Zmierzamy do katastrofy

Krzysztof Kwiatkowski zapowiedział w drugiej połowie roku dwie kontrole: jakości opieki psychiatrycznej dla dzieci i młodzieży oraz jakości ratownictwa medycznego w związku z licznymi ostatnio doniesieniami o nieprawidłowościach na szpitalnych oddziałach ratunkowych.
– Po pierwsze, musimy postawić na służbę zdrowia jako priorytet w finansach państwa. (…) Kontrole NIK pokazały, że pieniądze skierowane do organizacji proobronnych nie są wydawane prawidłowo. Musieliśmy skierować zawiadomienia do prokuratury. Na to lekką ręką wydawane są pieniądze – zamiast na opiekę medyczną – nie ma wątpliwości szef NIK. – W tym temacie zmierzamy do katastrofy.
Maleje liczba lekarzy i pielęgniarek, zaś dramatycznie wzrasta średnia ich wieku. Pacjenci czekają godzinami nie tylko na szpitalnych oddziałach ratunkowych, ale również tkwią w kolejkach do specjalistów i na zabiegi, na które muszą zapisywać się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
NIK zbada jedną trzecią oddziałów ratunkowych w pięciu województwach.
29 marca prezes Narodowego Funduszu Zdrowia podpisał zarządzenia dotyczące zwiększenia wydatków na ambulatoryjną opiekę medyczną i leczenie szpitalne – m.in. na zabiegi usunięcia zaćmy, badania rezonansem magnetycznym. Ale to kropla w morzu. Na razie w mediach piętrzą się doniesienia o pacjentach umierających w poczekalniach na SOR-ach, którym udzielono pomocy zbyt późno lub dokonano nieprawidłowego rozpoznania.
„Kontrola NIK ma przede wszystkim dać odpowiedź na pytanie, czy system ratownictwa medycznego zapewnia sprawne podejmowanie działań medycznych wobec osób w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego” – pisze Izba na swojej stronie. NIK już zwracała uwagę na niedoskonały system selekcji pacjentów, a także na fakt, iż SOR-y są przepełnione bo dla ludzi wymagających opieki ambulatoryjnej po prostu nie ma alternatywy:
„NIK już kilka lat temu kontrolowała funkcjonowanie szpitalnych oddziałów ratunkowych. Ustalenia z 2011 r. pozostały aktualne do dzisiaj. Kontrolerzy ustalili wówczas, że SOR-y udzielały świadczeń zdrowotnych również osobom, które nie znajdowały się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, a więc nie kwalifikowały się do takiej formy pomocy, co stanowiło naruszenie obowiązujących przepisów. W poszczególnych kontrolowanych szpitalach takie osoby stanowiły szacunkowo od 30 do 80 proc. zgłaszających się. Sytuacja ta stwarzała zagrożenie dla pacjentów, którzy faktycznie potrzebują pomocy ze strony SOR. W ocenie NIK była ona konsekwencją ograniczonej dostępności ambulatoryjnej opieki zdrowotnej oraz braku skutecznego mechanizmu pozwalającego na ograniczenie świadczeń dla osób, które nie znajdowały się w stanie zagrożenia zdrowotnego. Osobom tym powinny być udzielone świadczenia w ramach podstawowej opieki zdrowotnej, poradni specjalistycznych lub nocnej i świątecznej pomocy doraźnej”.

Niewydolne urzędy pracy

Prawie połowa urzędów pracy uznała, że narzucone przez minister Rafalską profilowanie nie spełnia swojej roli, dlatego ministerstwo postanowiło wycofać się z zapisu. Nowy projekt ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy znajduje się w konsultacjach.
Konieczność wprowadzenia zmian wynika z wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który profilowanie uznał za niezgodne z Konstytucją. Prócz tego dyrektorzy urzędów od początku wskazywali, że selekcja stanowi dla urzędników dodatkowy, czasochłonny obowiązek. 44,6 proc. urzędów przebadanych w ankietach stwierdziło, że profilowanie nie pomaga bezrobotnym szybciej znaleźć lepszego, stałego zatrudnienia.
Prócz tego krytycznie o dotychczasowym rozwiązaniu wypowiadało się mnóstwo instytucji: Rzecznik Praw Obywatelskich, Najwyższa Izba Kontroli, GIODO.
– Profil pierwszy to osoby niewymagające pomocy. Drugi to ludzie potrzebujący pomocy takiej jak środki aktywizacyjne, np. staż czy kurs. Profil trzeci to osoby uznane za niemożliwe do zaktywizowania, czyli wykluczone społecznie – tłumaczył w rozmowie z Pulsem HR Antoni Duda, dyrektor UP w Opolu. – W trzecim profilu powinny być umieszczane osoby długotrwale bezrobotne, które tak naprawdę robią wszystko, by pracy nie znaleźć. Z naszych doświadczeń wynika, że stanowią one ok. 30 proc. wszystkich bezrobotnych. Tymczasem do tego profilu trafiło do tej pory zaledwie kilka procent naszych petentów.
Profilowanie od początku nie sprzyjało zwiększeniu zatrudnienia. Odpowiedniej dla siebie pomocy nie mogli znaleźć również bezrobotni po 50 roku życia.
W ostatnim raporcie, o którym pisaliśmy, NIK wytknęła 21 zbadanym urzędom rażącą nieefektywność. Placówki nie promowały nowych form aktywizacji i nie analizowały ich skuteczności. Dopiero przeprowadzona przez NIK w 21 powiatowych urzędach pracy analiza trwałości zatrudnienia po skorzystaniu z nowych form wsparcia wykazała, że największe szanse na znalezienie stałej pracy dawał bon zatrudnieniowy oraz bon na zasiedlenie.

Nauczyciele w Polsce nie umieją uczyć matematyki

Nauczanie matematyki w naszych szkołach pozostawia wiele do życzenia. Świadczą o tym kiepskie wyniki osiągane przez uczniów.

W latach 2015 – 2017 średnio co szósty uczeń w Polsce nie zdał matury z matematyki. Aż 46 proc. uczniów szkół ponadgimnazjalnych miało na świadectwach z tego przedmiotu tylko ocenę dopuszczająca, czyli dwóję. W gimnazjum takich uczniów było 23 proc., a w szkołach podstawowych 10 proc.
Z drugiej strony, ocenę celującą z matematyki (szóstkę) na świadectwach otrzymało tylko 4 proc uczniów gimnazjów, 2 proc. uczniów podstawówek i zaledwie 1 proc. uczniów szkół ponadgimnazjalnych.
Również inne wskaźniki takie jak liczba uczniów powtarzających klasę wskazują na problem z nauczaniem tego przedmiotu. Wśród powtarzających klasę w latach 2015 – 2017 aż 61 proc. w szkołach ponadgimnazjalnych otrzymało ocenę niedostateczną z matematyki, a w gimnazjach i szkołach podstawowych – 70 proc.

Nauczyciele, uczcie się sami!

Przyczyna tej matematycznej zapaści tkwi w wadliwym procesie nauczania. Skoro tak dużo uczniów uzyskuje tak niskie stopnie, oznacza to, że nauczyciele w Polsce po prostu nie umieją uczyć matematyki.
Polskie dzieci są z natury utalentowane matematycznie. Więcej niż połowa z nich przed rozpoczęciem szkolnej edukacji wykazuje się uzdolnieniami do nauki matematyki, a co czwarte wysokim stopniem zadatków takich uzdolnień.
Niestety, już po kilku miesiącach nauki w szkole większość tych dzieci przestaje wykazywać swoje znakomite możliwości umysłowe. W następnych latach szkolnej edukacji tylko dwoje, troje starszych uczniów w klasie wykazuje się uzdolnieniami matematycznymi.
Towarzyszy temu niszczący proces rozleniwiania umysłów dzieci z zadatkami uzdolnień matematycznych i radości z działalności matematycznej – stwierdza opinia przygotowana na zamówienie Najwyższej Izby Kontroli przez prof. dr hab. Edytę Gruszczyk-Kolczyńską z Katedry Wspomagania Rozwoju i Edukacji Dzieci w Akademii Pedagogiki Specjalnej.

Dla lepszej innowacyjności

Badania międzynarodowe potwierdzają tezę, że edukacja matematyczna jest ważna dla rozwoju gospodarczego. Jest ona jednym z czynników podnoszenia konkurencyjności państw.
Biegłość matematyczna sprzyja innowacyjności i wzrostowi produktywności. Podniesienie wskaźnika wyników z testów Pisa (Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów) w obszarze matematyki i nauk ścisłych o 100 pkt przekłada się na roczny wzrost PKB rzędu około 1,7 proc!.
Tymczasem, jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, z nauczaniem matematyki w polskich szkołach nie jest najlepiej. Forma i sposób jej nauczania nie sprzyja rozwojowi kompetencji matematycznych u uczniów.
Dane uzyskane z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej wskazują, że uczniowie mają z matematyką większe problemy niż z pozostałymi przedmiotami. Średnio na egzaminie maturalnym z matematyki w latach 2015 – 2017 osiągano 55 proc. prawidłowości zdawanego materiału, podczas gdy z języka polskiego 60 proc., a z języka angielskiego – 73 proc.
Według ostatnich opublikowanych wyników testów PISA, w 2015 r. obniżyły się umiejętności matematyczne polskich uczniów w stosunku do 2012 r. Wtedy średni wynik polskich uczniów z matematyki wyniósł 518 pkt, a w 2015 r. 504 pkt.
W 2015 r. Polska była pod względem wyników z matematyki na miejscu 17 na świecie, a w naukach ścisłych na 22. Spośród krajów Unii Europejskiej lepsze od Polski wyniki uzyskały m.in. Estonia, Holandia, Dania czy Finlandia.

Frustracja i niechęć

Nadmierne trudności w uczeniu się matematyki pojawiają się już na początku edukacji szkolnej, a ujawniają się w sposób wyraźny w klasach czwartych szkół podstawowych w Polsce.
Narastające zaległości zastępują początkową fascynację dziecka szkołą i stopniowo przeradzają się w niezadowolenie, rozczarowanie, frustrację oraz na długo zakorzenioną, niechęć do matematyki.
Konsekwencją takich negatywnych zdarzeń jest systematyczne wygaszanie zainteresowań i zdolności oraz kumulowanie zaległości poznawczych podczas całego cyklu nauczania. – zauważa opinia przygotowana dla NIK przez prof. Małgorzatę Makiewicz z Zakładu Dydaktyki Matematyki Uniwersytetu Szczecińskiego.
A trudności w uczeniu się matematyki skutkują frustracją i zrozumiałą niechęcią do przedmiotu.

Coraz więcej godzin

Bolączką polskich szkół jest także to, że nauczyciele nie dostosowują zadań i tempa pracy na lekcji do możliwości uczniów. Deklarują to ankietowani przez NIK uczniowie. Ponad połowa z nich oceniała, że tempo pracy na lekcjach matematyki jest nieodpowiednie i nie nadążają ze zrozumieniem materiału.
Tymczasem z ankiet przeprowadzonych wśród rodziców wynikało, że znaczna część dzieci – bo aż 57 proc. – zgłaszała rodzicom problemy ze zrozumieniem matematyki.
Aby uzupełnić braki, blisko jedna trzecia uczniów (30 proc.) korzystała z odpłatnych korepetycji. Szkoły zwiększały co prawda liczbę godzin lekcyjnych z matematyki (do sześciu i więcej), ale było to działaniem nieracjonalnym.
Z międzynarodowych badań Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) i Pisa wynika bowiem, że znaczące efekty przynosi zwiększanie liczby lekcji matematyki do czterech tygodniowo, a powyżej sześciu – staje się już nieefektywne.
Jednocześnie, dostęp do zajęć wyrównawczych z matematyki w 75 proc. skontrolowanych szkół był ograniczony. Uczniowie nie mieli możliwości wzięcia w nich udziału lub ilość osób uczestniczących w zajęciach przekraczała dozwoloną liczbę.

Przymus tu nie pomaga

W kontekście doświadczeń innych krajów, w których nie wprowadzono obligatoryjnej matury z matematyki, a które plasują się wysoko w badaniach międzynarodowych obejmujących przedmioty ścisłe (np. Finlandia), należy rozważyć obecny status tego egzaminu – uważa NIK.
Jak wskazuje Izba, nie da się wskazać, że obowiązkowy dla wszystkich uczniów egzamin maturalny z matematyki ma bezpośredni wpływ na miejsce danego państwa w rankingu innowacyjności gospodarki. Brak tutaj bezpośredniej korelacji.
Ciekawostką jest ograniczenie liczby egzaminów w Singapurze – państwie od lat zajmującym czołowe miejsca w badaniu PISA i zaliczanym do grona tzw. azjatyckich tygrysów. Tam władze zdecydowały, że szkoła będzie kłaść większy nacisk na rozwój umiejętności pracy zespołowej i analitycznego myślenia, zamiast uczyć wiedzy encyklopedycznej i wzmagać ducha rywalizacji.

Niepotrzebny obowiązek

Zdaniem NIK, uznając bezsprzecznie interdyscyplinarną wartość matematyki, należy podkreślić, że obowiązkowy egzamin maturalny z matematyki nie stanowi sam jako taki wartości w procesie nauczania w szkołach ponadpodstawowych. Wręcz przeciwnie, jest istotnym obciążeniem (czas i koszty korepetycji, stres) dla prawie jednej trzeciej osób kończących ten typ szkoły.
W Czechach, Włoszech, Luksemburgu, Holandii, Rumunii, Islandii egzamin z matematyki jest obowiązkowy tylko dla uczniów w określonych dziedzinach.
W Wielkiej Brytanii odpowiednikiem matury jest GCE (General Certificate of Education), który składa się z serii egzaminów z różnych przedmiotów, na różnych poziomach, wybieranych przez zdających. Matematyka, podobnie jak inne przedmioty nie jest obowiązkowa, jest jedynie wymagana przez uniwersytety w procesie rekrutacji na niektóre kierunki.
W Austrii matematyka obowiązuje na maturze w liceach, natomiast jest przedmiotem do wyboru w szkołach średnich zawodowych i technikach. W Hiszpanii istnieje tzw. Selectividad – nieobowiązkowy egzamin zdawany po zakończeniu szkoły średniej przez uczniów, którzy chcą studiować.
Warto więc zastanowić się u nas nad likwidacją obowiązkowej matury z matematyki. Bez konieczności jej zdawania, osoby nie planujące związków z przedmiotami ścisłymi w swej dalszej ścieżce kształcenia, mogłyby w sposób bardziej efektywny skupić się na przedmiotach istotnych z punktu widzenia dalszej drogi zawodowej.

100 lat NIK i gorzki finał

Każde demokratyczne państwo posiada mniej więcej podobny zestaw instytucji stanowiących jego podstawy, takich jak parlament, urząd prezydenta, premiera, radę ministrów, trybunał konstytucyjny, sąd najwyższy i jeszcze innych kilka.

W każdym demokratycznym państwie elementem jego fundamentu instytucjonalnego jest zewnętrzny, państwowy organ kontrolny. W przypadku Polski jest nim Najwyższa Izba Kontroli.
NIK obchodziła stulecie swojego powołania. Odbyły się konferencje, były oczywiście medale, odznaczenia. Zwieńczeniem obchodów setnego jubileuszu Izby była uroczysta gala w Teatrze Narodowym, wypełniona pracownikami NIK i zaproszonymi gośćmi, wśród których byli Przewodniczący INTOSAI i EUROSAI (światowej i europejskiej organizacji zrzeszających najwyższe państwowe organy kontrolne) oraz Prezes Europejskiego Trybunału Obrachunkowego. Były i okolicznościowe wydawnictwa.
Niestety, tą galę oceniam nisko, jako państwową imprezę III (najniższej) kategorii. Lecz stało się tak nie za sprawą NIK, lecz za sprawą PIS-owskich polityków. Na gali nie pojawił się ani marszałek Sejmu, ani Senatu, premier, czy któryś z wicepremierów. To musi bulwersować tym bardziej, że NIK konstytucyjnie wspomaga właśnie parlament w wykonywaniu jego nadzorczych obowiązków względem rządu. NIK istotnie przyczynia się do podnoszenia jakości ustaw. NIK wreszcie pomaga rządowi i jego administracji w doskonaleniu jego pracy.
Występowała wprawdzie pani wicemarszałek Dolniak, ale właściwie to prywatnie. Marszałka Sejmu reprezentował oficjalne przewodniczący Sejmowej Komisji d.s. Kontroli Państwowej i on odczytał okolicznościowy adres szefa Sejmu. Marszałka Senatu reprezentował zaś zwykły senator – fakt, niegdyś pracownik NIK. Jedynym wysokim funkcjonariuszem publicznym osobiście zaszczycającym obchody 100-lecia działalności Najwyższej Izby Kontroli był Rzecznik Praw Obywatelskich.
Marszałkowie Sejmu i Senatu, premier rządu, dopuścili się moim zdaniem obrazy Najwyższej Izby Kontroli. Obrazy jej 100-letniej służby polskiemu państwu. Dopuścili się obrazy wszystkich obecnych i byłych pracowników Izby. Nawet, jeżeli pokazanie NIK pleców tłumaczyć by chcieli względami personalnymi, na przykład niechęcią do obecnego Prezesa, to swoim zachowaniem potwierdzili tylko swoją małostkowość nie licującą z godnością piastowanych stanowisk. Nic ich nie tłumaczy – po prostu stuletni skandal na stulecie krajowych obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości. Źle to również wróży przyszłości Izby i przyszłości niezależnej, zewnętrznej kontroli.
Nie spadła by też z głowy korona premierowi, gdyby osobiście podziękował Izbie za wspieranie jego i jego poprzedników w trudnym dziele doskonalenia zarządzania państwem.
Na szczęście na poziomie stanęła sama Izba. To, co dla mnie było najważniejsze to to, że w okolicznościowych prezentacjach takich jak monumentalna księga „Najwyższa Izba Kontroli – 100 lat troski o państwo” oraz specjalna wystawa prezentowana w Teatrze Narodowym w rzetelny sposób przedstawiono złożone losy i działalność Izby w całym stuletnim okresie. To teraz rzecz rzadka. Izba należy do nielicznych instytucji państwowych (a może jest już jedyną) , które nie wstydzą się swojej przeszłości, w tym i okresu Polski Ludowej, tak zawzięcie dezawuowanego nie od dzisiaj przez media wszystkich niemal proweniencji. Chapeau bas!
W opracowaniu „Najwyższa Izba Kontroli – 100 lat troski o państwo” znalazło się kilka wzmianek o mnie, z czego jestem rad.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

100 lat Najwyższej Izby Kontroli

Na różne sposoby celebrujemy w Polsce 100 lecie… no właśnie czego.

Oficjalnie świętujemy stulecie odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r. Trudno jednak przejść do porządku dziennego nad znamienną wypowiedzią brytyjskiego historyka, prof. Adama Zamoyskiego, który w telewizyjnej „Debacie na 100 lecie niepodległości” (tvn24, 28.10.2018 r.) stwierdził: „Dla narodu o wiele ważniejszą sprawą niż niepodległość jest państwowość. Utrata państwowości jest bowiem dla narodu prawdziwą katastrofą.” Oczywiście tezę tą profesor przekonywająco uzasadnił na przykładzie Polski.
Dlaczego celebrujemy odzyskanie niepodległości a nie odzyskanie państwowości? Pytanie to jest niezwykle istotne, zwłaszcza dzisiaj, gdy państwowość polska drży w posadach i zwrot „państwo teoretyczne” nie blaknie z upływem lat, a wręcz przeciwnie. Dla postsolidarnościowych elit politycznych, niepodzielnie rządzących polskimi mediami od 1989 r. celebrowanie 100-lecia odzyskania państwowości jest ciężkostrawne, gdyż jedną z tez spajających te elity jest przekonanie, że w tym stuletnim okresie takie państwo jak Polska Rzeczpospolita Ludowa nie istniało. A okres Polski Ludowej to bagatela – 46 lat. Optyka taka jest krzywdząca dla wielu milionów Polaków, ale co nie mniej ważne, ograniczanie się do jednostkowych wydarzeń sprzed wieku, bez rzetelnej oceny całego stulecia polskiej państwowości jest niezasłużonym przez Polskę spłycaniem jej historii. Znamiennym przykładem jest tu Najwyższa Izba Kontroli, która, zgodnie z obowiązującym sznytem, obchodzi 100-lecie swojego „powołania”. Tymczasem jest to jedna z nielicznych instytucji państwowych, która przetrwała dramat II Wojny Światowej i dwie zmiany ustroju, nieprzerwanie prawie pełniąc swoją państwową i społeczną służbę. Warto więc na sprawę spojrzeć szerzej.
Najwyższa Izba Kontroli (pierwotnie Najwyższa Izba Kontroli Państwa), powołana została specjalnym dekretem Rady Ministrów w dniu 07. lutego 2019 r. ( trzy miesiące po objęciu władzy przez J. Piłsudskiego) i zatwierdzona przez Naczelnika Państwa cztery dni później. Ostatecznie status Izby określiła Konstytucja Marcowa z 1921 r., oraz będąca konsekwencją jej zapisów Ustawa o Kontroli Państwowej z czerwca tegoż roku. Wprawdzie w dokumentach tych uproszczono jej nazwę do „Najwyższa Izba Kontroli”, to jednak odjęcie słowa „Państwa” w żaden sposób nie zmieniło faktu, że ten organ kontroli powołano dla kontroli państwa. Art. 9 w rozdz. II Konstytucji Marcowej „Władza Ustawodawcza” głosi:
„ Do kontroli całej administracji państwowej pod względem finansowym, badania zamknięć rachunków państwa, przedstawiania corocznie Sejmowi wniosku o udzielenie lub odmówienie Rządowi absolutorium – jest powołana Najwyższa Izba Kontroli, oparta na zasadach kolegialności i niezależności sędziowskiej członków jej kolegium, usuwanych tylko uchwałą Sejmu, większością 3/5 głosujących… Prezes NIK zajmuje stanowisko równorzędne ministrowi, nie wchodzi jednak w skład Rady Ministrów, a jest za sprawowanie swojego urzędu odpowiedzialny bezpośrednio przez Sejmem”
Te trzy wymienione dokumenty: dekret Rady Ministrów, konstytucja i ustawa stworzyły niezwykle mocny i zdrowy fundament dla działalności polskiego najwyższego organu kontroli. Fundament okazał się tak mocny, że w swych pryncypiach, mimo tragedii II Wojny Światowej i dwóch zmian ustrojowych Polski przetrwał całe 100 lat. Konstytuując NIK polscy politycy rozwiązać musieli trzy zasadnicze kwestie: ustroju organu kontrolnego, jego kompetencji (zakres i kryteria kontroli) oraz relacji z władzą ustawodawczą i wykonawczą. Trzeba powiedzieć, że z zadania tego wywiązali się znakomicie, tworząc państwowy organ kontrolny na wskroś nowoczesny na tle ówczesnego świata. Ustrój NIK oparto na zasadzie kolegialności, nie ograniczonej wyłącznie do kolegium NIK, ale przenikającej cała strukturę instytucji i sędziowskiej niezależności. Wyraźnie określono rodzaje kontroli i ich kryteria, wśród których – co wówczas było rzadkością w organach kontrolnych innych państw – za główne uznano kryterium legalności. „Orzeczeniom NIK” nadano atrybut natychmiastowej wykonalności przez rząd, a samą Izbę podporządkowano Sejmowi. Umieszczenie zapisów o NIK w rozdziale „Władza Ustawodawcza” konstytucji marcowej oraz relacje NIK z Sejmem uplasowały Izbę jako organ legislatury.
Najwyższa Izba Kontroli funkcjonowała w Polsce właściwie nieprzerwanie przez 100 lat. Po klęsce wrześniowej NIK na emigracji działała w warunkach politycznych i prawnych mocno zmienionych sytuacją wojenną. Po zakończeniu wojny działalność ta była symboliczna, radykalnie ograniczona faktycznym brakiem podmiotów kontrolowanych, przedmiotu kontroli i tego, co obecnie nazywamy interesariuszami. Mówiąc krótko była bytem o charakterze polityczno–propagandowym. Utworzone w 1944 r. organy kontroli Rządu Lubelskiego, a następnie, po uchwaleniu Małej Konstytucji z lutego 1947 r. i ustawy o Kontroli Państwowej z maja 1949 r. Najwyższa Izba Kontroli nie tylko przejęły podstawowe zasady funkcjonowania przedwojennej Izby, ale również część z jej pracowników. W 1959 r. Najwyższa Izba Kontroli uznana została przez społeczność międzynarodową przez przyjęcie jej do INTOSAI – ogólnoświatowej organizacji zrzeszającej najwyższe państwowe organy kontrolne. W Polsce Ludowej NIK uzyskała dodatkowe kompetencje: prawo formułowania nie tylko wniosków pokontrolnych ale również personalnych, których realizacja była obowiązkowa.
Kolejną wielką zmianę przyniosła NIK ustawa z 1994 r., w której, podtrzymując wszystkie ustrojowe podstawy działania NIK ustanowione 100 lat temu, pozbawiono jednocześnie wnioskom NIK atrybutu bezwzględnej wykonalności. Było to niezbędna dla przeprowadzenia demokratycznych reform polskiego państwa, dla wyraźnego rozdzielenia władzy ustawodawczej, wykonawczej i sądowniczej, a przez to dla dostosowania ustroju Polski do obowiązujących w Europie standardów nowoczesnej demokracji.
Powyższy, wielce skrócony rys historyczny pokazuje niezbicie, że 100 lat Najwyższej Izby Kontroli to 100 lat polskiego państwa.
Oczywiście przez cały ten czas zmieniał się zarówno zakres przedmiotowy jak i podmiotowy działania Izby, jej szczegółowe relacje z władzą wykonawczą i ustawodawczą. Izba, będąc prekursorem wielu rozwiązań ustrojowych w latach dwudziestych minionego wieku, rozpoczynała swoją działalność jako izba obrachunkowa. Po wojnie uzyskała kompetencje kontroli wykonania zadań, co stało się wkrótce międzynarodową normą dla najwyższych organów kontrolnych.
Szczególnej uwagi warta jest, działalność NIK w Polsce Ludowej, w latach 1947 – 1989. Tym bardziej, że wzmianki o tym okresie zapewne zabraknie podczas oficjalnych ceremonii jubileuszowych, planowanych na luty tego roku. Najwyższa Izba Kontroli była częścią władz publicznych Polski Ludowej – ze wszystkimi tego konsekwencjami. Ale przy tym swoją codzienną działalnością Izba zdobyła olbrzymi autorytet i szacunek w społeczeństwie. Stało się tak dlatego, że zdołała zachować swoją niezależność, etos kontrolera państwowego, była bezkompromisowa w ujawnianiu i tępieniu nieprawidłowości, była istotnym stymulatorem poprawy działalności administracji publicznej i gospodarki. Powszechnie w opinii publicznej NIK postrzegana była też jako realne, ważne i skuteczne narzędzie urzeczywistniania idei społecznej sprawiedliwości. To właśnie ten olbrzymi społeczny autorytet zadecydował o tym, że żaden z prezesów NIK po 1989 r., ani prof. Walerian Pańko, ani Lech Kaczyński nie dali się porwać szałowi czystek politycznych wśród pracowników NIK. Lech Kaczyński doskonale rozumiał państwowotwórczą rolę NIK i znaczenie zachowania ciągłości jej pracy dla dobra Polski. To on też przesłał w 1993 r. do Sejmu projekt nowej ustawy o NIK, która, po jej przyjęciu przez Parlament w 1994 r. otworzyła nową kartę Izby w demokratycznej Polsce. W ten sposób jedna z najważniejszych instytucji państwowych przeszła proces transformacji ustrojowej w sposób wzorcowy, nie tracąc nic ze swojego społecznego poparcia i zyskując nowe możliwości dalszego rozwoju.

Pod rządami nowej ustawy Izba adaptowała wszystkie najważniejsze międzynarodowe standardy kontroli finansowej i kontroli wykonania zadań, dopracowała się wielu własnych, unikalnych metodologii kontrolnych, wykształciła znakomite kadry inspektorów świetnie radzących sobie z bieżącymi wyzwaniami. Dzisiaj Najwyższa Izba Kontroli jest instytucją cieszącą się olbrzymim autorytetem za granicą. Świadectwami tego są wygrywane przez Izbę konkursy na pełnienie obowiązków zewnętrznego audytora wielu ważnych instytucji międzynarodowych, żeby wymienić tylko NATO, Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN w Szwajcarii, Zgromadzenia Parlamentarne Rady Europy w Strasburgu czy ostatnio OECD. NIK jest też wiodącym wśród państw – członków Unii Europejskiej partnerem Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, podejmując z Trybunałem wspólne, ważne kontrole jak ostatnio ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami. Współczesna NIK jest świetnym ambasadorem Polski w świecie. Można śmiało postawić tezę, że cieszy się większym uznaniem poza granicami Polski niż w kraju. Tutaj bowiem rzeczy nie miały i nie mają się dobrze.
Nie wchodząc w szczegóły, patrząc na ostatnie 23 lata działalności Najwyższej izby Kontroli stwierdzić trzeba, że jej piętą achillesową jest jej współpraca z parlamentem, a dokładnie to, że parlament nie potrafił wypracować skutecznych sposobów korzystania z pracy instytucji, którą Konstytucja powołała do tego, aby wspierała ona parlament w wykonywaniu jego obowiązków ustawodawczych i nadzorczych nad administracją publiczną. Jednym wielkim nieporozumieniem jest na przykład sejmowa Komisja d.s. Kontroli Państwowej, która tak naprawdę jest komisją do spraw NIK. Zamiast zajmować się systemowymi problemami kontroli w państwie, a jest ich niemało, zajmuje się „rozpatrywaniem” (co tu rozpatrywać?) informacji NIK o wynikach kontroli dajmy na to połowów śledzi, opieki przedszkolnej i leczenia chorób nowotworowych. Komisja Kontroli Państwowej pogłębiła w rzeczywistości izolację pomiędzy Sejmem a NIK w sprawach merytorycznych. Nie zdarzyło się również, aby przy składaniu Sejmowi ustawowych bądź na wniosek posłów informacji rząd był pytany o realizację wyników ewentualnych kontroli NIK w referowanym zakresie. Fatalna nowelizacja ustawy o NIK z grudnia 2010 r. jest najlepszym wyrazem braku zrozumienia Sejmu dla publicznej i państwowej misji Izby. Problemy z wykorzystaniem pracy NIK nie dotyczą tylko relacji parlament – rząd. Do nielicznych przypadków należy na przykład zaliczyć te, kiedy prezydent miasta nakazuje swoim służbom analizowanie wyników kontroli w innych samorządach, aby z nich wyciągnąć wnioski dla siebie.
To tylko sygnalnie niektóre problemy w zarysie. Podobnych tematów jest wiele i powinny one stać się przedmiotem publicznej dyskusji z dwóch powodów. Pierwszy to ten, że zbliża się czas, kiedy zdominowany przez PiS parlament wybierze nowego Prezesa NIK. Tymczasem nad Izbą zawisło złowrogie milczenie. Od dojścia PiS do władzy nie pojawiła się z żadna deklaracja żadnego jego polityka o poszanowaniu przez to ugrupowanie podstawowych w odniesieniu do NIK międzynarodowych standardów właściwych najwyższym organom kontroli, to jest niezależności i niezawisłości. W połączeniu z zarzutami stawianymi w Sejmie NIK stosowania w ocenach „nadmiernego rygoryzmu prawnego” (bynajmniej nie przez posłów PIS), z deklaracją PiS z początku kadencji, że „prawo nie jest najważniejsze, najważniejsza jest wola ludu”, determinacją obecnej władzy w upolitycznianiu wymiaru sprawiedliwości, administracji i gospodarki, obawy o przyszłość NIK, a zwłaszcza o jej niezależność są w pełni uzasadnione. Doświadczenia ostatnich lat każą sądzić, że PiS wyciśnie wszystkie soki z konstytucyjnego zapisu, mówiącego, że „NIK podlega Sejmowi” nie zważając na to, że zakres i charakter tej podległości są określone w ustawach, oraz na to, że prócz „podległości” NIK jest też od Sejmu w wielu kwestiach niezależna. Ta niezależność, będąca jednym z warunków jej obiektywizmu, powinna być przez Sejm szczególnie chroniona.
Powód drugi to ten, że obiektywnie i dynamicznie zmienia się rzeczywistość polskiej administracji publicznej i gospodarki, naturalne otoczenie NIK. Może więc warto w dyskusjach nad przyszłością tej instytucji wrócić myślami do twórców Najwyższej Izby Kontroli Państwa i w ich podejściu znaleźć inspirację do dalszego doskonalenia Izby. Tymczasem, z okazji 100-lecia Najwyższej Izby Kontroli należą się tej instytucji, jej byłym i obecnym inspektorom szczere podziękowania za stuletnią, rzetelną służbę państwu polskiemu i Polakom. Życzyć na przyszłość należy Izbie jednego: mądrych, odpowiedzialnych za państwo parlamentarzystów.

Tekst ukazał się na blogu „Jacka Uczkiewicza wołania na puszczy”.

Nie wiemy co zjadamy

Ponad 330 różnych sztucznych dodatków do żywności jest w naszym kraju dopuszczonych do stosowania w produktach spożywczych.

 

Coraz więcej produktów ma w sobie takie dodatki. Są to konserwanty, stabilizatory, substancje słodzące, barwniki, wzmacniacze smaku, aromaty, wypełniacze, emulgatory. W przypadku prawie 130 z nich, normy nie przewidują żadnych ograniczeń ilościowych.
Na stosowanie substancji dodatkowych na dużą skalę pozwala obecnie obowiązujące prawo polskie i Unii Europejskiej. Jest ono tu bardzo liberalne. Niewiele mamy produktów, do których nie wolno stosować dodatków. Są to m.in. miód, masło, mleko, jaja, naturalna woda mineralna, kawa, herbata liściasta.

 

Widzą wszystko oddzielnie

W Polsce około 70 proc. diety przeciętnego konsumenta stanowi żywność przetworzona w warunkach przemysłowych, zawierająca substancje dodatkowe, które w normalnych warunkach nie są stosowane jako składnik żywności. Dodaje się je po to, aby zapobiec niekorzystnym zmianom smaku, barwy, zapachu, wydłużyć okres trwałości, zwiększyć atrakcyjność wyrobu, obniżyć koszty procesu produkcyjnego. Przeciętny konsument spożywa w ciągu roku ok. 2 kg takich substancji.
Zarówno producenci żywności, jak i instytucje kontrolujące ich działalność oraz instytuty naukowe, zgodnie twierdzą, że dodatki do żywności stosowane zgodnie z obowiązującymi przepisami, nie stanowią zagrożenia dla zdrowia konsumenta. Aby bowiem jakaś substancja dodatkowa została dopuszczona do żywności, musi mieć wydaną ocenę bezpieczeństwa dla zdrowia, dokonywaną przez Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA). Jednak Najwyższa Izba Kontroli zwraca uwagę, że przepisy wymagają zapewnienia bezpieczeństwa każdego z dodatków używanych osobno. W żaden sposób nie odnoszą się one natomiast do ryzyka wynikającego z obecności w środkach spożywczych więcej niż jednego dodatku, czy ich kumulacji z różnych źródeł. Czyli, jak pisał Tuwim, patrząc – widzą wszystko oddzielnie.
Ponadto, wszystkie substancje dodatkowe dopuszczone do żywności przed 2009 r. są obecnie ponownie oceniane przez EFSA pod kątem ich bezpieczeństwa dla ludzi. Weryfikacja ma się zakończyć do końca 2020 r.
Z listy dodatków dopuszczonych do żywności już usunięto barwnik E 128, używany do nadawania koloru mięsu. Ograniczono także stosowanie trzech innych barwników: E 104, E 110 i E 124, dla których obniżono akceptowane dzienne spożycie, odpowiednio: 20-krotnie, 2,5-krotnie i blisko 6-krotnie. Wycofano ponadto dopuszczenie barwników do niektórych produktów, np. do pieczywa cukierniczego i wyrobów ciastkarskich, lodów, czy przekąsek.
Tak więc, niektóre substancje, które 10 lat temu uważano za nieszkodliwe, dziś uznawane są za zagrożenie dla zdrowia ludzi. Bardzo możliwe, że podobnie zostaną ocenione także inne, dziś stosowane dodatki do żywności.

 

Dosypują co tylko mogą

NIK zbadała, jak wygląda w naszym kraju nadzór nad stosowaniem dodatków do żywności. Kontrolowano lata 2016 – 2018 (pierwszy kwartał). Na zlecenie Izby przeanalizowano 501 powszechnie dostępnych wyrobów spożywczych. Jedynie w 54 produktach, według składu zaprezentowanego na etykietach, nie było substancji dodatkowych. W pozostałych 447 producenci zadeklarowali użycie 132 substancji dodatkowych ponad 2 tys. razy.
Azotyn sodu (E 250) występował w składach aż 130 produktów żywnościowych, kwas askorbinowy E 300 w 96 produktach, barwniki syntetyczne w 53, a kwas benzoesowy i jego pochodne w 36. Statystycznie na każdy produkt przypadało pięć dodatków do żywności. W przypadku niektórych produktów liczba dodatków w jednym artykule spożywczym była jednak znacznie wyższa. Przykładowo, sałatka warzywna ze śledziem i groszkiem zawierała ich 12. Rekordową liczbę substancji dodatkowych zastosowano w kiełbasie śląskiej – aż 19. “Żywność nafaszerowana jest substancjami dodatkowymi” – stwierdza NIK.
Według Izby, w Polsce system nadzoru nad stosowaniem dodatków nie gwarantuje pełnego bezpieczeństwa żywności. Badania laboratoryjne próbek żywności prowadzone przez Inspekcje Sanitarne, Inspekcję Handlową i Inspektorat Jakości Handlowej Artykułów Rolno – Spożywczych ograniczają się do wybranych substancji dodatkowych, głównie z grupy substancji konserwujących i barwników. Żadna z inspekcji nie analizowała dotychczas zawartości zbiorczej wszystkich dodatków obecnych w danej próbce żywności.
Z badanych w latach 2016-2018 (I kwartał) przez organy Inspekcji Sanitarnej blisko 9 tys. próbek, zdyskwalifikowano 26 (0,3 proc.). To dobry wynik. Jednakże, jak zarzuca NIK, kontrole polegały tylko na tym, że wskazywano do badań jedną substancję dodatkową i oceniano, czy nie przekroczyła ustalonego dla niej limitu w danym produkcie. Inne dodatki obecne w tym produkcie w ogóle nie były wtedy badane. Ponadto, Inspekcja Sanitarna nie weryfikowała procesów technologicznych i nie kwestionowała zasadności użycia w jednym produkcie nawet kilkunastu różnych dodatków do żywności. “Główny Inspektor Sanitarny twierdził, że procesy produkcji żywności są sprawą producenta. Tymczasem zdarza się, że ten używa kilku substancji dodatkowych w ramach jednej grupy technologicznej, na przykład w badanych parówkach zastosowano aż cztery stabilizatory i aż trzy substancje konserwujące” – stwierdza NIK.
Co gorsza, ograniczone są możliwości analityczne laboratoriów Inspekcji Sanitarnej. Mogą one wykonać badania nie więcej niż 65 substancji dodatkowych, na ponad 200, których stosowanie w żywności jest ograniczone ilościowo.
Tak więc, w Polsce sprawdza się jedynie limity danego środka „E” w artykule spożywczym, nie biorąc pod uwagę ich kumulacji w codziennej diecie i tego jak to może wpływać na zdrowie. Z badania NIK wynika, że w jednym dniu można przyswoić nawet 85 różnych E.
Tymczasem, niektóre substancje dodane do jednego produktu, w połączeniu z innym artykułem spożywczym nie będą dla człowieka neutralne. Substancja nieszkodliwa samodzielnie, może się stać niebezpieczna w reakcji z inną, tworząc zagrożenie dla zdrowia.

 

Małym parówkożercom mówimy nie

Najbardziej narażone na zbyt duże dzienne spożycie dodatków są dzieci, głównie w wieku do 10 lat. Najwięcej dodatków jest bowiem w produktach, które – zdaniem NIK – dzieci lubią najbardziej, czyli: ciastach, aromatyzowanych napojach, lodach, parówkach.
Z badań Instytutu Żywności i Żywienia wynika, że konsumpcja sorbinianów – konserwantów dodawanych głównie do ciast, przetworów warzywnych, pieczywa, napojów – znacznie przekracza limit. W grupie dzieci 4-10 lat wynosi średnio 291 proc. dopuszczalnego dziennego spożycia, ale u 5 proc. dzieci i młodzieży w wieku do 17 lat – aż 681 proc.
Natomiast spożycie azotynów, obecnych m.in. w parówkach, wędlinach oraz innym peklowanym mięsie, u dzieci do 3 lat wynosiło średnio 160 proc. dopuszczalnego limitu, zaś u 5 proc. z nich, już 562 proc.
Podobno jest coraz więcej dowodów i publikacji, które wskazują na szkodliwość niektórych dodatków do żywności. NIK zauważa, że wśród dodatków, które mogą wywoływać alergie wymieniane są barwniki syntetyczne E 123, E 110, E 122 oraz konserwanty z grupy siarczynów.
Barwniki E 120, E 124 i E 129 mogą powodować groźny dla życia wstrząs anafilaktyczny. Są one często stosowane w wędlinach, napojach, sałatkach, mogą być szczególnie niebezpieczne dla dzieci oraz osób uczulonych na salicylany.
Rozwojowi nowotworów może sprzyjać kwas benzoesowy (E 210) i jego pochodne oraz azotyny i azotany (E 249, E 250, E 251, E 252).
Nitrozoaminy mogą być niebezpieczne dla kobiet w ciąży. Częste używanie kwasu askorbinowego E 300 może przyczyniać się do powstania nadkwasoty, tworzenia kamieni nerkowych, a gdy dojdzie do jego reakcji z benzoesanem sodu E 211 uwalnia się rakotwórczy benzen.
Problem jednak w tym, że w każdym z tych przypadków występuje słowo “może” – co z pewnością nie znaczy, że jakaś substancja rzeczywiście powoduje wszystkie te zagrożenia.
NIK zarzuca Głównemu Inspektorowi Sanitarnemu (w kontrolowanym okresie był nim Marek Posobkiewicz), że nie wdrażał i nie inicjował działań, które miałyby potwierdzić lub zaprzeczyć, że istnieje ryzyko związane z używaniem substancji dodatkowych. Ten akurat zarzut jest bezsensowny, bo skoro NIK stwierdza, że rozliczne substancje E mogą powodować różne niekorzystne skutki, to oznacza to, iż ryzyko jak najbardziej istnieje. Ale ryzyko nie oznacza, że coś złego rzeczywiście się dzieje lub musi się stać.
Na razie wiadomo tyle, że Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności potwierdził – co wiadomo zresztą od dawna – że azotyny oraz azotany w przetworzonym mięsie mają związek z nowotworami żołądka i jelita grubego.
NIK negatywnie ocenia także bierną postawę Głównego Inspektora Sanitarnego. Nie organizował on i nie prowadził działań informacyjnych przedstawiających społeczeństwu potencjalne zagrożenia. Zdaniem NIK działalność edukacyjna dotycząca stosowania dodatków była ograniczona i nieefektywna. W przypadku Inspekcji Sanitarnej sprowadzała się głównie do programu edukacyjnego „Trzymaj Formę!” (o którym zresztą mało kto słyszał). Kampania ta z jednej strony kładła nacisk na ograniczanie spożycia substancji dodatkowych, ale z drugiej Inspektor Sanitarny przekonywał, że dodatki dopuszczone do spożycia są bezpieczne.
Wydaje się, że powinniśmy się wreszcie przyzwyczaić do tego, iż polska żywność jest barwna, jędrna i pachnąca nie dlatego, że jest zdrowa i naturalna – lecz przeciwnie, dlatego, że jest naszprycowana róznymi dodatkami.

Nadzór sprawdza się całkiem nieźle

Dzięki jego działaniom banki komercyjne w Polsce rosną w siłę, a ich szefom i akcjonariuszom żyje się coraz dostatniej.

 

W posiadaniu banków komercyjnych jest około 70 proc. aktywów całego polskiego systemu finansowego. Sektor bankowy jest głównym źródłem finansowania gospodarki, a depozyty bankowe – to z kolei największy składnik zasobów finansowych gospodarstw domowych.
Dlatego truizmem jest stwierdzenie, że utrzymanie stabilności sektora bankowego ma szczególne znaczenie dla zachowania stabilności całego systemu finansowego państwa.

 

Działano raczej skutecznie

Na koniec ubiegłego roku łączna wartość aktywów bankowych wynosiła 1 781 693 mln zł, fundusze inwestycyjne i domy maklerskie posiadały 410 138 mln zł (także złożonych przecież w bankach), sektor emerytalno – rentowy (głównie ZUS i OFE) 378 232 mln zł, zaś dogorywające SKOK-i 10 200 mln zł.
Najwyższa Izba Kontroli przeprowadziła kontrolę stabilności sektora bankowego. Badała okres od listopada 2015 do listopada 2017, czyli faktycznie pierwsze dwa lata władzy Prawa i Sprawiedliwości.
Generalnie, NIK uznała, że sektor bankowy w Polsce jest stabilny, a co za tym idzie, oszczędności obywateli objęte ochroną bankowego funduszu gwarancyjnego są bezpieczne.
W ramach tej kontroli NIK badała także funkcjonowanie nadzoru ostrożnościowego nad sektorem finansowym – którego celem jest zapewnienie stabilności, bezpieczeństwa oraz przejrzystości rynku finansowego. Jak twierdziła Izba, został on wdrożony skutecznie i podniósł ogólny poziom bezpieczeństwa sektora bankowego, a także jego odporność na niepożądane zjawiska i zawirowania rynkowe.

 

Świadectwo wiarygodności

Prezesem NIK jest Krzysztof Kwiatkowski, kiedyś w Porozumieniu Centrum braci Kaczyńskich, który, gdy zawiały inne polityczne wiatry, został działaczem Platformy Obywatelskiej i za jej rządów był ministrem sprawiedliwości. Nie ma on specjalnych powodów by kochać obecną ekipę, a więc pozytywna dla niej ocena NIK posiada z pewnością walor wiarygodności.
Głównymi instytucjami odpowiedzialnymi ustawowo za zapewnienie bezpieczeństwa i stabilności sektora bankowego są: Ministerstwo Finansów, Narodowy Bank Polski, Komisja Nadzoru Finansowego i Bankowy Fundusz Gwarancyjny.
Nadzór jest niezwykle istotny z punktu widzenia państwa, bo sektora bankowy jest głównym źródłem finansowania gospodarki, a depozyty bankowe to największy zasób aktywów finansowych gospodarstw domowych. Dlatego szczególne znaczenie dla zachowania stabilności całego systemu finansowego ma stabilność banków.

 

Nadzór w nowej odsłonie

W listopadzie 2015 r. weszła w życie ustawa z dnia 5 sierpnia 2015 r. o nadzorze nad systemem finansowym – i zarządzaniu kryzysowym w systemie finansowym.
Nadzór ten obejmuje ocenę i monitorowanie ryzyka, powstającego w instytucjach i na rynkach finansowych lub w ich otoczeniu, a przede wszystkim działania na rzecz jego wyeliminowania lub ograniczenia.
Ustawa zmieniła nieco dotychczasowe zadania i uprawnienia Ministra Finansów, NBP, KNF i BFG, dotyczące przeciwdziałania ryzyku na rynku finansowym. Wprowadziła ponadto nowe, wyższe wymogi kapitałowe dla banków. Ten kapitał stanowi bufor bezpieczeństwa na wypadek ryzyka zakłócenia funkcjonowania sektora bankowego.
Wdrożenie postanowień tej ustawy było ważne dla bezpieczeństwa rynku finansowego, w tym szczególnie sektora bankowego, i dla całego państwa.
Głównym organem odpowiedzialnym za nadzór makroostrożnościowy i zarządzanie kryzysowe stał się Komitet Stabilności Finansowej. Gdy KSF zajmuje się kwestiami nadzoru makroostrożnościowego na jego czele stoi Prezes NBP, a członkami są: Minister Finansów, Przewodniczący KNF i Prezes Zarządu BFG.
Gdy zaś przedmiotem obrad KSF jest zarządzanie kryzysowe, rolę przewodniczącego przejmuje Minister Finansów. Zarządzanie kryzysowe obejmuje działanie na rzecz utrzymania lub przywrócenia stabilności systemu finansowego w przypadku bezpośredniego jej zagrożenia.

 

Frankowicze zostali na lodzie

Jednym z istotnych zagadnień, którym zajmował się KSF, była kwestia walutowych kredytów mieszkaniowych i potencjalnych konsekwencji ich restrukturyzacji.
Na podstawie przeprowadzonych analiz KSF uznał, że uzasadniona jest potrzeba restrukturyzacji walutowych kredytów mieszkaniowych – ale na zasadzie dobrowolnego porozumienia pomiędzy bankami i kredytobiorcami. Szczególnie miałoby to dotyczyć to kredytobiorców, którzy znaleźli się w trudnej sytuacji finansowej, w niezawinionych przez siebie okolicznościach.
KSF ostrzegał jednocześnie przed ryzykiem systemowym, które może powstać w wyniku rozwiązań prawnych o przewalutowaniu tych kredytów. W swych komunikatach KSF podkreślał, że inicjatywy legislacyjne, dotyczące tego zagadnienia, powinny być wdrażane ostrożnie, tak aby nie naruszały stabilności systemu finansowego, a także nie ograniczały zdolności banków do kredytowania gospodarki.
I tak też się stało. W wyniku tych działań KSF „frankowicze” zostali na lodzie. Nie przyjęto żadnych ustaw dotyczących tych kredytów, swojej obietnicy nie dotrzymał też prezydent Andrzej Duda.
Pozostały więc, proponowane przez KSF, dobrowolne porozumienia między bankami a kredytobiorcami – które w rzeczywistości były dyktatem narzucanym przez banki.

 

Nie wszystko było idealnie

Najwyższa Izba Kontroli oceniła, że w okresie od listopada 2015 r. do listopada 2017 r., Narodowy Bank Polski i Minister Finansów rzetelnie wykonywały swoje zadania nadzorcze na rzecz zapewnienia stabilności sektora bankowego.
Są jednak i uwagi krytyczne. NIK zwróciła uwagę, że Minister Finansów, odpowiedzialny za implementację prawa Unii Europejskiej dotyczącego instytucji finansowych, przyczynił się do przyjęcia wymaganych aktów prawnych z opóźnieniami.
Działania Komisji Nadzoru Finansowego także nie były wolne od nieprawidłowości. NIK stwierdziła bowiem, że Komisja podejmowała za mało działań nadzorczych wobec banków spółdzielczych.
Zdarzały się również przypadki braku skutecznej reakcji na nieprawidłowości w tych bankach. Urząd KNF nie nadzorował w sposób wystarczający pracy kuratorów bankowych oraz nie przestrzegał zasad doboru kandydatów na te stanowiska.
Czy także i za to odpowie PiS-owski, odwołany już prezes KNF?

 

Świetnie im się wiedzie

Działania KNF były jednak w sumie korzystne dla banków komercyjnych w Polsce. Przyniosły one wzrost ich płynności, a w 2017 r. zahamowana została (kosztem klientów) spadkowa tendencja zyskowności banków.
Nie są one wszakże stuprocentowo zdrowe. Na dzień 30 czerwca 2017 r. postępowaniem naprawczym było objętych siedem banków komercyjnych i 43 spółdzielcze. NIK oceniła, że KNF nie podjęła działań w celu poprawy efektywności wdrażania programu naprawczego przez dwa banki.
Dość stabilna była sytuacja banków spółdzielczych (ich aktywa stanowią około 7 proc. całego sektora bankowego) – choć niepokoją kłopoty ze spłacaniem kredytów zaciągniętych w bankach spółdzielczych.
NIK stwierdziła jednak przypadki braku skutecznych działań nadzorczych wobec banków spółdzielczych, nierzetelnie prezentujących swe dane w formularzach przekazywanych do KNF.
Ponadto, w okresie do końca I kwartału 2017 r. 84 proc. banków spółdzielczych nie było objętych żadnymi czynnościami kontrolnymi ze strony KNF.
W tej grupie były banki, które powinny być objęte szczególnym nadzorem, z uwagi na podwyższony poziom ryzyka i realizowanie programów naprawczych.
Generalnie, nasz system nadzoru bankowego wypadł jednak nieźle – choć nie wiadomo, jak sprawdzi się on w warunkach nadciągającej, słabszej koniunktury gospodarczej.

Nie dla nich muzea i biblioteki

W raporcie o dostępności przestrzeni publicznej dla osób starszych i niepełnosprawnych Najwyższa Izba Kontroli utrzymuje, że wprawdzie gminy zaczynają dostrzegać problem niedostępności obiektów publicznych, ale nadal brakuje udogodnień. Żaden ze skontrolowanych 94 obiektów w 24 gminach nie był wolny od barier.

 

Wysokie progi, niewidoczne oznaczenia, małe łazienki, schody, brak dostosowanej komunikacji miejskiej, nieprzystosowane witryny internetowe – z tym wszystkim seniorzy oraz osoby z niepełnosprawnościami muszą się mierzyć na co dzień. W każdym z prawie setki obiektów wziętych pod kontrolerską lupę występowały jakieś przeszkody. Zbadano ośrodki kultury, biblioteki, pływalnie, muzea:

„W budynkach brakowało udogodnień dla osób niewidomych i słabo widzących: nie było informacji w alfabecie Braille’a, kontrastowych oznaczeń na schodach, odmiennej faktury i kolorystyki nawierzchni, a tablice informacyjne były mało czytelne” – czytamy w raporcie NIK.

Nawet te obiekty, które teoretycznie zaprojektowano z myślą o osobach z niepełnosprawnościami, okazały się mieć defekty. Na przykład prawdziwą zmorą są parkingi. Miejsca z kopertami często wcale nie są ulokowane jak najbliżej drzwi, znajdują się też w dużych odległościach od parkometrów, a w samych maszynach wloty monet znajdują się zbyt wysoko. W niektórych budynkach mających służyć niepełnosprawnym zamontowano skandalicznie wysokie progi, a w łazience nie sposób było obrócić się z wózkiem.

Jak podaje rp.pl, 63 proc. gmin nie konsultowało planowanych działań z niepełnosprawnymi. Konsultacji z ekspertami w obszarze projektowania uniwersalnego zabrakło nawet przy większych inwestycjach – jak stadion, pływalnia i węzeł komunikacyjny. Standardy dostępności opracowały i wprowadziły tylko cztery gminy: Poznań, Łódź, Kalisz i Wrocław.

„Według prognoz GUS, w 2030 r. osoby w wieku powyżej 60 lat będą stanowiły prawie 30 proc. ludności Polski. Statystyki pokazują, że wzrasta liczba osób z niepełnosprawnościami oraz w wieku powyżej 60 lat. Dlatego w ocenie Izby konieczne jest włączenie do polskiego ustawodawstwa zasady projektowania uniwersalnego” – apelują kontrolerzy.

Miasta silniejsze i słabsze

„Mimo podejmowanych przez samorządy inicjatyw, miasta nie mogą być pewne swojej przyszłości” – napisali kontrolerzy NIK w raporcie na temat tych miejskich ośrodków, które przed zmianą ustroju były przemysłowymi tuzami bądź miastami wojewódzkimi, a po 1989 roku straciły na znaczeniu. Dziś nadal prognozy dla nich nie przedstawiają się korzystnie. Chodzi o Białystok, Białą Podlaską, Chełm, Łódź, Łomżę, Siemianowice Śląskie, Tarnobrzeg, Wałbrzych, Zgierz i Żory.

 

Reforma administracyjna, restrukturyzacja przemysłu, kryzys gospodarczy lat 2008-2009 – to wszystko dotknęło wymienione w raporcie miasta i spowodowało utratę znaczenia w regionie, wyludnienie, regres przemysłu. W Wałbrzychu w latach 90. zamknięto ostatnią kopalnię, do 1993 roku zwolniono około 20 tys. górników. W Łodzi przemysł włókienniczy przestał się rozwijać – zatrudnienie spadło ze 171 tys. osób w 1990 r., do 50 tys. w 2007 r. Tylko w trzech przypadkach (to Białystok, Łomża oraz Żory) nastąpił nieznaczny przyrost liczby mieszkańców.

Kontrola NIK objęła lata 2013-2016. Prowadzona była pod czterema kątami: pomocy na rynku pracy, pomocy społecznej, zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych i zapewnienia opieki dzieciom w wieku do lat 3. i w wieku przedszkolnym.

Wnioski nie zaskakują: wymienionym miastom bardzo pomogło świadczenie Rodzina 500 plus. Do miast objętych kontrolą trafiło 530 mln zł w samym 2016 roku. Natomiast główne problemy, które zidentyfikowali kontrolerzy, dotyczą wszystkich dawnych metropolii: trawią je bezrobocie, starzenie się populacji mieszkańców, zły stan zasobu komunalnego, ubóstwo, dysfunkcyjność rodzin, brak wystarczających usług opiekuńczych i miejsc w domach pomocy społecznej, zapotrzebowanie na miejsca w żłobkach i przedszkolach. Urzędy pracy nie radzą sobie z ofiarami przełomu 1989. Według NIK „podejmowane przez urzędy pracy działania aktywizujące były rutynowe i nieskuteczne wobec średnio 14,5 proc. bezrobotnych (od 5,7 proc. w Siemianowicach Śląskich do 19,1 proc. w Białej Podlaskiej), którzy byli na listach bezrobotnych przez wiele lat”.

A co robiły samorządy, aby poprawić sytuację? „Narzędzia wykorzystane w tych miastach do rozwiązania istniejących problemów społecznych nie były jednak oryginalne, lecz stanowiły odzwierciedlenie mechanizmów stosowanych w tym celu w całej Polsce” – czytamy w raporcie NIK. – „W sytuacji, w której wymiar negatywnych skutków przemian gospodarczych w poszczególnych skontrolowanych miastach i obszarach był bardzo zróżnicowany (i zdecydowanie większy niż przeciętnie w kraju) niezbędne było wypracowanie indywidualnych, adekwatnych i adresowanych do poszczególnych społeczności rozwiązań systemowych oraz ich skuteczne wdrożenie. Zaniechanie takich działań rodzi zagrożenie, że w przypadku odwrócenia koniunktury gospodarczej i ponownego wystąpienia negatywnych zjawisk na rynku pracy i wzrostu zapotrzebowania na pomoc społeczną, w miastach tych problemy społeczno-ekonomiczne pojawią się na nowo, tym razem ze zwiększoną intensywnością”.

Nadal dramatycznie brakuje placówek do opieki nad dziećmi, a zasoby komunalne minimalnie zwiększyły się w okresie od 2013 do 2016 roku jedynie w Zgierzu i Siemianowicach Śląskich.
„NIK zwróciła uwagę na konieczność podjęcia kompleksowych działań, zmierzających do zaspokojenia potrzeb mieszkaniowych rodzin niezamożnych, które bez pomocy państwa nie będą w stanie zapewnić sobie samodzielnego mieszkania. Do poprawy sytuacji mieszkaniowej ma przyczynić się przyjęty przez Radę Ministrów w dniu 27 września 2016 r. Narodowy Program Mieszkaniowy” – podsumowują kontrolerzy.

Najważniejsze zalecenia płynące z raportu to zaktywizowanie długotrwałych bezrobotnych, zapewnienie opieki małym dzieciom, poszerzenie bazy mieszkaniowej dla najuboższych mieszkańców, a także takie dysponowanie środkami publicznymi, aby pomagać w usamodzielnianiu dysfunkcyjnych rodzin.

Stacje kontroli pod kontrolą rządu

Rada Ministrów uznała, że samorządy nie poradzą sobie z nadzorem nad stacjami kontrolującymi stan techniczny samochodów. Postanowiła więc uwolnić je od tego obowiązku.

 

Rząd Prawa i Sprawiedliwości, pod pretekstem starań o lepszy stan techniczny samochodów, obcina kolejne uprawnienia samorządom.
Do tego właśnie zmierza przyjęty przez Radę Ministrów projekt nowelizacji ustawy o ruchu drogowym oraz niektórych innych ustaw.

 

W ręce władzy centralnej

Zgodnie z projektem, za funkcjonowanie systemu badań technicznych pojazdów oraz sprawowanie nadzoru nad tymi badaniami, a także nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów i szkolenia diagnostów, odpowiadać będą już nie starostowie, jak dotychczas, lecz Transportowy Dozór Techniczny.
Jest to urząd centralny podległy Ministrowi Infrastruktury. Zadanie TDT to zapewnienie bezpiecznego funkcjonowania urządzeń technicznych, mogących tworzyć zagrożenie dla życia lub zdrowia ludzkiego oraz mienia czy środowiska naturalnego.
To, że PiS ogranicza kompetencje samorządów nie jest bynajmniej zarzutem, lecz tylko prostym stwierdzeniem faktu.
Samorządy wiele działań wykonują wolniej, głupiej i kosztowniej niż władza centralna, panuje w nich nepotyzm i zagrożenie korupcją. Tyle, że liderom PiS przeszkadzają nie te patologie, co samo istnienie lokalnych ośrodków władzy, niezależnych od partii rządzącej. I dlatego chcą je zmarginalizować.

 

Przed Bogiem i historią

Starosta we współczesnej Polsce kieruje powiatem. Jest wybierany przez radę powiatu i jako organ samorządowy, nie podlega bezpośrednio władzy centralnej.
Inne jest usytuowanie wojewody, który kieruje terenową administracją rządową w województwie i reprezentuje Radę Ministrów, zaś powołuje go i odwołuje premier.
Natomiast starostowie i wójtowie są niezależni od rządu. Ta samorządność niższych szczebli terytorialnych jest solą w oku dla PiS-u, który pragnie, aby administracja lokalna była hierarchicznie podporządkowana władzy centralnej.
Jarosław Kaczyński konsekwentnie dąży do budowy takiego systemu ustrojowego Polski, jaki obowiązywał w czasach Władysława Gomułki – a uszczuplanie kompetencji samorządowych stanowi ważny krok na drodze do tego celu.
Oczywiście, proste paralele między tymi dwoma politykami będą nieodpowiednie, bo władza Władysława Gomułki była jednak ograniczona. Musiał uważać na niechętne mu frakcje w Biurze Politycznym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a zwłaszcza na towarzyszy radzieckich, no i mógł utracić swoje stanowisko, co też się i stało.
Jarosław Kaczyński rządzi zaś Polską samowładnie, żadnego stanowiska nie utraci, na nikogo zważać nie musi, zaś odpowiedzialny jest jedynie przed Bogiem i historią.
Dziwne więc byłoby – a może nie tyle dziwne, co niezrozumiale szlachetne i mądre – gdyby człowiek dysponujący tak ogromną władzą, nie skorzystał z pokusy przebudowy podległego sobie państwa wedle własnego widzimisię.
Taka przebudowa państwa składa się również i z drobiazgów – takich jak na przykład wyjęcie nadzoru nad stacjami kontroli pojazdów z kompetencji samorządowych i poddanie ich administracji centralnej.

 

Nie powinny jeździć po drogach

Obecnie nadzór nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów sprawuje 380 starostów.
Rząd, proponując zmiany, powołuje się na Najwyższą Izbę Kontroli: „NIK negatywnie oceniła wykonywanie tego zadania przez niektórych z nich. Ponadto, ankieta przeprowadzona przez Ministra Infrastruktury, dotycząca nowych zadań wynikających z implementacji dyrektywy UE, dostarczyła informacji, że starostwa mogą nie poradzić sobie z wykonywaniem zadań nakładanych na Polskę przepisami unijnymi”.
Rzeczywiście, w 2017 r NIK skontrolowała dopuszczanie pojazdów do ruchu w Polsce i stwierdziła w raporcie, że po polskich drogach poruszają się setki tysięcy pojazdów, które nie powinny zostać dopuszczone do ruchu ze względu na ich zły stan techniczny.
Sprzyja temu rosnący import coraz starszych samochodów z Europy Zachodniej, których właściciele bez problemu na konkurencyjnym rynku załatwiają stempel dopuszczający auto do ruchu.
Z ustaleń kontroli NIK wynikało także, że ponad połowa skontrolowanych stacji wykonywała badania samochodów powierzchownie – w niepełnym zakresie lub urządzeniami, które nie spełniały wymagań.
Zdaniem NIK, w dużej mierze była to konsekwencja słabego nadzoru starostów nad przedsiębiorcami prowadzącymi stacje kontroli pojazdów i zatrudnionymi w nich diagnostami.

 

Czasy się zmieniły

We wnioskach pokontrolnych NIK zaproponowała „utworzenie organu nadzorującego i koordynującego działania starostów, przy czym organ ten byłby odpowiedzialny za sprawowanie nadzoru nad systemem badań technicznych”.
Tyle, że NIK nigdzie nie postulowała, by stacje kontroli w ogóle przeszły spod władania starostów w kompetencje administracji centralnej – jak chce tego rząd PiS.
Poza tym, kontrola NIK obejmuje okres do marca 2016 r. Od tego czasu wiele się zmieniło w badaniach technicznych samochodów. Zaczął funkcjonować system CEPiK, wprowadzony przez rząd PO-PSL. Można go ominąć tylko z mocnymi znajomościami lub sporą łapówką – jeśli diagnosta potwierdzi dobry stan auta bez wprowadzania go do systemu, czyli całkowicie na lewo. Jest to jednak spore ryzyko, na które decyduje się tylko niewielu pracowników stacji kontroli pojazdów. W innych przypadkach łatwiej przejść wielbłądowi przez ucho igielne , niźli zdobyć pieczątkę w dowodzie rejestracyjnym, o czym dobrze wie wielu nieszczęsnych kierowców, po parę razy przyjeżdżających na kontrolę.
Tak więc, dziś już nie ma tak ważnych powodów, przemawiających za przejęciem nadzoru nad systemem kontroli technicznej pojazdów, jakie istniały jeszcze dwa lata temu.

 

Kontrolować, ale nie ufać

Rząd nie zamierza jednak rezygnować z rozszerzania zasięgu swej władzy i nadzoru. Powołuje się przy tym nie tylko na NIK, lecz i na Unię Europejską. „Nowe przepisy dostosowują polskie prawo do rozwiązań przyjętych w Unii Europejskiej” – stwierdza Rada Ministrów, czego w istocie nikt nie jest w stanie zweryfikować.
No i oczywiście, według rządu, nastąpi poprawa bezpieczeństwa w ruchu drogowym poprzez „uszczelnienie” systemu badań technicznych. Wyższa będzie jakość pracy diagnostów, poziom ich kwalifikacji i kompetencji. Poprawi się też rzetelność wykonywanych przez nich badań technicznych, a to dzięki wprowadzeniu obowiązkowych okresowych szkoleń diagnostów.
Jak twierdzi rząd, szczególnie mocnym nadzorem zostanie objęta weryfikacja stanu licznika pojazdu. Za cofanie licznika grozić będzie od trzech miesięcy do pięciu lat pozbawienia wolności. Będzie za to odpowiadać i ten, kto to zleca (czyli z reguły właściciel pojazdu), i ten, kto dokonuje fałszerstwa (mechanik).
Natomiast w samych stacjach kontroli technicznej będą dokonywane obowiązkowe kontrole kalibracji i konserwacji sprzętu pomiarowego. Kontrolerzy sprawdzą też, jak archiwizowane są wyniki badań stanu pojazdów.
Rząd źle ocenia to, że ośrodki szkolenia diagnostów funkcjonują na zasadach wolnorynkowych i bez żadnego nadzoru. Dlatego stworzony zostanie system obowiązkowego egzaminowania oraz szkoleń dla diagnostów. Wkrótce powstanie spis warunków jakie będą musiały zostać spełnione. „Chodzi o szczegółowe wymagania dotyczące ośrodków szkolenia (infrastruktura i wykładowcy) oraz nadzoru nad nimi” – wyjaśnia Rada Ministrów.
Tak więc, rząd PiS nie po raz pierwszy sięga po leninowską zasadę „ufać i kontrolować”. Tyle, że twórczo ją modyfikuje. Zaufania praktycznie już nie ma, a za to jest coraz więcej kontroli.