Nasze piękne, nowe elity

Oglądając przemiennie rządową i biedniejsze, ale ciągle jeszcze niezależne telewizje, z konieczności wysłuchuję licznych wypowiedzi polityków. Ciekawe, że zdumienie, rozbawienie i niechęć pojawiają się w mojej skołatanej głowie szczególne wtedy, kiedy słucham tyrad lub odpowiedzi przedstawicieli rządzącej aktualnie prawicowej koalicji.

Ostatnio mieliśmy trochę lepszej pogody. Siadałem na przyzbie, wyciągnąłem ze strychu czarno – biały telewizorek campingowy jeszcze radzieckiej produkcji i grzejąc stare kości, słuchałem nabożnie wszystkich, którzy się pokazywali w 12 calowym okienku.

Recenzja

Przykro mi. Staram się być maksymalnie obiektywny, ale jednak członkowie lub wielbiciele PIS i jej przystawek wypadają najgorzej. Usiłowałem zrozumieć, dlaczego? Z mojej nieudolnej analizy widza i słuchacza wyszło, że jest aż pięć przyczyn tej przodującej pozycji.

Po pierwsze – wyjaśniając jakiś problem lub odpowiadając na zadane przez dziennikarza lub innego uczestnika pytanie, zawsze mówią nie tylko to samo, a nawet niemal tak samo. Jest to szczególnie widoczne wtedy, kiedy guru partii już się na dany temat wypowiedział na Nowogrodzkich odprawach, albo na konferencjach prasowych.

Po drugie – nie mogą się oderwać od przeszłości. Niemal każda wypowiedź jest wzbogacana opowieściami lub informacjami, jak to drzewiej, kiedy rządzili inni, było gorzej. My żyjemy skromnie, niemal jak Franciszkanie, a oni się bogacili na – używając określenia naszego elokwentnego prezydenta – „dojnej ojczyźnie”.

Po trzecie – w bardziej wojowniczych wypowiedziach przebija – niestety – przekonanie, że najlepszym ustrojem nie jest demokracja, tylko autokracja, do której należy dążyć szczególnie wtedy, gdy pojawia się genialny przywódca. Nie chcą słuchać, że w sąsiednich krajach byli tacy przywódcy i wszyscy źle na tym wyszli.

Po czwarte – chcą z Unii Europejskiej, w którą ta okropna lewica nas kiedyś wepchnęła, brać jak najwięcej. Ale dawać jak najmniej i nie słuchać tych niedopuszczalnych pouczeń o demokracji i praworządności. Te pouczenia naruszają przecież naszą suwerenność, o którą tak ciężko walczyliśmy.

I po piąte – wygraliśmy ostatnie wybory prezydenckie. Wprawdzie połowa wyborców wspierała innego kandydata, – ale przewaga liczbowa równa „liczbie mieszkańców Radomia” daje nam prawo zmiany tonu. Już od następnego dnia zaczęliśmy w radiu i telewizorze mówić bardziej pewnym głosem i teraz już otwarcie podkreślać oczywistą oczywistość, że tylko my mamy rację.

Ochotnicy

Zastanawiam się, dlaczego ludzie zostają pretorianami tej partii i tym samym członkami nowej elity? Jest przecież w tym gronie znaczna część ludzi inteligentnych, którzy mają dobre wykształcenie i zawód, który im pozwalał na uzyskiwanie wysokich, albo przynajmniej średnich dochodów. Są wśród nich lekarze, prawnicy, socjolodzy, ekonomiści, historycy. Co ich skusiło?

W rozmowach z przyjaciółmi odwiedzającymi mnie na przyzbie najczęściej wymienia się wrodzoną u wielu ludzi tęsknotę za władzą i pozycją celebryty. Mogę przecież gadać głupoty, ale mam ważne stanowisko, więc telewizje i tak będą mnie zapraszały. Będę coraz bardziej znany, będą mnie prosić o autografy i dziewczyny będą się do mnie zalotnie uśmiechały, – bo władza działa jak narkotyk.

Drugim wymienianym motywem są – jak zwykle – pieniądze. Jak już zapuszczę korzenie w tym środowisku, to nie zrobią mi krzywdy. Szef szefów jest twardy, ale sprawiedliwy. Mogę się nie sprawdzić na jakimś stanowisku, to przeniosą mnie na inne. Jeśli i tam mi nie wyjdzie, to, pozwolą porządzić w jakiejś podrzędnej spółce skarbu państwa, ale za przyzwoite pieniądze. A na deser wyślą mnie do parlamentu europejskiego, gdzie zarobki są wysokie, a mówienie głupot czasem uchodzi za zaletę.
Spór na mojej przyzbie wybuchł wtedy, kiedy padło pytanie – czy oni wierzą w słuszność tego, co robią i co mówią? Czy wierzą w ideę stworzenia idealnego, prawicowego i religijnego, bogatego państwa, z ustrojem, który można nazwać demokratycznym autokratyzmem?. Przeważał pogląd, że tylko czasem wierzą, a w większości przypadków w ogóle nie rozumieją, o co chodzi, albo nie wierzą, ale są zdyscyplinowanymi wykonawcami poleceń. Drżą wewnętrznie na myśl, że ich wypowiedź może spowodować skrzywienie lub warknięcie oberszefa, a nawet kogoś z jego najbliższego otoczenia. Bo wtedy mogą się pożegnać z dalszymi awansami, a może nawet z tą pozycją, jaką już osiągnęli.

Zgadzam się z tą opinią. Moja wrodzona łagodność powoduje, że z uśmiechem reaguję na wiele bezsensownych, i umiarkowanie szkodliwych wypowiedzi. Znoszę nawet opowiadania o nieustannych sukcesach i – do niedawna – przodującej pozycji w walce z koronawirusem. Wprawdzie z narastającą niechęcią, ale usprawiedliwiam nawet bajki o zamachu smoleńskim, opowiadane przez ludzi dotkniętych znaną i nieuleczalną chorobą, „spiskowej teorii dziejów”.

Nie mogę jednak strawić sytuacji, w której teoretycznie inteligentni rodacy mogą bez zmrużenia powiek mówić np., że LGBT to idea albo ideologia. Można to wmawiać mieszkańcom San Escobar, gdzie panuje analfabetyzm. Ale jeśli ktoś potrafi przetłumaczyć ten skrót i orientuje się, o czym mówimy, to wie, że mówimy o ludziach, którzy maja odmienne od powszechnych (niektórzy mówią – normatywnych) upodobania seksualne, albo psychicznie czują się inną płcią, niż są fizycznie. Gdzie tu ideologia? W tym, że oni przestali się ukrywać ze swoja odmiennością i nawołują do jej uznawania i poważnego traktowania? Czasem przesadzają, wybierając zbyt kontrowersyjne formy tej „autopropagandy”, ale nikogo nie namawiają, aby został gejem czy lesbijką, jeśli nie czuje takiej potrzeby. Nie mogę uwierzyć, że w bzdurę o „ideologii” wierzą osoby z najwyższej półki naszej władzy. Chyba gaworzą o tym tylko dlatego, że tak uważa ktoś „na górze”, albo dlatego, że wydaje im się to korzystne dla ich partii.

Podobne zawirowanie umysłowe dotyczy pozornie odległych dwóch zagadnień – programów szkolnych i konwencji stambulskiej. Programy szkolne, według niektórych przedstawicieli obecnej elity władzy, nie powinny zawierać żadnych odniesień do seksualności, a tym bardziej do pozamałżeńskiego pożądania. To trudno pogodzić z zalecaną, klasyczną literaturą. Z seksualnym molestowaniem Bohuna, a tym bardziej Azji – „syna Tuhaj Beya”, nowocześnie wytatuowanego motywem z rybkami, z tylko pozornie niewinnymi staraniami Wokulskiego. Nie mówiąc nawet o rozpuście „Chłopów, „ a tym bardziej o zaspakajaniu zwykłej, rosyjskiej chuci Ani Kareniny. Ale czego się nie robi dla podniesienia czystości obyczajów.

Konwencja Stambulska też nikomu nie przeszkadzała i nikomu nie zaszkodziła przez ponad 5 lat, – ale teraz niektórzy widzą w niej jakieś zagrożenia dla rodziny. Polska rodzina jest przecież idealna, zawsze w niedzielę chodzi do kościoła, nikt nikogo nie bije, nie gwałci, nie niszczy finansowo. A jeśli nawet coś złego się zdarzy, to przecież jest na miejscu ksiądz proboszcz, który sprawiedliwie rozsądzi, pogodzi albo ukarze. Mamy też doskonałe własne prawo chroniące kobiety, więc, po co nam jakaś konwencja, nieopatrznie przyjęta przez poprzednią władzę. To także jest zamach na naszą suwerenność i wielowiekowe zwyczaje.

Pożądane kwalifikacje nowej elity

Słuchając tych wypowiedzi prawicowej elity zastanawiam się, jakimi kryteriami kieruje się kierownictwo koalicji opartej na kręgosłupie PISu, typując kandydatów na „frontowe” stanowiska posłów, wiceministrów czy nawet radnych w dużych aglomeracjach. Oczywiście nie wiem, ale mogę przypuszczać, widząc rezultaty.

Sądzę więc, że bierze się pod uwagę, aby kandydat na liniowego wojownika miał jakieś wyższe wykształcenie. Jeszcze lepiej jak ma doktorat, a bardzo dobrze, jeśli stale lub dorywczo gdzieś wykłada i można go grzecznościowo tytułować profesorem, – mimo, że nie ma to nic wspólnego z habilitacją i profesurą tzw. belwederską, uzyskiwaną w wyniku określonego dorobku naukowego.

Wojownik musi umieć mówić i mieć na tyle dobrą pamięć, aby mówić to, co już na dany temat powiedziała wierchuszka. Może to ubarwiać wymyślonymi lub znalezionymi przez siebie przykładami, ale „myśl przewodnia” powinna być identyczna.

Awansowany działacz musi też bronić innych członków koalicji przed niesłusznymi a nawet słusznymi zarzutami. W założeniu wszyscy w Zjednoczonej Prawicy są „kryształowi”, tak uczciwi i bezinteresowni, jak Najwyższy Prezes.

Nie jest pożądane, aby kandydat charakteryzował się podejmowaniem decyzji nieuzgodnionych z „górą”, albo zbyt dużo opowiadał mediom o swoich pomysłach. Zaletą podstawową jest przecież posłuszeństwo i brak wątpliwości, co do słuszności decyzji „góry”, a więc musi to oznaczać ograniczenie inicjatywności.

Wszystkie te pożądane cechy aktywu rządzącej koalicji nie są niczym nowym. Były pewne różnice, ale znamy je dobrze z historii zagranicznych rządów totalitarnych, z naszej, przedwojennej sanacji i z PRLu. Uwolniliśmy się od nich na krótko – od rządów Mazowieckiego do Tuska. A teraz z przytupem do nich wracamy.

Ostatnio rzuciła mi się w oczy jeszcze jedna cecha nowej partyjnej elity, która poprzednio występowała znacznie słabiej, lub wręcz niezauważalnie. To zmiana zachowań po powodzeniu w kolejnych wyborach. Wspomniana już, nadmierna pewność siebie, podbudowywana opryskliwością i otwartym lekceważeniem wszystkich, którzy nie są „nasi”. Pewien aktywista tłumaczył ostatnio w telewizorze, na falach „nieprzyjaznej”, zagranicznej stacji TVN, że nie były błędem wesołe opowiadania premiera o zwycięstwie nad koronawirusem. „Przecież i tak wszyscy musimy umrzeć”. Fi donc monsieur – w dobrym towarzystwie nie straszy się niespodziewaną śmiercią, zwłaszcza wtedy, kiedy tłumaczy się intencje premiera. Ale może to podświadoma intencja, wywołana zwycięskim bojem o prezydenturę?

Czas rozstać się z iluzjami…

… i przestać powtarzać obiegowe, dające fałszywą nadzieję, dykteryjki. Uzyskane w niedzielnych wyborach 51,2 proc. to nie był „niewielki margines zwycięstwa Andrzeja Dudy”.

To był nokaut, który przypieczętował władzę PiS na okres najbliższej kadencji. Prawo i Sprawiedliwość wygrało nie tylko poprzednie i te wybory. Ono wygrało bitwę o sposób postrzegania polityki i sposób rozumienia polityki przez większość społeczeństwa.

Punkt wyjścia

W minioną niedzielę po raz kolejny zatoczyliśmy błędne koło i jesteśmy w tym samym miejscu: jesteśmy pod władzą PiS, jesteśmy peryferyjnym krajem, który własnemu społeczeństwu i otaczającemu światu może jedynie zaoferować tanią siłę roboczą, strukturalny wyzysk i ewentualne możliwości emigracji. Rozhuśtywanie nastrojów społecznych wyparło niemal wszystko, co polityczne. Udało się sprowadzić społeczeństwo do roli ofiary przemocy domowej, która wybiera tych, którzy robią mu krzywdę. I nie zadaje sobie fundamentalnych pytań. Taki jest smutny bilans 30-letniego kapitalistycznego eksperymentu, który najwyraźniej się nie powiódł, skoro ponad połowa społeczeństwa po raz kolejny daje do zrozumienia, że nie widzi potrzeby bronić takich stosunków społecznych i takiej demokracji.

Prawo i Sprawiedliwość wytworzyło skutecznie wrażenie, że jakoby było jednym reprezentantem politycznym ludzi pokrzywdzonych, biednych, wykluczonych, nie wpasują się skutecznie w ten nowoczesny ład. Wrażenie jest mocniejsze niż fakty, bo prawdziwi reprezentanci pracującej większości społeczeństwa nigdy nie upokorzyliby rodziców osób niepełnosprawnych czy strajkujących nauczycieli tak, jak zrobił to PiS. Także tarcze antykryzysowe dobitnie pokazują, że pokrzywdzonych przez transformację wspierano tylko wtedy, gdy mogło się to przełożyć na szybki polityczny zysk.

I jeżeli nie postawimy pytania teraz „co dalej”, to ta agonia będzie trwała. Nigdy nie wyemancypujemy się z tej patologii bez odpowiedzi, jaką droga możemy podążać, żeby przestać wreszcie wybierać miedzy 500 plus a prawem do aborcji. I jak zbudować społeczeństwo, w którym każdy znajdzie dla siebie miejsce, godną przyszłość i satysfakcję. Na razie po przepełnionej irracjonalną retoryką kampanii, w której obaj kandydaci licytowali się na obrzydzenie społeczeństwu rywala, zwyciężył ten, który miał za sobą silniejszą propagandę.

Kandydaci bez wizji

Mówi się, że Rafał Trzaskowski przegrał, bo nie przedstawił żadnej wizji. To oczywiście prawda. Klepaniem o Polsce przyjaznej i uśmiechniętej oraz (wątpliwej jakości) popisami znajomości mowy Woltera wyborów się nie wygrywa. Nie w czasach niepewności i kryzysu. Ale pomysłu na Polskę nie przedstawił też Andrzej Duda. Wygrał, bo przy wsparciu całego aparatu władzy i przekształceniu TVP w sztab wyborczy przekonał Polaków, że alternatywą jest “kandydat niemiecki”, który za chwilę zabierze się za przekazywanie dzieci gejom do adopcji i przymuszanie ich do masturbacji w szkołach.

U Trzaskowskiego wybrzmiewały nieznośne nuty elitarystyczne, a kandydat zachowywał się tak, jakby problemy milionów Polaków – drożyzna mieszkaniowa, katastrofa ochrony zdrowia, załamanie wzrostu wynagrodzeń – zupełnie nie istniały. Z drugiej strony Duda może i objechał wszystkie powiaty, jednak nie zaoferował społeczeństwu niczego wartościowego. Obietnica „obrony Polski plus” to żadna łaska, a raczej sygnał, że nowych programów socjalnych już nie będzie, a lud ma się cieszyć, że władza nie zabierze mu tego, co dostał. Będą za to cięcia, bo wpływy z podatków pikują, a władza na kredyt zasponsorowała prywatny biznes podczas pandemii. Zapowiedź wprowadzenie estońskiego CIT, czyli zwolnienia z podatku dochodowego kapitalistów z dochodami do 40 mld zł, pokazuje, że dobry kontakt obozu PiS, ze zwykłym człowiekiem polega na tym, że partia potrafi im dobrze wcisnąć ściemę.

Najgorszy scenariusz

PiS i PO zirracjonalizowały determinanty postaw politycznych i na wykrzywionej rzeczywistości zbijają kapitał polityczny. Jedni klasistowskie wynurzenia tłumaczą troską o demokrację, drudzy, głosząc hasła antyelitarne i obrony normalności, fundują nam wczesne stadium prawicowej dyktatury, państwa nowej elity, która w kolejnych trzech latach opanuje całkowicie sądownictwo, chwyci za mordę opozycyjne media i organizacje pozarządowe, a działaczy na rzecz praw człowieka uzna za obcych agentów lub promotorów pedofilii.

Lewica będzie dociskana do ściany przez reżimowe media, służby, prokuraturę i sądy. To będzie ciężki czas dla wszystkich, którzy mają w sercu wartości egalitarne i demokratyczne. Nie możemy jednak wykonać żadnego kroku wstecz. Nie możemy odsunąć się od tych, którym już obiecaliśmy walkę o ich prawa i sprawiedliwą społecznie Polskę. Potrzebne jest jednak większe zaangażowanie – na poziomie działalności politycznej, ale również oddolnej – w ruchach społecznych, dzielnicowych, klimatycznych, mądre działania organizacji pozarządowych oraz inwestycje w lewicowe media.

Wielka odpowiedzialność spoczywa też na sejmowej Lewicy. To ich zadaniem jest usprawnienie przekazu, który powinien być sprofilowany zarówno regionalnie, umiejętnie odpowiadający na interesy grup prześladowanych, wyzyskiwanych i obywateli, którzy chcą po prostu stabilnie żyć w sprawiedliwym państwie.. Bo Lewica, w zdemolowanym przez prawicową paranoję kraju jest jedyną nadzieją na przywrócenie normalności.

Nadymania sukcesopodobne

Tam gdzie się da – rząd kłamie. Tam gdzie się nie da – też.

Trzy lata temu, gdy Morawiecki w Szczecinie przybijał stępkę pod prom do Szwecji, którego nawet projekt nie powstał do dziś – Macierewicz, będący wtedy ministrem obrony narodowej, nie chciał być gorszy.

„Chcemy, aby powstało Muzeum Bitwy Warszawskiej. Muzeum na miarę całej cywilizacji zachodniej. Jako filii Muzeum Wojska Polskiego.” – zakrzyknął zatem, dodając, że obiekt będzie gotowy oczywiście do sierpnia 2020 r..

Muzeum w Ossowie

Tuż przed 97. rocznicą Wiktorii, w Ossowie, Macierewicz, wicewojewoda mazowiecki, starosta wołomiński, burmistrz Wołomina oraz burmistrz Zielonki złożyli więc podpisy pod porozumieniem dotyczącym budowy Muzeum Bitwy Warszawskiej. Jako filii Muzeum Wojska Polskiego. Przetargu na projekt nie było. Był za to konkurs idei. Rozpisany przez MON w taki sposób, że zgłosiła się wyłącznie pracownia Czesława Bieleckiego. Idea zakładała zaś, że w centrum będzie ogród pamięci poległych. Nad nim, na sztucznie usypanym wzgórzu, stanąć winien budynek Muzeum Wojska Polskiego. Z amfiteatrem, z którego będzie można oglądać rekonstrukcje Bitwy Warszawskiej. Do muzeum prowadzić miała „Aleja Zwycięstwa”. Przy niej, od wschodu i zachodu stać winny najwyższe w Polsce dwa „Maszty Stulecia”. Jeden – stulecia niepodległości Polski, drugi – stulecia Bitwy Warszawskiej. Stanąć miał też wysoki wał obronny, na szczycie którego umieszczony miał być taras z mapą Europy.

Parę miesięcy później Macierewicz przestał być szefem MON.

„Chciałbym, aby Muzeum Bitwy Warszawskiej w sposób ciekawy i przystępny przedstawiało nam wszystkim historię tamtych wielkich dni. Powstanie ono w Ossowie” – czekających na muzeum uspokoił 15 sierpnia 2018 roku, następca Macierewicza – Mariusz Błaszczak.

„Przygotowaliśmy harmonogram działań, które doprowadzą do tego, że za dwa lata, w setną rocznicę Bitwy Warszawskiej będziemy mogli oddać to Muzeum. Od jutra do 3 września zapraszamy wszystkich oferentów do składania ofert w procesie budowy Muzeum Bitwy Warszawskiej. Chcemy rozstrzygnąć konkurs do 14 września, tak żeby 25 września podpisać umowę z wykonawcą” – kontynuował swój wywód szef MON.

Błaszczak nie wspomniał wtedy co z przetargiem ogłaszanym przez Macierewicza. MON sądził, jak przygotował 100 mln zł, to na muzeum wystarczy. Nie starczyło – najtańszy kosztorys był o połowę większy. Przetarg unieważniono. Podwładni Błaszczaka zwrócili się do Bieleckiego z pytaniem, czy mógłby tak przerobić projekt, żeby muzeum nie kosztowało więcej niż 20 mln zł. Architekt urzędników wyśmiał.

MON zwrócił się do samorządu gminy Wołomin z inną propozycją – muzeum mającego 1500 metrów kwadratowych i wykonanego po stuleciu. Na jubileusz Bitwy miałyby stanąć tylko elewacja i ogród pamięci poległych.
Z tej zapowiedzi też nic nie wyszło. W Ossowie na budowie Muzeum Bitwy Warszawskiej nie wbito nawet łopaty.

Niedowiarkom zdać się mogło, że sztandarowa obietnica polityki historycznej PiS skończyła na śmietniku.

Tymczasem stał się kolejny Cud nad Wisłą. „Na 100-lecie Bitwy Warszawskiej jest już gotowe – sfinansowane przez polski rząd – Muzeum poświęcone zarówno temu ważnemu w dziejach Polski wydarzeniu, jak i osobie Marszałka Józefa Piłsudskiego” – oświadczyło właśnie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego, dodając: „Dzięki zaangażowaniu wicepremiera, ministra kultury prof. Piotra Glińskiego i współpracy polskiego rządu w ciągu trzech i pół roku udało się doprowadzić do rozpoczęcia i zakończenia budowy ważnego, potrzebnego i długo wyczekiwanego Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku”. Resort kultury ostrzega jednocześnie, że wszyscy, którzy od tej pory powiedzą, że Muzeum Bitwy Warszawskiej nie ma – będą uznawani przez państwo za kłamców.

Światowy hit kinowy

Kinowy balonik zaczął dmuchać w maju 2015 roku, Andrzej Duda. Podczas kampanii wyborczej zapowiedział, że powstanie wielki film, który obejrzy cały świat. „Wierzę w to, że taki film niedługo się pojawi i że będzie promowany przez polskie państwo, pokazujący Polaków jako bohaterów”.
Pomysł podchwycił Jarosław Kaczyński – „Zbierzmy pieniądze na jeden lub dwa wielkie, hollywoodzkie filmy”.

„W najbliższym czasie chcemy rozpocząć wielki projekt filmowy – mówił na zamknięciu festiwalu Camerimage 22 listopada 2015 r. minister kultury, wicepremier Piotr Gliński.

„Oczywiście do tych projektów możemy też zapraszać reżyserów czy aktorów hollywoodzkich, ale to muszą być polskie produkcje – wtórował Glińskiemu jego zastępca Jarosław Sellin. Do dyskursu włączył się też Mariusz Błaszczak, wtedy szefujący jeszcze MSWiA. „Trzeba zatrudnić Cruise’a, Gibsona, czy kogoś, kto jest znany na całym świecie” – mówił podczas spotkania z Polonią.

Przez 3 lata superprodukcja jednak nie powstała. Pewnie dlatego w 2018 Gliński poczuł się w obowiązku wytłumaczyć, że „Produkcja hollywoodzka to od pomysłu do premiery co najmniej 5-6 lat. Na ogół dłużej. My jeszcze 3 lat nie rządzimy. Ale staramy się to robić. Uspokajam też wszystkich, że to nie minister robi filmy, tylko twórcy. Jeśli przynoszą dobre pomysły, to je wspieramy, jeśli nie, to nad nimi dalej pracujemy. Od tego mamy PISF i niezależne komisje eksperckie. To trwa, ale dzieje się”.

Dzianie to ma już dwa lata i nie wyszło poza wypuszczane od kilkunastu miesięcy z resortu kultury plotki, że w Hollywood już pracują. Reżyserem jest ponoć laureat Oscara, a w obsadzie są hollywoodzcy aktorzy. Budżet superprodukcji wynosi 150 mln zł i powstał na skutek zrzutki polskich, państwowych gigantów energetycznych.

Polskiej superprodukcji z Kalifornii nie ma i – oczywiście – nie będzie.
Tymczasem międzynarodowy sukces polskiej kinematografii jest.

Akcja filmowego hitu, jak przystało na film polski, rozgrywa się na ziemi włoskiej. Na Sycylii znaczy. Bohaterska Polka zostaje tam uprowadzona przez szefa miejscowej rodziny mafijnej. Mężczyzna daje pannie 365 dni na to, aby zapałała doń uczuciem i z nim została. Dlatego film ma tytuł „365 dni”. W parę tygodni zrobił coś, czego nie udało się dokonać żadnemu polskiemu filmowi – został obejrzany przez dziesiątki milionów ludzi. Znalazł się na szczycie TOP 10 Netfliksa, w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii. Zaś na Filipinach wspiął się na szczyt najpopularniejszych filmów w tym kraju. Książkę Blanki Lipińskiej, na podstawie której powstał scenariusz, chcą wydawać wszędzie na świecie.
Minister Gliński mógłby odtrąbić sukces – wszak polska produkcja, z polskim scenariuszem i w ogóle… Ma jednak pewien problem. Bohaterstwo Polki sprowadza się bowiem do uskuteczniania seksu, a film, miast martyrologii narodu, koncentruje się na męsko-damskiej gimnastyce seksualnej. I to bez ślubu.

Holdingi, plusy i inne ściemy

„Trwają prace nad koncepcją utworzenia Polskiego Narodowego Holdingu Spożywczego – informował w sierpniu 2016 r. ówczesny minister rolnictwa Krzysztof Jurgiel. Holding oczywiście powstawał, ale nie powstał. Ale będzie. Teraz Jacek Sasin, minister aktywów, przejął pomysł i z koncepcji grupy produkującej żywność przeewoluował go w kolejną „Żabkę”, „Biedronkę”, czy „Lidla”, tyle, że państwowego. W związku z tym Polski Holding Spożywczy ma powstać do końca roku, a wiceminister Artur Soboń bryluje w mediach mówiąc: „Nie chcę prężyć muskułów bez uzasadnienia”.
Dokładnie tak samo było z „Mieszkaniem Plus”. Miało powstać 100 tysięcy mieszkań z czynszami o 30 proc niższymi niż na rynku. Powstało mniej niż 900, po cenach nieco wyższych od lokalnych. I zdechło. To co zbudowano, stanęło bowiem na gruntach, na których samorządy miały i tak mieszkania budować. Więcej działek, pisowskie, omnipotentne państwo, nie było w stanie samo przygotować.

Człowiek małej wiary uznałby to za klapę. Tymczasem nie. Minister Jadwiga Emilewicz od rozwoju ogłasza chwilę temu, że ma 30 mld zł i rusza z programem. Dobrym i niezawodnym „Mieszkaniem Plus”. Ma być tak, że Krajowe Zasoby Nieruchomości, po konsultacji z danym samorządem terytorialnym, wybiorą teren pod zabudowę mieszkalną. Następnie dojdzie do podpisania najpierw listu intencyjnego, a potem umowy. Realizację i nadzór nad inwestycją od tego momentu przejmują na swoje barki samorządowcy. Nikt chyba nie zorientował się, że projekt pani Emilewicz niczym nie różni się od tego z czasów premier Szydło.

Wiarygodne to tak samo jak Andrzej Duda jadący zajawić budowę mostu, który powinien już stać, bo premier zapowiadał go prawie 2 lata temu. Mimo obiecywanych milionów, żaden – z kilkunastu zaplanowanych – most nie powstał. Bo gdyby tak było, to Duda nie stałby jak kretyn na zachwaszczonym pustym brzegu, tylko otwierałby choćby kładkę rowerową przez jakiś strumyk.

Kultura folwarku i jej skutki

To, że nigdy nie byliśmy, a i nadal nie jesteśmy ważnym krajem na światowej scenie – to dla mnie oczywista oczywistość. Czasy, w których byliśmy ważni na europejskiej scenie – takiej, jaką ona wtedy była – to już bardzo, bardzo odległa historia.

Na świecie pali się. W Stanach Zjednoczonych dosłownie a w Europie symbolicznie. Zbliża się czas wielkiej zmiany, zmiany priorytetów – wszystkiego. To nie jest tylko zadawniony rasizm, który nigdy w Stanach nie wygasł, nawet za prezydenta Obamy. To czas zmiany porządku społecznego stale gwarantującego jedno – to, że bogaci staja się coraz bogatsi a biedni coraz biedniejsi. Tak dalej się nie da.

Będzie bolało!

A co u nas?

A u nas — to siermiężny czas kłótni w Sejmie, kłótni, w której odżywają resentymenty folwarcznej kultury, tej, o której pisze Andrzej Leder, że jest nadal konstytutywna, że dla większości z nas stanowi wzór, że jest głęboko zatopiona w postawach i psychice ludzi.

Mówiąc najprościej — jest elementem folwarcznej kultury widzenie każdego, kto ma jakąkolwiek władzę — majstra w fabryce, dyrektora czy prezesa w instytucji publicznej, czy biznesowej, władzę ministra czy premiera w rządzie — jako kogoś lepszego, większego, ważniejszego. Każda władza, obecnie zwykle oparta na znaczącej pieczątce, budzi lęk i szacunek u innych; a zwłaszcza tych, którzy wyrośli z kultury folwarcznej i w niej trwają — z pozycji poddanego. W polskiej kulturze — z pozycji chłopa.

Ten temat jest dobrze przebadany i opisany w polskiej literaturze socjologicznej i historycznej. Poruszam go dlatego, że wstrząsnęła nami chamska wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego, jak zawsze poza wszelkim trybem, jaka padła w kontekście okrzyku posła Budki, protestującego wobec absolutnie niedopuszczalnego zachowania w ławach rządowych w trakcie wystąpienia posłanki Nowackiej. Pan marszałek Terlecki nie tylko nie przywołał wówczas do porządku członków rządu, ale i prezesa swojej partii, Terlecki dyscyplinował… posła Budkę. Budka, widząc nieskuteczność swoich próśb kierowanych do marszałka, zwrócił się wprost do Kaczyńskiego, mówiąc mu, że Sejm to nie jest jego folwark. Nie było w tym nic obelżywego ani uwłaczającego.

Padło kluczowe słowo – folwark. I wtedy zareagował pan poseł Kaczyński; pan, bo przecież wielokrotnie już wcześniej mówił o tym, kto z jest z podwórka a kto z Żoliborza — i o tym, że on i jego partia to są „dobre pany” w przeciwieństwie do innych ugrupowań. Skoro folwark, to podział jest znany – z tej strony my, „dobre pany” a z tamtej chamska hołota. Tu nie ma żadnej pomyłki, to stary kod kulturowy.

Nie jestem zdziwiony; a nawet nie jestem zniesmaczony tym, co się stało. To trwa już tyle lat, że przywykłem. Trudno – ten typ tak ma!

Pokrzykiwania w polskim sejmie to didaskalia. Jak dotąd, nikt nikogo jeszcze nie bije po twarzy, jak to już kiedyś zrobił Janusz Korwin-Mikke. Ale wszystko przed nami – gorący czas kampanii wyborczej sprzyja takim zachowaniom.

To, co martwi, to przywołany w dużym i świetnym tekście „Między nami zimna wojna” autorstwa Bartłomieja Sienkiewicza zamieszczonym w świąteczny numerze GW następujący zestaw liczb: 40 – 40 – 20. To dwadzieścia dodałem ja, u Sienkiewicza figurują tylko te dwie pierwsze; 40 – 40.

Bartłomiej Sienkiewcz nie tylko przywołał znane od lat 60 pojęcie próżni socjologicznej, sformułowane przez Stefana Nowaka z mojego warszawskiego uniwersytetu. Próżnia socjologiczna to pojęcie sformułowane w wyniku badań polskiego społeczeństwa tamtych lat. Stefan Nowak, analizując wyniki badań prowadzonych wśród różnych grup społecznych, zauważył, że Polacy mają silne poczucie więzi społecznych na najniższym poziomie społecznej komunikacji – w rodzinie, w grupie koleżeńskiej, wśród sąsiadów czasem osiedla, gminy. Powyżej jest próżnia, nie ma nic, żadnych więzi, żadnego poczucia wspólnoty. Takie poczucie występuje dopiero na poziomie narodu. Dopiero My – Polacy tworzy poczucie wspólnoty. Dobrze to widać w trakcie wydarzeń sportowych, na meczach piłkarskich, czy zawodach narciarskich. Tam pełno białoczerwonych flag — a i tam, jak słusznie zauważa Sienkiewicz, z napisami, mówiącymi, jakie to miasto czy osiedle sztandarem tym powiewa.

Tacy jesteśmy i to jest nasz problem.

No to może o tych liczbach, co wyżej.

Polska scena polityczna wykazuje już od kilku lat trwały podział. 40% zwolenników rządzącej prawicy a głównie PiS i 40% takich, którzy mówią – mnie to nie interesuje, nie idę do żadnych wyborów, bawcie się sami, mnie wystarcza mój mały świat.

Te pozostałe 20% to MY, My, którym nie jest wszystko jedno, my, którzy zrobią wszystko, aby nie wygrał Andrzej Duda i by prezes Kaczyński nie domknął swojego projektu, by był w Warszawie Budapeszt, a może Ankara.

Te proporcje są prawdziwe. Pokazują one, jak trudna jest przed nami droga, ile trzeba wysiłku, aby zmobilizować tych, co mówią – zostawcie mnie w spokoju, mój świat jest OK, ta władza dała na dzieci, da na wypoczynek, dała 13 emeryturę – czego chcieć więcej. I jeszcze jedno – to jest władza, a władzę trzeba szanować, mówi nam to Kościół – matka nasza, mówi to nasza chłopska kultura.

Dynamika procesów społecznych w Polsce jest duża. Znacznie większa niż przywołane przykłady zachowań, mających swe źródło w historii stanowego społeczeństwa z dominującym (liczebnie) stanem chłopskim, z jego poddaństwem wobec pana. Poddaństwem, które, przypomnę, znosiła obca, niepolska władza.

Zarysowany wyżej obraz to pewna przesada, ale to zabieg celowy. Procesy społeczne dają jednak skutki w skali co najmniej dziesięcioleci.

A do wyborów zostało dwadzieścia dni.

Do roboty! Wszyscy!

Panika i Samouwielbienie

Tak szewc Fabisiak rozszyfrowuje skrót partii aktualnie sprawującej władzę. I ma na to stosowne argumenty.

O tym, że PiS panikuje w obliczu niepewnego wyniku wyborów prezydenckich mówią niemal wszyscy, którzy potrafią nie tylko zaobserwować ale też ocenić poczynania oraz deklaracje obozu rządzącego a zwłaszcza osoby ubiegającej się o ponowny wybór. Teoretycznie rzec ujmując, Andrzej Duda nie powinien mieć powodów do panikowania skoro ma niemal pewne przejście do drugiej tury. Jednak nerwowość jego samego oraz związanego z nim obozu politycznego (nie zaplecza, gdyż to on jest tym zapleczem) wynika stąd, że gwarancją przedłużenia prezydentury może być tylko ponad połowiczne zwycięstwo w pierwszej rundzie jako że wynik w ewentualnej dogrywce staje się coraz bardziej niepewny.

Szewc Fabisiak dostrzega, że zastrachany ewentualnością porażki Andrzej Duda popełnia podobne błędy co Bronisław Komorowski również ubiegający się przed 5 laty o ponowny wybór. Wówczas to ogarnięty przedwyborczą nerwówką Komorowski zaproponował niewydarzone referendum. Obecnie Duda miota się pomiędzy oczkiem wodnym, zapowiedzią otwarcia jakiegoś prowincjonalnego mostu, bombastycznymi inwestycjami w okolicach Elbląga i Łodzi tudzież odgrzewaniem mocno już zużytego tematu tzw. ideologii LGBT. Tę ostatnią kwestię uznał nagle za priorytetową dla kraju i jego obywateli choć może ona pasjonować raczej tylko skrajną konserwę wśród zwolenników PiS, którzy w większości i tak będą głosować na Dudę. Być może chodzi tu o pozyskanie równie a może jeszcze bardziej konserwatywnego elektoratu Konfederacji, co mogłoby Andrzejowi Dudzie uszczknąć kilka dodatkowych wyborczych procentów – zastanawia się szewc Fabisiak.

Zdaniem szewca Fabisiaka, używając w publicznej wypowiedzi jakiegoś słowa, jak w tym przypadku ideologia, należałoby najpierw uświadomić sobie jego znaczenie. W przeciwnym razie wypowiadający się na jakiś temat albo wychodzi a głupka albo też celowo usiłuje innych wprowadzić w błąd. Aby uzmysłowić sobie czym jest ideologia wystarczy sięgnąć do Słownika Oxfordzkiego czy też Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego – radzi szewc Fabisiak. Ten pierwszy definiuje ideologię jako „sposób myślenia, idee charakterystyczne dla osoby, grupy itd. zwłaszcza w odniesieniu do tworzenia podstaw ustroju ekonomicznego i społecznego”. Natomiast w słowniku Kopalińskiego jak byk stoi napisane, że słowo ideologia oznacza ni mniej ni więcej tylko „całokształt idei i poglądów na świat i życie społeczne właściwy danej klasie (warstwie, grupie) społecznej, danemu kierunkowi politycznemu, ekonomicznemu, artystycznemu”.

Szewc Fabisiak stara się przymierzyć powyższe definicje do ideologii LGBT, lecz jak by nie kombinował to kij mu z tego wychodzi. Czy podczas marszów równości ktokolwiek prezentuje jakąś wizję świata czy choćby tylko własnego państwa o niuansach ekonomicznych nie wspominając? – zadaje retoryczne pytanie szewc Fabisiak. Ponadto cechą ideologii jest propagowanie poglądów z myślą o pozyskaniu sobie zwolenników. Zatem osoby o mniejszościowej orientacji płciowej powinny nawoływać: zostań gejem bądź lesbijką a nie nawołują. Nie zmuszają też nikogo do spółkowania z osobnikami tej samej płci. Jeżeli chcą związków partnerskich to dla siebie samych a nie dla wszystkich. Tacy z nich egoiści. Uczestnicy marszów równości domagają się jedynie praw należnych mniejszościom, podobnie jak poszanowania swoich praw domagają się protestujący nauczyciele czy pielęgniarki. Zatem prezydent Duda oraz jego klakierzy powinni wreszcie zacząć gardłować na temat ideologii nauczycielskiej i pielęgniarskiej – wnioskuje szewc Fabisiak.

W pojęciach elementarnej logiki nie mieści się również rozróżnianie ideologii od ludzi. – Próbuje się nam proszę państwa wmówić, że to ludzie, a to jest po prostu ideologia – mówił wyraźnie podniecony własnymi słowami Andrzej Duda podczas sobotniego wiecu w Brzegu. Czy może istnieć ideologia bez ludzi jako byt samoistny – zastanawia się szewc Fabisiak i dochodzi do wniosku, że byłby to kompletny absurd. Wszak to ludzie tworzą ideologię a nie jakieś kaczki czy istoty pozaziemskie.

Całą tą pseudologiczną otoczkę odnoszącą się do wyimaginowanej ideologii LGBT prezydent wepchnął do ogłoszonej ostatnio Karty Rodziny. Umieścił tam również sformułowanie o zwiększeniu roli rodziców przy wychowywaniu dzieci, poziomie ich edukacji i przyszłości nie precyzując w jaki sposób owo zwiększenie miałoby być realizowane. Czy poprzez państwową kontrolę nad tym czy rodzice mają odpowiedni czy nie wpływ na wychowywanie potomstw? – dopytuje się szewc Fabisiak nie oczekując bynajmniej jakiejś sensownej odpowiedzi. Dochodzi też do wniosku, że cała ta karta to kampanijny pic mający odwrócić uwagę od rzeczywistych problemów i co raz to ujawnianych nowych faktów psujących wizerunek rządzącej Zjednoczonej jeszcze Prawicy a tym samym identyfikującego się z nią prezydenta. Dla równowagi Andrzej Duda do swojej karty wplótł także elementy autoreklamy w postaci programów socjalnych takich jak choćby 500+. Szewc Fabisiak zauważa, że taka kampanijna zagrywka adresowana jest do tych, którzy niezbyt orientują się w podziale kompetencji między parlamentem, rządem i prezydentem. Polska to nie Francja, gdzie głowa państwa ma realną władze. W naszym kraju to rząd opracowuje programy socjalne, parlament je zatwierdza a prezydent tylko podpisuje. Co prawda może wystąpić z inicjatywą ustawodawczą, lecz po co skoro projekt ustawy może za niego przygotować rząd wywodzący się z tej samej opcji politycznej i podległy temu samemu prezesowi.

Jednak najbardziej widocznym połączeniem przedwyborczej paniki z również przedwyborczym samouwielbieniem są przede wszystkim pompatycznie ogłaszane plany wielkich inwestycji. Prezydent zdaje się nie dostrzegać tego, że dla ludzi ważniejsze jest to czy zdołają utrzymać rodzinę za zarobione pieniądze, czy zapracują sobie na przyzwoitą emeryturę, czy nie utracą pracy, czy nie zostaną wyrzuceni z własnego mieszkania przez jakiegoś spadkobiercę dawno nieżyjącego archaicznego właściciela itp. a nie to czy pokopiemy sobie Mierzeję Wiślaną a za ileś tam lat ewentualnie zaczną lądować pod Łodzią jakieś tam samoloty. Narcyzm połączony ze strachem maskowanym krzykiem i groźną miną to wybuchowa mieszanka, której skutki mogą być dla kogoś uprawiającego politykę trudne do przewidzenia zwłaszcza, gdy samemu nie posiada się wystarczającej wyobraźni – podsumowuje swoje obserwacje szewc Fabisiak.

Trzech tenorów

Od najmłodszych lat wykazywałem podejrzane zainteresowania męskimi zespołami artystycznymi. Za bardzo dawnych czasów pasjonowałem się chórem Dana a potem, już w latach 50-tych ubiegłego wieku – chórem Czejanda. Ze już nie wspomnę o trwającej nadal fascynacji włoskimi tenorami.

Teraz przyszedł czas, że znowu zaczynam być pod wpływem trzech panów rządzących Polską, a zatem wywierających przemożny wpływ także na moje życie i poglądy. Ci trzej panowie opanowali sztukę wspólnego lub odrębnego rapowania na te same tematy, choć ich głosy nie brzmią najlepiej i formy przekazu często się różnią.

Dyrygent

Szefem zespołu jest najstarszy i najmniejszy wzrostem, ale chyba największy duchem i natchnieniem tenor, lubiący rzucać podnieconemu tłumowi widzów twarde, „męskie” teksty. To on nadaje ton występom tego zespołu rewelersów i tworzy ich atmosferę, zależną od aktualnego nastroju. A ten, po dobrym obiedzie zaprawionym dyskusją o meandrach konstytucji, może być łagodny, a po nerwowych obradach parlamentarnych może powodować chęć nie tylko werbalnego odwetu.

Ten założyciel i dyrygent zespołu specjalizuje się ponadto w solowych wstawkach, w których daje do zrozumienia, że cierpi wewnętrznie, bo jego wysoki poziom intelektu musi się zniżać o wiele szczebli, aby być zrozumiałym przez współpracowników a tym bardziej przez „masy”. Chyba w ogóle nie lubi publiczności, a zwłaszcza parlamentarzystów. Przeszkadzają mu w marzeniach o kraju rodzinnym Wielkim, Niezwyciężonym, Niezależnym i pełnym pomników jego i bliźniaczo podobnego brata. Świadectwem tego „nielubienia” są nazwy, jakie nadaje tej części publiczności, która nie zgadza się z jego poglądami. Zaczął względnie łagodnie, nazywając ich „drugim sortem” składającym się z komunistów i złodziei, potem przyszedł czas na zdradzieckie mordy i kanalie, wreszcie z bólem serca uznał, że ma do czynienia z chamską hołotą.

Część słuchaczy się obraża, ale są i tacy, którzy z zachwytu przebierają nóżkami, bo zawsze tęsknili za czyjąś twardą ręką, która wskaże im kierunek marszu do zwycięstwa. I ostatnio się doczekali. Kierownik zespołu w czerwcu tego roku wykazuje bowiem objawy nadzwyczajnego zdenerwowania. Badania opinii wykazują, że członek chóru piastujący funkcje prezydenta, może przegrać wybory na drugą kadencję. Dyrygent pisze więc list do swojej stałej publiczności, aby ją zdyscyplinować i pobudzić do działania. Niby łagodnie, ale między wierszami przebija znane powiedzenie w pięknym języku sąsiadów – „ruki pa szwam” i do roboty!

Zalew obietnic

Pozostali dwaj tenorzy są zdecydowane młodsi, ale piastują najwyższe stanowiska państwowe i opanowali do perfekcji sztukę obiecywania coraz to nowych prezentów dla narodu, a zwłaszcza dla swoich wielbicieli. Wprawdzie zawsze powtarzają opinie dyrygenta, ale starają się śpiewać bardziej łagodnie.

Obietnice w ich wykonaniu oznaczają najczęściej selektywne rozdawanie pieniędzy, albo wsparcie w podejmowaniu działań, które mają być kanwą wiecznej szczęśliwości. Ostatnio namawiano naród do tworzenia przy domach oczek wodnych, zapewne pozwalających nie tylko na lepszy wypoczynek, ale także – w przewidywaniu możliwego kryzysu żywnościowego – na hodowlę konsumpcyjnych rybek. Nie popieram tego humorystycznego pomysłu. Znowu jest kierowany tylko do „mniejszej połowy” obywateli, bo większa mieszka w blokach i oczek na balkonach nie zrobi. Poza tym przypomniał mi się Napoleon, który przejeżdżając przez niewielkie miasto powiedział burmistrzowi, że jest zdziwiony, dlaczego nie oddano na jego cześć salw honorowych. „Sire – odrzekł burmistrz – jest co najmniej dwadzieścia powodów tego uchybienia. Po pierwsze – nie mamy armat, po drugie ….”. ”Dziękuję – przerwał Napoleon – to pierwsze mi wystarczy”.

Otóż my – po pierwsze – nie mamy wody. Ściślej – mamy jeden z najgorszych i stale się pogarszających bilansów wodnych w Europie. A oczko z samej deszczówki nie wyżyje. Trzeba napełnić a potem okresowo dolewać „z sieci”, płacąc za wodę coraz wyższą cenę. To wolny kraj – jak mawiają Amerykanie. Kto chce niech robi oczka. Ale nawoływanie do masowej budowy wylęgarni komarów jest wyraźną przesadą.

Drugim przedwyborczym prezentem tych dwóch zależnych od szefa tenorów, mają być bony turystyczne. Zachwycony obywatel za stare 500 plus nakarmi dziecko. A za nowe 500 plus zorganizuje jakąś krajową wycieczkę, wspomagając upadającą przez koronawirusa branżę turystyczną. Prezent ma być przekazany elektronicznie firmie, do której pojedzie. To teoretycznie ma zapewnić, że pojedzie dziecko, albo rodzic z dzieckiem, a nie – o zgrozo – z jakimś bezwstydnym obywatelem płci przeciwnej. Chytrze. Ale przyniesiono mi już kilka sugestii, jak to można ominąć.

Wielkie jest piękne

Okres prezydenckiej kampanii wyborczej byłby dla rewelersów stracony, gdyby nie obiecywano czegoś naprawdę wielkiego, nie wskazano wroga, z którym bogobojny naród musi walczyć i gdyby nie szkalowano przeciwników.

Wielkie mają być inwestycje. Przekop Mierzei Wiślanej, superlotnisko i mosty, to tylko powtarzające się przykłady. Takie inwestycje zwiększą zatrudnienie, dadzą radość tworzenia, a potem powiększą dochód narodowy. Dokładnie tak, jak w „epoce” Gierka – tylko wtedy nie ukrywano, że dla osiągnięcia tego celu kraj się zadłuża. A obecna władza nic nie mówi o finansowaniu tych wielkich planów, dając do zrozumienia, że może uda się odpowiednio „wydoić” hipotetyczną wspólnotę, czyli UE.

Na czoło wrogów ludu wysunęło się w czasie kampanii, coś, czego nie ma. To odgrzewana „ideologia LGBT” zagrażająca także moralności dzieci. Wskazywanie tego wroga ma docierać przede wszystkim do tych środowisk, które nie rozumieją nawet tego skrótu i są bardziej religijne. Żadnych małżeństw jednopłciowych! Żadnej adopcji dzieci przez takie pary! Żadnego uświadamiania seksualnego! Dzieci mają nadal wierzyć, że przyniósł je bocian, albo znaleziono je w kapuście! I – oczywiście – zero aborcji!

Atakowanie konkurencji skoncentrowało się ostatnio na kandydacie pełniącym aktualnie funkcję prezydenta Warszawy. Jego w swoim liście do wiernych poddanych wskazał główny tenor jako uniwersalną przyczynę wszelkiego zła. Jego wybór na prezydenta ma oznaczać upadek moralny kraju i wieczny kryzys polityczny i ekonomiczny. Jemu telewizja państwowa poświęca ostatnio połowę czasu dzienników, usiłując przekonać abonentów, że to zły człowiek, wróg tradycyjnej polskiej rodziny, mało religijny i sprzyjający odmieńcom. To straszne – ale toleruje nawet jednego ze swych zastępców, który otwarcie przyznaje, że jest gejem! To hańba w głęboko katolickim kraju.

Atakowany konkurent w odpowiedzi też napisał list, łagodnie nawołujący do spokoju i jedności. W ten sposób osiągnęliśmy nowy, korespondencyjny poziom dyskusji politycznej. Chyba warto go rozwijać, bo mało kosztuje.
Dwaj młodsi tenorzy mają charakterystyczne cechy, które denerwują część obywateli. Jeden nieustannie na wszystkich krzyczy i domaga się, aby Polska była wolna. Widocznie uważa, że nie jest.. Drugi zanudza słuchaczy doświadczeniami ze swego bogatego życiorysu i ma skłonność koloryzowania rzeczywistości. Według niego wszystko, co robi aktualna władza, kończy się sukcesem. Sukcesem jest nawet wzrost zakażeń koronawirusem. Przecież zgodnie z teoriami Lejzorka Rojtszwanca – jak coś rośnie, to potem musi opadać. I odwrotnie.

Ukryty cel

Ten trzyosobowy chórek rewelersów jednomyślnie twierdzi, że żyje i pracuje tylko dla dobra narodu. Nie mówią tego, ale wyraźnie dążą do osiągnięcia propagandowego celu teoretycznego komunizmu, zapewniającego każdemu dobrobyt „według potrzeb”. Wprawdzie nigdy nikt nie wyjaśnił, jak to osiągnąć, jeśli dla jednego potrzebą są tanio kupione wielohektarowe grunty, dla drugiego jacht na Morzu Śródziemnym parkowany w Monte Carlo, a dla wielu – tylko „małe mieszkanko n Mariensztacie”, albo gdzie indziej i zsiadłe mleko z kartofelkami na letni obiad. Ale starać się można, wspierając starania ukierunkowaną propagandą. W tej propagandzie brakuje mi jednak takich plakatów, jakie były w niespełnionym socjalizmie. Stykające się twarze Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. U nas byłyby tylko trzy, uśmiechnięte i podejrzliwie wpatrzone w poddanych i radosną przyszłość.

Koń, sprawa polska i podpis na Trzaskowskiego

Wychudzone i zaniedbane konie ze stadniny w Janowie Podlaskim stanowią wyjątkowo celny symbol polityki kadrowej PiS, ale to nic nowego i nadzwyczajnego.

Koni żal, ale co ma powiedzieć polskie państwo, którym rządzą: największy polityczny manipulator, marionetkowo-partyjny prezydent, notorycznie mijający się z prawdą premier, nieprzestrzegający prawa minister sprawiedliwości, podatny na partyjne dyrektywy oraz niewyjaśnione interesy minister zdrowia i wszechpotężna telewizyjna wańka-wstańka, wspomagani przez ułaskawionego przed wyrokiem kolejnego ministra. W tym świetle awantura w radiowej Trójce wydaje się mało istotnym incydentem, zaś wszystko to razem wzięte wcale nie jest nowością, a jedynie obrzydliwym smrodem ciągnącym się w Polsce od ponad trzydziestu lat.

Józefa Hennelowa

w wywiadzie zamieszczonym w marcowym wydaniu miesięcznika „Kraków” bardzo się użalała: „Nie tak dawno z Radia Kraków wyrzucono naczelną miesięcznika „Znak” Dominikę Kozłowską, bo ośmieliła się do swojej audycji zaprosić innego przedstawiciela katolicyzmu otwartego Henryka Woźniakowskiego.” Natomiast nie przypominam sobie aby pani redaktor – wieloletni dziennikarz bardzo ważnego tygodnika – w jakiejkolwiek postaci wyraziła co najmniej niepokój, nie mówiąc już o proteście, wobec wyrzucenia na bruk redaktora naczelnego jednego z najważniejszych, partyjnych dzienników w kraju. Też znanego dziennikarza, otwartego, a w stosunku do opozycji nadzwyczaj koncyliacyjnego, metodą wyjątkowej kurtuazji poprzez wręczenie zwolnienia na redakcyjnym korytarzu przez pełnomocnika, lepiej będzie, przez komisarza solidarnościowej, zwycięskiej władzy.

To symbol

powszechnych dokonań nowych, pono demokratycznych rządów oraz różnych środowisk i tzw. autorytetów, którym dziwnie zamurował się słuch, wzrok, nie wspominając już o najzwyklejszej przyzwoitości. Weryfikacja dziennikarzy u początku stanu wojennego jawi się wręcz jako akcja humanitarna w porównaniu do powszechnej czystki, na wzór radziecki, dokonanej w tym środowisku u początku III RP. Do symbolicznej nicości podążali kolejni z racji partyjnej przynależności bądź nadania, albo z jakichkolwiek innych względów, albo i bez takowych, wskazywani przez solidarnościowe „sądy ludowe” i rządzących teraz pono sprawiedliwą Polską. I nie ważne były wieloletnie doświadczenie i wysokie kwalifikacje, dotychczasowe niewątpliwe osiągniecia, naukowe tytuły i rzetelnie wykonywane obowiązki. Nawet kierowca z byłego partyjnego komitetu miał kłopoty ze znalezieniem pracy, co oznacza wyjątkową aberrację na początku tamtej polskiej rzeczywistości. Na jaką taką sprawiedliwość załapali się jedynie zweryfikowani funkcjonariusze b. SB, ale tylko do czasu. I tak po dziś dzień trwa, w różnych odmianach, ta postsolidarnościowa polityka kadrowa, do hiper-absurdu i finansowej prywaty doprowadzona przez PiS.

Wśród tych głuchych i niewidzących

znaleźli się także liczni przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości, również z jego najistotniejszych urzędów – Sądu Najwyższego i Trybunału Konstytucyjnego, których decyzje, nie tylko w sprawie zbiorowej odpowiedzialności byłych zatrudnionych w SB czy w podobnych służbach, lub w kwestii przestrzegania zasad Konstytucji, stanowią plamę na polskim wymiarze sprawiedliwości. Wszyscy właśnie tacy, którzy swój désintéressement wyjaśniali i usprawiedliwiali na różne sposoby, mogli w swoim czasie zapobiec, bądź ograniczyć nieprawość w Rzeczpospolitej. Dziś przyszli i po nich: po wolne sądy i krytykujące ich media, protestujących przedsiębiorców i krnąbrnych medyków, samorządy i stowarzyszenia, po wszystkich innych poza swoimi wyznawcami, aparatczykami i dobrze opłaconym terenowym aktywem PiS. I wcale nie na koniec po studentów sprzeciwiających się głoszeniu bzdur na państwowej wyższej uczelni.

Nikt nie policzy

bo to niewykonalne, skutków politycznego dzielenia Polaków na lepszych czyli naszych (z nadzwyczaj szeroko liczonej politycznej opozycji w PRL, Solidarności, ze Zjednoczonej Prawicy) i tej całej podobno gorszej, odrzuconej reszty, nazwanej ostatnio chamską hołotą. Także tego, jak zubożał kraj przez te kadrowe wykluczenia. Ile zmarnowano dobra wspólnego i jak wielu błędów można by było uniknąć we wszystkich dziedzinach aktywności, gdzie bylibyśmy dziś z tymi straconymi talentami, doświadczeniem, wysokim profesjonalizmem i oddaniem dla kraju. Żadne tu historyczne analogie nie przyszły na myśl: do 1918 roku, gdy nowopowstałej niepodległości wiernie służyć postanowili wysocy urzędnicy i ważni wojskowi z zaborczych urzędów i armii; do 1945 roku, gdy wybitni przedwojenni fachowcy kierowali odbudową Warszawy, przejmowaniem Ziem Zachodnich oraz tworzeniem industrialnej Polski. Ideologicznego opętania antykomunizmem i w powszechnym wymiarze również kapitalistycznej prywaty, która w porównaniu do czasów PRL-u jawi się jak kolosalny skok na kasę, nie mogła w żadnym stopniu przebić myśl, że miliony Polaków, a wśród nich przeważająca cześć b. członków PZPR i aktywnych w okresie Polski Ludowej zaakceptowała III Rzeczpospolitą jako nadzieję na nowoczesne, rzeczywiście demokratyczne i sprawiedliwe państwo. I chciała, i chce w nim nadal, tak jak wszyscy inni odmiennie myślący niż PiS, obywatelsko uczestniczyć na równych prawach i obowiązkach.

Do tego rejestru ekstremalnych skutków neobolszewickiej polityki kadrowej i nowej kapitalistycznej rzeczywistości zaliczyć należy nie tylko degradację społeczną tysięcznych rzesz, a wśród nich pozbawionych na lepszy start ludzi młodych, ale także tych wielu, którym przyśpieszono ostateczne opuszczenie tego świata.

„W trosce o byt i przyszłość naszej Ojczyzny,…

my, Naród Polski – wszyscy obywatele Rzeczypospolitej,…równi w prawach i w powinnościach wobec dobra wspólnego – Polski,…pragnąc na zawsze zagwarantować prawa obywatelskie, a działaniu instytucji publicznych zapewnić rzetelność i sprawność,… ustanawiamy Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej jako prawa podstawowe dla państwa…oparte na poszanowaniu wolności i sprawiedliwości, współdziałaniu władz, dialogu społecznym oraz na zasadzie pomocniczości umacniającej uprawnienia obywateli i ich wspólnot.”

Nie mogę oddychać w Polsce

– parafrazując ostatnie słowa George’a Floyda – nie z powodu smogu, a powszechnego, od lat nieprzestrzegania, łamania i duszenia podstawowych zasad ustawy zasadniczej. Inni, liczni zapewne też, acz drogi poszukiwania czystego powietrza są nie tylko odmienne, co zrozumiałe, ale niektóre z nich złudne, co jest już niewybaczalne, bo prowadzą donikąd. Ośrodek KARTA w rocznicę wyborów 4 czerwca 1989 i w roku czterdziestolecia powstania Solidarności opublikował 21 nowych tez na pamiątkę 21 postulatów sformułowanych w 1980 roku. Wydarzenia z przeszłości upamiętniać można oczywiście w różny sposób, ale nie stanowi remedium na współczesne polskie kłopoty ta oto opinia: „Potrzeba nowego ruchu społecznego, który zrozumie sens tej osłabłej linii kraju. Kolejna odsłona Solidarności będzie znów drogą do zintegrowanej wspólnoty, chroniącej nas od zatrucia polityczną toksyną.” Solidarność, nie ta związkowa, ale zwykła-codzienna objawia się przede wszystkim w warunkach zagrożenia jakiejś wspólnoty, konieczności obrony jej praw czy bytu, natomiast jako ruch polityczny w demokratycznym państwie jest zbędna gdyż zastępuje ją z powodzeniem przestrzeganie obowiązującego prawa. Idealistyczne przekonanie o zintegrowanej wspólnocie, która ma jakoby zapobiegać politycznej toksynie jest naiwne co najmniej do granic zdziwienia.
Odwoływanie się do tej idei – a czyni to także Andrzej Duda słowami „Razem, zgodnie, razem, solidarność” – nic nie znaczy poza wyświechtanym sloganem. Wykorzystuje ją także w bieżącej, prezydenckiej kampanii wyborczej, Rafał Trzaskowski wołając o nową solidarność. Uwspółcześniony slogan ma niewątpliwie nadal pewną pijarowską nośność i stąd się pojawił służąc przedwyborczej mobilizacji, ale mnie dużo bardziej przekonują słowa o odnowie, szacunku i poszanowaniu wszystkich Polaków.

Rafał Trzaskowski

stanowi dla licznych wyborców poważny dylemat i problem. Członek postsolidarnościowej Platformy Obywatelskiej, która przez lat osiem wiodła spor z PiS-em o czapkę gruszek, czyli tylko o władzę, a nie o dobro obywateli, postrzeganej jako partia swoich wyłącznie interesów, sprawnie motająca rzeczywistością przez Donalda Tuska i niezbyt udanie przez Grzegorza Schetynę. Uczestniczył w tych działaniach i Trzaskowski, i swoje ma za uszami, nota bene jak większość polityków. Jednocześnie nie można mu odmówić bardzo wielu godnych uznania przymiotów, odwagi programowej gdy walczył o prezydenturę Warszawy, mądrych ocen i haseł obecnie wygłaszanych oraz ważnego zdania, które umknęło komentatorom, że w Polsce zmienić się musi wiele, w tym także programy i działalność politycznych partii. Odczytuję to przede wszystkim pod adresem PO i wiem, że dla dalszego istnienia tej formacji jest to warunek sine quo non. A to oznaczać może w konsekwencji zasadnicze przewartościowania w paradygmatach politycznych polskiej rzeczywistości.

Z aktualnej kalkulacji wyborczej wynika, że to Trzaskowski ma nie tylko szansę wejść do drugiej tury prezydenckich wyborów, ale i dalej skutecznie powalczyć, i dlatego wielu lewicowych wyborców podpisuje właśnie listy poparcia na tego kandydata. Nie jest on co prawda postacią naszych lewicowych marzeń, ale wiele wskazuje na to, że doświadczony nie tylko klęskami PO, ale przede wszystkim dramatem obecnych czasów i oczekiwaniami większości obywateli, obierze inną, aktywną drogę swojej prezydentury niż Bronisław Komorowski. Warto przy tej okazji przypomnieć, ile wątpliwości, ataków i proroczych złych ocen kierowano w swoim czasie pod adresem Aleksandra Kwaśniewskiego, którego dwie prezydenckie kadencje okazały się, w powszechnej opinii, za najlepsze w III RP.

Idziemy do wyborów bo mamy rzeczywiście już dość i nie tylko koni żal, ale i ludzi też.

Śmiech przez łzy

Maj nie spełnił naszych oczekiwań. Chłodno w dzień, wręcz zimno w nocy, wirusowe ograniczenia, uniemożliwiające zarówno randki kawiarniane, jak i bardziej intymne. Większość narodu nie traciła jednak humoru, bo miłościwie panująca władza dostarczała ciągle powody do śmiechu, który przebijał się nawet przez łzy wyciskane codziennymi komunikatami o ofiarach pandemii.

Wprawdzie moim tarzającym się ze śmiechu przyjaciołom zwracałem nieśmiało uwagę, że śmianie się z postępowania ludzi umysłowo nieco ułomnych jest niegrzeczne i może być niebezpieczne, ale wyraźnie lekceważyli moje starcze ostrzeżenia.

Poczta wyborcza

Pierwszy atak majowej wesołości mieliśmy na początku miesiąca, obserwując zabawne manewry rządu i jego opiekuńczej partii, zmierzające do organizacji wyborów prezydenckich w dniu 10 maja. Pewność wicepremiera, któremu powierzono to zadanie, konfrontowana z realiami, budziła początkowo tylko chichot znajomych pracujących przy kilku poprzednich wyborach. Salwy głośnego śmiechu można było usłyszeć nieco później, gdy do świadomości obywateli dotarła informacja, że operacyjną strona tych wyborów mają się zająć listonosze. To oni mieli do skrzynek około trzydziestu milionów pełnoletnich obywateli doręczyć pakiety wyborcze, w których poza kartą wyborczą miał być jeszcze papierek z informacją o głosującej osobie – z peselem i adresem włącznie. Ci, którzy nie mieli zamiaru głosować, mogli po tym dać te pakiety do zabawy dzieciom własnym lub cudzym, albo rozpalać nimi kominek. Głosujący mieli je wypełnić i wrzucić do specjalnie przygotowanych skrzynek pocztowych, skąd już prostą drogą miały „dojść” do komisji wyborczych.
Ta koncepcja była nie tylko śmieszna. Grzeszyła skrajną niezaradnością organizacyjną i brakiem wyobraźni. Znajomy dziadek – wiekiem i stażem – powiedział mi wprost. „ jak wiesz ja mam, w d… te wybory i jest mi obojętne, kro zostanie prezydentem. Jak dostanę taki pakiecik, to dam go jednemu z 10 letnich wnuków. On się interesuje polityką, to sobie wybierze prezydenta, wypełni druczki moimi danymi i będzie się uczył , jak robi się balona z władzy i społeczeństwa”.

Upadek fortecy

Drugi atak niesmacznej wesołości mieliśmy po informacjach o kilkugodzinnym przesłuchiwaniu przez policję studentów, związanym z tym, że wyrażali swoje niezadowolenie z wykładów pewnej profesorki, wciskającej im wyłącznie jej poglądy. Ze smutkiem wspominaliśmy czasy przed i powojenne, kiedy uczelnie traktowane były jako jednostki eksterytorialne, w których jedyną władzą był rektor, zresztą zarówno wtedy jak i dzisiaj wybierany przez „ciało” profesorskie i reprezentacje organizacji studenckich. Na terenie uczelni policja oczywiście mogła za zgodą rektora ścigać złodziei i innych rozbójników, ale nikomu nie przychodziło do głowy, aby wtrącała się w spory wykładowców i studentów, Ostateczną instancją rozstrzygającą takie spory był rektor lub prorektor „do spraw studenckich”. Jeśli jakieś oskarżenia były kierowane do policji lub prokuratury, to szybko przekazywano je właśnie rektorowi. Uczelnia była traktowana jak niezależna forteca, która teraz upada.

Chłopcy – radarowcy

Grono moich przyjaciół jest jednak wdzięczne policji za wywołanie kolejnego, majowego rozweselenia. Wszyscy umieściliśmy w telefonach i komputerach uroczy obrazek zatrzymywania i wpychania do „suki” młodej rowerzystki, która jeździła po niemal pustym parkingu z niewielkimi plakacikami przyczepionymi dp bagażnika. Napisy na tych plakacikach nie zawierały słów uznawanych za obraźliwe, ale były krytyczne wobec rządzącej partii. Czegóż ta biedna policja nie wymyślała, aby uzasadnić to zatrzymanie. Nie mogła przecież powiedzieć, że wykonuje ciche zalecenia władzy, albo, że chce się tej władzy delikatnie podlizać. Dowiedzieliśmy się więc, że rowerzystka nie chciała podać swoich danych, jeździła po chodniku, którego tam nie było, naruszała przepisy sanitarne związane z epidemią koronawirusa mimo, że na placyku nie było widać żadnego zgromadzenia.

Andrzej Rosiewicz śpiewał kiedyś taką piosenkę „Chłopcy – radarowcy”, o milicjantach i rowerzyście. Powinno się do niej dopisać kolejną zwrotkę. Nic się nie zmieniło, ale jest bardziej śmiesznie. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś nas zapewnia, że teraz to mamy wysoce inteligentną policję, całkowicie bezstronną i działającą tylko zgodnie z prawem.

Mąż opatrznościowy

Żeby naród nie miał pretensji o złą pogodę w majowym raju, to nasze przewidujące władze zafundowały nam jeszcze zabawne zakończenie miesiąca. W ramach kampanii, która nieformalnie trwa od pierwszej dekady maja, pan prezydent i pan premier byli łaskawi odwiedzić budowę kanału przez Mierzeję Wiślaną. Chwalili budowniczych i siebie, co moje towarzystwo potraktowało jako rzecz normalną i zgodną z tradycją od czasów Gierka. W euforię radości wpadliśmy dopiero w końcu przemówienia premiera, który całkiem poważnie wskazywał na prezydenta, jako na opatrznościowego męża stanu, który ma plan rozwoju wielkich inwestycji pozwalających na pokonanie kryzysu zafundowanego przez pandemię koronawirusa. W gronie przyjaciół mam takich, którzy zaocznie lubią naszego obecnego prezydenta,. Sympatyczny, wesoły, chłopięcy i chyba bezkrytycznie wierny rządzącej partii i jej wodzowi. Ale nawet oni wiedzą, że ma niewiele do powiedzenia w hierarchii faktycznej władzy. Chwali prawicę, gani opozycję, podpisuje wszystko co prawicy potrzebne, a resztę przesyła do zaprzyjaźnionego Trybunału Konstytucyjnego. Tam bowiem wiedzą, co jest aktualnie zgodne z wolą najważniejszego, szeregowego posła, coraz częściej zastępującą konstytucję.
Przypuszczam, że majowy śmiech przez łzy przedłuży się w czerwcu. Aktu wyboru prezydenta mamy dokonać w końcu miesiąca, więc mamy przed sobą okres relatywnie krótkiej formalnej kampanii i trochę nieformalnego czasu kłótni i wzajemnego podgryzania. Mój piesek – niemiecki terier myśliwski – już się szykuje, że do tego drugiego zadania ktoś go wynajmie.

Warszawa – Marki, 2.06.2020r.

Krucjata prezesa

Kaczyński poszedł w nieokiełznane samodzierżawie: naczelną filozofią wszystkich instytucji, które PiS bezlitośnie okupuje, jest w tej chwili żądanie, by wszyscy uznali dziejową konieczność i obowiązek bezwzględnego poświęcania się dla Prezesa Państwa. Każdego, kto się od tej moralnej i politycznej powinności uchyla, czeka gniewny szlachecki zajazd.

W taki sposób stłumiono rokosz Trybunału Konstytucyjnego, a od jakiegoś czasu próbuje się dorżnąć Sąd Najwyższy. Tam gdzie natarcie odparto – na przykład w KRRiTV – PiS-owskie warcholstwo utworzyło swoje, równoległe struktury, błyskawicznie uznane za jedyny, choć pozakonsytucyjny punkt odniesienia. Instytucje to jednak za mało; nowa mądrość etapu to – jak się zdaje – ustawiczne bezpieczniacko-prokuratorskie dogryzanie wszystkim grupom, które nie nauczyły się kochać 4,5 RP. Oczywiście, wspomaga ono uruchomione już dawno rozmaite nagonki, na czas epidemii trochę tylko uśpione – przeciwko Rosjanom, Arabom, kobietom, osobom LGBT, Unii Europejskiej oraz – nie zapominamy słynnych wynurzeń eksministra Waszczykowskiego – wegetarianom, rowerzystom i „zwolennikom mieszania kultur i ras”.

Ostatni tydzień to jeden z najbardziej przerażających odcinków serialu pod tytułem Polska Wstaje z Kolan. Podobny do tego z połowy kwietnia, gdy podczas jednego dnia w Sejmie głosowano obywatelskie projekty ustaw walące w Żydów (447) i kobiety (aborcja) oraz pięknie dopełniający się kolejny duet, który, gdyby został przyjęty, zakazałby nauczania dzieci o ludzkiej seksualności, ale za to dałby im możliwość udziału w polowaniach. Teraz horror tej jakości rozlał się poza Sejm – wszyscy uczestniczymy w jakimś tyleż skandalicznym, co mrocznym absurdzie.

Ordo Iuris, fundamentalistyczna sekta prawników, zaprzęgła do nowej ewangelizacji polską policję. Jej funkcjonariusze, niezmordowanie od kilku dni, przyprowadzają jej na przesłuchania śląską młodzież akademicką i użyczają swoich komisariatów do straszenia studentek i studentów, którzy wcześniej, korzystając z legalnej uniwersyteckiej procedury, poskarżyli się na swoją wykładowczynię. W tym samym czasie organizacja ta uzyskuje, w drodze sądowo-prokuratorskich deliberacji tak zwane zabezpieczenie powództwa: znana polska feministka Marta Lempart dostała kuriozalny zakaz wypowiada przez rok twierdzenia, jakoby Ordo Iuris było zgrają fundamentalistów finansowanych przez Kreml. Jakkolwiek przerażające w swym idiotyzmie jest to twierdzenie, kneblowanie czyichś supozycji na temat publicznego podmiotu jawnie dopuszczonego do współzarządzania odpalonymi nagonkami, uznać należy za odrażające i niemoralne.

Jakby tego było mało, sąd, któremu przyszło rozpatrywać powództwo siedmiu facetów, którzy poczuli się obrażeni przez znaną katolicką dżihadystkę Kaję Godek, uznał, że zachodzi uzasadniona wątpliwość, czy publiczna wypowiedź tej kobiety: „geje chcą adoptować dzieci, żeby je gwałcić” aby na pewno ich obraża. Wszak nie udowodnili, iż sami są gejami (ciekawe, jak mieliby to przed sądem uczynić?!).

Poza tym kierowniczka jednego z sieci sklepów IKEA, która zwolniła ongiś sunącego agresywnym homofobicznym bełkotem po kolegach z pracy przy użyciu służbowego sprzętu, będzie odpowiadała za ograniczanie praw pracowniczych ze względu na wyznanie. Dlatego, że ten typ racjonalizował swoje przemocowe postępowanie cytatami z Biblii. Jednocześnie sejmowa komisja zdrowia zdecydowała o zaostrzeniu tak zwanej klauzuli sumienia. Wcześniej lekarze, którzy odmawiali wykonania legalnej aborcji, musieli poinformować pacjentkę, gdzie może szukać pomocy. Teraz już tak nie będzie. Poseł PiS Bolesław Piecha, który złożył poprawkę w tej sprawie, argumentował, że pacjentki mogą sobie tego rodzaju informacji „poszukać w internecie”.

Na tym oczywiście nie koniec. Kilka dni temu policja bezczynnie przyglądała się, jak banda osiłków próbuje dokonać na warszawskiej Pradze nielegalnej eksmisji bez komornika i bez nakazu, a potem użyła przemocy wobec osób, które próbowały ją zablokować. W swojej kolejnej odsłonie „tarczy antykryzysowej” rząd zaplanował, jak się okazuje, sowite wypłaty dla kościoła katolickiego. Ten sam rząd, który kupował od kolegi ministra zdrowia maseczki po 209 zł za sztukę, podczas gdy ten wytrawny biznesmen nabywał je w Turcji za 34 zł.

I jeszcze taki kwiatek. Do pieca dołożyła też dziś jakaś grupka patriotycznych śledczych od siedmiu boleści działających jako Reduta Dobrego Imienia, którym chyba zaszkodziła kwarantanna. Oglądając seriale na znanej platformie Netflix kolesie ci wynotowali sobie momenty szkalowania Polski i prezentują właśnie swój „raport”. Poza tym truskawki są po 30 zł.

Piękne jutrzenki, piękne dni, piękne wieczory, cudowna rzeczywistość.

Mega korupcja à la PiS

Trudno, że by zwykłym człowiekiem nie zatrzęsło.

 

Dowiadujemy się otóż (www.forbes.pl), że państwowa spółka paliwowa LOTOS udziela rabatów na paliwo i niektóre produkty sprzedawane na stacjach m.in. księżom, członkom związków zawodowych i części zatrudnionych w budżetówce oraz ich rodzinom. Oczywiście uzasadnienie jest czysto biznesowe: spółka ma w ten sposób budować poparcie przed jej planowanym przejęciem przez Orlen. Jak donosi ANGORA, podobną promocję rozważał kiedyś i ORLEN, ale projekt nie został zaakceptowany przez radę nadzorczą. Trudno tą akcję nazwać inaczej jak mega korupcją polityczną à la PiS.

Beneficjentami są środowiska, które bądź oficjalnie wspierają PiS (NSZZ „Solidarność”, funkcjonariusze Kościoła Katolickiego, urzędnicy administracji publicznej), bądź są potencjalnym zapleczem, elektoratem PiS – inne związki zawodowe. Dla jasności – nie chodzi o związkowców LOTOS-u lecz o wszystkich związkowców w kraju. Przekaz jest jasny: popierasz PiS – możesz liczyć na bonus. Będziesz głosować na „innych” – to jak ONI przyjdą to zabiorą ci ten cukierek. Jasne, proste, skandaliczne.

PiS wielokrotnie już pokazywał jak atrybuty władzy wykorzystać do kupowania ludzi. Nie dla wprowadzania konkretnych zmian – to tylko zewnętrzne opakowanie – ale do wpajania „suwerenowi”, że PiS jest dobry – bo daje swoim. W tym przypadku tańsze paliwo. Jutro mogą być tańsze leki, szybszy dostęp do lekarza itp.

Co to wszystko ma wspólnego ze społeczną sprawiedliwością, którym to hasłem PiS szermuje na prawo i lewo? NIC. Jeżeli firma LOTOS prowadzona jest według zasad określonych w Kodeksie Handlowym i w Kodeksie Karnym, to za te bonusy płacą wszyscy pozostali jej klienci, w tym również renciści i emeryci.

Nie interesuje mnie lotosowska „Solidarność”. Nie zamierzam wnikać w etyczne rozterki kleru (jeśli takie w ogóle są) przy tankowaniu paliwa taniej niż inni. Trzy wątki są natomiast ciekawe. Pierwszy, to gremialna aprobata wszystkich niemal związkowych central. Ich wodzowie kupują tą bajkę o „budowaniu poparcia przed spodziewanym połączeniem LOTOS-u z ORLEN-em”. Czy nie dostrzegają tego, że zakładając sobie samym pasek, na którym prowadzi ich PiS osłabiają swoją gotowość do protestów wobec tej władzy? Czy z tyłu głowy związkowych działaczy nie pojawi się cichy głosik: „zastanów się, po co strajkować? Jeszcze odbiorą Ci bon paliwowy?”. Przecież, wbrew temu, co głosi przewodniczący WZZ „Sierpień’80”, nie chodzi o „poszerzanie bazy klientów”. Są przecież dla tego celu programy lojalnościowe, a tak w ogóle, to najlepszym sposobem na poszerzenie bazy klientów jest powszechna obniżka cen paliw przez te koncerny. Jestem zniesmaczony.

Drugi ciekawy wątek to owa „część zatrudnionych w budżetówce”. Trochę enigmatyczne sformułowanie i warto by dowiedzieć się czegoś więcej: chodzi o policjantów, urzędników skarbowych czy tylko nauczycieli?

I wreszcie sprawa ostatnia, pytanie za 10 punktów. Czy jeżeli dojdzie od fuzji LOTOS-u i ORLEN-u, do powstania mega koncernu zawiadującego ponad 34 proc. rynku paliwowego w Polsce, to bonusy dla księży, związkowców i budżetówki zostaną zniesione czy utrzymane? Daje się łatwo, odbiera trudniej. Coś mi się wydaje, że manewr LOTOS-u to postawienie ORLEN-u pod przysłowiową ścianą, to próba obejścia rady nadzorczej tej spółki. Pożyjemy, zobaczymy.

W każdym bądź razie, jeżeli nowy koncern państwowy utrzyma te skandaliczne formy politycznej korupcji to to, co ja, zwykły człowiek, mogę zrobić, to zrezygnować z jego usług. Nie będą płacić na pseudo-związkowców, na pozbawionych przyzwoitości księży i urzędników.

 

Tekst ukazał się na blogu „Wołania na puszczy”