Efekty sukcesu Świątek

Wygranie przez Igę Świątek French Open sprowokowało do pokazowego gestu nowego ministra sportu, chociaż bardziej jest on ministrem kultury i dziedzictwa narodowego. Piotr Gliński obiecał finansowe wsparcie dla polskiego tenisa.

Po sukcesie Świątek sypnęło obietnicami ze strony resortu sportu oraz Polskiego Związku Tenisowego. Jeszcze przed finałowym zwycięstwem 19-letniej warszawianki na kortach Rolanda Garrosa ogłoszono zamiar wybudowania centralnego ośrodka szkoleniowego dla tenisistów. Ma powstać w Kozerkach, nieopodal Warszawy. Przewidywany całkowity koszt inwestycji przekroczy 23 miliony złotych. W ośrodku w Kozerkach zawodniczki i zawodnicy reprezentacji Polski we wszystkich kategoriach wiekowych będą mogli nieodpłatnie trenować. Kompleks ma mieć dwie hale tenisowe oraz 10 kortów odkrytych o różnych nawierzchniach.
To nie wszystko. W minioną środę minister Gliński ogłosił też, że resort sportu przeznaczy dwa miliony złotych na uruchomienie programu „Tenisowa Zima”, kolejny milion złotych zostanie przekazany na potrzeby reprezentacji Polski w Pucharze Davisa i Pucharze Federacji, a tyle samo pieniędzy zostanie przeznaczone na wsparcie procesu szkolenia kadr młodzieżowych. Pieniądze te mają być wydawane m.in. na pokrycie kosztów wynajmu hal tenisowych w okresie zimowym. Do tej pory większość reprezentantów Polski musiała płacić za korty jak wszyscy użytkownicy, a warto zwrócić uwagę, że ceny wynajęcia kortu pod dachem w zimie w Warszawie sięgają 120 złotych za godzinę. W innych miastach nie jest wiele taniej.
Od czasu PZT Prokom Teamu, który wspierał m.in. Agnieszkę i Urszulę Radwańskie oraz Łukasza Kubota, Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego, nie było w polskim tenisie tak hojnego sponsora. Wprawdzie ok temu w promocję białego sportu i najzdolniejszych zawodników młodego pokolenia włączyła się Grupa Lotos, ale jej sponsoring to za mało. Resort sportu zapewnia, że będzie namawiał inne spółki skarbu państwa do wspierania tenisa.

Jak pomóc książce

(Aleksandrowi Krawczukowi, w dniu Jubileuszu, dedykuję)

W ostatnich dniach uczestniczyłem, za pośrednictwem Internetu, w kilku debatach na temat sytuacji książki, wpływu pandemii i stosowanych w związku z nią zakazów i ograniczeń, na kondycję rynku i czytelnictwa. Ale, co ważniejsze, dyskutując szukaliśmy środków zaradczych, źródeł i sposobów pomocy. Z całą świadomością, iż my „ludzie książki” sami sobie niestety pomóc nie możemy, kierowaliśmy te postulaty w stronę władzy, całego rządu. Od lat uważam, iż problemy kultury, edukacji kulturalnej, uczestnictwa społeczeństwa w kulturze wykraczają poza kompetencje ministra kultury. Obejmują wiele resortów. Różne były płaszczyzny naszych dyskusji, różny krąg osób uczestniczących; jedna zaś myśl przewodnia, iż potrzebna jest interwencja państwa w stopniu bardziej wyraźniejszym niż na przykład dla sfery turystyki. Pomyślałem, że warto by zgłaszane przeze mnie projekty (wynikające z wcześniejszych środowiskowych konsultacji), ale też wsparte przebiegiem dyskusji, zaprezentować szerzej. Stąd pomysł na tenże artykulik.

Środowisko związane z książką (przede wszystkim wydawcy) w świetle zagrożeń rynku, które wzmocniła i uwydatniła pandemia są przekonani, że zgłaszane postulaty, nie są sezonowe, nie są związane tylko z pandemią i po jej wygaśnięciu nie zdezaktualizują się, a powinny pozostać jako trwały element i zasada rynkowa.

Problemem stojącym, szczególnie teraz, przed każdym wydawcą jest odpowiedź na dwa zasadnicze pytania: „czy popyt na książki nie spadnie, czy inne potrzeby nie zastąpią ich na liście preferowanych zakupów?” oraz „czy otrzymam zapłatę za książki sprzedane w hurcie, księgarniach itp?” To generuje następujące propozycje pomocowe:

1/ ubezpieczenie należności, czyli wprowadzenie w obrocie książką pojęcia tak zwanego faktoringu,

2/ wprowadzenie zasady sprzedaży książek przez wydawcę na tak zwane zamknięte faktury, czyli skuteczną likwidację ukrytego komisu,

3/ indywidualny bon na zakupy książek, na wzór ogłoszonego w kampanii prezydenckiej 500+ na turystykę (wcześniej politycy PiS mówili o 1000+), czyli bon dla klienta indywidualnego zróżnicowany kwotowo dla młodzieży (uczniów) i dorosłych. Bony takie stosowane są we Włoszech i Francji. Bon taki byłby do zrealizowania w stacjonarnej, tradycyjnej księgarni.

4/ znaczące wsparcie bibliotek (wszystkich, nie tylko publicznych, a więc szkolnych, uczelnianych, specjalistycznych, a także funkcjonujących np. w szpitalach, zakładach wychowawczych czy w więzieniach). Byłby to „zbiorowy bon” na zakupy bezpośrednio od wydawców. Decyzja o liście zakupów winna być wyłącznie po stronie każdej konkretnej biblioteki. To zapewni zakupy wedle potrzeb i oczekiwań miejscowych czytelników. Nikt nie narzuciłby bibliotece listy niechcianych, a w konsekwencji nieczytanych (niewypożyczanych) później tytułów. Urzędnicy MKiDN tłumaczą, że od kilku lat corocznie przeznaczają spore kwoty na zakupy biblioteczne. W roku 2019 to 26,5 mln złotych. To rzeczywiście sporo, choć gdy porównamy tę kwotę z pulą przeznaczoną w ostatnim toku rządu Marka Belki (2005) – 30 milionów, okaże się, że można było przeznaczyć więcej. Pamiętajmy też, że złotówka w 2005 nierówna złotówce po 15 latach. Środowisko uważa jednak, że sytuacja wywołana pandemią wymaga znacznego zwiększenia środków i objęcia dotacjami bibliotek w jednostkach podległych innym resortom niż resort kultury,

5/ wyraźnie dał się zauważyć wzrost sprzedaży książek poprzez Internet, a to wiąże się z kosztami przesyłania zakupionych pozycji pocztą lub z pomocą innych pośredników. Koniecznym wydaje się obniżenie kosztu przesyłki książek i czasopism. Powrócić, zdaniem moim, należy do dawnej zasady, iż przesyłka z pieczątką „Druk” była znacznie tańsza. Planują zrobić tak Francuzi, którzy mają te opłaty stosunkowo najwyższe.

(Za przesłanie książki w formacie A-5 o grubości do 2 cm w Czechach opłata wynosi 3,03 zł, na Słowacji 4,55 zł, w Polsce 5,90 zł, zaś w Niemczech 7 zł.
Za przesłanie książki grubszej czyli ponad 2 cm, nawet tylko z powodu solidniejszego opakowania w Czechach opłata wynosi 7,52 zł, na Słowacji bez zmian czyli 4,55 zł, w Polsce aż 15,60 zł, zaś w Niemczech 12,28 zł.),

6/ stała (jednolita) cena książki, po jej ukazaniu się, przez ustalony okres,

7/ ulgi podatkowe dla sfery książki. Na przykład ulga przy zakupach książek na wzór dawnej ulgi internetowej, czy ulgi dla księgarń (we współpracy z samorządami), w tym kontekście zgłaszany jest postulat standaryzacji księgarni, określenia który sklep nie może nosić tego miana.

Zgłaszany był także postulat podjęcia próby przywrócenia stawki zero VAT na książki. Wynika on z deklaracji ministra Glińskiego rzuconej, w kwietniu w związku ze światowym dniem książki i praw autorskich. Była to co prawda tylko deklaracja wystąpienia do Komisji Europejskiej, ale przedstawiona jako niemal rzecz już załatwiona, bo z ust ministra Glińskiego padły słowa: „mamy dziś dobrą wiadomość dla kultury. Jest to wiadomość dotycząca obniżenia VAT-u na książki drukowane do stawki zerowej”. Wydaje się, że sprawa jest wciąż na etapie tej deklaracji.
Dyskutanci zwracali uwagę na sytuację księgarń, dramatyczny spadek ich ilości, co szczególnie odczuwają mieszkańcy małych miejscowości. Inna kwestia to zmiana charakteru części z księgarń. Właściciele, borykający się z wysokimi czynszami, podatkami, wprowadzili do tradycyjnych księgarń towar przyciągający klientów ale daleki od specyfiki księgarni. Dzieję się to niestety także w wielu „sieciowych” księgarniach posadowionych w galeriach handlowych, gdzie, by dotrzeć do półek z książkami, trzeba przejść kilka alejek wypełnionych „mydłem i powidłem”. Weterani zawodu zgłaszają więc, wzorem także kilku krajów Europy zachodniej, projekt „standaryzacji” księgarń i wprowadzenia dla nich ulg, oczywiście wymagana jest tu dobra wola samorządów.

Na koniec rozważań zostawiłem obszar mi obecnie najbliższy. Targi książki, festiwale literackie, plenery czytelnicze, kiermasze… Zacierają się różnice pomiędzy programami tych imprez. W zasadzie w każdej z nich uczestniczą autorzy krajowi i zagraniczni, poszczególnym edycjom patronują pewne idee, hasła, występują goście honorowi, czy specjalni. Imprezy nawiązują do twórczości konkretnych pisarzy, kierunków i trendów lub gatunków literackich. Bywa, że kierowane są do konkretnego czytelnika, a nawet w sprecyzowanej grupie wiekowej. Wszystkie one w coraz mniejszym stopniu nastawione są na zysk, a bardziej na szerzenie idei czytelnictwa, na wzmocnienie zainteresowania książką i jej popularyzację. Często partnerem są samorządy.

Obostrzenia i zakazy związane z pandemią spowodowały odwołanie wielu przedsięwzięć, włącznie z największą tego typu imprezą w Polsce jaką są majowe Warszawskie Targi Książki. Spowodowało to wiele komplikacji, miedzy innymi, związanych z planowanym przyjęciem Gościa Honorowego tych targów – Republiki Czeskiej. Kolejne imprezy (Targi Książki Katolickiej, Big Book Festiwal, Plener Literacki w Gdyni, Targi w Krakowie, Śląskie Targi Książki, Targi Książki Historycznej i inne) są przesuwane w czasie, przenoszone w części do Internetu, lub organizacja ich stoi pod znakiem zapytania, głównie z powodu niebezpieczeństwa nadejścia jesiennej drugiej fali epidemii.

Lista tego typu imprez, posiadających kilkuletni co najmniej dorobek, jest łatwa do sporządzenia. Wszystkie one zasługują na wsparcie ze strony Państwa, w stopniu różnym, zależnym od wielkości imprezy, obfitości merytorycznego programu towarzyszącego, itp. Należy więc utworzyć program celowego wsparcia organizacji poszczególnych imprez (ich programu merytorycznego) z budżetu MKiDN.

Wszyscy organizatorzy w/w imprez ponieśli nakłady, które w żaden sposób nie są do odzyskania. Imprezy późno letnie lub jesienne będą inne od ubiegłorocznych, przede wszystkim organizatorzy będą musieli ponieść nakłady na środki czystości i dezynfekcji, zmniejszyć ilość wystawców na tej samej (odpłatnej) powierzchni zachowując większe odstępy między stoiskami, ograniczyć liczbę uczestników (zwiedzających) itp. itd. To wszystko wymagać będzie nakładów finansowych organizatora. Inna kwestia to nieprecyzyjne, niekonsekwentne i często sprzeczne zarządzenia. Pierwszy z brzegu przykład. Obserwuję jak kelnerzy dezynfekują stoły po zakończeniu posiłku przez jednego klienta, organizatorzy imprez kulturalnych i sportowych mają obowiązek dezynfekowania miejsc siedzących, a nie widzę tego na placach zabaw, gdzie po jednym dziecku na zjeżdżalni zasiada natychmiast drugie, trzecie… i kolejne.

Uważny czytelnik zapyta, i słusznie, skąd na to wszytko, o co postuluję, brać środki. Wstydziłbym się cokolwiek proponować nie mając na takie pytanie odpowiedzi. Pamiętam dobrze negocjacje sprzed 10 lat, jakie środowisko książki prowadziło z mojej inicjatywy z ministrem Michałem Boni, wówczas szefem komitetu stałego rady ministrów. Polska żegnała się z zerową stawką VAT na książki. Nota bene wywalczoną przez rząd SLD-PSL, w którym między innymi i za to odpowiadałem. Podpowiadaliśmy argumenty by Polska nadal broniła stawki zerowej, a gdy zrozumieliśmy, iż VAT jest nieunikniony próbowaliśmy, bezskutecznie niestety, przekonać ministra Boniego i rząd by cały przychód z wprowadzonego podatku (5 proc. od ceny książki) przeznaczyć na wspomożenie rynku książki, na wzrost czytelnictwa, zakupy biblioteczne itp. Nie udało się. Nie wierzę, że można na forum Komisji Europejskiej uzyskać zgodę na krok wstecz, na odstąpienie od naliczania w Polsce podatku VAT od sprzedanej książki. Ale wierzę, że przy dobrej woli i deklaracjach serio, a nie na pokaz tę kwotę którą podatek ów generuje przeznaczyć na pomoc w obszarach wyżej wskazanych. To z grubsza licząc 100 milionów złotych. A przy okazji warto przeanalizować rozrost administracji w sferze kultury, warto spojrzeć na listę Instytutów resortowych, ich budżety i nakładające się wzajemnie zadania. To źródło oszczędności, źródło wsparcia sfery książki. Przykład pierwszy z brzegu – Instytut Książki i równoległy Instytut Literatury. O sensie istnienia IPN i o przeznaczanych na jego działalność kwotach pisano na łamach Trybuny wiele razy. Przy okazji przypomniała mi się jedna z pierwszych decyzji ministra Andrzeja Celińskiego (poza skróceniem nazwy resortu) – likwidacja Instytutu Dziedzictwa.

Piszę ten tekst w niedzielę 7 czerwca. Zanim siadłem do komputera rozmawiałem telefonicznie z jednym z największych w Polsce miłośników i znawców książek, Nestorem bibliofilów, kolekcjonerów i pisarzy – Jubilatem, profesorem Aleksandrem Krawczukiem. Ukończył 98 lat. Za czasów Jego ministrowania łączne, roczne nakłady książek były wyższe niż kiedykolwiek później. Drogi Profesorze, Czcigodny Ministrze, Kochany Aleksandrze, raz jeszcze – zdrowia, pogody ducha i niezawodnych przyjaciół wokół Ciebie.

Autor od 2005 jest prezesem Polskiego Towarzystwa Wydawców Książek, od 2013 prezesem spółki Targi Książki

Na epidemię złoty łańcuch

Należę do tej części polskiego społeczeństwa, która sytuację z koronawirusem i masowymi zachorowaniami traktuje z powagą, lecz bez paniki.

Rozumiem jednak ludzi, dla których ta sytuacja spowodowała, że czują się jak postawieni w sytuacji ostatecznej, mającej charakter wyboru miedzy życiem a śmiercią. Oni, a jest ich z pewnością niemało, bardzo potrzebują wsparcia. Potrzebują też poczucia, że nie są sami, że są członkami większej wspólnoty, na której czele stoją ludzie potrafiący sprostać wyzwaniom ogarniającego nas wszystkich dramatu.

W takich momentach historii wykuwają się przywódcy. Odrzucają drugorzędne spory, przechodzą do porządku dziennego ponad miałkimi przykrościami, obrazami i fochami, niechby nawet najbardziej widowiskowymi. Własne interesy i defekty charakteru nagle przestają mieć dla nich jakiekolwiek znaczenie i znikają. W godzinie próby stają na czele. Jednoczą.

Wspólnota pójdzie za takim przywódcą dosłownie w ogień. Historia, również ta najnowsza, zna takie przypadki.

Duda prawie koronowany

Nie u nas. My zajmujemy się korespondencyjnymi wyborami i przepychankami bez znaczenia. Żeby jednak nie było, że na polu kreowania przywódców nic się nie dzieje, wicepremier, minister kultury i dziedzictwa narodowego, Piotr Gliński, wsparł mocą swojego autorytetu projekt ustawy kilku senatorów PiS, by prezydentowi Dudzie przywrócić insygnia koronacyjne – złoty Łańcuch Orderu Orła Białego, dzieło sztuki wykonane w XVIII w., zwane także Klejnotem Rzeczypospolitej.

Nie wiadomo, czy Duda miałby nosić na sobie zabytkowe insygnium, czy też, ze względów praktycznych i bezpieczeństwa, potrzeba byłoby wykonać jego kopię, do której wykonania potrzeba byłoby około kilograma złota. To jednak nie wszystko. Dorobić, niezależnie od tego, czy łańcuch byłby zabytkowy czy współczesny, trzeba by było krzyż orderowy, do którego wykonania trzeba kilkunastu brylantów o wartości licznej w milionach.
Powtórzmy: właśnie teraz, w godzinie próby i wyzwania, na które musi odpowiedzieć społeczeństwo jako całość, pan wicepremier Gliński uznał, że jest najlepszy czas, by poprzeć lub pozytywnie zaopiniować decyzję, by polski prezydent chodził – a raczej siedział w pałacu, bo przecież publiczne zgromadzenia mu odpadły – obwieszony złotym łańcuchem, który nie ma dla nikogo żadnego znaczenia.

Żarłoczne symbole

„Należy przy tym podkreślić, że przywrócenie łańcucha przynależnego Wielkiemu Mistrzowi Orderu jest inicjatywą uzasadnioną zarówno względami historycznymi, jak i symbolicznymi”, napisał.

Czym, do cholery, zawiniła Polska, że jej klasa polityczna składa się z ludzi, których intelektualna i moralna małość jest znakiem rozpoznawczym? Czemu w godzinie próby społeczeństwo zostało skazane na te chodzące na dwóch nogach nieporozumienia?

Jeden z największych współczesnych polskich intelektualistów, prof. Bronisław Łagowski, napisał w jednym ze swoich felietonów: „polskie myślenie polityczne cierpi na symbolizm i mitotwórstwo”. Tytuł tamtego felietonu brzmiał: „Symbole pożarły rzeczywistość”.

No dobrze, ale dlaczego zaczynają tę ucztę od mózgów przedstawicieli polskiej władzy?

Nie będę do Pana telefonował!

Minister kultury zapowiedział, że każdy artysta, który czuje się poszkodowany z powodu krążenia po świecie koronawirusa, może zgłosić się do ministerstwa i wnosić o zapomogę, a on, minister, zastanowi się, czy i w jakiej wysokości ją wydać. Każdemu proszącemu, czy po uważaniu, tego akurat minister nie dodał. Dla mnie i tak już chyba nie starczy.

Można wysłać pismo. Zatelefonować. Zafaksować. Generalnie, trzeba poprosić. Państwo nad prośbą się pochyli i poduma a potem odpowie. Tak to po krótce, według słów ministra, ma wyglądać. Ci wszyscy artyści, którzy zostali pozbawieni źródła dochodów lub którym znacząco je uszczuplono, mogą w ten sposób uczynić. Tak myśli minister i tak myśli cała klasa panująco-rządząca. To obywatel-artysta ma iść do urzędu i błagać, żeby urzędnik łaskawie wrzucił mu coś do miski, aby darmozjad nie zdechł z głodu. Działała tak sanacja, komuna, działa i odrodzona Rzeczpospolita. Kmieć prosty ma się łasić do nogi pana z nadzieją że pan da, a nie, że to Państwo, rękoma swoich przedstawicieli, ma samo zapukać do drzwi, żeby zapytać czy aby czegoś Wam nie potrzeba, prostaczkowie. Tego by jeszcze brakowało, żeby urzędnik się zastanawiał, jak pomóc tłuszczy.

Kiedyś, dawno dawno temu, będzie nazad 15 lat jak nic, mój znajomy z małego miasteczka powiatowego na wschodzie Polski, poszedł do urzędnika w magistracie, odpowiadającego za kulturę, żeby poprosić o parę groszy na imprezę w parku miejskim, którą chciał zorganizować. – Nie mam czasu dziś, przyjdź Pan w środę-rzekł urzędnik. Kolega, legalista i człek niedzisiejszy w obyciu, ukłonił się potulnie, ścisnął beret w garści i odmaszerował. Przyszedł do magistratu w środę. – Dziś to nie możliwe, przyjdź Pan w piątek-powiedział w środę urzędnik, więc kolega przyszedł w piątek. – Dziś nic nie załatwimy, koniec tygodnia, burmistrz w delegacji, przyjdź Pan w poniedziałek-usłyszał kolega od urzędnika w piątek. Cierpliwości już mu nie starczyło. Wygarnął panu od kultury, co myśli o podobnym traktowaniu człowieka, w tym wypadku kultury, przez referat kultury reprezentowany przez urzędnika. Na odchodne pierdolnął, mało kulturalnie, drzwiami, takimi ciężkimi, jak to kiedyś bywały w urzędach, obitymi supremą. Pieniędzy oczywiście nie dostał.

Mental urzędnika od kultury, czy to niskiego czy wysokiego szczebla, jest od lat dokładnie taki sam; przyjdź Pan jutro. Może się coś znajdzie. Minister Gliński oczywiście wprost tego nie powiedział, ale dał do zrozumienia, że po tym, kiedy się człek uniży i poprosi, urząd kultury i dziewictwa wyda zapomogi, o ile oczywiście znajdą się nań środki w budżecie. A że się nie znajdą, wie to dziś w Polsce nawet dziecko, co pobiera pięć stów miesięcznie za sam fakt istnienia. Gdyby tak każdemu artyście, takiemu, który miał mieć reczitale i performensy, ale mu wymówili organizatorzy, dać pięćset plus raz na miesiąc w ramach pomocy w ciężkich czasach, toż to byłby zastrzyk dla ludzi kultury, którego ta ziemia nigdy nie widziała. Może nawet co poniektórzy przestali by po czymś takim psioczyć na rząd i pluć na godło. Za długo jednak kiszę się w tym kociołku, żeby mieć jakiekolwiek złudzenia.

Zastanawiam się, czy napisać po prośbie do ministerstwa. Tak z ciekawości, dla hecy. Trochę mi wstyd, bo nigdy w życiu nikogo o pieniądze nie musiałem prosić, tylko je po prostu zarabiałem. Dziś, kiedy na raz odbiera mi się możliwość zarobkowania, mogę pójść za chlebem do rządzących albo nająć się na stójkowego na zakładzie, o ile wcześniej biedniejący na potęgę lud wszystkiego nie rozkradnie.

Rząd, kiedy zabiera mi co roku podatek, nie idzie do mnie po prośbie. Nie mówi mi: niechże się Pan łaskawie dołoży do wspólnego portfela, bo nie będziemy mieli za co wykarmić maluczkich, wyleczyć chromych i zapłacić policjantom. Takie pieszczoty to nie z nami. Ja, prosty obywatel, mam wyskakiwać z kasy, i to bez szemrania, jak przed złodziejem, bo jak nie, to wpierdol. Ciekawe, jakby Państwo zareagowało, gdybym w ramach dualizmu fiskalnego powiedział, że nie płacę w tym roku podatku, bo nie mam z czego, gdyż to co miałem zarobić, umknęło i nie powróci. Czy wtedy rząd, ustami tego czy innego ministra, również by się ukorzył i przyszedł do mnie po prośbie, żebym się jednak nie wygłupiał i dał, bo akurat teraz potrzeba im mojej kasy jak mało kiedy.

W sumie to żadna różnica: idę do ministerstwa po moje pieniądze, które straciłem, a które i tak oddam do budżetu pod koniec kwietnia przy składaniu PIT-a. Klasyka starej, konsomolskiej szkoły: straciliście 200, ale zyskujecie 20, więc się cieszcie, bo moglibyście nic nie dostać, a tu proszę, jaki dobry Pan. Nie dość że dziewek za dużo w czworakach nie zbrzuchacił, za to i batożył chłopa łagodnie!

Bigos tygodniowy

13 października Warszawie Budapesztu nie było, za to Warszawa zawitała do Budapesztu i władza Orbána została w stolicy Węgier ograniczona, co może być dobrą wróżba na przyszłość. Co do wyniku wyborów w Polsce, to Przewodniczący Mało generalnie je wygrał, ale: 1. utracił (przynajmniej na jakiś czas) Senat, 2. jak na kolosalny wysiłek i potężne transfery socjalne, uzyskanie identycznej jak w 2015 roku liczby mandatów, bez premii, to sukces dość problematyczny, a właściwie porażka, bo przecież PiS nie obiecywało i nie rozdawało po to, żeby nie dostać za to nagrody, 3. do parlamentu weszła Lewica, co bardzo rozjaśni i uzdrowi pejzaż polityczny, 4. wzmocnienie koalicjantów PiS, w tym Ziobra, może skutkować wewnętrzną wojną o wpływy w szeregach Zjednoczonej Prawicy, 5. w liczbie głosów wyborczych opozycja antypisowska ma przewagę nad wyborcami obozu Przewodniczącego Mało i tylko ordynacja d’Hondta niweluje tę liczbową przewagę ludu niepisowskiego nad ludem pisowskim, 6. krzyż pański będzie miał PiS nie tylko z Lewicą, ale także z „konfederatami” Korwina i Brauna. W sytuacji zwłaszcza utraty Senatu, przebieg dokończania przerwanego przed wyborami posiedzenia Sejmu może być prawdziwą jatką, bo Przewodniczący Mało na pewne przygotował jakieś awanturnicze ruchy i łamanie prawa już całkowicie „na wydrę”.

 

Z drobniejszych spraw: nie zobaczymy już w Sejmie pisowskich harcowników do zadań specjalnych: Piotrowicza, Krynickiej i Sobeckiej. Nawet lud pisowski ich nie zdzierżył. Z tego przynajmniej jakiś zysk estetyczny.

 

„Państwo mafijne PiS”, takiego sformułowania można używać po niedawnym wyroku Sądu Najwyższego.

 

Literacki Nobel dla Olgi Tokarczuk potwierdza obraz ludności polskiej jako półanalfabetycznej: umie pisać, ale nie czyta. Bo oto najsławniejszą i najbardziej prestiżową nagrodę literacką otrzymała przedstawicielka najmniej czytającego narodu europejskiego, kraju w którym czytelnictwo jest w zapaści. Co do reakcji władzy, to najwyżsi oficjele złożyli noblistce obłudne gratulacje, sugerując, że ten Nobel, to także sukces „dobrej zmiany”. Och, jaka szkoda, że Nobla nie dostali ani prozaik Wildstein Bronisław ani literat-żulnalista Ziemkiewicz Rafał. W tej sytuacji oficjele (Duda, Morawiecki, Gliński) zadziałali według zasady: „Jak się nie ma co się lubi…”. Niezależnie od tego, wielu pisowskich propagandystów w mediach nie powstrzymało się od okazania zwyczajowej nienawiści tej przebrzydłej lewaczce.

 

Traf sprawił, że wydarzenie to zbiegło się z wcześniejszym o dzień przemówieniem Przewodniczącego Mało, który zadeklarował, że będzie piętnował niechętne PiS-owi elity.

 

Szyszko Jan, były – pożal się boże – minister środowiska odszedł do Domu Ojca. Przyroda na chwilę odetchnęła. Niektórzy, bliscy New Age twierdzą, że zdarza się, iż przyroda odpłaca swoim prześladowcom pięknym za nadobne. Jednak Szyszko pozostał na liście wyborczej i można było zagłosować na trupa. Absurd sięga „Martwych dusz” Mikołaja Gogola. Sok z buraka by się uśmiał.

 

Ćwierćinteligent z tytułem profesora w randze – pożal się boże – ministra kultury, nadal blokuje nominację zwycięzcy konkursu i dotychczasowego dyrektora Muzeum Żydów Polskich Polin w Warszawie, profesora Dariusza Stoli.

 

Przewodniczący Mało zapowiedział wojnę ze „starymi elitami”. Obarczył je za wszystkie nieszczęścia Polski. Uczeni, artyści, prawnicy, dziennikarze, rozmaicie inteligenci i tym podobne gady – strzeżcie się.

 

Z bębna losu, który wyłania sędziów do prowadzenia spraw konsekwentnie wyskakuje w jednym przypadku ten sam sędzia. Chodzi o sprawy sądowe Pawłowicz Krystyny, pierwszej chamicy odchodzącego Sejmu. Na dokładkę tak się przypadkowo składa, że temu sędziemu jawnie sprzyja neo-KRS, w której zasiada rzeczona osoba.

 

Kolejny przypadek zasądzenia odszkodowania od Kościoła odszkodowania dla ofiary księżego molestowania. W pierwszym przypadku funkcjonariusza tzw. Towarzystwa Chrystusowego gwałcicielem była bestia-hetero w sutannie hetero (na dziewczynce). W drugim przypadku – bestia-homo w sutannie (na chłopcu).

 

Wyłażą kolejne brudy spod krakowskiego domu schadzek Banasia. Wyszły na jaw informacje, że na rzeczony proceder poszły także pieniądze z Unii Europejskiej.

 

Ksiądz Stanisław Małkowski, jedna ze szczególnie odrażających postaci nurtu klerofaszystowskiego oświadczył coś w tym rodzaju, że może sobie jakiś tam prymas Polak mówić i robić co chce, a my będziemy robić swoje. To kolejny pomruk wewnętrznego Kościoła kat., jego najbardziej reakcyjnego, czarnosecinnego segmentu. Prędzej czy później objawi się on z otwartą przyłbicą i niechybnie dojdzie w Polsce pewnego dnia do rozłamu, schizmy na dwa kościoły kat. – jeden „postępowy”, a drugi „zachowawczy”. Małkowskiemu nie spodobał się ogłoszony przez Polaka pomysł funduszu dla ofiar klerykalnej pedofilii, a także zdystansowanie się przez tegoż Polaka od zadeklarowania przez Przewodniczącego Mało, że poza Kościołem kat. jest w Polsce tylko „nihilizm”.

 

Generalnie zaryzykuję wróżbę na – odległą co prawda – przyszłość. Wynik wyborów jest pierwszą zapowiedzią zmierzchu potęgi PiS. To na razie oczywiście bardzo wstępna faza tego procesu, ale jak uczył Hegel, „sowa Minerwy wylatuje o zmierzchu”.

Przekręt, złodziejstwo, szkodnictwo

Kiedy zostanę posłem, to skontroluję wszystkie fundacje i inne szemrane instytucje rzekomo walczące o „dobre imię Polski”. Walczące zawsze za pieniądze polskich podatników. Nigdy za swoje.

Jak ujawnił portal internetowy Onet, podległa panu ministrowi kultury i dziedzictwa narodowego Piotrowi Glińskiemu Polska Fundacja Narodowa, która statutowo ma promować Polskę na świecie, w ciągu kilkunastu miesięcy zapłaciła ponad 5,5 miliona dolarów amerykańskiej firmie White House Writers Group. Za kawał bezsensownej, niepotrzebnej roboty.
Wypłaciła pewnie dlatego, że z kolei w ramach współpracy z amerykańską WHWG ogromne kwoty otrzymali bliscy związanego z PiS polonijnego historyka Marka Chodakiewicza, dobrego znajomego Macieja Świrskiego, byłego wiceprezesa Polskiej Fundacji Narodowej i pana wicepremiera Glińskiego.
Według ustaleń Onetu, na kontrakcie Polskiej Fundacji Narodowej z amerykańską firmą najbardziej skorzystała rodzina związanego z PiS polonijnego historyka, profesora Marka Jana Chodakiewicza. Jak przypomniał portal, Chodakiewicz jest także członkiem rady programowej Muzeum II Wojny Światowej. I bliskim znajomym Macieja Świrskiego, który „w momencie tworzenia Polskiej Fundacji Narodowej w 2016 r. został wiceprezesem fundacji ds. współpracy międzynarodowej”.
„To właśnie Świrski zdecydował, aby lukratywny kontrakt na promowanie Polski w USA trafił do firmy WHWG” – informuje Onet.pl.
Pasza dla królika i jego krewnych
Jak ujawnił Onet, w WHWG zatrudniona jest też siostra profesora Chodakiewicza, pani Anna Chodakiewicz-Wellisz. Dzięki lukratywnemu kontraktowi ma ona zarabiać 120 tysięcy USD, czyli prawie 40 tysięcy złotych miesięczne. Takie 40 000+.
Dodatkowo w jej umowie ma znajdować się zapis, zgodnie z którym Polska Fundacja Narodowa, czyli wszyscy polscy podatnicy, zwraca pracownikom WHWG „uzasadnione” wydatki, które powinny być związane z wykonywaniem obowiązków dla fundacji. W przypadku pani Chodakiewicz-Wellisz mówi się o zwrotach pieniędzy za hotele, przejazdy w USA, obiady i kolacje służbowe. Czyli znane wszystkim „ośmiorniczki”.
W ramach „promowania” Polski za 20 mln zł rocznie amerykańska firma stworzyła m.in. w mediach społecznościowych profile o Polsce, które obserwuje na całym świecie kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt osób. Czyli prawie nikt.
Jak podaje Onet, praca siostry profesora Chodakiewicza polega też na pisaniu maili do ambasador USA w Polsce Georgette Mosbacher.
Onet w sprawozdaniach WHWG znalazł również informacje o przelewach dla żony prof. Chodakiewicza, Moniki Jabłońskiej-Chodakiewicz. Miała ona zostać zatrudniona we wrześniu 2018 roku, gdy WHWG organizowało konferencję „Ronald Reagan i papież Jan Paweł II: partnerstwo, które zmieniło świat”.
„Jednym z zadań Jabłońskiej było zaproszenie na konferencję ambasador USA w Watykanie Callisty Gingrich, żony byłego republikańskiego polityka. W tym celu Jabłońska wraz z małżonkiem poleciała do Watykanu”, pisze Onet.
Tak jak w przypadku siostry prof. Chodakiewicza, jego żona wysyłała maile, które WHWG także zaliczyła do kosztów rozliczeń z polską fundacją. „Jabłońska zainkasowała w sumie 24 tys. dolarów USA, czyli prawie 100 tysięcy złotych”, tak wyliczono.
Profesor Marek Chodakiewicz nie odpowiedział na pytania Onet.pl dotyczące pieniędzy, które jego rodzina i współpracownicy otrzymują korzystając z pracy i podatków polskich podatników.
A Polska Fundacja Narodowa ukrywa warunki kontraktu. Chociaż wydaje publiczne pieniądze. Łamie tym samym polskie prawo o dostępie do informacji publicznej.
Ośmiorniczki narodowo-katolickie
Dziennikarze polscy poznali te warunki dzięki zasadom prawa amerykańskiego, które wymaga od firm publikacji szczegółowych rozliczeń z kontraktów zagranicznych. Wynika z nich także, że amerykańscy współpracownicy wystawili Polskiej Fundacji Narodowej rachunek za organizowanie spotkań z VIP-ami, które w ogóle się nie odbyły. Amerykanie wycenili też wysyłanie maili czy jedzenie dla pracowników swej firmy. W sumie wszystkie obiady, te „ośmiorniczki” kosztowały więcej niż np. wykupienie reklam dla polskich profili na Twitterze. W Polsce prezesa Kaczyńskiego powstał nowy zawód. „Płatny obrońca Dobrego Imienia Narodu Polskiego i Kościoła Katolickiego”.
Aby nim zostać nie trzeba skończyć specjalnych szkół. Trzeba mieć bezczelność, smykałkę do przekrętów, a czasem i złodziejstwa, i przede wszystkim zakłamaną gębę pełną narodowo – katolickich, patriotycznie brzmiących frazesów.
Następnie trzeba zarejestrować stowarzyszenie lub fundację pod nazwą wielce patriotycznie brzmiącą. Najlepiej jakaś „Reduta”, „Szaniec” lub inny okop broniący narodowo-katolickiej polskości przed jakąś kolejną „antypolską zarazą”.
Jeśli takiej „zarazy” aktualnie nie widać, to trzeba ją wymyślić. Uruchomić narodowo-katolickie Hejter Jugend. Kolejne „małe Emilki” przebierające się za „bohaterskie Inki”, kolejne eszelony dużych narodowych faszystów przebierających się za „żołnierzy wyklętych”.
Ponieważ władza PiS buduje wspólnotę swych wyborców na nienawiści do „wrogów Polski”, to bez zmrużenia oka kupuje każdą informację o kolejnych „wrogach Polski”.
I sowicie finansuje każdą akcję w „obronie godności Narodu Polskiego”.
Nawet te najgłupsze akcje. Jak poprzednie akcje Polskiej Fundacji Narodowej polegające na zakupie patriotycznego jachtu, pomalowanego rzecz jasna na biało-czerwono, który teraz gdzieś tam rdzewieje.
Nawet akcje, które pachną zwyczajnymi przekrętami finansowymi, złodziejstwem publicznych pieniędzy, jak ta ujawniona przez Onet.pl
Popularna na polskich bazarkach opinia głosi, że „Władza PiS kradnie, ale przynajmniej dzieli ukradzionym z ludem”. Bo wypłaca nam nasze podatki w postaci programów 500+.
Ale, jak widać, choćby po działalności Polskiej Fundacji Narodowej i podobnych jej opanowanych przez „Dojną Zmianę”, preferujących programy 40 000+, ten podział nie jest sprawiedliwy.
Znów „ciemny lud” jest przewalany przez „zawodowych patriotów”.