30 rocznica zburzenia muru berlińskiego (2)

Upadek Niemieckiej Republiki Demokratycznej widziany oczami polskiego dyplomaty.

Upadek muru berlińskiego 9.11.1989 r.

Po obchodach rocznicowych rozwój sytuacji wewnętrznej w NRD nabrał gwałtownego przyśpieszenia:
– 9 października na ulice Lipska wyszło ponad 70 tys. osób. Demonstracje zwane poniedziałkowymi (Montagsdemonstrationen) początek wywodziły od modlitw o pokój organizowanych w lipskim kościele św. Mikołaja (Nikolaikirche) organizowanych w poniedziałki o godz. 17.00;
– utrzymywały się demonstracje i protesty w Berlinie, które rozpoczęły się wcześniej, jeszcze przed obchodami rocznicowymi, podczas których milicja i Stasi brutalnie atakowały demonstrantów. Pretekstem do tych demonstracji było odrzucenie przez władze wniosku o rejestrację organizacji opozycyjnej „Nowe Forum”.
W związku z masowymi ucieczkami, zwłaszcza młodych obywateli NRD, przez Węgry oraz Ambasady RFN w Pradze i Warszawie jednym z haseł wnoszonych przez demonstrantów było „Zostajemy tutaj” („Wir bleiben hier”). Początkowo głównym postulatem powstających ugrupowań opozycyjnych była demokratyzacja we wszystkich sferach życia w NRD;
– miały miejsce zamieszki wokół dworca w Dreźnie;
– pomimo deklaracji i gróźb władz, że są gotowe i zdecydowane, aby ostatecznie zapobiec kolejnym akcjom kontrrewolucyjnym, sytuacja była już nie do zatrzymania, społeczeństwo NRD pokonało barierę strachu, który tworzył najbardziej represyjny system i upominało się o swoje prawa – na organizowanych nadal demonstracjach pojawiło się nowe hasło „To my jesteśmy narodem” („Wir sind das Volk”).

Wir sind das Volk”

Dynamika wydarzeń powodowała, że oprócz własnych analiz i ocen w ambasadzie ocenialiśmy rozwój sytuacji w NRD i jego możliwe konsekwencje także w korpusie dyplomatycznym. Po jednej z pierwszych demonstracji w Lipsku z hasłem „Wir sind das Volk” w październiku 1989 r. podczas spotkania w gronie dyplomatów radzieckich, czechosłowackich i węgierskich Kirył Toropow – I Sekretarz Ambasady ZSRR w Berlinie, jednocześnie jeden z najbardziej aktywnych i posiadających znakomite kontakty dyplomatów-zadał jako otwarte pytanie: „Ja chciałbym wiedzieć, co rzeczywiście myśli tłum ludzi biorących udział w demonstracji lipskiej odbywającej się pod hasłem „To my jesteśmy narodem”. To pytanie zawisło wówczas w powietrzu, pozostało bez odpowiedzi. Ale każdy z nas z pewnością po spotkaniu do niego wrócił;
– 18 października 1989 r. został zwolniony z funkcji przewodniczącego partii NSPJ Erich Honecker, a na jego miejsce wybrano znacznie młodszego Egona Krenza, ale ta zmiana nie uspokoiła nastrojów;
– w efekcie 8 listopada 1989 r. poddało się do dymisji całe Biuro Polityczne KC NSPJ;
– 9 listopada 1989 r. E. Krenz, który objął władzę w nadziei uspokojenia wzburzonych, ogłosił zniesienie wszelkich ograniczeń w ruchu osobowym oraz otwarcie granicy z RFN i Berlinem Zachodnim.

Coś, czego nie chciał powiedzieć

Tego samego dnia Guenter Schabowski – członek kierownictwa NSPJ – powiedział na konferencji prasowej coś, czego nie chciał powiedzieć, a poza tym jak się później okazało, nie był do niej należycie przygotowany, ponieważ nie uczestniczył tego dnia w posiedzeniu, na którym podjęto stosowne decyzje odnośnie wyjazdów do RFN i Berlina Zachodniego. Schabowski miał tylko poinformować, że władze NRD zgodziły się na to, aby odtąd każdy, kto chce wyemigrować do RFN, mógł to uczynić na wszystkich punktach granicznych pomiędzy NRD a RFN, jak również w Berlinie Zachodnim.
Oglądałem tę konferencję z zapartym tchem (w korpusie dyplomatycznym i w kontaktach z niemieckimi partnerami krążyła informacja, że lada moment należy się spodziewać istotnych zmian w kwestii wyjazdów obywateli NRD do RFN). Jak się okazało kluczowe dla decyzji, która w istocie spowodowała upadek Muru Berlińskiego, było pytanie dziennikarza do Schabowskiego: „Od kiedy zaczną obowiązywać te decyzje władz?”. I tu padła odpowiedź, która okazała się przełomem, historyczną: „Ab sofort” (Od zaraz).
Obywatele NRD zrozumieli to tak, że granica jest otwarta.

Festyn z młotkami

Tłum ludzi ruszył wieczorem tego dnia na przejścia graniczne do Berlina Zachodniego. Tysiące Niemców samochodami ( z użyciem klaksonów ), pieszo, z bagażami lub bez, spiesząc się, prześcigając, wymachując flagami, śmiejąc się i płacząc przechodziło obok spokojnych tym razem policjantów. Zszokowani początkowo taką sytuacją funkcjonariusze wojsk ochrony pogranicza podnieśli szlabany.
Na ulicach Berlina Zachodniego rozpoczęły się fantastyczny wieczór, noc, festiwal wolności – mieszkańcy tej części Berlina witali obywateli NRD, przyjaciół, kolegów, członków rodzin.
Mając cały czas włączony telewizor ze stacjami zachodnioniemieckimi oglądałem jeszcze raz powtarzane fragmenty konferencji prasowej Schabowskiego, gdy zadzwonił do mnie mój kolega Jerzy Wierzcholski – wówczas korespondent „Rzeczypospolitej”, a później Polskiego Radia z informacją „Adaś słyszałeś co się dzieje, tłum ludzi i samochodów z NRD znajduje się na przejściu Checkpoint Charlie, idę to zobaczyć”.
Ja także natychmiast tam się udałem, mieszkałem przy Franzoesischestrasse , stosunkowo niedaleko od tego przejścia. Po drodze zobaczyłem jeszcze mnóstwo ludzi i turystów przy Bramie Brandenburskiej i na murze zbudowanym w tym historycznym miejscu. Niemcy z obu państw jeszcze tej samej nocy przystąpili do burzenia znienawidzonego muru berlińskiego.
To, co zobaczyłem przy przejściu Checkpoint Charlie, było porażające, niesamowite, niezapomniane. Radość, entuzjazm, łzy radości, szczęścia. Wielu Niemców znalazło się po drugiej stronie muru po raz pierwszy, wielu spotkało i cieszyło się z członkami swoich rodzin, kolegami, znajomymi po latach niewidzenia. Radość z upadku muru i otwarcia granicy była widoczna na ulicach Berlina jeszcze przez kolejne dwa dni. Taki widok – eksplozję radości, szczęścia obywateli NRD widziałem w tym kraju po raz pierwszy. Ludzie chodzili po ulicach z butelkami szampana, skrzynkami piwa i częstowali tymi trunkami napotkanych przechodniów, chcąc się z nimi podzielić swoją radością i szczęściem.
Tę radość obserwowało się praktycznie codziennie, a w szczególności podczas kolejnych weekendów, kiedy obywatele NRD wyjeżdżali odwiedzić swoje rodziny w Berlinie Zachodnim i RFN.
U nas, polskich dyplomatów, ten widok wyjeżdżających na weekend obywateli NRD budził jeszcze inne skojarzenia. Pamiętaliśmy wcześniejsze krytyczne artykuły w prasie NRD-owskiej o Polakach czy „polskich spekulantach” wykupujących deficytowe towary w NRD lub pociągach z Polakami wyjeżdżającymi z torbami pełnymi zakupów z Berlina Zachodniego. Pamiętaliśmy także nagonki policji w Berlinie Zachodnim na tzw. Polnischer Markt, gdzie Polacy przywozili i sprzedawali chętnie kupowane przez Niemców artykuły spożywcze z Polski.

Weekend z bundesmarką

Otóż obywatele NRD wyjeżdżając na weekendy do Berlina Zachodniego czy RFN korzystali z obowiązującego przepisu – przywileju o tzw. „Begruessungsgeld” (pieniądzach na przywitanie) dla obywateli NRD odwiedzających RFN i Berlin Zachodni. Ponieważ od 9 listopada 1989 r. była to spora suma 100 marek zachodnioniemieckich na każdą osobę, w związku z tym wyjeżdżały całe rodziny, także z nowo narodzonymi dziećmi w wózkach, bo każde dziecko także otrzymywało 100 DM.
Na powracających z weekendu w niedzielę wieczorem do domów mieszkańców NRD patrzyliśmy z uśmiechem konstatując, że różni ludzie i narody mają podobne potrzeby i aspiracje. Mieszkańcy Wschodniego Berlina i Wschodnich Niemiec wracali z takiego weekendu z torbami zakupów poczynionymi za „Begruessungsgeld”, trzymając w jednej ręce banany, pomarańcze i inne owoce, w drugiej sprzęt elektroniczny. W istocie obraz ten niczym nie różnił się od krytykowanego wcześniej obrazu Polaków wracających z zakupów w NRD czy Berlinie Zachodnim.
Ogromne zadowolenie z upadku muru zademonstrowali Berlińczycy przy okazji imprezy sylwestrowej 1989/1990 witając Nowy Rok przy Bramie Brandenburskiej. Mieliśmy z żoną możliwość zobaczenia wiwatującego tłumu setek tysięcy ludzi, spędzając w pobliżu Sylwestra w Ambasadzie RP w Berlinie. W czasie tego świętowania uszkodzona została kwadryga na Bramie Brandenburskiej , która musiała być później zdjęta i oddana do naprawy. Ulica Unter den Linden przypominała następnego dnia dywan śmieciowy o miejscami kilkudziesięciocentymetrowej grubości po confetti, puszkach piwa i butelkach wina.
Niezapomnianym pozostanie dla mnie jeszcze, już po zburzeniu muru , ponowne wybudowanie nowego, tym razem białego ze styropianu na Placu Poczdamskim (Potsdamer Platz) w Berlinie i wystawienie w tej niesamowitej scenerii przez Rogera Watersa – basisty legendarnej grupy Pink Floyd z udziałem innych znakomitych artystów widowiska Live in Berlin opartego na muzyce z albumu Pink Floyd The Wall. Oglądałem je w telewizji i słyszałem jednocześnie w mieszkaniu. Na zakończenie mur został ponownie zburzony.

Mur w poprzek każdego

Pierwsze dni po upadku muru berlińskiego bardzo mocno uświadomiły mi, jak wielkim dramatem dla społeczeństw obu krajów, w tym zwłaszcza w NRD, było jego zbudowanie i istnienie. Rodziny po obu stronach granicy nie mogły się odwiedzać: syn nie mógł pojechać na pogrzeb matki, odwiedzić rodziców, rodzice nie mogli pojechać na wesele syna czy chrzciny jego dzieci. Funkcjonariusze partyjni czy państwowi w obawie przed utratą pracy nie mogli się przyznawać do rodziny żyjącej w Zachodnich Niemczech i spotykać się z nią. W Berlinie Wschodnim mieliśmy zaprzyjaźnioną rodzinę polsko-niemiecką, gdzie żona Polka mogła bez problemów spotykać się z siostrą męża mieszkającą w Berlinie Zachodnim, podczas gdy jej mąż – obywatel NRD – takiego prawa miał.
Mur berliński stał się przeszłością. Wraz z jego upadkiem pojawił się nowy kontekst polityczny, ważny dla Europy i świata, ale także bardzo istotny dla nas, dla Polski, dotyczący przyszłości Niemiec.
Choć wszystkie partie bloku demokratycznego oficjalnie opowiadały się za odnowionym systemem socjalistycznym w NRD, również formalnie w programach ugrupowań opozycyjnych, które doprowadziły do upadku muru, nie było haseł zjednoczeniowych, tylko żądania daleko idących zmian systemowych m.in. oparcia systemu sprawowania władzy na demokracji parlamentarnej, skreślenia z konstytucji zapisu o kierowniczej roli partii, wolnych i tajnych wyborów do Izby Ludowej, legalizacji ugrupowań opozycyjnych oraz reformy gospodarczej, w naszych dyskusjach i ocenach w Ambasadzie RP w Berlinie oraz w korpusie dyplomatycznym rosło przekonanie, że decyzja, która wywołała euforię w społeczeństwie niemieckim spowodowała przyspieszenie i nasilenie tendencji na rzecz zjednoczenia Niemiec.

Konsekwencja 4 czerwca

Upadek muru otwierał drogę do zjednoczenia Niemiec.
Nie ulega przy tym wątpliwości , że rozwój i zmiany w Niemczech – prowadzące do zburzenia muru berlińskiego i w konsekwencji do zjednoczenia Niemiec – stały się możliwe dzięki polskim przemianom, wydarzeniom 1980 r. i powstaniu „Solidarności”, obradom „okrągłego stołu” i wyborom 4 czerwca 1989 r. To bazując na polskim przykładzie, społeczeństwo NRD pokonało barierę strachu i upomniało się o swoje prawa.
Pracując dwukrotnie w Ambasadzie RP w Berlinie byłem świadkiem wielokrotnie wyrażanej przez niemieckich obywateli wdzięczności dla Polski i Polaków za odzyskaną wolność, zburzenie muru berlińskiego i zjednoczenie Niemiec. Zawsze na pierwszym miejscu była podkreślana rola „Solidarności” i związane z tą nazwą nazwisko Lecha Wałęsy. I nikt by nam tej oczywistej prawdy historycznej nie odebrał , co było decydujące dla przemian w Europie Środkowo – Wschodniej i na świecie: powstanie Solidarności, czy upadek muru , gdybyśmy sami jako Polska i Polacy potrafili ten ogromny dorobek i wkład do historii europejskiej i światowej należycie uszanować. Jeśli gdziekolwiek powstają odnośnie tego wątpliwości, czy zmieniana jest kolejność bądź rola, to głównie sami sobie jesteśmy tego winni.

dr Adam Zaborowski, I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992, Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

30 rocznica zburzenia muru berlińskiego (1)

Upadek Niemieckiej Republiki Demokratycznej widziany oczami polskiego dyplomaty.

28 października 1988 r.- po ukończeniu Akademii Dyplomatycznej i ponad dwóch lata pracy w centrali MSZ na stanowiskach radcy, a następnie doradcy ministra- nastąpił mój długo oczekiwany wyjazd na placówkę do NRD. Temat obronionej pracy doktorskiej oraz wcześniejsze zainteresowania i kontakty predystynowały mnie raczej do pracy w RFN , ale wszechmogące kadry zdecydowały inaczej, kierując mnie do naszej Ambasady w NRD w Berlinie.

Wyjeżdżając kompletnie nie zdawałem sobie sprawy, że będę świadkiem historii.

Uczestnikiem wydarzeń i działań dotyczących rozwoju i zmian w Niemczech prowadzących do zburzenia muru berlińskiego i zjednoczenia Niemiec. Jednym słowem, ze przeżyję ogromnie ciekawy, pasjonujący okres w moim życiu zawodowym.
Przyjeżdżałem do pracy w Wydziale Politycznym Ambasady. Do moich zadań należały kontakty z partnerami politycznymi NSPJ, CDU, LDPD oraz przygotowywanie analiz i opracowań zarówno w zakresie stosunków dwustronnych , jak i rozwoju sytuacji wewnętrznej w NRD.
Szybko przekonałem się, jak trudne jest pozyskiwanie w specyficznym, ze wszechobecnym Stasi systemie politycznym NRD wiarygodnych informacji. Wszelkie rozmowy w MSZ NRD , poza oficjalnym uzgodnieniami, np. dotyczącymi wizyt czy spotkań to była „sztampa”- sztywny, oficjalny język i zawsze obowiązkowo dwóch partnerów ze strony NRD przy każdej rozmowie ( dlaczego dwóch można się było łatwo domyślić). Dlatego, poza tym co było niezbędne, nie przepadałem za kontaktami z ludźmi z tego resortu, ponieważ niewiele z nich wynikało.
Natomiast w pierwszym okresie mojej działalności w NRD niezmiernie cenne były kontakty z moim partnerem z Wydziału Zagranicznego KC NSPJ, odpowiedzialnym za polskie sprawy , dyplomatą, Olafem Horlacherem, który wcześniej pracował na placówce w Polsce . Jego stosunek do Polski był więcej jak życzliwy, mogę powiedzieć przyjazny . Kiedy przed upadkiem Muru chciałem się czegoś dowiedzieć w zakresie rozwoju sytuacji wewnętrznej czy stanowisku NRD w relacjach dwustronnych, umawiałem się z nim na spotkanie. Rozmawialiśmy wtedy w „cztery oczy’, a o najistotniejszych kwestiach najwięcej dowiadywałem się , kiedy szliśmy do jego pokoju w budynku KC NSPJ lub gdy mnie odprowadzał. Nasze kontakty miały także charakter rodzinny – spotykaliśmy się podczas weekendów z żonami i dziećmi w naszych domach i u Olafa na daczy, gdzie oprócz grillowania, jedną z ulubionych rozrywek było wspólne z żonami i dziećmi rozgrywanie meczów w piłkę nożną.
Należy przy tym podkreślić, że stosunki dwustronne Polska-NRD były wówczas dalekie od charakteru „sielankowego”.
Był to okres, kiedy polskie władze mając do czynienia z niewydolnością systemu, poszukiwały dróg wyjścia z kryzysu, usiłowały wdrażać reformy, co spotykało się z krytyką ówczesnego kierownictwa NRD. Poza tym stosunki Polska-NRD były obciążone narastającymi napięciami związanymi z nierozwiązaną, sporną kwestią dotyczącą rozgraniczenia obszarów morskich w Zatoce Pomorskiej. Pomimo tego, że Niemiecka Republika Demokratyczna i Polska Rzeczpospolita Ludowa były tzw. „bratnimi krajami”, to „przyjazne relacje” nie odzwierciadlały stosunku obu stron do wyżej wspomnianej kwestii.. Sytuacja stanęła na ostrzu noża, gdy NRD chcąc pokazać, że także walczy o sprawy niemieckie, jednostronną decyzją rządu tego kraju z 20 grudnia 1984 r. rozszerzyła od 1 stycznia 1985 roku szerokość wschodnioniemieckiego morza terytorialnego (pasa wód terytorialnych) do 12 mil morskich. W ten sposób portom w Szczecinie i Świnoujściu zagrażało odcięcie od otwartego morza.
Problem rozgraniczenia obszarów morskich był tematem żmudnych, trudnych konsultacji dwustronnych.
Oprócz kontaktów z innymi partiami bloku demokratycznego , w miarę rozwoju sytuacji wewnętrznej w NRD moje kontakty poszerzały się o opozycję demokratyczną , Synod Kościoła Ewangelickiego, środowiska kulturalne. W bardzo dynamicznym rozwoju wydarzeń w sytuacji wewnętrznej w NRD ogromnie ważne były kontakty z dyplomatami: radzieckimi ( mającymi bardzo dobre rozpoznanie, były takie momenty, kiedy ich informacje wyprzedzały wiedzę gospodarzy o jakimś wydarzeniu), czechosłowackimi, węgierskimi, amerykańskimi i angielskimi.

Wizyta Premiera Mieczysława Rakowskiego w Berlinie 5 grudnia 1988 r.

Podczas, gdy Polska zmierzała w kierunku reform systemu społeczno-politycznego, a zwłaszcza gospodarki, czego wyrazem była reforma przygotowana przez ministra M. Wilczka, „podstarzałe” kierownictwo NRD uważało model społeczno-polityczny i gospodarczy realizowany w tym kraju za wzorcowy i jedynie słuszny model socjalizmu. Co więcej, ówczesne zmiany w ZSRR i pierestrojkę M. Gorbaczowa traktowano jako odchylenie rewizjonistyczne. Z tego powodu zaprzestano nawet wysyłać studentów na kształcenie w Związku Radzieckim, z czego wcześniej tak chętnie korzystano.
W tej atmosferze i klimacie politycznym miał złożyć wizytę w Berlinie i spotkać się z I sekretarzem KC NSPJ Erichem Honeckerem polski premier -Mieczysław Rakowski uważany przez kierownictwo partyjne NRD za partyjnego liberała.
Przygotowując wizytę, wiedzieliśmy w Ambasadzie Polskiej, że będzie ona niełatwa i rozmowy będą trudne. Tak się złożyło, że Mieczysław Rakowski przylatywał do Berlina w poniedziałek 5 grudnia, a ja w sobotę poprzedzającą tę wizytę pracowałem nad czymś pilnym w Ambasadzie przy Unter den Linden w swoim pokoju na czwartym piętrze. Nieoczekiwanie zadzwonił do mnie z dołu pracownik ochrony ambasady z informacją , że przyszedł niemiecki obywatel i koniecznie chce ze mną rozmawiać. Kiedy oddał mu słuchawkę okazało się, że był to znany mi z-ca kierownika Wydziału Zagranicznego KC NSPJ – Bruno Mahlow. Powiedział, że przychodzi do mnie w bardzo ważnej i pilnej sprawie. Spotkałem się z nim i okazało się, że chodzi o poniedziałkową wizytę premiera Rakowskiego. Mahlow zwrócił się z prośbą, aby informacja, którą mi za chwilę przekaże, pilnie dotarła , przed wizytą do Warszawy. Informacja dotyczyła tego, że Erich Honecker przywiązuje dużą wagę do spotkania z Mieczysławem Rakowskim, zależy mu na dobrej rozmowie, w tym o naszych doświadczeniach w reformowaniu systemu gospodarki i dobrym przebiegu całej wizyty. Chociaż M. Rakowski przyjeżdżał na zaproszenie ówczesnego premiera NRD Willy Stopha, według Mahlowa to spotkanie z E. Honeckerem miało być głównym punktem tej wizyty. Informację przekazałem bezpośrednio ambasadorowi dr. Januszowi Obodowskiemu i kierownikowi Wydziału Politycznego ministrowi Kazimierzowi Szablewskiemu, który przyjechał do ambasady. Przygotowaliśmy depeszę, którą przekazano do Warszawy.
Informacja dotarła na czas, rozmowa dwóch kompletnie różnych tożsamościowo polityków, zdaniem obu stron, była dobra. Zamiast planowanych 45 minut trwała ponad dwie i pół godziny. Na koniec wizyty obydwaj zaczęli się do siebie zwracać po imieniu. Ponieważ był to ostatni punkt wizyty polskiego premiera, delegacja wyleciała z Berlina zamiast planowanej godziny 17.00 o 19.30.
Oczywiście bieg historii wkrótce zakończył, w różnych okolicznościach, polityczne kariery tych dwóch polityków.

Erich Honecker o NRD w 1989 r.

Kiedy w państwach Europy Środkowo-Wschodniej rozpoczęły się już przemiany, bądź potrzeba radykalnych reform była coraz powszechniej artykułowana Erich Honecker na wiosnę 1989 r. wygłosił ekspresyjne wystąpienie, że” NRD jako pierwsze socjalistyczne państwo na ziemi niemieckiej będzie nadal istnieć przez kolejne 50 czy 100 lat”. Jeszcze w sierpniu tegoż roku reprezentował pogląd, że „system NRD-owski jest socjalizmem o modelu niezwykle atrakcyjnym i nie odpowiada doświadczeniom Związku Radzieckiego” oraz, że „pochodu socjalizmu nie powstrzyma ani wół, ani osioł”. Takie przekonanie – rozbieżne z powszechnymi odczuciami społecznymi co do funkcjonowania NRD w ówczesnym kształcie – panowało także na niższych szczeblach władzy, w kręgach aparatu partyjnego czy resortów siłowych.
We wrześniu 1989 roku, już po naszych wyborach 4 czerwca i powstaniu rządu Tadeusza Mazowieckiego, towarzyszyłem ze strony Ambasady w rozmowach z partnerami niemieckimi delegacji Wydziału Administracyjnego KC PZPR z zastępcą cą kierownika tego Wydziału – Januszem Barczem. Jak bardzo myślenie i przekonanie ówczesnych władz NRD rozmijało się z rzeczywistością i na czym opierał się model funkcjonowania tego państwa, można było zauważyć na spotkaniu z komendantem berlińskiej policji, który powiedział „iż fakt, że na Alexanderplatz w godzinach południowych znajduje się duża liczba osób, absolutnie nie oznacza, że ci ludzie nie pracują. Można być natomiast pewnym, że jeśli w tym miejscu pojawiłyby się jakieś hasło czy transparent antysocjalistyczny, to w przeciągu najdalej pięciu minut zostaną natychmiast usunięte”. Słowa te zostały wypowiedziane w momencie, kiedy w NRD trwały już przygotowania do utworzenia ugrupowań opozycyjnych.
Dnia 26 sierpnia 1989 r. spotkała się grupa założycielska partii socjaldemokratycznej SDP z Ibrahimem Boehme (która później- 13 stycznia 1990 r. – przyjęła nazwę SPD). 9 września powstało „Nowe Forum”, potem kolejno „Demokracja Teraz” i „Demokratyczny Przełom”.

Obchody 40-tej rocznicy powstania NRD

Jubileusz 40-lecia NRD 7 października 1989 r. przypadł w momencie trwającego i dramatycznie zaostrzającego się kryzysu politycznego. Powstanie i protesty opozycji w Berlinie i w Lipsku, wcześniej latem i jesienią „rewolucja trabantów” – masowe ucieczki obywateli NRD najpierw przez Węgry, a później przez Ambasady RFN w Pradze i Warszawie do Republiki Federalnej Niemiec, jeszcze wcześniej długotrwała choroba Ericha Honeckera, która stała się jedną z przyczyn kryzysu władzy, decydowały o atmosferze, w jakiej obchodzony był jubileusz.
Pomimo to przywódca NRD, lekceważąc nastroje społeczne, zorganizował w dniach 6 – 7 października 1989 r. huczne obchody 40-lecia NRD. Uczestniczył w nich Sekretarz Generalny KC KPZR – Michaił Gorbaczow, którego nazwisko „Gorbi, Gorbi” było wielokrotnie skandowane podczas tych uroczystości. Miało to miejsce m. in. podczas zorganizowanych 6 października wieczorem pochodu i manifestacji młodzieży „Fackelzug”. Okrzyki kierowane do przywódcy radzieckiego stanowiły apel o demokratyczne przemiany w NRD. I Michaił Gorbaczow w swoim wystąpieniu w dniu 7 października podczas ceremonii w Izbie Ludowej (Volkskammer) dał do zrozumienia, że konieczne są radykalne reformy.
W uroczystościach brała udział polska delegacja, którą zajmowałem się ze strony ambasady. Przez pewien okres w Warszawie oraz między ambasadą w Berlinie i Warszawą trwały konsultacje odnośnie udziału strony polskiej w tych uroczystościach. Ponieważ nasze władze reprezentowali: ówczesny prezydent RP Wojciech Jaruzelski, I sekretarz KC PZPR Mieczysław Rakowski i minister Spraw Zagranicznych – prof. Krzysztof Skubiszewski reprezentujący rząd Tadeusza Mazowieckiego ustalono , że z Polski będą uczestniczyły trzy osobistości.
W związku z taką formułą udziału każda z tych osobistości miała przygotowany, oprócz udziału w oficjalnych uroczystościach 40-lecia NRD, odrębny program pobytu. Cała polska delegacja mieszkała w Palast Hotel położonym w centrum Berlina, naprzeciw Izby Ludowej – centralnego miejsca głównej uroczystości. Moje zadanie opieki nad realizacją programu pobytu prezydenta Wojciecha Jaruzelskiego ułatwiała obecność dyrektora Gabinetu Prezydenta RP – Sławomira Cytryckiego i v-ce dyrektora tego Gabinetu – Andrzeja Szeląga, kolegów z okresu działalności w ruchu studenckim.
Niezapomniane było dla mnie przejście z polską delegacją z hotelu do Izby Ludowej na centralną uroczystość 7 października wieczorem. Kiedy zbliżaliśmy się do Volkskammer, przyjechał Erich Honecker ze swoją żoną Margot. Przywitały go gwizdy i okrzyki „Freiheit” (Wolność), odbywającej się obok demonstracji. Innym zapamiętanym obrazem z tej ceremonii był udział w niej po raz ostatni w tym gronie takich przywódców, jak Erich Honecker, Teodor Żiwkow, Nicolai Caucescu, Fidel Castro, Jaser Arafat, którzy odchodzili kolejno ze świata polityki.
Anegdotyczny był pobyt ministra prof. Krzysztofa Skubiszewskiego w naszej ambasadzie. Szefem MSZ podczas pobytu w Berlinie zajmował się osobiście ambasador dr Janusz Obodowski, który prezentując ambasadę powiedział, że nie jest zawodowym dyplomatą i trafił do dyplomacji ze świata polityki. Na co minister kręcąc nosem odpowiedział: „No właśnie, no właśnie”.
Na uroczystości w Izbie Ludowej siedziałem obok Mathiasa Dietricha – ówczesnego ambasadora NRD w Nikaragui, mojego kolegi z roku z Akademii Dyplomatycznej. Obserwowałem, z jaką uwagą i napięciem słuchał wystąpień M. Gorbaczowa i E. Honeckera, widać było, że czegoś się spodziewał, na coś oczekiwał.
Uroczystości jubileuszowe nie stanowiły jednak sukcesu, bezpośrednio po nich rozpoczął się początek końca NRD.

Dokończenie w następnym wydaniu.

dr Adam Zaborowski I sekretarz Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992;Radca Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Pierwsze powstanie

65 lat temu, zaledwie cztery lata po proklamowaniu NRD, powstałej w odpowiedzi na utworzenie przez mocarstwa zachodnie Niemieckiej Republiki Federalnej, 17 czerwca 1953 roku w Niemczech Wschodnich doszło do krwawych zaburzeń i strajków. Był to pierwszy buntowniczy zryw ludności w krajach demokracji ludowej. Na mapie historii najnowszej to wydarzenie pozostawało długo białą plamą, ponieważ w NRD wracano do tematu niechętnie, wstydliwie, a jeżeli już, to poprzestawano w lakonicznych tekstach, w dodatku rażąco upraszczających fakty. Z kolei historykom i publicystom PRL nie wypadało wersji tej kwestionować. Szczególnie, że sami nie byliśmy lepsi w opisie aktualnych, dramatycznych zrywów własnej ludności.

 

Warto przypomnieć głośne przed 65 laty tragiczne zdarzenie. Decyzją Rady Ministrów NRD z 28 maja 1953 r., wprowadzono w gospodarce wyższe normy pracy. Decyzja ta kłóciła się z ogłoszoną niemal równolegle (11 czerwca) polityką „nowego kursu”. Wezwano przywódców NRD 5 czerwca do Moskwy, skąd wrócili po trzech dniach z nakazem szybkiego złagodzenia stalinowskiego kursu „przyspieszonej budowy socjalizmu”, ogłoszonego latem 1952 roku. Po powrocie zapowiadano szereg odwilżowych, liberalnych ułatwień w codziennym bytowaniu ludności, obiecano podjęcie reformatorskich kroków w zarządzaniu państwem. Echo wywołała także zapowiedź rewizji wyroków w procesach politycznych, która obudziła nadzieję na otwarcie w kierunku demokratyzacji. Być może władze sądziły, że to ułatwi przełknięcie podwyższenia norm. Prawdopodobnie obietnica liberalizacji w połączeniu ze śmiercią Stalina i wywołaną tym przejściową dezorientacją polityczną tak w Moskwie, jak w Berlinie, w jakimś stopniu ośmieliły ludność do wyjścia na ulicę.

 

Bunt robotniczej arystokracji

Pierwsi, już 15 czerwca, zaprotestowali w kilku punktach Berlina i przerwali pracę robotnicy budowlani. Była to wówczas arystokracja robotnicza, najbardziej świadoma swojej wartości i dobrze zorganizowana grupa zawodowa. Poza przerwaniem pracy, skierowano pismo protestacyjne do premiera Otto Grotewohla, a 16 czerwca manifestacja budowlanych, do których dołączyli liczni przechodnie, przemaszerowała centralnymi ulicami miasta pod siedzibę Rady Ministrów. Po drodze pochód zatrzymał się przed gmachem centrali związkowej FDGB, jednakże żaden z funkcjonariuszy związkowych nie wyszedł, by porozmawiać z protestującymi. Zamknięte drzwi zastano także w Urzędzie Rady Ministrów, nadaremnie domagając się spotkania z Grotewohlem bądź 1. sekretarzem SED, Walterem Ulbrichtem. W końcu do tłumu wyszli (nie wiadomo, czy z własnej inicjatywy, czy delegowani) działacze partyjni nie najwyższego szczebla: sekretarz berlińskiej organizacji partyjnej Heinz Brandt oraz profesor Uniwersytetu Humboldta, znany późniejszy dysydent, Robert Havemann. Obiecali odwołanie zwiększonych norm, ale czy ich ustne zapewnienia mogły uspokoić nastroje?

Władze oficjalnie i jednoznacznie wycofały się z tej decyzji w komunikacie z 17 czerwca, ale było już za późno, by zapanować nad sytuacją; w międzyczasie zgłoszone zostały nowe żądania i pretensje. Góra partyjna i związkowa popełniły błąd, z którego później również w innych krajach demokracji ludowej nie wyciągnięto żadnej nauki. Zamiast błyskawicznie zareagować na pierwszy sygnał niezadowolenia, ociągały się z wysłuchaniem protestujących. W końcu zdobyły się na ogłoszenie suchego komunikatu, nadal nie kwapiąc się do bezpośrednich rozmów z przedstawicielami wzburzonej ulicy.

Od rana 17 czerwca robotniczy bunt zaczął rozlewać się na całą NRD. Zastrajkowało ok. 600 zakładów pracy, tj. około pół miliona zatrudnionych. Do strajku generalnego było zatem jeszcze daleko. Nie doszło do niego głównie dlatego, że władza zastosowała środki siłowe, tłumiąc rozruchy przede wszystkim przy użyciu jednostek wojsk radzieckich. Lokalne niepokoje o różnym stopniu natężenia miały miejsce w ok.400 miejscowościach. Na tradycyjnych terenach przemysłowych wokół Halle, Lipska, Cottbus, Gery, Magdeburga były nawet silniejsze, niż w samym Berlinie. W niektórych rejonach do protestujących przyłączyli się także chłopi. Zrywanie emblematów partyjnych, państwowych, haseł państwowo-twórczych, niszczenie portretów przywódców nie należało do rzadkości. Protestujący wdarli się do ok. 140 budynków partyjnych bądź związkowych, administracji państwowej i policji. W dziewięciu przypadkach szturmowano nawet więzienia, uwalniając ok. 1300 więźniów, nie tylko politycznych. W pojedynczych przypadkach doszło również do podpaleń.

 

Spontaniczne i nieskoordynowane

Demonstracjom brakowało jednak „jasno określonych celów” – jak czytamy w jednym z posthoneckerowskich opracowań. Wybuchały bez uprzedniego przygotowania, chaotycznie. Nie mniej chaotyczne były żądania niezadowolonych. Pośredni dowód, że zryw miał charakter spontaniczny, a nie spiskowy, jak to później usiłowano tłumaczyć propagandowo. Postulaty socjalne mieszały się z politycznymi, wśród których dość głośno rozlegało się żądanie ustąpienia rządu i przeprowadzenia wolnych wyborów. W tłumie padały okrzyki „Precz ze Szpicbródką!” (Ulbricht), „Rosjanie do domu!” (jeszcze przed wkroczeniem wojsk radzieckich do akcji). Czy krzyczeli tylko miejscowi czy także, lub głównie, zachodni berlińczycy, trudno powiedzieć. Rosjanie początkowo czuli się zdezorientowani, zakłopotani, wykazywali powściągliwość. „Ulbricht prosił Rosjan o interwencję, lecz ci początkowo nie chcieli się angażować. To wasza sprawa – mówili. Dopiero za pośrednictwem Moskwy Ulbricht spowodował, że jednak wkroczyli”. Dodam, że władze NRD szukały wsparcia u Rosjan nie tylko dlatego, że własne, nie okrzepłe jeszcze siły policyjne były słabe. Nie było pewności, czy można zaufać policji, czy w godzinie próby niektóre jednostki nie przejdą na stronę demonstrantów lub zachowają bierność.

 

Czołgi na ulicach

Jednostki radzieckie pojawiły się na ulicach Berlina 17 czerwca, po wprowadzeniu przez komendanturę radziecką o godz. 13.00 stanu wyjątkowego, ogłoszonego także w kilku innych miastach. Demonstracje szybko rozpraszano, strzelając ostrą amunicją. Ehrhart Neubert autor blisko 1000-stronicowej pracy o opozycji w NRD, nie podając źródeł, utrzymuje, że z powodu odmowy wykonania rozkazu rozstrzelano 40 żołnierzy. Władze wojskowe przyznały się jedynie do siedmiu takich przypadków. Rosjanie zapewne byli zaskoczeni, nie bardzo rozumiejąc, dlaczego mają strzelać do bezbronnej ludności sojuszniczego, bratniego państwa, Wojsko włączono przecież do akcji niespodziewanie, bez żadnego przygotowania, niejako z marszu.
Radzieccy komendanci wydali m.in. rozkaz publicznej egzekucji kilku cywilów, w tym mieszkańca Berlina Zachodniego, Willy Gottlinga. Między dzielnicami miasta istniał swobodny przepływ ludności. Granice NRD zamknęła dopiero 13 sierpnia 1961 roku. Ostatnie strajki wygasły 20 czerwca. Bilans ofiar to co najmniej 50 ofiar śmiertelnych wśród demonstrantów i 10 zabitych policjantów. Liczba rannych szła w setki. Jeszcze bardziej bolesne dla uczestników bądź sympatyków powstania były represje po jego zdławieniu. Aresztowano około 6 tys. osób, z czego 1/3 wkrótce zwolniono, choć zapewne fakt zatrzymania odnotowano w ich aktach personalnych. Wśród aresztowanych było 3500 robotników i ok. 1800 pracowników umysłowych, chłopów i rzemieślników. Charakterystyczną cechą powstania, które stopniowo przekształcało się w wotum nieufności dla panującego reżimu, była nieobecność wśród demonstrantów środowisk inteligenckich i intelektualnych. Częste były przypadki deklarowania z ich strony poparcia dla władz.

 

Stali z boku

Zdławienie ulicznego zrywu spotęgowało falę ucieczek do Berlina Zachodniego. Kilka tysięcy osób oddało legitymacje partyjne, setki osób wykluczono z partii, a w instytucjach państwowych i na uczelniach doszło do czystek personalnych. Najwyżej postawioną ofiarą tych czystek był socjaldemokrata, minister sprawiedliwości Max Fechner, który nie obronił się przed zarzutem niedopuszczalnej w początkowym okresie powściągliwości organów ścigania. Został nie tylko usunięty z SED, ale i skazany na karę więzienia.
Kościół ewangelicki stał na uboczu zrywu ulicznego i bolesnych jego konsekwencji, a nawet odradzał udział w demonstracjach. Po przegranej, w kołach kościelnych mówiono o bezcelowości wszelkiego sprzeciwu i opozycji, bo władzy się nie pokona.

W NRD unikano przypominania daty 17 czerwca. Gdy już trzeba było ją zauważyć, mówiono o inspirowanym przez Zachód puczu. Wersję tę przyjęli nawet tak szanowani intelektualiści, jak: Anna Seghers, Bertolt Brecht, Stefan Heym, Erich Loest. Późniejszy znany dysydent, prof. Robert Havemann jeszcze długie lata twierdził, że w powstaniu miały swój udział elementy faszystowskie. W przeciwieństwie do wykładni SED, intelektualiści nie byli jednak bezkrytyczni i wskazywali na wewnętrzne, uzasadnione przyczyny niezadowolenia. Erich Honecker, w wydanej w 1980 r., liczącej 500 stron autobiografii „Aus meinem Leben”, kwituje 17 czerwca jakby mimochodem, w kilkudziesięciu zdaniach:

„Błędem okazało się przede wszystkim podwyższenie w sposób administracyjny norm. Wśród robotników wywołało to niezadowolenie. Ich zaufanie do partii i rządu uległo zakłóceniu. Na początku czerwca 1953 KC SED i Rada Ministrów podjęły kroki zmierzające do skorygowania błędnych decyzji, ustabilizowania gospodarki i poprawy poziomu życia ludzi pracy. Zanim jednak decyzje te mogły wejść w życie, uderzył przeciwnik. 17 czerwca 1953 w Berlinie i w kilku innych miastach doszło do przerwania pracy i do demonstracji. Wrogowie socjalizmu wykorzystali niezadowolenie pracujących, żeby podjąć próbę kontrrewolucyjnego puczu, od dawna przygotowywanego przez imperialistyczne wywiady i centrale agentów. Do oczekiwanego przez nich «strajku generalnego» jednak nie doszło. Gdy robotnicy zorientowali się, że kontrrewolucyjni prowokatorzy szaleją jak faszyści, szybko odcięli się od nich. W wielu zakładach zdecydowanie przeciwstawili się podżegaczom. Do akcji wkroczyły zbrojne organa NRD, wspierane przez stacjonujące w NRD radzieckie siły zbrojne. Przesądziło to o szybkim załamaniu się prób puczystów. Ugaszono potencjalne źródło kryzysu jako zapalnika konfliktów militarnych w centrum Europy”. Tak myślał Honecker jeszcze w 1980 roku.

 

Ponad strefami

Źródła zachodnie oceniają obecność zachodnich berlińczyków znacznie skromniej. W publikacji Ehrharta Neuberta znajdujemy podsumowanie: „W demonstracjach licznie uczestniczyli zachodnioberliczycy, którzy w większej liczbie napłynęli do sektora wschodniego, by wesprzeć demonstrantów. (…) małe ugrupowania polityczne wspierały propagandowo rewoltę z terenu Berlina Zachodniego, a media RFN i BZ odegrały dużą rolę w przekazywaniu informacji o rozruchach. Również ze strony odpowiedzialnych polityków nie brak było oświadczeń i deklaracji solidarności, jak również krytyki działań militarnych”. Autor nie uważa jednak, żeby mieszkańcy Berlina Zachodniego byli siłą sprawczą powstania. Dodam, że protesty poza Berlinem odbywały się już bez ich udziału, bo swoboda poruszania się istniała tylko w samym Berlinie.

Heiner Müller, naoczny świadek wydarzeń 17 czerwca, zanotował: „Przyłączyli się do manifestujących młodzi z Berlina Zachodniego. Liczne kolumny rowerzystów wmieszały się w tłum. Centralnym polem starć stał się Potsdamer Platz. Oczywiście, z całą pewnością również Zachód tutaj mieszał, to jasne, aczkolwiek zapewne nie tak skrajnie, jak to przedstawia Stefan Heym w swej książce. Pewne wydarzenia ukazał on wszakże trafnie. Nie ma się czemu dziwić, bo kto jak kto, ale on wie, co to jest CIA.” Radio było wówczas jedynym masowym łącznikiem między ludźmi, bo telewizja stawiała dopiero pierwsze kroki. W RFN zarejestrowanych było zaledwie 10 tysięcy telewizorów, a w NRD chyba nie było ani jednego.

Wyciągając wnioski z międzysojuszniczych uzgodnień, alianci zachodni w Berlinie od początku zachowali rezerwę wobec zaburzeń we wschodnim sektorze. Brytyjska policja wojskowa rozpraszała na granicy swego sektora większe zgromadzenia zachodnich berlińczyków. Podobnie postępowała policja amerykańska. Ponadto Amerykanie nie dopuścili do przekazania przez RIAS (amerykańska rozgłośnia radiowa) wezwania do strajku generalnego w NRD. Po zdławieniu buntu zorganizowali pomoc żywnościową dla ludności.

Świadome lekcji udzielonej 17 czerwca, władze NRD wytargowały od Moskwy tolerowanie bardziej liberalnego kursu, a także deklarację rządu radzieckiego z sierpnia 1953 r. o rezygnacji z wszelkich dalszych reparacji ze wschodniej strefy. W te same ślady poszła Polska. Zatroszczono się także bardziej o podniesienie stopy życiowej, o bogatszą ofertę towarów konsumpcyjnych, podwyższono świadczenia socjalne, złagodzono naciski na rolników i sektor prywatny w mieście. Jednocześnie w zakładach pracy zaczęto tworzyć bojówki partyjne. tzw. Kampfgruppen.
Na pierwszy krwawy zryw ludności w krajach demokracji ludowej Zachód zareagował sygnałem, że nie zamierza interweniować. Pozostał tej postawie konsekwentnie wierny, aż do rozpadu socjalistycznej wspólnoty.

 

List

Sensacją, która utrwaliła się w annałach historycznych, była postawa jaką zajął wobec buntu w NRD Bertolt Brecht /1898-1956/ niemiecki dramatopisarz, poeta, teoretyk teatru światowej sławy, autor m.in.: „Opera za trzy grosze”, „Matka Courage i jej dzieci”. Lewicujący, lecz nie wstąpił do rządzącej SED. Po pierwszym sygnale buntu Brecht skierował pisma do szefa Partii Waltera Ulbrichta, premiera Otto Grothewohla i do ambasadora ZSRR Władimira Semionowa, opatrzone zastrzeżeniami i wątpliwościami. List do Ulbrichta opublikował organ SED „Neues Deutschland” dopiero 21 czerwca, kiedy powstanie już dogorywało. Tekst, generalnie akceptujący kroki reżimu, dziennik ocenzurował usuwając zdanie „Obejmująca szeroką wymianę zdań rozmowa z masami co do tempa budowy socjalizmu, spowoduje usunięcie braków i zabezpieczy zdobycze socjalizmu”. Wydrukowano jedynie „Czuję potrzebę wyrazić w aktualnej sytuacji moją więź z SLD”.

Po zdławieniu powstania sekretarz Stowarzyszenia Pisarzy Kurt Barthel polecił rozprowadzać w Alei Stalina /tam zaczął się bunt budowlańców/ ulotki ze zdaniem: „Naród roztrwonił zaufanie rządu które może przywrócić tylko zdwojoną pracą”.

Brecht zareplikował wierszem „Lösung” (rozwiązanie), w którym znalazło się głośne później zdanie: „Czy nie byłoby lepiej, prościej zdecydować, że rząd rozwiąże sobie naród i wybierze nowy?”