flick, który przejął zespół 3 listopada 2019 roku. Od tego czasu bawarska jedenastka odniosła 33 zwycięstwa w 36 meczach i wspięła się na sam szczyt europejskiego futbolu.

Starcie zabójczych tercetów

Niedzielny finał Ligi Mistrzów zapowiadano jako wielkie starcie ofensywnych graczy Bayernu Monachium i Paris Saint-Germain, które miało też wyłonić najlepszego piłkarza tego sezonu. W niemieckim zespole mieli to być głównie Robert Lewandowski, Serge Gnabry i Thomas Mueller, a w paryskim Neymar, Kylian Mbappe i Angel di Maria.

Bayern stawał do walki po swój szósty triumf w tych elitarnych rozgrywkach, zaś PSG po pierwszy w historii. Ekipa mistrzów Niemiec do finału przeszła jak burza, zmiatając po drodze Chelsea Londyn, Barcelonę i Olympique Lyon, ale przed finałową potyczką futbolowi eksperci większe szanse na zwycięstwo dawali francuskiej drużynie. Owszem, doceniali niesamowite strzeleckie osiągnięcie Roberta Lewandowskiego, który w obecnej edycji Champions League w drodze na szczyt strzelił 15 goli, zauważyli też, że w cieniu polskiego napastnika wyrósł Bayernowi drugi znakomity snajper, Serge Gnabry, zdobywca dziewięciu bramek.
Z prostego rachunku wynikało, że obaj ci piłkarze razem zdobyli 24 bramki, czyli ponad połowę z 42 strzelonych przez Bayern w tej edycji Ligi Mistrzów. Ustanowili w ten sposób nowy rekord tych rozgrywek, bo wcześniej najskuteczniejszym duetem w historii byli Cristiano Ronaldo i Gareth Bale, którzy w sezonie 2013/2014 zdobyli dla Realu Madryt 23 gole (Ronaldo 17, Bale 6). Mimo to uważano, że Neymar i Mbappe w decydującym starciu okażą się lepsi. Podkreślano jednak, że duże znaczenie może też mieć postawa graczy wpierających te dwa snajperskie duety – w paryskim zespole tym trzecim jest Angel di Maria, zaś w Bayernie Thomas Mueller.
Jak było faktycznie? Wrócimy do sprawy w następnym numerze, bo mecz Bayernu z Paris Saint-Germain zakończył się po zamknięciu wydania.

Bayern i PSG w wielkim finale

Nie było sensacji w półfinałowych meczach rozgrywanego w Lizbonie turnieju Champions League. Paris Saint Germain rozbił 3:0 RB Lipsk, a Bayern Monachium także 3:0 pokonał Olympique Lyon. W niedzielę dojdzie więc do trzeciego, decydującego starcia w niemiecko-francuskiej wojnie futbolowej, w jaką raczej dość nieoczekiwanie przerodziła się toczona w Lizbonie rywalizacja w tzw. Final Eight. Wynik potyczki Bayernu z PSG wykreuje też zapewne piłkarza sezonu 2019/2020 i piłkarza roku 2020. Ogromną szansę na zgarnięcie obu tych indywidualnych nagród ma Robert Lewandowski, który w spotkaniu z Lyonem zdobył swoją 15. bramkę w tym sezonie Ligi Mistrzów.

Szefowie redakcji „France Football” zapewne plują sobie teraz w brodę, że tak pochopnie zrezygnowali z przyznania w tym roku nagrody „Złotej Piłki”. Inna sprawa, że chyba nie za bardzo znają się na futbolu, skoro nie przewidzieli, że dwie francuskie drużyny dojdą do półfinału, a jedna z nich zagra w wielkim finale o zwycięstwo w Lidze Mistrzów. Przyzwyczajeni od ponad dekady do nagradzania tylko Leo Messiego i Cristiano Ronaldo, nie chcieli przyznać nagrody nikomu innemu, a już zwłaszcza Polakowi, który wyrósł na największą gwiazdę niemieckiej Bundesligi. Trochę szkoda, ale mówi się trudno i żyje dalej. Z okazji skorzystała FIFA, która już zapowiedziała, że swoją doroczną nagrodę dla „Piłkarza Roku” ( FIFA World Player of the Year) jednak mimo pandemii koronawirusa przyzna i wręczy ją na planowanej na październik tego roku uroczystej gali. Nagroda FIFA jest nawet bardziej wiarygodna od „Złotej Piłki” „FF”, bo jej laureat wyłaniany jest głosami trenerów i kapitanów reprezentacji narodowych, natomiast redakcja francuskiego tygodnika organizuje plebiscyt jedynie wśród dziennikarzy.
Zostali tylko Neymar i Mbappe
Tak czy owak Robert Lewandowski, który w tym sezonie jest w życiowej formie i swoimi boiskowymi wyczynami z pewnością zasłużył na takie wyróżnienie. Tym bardziej, że w 1/8 finału Ligi Mistrzów wraz z Juventusem z wyścigu o tytuł „Piłkarza Roku” odpadł Cristiano Ronaldo, a w ćwierćfinale po klęsce 2:8 z Bayernem także Leo Messi. Oprócz nich szanse stracili też typowani przez media do tej nagrody snajper Realu Madryt Karim Benzema oraz as Manchesteru City Kevin De Bruyne. Z piłkarzy czterech zespołów, które dotarły do półfinału (Bayernu, RB Lipsk, Olympique Lyon i Paris Saint-Germain), zagrozić „Lewemu” w zdobyciu tego trofeum realnie mógłby tylko któryś z jego kolegów z Bayernu, choćby Serge Gnabry lub Thomas Mueller, albo jeden z dwójki asów Paris Saint-Germain, najdroższych aktualnie piłkarzy na świecie – Neymar lub też Kylian Mbappe.
Jak podał niemiecki „Bild”, światowa federacja piłkarska poda nominacje do nagrody „FIFA World Pleyer of the Year” jeszcze w sierpniu. Lewandowski rzecz jasna nie może być pewny zwycięstwa w tym plebiscycie, ale z całą pewnością znajdzie się wśród nominowanych. W kończącym się sezonie zagrał dotąd w 46 spotkaniach licząc wszystkie klubowe rozgrywki, w których strzelił 55 goli i zaliczył 10 asyst, został też królem strzelców Bundesligi (34 trafienia), Pucharu Niemiec (sześć goli) i już na prawie sto procent także w Lidze Mistrzów. W meczu z Lyonem „Lewy” zdobył 15 bramkę w obecnej edycji Champions League, a z graczy, którzy pozostają jeszcze w grze, najbliżej niego w klasyfikacji strzelców jest Serge Gnabry, ale ma jednak na koncie tylko 9 goli i raczej na pewno nie zdoła odrobić tej straty w finałowym meczu z Paris Saint-Germain.
Paryżanie rzucili rękawicę
Prowadzony przez niemieckiego trenera Thomasa Tuchela zespół Paris Saint-Germain w lizbońskim turnieju rozkręca się z meczu na mecz. Jeszcze w ćwierćfinałowym spotkaniu z Atalantą Bergamo, wygranym z trudem 2:1, widać było w jego grze sporo mankamentów, zrozumiałych zważywszy na fakt, że paryżanie od marca nie grali w piłkę, bo liga francuska nie wznowiła przerwanych przez pandemię rozgrywek. Ale już w półfinałowej potyczce z solidnym przecież zespołem RB Lipsk Neymar, Mpappe i spółka śmigali już po boisku z ogromną werwą, co rusz zaskakując rywali nieszablonowymi zagraniami, ale też rzadką u nich wcześniej widywaną uporczywością w walce o piłkę. Można w ciemno założyć, że akurat w niedzielnym finale z Bayernem paryżanie osiągną apogeum formy, co kibiców powinno tylko cieszyć, bo niewykluczone, że obejrzą przed telewizorami być może epokowe piłkarskie widowisko.
Spotkanie z RB Lipsk ekipa PSG wygrała 3:0 i przy okazji ustanowiła nowy rekord, bo strzelała w każdym z ostatnich 34 przynajmniej jednego gola. Wcześniej rekordzistą z 33. takimi meczami z rzędu był Real Madryt. Tak na marginesie – Bayern także poprawił rekord ustanowiony kiedyś przez drużynę „Królewskich” – w liczbie goli strzelonych w jednej edycji LM. W obecnych rozgrywkach bawarska jedenastka zdobyła już 42 bramki w 10 meczach, co daje nieprawdopodobną średnią 4,2 gola na jedno spotkanie.
Pilnowanie Lewego straciło sens
To rzecz jasna nie czyni zespołu Bayernu faworytem, ale trenerowi Tuchelowi z pewnością powinno dać do myślenia. Nie ulega bowiem kwestii, że bawarska drużyna pod wodzą Hansiego Flicka przestała być uzależniona od skuteczności Lewandowskiego. To paradoks, bo polski piłkarz przecież w tym sezonie strzela jak natchniony i ma już 55 goli, z czego tylko w Lidze Mistrzów 15, ale może właśnie dlatego jest taki skuteczny, że do siatki rywali zaczęli też trafiać jego koledzy. Pokazują to ostatnie mecz w Champions League – z Chelsea Londyn (4:1) „Lewy” trafił dwa razy, z Barceloną (8:2) zdobył jednak tylko jedną bramkę, podobnie jak w spotkaniu z Olympique Lyon (3:0). Z 15 goli tylko cztery były dziełem kapitana reprezentacji Polski. Tylko tyle, bo rywale delegowali do przeszkadzania mu grze po kilku swoich zawodników, ale dzięki temu inni piłkarze Bayernu mieli więcej swobody.
Poza tym wypada podkreślić, że Lewandowski wszystkie swoje osobiste ambicje odłożył na bok i całkowicie podporządkował się nadrzędnemu celowi, jakim jest wygranie Ligi Mistrzów. To jednak per saldo mu się opłaci, bo będzie przemawiało na jego korzyść w oczach uczestników plebiscytu FIFA.
Kto zgarnie cała pulę?
Bayern Monachium czekał siedem lat, żeby ponownie zagrać w finale Ligi Mistrzów. Żadnemu z piłkarzy bawarskiego klubu na pewno nie zabraknie motywacji, ale po drugiej stronie boiska stanie do walki drużyna równie mocno zmotywowana, bo katarscy szejkowie już zbyt długo czekają na sukces w tych najważniejszych klubowych rozgrywkach w Europie. Poza względami sportowymi, które same z siebie i tak z pewnością mocno nakręcają piłkarzy i trenerów do walki, wszyscy maja też świadomość jak wielkie pieniądze są do wygrania w finale. Już za sam udział w tych prestiżowych rozgrywkach UEFA wypłaca klubom 15,25 miliona euro, a kolejne miliony piłkarze mogą „podnieść” z murawy w każdym z meczów grupowych, bo za zwycięstwo jest premia 2,7 miliona euro, a za remis 900 tysięcy euro. Awans i przejście każdej kolejnej rundy rozgrywek to kolejne bonusy – za awans do 1/8 finału 9,5 miliona euro, za ćwierćfinał 10,5 miliona, za półfinał 12 milionów, dla finalisty kolejne 15 milionów, a dla zwycięzcy 15 mln euro. O pełną pulę gra już jednak tylko Bayern, który wygrał wszystkie dotychczasowe mecze i jeśli w niedzielę Lewandowski i spółka zdobędą puchar, to bawarski klub zarobi w sumie aż 82,5 miliona euro.

Wirus na Złotej Piłce

W poniedziałek 20 lipca piłkarze Bayernu Monachium wrócili z krótkich wakacji. Tego dnia redakcja tygodnika „France Football” niespodziewanie ogłosiła, że w tym roku jednak nie przyzna „Złotej Piłki”, nagrody na najlepszego piłkarza roku. To była kiepska wiadomość zwłaszcza dla Roberta Lewandowskiego, którego uważano za głównego kandydata do tej nagrody w 2020 roku.

Swoją decyzję redakcja „France Football” uzasadniła następująco: „Obecny rok był wyjątkowy i nie może być traktowany jako zwykły. Trofeum Złotej Piłki przekazuje wartości – takie jak przykładność, solidarność i odpowiedzialność – inne niż same osiągnięcia sportowe. Nie można było zachować sprawiedliwości w przypadku tego honorowego tytułu, w szczególności na poziomie statystycznym, a także przygotowań, ponieważ wszyscy aspirujący do tej nagrody nie mogli rywalizować na równych, uczciwych zasadach, na co wpływ miało przerwanie sezonów wywołanym pandemią koronawirusa. Nie chcieliśmy umieszczać na liście nagród niezatartej gwiazdki, odnoszącej się do uwagi, że jest to trofeum zdobyte w wyjątkowych okolicznościach z powodu kryzysu spowodowanego przez Covid-19. Dlatego po raz pierwszy od 1956 roku Złota Piłka nie zostanie przyznana. To decyzja najbardziej odpowiedzialna i logiczna. Tylko dwa miesiące (styczeń i luty), z jedenastu potrzebnych do sformułowania opinii i wybrania najlepszych, to zdecydowanie za mało, aby wybrać kogokolwiek, biorąc pod uwagę, że wiele meczów nie odbyło się lub odbędzie się w innych warunkach i formatach (za zamkniętymi drzwiami, pięć zmian, Europejski Final 8 LM bez rewanżów). Wielu z naszych 220 jurorów rozsianych po całym świecie, nie mogło obserwować i śledzić dokonań piłkarzy z powodu sytuacji kryzysowej, a także innych priorytetów. Historia Złotej Piłki jest zbyt cenna, aby naruszyć renomę jej dobrego imienia” – napisano w komunikacie opublikowanym przez „France Football”.
Przyznawana od 1956 roku nagroda „Złotej Piłki” w ostatnich latach przestała być najważniejszym piłkarskim laurem, bo konkurencją dla niej stały się równie prestiżowe wyróżnienia nadawane przez FIFA i UEFA. Siła tradycji i utrwalonych opinii wciąż jednak działa na korzyść francuskiego tygodnika, dlatego podjęta przez jego redakcję decyzja wzbudziła w piłkarskim światku tak wiele emocji. Zwłaszcza w Polsce, bo u nas występuje jakaś szczególna potrzeba posiadania piłkarza niekwestionowanego światowego formatu, a za takiego zwykło się uważać każdego zdobywcę „Złotej Piłki”. W przeszłości (w 1974 i 1982 roku) Kazimierz Deyna i Zbigniew Boniek zajęli miejsca na najniższym podium klasyfikacji „Złotej Piłki”, a Lewandowskiego „France Football” w 2015 roku umieścił na czwartej pozycji. To był jedyny raz, kiedy kapitan reprezentacji Polski został przez redakcję uznany za gracza z najwyższej światowej półki. W kolejnych latach Francuzi już tylko z sobie wiadomego powodu jedynie „Lewego” upokarzali. Przypomnijmy, że w poprzednim sezonie Polak zajął dopiero ósme miejsce, które nie tylko w naszym kraju zostało powszechnie uznane za krzywdzące.
W tym roku redaktorzy „FF” mieliby już jednak poważny problem, bo swoimi dokonaniami w tym sezonie Lewandowski przebił nawet osiągnięcia etatowych w ostatniej dekadzie zdobywców „Złotej Piłki”, czyli Leo Messiego i Cristiano Ronaldo. Argentyńczyk otrzymywał nagrodę sześciokrotnie w latach 2009, 2010, 2011, 2012, 2015 i 2019, a Portugalczyk w 2008, 2013, 2014, 2016 i 2017 roku. Dominację tych dwóch genialnych piłkarzy redakcja „France Football” przerwała w 2018 roku, przyznając nagrodę Chorwatowi Luce Modriciowi, liderowi reprezentacji Chorwacji, która wywalczyła w Rosji wicemistrzostwo świata.
W tym roku Messi zakończył rozrywki ligowe w Hiszpanii z 25 golami i 21 asystami na koncie. Pod względem bramkowym był to jego najgorszy rok od sezonu 2008/09, gdy w La Liga zdobył 23 bramki, ale nigdy wcześniej nie miał tak wielu asyst, jak teraz. Słabo jednak wypada w porównaniu z dokonaniami Lewandowskiego w tym sezonie oraz Ronaldo, który wciąż gra i w miniony poniedziałek powiększył swój strzelecki dorobek w Serie A w tym sezonie do 30 trafień. Portugalczyk na pewno będzie mistrzem Włoch i może zdobyć nie tylko tytuł króla strzelców włoskiej ekstraklasy, ale też wyprzedzić Lewandowskiego, który prowadzi w klasyfikacji „Złotego Buta” z dorobkiem 34 goli. FC Barcelona, chociaż przegrała walkę o mistrzostwo kraju z Realem Madryt, wciąż może jeszcze jednak wygrać Ligę Mistrzów.
Triumf w tych rozgrywkach mogą też odnieść wspomniani Cristiano Ronaldo i Robert Lewandowski, ale także gracze Paris Saint-Germain Kylian Mbappe i Neymar, z powodu których „France Football” tak naprawdę odwołał przyznanie nagród „Złotej Piłki”. Poza tym jesienią zacznie się nowy sezon, także w Lidze Mistrzów i Lidze Narodów, zatem okazji do właściwej oceny potencjalnych zdobywców tego trofeum z pewnością by nie zabrakło. Ale chyba w redakcji francuskiego tygodnika nie lubią Cristiano Ronaldo, a przyznanie nagrody Polakowi po prostu nie mieści się im w głowach.

Neymar musi zapłacić

Brazylijski gwiazdor Paris Saint-Germain ponoć chce wrócić do Barcelony, chociaż procesował się z katalońskim klubem o zaległe premie. Właśnie przegrał sprawę i jeszcze będzie musiał oddać 7 mln euro.

Neymar odszedł z Barcelony do Paris Saint-Germain latem 2017 roku, chociaż rok wcześniej przedłużył kontrakt z „Dumą Katalonii”, w zamian za co miał otrzymać gigantyczną premię. Pierwszą transzę z ustalonej kwoty, 14 mln euro, przelano mu w momencie podpisania nowego kontraktu, natomiast pozostałą część, ponad 40 mln euro, miał otrzymać w kolejnym sezonie. Ponieważ jednak zdecydował się na transfer do PSG, władze Barcelony uznały, że nie muszą wypłacić Brazylijczykowi tej kwoty. Piłkarz miał w tej kwestii odmienne zdanie i oddał sprawę do sądu.
W miniony piątek hiszpański sąd zakończył rozprawę i wydał wyrok korzystny dla katalońskiego klubu, uznając pozew Neymara za bezzasadny. Mało tego, na dodatek uznał, że to brazylijski gwiazdor za złamanie warunków umowy musi zapłacić Barcelonie 6,7 mln euro tytułem odszkodowania. Reprezentant Brazylii może się odwołać od tej decyzji w ciągu tygodnia. „Wyrażamy zadowolenie z wyroku ogłoszonego dzisiaj przez sąd w Barcelonie w związku z postępowaniem z udziałem FC Barcelona i Neymara Jr w sprawie wysokości premii za podpisanie umowy przy ostatnim przedłużeniu umowy z zawodnikiem” – podała „Duma Katalonii”.
Co ciekawe, gdy Neymar zaczął czynić starania o powrót do FC Barcelona, szefowie katalońskiego klubu zaproponowali piłkarzowi polubowne rozwiązanie sporu, ale do porozumienia nie doszło i obie strony zdały się na werdykt sądowy. 28-letni Neymar dołączył do Barcelony w 2013 roku. W ciągu czterech sezonów spędzonych w klubie z Camp Nou zagrał w 186 spotkaniach, w których strzelił 105 goli. Zdobył z „Dumą Katalonii” dwa mistrzostwa Hiszpanii, trzy Puchary Króla oraz wygrał Ligę Mistrzów w sezonie 2014/2015. Chociaż należy do najlepiej opłacanych piłkarzy na świecie, ma na koncie kilka przegranych spraw o niezapłacone podatki w Brazylii i Hiszpanii.

Szejkowie nie skąpią na Neymara

Paris Saint-Germain wykupił Neymara z FC Barcelona latem 2017 roku za rekordową kwotę 222 mln euro. Brazylijski piłkarz miał zapewnić paryskiemu klubowi i jego katarskim właścicielom sukcesy w Lidze Mistrzów, lecz na razie nie spełnił oczekiwań. Z powodu kontuzji przez trzy lata rozegrał w barwach PSG tylko 80 meczów, a powinien 155.

Gdy w 2017 roku Paris Saint-Germain zdecydowało się zapłacić Barcelonie zawrotne 222 miliony euro za Neymara liczono, że Brazylijczyk wzniesie francuski klub na nowy poziom. Tak się jednak nie stało, oprócz seryjnie wygrywanych krajowych mistrzostw, zespół wciąż nie potrafi zabłysnąć na arenie międzynarodowej. W Lidze Mistrzów barierą nie do przejścia dla ekipy PSG w dwóch poprzednich sezonach była 1/8 finału, także dlatego, że za każdym razem Neymar w lutym łapał kontuzję i nie był w stanie wspomóc zespołu w najważniejszych meczach. Nie wystąpił podczas rewanżowego starcia z Realem Madryt w 2018 roku, a także w rewanżu z Manchesterem United rok później. Oba mecze kończyły się eliminacją paryskiej drużyny z dalszych rozgrywek w Lidze Mistrzów.
Hiszpański dziennik „Marca” precyzyjnie wyliczył, że Brazylijczyk rozegrał w barwach PSG zaledwie 80 z możliwych 155 spotkań, czyli niewiele ponad połowę. Problem w tym, że Neymar ma kontrakt gwarantujący mu około 37 milionów euro rocznie, co jak łatwo obliczyć oznacza, że jeden rozegrany przez niego mecz kosztował paryski klub 1,4 mln euro. Nie licząc oczywiście wspomnianych już 222 mln euro za transfer z Barcelony.
W tym sezonie Neymar także nie imponował zdrowiem, bo z powodu urazów uda oraz żeber opuścił 22 spotkania. Co prawda ekipa Paris Saint-Germain po raz trzeci z rzędu zdobyła mistrzostwo Francji, a także, w końcu z bramkowym wkładem brazylijskiego gwiazdora przebiła się przez 1/8 finału, eliminując Borussię Dortmund. Ale przyplątała się pandemia koronawirusa i dalsze rozgrywki stoją na razie pod znakiem zapytania. Jeśli nie zostaną wznowione, wszystkie wyniki zostaną anulowane i znowu sukcesu nie będzie.
Dla katarskich właścicieli paryskiego klubu Neymar stał się więc problemem, z którym nie bardzo wiedzą jak sobie poradzić. Brazylijczyk doprowadza ich do furii swoim lekceważącym podejściem do obowiązków, do barw klubowych, a już najbardziej – ostatnio już wręcz ostentacyjnym wyrażaniem tęsknoty za poprzednim klubem, czyli Barceloną, do której ponoć bardzo chciałby wrócić. Nawet kosztem znacznego obniżenia apanaży, czego jego arabscy pracodawcy kompletnie nie potrafią pojąć.
Miotają się więc w swoich decyzjach od ściany do ściany. Raz są gotowi oddać Neymara, ale za nie mniej niż 300 mln euro, co jak wiadomo w czasie pandemii koronawirusa jest kwotę nierealną nawet dla „Dumy Katalonii”, by za chwilę rozgłaszać wszem i wobec, że oddadzą Brazylijczyka za taką samą kwotę, za jaką go kupili, czyli 222 mln, a całkiem niedawno pojawiły się nawet plotki, że są gotowi pozbyć się go nawet z dużą stratą. Ostatnio jednak chyba znowu zmienili zdanie, bo zdaniem hiszpańskiej gazety „Mundo Deportivo” władze PSG zaproponowały Neymarowi przedłużenie wygasającego w czerwcu 2022 roku kontraktu, oferując mu za podpis pod nową umową premię w wysokości 100 mln euro. Piłkarz ponoć odrzucił ofertę i podtrzymał wolę odejścia z Parc des Princes już tego lata.
Ile w tym prawdy, trudno dociec, ale raczej niewiele, bo w tej chwili we władzach Barcelony nie ma zbyt wielu zwolenników ponownego zatrudnienia Neymara. Powód jest oczywisty – ten piłkarz przez ostatnie trzy lata po prostu mocno stracił na wartości, nie tylko przez podatność na kontuzje. Trzeba też pamiętać, że Neymar ma już 28 lat i lepiej już w piłkę grał nie będzie, nawet w Barcelonie, bo Leo Messi też już nie jest tym samym graczem, co kilka lat temu. A w dobie kryzysu, w jaki futbol pogrąży się z powodu pandemii koronawirusa, nawet najbogatszych europejskich klubów nie będzie stać na bicie transferowych rekordów.
Tak więc jeśli Neymar faktycznie tak bardzo kocha Camp Nou i „Dumę Katalonii”, to oczywiście może tam wrócić, ale raczej nie tego lata, ani pewnie nawet następnego, tylko po wypełnieniu umowy z PSG jako wolny zawodnik, czyli w lipcu 2022 roku. Jeśli futbol jaki znaliśmy i w jakim stanie zamroziła go pandemia, do tego czasu jeszcze będzie w ogóle istniał.

Mocno hurtowa przecena piłkarzy

Z powodu epidemii koronawirusa sportowe życie w Europie praktycznie zamarło. W wielu dyscyplinach zespołowych rozgrywki postanowiono zakończyć, wyjątkiem jest piłka nożna. Co prawda za wyjątkiem Białorusi inne ligi na naszym kontynencie nie grają, lecz żadna póki co jeszcze oficjalnie nie zakończyła sezonu. Wszyscy chcą grać, żeby choć trochę zmniejszyć powstałe w okresie przestoju straty finansowe. Już jednak wiadomo, że w tym roku będzie to niewykonalne, a to oznacza między innymi potężny regres na rynku transferowym.

Wedle ocen futbolowych ekspertów latem tego roku z piłkarskimi transferami może być jak z ropą naftową – chętnych do sprzedawania będzie więcej niż chętnych do kupowania, a jak wiadomo gdy podaż przewyższa popyt, wtedy towary tanieją. Pierwszym sygnałem zwiastującym letnią wyprzedaż może być dokonana przez niemiecki branżowy portal transfermarkt.de hurtowa obniżka transferowych wycen piłkarzy. Stosowana przez niego metodologia szacowania rynkowej wartości zawodników jest raczej toporna i niezbyt adekwatna względem ich rzeczywistej jakości sportowej, ale dla wielu ludzi stanowi jednak jakiś punkt odniesienia.
Wiek jest najważniejszym kryterium
Dlatego ogłoszoną przez transfermarkt.de przecenę uznano jako obowiązującą, chociaż zastosowane w niej kryteria są, delikatnie mówiąc, mocno niesprawiedliwe. Otóż każdemu piłkarzowi urodzonemu przed 1998 rokiem zmniejszono jego aktualną rynkową wartości 20 procent, zaś zawodnikom młodszym tylko o 10 procent.
Założyciel portalu Matthias Seidel tak tłumaczy taki, a nie inny podział: „Spadają kursy giełdowe, kluby są zagrożone upadkiem, wszystkie notują brak przychodów, więc w takiej sytacji trudno sobie wyobrazić, aby kwoty transferowe utrzymały się na dotychczasowym poziomie. Co prawda pewnie latem, mimo kryzysu, dojdzie pewnie do kilku dużych transferów, ale będą one wyjątkami, bo spodziewamy się raczej tendencji do pozyskiwania wolnych zawodników, wymiany bezgotówkowej i wypożyczeń. Mając na uwadze te przyszłe trendy postanowiliśmy już teraz zareagować i przeprowadzić odpowiednią aktualizację wartości rynkowych”.
Szkoda tylko, że w tej „aktualizacji” popełniono tak wiele idiotyzmów. Najlepszym przykładem jest wycena wartości Roberta Lewandowskiego. Napastnik Bayernu Monachium w czerwcu 2018 roku był wyceniany przez transfermarkt.de na 90 mln euro. Prawdą jest, że na mundialu w Rosji „Lewy” niczym się nie wyróżnił, podobnie jak cała reprezentacja Polski, lecz po mistrzostwach świata zrezygnował z planów podejścia z Bayernu Monachium i przez kolejne miesiące imponował w barwach tego klubu wręcz fenomenalną formą strzelecką, zaś w obecnym sezonie jest nie tylko liderem klasyfikacji strzelców Bundesligi i wiceliderem klasyfikacji „Złotego Buta”, lecz tak najskuteczniejszym piłkarzem w Lidze Mistrzów. W liczbie łącznie strzelonych goli w sezonie nie ma sobie równych w Europie, więc zasadne jest pytanie – na jakiej podstawie niemiecki portal obniżył jego wartość rynkową najpierw z 90 na 70 mln euro, a teraz przecenił o kolejne 14 milionów do uwłaczającej klasie i dorobkowi Lewandowskiego kwoty 56 mln euro. Pomijając fakt, że jest to wartość wyliczona kompletnie „od czapy”, to na dodatek nie ma kompletnie sensu, albowiem jak wiadomo 31-letni „Lewy” ma z Bayernem kontrakt do końca czerwca 2023 roku, a nie umieszczono w nim klauzuli odstępnego.
Chyba nawet her Seidel nie ma złudzeń, że bawarski klub oddałby teraz polskiego napastnika za 56 mln euro. Nie ma w tej chwili na piłkarskim rynku piłkarza mogącego zapełnić lukę po „Lewym”, a już na pewno nie do kupienia za te pieniądze. A zatem de facto Lewandowski jest graczem znacznie więcej wartym niż podaje transfermarkt.de i powinien mieć przy swoim nazwisku notkę „nie do kupienia”, czyli „bezcenny”.
Bezcenny, czyli wart 180 mln euro
Dokładnie tak właśnie odpowiadają arabscy właściciele Paris Saint-Germain na pytanie, za ile byliby skłonni sprzedać francuskiego napastnika Kyliana Mbappe, najdroższego obecnie wedle wyceny transfermarkt.de piłkarza na świecie, bo po przecenie dokonanej przez ten portal jego wartość oszacowano na 180 mln euro. Tak się składa, że za taką kwotę paryski klub wykupił tego niewątpliwie znakomitego napastnika z AS Monaco latem 2018 roku, ale od dawna chrapkę na Francuza ma Real Madryt i przed wybuchem epidemii pojawiały się plotki, że „Królewscy” są gotowi zapłacić za jego przejście nawet 300 mln euro. Dzisiaj władze madryckiego klubu, które zapowiadają cięcia wynagrodzeń i ostry kurs oszczędnościowy, pewnie już nie myślą o pobiciu transferowego rekordu Neymara, za którego, jak pamiętamy, Paris Saint-Germain zapłacił Barcelonie 222 mln euro.
Dlatego Neymar długo jeszcze pozostanie najdroższym piłkarzem, bo z finansowym skutkami pandemii europejski i światowy futbol będzie się borykał przez wiele lat, a wiele wskazuje, że epoka szastania pieniędzmi na piłkarskiej transfery właśnie na naszych oczach przechodzi do historii. Sugeruje to choćby szef niemieckiej Bundesligi Christian Seifert. „Twierdzę, że rynek transferowy tego lata się załamie. Będzie to szokiem dla niektórych agentów, bo nagle przyjdzie im ciężko pracować na swoje pieniądze, pewnie też okaże się wstrząsem dla niektórych z topowych europejskich lig, gdy do ludzie nimi zarządzających w końcu dotrze, że pieniądze nie spadają same z nieba co miesiąc” – wieszczy Seifert.
Piłkarze mocno zatem potanieją, lecz to jeszcze nie powód, żeby przy ich wycenie, nawet szacunkowej, obrażać futbolowych gigantów, jak wspomniany Lewandowski, ale przede wszystkim Leo Messi, którego obecną wartość transfermarkt.de szacuje na 112 mln euro, czy Cristiano Ronaldo wycenianego na ledwie 60 mln euro. Pomijając klasę i dokonania tych wielkich graczy, o ich faktycznej wartości wciąż przecież stanowi to, ile znaczą w swoich zespołach i co im swoją grą zapewniają. Oni na pewno więcej wnoszą niż Raheem Sterling w Manchesterze City, którego wyceniono na 128 mln euro, czy nawet wspomniany Neymar, przeceniony na taką sama kwotę, albo Saido Mane i Mohamed Salah z Liverpoolu, warci według niemieckiego portalu po 120 mln euro. Może więc zdumiewać, że w najnowszym zestawieniu Leo Messi jest dopiero 12, Cristiano Ronaldo 43., a Lewandowski 47.
Prawdziwą cenę dyktują kluby
To, że ta trójka graczy jest już po „30”, nie jest żadnym argumentem uzasadniającym ich degradację na liście najcenniejszych graczy na świecie. Ale muszą wrócić na boisko, żeby zawstydzić tak nisko wyceniających ich aktualną wartość piłkarską „fachowców” z niemieckiego portalu.
Jak bardzo kwoty podawane w zestawieniu transfermarkt.de są nieadekwatne do rzeczywistej wartości zawodników, dowodzi choćby przykład Pierre’a-Emericka Aubameyanga, którego niemiecki portal wycenił na 56 mln euro, podczas gdy Arsenal Londyn jest gotów już latem oddać Gabończyka za połowę tej kwoty. A zatem taka właśnie jest aktualna rynkowa wartość tego gracza.
Inny przykład to Wojciech Szczęsny, którego w Juventusie cenią i wedle działaczy tego klubu do ewentualnej sprzedaży reprezentanta Polski skłonić by ich mogła tylko jakaś „bardzo szalona oferta”. Pod tym określeniem kryje się kwota nie mniejsza niż 60 mln euro, co oznacza, że właśnie tyle jest obecnie wart polski bramkarza. A w zestawieniu transfermarkt.de nie ma go nawet w czołowej „50” najdroższych graczy.
Poza tym można odnieść wrażenie, że twórcy transferowych wycen nie zawsze biorą pod uwagę dokonania zawodników. Owszem, Francuza Ousmane Dembele w końcu po ponad dwóch wybitnie nieudanych latach w Barcelonie przecenili ze 120 mln na 56 mln euro, tyle że właśnie na taką kwotę wyceniają teraz wartość Lewandowskiego, chociaż Polak przez ostatnie 2,5 roku pobił mnóstwo strzeleckich rekordów.


Najdrożsi wg. Transfermarkt.de

  1. Kylian Mbappe, 21 lat, Francja, Paris Saint-Germain, 180 mln euro;
  2. Raheem Sterling, 25, Anglia, Manchester City, 128 mln euro;
  3. Neymar, 28, Brazylia, Paris Saint-Germain, 128 mln euro;
  4. Sadio Mane, 27, Senegal, FC Liverpool, 120 mln euro;
    – Mohamed Salah, 27, Egipt, FC Liverpool, 120 mln euro;
    – Harry Kane, 26, Anglia, Tottenham, 120 mln euro;
    – Kevin De Bruyne, 28, Belgia, Manchester City, 120 mln euro;
  5. Jadon Sancho, 20, Anglia, Borussia Dortmund, 117 mln euro;
  6. Lionel Messi, 32, Argentyna, FC Barcelona, 112 mln euro;
  7. Trent Alexander-Arnold, 21, Anglia, FC Liverpool, 99 mln euro;
  8. Antoine Griezmann, 29, Francja, FC Barcelona, 96 mln euro;
  9. Joao Felix, 20, Portugalia, Atletico Madryt, 81 mln euro;
    – Kai Havertz, 20, Niemcy, Bayer Leverkusen, 81 mln euro;
  10. Bernardo Silva, 25, Portugalia, Manchester City, 80 mln euro;
    – N’Golo Kante, 29, Francja, Chelsea Londyn, 80 mln euro;
    – Leroy Sane, 24, Niemcy, Manchester City, 80 mln euro;
    – Virgil van Dijk, 28, Holandia, FC Liverpool, 80 mln euro;
    – Paul Pogba, 27, Francja, Manchester United, 80 mln euro;
    – Jan Oblak, 27, Słowenia, Atletico Madryt, 80 mln euro;
    – Eden Hazard, 29, Belgia, Real Madryt, 80 mln euro;
  11. Erling Haaland, 19, Norwegia, Borussia Dortmund, 72 mln euro;
    – Frenkie de Jong, 22, Holandia, FC Barcelona, 72 mln euro;
    – Paulo Dybala, 26, Argentyna, Juventus Turyn, 72 mln euro;
    – Serge Gnabry, 24, Niemcy, Bayern Monachium, 72 mln euro;
    – Saul Niguez, 25, Hiszpania, Atletico Madryt, 72 mln euro;
    – Roberto Firmino, 28, Brazylia, FC Liverpool, 72 mln euro;
    – Alisson Becker, 27, Brazylia, FC Liverpool, 72 mln euro;
    – Marc-Andre ter Stegen, 27, Niemcy, FC Barcelona, 72 mln euro;
  12. Romelu Lukaku, 26, Belgia, Inter Mediolan, 68 mln euro;
    – Christian Eriksen, 28, Dania, Inter Mediolan, 68 mln euro;
  13. Matthijs de Ligt, 20, Holandia, Juventus Turyn, 67,5 mln euro;
  14. Lautaro Martinez, 22, Argentyna, Inter Mediolan, 64 mln euro;
    – Rodri, 23, Hiszpania, Manchester City, 64 mln euro;
    – Sergej Milinkovic-Savic, 25, Serbia, Lazio Rzym, 64 mln euro;
    – Marcus Rashford, 22, Anglia, Manchester United, 64 mln euro;
    – Andrew Robertson, 26, Szkocja, FC Liverpool, 64 mln euro;
    – Dele Alli, 23, Anglia, Tottenham, 64 mln euro;
    – Timo Werner, 24, Niemcy, RB Lipsk, 64 mln euro;
    – Raphael Varane, 26, Francja, Real Madryt, 64 mln euro;
    – Joshua Kimmich, 25, Niemcy, Bayern Monachium, 64 mln euro;
    – Heung-min Son, 27, Korea Płd, Tottenham, 64 mln euro;
  15. Casemiro, 28, Brazylia, Real Madryt, 64 mln euro;
  16. Aymeric Laporte, 25, Francja, Manchester City, 60 mln euro;
    – Marco Verratti, 27, Włochy, Paris Saint-Germain, 60 mln euro;
    – Mauro Icardi, 27, Argentyna, Paris Saint-Germain, 60 mln euro;
    – Cristiano Ronaldo, 35, Portugalia, Juventus Turyn, 60 mln euro;
  17. Gabriel Jesus, 23, Brazylia, Manchester City, 56 mln euro;
    – Arthur, 23, Brazylia, FC Barcelona, 56 mln euro;
    – Ousmane Dembele, 22, Francja, FC Barcelona, 56 mln euro;
    – Lucas Hernandez, 24, Francja, Bayern Monachium, 56 mln euro;
    – Jose Gimenez, 25, Urugwaj, Atletico Madryt, 56 mln euro;
    – Ederson, 26, Brazylia, Manchester City, 56 mln euro;
    – Fabinho, 26, Brazylia, FC Liverpool, 56 mln euro;
    – Philippe Coutinho, 27, Brazylia, Bayern Monachium, 56 mln euro;
  • Kalidou Koulibaly, 28, Francja, SSC Napoli, 56 mln euro;
    – Pierre-Emerick Aubameyang, 30, Gabon, Arsenal Londyn, 56 mln euro;
    – Robert Lewandowski, 31, Polska, Bayern Monachium, 56 mln euro.

Futbol bankrutuje? A co nam do tego?

Szalejąca na świecie pandemia koronawirusa w niespełna dwa miesiące rozwaliła fundamenty, na jakich osadzał się światowy futbol. A jeden z filarów praktycznie leży już w gruzach – to wpajane nam od wielu dekad przekonanie, iż gra w piłę nożną jest dla ludzi „najważniejszą z nieważnych rzeczy na tym świecie”.

Jak bardzo była to oszukańcza teza, widzimy dzisiaj, gdy nikt nie słucha nawet skamlenia odciętych od łatwych pieniędzy piłkarskich krezusów. Puszczane do mediów straszaki w rodzaju: „Jeśli nie dostaniemy wsparcia ze strony rządu, kluby zaczną bankrutować”, albo „Brak wpływów ze sprzedaży biletów i od sponsorów zrujnuje klubowe finanse”, lub też „Kluby nie mają pieniędzy na wypłaty dla zawodników i pracowników”, dzisiaj nikogo już nie ruszają. Większość z nas jest w tarapatach znacznie poważniejszych niż piłkarze. Z powodu zakazu zgromadzeń i organizowania imprez masowych nie zarabiają choćby lokale gastronomiczne, biura turystyczne, instytucje kulturalne, edukacyjne, nawet parki narodowe są zamykane. Milionom ludzi grozi utrata pracy lub drastyczna obniżka zarobków. A między piłkarzem, któremu klub obciął lub zamroził zarobki na czas przerwy w rozgrywkach, a przeciętnie zarabiającym pracownikiem najemnym w dowolnej branży różnica jest tak wielka, że każdemu kto sobie ją uświadomi, a teraz jest na to dobry moment, musi zrodzić się myśl, że może należałoby w końcu to zmienić. A od takich myśli zaczynają się rewolucje.
Pożywkę do takich rewolucyjnych rozmyślań dają takie publikacje, jak coroczny ranking redakcji tygodnika „France Football” najlepiej opłacanych piłkarzy na świecie. W zestawieniu „FF” podawane są łączne dochody futbolowych krezusów, czyli wynagrodzenie brutto wypłacane im przez ich kluby oraz wpływy ze sprzedaży wizerunku reklamodawcom i sponsorom. Pierwsze miejsce na liście piłkarskich milionerów zajmuje Argentyńczyk Leo Messi (FC Barcelona), który w ubiegłym roku wzbogacił się o rekordowe 131 mln euro, drugi jest Portugalczyk Cristiano Ronaldo (Juventus Turyn, 118 mln euro), a trzeci Brazylijczyk Neymar (Paris Saint-Germain, 95 mln euro). W przeliczeniu na stawkę dzienną dochody Messiego wynoszą 358 tys. euro, czyli facet za kopanie piłki każdego dnia kasuje mniej więcej, niż cała masa ludzi niemal przez całe życie, i to przy założeniu, że średnio zarabiają 1000 euro miesięcznie. Ktoś powie, że wymieniona trójka piłkarzy to wyjątki, bo reszta już wcale tak dobrze nie ma. I to jest kolejne kłamstwo, które dopiero w czasach zarazy potrafimy sobie uzmysłowić.
FC Barcelona, której największą gwiazdą jest Messi, rocznie wydaje na płace swoich zawodników (oprócz sekcji piłkarskiej prowadzi też męskie i żeńskie sekcje koszykówki, piłki ręcznej i hokeja na trawie) ponad 600 mln euro – najwięcej w Europie. I taki potentat nagle ogłasza, że wszystkim swoim zawodnikom i trenerom obetnie pensje o 70 procent. W Hiszpanii nie podniósł się nawet jeden głos protestu przeciwko tej „niesprawiedliwości”. W równie bogatym Bayernie Monachium piłkarze, w tym Robert Lewandowski, bez szemrania zgodzili się na 20-procentowe cięcie płac. Z kolei w klubie Kamila Glika, AS Monaco, jego rosyjski właściciel skorzystał z regulacji prawnych we Francji i wysłał wszystkich piłkarzy na częściowe bezrobocie, co skutkuje utratą przez nich 16 procent zarobków. Państwo zapewnia w takich przypadkach rekompensatę w wysokości 5,4 tys. euro, która rzecz jasna dla piłkarzy nie jest adekwatna do utraconych zarobków. Wspomniany Glik zarabia 250 tys. euro miesięcznie, czyli straci po uwzględnieniu rekompensaty 34,6 tys. euro. Wciąż jednak na jego konto wpływać będzie grubo ponad 200 tys. euro, zatem nie dziwi, że we Francji też nikt nad piłkarzami się nie użala.
Nawet w znacznie słabiej płacącej piłkarzom polskiej ekstraklasie chwilowa zapaść finansowa nie jest aż taka straszna, jak próbuje się nam wmówić. Kluby pozbawione dochodów ze sprzedaży biletów i praw medialnych straszą nieuchronnym bankructwem, chociaż liga nie gra dopiero od 13 marca. Czy to kogoś rusza? Nie, bo nie ma powodu użalać się nad losem niespecjalnie przydatnych społeczeństwu w czasach zarazy osobników, którzy do tej pory zarabiali przeciętnie pół miliona złotych rocznie.
Piłkarze, ale nie tylko przecież oni, bo także siatkarze, piłkarze ręczni, koszykarze czy w ogóle sportowcy profesjonalni, są w sto razy lepszej sytuacji niż miliony innych ludzi. Dlatego skomlącym trzeba mówić „precz”, a hołdować tylko tym, którzy nie tylko o nic dla siebie nie proszą, ale jeszcze sięgają do swoich finansowych zasobów i wspierają innych.