Co zrobić z tym barszczem?

To nie zupa lecz roślina. Rośnie w niepohamowany sposób, jest groźna dla ludzi i zwierząt, a mięso i mleko bydła, które się go naje ma anyżowy posmak.

Mamy problem z barszczem Sosnowskiego i bardzo podobnym do niego, rzadko rozróżnianym barszczem Mantegazziego. Są to szkodliwe rośliny inwazyjne, pochodzące z rejonu Kaukazu – niezwykle trudne do zwalczania, łatwo zajmujące nowe tereny, powodujące degradację środowiska przyrodniczego i eliminację innych roślin. Są przy tym są niebezpieczne dla ludzi i zwierząt, gdyż ich soki oraz wydzielane przez nie w ciepłe dni związki mogą powodować poważne oparzenia II i III stopnia.
Jak to Polacy, jesteśmy teraz mądrzy po szkodzie. Ale czterdzieści lat temu uprawa barszczu Sosnowskiego była uznawana za sposób zapobieżenia niedoborom pasz – i szansę na dalszy rozwój hodowli zwierząt. Barszcze kaukaskie w przeszłości były ponadto rozpowszechniane u nas jako rośliny ozdobne i miododajne.
W latach 70. i 80. poprzedniego wieku barszcz Sosnowskiego uprawiano praktycznie w całej Polsce, jako roślinę pastewną. Zwierzęta karmione tą paszą dawały mleko i mięso o anyżowym posmaku, co zapewne odpowiadało zwolennikom anyżówki, ale generalnie nie wzbudzało aprobaty. Po kilkunastu latach zaprzestano więc jego uprawy. Nie zaszkodziło mu to. Barszcz Sosnowskiego i Mantegazziego z biegiem lat zajmował nowe tereny i obecnie występuje praktycznie w całej Polsce. Nigdy nie przeprowadzono skutecznej likwidacji istniejących stanowisk tych roślin.
Roślinę tę sklasyfikowano w 1944 r. Opisała i zbadała ją radziecka botaniczka Ida Panowna Mandenowa. Barszczowi dano nazwisko rosyjskiego botanika, badacza flory Kaukazu, Dmitrija Iwanowicza Sosnowskiego, Zasłużonego Działacza Nauki Gruzińskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej . Do końca lat 70 dwudziestego wieku barszcz wprowadzany był do uprawy w różnych krajach bloku wschodniego jako roślina pastewna. Do Polski trafił w latach 50. jako „dar uczonych radzieckich z Wszechzwiązkowego Instytutu Uprawy Roślin w Leningradzie”.
Prowadzone w naszym kraju badania wskazują, że jeśli nie podejmie się skutecznego zwalczania barszcze kaukaskie będą rozprzestrzeniać się szybko, zajmując nowe tereny wokół występujących już stanowisk. Z monitoringu prowadzonego przez ośrodki naukowe i organizacje pozarządowe wynika, że efektywność dotychczasowego zwalczania barszczy kaukaskich jest niewielka i rośliny te nadal się rozprzestrzeniają. Ze względu na zawartość substancji toksycznych nie powinny one być spalane w niekontrolowanych warunkach ani poddawane kompostowaniu.
W 2014 r. , za rządów PO-PSL, na zlecenie Generalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska opracowano wytyczne dotyczące zwalczania barszczu Sosnowskiego (Heracleum sosnowskyi) i barszczu Mantegazziego (Heracleum mantegazzianum) na terenie Polski. W wytycznych przedstawiono charakterystykę barszczy kaukaskich, w tym historię, stan i prognozę inwazji gatunku w Polsce, oraz metody ich zwalczania.
Jedną z propozycji jest konieczność traktowania odpadów uzyskiwanych w wyniku zwalczania barszczy kaukaskich jako niebezpiecznych. O powstaniu wytycznych zostały oficjalnie poinformowane wszystkie gminy. Te, by podnieść świadomość mieszkańców, zamieszczały na swoich stronach internetowych informacje o sposobie postępowania z tymi roślinami. Informacje o barszczach kaukaskich zamieszczano również na tablicach ogłoszeń oraz w prasie lokalnej. Przekazywane były także do szkół i przedszkoli – lub organizowano w nich prelekcje. W miejscach, w których występowało duże natężenie ruchu zamieszczano tablice ostrzegawcze. Zrobiono więc sporo, ale gdy władzę objęło Prawo i Sprawiedliwość, te działania zostały zarzucone.
Podobieństwo barszczu Sosnowskiego i barszczu Mantegazziego powoduje, że są one trudne do rozróżnienia. Jednym ze sposobów zwalczania tych roślin jest ich koszenie, wskutek którego odrastające osobniki są zazwyczaj mniejsze i mniej masywne, przez co zacierają się główne różnice w ich wyglądzie. Dodatkowo oba typy barszczy występują na tych samych terenach. Dlatego też często rośliny te traktowane są łącznie i uznawane za barszcz Sosnowskiego.
Barszcze kaukaskie osiągają nawet pięć metrów wysokości, mają masywne liście, grube łodygi i potężne korzenie. Kwitną w okresie czerwiec-sierpień, wydając nawet 100 000 nasion, które rozprzestrzeniają się zarówno z wiatrem, jak i wodą.
Mimo licznych starań, głównie samorządów, bo rząd PiS nie zauważa problemu, barszcze kaukaskie zajmują coraz większy obszar Polski. Dotychczasowe próby likwidacji stanowisk tych roślin nie przyniosły oczekiwanych rezultatów. I nic dziwnego, bo jak to u nas, zabieramy się do tego nieudolnie, wyrywkowo, bez zorganizowania przemyślanych działań.
„Brak całościowej diagnozy zagrożenia barszczami Sosnowskiego i Mantegazziego, niezdefiniowanie niezbędnych działań związanych z ich zwalczaniem, brak spójnego i całościowego systemu nadzoru oraz finansowania ich niszczenia jak również brak kompleksowych działań zwalczających to główne przyczyny rozprzestrzeniania się tych niezwykle groźnych dla życia i zdrowia roślin” – krytycznie stwierdza Najwyższa Izba Kontroli.
Najważniejszym problemem jest oczywiście brak pieniędzy, coraz dotkliwszy w sytuacji, gdy w kulejącym budżecie naszego państwa pojawiają się wciaż rosnące niedobory.
Dotychczas nie opracowano spójnego i całościowego systemu finansowania zwalczania barszczy kaukaskich. Środki na zwalczanie przekazywane były przez Narodowy i Wojewódzkie fundusze ochrony środowiska i gospodarki wodnej oraz w ramach projektów unijnych. Jednakże Narodowy Fundusz, w przypadku barszczy kaukaskich działał incydentalnie – i nie było szerszego programu postępowania z tymi roślinami. Z powodu ograniczonego planu eliminacji barszczy kaukaskich NFOŚiGW unieważnił zresztą w 2015 r. nabór wniosków o dofinansowanie zwalczania barszczy.
Poszczególne wojewódzkie fundusze przyjęły odmienne systemy dofinansowywania walki z tymi roślinami, a niektóre w ogóle nie przeznaczały środków na ich zwalczanie. Przykładem może być WFOŚiGW w Białymstoku. W 2018 r., mimo uruchomienia skierowanego do gmin województwa podlaskiego programu dotacyjnego, nie wpłynął żaden wniosek o dofinansowanie i w rezultacie program został zamknięty. W 2019 r. WFOŚiGW w Olsztynie nie opracował programu dotacyjnego na zwalczanie barszczy kaukaskich, argumentując swoją decyzję nikłym zainteresowaniem gmin takim dofinansowaniem oraz ograniczonymi środkami Funduszu. W latach 2017-2018 o środki z Funduszu na likwidację barszczy kaukaskich starało się na przykład zaledwie pięć oraz sześć gmin z terenu województwa warmińsko-mazurskiego.
„W ocenie NIK jednym z powodów niskiego zainteresowania dofinansowaniem zwalczania barszczy kaukaskich może być brak wiedzy w samorządach o możliwości ubiegania się o takie środki. Z badania kwestionariuszowego wynika, że /…/ ponad połowa gmin, które nie ubiegały się o dofinansowanie nie wiedziało o możliwości uzyskania takiego wsparcia. Potwierdziły to wyniki kontroli” – stwierdza NIK.
Barszcze kaukaskie najczęściej zwalczane są poprzez koszenie (powtarzane kilkakrotnie w trakcie sezonu wegetacyjnego) lub opryski chemiczne. Nie wszystkie gminy zwalczają jednak barszcze kompleksowo i systematycznie. Rezultaty są więc dalekie od oczekiwań. Niektóre gminy zwalczały barszcze kaukaskie wyłącznie na terenach będących formalnie w ich zarządzie, obejmując działaniami zaledwie kilka lub kilkanaście procent terenów zajętych przez stanowiska tych roślin. Tymczasem właściciele nieruchomości chętnie udostępniają je w celu zwalczania roślin, ponieważ ze względu na wysokie koszty i ryzyko poparzenia nie chcą robić tego samodzielnie.
W ocenie NIK, brak przepisów wskazujących podmiot zobowiązany do usuwania barszczy kaukaskich z terenów, które nie są w zarządzie gminy uniemożliwia prawidłowe zwalczanie tych roślin. Brak takich regulacji utrudnia również właścicielom nieruchomości, poszkodowanym na skutek zaniechania zwalczania tych roślin przez właścicieli nieruchomości sąsiednich, skuteczne dochodzenie swoich praw. Granica działki przecież nie chroni przed emisją substancji toksycznych ani rozprzestrzenianiem się nasion.
Brak jest również jednoznacznych przepisów prawa określających właściwy sposób utylizacji pozostałości barszczy po przeprowadzonych zabiegach. W rezultacie, tylko w niektórych gminach poddawano je zniszczeniu.
Wszystkie te zaniedbania sprawiają, że Heracleum Sosnowskyi oraz jego mniej znany towarzysz Mantegazzi mają się doskonale w naszym kraju. Są one od wielu lat objęte prawnym zakazem uprawy i rozmnażania na terenie Polski, ale z powodzeniem same to robią.

Tykające bomby na dnie Bałtyku

Trujące substancje zatruwają polskie wody. Rząd PiS nic nie robi, aby ograniczyć rozmiary tej katastrofy ekologicznej.
Tytułowymi tykającymi bombami są oczywiście zatopione statki i okręty – i szkodliwe substancje, które już zaczynają się z nich wydobywać. Jest to niebezpieczeństwo doskonale znane od dziesięcioleci, ale wciąż nikt nie próbuje go wyeliminować.
Największe zagrożenie stanowią pochodzące z okresu II wojny światowej niemieckie jednostki „Stuttgart” i „Franken”. Z pierwszego wraku już wydobywa się paliwo, drugi, z powodu korozji może się zapaść w każdej chwili i spowodować ogromną katastrofę ekologiczną. Do tego w rejonie Głębi Gdańskiej może spoczywać na dnie co najmniej kilkadziesiąt ton amunicji i bojowych środków trujących, w tym jeden z najgroźniejszych: iperyt siarkowy. Od wojny już kilkakrotnie doszło do poparzenia nim rybaków i plażowiczów.
Wśród najgroźniejszych źródeł zanieczyszczeń Bałtyku wymienia się wycieki paliw i substancji ropopochodnych oraz uwalnianie się bojowych środków trujących i produktów ich rozpadu. Jak się okazało w wyniku międzynarodowych i krajowych projektów badawczych, problemy te dotyczą również polskiej strefy Bałtyku.
Na naszych wodach zalegają setki wraków statków, a także broń i amunicja chemiczna – pozostałości głównie po II wojnie światowej i okresie zimnej wojny. Problem w miarę upływu kolejnych dekad nabrzmiewa. Wraz z postępującą korozją wraków okrętów, pojemników i beczek z bronią i amunicją chemiczną oraz zwiększającą się eksploatacją Morza Bałtyckiego, wzrasta bowiem ryzyko przedostawania się szkodliwych substancji do wód i dna Bałtyku oraz organizmów żywych. Njgroźniejsze jest ryzyko nagłego, niekontrolowanego wycieku ogromnej ilości substancji niebezpiecznych wskutek zapadnięcia się skorodowanego wraku i rozszczelnienia pojemników z paliwem.
W przypadku wraku tankowca „Franken”, zatopionego przez radzieckie lotnictwo, badania przeprowadzone przez Instytut Morski w Gdańsku wskazują na możliwość zalegania nawet 6.000 ton paliw i produktów ropopochodnych. Skorodowany wrak może pod wpływem własnego ciężaru zapaść się i spowodować nagły wyciek dużej ilości tych substancji. Tymczasem, jak wynika z ustaleń Najwyższej Izby Kontroli, odpowiedzialna za zwalczanie zagrożeń i zanieczyszczeń środowiska morskiego spowodowanych rozlewem na powierzchni morza substancji ropopochodnych, Morska Służba Poszukiwania i Ratownictwa jest zdolna do zebrania własnymi siłami i środkami około 3.000 ton oleju, a przy wykorzystaniu sił i środków innych jednostek – do 3.500 ton. Reszta – zatruje środowisko bałtyckie.
Już mamy do czynienia z katastrofą ekologiczną spowodowaną przez wrak statku „Stuttgart” (zatopiony w Zatoce Puckiej przez samoloty amerykańskie). W jego otoczeniu stwierdzono plamę o przybliżonej powierzchni zaolejenia około 415 000 m². Ponadto, powiększa się zasięg skażenia dna.
„Badania przeprowadzone przez Instytut Morski w Gdańsku w kwietniu 2016 r. potwierdzają, że mamy do czynienia z lokalną katastrofę ekologiczną. Niestety, rząd Prawa i Sprawiedliwości nic z tym nie robi, choć „Stuttgart” leży blisko plaż bałtyckich. ” Tam gdzie zalega mazut utworzyła się strefa azoiczna (strefa pozbawiona życia), która wraz z plamą poszerza swój zasięg degradując środowisko naturalne” – stwierdza Instytut Morski.
Nie tylko wraki stanowią groźbę. Znalezione na terenie Niemiec duże ilości amunicji chemicznej oraz zapasów bojowych środków trujących, po II wojnie światowej wojska alianckie postanowiły zatopić w oparciu o ustalenia Konferencji Poczdamskiej. Na obszarze Morza Bałtyckiego wyznaczono miejsca zatopień (znajdujące się poza polskimi obszarami morskimi lub na ich granicy m.in. Głębie Gotlandzka i Bornholmska).
Jednak jak wynika z międzynarodowego projektu badawczego CHEMSEA, wyznaczone miejsca nie stanowią jedynych, w których zatapiano broń chemiczną lub w których zatopiona broń chemiczną może się znajdować. Potwierdzono bowiem występowanie bojowych środków trujących lub produktów ich rozpadu również w Głębi Gdańskiej i Rynnie Słupskiej – czyli w polskich obszarach morskich. „Stanowisko” składowania środków bojowych w Głębi Gdańskiej ma średnicę 0,62 mil morskich.
Ponadto chemiczne środki bojowe znajdowano także na plażach w Dziwnowie, Kołobrzegu i Darłowie, co sugeruje istnienie większej liczby takich podwodnych miejsc gdzie wrzucano do morza broń chemiczną – a także zatapianie jej gdzie popadło, zwykle podczas transportu do miejsc wyznaczonych.
Polskie władze nie przejmują się tymi wszystkimi zagrożeniami. „Zarówno administracja morska jak i ochrony środowiska nie rozpoznawały zagrożeń wynikających z zalegania w zatopionych na dnie Bałtyku wrakach ropopochodnego paliwa i broni chemicznej. Nie szacowały też ryzyka z nimi związanego i skutecznie nie przeciwdziałały rozpoznanym i zlokalizowanym zagrożeniom. Może to doprowadzić do katastrofy ekologicznej na niespotykaną skalę” – stwierdza najnowszy raport NIK
Kontrola NIK objęła m.in. Ministerstwo Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, Ministerstwo Środowiska (obecnie Ministerstwo Klimatu), Główny Inspektorat Ochrony Środowiska, Urzędy Morskie w Gdyni, Słupsku i Szczecinie, Morską Służbę Poszukiwania i Ratownictwa. Kontrolą objęto okres od 2016 do pierwszej połowy 2019 r.
Najwyższa Izba Kontroli wskazała na brak rozpoznania zagrożeń wynikających z zalegania wraków z paliwem i broni chemicznej na dnie Morza Bałtyckiego. „Administracja morska i administracja ochrony środowiska wzajemnie obarczają się odpowiedzialnością za przeciwdziałanie tym zagrożeniom, nie uznając swoich kompetencji” – zauważa NIK. Jest to po prostu, typowe dla rządów PiS, usprawiedliwianie własnej bezczynności. NIK wskazuje bowiem, że z przepisów jasno wynika podział obowiązków w zakresie rozpoznania zagrożeń.
Ale nawet gdy gdzieś dokonano jakiegoś rozpoznania, oczywiście nic z tym nie robiono. „Administracje nie podejmowały działań prewencyjnych i interwencyjnych. Zarówno Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej jak i Minister Środowiska (obecnie Minister Klimatu) zostali ocenieni negatywnie” – podkreśla NIK.
Tak więc, administracja morska (Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej wraz z Dyrektorami Urzędów Morskich: w Gdyni, Słupsku i Szczecinie) nie dokonała inwentaryzacji dna – czyli, jak stwierdza NIK: „Nie rozpoznała miejsc, ilości, rodzaju i stanu materiałów niebezpiecznych (paliwa i produktów ropopochodnych z wraków oraz bojowych środków trujących i produktów ich rozpadu)”.
Wszystkie te zagrożenia były programowo ignorowane przez PiS-owskie władze. „Nawet w przypadku mogących stanowić największe ryzyko wśród rozpoznanych wraków statków, niemieckich jednostek „Franken” i „Stuttgart”, jak i zlokalizowanych w Głębi Gdańskiej miejsc zatopienia broni chemicznej, nie podejmowano skutecznego przeciwdziałania tym zagrożeniom, które doprowadziłoby do ich neutralizacji” – podkreśla NIK. Nie opracowano też metodyki i techniki szacowania ryzyka, związanego ze skażeniem środowiska morskiego.
Zaniedbania władz są wręcz karygodne. Administracja ochrony środowiska (Minister Środowiska, obecnie Minister Klimatu, wraz z Głównym Inspektorem Ochrony Środowiska) pomimo posiadania informacji o zagrożeniach ze strony materiałów niebezpiecznych, nie prowadziła monitoringu polskich obszarów morskich pod względem stężeń bojowych środków trujących oraz produktów ich rozpadu – a także pod względem paliw i produktów ropopochodnych z wraków statków.
Badaniami i oceną jakości wód nie objęto nawet rozpoznanych już miejsc zatopień bojowych środków trujących i wraków statków z paliwem. W szczególności dotyczyło to broni chemicznej, zalegającej w Głębi Gdańskiej, w środku naszych wód terytorialnych.
Administracji kompletnie nie zależało na obronie interesów Polski. Minister Gospodarki Morskiej i Żeglugi Śródlądowej, wykonujący prawa właścicielskie Skarbu Państwa do wód terytorialnych, nie zechciał wystąpić do państw będących właścicielami statków zatopionych na polskim terenie, o pokrycie kosztów usunięcia wraków lub o jakąkolwiek inną pomoc w usunięciu zanieczyszczeń dokonanych przez okręty tych państw. Nie podejmował także żadnych działań w celu uzyskania informacji o miejscach, ilości i rodzaju broni chemicznej, która została zatopiona w polskich obszarach morskich.
Wyniki kontroli są druzgocące. Po jej zakończeniu NIK skierowała liczne wnioski do rządu: o rzetelną ocenę ryzyka związanego z występowaniem materiałów niebezpiecznych w polskich obszarach morskich; o przeprowadzenie kompleksowej identyfikacji zatopionych środków trujących oraz paliw i produktów ropopochodnych; o rozpoznanie skali zagrożeń i inwentaryzację dna; o usunięcie bezpośredniego zagrożenia wynikającego z zalegania na dnie morza statków „Franken” i „Stuttgart” – czyli o to, by rząd PiS zaczął wreszcie cokolwiek robić, by ograniczyć rozmiary katastrofy ekologicznej w wodach Bałtyku.
Zabrakło w tym wszystkim jednego, bardzo ważnego wnosku: do prokuratury. Bezczynność władz PiS powinna zostać przerwana i ukarana, zanim trujące substancje ostatecznie nie zniszczą naszych wód i plaż.

Gospodarka 48 godzin

Unia nam da
Jak zapowiedziała przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen, Unia przeznaczy 37,3 mld euro, aby łagodzić wpływ epidemii na unijną gospodarkę. Wcześniej mówiono o 25 mld euro. Jeszcze raz okazało się, jak błogosławione było przyjęcie Polski do UE. Nasz kraj ma dostać najwięcej z funduszu przeznaczonego na walkę ze skutkami koronawirusa, bo aż około 7,5 mld euro. Obdarowane państwa członkowskie będą mogły swobodnie decydować, komu zechcą udzielić pomocy publicznej z tych środków i nie będą karane, jeśli zwiększą swój deficyt budżetowy i dług publiczny. Dużo pieniędzy – dla siebie – wyłożą również Chiny na zwalczanie gospodarczych konsekwencji epidemii: prawie 16 miliardów dolarów. Nieco mniej na ten cel przeznaczą Indie – do 13,5 mld dolarów. Natomiast w Korei Południowej powstaje fundusz stymulacyjny w wysokości 9,8 mld dol. W Ameryce Północnej USA i Kanada obniżyły stopy procentowe o pół punktu procentowego (po raz pierwszy od 2009 r.). W Stanach 8,3 mld dol zostanie przeznaczone na zwalczanie koronawirusa i stworzenie szczepionek.

Oj, bo was skontrolujemy
Trwa wymiana ciosów między Marianem Banasiem, zbuntowanym prezesem Najwyższej Izby Kontroli, a Prawem i Sprawiedliwością. Właśnie PiS jest domniemanym adresatem wystąpienia NIK „w sprawie pojawiających się doniesień o upolitycznieniu działalności NIK”, dotyczącego prób powiązania Izby – a zwłaszcza przeprowadzanych przez nią kontroli – z rzekomą działalnością polityczną. W wystąpieniu tym Kolegium Najwyższej Izby Kontroli (prezes jako przewodniczący, wiceprezesi, dyrektor generalny oraz 14 członków) jednogłośnie stwierdza, iż że wobec pojawiających się w przestrzeni medialnej doniesień, które próbują sytuować Izbę jako przedmiot albo narzędzie walki politycznej, należy przypomnieć, że NIK zajmuje się tymi obszarami państwa, w których zaangażowane są publiczne pieniądze lub majątek: sprawdza, czy instytucje publiczne wykonują swoje zadania w sposób skuteczny, wydajny i oszczędny. Izba działa według jasno określonych zasad: przejrzystości intencji, rzetelności informacji, apolityczności kontrolerów oraz kolegialności w podejmowaniu decyzji. Wystąpienie informuje (czy może raczej ostrzega), że w planowaniu kontroli ogromną rolę odgrywa Kolegium NIK, które zatwierdza priorytetowe tematy. Można by dopowiedzieć: niech więc rządzący nie podskakują, bo nie od nich zależy kiedy i w jakiej sprawie zostaną skontrolowani.

Będzie nas ubywać
Wedle Głównego Urzędu Statystycznego, ludność w Polsce na 31 grudnia 2019 r. liczyła 38,4 mln osób, z czego mieszkający na stałe stanowili 37,9 mln. Prognoza GUS na 2050 r. zakłada, że wtedy będzie nas 33,9 mln. Natomiast im dalej, tym będzie nas mniej, aż do całkowitego wymarcia Polaków (co spotka najprawdopodobniej niemal całą ludność Europy). To jednak jeszcze nie nastąpi zaraz, lecz za kilka tysięcy lat. W 2100 r. będzie żyć w Polsce jeszcze 27,5 mln. osób według Eurostatu, urzędu statytycznego Unii Europejskiej. Mniej optymistyczna jest Organizacja Narodów Zjednoczonych. ONZ prognozuje, iż w tymże 2100 r. będzie już tylko 23,0 mln Polaków.

PiS nie zdoła zamieść pod dywan afery GetBack

Szef NIK spotkał się z pokrzywdzonymi i zachęcił ich do walki, a UOKiK wytłumaczył dlaczego osiągnął zerowe skutki w sprawie tej afery, skoro zrobił (swoim zdaniem) wszystko co było możliwe.

Prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś spotkał się z dużą grupą osób pokrzywdzonych w aferze GetBack. Spotkanie to nie zostało nagłośnione przez rządowe media, bo cała ta afera, znacznie większa i groźniejsza niż AmberGold, nastąpiła przy całkowitej bezczynności i pobłażliwości rządu Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego też, NIK w swojej kontroli słusznie uznał, iż instytucje państwowe nie zapewniły obywatelom skutecznej ochrony przed działalnością GetBack. Prezes NIK, który obecnie jest wrogiem publicznym numer jeden dla prominentów PiS, pochylił się nad kłopotami pokrzywdzonych, którzy utracili łącznie około 2,5 miliarda złotych.
Ci zaś uznali, że bardzo przydatne są dla nich informacje o wynikach kontroli NIK, które dotyczą działań Komisji Nadzoru Finansowego, Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Biura Rzecznika Finansowego, Ministerstwa Finansów oraz Komisji Nadzoru Audytowego. Nie trzeba dodawać, że te instytucje, przejęte przez PiS-owskich krewnych i znajomych królika, nie działały tak jak należy.
Prztyczkiem pod adresem PiS, pragnącego zamieść pod dywan aferę GetBack, było to, że uczestnicy spotkania bardzo dziękowali, iż raport, o którego upublicznienie tak zabiegali od wielu miesięcy wreszcie ukazał się dzięki nowemu kierownictwu Izby. Bardzo to było nie na rękę PiS-owskim dygnitarzom.
– Gdyby nie nasza determinacja, ten raport byłby dostępny za kolejne kilka miesięcy, jednak Najwyższa Izba Kontroli jest instytucją, która ma usprawniać organy państwowe i chronić obywateli – dorzucił swój kamyczek pod adresem PiS prezes NIK, Marian Banaś. I dodał: – Z tego raportu muszą być wyciągnięte poważne wnioski. Możecie się nim posługiwać do obrony swoich interesów. Jak widać, prezes NIK nie zamierza oszczędzać swych niedawnych politycznych mocodawców – z PiS. Podczas tego spotkania padła także propozycja utworzenia przy Ministerstwie Finansów Funduszu Rekompensat – dla ludzi starszych i nieporadnych, którzy nie mają siły na chodzenie po prokuraturach. Ciekawe, co powie na to rząd? Ze spotkaniem Mariana Banasia z pokrzywdzonymi, poniekąd swoiście koresponduje reakcja UOKiK. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów poczuł się bowiem urażony wynikami kontroli Najwyższej Izby Kontroli, z której wynika, że nie zareagował na aferę GetBack, rozwijającą się przy pobłażliwości rządu Prawa i Sprawiedliwości. UOKiK oczywiście nie poczuwa się tu do żadnej odpowiedzialności. To typowe dla wszystkich instytucji przejętych przez PiS, które głośno chwalą się swymi rzekomymi sukcesami, natomiast gdy zawalą swoje obowiązki, to zawsze zrzucają winę na innych . Przedstawiciele UOKiK tłumaczyli więc, że oczywiście robili co mogli. Uznali, że wszczęcie postępowań wobec banków, domów maklerskich i spółki GetBack oraz decyzje wobec Idea Banku i Polskiego Domu Maklerskiego – to właśnie wynik UOKiK w sprawie obligacji GetBack. Ba, wręcz wyprzedzili wszystkich w swej aktywności, bo według nich Urząd podjął działania już w kwietniu 2018 r., a pierwsze skargi na GetBack zaczęły napływać w maju 2018 r. Dlatego władze UOKiK podkreśliły, że oczywiście nie zgadzają się z zarzutami NIK, które zostały im przedstawione po kontroli – np. niewydania decyzji w postępowaniu dotyczącym windykacji. Tłumaczyli swą bezczynność typowo dla PiS-owskich instytucji – tym, że nie mieli prawnej możliwości działania. Władze UOKiK nie zgodziły się również z zarzutem dotyczącym opóźnionego czasu reakcji. Pochwalili się, że Urząd zareagował bardzo szybko – bo już kilka dni od pierwszych doniesień prasowych o problemach rozpoczęto kontrole w biurach GetBack w Warszawie i we Wrocławiu. UOKiK pochwalił się, że zadziałał wręcz z szybkością błyskawicy – jeszcze zanim trafiły do nich jakiekolwiek skargi oraz przed komunikatem KNF w tej sprawie. Nie zignorowali także otrzymanego zawiadomienia, które dotyczyło mechanizmów finansowych działania GetBack. Bardzo chcieli zareagować, jednak niestety nie mogli, gdyż wyjaśnienie tych mechanizmów wykraczało poza kompetencje UOKiK. „Ich ocena leżała w gestii innych organów i instytucji” – podkreślił UOKiK, do których to pismo zostało również skierowane. Tylko jedna opisywana przez sygnalistę kwestia mieściła się w naszych kompetencjach – chodziło o działania windykacyjne GetBack. Sygnał w związku z tym został włączony do akt toczącego się już postępowania dotyczącego windykacji, które już urząd prowadził – dodaje Niechciał.
UOKiK nie czuje się też odpowiedzialny za przedłużające się postępowanie wobec GetBack. Wprawdzie wiele osób liczy na rychłe zakończenie postępowania przeciwko GetBack, ale UOKiK, zgodnie z obowiązującymi przepisami, musiał czekać z ostatecznym rozstrzygnięciem, aż uprawomocni się postanowienie Sądu Rejonowego we Wrocławiu o zatwierdzeniu układu w sprawie GetBack.
UOKiK tłumaczył, że wielokrotnie spotykał się też z pokrzywdzonymi, chcąc poznać ich sytuację, a także z bankami, domami maklerskimi i przedstawicielami GetBack. UOKiK ponoć aktywnie pomagał też poszkodowanym konsumentom – miał opracować wzór reklamacji, pokazując jaką ścieżkę można obrać. Podobno został przygotowany również formularz, który miał ułatwiać zgłaszanie skarg . UOKiK tłumaczy, iż jego pierwsza decyzja dotycząca oferowania i sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack została wydana w lutym 2019 r. Rozstrzygnięcie to dotyczyło klauzuli niedozwolonej stosowanej przez Polski Dom Maklerski, który świadczył dla spółki GetBack usługi związane z oferowaniem tych obligacji. Urząd uznał za niedozwolone postanowienie, zgodnie z którym nabywcy obligacji musieli podpisać się pod tym, że nie usłyszeli ani nie dostali żadnych informacji, które byłyby sprzeczne z tym, co było napisane w propozycji nabycia obligacji lub warunkach emisji obligacji.Kolejna decyzja UOKiK została wydana w sierpniu 2019 r. – w sprawie Idea Banku. Prezes UOKiK ustalił, że bank wprowadzał konsumentów w błąd podczas sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack. Decyzja jakoby rozstrzyga sprawę w zakresie najpoważniejszych zarzutów stawianych Idea Bankowi – czyli wprowadzania konsumentów w błąd przy oferowaniu obligacji Getback.
UOKiK podkreślił, iż ta decyzja kończy postępowanie administracyjne co do postawionych zarzutów. Każdy konsument może się na nią powołać – i dochodzić na jej podstawie swoich praw.Tak więc, UOKiK osiągnął wręcz perfekcję w tłumaczeniu opinii publicznej dlaczego nic nie mógł zrobić, skoro w istocie zrobił więcej, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać.
Pozostaje refleksja, że skoro UOKiK zrobił tak dużo, i nic to nie pomogło w ochronie konsumentów, to może jest on po prostu niepiotrzebny, skoro jego ważne działania przynoszą zerowe skutki. Co widzieliśmy na przykład przy rzekomych działaniach prowadzonych przez UOKiK w sprawie wstrzymania budowy drugiej nitki gazociągu Nord Stream II. Tu także ponoć UOKiK robi co tylko może – i osiąga zerowe wyniki. A może należałoby uzależnić płace urzędników i szefów UOKiK od skuteczności ich poczynań?

Naprawdę dobra zmiana dla sprawców wykroczeń

Pod rządami PiS prawie połowa ukaranych nie płaci mandatów, a budżet państwa traci setki milionów złotych.

Czterech panów w Polsce w latach 2016-2018 zdołało dostać ponad 500 mandatów. Musieli się naprawdę postarać!
Jeden z nich, samodzielny rekordzista, otrzymał w tym okresie mandaty na kwotę przekraczającą 147 tys. zł, której oczywiście nie zapłacił. Wydaje się wątpliwe, czy takie stosowanie kar o charakterze finansowym, zapewnia ich wychowawcze i zapobiegawcze oddziaływanie.

Nie płacą, bo mogą

Należności z mandatów karnych rosną, bo system ich dochodzenia jest w Polsce nieskuteczny. Budżet państwa traci na tym rocznie wiele milionów złotych. Istotna część kar grzywny nie zostaje wyegzekwowana, a należności wynikające z tych kar ulegają przedawnieniu.
Skuteczność, prowadzonej przez skarbówkę egzekucji zaległości z mandatów była w latach 2016-2018 niższa niż w latach 2011-2012, za rządów Platformy Obywatelskiej. W Polsce, w latach 2016-2018 skuteczność ta wynosiła bowiem 35,5 proc., a w latach 2011-2012 – 42,1 proc.
PiS nie umie sobie z tym poradzić. Jedyne rozwiązanie jakie stosuje ta ekipa, to centralizowanie wszystkiego czego się tylko da. Dlatego rząd wprowadził w 2016 r. zmianę systemu poboru kwot z mandatów, polegającą oczywiście na jego scentralizowaniu. Rząd PiS spodziewał się napływu wzmożonego strumienia gotówki, ale naturalnie nic z tego nie wyszło. Jak stwierdza Najwyższa Izba Kontroli, zmieniony system nie spowodował poprawy skuteczności windykacji, a w dodatku nie zapewnia wiarygodnych danych o stanie należności i zaległościach z tego tytułu.
Tak więc, nie wiadomo dokładnie, ile kasy z nałożonych mandatów nie trafia do budżetu. Jeszcze przed tą niefortunną PiS-owską centralizacją można było ustalić, że w latach 2011-2012 Skarb Państwa tracił ponad 100 milionów złotych rocznie z powodu przedawnienia się należności z tytułu mandatów. Teraz jest to na pewno o wiele więcej.
Tylko niespełna połowa ukaranych (47 proc.) płaci dobrowolnie mandaty. W przypadku ok. 23 proc. spraw, kary grzywny zostały jakoś wyegzekwowane, pomimo uchylania się ukaranych od dokonania płatności.
Natomiast w przypadku ok. 30 proc. spraw, państwu nie udało się wyegzekwować kar – i znaczna ich część po upływie trzech lat od daty ich nałożenia ulegała przedawnieniu.
Unikanie zapłaty mandatu nie wiąże się dla ukaranego z jakąkolwiek inną, dotkliwą sankcją o charakterze finansowym bądź niefinansowym. Stanowi tym samym zachętę do odłożenia tej niemiłej płatności.
„Znacząca skala przypadków, w których pomimo zaangażowania organów państwa, nie doszło do wyegzekwowania nałożonych kar, utrwalała w części społeczeństwa przekonanie o braku nieuchronności wykonania kary” – stwierdza NIK w raporcie o dochodzeniu należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych.

Typowa nieudolność tej ekipy

Zmiana systemu dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych, miała, jak zapowiadał rząd, poprawić skuteczność egzekwowania tych kar. Reorganizacja polegała na scentralizowaniu obsługi mandatów karnych.
Do 31 grudnia 2015 r. to wojewodowie byli uprawnieni do poboru należności z tytułu mandatów, a wpływy z tego tytułu trafiały do Skarbu Państwa za ich pośrednictwem.
Rząd PiS niespecjalnie wierzył jednak w sprawność i sumienność swych wojewodów, więc od 2016 r. windykację powierzył Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpłaty z tytułu mandatów nie trafiają już na konta poszczególnych urzędów wojewódzkich, lecz na rachunek bankowy wskazany przez ministra finansów.
Rząd PiS obiecywał oczywiście, że na skutek centralizacji i powierzenia funkcji wierzyciela organowi podatkowemu, windykacja należności mandatowych będzie sprawna. Wysoka automatyzacja działań windykacyjnych miała sprawić, iż koszty funkcjonowania całego systemu dochodzenia takich należności zostaną na takim samym poziomie jak wtedy, gdy funkcję wierzyciela pełnili wojewodowie – a skuteczność wyraźnie wzrośnie. Naturalnie stało się odwrotnie: koszty wzrosły, a skuteczność w najlepszym razie nie spadła.
Najwyższa Izba Kontroli stwierdza: „Z przeprowadzonej kontroli (obejmującej lata 2016-2018) wynika, że nie nastąpiło zwiększenie skuteczności dochodzenia należności z tytułu mandatów karnych. Jednocześnie wzrosły koszty funkcjonowania tego systemu o blisko 6 mln zł rocznie czyli o ponad 30 proc.”. No i takie właśnie efekty przynosi radosna twórczość PiS-owskiej ekipy.
NIK oczywiście krytycznie ocenia dochodzenie należności Skarbu Państwa z tytułu mandatów karnych w latach 2016-2018.
Największą odpowiedzialność za te straty ponosi Minister Finansów. W tym czasie stanowisko to zajmowali: Paweł Szałamacha (do 28 IX 2016 r.), Mateusz Morawiecki (najdłużej, do 9 I 2018 r.) oraz Teresa Czerwińska. Nikt z tego grona oczywiście nie wspomina o swoich błędach i zaniechaniach, które spowodowały, że Skarb Państwa nie uzyskał setek milionów złotych.
Jak wskazuje NIK, żaden z tej trójki ministrów nie zapewnił takiej funkcjonalności systemu informatycznego przeznaczonego do obsługi mandatów, który umożliwiałby wierzycielowi (tj. Naczelnikowi Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu) sprawny i skuteczny pobór zaległości z tytułu grzywien mandatowych.
Teoretycznie taki system oczywiście istniał. Był to Scentralizowany System Podatkowy (SSP), stanowiący element składowy systemu e-Podatki.
„W ocenie NIK, system ten nie był dostosowany do potrzeb jego użytkowników, nie zapewniał pełnej automatyzacji podejmowanych czynności, zaniechano wdrożenia niektórych jego funkcjonalności oraz obsługi ulg w spłacie należności i ewidencjonowania ich skutków, jak również monitorowania terminowości odroczonych wpłat i umarzania należności” – wskazuje Izba. Skutek tych zaniechań jest jednoznaczny i trwały: narastające zaległości w podejmowaniu działań windykacyjnych przez wierzyciela.

Najgłupszy system świata?

NIK podkreśla także, że przyjęta przez Ministerstwo Finansów organizacja rachunkowości i sprawozdawczości, dotyczącej należności i dochodów z tytułu mandatów, narusza przepisy ustawy o rachunkowości i nie zapewnia rzetelnych danych o niezapłaconych mandatach.
Jak widać, PiS-owski resort finansów nie przejmuje się ustawą o rachunkowości. Oznacza to, że niewiarygodne są też i sprawozdania budżetowe.
Dobrze chociaż, że kierownictwo resortu finansów zdaje sobie sprawę ze swej nieudolności. W odpowiedzi na wystąpienie pokontrolne NIK, Ministerstwo Finansów poinformowało bowiem, iż jednym z rozważanych rozwiązań jest wygaszenie Scentralizowanego Systemu Podatkowego z uwagi na jego niewydolność.
Jak widać ów nieszczęsny Scentralizowany System Podatkowy nieco przypomina maszynę Trurla, którą jego przyjaciel Klapaucjusz uznał za „najgłupszą maszynę rozumną na całym świecie”.
W związku z tym wszystkim NIK negatywnie oceniła pobór należności z tytułu mandatów przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu. Wpływ na to miała wspomniana „ograniczona funkcjonalność” Scentralizowanego Systemu Podatkowego.
Skuteczność dochodzenia przez Naczelnika Pierwszego Urzędu Skarbowego w Opolu należności z tytułu mandatów w całym badanym okresie (lata 2016-2018) wyniosła mniej niż 63,7 proc. Czyli, z wystawionych w latach 2016-2018 mandatów na kwotę blisko 2,1 mld zł do budżetu państwa wpłynęło nieco ponad 1,3 mld zł. Zabrakło, bagatela, prawie 800 milionów złotych.
Warto zauważyć, że za rządów Platformy Obywatelskiej, konkretnie w latach 2011-2012 (kilka lat temu NIK skontrolowała ściąganie mandatów w tym okresie) Skarb Państwa uzyskiwał co najmniej 70 proc. należności z tytułu mandatów. Tak właśnie działa w praktyce „dobra zmiana”.
Z ustaleń tegorocznej kontroli wynika, że po pierwszym roku od centralizacji systemu ściągania należności mandatowych, niezapłaconych zostało 2,8 mln z 5,4 mln mandatów wystawionych w 2016 r. Kwota zaległości z tego tytułu sięgnęła ponad 378 mln zł.
Po trzech latach od reorganizacji liczba niezapłaconych mandatów wzrosła już do blisko 6,7 mln na koniec 2018 r., a zaległości z tego tytułu wynosiły blisko 757 mln zł. Oznacza to wzrost zaległości z tytułu nieopłaconych mandatów o ponad 148 mln zł w porównaniu do roku 2011 (na koniec 2011 r. zaległości wynosiły 609 mln zł).
Ów wzrost zaległości wystąpił pomimo niższej liczby nakładanych mandatów. W latach 2011-2012 wystawiano przeciętnie ok. 5 mln mandatów rocznie, a w latach 2016-2018 ok. 4,8 mln mandatów. Na koniec 2018 r. nieopłaconych było 1,9 mln mandatów wystawionych w 2016 r., które są już bliskie przedawnieniu.
Szefowie Scentralizowanego Systemu Podatkowego, próbując jakoś radzić sobie z jego nieskutecznością, zaczęli rezygnować z ściągania najłagodniejszych mandatów, w kwocie nie przekraczającej (razem z kosztami upomnienia) 116 zł. To akurat rzeczywiście stanowiło dobrą zmianę dla wszystkich ukaranych.
NIK stwierdził jednak, iż było to było działanie nierzetelne. Oznaczało bowiem zaniechanie ściągania należności z tytułu ok. 70 proc. wszystkich nieopłaconych mandatów – gdyż mandaty stuzłotowe są nakładane najczęściej.
W całym tym krajobrazie mandatowej nieudolności, drobiazgiem jest już to, że upomnienia i tytuły wykonawcze obejmujące zaległości z mandatów, nie były na bieżąco sporządzane i przekazywane do organów egzekucyjnych. W 68 proc. spraw tytuły takie były wystawiane w okresie dłuższym niż dwa lata od wpisania mandatu do ewidencji wierzyciela.
Kontrolerzy stwierdzili też zaniechanie objęcia tytułami egzekucyjnymi 45 proc. nie wyegzekwowanych na koniec 2018 r. zaległości z mandatów, wystawionych w 2016 r. Oznaczało to, że 746 tys. grzywien w kwocie blisko 114 mln zł nie było dochodzonych w drodze egzekucji, pomimo iż od nałożenia mandatu upłynęły co najmniej niż dwa lata. Tymczasem z ustaleń poprzedniej kontroli NK wynikało, że w latach 2011-2012, za rządów PO, nie wystawiono tytułów egzekucyjnych tylko dla 0,04 proc. mandatów starszych niż 18 miesięcy. Różnica jest porażająca!

Policji się nie śpieszy

Należy dodać, że kontrolerzy NIK mają też szereg zastrzeżeń do pracy komend policji. Ujawnione tam nieprawidłowości polegały na „istotnych opóźnieniach” we wprowadzaniu do systemu informacji o nałożonych mandatach. „Stan taki w 2016 r. był zjawiskiem powszechnym” – podkreśla NIK.
W 2016 r. w skontrolowanych jednostkach policji mniej niż 1 proc. mandatów wprowadzono do systemu w wymaganym terminie 7 dni! Ponad 5 proc. mandatów wprowadzono do systemu dopiero po upływie ponad 365 dni!. Trzeba tu pamiętać, że najwięcej mandatów karnych wystawiają w Polsce właśnie funkcjonariusze policji – aż ponad 95 proc. mandatów nałożonych w latach 2016-2018.
Tymczasem, wprowadzana w terminie do systemu informacja o wysokości nałożonej grzywny ma decydujące znaczenie dla rzetelnego ustalenia należności Skarbu Państwa. A także i dla szybkiego podjęcia działań zmierzających do ich poboru.
Najwyższa Izba Kontroli uważa, że dobrym rozwiązaniem, dyscyplinującym kierowców ukaranych mandatami, byłoby uzależnienie usunięcia punktów karnych z centralnej ewidencji kierowców od uprzedniego uiszczenia grzywny. Czyli, punkty karne już nie znikałyby automatycznie po roku, lecz dopiero po zapłaceniu mandatu. „Mogłoby to skutecznie motywować kierowców do płacenia mandatów” – stwierdza NIK. To już jednak chyba zbyt drakońska propozycja.
Można natomiast rozważyć inną sugestię NIK, która wskazuje, iż nie ma sensu wielokrotne nakładanie mandatów na te same osoby, które popełniając wykroczenia, notorycznie lekceważą normy życia społecznego, zaś mandatów nie płacą. Tylko co z nimi robić. Zamykać na długie miesiące?

Porzućcie wszelką nadzieję

To typowo polskie: wszelkie urzędy i instytucje, mające chronić nasze bezpieczeństwo
finansowe, robią co tylko mogą – a wychodzi im tak jak zwykle.

Aby zwiększyć bezpieczeństwo klientów rynku ubezpieczeniowego potrzebna jest skuteczniejsza ochrona. Na razie bowiem instytucje odpowiedzialne za tę ochronę wykonują co prawda swoje zadania, jednak suma tych działań, delikatnie mówiąc, nie przekłada się na skuteczność ochrony Polaków.
Problemem, który – w powszechnej opinii – wzbudzał najwięcej kontrowersji była kwestia tzw. polisolokat i skrajnie niekorzystnych warunków, na jakich były one oferowane. Zawarto ponad 5 mln umów długoterminowych na łączną kwotę ponad 56 mld zł.

Możecie się skarżyć długo

Sprzedaż polisolokat, czyli polis na życie z elementem inwestycyjnym (tzw. ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym), wiązała się z wątpliwym pod względem prawnym i etycznym oferowaniem tych produktów przez ich sprzedawców.
Występowały przypadki wprowadzania klientów w błąd lub oferowania produktów dla nich nieodpowiednich. Umowy polisolokat były skomplikowane, co powodowało trudności w ich zrozumieniu przez przeciętnego obywatela.
Dodatkowo postanowienia umów zawierały zapisy, w wyniku których klienci decydujący się na rezygnację z umowy w trakcie jej trwania tracili większość wpłaconych środków, gdyż pobierano wysokie opłaty likwidacyjne.
Działania państwowych instytucji ochronnych ograniczyły wprawdzie ten proceder – ale tylko częściowo pomogły w rozwiązaniu problemów w umowach już zawartych.
Inną powszechną grupą problemów, na które najczęściej skarżyli się konsumenci, były kłopoty z uzyskaniem odszkodowań w związku z likwidacją szkód z ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej (głównie samochodów).
Klienci towarzystw ubezpieczeniowych wskazywali na nieprawidłowości, polegające na zaniżaniu lub odmowie wypłaty odszkodowań, niekorzystnej lub opieszałej likwidacji szkód, nieudostępnianiu przez ubezpieczycieli akt szkodowych.
Klientom często pozostawało dochodzenie swoich roszczeń w sądzie, jednak większość rezygnowała z tej żmudnej, skomplikowanej i kosztownej drogi uzyskania odszkodowania.

Współpracują bardzo niechętnie

Kontrolerzy NIK zbadali, czy podmioty odpowiedzialne za ochronę finansową mieszkańców, rzetelnie wypełniały obowiązki przeciwdziałania nieuczciwym praktykom na rynku ubezpieczeniowym.
Na przykład, czy na czas i skutecznie reagowały na problemy zgłaszane przez konsumentów oraz czy przedstawiały propozycje zmian ograniczających nieuczciwe praktyki i wzmacniających pozycję konsumentów na rynku ubezpieczeniowym.
Jednym z głównych problemów, na które wskazuje NIK jest brak współpracy, odpowiedniej do skali problemów, na jakie napotykają ubezpieczający się obywatele. Nie bez znaczenia jest także rozproszenie kompetencji, a co za tym idzie także odpowiedzialności za bezpieczeństwo konsumentów.
To, że współpraca pomiędzy urzędem Komisji Nadzoru Finansowego, Rzecznikiem Finansowym oraz Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie zawsze była najlepsza, było spowodowane także ograniczeniami w przekazywaniu informacji przez KNF, wynikającymi ponoć z wymogu przestrzegania tajemnicy zawodowej.
Ograniczenia te zostały zniesione w końcu 2018 r. w wyniku zmiany przepisów dotyczących nadzoru nad rynkiem finansowym.

Czy potrzebny nam UOKiK?

Natomiast w UOKiK nie ustalono procedur monitorowania rynku ubezpieczeń. Monitoring ten prowadzono zatem w ograniczonym zakresie.
UOKiK zwykle reagował i analizował sytuację dopiero po licznych sygnałach docierających od niezadowolonych konsumentów, lub innych podmiotów np. Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego czy Rzecznika Finansowego.
„Takie podejście wiąże się z ryzykiem braku interwencji UOKiK w przypadku istotnych naruszeń interesów klientów zakładów ubezpieczeń” – zauważa NIK.
NIK zwraca także uwagę na długi czas rozpatrywania sygnałów zgłaszanych do UOKiK. Według przepisów, postępowanie wyjaśniające nie powinno trwać dłużej niż cztery miesiące, a w sprawach szczególnie skomplikowanych – pięć miesięcy. Tymczasem spośród 68 postępowań wyjaśniających, zbadanych przez NIK, tylko 13 przeprowadzono w terminie.
Najdłużej prowadzone postępowanie trwało ponad trzy lata. Opóźnienia mogą powodować, iż zostanie utracona możliwość wszczęcia postępowania w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów.
Nie można tego bowiem zrobić jeżeli od końca roku, w którym zaprzestano ich stosowania upłynął rok. W UOKiK tłumaczono się oczywiście, że przyczyną przekroczenia terminów postępowań była konieczność zgromadzenia niezbędnego materiału dowodowego dotyczącego produktów o skomplikowanym charakterze, a także zasięganie opinii innych podmiotów. Na terminowość prowadzenia postępowań wpływ miały mieć również braki kadrowe.
W tej sytuacji warto rozważyć, czy rzeczywiście w Polsce konieczne jest istnienie takiej instytucji, jak UOKiK?
Funkcjonowanie UOKiK kosztuje drogo, czymkolwiek się on zajmuje, trwa to długo, zaś efekty są często w praktyce niemal żadne, lub w najlepszym razie znikome – czego przykładem mogą być pozorowane w istocie działania UOKiK, mające sprawiać wrażenie, że Polsce zależy na zablokowaniu gazociągu Nord Stream 2.

Nikłe efekty

Z kolei, zdaniem NIK, Rzecznik Finansowy i rzecznicy konsumentów, na ile mogli, właściwie wspierali konsumentów w sprawach indywidualnych. Problem w tym, że sformułowanie: „na ile mogli”, oznacza iż mogli bardzo niewiele.
NIK zwraca bowiem uwagę, że zarówno Rzecznik Finansowy, jak i rzecznicy konsumentów ze względu na swoje kompetencje mieli ograniczone możliwości doprowadzenia do rozstrzygnięcia sporów konsumentów z ubezpieczycielami.
Nie mogli na przykład nakazać firmom ubezpieczeniowym zmiany stanowiska. Dlatego konsumenci, aby dochodzić swoich praw często musieli występować na drogę sądową, na co jednak rzadko się decydowali, wiedząc, że jest to na ogół skazane na niepowodzenie.
W okresie od początku 2014 r. do końca kwietnia 2018 r. do Rzecznika Finansowego wpłynęło ponad 62 tys. wniosków klientów towarzystw ubezpieczeniowych, dotyczących nieuwzględnienia ich roszczeń.
Najważniejszymi przyczynami składania skarg przez obywateli było oddalenie roszczenia przez firmę ubezpieczeniową (blisko 44 proc.), spór co do wysokości odszkodowania (30 proc.), zagadnienia związane z naliczeniem i rozliczeniem składki (ponad 10 proc.) oraz opieszałość w postępowaniu odszkodowawczym (5 proc.).
Rzecznik Finansowy podjął interwencję w 84 proc. przypadków, w wyniku czego 19 proc. podjętych spraw zakończyło się pozytywnie dla klienta. Jak widać, także i pożytek z funkcjonowania Rzecznika Finansowego jest znikomy.
Tym bardziej, że jeszcze mniej efektywne było wsparcie, udzielane klientom przez rzeczników konsumentów reprezentujących ich przed sądem w prowadzonych postępowaniach. Wynikało to z długiego trwania postępowań sądowych.
NIK zwraca też uwagę na opieszałość i niechęć władz państwa w niektórych sprawach. I tak, Ministerstwo Finansów nie zaakceptowało propozycji udziału niezależnego rzeczoznawcy w procesie likwidacji szkód komunikacyjnych. Nie udało się także wypracować zasad ustalania wynagrodzenia firm odszkodowawczych, sposobu wypłacania uzyskanego odszkodowania i wymogów wobec osób świadczących takie usług. Minister Finansów nie przygotował też projektów rozwiązań mających umożliwić wdrożenie narodowej strategii edukacji finansowej. A przydałaby się, bo niestety, według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) Polacy mają niskie kompetencje finansowe.

 

Betonowy Marian

Betonowy Marian, którego nawet molibdenowy Mateusz nie tyka, akrobatyczny Daniel nie zwiedzie, a tytanowy Janusz odbija się od niego jak od arabskiej gumy, wywiódł wszystkich w pole. I ja mu w związku z tym bardzo kibicuję. Pokazał, że można postawić się naczelnikowi.

Betonowy Marian to, ma się rozumieć, prezes NIK. Wybrali go posłowie PiS i posłowie PiS namawiali do odejścia. Tylko namawiali, bo zmusić do złożenia urzędu już nie mogli. A pan Marian pokazał im klasycznego „Kozakiewicza”.

Pół Krakowa i ćwierć Mokotowa wiedziało, że pan Marian ma elegancki hotelik na godziny. Tylko rząd nie wiedział, choć do dowiadywania się ma służby specjalne. Ale nawet te służby nie ustrzegły rządu i Marian Banaś, zupełnie lege artis, prezesem NIK-u został. Ale jak nie można Mariana kijem, to może pałką.

PiS próbuje w tym momencie uprawdopodobnić w mediach rządowych dyskurs, jakoby jedynym wyjściem z tego potrzasku jest zmiana konstytucji. No bo to przecież taka prosta i oczywista sprawa, że można sobie zmienić konstytucję jak się chce i kiedy się chce. To tak, jakby w meczu Polska-Hiszpania, na najbliższym Euro, kiedy przegrywalibyśmy trzema bramkami, na boisko wkroczyć miał szef PZPN – i oświadczyć, że bardzo przeprasza polskich kibiców, ale zaraz po pierwszym golu zwrócił się do prezesa hiszpańskiej federacji, aby wspólnie zaapelować do FIFA o zmianę przepisów, w myśl których w spotkaniu międzypaństwowym w drużynie wyżej rozstawionej nie mógł grać bramkarz oraz napastnik, ale, nie wiedzieć czemu, Hiszpanie się nie zgodzili.
W związku z niesubordynacją pana Mariana, rząd wysyła przeciw niemu ABW, która ma zablokować mu na czas kontroli dostęp do informacji niejawnych. Innymi słowy, stara się rząd za pomocą dostępnego mu aparatu represji, maksymalnie utrudnić Banasiowi życie oraz wykonywanie obowiązków. To, że chcą mu napsuć krwi specjalnie mnie nie dziwi, bo nikt pod karabinem nie trzymał, kiedy pan Marian godził się objąć tekę prezesa NIK-u , a wcześniej ministra finansów. Gorzej, że robi to PiS kosztem państwa. Bo umówmy się, Marian jest, taki jest, ale coś tam jednak potrafi. Jeśli już przyszło nam przegrać z nim w klinczu, bo, jak widać, po prośbie ustąpić nie chce, należałoby zacząć ograniczać się do szorstkiej przyjaźni i uświadomionej konieczności; jest sobie Marian Banaś prezesem NIK-u, i na najbliższe lata, prezesem być musi. Pokazał już bowiem poprzedni prezes NIK, że nawet z zarzutami prokuratorskimi, można kierować Izbą pełną kadencję. Daliśmy ciała. Nie posłuchaliśmy ostrzeżeń. Mamy za swoje. Ale nawet przy takim rozwoju wypadków, i nam (rządowi) i jemu (Banasiowi) idzie o to samo. O Polskę. On ma kontrolować jak najlepiej, a my jak najlepiej rządzić, więc w najlepiej pojętym interesie Polski i Polaków, powinniśmy ze sobą współpracować, a nie drzeć koty… albo jak pies z kotem żyć. Tyle w teorii. W sprawie Banasia zastanawia mnie jeszcze jedno. Jak sobie z traumą po betonowym Marianie radzi molibdenowy Mateusz. Do państwowych zaszczytów wywiódł go, mimo że sam Marian Banaś ma bogato zapisaną kartę opozycyjną, premier Morawiecki. To u niego Banaś był ministrem finansów, a wcześniej szefem skarbówki. To w końcu Morawiecki dał mu zielone światło na objęcie prezesury NIK-u. W środowisku PiS-u teka szefa NIK-u to nie byle jaka teka. Wiadomo kto ongiś ją nosił i trampoliną do czego się stała. A tu taka potwarz. Podobno prezes Jarosław nie posiadał się ze wściekłości, kiedy pan Marian w swoim orędziu, z zaciętą miną, powoływał się na spuściznę św. pamięci prezydenta; że on też chce być taki i że się nie da zaszczuć. Głos miał pewny, brew zmarszczoną, gniew w oczach. Brakowało tylko okularów.

Kabaret

Czterdzieści lat temu byliśmy „najweselszym barakiem w obozie”. Nie traciliśmy humoru, działały kabarety naśmiewające się z naszych wad i z naszej sytuacji politycznej.

Starsze pokolenia pamiętają Tey, Dudka i pokazywany w reżimowej telewizji Kabaret Starszych Panów. Pamiętają krakowską Piwnicę pod Baranami i ówczesną warszawską Syrenę. Pamiętają też o filmach Barei.

Konkurencja

Kabarety były w PRL-u i 30 lat po jej upadku domeną aktorów, piosenkarzy i autorów specjalizujących się w satyrycznych tekstach. Ale przyszedł rok 2015 i to się zaczęło zmieniać. Owszem – jest i dzisiaj kilku starszych i młodszych „kabareciarzy”, którzy piszą dobre teksty. Takie kabarety jak Moralnego Niepokoju czy Młodych Panów nadążają za chlubną przeszłością.
Z niepokojem jednak obserwuję, że niespodziewanie wyrasta im nieprofesjonalna konkurencja. Silna, władcza i bezwzględna. To politycy zgrupowani w rządzącej partii, słuchający tylko swego wodza, Najważniejszego Zwykłego Posła, starający się swoimi działaniami uprzedzać jego życzenia.
Część tych działań jest tak niezgodna z prawem i tak humorystyczna, ze staje się politycznym kabaretem, niekiedy bardziej śmiesznym od pomysłów zawodowców. Ale ma wadę. Budzi – przynajmniej u mnie – śmiech przez łzy, jest niebezpieczna dla obywateli i może grozić destrukcją państwa, jednocześnie spychając je na margines Europy.

Tajne podpisy

Długotrwałym „numerem” kabaretowym, wymyślonym przez rządzącą partię, są manewry wokół powołanej według nowych zasad – czyli przez polityków – Krajowej Rady Sądowniczej. Aby zachować pozory demokracji kandydaci na członków tego „ciała” musieli być poparci podpisami wnioskodawców – aż 25 sędziów. Musieli być znani i uznani w środowisku, bo poinformowano „suwerena”, że zdobyli je z zastanawiającą łatwością. Dokumenty z tymi podpisami natychmiast jednak utajniono i schowano w głębokim sejfie sejmowym.
Występy i działania kabaretowe związane z tą sprawą zaczęły się z chwilą, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny zapragnął zobaczyć te podpisy. Odruchy paniki obozu rządzącego były zabawne i zakończyły się decyzją „organu administracji państwowej” powołanego dla ochrony danych osobowych. Nie pokażemy tych podpisów, bo podpisujący boją się ostracyzmu i sobie tego nie życzą. Sejm i Senat w Polsce może jeszcze głosować jawnie, prokuratura noże mieć „przecieki” pozwalające na powszechną wiedzę, komu ma zamiar postawić zarzuty, jawne są oświadczenia o stanie majątkowym – ale suweren nie może wiedzieć, kto popiera członków KRS.
Organ od ochrony danych osobowych zabronił nam ujawniania tych podpisów – powiedziała kancelaria sejmu. Poparł ją publicznie jeden z wiceministrów sprawiedliwości, mimo, że „w międzyczasie” także sąd okręgowy w Olsztynie wykazał się niezdrową ciekawością i zażądał pokazania podpisów.
Jako starzejąca się, mikroskopijna część suwerena, mam charakter przestraszonego baranka. Kancelarię, tak „po ludzku” mogę jeszcze zrozumieć Musi słuchać się szefów. Ale wiceminister sprawiedliwości lekceważący wyroki i żądania sądów zagrał w tym numerze kabaretowym rolę, która w państwie praworządnym powinna natychmiast zakończyć jego karierę.
Nie jestem prawnikiem. Ale lata innych studiów i praktyki utrwaliły we mnie przekonanie, o prymacie wyroków sądów. Może niesłuszne. Może teraz ma być inaczej. Jednak, jeśli policja mnie zatrzymuje, to sąd może mnie zwolnić. Jeśli komornik błędnie mi coś rekwiruje, to sąd może kazać mu to zwrócić. Jeśli sąd może nawet anulować decyzje specjalnej komisji wykrywającej nieprawidłowości w gospodarce nieruchomościami w Warszawie – to nie rozumiem, dlaczego nie może kazać ujawnić nazwisk osób popierających sędziów i dlaczego nie wykonuje się natychmiast takiej decyzji. Chyba, że w założeniu ma to być kabaret pobudzający fantazję. Może w sejfie sejmowym są tylko puste kartki, albo wszystkie listy poparcia są takie same?

Węzeł gordyjski

Krótki, ale błyskotliwy numer kabaretowy mieliśmy ostatnio w czasie posiedzenia sejmu, wybierającego kandydatów na członków wspomnianej Rady Sądowniczej. Przeprowadzono głosowanie, ale nie ogłoszono wyniku – prawdopodobnie niesatysfakcjonującego obozu rządzącego. Za to zdecydowano o powtórzeniu glosowania. Ten drugi wynik był dobry – więc go ogłoszono. U telewidza, (czyli także u mnie) powstała wątpliwość, czy przypadkiem nie marnujemy czasu i pieniędzy suwerena na tworzenie parlamentu, w którym można sobie dowolnie manipulować 460-ciu wybrańcami narodu. Może było by prościej i taniej ograniczyć się do jednego, zwykłego, ale Najważniejszego posła? I można wtedy pozbyć się tych skomplikowanych urządzeń do głosowania. Najważniejszy poseł podniesie rękę – czyli jest za i trzeba to natychmiast realizować. Nie podniesie – jest przeciw i trzeba to ze wstrętem odrzucić do kosza.
Rządowy kabaret sądowniczy niemal równolegle błysnął wyborem kandydatów na nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kandydatury budziły zastrzeżenia merytoryczno – historyczne uzupełnione wątpliwościami, czy mogą być kandydatami osoby w wieku emerytalnym. O to ograniczenie niedawno upominano się przy ataku na Sąd Najwyższy. Nie ma powodów, aby w TK było inaczej. Wybrani większością PIS kandydaci i tak mi się nie podobają, ale – delikatnie mówiąc – przy wyborze aż na 9 lat, powinni być teraz zdecydowanie przed granicą wieku emerytalnego. A nie są.
Nie mogę też pojąć, dlaczego do ważnego dla suwerena Trybunału powołuje się profesorów, doktorów, ale także magistrów prawa. Powierza się im również kierowanie tym prestiżowym organem. Nasze uczelnie „produkują” dostateczną liczbę doktorów, którzy mogą później uzyskać stopnie prawdziwych profesorów, aby wystarczyło ich na podmianę starzejącej się kadry w Trybunale. To chyba jakaś tajna zmowa magistrów, słynących z umiejętności gastronomicznych i organizowania życia towarzyskiego, które zachwycają nawet Najważniejszego Posła.
W prawniczym zespole numerów kabaretowych aktualna władza tak się „zakałapućkała”, że powstał istny węzeł gordyjski. Sędziowie podejmują uchwały, że nie będą opiniować nowych kandydatów do czasu, aż wyjaśniona zostanie sprawa legalności powołania obecnego składu KRS. Sąd Najwyższy ma się wypowiedzieć o poprawności naszego, zmienianego systemu „kierowania” sprawiedliwością. Na wniosek Komisji UE Trybunał Międzynarodowy w Luksemburgu też jeszcze wróci do sprawy praworządności w Polsce. Rząd traci nerwy. Jego rzecznik mówi coś o „ukróceniu” działalności niezadowolonych sędziów. To brzmi jak groźba z wczesnych lat 50-tych ubiegłego wieku. Podpowiadam nieodpłatnie. Rosja ma opuszczone obozy na Kamczatce i w Obwodzie Magadańskim. Na pewno nie zażąda wysokiej ceny za ich wynajęcie. Wystarczy zadzwonić do Prezydenta Putina. Uratowane tygrysy jadą do azylu w Hiszpanii, a nasi „niegrzeczni” sędziowie mogą pojechać na zasłużony odpoczynek w tych obozach.
Kabaretowy, prawniczy węzeł gordyjski nie nadaje się już – moim zdaniem – do łagodnego rozplątania. Potrzebny jest nowy Aleksander Macedoński z ostrym mieczem, który go przetnie. Problem w tym, że go nie widzę. I to może oznaczać fatalne w skutkach dla szarych obywateli działanie tego numeru kabaretowego nawet do końca kadencji obecnej władzy.

Wszechstronna oferta

Jak ktoś nie lubi problemów prawniczych, to może się pośmiać z z kilku innych kabaretowych numerów oferowanych przez nasz zapobiegliwy rząd. Może się rozbawić historią myśliwców MIG 29, które ciągle stanowią istotną część naszych sił powietrznych. Są i stoją. Bo od dawna niedoszkalanym pilotom skończyły się formalne uprawnienia. Wprawdzie odważny głównodowodzący naszymi siłami zbrojnymi podjął decyzję, że mają jednak latać – ale problem nadal istnieje i trochę narusza, nienaruszalną zasadę zapewnienie „bezpieczeństwa lotów”.
Zachichotać można także przy odtworzeniu historii wyposażania naszej armii w helikoptery. Mieliśmy kupić od Francuzów 50 dobrych Caracali, ale rząd się z tego wycofał zaraz na początku poprzedniej kadencji. Bo za drogo. Znacznie taniej mieliśmy kupować maszyny amerykańskich i włoskich firm, częściowo wytwarzane w Polsce. Ale podobno jest jeszcze drożej i dłużej trzeba czekać.
Jeśli dla kogoś i ta tematyka jest za nudna – może zainteresować się bliżej sprawą krakowskiego hotelu i znajomości prezesa NIK M. Banasia. Już widzę skecz przypominający „Sęk”, słynną rozmowę telefoniczną Dziewońskiego z Michnikowskim, w kabarecie Dudek. Pan Prezes rozmawia z kimś, z kim jest „na ty”, ale nie wie, z kim i nie ma pojęcia, o czym rozmawia. Można też uruchomić zakłady, czy Prezes NIK spełni sugestię wierchuszki PISu i zrezygnuje ze stanowiska, czy też uprze się i postanowi je nadal piastować.
Najodważniejsi wielbiciele kabaretów mogą jeszcze domagać się skeczy ilustrujących wnikliwość i obiektywizm prokuratury. Monolog prokuratora zastanawiającego się nad argumentacją umorzenia śledztwa w sprawie wieszania na szubienicach portretów niektórych euro-posłów i nad sposobami nieprzesłuchiwania Najważniejszego Posła, w sprawie „Srebrnej”, mógł by być gwoździem sezonu.

Lewica: miejsce Banasia to więzienie, a nie NIK

Lewica nie odpuszcza tematu Banasia. Formacja poinformowała, że na najbliższym posiedzeniu Sejmu zażąda od Mateusza Morawieckiego odpowiedzi na kluczowe pytanie: jakim państwo dopuściło kogoś takiego jak „Pancerny Marian” na stanowisko szefa Najwyższej Izby Kontroli?

„Pancerny Marian” pokazuje, że nie bez kozery nosi swój przydomek. Mimo, że afera z nim w roli głównej wybuchła 22 września, nadal piastuje funkcję prezesa NIK. W ubiegły czwartek na prywatnym spotkaniu do złożenia rezygnacji próbował go nakłonić sam prezes.
I stała się rzecz niespotykana – Kaczyński został odprawiony z kwitkiem. Prezes miał grozić usunięciem syna Banasia z intratnych stanowisk i obcięciem ,środków dla jego fundacji. Groźbę zrealizować – Jakub Banaś został w poniedziałek zwolniony z PKO BP. „Pancerny Marian” nadal jest szefuje Izbie. Również wczoraj nie doszedł do porozumienia z marszałek sejmu Elżbietą Witek w sprawie warunków dymisji.
Nieudolność PiS w rozwiązywaniu problemu umiejętnie punktuje Lewica. Najpierw odrzuciła propozycje rządu, który w desperacji sondował możliwość zmiany konstytucji – tak aby móc odwołać Banasia.
– Mówimy jednoznacznie: ręce precz od konstytucji. Nie damy PiS możliwości grzebania przy ustawie zasadniczej, ponieważ zdajemy sobie sprawę z tego, że nie skończyłoby się na sprawie Mariana Banasia – powiedziała posłanka Agnieszka Dziemianowicz-Bąk. Teraz Lewica próbuje zepchnąć PiS do narożnika. Na najbliższym posiedzeniu chce aby premier Morawiecki wytłumaczył społeczeństwu dlaczego Banaś, jako kandydat na prezesa NIK nie został dokładnie sprawdzony przez służby specjalne – ABW i CBA.
Czy było to celowe zaniechanie i próba posadzenia na wysokim stanowisku polityka „na krótkiej smyczy”? Czy też zwykłe zaniedbanie?
„Pomimo deklaracji polityków PiS, na czele jednej z najważniejszych instytucji państwa, pozostaje potencjalny przestępca. Widać wyraźnie, że państwo pod rządami PiS-u jest w sprawie Mariana Banasia bezsilne” – czytamy w komunikacie Lewicy.
„Żądamy informacji o działaniach służb oraz wyjaśnienia, dlaczego na jedno z najwyższych stanowisk w państwie wybrano osobę z tak niejasnymi powiązaniami i nieudokumentowanym majątkiem. Wszystko na to wskazuje, iż miejsce dla pana Banasia jest bardziej w więzieniu, a nie w gabinecie prezesa NIK” – zauważają politycy Lewicy.
Lewica wskazuje też na to, co PiS może zrobić w tej sprawie. Po pierwsze – powinien postawić „Pancernego Mariana” przed Trybunałem Stanu. Lewica zagłosuje za takim wnioskiem. Po drugie – Banaś powinien złożyć wyjaśnienia przed pracownikami instytucji, której podjął się prezesowania, wiedząc doskonale o swoich niejasnych interesach. Po trzecie – uchylić prezesowi NIK immunitet, aby mógł być obiektem prokuratorskiego śledztwa. Również w tej sprawie Lewica zagłosuje za.