Obłudna szczodrość PIS-u

Problem deflacji i inflacji w polityce

Wielu ludzi naiwnie myśli, że PiS jest „partią ludową”, troszczącą się o „ludność uboższą” i rodziny wielodzietne, że jest niemalże partią „socjalistycznej sprawiedliwości społecznej”. Wszak pisowski rząd przyznał dodatkowe emerytury i zasiłki na dzieci. Tymczasem, chociaż może wydawać się to paradoksem, stoją za tym interesy wielkiego kapitału i finansjery. W wyborach w 2015 roku PiS postanowił jednym strzałem zabić dwa zające. Wesprzeć ekonomicznie większość nowego pokolenia emerytów i rencistów oraz osoby poszkodowane przez neoliberalny kapitalizm i zwalczać występującą wówczas deflację, zapowiadającą nieprzyjemne dla wielkiego kapitału zjawiska kryzysowe.

We współczesnej neoliberalnej teorii ekonomii politycznej, związanej z monetaryzmem, dominuje pogląd, że dla rozwoju zjawisk kryzysowych najniebezpieczniejsza jest deflacja, czyli wzrost wartości pieniądza. W związku z tym w programach partii prawicowych, takich jak PiS, pojawiają się takie postulaty socjalne służące finansowemu wsparciu grup słabszych ekonomicznie, których wcześniej nie powinna powstydzić się lewica. Wobec rzucenia przez prawicowy rząd ogromnej masy pieniędzy do walki z koronowirusem, niebezpieczeństwo deflacji wydaje się bardzo odległe. Ale po opanowaniu nadciągającej inflacji, głównym celem neoliberalnych rządów ponownie stanie się walka z groźbą deflacji…

Zasadniczym czynnikiem decydującym o wzroście wartości pieniądza jest spadek cen towarów przy względnie stałych płacach i dochodach. Deflacja jest szczególnie niebezpieczna, gdy poprzedzona jest wzrostem zadłużenia gospodarstw domowych i firm. W Polsce deflacja wystąpiła od 2014 do 2016 roku i pojawiło się jej potencjalne niebezpieczeństwo jeszcze na początku pandemii, kiedy przedsiębiorstwa borykały się z problemami zbytu swoich produktów oraz sprzedażą usług.

Spadek cen jest niebezpieczny dla gospodarki rynkowej, o ile nie jest on związany z większą wydajnością pracy. Gdy wynika on z innych powodów, deflacja oznacza spadek zysków, który może zadecydować o spadku opłacalności produkcji i zamknięciu zakładu produkcyjnego.

Aby uniknąć spadku cen neoliberalni ekonomiści zalecają zwiększenie dochodów ludności. Ale tu jest rzecz bardzo ciekawa, bo w mniejszym stopniu zaleca się zwiększenie płac, a robi się wszystko, aby zwiększyć pozapłacowe dochody ludności poprzez wzrost jej zadłużenia oraz poprzez wypłatę różnego rodzaju świadczeń socjalnych, które przy permanentnym deficycie budżetowym powiększają dług publiczny państwa, którego spłatę przekłada się na obecne i przyszłe pokolenia podatników. Banki wciskają ludności różnego rodzaju kredyty i karty kredytowe.

Dlatego w polityce PiS-u sztandarowymi decyzjami stały się wypłaty świadczeń typu 500+ wypłacane na każde dziecko, 300+ wypłacane na dziecko idące do szkoły, 13 emerytura zamiast podniesienia wysokości emerytury, czy zwiększenia realnej dostępności do lekarzy i zabiegów rehabilitacyjnych. W okresie pandemii wystąpiono również z całym szeregiem świadczeń osłonowych dla osób prowadzących działalność gospodarczą. Coraz głośniej też zaczyna się mówić o dochodzie gwarantowanym dla każdego obywatela, o dochodzie obywatelskim, czyli o zapewnieniu minimalnych dochodów dla każdej osoby w wieku produkcyjnym.

Nie chodzi jednak o to, by negować potrzebę tego rodzaju świadczeń w obecnej sytuacji, jak czynili to początkowo niektórzy przedstawiciele opozycji, ale o włączenie ich do budżetu w taki sposób, aby nie trzeba było finansować ich długiem publicznym. Chodzi więc o sfinansowanie ich dochodami budżetowymi lub oszczędnościami budżetowymi na przykład w finansowaniu zbrojeń czy Kościoła katolickiego. To, że PiS przyznał te świadczenia, to tylko jedna strona zagadnienia. Ale z chwilą, gdy polityka antydeflacyjna osiąga swój cel, czyli kiedy dochodzi do inflacji, w wyniku spadku wartości pieniądza – świadczenia te są stopniowo faktycznie zmniejszane, czyli jak to się mówi – społeczeństwo jest „okradane”…

I w tym widoczna jest cała dialektyka, żeby nie powiedzieć obłuda partii podobnych do PiS, czy innych prawicowych partii populistycznych. Z jednej strony przedstawiają się jako partie stojące po stronie najbardziej poszkodowanych przez mafijne i złodziejskie układy oraz komunistyczne spiski. Starannie unikają mówienia, że w istocie chodzi o kapitalistyczną transformację, rozwój neoliberalnego kapitalizmu, wystrzegają się nawet jakiejkolwiek sugestii, że chodzi o rozwój kapitalistycznego wyzysku. A z drugiej strony, i to jest główna i rzeczywista ich troska, bronią kapitału przed spadkiem zysków i groźbą bankructwa. A nacjonalizacja bankrutujących przedsiębiorstw nawet nie pojawia się w ich programach…
Deflacja jest czymś typowym dla początków kryzysów w warunkach gospodarki rynkowej. Firmy doznające spadku przychodów i ludzie mający przed oczami groźbę utraty pracy, szybko wyprzedają swoje aktywa, aby zmniejszyć zadłużenie. Długotrwała wyprzedaż aktywów i obniżenie wydatków prowadzą jednak do dalszego spadku zaufania do nich i spadku ich cen. W warunkach deflacji rośnie zatem wartość posiadanej gotówki. Ludzie i firmy zaczynają gromadzić pieniądze, zamiast je wydawać. A to nie służy interesom kapitalistycznej gospodarki rynkowej.

Deflacja nie polega więc tylko na spadku cen towarów konsumpcyjnych, przy względnie stałych płacach i dochodach, ale również na spadku wartości trwałych i obrotowych aktywów poszczególnych przedsiębiorstw. Spada również cena różnego rodzaju udziałów i papierów wartościowych. Spadek cen tych ostatnich oznacza zapowiedź możliwości całkowitego krachu na giełdach i śmiertelne narażenie interesów panującego dziś kapitału finansowego i bankowego. Robi się więc wszystko, na co pozwala monetarystyczna teoria ekonomii politycznej, aby nie dopuścić do spadku popytu i wybuchu kryzysu. Ale to wszystko są działania doraźne, nie likwidujące przyczyn strukturalnych tkwiących w samej gospodarce rynkowej opartej na wyzysku najemnej siły roboczej, czyli na przechwytywaniu lwiej części społecznego produktu dodatkowego przez oligarchię finansową i jego wykorzystaniu w prywatnych interesach.

W walce ze spadkiem cen towarów i usług obniża się stopy procentowe, aby zwiększyć zdolność ludzi do pożyczania i wydawania pieniędzy.

Przy polityce deflacyjnej wzrasta zatrudnienie, jak pokazuje doświadczenie USA, jednak najwięcej nowych stanowisk pracy powstaje w sektorach gospodarki charakteryzującymi się najniższymi zarobkami, na tzw. umowach śmieciowych. Ponadto, wzrost zatrudnienia był tożsamy z liczbą osób wchodzących na rynek pracy, co oznaczało, że za wskaźnikami o zmniejszeniu bezrobocia znajdowało się bezrobocie ukryte. Rzeczywista stopa bezrobocia spadała więc głównie dlatego, że coraz więcej ludzi opuszczało grupy zawodowo czynne w związku ze starzeniem się społeczeństwa. „Pod koniec 2013 roku ponad 50 milionów Amerykanów korzystało z pomocy żywnościowej, ponad 26 milionów nie miało pracy, pracowało dorywczo albo zrezygnowało z dalszego szukania zatrudnienia, a 11 milionów obywateli było trwale niepełnosprawnych, w tym wielu występowało o stwierdzenie niepełnosprawności po utracie zasiłku dla bezrobotnych. Te liczby są hańbą Ameryki”. Nic zatem dziwnego, że po wygranych wyborach prezydenckich 11 marca 2021 Joe Biden podpisał Amerykański Plan Ratunkowy, zakładający m.in. jednokrotne wypłacenie 1400 dolarów wszystkim dorosłym obywatelkom i obywatelom…

Polityka deflacyjna na pewno prowadziła do ożywienia giełdy, ale już niekoniecznie do poprawy ekonomicznej kondycji przedsiębiorstw. W efekcie pieniądze oferowane poszczególnym grupom społecznym i tak trafiały do kieszeni oligarchii finansowej. Zwolennicy deflacji swój cel uznają za spełniony, gdy inflacja osiągnie około 2 procent, a to jak wiadomo oznacza dalsze okradanie głównie ludzi zatrudnionych w oparciu o umowę o pracę oraz emerytów i rencistów. Ponieważ w okresie walki z groźbą deflacji pieniądz jest łatwo dostępny, a stopy procentowe często bliskie zera, to przy zaciągnięciu kredytów powstaje dźwignia ekonomiczna, która zwiększa i zwielokrotnia zyski zarówno inwestorów w papiery wartościowe, jak i nabywców głównie nieruchomości, którzy mają do dyspozycji tanie kredyty hipoteczne. Ponieważ jednak wzrost cen papierów wartościowych i nieruchomości jest wynikiem dostępności taniego kredytu, a nie siły gospodarki, powstają bańki spekulacyjne, które muszą pękać ze stratą dla tych wszystkich, którzy odważyli się sięgnąć po korzystną ofertę kredytową na ich zakup. Rząd szuka teraz na gwałt jakiegoś sposobu, aby ożywić rynek mieszkaniowy, pod hasłem zapewnienia mieszkania dla młodej i wielodzietnej rodziny. W istocie jednak idzie o ochronę interesów deweloperów…

Ale nawet niewielka inflacja, przy nadmiarze pieniędzy na ryku może bardzo szybko ulec zwiększeniu w przypadku paniki rynkowej. Skalę nadciągającej inflacji trudno jest oszacować. Wówczas dla odmiany, dla przeciwdziałania inflacji, wprowadza się wysokie stopy procentowe…
Postać tragifarsy przyjęła walka z kryzysem finansowym w latach 2007-2008 w USA kiedy to Rezerwa Federalna w 2009 roku dla ratowania banków wpompowała w system bankowy prawie bilion dolarów, a bankierzy wówczas wypłacili sobie premie za osiągnięcie zysków. Sytuacja była moralnie podejrzana, gdyż w powszechnym rozumieniu bankierzy doprowadzili do kryzysu, który groził masowymi bankructwami banków, rząd uratował ich przed tym, a oni siebie za to nagrodzili. Prezydent Obama wystąpił z apelem, aby bankierzy zwrócili niezasłużone premie, ale rezultat apelu był gorszy niż mizerny.

Wydaje się, że deflacja, spadek cen towarów i usług, mogłaby być zjawiskiem pożądanym w gospodarce rynkowej, gdyż oznacza podniesienie się poziomu życia najszerszych rzesz społecznych w warunkach stałych płac. Spadek cen pozwala na wzrost konsumpcji towarów związanych z postępem technicznym, jak komputery i telefony komórkowe. Nie przypadkiem rząd PiS zaoferował nauczycielom 500+ w związku z ich wydatkami na nauczanie zdalne w czasie pandemii. Dlaczego zatem rząd tak bardzo obawia się deflacji, że sięga po środki, które mogą wywołać niekontrolowany wzrost inflacji?

James Rickards wymienia cztery główne powody, dla których Rezerwa Federalna (czyli prywatny bank Stanów Zjednoczonych) podejmował walkę z deflacją.

Przede wszystkim wzrost deflacji podnosi realną wartość długu publicznego, a wartość nominalna jest określona jako stała wielkość w umowach. Po drugie deflacja zmienia stosunek długu publicznego do produktu krajowego brutto. A to powoduje utratę zaufania wierzycieli, większe oprocentowanie, wyższe deficyty wynikające z wyższego oprocentowania i może prowadzić do niewypłacalności dłużnika. Po trzecie pojawia się strach przed destabilizacją systemu bankowego i wzrostem ryzyka systemowego. Deflacja zwiększa realną wartość długu i dług staje się zbyt duży dla wielu dłużników, aż w końcu przestają oni spłacać kredyty, co jest znacznie bardziej niekorzystne dla banków, pomimo początkowych korzyści wnikających ze spłaty kredytów w bardziej wartościowym pieniądzu. Dlatego rządy preferują w ostateczności inflację, bo ona gwarantuje większą spłacalność kredytów i stabilność systemu bankowego. Po czwarte systemy podatkowe pozwalają opodatkować wzrosty płac i dochodów, ale nie przewidują wzrostu opodatkowania z tytułu spadku cen. Jeśli dochody nominalne rosną w wyniku inflacji, to rząd opodatkowuje ten wzrost, więc pracownik otrzymuje tylko część dokonującego się nominalnego wzrostu płac. Natomiast, gdy wzrasta płaca realna w wyniku spadku cen, cały ten wzrost dochodów pracownika pozostaje w jego kieszeni. Dlatego zdaniem Jamesa Rickardsa „Rezerwa Federalna preferuje inflację, ponieważ zmniejsza ona dług publiczny, obniża stosunek zadłużenia do PKB, poprawia sytuację banków i można ją opodatkować. Deflacja może być dobra dla konsumentów i robotników, ale szkodzi Departamentowi Skarbu i bankom oraz jest stanowczo zwalczana przez bank centralny”.

Z tego wynika, że rząd PiS będzie kontynuował projekty „500+” do czasu wywołania inflacji, której wysokość trudno jest określić. Świadczenia „500+” w ocenie PiS pozwalały ustrzelić dwa zające jednym strzałem. Działo się tak dlatego, że z jednej strony urzędnicy PiS kierowali te świadczenie do grup poszkodowanych przez kapitalistyczną transformację, do grup które były uczestnikami pierwszej „Solidarności” i dopiero teraz zrozumiały, że nie o to walczyły w 1980 roku, do rodzin wielodzietnych i osób najstarszych. Środowiska te ze względu na swoją liczebność stanowią niezbędną do rządzenia bazę w wyborach powszechnych. Na początku 2020 roku, kiedy już wiadomo było o pojawieniu się szalenie groźnego wirusa, podniesiono jeszcze najniższą płacę minimalną o ponad 15 procent. Po drugie, wbrew deklaracjom, że służą interesom większości narodu, służą zabezpieczeniu realizacji interesów ekonomicznych oligarchii finansowej. W istocie więc PiS nadal kontynuował neoliberalną politykę Platformy Obywatelskiej zmniejszając jedynie niektóre sprzeczności powstałe podczas rządów odwołujących się do etosu „Solidarności”. Walkę z groźbą deflacji PiS finansował i finansuje (podobnie ja Platforma Obywatelska) poprzez dalsze zaciąganie długu publicznego, pozostawiając swoim następcom jego spłacenie. Kiedy PiS zapowiedział wypłacenie „czternastej emerytury” w pełnej wysokości tylko dla osób o najniższych emeryturach, to Platforma zaczęła się domagać wypłaty „po równo” dla wszystkich emerytów…

Politykę walki z deflacyjnym zagrożeniem od lat prowadziła Japonia, Stany Zjednoczone i cały szereg innych krajów. Wśród krajów wysoko rozwiniętych, Japonia osiągnęła rekordowy stosunek długu publicznego do PKB – 236 procent, Stany Zjednoczone – ponad 100 procent; Polska po różnych księgowych sztuczkach tylko około – 50 procent. Ekonomiści przekonują, że dla Japonii tak wysoki dług publiczny nie jest niebezpieczny, ponieważ ma on głównie charakter długu wewnętrznego; dla Stanów Zjednoczonych też jak na razie nie jest niebezpieczny z uwagi na światową rolę dolara. Dla krajów słabo rozwiniętych wysoki stosunek długu publicznego do PKB może rodzić poważne problemy. Polska od 1 biliona złotych długu publicznego płaciła ostatnio na jego obsługę prawie 30 miliardów złotych odsetek. Jak wielka jest to kwota, to można podać fakt, że polskie proporcjonalnie wysokie wydatki na armię w 2019 roku wynosiły około 44,5 miliarda złotych.

Dlatego polityka PiS była pełna obłudy – jednych byłych funkcjonariuszy okresu PRL prześladowano, a innych tolerowano w swoich szeregach; odwoływano się do niektórych rozwiązań z okresu PRL i walczono z postkomunizmem; mówiło się o reprezentowaniu tradycji i interesów narodu, a kultywowało najbardziej reakcyjne siły społeczne w jego historii; mówiło się o prowadzeniu racjonalnej polityki ekonomicznej, a sprowadzano droższy gaz z USA; mówiło się o dążeniu do poprawności stosunków z Rosją, a demonstracyjnie prowadzono akcję dyplomatyczną, aby zaszkodzić budowie gazociągu Nord Stream 2, próbowano staranować statek układający rury na dnie Bałtyku, i wbrew wątpliwościom ekologów przekopuje się Mierzeję Wiślaną; krytykowano wzrost pozycji Niemiec, a uznawano i podporządkowywano się dominacji USA; deklarowano nierozerwalność związków z Unią Europejską, a poprzez niektóre działania praktyczne stawano się narzędziem w realizacji działań USA i Rosji destabilizujących Unię Europejską.

Sprzeczności wynikające z polityki zwalczania groźby deflacji widoczne są w innych dziedzinach. PiS próbował importować inflację poprzez zakupy droższego gazu i ropy naftowej. A robił to pod pozorem zwiększania bezpieczeństwa energetycznego kraju i dywersyfikacji źródeł zaopatrzenia. Rząd PiS jak wierny sługa dokonywał również zakupów, z pominięciem krajów europejskich, znacznie droższego uzbrojenia w USA i Izraelu.
PiS przedstawia się jako partia ludowa i narodowa, a jest partią wyrażającą interesy krajowej i międzynarodowej oligarchii finansowej. PiS jest kontynuatorem polityki ekonomicznej PO w zmienionej sytuacji społeczno-ekonomicznej i politycznej. To właśnie monetarystyczna polityka była zapewne podstawą planowanej koalicji „PO-PiS”, która nie doszła jednak do skutku. Dlatego też PO, jako obecna opozycja, nie jest w stanie przeciwstawić PiS alternatywnej polityki ekonomicznej, a koncentruje się właściwie na sprawach etyczno-moralnej krytyki PiS, czy sporach prawnych, które większości społeczeństwa nie interesują lub nie są zrozumiane. PiS stosuje pseudoremedium w postaci drukowania pieniędzy tak długo, jak długo inwestorzy nie stracą zaufania do walut i obligacji; finansuje wydatki deficytem budżetowym i wzrostem długu publicznego, dopóki koszty obsługi nie przekroczą korzyści z jego zaciągania; wprowadza nadal reformy strukturalne polegające na prywatyzacji ubezpieczeń i usług publicznych. Prywatyzacja służby zdrowia przez wszystkie poprzednie rządy, w okresie pandemii odsłoniła jej trwającą od lat faktyczną zapaść widoczną w zadłużeniu szpitali, w ograniczeniach testów chorobowych, w wielomiesięcznych kolejkach do specjalistów, w wieloletnich oczekiwaniach na zabiegi operacyjne, w możliwie najniższych płacach niższego personelu medycznego.

Spadek cen może mieć różne przyczyny. Dlatego obłędne dążenie do uniknięcia deflacji może pominąć sygnały, jakie daje gospodarka, że kapitał osiągnął punkt krytyczny, że poszczególne dziedziny są przeinwestowane, a nowe inwestycje nadmiernie zadłużone, że błędnie ulokowano kapitał. W ten sposób cenowe sygnały rynku mogą być stłumione przez druk pieniędzy; może rozwijać się korupcja w celu zyskania ulg lub dotacji ze środków publicznych. Wbrew temu, co głoszą neoliberałowie polityka zaczyna więc dominować na ekonomiką…

Specjaliści przekonują, że za życia jednego pokolenia 15 procent ludzi straci pracę, a 35 procent będzie musiało się przekwalifikować. Te głębokie zmiany w podziale pracy spowodowane przez trwającą obecnie drugą rewolucję przemysłową, wymagają nowego pokolenia ludzi zdolnych do objęcia nietradycyjnych zawodów. Niestety na automatyczny wzrost poziomu życia masy pracujące nie mają co liczyć, gdyż występuje tak zwana luka Engelsa, który jako pierwszy zauważył, obserwując pierwszą rewolucję przemysłową, że dopiero następne pokolenie pracujących było w stanie wywalczyć sobie podniesienie poziomu życia dzięki dokonującemu się postępowi technicznemu. Wszystko to wskazuje, że problem polityki urodzeń będzie w centrum zainteresowania państwa i kapitału.

Doświadczenie historyczne wskazuje, że postęp techniczny nie powoduje zmniejszenia zatrudnienie, a wręcz przeciwnie, z czasem prowadzi do powstania całego szeregu nowych zawodów i wzrostu zatrudnienia.
Natrętna i porażająca propaganda PiS przypisuje sobie troskę o interesy uboższej części społeczeństwa, która tak faktycznie liczy się dla niego tylko podczas wyborów i badań sondażowych. W rzeczywistości wyrażał on więc również interesy wielkich koncernów międzynarodowych i oligarchii finansowej. Dlatego PiS nigdy nie dostrzeże, że jednym ze środków zapewniających trwałe wyeliminowanie deflacji jest nacjonalizacja banków, a nie tylko ich polonizacja. Najprawdopodobniej wydatki związane z pandemią pokażą, że pieniądze wypłacone wcześniej na walkę z deflacją, były w sumie zbyt wielkie, aby powstrzymać inflację, która każdemu konsumentowi pokaże naocznie inną stronę rzeczywistego złowieszczego oblicza polityki PiS. Według danych Eurostatu inflacja w Polsce wyraźnie wzrasta od 2016 roku. I obecnie wśród państw Unii Europejskiej w Polsce i na Węgrzech odnotowywany jest najwyższy wskaźnik inflacji, ze szkodą dla pracowników najemnych i korzyścią głównie dla oligarchii finansowej…

Dezubekizacja na arenie

Każdy przywódca państwa niejako w sposób automatyczny zapisuje się na kartach jego historii. Otrzymuje przy tym do dyspozycji dwie znacznie różniące się możliwości: albo trafi do panteonu zasłużonych, albo do galerii szubrawców.

Rządzący samowładnie Polską od ponad pięciu lat prezes PiS uczynił już na tej drodze bardzo poważne kroki. To jego partia uchwaliła bez wątpienia najbardziej podły i niesprawiedliwy akt „prawny” III RP, jakim jest tzw ustawa dezubekizacyjna. Dotkliwa krzywda, którą wyrządzono w ten sposób dziesiątkom tysięcy Polaków, fałszywie oskarżonych zbiorowo o całe zło poprzedniego ustroju, jest haniebną plamą, jakiej PiS nigdy z siebie nie zmyje.

W środowisku represjonowanych wciąż pojawia się pytanie, dlaczego Prezes postanowił zadać cierpienia tak wielkiej liczbie dosyć dowolnie wskazanych funkcjonariuszy kilku dawnych służb. Odpowiedzi padają różne, ale warto wskazać na pewien szczególny aspekt tego brutalnego zabiegu. Otóż genialny strateg Zjednoczonej Prawicy doszedł do wniosku, że zmasowana propaganda, uprawiana od początku istnienia III RP, w wystarczająco czarnych kolorach odmalowywała poprzednią Polskę, aby nie wykorzystać tego politycznie. Już wcześniej próbowano postawić przed sądami poszczególnych przywódców PRL, m. in. gen Jaruzelskiego, Kiszczaka i innych, ale okazywało się, że przestrzegające standardów sądy w zasadzie nie bardzo mają za co ich karać i zapadające wyroki były stanowczo zbyt mało widowiskowe. Prezes uznał, że jest mu potrzebny spektakl na dużo większą skalę.

Jako wytrawny polityk skorzystał z wzorców sprawdzonych niegdyś w starożytnym Rzymie, którego władcy doskonale wiedzieli, że aby rządzić, muszą dostarczyć plebsowi jedynie dwóch rzeczy: chleba i igrzysk. Z chlebem sprawa była prosta – wprowadzono 500+ (wypłacane ludowi z podatków, które oczywiście sam lud wcześniej państwu zapłacił) i trzeba było jeszcze wymyślić igrzyska. Tu znów przydała się znajomość historii i rozwiązanie jakie prawie dwa tysiące lat temu zastosował cesarz Neron. On także doszedł do wniosku, że za ogromny pożar Rzymu wypadałoby kogoś ukarać, i że kilka osób stanowczo tu nie wystarczy. Ku uciesze rzymskiej tłuszczy zorganizował więc ogromne igrzyska, gdzie na różne wymyślne sposoby, krzyżując, paląc żywcem i rzucając lwom na pożarcie, uśmiercono na arenach kilka tysięcy chrześcijan (których wcześniej cesarska czarna propaganda nazwała „wrogami życia” i wskazała jako podpalaczy).

Prezes ocenił, że polskie społeczeństwo w swej masie niczym nie różni się od rzymskiego plebsu i zastosował dokładnie ten sam mechanizm. Przyjął, że ok. pięćdziesiąt tysięcy niewinnych ludzi złożonych w ofierze będzie odpowiednią liczbą i tylu kazał przygotować swym gorliwym sługom. Widowisko rozpoczęto 16 grudnia 2016 r., w Sali Kolumnowej Sejmu, od jawnego zademonstrowania publiczności absolutnej pogardy dla jakichkolwiek cywilizowanych norm prawnych i parlamentarnych. Trudno było jednak urządzić spektakl aż tak krwawy jak w czasach Nerona, więc zdecydowano, iż sadystyczne zadowolenie osiągnie się dzięki długotrwałości cierpień skazańców. Pewnym niebezpieczeństwem było, że mogli oni próbować znaleźć sprawiedliwość w niezależnych sądach, więc zagrożenie takie usunięto przy pomocy pretorian z Ministerstwa Sprawiedliwości oraz Trybunału Konstytucyjnego, z panią prezes Przyłębską na czele. Zastosowany przez nich rozległy repertuar brudnych chwytów i kruczków prawnych spowodował, że ogromna większość z kilkudziesięciu tysięcy ofiar od prawie czterech lat wciąż bezskutecznie czeka na odbycie się rozpraw i uzyskanie jakichkolwiek wyroków. Dzięki temu organizatorzy igrzysk osiągnęli efekty, które z pewnością spełniają ich oczekiwania – zrozpaczeni, niewinnie szykanowani starzy ludzie popełniają samobójstwa (co najmniej 60 takich tragedii) i umierają w przyspieszonym tempie, zabici stresem i nędzą w jaką ich wpędzono (tak odeszło już ponad 1500 represjonowanych).

Ostatnio spektakl trochę zaczyna kuleć, bowiem nie wszystkie osoby ze środowiska polskich sędziów i prawników chcą uczestniczyć w tym haniebnym widowisku. Pojawiły się odważne orzeczenia, że odpowiedzialność zbiorowa jest w sposób oczywisty bezprawna, że karać można tylko za indywidualne czyny, że prawo nie może działać wstecz, że stosowanie zemsty politycznej jest zakazane, że istnieje domniemanie niewinności itp. Także część dziennikarzy i publicystów w końcu zorientowała się w poziomie moralnym i prawnym twórców dezubekizacji i zaczyna bardziej uczciwie pisać o skali uczynionej podłości. Nawet wśród zwykłych obywateli polskich, którzy początkowo, tak samo jak rzymski plebs, cieszyli się i radośnie oklaskiwali cierpienia bezbronnych skazańców, dzisiaj skala poparcia dla dezubekizacji zaczyna powoli opadać.

Szczególne kłopoty bezpośrednim realizatorom igrzysk, czyli pseudo prawnikom z Zakładu Emerytalno-Rentowego MSWiA oraz pseudo historykom z IPN, sprawiło orzeczenie Sądu Najwyższego o konieczności wykazywania jakich to konkretnie przestępczych czynów dopuścili się poszczególni represjonowani w czasach swej służby w PRL. Wobec posiadania niezwykle mizernych materiałów na ten temat zdesperowani propagandziści PiS wymyślili, iż czynem takim jest fakt, że wielu z nich było członkami rządzącej tamtą Polską partii PZPR. Obecnie argument ten pojawia się nie tylko w sądach, ale nawet w decyzjach administracyjnych MSWiA. Szokujące uznanie, że dowodem przestępstwa jest przynależność partyjna, może mieć ciekawe konsekwencje polityczne. Podczas ostatnich wyborów parlamentarnych w 2019 r. na PiS głosowały przede wszystkim osoby z wykształceniem podstawowym i zawodowym, mieszkańcy wsi oraz ludzie zaawansowani wiekowo. W szczytowym okresie gierkowskim (lata siedemdziesiąte XX wieku) do PZPR należało ponad 3,5 miliona dorosłych Polaków i nie należy się dziwić, że to z nich w dużej części wywodzi się dzisiejszy podstarzały elektorat Zjednoczonej Prawicy – dla wielu z nich partia PiS ze swym populizmem, otwartą wrogością do wszelkich elit, prymatem państwa i despotycznym wodzem, musi wprost kojarzyć się z komunistyczną młodością. Mogą teraz być bardzo zdziwieni, że ta partia zaliczyła ich właśnie do kategorii przestępców, którym należy zabrać emerytury i renty.

Oczywiście PiS stara się także innymi sposobami podtrzymać ochotę polskiego plebsu w kibicowaniu trwającym igrzyskom. Zatrudnieni prawicowi hejterzy na różnych stronach mediów społecznościowych stale zamieszczają stosowne komentarze, z których ostatnio wybija się zjadliwy tekst, że „emerytury i renty dezubekizowanym powinna wypłacać Moskwa”. Hejt jak hejt, zwykłe łgarstwo, ale autorom warto odpowiedzieć, że w takim razie za lata służby po 1990 r, a nadal pracowała wówczas ogromna większość represjonowanych, świadczenia powinien wypłacać Waszyngton, i to w dolarach.

Zacząłem od nawiązania do aspektów historycznych, więc chciałbym ten wątek dokończyć. Zwłaszcza, że historia lubi się powtarzać. Otóż kilka lat po zorganizowaniu przez Nerona wspaniałych igrzysk z udziałem chrześcijan okazało się, że lud rzymski nadal pragnie widowiska, lecz teraz najchętniej zobaczyłby na arenie samego cesarza. Ucieczka się nie udała i jedynym sensownym wyjściem okazało się popełnienie samobójstwa – sam Neron trochę się przed tym wzbraniał, więc ostateczny cios zadał mu z litości jeden z jego niewolników.

Nie dajmy się „wychować” przez PiS!

Najnowszy projekt regulacji prawnych, przewidujący zniesienie odmowy przyjęcia mandatu, potwierdza wielokrotnie powtarzający się zamiar wychowywania społeczeństwa wg wyznawanych przez PiS zasad.

Wg PiS obywatele to zbiorowość bezmyślna i nie posiadająca wystarczającej inteligencji dla samodzielnego podejmowania decyzji. Można to też tak odczytać, że zdaniem autorów projektu obywatele są po prostu prymitywni i to władza ma obowiązek uchronić ich od skutków tego prymitywizmu, odciążając sądy. To kuriozalne uzasadnienie projektu świadczy o tym, że rządzący cofają się mentalnie do średniowiecznych kanonów wychowania, w których dziecko należało bić, aby wyrósł z niego rozumny (czytaj posłuszny) członek społeczeństwa, a odszczepieńców od „ jedynie słusznych” nauk kościoła, należało nawracać mieczem, palić na stosach, torturować tak długo, aż porzucą grzeszne zamiary i doznają zbawienia. Niestety to zbawienie dotyczyło innej rzeczywistości i obecnie podobnie decydowanie za obywateli to kreowanie alternatywnej i mam nadzieję nie dającej się zrealizować rzeczywistości.

Możliwość cielesnego karcenia dzieci dopuszcza PiS- owski Rzecznik Praw Dziecka, a taki model wychowania przewijał się też w wypowiedziach obecnego Ministra Oświaty. Odszczepieńców czyli ludzi inaczej myślących PiSowcy piętnują na każdym kroku, zarzucają im, podobnie jak to czyniła inkwizycja, wymyślone zbrodnie jak np. rozprowadzanie pigułek na zmianę płci, szerzenie idei morderstwa na poczętych, eutanazji itp.
Oczywistym jest, że prawdziwą intencją władzy jest całkowite podporzadkowanie sobie społeczeństwa i budowa państwa autorytarnego w którym władza ma zawsze rację, a jej funkcjonariusz (np. policjant może zastąpić niezależny sąd).

Proponowane zmiany w prawie o wykroczeniach to dalsza kontynuacja opresyjnego prawa jakie tworzy Minister Sprawiedliwości- Prokurator Generalny od początku swojej kadencji i nie spotyka się ono z refleksją ze strony posłów PiS. To już kolejny projekt zaostrzający prawo. Wmawia się przy okazji społeczeństwu , że to jedyny sposób na zmniejszenie przestępczości. W projektach są dalsze zaostrzenia np. możliwość odbierania majątków podejrzanym na podstawie decyzji prokuratury, a nie sądu.

O restrykcyjności polskiego prawa jeszcze sprzed rządów PiS świadczy np. fakt, że ustawa z 2001 roku, która zmieniła kwalifikację prawną czynu z wykroczenia na przestępstwo (art. 178a KK dotyczący prowadzenia pojazdu w stanie wskazującym na użycie alkoholu) doprowadziła do zwiększenia liczby skazanych z tego artykułu 50.000 razy w roku 2003 w porównaniu z rokiem 2000.

Polska ma jeden z wyższych wskaźników zapełnienia więzień, wydłużają się też kolejki do odbycia kary więzienia. Więzienia i areszty są w Polsce przepełnione, a warunki w nich dalekie od standardów europejskich, bardzo słabo realizowana jest resocjalizacja i rzadko stosuje się kary alternatywne jak dozór elektroniczny i odpracowywanie wyroku . Mamy do czynienia z wieloma pomyłkami sadowymi wynikającymi w większości przypadków z mało wnikliwej pracy prokuratorów przygotowujących akt oskarżenia w sprawach kryminalnych, zajętych na co dzień tworzeniem pretekstów do prewencyjnego zamknięcia nieposłusznych władzy obywateli.

Reforma sprawiedliwości w wykonaniu PiS nie podjęła w zasadzie problemów więziennictwa i aresztów prewencyjnych, które są nagminnie nadużywane. Te problemy nie stanowią wyizolowanych zagadnień i powinny być reformowane w ramach spójnej i podlegającej szerokiej dyskusji koncepcji reformy wymiaru sprawiedliwości ,obejmującej zarówno aspekty prawne, jak i organizacyjne i finansowe.

Filozofowie prawa wskazują na inny model sprawiedliwości określany jako sprawiedliwość niekarząca gdzie nacisk jest położony na wychowaniu, prewencji, resocjalizacji , szybkości działania wymiaru sprawiedliwości i nieuchronności kary, ale też lepszą pracę prokuratury i sądów oraz społeczny, a nie polityczny nadzór nad tymi instytucjami.

W marcu 2018 roku Polska Partia Socjalistyczna skierowała do Prezydenta RP wniosek o rozważenie wdrożenia procesu przygotowania amnestii z okazji 100 lecia odzyskania niepodległości.

Wniosek ten wypływał z czysto humanistycznych wartości i 125 letniej wówczas tradycji PPS, która opierała się zawsze na wartościach najwyższych takich jak niepodległość państwa i dobro wszystkich członków społeczeństwa. Wniosek dotyczył określonych przestępstw mniejszej wagi i byłby ukoronowaniem humanistycznego znaczenia tej rocznicy.

Należy podkreślić, że w okresie II Rzeczypospolitej amnestię ogłaszano 11 razy, a w okresie PRL 10 razy.

Wniosek nie doczekał się odpowiedzi.

O nastawieniu rządzących do zdolności obywateli uczestniczenia i
w procesie decyzyjnym świadczy też stałe ograniczanie uprawnień samorządów i odbieranie im możliwości decyzji na swoim terenie. PiS uważa się za omnipotentnego w każdej dziedzinie i wierzy, że tylko poprzez centralne sterowanie wszelkimi procesami można zapewnić dobrostan społeczeństwa. W szczególnie newralgicznej sferze opieki zdrowotnej mieliśmy już przykład odebrania uprawnień wojewódzkim jednostkom Funduszu zdrowia na rzecz centrali Narodowego Funduszu Zdrowia, a obecnie powstał zamiar przekazania szpitali powiatowych pod pełną jurysdykcję państwa. Jak pokazuje przykład radzenia sobie ( a właściwie nie radzenia) władz centralnych z pandemią i chaosu organizacyjnego z tym związanego ,władza państwowa radzi sobie marnie z tymi żywotnymi dla społeczeństwa problemami, a przykłady pokazują, że wiele samorządów własnymi decyzjami potrafiło złagodzić te problemy.
Społeczeństwo musi być czujne. Bagatelizowanie tych tendencji to zagrożenie naszej przyszłości.

Państwo z papier mâché

Informacja dla tych, którzy nie pamiętają (czyli prawie dla wszystkich): papier mâché to makulatura zmieszana z wodą i klejem. Po wyschnięciu może być dosyć trwała – tym trwalsza, im więcej doda się kleju.

Państwo PiS‑u budowane jest z papier mâché, w którym klej występuje w ilościach homeopatycznych.

Jest to państwo, w którym nic nie może działać prawidłowo, ponieważ nikt nie stosuje się do żadnych reguł działania, a jedynym tworzywem jest makulatura, zbierana w śmietnikach lub drukowana w postaci dzienników ustaw i monitorów. Jeśli czemuś należy się dziwić, to jedynie temu, że w ogóle cokolwiek działa – zapewne wyłącznie dzięki pomocy opozycji oraz zwykłych ludzi, którzy z przyzwyczajenia robią to, co wydaje im się sensowne, albo to, co robili zawsze.

Muszę przyznać, że przynajmniej jeśli chodzi o procedury kryzysowe, rządy po roku 1989 zdążyły wszystko zdemontować i unieważnić. Na tym się kończyła ich skuteczność. Nie potrafiły – i w tym nie były lepsze do rządu PiS‑u – sformułować nowych procedur ani nawet dostrzec potencjalnych zagrożeń. PiS natomiast absolutnie nie wykorzystało czasu na przygotowanie kompleksowego programu szczepień. Już 16 czerwca Komisja Europejska przedstawiła strategię dystrybucji szczepionki przeciw COVID-19 i od tego właśnie dnia należało opracowywać – przepraszam za wyrażenie – „narodową strategię” szczepień. Był czas, były możliwości. Niestety, nikt się tym nie zajmował ani w PiS‑ie, ani w rządzie , ani w NFZ. PiS i cały rząd żyli wyborami prezydenckimi. Premier zresztą zdążył już chyba ze dwa razy pokonać pandemię. Własnoręcznie. Po zwycięskich wyborach rządzący skoncentrowali się na roszadach koalicyjnych, rekonstrukcji rządu oraz innych zawodach indorów.

Następnie przyszła, jakże oczekiwana, klęska szczepień przeciw grypie, bo walcząc o wiosenne wybory oraz załatwiając interesy na stokach narciarskich, zapomniano zamówić szczepionki. Podobno pewną partię szczepionek umieszczono w przepastnych magazynach Agencji Rezerw Materiałowych. Na czarną godzinę. Leżą tam teraz zapewne obok zaginionej arki, promu ze szczecińskiej Gryfii, respiratorów z Mriji An-225 oraz materializacji innych obietnic rządowych.

Dostawa szczepionek przeciw COVID-19 spadła na rząd jak jedenasta plaga egipska. Władza się pochwaliła, że ustaliła harmonogram oraz podzieliła społeczeństwo na trzy grupy. Grupa 0 ma być zaszczepiona niedługo, grupa I później lub znacznie później, a reszta dużo bardziej później – nie do końca wiadomo, kiedy. Oto program szczepień w ogólnym zarysie. Według deklaracji ministra zdrowia do końca stycznia zostanie zaszczepionych 700 tysięcy osób. W tym tempie ostatni z Polaków, czyli aktualny prezydent Andrzej Duda, otrzyma szczepionkę po 54 miesiącach, dokładnie pod koniec swojej kadencji. Podobnie, choć nieco bardziej optymistycznie, wypowiada się główny doradca premiera do spraw szczepień: „Gdyby wszyscy z grup objętych etapami zerowym i pierwszym chcieli się zaszczepić, potrwałoby to zapewne do jesieni 2021 roku”. W każdym razie mniej priorytetowe grupy poczekają na swoją kolej dobrych kilka, o ile nie kilkanaście miesięcy. Ci, którzy naprawdę chcą się zaszczepić, całą nadzieję pokładają w tych, co się szczepić nie chcą, a jest ich w Polsce około 70%.

Tymczasem z końcem roku 2020 NFZ wysyłał do szpitali pismo, że owszem, w zasadzie można szczepić, kogo się chce, byle tylko zużyć wszystkie szczepionki. W Warszawskim Uniwersytecie Medycznym postanowiono – nie wiadomo teraz dokładnie, kto – że w ramach akcji promocyjnej zaszczepi się osoby publiczne jako ambasadorów kampanii. Osoby te – chyba ze względów oszczędnościowych – same ogłosiły, że wzięły udział w programie i dostały szczepionkę. Niestety, promocja się skończyła, zanim się zaczęła, i trwa akcja poszukiwania winnych. Być może zaproszono do akcji niewłaściwe osoby, tzn. niewystarczająco zbliżone do rządu.

Może się okazać, że każdego obywatela po zaszczepieniu będzie wzywać policja, żeby wyjaśnił, dlaczego się zaszczepił. To na pewno zmniejszy zużycie szczepionek, a zwiększy zużycie papieru, co z kolei zwiększy ilość makulatury, pozwalając na dalszą rozbudowę naszego państwa. Z papier mâché.
Z tego samego materiału proponuję budować pomniki dzisiejszych samowładców. Jako lepiszcza warto użyć produktów warszawskiej Czajki. Przynajmniej nie trafią znów do Wisły.

PS. W czasie epidemii ospy prawdziwej w 1963 roku zaszczepiono prawie 8 mln Polaków. W ciągu niespełna 5 miesięcy.

Niekończąca się historia

Na naszych oczach „Polonia semper fidelis” zesrała się na rzadko pod działaniem społecznej rycyny. Pokolenie religii w szkołach odrzuca instytucję Kościoła katolickiego – pozwólmy sobie na tę generalizację, bo uprawniają do niej procesy odnotowywane w badaniach nie od dziś – jako bezdyskusyjny autorytet, bo widzi w niej podstawowe źródło opresji i zagrożenia dla wolności, a przy tym doskonale wie o takich jej nierozliczonych grzechach, jak choćby kościelna pedofilia.

Do niej dochodzi drenaż finansów państwa, walka z LGBT czy bezgraniczna pycha. Młode pokolenie wszystko to bardzo uważnie obserwuje i wyciąga krytyczne wnioski. Jego znacząca część odrzuca także zblatowaną z Kościołem władzę PiS. Masowe demonstracje młodych ludzi przeciw całkowitemu zakazowi aborcji mają cechy rewolucji pokoleniowej. Cele tej rewolucji nie spełnią się szybko, ale tzw. efekt demonstracji już się dokonał. Po raz pierwszy w trzydziesto już letniej historii sporu wokół kwestii prawa do aborcji znalazła się ona w tak bardzo szerokim kontekście. Choć kwestia ta stanowi punkt wyjścia i jądro protestu, to przecież nie tylko o nią chodzi. To protest dużej części młodego pokolenia przeciwko narastającemu duchowi katolicko-nacjonalistycznego rygoryzmu, który władza pospołu z Kościołem chce narzucić całemu społeczeństwu, protest przeciwko zaduchowi, który się wokół zagęszcza i który coraz bardziej, niczym pętla, zaciska się na gardłach. A młode pokolenie, między innymi dzięki internetowi i mediom społecznościowym uformowało się (niezależnie od bezpośrednich warunków życia) w warunkach stworzonych przez owe media, czyli w klimacie naturalnej swobody i indywidualnej wolności, także obyczajowej. Odrzucają represyjny rygoryzm narzucany im przez władzę należącą do pokolenia „dziadersów” i sterowaną przez „dziadersa wszystkich dziadersów”. Nie spełniły się obawy Barbary Stanosz ze stycznia 1993 roku, gdy tuż po uchwaleniu zakazu aborcji, snuła skrajnie czarną wizję pogodzenia się przez kolejne pokolenia z petryfikacją dusznego, rygorystycznego katolickiego porządku życia. Pokolenie urodzone w okolicach 1990 roku i później, jako pierwsze dało tak silne świadectwo sprzeciwu.

Zanim, w ramach puenty, wypadnie sformułować kilka uwag, wniosków i hipotez, warto przypomnieć – w niezbędnym skrócie – najważniejsze sekwencje tej „niekończącej się historii”. Najgorsze myśli i słowa cisną się na myśl, gdy sobie uzmysłowimy, że jednym z pierwszych aktów politycznych w „wolnej Polsce”, jeszcze u schyłku historycznego, przełomowego roku 1989, było otwarcie drogi ku ograniczeniu praw i wolności kobiet. Brzmi to jak ponury historyczny paradoks, ale działania te podjęła część tego obozu politycznego, którego przedstawiciele skandowali jeszcze w PRL, na ulicznych demonstracjach, hasło: „Nie ma wolności bez „Solidarności”.

Pierwsze zapowiedzi inicjatyw na rzecz zakazu aborcji pojawiły się po Okrągłym Stole, w okresie zarówno przed jak i po wyborach czerwca 1989. Inicjatywę ustawodawczą na rzecz zakazu aborcji, jako jedną z pierwszych podjął jesienią tego roku Senat, opanowany prawie w całości przez przedstawicieli Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego czyli ruchu „Solidarności”. Projektowi temu nadano nazwę „O ochronie prawnej dziecka poczętego”. Jeszcze jesienią 1989 inicjatywę w forsowaniu projektu przejęła świeżo wyłoniona radykalna partia nacjonalistyczno-klerykalna, Zjednoczenie Chrześcijańsko-Narodowe. Odtąd, do stycznia 1993 roku, toczyła się burzliwa dyskusja społeczna, w której po obu stronach użyto chyba wszystkich możliwych argumentów. Przez te mniej więcej dwa i pół roku emocje wielokrotnie sięgały zenitu. Przeciwnicy zakazu przedstawiali wszystkie możliwe zagrożenia, jakie będzie nieść budowany przez solidarnościową prawicę, krok po kroku, projekt całkowitego zakazu aborcji. W pierwszych przymiarkach pojawiały się maksymalnie przerażające warianty ostatecznego kształtu ustawy, włącznie z zakazem rozpowszechniania środków antykoncepcyjnych, wprowadzenia policji ginekologicznej czy karania za poddanie się aborcji więzieniem nie tylko lekarzy, ale także kobiet. W 1992 roku z inicjatywy Zbigniewa Bujaka powstał ogólnopolski ruch na rzecz referendum w sprawie karalnoścci za przerywanie ciąży. Jednak zdominowany przez prawicę Sejm zlekceważył ponad milion podpisów zebranych pod wnioskiem o przeprowadzenie referendum i odrzucił go. Szczególnie silny sprzeciw wobec propozycji referendum zademonstrowała hierarchia i kler Kościoła katolickiego, którego agresywna walka z liberalnym prawem do aborcji, ciągle jeszcze w tym okresie obowiązującym na podstawie ustawy z kwietnia 1956 roku nadawała ton ogólnej atmosferze ostrego sporu, choć oczywiście uczestniczyli w niej politycy, publicyści i działacze społeczni ze wszystkich stron politycznej sceny. W którymś momencie toczącej się walki, osławiony projekt senacki , zwany często „lex Piotrowski”, od nazwiska senatora będącego głównym patronem inicjatywy, zabuksował i został odłożony na półkę. Nawet dla części zwolenników zakazu aborcji bezkompromisowy fundamentalizm tego projektu był trudny do przyjęcia. Inicjatywę przejęła sejmowa prawica, która przygotowała nowy projekt, w dużym stopniu pokrywający się z projektem senackim, ale nieco w stosunku do niego złagodzony. Projektowi nadano mniej ideologiczną, a bardziej rzeczową nazwę „O ochronie płodu ludzkiego i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży”, choć kolokwialnie zazwyczaj nazywano ją antyaborcyjną i wokół tego projektu burzliwa debata rozpętała się niejako na nowo. W tamtym czasie toczyła się głównie w mediach, bo jednym z jej charakterystycznych rysów był raczej marginalny charakter demonstracji i manifestacji o charakterze ulicznym. Projekt, zwyczajowo zwany od tego czasu „kompromisem” (choć w istocie nie był żadnym kompromisem, lecz najbardziej restrykcyjną w Europie ustawą dotyczącą aborcji), zawierającym trzy powszechnie znane przesłanki zezwalające na aborcję, został ostatecznie przyjęty 7 stycznia 1993 roku. Spór wokół ustawy trwał nadal, ale jej wejście w życie, po zatwierdzeniu przez Senat i podpisaniu przez urzędującego prezydenta Lecha Wałęsę sprawił, że debata nie przybrała już później ani wcześniejszego zasięgu, ani temperatury. W 1996 roku, rządząca od trzech lat większość parlamentarna zdominowana przez Sojusz Lewicy Demokratycznej dokonała liberalizacji ustawy, wprowadzając przepis umożliwiający aborcję ze wskazań społecznych. Nowelę podpisał urzędujący od roku prezydent Aleksander Kwaśniewski. Jednak rok później Trybunał Konstytucyjny pod przewodnictwem Andrzeja Zolla orzekł o niekonstytucyjności wprowadzonej zmiany. Prawo aborcyjne powróciło więc do swojego kształtu nadanego mu w styczniu 1993 roku. Od tamtego czasu temat aborcji ciągle nawracał w dyskusjach medialnych, ale temperatura sporu nie sięgała już poziomu z pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, poza epizodycznymi okolicznościami jak ta z 2003 roku, kiedy na polskie wody Bałtyku wpłynął tzw. „aborcyjny statek”, holenderski Langenort, należący do organizacji Kobiety na Falach, którego załoga stworzyła potrzebującym Polkom m.in. możliwość skorzystania z aborcji farmakologicznej. W żadnej z kolejnych kadencji parlamentu nie uformowała się większość, stwarzająca szansę na liberalizację ustawy. Taka szansa nie zaistniała nawet podczas drugich rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej w latach 2001-2005. Przez wiele lat środowiska lewicowe i kobiece podejmowały kwestię prawa do aborcji, ale nie było okazji politycznej do wielkiej debaty na ten temat, a w przestrzeni publicznej ukształtowało się określenie „kompromis” aborcyjny, termin fałszywy, mający sugerować, że obowiązująca ustawa jest rezultatem realnego konsensusu zawartego między środowiskami społecznymi. Treść rzekomego „kompromisu” zawierała się w generalnym zakazie przerywania ciąży, przy zachowaniu trzech wyjątków zezwalających na aborcję w trzech przypadkach – trwałego i nieodwracalnego uszkodzenia płodu, stwarzanego przez ciążę zagrożenia dla zdrowia i życia kobiety oraz w sytuacji, gdy ciąża jest wynikiem czynu zabronionego. Publikowane od tamtego czasu oficjalne statystyki legalnie przerywanych ciąż są niskie, ale specjalistyczne raporty stale wskazują na wysoką statystykę aborcji nielegalnych, dokonywanych przez Polki zarówno w podziemiu aborcyjnym, jak i za granicą. Wraz z postępem farmakologii do pakietu metod przerywania ciąży doszły tzw. tabletki poronne. W pewnym uproszczeniu można powiedzieć, że choć od czasu do czasu ponawiane były różne próby zaostrzenia ustawy dotyczącej aborcji, a zarówno Kościół katolicki, jak i katolicko-prawicowi publicyści nie rezygnowali z nawracania do tej kwestii, to do jesieni 2016 roku ani razu nie uległa zaognieniu, ani tym bardziej nie stanęła na ostrzu noża. Z kolei strona lewicowo-liberalna zasadniczo pogodziła się z ustawowym stanem rzeczy, sygnalizując co najwyżej szeroko odnotowywane zjawisko trudności piętrzonych na różnych poziomach przed kobietami podejmującymi próby skorzystania z prawa do aborcji w legalnych przypadkach. Jedną z przyczyn tych trudności była m.in. wprowadzona do prawa tzw. klauzula sumienia, pozwalająca lekarzom na odmawianie świadczenia usługi medycznej w postaci aborcji. Z kolei ani PiS w pierwszym, dwuletnim okresie swoich rządów (2005-2007), ani Platforma Obywatelska w swoim ośmioleciu (2007-2015) nie podjęły próby dokonywania zmian w ustawie, ani w stronę zaostrzenia, ani – tym bardziej – liberalizacji. PO i związane z nią media oficjalnie afirmowała tzw. „kompromis”. Z kolei w PiS co prawda zawsze istniała liczna grupa osób kierowanych silnym imperatywem doprowadzenia do całkowitego zakazu aborcji, ale przyjęła się opinia, że przywódca tej partii Jarosław Kaczyński jest temu przeciwny, o czym świadczył jego sprzeciw wobec forsowanego przez Marka Jurka próby wprowadzenia zakazu aborcji wprost do Konstytucji. Przez lata panowała opinia, że z jednej strony powoduje nim wzgląd pragmatyczny – obawa przed konfliktogennym charakterem tej kwestii, z drugiej – panowało też przekonanie, że Kaczyński nie jest do zakazu przekonany osobiście.

Czasami przywoływano jego słowa z lat dziewięćdziesiątych, z czasów aktywności ZChN, partii najusilniej dążącej do zakazu aborcji, że „droga do dechrystianizacji Polski prowadzi przez ZChN”. Co prawda od czasu do czasu podejmowane były inicjatywy na rzecz całkowitego zakazu aborcji, np. „Stop Aborcji” fanatycznej aktywistki Kai Godek, ale nie przyniosły one skutków. Do krytycznego zwrotu doszło jesienią 2016 roku, gdy po odrzuceniu lewicowego projektu liberalizacji prawa do aborcji zdominowany przez PiS Sejm przyjął do procedowania projekt ustawy skrajnie fundamentalistycznej katolickiej organizacji Ordo Iuris, całkowicie zakazującej aborcji. Projekt ten przewidywał nawet karanie kobiet za poddanie się aborcji, czego nie wprowadzono do ustawy z 1993 roku. Ofensywa Ordo Iuris i wyraźnie sprzyjająca jej postawa PiS wywołała potężny i rozległy protest społeczny, nazwany Czarnym Protestem lub protestem Czarnych Parasolek. W ciągu kilku pierwszych dni października doszło do masowych manifestacji i marszów w całej Polsce, głównie kobiet, ale także wspierających je mężczyzn. Ta niespodziewana erupcja społecznego gniewu i protestu objawiła się jako jedna z najpotężniejszych w najnowszej historii Polski, a na pewno po 1989 roku. 5 października 2016 roku, w dniu procedowania projektu Ordo Iuris, na trybunę sejmową wszedł prezes PiS i swoim wezwaniem spowodował, że inicjatywa ta została zablokowana i odrzucona. Koronnym argumentem, jakiego użył, był ten, że ustawa ta może doprowadzić w konsekwencji do skutków odwrotnych od oczekiwanych przez autorów projektu. Na cztery lata temat uległ względnemu uspokojeniu i można było mieć wrażenie, że nauczony doświadczeniem Czarnego Protestu Kaczyński wraz z większością środowiska PiS na trwałe już zadowolą się tzw. „kompromisem”, czyli ustawą antyaborcyjną w obecnym kształcie. Co prawda od pewnego już czasu czekało na rozpatrzenie przez tzw. Trybunał Konstytucyjny podpisane przez grupę posłów, głównie posłów PiS, zapytanie o konstytucyjność tzw. embriopatologicznej przesłanki pozwalającej na dokonanie aborcji, jednak przez kilka lat nie było ono rozpatrywane, co przypisywano woli samego prezesa PiS. Niektórzy uważali, że Kaczyński kieruje się wyłącznie względami pragmatycznymi, związanymi z sekwencją wyborczą, z kolei inni uważali, że nauczony niebezpiecznym doświadczeniem października 2016 nie przyzwoli już na próby zmiany ustawy. Jednak 22 października 2020 roku tzw. Trybunał Konstytucyjny pod kierownictwem silnie związanej politycznie z Kaczyńskim Julii Przyłębskiej orzekł, że przesłanka embriopatologiczna, zezwalająca na przerwanie ciąży z uwagi na nieodwracalne wady i choroby płodu jest niezgodna z Konstytucją. Wywołało to wspomniany, potężny protest społeczny o niespotykanym dotąd zasięgu.

Nie sposób przewidzieć jaki będzie dalszy przebieg i czas protestów, o ich skutkach w bliższej perspektywie nie wspominając. Już dziś można jednak sformułować garść wniosków.

Po pierwsze, znacząca część młodego pokolenia, a wśród protestujących dominują, z grubsza biorąc, młodzi ludzie urodzeni między rokiem 1990 a 2002, zakwestionowała symboliczne władztwo Kościoła katolickiego i tzw. tradycyjnych polskich wartości. Uczynili to na demonstracjach w formie werbalnej i ikonograficznej przesyconej przekazem ostrym, często czerpiącym z zasobu słownika wulgaryzmów, ale także pełnym dowcipu, sarkazmu, szyderstwa, ironii, świadczącym o zupełnie niezłym wyrobieniu kulturowym. Liczne hasła i happeningowe akty na protestach pokazują, że ta młodzież zna symboliczny zasób oficjalnych, kościelnych „świętości” i potrafi je okrutnie wykpić. Tak się stało n.p. w przypadku parodii ikonicznej sceny z patriotyczno – kościelno -„solidarnościowego” zasobu -zabitego „Janka Wiśniewskiego”, którego w grudniu 1970 w Gdyni demonstranci „na drzwiach ponieśli Świętojańską” – protestujący zastąpili kukłą kobiety.
Po drugie, skala i zasięg protestu przewyższyły skalę i zasięg Czarnego Protestu z października 2016, który przecież uznany został za masowy. Sceną demonstracji i marszów są zarówno duże i średnie miasta, jak i (co było novum) także wiele małych miasteczek.

Po trzecie, protest – obok ostrza antypisowskiego, czy antyprawicowego, przybrał także wyraźnie antyklerykalny, antykościelny, a fragmentami nawet antyreligijny charakter i koloryt. Doszło także do ataków na budynki kościelne i kilku przypadków wtargnięcia do nich. Można by rzec że w realu, na polskich ulicach potwierdziło się to, o czym mówi się o kilka lat i co potwierdzają badania socjologiczne – obecne pokolenie polskiej młodzieży jest pierwszym w historii Polski, które w tym stopniu, in gremio wzięło rozbrat z tradycyjną religijnością i obyczajowością, dzięki internetowi i mediom społecznościowym, w klimacie naturalnego poczucia wolności.

Wydaje się, że odwieczne hasło „Polonia semper fidelis” mające oznaczać splecenie polskości z katolicyzmem zaczyna przechodzić do historii. Polska młodzież trafnie dostrzegła właśnie we władztwie Kościoła katolickiego i zblatowanej z nią prawicy przyczynę deficytu wolności, którego pokolenie to po raz pierwszy tak boleśnie poczuło na własnej skórze. Trudno dziś przewidzieć dalszy przebieg i bezpośrednie skutki tego masowego protestu, ale jego wpływ na bieg spraw w Polsce w dłuższym dystansie czasowym będzie niewątpliwie niebagatelny.

O socjalny strajk kobiet

Po sześciu dniach protestu i Strajku Kobiet coraz częściej słyszy się w liberalnych mediach utyskiwania na „radykalizację nastrojów”. Na to, że niepokoje społeczne odbiją się na kondycji gospodarki, a także, że niosą one dodatkowe zagrożenie epidemiczne.

Opozycyjne elity próbują wykreować liderki ruchu kobiecego, które właśnie opublikowały swoje rekomendowane postulaty, wśród których dominuje bełkot w obronie systemu sądowniczego, zdemolowanego – wg ich opinii – przez PiS. Być może. W istocie rzeczy system ten nigdy nie był sprawiedliwy, bezstronny i politycznie neutralny. Zwłaszcza dla kobiet.

Zawsze wspierał solidarnościowe elity władzy i liberalny konsensus ekonomiczny za cenę wielkich społecznych nierówności. Popierał też tzw. konsensus aborcyjny, pomimo głośnych żądań liberalizacji przepisów.
Liberałowie zapomnieli, dlaczego stracili władzę. Stracili ją, ponieważ wiele grup społecznych miało dość ekonomicznego statusu ludzi drugiej kategorii. Zdominowany przez liberałów sejm śmiał się, kiedy mówiono w nim o głodujących w Polsce dzieciach. Był obojętny na postulaty dotyczące wyższych i równych płac. Wykazał się kompletną arogancją, wyrzucając do kosza dwa miliony podpisów w sprawie referendum dotyczącego skrócenia wieku emerytalnego. Wcześniej bez pytania podniósł wiek emerytalny kobiet o 7 lat. Liberalna władza likwidowała szkoły i żłobki oraz doprowadziła do całkowitej niewydolności służbę zdrowia.

To wszystko otworzyło prawicy i PiSowi drogę do władzy w 2015 roku. I wtedy nagle okazało się, że dochód narodowy można jednak podzielić inaczej, że można wydać miliardy złotych na program 500 plus, który nie tylko dociera do najuboższych grup społecznych, ale w większości także prosto do rąk kobiet; że można podnieść wynagrodzenia minimalne i obniżyć wiek emerytalny. To wszystko jest z ekonomicznego punktu widzenia istotniejsze nawet dla kobiet niż mężczyzn. Bo to kobiety ekonomicznie i politycznie są w Polsce upośledzone, są traktowane jako grupa gorszego sortu.

Na ulicach wrze. W zdecydowanej większości protestują właśnie kobiety. Jeżeli rząd w 95 proc. składa się z mężczyzn, sejm t w 72 proc. mężczyźni, Trybunał Konstytucyjny w 86 proc., a episkopat oczywiście w 100 proc. ; jeżeli kobiety zarabiają przeciętnie 20-30 proc. mniej od mężczyzn, to chyba nie ma wątpliwości, że ten system nie wymaga poprawy, naprawy czy jakiegoś delikatnego liftingu. On w całości jest do „wyjebania”. „Jebać PiS”? Owszem, ale także „jebać nierówności społeczne”, „jebać demokrację parlamentarną mężczyzn”, „jebać wyzysk pracy kobiet i niskie zarobki”!
„Jebać kapitalizm”!

Kinga Krzysztofiak
Stanisław Krastowicz
Joanna Malinowska

Gdzie ja jestem?

Ostatnio, kiedy budzę się rano i przypominam sobie wydarzenia poprzedniego dnia, nie mogę uwierzyć, gdzie jestem. Przeżyłem końcówkę przedwojennych rządów Sanacji, wszystkie powojenne rządy i zmiany ideologiczne, do których te rządy musiały się dostosować, ale od pięciu lat czuję się zagubiony.

Po raz pierwszy w tym okresie dożyliśmy sytuacji, w której stworzono warunki do zgromadzenia w ręku jednego człowieka większości atrybutów władzy. Człowiek ten stoi wprawdzie na czele największej partii uprawnionej wynikami wyborów do tworzenia rządu, ale – formalnie i logicznie – nie ma prawa do narzucania swoich poglądów nawet tym, którzy mu pomagają. A już na pewno tym, którzy nie są jego zwolennikami.

Manewry sejmowe

Ostatnie manewry w naszym sejmie coraz bardziej przypominają kabaret, I to – excusez moi – zdecydowanie bliższy „Pożarowi w burdelu”, niż niezapomnianym „Starszym Panom”.

Autokracja, o której grzechach niedawno pisałem na tych łamach, wychodzi jednak w Polsce szybciej niż myślałem z wieku niemowlęcego, i staje się niebezpiecznym młodzieńcem. Osobiste upodobania szeregowego posła stojącego na czele wspomnianej rządzącej partii, stają się nienaruszalną wytyczną dla wszystkich, którzy tą partię wspierają. Niektórzy próbują się buntować. Ale nawet, jeśli dbając o własne korzyści w końcu się dogadują, to rysa na tym obrazie pozostanie głęboka, krwawiąca i trudna do zagojenia.

Ktoś powie – zaraz, zaraz! Za czasów PRL też mieliśmy pełną autokrację, najpierw Gomułki a potem Gierka. Niezupełnie. Ona była słabsza, mimo „opieki” wielkiego sąsiada. Tak to wygląda teraz, w pisanej przez rządzącą partię nowej, patriotycznej historii Polski. Jednak dzierżący władzę „pierwsi sekretarze” musieli się liczyć z głosami komitetu centralnego i biura politycznego, w których panowały różne poglądy. Teoretycznie obecny pierwszy sekretarz, – pardon – prezes, też ma grupę mędrców zgrupowanych wokół siebie, ale jej członkowie dysponują tyko nieśmiałym głosem doradczym. Jego głos jest decydujący, wszyscy powtarzają to, co raczył powiedzieć.

Gwardia

Autokracja w Polsce od 2005 roku staje się coraz bardziej wyraźna i powoli wzbogaca o atrybuty charakterystyczne dla autorytaryzmu i dyktatury. Jeśli „służby” potrafią wejść o 6 rano do mieszkania objętego immunitetem sędziego, licząc zapewne na poczęstowanie poranną kawą, to narusza się granice nie tylko wyznaczone konstytucją, ale także podstawowe zasady demokracji. Przekracza się cienką. czerwoną linię, dzielącą autokrację od jeszcze słabego autorytaryzmu, stanowiącego przedsionek dyktatury. Ten pozornie drobny „incydent” spowodował, że zmieniłem zdanie co do szybkości niszczenia naszej demokracji.

Znowu słyszę głosy protestujących. Co to za bzdury? Nadgorliwość paru panów nie może być podstawą wyciągania takich wniosków!

A jednak, moim nieważnym zdaniem, może i powinna. Dyktatury nigdy nie powstawały tylko w oparciu o siłę i charyzmę jednego człowieka, który na początku mógł mieć najlepsze zamiary. Żeby stać się dyktatorem, trzeba mieć nie tylko poparcie, ale też zapewnioną współpracę znacznej liczby ludzi, którzy albo bezkrytycznie lub bezmyślnie wierzą w słuszność wprowadzanego systemu i geniusz przywódcy, albo zaspakajają swoje ambicje, albo liczą na znaczące materialne korzyści. Ich wartość moralna jest więc zróżnicowana, ale wartość wykonawcza zależy od ich zdeterminowania, i skuteczności działania. Ważne dla rodzącego się autorytaryzmu i dyktatury jest to, co i jak posłusznie robią, a nie, dlaczego to robią. Mają być i zwykle są wierną gwardią.

Pożądana koncentracja wysiłków

Moje poranne rozterki wynikają też z faktu, że nie dostrzegam koncentracji naszej zmieniającej skórę władzy na tym, co – moim zdaniem – powinno być dla nas teraz i w najbliższej perspektywie naprawdę ważne. Wydaje mi się, że rozsądna władza powinna obecnie skupiać swoje siły na czterech problemach:

Jak dotrwać do końca pandemii z możliwie najmniejszym stratami ludzkimi i materialnymi? Jak zwalczyć związany z tym żenujący bałagan organizacyjny i kompetencyjny widoczny np. w dostępności szczepień na grypę i pneumokoki? Jak eliminować możliwość powtórzenia tego bałaganu i zapewnić dostępność i sprawność szczepień na koronawirusa w chwili, w której będzie można już kupić odpowiednie szczepionki?

Co robić, aby przetrwać w możliwie najlepszej formie światowy kryzys ekonomiczny, który potrwa co najmniej 3 – 5 lat? Jak jeszcze bardziej ułatwić podejmowanie inicjatyw gospodarczych? Jak zahamować odpływ z kraju najlepiej wykształconej młodzieży, która powinna być trzonem tej przedsiębiorczości?

Jak zmienić negatywne nastawienie do Polski, przez nas wywołane i panujące obecnie w krajach Unii Europejskiej? Jak w spokojny sposób zakończyć niszczenie niezależności polskiego wymiaru sprawiedliwości? Z jakich – od początku bezsensownych –wycofać się działań, stanowiących podstawę poglądu, że Polska nie jest państwem praworządnym? Zrezygnować z absurdalnych twierdzeń o istnieniu ideologii LGBT i zapewnić ludziom o „nienormatywnej” orientacji seksualnej poszanowanie i ochronę ich praw obywatelskich.

Jak ponownie poprawić stosunki z Rosją i wejść szerzej na jej rynek? Wycofać się z fantazji smoleńskich, lub przedstawić naukowo udowodnione fakty, które będą uznane przez krajowych i zagranicznych specjalistów z dziedziny lotnictwa. Nie negując faktów historycznych – przestać ciągle wracać do „noża w plecy” i innych krzywd wyrządzonych nam przez nieistniejący od dawna Związek Radziecki. Rozwinąć ponownie wymianę kulturalną i turystyczną z republikami Federacji Rosyjskiej.

Na tym bym się skoncentrował, gdybym miał cokolwiek do powiedzenia. Ale w warunkach autokracji – nie mam, podobnie jak miliony Polaków. Mam za to teatr udawanych rozwodów partyjnych, festiwal hurrapatriotycznych imprez i wystąpień notabli, sławiących naszą nieomylność i nieustające sukcesy. Mam też podziwiać ściganie domniemanych przestępców wśród opozycyjnych partii i grup społecznych, osłanianie „swoich i nieustanny, rekordowy „skok” na państwową kasę.

Mam jednak także resztki nadziei. Nadziei na to, że ogłupianie mniej wykształconej części narodu państwową i często jedyną dostępną telewizją, przyniesie w końcu odwrotny do zamierzonego skutek. Coraz więcej ludzi zacznie dostrzegać różnice między pięknymi słowami i czynami, między opowiadaniami o „misji”, a walką o władzę, traktowaną jak ulubiony narkotyk i niewyczerpane źródło dużych dochodów.

Trauma po państwie z dykty

W ostatnią dobę na koronawirusa zmarły w Polsce 32 osoby, czyli niemal tyle osób co w całym marcu i tylko o 3 osoby mniej niż łącznie przez całą pandemię w 95 mln Wietnamie.

To wszystko dlatego, że polski rząd oszczędza.Oszczędza na zasiłkach dla rodziców, więc robi wielki eksperyment, jako jedyny w Europie otwierając wszystkie szkoły jednocześnie w pełnym wymiarze. Oszczędza na maseczkach, bo wszędzie powinny już stać maseczkomaty. Oszczędza się na publicznym zdrowiu i to od lat, więc przy rosnącym natężeniu nowych chorych długo ten system nie pociągnie i ofiar będzie jeszcze więcej.
Premier rządu, który ogłaszał koniec pandemii, politycy, którzy wcale nie noszą masek, zdolny w kolesiostwie minister zdrowia…

Ten kraj dzięki prawicy jest wyłącznie wielką parodią społecznej odpowiedzialności. A tymczasem Polska cierpi na traumę i PTSD po Leszku Balcerowiczu, po masowej prywatyzacji i bezkarnym zniszczeniu państwa. W żaden sposób tego nie przepracowano.

Dlatego tak trudno, mimo najlepszych argumentów formułowanych także przez Lewicę, jest uwierzyć w państwo i w autentyczną wspólnotę. Dlatego prawie nikt nie wierzy w związki zawodowe, które tylko przyglądały się transformacji i umożliwiły zabicie tego państwa. Dlatego króluje prywata i to wcale nie jako styl życia burżua (bo przecież prawie nikogo na to nie stać), lecz jako sposób myślenia o sobie samym. To trauma tak głęboka, że z jednej strony pragnie się powrotu państwa, ale z drugiej w ogóle już się w to państwo nie wierzy.

Lewica boi się więc zaproponować państwową własność czegokolwiek. Pracownicy czują się bliżsi drobnym właścicielom niż sobie nawzajem. Wszyscy nie chcą i brzydzą się wszelkich podatków, ale bardzo chcieliby dostać coś od państwa, tylko też błagają, żeby nie z podatków.
I tak tkwimy w dziurze po państwie. Złaknieni jakiejkolwiek wersji państwowości konformiści całują więc stopy Jarosława Kaczyńskiego za 500+ i przymykają oko na prywatyzację emerytur byle tylko choć na chwilę poczuć smak… Państwa.

Bezprawność i bezprawie

Szewc Fabisiak rozróżnia te dwa pojęcia uważając, że bezprawność polega na podejmowaniu działań niezgodnych z prawem natomiast bezprawie oznacza wprowadzanie w życie takich aktów prawnych, które są niezgodne z obowiązującym prawem.

Przykładów działań bezprawnych namnożyło się w ostatnich latach aż tyle, że na wymienienie wszystkich z nich mogłoby nie starczyć łamów Trybuny. Szewc Fabisiak przypomina, że początek tej dobrej zmianie dały dwie decyzje prezydenta a mianowicie ułaskawienie Mariusza Kamińskiego przed wydaniem przez sąd prawomocnego wytoku oraz zaprzysiężenie wybranych z naruszeniem prawa sędziów Trybunału Konstytucyjnego. I później potoczyła się lawina, która wartko toczy się dalej.

Ostatnio dzięki orzeczeniu warszawskiego Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego na forum publiczne powróciła sprawa prezydenckich wyborów korespondencyjnych. Sąd uznał, że decyzja premiera zobowiązująca Pocztę Polską do przygotowania wyborów prezydenckich w trybie korespondencyjnym w rażący sposób naruszyła prawo. Jak można było przewidywać, orzeczenie sądu nie znalazło zrozumienia w czołowej partii rządzącej w odróżnieniu od jej koalicyjnych partnerów. Doszli oni bowiem do wniosku, że prawo ma być równe dla wszystkich wyłamując się tym samym z koalicyjnych kanonów. Jest to racjonalne z ich punktu widzenia, gdyż, jak zauważa szewc Fabisiak, głupotą byłoby branie na siebie współodpowiedzialności za nieswoje decyzje i działania. Zwłaszcza, że to w końcu Jarosław Gowin uratował obóz rządzący przed wyborczą kompromitacją. Swoje wygrał też Zbigniew Ziobro bynajmniej nie dlatego, iżby miałby być konsekwentnym zwolennikiem równości wobec prawa, lecz z tego powodu, że wyczuł tu okazję aby zyskać dodatkowy mocny punkt w rywalizacji z premierem Morawieckim.

Pisowscy idą jednak w zaparte powtarzając po raz kolejny, że rząd działał w warunkach wyższej konieczności spowodowanej wirusową epidemią. Szewc Fabisiak uważa jednak, że taka argumentacja nie trzyma się przysłowiowej kupy. Mogłaby ona mieć jakiś tam ślad uzasadnienia, gdyby wprowadzono w kraju stan nadzwyczajny dający władzy uprawnienie do podejmowania różnych niekiedy dziwnych decyzji. Jednak przed wprowadzeniem takiego stanu partia PiS broniła się wszystkimi kończynami zdając sobie sprawę z tego, że majowe wybory stwarzają największą szansę na ponowny wybór Andrzeja Dudy być może nawet w pierwszej turze. Orzeczenie sądu jak również opór koalicjantów zmusiły PiS do wycofania się z bezprawnej ustawy o bezkarności. Bezprawnej, gdyż w Polsce póki co obowiązuje zasada, iż prawo nie działa wstecz w związku z tym każdy, kto podejmuje niezgodne z prawem decyzje i działania musi liczyć się z konsekwencjami a nie oczekiwać tego, że po fakcie zostanie uniewinniony.

Inną normą, która powinna być przestrzegana w państwie szanującym swoje własne prawo jest ochrona praw nabytych. Normę tę złamano w przypadku tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Była ona powszechnie krytykowana za to, że kieruje się zasadą odpowiedzialności zbiorowej. Zwrócił na to uwagę również Sąd Najwyższy uznając, że każdy przypadek umniejszania świadczeń emerytalnych należy rozpatrywać indywidualnie. Jednakże zdaniem szewca Fabisiaka nie tu tkwi istota problemu. Jak twierdzi, to kto pełnił jaką funkcję i jakich dopuszczał się czynów nie powinno w żaden sposób wiązać się z wysokością emerytury czy renty. Są to bowiem dwa odrębne byty prawne. Jeśli ktoś w przeszłości popełnił jakiś czyn niezgodny z prawem, to powinien za to odpowiadać przed niezawisłym i bezstronnym sądem a emerytura nie ma nic do tego. Jednak osoby ogarnięte antykomunizacyjnym amokiem widzą w tej niedoszłej ustawie przejaw sprawiedliwości dziejowej. Typowym przykładem takiej argumentacji może być wypowiedź jaką w emitowanym w TVP info Studiu Polska udzielił jego stały uczestnik pan Adam Borowski. Stwierdził on mianowicie, iż działające w PRL służby specjalne pracowały na rzecz obcego mocarstwa. Idąc śladem tej absurdalnej logiki należałoby poobcinać emerytury i renty również kadrze zawodowej wojska a idąc dalej także pracownikom państwowej, bo przecież podległej ZSRR administracji. Chyba, że wojsko oraz administracja było wyjęte spod sowieckiej okupacyjnej kontroli co z kolei nijak nie przystaje do teorii o całkowitej podległości Moskwie. Oba omawiane powyżej gnioty prawne są dowodem na bezprawność i bezprawie, które na szczęście udało się zahamować dzięki interwencji sądów – podsumowuje swoje spostrzeżenia szewc Fabisiak.

Państwo zawłaszczone

Zagęszcza się sytuacja polityczna w Polsce. Do obiektywnych czynników — takich, jak światowa pandemia i nieuchronny kryzys gospodarczy wywołany już pierwszą falą zachorowań (strach pomyśleć co zrobi druga) dochodzą zawirowania w obozie władzy i nieporadność całej opozycji w budowaniu nowej, atrakcyjnej narracji, którą mogliby „kupić” wyborcy.

Każdego dnia media – jeszcze niezawłaszczone przez rządzących – przynoszą sygnały świadczące, że realizowany przez PiS model partii klientowskiej, nie masowej, daje określony efekt – obsadzanie przez członków rodzin polityków rządzącej partii różnych stanowisk, zawsze bardzo dobrze płatnych, w spółkach skarbu państwa i innych państwowych instytucjach.

Krańcowo bezczelnym posunięciem było nominowanie żony jednego z młodszych polityków rządzącej partii, osoby bez żadnego doświadczenia w biznesie, osoby, której wykształcenie nie miało nic wspólnego z ekonomią na stanowisku prezesa Państwowej Agencji Rozwoju Przemysłu. To ta agencja miała być siłą sprawczą w reaktywowaniu Stoczni Gdańskiej,

Skala tego przekrętu była tak wielka, że nawet PiS doszedł do wniosku, że to za dużo, za daleko posunięta korupcja polityczna i decyzję po kilku dniach wycofano. Ale trudno, tego nie da się zatrzeć w pamięci, to zostaje. Zwłaszcza że to tylko wierzchołek góry lodowej – cała reszta podobnych decyzji zostaje i wielu innych, równie wybitnych fachowców zajmuje różne ważne stanowiska decyzyjne w gospodarce.

Nie będę zajmował się poszczególnymi sprawami, może lepiej spojrzeć na całość, popatrzeć na państwo jako system, jako na taką całość, której każda część winna przyczyniać się do realizacji celu, stojącego przed tym systemem.

Padło wyżej słowo korupcja – samo słowo pochodzi od łacińskiego słowa corruptio. To oznacza psucie. Korupcja polityczna to psucie państwa. Korupcja polityczna opiera się takich zachowaniach urzędników państwowych, w których kierują się oni korzyścią własną, a nie interesem państwa.

Można prześledzić, jak kształtowały się poglądy na korupcję, poczynając od starożytności, przez oświecenie do współczesności. Wszystkich zainteresowanych zachęcam do przeczytania krótkiego tekstu Antoniego Z. Kamińskiego w tomie „Socjologia ekonomiczna – przewodnik” pod redakcją Witolda Morawskiego wydanym w 2018 roku przez PWN.

To, z czym mamy do czynienia w Polsce, ta skala nepotyzmu i korupcji uzasadnia, by nazwać ten stan zawładnięciem państwa (state capture). To coś więcej niż zwykła korupcja administracyjna; ta występuje wszędzie, różni się tylko skalą i głębią. Zawładnięcie państwa to pojęcie tłumaczące używane już wcześniej w publicystyce pojęcie „państwa mafijnego”.

Skala i głębia powiązań pomiędzy aparatem władzy a prywatnym interesem jego urzędników jest taka, że możemy mówić o państwie mafijnym. Stworzony został precyzyjny system umożliwiający rządzącym załatwianie swoich interesów w poczuciu pełnego bezpieczeństwa, w przekonaniu, że „ich” system wymiaru sprawiedliwości, rządzony przez ich przedstawiciela nie zrobi im krzywdy.

I nie robi! Przykładów aż nadto — z ostatnio podjętą próbą wpisania do przepisów prawa normy, gwarantującej bezkarność urzędników państwowych za działania sprzeczne z obowiązującym prawem.

Przegrane wybory prezydenckie oznaczają, że po uregulowaniu swoich wewnętrznych spraw Jarosław Kaczyński domknie system. Państwo zostanie zawłaszczone do końca w takich procedurach, że nikt, nawet UE nie będzie miała możliwości do skutecznego przeciwstawiania się. No może poza „wyrzuceniem” Polski ze struktur unijnych. Ale to byłoby spełnienie marzeń rządzącego Polską prezesa.

I na koniec nie spekulacje, nie odsyłanie do wielkich myślicieli i teoretyków — a konkret. Czy można sobie wyobrazić coś bardziej dysfunkcjonalnego dla systemu, jakim jest każde państwo, nawet nasze, niż różnica w wielkości nakładów, po prostu ilości pieniędzy, jakie państwo przeznacza na Główny Inspektorat Sanitarny i — dajmy na to — Instytut Pamięci Narodowej.

Wydawało mi się, że mnie już nic nie zdziwi, ale myliłem się. Instytut Pamięci Narodowej – instytucja ważna, ale nie najważniejsza, ma budżet sześciokrotnie większy niż GIS: na IPN państwo daje ponad 460 milionów złotych a na PiS 60 i trochę…

Tego nie da się wytłumaczyć, to więcej niż głupota. Słów brakuje…