S*ał to kot, zrobiliśmy już dosyć

Czyli, jak prominenci Prawa i Sprawiedliwości rozumieją swą strategiczną misję w służbie dla Polski.
To, że PiS-owska, firmowana przez Mateusza Morawieckiego tzw. Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju jest propagandową lipą, wiadomo było od samego początku. Teraz ta wiedza zyskuje twarde podstawy, budowane dzięki raportom Najwyższej Izby Kontroli.
Dla porządku warto przypomnieć, że w tekście Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju wymieniono 12 projektów, określonych jako flagowe. NIK podkreśla, że kontrola wykonania projektów flagowych została podjęta na skutek licznych informacji wskazujących na nieprawidłowości w ich realizacji, w tym opóźnienia czy wręcz zaniechania działań. „Analiza wykazała liczne ryzyka w obszarze planowania działań, realizacji, zarządzania poszczególnymi projektami flagowymi, zapewnienia finansowania podjętych projektów” – stwierdza Izba.
NIK zauważa, że główną przyczyną nieskuteczności podjętych dotychczas działań było nierzetelne ich przygotowanie. „Nie określono potrzeb oraz celów i wskaźników realizacji programów flagowych, nie ustalono także harmonogramów i budżetów. Nie dokonano analizy ryzyka i przewidywanych skutków, w tym proponowanego sposobu reakcji na ryzyko” – czytamy w raporcie. Nie było ani zatwierdzonych planów, ani mechanizmów zapobiegania zagrożeniom.
Czyli, podjęte działania (o ile można tu w ogóle użyć słowa: „działania”) miały wyłącznie charakter propagandowy, taki jak słynne już, uroczyste położenie cztery lata temu rzekomej stępki pod prom dalekomorski w Szczecinie, też stanowiący jeden z programów flagowych „strategii”. Śmieszy dziś, gdy cytuje się ówczesne wystąpienia prominentów PiS, wygłoszone z okazji położenia tej niby-stępki pod prom widmo.
Andrzej Duda: „To początek przedsięwzięcia o istotnym znaczeniu gospodarczym”.
Mateusz Morawiecki: „Stworzymy popyt na statki, może też na okręty, które będą tutaj budowane. Jest to dla nas kluczowa część całej wielkiej strategii reindustrializacji Polski. Batory znów wypływa na szerokie wody”.
Beata Szydło: „Wykonujemy kolejny krok na drodze do odbudowy polskiego przemysłu stoczniowego i polskiej pozycji na Bałtyku. To pierwszy statek, który po 8-letniej przerwie opuści dawną Stocznię Szczecińską” (dodajmy, że nie opuścił jej i nie opuści).
Joachim Brudziński: „Na całym europejskim rynku stoczniowym nie ma drugich takich specjalistów i takich mistrzów, jak wy. Politycy już zrobili, to co mieli zrobić. Czas politycznego gadania już za nami. A teraz wszystko zostawiamy w państwa rękach”.
Jeszcze w 2019 r., z okazji drugiej rocznicy położenia rzekomej stępki pod prom, Marek Gróbarczyk, ówczesny minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej, żartował: „Prace przy budowie promu idą do przodu”.
Później jednak już nikomu nie było do żartów. Zaczęła się agresja i oskarżenia.
Teraz Joachim Brudziński oświadcza: „Oczekiwanie, że będę przepraszał i tłumaczył się hołocie i popaprańcom, którzy najpierw »zaorali« nasze stocznie a dziś ironizują i martwią się o rynek promowy i stoczniowców jest czymś zdumiewającym. Nie mam zamiaru przepraszać za swe zaangażowanie i wiarę, ze w Szczecinie jest możliwa odbudowa potencjału stoczniowego. Mam się tłumaczyć, ze od 2015 roku robię co tylko w mojej mocy aby stworzyć warunki umożliwiające odbudowę tego co ci popaprańcy zniszczyli?”.
Co do formy tej wypowiedzi Joachima Brudzińskiego, to jest ona dobitnym przykładem tego, jak Prawo i Sprawiedliwość rozumie kulturę polityczną i walkę z mową nienawiści. Natomiast co do treści, wydaje się, że tym razem Joachimowi Brudzińskiemu można uwierzyć. Zapewne rzeczywiście zrobił on wszystko co w jego mocy. I to jest właśnie problem – że jego możliwości okazały się aż tak nikłe.
Słusznie też Joachim Brudziński zapewnia, że nie będzie przepraszać za swe zaangażowanie i wiarę. Oczywiście, że tak! Wystarczy, jeśli przeprosi za swoją nieskuteczność – choć i tego nie zamierza robić.
Wypowiedź Joachima Brudzińskiego nie spotkała się z przychylnością w środowisku PiS. Można było bowiem odnieść wrażenie, że czepia się swoich, kala własne gniazdo i ma pretensje do PiS-owskiej wszak ekipy, która miała wybudować ów prom. Dlatego dobitnie odpowiedziała mu Małgorzata Jacyna -Witt, przewodnicząca rady nadzorczej Stoczni Szczecińskiej, radna i szefowa klubu PiS w sejmiku zachodniopomorskim: „Zrobiliśmy w Polsce bardzo dużo. S*ał kot tę stępkę”. To ważne słowa pani przewodniczącej, niejako emblematyczne dla całej ekipy rządzącej. Pokazują one bowiem jak Prawo i Sprawiedliwość rozumie swą misję w służbie dla kraju. Otóż, misja ta polega na podkreślaniu, jak dużo PiS już zrobiło dla Polski i Polaków. Gdyby zaś ktoś oczekiwał konkretów, to należy mu odpowiedzieć, że s*ał to kot.
Wydaje się, że te trzy słowa pani przewodniczącej Małgorzaty Jacyny-Witt można też odnieść do oceny całej Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju, formułowanej w łonie Prawa i Sprawiedliwości: S*ał ją kot, my idziemy do przodu i mnożymy kolejne obietnice. Nie ma co odwracać się za siebie. Zrozumiałe zatem, że prominentom PiS bardzo nie podoba się działalność Najwyższej Izby Kontroli, która właśnie odwraca się za siebie i ma czelność krytykować swoich. NIK nie zostawia zaś suchej nitki na Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju. Stwierdza, że nie było skutecznej współpracy i koordynacji działań pomiędzy wszystkimi podmiotami zaangażowanymi w dany program flagowy. Wady w zarządzaniu programami stanowiły istotną barierę w realizacji celów SOR. Dotychczas nie udało się zrealizować zamierzenia przyjętego w strategii, by wzmocnić zdolności państwa do określania i realizacji celów oraz procesów rozwojowych. Sposób działania administracji nie został uporządkowany i skoncentrowany wokół wspólnych celów. Poszczególni ministrowie skupiali się jedynie na wąsko rozumianych zadaniach własnych, bez angażowania się w tworzenie warunków skutecznej realizacji wspólnych celów administracji rządowej. To nie wszystko. NIK podkreśla też, że w żadnym z programów flagowych nie zapewniono środków niezbędnych do ich realizacji. Nie opracowano budżetu ani nie wskazano i nie zabezpieczono źródeł sfinansowania. Ministrowie, przewodnicząc poszczególnym komitetom sterującym (odrębnym dla każdego programu, o ile je w ogóle powołano) i będąc odpowiedzialnymi za nadzór nad realizacją programów, nie wykonali nałożonych na nich zadań. Nie zapewnili prawidłowej organizacji prac komitetów sterujących, nie ustalili planu działań. Zaniechali też zwoływania komitetów sterujących z częstotliwością wymaganą choćby z potrzeby rozwiązywania krytycznych problemów występujących w realizacji programów flagowych. Na tym ponurym tle jasnym ewenementem jest program flagowy Polskie Meble. W jego przypadku, objęcie przez Polskę pozycji lidera w eksporcie mebli w Europie w 2019 r. oznaczało osiągnięcie celu nawet rok wcześniej niż zakładano. Co do wielu innych programów flagowych, to trudno nawet ocenić, czy w ogóle coś zrobiono. Nie było bowiem możliwe dokonywanie rzetelnych ocen stopnia realizacji projektów flagowych, nie zapewniono właściwych narzędzi weryfikacji, kontroli i oceny informacji przedkładanych przez podmioty odpowiedzialne za realizację projektów – a tym samym, nie było właściwej koordynacji procesów realizacyjnych. Nie opracowano mierników osiągania kolejnych etapów ani końcowych celów poszczególnych projektów. System monitorowania tych projektów, jeśli zaś był, to był nierzetelny. „Nie zapewniał pełnej i wiarygodnej wiedzy o stanie zaawansowania poszczególnych programów. Nie był też skutecznym narzędziem sygnalizowania o występujących ryzykach” – stwierdza NIK. No oczywiście, że nie zapewniał pełnej i wiarygodnej wiedzy! Przecież właśnie o to chodziło, by nikt się nie dowiedział, że Strategia Odpowiedzialnego Rozwoju to jedynie produkt propagandowy. Co na to wszystko PiS-owska ekipa rządząca? Odpowiedź zapewne będzie jedna: S*ał to kot, my zrobiliśmy już dosyć.

Gospodarka 48 godzin

Jak władza umila życie
Zgodnie z PiS-owską tradycją, funkcjonariusze policji odwiedzili w poranek (tym razem czwartkowy) domy prezesa NIK oraz jego syna. W tym przypadku, w ramach antybanasiowych działań stosowanych przez obecną ekipę, upowszechniono fake news o rzekomych planach samobójczych syna szefa NIK. Marian Banaś to jednak prywatnie twardy karateka i te szykany ze strony władzy nie powstrzymały go przed wystąpieniem na konferencji prasowej, na której przedstawił raport o bezprawnych i marnotrawnych działaniach ekipy rządzącej, mających wymusić przeprowadzenie wyborów korespondencyjnych w dniu 10 maja 2020 r. Na tej konferencji prezes NIK poinformował, że tak się jakoś dziwnie złożyło, że dwa dni wcześniej do NIK dotarł mail, że jest bomba w budynkach i delegaturach Izby. „A w czwartek rzekomo, że mój syn ma popełnić samobójstwo, więc policja pojawiła się u mojej rodziny w Krakowie i u syna. O komentarz poproszę już was samych” – powiedział Marian Banaś pod adresem dziennikarzy na konferencji. Komentarz nasuwa się tu jeden: Marian Banaś jest tylko człowiekiem i dlatego trzeba go prosić, by uważał na siebie (i niech uważają jego najbliżsi), mając na względzie los innego prezesa NIK, Waleriana Pańki, który zginął w wypadku samochodowym w 1991 r. A także los paru pracowników NIK, którzy także stracili życie, w czasie gdy akurat zajmowali się ważnymi aferami.

Kosztowne kanały
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął dwa postępowania antymonopolowe: przeciwko Telewizji Polsat i czterem spółkom z grupy kapitałowej Discovery. Zdaniem UOKiK, mogą oni wykorzystywać swoją pozycję na rynku dystrybucji kanałów telewizyjnych do działań na niekorzyść operatorów telewizji kablowej i pośrednio konsumentów. Zastrzeżenia budzi zwłaszcza sposób sprzedaży programów w pakietach. Polsat oraz te cztery spółki (Discovery Communications Europe, Discovery Communications Benelux, Discovery Polska i Eurosport) zajmują się dystrybucją programów telewizyjnych wyprodukowanych przez siebie lub w ramach swoich grup kapitałowych. Te kanały są sprzedawane operatorom telewizyjnym, głównie sieciom kablowym. UOKiK oświadczył, że otrzymywał w ostatnim czasie wiele skarg od operatorów, stowarzyszeń branżowych oraz konsumentów, dotyczących ograniczania swobody kształtowania oferty programowej czy wyboru programów telewizyjnych. – Głos płynący z rynku wskazywał na pogłębiającą się nierównowagę między nadawcami lub dystrybutorami a operatorami, za co w konsekwencji płacą konsumenci. Z naszych ustaleń w ramach postępowania wyjaśniającego wynika, że powyższy stan jest konsekwencją polityki sprzedażowej nadawców lub dystrybutorów telewizyjnych – Telewizji Polsat oraz spółek z grupy Discovery – oznajmił prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Z informacji Urzędu wynika, że operatorzy mają możliwość zakupu programów w pakiecie – 28 od Telewizji Polsat i co najmniej 6 w przypadku spółek z grupy Discovery. Mogą również kupować pojedyncze kanały, jednak jest to dla nich absolutnie nieopłacalne. Przykładowo zakup tylko dwóch programów od Polsatu może być droższy od całego pakietu programów, w którym są również te dwa kanały. Z kolei w przypadku Discovery, nabycie trzech programów telewizyjnych może być droższe od zakupu któregokolwiek z pakietów oferowanych przez grupę Discovery.

Życie w cieniu plastiku

Ostrożność podczas zakupów nie wystarczy, bo pozostałości groźnych substancji z mikroplastiku mogą być też w żywności i wodzie.
Tworzywa sztuczne to nie tylko ogromny problem dla naszego środowiska, ale także dla naszego zdrowia, na co wskazuje coraz więcej badań. Głównym zagrożeniem nie jest nawet sam plastik, a różnego rodzaju dodatki, które się w nim znajdują: tzw. plastyfikatory, wypełniacze, barwniki, stabilizatory i różne inne środki chemiczne stosowane w celu nadania plastikowi pożądanych właściwości.
W ostatnim czasie coraz częściej pojawiają się też informacje o obecności w pożywieniu i wodzie pitnej mikroplastiku, który powstaje w wyniku rozpadu tworzyw sztucznych na mikrocząsteczki. Mikroplastik wraz z odprowadzanymi ściekami z gospodarstw domowych (gdzie powstaje m.in. w trakcie ścierania pranej odzieży wytworzonej z syntetycznych tkanin) przedostaje się do rzek, a następnie do mórz i oceanów, trafiając do łańcuchów pokarmowych, a po spożyciu ryb i owoców morza – z powrotem do organizmu człowieka.
Na szkodliwe działanie i wpływ substancji zawartych w tworzywach sztucznych narażone są także najmłodsze dzieci korzystające z plastikowych zabawek: niepożądane substancje mogą przenikać do ich organizmów ze względu na częsty kontakt takich zabawek bezpośrednio z ustami. Te problemy mogą być coraz poważniejsze, ponieważ z roku na rok rośnie na świecie produkcja tworzyw sztucznych – z niespełna 30 mln ton rocznie w latach sześćdziesiątych, do ponad 350 mln ton rocznie obecnie.
W Polsce, w zależności od rodzaju produktów i wyrobów z tworzyw sztucznych, dwie Inspekcje: Państwowa Inspekcja Sanitarna oraz Inspekcja Handlowa (której działalnością kieruje prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów) kontrolują przestrzeganie przepisów normujących zawartość substancji niebezpiecznych w tworzywach sztucznych. Pierwsza z nich bada generalnie wyroby mające kontakt z żywnością (np. opakowania i naczynia), druga kontroluje pozostałe produkty, dla których takie normy ustanowiono – w szczególności zabawki.
Działania kontrolne UOKiK koncentrują się zwłaszcza na bezpieczeństwie zabawek z polichlorku winylu (PCW) badanych pod kątem zawartości ftalanów. NIK zwraca uwagę na ograniczone możliwości badawcze laboratoriów UOKiK. Badaniem zawartości substancji w produktach z tworzyw sztucznych zajmowały się tylko dwa spośród ośmiu laboratoriów UOKiK: w Łodzi oraz w Lublinie. Dlatego, z powodu braku możliwości wykonywania przez nie niektórych analiz, występuje konieczność zlecenia analiz laboratoriom zewnętrznym.
W latach 2017 – 2019 rocznie wykonywano ok. 200 badań zabawek z PCW w kierunku zawartości ftalanów. Wprawdzie wykonywano w ten sposób tym samym plany badań, tym niemniej są to nader ograniczone działania. Zdaniem NIK liczba przeprowadzonych badań wynikająca z możliwości badawczych laboratoriów UOKiK była niewielka, zwłaszcza biorąc pod uwagę wielkość rynku zabawek oraz łatwość natrafienia na niebezpieczne produkty (według danych Krajowej Administracji Skarbowej sama liczba zgłoszeń celnych dla zabawek z tworzyw sztucznych w latach 2017–2019 wyniosła w Polsce ponad 40 tys.). Do ograniczonych możliwości badawczych swoich laboratoriów przyznał się również prezes UOKiK w trakcie kontroli NIK.
Najwyższa Izba Kontroli zwraca również uwagę, na długi czas badania próbek zabawek na zawartość ftalanów w laboratorium UOKiK w Łodzi – średni czas oczekiwania na wyniki tych badań wynosił od 25 do 34 dni (od daty ich dostarczenia do laboratorium). Tymczasem, takie badania powinny i mogłyby być wykonywane nawet w terminie od 5 do 7 dni. W przypadku części zabawek w których wykryto ftalany w niedozwolonych stężeniach, w trakcie oczekiwania na wyniki badań dochodziło do ich sprzedaży, co stwarzało zagrożenie dla dzieci. W trakcie kontroli NIK ustalono, że łącznie sprzedano 451 sztuk niebezpiecznych zabawek.
Wprawdzie w takich przypadkach UOKiK podejmował działania zmierzające do wycofania z obrotu takich zabawek i ich zwrotu do sprzedawców (służyło temu nakazywanie sprzedawcom publikacji ogłoszeń prasowych o stosownej treści), jednak wcale to nie oznaczało, że zakupione zabawki rzeczywiście były zwracane przez klientów.
Prezes UOKiK prowadził rejestr wyrobów z tworzyw sztucznych niezgodnych z wymaganiami, co mało na celu ich wycofanie z rynku. Natomiast Główny Inspektor Sanitarny wprowadził procedurę urzędowej kontroli materiałów i wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Jednak przy wykonywaniu czynności kontrolnych, z powodu braku stosownych uregulowań w prawie unijnym i polskim, organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej nie uwzględniały w swych działaniach badań zawartości mikroplastiku w wodzie pitnej i żywności. Dopiero 12 stycznia 2021 r. weszła w życie zmieniona Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady Unii Europejskiej w sprawie jakości wody przeznaczonej do spożycia przez ludzi, zgodnie z którą będzie można prowadzić monitoring mikroplastiku w wodzie. Jednak nie zaraz, bo Komisja Europejska dostała czas na przyjęcie tej procedury badawczej do 12 stycznia 2024 r.
W latach 2017–2019 organy Państwowej Inspekcji Sanitarnej zbadały w całym kraju 4263 próbek materiałów i wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. Dane te obejmują nie tylko tworzywa sztuczne, ale również inne wyroby (np. opakowania ze szkła i metalu). Odsetek zdyskwalifikowanych wyrobów był niewielki – od 0,6 do 1,9 proc., co może świadczyć o tym, że oferowane na polskim rynku wyroby przeznaczone do kontaktu z żywnością, w tym także te wykonane z tworzyw sztucznych, są bezpieczne.
Zdarzały się jednak niekiedy zaniedbania – na przykład w 2019 r. z powodu braku pieniędzy (ok. 500 tys. zł) w jednym laboratorium nie wykonano 47 z 50 zaplanowanych badań. Główny Inspektorat Sanitarny tłumaczył, że ograniczenie liczby takich badań przez jeden rok nie niosło istotnego ryzyka dla konsumentów, ale Najwyższa Izba Kontroli nie podzieliła tego poglądu. Ponadto, niedobory sprzętowe w laboratoriach były powodem wydłużonego czasu badania (od 28 do 45 dni) niektórych próbek produktów. „W konsekwencji w jednym przypadku stwierdzono sprzedaż konsumentom 12 łyżek nylonowo-stalowych, w których stwierdzono ponadnormatywną migrację amin aromatycznych” – wskazuje NIK.
Generalnie jednak, polskie organy niezwłocznie i co do zasady prawidłowo reagowały na powiadomienia w unijnych systemach wczesnego ostrzegania o niebezpiecznej żywności i paszach oraz szybkiej wymiany informacji o niebezpiecznych produktach z tworzyw sztucznych. Krajowy Punkt Kontaktowy znajdujący się w Głównym Inspektoracie Sanitarnym, rozpatrzył w ostatnich latach kilkadziesiąt spraw dotyczących materiałów i wyrobów wykonanych z plastiku przeznaczonych do kontaktu z żywnością, zgłoszonych do tych systemów. Najczęściej chodziło o zestawy naczyń zawierające szkodliwy formaldehyd, aminy aromatyczne i melaminę.
Po kontroli NIK wystąpiła z wnioskiem do premiera Mateusza Morawieckiego, aby zwiększył potencjał badawczy laboratoriów UOKIK oraz wyeliminował bariery utrudniające organom Państwowej Inspekcji Sanitarnej szybsze badania wyrobów przeznaczonych do kontaktu z żywnością. A do prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów – aby skrócił czas oczekiwania na wyniki badań próbek zabawek mogących stanowić zagrożenie dla dzieci.

Flaczki tygodnia

Pamiętacie to: „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie, Ja z synowcem na czele, i jakoś to będzie…”?
Toż to najlepsze streszczenie misternie tkanego przez wicemarszałka Senatu Michała „Misia” Kamińskiego politycznego planu doprowadzenia jaśniepana prezesa Kaczyńskiego do stanu takiego wkurwienia, aby oszalały ze złości, porzucił posiadaną władze niczym gorącą cegłę. I jednoczesnego skaperowania pana wicepremiera Gowina w celu stworzenia Rządu Tymczasowego, opartego na zgodnej koalicji od lewicowego Zandberga po skonfederowanego Brauna, podnoszącego porzuconą na bruku władzę. Aby otrzepać ją z PiS-owskiego gówna i skonsumować przy wspólnej wieczerzy jeszcze w tym miesiącu.

Plan był tak fantastycznie prosty, że musiały się zakochać w nim gromadki cudownych dzieci komentujących politykę w polskich, liberalnych mediach. Pod przewodem tych złotych : Tomka Lisa, Moniki Olejnik, Zbyszka Hołdysa, i Tomka Wołka też. Zamkniętych od miesięcy przez pandemię w domach, nieczytających już politologicznych tekstów, komentujących jednie siebie nawzajem.
Co gorsza, swą miłością i wiarą w cudowny „Misiowy” plan, pozarażali oni zawodowych, profesjonalnych ponoć, polityków Platformy Obywatelskiej. Też osłabionych intelektualnie brakiem żywego kontaktu ze społeczeństwem, absencją w samokształcenia się. Upojonych sondażami i lajkami do swych twetterowych komentarzy. Opium polskiej klasy politycznej.

Dopiero politycy Lewicy przerwali ten polityczny miraż i ocalili liderów Platformy Obywatelskiej przed nieuchronną i kompletną kompromitacją. Paradoksalnie to dzięki porozumieniu Lewicy i PiS, liderzy PO i usłużni im komentatorzy, mogą teraz nadal przekonywać się i innych, że ich misterna intryga miała wielkie szanse na sukces. Nie doczekali go jednak, bo zostali zdradzeni, o świcie rzecz jasna, przez podstępną Lewicę. Podłych PiS- owskich sługusów. Ale dzięki temu honor i cnota polityczna PO zostały ocalone.
O klęsce politycznej PO rozmawiać już w liberalnych mediach nie wypada, zwłaszcza wśród ludzi czułych tam na estetyczną stronę polityki.

Na tych samych zasadach myślowych miliony Polaków od siedemdziesięciu lat samo oszukują się w przekonaniu, że Powstanie Warszawskie miało szansę na sukces, czyli pokonanie militarnie Hitlera i politycznie Stalina. Nie udało się, tylko dlatego, że podły Stalin nie chciał pomóc Powstaniu w pokonaniu siebie.

Miłośnikom wizji sejmowego powstanie przeciwko prezesowi Kaczyńskiemu pod wodzą pana wicepremiera Gowina polecamy: https://krytykapolityczna.pl/kraj/lewica-poparla-pis-meltdown-komentarz-galopujacy-major/.

Miłośnikom odgrzewanej przez liberalnych komentatorów „Estetyki Polityki”, zwłaszcza zasady, że „Z terrorystami, czyli z PiS, nie rozmawia się”, Flaczki przypominają rok 1998. Wtedy to specjalny wysłannik polskiego MSZ Zenon Kuchciak otrzymał od liberalnych mediów przydomek „polskiego Jamesa Bonda”. Za negocjacje z czeczeńskimi terrorystami, zakończone zwolnieniem pięciu porwanych polskich obywateli. Wtedy to redaktor Monika Olejnik psalmy ku czci Kuchciaka wyśpiewywała, bo dzielnie z terrorystami pogadał.

Nieprawdą też jest, co bezmyślnie liberalni komentatorzy polityczni powtarzają, że przegłosowania unijnego funduszu odbudowy wzmocniło rządzącą, koalicyjną Zjednoczoną Prawicę. Dało im spokojny czas do wyborów w konstytucyjnym terminie jesieni 2023 roku i unijne pieniądze na przekupienie wyborców, czyli Polaków.
Nieprawdą jest, że obywatele naszej Polski głosują jedynie za pieniądze. Flaczki mają wiele krytycznych ocen Polaków, lecz nie redukują ich politycznych wyborów do poziomu „Dasz kiełbasę – masz mój głos”.

Nieprawdą też jest, że wspomagające w sejmie głosy Lewicy wielce wzmocniły Zjednoczoną Prawicę. Przeciwnie, tamte głosy mogą okazać się pocałunkiem śmierci dla jedności polskiej prawicy i partii jaśniepana prezesa.
Pan minister Zbigniew Ziobro i jego Solidarna Polska zostali publicznie upokorzeni przez jaśniepana prezesa Kaczyńskiego. Co z tego, że jaśniepan prezes nie pogonił ziobrystów z koalicji od razu. Co ma wisieć nie utonie.

Pan minister Ziobro jest twarzą „reformy wymiaru sprawiedliwości” w obecnym rządzie. Na szczęście dla Polski jego „reformy” nie zostały dokończone, a system został zrujnowany do szczętu. Choć sądy działają wolniej i gorzej niż przed „reformą”, co każdy ich klient zauważy.
Teraz „reformy Ziobry” dostaną kolejny hamulec – unijny mechanizm „Pieniądze za praworządność”. Im więcej będzie przeprowadzanych ziobrowskich „reform”, tym więcej będzie ze strony Unii Europejskiej gróźb zablokowania i opóźnień transferów zaplanowanych już w rządowych programach pieniędzy.
Zatem w interesie pana premiera Morawieckiego nie będzie wspieranie „reform” i jakiejkolwiek innej działalności pana ministra Ziobry. Może nawet uczynić go odpowiedzialnym za kłopoty rządu w pozyskiwaniu pieniędzy z Unii. Potrzebnych przecież na kiełbasę wyborczą dla PiS.

Pan minister Ziobro wie, że on i jego drużyna, nie znajdą się na listach wyborczych PiS. Dlatego nie jest w jego interesie politycznym utrwalanie tej koalicji rządzącej aż do konstytucyjnego terminu wyborów.
Jedyną jego skuteczną obroną może być tylko atak. Nie zdziwmy się, jeśli niebawem ujrzymy w liberalnych mediach materiały kompromitujące jego przeciwników politycznych. Zwłaszcza tych „zdrajców sprzedających suwerenności Polski za judaszowe, brukselskie srebrniki” razem z „komunistami Czarzastego”.
I tak to dzięki sejmowym głosom Lewicy będą od miały Ziobry tematy TVN i „Gazeta Wyborcza”.

Stronnictwo pana premiera Morawieckiego zapewne też ma swoje haki i kompromaty na pana ministra Ziobrę jego współpracowników. Zwłaszcza obyczajowe, prezentujące grzeszne życie tych młodych jeszcze chłopaków. Prawicowe spory rychło spod ministerialnych dywanów przeniosą się na medialne ringi.

A przecież jest jeszcze pan prezes Marian Banaś z Najwyższej Izby kontroli. Ma plik rachunków krzywd do uregulowania z byłymi kolegami politycznymi.
Jest jeszcze pan wicepremier Gowin, który raz chce wybić się na niepodległość, a innym razem już niekoniecznie. Ale może kiedyś nadejść to głosowanie w którym ten jego jeden głos może wreszcie zaważyć.

A wszystkie te przyszłe rzezie prawicowych niewiniątek jednak swymi głosami Lewica przyśpieszyła.

Gospodarka 48 godzin

Ważne, kto to mówi
Warto jeszcze raz powtórzyć i dobrze zapamiętać to co powiedział prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś. Stwierdził on, że ten kto się nie zgadza z obecną władzą, na podstawie pomówień może być w każdej chwili aresztowany i skazany – i jest to w czystej postaci państwo policyjne, którym rządzą służby, a nie premier, prezydent czy parlament. Prezes Marian Banaś niby nie powiedział nic nowego, chyba wszyscy Polacy wiedzą, że tak właśnie funkcjonuje panowanie Prawa i Sprawiedliwości w naszym kraju. Ważne jednak, że mówi to osoba wywodząca się z samego jądra PiS-owskiej władzy, taka która dobrze wie co mówi – i zna metody funkcjonowania ekipy, która ją postawiła na wysokie stanowisko. Trzeba mieć nadzieję, że wszyscy zapamiętamy te słowa prezesa Mariana Banasia. Niezależnie od obozu z którego się wywodzi, dziś należy docenić to, że nie chce on już dłużej być po złej stronie mocy – i staje w prawdzie. Prawdziwe są też jego słowa, iż NIK to dziś jedyna niezależna instytucja, na którą nie ma wpływu żadna partia ani władza. Może należałoby tu jeszcze wymienić Rzecznika Praw Obywatelskich, ale raporty rzecznika władza PiS może lekceważyć, zaś z wynikami kontroli NIK już się nie da tego tak łatwo zrobić.

Polacy zarabiają, państwo wydaje
W 2020 roku łączne wydatki publiczne naszego państwa w przeliczeniu na jednego mieszkańca wyniosły 29 754 zł i były o 5325 zł wyższe od jego dochodów. Ponadto, były aż o 4550 zł wyższe niż rok wcześniej – podaje FOR. W rezultacie polski dług publiczny wzrósł do 34 057 zł na osobę (czyli o 6521 zł), przy czym ponad jedna szósta tego zadłużenia, czyli ok. 5920 zł na mieszkańca to dług poza kontrolą parlamentu. Ubiegłoroczne wydatki na powstrzymanie i walkę ze skutkami pandemii COVID-19, w tym rekompensaty za lockdown, wyniosły 2722 zł, co oznacza, że 40 proc. wspomnianego przyrostu wydatków stanowią wydatki niezwiązane z pandemią.

Groźna bankowość internetowa
Po raz kolejny potwierdza się, że w Polsce nikomu nie należy ufać. Nie po raz pierwszy przestępcy podszywają się pod banki. Teraz, występując jako PKO Bank Polski, rozsyłają e-maile o tytule „Nieprawidłowy IBAN”. Fałszywa wiadomość przypomina e-maila z PKO BP – zawarta jest w niej prośba o sprawdzenie załączonego numeru IBAN. Załącznik zawiera szkodliwe oprogramowanie – jego otwarcie może sprawić, że stracimy pieniądze. IBAN to międzynarodowy numer kont bankowych. Umożliwia on przelewanie środków na zagraniczne rachunki bankowe oraz na otrzymywanie środków z zagranicy na konto krajowe. Numer IBAN jest unikalny i opisuje bank oraz właściciela prowadzonego w nim rachunku w przelewach międzynarodowych. Przestępcy w swoich mailach powołują się na rzekome przelewy pieniędzy na rachunek bankowy klientów PKO BP. Kłamliwy komunikat brzmi: ” Dzień dobry, z pozdrowieniami od naszego klienta próbowaliśmy wysłać przelew, ale wraca, potwierdź, że załączony numer IBAN jest prawidłowy lub możesz przesłać prawidłowy numer konta, abyśmy mogli przetworzyć płatność „. Władze banku PKO BP apelują, aby nie otwierać załączników i nie klikać w linki podane w tego rodzaju e-mailach i załącznikach. Jeśli kliknie się w link, straci się pieniądze i kontrolę nad kontem.

Jaka PiS-owska afera może zostać ujawniona tym razem?

NIK chce skontrolować Polską Fundację Narodową. Fundacja to uniemożliwia – i publikuje kuriozalne oświadczenie, że PFN jest podmiotem prywatnym, nie dysponującym środkami publicznymi (!).
Najwyższa Izba Kontroli zawiadomiła 6 kwietnia prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez zarząd państwowej Polskiej Fundacji Narodowej. Przestępstwem tym ma być to, że władze PFN uniemożliwiły NIK-owi skontrolowanie finansów fundacji. Dodajmy, że finansów mocno kontrowersyjnych.
Polska Fundacja Narodowa to z każdego punktu widzenia instytucja tak bardzo PiS-owska, jak sobie tylko można wyobrazić. Została powołana z inicjatywy prominentów PiS, a mówiąc dokładniej, na polityczne polecenie nowej władzy. 16 listopada 2016 r. utworzyło ją (i finansuje jej istnienie) 17 spółek państwowych, od Enei po Polskie Koleje Państwowe (alfabetycznie licząc). Spółki te zostały uprzednio obsadzone przez nominatów PiS, więc nikt z ich nowych prezesów nie dyskutował z polityczną dyrektywą, nakazującą wykładanie publicznej kasy na PFN.
Działalność Polskiej Fundacji Narodowej ma służyć umacnianiu władzy Prawa i Sprawiedliwości, i jego zwycięstwu w kolejnych wyborach, poprzez uprawianie propagandy polskiego sukcesu i chwalenie rzekomych dokonań obecnej władzy na tej niwie. A także umożliwiać zarabianie sporych pieniędzy z publicznej kiesy przez PiS-owskich krewnych i znajomych królika.
PFN ma zatem sławić rozmaite polskie dokonania, dbać o dobre imię i honor Polski (a jak wiemy od ponad 80 lat, honor jest rzeczą bezcenną) – i prowadzić w tym celu działania, którymi kierują zaufani (i sowicie wynagradzani) ludzie obecnej ekipy. Pierwsze słowa na stronie internetowej PFN są następujące: „Dla nas Polaków nie ma rzeczy niemożliwych – tak jest od zawsze. Chcemy pokazać naszą solidarność, wrażliwość, gościnność, przedsiębiorczość, kreatywność, pracowitość i determinację. Pragniemy promować nasze sukcesy w nauce, bogatą kulturę, wspaniałą historię i niepowtarzalną przyrodę. Taką misję ma Polska Fundacja Narodowa”.
Nieco śmieszne jest to, że PFN chce reklamować te cechy Polaków, które są raczej mało obecne. Przede wszystkim warto jednak zauważyć, że zamiary PFN są opisane w czasie przyszłym. Władze PFN mówią o tym, co chcą i pragną robić – a nie o tym, co rzeczywiście robią. I słusznie, bo faktyczna działalność PFN jest znikoma i mało zauważalna w stosunku do pieniędzy, jakie otrzymuje fundacja i jej ekipa. Jeden Aleksander Doba, przepływając trzy razy kajakiem Atlantyk zrobił znacznie więcej dla promowania korzystnego wizerunku Polski niż cała Polska Fundacja Narodowa przez ponad cztery lata swego istnienia. Na marginesie – nikt w PFN nie raczył zająć się wykorzystaniem dokonań Doby dla promocji naszego kraju, co dobitnie pokazuje, jakie są kompetencje i pracowitość tej ekipy. Ale kasa ze środków publicznych, otrzymywana przez PFN jest jak najbardziej realna i obfita.
W rezultacie, od samego początku istnienia Polskiej Fundacji Narodowej pojawiają się informacje o rozrzutności władz fundacji, o przeznaczaniu publicznych środków na cele polityczne PiS, o braku profesjonalizmu, przemilczaniu szczegółów swoich wydatków organizowanych poza kontrolą. Jednym z przykładów może być finansowanie przez PFN prorządowej, opierającej się na przekłamaniach i manipulacji kampanii „Sprawiedliwe sądy” (nazwa typowo orwellowska, tak jak Ministerstwo Miłości), której faktycznym celem było podporządkowanie sądów PiS-owskiej władzy. Ciekawe, jak to się miało do misji PFN, która ma „pokazać naszą solidarność, wrażliwość, gościnność, przedsiębiorczość, kreatywność, pracowitość” i tak dalej.
Oczywiście wszystkie te zarzuty spływały dotychczas po władzach PFN jak woda po psie, bo wiadomo było, że gdy rządzi PiS, nikomu z władz fundacji nie spadnie włos z głowy. Ale dopóty dzban wodę nosi… Polską Fundacją Narodową zajęła się bowiem Najwyższa Izba Kontroli.
Działalność NIK mocno bulwersuje Jarosława Kaczyńskiego i innych PiS-owskich dygnitarzy. Przecież nie po to obsadza się NIK swoim człowiekiem, żeby potem Izba zabierała się za kontrolowanie PiS-owskich instytucji. Jednak szef NIK Marian Banaś boleśnie odczuł to, że władze PiS zwróciły się przeciwko niemu, gdy wybuchły kontrowersje związane z wynajmem jego kamienicy, zatajeniem faktycznego stanu majątkowego oraz z nieudokumentowanymi źródłami dochodu. Banaś, prywatnie twardy karateka, zapewne powiedział sobie wtedy: „Chcieliście wojny, no to ją macie” – i skierował siły kontrolne NIK przeciwko PiS-owskim urzędom i instytucjom. PiS postanowiło natomiast wyeliminować Banasia, co jednak bez zmiany Konstytucji będzie trudne do przeprowadzenia.
Polska Fundacja Narodowa stała się oczywistym celem dla NIK – bo wydaje się pewne, że wnikliwe skontrolowanie jej finansów może doprowadzić do ujawnienia szkodliwych dla PiS afer, których już nie uda się zatuszować. Władze PFN zastosowały więc jedyny środek ratunkowy – i po prostu uniemożliwiły kontrolę inspektorom NIK. Marian Banaś jednak nie odpuścił, uznał to za przestępstwo i zawiadomił prokuraturę.
PIS-owska prokuratura najprawdopodobniej stwierdzi, że oczywiście nie ma mowy o żadnym przestępstwie władz Polskiej Fundacji Narodowej – ale pozostaje jeszcze opinia publiczna, która naturalnie została zawiadomiona przez NIK. A informacja o tym, że władze Polskiej Fundacji Narodowej próbują unikać kontroli, jest mocno kompromitująca dla PiS.
Polska Fundacja Narodowa (zapewne realizując swą misję) zaczęła atakować izbę. Władze PFN oświadczyły, iż ogłaszanie opinii publicznej przez NIK, że w związku z prowadzoną kontrolą ujawniono fakty uzasadniające podejrzenie popełnienie przestępstwa przez zarząd Polskiej Fundacja Narodowej jest „niestosowne”, bo żadne „przestępstwo nie zaistniało”.
W kuriozalnym oświadczeniu władz Polskiej Fundacji Narodowej znalazły się słowa, że Polska Fundacja Narodowa to podmiot prywatny, niedysponujący środkami publicznymi (sic!), który „nie dysponuje w działalności majątkiem lub środkami państwowymi” – a więc nie podlega kontroli NIK. PFN zarzuca, że Najwyższa Izba Kontroli w dotychczasowej korespondencji z Polską Fundacją Narodową, nie wykazała „swojej kompetencji kontrolnej wobec PFN”, pomimo żądań ze strony fundacji.
Najwyższa Izba Kontroli rozbija w puch te zdumiewające wywody władz PFN. NIK przypomina najpierw, że dysponuje także prawem kontroli podmiotów niepowiązanych wprost z aparatem władzy państwowej, ale korzystających ze środków o charakterze publicznym w każdej formie i wielkości. Dlatego zwykło się określać Najwyższą Izbę Kontroli jako strażnika publicznego grosza.
NIK stwierdza także to, co każdy widzi: iż PFN to jednostka organizacyjna, która jest zasilana środkami ze spółek Skarbu Państwa. Izba zrwaca uwagę, że siedemnaście dużych spółek działających z udziałem Skarbu Państwa dokonało wpłat na fundację – i dokonuje ich dalej na działalność PFN (co będzie trwać jeszcze co najmniej przez sześć lat). Polska Fundacja Narodowa powinna otrzymać do 2026 r. łącznie ponad 633 mln zł.
NIK zauważa także, że istnieje „konieczność zaprowadzenia większej transparentności wydatków Polskiej Fundacji Narodowej”, co jest częstym tematem dyskusji publicznej oraz przedmiotem zastrzeżeń części przedstawicieli klasy politycznej czy urzędników państwowych.
Izba chce więc pomóc władzom PFN w osiągnięciu tej transparentności – i dlatego postanowiła w listopadzie 2020 r. podjąć kontrolę w Polskiej Fundacji Narodowej.
Niestety, władze PFN jakoś nie kwapią się do skorzystania z tej pomocy. NIK wskazuje, że pomimo upływu kolejnych wyznaczanych terminów, zarząd PFN nie zapewnił kontrolerom Izby dostępu do dokumentów umożliwiających przeprowadzenie czynności kontrolnych. Dlatego właśnie Najwyższa Izba Kontroli postanowiła złożyć zawiadomienie dotyczące podejrzenia popełnienia przestępstwa polegającego na udaremnieniu (a także utrudnianiu) przeprowadzenia kontroli.
Chodzi o przestępstwo wskazane w art. 98 ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli: „Kto osobie uprawnionej do kontroli, o której mowa w niniejszej ustawie, lub osobie przybranej jej do pomocy, udaremnia lub utrudnia wykonanie czynności służbowej, w szczególności przez nieprzedstawienie do kontroli dokumentów lub materiałów, nie informuje bądź niezgodnie z prawdą informuje o wykonaniu wniosków pokontrolnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3.”.
Czy ziści się wizja posadzenia szefów PFN za kratkami? Nie da się ukryć, że niezależnie od niechęci do poddania się kontroli, władze PFN wykazują też brak entuzjazmu do szczerego informowania o swych wydatkach. Nie bez powodu. Trudno przecież, na przykład, obronić to, że władze Polskiej Fundacji Narodowej wypłaciły amerykańskiemu przedsiębiorstwu ponad 5,5 mln dol. pod pretekstem promowania wizerunku Polski w Stanach Zjednoczonych. Pod pretekstem – bo tylko tak można określić skromne działania, jakie za te pieniądze wykonywała od października 2017 r. firma o dumnej nazwie White House Writers Group.
WHWG dostawała najpierw za swoje usługi 45 tys. dol. miesięcznie, potem ta kwota dwukrotnie wzrosła. Co robiła za te sumy? Wysyłała dziennikarzom różnych amerykańskich redakcji informacje prasowe i komentarze dotyczące naszego kraju. Prowadziła też poświęcony Polsce serwis na Twitterze, mający niespełna 6 tys. obserwatorów (szybko został zlikwidowany, „osierocając” tę, rzekomo obserwującą go grupę) – oraz dwa profile internetowe. Oba niespecjalnie popularne. Pierwszy, na Instagramie, obserwowało regularnie „aż” 51 osób. Drugi, na YouTubie, miał 13 subskrybentów. Tylu zainteresowanych było na całym świecie (wedle stanu na połowę września 2019 r.). Prawdopodobnie to grono składało się z pracowników polskiego personelu dyplomatycznego i ich rodzin. Dla porównania – 20-letnia polska blogerka Littlemooonster miała 1,5 mln obserwatorów. Dokonania WHGW osiągnęły pewien rozgłos, gdy na jednym z profili prowadzonych przez tę firmę piękny zachód słońca w Polsce ilustrowało zdjęcie zrobione w Pradze, a Zakopane zostało przedstawione jako Zakapone – ale firmie z USA mogło się przecież pomylić, bo w Warszawie też jest Praga, a Al Capone mógł w końcu być w Zakopanem. W innym miejscu gratulacje dla Kamila Stocha za zdobycie Pucharu Świata 2018 zilustrowano zaś zdjęciem jakiegoś narciarza freestyle’owego wykonującego akrobację.
WHWG organizowała też niekiedy konferencje i dyskusje, a żeby nikt nie miał pretensji, że ich odzew jest niezauważalny, w umowie między WHWG a Polską Fundacją Narodową przezornie zapisano, że amerykańska firma nie gwarantuje żadnych konkretnych rezultatów. Ówcześni szefowie PFN chętnie przystali na takie postanowienie – no i rezultatów nie było. W rezultacie, w majestacie prawa działalność promocyjna WHWG mogła przynosić zerowe efekty, a Polska musiała za nią płacić (ta narracja jest zresztą dość powszechnie stosowana przez PFN, która informuje nie o tym, co osiągnęła, lecz czym się zajmowała).
WHWG wśród swoich działań wymieniała imprezy, których bynajmniej nie organizowała – jak choćby dwa spotkania w polskiej ambasadzie w Waszyngtonie – ale to nikomu nie przeszkadzało. PFN zwracała też koszty wykazywane przez WHWG, co oznaczało tylko w 2019 r. wydatki sięgające niemal 3 mln dol. To kwota robiąca wrażenie, w porównaniu np. z kampanią „polski hydraulik”, która w dobrym świetle zaprezentowała Polskę w całej Europie (nie tylko we Francji) i kosztowała grosze, mieszcząc się w zwykłym budżecie Polskiej Organizacji Turystycznej.
Prawne relacje między PFN a WHGW były takie, że PFN nie miała wpływu na wydatki WHWG. Mogła tylko je pokrywać z pieniędzy polskich podatników. Mimo mało zauważalnych efektów, z oświadczeń Polskiej Fundacji Narodowej wynikało, iż władze PFN były zadowolone ze współpracy z WHWG.
Chyba jeszcze bardziej zadowolony był związany z PiS historyk, prof. Marek J. Chodakiewicz. Profesor, pracujący w waszyngtońskim Instytucie Polityki Światowej, będący też członkiem rady historycznej związku żołnierzy Narodowych Sił Zbrojnych, to dobry znajomy Macieja Świrskiego, który był wiceprezesem PFN w chwili gdy fundacja nawiązywała współpracę z WHWG. Zrozumiałe więc, że np. profesor dostał 1 tys. dol. za to, że wziął udział w konferencji na temat współpracy Ronalda Reagana i Jana Pawła II. Było to sztandarowe (gdyż niemal jedyne) dokonanie PFN na amerykańskim gruncie. Ponadto w WHWG podjęła pracę siostra prof. Chodakiewicza, Anna Chodakiewicz-Wellisz, która zarabiała rocznie 120 tys. dol., a przede wszystkim korzystała ze zwrotu kosztów. Przelewy z WHWG otrzymywała także małżonka, Monika Jabłońska-Chodakiewicz.
W sumie, jak obliczył red. Stankiewicz z Onetu, państwo Chodakiewiczowie na współpracy z PFN zarobili ponad 250 tys. dol. w ciągu dwóch lat. I to był chyba najbardziej konkretny i mierzalny rezultat działalności promocyjnej Polskiej Fundacji Narodowej w Stanach Zjednoczonych.
W przeszłości Polska Fundacja Narodowa niejednokrotnie angażowała się w poczynania, delikatnie mówiąc, mało skuteczne, za to kosztowne, które możnaby określić jako złe gospodarowanie publicznymi pieniędzmi. Tak było np. z rejsem jachtu o nazwie „I love Poland”, nabytym za 0,9 mln euro. Polska jest ponoć potęgą w produkcji jachtów, ale kupiono używaną jednostkę zagraniczną. Zaplanowano, że w stulecie odzyskania niepodległości popłynie po morzach i oceanach, szkoląc polskich żeglarzy regatowych i promując nasz kraj. Jednak 14 godzin po rozpoczęciu wyprawy, złamał się maszt, rejs przerwano, a jacht na wiele miesięcy został wyłączony z użytkowania. Dotychczasowe koszty związane z jachtem idą już w grube miliony.
Trudno także pojąć sens gruntownej modernizacji i rozbudowy za sprawą PFN muzeum gen. Ryszarda Kuklińskiego w Warszawie (jest takie!). Szefowie muzeum na stronie internetowej żartobliwie informują, że to „najbardziej efektywne muzeum nie tylko w Warszawie, ale w całej Polsce”. Ciekawe, ilu gości z Zachodu dotychczas zawitało do tego muzeum i jak wpłynęło ono na poprawę wizerunku Polski w ich oczach? Albo jak miało się przysłużyć dobrej marce naszego kraju za granicą wydanie w Polsce przez PFN śpiewnika pieśni żołnierskich i legionowych?
PFN zorganizowała też konkurs dla mazowieckich uczniów, zatytułowany „Odkrywanie śladów historii 1944-1989” (oczywiście z uwzględnieniem martyrologii, „żołnierzy wyklętych” i opozycji antykomunistycznej). Wprawdzie Mazowsze, niczego mu nie ujmując, to jednak nie zagranica, więc żeby nikt się nie czepiał, zmieniono statut Polskiej Fundacji Narodowej, wpisując weń upowszechnianie w kraju wiedzy o historii Polski. Od tego czasu PFN może wydawać publiczne pieniądze praktycznie na to, na co chce.
Biorąc to wszystko pod uwagę – a także i wiele innych, dotychczas nieujawnionych przykładów – można zrozumieć, że szefowie Polskiej Fundacji Narodowej bardzo nie chcą, aby NIK skontrolowała ich poczynania finansowe.

Jeździmy niebezpiecznymi pociągami retro

W dodatku prowadzą je maszyniści, którzy zdali egzaminy w ośrodkach zainteresowanych tym, by statystyki tych egzaminów były korzystne.
W Polsce zabytkowe pociągi to nie atrakcja turystyczna za którą trzeba słono płacić. To nasza codzienność. Średni wiek taboru pasażerskiego w 2019 r. przekraczał, w przypadku lokomotyw elektrycznych 35 lat, lokomotyw spalinowych 42 lata, a wagonów – 30 lat.
Mowa o średnim wieku – czyli są i lokomotywy dużo starsze, mające ponad 50 lat. Tylko elektryczne zespoły trakcyjne są nieco młodsze: 24 lata, na co wpłynęły dostawy włoskich pociągów Pendolino, a przede wszystkim Elfów, Dartów, Flirtów i Impulsów, produkowanych w fabrykach funkcjonujących w Polsce.
Podeszły wiek lokomotyw i wagonów oznacza zwiększone ryzyko przewozów. Jak stwierdziła Najwyższa Izba Kontroli: „Stan ten stwarza zagrożenia dla bezpieczeństwa przewozów związane z podwyższoną awaryjnością starzejących się pojazdów kolejowych”.
To jednak nie jedyne zagrożenie. Za sprawą rządu Prawa i Sprawiedliwości, który zaniedbał walkę z pandemią koronawirusa, załamał się system opieki zdrowotnej w Polsce. Odbija się to także na bezpieczeństwie transportu kolejowego.
NIK ustaliła, że w ubiegłym roku zawieszony został obowiązek przechodzenia okresowych badań lekarskich przez pracowników związanych bezpośrednio z prowadzeniem ruchu kolejowego i pojazdów kolejowych. „Stan ten stwarza ryzyko prowadzenia przewozów kolejowych przez osoby niespełniające wymagań zdrowotnych, w tym zdolności fizycznych i psychicznych przez maszynistów pociągów pasażerskich” – podkreśla Najwyższa Izba Kontroli.
Do tego wszystkiego dochodzi tradycyjna polska niesolidność, występująca także na PKP. Okazuje się, że brakuje jednoznacznych uregulowań umożliwiających samodzielne przeprowadzanie przez przewoźników testów wykrywających spożycie alkoholu i innych substancji odurzających u pracowników związanych bezpośrednio z prowadzeniem ruchu kolejowego i pojazdów kolejowych. „Stan ten stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa przewozów kolejowych, związane z możliwością dopuszczenia do pracy osób nietrzeźwych lub będących pod wpływem innych substancji psychoaktywnych” – podkreśla oczywistą oczywistość NIK.
Mamy także i kumoterstwo, mogące prowadzić do niebezpiecznych sytuacji. Otóż, egzaminy umożliwiające uzyskanie licencji oraz świadectwa maszynisty prowadzone są przez ośrodki, w których egzaminowani odbyli szkolenia. W związku z tym występuje tam potencjalny „konflikt interesów”, który stwarza ryzyko nierzetelnego, poblażliwego egzaminowania maszynistów oraz kandydatów na maszynistów. Funkcjonowanie tych ośrodków uzależnione jest bowiem od liczby osób szkolonych, uzyskujących pozytywne wyniki egzaminów. A nam się naiwnie wydawało, że maszyniści są egzaminowani przez obiektywne komisje, nie podlegające żadnym układom i naciskom! „Stan ten stwarza ryzyko wzrostu zdarzeń w pasażerskim ruchu kolejowym spowodowanych czynnikiem ludzkim” – dodaje Izba.
Jest też kolejny problem, spowodowany tym, że w Polsce rzadko udaje się porządnie załatwić jakąś sprawę, a przepisy są po to, by je omijać. Chodzi o nadmierny czas pracy maszynistów. Wprawdzie przepisy regulujące czas pracy maszynistów ograniczają możliwości ich zatrudnienia w tym charakterze u przedsiębiorców kolejowych, to jednak nie odnoszą się do podejmowania dodatkowej pracy w innych zawodach. W związku z tym, maszynista w majestacie polskiego prawa, swój cały czas wolny od prowadzenia pociągów może przeznaczać na wykonywanie zupełnie innego zawodu – zamiast odpoczywać dla bezpieczeństwa pasażerów. „Stan ten stwarza zagrożenie związane z prowadzeniem pociągów pasażerskich przez osoby o ograniczonej sprawności psychofizycznej” – kontynuuje NIK.
Wprawdzie dbałość zarządców i przewoźników kolejowych o bezpieczeństwo systematycznie się poprawia – ale mimo to w latach 2016 – 2018 zagrożenie poważnymi wypadkami kolejowymi w Polsce było prawie cztery razy wyższe niż średnie w Unii Europejskiej!
Na 30 państw zrzeszonych w Agencji Kolejowej Unii Europejskiej (ERA) gorsze wskaźniki ryzyka wystąpienia ofiar śmiertelnych wypadków miały jedynie Grecja, Chorwacja, Litwa, Łotwa, Węgry i Rumunia. Liczba tzw. zdarzeń, czyli poważnych wypadków, wypadków i incydentów w ruchu kolejowym wzrosła z 732 w 2017 r. do 851 w 2019 r. Więcej było też ofiar śmiertelnych. Rok 2019 zapisał się jako jeden z bardziej niebezpiecznych na PKP – choć oficjalna narracja szefów polskich kolei mówiła, niezgodnie z prawdą, o stałej poprawie bezpieczeństwa. W ubiegłym roku doszło do znacznego zmniejszenia przewozów w związku z epidemią COVID-19. A mimo to, w pierwszej połowie 2020 r. odnotowano 365 zdarzeń
Również liczba poważnych wypadków na przejazdach kolejowo-drogowych sytuuje Polskę wśród 10 państw o najgorszych wskaźnikach. Według raportu ERA ponad dwukrotnie przekraczają one średnią europejską!.
O szczególnym zagrożeniu dla życia i zdrowia występującym na naszych przejazdach kolejowych dziennik „Trybuna” pisał już nieraz. Również Najwyższa Izba Kontroli zwraca uwagę, że przejazdy kolejowo-drogowe stanowią miejsca, w których najczęściej dochodzi do wypadków. W latach 2018–2019 zginęło na nich 109 osób, a 54 zostały ciężko ranne.
Jak wskazuje Izba, jedną z przyczyn takich zdarzeń, mogły być wprowadzone w 2015 r. zmiany wyznaczników do ustalania kategorii przejazdów, prowadzące do obniżania ich kategorii, mimo zwiększenia ruchu pociągów i samochodów. Mówiąc po ludzku oznacza to, że w Polsce przyjęto przepisy, które pozwalają na to, aby przejazdy kolejowe przez które często pędzą pociągi, pozostawały niestrzeżone.
Te przepisy powodują, że decydenci odpowiedzialni za bezpieczeństwo na przejazdach kolejowych, mogą w majestacie prawa nic nie robić. W rezultacie, połowa wszystkich przejazdów kolejowych w Polsce to przejazdy niestrzeżone. Są na nich tylko krzyże św. Andrzeja i ewentualnie znaki „stop” (nie wszędzie). Jest to ewidentnym, karygodnym skandalem i świadomym sprowadzaniem zagrożenia dla życia ludzkiego.
Takie zaniedbania w cywlizowanym świecie stanowią przestępstwo. Również i w Polsce mamy na to stosowne artykuły kodeksu karnego. Art. 174 kodeksu mówi, że ten kto sprowadza bezpośrednie niebezpieczeństwo katastrofy w ruchu lądowym zagrażającej życiu lub zdrowiu wielu osób, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.
W naszym kraju decydenci są jednak pod szczególną ochroną prawa i w praktyce przyznali sobie (oraz swoim współpracownikom) patent na bezkarność. Dlatego nigdy nie doczekamy się procesów osób odpowiedzialnych za obecny stan zabezpieczenia polskich przejazdów kolejowych

Cierpienie polskich matek

Rządzący świadomie zaniedbali działania opiekuńcze wobec kobiet, które miały nieszczęście urodzić dziecko niezdolne do życia.
PiS-owska władza zmusza polskie kobiety do rodzenia dzieci obarczonych bardzo poważnymi wadami i często niezdolnych do życia. Obóz rządzący nałożył dodatkowe miary cierpienia na Polki, które spotkało to nieszczęście: obowiązek porodu ze świadomością, że nie jest to początek nowego, owocnego życia lecz początek beznadziei; traumę męki, rychłej śmierci i pogrzebu dziecka – albo mozolną konieczność opiekowania się nim aż do śmierci rodziców (ten obowiązek spada z reguły na matki) bez cienia szansy na jakąkolwiek poprawę.
Te dodatkowe kręgi cierpień zostały narzucone polskim matkom przez rządzących, którzy hańbią wiarę katolicką, cynicznie i kłamliwie posługując się jej prawdami w celu dręczenia ludzi, i tak już bezbrzeżnie udręczonych nieszczęściem swojego dziecka. Przebrała się miara nieprawości ekipy rządzącej i nie unikną oni sprawiedliwej, zasłużonej kary za swe piekielne grzechy. Na razie jednak ich zło triumfuje, a polskie matki i ojcowie muszą cierpieć.
By cierpienie rodziców było jeszcze głębsze, rządzący świadomie zaniedbali działania opiekuńcze wobec matek, które miały nieszczęście urodzić dziecko niezdolne do życia. Tu nie trzeba więcej mówić o bólu, nieszczęściu i traumie. Znacznie bardziej wymowne jest suche, konkretne stwierdzenie z ostatniego raportu Najwyższej Izby Kontroli, dotyczącego kontroli zakończonej w grudniu 2020 roku: „W skontrolowanych przez NIK szpitalach pacjentkom, które poroniły, urodziły martwe dziecko lub których dziecko zmarło tuż po porodzie, nie zapewniono prawidłowej i wystarczającej opieki. Winna jest wadliwa organizacja procesu udzielania świadczeń oraz nieprzestrzeganie obowiązujących uregulowań”. Nic dodać, nic ująć.
NIK podkreśla, że dla rodziców są to trudne sytuacje. Dlatego wymagają oni szczególnej troski: ze strony otoczenia, najbliższych, ale także opiekujących się nimi pracowników medycznych. Aby nieść skuteczną pomoc pacjentkom w tych dramatycznych sytuacjach niezbędne są doświadczenie, wiedza, profesjonalizm i umiejętność komunikacji interpersonalnej. Personelowi medycznemu należy zapewnić kursy i szkolenia dotyczące postępowania w przypadku niepowodzenia położniczego, które powinny uczyć współpracy z pacjentką przeżywającą stratę dziecka. Tego wszystkiego jednak w Polsce brakuje.
NIK objęła kontrolą 37 szpitali z siedmiu województw. Nie ma jakichkolwiek przesłanek, aby sądzić, że w tych szpitalach, których nie skontrolowano, może być choćby o włos lepiej. Warto przytoczyć jedną, smutną uwagę z raportu pokontrolnego: „W żadnym ze skontrolowanych szpitali nie było osobnego pomieszczenia przeznaczonego do pożegnań ze zmarłym dzieckiem (tzw. sali czy pokoju pożegnań)”.
Izba zauważa, że w wielu szpitalach brakowało odpowiedniej komunikacji z kobietami, które straciły dziecko. Personel medyczny często po prostu nie potrafił z nimi rozmawiać – i nie jest to jego wina. Praca w tak trudnych emocjonalnie warunkach wymaga dodatkowego wsparcia w radzeniu sobie z takimi sytuacjami. Natomiast lekarze, położne i pielęgniarki wielu skontrolowanych szpitali nie mieli zapewnionych odpowiednich i w wystarczającym wymiarze szkoleń i porad, jak radzić sobie ze stresem w takich sytuacjach.
Położne i lekarze na pytanie dotyczące problemów i potrzeb dotyczących opieki nad pacjentkami, które poroniły, bądź urodziły martwe dziecko, wskazywali na konieczność zapewnienia szkoleń uczących odpowiedniej z nimi komunikacji. Administracja publiczna jednak nie zapewniła im takich szkoleń.
Prezes Fundacji „Rodzić po Ludzku” poinformowała: „W listach i skargach przesyłanych do fundacji kobiety zwracają uwagę na liczne problemy wynikające w głównej mierze z braku przygotowania części personelu medycznego oraz szpitali do opieki nad kobietami w sytuacjach szczególnych”.
Stowarzyszenie Edukacji Medycznej Asklepios (redakcja portalu poronilam.pl) dodaje zaś: „Niestety personel medyczny często nie potrafi rozmawiać z pacjentkami po stracie. Potwierdzają to też same położne, które wykazują chęć odbywania szkoleń psychologicznych, ponieważ w tej chwili chociaż same bardzo chcą pomóc nie zawsze wiedzą jak. Niewłaściwy sposób komunikacji personelu medycznego z pacjentką po stracie nie wynika ze złej woli, a po prostu z braku odpowiedniego przygotowania”.
Brak stałej opieki psychologicznej w przypadku pacjentek doświadczających niepowodzeń położniczych był najczęściej wskazywanym problemem przez konsultantów wojewódzkich w dziedzinie położnictwa i ginekologii. Sami lekarze i dyrektorzy szpitali przyznają zaś, że odczuwają brak psychologów na swoich oddziałach, ale nie mają możliwości zatrudnienia takiego specjalisty. Co tu jednak mówić o psychologach, skoro w wielu szpitalach (ok. 70 proc.) problemem na oddziałach ginekologiczno-położniczych był w ogóle brak, odpowiedniej do potrzeb, liczby lekarzy.
Liczba wniosków pokontrolnych, jakie sporządziła Najwyższa Izba Kontroli, jest długa. NIK zwraca się do Ministra Zdrowia i do urzędów zarządzających podmiotami leczniczymi, aby wprowadzono obowiązek zatrudniania na oddziałach ginekologiczno-położniczych psychologa w wymiarze co najmniej 0,5 etatu; wyeliminowano przypadki nadmiernie długiej pracy lekarzy (nieprzerwanie nawet przez kilka dni) co przyczyni się do zapewnienia właściwej jakości świadczeń medycznych i zwiększenia bezpieczeństwa pacjentek; by organizowano szkolenia dla lekarzy i położnych, dotyczące opieki nad pacjentkami doświadczającymi szczególnych sytuacji położniczych i umiejętności komunikowania się z nimi; by organizowano wsparcie w radzeniu sobie ze stresem dla personelu medycznego zajmującego się takimi pacjentkami; by zapewniono prowadzenie dokumentacji medycznej pacjentek zgodnie z obowiązującymi przepisami; by wyeliminowano przypadki takiego postępowania ze zwłokami dzieci martwo urodzonych, które uniemożliwia dokonanie ich pochówku…
Trudno mieć nadzieję, że obecna władza zechce spełnić choćby część tych wniosków. Ich lista pokazuje jednak dobitnie, jak wygląda ponura rzeczywistość rządów Prawa i Sprawiedliwości.

Drogi kiepskie, samochody za ciężkie

Systemy kontroli przeciążonych pojazdów są w naszym kraju dziurawe jak sito i mało skuteczne.
Ruch ciężkich pojazdów stanowi poważny problem nie tylko dla dróg oraz ich zarządców, ale także dla samych kierowców. W ostatnich latach obserwuje się w Polsce wzrost przewozów ładunków transportem samochodowym. W 2016 r. odnotowano przewóz 1 546 572 tysięcy ton, podczas gdy w 2019 r. było to już 1 921 073 tysięcy ton. To niekorzystna tendencja, spowodowana tym, że Prawo i Sprawiedliwość, wbrew swym zapewnieniom propagandowym, nie zajmuje się należycie rozwojem transportu szynowego.
Z badań przeprowadzonych przez Politechnikę Gdańską wynika, że pojazdy przeciążone stanowią od 14 do 23 proc. wszystkich pojazdów ogółem poruszających się po drogach (w zależności od rodzaju drogi). Jednocześnie, przeładowane pojazdy ciężarowe powodują od 35 do 70 proc. szkód w konstrukcji i nawierzchni dróg. Powstają ubytki, wyboje oraz koleiny. Niszczona jest także infrastruktura podziemna: sieć wodociągowo-kanalizacyjna, elektryczna, światłowodowa, a także inne obiekty towarzyszące. Remonty uszkodzonych dróg są zaś pracochłonne i bardzo kosztowne.
Problem przeładowanych ciężarówek dotyczy szczególnie dużych miast, które są jednocześnie dużymi węzłami transportowymi, często zlokalizowanymi na głównych, drogowych szlakach krajowych lub międzynarodowych, w pobliżu okręgów przemysłowych, centrów logistyczno-magazynowych czy portów morskich.
Rozwiązaniem mogącym ograniczać kursowanie przeciążonych pojazdów są systemy wykorzystujące technologię ważenia pojazdów w ruchu. Służą one do pomiaru nacisków osi oraz masy całkowitej pojazdów bez konieczności ich zatrzymywania. Zajmują się tym pracownicy Inspekcji Transportu Drogowego, którzy także wymierzają kary za przekraczanie dopuszczalnych mas i nacisków osi pojazdów. W krajowym ustawodawstwie brakuje jednak przepisów regulujących kwestię wykonywania pomiarów masy oraz nacisków osi pojazdów w ruchu, a także norm, jakie te systemy powinny spełniać.
Takie systemy od dawna już działają w Europie. Na przykład w Wielkiej Brytanii sygnał o przejeździe pojazdu przeciążonego przez punkt pomiarowy przekazywany jest automatycznie do wszystkich znajdujących się w pobliżu tego punktu patroli policyjnych. Informacja trafiająca do radiowozów zawiera dane pozwalające na łatwe złapanie ciężarówki, takie jak numer rejestracyjny, marka auta lub jego kolor. Po zlokalizowaniu pojazdu przez policję jest on doprowadzany do miejsca szczegółowej kontroli, gdzie dalszą procedurą zajmują się funkcjonariusze Agencji Rejestracji Kierowców i Pojazdów (DVSA).
W Niemczech tamtejszy Federalny Urząd ds. Transportu Towarowego (BAG) wykorzystuje urządzenia ważenia pojazdów w ruchu do automatycznej ochrony mostów i wiaduktów przed wjazdem przeciążonych ciężarówek. Czujniki zamontowane w jezdni dojazdowej do mostu, w przypadku przejazdu samochodu o zbyt dużej masie lub zbyt dużych naciskach na osie, automatycznie włączają szlaban uniemożliwiający jego wjazd na most czy wiadukt. Takie auto jest potem kierowane na parking, na którym czekają funkcjonariusze BAG.
Najwyższa Izba Kontroli zbadała ostatnio czy organy administracji publicznej w Polsce skutecznie eliminują ruch pojazdów przeciążonych na obszarach zurbanizowanych. Kontrolę przeprowadzono w dziesięciu miastach: w Białymstoku, Częstochowie, Gdańsku, Jaworznie, Kielcach, Łodzi, Poznaniu, Rzeszowie, Szczecinie, Bydgoszczy i Wrocławiu. Jak było do przewidzenia, okazało się, że administracja publiczna nieskutecznie przeciwdziała poruszaniu się pojazdów przeciążonych po drogach.
Przede wszystkim brakuje odpowiedniej infrastruktury, która umożliwiłaby prowadzenie kontroli ciężarówek. Systemy ważenia, mimo poniesienia znacznych wydatków na ich wybudowanie, mają ograniczoną przydatność dla identyfikacji i eliminacji pojazdów przeciążonych z powodu ich małej dokładności. W dodatku miejsca dokładnej kontroli pojazdów zlokalizowano w znacznej odległości od punktów pomiarowych, co umożliwiało kierowcom ciężarówek ucieczkę z trasy pomiędzy tymi miejscami bez kontroli. „Inspekcja Transportu Drogowego nie wypracowała skutecznych rozwiązań w zakresie eliminacji ruchu pojazdów przeciążonych z obszarów miast” – stwierdza NIK.
Na drogach dwóch miast (Kielc i Rzeszowa) z jedenastu kontrolowanych, zarządcy dróg nie przygotowali ani jednego miejsca do kontroli wagowej pojazdów. W Szczecinie funkcjonowało tylko jedno takie miejsce, a w Białymstoku wybudowano dwa miejsca kontroli, które jednak nie były wykorzystywane przez Inspekcję Transportu Drogowego, bo ich stan nie pozwalał na umieszczenie w nich wag. W pozostałych miastach liczba miejsc kontroli masy całkowitej i nacisków na oś wynosiła od dwóch do dziewięciu.
Z ustaleń kontroli wynika też, że w pięciu miastach inspektorzy transportu drogowego nie wykorzystywali wszystkich, pozostających w ich dyspozycji, miejsc do przeprowadzania kontroli wagowych. W przypadku budowy nowych dróg, jedynie w Białymstoku i Bydgoszczy przewidziano lokalizację miejsc do kontroli nacisków na osie i masy całkowitej pojazdów.
W rezultacie, zdaniem NIK, te systemy kontroli wagowej, choć kosztowne, nie miały istotnego wpływu na eliminację pojazdów przeciążonych na terenie dużych miast (policzono, że w sześciu kontrolowanych miastach było to ponad 22,5 mln zł, a w pozostałych te systemy były częścią większych projektów). Ponadto, inspektorzy transportu drogowego jedynie sporadycznie wykorzystywali wskazania tych systemów, zwłaszcza, że w ich funkcjonowaniu w wielu przypadkach występowały usterki: błędne wskazania przeciążenia pojazdów, brak ciągłości w dostępie do danych, czy nierozpoznawanie przez system tablic rejestracyjnych pojazdów.
Odnotowano również błędy w rejestrowaniu danych polegające na braku zdjęcia zarejestrowanego pojazdu, jego numeru rejestracyjnego, błędnym wykazaniu liczby osi pojazdu, czy błędnym sumowaniu jego wagi. Wszystko to podważa w ogóle sens prowadzenia takich kontroli.
NIK zauważa, że wykorzystanie tych systemów jest możliwe jedynie wtedy, gdy odległość i umiejscowienie punktu pomiarowego (tzw. bramki preselekcyjnej) umożliwia zatrzymanie wskazanego przez system pojazdu i jego doprowadzenie do miejsca dokładnej kontroli. Tymczasem z ustaleń Izby wynika, że w pięciu kontrolowanych miastach po przejechaniu ciężarówki przez bramkę, istniała możliwość ominięcia najbliższego miejsca kontroli na skrzyżowaniu lub poprzez objazdy.
W dwóch miastach inspektorzy transportu drogowego nie mieli dostępu do danych z systemu ważenia pojazdów, co świadczyło o nierzetelnej współpracy inspekcji i zarządcy drogi. Z kolei w Rzeszowie zainstalowano wprawdzie pięć wag, ale system nie był wykorzystywany przez inspektorów ze względu na brak miejsc kontroli. Według danych zarejestrowanych w systemie ważenia pojazdów w Rzeszowie, we wrześniu 2018 i 2019 oraz w styczniu 2020, przez te stanowiska pomiarowe przejechało ogółem 5,9 mln pojazdów, w tym blisko 51,5 tys. pojazdów przeciążonych. Nie można było jednak ich skontrolować.
Ogółem w latach 2018-2020 (pierwsze półrocze roku) inspektorzy transportu drogowego w całym kraju przeprowadzili łącznie prawie 52 tys. kontroli ważeniowych pojazdów, z czego połowa to kontrole samochodów pojazdów powyżej 3,5 t. Nałożono 3212 mandatów w związku z kontrolami aut powyżej 3,5 t, na kwotę blisko 18 mln zł. W związku z kontrolami ważeniowymi pojazdów do 3,5 t kary wyniosły zaś ponad 6 mln zł.
W toku kontroli okazało się jednak, że w Ramowych Planach Kontroli opracowanych przez Głównego Inspektora Transportu Drogowego na lata 2018-2020 określano liczbę kontroli ważeniowych do zrealizowania w poszczególnych województwach, nie uwzględniając konieczności przeprowadzania choćby części czynności kontrolnych w granicach miast – stwierdza NIK. Przeprowadzenie kontroli ważeniowych na terenach zurbanizowanych jest trudniejsze, co wynika z charakteru zabudowy: gęstej sieci dróg i dużej liczby skrzyżowań.
„Dlatego większość Inspekcji Transportu Drogowego, aby osiągnąć wymagane wskaźniki, wybierała prostsze rozwiązanie organizacyjne i realizowała kontrole poza granicami dużych ośrodków miejskich” – podkreśla NIK.

Elektrobujdy premiera Morawieckiego

To ostateczny koniec wielkiego, propagandowego kłamstwa rządu PiS. Szkoda tylko już zmarnowanych – i marnowanych nadal – milionów złotych, ściąganych od podatników.
Elektromobilność w Polsce jest nadal na etapie początkowym, mimo upływu czterech lat od zaprezentowania wizji jej rozwoju. Pod względem liczby samochodów elektrycznych oraz infrastruktury jesteśmy wciąż na szarym końcu Europy.
Rządowy Plan Rozwoju Elektromobilności nie poprawił sytuacji, gdyż realizowany był wybiórczo i z opóźnieniami. Budowa polskiego samochodu elektrycznego wciąż jest na etapie prototypu, samorządy nie dostały zapowiadanych funduszy na pojazdy elektryczne, a strefy czystego transportu nie sprawdzają się w warunkach polskich.
Według danych Międzynarodowej Agencji Energetycznej w 2019 roku globalny rynek osobowych samochodów elektrycznych osiągnął wielkość 7,2 mln sztuk. Liderem w tej dziedzinie są Chiny, gdzie prawie 3,4 mln samochodów ma napęd elektryczny, co stanowi 47 proc. wszystkich samochodów elektrycznych na świecie, a tylko w ubiegłym roku sprzedano 1,06 mln nowych. Na drugim miejscu była Europa z liczbą 1,7 mln samochodów elektrycznych, w tym 561 tys. nowych nabytych w 2019 r. W Norwegii sprzedano około 80 tys. samochodów elektrycznych, w Niemczech 109 tys., a w Wielkiej Brytanii 75 tys. szt.
Polska na tym tle wypada blado. Według Licznika Elektromobilności prowadzonego przez Obserwatorium Rynku Paliw Alternatywnych, na koniec 2019 r. po polskich drogach jeździło łącznie 8637 elektrycznych samochodów osobowych, a przybyło ich zaledwie 4003.
Program Rozwoju Elektromobilności to jeden ze strategicznych programów opublikowanej w 2016 r. Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju do roku 2020 (z perspektywą do 2030 r.) premiera Morawieckiego. Przewidziano w nim m. in. program E-bus, który miał stymulować projektowanie i produkcję polskich pojazdów elektrycznych na potrzeby komunikacji miejskiej. Z kolei program Samochód Elektryczny miał wspierać rozwój technologii, produkcji i rynku samochodów elektrycznych.
W marcu 2017 roku Rada Ministrów przyjęła Plan Rozwoju Elektromobilności w Polsce „Energia do przyszłości” oraz Krajowe Ramy polityki rozwoju infrastruktury paliw alternatywnych. Według Krajowych Ram polityki, do 2025 r. po polskich drogach ma jeździć milion pojazdów elektrycznych. Z kolei ustawą o elektromobilności wprowadzono obowiązek wykorzystywania samochodów elektrycznych przez instytucje publiczne oraz do świadczenia zadań publicznych. Dla poszczególnych okresów określono minimalną wielkość udziału samochodów elektrycznych we flotach. Wszystko to było oczywiście propagandową bujdą, ale co innego tak przypuszczać, a co innego udowodnić czarno na białym, jak uczyniła to teraz Najwyższa Izba Kontroli.
NIK sprawdziła czy PiS-owska administracja publiczna zapewniła skuteczną realizację zadań dotyczących rozwoju elektromobilności w Polsce. Oczywiście nie zapewniła. Kontrola została przeprowadzona w Ministerstwie Energii (obecnie Ministerstwo Aktywów Państwowych), Narodowym Centrum Badań i Rozwoju oraz w 26 urzędach miast. Objęła lata 2016 – 2019.
Elektromobilność w Polsce jest nadal na etapie początkowym, mimo upływu lat od zaprezentowania planów jej rozwoju. Wizja elektromobilności zawarta w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju, ujęta następnie w rządowych dokumentach operacyjnych, nie jest realizowana w przewidywanym kształcie. Winne były opóźnienia w realizacji poszczególnych zadań oraz brak konsekwencji we wdrażaniu zaplanowanych instrumentów.
„Istnieje duże ryzyko, że założony w rządowym dokumencie cel 1 mln zarejestrowanych pojazdów elektrycznych w 2025 roku nie zostanie osiągnięty. Już teraz wiadomo z wysokim prawdopodobieństwem, że nie zostanie zrealizowany cel zarejestrowania w Polsce do 2020 roku 50 tys. pojazdów elektrycznych” – twierdzi NIK.
Do końca lipca 2020 roku zarejestrowano tylko 13 057 pojazdów elektrycznych – ok. 26 proc. celu na 2020 r. Nawet w rządowych dokumentach strategicznych przyjmowanych w 2019 r. stopniowo wycofywano się z wizji miliona pojazdów elektrycznych w 2025 r. W Strategii Zrównoważonego Transportu do 2030 r. założono, że flota samochodów elektrycznych docelowo będzie liczyła 600 tys. sztuk.
Liczba ogólnodostępnych punktów ładowania też jest niższa niż planowana. Według danych zawartych w Ewidencji Infrastruktury Paliw Alternatywnych, do końca 2019 r. uruchomiono 1307 takich punktów, czyli 20,4 proc. ich liczby przewidywanej w Krajowych ramach polityki do osiągnięcia w 2020 r. Koszty budowy i funkcjonowania infrastruktury okazały się za wysokie przy ograniczonym rynku pojazdów elektrycznych. Ze skontrolowanych 21 miast o liczbie mieszkańców co najmniej 100 tys., tylko w Katowicach rozwój infrastruktury przekroczył próg określony w ustawie o elektromobilności na koniec 2020 r.
Fundusz Niskoemisyjnego Transportu, który miał być źródłem wsparcia finansowego między innymi dla samorządów i instytucji publicznych, nie spełnił swej roli. Rząd oczywiście nie wdrożył systemu bezpośrednich dopłat do nabycia samochodów elektrycznych oraz dla rozwoju infrastruktury ładowania. Powodem były istotne opóźnienia przy wprowadzaniu regulacji prawnych.
Minister Aktywów Państwowych Jacek Sasin dopiero pod koniec grudnia 2019 r. wydał kluczowe rozporządzenia do ustawy o FNT, które praktycznie nie weszły w życie. Zamiast dopłat, środki finansowe z funduszu w łącznej wysokości 684 tys. zł zostały przeznaczone na obsługę funduszu (w tym na zarobki urzędników), który nie zadziałał operacyjnie.
Niepewna jest przyszłość elektromobilności w samorządach. Wzorcową rolę we wdrażaniu elektromobilności miały odegrać m.in. samorządy poprzez nabywanie pojazdów elektrycznych do flot urzędów ich obsługujących, wykonujących zdania publiczne lub flot wykonujących te zadania przez podmioty zewnętrzne jak również flot komunikacji miejskiej. Aż 79 proc. skontrolowanych miast w końcu 2019 r. nie miało we flocie urzędu żadnego samochodu elektrycznego. To wina rządu PiS, który nie zapewnił dofinansowania z Funduszu Niskoemisyjnego Transportu oraz wspierania innych form nabywania pojazdów elektrycznych niż zakup. Problemem są także nierealne terminy zawarte w ustawie, dotyczące pojazdów używanych do wykonywania zadań publicznych.
Miasta wskazują, że na polskim rynku brak specjalistycznych samochodów z wymaganym napędem elektrycznym lub gazowym, więc trudno będzie zrealizować wymogi ustawowe. „A zatem może powstać istotne ryzyko wygasania z mocy ustawy o elektromobilności dotychczas zawartych umów na świadczenie zadań publicznych z podmiotami zewnętrznymi” – wskazuje NIK.
Najbardziej zaawansowana jest realizacja obowiązku 5 proc. udziału autobusów zeroemisyjnych we flocie transportu publicznego od 1 stycznia 2021 r. Na koniec 2019 r. ten obowiązek zrealizowało 29 proc. jednostek, dzięki wsparciu z funduszy unijnych.
„Opóźnione są prace nad wszystkimi projektami budowy pojazdów elektrycznych, a błędne decyzje skutkowały nieefektywnym wydaniem co najmniej 7 mln zł” – podkreśla NIK. W ramach programu Bezemisyjny Transport Publiczny, Narodowe Centrum Badań i Rozwoju zaplanowało opracowanie i dostawę do 2023 r. około 1000 innowacyjnych, bezemisyjnych autobusów transportu publicznego do jednostek samorządów terytorialnych. Plan był oczywiście lipny. „Brak odpowiednich analiz sprawił, że postawiono nierealne w polskich warunkach gospodarczych wymagania. Nie były one dostosowane do potrzeb miast, które oczekiwały prostego, taniego, niezawodnego i niskoemisyjnego pojazdu” – dodaje NIK.
Ostatecznie w kwietniu 2020 r. NCBiR zrezygnowało z programu. Wydatki na jego realizację w kwocie ponad 7 mln zł okazały się więc nieefektywne, a miasta, które brały w nim udział zostały pozbawione gwarancji otrzymania bezzwrotnego wsparcia dla nabycia autobusów zeroemisyjnych. Także i trwające od 2017 r. prace NCBR nad programem e-Van nie przyniosły dotychczas zaplanowanych efektów i do końca 2019 r. pozostawał on w fazie koncepcyjnej (wiadomo, na snuciu „koncepcji” najlepiej się w Polsce zarabia).
Rozpoczęty w styczniu 2017 r. projekt uruchomienia produkcji polskiego samochodu elektrycznego wciąż pozostaje na początkowym etapie – czyli przedstawienia dwóch prototypów w lipcu 2020 r. (miało być pięć, i to jeżdżących prototypów, na czerwiec 2018 r.).
W latach 2016 – 2019 dyrektorem Narodowego Centrum Badań i Rozwoju był prof. Maciej P. Chorowski. Został wprawdzie odwołany, ale zaraz „rzucono” go na intratne stanowisko prezesa Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej.
Nie sprawdzają się też strefy czystego transportu w miastach. Tylko władze Krakowa wprowadziły taką strefę, lecz po upływie około trzech miesięcy od wprowadzenia strefy Kazimierz zliberalizowano zasady jej funkcjonowania, co w praktyce doprowadziło do jej zamknięcia. Zakaz wjazdu wszystkich samochodów z silnikami spalinowymi okazał się zbyt restrykcyjny w realiach krajowych. W praktyce strefa czystego transportu przekształciłaby się bowiem w strefę zamkniętą dla ruchu.
Analiza NIK jest druzgocącym obnażeniem indolencji i lenistwa rządów Prawa i Sprawiedliwości. Ale elektryczne bujdy premiera to wciąż złota żyła dla urzędników w różnych instytucjach, którzy świetnie zarabiają na uczestniczeniu w rządowej fikcji elektromobilności.