Czy staniemy się społeczeństwem starców?

To, że ktoś dożył podeszłego wieku, nie stanowi już dowodu jego rozsądku i posiadania wiedzy, z której warto korzystać.

W Polsce jest około 38,5 mln mieszkańców. Ponad 9 mln z nich stanowią osoby w wieku 60 lat i więcej. Rosnący odsetek seniorów to wynik trwającego procesu starzenia się ludności Polski, który nie jest już zakłócany tragediami wojennymi (znika charakterystyczna choinka, będąca dotychczas odzwierciedleniem sytuacji demograficznej naszego kraju).
Do tego dochodzi korzystne zjawisko jakim było wydłużanie się czasu trwania życia. Niestety, trzeba już o tym mówić w czasie przeszłym, bo pod rządami Prawa i Sprawiedliwości długość życia w Polsce zaczęła się skracać.
Starzenie się Polaków jest pogłębiane nieskutecznością rządowego programu Rodzina 500 plus, który nie zapobiegł niskiemu poziomowi dzietności.

Będzie nas coraz mniej

W sumie, mamy pogarszającą się sytuację demograficzną, która oznacza coraz niższe emerytury – i stawia przed rządzącymi Polską rosnące wyzwania, związane z działaniami na rzecz aktywnego oraz w miarę zdrowego starzenia się.
Rządy PiS doprowadziły do tego, że dziś Polska należy do ścisłej czołówki europejskich krajów, w których kryzys demograficzny występuje w największym stopniu.
Według prognozy Głównego Urzędu Statystycznego, do 2050 r. liczba ludności naszego kraju zmniejszy się o 4,5 mln, natomiast populacja osób w wieku 60 lat i więcej wzrośnie do 13,7 mln – co oznacza, że będzie stanowić ponad 40 proc. ogółu społeczeństwa.
Takie społeczeństwo starców nie będzie zdolne do zapewnienia dynamicznego rozwoju i postępu cywilizacyjnego kraju.
Minęły już bowiem czasy, w których to, że ktoś dożył podeszłego wieku, stanowiło dowód na jego rozum i bagaż doświadczeń, z których należy korzystać. Dziś to dziadkowie muszą – o ile jeszcze nie są na to zbyt niedołężni – korzystać z wiedzy i doświadczeń swoich wnuków. Słuszny wiek nie jest zaś dowodem posiadania jakichkolwiek pożądanych cech umysłu czy charakteru.
Starym ludziom państwo powinno jednak zagwarantować w miarę godne warunki spędzenia tzw. jesieni życia – zwłaszcza, jeśli nie mają chętnych rodzin, które mogłyby się tym zająć. Dlatego wymyślono u nas rządowy program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych, realizowany od 2012 r. Od tego czasu z programu skorzystało ponad 850 tys. polskich seniorów. Budżet programu w latach 2012-2013 wynosił 60 mln zł, a w latach 2014-2020 ma to być 280 mln zł (40 mln zł rocznie).
Problem jednak w tym, że program ASOS stworzono jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej, więc obecna ekipa nie ma ochoty go realizować – ale sama nie potrafi wymyślić niczego innego.
Dlatego też Najwyższa Izba Kontroli, mimo, że już została przejęta przez PiS, musiała stwierdzić jednoznacznie: „Skuteczność Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych, rozumiana, jako osiągnięcie trwałych efektów w odniesieniu do założonego celu głównego – poprawy jakości i poziomu życia osób starszych dla godnego starzenia się poprzez aktywność społeczną – była niska”.

Aktywność, ale bierna

Ten cel główny – czyli „Poprawa jakości i poziomu życia osób starszych, dla godnego starzenia się poprzez aktywność społeczną” – mógł zostać wytyczony dzięki temu, że Polska, gdy jeszcze nie działała na rzecz osłabiania Unii Europejskiej, została włączona do unijnych strategii Rozwoju Kraju, Rozwoju Kapitału Ludzkiego, Rozwoju Kapitału Społecznego oraz Wspierania Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
W programie ASOS chodzi o to, aby włączyć sektor organizacji pozarządowych do działań służących aktywności społecznej seniorów. Priorytety, to nadrobienie niedostatków edukacyjnych osób starszych, nawiązywanie przez nie kontaktów wewnątrz – i międzypokoleniową, ich udział w życiu publicznym oraz rozwój usług społecznych dla osób starszych.
Jak dotychczas, w ramach programu Aktywności Społecznej Osób Starszych, seniorzy najczęściej uczestniczyli w projektach związanych z profilaktyką zdrowotną (porady zdrowotne, dietetyka, medycyna – w tym naturalna), zajęciami sportowymi i turystycznymi (basen, nordic walking, wycieczki) oraz zajęciami w obszarze kultury i sztuki (uniwersytety trzeciego wieku, rękodzieło, malarstwo, występy artystyczne, wyjścia do kina i teatru). Ważnym niestety, lecz pozaprogramowym elementem partycypacji seniorów, jest też ich udział w pokazach, połączonych z namawianiem ich do zakupów rozmaitego badziewia.
NIK stwierdza, że tylko ok. 25 – 30 proc. zbadanych projektów z programu ASOS ukierunkowanych było na pobudzenie czynnej aktywności seniorów i osiągnięcie trwałych efektów, wymagających stałych i regularnych działań.
Najczęściej realizowano zaś (w ponad 60 proc. przypadków) projekty obejmujące tzw. „aktywność bierną”, oznaczającą krótkotrwałe, jednorazowe działania. Polegają one głównie na konsumpcji różnorodnych usług – np. wyjścia do kina, teatru, na wystawy, wycieczki, zajęcia sportowe, czy szkolenia z nowych technologii. W ocenie NIK, działania takie są wprawdzie potrzebne, zwłaszcza w ramach realizacji różnych projektów lokalnych, nie powinny jednak być dominujące.
Jak pokazują wyniki badania ankietowego przeprowadzonego przez NIK, najczęściej uczestnikami działań w ramach programu ASOS były kobiety (73,5 proc.) i osoby mieszkające w miastach (69,5 proc.), a średnia wieku osób w nim uczestniczących wyniosła 67 lat. Podważa to samą główną ideę aktywizacji osób starszych w Polsce, skoro z programu korzystają przede wszystkim ludzie, będący jeszcze w okresie niemal pełnej aktywności zawodowej i społecznej. Tymczasem chodzić powinno o to, aby zapobiec wykluczeniu osób, które już nie mają okazji do kontaktów związanych z wykonywaną pracą, a ich krąg towarzyski się kurczy.
Konkretnie, to polscy seniorzy brali głównie udział w wycieczkach jedno i kilkudniowych (ok. 41 proc.), w spotkaniach z ekspertami (ok. 36 proc.), w akcjach promujących zdrowy styl życia (32 proc.) oraz kursach posługiwania się nowymi technologiami (ok. 31 proc).
Czego natomiast oczekiwali seniorzy? Otóż tego, że udział w projektach pozwoli im na poszerzenie wiedzy i umiejętności (ok. 67 proc.), przebywanie wśród ludzi (ok. 51 proc.), oraz na miłe spędzenie czasu (ok 44 proc.) – niekoniecznie w gronie rówieśników.

A jednak się podobało

Po zakończeniu projektów, 65,5 proc. uczestników programu ASOS zadeklarowało, że ich oczekiwania zostały spełnione całkowicie lub nawet powyżej tego, czego się spodziewali. Organizację zajęć za bardzo dobrą lub dobrą uznało niemal 84 proc. ich uczestników.
Seniorzy należą generalnie do osób kulturalnych i mało narzekających – więc mimo tych pozytywnych opinii, Najwyższa Izba Kontroli ocenia, że cel główny – „poprawa jakości i poziomu życia osób starszych dla godnego starzenia się poprzez aktywność społeczną” – nie został osiągnięty.
Zdaniem NIK niska skuteczność programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych wynikała głównie z tego, że jego założenia opracowano na podstawie częściowo nieaktualnych danych i nie poprzedzono ich bezpośrednimi badaniami potrzeb osób starszych, co utrudniło właściwe zaprojektowanie kierunków działań. Diagnozy organizacji pozarządowych nie zawierały rzetelnego rozpoznania zarówno liczby jak i sytuacji osób starszych, do których miały być kierowane działania Programu ASOS.
Nie bardzo wiadomo, jak NIK doszła do tych wniosków, skoro w opinii samych seniorów, działania w których uczestniczyli zaspokajały ich potrzeby. Izba zwraca też jednak uwagę na to, że popełniono błędy w zarządzaniu.
Błędy polegały zwłaszcza na nieprzestrzeganiu odpowiedniego procentowego podziału środków, nieterminowym zawieraniu i rozliczaniu umów, braku możliwości porównania nakładów i efektów – a tym samym, wyboru w konkursach najbardziej efektywnych projektów. Czyli tradycyjnie, jak to w Polsce dzieje się z realizacją wszelkich programów.

God save the NIK!

Nigdy jeszcze w nowożytnej (po 1989 r. ) nie było takiej wymiany kierownictwa Najwyższej Izby Kontroli jaka zapowiadana jest na dzisiaj. Dyskontynuacja – to nowa jakość, którą PiS wprowadza do bardzo ważnej, wrażliwej sfery działania państwa jaką jest zewnętrzna, niezależna kontrola działalności instytucji publicznych i gospodarowania publicznym majątkiem.

Decyzja świeżo wybranego Prezesa NIK, którego kompetencje do sprawowania tego ważnego urzędu zostały publicznie poważnie zakwestionowane, o zdymisjonowaniu wszystkich wiceprezesów NIK uzasadnia obawę, że okres względnej apolityczności Izby mamy za sobą.
W pierwszym komunikacie o „dobrowolnym” urlopie Prezesa NIK podała, że do czasu wyjaśnienia jego afery funkcje prezesa będzie pełnił najstarszy stażem wiceprezes. Ta decyzja zgodna była z dotychczasową dobrą praktyką i nie budziła zastrzeżeń. Jednak, w ciągu kilku godzin zaszły dwa wydarzenia: Prezes NIK odłożył swój urlop o kilka dni, oraz złożył wniosek o zwołanie nadzwyczajnego posiedzenia sejmowej Komisji Kontroli Państwowej w celu rozpatrzenia jego wniosku o dymisję wszystkich trzech urzędujących wiceprezesów i powołanie jednego – swojej zaufanej współpracownicy. Od razu widać, że scenariusz taki nie był pisany na ulicy Filtrowej co potwierdza moje wcześniej wyrażone obawy, że Prezes NIK będzie kolejną pacynką na palcu „naczelnika” państwa.
Podstawę prawną funkcjonowania Najwyższej izby Kontroli stanowią stosowne zapisy Konstytucji RP i ustawy o NIK z grudnia 1994 r. (z późniejszymi zmianami). Mam prawo uznawać się za współtwórcę tej ustawy, uchwalonej przez Sejm po rocznej, wytężonej pracy specjalnie w tym celu powołanej podkomisji sejmowej, której miałem zaszczyt przewodniczyć. Byłem też sprawozdawcą ustawy przeprowadzając przyjęty przez Komisję Ustawodawczą projekt przez cały proces legislacyjny w Parlamencie. Ustawa miała wszelkie cech ustawy ustrojowej. Stwarzała podstawy do działalności Najwyższej Izby Kontroli w państwie demokratyczny, normowała na nowo relacje pomiędzy kontrolerem a instytucją kontrolowaną oraz między NIK a Parlamentem. Projekt ustawy przygotowała Izba pod kierownictwem jej Prezesa – Lecha Kaczyńskiego, który osobiście prezentował go na posiedzeniu Komisji Ustawodawczej w listopadzie 1993 r. Projekt NIK-owski przykładał olbrzymią wagę do kwestii niezależności Prezesa NIK słusznie uznając, że jest to ważne element stabilności państwa. Przyjęte ostatecznie przez Sejm rozwiązania potwierdzone zostały później w Konstytucji RP.
Ustawa o NIK z 1994 r. była przełomowa, otwierała NIK drogę do roli nowoczesnego, zewnętrznego audytora państwa, strażnika publicznych pieniędzy w nowych uwarunkowaniach ustrojowych. Stworzyła możliwość transformacji NIK z państwowego kontrolera do roli profesjonalnego, nowoczesnego, zewnętrznego, niezależnego audytora funkcjonowania państwa. Uczyniła z Izby ważną państwowotwórczą instytucję rodzącej się demokracji.
Od 1994 r. bardzo wiele zmieniło się w kontrolnym otoczeniu Izby: znacznie ograniczona została państwowa własność w gospodarce, coraz więcej środków publicznych wydawane jest przez samorządy, w kontroli których Sejm wykluczył kryterium celowości, wreszcie Polska stała się członkiem Unii Europejskiej i beneficjentem nowego, potężnego strumienia środków publicznych. Dynamicznie zmieniały się też międzynarodowe standardy audytu finansowego i wykonania zadań. Dramat NIK polegał i nadal polega na tym, że choć ustawa z 1994 r. wymaga od dawna unowocześnienia, udoskonalenia w świetle wyżej wymienionych procesów ale też i w świetle kontrolerskiej praktyki NIK w tym okresie, to dotychczasowe jej zmiany – nie wchodząc w szczegóły – były raczej natury przyczynkarskiej i często cofały NIK na drodze do nowoczesnej według międzynarodowych standardów instytucji audytorskiej. Innymi słowy NIK czeka wciąż na mądrego ustawodawcę, mądrzejszego niż ten z 1994 r. choćby o doświadczenia z 15 lat jej stosowania.
Do tej pory, chociaż okazji do tego było co niemiara, PiS nigdy nie odkrywał swoich kart odnośnie przyszłości Najwyższej Izby Kontroli. Nigdy nie wypowiadał się w sprawach podstaw i zasad jej funkcjonowania, nie wnosił żadnych projektów modyfikacji, doskonalenia ustawy o Najwyższej Izbie Kontroli, zwiększania jej skuteczności i niezależności choćby z duchem projektu wniesionego przez Lecha Kaczyńskiego w 1993 r. Nie czynił tego mając pełną kontrolę nad Parlamentem, w którym ustawy przepychał z prędkością podświetlną niemal. Pierwszym działaniem jest właśnie supermiotła Banasia. Zwiastuje ona wszystko co najgorsze: zastraszenie pracowników, kadrowe trzęsienie ziemi w NIK – bez żadnej – co podkreślam – wizji rozwoju i doskonalenia tej instytucji.
Zwołanie na dzień dzisiejszy nadzwyczajnego posiedzenia sejmowej Komisji Kontroli Państwowej, błyskawiczne odwołanie wszystkich wiceprezesów jest ostatecznym i bezsprzecznym potwierdzeniem upolitycznienia Izby i uczynienia z niej narzędzia do realizacji celów jednej partii. PiS najwyraźniej nie wyklucza tego, że w wyniku wyborów może utracić większość parlamentarną. Całą Izbą, bez żadnego wsparcia ze strony wiceprezesów, kierować będzie więc jednoosobowo osoba bez żadnego doświadczenia w kierowaniu taką instytucją. Jedynym prezentowanym argumentem przemawiającym za kandydatką jest to, że jest „zaufaną osobą pana Banasia”. Już nie chcę nawet dociekać co stanie się, gdy w czasie pełnienia swojej podwójnej funkcji pani nowa wiceprezes nieoczekiwanie zachoruje? Ale jest coś znacznie więcej. Rozwiązanie takie stanowi poważne naruszenie Art. 202 ust. 3 Konstytucji RP, który stwierdza: „Najwyższa Izba Kontroli działa na zasadach kolegialności” oraz Art.1. ust.3 obowiązującej Ustawy o NIK. To właśnie tą, jedną z fundamentalnych, konstytucyjnych zasad działania NIK zamierza złamać dzisiaj PiS.
Jeżeli za dwie godziny dojdzie w Sejmie do wymiany trzech wiceprezesów na jednego, nowego, któremu Prezes NIK zapowiedział powierzenie swoich obowiązki na czas do wyjaśnienia stawianych mu publicznie poważnych zarzutów, będzie to stanowić delikt konstytucyjny, uzasadniający postawienie obecnej Marszałek Sejmu przed Trybunałem Stanu w sprzyjających demokracji okolicznościach – czego, , się domagam.
Jeżeli dzisiaj PiS w taki sposób traktuje konstytucyjne i ustawowe zapisy w stosunku do sytuacji, jaką stworzył wybrany przez niego Prezes NIK, to jak prezes ten stosować będzie prawo kontrolując swoich kolegów?
Dziwić się tylko mogę dlaczego Jarosław Kaczyński zrobił takie świństwo swojemu bratu Lechowi. Dlaczego dopuścił do ośmieszenia i podważenia ex ante wiarygodności NIK w kraju i zagranicą dopuszczając do powołania na stanowisko, które niegdyś piastował jego brat osobę, która sama w sobie jest zaprzeczeniem wiarygodności, na którą przestępcy (a może i specjalne służby krajowe i zagraniczne) mają poważne „haki”. Dlaczego rujnuje to, co Lech Kaczyński, jego brat, na tragicznej śmierci którego wyniesiony został do pozycji władcy niemal absolutnego, dla Najwyższej Izby Kontroli uczynił.
W Krakowie daje się odczuć podziemne wstrząsy. Epicentrum znajduje się ponoć pod Wawelem. To zapewne Lech Kaczyński przewraca się w grobie i tupie nogami.
God save the NIK!

Dawna stolica Polaków Ważny tunajt

Do Krakowa przyjeżdżam kilka razy do roku. Co najmniej. Głównie na koncerty, ale nie zawsze. Spotkam się to z tym, to z owym. Czasami nawet pobiegam dla sportu przy Wiśle, zwłaszcza kiedy nie pada. Mam tu paru kumpli i ludzi dobrej woli, których znam. Swego czasu poznałem w tym mieście też kilku ludzi złej woli, ale na szczęście nie kontynuowałem tej znajomości. Nie wiem do dziś, jak mieli na imiona, ani czym się zajmowali. Nie dzwonią do mnie, ani ja do nich.

To było po jakimś koncercie grupy na Ka. albo na El. Nie pamiętam. Pamiętam za to, że na dworze było już chłodno, albo dopiero chłodno być przestawało, znakiem tego jesień albo wiosna. Po udanym, a jakże, reczitalu w jednym z krakowskich klubów, zostaliśmy z grupką kilku kolegów w lokalu, przy barze. Posiedzieliśmy tam godzinę, dwie. Znałem raptem jednego czy dwóch krakusów z całego towarzystwa, a było nas tam paręnaście osób. Piliśmy, acz umiarkowanie. Głównie gadaliśmy o duperelach, jak to w knajpie. Wspominkowaliśmy, przedrzeźnialiśmy się etc. Kiedy barman ogłosił, że lokal niebawem zaprzestanie wydawania napojów, posmutnieliśmy. Większość towarzystwa się rozpierzchła. Zostałem ja, kolega z kapeli, nasz wspólny kolega z Krakowa i znajomy kolegi wspólnego, wcześniej nam kompletnie nieznany, zapoznany przy barze. To właśnie on zaproponował, żeby kontynuować zabawę na Rynku. Powiedział, że nas tam zawiezie. Było na pewno po północy. Wsiedliśmy do jego wypasionego auta w białej skórze. Nie pamiętam, czy koleś coś pił czy nie, w każdym razie, sprawiał wrażenie trzeźwego. Po kwadransie typ zajechał z piskiem opon na samiuśki Rynek, nie przejmując się kompletnie żadnymi zakazami. Zaparkował gdzieś przy Barbakanie. Powiódł nas do klubu, którego drzwi strzegł rosły bramkarz. Szedłem akurat na przedzie z kolegą z kapeli. Kolega wspólny z panem od parkowania przy Barbakanie szli za nami. Gdy doszliśmy do klubu, bramkarz spojrzał na nas dwóch, obwiesiów w tenisówkach, uśmiechnął się pod nosem i oświadczył: „W obuwiu sportowym nie wpuszczamy”, na co, słysząc to, wychynął zza nas nowy kolega od auta w białej skórze, spojrzał na bramkarza i zapytał: „Co proszę?”. Ten, gdy go zobaczył, pobladł, po czym grzecznie się ukłonił, przeprosił, i wpuścił nas do środka. Do dziś nie wiem, kim był tajemniczy jegomość. I wiedzieć nie chcę. Cośmy się zabawili w Krakowie na Rynku, to nasze.
Parę dni temu wyszło na jaw, że pewien pan z Krakowa, piastujący wysokie stanowiska państwowe, dostał w prezencie dom od byłego żołnierza AK, w zamian za dożywotnią opiekę i pochówek. Ludzie w Krakowie gadają, że miał być tam Dom Pielgrzyma, ale pan z Krakowa wynajął kamienicę typom z podejrzaną reputacja, do tego za 1/5 rynkowej ceny, a ci zrobili w niej kurwidołek z pokojami na godziny. Ten pan o tym naturalnie nic nie wiedział, albo coś tam słyszał, ale kto by tam robił aferę za taką drobnostkę. Syn jego za to, który właścicielem domu nie był, zastawił nieruchomość, wziął pożyczkę na 2,5 bańki, nie na siebie, ale na firmę, ale ten pan od kamienicy kredytu w oświadczeniu majątkowym nie umieścił, bo przecież nie był na niego, za to zawarł umowę przedwstępną na sprzedaż domu, bo dom już jego był, a bank państwowy nie miał nic przeciwko temu. I czego, człowieku prosty, z tego nie rozumiesz? Przecież to wszystko kryształowo uczciwa sytuacja, jak żupa solna spod ziemi w Wieliczce.
Na stanowisko prezesa NIK-u, tej samej Izby, w której dał się poznać ze swoich wodzowskich ambicji Lech Kaczyński, mianuje się człowieka, członka Opus Dei, do którego numerem dysponuje facet z krakowskiego półświatka. Mało tego. W chwili zagrożenia, nie waha się wybrać doń telefonu i wykonać połączenia. Do tego ta „krystalicznie uczciwa” sytuacja prawna z samą kamienicą plus fakt, że facet odwołujący się do nauki społecznej Kościoła, toleruje pod swoim, było nie było, dachem nierząd i niewierność małżeńską (co wielce prawdopodobne), stawia go w cokolwiek bladym świetle, jako idealnego kandydata do kontrolowania uczciwości ludzi i urzędów, działających za pomocą państwowych i unijnych pieniędzy. A mimo to, szefem NIK-uz zostaje. Czego jeszcze, biedni ludzie, nie rozumiecie z tej układanki? Przecież wszystko tu jest czyste jak łza!

Jarek Ważny

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Upadek Najwyższej Izby

Obejmując urząd nowy członek Europejskiego Trybunału Obrachunkowego zobowiązany jest złożyć uroczyste ślubowanie przed pełnym składem Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.

Ceremonia ślubowania ma charakter publiczny, w obecności przedstawicieli Parlamentu, Komisji Europejskiej i mediów. Jeden z fragmentów roty ślubowania brzmi następująco:
„Ślubuję uroczyście nie przyjmować żadnych instrukcji od rządu, partii politycznych ani innych instytucji oraz nie ubiegać się o takie instrukcje”.
Ślubowanie jest publiczną deklaracją kierowania się w wypełnianiu obowiązków audytora zasadami obiektywizmu i niezależności, gdyż te dwa przymioty (prócz oczywiście profesjonalizmu) decydują o generalnej wartości audytora jaką jest wiarygodność. Niezależność, obiektywizm i profesjonalizm audytora to więc podstawowe międzynarodowe standardy audytu zapisane już w słynnej Deklaracji INTOSAI z Limy (1978), oczko w głowie i bastion każdego szanującego się najwyższego państwowego organu kontrolnego.
W praktyce z tą niezależnością bywa różnie. Na ogół politycy nie doceniają fachowego, zewnętrznego audytu dla prawidłowego funkcjonowania państwa i często zainteresowani są wyłącznie możliwością użycia ustaleń kontrolnych do bieżącej młócki politycznej. Również władza wykonawcza ma tendencje do wpływania na wyniki kontroli bądź traktowania zewnętrznej kontroli jako dopustu bożego. Dlatego wiarygodność najwyższego organu kontrolnego w państwie w decydującej mierze zależy od tego organu, od jego aktywności i determinacji w obronie swojej niezależności. Państwowe najwyższe organy kontrolne wspierane są w tej codziennej walce przez międzynarodowe organizacje jak INTOSAI czy EUROSAI, które ustanawiając międzynarodowe standardy dostarczają im stosowych argumentów.
W minionych czterech latach dyskusja w polskich mediach o polskim najwyższym organie kontroli (NIK) koncentrowała się wokół dwóch obszarów: bieżące wyniki kontroli i domniemane afery Prezesa NIK. Pilnie śledziłem wystąpienia publiczne polityków rządzącego ugrupowania, zarówno wówczas, gdy domagali się dymisji Prezesa Kwiatkowskiego jak i wówczas, gdy już było jasne, że do zmiany na tym stanowisku dojdzie w normalnym trybie ustawowym. Mówiąc wprost interesowało mnie czy nowa władza publicznie wykaże zrozumienie znaczenia niezależności NIK dla państwa i czy zadeklaruje działania dla jej ochrony. Nic takiego nie nastąpiło. Żaden polityk PiS, czy to Marszałek Sejmu, Prezydent, czy nawet „naczelnik państwa”, nigdy oficjalnie nie zająknęli się nawet na ten temat. W świetle niebywałych afer wokół Trybunału Konstytucyjnego, Sądu Najwyższego i Krajowej Rady Sądownictwa taka wstrzemięźliwość musiała budzić najgorsze obawy o przyszłość jednego z instytucjonalnych filarów demokratycznego państwa – Najwyższej Izby Kontroli i to w jubileuszowym roku 100-lecia jej działalności. Jakiekolwiek nadzieje, że może będzie inaczej rozwiał wybór nowego Prezesa Izby. I nie chodzi tylko o to, że NIK wpisana została na listę PiS-owskich łupów wojennych. Chodzi o coś większego, o to, że wybór ten w sposób modelowy niemal zaprezentował formułę polskiego państwa, której hołduje Jarosław Kaczyński i jego Grupa Trzymająca Władzę i którą zdecydowani są realizować wszelkimi sposobami. Najdobitniej problem ten wybrzmiał w wystąpieniu Mariana Banasia, świeżo wybranego przez Sejm Prezesa NIK, na forum Senatu podczas „debaty” nad wymaganą Konstytucją zgodą izby dumania na ten wybór. Wystąpienie to zupełnie nie zostało zauważone przez media, co podkreśla tylko postępującą znieczulicę opinii publicznej na proces rujnowania polskiego państwa.
Trzeba powiedzieć wprost: wystąpienie Mariana Banasia, wstępującego Prezesa Najwyższej Izby Kontroli przed Senatem w dniu 30.sierpnia b.r. nie mogę inaczej nazwać jak skandalicznym i powodem do poważnych obaw o przyszłość Polski. I nie chodzi już tylko o to, że było ono nieskładne, niewolne od błędów gramatycznych, składniowych i logicznych – jednym słowem, że od strony formalnej było na poziomie nie licującym w żaden sposób z powagą NIK i wysokim poziomem kultury językowej, której Izba przez lata się dorobiła. Nie chodzi też o to, że osoba Pana Banasia swoim formatem do pięt nie dorasta takim prezesom NIK jak prof. Walerian Pańko czy prof. Lech Kaczyński. Ważne jest to, co Pan Banaś w swoim pierwszym publicznym wystąpieniu w roli Prezesa Najwyższej Izby Kontroli powiedział, a jeszcze ważniejsze jest to, czego nie powiedział. Stanowisko Prezesa NIK należy do tych nielicznych w państwie, jak Prezydent, Premier, Marszałek Sejmu czy Prezes NBP, którego wypowiedzi publiczne są (powinny być) istotne, których się słucha i które są analizowane. Nie mogła o tym nie wiedzieć osoba, która chwali się swoją wieloletnią praktyką w NIK.
Wystąpienie Prezesa Banasia (dostępne na stronie internetowej Senatu oraz, z kronikarskiego obowiązku jako dodatek do tego wpisu) ma bardzo charakterystyczną formę i układ. Jest więc to rzadko spotykana forma autolaudacji, jakby nie było nikogo innego, kto o cnotach Prezesa chciałby Senat poinformować. Już w pierwszym zdaniu, Prezes podkreśla zaszczyt jaki go spotkał, zupełnie nie wspominając o przyjętej na swoje barki odpowiedzialności. Cóż, zaszczyty – rzecz najważniejsza i jak widać jedyna. Zaszczyt, który spłynął na Pana Banasia traktuje on jako nagrodę za swój życiorys opozycjonisty z czasów Polski Ludowej, gdyż to jest przez niego wybite na pierwszym miejscu wśród czterech argumentów, które jego zdaniem przemawiają za zdobyciem tego zaszczytu. Kolejnym argumentem w autopromocji jest oczywiście deklaracja głębokiego patriotyzmu połączona z publicznym wyznaniem głębokiej wiary w Boga oraz uznanie Go za źródło prawdy. To bardzo ważne wyznanie, gdyż założyć należy, że teolog z wykształcenia uznaje tym samym prymat „prawa boskiego” nad „prawem ludzkim” – co w ustach Prezesa NIK musi niepokoić szczególnie. Do tej pory źródłem prawdy o państwie były ustalenia inspektorów Najwyższej Izby Kontroli na podstawie szeregu kryteriów, z których najważniejsze to kryterium legalności, czyli zgodności z obowiązującym prawem (ludzkim). Czyżby od dzisiaj źródłem prawdy o państwie były objawienia? Czyje?
Trzecim (nie pierwszym!) argumentem jest jego przygotowanie merytoryczne, które sprowadził do „ponad dwudziesty lat pracy w NIK” i ścieżki formalnego awansu. Żadnych konkretnych, własnych osiągnięć kontrolerskich nie było?
Najbardziej charakterystyczny jest argument czwarty: wyznanie głębokiej wdzięczności znacznie przekraczające granice uległości Prezesowi PiS i pisowskim posłom za zaufanie.
Czego Pan Prezes – wieloletni pracownik NIK – nie powiedział? Ano właśnie nie powiedział ani słowa o niezależności Najwyższej Izby Kontroli i niezależności jej kontrolerów ani o staraniach przestrzegania najwyższych, międzynarodowych standardów kontroli – co w świetle okoliczności jego wyboru było szczególnie ważne.
Głęboki niepokój budzić musi również wizja zadań NIK pod kierownictwem nowego prezesa. Zabrakło w niej wspierania Sejmu w wypełnianiu jego konstytucyjnego obowiązku kontroli działania rządu i jego agend. Znalazł natomiast Pan Prezes czas i miejsce, aby zadeklarować zadania NIK jako narzędzie PiS (władzy politycznej i wykonawczej) do realizacji jego strategicznych planów i „przeciwdziałania wszelkim zmianom w złym kierunku”. To już brzmi naprawdę groźnie.
Najwyższa Izba Kontroli w swojej najnowszej historii nie miała szczęścia do polityków tego formatu, którzy przed stu laty stworzyli jej fundamenty. O swoją niezależność zawsze musiała walczyć. Dzisiaj widać wyraźnie, że i ta reduta demokratycznego państwa upadła.
Nie z małostkowości, ale dla pełnego obrazu nowego Prezesa NIK dwie uwagi szczegółowe.
Prezes Banaś chwali się, że był doradcą w rządzie Olszewskiego. Po prawdzie był doradcą Antoniego Macierewicza w tym rządzie, ale widać – trochę dzisiaj wstyd…
Prezes Banaś za główne merytoryczne uzasadnienie swojej prezesury podaje „ponad 20 lat pracy w NIK”. W Izbie znajdzie się kilkaset osób o stażu nie krótszym. Rzecz jednak w tym, że faktycznie Pan Banaś przepracował w NIK fizycznie około 15 lat – przez resztę czasu pracował „na oddelegowaniu z NIK” w jednostkach rządów PiS. 25% „pomyłki”, a właściwie świadomego wprowadzenia w błąd w ustach Prezesa NIK nie może wróżyć niczego dobrego.

 

Budynki pod niespecjalnym nadzorem

Jakoś to będzie – tak chyba brzmi najważniejsza maksyma przyświecająca służbom, nadzorującym prawidłowość prowadzenia inwestycji budowlanych w naszym kraju.

Inspektoraty nadzoru budowlanego nie prowadzą skutecznie działań kontrolnych i egzekucyjnych. „Brakowało mechanizmów pozwalających na wykrywanie samowoli budowlanych” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli, która zbadała jak inspekcja budowlana działała w latach 2015 – 2018.
Ta opinia w ogóle poddaje w wątpliwość sens funkcjonowania takiej instytucji jak nadzór budowlany – no bo skoro brak mechanizmów umożliwiających wykrywanie samowoli budowlanej, to jak można cokolwiek nadzorować?

Późno albo wcale

„W żadnym ze skontrolowanych inspektoratów nie stworzono systemu, który pozwalałby na zapobieganie powstawaniu samowoli budowlanych, ich wykrywanie oraz sprawne podejmowanie odpowiednich działań” – konkretyzuje NIK. Wynika z tego, że inspektoraty nadzoru budowlanego są instytucjami, których istnienie jest zbędne.
Nadzór budowlany czasami jednak dowiaduje się o nielegalnych budowach. Dzieje się to głównie za sprawą ludzi, którym jakaś nielegalna budowa utrudnia życie – zabiera słońce, uniemożliwia dojazd czy przejście, smrodzi, ogranicza dostęp do jeziora. Zwłaszcza to ostatnie zjawisko jest w Polsce skandalem. W cywilizowanym świecie standardem jest bowiem zostawianie szerokiego na kilka metrów, wolnego pasa wokół wewnętrznych akwenów. U nas – wręcz przeciwnie.
Swoje działania nadzór budowlany podejmuje najczęściej w odpowiedzi na spływające do inspektoratów skargi, albo w ramach akcji sezonowych, gdzie bada się np. obiekty wypoczynkowe dla dzieci przed feriami letnimi czy zimowymi. Niby tworzy się na ogół plany kontroli budowlanych, ale z reguły tylko po to, by pokazywać je w sprawozdawczości. Na przykład, w Powiatowym Inspektoracie Nadzoru Budowlanego w Warszawie kontrole planowe stanowiły zaledwie 1 procent wszystkich przeprowadzonych.
Ci, którym doskwiera samowola budowlana, zwykle w końcu doprowadzają do wszczęcia jakichś działań w sprawie nielegalnych obiektów. Tyle, że wtedy poczynania nadzoru budowlanego często bywają formalne, podejmowane wyłącznie po to, żeby pokazać, iż coś się robi – i uzasadnić w ten sposób sens swego funkcjonowania.
„Postępowania kontrolne lub egzekucyjne wszczynane były z opóźnieniem albo wcale” – podkreśla NIK. Kontrolerzy nieco usprawiedliwiają jednak bierność urzędników i nie tłumaczą jej lenistwem, łapownictwem lub tym, że ludzie dopuszczający się samowoli często związani są z rozmaitymi lokalnymi kacykami władzy. „Nieskuteczność działań organów nadzoru budowlanego wynikała m.in. ze złej sytuacji finansowej i dużej rotacji kadr w inspektoratach nadzoru budowlanego” – zauważa NIK.
Powiązania z lokalnymi kacykami nie są jednak sprawą marginalną. Jak zbadała Izba, powiatowe inspektoraty budowlane są uzależnione od samorządu powiatowego finansowo, ale i lokalowo. Mogą nieodpłatnie korzystać z pomieszczeń udostępnianych przez miejscowe władze, oraz z innej pomocy zapewniającej ich bieżące funkcjonowanie.
NIK zwraca więc uwagę na ryzyko konfliktu interesu, szczególnie w miastach na prawach powiatu. Dotyczy to sytuacji kiedy prezydenci tych miast, którzy podlegają nadzorowi i kontroli Powiatowego Inspektoratu Nadzoru Budowlanego (jako zarządcy nieruchomości bądź inwestorzy) wykonują zadania starosty, będąc w ten sposób poniekąd jednostkami nadrzędnymi wobec inspekcji budowlanej. Zgodnie z przepisami prawa budowlanego, starosta ma bowiem wpływ na powołanie i odwołanie powiatowego inspektora nadzoru budowlanego.
Zrozumiałe więc, że w takich sytuacjach inspektorzy mogą łagodniej traktować rozmaite samowolki budowlane dokonywane przez przedstawicieli lokalnych władz oraz ich różnych kumpli i pociotków.

Niech się inni śpieszą

Zdecydowana większość inspektoratów budowlanych narusza przepisy dotyczące reagowania na skargi w sprawach samowoli budowlanej. Takie działania jak kontrola czy choćby weryfikacja informacji o nieprawidłowościach są niekiedy podejmowane dopiero po 1,5 roku od wpływu zawiadomień do inspektoratów. Zdarza się też, że inspektoraty w ogóle nie reagowały na złożone skargi. Tak było m.in. w Zakopanem, polskim zagłębiu samowoli budowlanej. Tamtejszy Powiatowy Inspektorat Nadzoru Budowlanego nie zrobił nic w odpowiedzi na 10 z 40 objętych kontrolą skarg (z których 8 dotyczyło samowoli budowlanej). Niektóre ze skarg, wobec których zakopiański inspektorat nie podjął żadnych działań pochodziły z 2015 i 2016 r.
Zrozumiałe oczywiście, że góralom trudno kontrolować swoich, bo można się narazić na nieprzyjemności. To w jakiś sposób tłumaczy wysoką fluktuację kadr w zakopiańskim inspektoracie budowlanym, gdzie w 2017 r. z pracy odeszli wszyscy pracownicy merytoryczni, poza kierownictwem inspektoratu.
Przykładem radosnej samowoli budowlanej w Zakopanem może być potężny pięciopiętrowy budynek, porażającej urody, zbudowany ponad piętnaście lat temu. W maju 2004 r. PINB Zakopane ustalił, że został on wzniesiony bez pozwolenia na budowę. Rozbiórkę budynku inspektor nakazał w styczniu 2005 r. Zaczęły się odwołania i procesy. Młyny sprawiedliwości są w Polsce niespieszne, toteż dopiero w styczniu 2016 r. Wojewódzki Sąd Administracyjny w Krakowie podtrzymał nakaz rozbiórki budynku.
Był on nie tylko postawiony nielegalnie. NIK zleciła Straży Pożarnej w Zakopanem kontrolę tego gmaszyska, która wykazała szereg nieprawidłowości, takich jak za mała szerokość dróg ewakuacyjnych, brak w pokojach drzwi o odpowiedniej klasie odporności przeciwpożarowej, brak systemu sygnalizacji pożaru połączonego z monitoringiem zakopiańskiej Komendy Straży Pożarnej.
Powiatowy inspektor budowlany w Zakopanem nie spieszył się z wykonaniem decyzji o rozbiórce. Wreszcie, w listopadzie 2018 r. skierował do inwestora upomnienie o obowiązku rozebrania obiektu. Pomimo prawomocnego nakazu rozbiórki budynek funkcjonuje w najlepsze i jest w nim prowadzony wynajem pokoi. Gmach nie ma pozwolenia na użytkowanie, co bynajmniej nikomu nie przeszkadza.
Budowla w Zakopanem nie ustanowiła jednak długości rekordu samowoli budowlanej. Ten należy zapewne do nieruchomości położonej przy ul. Centralnej w Krakowie. Tzw. „Istotne odstępstwa od pozwolenia na budowę” tego obiektu stwierdzono już w 1998 r. Dwukrotnie wydawano w tej sprawie nakazy rozbiórki, które były następnie uchylane. Sprawa wciąż jest w toku, czyli trwa od ponad 20 lat. Budynek wprawdzie nie został rozebrany, ale nie został też dotychczas w pełni ukończony i oddany do użytku.
W ogromnej większości inspektoratów budowlanych NIK wykazała nieprawidłowości dotyczące postępowań egzekucyjnych. Wszczynano i prowadzono je ze zwłoką, a bywało, że w ogóle nie podejmowano działań zmierzających do wyegzekwowania obowiązków nałożonych na inwestorów czy właścicieli budynków. Na przykład PINB Drawsko Pomorskie nie wszczął egzekucji w żadnym z 15 przypadków, które tego wymagały.
Najdłuższe okresy bezczynności stwierdzono na etapie, w którym inspektoraty budowlane miały sprawdzać wykonanie obowiązków nałożonych na zobowiązanych, takich jak nakaz rozbiórki czy wstrzymanie robót. To zrozumiałe, bo w podobny sposób funkcjonuje całe nasze państwo: wydawane są jakieś decyzje, po czym nikt nie sprawdza czy się je wykonuje – więc się ich nie wykonuje.
I tak, w PINB Szczecin w jednej ze spraw nie podjęto żadnych działań, pomimo że od wydania odpowiedniej decyzji upłynęło ponad 3,5 roku. To jeszcze nic. W PINB Kozienice jedna z decyzji nakazująca rozbiórkę obiektu budowlanego stała się wykonalna w marcu 2009 r. Po upływie ponad roku od tego czasu do kozienickiego PINB trafiła informacja, że nakaz rozbiórki nie został wykonany. Nie przejęto się tym nadmiernie. Przez kolejne niemal siedem lat PINB Kozienice nie podjął w tej sprawie żadnych działań.
Dopiero w styczniu 2017 r. zawiadomiono zobowiązanego o terminie oględzin, mających sprawdzić czy rozebrał to co miał rozebrać. Oczywiście nie rozebrał, więc decyzja o rozbiórce pozostała niewykonana do czasu zakończenia kontroli NIK – a najprawdopodobniej i do dziś.

Zdążyć przed powodzią

Kontrola NIK wykazała też bezczynność w postępowaniach dotyczących stanu technicznego różnych obiektów. Najbardziej rażący przykład dotyczy PINB Zakopane, do którego w lutym 2009 r. wpłynęła informacja o problemach technicznych budynku, zagrażających lokatorom . PINB przeprowadził badanie obiektu dopiero w sierpniu 2015 r., czyli po upływie 6,5 roku. Szczęśliwie nic nikomu nie spadło na głowę.
Podobnie dzieje się nie tylko z budynkami, lecz i z prowadzeniem spraw związanych ze stanem wałów przeciwpowodziowych. Na przykład Wojewódzki Inspektorat Nadzoru Budowlanego Szczecin, po przeprowadzonej kontroli wału przeciwpowodziowego stwierdził, że sposób przebudowy tego wału może stwarzać zagrożenie ludzi i mienia w razie wystąpienia powodzi. WINB wydał zatem postanowienie o wstrzymaniu robót budowlanych (w kwietniu 2016 r.). Z uwagi na wyrwy w wale i zagrożenie powodzią, nadano tej decyzji rygor natychmiastowej wykonalności. Szczeciński WINB nie śpieszył się jednak ze sprawdzeniem, czy postanowienie rzeczywiście wykonano – i skontrolował to dopiero w lipcu 2017 r. Oczywiście inwestor nie spełnił obowiązków, jakie na niego nałożono, ale po miesiącu udało się wymusić ich wykonanie – czyli 16 miesięcy od doręczenia postanowienia o wstrzymaniu robót budowlanych. Przyroda okazała się przychylna i w tym czasie nie wystąpiły wysokie stany wód.
Upiekło się też mieszkańcom podwarszawskiego Konstancina i innych miejscowości nad rzeką Jeziorką. Na początku grudnia 2015 r. , w wyniku okresowej kontroli stanu technicznego wału przeciwpowodziowego na Jeziorce, okazało się, że może on stwarzać zagrożenie. WINB w Warszawie nakazał zarządcy obiektu usunięcie nieprawidłowości w maju 2017 r., a więc po 1,5 roku od chwili, kiedy dowiedział się o złym stanie wału. Nieprawidłowości występują również w bardzo ważnych kontrolach, wpisanych w zakres ustawowych obowiązków inspektorów. Na przykład w PINB Goleniów w 32 sprawach na 40 udzielono pozwolenia na użytkowanie obiektów, mimo iż nie dostarczyli dokumentów badań potwierdzających bezpieczeństwo instalacji elektrycznej, gazowej lub kominowej. Inspektor powiatowy nawet nie wezwał inwestorów do ich uzupełnienia.
Wojewódzcy i powiatowi inspektorzy budowlani, w odpowiedzi na zarzuty bezczynności, chętnie wskazują, że skuteczność egzekwowania decyzji o przeprowadzeniu rozbiórki mogłoby poprawić wykonanie zastępcze. Polega ono na tym, że rozbiórka danego obiektu przeprowadzana jest przez organ nadzoru budowlanego, który w tym celu wybiera w drodze przetargu wykonawcę rozbiórki.
Te sugestie inspektorów budowlanych stanowią zwykłe wykręty. Przetargi trwają u nas latami, często są unieważniane, ich zorganizowanie wymaga wiele zachodu, wszystko to kosztuje. Gdyby zdecydować się powszechniej na korzystanie z wykonania zastępczego, to nadzór budowlany w Polsce stałby się już absolutną fikcją. Zresztą, dziś nikt przecież nie zabrania nadzorowi budowlanemu przeprowadzania rozbiórek w drodze wykonania zastępczego. Sposób ten jest jednak stosowany zaledwie w ok. 1,5 proc. wszystkich rozbiórek dokonywanych w skali kraju. Ostateczna konkluzja NIK brzmi więc ponuro: „Nadzór jest bezsilny wobec samowoli budowlanych”.

Już sami zaczęli się kontrolować

Marian Banaś, zaufany działacz prawicy, został prezesem Najwyższej Izby Kontroli. Karierę publiczną zaczął od doradzania ministrowi spraw wewnętrznych Antoniemu Macierewiczowi w rządzie Jana Olszewskiego.

Marian Banaś jest absolwentem Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Jagiellońskiego sprzed czterdziestu lat. Potem ukończył studia podyplomowe z zakresu religioznawstwa, studiował też filozofię na Papieskiej Akademii Teologicznej, ma za sobą pozaetatową aplikację sądową zakończoną w 1996 r. egzaminem sędziowskim oraz aplikację NIK-owską. Ostatnio zaś ukończył podyplomowe studia audytu wewnętrznego (2009-2010).
To jeden z najbardziej zaufanych działaczy obozu prawicy, a przy tym nie mający większych ambicji politycznych, co dodaje mu punktów w oczach Jarosława Kaczyńskiego.

Czas ważnych kontroli

Marian Banaś NIK zna doskonale, bo w latach 1992-2015 pracował – z przerwami – w Izbie na różnych stanowiskach (m.in. głównego specjalisty i doradcy prawnego). W listopadzie 2015 r. został wiceministrem finansów, a w grudnia 2016 r. także szefem Krajowej Administracji Skarbowej i Służby Celnej. Pełnił również funkcje Generalnego Inspektora Informacji Finansowej oraz Pełnomocnika Rządu do Spraw Zwalczania Nieprawidłowości Finansowych na Szkodę Rzeczypospolitej Polskiej lub Unii Europejskiej.
Skończyła się więc sześcioletnia epoka Krzysztofa Kwiatkowskiego. Od tej pory władza PiS zaczyna kontrolować samą siebie.
Ponad półtora tysiąca kontroli polskich instytucji, prestiżowe audyty Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN, Rady Europy i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) oraz wzrost do prawie 50 procent dobrych ocen dla pracy NIK wystawianych przez Polaków – tak w skrócie można podsumować lata 2013-2019 w działalności Najwyższej Izby Kontroli.
Od lat największym zainteresowaniem cieszyły się kontrole ”społeczne”, których tematyka bezpośrednio dotyka życia Polaków. W czasie minionych 6 lat były to kontrole takie jak np: przeciwdziałanie narkomanii w szkołach, bezpieczeństwo ruchu drogowego, rynek suplementów diety, przeciwdziałanie sprzedaży dopalaczy czy ochrona powietrza przed zanieczyszczeniami.
Na przykład, spośród kontroli opublikowanych przez NIK w 2019 roku dużym zainteresowaniem cieszyły się kontrole na temat: systemu ochrony zdrowia w Polsce, ochrony przed promieniowaniem elektromagnetycznym, zmian w systemie edukacji czy płatnego parkowania w miastach.

Pokazała, jak nas trują

Bez wątpienia najważniejsza kontrola w 2018 roku dotyczyła ochrony powietrza przed zanieczyszczeniami. Wyniki tej kontroli spotkały się z wielkim zainteresowaniem mediów. Dziennikarze podkreślali, że to NIK pierwszy raz tak szeroko opisała problem smogu w Polsce a raport pokazał, że nasz kraj zajmuje jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej pod względem czystości powietrza.
NIK dotarła do prac naukowych, w których stwierdzono, że w Polsce rocznie umiera z powodu zanieczyszczeń pyłami zawieszonymi ok. 46 tys. ludzi. Raport objął też zanieczyszczenia generowane przez ruch samochodowy i sposoby ograniczenia emisji tlenków azotu. NIK przeanalizowała rozwiązania przyjęte na Zachodzie Europy, głównie przepisy dotyczące tworzenia stref ograniczonej emisji i porównała z przepisami wprowadzanymi w Polsce. Izba ustaliła, że tak skonstruowane unormowania prawne zakładają o wiele bardziej restrykcyjne rozwiązania niż wcześniej rozważane mechanizmy (dopuszczające wjazd do takich stref pojazdów spełniających określone normy emisji spalin), a także nie wykorzystują doświadczeń w stosowaniu takich stref płynących z innych krajów UE.
Zaangażowanie NIK w ochronę powietrza zostało zauważone przez Bank Światowy. Raport zaowocował również podpisaniem przez NIK porozumienia z Global Compact – agendą ONZ i Alarmem Smogowym – ruchem społecznym zrzeszającym lokalne alarmy smogowe z całego kraju, którego celem jest poprawa jakości powietrza w Polsce.
W związku z działaniami organów państwa w zakresie zwalczania afrykańskiego pomoru świń (ASF) głośne były także ustalenia kontroli NIK o realizacji tzw. programu bioasekuracji jako elementu zwalczania ASF.
NIK krytycznie oceniła wkład Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi oraz Głównego Lekarza Weterynarii w przygotowania oraz nadzór nad realizacją programu bioasekuracji.
Podkreślano, że niewłaściwie przygotowany, a następnie nierzetelnie realizowany program spowodował, że świnie były hodowane także i w stadach o miernym poziomie zabezpieczenia przed wirusem. Było to celem głównym programu, tymczasem aż 74 proc. gospodarstw nie posiadało niezbędnych zabezpieczeń.

CEPiKiem jak cepem

Bardzo ważnym tematem, który dotyczy zmotoryzowanych Polaków jest funkcjonowanie Centralnej Ewidencji Pojazdów i Kierowców (CEPiK) 2,0. NIK ustaliła, że system nie działa poprawnie. Często cytowano m.in. fragment raportu mówiący o nieprawidłowym przygotowaniu systemu zarówno w okresie zarządzania przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, jak i Ministerstwo Cyfryzacji. Termin wdrożenia systemu opóźnił się o dwa lata, a koszty realizacji wzrosły o 42 miliony złotych.
Po uruchomieniu w listopadzie 2017 roku systemu CEPiK 2.0 wystąpiły liczne utrudnienia dla obywateli i urzędów. A przecież CEPiK 2.0 miał poprawić funkcjonowanie administracji i przynieść konkretne korzyści obywatelom.
Inna ważna kontrola dotyczyła kredytów frankowych. Ustalenia NIK były bardzo krytyczne dla systemu bankowego. Instytucje odpowiedzialne za ochronę konsumentów nie zapewniły właściwego egzekwowania praw kredytobiorców oraz zbyt późno przeciwdziałały nieuczciwym praktykom banków. Izba zbadała skuteczność systemu ochrony konsumentów wobec problemu kredytów objętych ryzykiem walutowym w latach 2005-2017. Raport pokazał, że wobec słabości instytucji państwowych, banki uzyskały korzyści, wynikające ze stosowania niedozwolonych postanowień umownych. Tymczasem przy sprawnie działającym systemie ochrony konsumentów praktyki te powinny były zostać szybko wyeliminowane.
Ponadto, na upływającą kadencję prezesa Krzysztofa Kwiatkowskiego przypadły prestiżowe audyty dokonywane z udziałem NIK w Europejskiej Organizacji Badań Jądrowych CERN oraz Radzie Europy i Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD).
Rzetelność i obiektywizm Najwyższej Izby Kontroli zostały dostrzeżone przez obywateli. Sześć lat temu dobrze pracę Izby oceniała około jedna trzecia Polaków. Obecnie, w najnowszym badaniu, prawie 50 procent dorosłych Polaków – co ważne, niezależnie od sympatii politycznych – uważa, że NIK pracuje dobrze lub bardzo dobrze. Dzięki temu Najwyższa Izba Kontroli jest obecnie w Polsce jedną z najlepiej ocenianych instytucji. Ciekawe, jak będzie teraz, gdy władza już zaczęła się sama kontrolować?

 

Chilijska awantura miedziowa

Polska utopiła już ponad 20 miliardów złotych w kopalni miedzi na pustyni Atacama – i końca strat nie widać.

Niby wszyscy od początku wiedzieli, że absurdem jest prowadzenie wydobycia przez Kombinat Górniczo Hutniczy Miedzi na najsuchszej na świecie południowoamerykańskiej pustyni. Dopiero jednak teraz zostało to porządnie policzone i wykazane.
W swym najnowszym raporcie Najwyższa Izba Kontroli negatywnie oceniła zakup przez KGHM Polska Miedź kopalni miedzi Sierra Gorda w Chile. Przeznaczenie na zakup i dofinansowanie spółki 13 miliardów zł oraz zaplanowanie kolejnych wydatków, wskazuje na to, że ta inwestycja, oględnie mówiąc,nie leżała w interesie KGHM.
Ale też i kierownictwo KGHM nie dbało o interes swej firmy. Okazało się bowiem, że analizy i wyceny będące podstawą tego zakupu, przeprowadzone przez Kombinat, opierały się na założeniach opracowanych przez firmy działające na zlecenie spółki, która miała być kupiona przez KGHM!. Zrozumiałe więc, że zarówno cena zakupu, jak i potencjał wydobywczy kopalni zostały oszacowane bardzo wysoko – co zupełnie nie przeszkadzało szefom KGHM.
NIK stwierdza więc, co jest rzeczą poniekąd oczywistą: „Analizy te kazały się zbyt optymistyczne”.

Zapłacimy wam ile chcecie

Sierra Gorda to największa inwestycja zagraniczna KGHM. Złoże miedzi i molibdenu na pustyni Atacama w Chile odkryto w 2006 r., a w 2012 r. rozpoczęto budowę kopalni. W marcu 2012 r. KGHM kupił za 9,2 mld zł kanadyjską spółkę giełdową Quadra FNX Mining do której należało złoże. W czerwcu 2014 r. uruchomiono kopalnię, produkcja komercyjna rozpoczęła się jednak dopiero w II półroczu 2015 r., z rocznym opóźnieniem i po przekroczeniu nakładów inwestycyjnych o połowę.
Kopalnia jest na północy Chile, ok. 60 km na południowy zachód od miasta Calama i 4 km od miejscowości Sierra Gorda. Kopalnia położona jest na poziomie 1 700 m n.p.m., na terenie uważanym za jedno z najbardziej suchych miejsc na ziemi. W rejonie tym, równym jednej czwartej powierzchni Polski, działa kilka innych kopalni odkrywkowych miedzi. Problem w tym, że akurat złoże Sierra Gorda, kupione przez KGHM, należy do pokładów o najniższej zawartości miedzi (0,39%) jakie tam występują. Kanadyjczycy z pewnością więc bardzo się ucieszyli, że zjawili się Polacy, którzy płacąc ogromne pieniądze, postanowili uwolnić ich od kłopotu posiadania mało wydajnego złoża.
KGHM dokonał tego zakupu w 2012 r. Po przejęciu przez KGHM spółki Quadra FNX zmieniono jej nazwę na KGHM International Ltd. oraz wycofano jej akcje z obrotu giełdowego. Ministrowie Skarbu Państwa, pełniący nadzór właścicielski nad KGHM uznawali, że dywersyfikacja złóż Kombinatu, nawet poprzez wydobycie miedzi na drugim końcu świata, jest zgodna z interesami państwa i zwiększa bezpieczeństwo surowcowe. Opłacalność ekonomiczna była zaś bez znaczenia. „W dokumentach definiujących strategie KGHM nie tylko, że nie zdefiniowano minimalnych, oczekiwanych parametrów tej opłacalności ale nawet nie wskazano, że projekty rozpatrywane do przejęcia mają gwarantować opłacalność” – stwierdza NIK. Pod hasłem bezpieczeństwa surowcowego można było zatem wydawać dowolne pieniądze.
NIK zwraca uwagę, iż sfinansowanie transakcji nastąpiło ze środków własnych KGHM, mimo jednoznacznych zaleceń Ministra Skarbu Państwa, reprezentującego głównego akcjonariusza, że należy ją w 70 proc. sfinansować z kredytu, tak aby nie była ograniczana możliwości wypłaty dywidendy.
W dodatku, kwota wydana na zakup akcji Quadry FNX prawie dwukrotnie przekroczyła sumę, jaką KGHM zaplanował na zakupy nowych złóż. NIK wskazuje, że rozszerzanie bazy zasobowej KGHM i zakupy zagranicznych złóż surowców miałyby uzasadnienie jedynie przy ich wysokiej efektywności ekonomicznej.
Niestety, tak jednak nie było. Decyzja o rozpoczęciu inwestycji została oparta na zbyt optymistycznych założeniach – a ów nieuzasadniony optymizm był wynikiem tego, że założenia opracowano przez firmy działające na zlecenie Quadry FNX.
Analizy, zlecone przez KGHM jeszcze przed zakupem kopalni, dotyczyły głównie spraw prawnych, podatkowych i finansowych, dotykając jedynie w marginalnym zakresie kwestii związanych z eksploatacją złoża z zakładaną wydajnością – na analizy techniczne przeznaczono zaledwie 600 tys. zł z ogólnej kwoty 95 mln zł wydanej na wszystkie analizy. KGHM nie dokonał weryfikacji założeń, przyjętych przez Quadrę FNX dla opracowania studium wykonalności projektu Sierra Gorda. Nie sporządził też wyceny wartości kopalni Sierra Gorda przy uwzględnieniu ewentualnego wydłużenia okresu budowy oraz przekroczenia nakładów inwestycyjnych (mimo, że powszechnie wiadomo, iż projekty kopalniane w tej skali zazwyczaj przekraczają zaplanowane budżety i harmonogramy).
W dodatku władze KGHM, jak stwierdza NIK, przyjęły do wyceny kopalni Sierra Gorda ceny metali istotnie wyższe niż ceny zakładane nawet przez Quadrę FNX. Trudno uznać to za coś innego, niż działanie na szkodę własnej firmy.

Wszystko wyszło jak zwykle

Budowa kopalni i jej uruchomienie przebiegało w sposób odbiegający od założeń. Uruchomienie przerobu rudy w kopalni Sierra Gorda nastąpiło z rocznym opóźnieniem, a nakłady inwestycyjne były o 50 proc. wyższe od zaplanowanych.
NIK podkreśla, że opóźnienie w stosunku do pierwotnego harmonogramu i wzrost nakładów inwestycyjnych były łatwe do przewidzenia, bowiem już w studium wykonalności z 2011 r. wskazywano, że harmonogram prac jest bardzo napięty, a szacunek nakładów inwestycyjnych nie uwzględniał wzrostu cen i został opracowany częściowo w oparciu o założenia z 2009 r. dotyczące innej kopalni odkrywkowej (w Peru). Wszystko to stanowiło ewidentne czynniki ryzyka.
Rezultat był więc oczywisty. Kopalnia Sierra Gorda nie uzyskała planowanej zdolności przerobowej oraz zakładanego poziomu odzysku metali z rudy. Przełożyło się to na nieuzyskanie planowanych przychodów ze sprzedaży.
Zamiast planowanych zysków, które miały być wypracowane od 2015 r. – wystąpiły straty we wszystkich dotychczasowych latach działalności. Straty spółki Sierra Gorda w latach 2015-2017 przekroczyły 19,9 mld zł (odpowiednio: 8 100 mln zł, 10 936 mln zł, 955 mln zł), a w 2018 r. wyniosły kolejne 1 395 mln zł – co powodowało konieczność dofinansowania jej działalności przez właścicieli.
W okresie od 2010 do 2018 (I półrocze) KGHM przeznaczył na podwyższenie kapitału kopalni Sierra Gorda kwotę 2,3 mld zł. W celu sfinansowania jej działalności KGHM udzielił pożyczek na kwotę 2,0 miliardów dolarów amerykańskich (!). W strategii KGHM z 2018 r. przewiduje się dalsze dofinansowanie kopalni Sierra Gorda w latach 2019 i 2020.
W żadnym roku kopalnia nie osiągnęła zakładanych wielkości przerobu rudy, produkcji koncentratów miedzi i molibdenu oraz innych metali – mimo że zakładane parametry produkcyjne, były zazwyczaj dużo niższe od tych przyjętych w studium wykonalności.
Do końca I półrocza 2018 r. przrobiono zaledwie 63 proc. rudy, w porównaniu do wielkości zakładanej w studium wykonalności. Miedzi wytworzono 51 proc., a molibdenu 32 proc. Tym samym nie osiągnięto również planowanych przychodów ze sprzedaży.
To nie wszystko. „W wyniku nieuzyskania przez zakład przeróbczy zakładanej zdolności do odzyskiwania metali z rudy, bezpowrotnie utracono miedź i molibden o wartości ok. 852 mln USD” – stwierdza NIK.
Izba zauważa, że nieosiągnięcie planowanych parametrów produkcyjnych i ekonomicznych przez Sierra Gorda wynikało m.in. z błędów projektowych, kiepskiej właściwości rudy oraz z niedostatecznego nadzoru nad eksploatacją maszyn, urządzeń i instalacji produkcyjnych.
Koszty funkcjonowania kopalni Sierra Gorda zostały powiększone na skutek dodatkowych wydatków na instalacje dostarczające wodę i energię elektryczną oraz na ustabilizowanie zbiornika odpadów poflotacyjnych (nieszczelność takiego zbiornika oznaczałaby ogromną katastrofę ekologiczną). Woda już przesączała się poza obręb zbiornika, co stwarzało ryzyko zatrzymania działania kopalni przez chilijskie władze środowiskowe. Dostawy energii do kopalni są wykonywane w korzystnym dla chilijskiego partnera systemie take or pay (bierz lub płać). Oznacza to, że przy mniejszym zużyciu energii kopalnia i tak płaci ustaloną wcześniej, stałą stawkę.

Audyt bez wniosków

W 2016 r. Rada Nadzorcza KGHM podjęła uchwałę w sprawie przeprowadzenia audytu działalności inwestycji zagranicznych spółki. Na tym się skończyło. Ani nie podsumowano wyników tego audytu ani nie sformułowano jakichkolwiek wniosków, które by z niego wynikały. „Członkowie Rady Nadzorczej KGHM nie potrafili wskazać przyczyn ich braku” – zauważa NIK.
Mimo dotychczasowych strat projekt Sierra Gorda dysponuje potencjałem wzrostu. Kopalnia analizuje obecnie możliwość produkcji miedzi z rudy tlenkowej wyrzucanej dotychczas na hałdę. Innym źródłem przychodu może być uruchomienie procesu ługowania i ekstrakcji rudy. Korzyści może także przynieść eksploatacja innych złóż Pampa Lina i Salvadora, zlokalizowanych w pobliżu obecnie eksploatowanego złoża Catabela – o ile ich zasoby i zawartość metalu pozwolą na opłacalną produkcję. Wszystko to jest na razie jednak palcem na piasku (pustynnym) pisane. Na marginesie – w czasie kontroli członkowie władz KGHM kwestionowali uprawnienia NIK do jej przeprowadzenia. Przez prawie 4 miesiące ubiegłego roku nie przekazywano kontrolerom żadnych materiałów i wyjaśnień, bo tak nakazał ówczesny p.o. prezesa KGHM. Powrót do przekazywania materiałów nastąpił po zmianie zarządu. Jak widać, obecna ekipa niespecjalnie pali się do ujawniania tego, jak steruje firmami państwowymi.
Izba wystosowała pod adresem premiera Mateusza Morawieckiego uwagę, że to on powinien zapewnić, aby cele strategiczne spółek z udziałem Skarbu Państwa i sposoby ich osiągania były zgodne z polityką państwa. Instrumenty nadzoru właścicielskiego kreowane przez premiera powinny zapewnić tę zgodność, a ministrowie nadzorujący spółki powinni egzekwować przestrzeganie zasad nadzoru. „W przypadku odmowy wykonywania obowiązków ministrowie powinni dokonywać zmian personalnych” – podkreśla NIK.
Warto więc na koniec zapytać, jak długo liderzy Prawa i Sprawiedliwości zamierzają popierać topienie publicznych pieniędzy w księżycowych inwestycjach?

 

Zmierzamy do katastrofy

Krzysztof Kwiatkowski zapowiedział w drugiej połowie roku dwie kontrole: jakości opieki psychiatrycznej dla dzieci i młodzieży oraz jakości ratownictwa medycznego w związku z licznymi ostatnio doniesieniami o nieprawidłowościach na szpitalnych oddziałach ratunkowych.
– Po pierwsze, musimy postawić na służbę zdrowia jako priorytet w finansach państwa. (…) Kontrole NIK pokazały, że pieniądze skierowane do organizacji proobronnych nie są wydawane prawidłowo. Musieliśmy skierować zawiadomienia do prokuratury. Na to lekką ręką wydawane są pieniądze – zamiast na opiekę medyczną – nie ma wątpliwości szef NIK. – W tym temacie zmierzamy do katastrofy.
Maleje liczba lekarzy i pielęgniarek, zaś dramatycznie wzrasta średnia ich wieku. Pacjenci czekają godzinami nie tylko na szpitalnych oddziałach ratunkowych, ale również tkwią w kolejkach do specjalistów i na zabiegi, na które muszą zapisywać się z wielomiesięcznym wyprzedzeniem.
NIK zbada jedną trzecią oddziałów ratunkowych w pięciu województwach.
29 marca prezes Narodowego Funduszu Zdrowia podpisał zarządzenia dotyczące zwiększenia wydatków na ambulatoryjną opiekę medyczną i leczenie szpitalne – m.in. na zabiegi usunięcia zaćmy, badania rezonansem magnetycznym. Ale to kropla w morzu. Na razie w mediach piętrzą się doniesienia o pacjentach umierających w poczekalniach na SOR-ach, którym udzielono pomocy zbyt późno lub dokonano nieprawidłowego rozpoznania.
„Kontrola NIK ma przede wszystkim dać odpowiedź na pytanie, czy system ratownictwa medycznego zapewnia sprawne podejmowanie działań medycznych wobec osób w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego” – pisze Izba na swojej stronie. NIK już zwracała uwagę na niedoskonały system selekcji pacjentów, a także na fakt, iż SOR-y są przepełnione bo dla ludzi wymagających opieki ambulatoryjnej po prostu nie ma alternatywy:
„NIK już kilka lat temu kontrolowała funkcjonowanie szpitalnych oddziałów ratunkowych. Ustalenia z 2011 r. pozostały aktualne do dzisiaj. Kontrolerzy ustalili wówczas, że SOR-y udzielały świadczeń zdrowotnych również osobom, które nie znajdowały się w stanie nagłego zagrożenia zdrowotnego, a więc nie kwalifikowały się do takiej formy pomocy, co stanowiło naruszenie obowiązujących przepisów. W poszczególnych kontrolowanych szpitalach takie osoby stanowiły szacunkowo od 30 do 80 proc. zgłaszających się. Sytuacja ta stwarzała zagrożenie dla pacjentów, którzy faktycznie potrzebują pomocy ze strony SOR. W ocenie NIK była ona konsekwencją ograniczonej dostępności ambulatoryjnej opieki zdrowotnej oraz braku skutecznego mechanizmu pozwalającego na ograniczenie świadczeń dla osób, które nie znajdowały się w stanie zagrożenia zdrowotnego. Osobom tym powinny być udzielone świadczenia w ramach podstawowej opieki zdrowotnej, poradni specjalistycznych lub nocnej i świątecznej pomocy doraźnej”.

Niewydolne urzędy pracy

Prawie połowa urzędów pracy uznała, że narzucone przez minister Rafalską profilowanie nie spełnia swojej roli, dlatego ministerstwo postanowiło wycofać się z zapisu. Nowy projekt ustawy o promocji zatrudnienia i instytucjach rynku pracy znajduje się w konsultacjach.
Konieczność wprowadzenia zmian wynika z wyroku Trybunału Konstytucyjnego, który profilowanie uznał za niezgodne z Konstytucją. Prócz tego dyrektorzy urzędów od początku wskazywali, że selekcja stanowi dla urzędników dodatkowy, czasochłonny obowiązek. 44,6 proc. urzędów przebadanych w ankietach stwierdziło, że profilowanie nie pomaga bezrobotnym szybciej znaleźć lepszego, stałego zatrudnienia.
Prócz tego krytycznie o dotychczasowym rozwiązaniu wypowiadało się mnóstwo instytucji: Rzecznik Praw Obywatelskich, Najwyższa Izba Kontroli, GIODO.
– Profil pierwszy to osoby niewymagające pomocy. Drugi to ludzie potrzebujący pomocy takiej jak środki aktywizacyjne, np. staż czy kurs. Profil trzeci to osoby uznane za niemożliwe do zaktywizowania, czyli wykluczone społecznie – tłumaczył w rozmowie z Pulsem HR Antoni Duda, dyrektor UP w Opolu. – W trzecim profilu powinny być umieszczane osoby długotrwale bezrobotne, które tak naprawdę robią wszystko, by pracy nie znaleźć. Z naszych doświadczeń wynika, że stanowią one ok. 30 proc. wszystkich bezrobotnych. Tymczasem do tego profilu trafiło do tej pory zaledwie kilka procent naszych petentów.
Profilowanie od początku nie sprzyjało zwiększeniu zatrudnienia. Odpowiedniej dla siebie pomocy nie mogli znaleźć również bezrobotni po 50 roku życia.
W ostatnim raporcie, o którym pisaliśmy, NIK wytknęła 21 zbadanym urzędom rażącą nieefektywność. Placówki nie promowały nowych form aktywizacji i nie analizowały ich skuteczności. Dopiero przeprowadzona przez NIK w 21 powiatowych urzędach pracy analiza trwałości zatrudnienia po skorzystaniu z nowych form wsparcia wykazała, że największe szanse na znalezienie stałej pracy dawał bon zatrudnieniowy oraz bon na zasiedlenie.

Nauczyciele w Polsce nie umieją uczyć matematyki

Nauczanie matematyki w naszych szkołach pozostawia wiele do życzenia. Świadczą o tym kiepskie wyniki osiągane przez uczniów.

W latach 2015 – 2017 średnio co szósty uczeń w Polsce nie zdał matury z matematyki. Aż 46 proc. uczniów szkół ponadgimnazjalnych miało na świadectwach z tego przedmiotu tylko ocenę dopuszczająca, czyli dwóję. W gimnazjum takich uczniów było 23 proc., a w szkołach podstawowych 10 proc.
Z drugiej strony, ocenę celującą z matematyki (szóstkę) na świadectwach otrzymało tylko 4 proc uczniów gimnazjów, 2 proc. uczniów podstawówek i zaledwie 1 proc. uczniów szkół ponadgimnazjalnych.
Również inne wskaźniki takie jak liczba uczniów powtarzających klasę wskazują na problem z nauczaniem tego przedmiotu. Wśród powtarzających klasę w latach 2015 – 2017 aż 61 proc. w szkołach ponadgimnazjalnych otrzymało ocenę niedostateczną z matematyki, a w gimnazjach i szkołach podstawowych – 70 proc.

Nauczyciele, uczcie się sami!

Przyczyna tej matematycznej zapaści tkwi w wadliwym procesie nauczania. Skoro tak dużo uczniów uzyskuje tak niskie stopnie, oznacza to, że nauczyciele w Polsce po prostu nie umieją uczyć matematyki.
Polskie dzieci są z natury utalentowane matematycznie. Więcej niż połowa z nich przed rozpoczęciem szkolnej edukacji wykazuje się uzdolnieniami do nauki matematyki, a co czwarte wysokim stopniem zadatków takich uzdolnień.
Niestety, już po kilku miesiącach nauki w szkole większość tych dzieci przestaje wykazywać swoje znakomite możliwości umysłowe. W następnych latach szkolnej edukacji tylko dwoje, troje starszych uczniów w klasie wykazuje się uzdolnieniami matematycznymi.
Towarzyszy temu niszczący proces rozleniwiania umysłów dzieci z zadatkami uzdolnień matematycznych i radości z działalności matematycznej – stwierdza opinia przygotowana na zamówienie Najwyższej Izby Kontroli przez prof. dr hab. Edytę Gruszczyk-Kolczyńską z Katedry Wspomagania Rozwoju i Edukacji Dzieci w Akademii Pedagogiki Specjalnej.

Dla lepszej innowacyjności

Badania międzynarodowe potwierdzają tezę, że edukacja matematyczna jest ważna dla rozwoju gospodarczego. Jest ona jednym z czynników podnoszenia konkurencyjności państw.
Biegłość matematyczna sprzyja innowacyjności i wzrostowi produktywności. Podniesienie wskaźnika wyników z testów Pisa (Programu Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów) w obszarze matematyki i nauk ścisłych o 100 pkt przekłada się na roczny wzrost PKB rzędu około 1,7 proc!.
Tymczasem, jak wynika z raportu Najwyższej Izby Kontroli, z nauczaniem matematyki w polskich szkołach nie jest najlepiej. Forma i sposób jej nauczania nie sprzyja rozwojowi kompetencji matematycznych u uczniów.
Dane uzyskane z Centralnej Komisji Egzaminacyjnej wskazują, że uczniowie mają z matematyką większe problemy niż z pozostałymi przedmiotami. Średnio na egzaminie maturalnym z matematyki w latach 2015 – 2017 osiągano 55 proc. prawidłowości zdawanego materiału, podczas gdy z języka polskiego 60 proc., a z języka angielskiego – 73 proc.
Według ostatnich opublikowanych wyników testów PISA, w 2015 r. obniżyły się umiejętności matematyczne polskich uczniów w stosunku do 2012 r. Wtedy średni wynik polskich uczniów z matematyki wyniósł 518 pkt, a w 2015 r. 504 pkt.
W 2015 r. Polska była pod względem wyników z matematyki na miejscu 17 na świecie, a w naukach ścisłych na 22. Spośród krajów Unii Europejskiej lepsze od Polski wyniki uzyskały m.in. Estonia, Holandia, Dania czy Finlandia.

Frustracja i niechęć

Nadmierne trudności w uczeniu się matematyki pojawiają się już na początku edukacji szkolnej, a ujawniają się w sposób wyraźny w klasach czwartych szkół podstawowych w Polsce.
Narastające zaległości zastępują początkową fascynację dziecka szkołą i stopniowo przeradzają się w niezadowolenie, rozczarowanie, frustrację oraz na długo zakorzenioną, niechęć do matematyki.
Konsekwencją takich negatywnych zdarzeń jest systematyczne wygaszanie zainteresowań i zdolności oraz kumulowanie zaległości poznawczych podczas całego cyklu nauczania. – zauważa opinia przygotowana dla NIK przez prof. Małgorzatę Makiewicz z Zakładu Dydaktyki Matematyki Uniwersytetu Szczecińskiego.
A trudności w uczeniu się matematyki skutkują frustracją i zrozumiałą niechęcią do przedmiotu.

Coraz więcej godzin

Bolączką polskich szkół jest także to, że nauczyciele nie dostosowują zadań i tempa pracy na lekcji do możliwości uczniów. Deklarują to ankietowani przez NIK uczniowie. Ponad połowa z nich oceniała, że tempo pracy na lekcjach matematyki jest nieodpowiednie i nie nadążają ze zrozumieniem materiału.
Tymczasem z ankiet przeprowadzonych wśród rodziców wynikało, że znaczna część dzieci – bo aż 57 proc. – zgłaszała rodzicom problemy ze zrozumieniem matematyki.
Aby uzupełnić braki, blisko jedna trzecia uczniów (30 proc.) korzystała z odpłatnych korepetycji. Szkoły zwiększały co prawda liczbę godzin lekcyjnych z matematyki (do sześciu i więcej), ale było to działaniem nieracjonalnym.
Z międzynarodowych badań Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) i Pisa wynika bowiem, że znaczące efekty przynosi zwiększanie liczby lekcji matematyki do czterech tygodniowo, a powyżej sześciu – staje się już nieefektywne.
Jednocześnie, dostęp do zajęć wyrównawczych z matematyki w 75 proc. skontrolowanych szkół był ograniczony. Uczniowie nie mieli możliwości wzięcia w nich udziału lub ilość osób uczestniczących w zajęciach przekraczała dozwoloną liczbę.

Przymus tu nie pomaga

W kontekście doświadczeń innych krajów, w których nie wprowadzono obligatoryjnej matury z matematyki, a które plasują się wysoko w badaniach międzynarodowych obejmujących przedmioty ścisłe (np. Finlandia), należy rozważyć obecny status tego egzaminu – uważa NIK.
Jak wskazuje Izba, nie da się wskazać, że obowiązkowy dla wszystkich uczniów egzamin maturalny z matematyki ma bezpośredni wpływ na miejsce danego państwa w rankingu innowacyjności gospodarki. Brak tutaj bezpośredniej korelacji.
Ciekawostką jest ograniczenie liczby egzaminów w Singapurze – państwie od lat zajmującym czołowe miejsca w badaniu PISA i zaliczanym do grona tzw. azjatyckich tygrysów. Tam władze zdecydowały, że szkoła będzie kłaść większy nacisk na rozwój umiejętności pracy zespołowej i analitycznego myślenia, zamiast uczyć wiedzy encyklopedycznej i wzmagać ducha rywalizacji.

Niepotrzebny obowiązek

Zdaniem NIK, uznając bezsprzecznie interdyscyplinarną wartość matematyki, należy podkreślić, że obowiązkowy egzamin maturalny z matematyki nie stanowi sam jako taki wartości w procesie nauczania w szkołach ponadpodstawowych. Wręcz przeciwnie, jest istotnym obciążeniem (czas i koszty korepetycji, stres) dla prawie jednej trzeciej osób kończących ten typ szkoły.
W Czechach, Włoszech, Luksemburgu, Holandii, Rumunii, Islandii egzamin z matematyki jest obowiązkowy tylko dla uczniów w określonych dziedzinach.
W Wielkiej Brytanii odpowiednikiem matury jest GCE (General Certificate of Education), który składa się z serii egzaminów z różnych przedmiotów, na różnych poziomach, wybieranych przez zdających. Matematyka, podobnie jak inne przedmioty nie jest obowiązkowa, jest jedynie wymagana przez uniwersytety w procesie rekrutacji na niektóre kierunki.
W Austrii matematyka obowiązuje na maturze w liceach, natomiast jest przedmiotem do wyboru w szkołach średnich zawodowych i technikach. W Hiszpanii istnieje tzw. Selectividad – nieobowiązkowy egzamin zdawany po zakończeniu szkoły średniej przez uczniów, którzy chcą studiować.
Warto więc zastanowić się u nas nad likwidacją obowiązkowej matury z matematyki. Bez konieczności jej zdawania, osoby nie planujące związków z przedmiotami ścisłymi w swej dalszej ścieżce kształcenia, mogłyby w sposób bardziej efektywny skupić się na przedmiotach istotnych z punktu widzenia dalszej drogi zawodowej.