Polskie drogi śmierci

PiS nie dba o bezpieczeństwo na drogach. Za jego rządów wzrosła liczba zabitych w wypadkach.
Drogi w naszym kraju są coraz niebezpieczniejsze. Podstawowym problemem jest tu psychika dużej części polskich kierowców, bo ich sposób prowadzenia pojazdów wskazuje na poważne i rozległe zaburzenia. Mówiąc bardziej kolokwialnie, ci, którzy wjeżdżają do Polski z krajów zachodnich są tak zszokowani tym, jak się u nas jeździ, że komentują to krótko: Polacy jeżdżą jak niebezpieczni wariaci.
Jest to oczywiście słuszna opinia, a potwierdzają ją liczby. Jesteśmy pierwsi w Europie jeśli chodzi o liczbę ofiar śmiertelnych na 100 wypadków. U nas jest to 8,6 zabitych. Wyprzedzamy Grecję (daleko za nami: 6,7) i Rumunię (6,3). Końcówka tej listy to kraje skandynawskie oraz Niemcy i Austria (tylko 1,1). Zaraz obok nas, w sąsiednich Czechach jest to 2,7 zabitych na 100 wypadków.
Jeśli zaś chodzi o liczbę zabitych w wypadkach drogowych na milion mieszkańców, to wyprzedza nas tylko Rumunia: 96 ofiar śmiertelnych na milion. W Polsce są to 74 osoby na milion. Natomiast średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi 49 zabitych na milion.
Sytuacja na drogach pogorszyła się w okresie panowania Prawa i Sprawiedliwości. Do strukturalnego problemu zaburzeń psychicznych polskich kierowców dołączyły się karygodne zaniechania rządu PiS, który lekceważąc życie i zdrowie Polaków, kompletnie zaniedbał kwestie poprawy bezpieczeństwa w ruchu drogowym.
Od razu też rodzi się pytanie: dlaczego do tej pory nie wprowadzono obowiązkowych badań psychologicznych dla wszystkich, ubiegających się o jakiekolwiek prawo jazdy? Gdzie jak gdzie, ale w Polsce byłyby one przecież niezmiernie potrzebne.
Wszystko to powoduje tragiczne konsekwencje. Od 2015 r., gdy zaczęło rządzić PiS, do końca 2019 r., liczba ofiar śmiertelnych wypadków wzrosła o 5 proc. W tym czasie ogólna liczba wypadków wprawdzie u nas spadła, ale zaledwie o 1 proc. Dzieje się przy ogólnoeuropejskim trendzie stałej poprawy bezpieczeństwa na drogach. Jak widać, pod rządami PiS, nasz kraj także i w tej dziedzinie idzie pod prąd.
Przykładowo, w woj. dolnośląskim liczba zabitych w wypadkach drogowych w okresie od 2015 do 2019 roku wzrosła z 184 osób do 215; w woj. podkarpackim z 136 do 157, a w kujawsko – pomorskim z 154 do 211. Najtragiczniej jest naturalnie na Mazowszu. W tym województwie liczba ofiar śmiertelnych zwiększyła się z 377 do 469.
Warto tu zauważyć, że w 2015 r. powstał ogólnopolski Program Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, który jest częścią Programu Budowy Dróg Krajowych. Jednym z jego celów jest ograniczenie do 2023 r. liczby ofiar śmiertelnych wypadków o co najmniej 40 proc. Gdy jednak za realizację Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych wzięła się ekipa z Prawa i Sprawiedliwości, liczba zabitych na drogach wzrosła zamiast spadać. Pogratulować skuteczności! Innym dowodem „skuteczności” rządu PiS w sprawach drogowych jest to, że tylko 3 proc. polskich dróg to drogi w bardzo dobrym stanie. Natomiast w bardzo złym jest aż 13 proc.
Miażdżąca jest w tej kwestii ocena Najwyższej Izby Kontroli, która w swym najnowszym raporcie stwierdziła: „Dotychczasowa realizacja Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych nie przyniosła oczekiwanych rezultatów – zauważalnego zmniejszenia liczby odcinków dróg krajowych, na których ryzyko powstania wypadku drogowego jest duże lub bardzo duże. Zebrane przez NIK dane pokazują brak zależności między poprawą bezpieczeństwa na wybranych drogach, a realizowanymi inwestycjami”.
NIK, oceniając zdecydowanie negatywnie dotychczasowe wykonanie Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, podkreśliła także: „Przygotowanie projektu było nierzetelne, nadzór nad jego realizacją nieskuteczny, planowanie wydatków nieefektywne, a efekty niewielkie”.
Założeniem tego programu było to, że dzięki niemu na polskich drogach ubędzie odcinków, na których ryzyko powstania wypadku jest bardzo duże. W tym celu zaplanowano działania, których koszt w ciągu niemal dziewięciu lat (do końca 2023 r.) oszacowano na ok. 7 mld 200 mln zł. Jednak realizujący program Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad przez blisko pięć lat wydał na inwestycje jedynie 7,5 proc. tej kwoty – ok. 540 mln zł. Tak właśnie PiS dba o bezpieczeństwo na drogach!
Na starcie programu zaplanowano 1085 zadań, a na jego półmetku – pod koniec 2019 – zakończone były zaledwie 273, kosztem 380 mln zł. Niby nic w tym niezwykłego, bo w Polsce zawsze jest tak, że wszelkie programy realizowane są niemrawo i dopiero pod koniec następuje gwałtowne przyśpieszenie, by zdążyć wydać wszystkie zaplanowane pieniądze.
Problem jednak w tym, że z wspomnianych 380 mln zł niemal 50 proc. – nieco ponad 188 mln – przeznaczono na inwestycje, które nie kwalifikowały się do Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, ponieważ bynajmniej nie dotyczyły miejsc szczególnie niebezpiecznych. Dobierano je bowiem po uważaniu, a najprawdopodobniej i po znajomości. Można więc przypuścić, że inwestycje te trafiały szczególnie do tych regionów, w których rządziło PiS. W efekcie, nawet tam, gdzie cokolwiek robiono, nie zmodernizowano tych odcinków, na których ryzyko wypadku było duże i bardzo duże.
Ponieważ stopień zaniedbań przy realizacji Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych zaczął nabierać wymiaru niemal aferalnego, rząd PiS postanowił jakoś zareagować. Najważniejsze było ukrycie sprawy przed opinią publiczną. W rezultacie, w lipcu 2017 r. rząd znowelizował Program Bezpieczeństwa Dróg Krajowych usuwając z niego listę zadań do sfinansowania w ramach Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, a także zapis o zaplanowanym limicie wydatków na ten cel. Dzięki temu już znacznie trudniej przyczepić się do tego, że marnuje się publiczne pieniądze nie wykonując tego, co zostało zaplanowane. Czego nie widać, tego mniej żal.
Zmieniono również sposób doboru zadań na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego, tak by był dokonywany bezpośrednio przez ministra odpowiedzialnego za transport zgodnie z aktualizowaną listą potrzeb i przy uwzględnieniu możliwości finansowych. Ówczesne Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa tłumaczyło, że celem tej decyzji było uelastycznienie i przyspieszenie realizacji kolejnych zadań. Zmianę wprowadzono bez uwzględnienia rekomendacji Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad opartej na na podstawie raportu Banku Światowego, który przeprowadził audyt procesu zarządzania bezpieczeństwem dróg krajowych w GDDKiA . W raporcie tym stwierdzono, że konieczne jest jak najszybsze uzgodnienie pomiędzy Ministerstwem Infrastruktury i Budownictwa oraz GDDKiA szczegółów monitorowania postępów we wdrażaniu Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, co umożliwi sprawną realizację zadań programu i kontrolowanie efektów. W rezultacie, zadania są realizowane coraz mniej sprawnie, a kontrolą efektów na dobre zajęła się dopiero NIK.
„Nieustalenie reguł i terminów zatwierdzania programów inwestycyjnych oraz odejście od ustalenia formalnej listy zadań PLMN było jedną z przyczyn niedostatecznej realizacji Programu” – oceniła NIK.
Co gorsza, jak ustaliła Izba, minister odpowiedzialny za transport i Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad nie monitorowali przy tym wpływu zrealizowanych inwestycji na poprawę bezpieczeństwa ruchu drogowego. Nie przeprowadzali także oceny efektywności zastosowanych rozwiązań. Zamiast tego, monitoring skuteczności podejmowanych działań miały zapewnić kontrole i audyty bezpieczeństwa ruchu drogowego wraz z oceną wpływu poszczególnych inwestycji na to bezpieczeństwo.
NIK stwierdziła, że nadzór Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad nad takimi kontrolami nie był prawidłowy. Nie sprawdzał on nawet czy rzeczywiście wszystkie planowane kontrole zostały przeprowadzone (okazało się, że nie wszystkie). Na przykład, w oddziałach GDDKiA w Białymstoku, Gdańsku, Lublinie i Opolu w 2016 r., w oddziałach w Białymstoku, Gdańsku, Kielcach, Krakowie, Lublinie, Poznaniu, Szczecinie i w Warszawie w 2017 r. oraz w Warszawie w 2019 r. nie przeprowadzono żadnej ogólnej kontroli bezpieczeństwa ruchu drogowego.
Niski stopień realizacji Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych po niemal pięciu latach funkcjonowania, wskazuje także na nieefektywne planowanie wydatków przez Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad. Nieskuteczny jest też nadzór ministra odpowiedzialnego za transport nad realizacją PLMN – uznała NIK.
Izba wystąpiła z wnioskiem do Ministra Infrastruktury o analizę wpływu jaki na bezpieczeństwo ruchu drogowego mają zadania zrealizowane w ramach PLMN. Na razie, jak ustaliła NIK, ten wpływ jest żaden.

Gdy zwierzęta przeszkadzają ludziom

Wprowadzone w 2018 r przez PiS zmiany w prawie łowieckim nie wpłynęły na prawidłowość szacowania szkód oraz terminowe wypłacanie odszkodowań.

W ostatnich latach narasta problem szkód łowieckich. Odszkodowania, wypłacane rolnikom przez koła łowieckie są bowiem coraz większe. W roku gospodarczym 2017/2018 kwota wypłaconych odszkodowań wyniosła 90 850,3 tys. zł – o ponad 13,5 mln zł (18 proc. ) więcej niż w roku 2016/2017 oraz o prawie 17,5 mln (24 proc.) więcej w porównaniu z rokiem 2015/2016.
Wzrost tych sum możnaby uznać za zjawisko pozytywne, świadczące o odradzaniu się dzikiej przyrody w naszym kraju. Rzecz jednak w tym, że odszkodowania nierzadko są wypłacane nierzetelnie, po uważaniu, co ma miejsce zresztą po obu stronach. Zdarzają się więc odszkodowania zbyt wysokie, ale także i zaniżone.
Szkody łowieckie to – nie całkiem zgodnie z nazwą – nie tylko szkody wyrządzane przez myśliwych podczas polowań. To przede wszystkim straty gospodarcze powodowane przez dziko żyjącą zwierzynę: zniszczenia w uprawach, płodach rolnych czy hodowli.
Zgodnie z prawem odszkodowania za szkody łowieckie wypłaca Polski Związek Łowiecki (na terenie obwodów łowieckich) oraz Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe (poza tymi obwodami).
W roku 2018 za sprawą Prawa i Sprawiedliwości w ustawie prawo łowieckie wprowadzono zmiany, które miały zapewnić rzetelne i terminowe wypłacanie odszkodowań. W skład zespołów szacujących szkody zostali włączeni przedstawiciele gmin, możliwe stało się składanie odwołań do nadleśniczych. Najwyższa Izba Kontroli sprawdziła działanie nowego systemu, badając okres pomiędzy 1 kwietnia 2017 r., a 31 sierpnia 2019 r. Okazało się, ze działa kiepsko.
„Wprowadzone zmiany w ustawie Prawo łowieckie niewiele zmieniły w kwestii szacowania szkód oraz terminowego wypłacania odszkodowań” – stwierdziła NIK w raporcie pokontrolnym.
Wyniki kontroli wskazują, że w kołach łowieckich, zamiast porządnego szacowania szkód, wysokość odszkodowań najczęściej ustalano w drodze porozumienia z rolnikami – czyli poza procedurami wskazanymi w prawie łowieckim. „Zawierając ugody, całkowicie lub częściowo pomijano procedurę szacowania szkód określoną w ustawie i przepisach wykonawczych” – podkreśla NIK.
Oznacza to, że nie zbierano danych dotyczących m. in.: powierzchni uszkodzonej, procentu zniszczenia uprawy, plonu z 1 ha. „Brak tych danych uniemożliwiał zweryfikowanie uzgodnionej kwoty do wysokości odszkodowania, która przysługiwałaby w przypadku zastosowania przepisów” – wskazuje Izba.
NIK zwraca też uwagę, że pomijanie przy szacowaniu szkody procedury określonej w Prawie łowieckim, oznacza niemożliwość weryfikacji, czy wysokość odszkodowania została ustalona rzetelnie i odpowiada poniesionym stratom.
W rezultacie, nadal może dochodzić do nieprawidłowości i nadużyć. Ponadto, odszkodowania wypłacane są nieterminowo, z opóźnieniami nawet ponad sześciomiesięcznymi. Być może liczba nieprawidłowości zmniejszy się dzięki temu, że wprowadzono możliwość składania odwołań od oględzin lub oszacowania szkód do nadleśniczych.
NIK skierowała do Ministra Środowiska wniosek o wprowadzenie do prawa łowieckiego sposobów ustalania i dokumentowania wysokości odszkodowania wypłacanego w wyniku ugody. Wydaje się jednak, że obecna sytuacja, gdy panuje tu dowolność i brak reguł, moze odpowiadać wielu zainteresowanym.
Przy okazji warto zauważyć, że odszkodowania przysługują za szkody wyrządzane nie przez wszystkie dzikie zwierzęta. Dotkliwe bywają niekiedy szkody powodowane przez zające (niszczące rośliny uprawne), lisy (drób), żurawie i wydry (ryby), a nawet nietoperze (budynki mieszkalne). W przypadku tych gatunków zwierząt (i wielu innych) odszkodowania nie przysługują. Jak wskazuje Rzecznik Praw Obywatelskich, powoduje to skargi rolników.
„Podczas spotkań regionalnych Rzecznika Praw Obywatelskich obywatele skarżyli się, że szkody wyrządzane przez zwierzęta podlegające ochronie są poważnym problemem społecznym” – stwierdza RPO.
Minister środowiska wydał 16 grudnia 2016 r. rozporządzenie określające dziko żyjące zwierzęta objęte ochroną. Objęło ono 592 gatunki zwierząt. „Prawo nie przewiduje możliwości odszkodowania za szkody wyrządzone przez te zwierzęta” – wskazuje Rzecznik Praw Obywatelskich.
Dlatego Rzecznik zwrócił się do ministra środowiska o „rozważenie działań” w celu wydania przez Radę Ministrów nowego rozporządzenia o gatunkach zwierząt chronionych wyrządzających szkody, za które odpowiadałby Skarb Państwa. Ze względu na fatalną sytuację budżetu państwa, trudno jednak oczekiwać, aby zostały podjęte jakiekolwiek działania, mogące rozszerzać odpowiedzialność Skarbu Państwa za te szkody.

Trudne życie w krainie śmieci

Nieskuteczna kontrola rynku odpadów przez PiS-owską administrację publiczną przyczynia się do degradacji środowiska oraz stwarza zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi.

W 2018 r. wytworzono w Polsce 12,5 mln ton różnych odpadów komunalnych. Z tej masy śmieci ponad 26 proc. poddano procesowi recyklingu, 8 proc. kompostowaniu lub fermentacji, blisko 23 proc. przekazano do tzw. termicznego przekształcenia z odzyskiem energii (głównie do zgazowania), 1,5 proc. przekształcono termicznie bez odzysku energii (co mówiąc po ludzku oznacza zwykle spalenie) – i aż blisko 42 proc. trafiło do składowania, czyli po prostu na wielkie wysypiska śmieci. To tyle samo, co w 2017 r., bo mimo solennych zapewnień władz, recykling odpadów jakoś się u nas niezbyt przyjmuje.
„Nieskuteczne były działania na rzecz ograniczenia składowania odpadów, pomimo, że we wszystkich wojewódzkich planach gospodarki odpadami przyjęto kierunki takich działań” – stwierdza raport Najwyższej Izby Kontroli.
Kontrola NIK wykazała, że znaczna część odpadów po przetworzeniu w instalacjach mechanicznych i biologicznych nadal trafiała na wysypiska. Tymczasem zgodnie z przepisami o odpadach (nie tylko polskimi ale i unijnymi) składowanie powinno być ostateczną metodą ich przetwarzania. U nas – jest metodą podstawową.
Wcześniejsze obliczenia Głównego Urzędu Statystycznego wskazywały na zagrożenie nie osiągnięcia do 2020 r., wymaganych przez Unię Europejską 50 procent recyklingu i przygotowania do ponownego użycia czterech rodzajów odpadów komunalnych (papieru, szkła, plastiku i metalu) – oraz nie osiągnięcie zmniejszenia masy składowanych odpadów. W sprawozdaniu w ramach systemu wczesnego ostrzegania, Polsce zwróciła na to uwagę Komisja Europejska.
Tak sie też niestety stało. Nie osiągnęliśmy tych 50 proc. recyklingu (jest niespełna 30 proc.), a na wysypiska trafia niewiele mniej odpadów niż dwa lata temu. W związku z tym NIK negatywnie oceniła skuteczność nadzorowania przez organy administracji publicznej sposobu gospodarowania odpadami komunalnymi w Polsce.
„Nie były one właściwie przetwarzane w instalacjach mechaniczno-biologicznych. Po przejściu przez instalacje nie nadawały się do recyklingu i ponownego użycia. Powodowało to trudności z dalszym zagospodarowaniem odpadów i zwiększało związane z tym koszty” – podkreśla raport Izby.
Do wspomnianych instalacji w zdecydowanej większości przekazywano zmieszane odpady komunalne – a nie wyselekcjonowane i podzielone na papier, szkło, plastik i metal. Odpady te po przetworzeniu nie spełniały wymagań niezbędnych dla poddania ich procesom recyklingu czy odzysku. Nie można już było nic z nimi zrobić, oprócz przewiezienia ich na wysypisko.
Kontrola wykazała zaniedbania, polegające m.in. na niezgodnej z przepisami klasyfikacji odpadów oraz nieprawidłowościach w prowadzeniu ich ewidencji – czego skutkiem były sprawozdania dotyczące gospodarki odpadami, niezgodne ze stanem rzeczywistym (czyli po prostu fałszywe). Tak więc, w papierach na ogół wszystko było świetnie – ale pospolitość śmieciowa skrzeczała (i śmierdziała).
Jedna z konkluzji kontroli jest taka, że administracja publiczna oraz podmioty prowadzące instalacje mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów nie usiłowali doprowadzić do zgodnego z przepisami ich przetwarzania.
„Działania organów administracji publicznej oraz prowadzących instalacje mechaniczno-biologicznego przetwarzania odpadów i zarządzających składowiskami odpadów, były niewystarczające i nieskuteczne. Zagospodarowanie odpadów było niezgodne z przepisami” – zauważają kontrolerzy NIK. Ponadto informacje o odpadach komunalnych zagospodarowanych w instalacjach mechanicznych i biologicznych przekazywano po terminie – lub po prostu nie robiono tego wcale, w ogóle nie podając danych o masie odpadów. W ogóle nie ważono odpadów powstałych i zagospodarowywanych w poszczególnych procesach w instalacjach przetwórczych, a ich masa była co najwyżej szacowana.
Najgorszym przewinieniem administracji i podmiotów zajmujących się przetwarzaniem śmieci jest chyba to, że osoby prowadzące instalacje mechaniczne i biologiczne kierowały do jednego ciągu technologicznego zmieszane odpady komunalne łącznie z odpadami z selektywnej zbiórki innych ich rodzajów.
Czyli, wszystkie śmiecie, tak mozolnie rozdzielane przez mieszkańców i wysypywane do osobnych koszy na papier, plastik czy szkło, trafiały później do jednego kotła. Bardzo często widzieliśmy to już wtedy gdy przyjeżdżał samochód do wywozu śmieci – i zawartość każdego z pojemników lądowała w jednym i tym samym brzuchu śmieciarki. Takie działanie skutecznie podważało cały sens wieloletniego edukowania i przekonywania obywateli o potrzebie selekcjonowania odpadów. Dodatkowo nie posiadali oni dokumentów potwierdzających faktyczne przekazanie odpadów surowcowych do recyklingu.
W dodatku, za ten cały śmieciowy bałagan, powstały pod rządami Prawa i Sprawiedliwości Polacy muszą płacić coraz więcej. W 2019 roku w porównaniu do 2016 r. opłaty za przyjęcie odpadów do instalacji przetwarzania mechanicznego i biologicznego wzrosły od ponad 58 proc. do ponad 87 proc.
I tak, opłaty za 1 tonę odpadów wynosiły: w 2016 r. – od 150 zł do 369 zł, w 2017 r. – od 187 zł do 429 zł, w 2018 r. – od 249 zł do 430 zł, w 2019 r. (tylko I półrocze) – od 281 zł do 585 zł (!). Władzy oczywiście to nie obchodziło, że wywóz śmieci stanowi coraz bardziej rujnującą kwotę.
Jak wskazuje NIK, główną przyczyną wzrostu opłat były problemy ze zbytem czy też zagospodarowaniem odpadów powstających po procesie mechaniczno-biologicznego ich przetwarzania. Bo łatwo powiedzieć: poddać śmieci recyklingowi. Nawet nie tak trudno to wykonać. Tyle, że problem w tym, iż takie przetworzone śmiecie przeważnie do niczego się nie nadają.
Opowieści, że przerabiane odpady można z powodzeniem ponownie wykorzystywać niemal w 100 proc., są zwykłymi bajkami. A jeśli nawet niekiedy można, to koszt takiego recyklingu jest porażająco wysoki.
Zagospodarowanie śmieci w Polsce mogłoby być nieco sprawniejsze, gdyby istniała baza danych o produktach i opakowaniach oraz gospodarce opadami. Do jej utworzenia zobowiązany byli PiS-owscy ministrowie środowiska – ale oczywiście się z tego nie wywiązali.
Odpadami nie przejmowali się także wojewódzcy inspektorzy ochrony środowiska, którzy nie kontrolowali posiadaczy odpadów, przekazujących je nieuprawnionym podmiotom. „Nie robili tego, pomimo uzyskanych informacji o nieprawidłowościach w gospodarowaniu odpadami” – podkreśla NIK. Kontrolerzy WIOŚ nie pobierali próbek odpadów do badań i nie przeprowadzali oględzin podczas prowadzonych kontroli u tych, którzy je przetwarzali. Niedbalstwem i bezczynnością wykazała się także PiS-owska administracja publiczna. Generalnie nie obchodziły jej pożary miejsc magazynowania i składowania odpadów, pomimo że w ostatnich latach było to zjawisko niemal masowe. Po prostu, najskuteczniejszym i najtańszym sposobem „recyklingu” śmieci w Polsce jest wciąż ich spalanie. Dla przykładu, na terenie objętym właściwością tylko sześciu Wojewódzkich Inspektoratów Ochrony Środowiska odnotowano łącznie 54 pożary miejsc, gdzie składowane są odpady.
Ten świadomy i nieprzypadkowy brak wiedzy o przyczynach i skali pożarów oraz nie podejmowanie żadnych działań zapobiegawczych stwarza warunki dla nielegalnego pozbywania się odpadów – a tym samym do rozwoju szarej strefy. I w tej śmieciowej szarej strefie, w swoistym „partnerstwie” publiczno – prywatnym robi się świetne, lewe interesy.
„Nieskuteczna kontrola rynku odpadów przez organy administracji publicznej przyczynia się do degradacji środowiska i stwarza zagrożenie dla życia i zdrowia ludzi” – zarzuca Najwyższa Izba Kontroli. Cóż, nic dodać, nic ująć.
NIK w swoich wnioskach pokontrolnych zwraca się do Ministra Klimatu o zapewnienie finansowania (ze środków funduszy ochrony środowiska i gospodarki wodnej) inwestycji w odzyskiwanie i recykling odpadów. Są to niestety pobożne życzenia. Skoro PiS-owska administracja nie zechciała się tym zająć przez pięć lat swoich rządów w okresie znakomitej koniunktury, to tym bardziej nie zrobi tego teraz, gdy trzeba ratować walący się budżet państwa.

Gospodarka 48 godzin

Ocena pozytywna
Prezes NIK Marian Banaś przedstawił na posiedzeniu plenarnym Sejmu wyniki kontroli wykonania budżetu państwa w roku 2019. NIK oceniła wykonanie pozytywnie. W związku z tym Kolegium Izby podjęło uchwałę, w której wyraziło pozytywną opinię w sprawie udzielenia Radzie Ministrów absolutorium za 2019 r. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła także, że sprawozdanie Rady Ministrów z wykonania budżetu państwa, we wszystkich istotnych aspektach przedstawia rzetelne informacje i dane o wysokości dochodów, wydatków, należności i zobowiązań oraz wyniku budżetu państwa i budżetu środków europejskich. Wśród 145 ocen wykonania budżetu państwa odnoszących się do poszczególnych jego części oraz do planów finansowych jednostek pozabudżetowych zdecydowanie przeważały oceny pozytywne. Negatywnie oceniono jedynie wykonanie planu finansowego Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie. Łączny deficyt budżetu państwa i budżetu środków europejskich wyniósł 11,1 mld zł. Był on o 33 mld zł niższy od planowanego. Jednakże dług Skarbu Państwa wzrósł w 2019 r. o 19 mld zł. Wpływ na to miały między innymi: pożyczka dla Funduszu Solidarnościowego w kwocie blisko 9 mld zł na sfinansowanie trzynastej emerytury oraz nieodpłatne przekazanie obligacji skarbowych uczelniom wyższym, Funduszowi Dróg Samorządowych i mediom publicznym w łącznej wysokości prawie 6 mld zł. „Operacje te były dopuszczone przepisami prawa, jednak sposób ich przeprowadzenia i ewidencji ograniczyły przejrzystość finansów publicznych” – zauważa NIK.

Wolnoć Tomku
Polscy producenci rolni niechętnie się organizują. Narzekają na zbyt wysokie wymagania i uciążliwą biurokrację, co skutecznie uniemożliwia im zakładanie organizacji i grup producentów. Chodzi zwłaszcza o trudności przy uzyskiwaniu statusu tzw. uznanej organizacji producentów oraz grupy producentów rolnych. Natomiast te grupy, które mimo wszystko powstały, teraz zaczynają się stopniowo likwidować. Inna sprawa, że przeszkodą jest też tradycyjna polska obawa przed jakimkolwiek wspólnym działaniem dla grupowego dobra. „Jednym z głównych powodów słabego zorganizowania rolników jest ich niechęć do wspólnego działania na rynku” – słusznie stwierdza organizacja przedsiębiorców Business Centre Club. Mistrzowsko pokazał to już Mickiewicz, opisując w „Panu Tadeuszu” szlachtę zaściankową, która nijak nie może podjąć żadnych działań dla „dobra pospolitego”, lecz ochoczo godzi się najechać na Sędziego. Charakteru Polaków raczej nie uda się zmienić, zwłaszcza pod rządami PiS, które bazują na rozdmuchiwaniu najbardziej negatywnych przywar polskiego społeczeństwa. Nie zmienia to jednak faktu, że potrzebne są wyraźne uproszczenia, które ułatwiłyby tworzenie spółdzielni producentów rolnych o dużej liczbie członków i odpowiedniej do ich działalności wartości środków trwałych. Wiele obecnie obowiązujących w Polsce wymogów nie wynika z przepisów Unii Europejskiej. Nasz kraj nie został niestety przygotowany do mechanizmów wsparcia rynkowego, zaplanowanych przez Komisję Europejską – wskazuje BCC. W Polsce brakuje organizacji producentów na kluczowych rynkach rolnych, m.in. zbóż, roślin oleistych, wieprzowiny, mleka, drobiu, wołowiny. W kraju działają jedynie organizacje producentów uprawiających owoce i warzywa. Najlepiej przygotowanymi przedsiębiorstwami do tego, by uzyskać status organizacji producentów są natomiast spółdzielnie mleczarskie.

Co zrobić z tym barszczem?

To nie zupa lecz roślina. Rośnie w niepohamowany sposób, jest groźna dla ludzi i zwierząt, a mięso i mleko bydła, które się go naje ma anyżowy posmak.

Mamy problem z barszczem Sosnowskiego i bardzo podobnym do niego, rzadko rozróżnianym barszczem Mantegazziego. Są to szkodliwe rośliny inwazyjne, pochodzące z rejonu Kaukazu – niezwykle trudne do zwalczania, łatwo zajmujące nowe tereny, powodujące degradację środowiska przyrodniczego i eliminację innych roślin. Są przy tym są niebezpieczne dla ludzi i zwierząt, gdyż ich soki oraz wydzielane przez nie w ciepłe dni związki mogą powodować poważne oparzenia II i III stopnia.
Jak to Polacy, jesteśmy teraz mądrzy po szkodzie. Ale czterdzieści lat temu uprawa barszczu Sosnowskiego była uznawana za sposób zapobieżenia niedoborom pasz – i szansę na dalszy rozwój hodowli zwierząt. Barszcze kaukaskie w przeszłości były ponadto rozpowszechniane u nas jako rośliny ozdobne i miododajne.
W latach 70. i 80. poprzedniego wieku barszcz Sosnowskiego uprawiano praktycznie w całej Polsce, jako roślinę pastewną. Zwierzęta karmione tą paszą dawały mleko i mięso o anyżowym posmaku, co zapewne odpowiadało zwolennikom anyżówki, ale generalnie nie wzbudzało aprobaty. Po kilkunastu latach zaprzestano więc jego uprawy. Nie zaszkodziło mu to. Barszcz Sosnowskiego i Mantegazziego z biegiem lat zajmował nowe tereny i obecnie występuje praktycznie w całej Polsce. Nigdy nie przeprowadzono skutecznej likwidacji istniejących stanowisk tych roślin.
Roślinę tę sklasyfikowano w 1944 r. Opisała i zbadała ją radziecka botaniczka Ida Panowna Mandenowa. Barszczowi dano nazwisko rosyjskiego botanika, badacza flory Kaukazu, Dmitrija Iwanowicza Sosnowskiego, Zasłużonego Działacza Nauki Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej . Do końca lat 70 dwudziestego wieku barszcz wprowadzany był do uprawy w różnych krajach bloku wschodniego jako roślina pastewna. Do Polski trafił w latach 50. jako „dar uczonych radzieckich z Wszechzwiązkowego Instytutu Uprawy Roślin w Leningradzie”.
Prowadzone w naszym kraju badania wskazują, że jeśli nie podejmie się skutecznego zwalczania barszcze kaukaskie będą rozprzestrzeniać się szybko, zajmując nowe tereny wokół występujących już stanowisk. Z monitoringu prowadzonego przez ośrodki naukowe i organizacje pozarządowe wynika, że efektywność dotychczasowego zwalczania barszczy kaukaskich jest niewielka i rośliny te nadal się rozprzestrzeniają. Ze względu na zawartość substancji toksycznych nie powinny one być spalane w niekontrolowanych warunkach ani poddawane kompostowaniu.
W 2014 r. , za rządów PO-PSL, na zlecenie Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska opracowano wytyczne dotyczące zwalczania barszczu Sosnowskiego (Heracleum sosnowskyi) i barszczu Mantegazziego (Heracleum mantegazzianum) na terenie Polski. W wytycznych przedstawiono charakterystykę barszczy kaukaskich, w tym historię, stan i prognozę inwazji gatunku w Polsce, oraz metody ich zwalczania.
Jedną z propozycji jest konieczność traktowania odpadów uzyskiwanych w wyniku zwalczania barszczy kaukaskich jako niebezpiecznych. O powstaniu wytycznych zostały oficjalnie poinformowane wszystkie gminy. Te, by podnieść świadomość mieszkańców, zamieszczały na swoich stronach internetowych informacje o sposobie postępowania z tymi roślinami. Informacje o barszczach kaukaskich zamieszczano również na tablicach ogłoszeń oraz w prasie lokalnej. Przekazywane były także do szkół i przedszkoli – lub organizowano w nich prelekcje. W miejscach, w których występowało duże natężenie ruchu zamieszczano tablice ostrzegawcze. Zrobiono więc sporo, ale gdy władzę objęło Prawo i Sprawiedliwość, te działania zostały zarzucone.
Podobieństwo barszczu Sosnowskiego i barszczu Mantegazziego powoduje, że są one trudne do rozróżnienia. Jednym ze sposobów zwalczania tych roślin jest ich koszenie, wskutek którego odrastające osobniki są zazwyczaj mniejsze i mniej masywne, przez co zacierają się główne różnice w ich wyglądzie. Dodatkowo oba typy barszczy występują na tych samych terenach. Dlatego też często rośliny te traktowane są łącznie i uznawane za barszcz Sosnowskiego.
Barszcze kaukaskie osiągają nawet pięć metrów wysokości, mają masywne liście, grube łodygi i potężne korzenie. Kwitną w okresie czerwiec-sierpień, wydając nawet 100 000 nasion, które rozprzestrzeniają się zarówno z wiatrem, jak i wodą.
Mimo licznych starań, głównie samorządów, bo rząd PiS nie zauważa problemu, barszcze kaukaskie zajmują coraz większy obszar Polski. Dotychczasowe próby likwidacji stanowisk tych roślin nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. I nic dziwnego, bo jak to u nas, zabieramy się do tego nieudolnie, wyrywkowo, bez zorganizowania przemyślanych działań.
„Brak całościowej diagnozy zagrożenia barszczami Sosnowskiego i Mantegazziego, niezdefiniowanie niezbędnych działań związanych z ich zwalczaniem, brak spójnego i całościowego systemu nadzoru oraz finansowania ich niszczenia jak również brak kompleksowych działań zwalczających to główne przyczyny rozprzestrzeniania się tych niezwykle groźnych dla życia i zdrowia roślin” – krytycznie stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.
Najważniejszym problemem jest oczywiście brak pieniędzy, coraz dotkliwszy w sytuacji, gdy w kulejącym budżecie naszego państwa pojawiają się wciaż rosnące niedobory.
Dotychczas nie opracowano spójnego i całościowego systemu finansowania zwalczania barszczy kaukaskich. Środki na zwalczanie przekazywane były przez Narodowy i Wojewódzkie fundusze ochrony środowiska i gospodarki wodnej oraz w ramach projektów unijnych. Jednakże Narodowy Fundusz, w przypadku barszczy kaukaskich działał incydentalnie – i nie było szerszego programu postępowania z tymi roślinami. Z powodu ograniczonego planu eliminacji barszczy kaukaskich NFOŚiGW unieważnił zresztą w 2015 r. nabór wniosków o dofinansowanie zwalczania barszczy.
Poszczególne wojewódzkie fundusze przyjęły odmienne systemy dofinansowywania walki z tymi roślinami, a niektóre w ogóle nie przeznaczały środków na ich zwalczanie. Przykładem może być WFOŚiGW w Białymstoku. W 2018 r., mimo uruchomienia skierowanego do gmin województwa podlaskiego programu dotacyjnego, nie wpłynął żaden wniosek o dofinansowanie i w rezultacie program został zamknięty. W 2019 r. WFOŚiGW w Olsztynie nie opracował programu dotacyjnego na zwalczanie barszczy kaukaskich, argumentując swoją decyzję nikłym zainteresowaniem gmin takim dofinansowaniem oraz ograniczonymi środkami Funduszu. W latach 2017-2018 o środki z Funduszu na likwidację barszczy kaukaskich starało się na przykład zaledwie pięć oraz sześć gmin z terenu województwa warmińsko-mazurskiego.
„W ocenie NIK jednym z powodów niskiego zainteresowania dofinansowaniem zwalczania barszczy kaukaskich może być brak wiedzy w samorządach o możliwości ubiegania się o takie środki. Z badania kwestionariuszowego wynika, że /…/ ponad połowa gmin, które nie ubiegały się o dofinansowanie nie wiedziało o możliwości uzyskania takiego wsparcia. Potwierdziły to wyniki kontroli” – stwierdza NIK.
Barszcze kaukaskie najczęściej zwalczane są poprzez koszenie (powtarzane kilkakrotnie w trakcie sezonu wegetacyjnego) lub opryski chemiczne. Nie wszystkie gminy zwalczają jednak barszcze kompleksowo i systematycznie. Rezultaty są więc dalekie od oczekiwań. Niektóre gminy zwalczały barszcze kaukaskie wyłącznie na terenach będących formalnie w ich zarządzie, obejmując działaniami zaledwie kilka lub kilkanaście procent terenów zajętych przez stanowiska tych roślin. Tymczasem właściciele nieruchomości chętnie udostępniają je w celu zwalczania roślin, ponieważ ze względu na wysokie koszty i ryzyko poparzenia nie chcą robić tego samodzielnie.
W ocenie NIK, brak przepisów wskazujących podmiot zobowiązany do usuwania barszczy kaukaskich z terenów, które nie są w zarządzie gminy uniemożliwia prawidłowe zwalczanie tych roślin. Brak takich regulacji utrudnia również właścicielom nieruchomości, poszkodowanym na skutek zaniechania zwalczania tych roślin przez właścicieli nieruchomości sąsiednich, skuteczne dochodzenie swoich praw. Granica działki przecież nie chroni przed emisją substancji toksycznych ani rozprzestrzenianiem się nasion.
Brak jest również jednoznacznych przepisów prawa określających właściwy sposób utylizacji pozostałości barszczy po przeprowadzonych zabiegach. W rezultacie, tylko w niektórych gminach poddawano je zniszczeniu.
Wszystkie te zaniedbania sprawiają, że Heracleum Sosnowskyi oraz jego mniej znany towarzysz Mantegazzi mają się doskonale w naszym kraju. Są one od wielu lat objęte prawnym zakazem uprawy i rozmnażania na terenie Polski, ale z powodzeniem same to robią.

Tykające bomby na dnie Bałtyku

Trujące substancje zatruwają polskie wody. Rząd PiS nic nie robi, aby ograniczyć rozmiary tej katastrofy ekologicznej.
Tytułowymi tykającymi bombami są oczywiście zatopione statki i okręty – i szkodliwe substancje, które już zaczynają się z nich wydobywać. Jest to niebezpieczeństwo doskonale znane od dziesięcioleci, ale wciąż nikt nie próbuje go wyeliminować.
Największe zagrożenie stanowią pochodzące z okresu II wojny światowej niemieckie jednostki „Stuttgart” i „Franken”. Z pierwszego wraku już wydobywa się paliwo, drugi, z powodu korozji może się zapaść w każdej chwili i spowodować ogromną katastrofę ekologiczną. Do tego w rejonie Głębi Gdańskiej może spoczywać na dnie co najmniej kilkadziesiąt ton amunicji i bojowych środków trujących, w tym jeden z najgroźniejszych: iperyt siarkowy. Od wojny już kilkakrotnie doszło do poparzenia nim rybaków i plażowiczów.
Wśród najgroźniejszych źródeł zanieczyszczeń Bałtyku wymienia się wycieki paliw i substancji ropopochodnych oraz uwalnianie się bojowych środków trujących i produktów ich rozpadu. Jak się okazało w wyniku międzynarodowych i krajowych projektów badawczych, problemy te dotyczą również polskiej strefy Bałtyku.
Na naszych wodach zalegają setki wraków statków, a także broń i amunicja chemiczna – pozostałości głównie po II wojnie światowej i okresie zimnej wojny. Problem w miarę upływu kolejnych dekad nabrzmiewa. Wraz z postępującą korozją wraków okrętów, pojemników i beczek z bronią i amunicją chemiczną oraz zwiększającą się eksploatacją Morza Bałtyckiego, wzrasta bowiem ryzyko przedostawania się szkodliwych substancji do wód i dna Bałtyku oraz organizmów żywych. Njgroźniejsze jest ryzyko nagłego, niekontrolowanego wycieku ogromnej ilości substancji niebezpiecznych wskutek zapadnięcia się skorodowanego wraku i rozszczelnienia pojemników z paliwem.
W przypadku wraku tankowca „Franken”, zatopionego przez radzieckie lotnictwo, badania przeprowadzone przez Instytut Morski w Gdańsku wskazują na możliwość zalegania nawet 6.000 ton paliw i produktów ropopochodnych. Skorodowany wrak może pod wpływem własnego ciężaru zapaść się i spowodować nagły wyciek dużej ilości tych substancji. Tymczasem, jak wynika z ustaleń Najwyższej Izby Kontroli, odpowiedzialna za zwalczanie zagrożeń i zanieczyszczeń środowiska morskiego spowodowanych rozlewem na powierzchni morza substancji ropopochodnych, Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa jest zdolna do zebrania własnymi siłami i środkami około 3.000 ton oleju, a przy wykorzystaniu sił i środków innych jednostek – do 3.500 ton. Reszta – zatruje środowisko bałtyckie.
Już mamy do czynienia z katastrofą ekologiczną spowodowaną przez wrak statku „Stuttgart” (zatopiony w Zatoce Puckiej przez samoloty amerykańskie). W jego otoczeniu stwierdzono plamę o przybliżonej powierzchni zaolejenia około 415 000 m². Ponadto, powiększa się zasięg skażenia dna.
„Badania przeprowadzone przez Instytut Morski w Gdańsku w kwietniu 2016 r. potwierdzają, że mamy do czynienia z lokalną katastrofę ekologiczną. Niestety, rząd Prawa i Sprawiedliwości nic z tym nie robi, choć „Stuttgart” leży blisko plaż bałtyckich. ” Tam gdzie zalega mazut utworzyła się strefa azoiczna (strefa pozbawiona życia), która wraz z plamą poszerza swój zasięg degradując środowisko naturalne” – stwierdza Instytut Morski.
Nie tylko wraki stanowią groźbę. Znalezione na terenie Niemiec duże ilości amunicji chemicznej oraz zapasów bojowych środków trujących, po II wojnie światowej wojska alianckie postanowiły zatopić w oparciu o ustalenia Konferencji Poczdamskiej. Na obszarze Morza Bałtyckiego wyznaczono miejsca zatopień (znajdujące się poza polskimi obszarami morskimi lub na ich granicy m.in. Głębie Gotlandzka i Bornholmska).
Jednak jak wynika z międzynarodowego projektu badawczego CHEMSEA, wyznaczone miejsca nie stanowią jedynych, w których zatapiano broń chemiczną lub w których zatopiona broń chemiczną może się znajdować. Potwierdzono bowiem występowanie bojowych środków trujących lub produktów ich rozpadu również w Głębi Gdańskiej i Rynnie Słupskiej – czyli w polskich obszarach morskich. „Stanowisko” składowania środków bojowych w Głębi Gdańskiej ma średnicę 0,62 mil morskich.
Ponadto chemiczne środki bojowe znajdowano także na plażach w Dziwnowie, Kołobrzegu i Darłowie, co sugeruje istnienie większej liczby takich podwodnych miejsc gdzie wrzucano do morza broń chemiczną – a także zatapianie jej gdzie popadło, zwykle podczas transportu do miejsc wyznaczonych.
Polskie władze nie przejmują się tymi wszystkimi zagrożeniami. „Zarówno administracja morska jak i ochrony środowiska nie rozpoznawały zagrożeń wynikających z zalegania w zatopionych na dnie Bałtyku wrakach ropopochodnego paliwa i broni chemicznej. Nie szacowały też ryzyka z nimi związanego i skutecznie nie przeciwdziałały rozpoznanym i zlokalizowanym zagrożeniom. Może to doprowadzić do katastrofy ekologicznej na niespotykaną skalę” – stwierdza najnowszy raport NIK
Kontrola NIK objęła m.in. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Ministerstwo Środowiska (obecnie Ministerstwo Klimatu), Główny Inspektorat Ochrony Środowiska, Urzędy Morskie w Gdyni, Słupsku i Szczecinie, Morską Służbę Poszukiwania i Ratownictwa. Kontrolą objęto okres od 2016 do pierwszej połowy 2019 r.
Najwyższa Izba Kontroli wskazała na brak rozpoznania zagrożeń wynikających z zalegania wraków z paliwem i broni chemicznej na dnie Morza Bałtyckiego. „Administracja morska i administracja ochrony środowiska wzajemnie obarczają się odpowiedzialnością za przeciwdziałanie tym zagrożeniom, nie uznając swoich kompetencji” – zauważa NIK. Jest to po prostu, typowe dla rządów PiS, usprawiedliwianie własnej bezczynności. NIK wskazuje bowiem, że z przepisów jasno wynika podział obowiązków w zakresie rozpoznania zagrożeń.
Ale nawet gdy gdzieś dokonano jakiegoś rozpoznania, oczywiście nic z tym nie robiono. „Administracje nie podejmowały działań prewencyjnych i interwencyjnych. Zarówno Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej jak i Minister Środowiska (obecnie Minister Klimatu) zostali ocenieni negatywnie” – podkreśla NIK.
Tak więc, administracja morska (Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej wraz z Dyrektorami Urzędów Morskich: w Gdyni, Słupsku i Szczecinie) nie dokonała inwentaryzacji dna – czyli, jak stwierdza NIK: „Nie rozpoznała miejsc, ilości, rodzaju i stanu materiałów niebezpiecznych (paliwa i produktów ropopochodnych z wraków oraz bojowych środków trujących i produktów ich rozpadu)”.
Wszystkie te zagrożenia były programowo ignorowane przez PiS-owskie władze. „Nawet w przypadku mogących stanowić największe ryzyko wśród rozpoznanych wraków statków, niemieckich jednostek „Franken” i „Stuttgart”, jak i zlokalizowanych w Głębi Gdańskiej miejsc zatopienia broni chemicznej, nie podejmowano skutecznego przeciwdziałania tym zagrożeniom, które doprowadziłoby do ich neutralizacji” – podkreśla NIK. Nie opracowano też metodyki i techniki szacowania ryzyka, związanego ze skażeniem środowiska morskiego.
Zaniedbania władz są wręcz karygodne. Administracja ochrony środowiska (Minister Środowiska, obecnie Minister Klimatu, wraz z Głównym Inspektorem Ochrony Środowiska) pomimo posiadania informacji o zagrożeniach ze strony materiałów niebezpiecznych, nie prowadziła monitoringu polskich obszarów morskich pod względem stężeń bojowych środków trujących oraz produktów ich rozpadu – a także pod względem paliw i produktów ropopochodnych z wraków statków.
Badaniami i oceną jakości wód nie objęto nawet rozpoznanych już miejsc zatopień bojowych środków trujących i wraków statków z paliwem. W szczególności dotyczyło to broni chemicznej, zalegającej w Głębi Gdańskiej, w środku naszych wód terytorialnych.
Administracji kompletnie nie zależało na obronie interesów Polski. Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, wykonujący prawa właścicielskie Skarbu Państwa do wód terytorialnych, nie zechciał wystąpić do państw będących właścicielami statków zatopionych na polskim terenie, o pokrycie kosztów usunięcia wraków lub o jakąkolwiek inną pomoc w usunięciu zanieczyszczeń dokonanych przez okręty tych państw. Nie podejmował także żadnych działań w celu uzyskania informacji o miejscach, ilości i rodzaju broni chemicznej, która została zatopiona w polskich obszarach morskich.
Wyniki kontroli są druzgocące. Po jej zakończeniu NIK skierowała liczne wnioski do rządu: o rzetelną ocenę ryzyka związanego z występowaniem materiałów niebezpiecznych w polskich obszarach morskich; o przeprowadzenie kompleksowej identyfikacji zatopionych środków trujących oraz paliw i produktów ropopochodnych; o rozpoznanie skali zagrożeń i inwentaryzację dna; o usunięcie bezpośredniego zagrożenia wynikającego z zalegania na dnie morza statków „Franken” i „Stuttgart” – czyli o to, by rząd PiS zaczął wreszcie cokolwiek robić, by ograniczyć rozmiary katastrofy ekologicznej w wodach Bałtyku.
Zabrakło w tym wszystkim jednego, bardzo ważnego wnosku: do prokuratury. Bezczynność władz PiS powinna zostać przerwana i ukarana, zanim trujące substancje ostatecznie nie zniszczą naszych wód i plaż.

Gospodarka 48 godzin

Unia nam da
Jak zapowiedziała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, Unia przeznaczy 37,3 mld euro, aby łagodzić wpływ epidemii na unijną gospodarkę. Wcześniej mówiono o 25 mld euro. Jeszcze raz okazało się, jak błogosławione było przyjęcie Polski do UE. Nasz kraj ma dostać najwięcej z funduszu przeznaczonego na walkę ze skutkami koronawirusa, bo aż około 7,5 mld euro. Obdarowane państwa członkowskie będą mogły swobodnie decydować, komu zechcą udzielić pomocy publicznej z tych środków i nie będą karane, jeśli zwiększą swój deficyt budżetowy i dług publiczny. Dużo pieniędzy – dla siebie – wyłożą również Chiny na zwalczanie gospodarczych konsekwencji epidemii: prawie 16 miliardów dolarów. Nieco mniej na ten cel przeznaczą Indie – do 13,5 mld dolarów. Natomiast w Korei Południowej powstaje fundusz stymulacyjny w wysokości 9,8 mld dol. W Ameryce Północnej USA i Kanada obniżyły stopy procentowe o pół punktu procentowego (po raz pierwszy od 2009 r.). W Stanach 8,3 mld dol zostanie przeznaczone na zwalczanie koronawirusa i stworzenie szczepionek.

Oj, bo was skontrolujemy
Trwa wymiana ciosów między Marianem Banasiem, zbuntowanym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, a Prawem i Sprawiedliwością. Właśnie PiS jest domniemanym adresatem wystąpienia NIK „w sprawie pojawiających się doniesień o upolitycznieniu działalności NIK”, dotyczącego prób powiązania Izby – a zwłaszcza przeprowadzanych przez nią kontroli – z rzekomą działalnością polityczną. W wystąpieniu tym Kolegium Najwyższej Izby Kontroli (prezes jako przewodniczący, wiceprezesi, dyrektor generalny oraz 14 członków) jednogłośnie stwierdza, iż że wobec pojawiających się w przestrzeni medialnej doniesień, które próbują sytuować Izbę jako przedmiot albo narzędzie walki politycznej, należy przypomnieć, że NIK zajmuje się tymi obszarami państwa, w których zaangażowane są publiczne pieniądze lub majątek: sprawdza, czy instytucje publiczne wykonują swoje zadania w sposób skuteczny, wydajny i oszczędny. Izba działa według jasno określonych zasad: przejrzystości intencji, rzetelności informacji, apolityczności kontrolerów oraz kolegialności w podejmowaniu decyzji. Wystąpienie informuje (czy może raczej ostrzega), że w planowaniu kontroli ogromną rolę odgrywa Kolegium NIK, które zatwierdza priorytetowe tematy. Można by dopowiedzieć: niech więc rządzący nie podskakują, bo nie od nich zależy kiedy i w jakiej sprawie zostaną skontrolowani.

Będzie nas ubywać
Wedle Głównego Urzędu Statystycznego, ludność w Polsce na 31 grudnia 2019 r. liczyła 38,4 mln osób, z czego mieszkający na stałe stanowili 37,9 mln. Prognoza GUS na 2050 r. zakłada, że wtedy będzie nas 33,9 mln. Natomiast im dalej, tym będzie nas mniej, aż do całkowitego wymarcia Polaków (co spotka najprawdopodobniej niemal całą ludność Europy). To jednak jeszcze nie nastąpi zaraz, lecz za kilka tysięcy lat. W 2100 r. będzie żyć w Polsce jeszcze 27,5 mln. osób według Eurostatu, urzędu statytycznego Unii Europejskiej. Mniej optymistyczna jest Organizacja Narodów Zjednoczonych. ONZ prognozuje, iż w tymże 2100 r. będzie już tylko 23,0 mln Polaków.

PiS nie zdoła zamieść pod dywan afery GetBack

Szef NIK spotkał się z pokrzywdzonymi i zachęcił ich do walki, a UOKiK wytłumaczył dlaczego osiągnął zerowe skutki w sprawie tej afery, skoro zrobił (swoim zdaniem) wszystko co było możliwe.

Prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś spotkał się z dużą grupą osób pokrzywdzonych w aferze GetBack. Spotkanie to nie zostało nagłośnione przez rządowe media, bo cała ta afera, znacznie większa i groźniejsza niż AmberGold, nastąpiła przy całkowitej bezczynności i pobłażliwości rządu Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego też, NIK w swojej kontroli słusznie uznał, iż instytucje państwowe nie zapewniły obywatelom skutecznej ochrony przed działalnością GetBack. Prezes NIK, który obecnie jest wrogiem publicznym numer jeden dla prominentów PiS, pochylił się nad kłopotami pokrzywdzonych, którzy utracili łącznie około 2,5 miliarda złotych.
Ci zaś uznali, że bardzo przydatne są dla nich informacje o wynikach kontroli NIK, które dotyczą działań Komisji Nadzoru Finansowego, Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Biura Rzecznika Finansowego, Ministerstwa Finansów oraz Komisji Nadzoru Audytowego. Nie trzeba dodawać, że te instytucje, przejęte przez PiS-owskich krewnych i znajomych królika, nie działały tak jak należy.
Prztyczkiem pod adresem PiS, pragnącego zamieść pod dywan aferę GetBack, było to, że uczestnicy spotkania bardzo dziękowali, iż raport, o którego upublicznienie tak zabiegali od wielu miesięcy wreszcie ukazał się dzięki nowemu kierownictwu Izby. Bardzo to było nie na rękę PiS-owskim dygnitarzom.
– Gdyby nie nasza determinacja, ten raport byłby dostępny za kolejne kilka miesięcy, jednak Najwyższa Izba Kontroli jest instytucją, która ma usprawniać organy państwowe i chronić obywateli – dorzucił swój kamyczek pod adresem PiS prezes NIK, Marian Banaś. I dodał: – Z tego raportu muszą być wyciągnięte poważne wnioski. Możecie się nim posługiwać do obrony swoich interesów. Jak widać, prezes NIK nie zamierza oszczędzać swych niedawnych politycznych mocodawców – z PiS. Podczas tego spotkania padła także propozycja utworzenia przy Ministerstwie Finansów Funduszu Rekompensat – dla ludzi starszych i nieporadnych, którzy nie mają siły na chodzenie po prokuraturach. Ciekawe, co powie na to rząd? Ze spotkaniem Mariana Banasia z pokrzywdzonymi, poniekąd swoiście koresponduje reakcja UOKiK. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów poczuł się bowiem urażony wynikami kontroli Najwyższej Izby Kontroli, z której wynika, że nie zareagował na aferę GetBack, rozwijającą się przy pobłażliwości rządu Prawa i Sprawiedliwości. UOKiK oczywiście nie poczuwa się tu do żadnej odpowiedzialności. To typowe dla wszystkich instytucji przejętych przez PiS, które głośno chwalą się swymi rzekomymi sukcesami, natomiast gdy zawalą swoje obowiązki, to zawsze zrzucają winę na innych . Przedstawiciele UOKiK tłumaczyli więc, że oczywiście robili co mogli. Uznali, że wszczęcie postępowań wobec banków, domów maklerskich i spółki GetBack oraz decyzje wobec Idea Banku i Polskiego Domu Maklerskiego – to właśnie wynik UOKiK w sprawie obligacji GetBack. Ba, wręcz wyprzedzili wszystkich w swej aktywności, bo według nich Urząd podjął działania już w kwietniu 2018 r., a pierwsze skargi na GetBack zaczęły napływać w maju 2018 r. Dlatego władze UOKiK podkreśliły, że oczywiście nie zgadzają się z zarzutami NIK, które zostały im przedstawione po kontroli – np. niewydania decyzji w postępowaniu dotyczącym windykacji. Tłumaczyli swą bezczynność typowo dla PiS-owskich instytucji – tym, że nie mieli prawnej możliwości działania. Władze UOKiK nie zgodziły się również z zarzutem dotyczącym opóźnionego czasu reakcji. Pochwalili się, że Urząd zareagował bardzo szybko – bo już kilka dni od pierwszych doniesień prasowych o problemach rozpoczęto kontrole w biurach GetBack w Warszawie i we Wrocławiu. UOKiK pochwalił się, że zadziałał wręcz z szybkością błyskawicy – jeszcze zanim trafiły do nich jakiekolwiek skargi oraz przed komunikatem KNF w tej sprawie. Nie zignorowali także otrzymanego zawiadomienia, które dotyczyło mechanizmów finansowych działania GetBack. Bardzo chcieli zareagować, jednak niestety nie mogli, gdyż wyjaśnienie tych mechanizmów wykraczało poza kompetencje UOKiK. „Ich ocena leżała w gestii innych organów i instytucji” – podkreślił UOKiK, do których to pismo zostało również skierowane. Tylko jedna opisywana przez sygnalistę kwestia mieściła się w naszych kompetencjach – chodziło o działania windykacyjne GetBack. Sygnał w związku z tym został włączony do akt toczącego się już postępowania dotyczącego windykacji, które już urząd prowadził – dodaje Niechciał.
UOKiK nie czuje się też odpowiedzialny za przedłużające się postępowanie wobec GetBack. Wprawdzie wiele osób liczy na rychłe zakończenie postępowania przeciwko GetBack, ale UOKiK, zgodnie z obowiązującymi przepisami, musiał czekać z ostatecznym rozstrzygnięciem, aż uprawomocni się postanowienie Sądu Rejonowego we Wrocławiu o zatwierdzeniu układu w sprawie GetBack.
UOKiK tłumaczył, że wielokrotnie spotykał się też z pokrzywdzonymi, chcąc poznać ich sytuację, a także z bankami, domami maklerskimi i przedstawicielami GetBack. UOKiK ponoć aktywnie pomagał też poszkodowanym konsumentom – miał opracować wzór reklamacji, pokazując jaką ścieżkę można obrać. Podobno został przygotowany również formularz, który miał ułatwiać zgłaszanie skarg . UOKiK tłumaczy, iż jego pierwsza decyzja dotycząca oferowania i sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack została wydana w lutym 2019 r. Rozstrzygnięcie to dotyczyło klauzuli niedozwolonej stosowanej przez Polski Dom Maklerski, który świadczył dla spółki GetBack usługi związane z oferowaniem tych obligacji. Urząd uznał za niedozwolone postanowienie, zgodnie z którym nabywcy obligacji musieli podpisać się pod tym, że nie usłyszeli ani nie dostali żadnych informacji, które byłyby sprzeczne z tym, co było napisane w propozycji nabycia obligacji lub warunkach emisji obligacji.Kolejna decyzja UOKiK została wydana w sierpniu 2019 r. – w sprawie Idea Banku. Prezes UOKiK ustalił, że bank wprowadzał konsumentów w błąd podczas sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack. Decyzja jakoby rozstrzyga sprawę w zakresie najpoważniejszych zarzutów stawianych Idea Bankowi – czyli wprowadzania konsumentów w błąd przy oferowaniu obligacji Getback.
UOKiK podkreślił, iż ta decyzja kończy postępowanie administracyjne co do postawionych zarzutów. Każdy konsument może się na nią powołać – i dochodzić na jej podstawie swoich praw.Tak więc, UOKiK osiągnął wręcz perfekcję w tłumaczeniu opinii publicznej dlaczego nic nie mógł zrobić, skoro w istocie zrobił więcej, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać.
Pozostaje refleksja, że skoro UOKiK zrobił tak dużo, i nic to nie pomogło w ochronie konsumentów, to może jest on po prostu niepiotrzebny, skoro jego ważne działania przynoszą zerowe skutki. Co widzieliśmy na przykład przy rzekomych działaniach prowadzonych przez UOKiK w sprawie wstrzymania budowy drugiej nitki gazociągu Nord Stream II. Tu także ponoć UOKiK robi co tylko może – i osiąga zerowe wyniki. A może należałoby uzależnić płace urzędników i szefów UOKiK od skuteczności ich poczynań?

Naprawdę dobra zmiana dla sprawców wykroczeń

Pod rządami PiS prawie połowa ukaranych nie płaci mandatów, a budżet państwa traci setki milionów złotych.

Czterech panów w Polsce w latach 2016-2018 zdołało dostać ponad 500 mandatów. Musieli się naprawdę postarać!
Jeden z nich, samodzielny rekordzista, otrzymał w tym okresie mandaty na kwotę przekraczającą 147 tys. zł, której oczywiście nie zapłacił. Wydaje się wątpliwe, czy takie stosowanie kar o charakterze finansowym, zapewnia ich wychowawcze i zapobiegawcze oddziaływanie.

Nie płacą, bo mogą

Należności z mandatów karnych rosną, bo system ich dochodzenia jest w Polsce nieskuteczny. Budżet państwa traci na tym rocznie wiele milionów złotych. Istotna część kar grzywny nie zostaje wyegzekwowana, a należności wynikające z tych kar ulegają przedawnieniu.
Skuteczność, prowadzonej przez skarbówkę egzekucji zaległości z mandatów była w latach 2016-2018 niższa niż w latach 2011-2012, za rządów Platformy Obywatelskiej. W Polsce, w latach 2016-2018 skuteczność ta wynosiła bowiem 35,5 proc., a w latach 2011-2012 – 42,1 proc.
PiS nie umie sobie z tym poradzić. Jedyne rozwiązanie jakie stosuje ta ekipa, to centralizowanie wszystkiego czego się tylko da. Dlatego rząd wprowadził w 2016 r. zmianę systemu poboru kwot z mandatów, polegającą oczywiście na jego scentralizowaniu. Rząd PiS spodziewał się napływu wzmożonego strumienia gotówki, ale naturalnie nic z tego nie wyszło. Jak stwierdza Najwyższa Izba Kontroli, zmieniony system nie spowodował poprawy skuteczności windykacji, a w dodatku nie zapewnia wiarygodnych danych o stanie należności i zaległościach z tego tytułu.
Tak więc, nie wiadomo dokładnie, ile kasy z nałożonych mandatów nie trafia do budżetu. Jeszcze przed tą niefortunną PiS-owską centralizacją można było ustalić, że w latach 2011-2012 Skarb Państwa tracił ponad 100 milionów złotych rocznie z powodu przedawnienia się należności z tytułu mandatów. Teraz jest to na pewno o wiele więcej.
Tylko niespełna połowa ukaranych (47 proc.) płaci dobrowolnie mandaty. W przypadku ok. 23 proc. spraw, kary grzywny zostały jakoś wyegzekwowane, pomimo uchylania się ukaranych od dokonania płatności.
Natomiast w przypadku ok. 30 proc. spraw, państwu nie udało się wyegzekwować kar – i znaczna ich część po upływie trzech lat od daty ich nałożenia ulegała przedawnieniu.
Unikanie zapłaty mandatu nie wiąże się dla ukaranego z jakąkolwiek inną, dotkliwą sankcją o charakterze finansowym bądź niefinansowym. Stanowi tym samym zachętę do odłożenia tej niemiłej płatności.
„Znacząca skala przypadków, w których pomimo zaangażowania organów państwa, nie doszło do wyegzekwowania nałożonych kar, utrwalała w części społeczeństwa przekonanie o braku nieuchronności wykonania kary” – stwierdza NIK w raporcie o dochodzeniu należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych.

Typowa nieudolność tej ekipy

Zmiana systemu dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych, miała, jak zapowiadał rząd, poprawić skuteczność egzekwowania tych kar. Reorganizacja polegała na scentralizowaniu obsługi mandatów karnych.
Do 31 grudnia 2015 r. to wojewodowie byli uprawnieni do poboru należności z tytułu mandatów, a wpływy z tego tytułu trafiały do Skarbu Państwa za ich pośrednictwem.
Rząd PiS niespecjalnie wierzył jednak w sprawność i sumienność swych wojewodów, więc od 2016 r. windykację powierzył Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpłaty z tytułu mandatów nie trafiają już na konta poszczególnych urzędów wojewódzkich, lecz na rachunek bankowy wskazany przez ministra finansów.
Rząd PiS obiecywał oczywiście, że na skutek centralizacji i powierzenia funkcji wierzyciela organowi podatkowemu, windykacja należności mandatowych będzie sprawna. Wysoka automatyzacja działań windykacyjnych miała sprawić, iż koszty funkcjonowania całego systemu dochodzenia takich należności zostaną na takim samym poziomie jak wtedy, gdy funkcję wierzyciela pełnili wojewodowie – a skuteczność wyraźnie wzrośnie. Naturalnie stało się odwrotnie: koszty wzrosły, a skuteczność w najlepszym razie nie spadła.
Najwyższa Izba Kontroli stwierdza: „Z przeprowadzonej kontroli (obejmującej lata 2016-2018) wynika, że nie nastąpiło zwiększenie skuteczności dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych. Jednocześnie wzrosły koszty funkcjonowania tego systemu o blisko 6 mln zł rocznie czyli o ponad 30 proc.”. No i takie właśnie efekty przynosi radosna twórczość PiS-owskiej ekipy.
NIK oczywiście krytycznie ocenia dochodzenie należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych w latach 2016-2018.
Największą odpowiedzialność za te straty ponosi Minister Finansów. W tym czasie stanowisko to zajmowali: Paweł Szałamacha (do 28 IX 2016 r.), Mateusz Morawiecki (najdłużej, do 9 I 2018 r.) oraz Teresa Czerwińska. Nikt z tego grona oczywiście nie wspomina o swoich błędach i zaniechaniach, które spowodowały, że Skarb Państwa nie uzyskał setek milionów złotych.
Jak wskazuje NIK, żaden z tej trójki ministrów nie zapewnił takiej funkcjonalności systemu informatycznego przeznaczonego do obsługi mandatów, który umożliwiałby wierzycielowi (tj. Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu) sprawny i skuteczny pobór zaległości z tytułu grzywien mandatowych.
Teoretycznie taki system oczywiście istniał. Był to Scentralizowany System Podatkowy (SSP), stanowiący element składowy systemu e-Podatki.
„W ocenie NIK, system ten nie był dostosowany do potrzeb jego użytkowników, nie zapewniał pełnej automatyzacji podejmowanych czynności, zaniechano wdrożenia niektórych jego funkcjonalności oraz obsługi ulg w spłacie należności i ewidencjonowania ich skutków, jak również monitorowania terminowości odroczonych wpłat i umarzania należności” – wskazuje Izba. Skutek tych zaniechań jest jednoznaczny i trwały: narastające zaległości w podejmowaniu działań windykacyjnych przez wierzyciela.

Najgłupszy system świata?

NIK podkreśla także, że przyjęta przez Ministerstwo Finansów organizacja rachunkowości i sprawozdawczości, dotyczącej należności i dochodów z tytułu mandatów, narusza przepisy ustawy o rachunkowości i nie zapewnia rzetelnych danych o niezapłaconych mandatach.
Jak widać, PiS-owski resort finansów nie przejmuje się ustawą o rachunkowości. Oznacza to, że niewiarygodne są też i sprawozdania budżetowe.
Dobrze chociaż, że kierownictwo resortu finansów zdaje sobie sprawę ze swej nieudolności. W odpowiedzi na wystąpienie pokontrolne NIK, Ministerstwo Finansów poinformowało bowiem, iż jednym z rozważanych rozwiązań jest wygaszenie Scentralizowanego Systemu Podatkowego z uwagi na jego niewydolność.
Jak widać ów nieszczęsny Scentralizowany System Podatkowy nieco przypomina maszynę Trurla, którą jego przyjaciel Klapaucjusz uznał za „najgłupszą maszynę rozumną na całym świecie”.
W związku z tym wszystkim NIK negatywnie oceniła pobór należności z tytułu mandatów przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpływ na to miała wspomniana „ograniczona funkcjonalność” Scentralizowanego Systemu Podatkowego.
Skuteczność dochodzenia przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu należności z tytułu mandatów w całym badanym okresie (lata 2016-2018) wyniosła mniej niż 63,7 proc. Czyli, z wystawionych w latach 2016-2018 mandatów na kwotę blisko 2,1 mld zł do budżetu państwa wpłynęło nieco ponad 1,3 mld zł. Zabrakło, bagatela, prawie 800 milionów złotych.
Warto zauważyć, że za rządów Platformy Obywatelskiej, konkretnie w latach 2011-2012 (kilka lat temu NIK skontrolowała ściąganie mandatów w tym okresie) Skarb Państwa uzyskiwał co najmniej 70 proc. należności z tytułu mandatów. Tak właśnie działa w praktyce „dobra zmiana”.
Z ustaleń tegorocznej kontroli wynika, że po pierwszym roku od centralizacji systemu ściągania należności mandatowych, niezapłaconych zostało 2,8 mln z 5,4 mln mandatów wystawionych w 2016 r. Kwota zaległości z tego tytułu sięgnęła ponad 378 mln zł.
Po trzech latach od reorganizacji liczba niezapłaconych mandatów wzrosła już do blisko 6,7 mln na koniec 2018 r., a zaległości z tego tytułu wynosiły blisko 757 mln zł. Oznacza to wzrost zaległości z tytułu nieopłaconych mandatów o ponad 148 mln zł w porównaniu do roku 2011 (na koniec 2011 r. zaległości wynosiły 609 mln zł).
Ów wzrost zaległości wystąpił pomimo niższej liczby nakładanych mandatów. W latach 2011-2012 wystawiano przeciętnie ok. 5 mln mandatów rocznie, a w latach 2016-2018 ok. 4,8 mln mandatów. Na koniec 2018 r. nieopłaconych było 1,9 mln mandatów wystawionych w 2016 r., które są już bliskie przedawnieniu.
Szefowie Scentralizowanego Systemu Podatkowego, próbując jakoś radzić sobie z jego nieskutecznością, zaczęli rezygnować z ściągania najłagodniejszych mandatów, w kwocie nie przekraczającej (razem z kosztami upomnienia) 116 zł. To akurat rzeczywiście stanowiło dobrą zmianę dla wszystkich ukaranych.
NIK stwierdził jednak, iż było to było działanie nierzetelne. Oznaczało bowiem zaniechanie ściągania należności z tytułu ok. 70 proc. wszystkich nieopłaconych mandatów – gdyż mandaty stuzłotowe są nakładane najczęściej.
W całym tym krajobrazie mandatowej nieudolności, drobiazgiem jest już to, że upomnienia i tytuły wykonawcze obejmujące zaległości z mandatów, nie były na bieżąco sporządzane i przekazywane do organów egzekucyjnych. W 68 proc. spraw tytuły takie były wystawiane w okresie dłuższym niż dwa lata od wpisania mandatu do ewidencji wierzyciela.
Kontrolerzy stwierdzili też zaniechanie objęcia tytułami egzekucyjnymi 45 proc. nie wyegzekwowanych na koniec 2018 r. zaległości z mandatów, wystawionych w 2016 r. Oznaczało to, że 746 tys. grzywien w kwocie blisko 114 mln zł nie było dochodzonych w drodze egzekucji, pomimo iż od nałożenia mandatu upłynęły co najmniej niż dwa lata. Tymczasem z ustaleń poprzedniej kontroli NK wynikało, że w latach 2011-2012, za rządów PO, nie wystawiono tytułów egzekucyjnych tylko dla 0,04 proc. mandatów starszych niż 18 miesięcy. Różnica jest porażająca!

Policji się nie śpieszy

Należy dodać, że kontrolerzy NIK mają też szereg zastrzeżeń do pracy komend policji. Ujawnione tam nieprawidłowości polegały na „istotnych opóźnieniach” we wprowadzaniu do systemu informacji o nałożonych mandatach. „Stan taki w 2016 r. był zjawiskiem powszechnym” – podkreśla NIK.
W 2016 r. w skontrolowanych jednostkach policji mniej niż 1 proc. mandatów wprowadzono do systemu w wymaganym terminie 7 dni! Ponad 5 proc. mandatów wprowadzono do systemu dopiero po upływie ponad 365 dni!. Trzeba tu pamiętać, że najwięcej mandatów karnych wystawiają w Polsce właśnie funkcjonariusze policji – aż ponad 95 proc. mandatów nałożonych w latach 2016-2018.
Tymczasem, wprowadzana w terminie do systemu informacja o wysokości nałożonej grzywny ma decydujące znaczenie dla rzetelnego ustalenia należności Skarbu Państwa. A także i dla szybkiego podjęcia działań zmierzających do ich poboru.
Najwyższa Izba Kontroli uważa, że dobrym rozwiązaniem, dyscyplinującym kierowców ukaranych mandatami, byłoby uzależnienie usunięcia punktów karnych z centralnej ewidencji kierowców od uprzedniego uiszczenia grzywny. Czyli, punkty karne już nie znikałyby automatycznie po roku, lecz dopiero po zapłaceniu mandatu. „Mogłoby to skutecznie motywować kierowców do płacenia mandatów” – stwierdza NIK. To już jednak chyba zbyt drakońska propozycja.
Można natomiast rozważyć inną sugestię NIK, która wskazuje, iż nie ma sensu wielokrotne nakładanie mandatów na te same osoby, które popełniając wykroczenia, notorycznie lekceważą normy życia społecznego, zaś mandatów nie płacą. Tylko co z nimi robić. Zamykać na długie miesiące?