Księga Wyjścia (15)

Ballada o wojskowym namiocie, burmistrzu, który stał się prezydentem i poznańskiej uczciwości.

Udało mi się poznać dziewczynę, która zna się na tym i już nawet zamieściła pierwsze wydanie na portalu „Lubimyczytac.pl”. Zaapelowałem do znajomych, by powstawiali swoje oceny, ale chyba wiadomość ta do wszystkich jeszcze nie dotarła, bo jak dotychczas ocen jest niewiele. Alternatywnym wytłumaczeniem jest to, że książka im się zwyczajnie nie podobała i nie chcą robić mi przykrości oceniając nisko. Tak czy inaczej jest plan, jest agentka i będzie dobrze, bo mam kolejny cel. I nieprawdopodobnie sprawczą organizatorkę, której zawierzyłem los całej mojej pisaniny.
Zamierzałem w tym odcinku opisać struktury Urzędu Miasta i Starostwa Powiatowego (starostwo powiatowe to masło maślane, jeszcze nie słyszałem o starostwie gminnym), obnażyć iluzoryczne i fikcyjne stanowiska, tworzone tylko po to, by zagospodarować człowieka, który od zawsze się kręci, bywa radnym, a jeśli nie, to dostaje stanowisko. Inspiracją były pewne kurioza, które zauważyłem, są urzędy podległe miastu, lub starostwu, którymi rządzi kierownik. W Puławach zawsze jest dyrektor, a w urzędzie pracy nawet dwóch. Jest człowiek odpowiedzialny z ramienia powiatu za pomoc społeczną, który nie wiem czym się zajmuje, ale podczas oficjalnych wystąpień mówi o „opiece społecznej”, opieki nie ma już od trzydziestu lat, w jej miejsce powstały Ośrodki POMOCY Społecznej, no i najbardziej intrygująca funkcja zastępcy dyrektora Powiatowego Urzędu Pracy. Nikt nie zna jego kompetencji, jest dyrektor, który firmuje całość i kierownicy poszczególnych działów, a trzymanie etatu zastępcy dyrektora tylko po to, by go zastąpił podczas urlopu jest i straszne i śmieszne, bo oznacza to, że facet ten pracuje 21 dni w roku, plus ewentualne zwolnienia lekarskie, to kolejnych kilkanaście dni.
Puławy zawsze miały jakąś manię wielkości. Od czasów gdy osiedlili się tu Czartoryscy i księżna Izabella otworzyła swoje pierwsze muzeum. Być może to tutaj Mikołaj Repnin – carski namiestnik i kochanek Izabelli zapłodnił ją, czego efektem był książę Adam Jerzy, przodek tej linii Czartoryskich, która opchnęła Glińskiemu obraz baby ze szczurem za kolosalne pieniądze. Obraz, który i tak był w państwowych zbiorach i jedynym kupcem mógł być polski rząd. Zakup ten nie wzbogacił kulturowo państwa, bo nic się nie zmieniło, poza tym, że Czartoryscy dostali całą masę hajsu, a że pochodzili z rodu o korzeniach polsko-rosyjskich – nieformalnie oczywiście, ale podobieństwo Repnina i Adama Jerzego nie pozostawiało wątpliwości. Zresztą naukowcy mają to udokumentowane. Zwolennikom spiskowych teorii podrzucę pomysł, że kasę dostali Rosjanie.
Wracając jednak do współczesności, za czasów poprzedniego prezydenta, który był chyba najdłużej sprawującym włodarzem miasta w kraju. Zaczął chyba gdzieś w połowie, czy pod koniec lat osiemdziesiątych, był wtedy naczelnikiem miasta. Potem przyszła zmiana i ponieważ burmistrz to za mało, pokombinowali coś z liczbą mieszkańców, by na chwilę przekroczyła pięćdziesiąt tysięcy i wówczas zgodnie z ustawą z burmistrza zrobił się prezydent. Gdy już zmienił sobie tytuł to liczba mieszkańców wróciła do prawdziwej wielkości i obecnie wynosi 48 tysięcy z niewielkim haczykiem.
Wynikało to oczywiście z jego megalomanii, i gdyby Rudy Giuliani wcześniej rozsławił stanowisko i rangę burmistrza, pewnie tej zmiany by nie było – ale to tylko moje dywagacje. O tym fałszerstwie doskonale wiedzą wszyscy zainteresowani, ale nawet już i ja się z tego śmieję i zamiast dochodzić prawdy i degradować z powrotem do stanowiska burmistrza, pisząc o tym gdzie się da, machnąłem ręką i pomyślałem niech się biskupem ogłosi. Tak więc prezydentopochodny Janusz Grobel rządził sobie miastem, a wielu ludzi sądziło, że od samego początku, wraz z powstaniem Zakładów Azotowych, powstał prezydent Grobel, tak się na tej funkcji zasiedział. To nie do końca prawda, bo Azoty wybudowano w 1962 roku, ale kto pamięta, czy był przed nim jakiś naczelnik, burmistrz, prezydent czy wódz. Grobel był zawsze. Miał wprawdzie jedną czy dwie przerwy, wówczas prezes jednej ze spółdzielni mieszkaniowych zatrudniał go jako swego zastępcę – na przeczekanie, a gdy przychodziły nowe wybory, to już lokalny biznes zebrał odpowiednie pieniądze, by ponownie wrócił na swój urząd. Jak bumerang, raz z list SLD, raz AWS, potem PiS, czy satelickich, by w końcu kandydować z listy KWW Samorządowcy Janusza Grobla. Wszystko zależało od koniunktury.
Niespecjalnie za nim przepadałem i pracując w „Dzienniku Wschodnim” nie raz napsułem mu krwi. A to afera z puławską żelatyną, a to kościół, który dostawał co chciał. Najbardziej atrakcyjną w mieście działkę, w zasadzie spory kawałek pola w samym centrum, dostała jedna z parafii za symboliczną złotówkę. Zniszczony dworzec PKS, który mógłby służyć ludziom. Autobusy mogłyby spokojnie stamtąd zabierać pasażerów, którzy by nie musieli ich szukać pod marketami. Bardziej niż on chyba nikt nie potrafiłby popsuć infrastruktury drogowej. Gdzie tyko się da poustawiali światła, które często działają także w nocy i pieszy musi czekać na zielone nawet gdy ulice puste, zielone zaczyna mrugać w połowie jezdni, więc drugą już trzeba przejść na czerwonym. Ja sobie jeszcze z tym radzę, ale ktoś o lasce czy na wózku – niekoniecznie. Drogę wylotową na Kazimierz Dolny zrobił tak, że zawsze będzie tam korek podczas weekendu. Rozwiązanie to nazywa się miasteczkiem holenderskim i jest fajne jako uliczka osiedlowa, ale nie jako jedyna droga do Kazimierza odwiedzanego przez setki tysięcy turystów, a bywają lata, że przewinie się ich rocznie ze trzy miliony. I choć ta wielkość jest wyjątkiem, to kilkaset tysięcy od pół do miliona to normalny przerób turystyczny. Fajnie byłoby, gdyby samochody mogły płynnie przejechać tę wylotówkę, ale miasteczko holenderskie nie pozwala wyprzedzić nawet traktora.
„Dziennik Wschodni” podaje, że rządził nieprzerwanie 24 lata. Myślę, że znacznie dłużej i jednak z przerwami. Ktoś ze „Wschodniego” się nie przygotował.
Teraz jego miejsce zajął mój kolega z młodości. Od najmłodszych lat mieszkaliśmy w tej samej klatce, w której wciąż mieszka mój ojciec i jego rodzice. Widujemy się więc czasami. Wszedł do rady miasta na fali nienawiści do społeczności romskiej, którą będąc wcześniej radnym podsycał. Podsycał ją pytaniami o skuteczność programów aktywizacji zawodowej, wyliczał ile to kosztowało i nie przyniosło efektu. Oczywiście że nie przyniesie efektu, bo kto kiedykolwiek zatrudnił Cygana? Prędzej pracę znajdą Ukraińcy niż Romowie – chociaż ci z Puław wolą by mówić na nich Cyganie. Pieniądze natomiast pochodziły z programów unijnych, więc miasto nie dokładało do tego złotówki. Teraz wydano uchwałę, że Puławy są wolne od LGBT. Dziwna ta uchwała, jak zamierzają ją egzekwować i co oznacza? Ale moja przekorna, choć spokojna natura się trochę zbuntowała i zaapelowałem do działaczy by mi dostarczyli taka flagę, którą zawieszę za oknem. Mieszkam na czwartym piętrze, więc nikt nie zerwie. Jedynie kamienie mogą dolecieć, ale i tak miałem założyć moskitiery, zawsze trochę ochronią szybę. Uchwała zdziwiła mnie tym bardziej, że znam też najbliższą rodzinę obecnego prezydenta. Ale ich spraw osobistych wyciągał publicznie nie będę.
O stanowiskach tworzonych specjalnie dla działaczy napiszę jeszcze nie raz, a w teraz opowiem co udało się zrobić w sprawie J., ponieważ w poniedziałek minął termin ultimatum i miał się wyprowadzić ze swojego mieszkania, które znajduje się rzut beretem od szpitala, do getta umiejscowionego już poza miastem. Oczywiście w jego granicach administracyjnych, ale od zawsze Wólka Profecka była traktowana jako osobna wieś, a wyprawa tam, dla kogoś kto nie ma samochodu była lekkim wyzwaniem. Jeździłem niegdyś często w tamte okolice, ponieważ jest tam fajny basen. Być może dlatego radni w swej szczodrobliwości postanowili wybudować osiedle socjalne w jego okolicy, by mieszkańcom było przyjemnie. Ale nie jest, bo nie stać ich na bilet wstępu, a poza tym jak już pisałem osiedle to rządzi się własnymi prawami.
Przypomniała mi się sytuacja sprzed lat, gdy odkryłem, że w puławskim lesie mieszka grupa bezdomnych. Pracowałem wtedy w „NIE”, zrobiłem reportaż, nagłośniłem i rada miasta postanowiła się tym zająć. Sprowadziłem więc mieszkańców na sesję, a jeden z radnych, nieżyjący już Tadeusz Lis – mój serdeczny przyjaciel – zgłosił formalny wniosek, by oddać głos jednemu z „leśnych ludzi”. Mieszkali w szałasach, na okolicznych drzewach powiesili jakieś obrazki, lusterko do golenia, tak żeby było trochę domowo. Mieszkali wcześniej w pustostanie, zrujnowanym budynku, ale wesoła młodzież wiele razy próbowała ich stamtąd wykurzyć. W końcu podpalili im ten skłot i tak przenieśli się do lasu. Tu też wesoła młodzież, co nie lubi „meneli” usiłowała uprzykrzyć im życie, ale trochę się przeliczyli. Jeden z nich – Janek – był świetnym bokserem, trenował w świdnickiej Avii i miał spore sukcesy. Tak więc dostali kilka razy po nosie i zapłakani wrócili do domów szlochając w drodze. Leśni ludzie mieli już spokój. Mieszkali tak pięć lat, pięć zim, wiosen, lat i jesieni. Niezależnie od pory roku…
Rada Miasta wyraziła w końcu zgodę i mikrofon dostał Janek, do tej pory pamiętam jego pierwsze słowa: „wybaczcie państwo, ale od lat mieszkam między sarnami i dzikami, mogę więc mieć kłopoty z jasnym wyrażeniem swoich myśli”. Poprosili radnych o jakiś kawałek przestrzeni, nawet niewielki, zobowiązali się samodzielnie zbudować domek. Znali się na tym, bo często dorabiali właśnie w budowlance. Wśród radnych rozpoczął się gwar, każdy szukał pomysłu, a co który wymyślił to było głupsze. W końcu jeden z przedstawicieli zarządu zapytał Janka, (pytanie to miało go zdeprecjonować, odczłowieczyć i zrobić zwykłego żula) doskonale pamiętam to pytanie i użyte słowa. Brzmiało to tak: „Proszę nam powiedzieć, w jaki sposób nabył pan bezdomność?”. Część parsknęła śmiechem, ale Janek odpowiedział, pił, żona znalazła sobie innego faceta, a on nie wdając się w awantury i podziały majątku trzasnął drzwiami i wyszedł. Jedyny adres, który mu został to ławka, dopiero później „Baza” lub „Leśna 13”, tak nazwali tę polanę na której się osiedlili. Radni znowu radzili, znowu zrobiło się gwarno, w pomieszczeniu duszno od napięcia, bo nie mieli pojęcia co zrobić z tym pasztetem. W końcu ktoś wpadł na pomysł, zdaje się, mogę się mylić, ale chyba był to obecny szef MOSiRu – jeśli nie, to przepraszam Cię Tosiek. Zresztą nieważne, ale znalazło się rozwiązanie, które wszystkich radnych zachwyciło. Poza Tadkiem Lisem, który dłońmi skrył twarz. „Namiot wojskowy” – powiedział pomysłodawca „damy im wojskowy namiot”. Przegłosowali tę uchwałę, a my opuściliśmy sesję w milczeniu. Nie wiedziałem co im powiedzieć, sam to rozkręciłem, sam nagłośniłem i spowodowałem że znalazło się w porządku dziennym obrad. Więc, jak widzicie drodzy czytelnicy, takie pomysły miewają puławscy rajcy, dlatego mimo złożonego przez J. pisma wciąż czekamy niecierpliwie na jakąś decyzję, ewentualnie komornika.
Kilka odcinków temu pisałem o pewnej kobiecie, która napisała do mnie Messengerem i chodziło jej, bym pomógł jej synowi. Chłopak uzależniony od heroiny, na własną rękę kupował – przynajmniej tak twierdził – Suboxon, by jakoś wyjść z tego bagna. Byłem przekonany, że zwyczajnie ją nabiera i zamiast Suboxonu kupuje helupę (heroina). Poza tym jest to lek, którego nie wolno brać bez kontroli lekarza. Zaproponowałem, że zadzwonię do ordynatora detoxu w Lublinie i spróbuję zaklepać mu miejsce. Wielokrotnie opisywany tutaj przeze mnie doktor Andrzej Kaciuba jest najlepszym w Polsce specjalistą terapii uzależnień, do tego najbardziej skromnym lekarzem jakiego znam, czasami już waham się czy dzwonić i kolejny raz zawracać mu głowę, by kogoś przyjął. Ale determinacja kobiety była ogromna, więc nie mogłem jej odmówić. To byłoby nieludzkie. Zadzwoniłem więc i jak zawsze gdy zreferowałem problem kazał przyjechać w poniedziałek. Chłopak jechał samochodem z drugiego końca Polski, zajechał więc po mnie i mimo, że wcześniej się w ogóle nie znaliśmy, to po wypiciu kawy byliśmy już kumplami. Bardzo fajny chłopak. Pojechałem z nim do Lublina i doprowadziłem do momentu, gdy wywołali go na izbę przyjęć. Wtedy zawróciłem i pędem do Puław, bo o 12,30 miałem umówioną wizytę u dentysty. Zdążyłem załatwić jedno i drugie. Tylko flagi wciąż nie mam więc pozostaje jedna niezałatwiona sprawa z tygodniowego planu.
Wrócę jeszcze do sprawy Amiki Wronki i samobójstwa Ilony Pujanek, w poniedziałek obszerny reportaż zamieściła „Wyborcza” w „Wysokich Obcasach”. W pierwszej chwili wkurzyłem się, że tak późno, dwa i pół roku po tym zdarzeniu. Potem jednak doszedłem do wniosku, że jednak to dobry pomysł. Dzięki temu sprawa nie zniknie z przestrzeni publicznej. Zapadł już pierwszy wyrok, w którym skazano lokalną dziennikarkę Ankę Wilk-Baran, na trzy letni zakaz wykonywania zawodu i pracy w mediach. 28 maja również byłem przesłuchiwany przez ten sąd w innej sprawie, ale też dotyczącej lobbingu w zakładzie. Felieton piszę dwunastego czerwca i do tej pory poznański sąd nie zwrócił mi kosztów podróży. Gdy zadzwoniłem, to niezbyt przyjemnym głosem jakaś pani poinformowała mnie, że najpierw sędzia musi podpisać, potem dział finansowy zaakceptować i wtedy dostanę lub nie przelew. Okazuje się, że mogę nie dostać zwrotu kosztów podróży. A to naprawdę kawał drogi. Przy dobrym połączeniu, czyli nie czekając zbyt długo na pociąg w Warszawie, to podróż trwa 10-12 godzin. Z Puław do Warszawy jeżdżą teraz tylko busy, a droga na całym odcinku jest w przebudowie, więc jazda trwa czasami trzy i pół, cztery godziny, plus cztery godziny pociąg z Warszawy do Poznania. Gdyby udało się na styk, to teoretycznie można się tam dostać w osiem godzin. W praktyce jest to niemożliwe. Ponieważ adnotacja była „stawiennictwo obowiązkowe” to dla kogoś takiego jak ja żyjącego z dnia na dzień wiąże się z zadłużeniem. Sąd ma to jednak w dupie i pieniądze zwróci lub nie. Chociaż kolejna adnotacja mówi o tym, że zwrot kosztów się należy. Upłynęły jednak dwa tygodnie i nic, więc już nie wiem czego się spodziewać, a dzwonić tam raz jeszcze, by wysłuchać nieprzyjemnego głosu jakiejś pani (ocena subiektywna) chyba jest bezcelowe.
Piszę to nie po to by się żalić, tylko by uczulić tych, którzy dostają takie wezwania. Gdybym wiedział, że tak będzie, zwyczajnie poszedłbym na zwolnienie lekarskie, taka sugestia dla tych, których na podróż nie stać. Pierwotnie bowiem zakładałem, że pożyczę pieniądze na podróż w jedną stronę i hostel, bo przecież kasa zwróci od ręki, więc będę miał na powrót. Nic z tego.
Na dzisiaj wystarczy. I tak poruszyłem zbyt wiele wątków zamiast skupić się na jednym. Pominąłem zupełnie kłamstwo wyborcze Biedronia który kandydując do PE obiecał ludziom, że zrzeknie się mandatu by kandydować jesienią do Sejmu. Ludzie mu uwierzyli i oddawali więc głosy traktując to jak manifestację poparcia. A Robert Biedroń okazał się zwykłym małym oszustem. Bo jeśli jego Wiosna, jesienią nie przekroczy pięciu procent, to będzie tylko jego wina i rządy dalej będzie sprawował Kaczyński. Chciałoby się napisać „Biedroń, ty ch…”, ale ktoś może mnie wziąć za homofoba.. cdn

Pojawił się pomysł, by ponownie wydać książkę „Z dna”, znaleźć dobre wydawnictwo, wydrukować kolejny nakład i pójść za ciosem wydając dwie, następne jej części. Jedna będzie dalszym ciągiem losów bohatera, a druga składałaby się z felietonów o tym samym tytule.

Księga Wyjścia (5)

Ballada bez pomysłu.

Zgodnie z wyznaczonym rytmem, jak w każdą środę, siadłem do pisania tekstu. Oczywiście bez adrenaliny i paniki się nie obeszło, bo jeszcze wczoraj, mając głowę nabitą tysiącem pomysłów, położyłem się spać spokojny i pewien, że tekst napiszę bez najmniejszego problemu.
Zweryfikowałem to jednak rano, gdy przyszło co do czego i siadłem do pisania. Po głębszej analizie wszystkie pomysły dnia poprzedniego poodrzucałem. A to głupi, a to zbyt podobny do któregoś z poprzednich, a to nudny – i tak drogą eliminacji zostało mi tylko jedno – coś co obiecałem w ubiegłym tygodniu: retrospekcja. Czyli trochę wspomnień i przypomnień. Tym razem spokojnie i bez fajerwerków, trochę z braku pomysłu, a trochę dla odpoczynku. Nie napiszę, że to brak weny, bo nie znoszę tego typu egzaltacji.
Kilka dni temu minął rok od kiedy zacząłem pracę w Wielkiej Brytanii i napisałem pierwszy felieton z facebookowej serii „List z bezludnych Wysp”, która po kilku tygodniach zmieniła się w cykle felietonów „Angielski Sen” i „Świat od Spodu” publikowanych na łamach „Dziennika Trybuna”.
„Los cię w drogę pchnął” – mam nadzieję, że nie śmieje się ze mnie ukradkiem” – tak zaczynał się pierwszy tekst napisany z Anglii. Ci, którzy śledzili je od początku, wiedzą że nie tylko ukradkiem, ale czasami głośno rżał ze śmiechu. Trzeba jednak przyznać, że i nas niejednokrotnie ubawił. Ale bywało też, że zasmucił. Los oczywiście, bo to przewrotne bydle.
Na początku czułem się tam faktycznie jak na bezludnej wyspie – stąd pierwotny tytuł „List z bezludnych Wysp”. Wszystko było inne i wszystkiego musiałem uczyć się od nowa, nawet chodzenia po ulicy. Wskoczyłem w zupełnie nieznany mi świat. Chodzenie po ulicy, zakupy czy jazda autobusem albo pociągiem, to wszystko było obce, nieznane i czasami nieprzewidywalne. Bywało, że kierowca autobusu zatrzymywał się na rondzie i ogłaszał, że wszyscy mają wysiąść bo on dalej nie jedzie.
Takich niespodzianek przeżyłem wiele i początkowo wprawiały mnie w osłupienie. Potem jednak przywykłem i nawet przestałem to zauważać, traktowałem jak coś normalnego. Nie będę streszczał tego co już zostało napisane, po pierwsze – jest tego zbyt dużo, a po drugie zawsze można wrócić i przeczytać. Trudno mi teraz, na chłodno i z perspektywy czasu, przekonująco i emocjonalnie opisać coś, co sprawiało mi kłopot, a później okazało się oczywiste lub banalnie łatwe.
Zanim nauczyłem się poruszać i co nieco poznałem lokalne obyczaje, przynajmniej kilka razy w tygodniu miałem ochotę wrócić do Polski. Ratowało mnie jednak pisanie, gdy już było naprawdę źle, siadałem do komputera i przerzucałem na wirtualny papier swoje emocje. Wbrew pozorom, gdy naprawdę było ciężko, powstawały najzabawniejsze teksty. Opisując jakieś zdarzenie, nawet bardzo przykre, dużo łatwiej złapać dystans i spojrzeć z boku. I wtedy robi się to śmieszne. Poza tym, jestem uparty i bardzo rzadko zstępuję z raz obranej drogi.
Przetrwałem tam ponad pół roku. W dużej mierze pomogło mi w tym pisanie i upór. Przetrwałbym dłużej, ale do dyrekcji firmy oraz agencji, która mnie zatrudniała dotarło, że w swoich felietonach opisuję swoją pracę. Że piszę o wyśrubowanych normach, nieludzkich warunkach i aroganckim podejściu do pracowników. Ktoś z moich polskich „przyjaciół” zrobił tłumaczenie i zaniósł gdzie trzeba. Wprawdzie nigdzie nie wymieniłem nazwy zakładu, ale kierownictwo uznało, że działam na szkodę firmy i wyleciałem. Tułałem się jeszcze jakiś czas szukając pracy, ale popadałem jedynie w długi. Wiem już kto na mnie doniósł i z jakich pobudek, ale nie będę świnią i nie wymienię nazwiska.
Złaziłem buty w poszukiwaniu jakiejś pracy. Łaziłem od knajpy do baru, od baru do sklepu, gdy widziałem jakąś budowę, pytałem managera. I nic, pracy nie znalazłem. Jedzenie dostawałem z foodbanku, więc głodem nie przymierałem, ale zadłużenie za mieszkanie rosło. W końcu na zaproszenie znajomego wylądowałem we Francji.
Kupił mi bilet i zapewnił pełne utrzymanie. Gdy zaoferował mi pracę, byłem naprawdę szczęśliwy, aż trudno było uwierzyć, że skończyło się pasmo porażek. Miałem zająć się drobnymi pracami domowymi w jego letniskowym domku w górach.
Tym razem ja zawaliłem wszystko. Gdy tylko zostałem sam w tych górach natychmiast się upiłem, schlałem jak świnia i wpadłem w kilkudniowy ciąg. Po kilku latach niepicia zalałem się w trupa. Wiedziałem, że zrobiłem mu świństwo i najlepiej będzie jeśli wrócę do Polski. Pisanie było odskocznią, skuteczną ucieczką od trudów życia na obczyźnie. Kilka miesięcy temu wróciłem do kraju, felietony wróciły wraz ze mną.
Byliśmy razem w Wielkiej Brytanii, towarzyszyliście mi podczas sprzątania magazynów, dopingowaliście, gdy szukałem nowej pracy, wspieraliście, kiedy zapiłem we Francji i podczas pobytu w szpitalu. O Żabce już nie wspomnę. Przeszliśmy wspólnie kawał świata, ale jeszcze szmat drogi przed nami. Drogi której końca nie widać, chociaż w pewnym momencie niewiele do tej mety brakowało.
Pomimo tego, że wróciłem do domu – fizycznie – to nie udało mi się wrócić tam, skąd wyjechałem – metaforycznie. To legło w gruzach i boli najbardziej. Metaforycznie jestem więc ciągle na banicji.
Wystarczy tych wspomnień, bo rzewnie się zrobiło i zaraz się rozkleję. Zresztą, dalszą część już znacie i pamiętacie – desperacka próba samobójcza, detoks i teraz program, który ma mnie wyleczyć z nałogów.
Każdego ranka biorę 12 mg Suboxonu. Co dwa tygodnie jeżdżę do Lublina, gdzie w specjalnym punkcie odbieram swoją czternastodniową rację leku. Raz w tygodniu wizyta u dentysty, a resztę czasu spędzam w Kazimierzu. Tak teraz wygląda mój tydzień. Przewidywalna kalka, która zaczęła mi się podobać.
W poprzednim odcinku wspomniałem o kurnej chatce w centrum miasta i wyjątkowym człowieku i wspaniałym artyście – Ludwiku Sandeckim, który wszczepił mi zamiłowanie do drewna i uczył trudnej sztuki posługiwania dłutem i młotkiem. To u niego trenowałem wyobraźnię, by wiedzieć, co odrzucić z kawałka klocka, by wydobyć z niego rzeźbę. I on nauczył mnie jak to zrobić, by dłuto posłusznie wykonywało polecenie wyobraźni. Chociaż pracownia jego zawalona była prawdziwymi dziełami wypracowanymi w drewnie, to nie miał oporów, by w kilkadziesiąt minut wyrzeźbić ludowego świątka, na którego akurat miał kupca. Ale o tym napiszę już innym razem, gdy znowu nie będę miał pomysłu.

Korespondencja z Piekła (3)

Poemat o dzieciaku

 

Życie na detoksie wróciło do normy. Znowu zaczął się czas awantur o wszystko, ale głównie o wyimaginowane kradzieże, każdy podejrzewa każdego o kradzież wszystkiego, nawet tego czego nie ma i nigdy nie było. Eskalacja nieporozumień sięgnęła zenitu, doszło nawet do poważnego pobicia, agresor oczywiście od razu wyleciał, ofiara prawdopodobnie ocaliła zęby. Choć nie wiem, czy wszystkie. Podzieliło to również pensjonariuszy. Jedni stanęli w obronie bijącego, inni bitego. Nie szukam jednak sensacji, więc nie będę plotkował o tym wydarzeniu, ale do tematu jeszcze wrócę, ponieważ ściśle dotyczy on tego tekstu.
Kolejnym bardzo ważnym elementem oddziałowego życia, są różnego rodzaju dile, te osadzone w miejscowych realiach, jak i olbrzymie biznesy zaplanowane zaraz po wyjściu z oddziału. Lokalne – oddziałowe interesy są zwykle niewielkie, ale bywają dochodowe. Polegają głównie na wymianie papierosów za wartościowe przedmioty od pacjentów, którym akurat szlugi się skończyły, lub dopiero przyjechali na oddział i w roztargnieniu lub z braku pieniędzy nie mogli ich kupić.
Mając papierosy i clonazepam, który jest jeszcze cenniejszy, można zrobić tutaj majątek. Majątek na miarę krezusa detoksu. Dzieje się tak na każdym detoksie w Polsce. Większość pacjentów wcale nie przychodzi tutaj, by przestać ćpać, chodzi im głównie o wejście na program metadonowy, lub trochę odpocząć i się odwirować przed kolejnym ciągiem. W tej grupie jest jednak jakiś procent, który autentycznie chce się wyleczyć. I właśnie dla tych kilku procent warto prowadzić takie oddziały. Personel robi wszystko, by udaremnić handel pozornym pacjentom (pozorny pacjent to taki który przyszedł tu, by wejść na program i generalnie ma w dupie leczenie), których celem jest nie dać się złapać. Te zawody zawsze kończą się remisem, a przyłapany pacjent od razu zostaje wyrzucony z oddziału.
Clonazepam to lek stosunkowo tani. W w aptece opakowanie kosztuje jakieś dziesięć złotych, a jeśli kupowany jest z ryczałtową zniżką, wtedy cena wynosi jakieś 4 złote. Na oddziale przebitka może wynieść nawet tysiąc procent. Bywa że na detoksie sprzedają po 25 złotych za tabletkę, czyli 750 złotych za opakowanie. Gdy cena jest tak wysoka oznacza, że jest mało towaru. Normalnie sprzedają jednego klona, za paczkę papierosów. To też świetny interes.
O ile te małe detoksowe interesy zwykle się udają , o ile nie dojdzie do wpadki, to te wielkie interesy planowane po wyjściu ze szpitala kończą się co najwyżej kilkudniowym wspólnym ćpaniem. I ewentualnie wyrwaniem kartki z zeszytu w celu zrobienia biznesplanu. Po kilku dniach narkotykowego ciągu na kartce która miała posłużyć rozpoczęciu „pewnego” biznesu, drżące ręce rysują plan trasy do najbliższego aśramu. Każdy narkoman przynajmniej raz w życiu musi „poważnie” zaplanować życie w aśramie, podobnie jak muzułmanin musi odwiedzić Mekkę.
Ale – jak w każdej minispołeczności – niepodzielną królową wszystkiego jest plotka. Przy wyobraźni i fantazji narkomanów, najdrobniejsza nawet pierdoła rośnie do gigantycznych rozmiarów. Mija więc czas na oskarżeniach o kradzieże, dochodzeniach i obgadywaniu każdego, kogo akurat nie ma w pobliżu. Czasami pojawiają się nowi pacjenci, czasami odchodzą. Jedni planowo, inni na własne żądanie. Nie wytrzymują bez ćpania i zwykle ten właśnie argument podają. Jeszcze inni wylatują.
Zdeklarowany narkoman ma ten komfort, że nie zawsze musi udawać czy oszukiwać. Bo, że z oddziału wyciąga ich narkotykowy głód, jest dla wszystkich oczywiste.
Rozmawiałem z wieloma pacjentami, zgodzili się na opublikowanie ich historii, pod własnym imieniem i bez zmian uniemożliwiających identyfikację. Rozumiem starych ćpunów jak Gacek, który jest pokoleniem punkrocka, mniej więcej w moim wieku, serdeczny i koleżeński. Poznalem go wiele lat temu, podczas pierwszego mojego pobytu tutaj. Ale zdziwiło mnie że zgodę wyraził również dziewiętnastoletni Arek – chłopak z dobrego domu, mówiący biegle w trzech językach, który maturę zdawał po hiszpańsku.
Każda historia jest inna, ale każda fascynuje. Na oddziale leży dziewiętnaścioro pacjentów, wciaż dochodzą nowi Nieważne więc jak długo zostanę na oddziale, pewne jest to, że tematów nie zabraknie.
Dziewiętnastolatkowie na wózkach inwalidzkich! Siedemnastoletnie dzieciaki z parkinsonizmem – choroba o tyle gorsza od Parkinsona, że kompletnie nieuleczalna. Albo wcale nie mówią, albo usiłują coś wybełkotać, mają nieskoordynowane ruchy, zachowują się jak sparaliżowani. Ci którzy próbują poruszać się o własnych siłach, łapią się ścian by pokonać kilka kroków. To wcale nie efekt zażywania dopalaczy, ale jednego z najłatwiej dostępnych narkotyków, popularnego leku na katar, który można kupić w każdej aptece bez recepty. Przy dodaniu odrobiny octu i nadmanganianu potasu, wyjdzie narkotyk, który swym działaniem przypomina kokainę połączoną z amfetaminą. Jego zażycie daje wrażenie sprawczości, czujemy że złapaliśmy boga za nogi, a świat leży u naszych stóp. Tych samych stóp, które po kilkunastu miesiącach nie są w stanie pokonać kilku kroków i muszą wspomagać się wózkiem inwalidzkim. Zrobienie tego narkotyku wymaga jednak pewnej wiedzy. Wiem – w dobie internetu to żaden problem. Są też jednak bezreceptowe leki narkotyczne, które nie wymagają żadnych chemicznych przeróbek. Gotowe do spożycia od razu po kupieniu, nawet pod apteką.
Czasy szkolnych dilerów już dawno przeszły do lamusa, a najlepszym dostawcą narkotyków jest sympatyczna pani magister z pobliskiej apteki. Jeśli już zna klienta, sprzeda mu dowolną liczbę opakowań. Nie muszę wspierać się tu żadnymi relacjami narkomanów, ponieważ sam tak kupowałem.
Ludzie podniecają się, gdy w transporcie bananów policja czy celnicy znajdą kilkadziesiąt kilogramów kokainy. Każdy udaremniony przemyt jest szeroko głoszonym sukcesem, każdy rozbity gang zajmuje czołówki stacji telewizyjnych i prasowych jedynek. Waga i ilość wszystkich nielegalnie sprzedawanych narkotyków, to niewielka część twardych, a nawet najtwardszych narkotyków sprzedawanych legalnie w polskich aptekach. Bez recepty oczywiście. Jestem pewien, że „legalna” sprzedaż lekarstw, które pozornie mają leczyć kaszel czy katar jest wielokrotnie wyższa niż cały czarny rynek narkotyków. Bez problemu można kupić morfinę czy speeda, którego działanie jest równie wystrzałowe? Pozwala to sądzić, że właściwości lecznicze są najmniej istotnym punktem produkcji.
Po co więc zwalczać tzw. bossów narkotycznego podziemia, skoro prawdziwy problem leży zupełnie gdzie indziej. To nie dilerzy narkotykowi sa źródłem największego zagrożenia narkomanią wśród młodzieży, ale koncerny farmaceutyczne i apteki. Dlaczego więc państwo chroni koncerny farmaceutyczne, wybijając im konkurencję? Jestem pewien, że firma Unia, produkująca Thiocodin zbankrutowałaby, gdyby lek ten był na receptę. Oczywiście, kodeina, która w organizmie metabolizuje się w morfinę, nie ma wpływu na to, że młodzież – i nie tylko – żre to garściami’. Z róbcie drodzy czytelnicy pewien eksperyment, w słoneczny , letni dzień, postójcie chwilę pod apteką i zwróćcie uwagę jak wielu ludzi kupuje te tabletki na kaszel, mimo, że będzie to środek upalnego lata. Bez trudu znajdziecie blistry i opakowania po tym leku poniewierają się w okołolicealnych koszach. Ale nie tylko tzw. gimbaza go kupuje. Gdy jeszcze sam jadłem Thiocodin i łaziłem po niego od apteki do apteki, regularne spotykałem staruszkę, która kupowała dokładnie to samo co ja, czyli bardzo silny narkotyk dostępny bez recepty.
Ministerstwo Zdrowia pozoruje jakieś działania, ograniczając możliwość zakupu do jednego opakowania. Producent Thiocodinu wyszedł jednak temu naprzeciw i produkował opakowania zawierające nie dziesięć – jak poprzednio – tabletek, a po dwadzieścia.
Po jakimś czasie ktoś z resortu zdrowia zorientował się jednak, że firma bez problemu ominęła zakaz sprzedaży więcej niż jednego opakowania, zwiększając pudełka i pakując w nich dwa razy więcej tabletek niż poprzednio. Znowu pomajstrowali coś w przepisach i teraz koncern farmaceutyczny Unia pakuje nie dziesięć, ale i nie dwadzieścia tabletek. Znaleziono kompromis – pakować można 16 sztuk, zmniejszając jednocześnie drugi składnik leku – sulfogwajakol – który narkomanowi nie jest do niczego potrzebny. Specjalnej szkody też nie wyrządza, ale po cholerę inwestować w środek na kaszel w leku, którego na kaszel prawie nikt nie używa. Zatem, w jednej tabletce Thiocodinu jest 15 mg kodeiny. Opakowanie zawierające 16 sztuk zawiera 180 mg. Trzy takie opakowania dają ponad pół grama bardzo silnego narkotyku, który organizm, przerabia na czyściutką morfinę.
Wprawdzie kolejny przepis nakłada na apteki zakaz sprzedaży więcej niż jednej paczki, ale ponieważ żyjemy w kraju lombardów i aptek, to wystarczy przejść kilkadziesiąt metrów, by kupić nie trzy, a pięć opakowań. A to do już prawie gram kodeiny. Nie mówiąc o tym, że osiedlowe apteki często takich dylematów nie mają, a sympatyczna pani magister sprzeda nawet dziesięć opakowań znajomemu klientowi. Musi jedynie dziesięć razy nabić na kasę osobny paragon.
Kodeinę zawiera także przeciwbólowy lek o nazwie Antidol. Zawarta w nim duża dawka paracetamolu skutecznie odstrasza, bo przy zjedzeniu 40 tabletek, w której każda zawiera 500 mg paracetamolu, konsekwencje mogą być nieprzyjemne. Oczywiście, jest sposób by oddzielić jedno od drugiego, ale wymaga to powrotu do domu i kilkunastu minut cierpliwości. A tej narkoman nigdy nie ma, a Thiocodin można połknąć zaraz po kupieniu, nawet pod apteką, jeśli tylko będzie czym popić.
Thiocodin odkrył też wspomniany Arek, zafascynowany amerykańskim rapem, miał zaledwie szesnaście lat gdy po raz pierwszy sięgnął po ten narkotyk. Podobnie jak ja, opracował sobie listę aptek, by zbyt często nie kupować w tych samych punktach. No chyba, że u osiedlowej pani magister, ale tam cena jest zwykle ciut wyższa. Igor potrzebował już dziesięć, jedenaście opakowań dziennie. Więc skrupulatnie liczył każdą złotówkę Wychodził wtedy z domu dwie godziny przed planowanymi zajęciami i robił rundę po mieście, kupując po jednym opakowaniu.
Po roku, już gdy był w liceum, uznał, że Thiocodin jest jednak za słaby. Chciał mocniejszych wrażeń. Wsiadł w pociąg i pojechał do Warszawy szukać heroiny. Wysiadł na dworcu i swoim wyglądem zadbanego młodzieńca, dziecinną buźką i markowym ubraniem uzbierał 250 złotych. Wystarczyło na gram heroiny. Odnalezienie miejsca, gdzie można ją kupić, nie sprawiło mu już większego problemu. Był tak żądny wrażeń, ze nie miał oporów by samemu podać sobie w żyłę. Siedział w stolicy dwa dni ciągle ćpając kupiony towar.
W końcu szkoła zorientowała się w jego problemie, kilka dni przed studniówką został z niej wyrzucony. Dzięki staraniom rodziców podszedł do matury w prywatnym liceum. Zdał ją celująco, w dodatku zdawał egzamin po hiszpańsku. To jeden z trzech języków, które zna.
Teraz ma dziewiętnaście lat, nie ma planów ani pomysłu na życie. To właśnie on został dzisiaj ciężko pobity w jednej z sal, sprawca został wprawdzie usunięty, ale to nie koniec szykan. Pozostali pacjenci wyrzucili jego rzeczy z pokoju informując, że ma stamtąd wypierdalać. Próbowaliśmy zrobić wraz z terapeutą jakąś roszadę, by przynajmniej w nocy czuł się bezpieczny. Był tak zastraszony, że bał się nawet zbliżyć do swojej sali. W końcu udało się umieścić największego z pacjentów na łóżku wyrzuconego agresora, dodało to chłopakowi otuchy i przyhamowało chęć zemsty pozostałych pacjentów.
Arek już drugi raz przyjechał się odtruć od heroiny, tym razem wszedł na program metadonowy. To znaczy, nie wiem czy wszedł, bo z tego co mówił, planował wyjechać z detoksu następnego dnia rano. Jak będzie, czas pokaże.
Arek to typowy dzieciak klasy średniej, przekonany że wszystko mu się należy Sytuację pogarszają również jego rodzice, spełniając wszelkie jego zachcianki. Nawet podczas matury matka dyskretnie podawała mu niewielkie ilości narkotyku. Uległa szantażowi, że bez tego nie zda matury.
P.S. Arek na własną prośbę opuścił oddział. Czarno widzę jego przyszłość.

Z Dna

W sobotę, 20 października o godz. 17.00
w Café Kryzys przy ul. Wilczej 20 w Warszawie
odbędzie się spotkanie z Piotrem Jastrzębskim
– autorem autobiograficznej książki „Z Dna”
w której opisuje, jak znalazł się na dnie i jak z niego się wydobył.

 

Piotr Jastrzębski jest stałym współpracownikiem „Dziennika Trybuna”,
autorem m.in. cykli „Angielski sen” i „Świat od spodu”.

 

Zapraszamy

Angielski sen (7) LIST Z WYSP

Od 13 marca Piotr Jastrzębski opisywał swoje życie, pracę i spostrzeżenia z Wielkiej Brytanii na Facebooku. Teraz jego felietony opisujące jak w rzeczywistości wygląda „angielski sen” o zarobkach, dobrobycie i stabilizacji, za którymi na Wyspy wyjeżdżają miliony spragnionych lepszego życia Polaków, co weekend ukazują się w „Dzienniku Trybuna”. Dziś publikujemy siódmy odcinek tego cyklu.

 

 

Na High Street jest cała masa sklepów Charity, to takie angielskie odpowiedniki polskich szmateksów. Różnią się jednak znacznie od tych krajowych. Estetycznie wyłożony, markowy towar pozbawiony jest charakterystycznego smrodu, który wyczuwam nawet gdy przechodzę obok. To jakaś mieszanka taniego proszku do prania z jakimś świństwem do dezynfekcji. Oprócz ubrań, można tam kupić w zasadzie wszystko, meble, sprzęt RTV, zastawę stołową, porcelanę i całe mnóstwo bibelotów. W jednym widziałem nawet elektryczną gitarę Fender Stratocaster.

 

W zasięgu domowego wifi mam chyba sześć lub siedem takich sklepów. Ciuchy dobrej jakości, najczęściej znanych i drogich marek za naprawdę niewielkie pieniądze. Za trzy funty kupiłem bluzę, koszulka kosztowała 2,5, za kurtkę zapłaciłem 5.45 i piątkę za buty. Ubrałem się od stóp do głów za szesnaście funtów. Zafascynowany tymi zakupami trochę się zagalopowałem i wbrew sobie zacząłem chwalić Wielką Brytanię.
System zaopatrzenia tych tanich sklepów jest dla mnie niezrozumiały. Codziennie rano zapakowany towar czeka pod drzwiami aż personel otworzy. Czasami jest tam od świtu, albo od poprzedniego wieczora. Gapiąc się na High Street przez okno mojego pokoju codziennie widzę, biegająca między tymi szmateksami, młodą kobietę. Buszuje w pozostawionych paczkach wybierając co lepsze rzeczy.
Zgodnie z tutejszą literą prawa jest to zwykła kradzież i gdyby przypadkiem przejeżdżał patrol policyjny niewątpliwie kobieta miałaby kłopoty. To naprawdę smutny widok, tym bardziej, że znam ten rodzaj egzystencji (bo życiem tego nazwać nie można) przez który ona przechodzi. Nie będę rozpisywał się o tym, że we współczesnym świecie bieda mogłaby być zupełnie wyeliminowana, podobnie jak cała masa chorób, które zniknęły z powierzchni ziemi dzięki szczepionkom. W tym jednak wypadku to finansowe lobby „antyszczepionkowców biedy”, jest za bardzo wpływowe. Natomiast sama Wielka Brytania powinna być pozbawiona zjawiska zwanego „niepewnością bezpieczeństwa żywnościowego” _ takie właśnie określenie wymyślono, by nie razić uszu i nie psuć apetytów klasy średniej. „Niepewność żywnościowa”. Nieźle to wykombinowali. Jeśli już oficjalnie nazwano głód „niepewnością żywnościową” to w Anglii akurat powinno być zjawiskiem abstrakcyjnym, znanym jedynie z filmów i książek.
Okradli i wyeksploatowali połowę świata. W tym miejscu przypomniał mi się fragment wystąpienia Margaret Thatcher: „ Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy” – Przemówienie to skierowane było do Brytyjczyków, bo gdyby te słowa powtórzyła w którejś z angielskich kolonii, ich wydźwięk byłby zupełnie inny. Wszak to właśnie tym ludziom zagrabiono wolność, majątek państwowy i prywatne pieniądze. Jeśli premier kraju, który podbił połowę świata i zagrabił surowce oraz majątki wszystkich swoich kolonii twierdzi, że nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze, to coś tu jest nie tak, gdzie w takim razie trafiły zrabowane w Afryce czy Azji pieniądze, złoża mineralne, złoto czy diamenty? Chyba, że kasa ta zasiliła królewski skarbiec, bądź trafiła do prywatnych kieszeni.
O „niepewności żywnościowej” bardzo często myślę w pracy. Oczywiście używam wtedy właściwej nazwy tego strasznego zjawiska – głód. A myślę często, za każdym razem gdy wyrzucam na śmietnik całe zgrzewki, lub niekiedy palety z jedzeniem. Pełnowartościowe produkty spożywcze wędrują na śmietnik tylko dlatego, że pękł jeden karton mleka i zachlapał kilka innych opakowań. Czasami udaje mi się niezauważenie wrzucić z powrotem do wózka te nieuszkodzone produkty, ale i tak na koniec zmiany mam zwykle do wyrzucenia kilkadziesiąt kilo dobrej jakości jedzenia. Jedzenie to jest przeznaczone na śmietnik i w żadnym wypadku nie wolno tego zjeść żadnemu pracownikowi. Pod groźba wyrzucenia z pracy. Nawet jeśli produkt jest w nieuszkodzonym opakowaniu, nawet pudło z kanapkami, które wypadło podczas załadunku i kompletnie nic się w nim nie uszkodziło – wędruje na śmietnik. A pracownik, jeśli nie chce stracić pracy, może jedynie narzekać na idiotyczną politykę firmy. W skrócie wygląda to tak, do śmietnika można wyrzucić wszystko, natomiast zjeść nie wolno nic.
Widząc tę kobietę kradnąca wyrzucone przez kogoś ubrania pomyślałem, że w razie gdybym i tu, w Anglii, upadł na dno, to już mam pierwszy patent na zdobywanie kasy. Przetrwanie na dnie polega na dobrym pomyśle. Im bardziej oryginalny, tym lepiej. Ten wydał mi się całkiem niezły, choć zapewne wiele osób uprawia ten proceder. Pewnie można by zaszczepić tu kilka pomysłów wypracowanych w Polsce, najlepiej tych własnych, autorskich, bo przy tej ilości rodaków, którzy upadli już na angielski bruk, powielanie powszechnych w środowisku patentów może się już nie sprawdzić. Patrzyłem tak przez dobrą chwilę zastanawiając się co ta kobieta zrobi z tym towarem, może zatrzyma dla siebie? Może sprzeda za trzy funty. Próbowałem wyobrazić ją sobie jedząca śniadanie, obiad czy kolację, jak siedzi na przykład w Janny’s Café, jedząc sadzone z frytkami za dwa dziewięćdziesiąt, wydając na to cały zarobek z kradzieży.
„Nawet kucharka może rządzić krajem” – to oczywiście powiedział Włodzimierz Ilicz Lenin. Sądzę jednak, że nie chodziło mu nie o kwalifikacje, ale o pewnego rodzaju zawodową mentalność. Kucharka myśli o tym, by wszystkich nakarmić i żeby im smakowało, przekupka nie odda za darmo nawet chleba człowiekowi przymierającemu głodem, przepraszam, dotkniętym „niepewnością żywnościową”. W kraju rządzonym przez kucharkę „bezpieczeństwo żywnościowe” byłoby na najwyższym poziomie. Gorzej, gdy rządy przejmie kupiec, a jeszcze gorzej jeśli będzie to córka kupca o mentalności straganiarki. „Straganiarska mentalność” odnosi się do określonej grupy ludzi, niezależnie od wykonywanej profesji, chociaż cecha ta predestynuje do uprawiania zawodu drobnego skąpca.
Przekupka, lub w formie męskiej „przekup” – to typ, który mając sklep lub stragan, zje kanapkę obok przymierającego głodem człowieka. Świat widzi przez pryzmat sklepowej kasy, a ludzi ocenia zawartością portfeli. Nie oznacza to, że wszyscy właściciele sklepów czy straganów noszą w sobie tę paskudna cechę. Znam wielu bazarowych sprzedawców, których można określić ludźmi z sercem na dłoni. W większości jednak ludzie ci są odporni na wzruszenia, a najchętniej poruszanym tematem jest dzienny utarg.
Przypadłość ta jest wprawdzie obrzydliwa, ale jej posiadacze dosyć szybko stają się lokalnymi krezusami, chociaż bogactwo służy im jedynie do podniesienia prestiżu, bo sami z niego też nie korzystają. Wbrew pozorom, żyją skromnie i nawet sobie skąpią jedzenia. Dziecko wychowane w domu, gdzie relacja z ludźmi uzależniona była od stanu ich portfela, a empatia kończy się wraz z jego ostatnim pensem przejmuje te same zasady i często – choć nie zawsze – przenosi je do dorosłego życia. Podobnie jak dziecko wychowane na wsi, gdy dorośnie bez najmniejszych skrupułów utnie łeb kurze lub zaszlachtuje na święta świnię.
Widzenie świata przez pryzmat sklepowej kasy, to główna cecha, jaką rodzice przekazali Margaret Thatcher. Wychowana w sklepikarsko-pastorskiej rodzinie (jej ojciec był również pastorem metodystów) i przygotowywana do przejęcia interesu Maggie od dziecka poznawała kupiecki dekalog. Była pilną uczennica i wpojony jej kupiecki sposób myślenia wprowadziła w życie gdy została premierem Wielkiej Brytanii. Rządziła krajem dokładnie tak samo jak rządzi się niewielkim sklepikiem.
Pozbawiona bezinteresownej empatii i nauczona pogardy dla ludzi ubogich (syndrom przekupki) patrzyła na kraj przez wpojony jej pryzmat sklepowej kasy. Nikt jej bowiem nie powiedział, że państwo to nie jest rodzaj wypracowującego zysk – sklepu, ale wspólnota. Pewnie dlatego swoje rządy rozpoczęła od odebrania dzieciakom bezpłatnej szklanki mleka, którą dostawały w szkole. Wielka Brytania wciąż była krajem mlekiem i miodem płynącym, ale rzeka ta miała już swoją cenę. Mleko i miód były już tylko dla bogatych.
Margaret Thatcher, Maggie, powszechnie znana jako „Żelazna Dama” – Przydomek ten nawet jej pasuje, ale nie w sensie ogólnie rozumianym. Wydobywający węgiel górnicy zostali przez nią połączeni stalowymi pociskami podczas masakry strajkujących związkowców. Żelazo, to nic innego jak stop węgla i stali, gdy wydała rozkaz strzelania do strajkujących, połączyła węgiel z ich ciał, ze stalowym płaszczem pocisków tworząc makabryczne żelazo. Nie mam natomiast pojęcia skąd wziął się drugi człon tego przydomka, bo nie doszukałem się niczego, co mogłoby uczynić ją „damą”.
Nie było chyba dotychczas na świecie polityka – prezydenta, lub premiera w demokratycznym kraju, po którego śmierci organizowano by festyny. Gdy Maggie umarła, nie tylko spontaniczny tłum wyszedł świętować na ulice. Anglicy nieśli jej pośmiertne portrety z napisem HOPE – nadzieja, po śmierci Thatcher wiele miast wydało zgody i zorganizowało masowe imprezy. Między innymi Liverpool, gdzie zorganizowano olbrzymią fetę na cześć śmierci premiera kraju. Nawet podczas uroczystości pogrzebowej obrzucono kamieniami orszak. Zastanawiam się, jak to możliwe, że ktoś tak znienawidzony, wygrywał wybory. Thatcher rządziła od 1979 do 1990 roku. Podobno wpływ na ten wynik miał konflikt na Falklandach i odbicie ich z rąk Argentyńczyków. Chwilowe emocje kolonialno-patriotyczne i poparcie dla zbrojnego ataku na Malwiny, ponownie wyniosły ją na stanowisko premiera.
Wielokrotnie zastanawiam się nad fenomenem jej sukcesów wyborczych i postaci gloryfikowanej prawie na całym świecie. Prawie, bo w UK jakby o niej zapomniano. Może faktycznie włoskie Czerwone Brygady miały rację mówiąc: „głosowanie się nie sprawdziło, do broni”. Może gdyby Thatcher nie doszła do władzy, kobieta spod sklepów Charity nie musiałaby kraść używanych ciuchów?