Niekończąca się historia

Na naszych oczach „Polonia semper fidelis” zesrała się na rzadko pod działaniem społecznej rycyny. Pokolenie religii w szkołach odrzuca instytucję Kościoła katolickiego – pozwólmy sobie na tę generalizację, bo uprawniają do niej procesy odnotowywane w badaniach nie od dziś – jako bezdyskusyjny autorytet, bo widzi w niej podstawowe źródło opresji i zagrożenia dla wolności, a przy tym doskonale wie o takich jej nierozliczonych grzechach, jak choćby kościelna pedofilia.

Do niej dochodzi drenaż finansów państwa, walka z LGBT czy bezgraniczna pycha. Młode pokolenie wszystko to bardzo uważnie obserwuje i wyciąga krytyczne wnioski. Jego znacząca część odrzuca także zblatowaną z Kościołem władzę PiS. Masowe demonstracje młodych ludzi przeciw całkowitemu zakazowi aborcji mają cechy rewolucji pokoleniowej. Cele tej rewolucji nie spełnią się szybko, ale tzw. efekt demonstracji już się dokonał. Po raz pierwszy w trzydziesto już letniej historii sporu wokół kwestii prawa do aborcji znalazła się ona w tak bardzo szerokim kontekście. Choć kwestia ta stanowi punkt wyjścia i jądro protestu, to przecież nie tylko o nią chodzi. To protest dużej części młodego pokolenia przeciwko narastającemu duchowi katolicko-nacjonalistycznego rygoryzmu, który władza pospołu z Kościołem chce narzucić całemu społeczeństwu, protest przeciwko zaduchowi, który się wokół zagęszcza i który coraz bardziej, niczym pętla, zaciska się na gardłach. A młode pokolenie, między innymi dzięki internetowi i mediom społecznościowym uformowało się (niezależnie od bezpośrednich warunków życia) w warunkach stworzonych przez owe media, czyli w klimacie naturalnej swobody i indywidualnej wolności, także obyczajowej. Odrzucają represyjny rygoryzm narzucany im przez władzę należącą do pokolenia „dziadersów” i sterowaną przez „dziadersa wszystkich dziadersów”. Nie spełniły się obawy Barbary Stanosz ze stycznia 1993 roku, gdy tuż po uchwaleniu zakazu aborcji, snuła skrajnie czarną wizję pogodzenia się przez kolejne pokolenia z petryfikacją dusznego, rygorystycznego katolickiego porządku życia. Pokolenie urodzone w okolicach 1990 roku i później, jako pierwsze dało tak silne świadectwo sprzeciwu.

Zanim, w ramach puenty, wypadnie sformułować kilka uwag, wniosków i hipotez, warto przypomnieć – w niezbędnym skrócie – najważniejsze sekwencje tej „niekończącej się historii”. Najgorsze myśli i słowa cisną się na myśl, gdy sobie uzmysłowimy, że jednym z pierwszych aktów politycznych w „wolnej Polsce”, jeszcze u schyłku historycznego, przełomowego roku 1989, było otwarcie drogi ku ograniczeniu praw i wolności kobiet. Brzmi to jak ponury historyczny paradoks, ale działania te podjęła część tego obozu politycznego, którego przedstawiciele skandowali jeszcze w PRL, na ulicznych demonstracjach, hasło: „Nie ma wolności bez „Solidarności”.

Pierwsze zapowiedzi inicjatyw na rzecz zakazu aborcji pojawiły się po Okrągłym Stole, w okresie zarówno przed jak i po wyborach czerwca 1989. Inicjatywę ustawodawczą na rzecz zakazu aborcji, jako jedną z pierwszych podjął jesienią tego roku Senat, opanowany prawie w całości przez przedstawicieli Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego czyli ruchu „Solidarności”. Projektowi temu nadano nazwę „O ochronie prawnej dziecka poczętego”. Jeszcze jesienią 1989 inicjatywę w forsowaniu projektu przejęła świeżo wyłoniona radykalna partia nacjonalistyczno-klerykalna, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe. Odtąd, do stycznia 1993 roku, toczyła się burzliwa dyskusja społeczna, w której po obu stronach użyto chyba wszystkich możliwych argumentów. Przez te mniej więcej dwa i pół roku emocje wielokrotnie sięgały zenitu. Przeciwnicy zakazu przedstawiali wszystkie możliwe zagrożenia, jakie będzie nieść budowany przez solidarnościową prawicę, krok po kroku, projekt całkowitego zakazu aborcji. W pierwszych przymiarkach pojawiały się maksymalnie przerażające warianty ostatecznego kształtu ustawy, włącznie z zakazem rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych, wprowadzenia policji ginekologicznej czy karania za poddanie się aborcji więzieniem nie tylko lekarzy, ale także kobiet. W 1992 roku z inicjatywy Zbigniewa Bujaka powstał ogólnopolski ruch na rzecz referendum w sprawie karalnoścci za przerywanie ciąży. Jednak zdominowany przez prawicę Sejm zlekceważył ponad milion podpisów zebranych pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum i odrzucił go. Szczególnie silny sprzeciw wobec propozycji referendum zademonstrowała hierarchia i kler Kościoła katolickiego, którego agresywna walka z liberalnym prawem do aborcji, ciągle jeszcze w tym okresie obowiązującym na podstawie ustawy z kwietnia 1956 roku nadawała ton ogólnej atmosferze ostrego sporu, choć oczywiście uczestniczyli w niej politycy, publicyści i działacze społeczni ze wszystkich stron politycznej sceny. W którymś momencie toczącej się walki, osławiony projekt senacki , zwany często „lex Piotrowski”, od nazwiska senatora będącego głównym patronem inicjatywy, zabuksował i został odłożony na półkę. Nawet dla części zwolenników zakazu aborcji bezkompromisowy fundamentalizm tego projektu był trudny do przyjęcia. Inicjatywę przejęła sejmowa prawica, która przygotowała nowy projekt, w dużym stopniu pokrywający się z projektem senackim, ale nieco w stosunku do niego złagodzony. Projektowi nadano mniej ideologiczną, a bardziej rzeczową nazwę „O ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”, choć kolokwialnie zazwyczaj nazywano ją antyaborcyjną i wokół tego projektu burzliwa debata rozpętała się niejako na nowo. W tamtym czasie toczyła się głównie w mediach, bo jednym z jej charakterystycznych rysów był raczej marginalny charakter demonstracji i manifestacji o charakterze ulicznym. Projekt, zwyczajowo zwany od tego czasu „kompromisem” (choć w istocie nie był żadnym kompromisem, lecz najbardziej restrykcyjną w Europie ustawą dotyczącą aborcji), zawierającym trzy powszechnie znane przesłanki zezwalające na aborcję, został ostatecznie przyjęty 7 stycznia 1993 roku. Spór wokół ustawy trwał nadal, ale jej wejście w życie, po zatwierdzeniu przez Senat i podpisaniu przez urzędującego prezydenta Lecha Wałęsę sprawił, że debata nie przybrała już później ani wcześniejszego zasięgu, ani temperatury. W 1996 roku, rządząca od trzech lat większość parlamentarna zdominowana przez Sojusz Lewicy Demokratycznej dokonała liberalizacji ustawy, wprowadzając przepis umożliwiający aborcję ze wskazań społecznych. Nowelę podpisał urzędujący od roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Jednak rok później Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem Andrzeja Zolla orzekł o niekonstytucyjności wprowadzonej zmiany. Prawo aborcyjne powróciło więc do swojego kształtu nadanego mu w styczniu 1993 roku. Od tamtego czasu temat aborcji ciągle nawracał w dyskusjach medialnych, ale temperatura sporu nie sięgała już poziomu z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, poza epizodycznymi okolicznościami jak ta z 2003 roku, kiedy na polskie wody Bałtyku wpłynął tzw. „aborcyjny statek”, holenderski Langenort, należący do organizacji Kobiety na Falach, którego załoga stworzyła potrzebującym Polkom m.in. możliwość skorzystania z aborcji farmakologicznej. W żadnej z kolejnych kadencji parlamentu nie uformowała się większość, stwarzająca szansę na liberalizację ustawy. Taka szansa nie zaistniała nawet podczas drugich rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej w latach 2001-2005. Przez wiele lat środowiska lewicowe i kobiece podejmowały kwestię prawa do aborcji, ale nie było okazji politycznej do wielkiej debaty na ten temat, a w przestrzeni publicznej ukształtowało się określenie „kompromis” aborcyjny, termin fałszywy, mający sugerować, że obowiązująca ustawa jest rezultatem realnego konsensusu zawartego między środowiskami społecznymi. Treść rzekomego „kompromisu” zawierała się w generalnym zakazie przerywania ciąży, przy zachowaniu trzech wyjątków zezwalających na aborcję w trzech przypadkach – trwałego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, stwarzanego przez ciążę zagrożenia dla zdrowia i życia kobiety oraz w sytuacji, gdy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego. Publikowane od tamtego czasu oficjalne statystyki legalnie przerywanych ciąż są niskie, ale specjalistyczne raporty stale wskazują na wysoką statystykę aborcji nielegalnych, dokonywanych przez Polki zarówno w podziemiu aborcyjnym, jak i za granicą. Wraz z postępem farmakologii do pakietu metod przerywania ciąży doszły tzw. tabletki poronne. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że choć od czasu do czasu ponawiane były różne próby zaostrzenia ustawy dotyczącej aborcji, a zarówno Kościół katolicki, jak i katolicko-prawicowi publicyści nie rezygnowali z nawracania do tej kwestii, to do jesieni 2016 roku ani razu nie uległa zaognieniu, ani tym bardziej nie stanęła na ostrzu noża. Z kolei strona lewicowo-liberalna zasadniczo pogodziła się z ustawowym stanem rzeczy, sygnalizując co najwyżej szeroko odnotowywane zjawisko trudności piętrzonych na różnych poziomach przed kobietami podejmującymi próby skorzystania z prawa do aborcji w legalnych przypadkach. Jedną z przyczyn tych trudności była m.in. wprowadzona do prawa tzw. klauzula sumienia, pozwalająca lekarzom na odmawianie świadczenia usługi medycznej w postaci aborcji. Z kolei ani PiS w pierwszym, dwuletnim okresie swoich rządów (2005-2007), ani Platforma Obywatelska w swoim ośmioleciu (2007-2015) nie podjęły próby dokonywania zmian w ustawie, ani w stronę zaostrzenia, ani – tym bardziej – liberalizacji. PO i związane z nią media oficjalnie afirmowała tzw. „kompromis”. Z kolei w PiS co prawda zawsze istniała liczna grupa osób kierowanych silnym imperatywem doprowadzenia do całkowitego zakazu aborcji, ale przyjęła się opinia, że przywódca tej partii Jarosław Kaczyński jest temu przeciwny, o czym świadczył jego sprzeciw wobec forsowanego przez Marka Jurka próby wprowadzenia zakazu aborcji wprost do Konstytucji. Przez lata panowała opinia, że z jednej strony powoduje nim wzgląd pragmatyczny – obawa przed konfliktogennym charakterem tej kwestii, z drugiej – panowało też przekonanie, że Kaczyński nie jest do zakazu przekonany osobiście.

Czasami przywoływano jego słowa z lat dziewięćdziesiątych, z czasów aktywności ZChN, partii najusilniej dążącej do zakazu aborcji, że „droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez ZChN”. Co prawda od czasu do czasu podejmowane były inicjatywy na rzecz całkowitego zakazu aborcji, np. „Stop Aborcji” fanatycznej aktywistki Kai Godek, ale nie przyniosły one skutków. Do krytycznego zwrotu doszło jesienią 2016 roku, gdy po odrzuceniu lewicowego projektu liberalizacji prawa do aborcji zdominowany przez PiS Sejm przyjął do procedowania projekt ustawy skrajnie fundamentalistycznej katolickiej organizacji Ordo Iuris, całkowicie zakazującej aborcji. Projekt ten przewidywał nawet karanie kobiet za poddanie się aborcji, czego nie wprowadzono do ustawy z 1993 roku. Ofensywa Ordo Iuris i wyraźnie sprzyjająca jej postawa PiS wywołała potężny i rozległy protest społeczny, nazwany Czarnym Protestem lub protestem Czarnych Parasolek. W ciągu kilku pierwszych dni października doszło do masowych manifestacji i marszów w całej Polsce, głównie kobiet, ale także wspierających je mężczyzn. Ta niespodziewana erupcja społecznego gniewu i protestu objawiła się jako jedna z najpotężniejszych w najnowszej historii Polski, a na pewno po 1989 roku. 5 października 2016 roku, w dniu procedowania projektu Ordo Iuris, na trybunę sejmową wszedł prezes PiS i swoim wezwaniem spowodował, że inicjatywa ta została zablokowana i odrzucona. Koronnym argumentem, jakiego użył, był ten, że ustawa ta może doprowadzić w konsekwencji do skutków odwrotnych od oczekiwanych przez autorów projektu. Na cztery lata temat uległ względnemu uspokojeniu i można było mieć wrażenie, że nauczony doświadczeniem Czarnego Protestu Kaczyński wraz z większością środowiska PiS na trwałe już zadowolą się tzw. „kompromisem”, czyli ustawą antyaborcyjną w obecnym kształcie. Co prawda od pewnego już czasu czekało na rozpatrzenie przez tzw. Trybunał Konstytucyjny podpisane przez grupę posłów, głównie posłów PiS, zapytanie o konstytucyjność tzw. embriopatologicznej przesłanki pozwalającej na dokonanie aborcji, jednak przez kilka lat nie było ono rozpatrywane, co przypisywano woli samego prezesa PiS. Niektórzy uważali, że Kaczyński kieruje się wyłącznie względami pragmatycznymi, związanymi z sekwencją wyborczą, z kolei inni uważali, że nauczony niebezpiecznym doświadczeniem października 2016 nie przyzwoli już na próby zmiany ustawy. Jednak 22 października 2020 roku tzw. Trybunał Konstytucyjny pod kierownictwem silnie związanej politycznie z Kaczyńskim Julii Przyłębskiej orzekł, że przesłanka embriopatologiczna, zezwalająca na przerwanie ciąży z uwagi na nieodwracalne wady i choroby płodu jest niezgodna z Konstytucją. Wywołało to wspomniany, potężny protest społeczny o niespotykanym dotąd zasięgu.

Nie sposób przewidzieć jaki będzie dalszy przebieg i czas protestów, o ich skutkach w bliższej perspektywie nie wspominając. Już dziś można jednak sformułować garść wniosków.

Po pierwsze, znacząca część młodego pokolenia, a wśród protestujących dominują, z grubsza biorąc, młodzi ludzie urodzeni między rokiem 1990 a 2002, zakwestionowała symboliczne władztwo Kościoła katolickiego i tzw. tradycyjnych polskich wartości. Uczynili to na demonstracjach w formie werbalnej i ikonograficznej przesyconej przekazem ostrym, często czerpiącym z zasobu słownika wulgaryzmów, ale także pełnym dowcipu, sarkazmu, szyderstwa, ironii, świadczącym o zupełnie niezłym wyrobieniu kulturowym. Liczne hasła i happeningowe akty na protestach pokazują, że ta młodzież zna symboliczny zasób oficjalnych, kościelnych „świętości” i potrafi je okrutnie wykpić. Tak się stało n.p. w przypadku parodii ikonicznej sceny z patriotyczno – kościelno -„solidarnościowego” zasobu -zabitego „Janka Wiśniewskiego”, którego w grudniu 1970 w Gdyni demonstranci „na drzwiach ponieśli Świętojańską” – protestujący zastąpili kukłą kobiety.
Po drugie, skala i zasięg protestu przewyższyły skalę i zasięg Czarnego Protestu z października 2016, który przecież uznany został za masowy. Sceną demonstracji i marszów są zarówno duże i średnie miasta, jak i (co było novum) także wiele małych miasteczek.

Po trzecie, protest – obok ostrza antypisowskiego, czy antyprawicowego, przybrał także wyraźnie antyklerykalny, antykościelny, a fragmentami nawet antyreligijny charakter i koloryt. Doszło także do ataków na budynki kościelne i kilku przypadków wtargnięcia do nich. Można by rzec że w realu, na polskich ulicach potwierdziło się to, o czym mówi się o kilka lat i co potwierdzają badania socjologiczne – obecne pokolenie polskiej młodzieży jest pierwszym w historii Polski, które w tym stopniu, in gremio wzięło rozbrat z tradycyjną religijnością i obyczajowością, dzięki internetowi i mediom społecznościowym, w klimacie naturalnego poczucia wolności.

Wydaje się, że odwieczne hasło „Polonia semper fidelis” mające oznaczać splecenie polskości z katolicyzmem zaczyna przechodzić do historii. Polska młodzież trafnie dostrzegła właśnie we władztwie Kościoła katolickiego i zblatowanej z nią prawicy przyczynę deficytu wolności, którego pokolenie to po raz pierwszy tak boleśnie poczuło na własnej skórze. Trudno dziś przewidzieć dalszy przebieg i bezpośrednie skutki tego masowego protestu, ale jego wpływ na bieg spraw w Polsce w dłuższym dystansie czasowym będzie niewątpliwie niebagatelny.

O socjalny strajk kobiet

Po sześciu dniach protestu i Strajku Kobiet coraz częściej słyszy się w liberalnych mediach utyskiwania na „radykalizację nastrojów”. Na to, że niepokoje społeczne odbiją się na kondycji gospodarki, a także, że niosą one dodatkowe zagrożenie epidemiczne.

Opozycyjne elity próbują wykreować liderki ruchu kobiecego, które właśnie opublikowały swoje rekomendowane postulaty, wśród których dominuje bełkot w obronie systemu sądowniczego, zdemolowanego – wg ich opinii – przez PiS. Być może. W istocie rzeczy system ten nigdy nie był sprawiedliwy, bezstronny i politycznie neutralny. Zwłaszcza dla kobiet.

Zawsze wspierał solidarnościowe elity władzy i liberalny konsensus ekonomiczny za cenę wielkich społecznych nierówności. Popierał też tzw. konsensus aborcyjny, pomimo głośnych żądań liberalizacji przepisów.
Liberałowie zapomnieli, dlaczego stracili władzę. Stracili ją, ponieważ wiele grup społecznych miało dość ekonomicznego statusu ludzi drugiej kategorii. Zdominowany przez liberałów sejm śmiał się, kiedy mówiono w nim o głodujących w Polsce dzieciach. Był obojętny na postulaty dotyczące wyższych i równych płac. Wykazał się kompletną arogancją, wyrzucając do kosza dwa miliony podpisów w sprawie referendum dotyczącego skrócenia wieku emerytalnego. Wcześniej bez pytania podniósł wiek emerytalny kobiet o 7 lat. Liberalna władza likwidowała szkoły i żłobki oraz doprowadziła do całkowitej niewydolności służbę zdrowia.

To wszystko otworzyło prawicy i PiSowi drogę do władzy w 2015 roku. I wtedy nagle okazało się, że dochód narodowy można jednak podzielić inaczej, że można wydać miliardy złotych na program 500 plus, który nie tylko dociera do najuboższych grup społecznych, ale w większości także prosto do rąk kobiet; że można podnieść wynagrodzenia minimalne i obniżyć wiek emerytalny. To wszystko jest z ekonomicznego punktu widzenia istotniejsze nawet dla kobiet niż mężczyzn. Bo to kobiety ekonomicznie i politycznie są w Polsce upośledzone, są traktowane jako grupa gorszego sortu.

Na ulicach wrze. W zdecydowanej większości protestują właśnie kobiety. Jeżeli rząd w 95 proc. składa się z mężczyzn, sejm t w 72 proc. mężczyźni, Trybunał Konstytucyjny w 86 proc., a episkopat oczywiście w 100 proc. ; jeżeli kobiety zarabiają przeciętnie 20-30 proc. mniej od mężczyzn, to chyba nie ma wątpliwości, że ten system nie wymaga poprawy, naprawy czy jakiegoś delikatnego liftingu. On w całości jest do „wyjebania”. „Jebać PiS”? Owszem, ale także „jebać nierówności społeczne”, „jebać demokrację parlamentarną mężczyzn”, „jebać wyzysk pracy kobiet i niskie zarobki”!
„Jebać kapitalizm”!

Kinga Krzysztofiak
Stanisław Krastowicz
Joanna Malinowska

Gdzie ja jestem?

Ostatnio, kiedy budzę się rano i przypominam sobie wydarzenia poprzedniego dnia, nie mogę uwierzyć, gdzie jestem. Przeżyłem końcówkę przedwojennych rządów Sanacji, wszystkie powojenne rządy i zmiany ideologiczne, do których te rządy musiały się dostosować, ale od pięciu lat czuję się zagubiony.

Po raz pierwszy w tym okresie dożyliśmy sytuacji, w której stworzono warunki do zgromadzenia w ręku jednego człowieka większości atrybutów władzy. Człowiek ten stoi wprawdzie na czele największej partii uprawnionej wynikami wyborów do tworzenia rządu, ale – formalnie i logicznie – nie ma prawa do narzucania swoich poglądów nawet tym, którzy mu pomagają. A już na pewno tym, którzy nie są jego zwolennikami.

Manewry sejmowe

Ostatnie manewry w naszym sejmie coraz bardziej przypominają kabaret, I to – excusez moi – zdecydowanie bliższy „Pożarowi w burdelu”, niż niezapomnianym „Starszym Panom”.

Autokracja, o której grzechach niedawno pisałem na tych łamach, wychodzi jednak w Polsce szybciej niż myślałem z wieku niemowlęcego, i staje się niebezpiecznym młodzieńcem. Osobiste upodobania szeregowego posła stojącego na czele wspomnianej rządzącej partii, stają się nienaruszalną wytyczną dla wszystkich, którzy tą partię wspierają. Niektórzy próbują się buntować. Ale nawet, jeśli dbając o własne korzyści w końcu się dogadują, to rysa na tym obrazie pozostanie głęboka, krwawiąca i trudna do zagojenia.

Ktoś powie – zaraz, zaraz! Za czasów PRL też mieliśmy pełną autokrację, najpierw Gomułki a potem Gierka. Niezupełnie. Ona była słabsza, mimo „opieki” wielkiego sąsiada. Tak to wygląda teraz, w pisanej przez rządzącą partię nowej, patriotycznej historii Polski. Jednak dzierżący władzę „pierwsi sekretarze” musieli się liczyć z głosami komitetu centralnego i biura politycznego, w których panowały różne poglądy. Teoretycznie obecny pierwszy sekretarz, – pardon – prezes, też ma grupę mędrców zgrupowanych wokół siebie, ale jej członkowie dysponują tyko nieśmiałym głosem doradczym. Jego głos jest decydujący, wszyscy powtarzają to, co raczył powiedzieć.

Gwardia

Autokracja w Polsce od 2005 roku staje się coraz bardziej wyraźna i powoli wzbogaca o atrybuty charakterystyczne dla autorytaryzmu i dyktatury. Jeśli „służby” potrafią wejść o 6 rano do mieszkania objętego immunitetem sędziego, licząc zapewne na poczęstowanie poranną kawą, to narusza się granice nie tylko wyznaczone konstytucją, ale także podstawowe zasady demokracji. Przekracza się cienką. czerwoną linię, dzielącą autokrację od jeszcze słabego autorytaryzmu, stanowiącego przedsionek dyktatury. Ten pozornie drobny „incydent” spowodował, że zmieniłem zdanie co do szybkości niszczenia naszej demokracji.

Znowu słyszę głosy protestujących. Co to za bzdury? Nadgorliwość paru panów nie może być podstawą wyciągania takich wniosków!

A jednak, moim nieważnym zdaniem, może i powinna. Dyktatury nigdy nie powstawały tylko w oparciu o siłę i charyzmę jednego człowieka, który na początku mógł mieć najlepsze zamiary. Żeby stać się dyktatorem, trzeba mieć nie tylko poparcie, ale też zapewnioną współpracę znacznej liczby ludzi, którzy albo bezkrytycznie lub bezmyślnie wierzą w słuszność wprowadzanego systemu i geniusz przywódcy, albo zaspakajają swoje ambicje, albo liczą na znaczące materialne korzyści. Ich wartość moralna jest więc zróżnicowana, ale wartość wykonawcza zależy od ich zdeterminowania, i skuteczności działania. Ważne dla rodzącego się autorytaryzmu i dyktatury jest to, co i jak posłusznie robią, a nie, dlaczego to robią. Mają być i zwykle są wierną gwardią.

Pożądana koncentracja wysiłków

Moje poranne rozterki wynikają też z faktu, że nie dostrzegam koncentracji naszej zmieniającej skórę władzy na tym, co – moim zdaniem – powinno być dla nas teraz i w najbliższej perspektywie naprawdę ważne. Wydaje mi się, że rozsądna władza powinna obecnie skupiać swoje siły na czterech problemach:

Jak dotrwać do końca pandemii z możliwie najmniejszym stratami ludzkimi i materialnymi? Jak zwalczyć związany z tym żenujący bałagan organizacyjny i kompetencyjny widoczny np. w dostępności szczepień na grypę i pneumokoki? Jak eliminować możliwość powtórzenia tego bałaganu i zapewnić dostępność i sprawność szczepień na koronawirusa w chwili, w której będzie można już kupić odpowiednie szczepionki?

Co robić, aby przetrwać w możliwie najlepszej formie światowy kryzys ekonomiczny, który potrwa co najmniej 3 – 5 lat? Jak jeszcze bardziej ułatwić podejmowanie inicjatyw gospodarczych? Jak zahamować odpływ z kraju najlepiej wykształconej młodzieży, która powinna być trzonem tej przedsiębiorczości?

Jak zmienić negatywne nastawienie do Polski, przez nas wywołane i panujące obecnie w krajach Unii Europejskiej? Jak w spokojny sposób zakończyć niszczenie niezależności polskiego wymiaru sprawiedliwości? Z jakich – od początku bezsensownych –wycofać się działań, stanowiących podstawę poglądu, że Polska nie jest państwem praworządnym? Zrezygnować z absurdalnych twierdzeń o istnieniu ideologii LGBT i zapewnić ludziom o „nienormatywnej” orientacji seksualnej poszanowanie i ochronę ich praw obywatelskich.

Jak ponownie poprawić stosunki z Rosją i wejść szerzej na jej rynek? Wycofać się z fantazji smoleńskich, lub przedstawić naukowo udowodnione fakty, które będą uznane przez krajowych i zagranicznych specjalistów z dziedziny lotnictwa. Nie negując faktów historycznych – przestać ciągle wracać do „noża w plecy” i innych krzywd wyrządzonych nam przez nieistniejący od dawna Związek Radziecki. Rozwinąć ponownie wymianę kulturalną i turystyczną z republikami Federacji Rosyjskiej.

Na tym bym się skoncentrował, gdybym miał cokolwiek do powiedzenia. Ale w warunkach autokracji – nie mam, podobnie jak miliony Polaków. Mam za to teatr udawanych rozwodów partyjnych, festiwal hurrapatriotycznych imprez i wystąpień notabli, sławiących naszą nieomylność i nieustające sukcesy. Mam też podziwiać ściganie domniemanych przestępców wśród opozycyjnych partii i grup społecznych, osłanianie „swoich i nieustanny, rekordowy „skok” na państwową kasę.

Mam jednak także resztki nadziei. Nadziei na to, że ogłupianie mniej wykształconej części narodu państwową i często jedyną dostępną telewizją, przyniesie w końcu odwrotny do zamierzonego skutek. Coraz więcej ludzi zacznie dostrzegać różnice między pięknymi słowami i czynami, między opowiadaniami o „misji”, a walką o władzę, traktowaną jak ulubiony narkotyk i niewyczerpane źródło dużych dochodów.

Trauma po państwie z dykty

W ostatnią dobę na koronawirusa zmarły w Polsce 32 osoby, czyli niemal tyle osób co w całym marcu i tylko o 3 osoby mniej niż łącznie przez całą pandemię w 95 mln Wietnamie.

To wszystko dlatego, że polski rząd oszczędza.Oszczędza na zasiłkach dla rodziców, więc robi wielki eksperyment, jako jedyny w Europie otwierając wszystkie szkoły jednocześnie w pełnym wymiarze. Oszczędza na maseczkach, bo wszędzie powinny już stać maseczkomaty. Oszczędza się na publicznym zdrowiu i to od lat, więc przy rosnącym natężeniu nowych chorych długo ten system nie pociągnie i ofiar będzie jeszcze więcej.
Premier rządu, który ogłaszał koniec pandemii, politycy, którzy wcale nie noszą masek, zdolny w kolesiostwie minister zdrowia…

Ten kraj dzięki prawicy jest wyłącznie wielką parodią społecznej odpowiedzialności. A tymczasem Polska cierpi na traumę i PTSD po Leszku Balcerowiczu, po masowej prywatyzacji i bezkarnym zniszczeniu państwa. W żaden sposób tego nie przepracowano.

Dlatego tak trudno, mimo najlepszych argumentów formułowanych także przez Lewicę, jest uwierzyć w państwo i w autentyczną wspólnotę. Dlatego prawie nikt nie wierzy w związki zawodowe, które tylko przyglądały się transformacji i umożliwiły zabicie tego państwa. Dlatego króluje prywata i to wcale nie jako styl życia burżua (bo przecież prawie nikogo na to nie stać), lecz jako sposób myślenia o sobie samym. To trauma tak głęboka, że z jednej strony pragnie się powrotu państwa, ale z drugiej w ogóle już się w to państwo nie wierzy.

Lewica boi się więc zaproponować państwową własność czegokolwiek. Pracownicy czują się bliżsi drobnym właścicielom niż sobie nawzajem. Wszyscy nie chcą i brzydzą się wszelkich podatków, ale bardzo chcieliby dostać coś od państwa, tylko też błagają, żeby nie z podatków.
I tak tkwimy w dziurze po państwie. Złaknieni jakiejkolwiek wersji państwowości konformiści całują więc stopy Jarosława Kaczyńskiego za 500+ i przymykają oko na prywatyzację emerytur byle tylko choć na chwilę poczuć smak… Państwa.

Bezprawność i bezprawie

Szewc Fabisiak rozróżnia te dwa pojęcia uważając, że bezprawność polega na podejmowaniu działań niezgodnych z prawem natomiast bezprawie oznacza wprowadzanie w życie takich aktów prawnych, które są niezgodne z obowiązującym prawem.

Przykładów działań bezprawnych namnożyło się w ostatnich latach aż tyle, że na wymienienie wszystkich z nich mogłoby nie starczyć łamów Trybuny. Szewc Fabisiak przypomina, że początek tej dobrej zmianie dały dwie decyzje prezydenta a mianowicie ułaskawienie Mariusza Kamińskiego przed wydaniem przez sąd prawomocnego wytoku oraz zaprzysiężenie wybranych z naruszeniem prawa sędziów Trybunału Konstytucyjnego. I później potoczyła się lawina, która wartko toczy się dalej.

Ostatnio dzięki orzeczeniu warszawskiego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na forum publiczne powróciła sprawa prezydenckich wyborów korespondencyjnych. Sąd uznał, że decyzja premiera zobowiązująca Pocztę Polską do przygotowania wyborów prezydenckich w trybie korespondencyjnym w rażący sposób naruszyła prawo. Jak można było przewidywać, orzeczenie sądu nie znalazło zrozumienia w czołowej partii rządzącej w odróżnieniu od jej koalicyjnych partnerów. Doszli oni bowiem do wniosku, że prawo ma być równe dla wszystkich wyłamując się tym samym z koalicyjnych kanonów. Jest to racjonalne z ich punktu widzenia, gdyż, jak zauważa szewc Fabisiak, głupotą byłoby branie na siebie współodpowiedzialności za nieswoje decyzje i działania. Zwłaszcza, że to w końcu Jarosław Gowin uratował obóz rządzący przed wyborczą kompromitacją. Swoje wygrał też Zbigniew Ziobro bynajmniej nie dlatego, iżby miałby być konsekwentnym zwolennikiem równości wobec prawa, lecz z tego powodu, że wyczuł tu okazję aby zyskać dodatkowy mocny punkt w rywalizacji z premierem Morawieckim.

Pisowscy idą jednak w zaparte powtarzając po raz kolejny, że rząd działał w warunkach wyższej konieczności spowodowanej wirusową epidemią. Szewc Fabisiak uważa jednak, że taka argumentacja nie trzyma się przysłowiowej kupy. Mogłaby ona mieć jakiś tam ślad uzasadnienia, gdyby wprowadzono w kraju stan nadzwyczajny dający władzy uprawnienie do podejmowania różnych niekiedy dziwnych decyzji. Jednak przed wprowadzeniem takiego stanu partia PiS broniła się wszystkimi kończynami zdając sobie sprawę z tego, że majowe wybory stwarzają największą szansę na ponowny wybór Andrzeja Dudy być może nawet w pierwszej turze. Orzeczenie sądu jak również opór koalicjantów zmusiły PiS do wycofania się z bezprawnej ustawy o bezkarności. Bezprawnej, gdyż w Polsce póki co obowiązuje zasada, iż prawo nie działa wstecz w związku z tym każdy, kto podejmuje niezgodne z prawem decyzje i działania musi liczyć się z konsekwencjami a nie oczekiwać tego, że po fakcie zostanie uniewinniony.

Inną normą, która powinna być przestrzegana w państwie szanującym swoje własne prawo jest ochrona praw nabytych. Normę tę złamano w przypadku tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Była ona powszechnie krytykowana za to, że kieruje się zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Zwrócił na to uwagę również Sąd Najwyższy uznając, że każdy przypadek umniejszania świadczeń emerytalnych należy rozpatrywać indywidualnie. Jednakże zdaniem szewca Fabisiaka nie tu tkwi istota problemu. Jak twierdzi, to kto pełnił jaką funkcję i jakich dopuszczał się czynów nie powinno w żaden sposób wiązać się z wysokością emerytury czy renty. Są to bowiem dwa odrębne byty prawne. Jeśli ktoś w przeszłości popełnił jakiś czyn niezgodny z prawem, to powinien za to odpowiadać przed niezawisłym i bezstronnym sądem a emerytura nie ma nic do tego. Jednak osoby ogarnięte antykomunizacyjnym amokiem widzą w tej niedoszłej ustawie przejaw sprawiedliwości dziejowej. Typowym przykładem takiej argumentacji może być wypowiedź jaką w emitowanym w TVP info Studiu Polska udzielił jego stały uczestnik pan Adam Borowski. Stwierdził on mianowicie, iż działające w PRL służby specjalne pracowały na rzecz obcego mocarstwa. Idąc śladem tej absurdalnej logiki należałoby poobcinać emerytury i renty również kadrze zawodowej wojska a idąc dalej także pracownikom państwowej, bo przecież podległej ZSRR administracji. Chyba, że wojsko oraz administracja było wyjęte spod sowieckiej okupacyjnej kontroli co z kolei nijak nie przystaje do teorii o całkowitej podległości Moskwie. Oba omawiane powyżej gnioty prawne są dowodem na bezprawność i bezprawie, które na szczęście udało się zahamować dzięki interwencji sądów – podsumowuje swoje spostrzeżenia szewc Fabisiak.

Państwo zawłaszczone

Zagęszcza się sytuacja polityczna w Polsce. Do obiektywnych czynników — takich, jak światowa pandemia i nieuchronny kryzys gospodarczy wywołany już pierwszą falą zachorowań (strach pomyśleć co zrobi druga) dochodzą zawirowania w obozie władzy i nieporadność całej opozycji w budowaniu nowej, atrakcyjnej narracji, którą mogliby „kupić” wyborcy.

Każdego dnia media – jeszcze niezawłaszczone przez rządzących – przynoszą sygnały świadczące, że realizowany przez PiS model partii klientowskiej, nie masowej, daje określony efekt – obsadzanie przez członków rodzin polityków rządzącej partii różnych stanowisk, zawsze bardzo dobrze płatnych, w spółkach skarbu państwa i innych państwowych instytucjach.

Krańcowo bezczelnym posunięciem było nominowanie żony jednego z młodszych polityków rządzącej partii, osoby bez żadnego doświadczenia w biznesie, osoby, której wykształcenie nie miało nic wspólnego z ekonomią na stanowisku prezesa Państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu. To ta agencja miała być siłą sprawczą w reaktywowaniu Stoczni Gdańskiej,

Skala tego przekrętu była tak wielka, że nawet PiS doszedł do wniosku, że to za dużo, za daleko posunięta korupcja polityczna i decyzję po kilku dniach wycofano. Ale trudno, tego nie da się zatrzeć w pamięci, to zostaje. Zwłaszcza że to tylko wierzchołek góry lodowej – cała reszta podobnych decyzji zostaje i wielu innych, równie wybitnych fachowców zajmuje różne ważne stanowiska decyzyjne w gospodarce.

Nie będę zajmował się poszczególnymi sprawami, może lepiej spojrzeć na całość, popatrzeć na państwo jako system, jako na taką całość, której każda część winna przyczyniać się do realizacji celu, stojącego przed tym systemem.

Padło wyżej słowo korupcja – samo słowo pochodzi od łacińskiego słowa corruptio. To oznacza psucie. Korupcja polityczna to psucie państwa. Korupcja polityczna opiera się takich zachowaniach urzędników państwowych, w których kierują się oni korzyścią własną, a nie interesem państwa.

Można prześledzić, jak kształtowały się poglądy na korupcję, poczynając od starożytności, przez oświecenie do współczesności. Wszystkich zainteresowanych zachęcam do przeczytania krótkiego tekstu Antoniego Z. Kamińskiego w tomie „Socjologia ekonomiczna – przewodnik” pod redakcją Witolda Morawskiego wydanym w 2018 roku przez PWN.

To, z czym mamy do czynienia w Polsce, ta skala nepotyzmu i korupcji uzasadnia, by nazwać ten stan zawładnięciem państwa (state capture). To coś więcej niż zwykła korupcja administracyjna; ta występuje wszędzie, różni się tylko skalą i głębią. Zawładnięcie państwa to pojęcie tłumaczące używane już wcześniej w publicystyce pojęcie „państwa mafijnego”.

Skala i głębia powiązań pomiędzy aparatem władzy a prywatnym interesem jego urzędników jest taka, że możemy mówić o państwie mafijnym. Stworzony został precyzyjny system umożliwiający rządzącym załatwianie swoich interesów w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, w przekonaniu, że „ich” system wymiaru sprawiedliwości, rządzony przez ich przedstawiciela nie zrobi im krzywdy.

I nie robi! Przykładów aż nadto — z ostatnio podjętą próbą wpisania do przepisów prawa normy, gwarantującej bezkarność urzędników państwowych za działania sprzeczne z obowiązującym prawem.

Przegrane wybory prezydenckie oznaczają, że po uregulowaniu swoich wewnętrznych spraw Jarosław Kaczyński domknie system. Państwo zostanie zawłaszczone do końca w takich procedurach, że nikt, nawet UE nie będzie miała możliwości do skutecznego przeciwstawiania się. No może poza „wyrzuceniem” Polski ze struktur unijnych. Ale to byłoby spełnienie marzeń rządzącego Polską prezesa.

I na koniec nie spekulacje, nie odsyłanie do wielkich myślicieli i teoretyków — a konkret. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej dysfunkcjonalnego dla systemu, jakim jest każde państwo, nawet nasze, niż różnica w wielkości nakładów, po prostu ilości pieniędzy, jakie państwo przeznacza na Główny Inspektorat Sanitarny i — dajmy na to — Instytut Pamięci Narodowej.

Wydawało mi się, że mnie już nic nie zdziwi, ale myliłem się. Instytut Pamięci Narodowej – instytucja ważna, ale nie najważniejsza, ma budżet sześciokrotnie większy niż GIS: na IPN państwo daje ponad 460 milionów złotych a na PiS 60 i trochę…

Tego nie da się wytłumaczyć, to więcej niż głupota. Słów brakuje…

Czy sądy są PiSowi rzeczywiście potrzebne?

Jeśli przyjrzeć się dokonywanemu przez PiS rozbiorowi sądownictwa, coś mi tu nie gra. Po co właściwie PiSowi sądy? Pytanie wydaje się absurdalne, lecz tylko z pozoru. Partia mająca w nazwie kluczowe dla społeczeństwa pojęcia: prawo i sprawiedliwość, doskonale radzi sobie z wymierzaniem swoiście pojętej sprawiedliwości poza obiegiem procedur sądowych.

Arbitralna wola ponad wyrokami sądów

PiS niczym ruski tank, z rykiem propagandowych silników prze ku całkowitemu przejęciu i poddaniu swej kontroli systemu sądownictwa. To główne na tym etapie zadanie grupy trzymającej władzę. Cel wydaje się oczywisty; za pomocą sądów utrwalać władzę przedstawicieli pisowskiego ludu i niczym rasowi bolszewicy nigdy raz zdobytej władzy nie oddać. Popatrzmy jednak na dorobek legislacyjny pisowskiego rządu. Gdy przypomnimy sobie jak PiS w ferowaniu konkluzji, stanowieniu karykatur ustaw, decyzji o charakterze represyjno-odwetowym, obywało się bez wyroków sądowych, ignorowało je lub obchodziło bokiem, dostrzegamy naraz, że ugrupowanie Jarosława Kaczyńskiego właściwie sądów nie potrzebuje (!). Sądem najwyższym i ostatecznym orzecznikiem jest jego osobista wola realizowana przez posłusznych i sterroryzowanych dworaków. Ta arbitralna wola nie potrzebuje oparcia o prawno-sądowe zaplecze, choć niewątpliwie komfortowo byłoby czuć bezpieczeństwo płynące z świadomości, że w razie potrzeby ma się za sobą sędziego o złamanym kręgosłupie.

Sądy sądami, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie

Jak więc w praktyce pisowscy demolatorzy państwa prawa rozstrzygali sprawy bez udziału sądów i instytucji wymiaru sprawiedliwości. W 2004 r. PiS jeszcze nie rządził, ale to w tamtejszych gronach firmowanych twarzą mgr Zbigniewa Ziobry wyprodukowano wyrok w sprawie afery Rywina, a sejm większością głosów przyklepał pisowską wersję ogłaszając co jest prawdą, a co nie jest. Sejm z inicjatywy pisowskiego grona wyręczył sądy, oskarżając czołowych polityków SLD w procesowo niedowiedzionej korupcji. Co charakterystyczne: jednak po przejęciu władzy przez PiS i objęciu stanowiska ministra sprawiedliwości przez Ziobrę, żadne postępowanie sądowe przeciw kierownictwu SLD w tym kontekście nie zostało wdrożone. Powód? Pisowscy łowcy głów dobrze wiedzieli, że droga sądowa nie doprowadzi ich do politycznego celu jakim było zniszczenie politycznego konkurenta.

Pamiętna, choć i nieco zapomniana sytuacja ignorowania przez PiS niewygodnych wyroków sądowych i zarazem zastępowania ich decyzją pisowskiego funkcjonariusza, zaistniała w 2005 r. podczas kampanii prezydenckiej. Knujący wówczas przeciw Donaldowi Tuskowi Jacek Kurski wyraźnie zapędził się nie tylko z ,,dziadkiem z Wehrmachtu”, lecz i rzekomo nielegalnym finasowaniem przez PZU bilbordów Tuska. Lech Kaczyński wsparł Kurskiego w tych niedorzecznych oskarżeniach, a sąd obydwóm nakazał przeproszenie Tuska, co resztą nigdy nie nastąpiło. W rozmowie w TOKFM sprawujący już funkcję ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Ziobro powiedział wówczas rzecz karygodną: ,,jeśli ktoś głęboko nie zgadza się z wyrokiem sądu, ma poczucie niesprawiedliwości, nie musi go wykonywać”. Trudno o lepszą drogę ku demolowaniu społecznego odbioru prawa i praworządności, ku demoralizowaniu obywateli i podważaniu zaufania do aparatu sądowego. W praktyce wiec prawomocny wyrok sądu został podważony przez publicystyczną wypowiedź pisowskiego działacza.

Sytuacji ignorowania i podważania wyroków sądowych podczas 5 lat rządów PiS zebrało się całkiem sporo. Już nie tylko prokurator generalny i kandydat na prezydenta, lecz i kancelaria premier Beaty Szydło, ustami Beaty Kempy, odmówiła wykonania obowiązku publikacji wyroku TK w sprawie list poparcia kandydatów do neo KRS, a kancelaria sejmu wyroku TSA w sprawie nieprzekazania tychże do Sądu Okręgowego w Olsztynie. Szczytem pogardy dla prawa i wyroków sądowych stała się zapowiedź szefowej kancelarii sejmu, że wraz z prawnikami przeanalizuje wezwanie do sądu i zastanowi się, co z nim zrobić. Cyniczny obrońca po pisowsku rozumianej praworządności Stanisław Piotrowicz przekonywał, że decyzja pisowskiego zresztą szefa GUS jest ważniejsza od uchwały SN i dlatego nie może ona być brane pod uwagę. Jeśli w sprawie list poparcia do KRS poseł Tadeusz Cymański wyraził pogląd, że to społeczeństwo powinno zdecydować o tej kwestii, to jest już to nie tylko prymitywny populizm, cynizm, ale i pospolita głupota tego polityka, choć nie tylko jego, bo wyraźnie nawiązywał tymi słowami do kuriozalnej wypowiedzi Kornela Morawieckiego o dobru narodu, które ma stać ponad prawem (!). Tylko gdzie w tej niedorzecznej rzeczywistości kreowanej przez PiS miejsce na praworządność i szacunek do orzeczeń sądowych ? Tymczasem ośmielony pozasądowymi rozstrzygnięciami i bezprawnymi procedurami starszych kolegów Patryk Jaki podważał na komisji sejmowej ds. reprywatyzacji prawomocne wyroki sądu, a inny młodociany aktywista partyjny o nazwisku nie wartym przytoczenia, sprawdzający się na odcinku bycia wiceministrem twoerdził, że ma w nosie orzeczenie 60 sędziów SN i ma dość ,,tych inteligenckich glindzeń” . Czy nie bolszewia w krystalicznej postaci? Tak wiec przedstawiciele władzy wykonawczej śmią oceniać uchwały SN i twierdzić, że są nieprawomocne, a nawet sprzeczne z Konstytucją (!). Tak tez robił Morawiecki i Ziobro, choć ich pseudo oceny były dokonywane poza jakimkolwiek trybem proceduralnym.

Inny przypadek omijania procedur sądowych to tzw. ,,zbrodnia smoleńska”. Antoni Macierewicz nie raz z naciskiem i determinacją mówił o zamordowaniu prezydenta Lecha Kaczyńskiego i 98 pasażerów lotu do Smoleńska, wskazywał na 27 kolejno prezentowanych wersji dokonania tego zamachu i sugerował kto zaangażowany był w jego wykonanie. W PiS bynajmniej nie traktowano Antoniego jak szaleńca. Przeciwnie, wszyscy bardziej lub mniej uzasadniali jego racje lub sugerowali to. Sam Kaczyński jednoznacznie wspierał zamachowe teorie mówiąc o ,,ohydnej zbrodni” lub zwracając się do opozycji: ,,zamordowaliści mi brata”. W 2015 r. PiS przejął władzę i dokonał skoku na sądownictwo. I co z tego wynikło dla skazania rzekomych zbrodniarzy smoleńskich ? Nic, bo pisowcy wiedzą, że nawet posłuszny im sąd nie będzie w stanie wykazać zaistnienie tu czynu przestępczego, który doskonale posłużyłby budowaniu mitu prezydenta, by znów posłużyć się słowami Antoniego – ,,bohatersko poległego pod Smoleńskiem w obronie Ojczyzny”.

Kaczyński zaufania nie ma do nikogo. Nie ufa nawet uległym sądom. Wizerunkową katastrofą PiSu byłoby orzeczenie sądu o zaistnieniu zwyczajnej katastrofy komunikacyjnej. A jeśli zdarzyłoby się, że sądowo udowodniono by, że to nie Donald Tusk czy Arabski winni są niedopatrzeń i lekceważenia procedur, a wina leży po stronie urzędników kancelarii prezydenta, jak choćby Jacek Sasin ? Dlatego pisowcy opętani wizją największego w historii zamachu, nie odwołują się do sądów, a powołują i utrzymują za ogromne pieniądze, dyletancką jak cały PiS, podkomisję złożoną z entomuzykologów, akustyków, antropologów, architektów, weryfikatorów komisji wyrzucającej z armii doświadczonych, najlepszych oficerów i innych dziwaków, specjalistów od zgniatania puszek, rozgotowywania parówek i wykańczania Caracali. Inna sprawa, że i to groteskowe grono, podobnie jak i sąd, nie jest i nie będzie w stanie dowieść prawdziwości obłąkańczych wizji zamachowych. Jednak w odczuciu połowy społeczeństwa wyrok w tej sprawie zapadł, a niedowiedziona nigdy w sądowej procedurze ,,zbrodnia” na długo podzieliła Polaków.

Budzący głębokie zatroskanie ogromnej części Polaków prezydent Andrzej Duda także nie dał szans sądowi na wykazanie się w sprawie przeciw Michałowi Kamińskiemu oskarżonemu o uciekanie się do bezprawnych, zabronionych prowokacji jakie stosowało kierowane przez niego CBA. Ten czołowy aktywista partyjny, siedziałby bezwarunkowo gdyby nie absurdalna i wręcz karykaturalna interwencja Dudy, który z dziecięcą beztroską, kompromitującą go jako prezydenta i polityka, oświadczyło swojej intencji wyręczenia sądu. Wypowiedział te słowa po swoim kuriozalnym ułaskawieniu Kamińskiego jeszcze przed wydaniem prawomocnego wyroku sądowego.

Mając tak nonszalanckie i pogardliwe podejście do praworządności i takie kadry zapewniające bezkarność poprzez ignorowanie wyroków sądowych lub też pomijanie procedur sądowych, faktycznie nie sposób nie zastanawiać się czy cały mozolny i konfliktogenny proces zagarniania sądownictwa pod swoją całkowitą kontrolę, jest dla PiSu grą wartą świeczki.

Oskarżenie bez żadnego trybu

Ale co powiedzieć na wyręczenie sądów w kwestii ustawy represyjnej, nazywanej przez odrażającą pisowską propagandę ustawą dezubekizacyjną? Pisowscy aparatczycy nazywają dotkniętych nią oprawcami, łotrami i ubekami. Powiedzmy sobie, że faktycznych ustawa ta ubeków dotyczy najmniej lub w zerowym stopniu. To ludzie, którzy albo nie żyją od dawna lub są przed setką i jest ich mikroskopijna garstka, którym ustawa i tak nie czyni krzywdy bo redukcja emerytur wynikająca z ustawy nie dotyka ich z powodu posiadanych przez nich tych świadczeń już na minimalnym poziomie. Dotyczy natomiast 50 tys. osób, takich jak zasłużeni dla III RP generałowie Adam Rapacki twórca CBS, Sławomir Petelicki, założyciel i dowódca naszej chluby – GROMu, Gromosław Czempiński, któremu Polska zawdzięcza umorzenie 16 mld dol. długu za brawurową akcję Samum w Iraku, którą wykonali podlegli jemu agenci. Im zresztą też ustawa ta odebrała należne emerytury. Im i innym agentom wywiadu, analitykom kontrwywiadu, tłumaczom, paniom z Dep. PESEL, paszportowcom, lekarzom i pielęgniarkom szpitala MSW, BORowcom, żołnierzom Straży Granicznej i zwiadu, strażakom, sportowcom przypisanym do klubów milicyjnych, policjantom walczącym i poległym w walce z bandziorami, a nawet wdowom i sierotom po poległych, wszystkim mundurowym podległym MSW, za to, że choćby 1 dzień przesłużyli przed czerwcem 1989 r. Wszystkich ich pozbawiono 70 % emerytur i publicznie oszkalowano na honorze jako zbrodniarzy. Zwróćmy jednak uwagę na kluczowy wątek tej sprawy. Jeśli ci wszyscy ludzi to łotry zasługujący na karę i popełnili konkretne czyny karalne, to dlaczego PiS wprowadzając ustawę represyjną budzącym ogromne zastrzeżenia trybem, ukarał ich pozbawieniem emerytur na zasadzie sądu kapturowego, poprzez decyzję gremium partyjnego, w głosowaniu sejmowym, zupełnie jakby wymiar kary zależał od większości parlamentarnej, a sejm jako władza zastąpił władze sądowniczą i przyznał sobie prerogatywy do ferowania quasi sądowniczych wyroków. Otóż pisowscy obsesjoniści zemsty doskonale wiedzą, że nie ma możliwości wytoczyć pokazowych procesów 50 tys. ludziom, bo faktycznie nie popełnili oni żadnego czynu zabronionego, nie ma ku temu jakichkolwiek podstaw, dlatego pomijają drogę sądową, dlatego szukają innej drogi zemsty, dotkliwie i z gruntu niesprawiedliwie karzą dosłownie każdego mundurowego funkcjonariusza bez próby postawienia choćby jednego z ich przed obliczem sędziego. Każdy rozumny człowiek musi przyznać, że od wymierzania kar są sądy i ich werdykty, nie posłowie na Sejm i ich ustawy.

Przedmiotową ustawę nie sposób uznać za sprawiedliwą i zgodną z prawem, narusza bowiem zasadę nieodbierania praw nabytych (także tych po 1989 r.), wprowadza niedopuszczalną odpowiedzialność zbiorową, godzi w rzymską zasadę obowiązującą we współczesnym, cywilizowanym świecie, mówiącą o niedziałaniu prawa wstecz, jest sprzeczna z sądową zasadą niekarania dwukrotnie za ten sam inkryminowany czyn (10 lat wstecz taką samą ustawę represyjną zastosowała przecież PO), jest wyrazem dyskryminacji funkcjonariuszy ze względu na wiek oraz wykonywany zawód, podważa zaufanie obywatela do państwa, godzi w zawartą niegdyś umowę o pracy i zawarte w niej warunki odejścia na emeryturę i wreszcie jest sprzeczna z prawem unijnym sprzeniewierzając się zasadzie rzetelności stanowionego prawa. I tu wyraźnie uwidacznia się powód nieskierowania spraw przeciw tym funkcjonariuszom do sądów; żaden sąd i żadna szanująca prawo instancja wymiaru sprawiedliwości nie wydałaby wyroków zgodnych z oczekiwaniem pisowskich funkcjonariuszy i autorów tej ustawy, bo po prostu musiałyby sprzeniewierzyć się prawu.
Pis wykreował abstrakcyjną, absurdalną i niedorzeczną sytuację, gdzie na wolności bezkarnie przebywa 50 tys. rzekomych zbrodniarzy, którzy za swe przewiny nie stanęli przed prokuratorem, a jedyną sankcję za ich niewykazane przestępstwa, stało się odebranie im emerytur, czyli kara w ogóle nie przewidziana w kodeksie karnym (!). Sytuacja jest analogiczna do tej, w której propagandowo oskarża się całą Platformę Obywatelską o przestępstwa nadużyć, kradzieży, sprzyjanie jakimś efemerycznym mafiom VAT-owskim i paliwowym, a jednocześnie zapomina się postawić przed sądem choćby jednego, rzekomego przestępcę z PO. Powód jest oczywisty; brak jakichkolwiek dowodów i przekonanie, że bezpodstawnie narzucona infamia ma większą siłę nośną od prawomocnego wyroku sądowego.
Sądy często są więc istną zawadą dla niecnych poczynań PiSu, zbędnym brzemieniem. To omijanie sądów, ignorowanie ich, wiele mówi czym jest PiS i ludzie tej opcji. Świadczy o ich nieprzystawaniu do cywilizacyjnych i prawnych norm Europy i współczesnego świata, daje świadectwo ich małego formatu, mściwości charakteryzującej tego typu osobników, krętactwa, kombinatorstwa, opętania obsesją zemsty i odwetu, zaślepienia w nienawiści, ignorowania prawa i sądów, pogardy dla instytucji sądownictwa. To wszystko pokazuje, że jest to partia bezprawia i niesprawiedliwości, a także absurdu, niedorzeczności, indolencji i dyletanctwa. A nieufność do sądów, obchodzenie ich konstytucyjnych funkcji, zastępowanie wyroków partyjnymi werdyktami, to wyraz hołdowania zasadzie ,,władza dla władzy”, bo taką władzą napawają się ludzie marnej reputacji i podłej konduity. Sądy chcą mieć na wszelki wypadek, lecz też dlatego, że są dotknięci obłędem bolszewickiego wszechwładztwa i kontroli nad wszystkimi sferami życia.

Nasze piękne, nowe elity

Oglądając przemiennie rządową i biedniejsze, ale ciągle jeszcze niezależne telewizje, z konieczności wysłuchuję licznych wypowiedzi polityków. Ciekawe, że zdumienie, rozbawienie i niechęć pojawiają się w mojej skołatanej głowie szczególne wtedy, kiedy słucham tyrad lub odpowiedzi przedstawicieli rządzącej aktualnie prawicowej koalicji.

Ostatnio mieliśmy trochę lepszej pogody. Siadałem na przyzbie, wyciągnąłem ze strychu czarno – biały telewizorek campingowy jeszcze radzieckiej produkcji i grzejąc stare kości, słuchałem nabożnie wszystkich, którzy się pokazywali w 12 calowym okienku.

Recenzja

Przykro mi. Staram się być maksymalnie obiektywny, ale jednak członkowie lub wielbiciele PIS i jej przystawek wypadają najgorzej. Usiłowałem zrozumieć, dlaczego? Z mojej nieudolnej analizy widza i słuchacza wyszło, że jest aż pięć przyczyn tej przodującej pozycji.

Po pierwsze – wyjaśniając jakiś problem lub odpowiadając na zadane przez dziennikarza lub innego uczestnika pytanie, zawsze mówią nie tylko to samo, a nawet niemal tak samo. Jest to szczególnie widoczne wtedy, kiedy guru partii już się na dany temat wypowiedział na Nowogrodzkich odprawach, albo na konferencjach prasowych.

Po drugie – nie mogą się oderwać od przeszłości. Niemal każda wypowiedź jest wzbogacana opowieściami lub informacjami, jak to drzewiej, kiedy rządzili inni, było gorzej. My żyjemy skromnie, niemal jak Franciszkanie, a oni się bogacili na – używając określenia naszego elokwentnego prezydenta – „dojnej ojczyźnie”.

Po trzecie – w bardziej wojowniczych wypowiedziach przebija – niestety – przekonanie, że najlepszym ustrojem nie jest demokracja, tylko autokracja, do której należy dążyć szczególnie wtedy, gdy pojawia się genialny przywódca. Nie chcą słuchać, że w sąsiednich krajach byli tacy przywódcy i wszyscy źle na tym wyszli.

Po czwarte – chcą z Unii Europejskiej, w którą ta okropna lewica nas kiedyś wepchnęła, brać jak najwięcej. Ale dawać jak najmniej i nie słuchać tych niedopuszczalnych pouczeń o demokracji i praworządności. Te pouczenia naruszają przecież naszą suwerenność, o którą tak ciężko walczyliśmy.

I po piąte – wygraliśmy ostatnie wybory prezydenckie. Wprawdzie połowa wyborców wspierała innego kandydata, – ale przewaga liczbowa równa „liczbie mieszkańców Radomia” daje nam prawo zmiany tonu. Już od następnego dnia zaczęliśmy w radiu i telewizorze mówić bardziej pewnym głosem i teraz już otwarcie podkreślać oczywistą oczywistość, że tylko my mamy rację.

Ochotnicy

Zastanawiam się, dlaczego ludzie zostają pretorianami tej partii i tym samym członkami nowej elity? Jest przecież w tym gronie znaczna część ludzi inteligentnych, którzy mają dobre wykształcenie i zawód, który im pozwalał na uzyskiwanie wysokich, albo przynajmniej średnich dochodów. Są wśród nich lekarze, prawnicy, socjolodzy, ekonomiści, historycy. Co ich skusiło?

W rozmowach z przyjaciółmi odwiedzającymi mnie na przyzbie najczęściej wymienia się wrodzoną u wielu ludzi tęsknotę za władzą i pozycją celebryty. Mogę przecież gadać głupoty, ale mam ważne stanowisko, więc telewizje i tak będą mnie zapraszały. Będę coraz bardziej znany, będą mnie prosić o autografy i dziewczyny będą się do mnie zalotnie uśmiechały, – bo władza działa jak narkotyk.

Drugim wymienianym motywem są – jak zwykle – pieniądze. Jak już zapuszczę korzenie w tym środowisku, to nie zrobią mi krzywdy. Szef szefów jest twardy, ale sprawiedliwy. Mogę się nie sprawdzić na jakimś stanowisku, to przeniosą mnie na inne. Jeśli i tam mi nie wyjdzie, to, pozwolą porządzić w jakiejś podrzędnej spółce skarbu państwa, ale za przyzwoite pieniądze. A na deser wyślą mnie do parlamentu europejskiego, gdzie zarobki są wysokie, a mówienie głupot czasem uchodzi za zaletę.
Spór na mojej przyzbie wybuchł wtedy, kiedy padło pytanie – czy oni wierzą w słuszność tego, co robią i co mówią? Czy wierzą w ideę stworzenia idealnego, prawicowego i religijnego, bogatego państwa, z ustrojem, który można nazwać demokratycznym autokratyzmem?. Przeważał pogląd, że tylko czasem wierzą, a w większości przypadków w ogóle nie rozumieją, o co chodzi, albo nie wierzą, ale są zdyscyplinowanymi wykonawcami poleceń. Drżą wewnętrznie na myśl, że ich wypowiedź może spowodować skrzywienie lub warknięcie oberszefa, a nawet kogoś z jego najbliższego otoczenia. Bo wtedy mogą się pożegnać z dalszymi awansami, a może nawet z tą pozycją, jaką już osiągnęli.

Zgadzam się z tą opinią. Moja wrodzona łagodność powoduje, że z uśmiechem reaguję na wiele bezsensownych, i umiarkowanie szkodliwych wypowiedzi. Znoszę nawet opowiadania o nieustannych sukcesach i – do niedawna – przodującej pozycji w walce z koronawirusem. Wprawdzie z narastającą niechęcią, ale usprawiedliwiam nawet bajki o zamachu smoleńskim, opowiadane przez ludzi dotkniętych znaną i nieuleczalną chorobą, „spiskowej teorii dziejów”.

Nie mogę jednak strawić sytuacji, w której teoretycznie inteligentni rodacy mogą bez zmrużenia powiek mówić np., że LGBT to idea albo ideologia. Można to wmawiać mieszkańcom San Escobar, gdzie panuje analfabetyzm. Ale jeśli ktoś potrafi przetłumaczyć ten skrót i orientuje się, o czym mówimy, to wie, że mówimy o ludziach, którzy maja odmienne od powszechnych (niektórzy mówią – normatywnych) upodobania seksualne, albo psychicznie czują się inną płcią, niż są fizycznie. Gdzie tu ideologia? W tym, że oni przestali się ukrywać ze swoja odmiennością i nawołują do jej uznawania i poważnego traktowania? Czasem przesadzają, wybierając zbyt kontrowersyjne formy tej „autopropagandy”, ale nikogo nie namawiają, aby został gejem czy lesbijką, jeśli nie czuje takiej potrzeby. Nie mogę uwierzyć, że w bzdurę o „ideologii” wierzą osoby z najwyższej półki naszej władzy. Chyba gaworzą o tym tylko dlatego, że tak uważa ktoś „na górze”, albo dlatego, że wydaje im się to korzystne dla ich partii.

Podobne zawirowanie umysłowe dotyczy pozornie odległych dwóch zagadnień – programów szkolnych i konwencji stambulskiej. Programy szkolne, według niektórych przedstawicieli obecnej elity władzy, nie powinny zawierać żadnych odniesień do seksualności, a tym bardziej do pozamałżeńskiego pożądania. To trudno pogodzić z zalecaną, klasyczną literaturą. Z seksualnym molestowaniem Bohuna, a tym bardziej Azji – „syna Tuhaj Beya”, nowocześnie wytatuowanego motywem z rybkami, z tylko pozornie niewinnymi staraniami Wokulskiego. Nie mówiąc nawet o rozpuście „Chłopów, „ a tym bardziej o zaspakajaniu zwykłej, rosyjskiej chuci Ani Kareniny. Ale czego się nie robi dla podniesienia czystości obyczajów.

Konwencja Stambulska też nikomu nie przeszkadzała i nikomu nie zaszkodziła przez ponad 5 lat, – ale teraz niektórzy widzą w niej jakieś zagrożenia dla rodziny. Polska rodzina jest przecież idealna, zawsze w niedzielę chodzi do kościoła, nikt nikogo nie bije, nie gwałci, nie niszczy finansowo. A jeśli nawet coś złego się zdarzy, to przecież jest na miejscu ksiądz proboszcz, który sprawiedliwie rozsądzi, pogodzi albo ukarze. Mamy też doskonałe własne prawo chroniące kobiety, więc, po co nam jakaś konwencja, nieopatrznie przyjęta przez poprzednią władzę. To także jest zamach na naszą suwerenność i wielowiekowe zwyczaje.

Pożądane kwalifikacje nowej elity

Słuchając tych wypowiedzi prawicowej elity zastanawiam się, jakimi kryteriami kieruje się kierownictwo koalicji opartej na kręgosłupie PISu, typując kandydatów na „frontowe” stanowiska posłów, wiceministrów czy nawet radnych w dużych aglomeracjach. Oczywiście nie wiem, ale mogę przypuszczać, widząc rezultaty.

Sądzę więc, że bierze się pod uwagę, aby kandydat na liniowego wojownika miał jakieś wyższe wykształcenie. Jeszcze lepiej jak ma doktorat, a bardzo dobrze, jeśli stale lub dorywczo gdzieś wykłada i można go grzecznościowo tytułować profesorem, – mimo, że nie ma to nic wspólnego z habilitacją i profesurą tzw. belwederską, uzyskiwaną w wyniku określonego dorobku naukowego.

Wojownik musi umieć mówić i mieć na tyle dobrą pamięć, aby mówić to, co już na dany temat powiedziała wierchuszka. Może to ubarwiać wymyślonymi lub znalezionymi przez siebie przykładami, ale „myśl przewodnia” powinna być identyczna.

Awansowany działacz musi też bronić innych członków koalicji przed niesłusznymi a nawet słusznymi zarzutami. W założeniu wszyscy w Zjednoczonej Prawicy są „kryształowi”, tak uczciwi i bezinteresowni, jak Najwyższy Prezes.

Nie jest pożądane, aby kandydat charakteryzował się podejmowaniem decyzji nieuzgodnionych z „górą”, albo zbyt dużo opowiadał mediom o swoich pomysłach. Zaletą podstawową jest przecież posłuszeństwo i brak wątpliwości, co do słuszności decyzji „góry”, a więc musi to oznaczać ograniczenie inicjatywności.

Wszystkie te pożądane cechy aktywu rządzącej koalicji nie są niczym nowym. Były pewne różnice, ale znamy je dobrze z historii zagranicznych rządów totalitarnych, z naszej, przedwojennej sanacji i z PRLu. Uwolniliśmy się od nich na krótko – od rządów Mazowieckiego do Tuska. A teraz z przytupem do nich wracamy.

Ostatnio rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna cecha nowej partyjnej elity, która poprzednio występowała znacznie słabiej, lub wręcz niezauważalnie. To zmiana zachowań po powodzeniu w kolejnych wyborach. Wspomniana już, nadmierna pewność siebie, podbudowywana opryskliwością i otwartym lekceważeniem wszystkich, którzy nie są „nasi”. Pewien aktywista tłumaczył ostatnio w telewizorze, na falach „nieprzyjaznej”, zagranicznej stacji TVN, że nie były błędem wesołe opowiadania premiera o zwycięstwie nad koronawirusem. „Przecież i tak wszyscy musimy umrzeć”. Fi donc monsieur – w dobrym towarzystwie nie straszy się niespodziewaną śmiercią, zwłaszcza wtedy, kiedy tłumaczy się intencje premiera. Ale może to podświadoma intencja, wywołana zwycięskim bojem o prezydenturę?

Czas rozstać się z iluzjami…

… i przestać powtarzać obiegowe, dające fałszywą nadzieję, dykteryjki. Uzyskane w niedzielnych wyborach 51,2 proc. to nie był „niewielki margines zwycięstwa Andrzeja Dudy”.

To był nokaut, który przypieczętował władzę PiS na okres najbliższej kadencji. Prawo i Sprawiedliwość wygrało nie tylko poprzednie i te wybory. Ono wygrało bitwę o sposób postrzegania polityki i sposób rozumienia polityki przez większość społeczeństwa.

Punkt wyjścia

W minioną niedzielę po raz kolejny zatoczyliśmy błędne koło i jesteśmy w tym samym miejscu: jesteśmy pod władzą PiS, jesteśmy peryferyjnym krajem, który własnemu społeczeństwu i otaczającemu światu może jedynie zaoferować tanią siłę roboczą, strukturalny wyzysk i ewentualne możliwości emigracji. Rozhuśtywanie nastrojów społecznych wyparło niemal wszystko, co polityczne. Udało się sprowadzić społeczeństwo do roli ofiary przemocy domowej, która wybiera tych, którzy robią mu krzywdę. I nie zadaje sobie fundamentalnych pytań. Taki jest smutny bilans 30-letniego kapitalistycznego eksperymentu, który najwyraźniej się nie powiódł, skoro ponad połowa społeczeństwa po raz kolejny daje do zrozumienia, że nie widzi potrzeby bronić takich stosunków społecznych i takiej demokracji.

Prawo i Sprawiedliwość wytworzyło skutecznie wrażenie, że jakoby było jednym reprezentantem politycznym ludzi pokrzywdzonych, biednych, wykluczonych, nie wpasują się skutecznie w ten nowoczesny ład. Wrażenie jest mocniejsze niż fakty, bo prawdziwi reprezentanci pracującej większości społeczeństwa nigdy nie upokorzyliby rodziców osób niepełnosprawnych czy strajkujących nauczycieli tak, jak zrobił to PiS. Także tarcze antykryzysowe dobitnie pokazują, że pokrzywdzonych przez transformację wspierano tylko wtedy, gdy mogło się to przełożyć na szybki polityczny zysk.

I jeżeli nie postawimy pytania teraz „co dalej”, to ta agonia będzie trwała. Nigdy nie wyemancypujemy się z tej patologii bez odpowiedzi, jaką droga możemy podążać, żeby przestać wreszcie wybierać miedzy 500 plus a prawem do aborcji. I jak zbudować społeczeństwo, w którym każdy znajdzie dla siebie miejsce, godną przyszłość i satysfakcję. Na razie po przepełnionej irracjonalną retoryką kampanii, w której obaj kandydaci licytowali się na obrzydzenie społeczeństwu rywala, zwyciężył ten, który miał za sobą silniejszą propagandę.

Kandydaci bez wizji

Mówi się, że Rafał Trzaskowski przegrał, bo nie przedstawił żadnej wizji. To oczywiście prawda. Klepaniem o Polsce przyjaznej i uśmiechniętej oraz (wątpliwej jakości) popisami znajomości mowy Woltera wyborów się nie wygrywa. Nie w czasach niepewności i kryzysu. Ale pomysłu na Polskę nie przedstawił też Andrzej Duda. Wygrał, bo przy wsparciu całego aparatu władzy i przekształceniu TVP w sztab wyborczy przekonał Polaków, że alternatywą jest “kandydat niemiecki”, który za chwilę zabierze się za przekazywanie dzieci gejom do adopcji i przymuszanie ich do masturbacji w szkołach.

U Trzaskowskiego wybrzmiewały nieznośne nuty elitarystyczne, a kandydat zachowywał się tak, jakby problemy milionów Polaków – drożyzna mieszkaniowa, katastrofa ochrony zdrowia, załamanie wzrostu wynagrodzeń – zupełnie nie istniały. Z drugiej strony Duda może i objechał wszystkie powiaty, jednak nie zaoferował społeczeństwu niczego wartościowego. Obietnica „obrony Polski plus” to żadna łaska, a raczej sygnał, że nowych programów socjalnych już nie będzie, a lud ma się cieszyć, że władza nie zabierze mu tego, co dostał. Będą za to cięcia, bo wpływy z podatków pikują, a władza na kredyt zasponsorowała prywatny biznes podczas pandemii. Zapowiedź wprowadzenie estońskiego CIT, czyli zwolnienia z podatku dochodowego kapitalistów z dochodami do 40 mld zł, pokazuje, że dobry kontakt obozu PiS, ze zwykłym człowiekiem polega na tym, że partia potrafi im dobrze wcisnąć ściemę.

Najgorszy scenariusz

PiS i PO zirracjonalizowały determinanty postaw politycznych i na wykrzywionej rzeczywistości zbijają kapitał polityczny. Jedni klasistowskie wynurzenia tłumaczą troską o demokrację, drudzy, głosząc hasła antyelitarne i obrony normalności, fundują nam wczesne stadium prawicowej dyktatury, państwa nowej elity, która w kolejnych trzech latach opanuje całkowicie sądownictwo, chwyci za mordę opozycyjne media i organizacje pozarządowe, a działaczy na rzecz praw człowieka uzna za obcych agentów lub promotorów pedofilii.

Lewica będzie dociskana do ściany przez reżimowe media, służby, prokuraturę i sądy. To będzie ciężki czas dla wszystkich, którzy mają w sercu wartości egalitarne i demokratyczne. Nie możemy jednak wykonać żadnego kroku wstecz. Nie możemy odsunąć się od tych, którym już obiecaliśmy walkę o ich prawa i sprawiedliwą społecznie Polskę. Potrzebne jest jednak większe zaangażowanie – na poziomie działalności politycznej, ale również oddolnej – w ruchach społecznych, dzielnicowych, klimatycznych, mądre działania organizacji pozarządowych oraz inwestycje w lewicowe media.

Wielka odpowiedzialność spoczywa też na sejmowej Lewicy. To ich zadaniem jest usprawnienie przekazu, który powinien być sprofilowany zarówno regionalnie, umiejętnie odpowiadający na interesy grup prześladowanych, wyzyskiwanych i obywateli, którzy chcą po prostu stabilnie żyć w sprawiedliwym państwie.. Bo Lewica, w zdemolowanym przez prawicową paranoję kraju jest jedyną nadzieją na przywrócenie normalności.

Nadymania sukcesopodobne

Tam gdzie się da – rząd kłamie. Tam gdzie się nie da – też.

Trzy lata temu, gdy Morawiecki w Szczecinie przybijał stępkę pod prom do Szwecji, którego nawet projekt nie powstał do dziś – Macierewicz, będący wtedy ministrem obrony narodowej, nie chciał być gorszy.

„Chcemy, aby powstało Muzeum Bitwy Warszawskiej. Muzeum na miarę całej cywilizacji zachodniej. Jako filii Muzeum Wojska Polskiego.” – zakrzyknął zatem, dodając, że obiekt będzie gotowy oczywiście do sierpnia 2020 r..

Muzeum w Ossowie

Tuż przed 97. rocznicą Wiktorii, w Ossowie, Macierewicz, wicewojewoda mazowiecki, starosta wołomiński, burmistrz Wołomina oraz burmistrz Zielonki złożyli więc podpisy pod porozumieniem dotyczącym budowy Muzeum Bitwy Warszawskiej. Jako filii Muzeum Wojska Polskiego. Przetargu na projekt nie było. Był za to konkurs idei. Rozpisany przez MON w taki sposób, że zgłosiła się wyłącznie pracownia Czesława Bieleckiego. Idea zakładała zaś, że w centrum będzie ogród pamięci poległych. Nad nim, na sztucznie usypanym wzgórzu, stanąć winien budynek Muzeum Wojska Polskiego. Z amfiteatrem, z którego będzie można oglądać rekonstrukcje Bitwy Warszawskiej. Do muzeum prowadzić miała „Aleja Zwycięstwa”. Przy niej, od wschodu i zachodu stać winny najwyższe w Polsce dwa „Maszty Stulecia”. Jeden – stulecia niepodległości Polski, drugi – stulecia Bitwy Warszawskiej. Stanąć miał też wysoki wał obronny, na szczycie którego umieszczony miał być taras z mapą Europy.

Parę miesięcy później Macierewicz przestał być szefem MON.

„Chciałbym, aby Muzeum Bitwy Warszawskiej w sposób ciekawy i przystępny przedstawiało nam wszystkim historię tamtych wielkich dni. Powstanie ono w Ossowie” – czekających na muzeum uspokoił 15 sierpnia 2018 roku, następca Macierewicza – Mariusz Błaszczak.

„Przygotowaliśmy harmonogram działań, które doprowadzą do tego, że za dwa lata, w setną rocznicę Bitwy Warszawskiej będziemy mogli oddać to Muzeum. Od jutra do 3 września zapraszamy wszystkich oferentów do składania ofert w procesie budowy Muzeum Bitwy Warszawskiej. Chcemy rozstrzygnąć konkurs do 14 września, tak żeby 25 września podpisać umowę z wykonawcą” – kontynuował swój wywód szef MON.

Błaszczak nie wspomniał wtedy co z przetargiem ogłaszanym przez Macierewicza. MON sądził, jak przygotował 100 mln zł, to na muzeum wystarczy. Nie starczyło – najtańszy kosztorys był o połowę większy. Przetarg unieważniono. Podwładni Błaszczaka zwrócili się do Bieleckiego z pytaniem, czy mógłby tak przerobić projekt, żeby muzeum nie kosztowało więcej niż 20 mln zł. Architekt urzędników wyśmiał.

MON zwrócił się do samorządu gminy Wołomin z inną propozycją – muzeum mającego 1500 metrów kwadratowych i wykonanego po stuleciu. Na jubileusz Bitwy miałyby stanąć tylko elewacja i ogród pamięci poległych.
Z tej zapowiedzi też nic nie wyszło. W Ossowie na budowie Muzeum Bitwy Warszawskiej nie wbito nawet łopaty.

Niedowiarkom zdać się mogło, że sztandarowa obietnica polityki historycznej PiS skończyła na śmietniku.

Tymczasem stał się kolejny Cud nad Wisłą. „Na 100-lecie Bitwy Warszawskiej jest już gotowe – sfinansowane przez polski rząd – Muzeum poświęcone zarówno temu ważnemu w dziejach Polski wydarzeniu, jak i osobie Marszałka Józefa Piłsudskiego” – oświadczyło właśnie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dodając: „Dzięki zaangażowaniu wicepremiera, ministra kultury prof. Piotra Glińskiego i współpracy polskiego rządu w ciągu trzech i pół roku udało się doprowadzić do rozpoczęcia i zakończenia budowy ważnego, potrzebnego i długo wyczekiwanego Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku”. Resort kultury ostrzega jednocześnie, że wszyscy, którzy od tej pory powiedzą, że Muzeum Bitwy Warszawskiej nie ma – będą uznawani przez państwo za kłamców.

Światowy hit kinowy

Kinowy balonik zaczął dmuchać w maju 2015 roku, Andrzej Duda. Podczas kampanii wyborczej zapowiedział, że powstanie wielki film, który obejrzy cały świat. „Wierzę w to, że taki film niedługo się pojawi i że będzie promowany przez polskie państwo, pokazujący Polaków jako bohaterów”.
Pomysł podchwycił Jarosław Kaczyński – „Zbierzmy pieniądze na jeden lub dwa wielkie, hollywoodzkie filmy”.

„W najbliższym czasie chcemy rozpocząć wielki projekt filmowy – mówił na zamknięciu festiwalu Camerimage 22 listopada 2015 r. minister kultury, wicepremier Piotr Gliński.

„Oczywiście do tych projektów możemy też zapraszać reżyserów czy aktorów hollywoodzkich, ale to muszą być polskie produkcje – wtórował Glińskiemu jego zastępca Jarosław Sellin. Do dyskursu włączył się też Mariusz Błaszczak, wtedy szefujący jeszcze MSWiA. „Trzeba zatrudnić Cruise’a, Gibsona, czy kogoś, kto jest znany na całym świecie” – mówił podczas spotkania z Polonią.

Przez 3 lata superprodukcja jednak nie powstała. Pewnie dlatego w 2018 Gliński poczuł się w obowiązku wytłumaczyć, że „Produkcja hollywoodzka to od pomysłu do premiery co najmniej 5-6 lat. Na ogół dłużej. My jeszcze 3 lat nie rządzimy. Ale staramy się to robić. Uspokajam też wszystkich, że to nie minister robi filmy, tylko twórcy. Jeśli przynoszą dobre pomysły, to je wspieramy, jeśli nie, to nad nimi dalej pracujemy. Od tego mamy PISF i niezależne komisje eksperckie. To trwa, ale dzieje się”.

Dzianie to ma już dwa lata i nie wyszło poza wypuszczane od kilkunastu miesięcy z resortu kultury plotki, że w Hollywood już pracują. Reżyserem jest ponoć laureat Oscara, a w obsadzie są hollywoodzcy aktorzy. Budżet superprodukcji wynosi 150 mln zł i powstał na skutek zrzutki polskich, państwowych gigantów energetycznych.

Polskiej superprodukcji z Kalifornii nie ma i – oczywiście – nie będzie.
Tymczasem międzynarodowy sukces polskiej kinematografii jest.

Akcja filmowego hitu, jak przystało na film polski, rozgrywa się na ziemi włoskiej. Na Sycylii znaczy. Bohaterska Polka zostaje tam uprowadzona przez szefa miejscowej rodziny mafijnej. Mężczyzna daje pannie 365 dni na to, aby zapałała doń uczuciem i z nim została. Dlatego film ma tytuł „365 dni”. W parę tygodni zrobił coś, czego nie udało się dokonać żadnemu polskiemu filmowi – został obejrzany przez dziesiątki milionów ludzi. Znalazł się na szczycie TOP 10 Netfliksa, w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Zaś na Filipinach wspiął się na szczyt najpopularniejszych filmów w tym kraju. Książkę Blanki Lipińskiej, na podstawie której powstał scenariusz, chcą wydawać wszędzie na świecie.
Minister Gliński mógłby odtrąbić sukces – wszak polska produkcja, z polskim scenariuszem i w ogóle… Ma jednak pewien problem. Bohaterstwo Polki sprowadza się bowiem do uskuteczniania seksu, a film, miast martyrologii narodu, koncentruje się na męsko-damskiej gimnastyce seksualnej. I to bez ślubu.

Holdingi, plusy i inne ściemy

„Trwają prace nad koncepcją utworzenia Polskiego Narodowego Holdingu Spożywczego – informował w sierpniu 2016 r. ówczesny minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel. Holding oczywiście powstawał, ale nie powstał. Ale będzie. Teraz Jacek Sasin, minister aktywów, przejął pomysł i z koncepcji grupy produkującej żywność przeewoluował go w kolejną „Żabkę”, „Biedronkę”, czy „Lidla”, tyle, że państwowego. W związku z tym Polski Holding Spożywczy ma powstać do końca roku, a wiceminister Artur Soboń bryluje w mediach mówiąc: „Nie chcę prężyć muskułów bez uzasadnienia”.
Dokładnie tak samo było z „Mieszkaniem Plus”. Miało powstać 100 tysięcy mieszkań z czynszami o 30 proc niższymi niż na rynku. Powstało mniej niż 900, po cenach nieco wyższych od lokalnych. I zdechło. To co zbudowano, stanęło bowiem na gruntach, na których samorządy miały i tak mieszkania budować. Więcej działek, pisowskie, omnipotentne państwo, nie było w stanie samo przygotować.

Człowiek małej wiary uznałby to za klapę. Tymczasem nie. Minister Jadwiga Emilewicz od rozwoju ogłasza chwilę temu, że ma 30 mld zł i rusza z programem. Dobrym i niezawodnym „Mieszkaniem Plus”. Ma być tak, że Krajowe Zasoby Nieruchomości, po konsultacji z danym samorządem terytorialnym, wybiorą teren pod zabudowę mieszkalną. Następnie dojdzie do podpisania najpierw listu intencyjnego, a potem umowy. Realizację i nadzór nad inwestycją od tego momentu przejmują na swoje barki samorządowcy. Nikt chyba nie zorientował się, że projekt pani Emilewicz niczym nie różni się od tego z czasów premier Szydło.

Wiarygodne to tak samo jak Andrzej Duda jadący zajawić budowę mostu, który powinien już stać, bo premier zapowiadał go prawie 2 lata temu. Mimo obiecywanych milionów, żaden – z kilkunastu zaplanowanych – most nie powstał. Bo gdyby tak było, to Duda nie stałby jak kretyn na zachwaszczonym pustym brzegu, tylko otwierałby choćby kładkę rowerową przez jakiś strumyk.