Logika Białego Domu

Wirusolodzy ustalili, że wyhodowanie wirusa w laboratorium jest bardzo mało prawdopodobne. Władze Amerykańskie mają z tym poważny problem.

14 kwietnia „Washington Post” doniósł depeszach wysłanych przez amerykańskich dyplomatów, którzy na początku 2018 roku złożyli wizytę w laboratorium Wuhańskiego Instytutu Wirusologii. Wizyta odbyła się na zaproszenie chińskich władz, Amerykanie byli zaniepokojeni bezpieczeństwem i sposobem zarządzania ośrodka, oraz tym, że Chińczycy badają wirusy nietoperzy.
Po paru dniach Donald Trump, podczas konferencji prasowej w Białym Domu, wyraził „wysoki stopień przekonania”, że SARS-CoV-2 pochodzi z laboratorium Wuhan.
– Nie mogę wam tego powiedzieć, nie wolno mi wam tego powiedzieć – krygował się Trump,
– To straszne, co się stało. Czy to był błąd, po którym popełniono następny, czy ktoś zrobił to celowo, my wszystko ustalimy. Dowiecie się o tym w niezbyt dalekiej przyszłości – twierdził prezydent USA.
Dzień później biuro dyrektora wywiadu USA, oświadczyło, że zgadza się z „powszechnym konsensusem naukowców”, iż wirus „nie został stworzony przez człowieka lub zmodyfikowany genetycznie”.
Swojemu wywiadowi za grosz nie wierzy jednak Departament Stanu, a zwłaszcza jego szef.
– Od początku mówiliśmy, że ten wirus pochodzi z Wuhan w Chinach, ale myślę, że teraz widzi to cały świat. Pamiętajmy, że Chiny mają długą historię zarażania świata i długą historię prowadzenia laboratoriów niespełniających podstawowych standardów. Nie jest to pierwszy przypadek, kiedy świat został wystawiony na działanie wirusów w wyniku awarii chińskiego laboratorium – powiedział 3 maja amerykański sekretarz stanu Mike Pompeo. Potem wspomniał, że istnieje „ogromny dowód” na to, że SARS COV 2 pochodzi z laboratorium Wuhan.
Wytłumaczeniem tej schizofrenii jest fakt, że antychińskość w Białym Domu rośnie wprost proporcjonalnie do liczby zakażonych i zmarłych na COVID 19 Amerykanów.

Końskie żarty Platformy

Zorganizowana na zapuszczonym peronie w Końskich ceremonia podpisania przez prezydenta Dudę ustawy Kolej plus stała się dobrą okazją dla ludzi Platformy do publicznych zmagań w konkurencji o najbardziej kretyński komentarz.

Broniący na co dzień zażarcie demokracji, urządzili igrzyska kpin i pogardy, a to z peronu , gdzie od dziesięciu lat na zajrzał pociąg, a to z całokształtu kiepskiej w ich najszczerszym przekonaniu imprezy.

Jak widać pięć lat totalnej opozycji Platformy i jej pudrowanej wielkomiejskiej kandydatki nie nauczyły kompletnie niczego. Zamiast próby puszczenia oczka do powiatowego elektoratu mamy bardzo niesmaczne – chciałoby się powiedzieć: końskie – żarty. Merytorycznej krytyki w tym zero. Jakie Platforma ma propozycje na kolej? Kto wie, może dobrze, że ich nie przedstawia, bo wtedy byłby dopiero kabaret.

Tłumy na peronie

Wróćmy jednak do Końskich, gdzie wizycie Andrzeja Dudy towarzyszyły tłumy mieszkańców spragnionych powrotu kolei. Tak, tłumy. Ci ludzie nie uważali, jak oświeceni liberalni komentatorzy, że występ prezydenta jest głupkowato zabawny. Przynajmniej część mogła utwierdzić się w przekonaniu, że władza autentycznie się o nich troszczy.

Władza PiS, bo nie kto inny, jak rządzące jedenaście lat temu w Świętokrzyskim Platforma i PSL zaorały kolej w Końskich. Takich miejsc na mapie Polski jest znacznie więcej. Na Mazowszu chociażby położone wzdłuż świeżo zmodernizowanego odcinka magistrali kolejowej Warszawa – Białystok, gminy Zaręby Kościelne i Szulborze Wielkie, gdzie również od jedenastu lat ludzie odcięci są od świata.

Dajmy tej ustawie szansę

Kolej plus nie jest genialnym lekiem na wszystkie problemy kolei oraz mieszkańców od niej odciętych. Trudno jednak kontestować ustawę, która bodaj od dwudziestu lat jest pierwszą próbą powstrzymania likwidacji pociągów w takich miastach jak Końskie. W założeniu nowe przepisy mają zachęcać finansowo samorządy do odbudowy zdegradowanych linii oraz przywracania lokalnych pociągów na granicach województw. Zobaczymy, czy w ślad za ustawą rząd wyłoży konkretne pieniądze na realizację programu. Zagrożeń jest wiele. Jednak lepiej jest robić cokolwiek, niż nic.
PiS wzięło się późno za temat kolejowy. Ale Platforma i PSL nie mają wiele do zaoferowania wykluczonym transportowo ludziom. Tym, którym jeszcze nie zlikwidowali pociągów podwyższają ceny biletów i redukują liczbę połączeń.

W regionach jest źle

W lutym Koleje Mazowieckie, spółka zarządzana w sposób iście pańszczyźniany przez kacyków z PSLu, wywindowała ceny biletów do granic absurdu. Za przejazdy po Mazowszu kolejami Struzika płacimy więcej niż w pociągach PKP Intercity. Waży się los trzy z czterech par połączeń Poznań – Kutno, uruchamianych przez Koleje Wielkopolskie. Fala oburzenia obiegła media, gdy woj. warmińsko-mazurskie podjęło decyzję o likwidacji zastępczych autobusów na trasie Olsztyn – Braniewo. To dzieje się tu i teraz, w samorządach rządzonych przez PO – PSL.

Jak bardzo te partie odkleiły się od rzeczywistości można było zobaczyć na ostatniej sesji Sejmiku Mazowsza, gdzie omawiana była drastyczna podwyżka cen biletów Kolei Mazowieckich. Spółka skupiała się na procentowym wymiarze podwyżki, skrzętnie uciekając od porównania swojego cennika z taryfami innych przewoźników regionalnych. Analiza kwotowego wymiaru podwyżki wzbudziła ślepą furię wiceprezesa spółki Dariusza Grajdy, nominata PSL-u i jednocześnie wiecznego kandydata tej partii na radnego czy posła.

Śmieszki Szłapki i Nowaka z peronu w Końskich oraz podwyżki Struzika nie pomogą opozycji wygrać wyborów. Już za trzy miesiące PO i PSL boleśnie zderzą się z rzeczywistością. Wtedy dopiero będzie beka!

Czy PiS się ludziom znudził?

Dużo się dzieje, ale codziennie coś podobnego. Wojnę z UE rząd prowadzi od 4 lat, z sędziami i elitami walczy od 4 lat, wpadki prezydenta zdarzają się systematycznie co kilka dni – mówi prof. Marek Migalski w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

W najnowszym sondażu kantar PiS ma 35 proc. (spadek o 6 punktów), a PO – 30 (wzrost o 3). To efekt walki z sądami, sporu z unią, afery GetBack, Mariana Banasia, zmęczenia władzą, a może wszystkiego po trochu?

Praktycznie wszystkie kwestie, które pani wymieniła, miały znaczenie, może z wyjątkiem afery GetBack, która dopiero zaczyna się przebijać do świadomości społecznej. Ze wszystkimi pozostałymi rzeczami mieliśmy do czynienia wcześniej, a to oznacza, że w ciągu ostatnich tygodni nie zaszło nic, co uzasadniałoby ten spadek. Dlatego stawiam tu na znudzenie, mimo że to zjawisko bardzo słabo opisane w politologii. Czasem tak jest, że partie tracą władzę, bo po prostu się nudzą. To jeden z powodów utraty władzy np. przez PO. Badanie tego samego ośrodka pokazało, że w kwestii stosunku do ustawy kagańcowej większość społeczeństwa jest przeciwna działaniom rządu. To również może tłumaczyć ten spadek PiS-u.

Natomiast jeśli nie ma jednej przyczyny tego spadku, a właściwie możemy mówić o tąpnięciu, bo 6 punktów w dół dla PiS i 3 w górę dla największej formacji opozycyjnej to jednak dużo. Jeżeli ta tendencja się utrzyma, a nie ma konkretnej jednej przyczyny, to jest to bardzo zła wiadomość dla partii rządzącej. Gdyby była jedna przyczyna, jakaś afera, jakiś Banaś czy agent Tomek, to usunięcie jej spowoduje powrót do wcześniejszego stanu rzeczy. Jeśli jest tak, że na siłę szukamy przyczyny, a de facto jej nie ma, to oznacza, że przyczyna jest głębsza, co zaczyna powoli odsuwać sympatie społeczne od obozu władzy. Na potwierdzenie tego potrzeba jeszcze przynajmniej 2-3 sondaży, które potwierdzą ten trend.

Powiedział pan nuda, ja mam jednak wrażenie, że rządy PiS-u z nudą mają niewiele wspólnego. Co chwila mamy nową aferę albo przynajmniej kontrowersyjną wypowiedź prezydenta. Jak zatem mówić o nudzie?

Właśnie to nazywam nudą. To prawda, że dużo się dzieje, ale codziennie coś podobnego. Wojnę z UE rząd prowadzi od 4 lat, z sędziami i elitami walczy od 4 lat, wpadki prezydenta zdarzają się systematycznie co kilka dni. Podobnie afery i kolejne informacje, że kuzyn, żona, ciotka, kochanka polityka PiS-u dostali posady w spółkach Skarbu Państwa. Znudzić można się nawet torturami, jeśli rozpoczynają się systematycznie codziennie o 8 rano i trwają do 16.00. W tym kontekście uważam, że zjawisko nudy może mieć znaczenie. Pojawia się zazwyczaj w drugiej kadencji. Doświadczyli tego np. torysi brytyjscy, kiedy rząd po zmianie z Margaret Thatcher na Johna Majora stracił władzę. To kilkunastoletnie rządy CDU w Niemczech, które kończyły się w zasadzie bez większych kryzysów – ani politycznego, ani gospodarczego. Po prostu ludzie uznali, że mają dosyć tych samych twarzy w telewizji. Po 5 latach, być może poprzez rewolucyjność i ogromny zapał PiS-u, ten efekt nudy został przyśpieszony. To byłby spory paradoks, ale nie można tego wykluczyć.

W prezydenckim sondażu Andrzej Duda ma 44 proc., Małgorzata Kidawa-Błońska 24, ale to i tura, w której Szymon Hołownia ma więcej, niż Robert Biedroń, odpowiednio 9 i 8 proc.Po pierwsze zwracam uwagę, że ten sondaż jest bardziej istotny, niż ten parlamentarny. Tutaj sytuacja opozycji wygląda o wiele gorzej – różnica miedzy Kidawą-Błońską a Dudą to 20 punktów. To jest przepaść i jeśli by się to utrzymało, to Duda ma prawie pewną reelekcję, tym bardziej, że – jak także wynika z tego sondażu – 7 proc. ludzi, którzy nie wiedza, na kogo zagłosują. Gdyby większość z nich zagłosowała na Dudę, to ma wygraną w i turze. Jeśli ta różnica nie zostanie zmniejszona do 10 punktów, to obecny prezydent może otwierać szampana.
Po drugie Duda ma zdecydowanie wyższe notowania, niż jego partia macierzysta, a Kidawa-Błońska ma niższe, niż KO. To niepokojąca informacja dla sztabowców pani marszałek.

20-Proc.przewaga Andrzeja Dudy jest z I tury, kiedy głosy opozycji rozkładają się na innych kandydatów. W II turze sondaż pokazuje już 56-42 dla urzędującego prezydenta, który prowadzi już kampanię, żeby nie powiedzieć, że robi to od 4 lat.

Zwycięstwo Dudy jest jednak banalnie proste przy kilku procentach niezdecydowanych. To ciągle dobre wiadomości dla prezydenta. W II turze pewna część wyborców Kosiniaka-Kamysza, Biedronia i Hołowni, nie mówiąc już o Bosaku, będzie głosować na Dudę, część na Kidawę-Błońską. Nawet jeżeli większa część zagłosuje na kandydatkę KO, a tylko niewielu na Dudę, to i tak wystarczy mu to do wygrania. Wystarczy, że uszczknie z każdego z kandydatów po 20 proc.

We wszystkich wyborach prezydenckich, może poza tymi w 2000 roku, kiedy Kwaśniewski zwyciężał w I turze, i z 1990 roku, kiedy Wałęsa zmasakrował Tymińskiego, zawsze frekwencja w II turze była większa niż w I. To znaczy, że są wyborcy, którzy nie idą na I, a idą na II turę, i to oni w jakimś sensie decydują o tym, kto zostanie wybrany, jeśli ta różnica nie jest specjalnie duża. Wisienką na torcie jest fakt, że nikt nie wie, kim są ci ludzie, bo nie ma takich badań. Można podejrzewać, że oni chodzą wtedy, kiedy jest duża polaryzacja, co za tym idzie, są to wyborcy, którzy potrzebują dużej dawki emocji, aby wyjść z domu. Konflikt między Dudą a Kidawą-Błońską na pewno te emocje zapewni.

Co do pozostałych kandydatów, to jedyną niespodzianką może być Hołownia. Nie jestem w stanie dziś powiedzieć, czy gdy ruszy kampania, to on będzie gonił Kidawę-Błońską, czy nie – czy to będzie efekt śnieżnej kuli, czy topniejącego bałwana. Reszta jest wiadoma – Bosak dostanie ok. 5 proc., Trochę więcej pewnie dostanie Kosiniak-Kamysz, pewnie koło 10 proc. otrzyma Biedroń. Niespodzianek nie będzie, bo to kandydaci partyjni, zatem dostaną mniej więcej tyle, ile ich partie w ostatnich wyborach.
51 Proc. stoi po stronie Sądu Najwyższego w sporze z rządem. Czy stąd te działania prezydenta mające pokazywać rozmowę i dialog, jak rozmowy z opozycją w pałacu? Prezydencki minister wziął też udział w forum dla praworządności w PAN.

Wydaje się, że właśnie z czymś takim mieliśmy do czynienia.
Duda – który wiadomo, że podpisze ustawę kagańcową, bo tak mu podpowiada serce i prezes jego partii – będzie robił w ciągu najbliższych tygodni różne ruchy mające pokazać, że jest reprezentantem wszystkich Polaków, że się zastanawia, ma dylematy, po to, aby rozmyć ostrość sporu właśnie pod wypływem tych sondaży. Dlatego też te konsultacje, okrągły stół itp. To dobre posunięcia dla prezydenta, bo zamydlają rzeczywistość.
Jednocześnie jest to pułapka dla opozycji, w którą idzie jak na randkę w ciemno. Jeśli toczą się jakieś rozmowy, konsultacje, to znaczy, że żyjemy w normalnym kraju, w którym prezydent pyta o opinię liderów partii opozycyjnych i środowisk naukowych. Moim zdaniem opozycja zrobiła błąd, idąc na rozmowy do prezydenta, chociaż rozumiem, że zrobiła to, aby nie być oskarżaną o to, że nie chce rozmawiać. Można to było jednak inaczej rozegrać i jasno pokazać, że widzą fałsz tych konsultacji. Tak pokazują, że są tylko wciąż reaktywni, a nie podmiotowi, choć początki roku zapowiadały tu zmianę, bo afera Banasia, zawiadomienie do prokuratury w sprawie PFN, zawiadomienie w sprawie GetBack i wybory w po, które zostały mądrze rozegrane, pokazały, że opozycja zaczyna nadawać ton debacie. Niestety w tej sprawie opozycja zaczyna się potykać o własne nogi.

Getback pogrąży PiS czy uda się sprawę zamieść pod dywan jak wiele innych?

To zależy od umiejętności opozycji, czy to dotrze do opinii publicznej. Sprawa ma swój potencjał wyborczy i polityczny, ale to się samo nie zrobi. To test dla Borysa Budki i innych liderów opozycji, czy potrafią ze sprawy bulwersującej społecznie zrobić interesującą politycznie.

Jak ocenia pan wybór Borysa Budki na szefa PO?

W opinii członków po to najlepszy wybór, co oczywiste. Skala zwycięstwa jednak zaskoczyła, chyba nawet samego Budkę, bo 80 proc. To bardzo silny mandat. Partia wychodzi z tego obronną ręką, bo przewrót dokonał się aksamitnie. Budka jest politykiem bardzo ambitnym i bardzo energetycznym, mającym ochotę na powalczenie. Pytanie, czy starczy mu umiejętności, bo jednak ma krótki staż. Jeżeli będzie korzystał z rad starszych kolegów, jak np. Tomasza Siemoniaka czy Grzegorza Schetyny, otoczy się nowymi ludźmi, ale będzie potrafił korzystać z rad starych wyjadaczy, to jest szansa, że będzie poważnym liderem poważnej partii, dziś opozycyjnej, ale być może w przyszłości rządzącej. Może to przyszły premier. Zobaczymy w ciągu kilku najbliższych lat, czy te nadzieje, które wiąże z nim 80 proc. członków PO, nie są płonne.

Czy przegrana Małgorzaty Kidawy-Błońskiej nie przekreśli tej kariery?

Moim zdaniem nie, bo to nie wynik Kidawy-Błońskiej przesądzi o tym, czy Budka sobie radzi, czy nie, a raczej styl i kampania. Jeżeli to będzie przegrana dramatyczna i w złym stylu, to tak. To obciąży Borysa Budkę jako przewodniczącego, który nie potrafił poustawiać sztabu i narzucić narracji. Oczywiście pamiętajmy, że Kidawa-Błońska cały czas deklaruje, że będzie niezależna, zatem przewodniczący partii nie zawsze będzie mógł wpływać na tę kampanię.

Nawet jeśli kampania zakończy się porażką, ale będzie dobra, z pomysłem, to może nawet umocnić Budkę. Przegrana kampania może się zakończyć katastrofą dla Budki i po, gdy w i turze wyprzedzi Kidawę-Błońską Hołownia. To by oznaczało de facto koniec tej partii, bo jeśli przychodzi człowiek politycznie znikąd i zdobywa drugie miejsce, to powtórzyłaby się sytuacja z 2000 roku, kiedy kandydat AWS, wówczas rządzącej formacji, Marian Krzaklewski, przegrał z kandydatem niezależnym, czyli Olechowskim. To spowodowało, że AWS się szybko rozsypał i powstała PO-PiS, a AWS zniknęło ze sceny politycznej. Jeżeli Hołownia przegoni Kidawę-Błońską i nawiąże równą walkę z Andrzejem Dudą, to będzie to oznaczać czerwoną kartkę dla PO.

Borys, napieraj

Borys Budka został nowym przewodniczącym Platformy Obywatelskiej. Wygrał z ogromną przewagą. Platforma się cieszy, ponoć morale w partii nigdy nie było tak dobre. Polska tymczasem się smuci, bo tego samego dnia, ekipa polskich skoczków zajęła dopiero piąte miejsce w konkursie drużynowym w Zakopanem.
No i kto tu ma gorzej, sami Państwo powiedzcie…

Borys Budka był faworytem wyścigu do fotela przewodniczącego, chwilę po tym, jak w PO rozpisano nowe wybory, a gdy Grzegorz Schetyna ostatecznie odpuścił sobie reelekcję, był w zasadzie pewien zwycięstwa. Stało się więc to, co dla przeżycia Platformy w polskiej polityce było niezbędne; PO zdecydowała się odciąć od starej kadry, żeby dać sobie szansę na wewnętrzną sanację. Należy to tym bardziej docenić, ponieważ wybór Borysa Budki na przewodniczącego partii to pierwszy taki przypadek od początku jej istnienia, kiedy to spadkobiercą „piątego piętra” nie zostaje ktoś z namaszczenia jej jedynego, prawdziwego szefa, czyli Donalda Tuska. Dopiero po wyborze na brukselski stolec, Tusk odpuścił sobie Platformę. Zostawił ją Schetynie i Ewie Kopacz, którzy w warunkach pełzającej katastrofy partyjnych struktur oraz widma kolejnych wyborów bez zwycięstwa, stają się na lata syndykami masy upadłościowej o nazwie PO. Dorzuć do tego człowieku prosty funkcje sekretarza generalnego partii dla Stanisława Gawłowskiego, a później dla Sławomira Neumanna, i masz już gotowy sposób na to, jak roztrwonić zaufanie i zaprzepaścić potencjał ludzi, którzy kiedyś Platformie zaufali. Śmieszne są w tym kontekście słowa Rafała Grupińskiego, który po wygranej Budki rzekł był, że kadencja Grzegorza Schetyny nie była zła. Dobra na pewno też nie była. Akurat Grupińskiego bardzo lubię. Najbardziej mi jednak szkoda, że nie pisze wierszy, jak kiedyś.
Wygrał Budka. I dobrze. Niech ma, na zachętę, za zajęcie pierwszego miejsca. Człowieka nie znam prawie wcale. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Czytam na szybko świeżo upieczone analizy i knowania mądrzejszych ode mnie i dowiaduję się z nich, że prócz samego Budki, do głosu dojdą teraz w Platformie nowe głosy. Czytam o Marcinie Kierwińskim, o Cezarym Tomczyku, o Sławomirze Nitrasie. Pierwszy, nazywany był ongiś „małym Schetyną”, Tomczyk to były rzecznik rządu Ewy Kopacz, Nitras, to facet obecny w Sejmie od platformianych początków. To ma być więc ten nowy początek nowego przewodniczącego?
Z Borysem Budką i jego Platformą jest trochę jak z polską kadrą skoczków na konkurs w Zakopanem. Tak bardzo wszyscy liczyli na co najmniej trzecie miejsce, a okazało się, że jeden dobry, dwóch średnich i czwarty słaby, to za mało jak na medalowe ambicje. Bo jak się ma skrajne bieguny, a pośrodku medianę, to przy równo grających przeciwnikach, nie starczy na pudło. Borys Budka to taki Dawid Kubacki Platformy. Niby był w niej od jakiegoś czasu, ale nigdy specjalnie nie błyszczał. Jego gwiazda wzeszła, kiedy zbladła gwiazda poprzedniego lidera. Teraz to na jego barkach spoczywa los całej drużyny, ale jak się okazuje, jedna supernowa, kilka gwiazd średniej wielkości i pozostałe białe karły nie zbudują galaktyki marzeń; to będzie nadal drużyna przeciętna, z jasnym punktem na firmamencie i kilkoma gwiazdami świecącymi już mocno odbitym światłem. Żeby zaczęła świecić jasno, trzeba zmian. I to głębokich. A te, żeby dały efekt, potrzebują czasu. Ani polski kibic, nawykły do karmienia go propagandą sukcesu, ani polski wyborca, który chce sukcesu instant-zagłosuj, zjedz, straw, wyrzuć-nie chce czekać. On ma dostać to tu i teraz. Przecież zapłacił swoimi pieniędzmi i swoim czasem. Kupił bilet na skocznię, poszedł na wybory, wydał na piwo i kiełbasę, przekomarzał się z rodziną przy wigilijnym stole, wreszcie: zaufał, że będzie tak jak mówią. Że wygramy. Że wygrają nasi, znaczy się jego, a nie sąsiada. Więc mu się należy.
Dobrze życzę Borysowi Budce na nowej drodze partyjnego życia. Nie wróżę jednak sukcesów. Bo drużyna którą obejmuje, jest mocno zgrana, a musiałby mieć naprawdę twarde, jak damasceńska stal, cojones, żeby ułożyć sobie zaplecze i relacje w partii zupełnie na nowo. Może jednak to ja się mylę, może mu wyjdzie, może to Polak faulował…
Jarek Ważny

Konserwatywna Polska? To mit

Prezydentura Jacka Jaśkowiaka – czyli jaka?

To prezydentura opowiadająca się za Polską nowoczesną i europejską, silnie związaną z UE, w przeciwieństwie do tej ciążącej bardziej ku Białorusi i Rosji, firmowanej przez osoby takie jak Kaczyński i Rydzyk. W najbliższych wyborach prezydenckich będziemy więc walczyć nie tylko o zmianę na stanowisku najważniejszej osoby w państwie, ale też o możliwość zatrzymywania działań pchających nasz kraj na wschód. Jako prezydent będę się im przeciwstawiał.

Jak pan chciałby to zrobić?

Nie mam zamiaru bezsensownie wetować ustaw, bo tu chodzi o to, aby współpracować i wzajemnie przekonywać się do pewnych rozwiązań. Działania pozytywne będę oczywiście wspierał, a blokował te karygodne i szkodliwe.

Będę stał na straży konstytucji i prowadził racjonalną politykę zagraniczną. Obecna, opierająca się wyłącznie na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, jest ryzykowna i nie gwarantuje Polsce bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie. Konieczne jest odbudowanie dobrych stosunków z Unią Europejską i naszymi najbliższymi sąsiadami.

Przez ostatnie 5 lat prezydentury w Poznaniu pokazałem, że potrafię współpracować i rozmawiać ze wszystkimi. Można zachowywać rozdział państwa od Kościoła, a jednocześnie dobrze współpracować z nim w kwestiach dotyczących pomocy ubogim i bezdomnym – w tym zakresie zrobiłem dużo więcej niż mój poprzednik, który chodził regularnie na wszystkie procesje i siadał w kościele w pierwszym rzędzie, szczególnie w okresie wyborczym. Pokazałem też, że potrafię się porozumieć z wojewodą, który jest członkiem PiS-u.

Pokazałem, że potrafię promować różnorodność, tolerancję, dbać o najuboższych, ale też o dobre relacje z inwestorami i poznańskimi przedsiębiorcami, którzy tworzą atrakcyjne miejsca pracy dla poznaniaków.

Czyli jak widzi pan politykę obronną?

Nie można kłócić się z sąsiadami, także z Ukrainą i z Rosją. Trzeba napięcia łagodzić, a nie eskalować. Tam, gdzie to możliwe, trzeba współpracować, czy to w obszarze sportu, czy kultury. Należy też otwarcie mówić o tematach trudnych w naszej wspólnej historii. Nie można jej zakłamywać.  Dla mnie idealnym modelem prowadzenia polityki zagranicznej jest Szwajcaria, ostatnia wojna miała miejsce 500 lat temu i zginęło w niej 150 żołnierzy. Jestem za mocnym osadzeniem w Europie Zachodniej, ale też troską o to, aby nasze kadry wojskowe czuły godność. Moim zdaniem Antoni Macierewicz dokonał destrukcji naszej armii, zrobił to samo, co przed wojną Stalin. To bardzo niepokojące także w kontekście zmian w wywiadzie i kontrwywiadzie. Armia musi być niezależna od polityków. Pospolitym ruszeniem i WOT nie osiągniemy tego, co można osiągnąć profesjonalizmem i jakością.

Co w kwestii praworządności chciałby pan zrobić? Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, że KRS nie stoi na straży praworządności sądów i niezależności sędziów. PiS ten wyrok bagatelizuje. Szef neo-KRS mówi, że on nic nie zmienia w prawnej rzeczywistości.

Przede wszystkim szukałbym opinii fachowców. To są trudne tematy. Mamy przecież wybranych sędziów przez poprzednią kadencję Sejmu, więc pewnie ich bym zaprzysiągł. Szukałbym też możliwości konwalidowania szeregu zmian w ostatnich latach, które weszły w życie na skutek zaniechań prezydenta Dudy. Do tego potrzebny jest zespół ekspertów i przemyślane ruchy, aby nie naprawiać prawa ponownym łamaniem go. To scenariusz, który może pozwolić w miarę sprawnie posprzątać tę stajnię Augiasza, którą rządzący z prezydentem Dudą na czele nam zgotowali. Tu prostych recept niczym z mitologii nie ma.

Sejm również wybrał na sędziów Trybunału Konstytucyjnego pana Piotrowicza i panią Pawłowicz. Czy ich by pan wobec tego mianował do TK?

Jeżeli nie byłoby przeszkód formalnych, jak choćby te, że przekroczyli wiek 67 lat, to tak. Prezydent musi działać w zgodzie z prawem. Jest strażnikiem konstytucji, więc jest ostatnią osobą, która może pozwolić sobie na łamanie prawa, nawet jeśli jest mu to politycznie wygodne.

Jakie są pana najmocniejsze strony? Mówi się, że to, że nie obciąża pana 8 lat rządów PO-PSL.

Z pewnością to jest jeden z elementów. Drugim jest mój dorobek w zakresie zarządzania Poznaniem. Można oczywiście deklarować wiele, a potem się z tego nie wywiązywać, co jest częste u polityków. Ja w zakresie polityki senioralnej, w zakresie działań skierowanych do najuboższych pokazałem, jak działać skutecznie. Pokazałem, że miasto może być otwarte i tolerancyjne, czyli takie, w którym każdy czuje się dobrze, także ten o konserwatywnych poglądach. W Poznaniu może się czuć dobrze ubogi i zamożny, potrafimy rozmawiać z przedsiębiorcami, ale też potrafimy budować mieszkania treningowe dla osób, które wychodzą z bezdomności. Można też być członkiem partii politycznej i zarządzać miastem w taki sposób, by przynależność partyjna nie miała na to wpływu, także na decyzje personalne.

Pokazałem, że można mieć własne zdanie, nawet gdy to nie sprzyja dobrym sondażom. Tak było chociażby w przypadku mojego udziału w marszu równości. W poznaniu mogą czuć się dobrze wszyscy, niezależnie od tego, jakiego są wyznania, koloru skóry czy poglądów politycznych.

W czym jest pan lepszy od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?

Nie mam zamiaru krytykować Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w jakikolwiek sposób. Mogę tylko mówić, co ja zamierzam zrobić i co udało mi się zrobić na innych odcinkach. Mogę przekonywać do siebie i pokazywać, że mamy wybór nie tylko co do osoby, ale też co do przyszłości partii oraz kraju. Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Ta odważna decyzja okazała się wówczas dobra dla PO.

Czy jest pan za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego, czy należy zliberalizować ustawę?

Uważam, że w tej chwili nie można się koncentrować na elementach, które budzą emocje i prowadzą do jeszcze większych podziałów. Należy o tych kwestiach dyskutować i być elastycznym.
Sądzę, że na przestrzeni 5-6 lat dojdzie do rozwiązań, które funkcjonują w państwach chadeckich, np. w Niemczech, gdzie nie ma aborcji traktowanej jako środek antykoncepcyjny, ale jest opieka i troska wobec kobiet, które rozważają podjęcie tej dramatycznej decyzji.

To musi zostać jasno zdefiniowane w prawie, a kobiety powinny mieć – w ramach tych jasno określonych przepisów – możliwość wyboru. Sądzę, że do takiego rozwiązana będziemy zmierzać, jeżeli utrzymamy europejski, zachodni kurs. Jeżeli będziemy dryfować w drugą stronę, to może być różnie. Ważna jest też edukacja seksualna w szkołach, bo ona może pomóc pewnych dramatów uniknąć.

Jak to było z prawyborami? Dlaczego zgłosił się pan w ostatniej chwili?

Obserwowałem sytuację. Swoją decyzję uzależniałem trochę od tego, kto się zgłosi. Pewnie gdyby było już kilkoro kandydatów, nie zdecydowałbym się na to. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez pewien czas, w zasadzie od momentu, kiedy Donald Tusk poinformował, że nie będzie starował. Stąd też taki termin. Wszystko odbyło się zgodnie z wymogami statutowymi.Zgłosiłem swoją kandydaturę w kopercie, dokładnie tak samo, jak zrobiła to Małgorzata Kidawa-Błońska. Pytałem ją o to.

Jest pan rozwodnikiem. Czy w katolickim, tradycyjnym kraju to może przejść?

Nie widzę powodów do wykluczania kogokolwiek z uwagi na stan cywilny. Nie wiem, czy prezes NIK Marian Banaś jest w szczęśliwym związku małżeńskim, czy nie. Kryterium doboru na najważniejsze stanowiska w Państwie nie powinien być stan cywilny. To pytanie do Polaków i Polek. Wśród polityków PiS mamy wielu rozwodników i nie przeszkadza im to w karierze. Także w innych krajach, chociażby w USA, gdzie prezydentem jest Donald Trump. Jeżeli w innych krajach nie stanowi to problemu, to dlaczego miałoby tak być w Polsce? Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa. Widać, że mocno się laicyzuje, ja o pewnych sprawach potrafię mówić otwarcie.

W Polsce jest wiele osób, którym nie udało się w związkach małżeńskich przetrwać i o tym też trzeba jasno mówić. Najważniejsze, aby dbać o dzieci i nawzajem się szanować. Wydaje mi się, że mam ze swoją byłą żoną lepsze relacje, niż w niejednym małżeństwie, które trwa.

Pierwsza dama potrafi mocno ocieplić wizerunek. Niektórzy nawet wiedzą, że gdyby nie Agata Duda, która mocno zaangażowała się w kampanię męża, to prezydentem mógłby być dziś ktoś inny. Pan będzie pozbawiony tego „plusa dodatniego”.

Ja, podobnie jak pan Kaczyński, mogę się teraz poświęcić w pełni Polsce.

Wybory: czy mogło być jeszcze lepiej?

Pomimo upływu kilku tygodni, trudno zapomnieć niezwykłą dramaturgię, jaka towarzyszyła ustalaniu rezultatu wyborów parlamentarnych.

W pierwszej kolejności napływały wyniki z niewielkich komisji wyborczych, głównie wiejskich. W miarę napływania kolejnych wyników stan posiadania PiS-u w Sejmie i Senacie sukcesywnie się zmniejszał. Pomimo tego, po zsumowaniu głosów z ponad 80 proc. obwodowych komisji wyborczych Prawo i Sprawiedliwość miało 53 senatorów. Ale dane, które napłynęły z ostatnich kilkunastu procent komisji, pozbawiły PiS pięciu mandatów senatorskich, a antypisowska opozycja uzyskała bezwzględną większość w Senacie. Tylko za zgodą Senatu Sejm powołuje Rzecznika Praw Obywatelskich, prezesa Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Dziecka, Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej oraz prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (należy jednak pamiętać o tym, że jedynie w odniesieniu do RPO i prezesa NIK określa to konstytucja, w pozostałych przypadkach ustawy, a te pisowska większość sejmowa jest w stanie zmienić). Senat wybiera spośród senatorów 2 członków 25-osobowej Krajowej Rady Sądownictwa, powołuje 1 członka pięcioosobowej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, 1/3 członków Rady Polityki Pieniężnej oraz 2 członków dziewięcioosobowego Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

Senacki sukces opozycji nasuwa pytanie, jaki byłby efekt podobnego zjednoczenia sił w wyborach sejmowych. Wyobraźmy sobie więc, iż Koalicja Obywatelska i Lewica wystawiły wspólną listę, na którą zagłosowali wszyscy ich wyborcy (chociaż oczywiście tak by nie było, część radykalnie lewicowego elektoratu nie poszłaby na wybory, część konserwatywnego elektoratu KO nie poszłaby na wybory lub zagłosowała na inne ugrupowania, między innymi Prawo i Sprawiedliwość). Okazuje się, że nawet przy tak skrajnie optymistycznych założeniach jak wyżej opisane, wspólna lista zdobyłaby 191 mandatów poselskich, zaledwie o 8 więcej, niż KO i Lewica startujące osobno. Byłoby to siedem dodatkowych mandatów kosztem PiS (Kraków I, Nowy Sącz, Tarnów, Siedlce, Warszawa I, Warszawa II, Olsztyn), jeden kosztem Koalicji Polskiej (Koszalin). Owszem, pozbawiłoby to PiS większości bezwzględnej, redukując jego wyborcze zwycięstwo do 228 posłów. Myślę jednak, iż Prawo i Sprawiedliwość bez problemu pozyskałoby kilku posłów z innych ugrupowań, w ostateczności utworzyłoby koalicję z Konfederacją. Moglibyśmy wtedy zatęsknić za samodzielnymi rządami Prawa i Sprawiedliwości, Porozumienia oraz Solidarnej Polski.

W tych wyborach do Sejmu nie można było zrobić nic więcej, za to znakomita dla formacji lewicowej okazała się decyzja władz PO o rezygnacji z utworzenia szerokiej koalicji. Lewica zjednoczyła się, zachowała tożsamość i odniosła sukces. W przeprowadzonych po wyborach kilkunastu badaniach sondażowych notowania Lewicy wzrosły, zaś PiS-u – spadły. Poparcie dla Lewicy oscyluje w przedziale 10 – 18 proc. (mediana 14 proc.), poparcie dla PiS -w przedziale 35 – 47 proc. (mediana 41 proc.). Wygląda to coraz bardziej optymistycznie. Aż szkoda, że następne wybory dopiero za niespełna cztery lata.

Kosmita w natarciu Ważny tunajt

Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania, członek PO, ogłosił, że podejmie wyzwanie, i wystartuje jako kontrkandydat Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w partyjnych prawyborach na prezydenta Polski. Ani pani Kidawa-Błońska nie wiedziała jeszcze do wczoraj, że będzie miała jakiegoś rywala, ani, najprawdopodobniej, sam Jacek Jaśkowiak nie wiedział, że kandydatem zostanie. Taka niespodzianka.

Mój kolega opowiadał mi niedawno, że jego kolega opowiadał mu, że zdarzyła się kiedyś w pewnym mieście niesamowita historia. Najsampierw do bloku na obrzeżach przyjechała policja, żeby zawinąć dilera, co też uczyniła. Przy okazji diler dostał zapaści, bo oprócz handlowania, zajmował się też zażywaniem. Zawezwano karetkę. Kolega kolegi jest ratownikiem medycznym. Kiedy ekipa ratownicza szła schodami na ostatnie piętro do dilera z zapaścią, jeden z medyków, mijając mieszkanie piętro niżej, przytomnie zauważył: chłopaki, a czy tu czasem nie mieszka ta baba, co twierdzi, że dymał ją kosmita? Co jakiś czas bowiem, ośrodek zdrowia w którym kolega kolegi pracował, odwiedzała starsza pani, która twierdziła, że noc w noc nachodzi ją kosmita, który wykorzystuje ją seksualnie. Kiedy medycy dotarli wreszcie do celu, okazało się, że dilerowi nagle się polepszyło. Przy okazji byli świadkami rewizji w jego mieszkaniu. Policjanci zabezpieczali prochy, torebki strunowe, a kiedy otworzyli szafę, wypadł z niej…strój kosmity z czułkami i zielonym ogonem. Oprócz dilerki, dorzucili dilerowi jeszcze zarzut gwałtu i narkotyzowania staruszki. Ile kochaś dostał od państwa polskiego w nagrodę, tego nie wiem. Kolega już nie powiedział. A teraz popatrzcie sobie Państwo na Platformę Obywatelską, główną opozycyjną partię, oraz jej szefa i przypomnijcie sobie, co wydarzyło się w mijającym tygodniu.
Wymyśliła partia, że kandydata na prezydenta wyłoni w prawyborach. Kiedy dokładnie policzyła, wyszło jej, że powszechne prawybory będą za drogie. Wybierze więc kandydata Rada Krajowa, czyli 1200 elektorów, 13 grudnia. Lepszej daty wybrać nie można było. Naturalną kandydatką, która od razu zgłosiła swój akces, została Małgorzata Kidawa-Błońska. W międzyczasie startu odmawiali po kolei Trzaskowski, Grodzki i Arłukowicz. Na koniec wysypał się Tusk, więc nie było już za bardzo kogo wystawić do wewnętrznego starcia. Tym samym, cała idea prawyborów, wymyślona przez Grzegorza Schetynę, traciła sens. Nagle jednak okazało się, że będzie kontrkandydat: Jacek Jaśkowiak z Poznania. I w tym całym galimatiasie, gdzie Grzegorz Schetyna gra ewidentnie na siebie, wystawiając kandydata za pięć dwunasta, żeby odwrócić uwagę od walki o przywództwo w partii, oraz osłabić MK-B, która może mu poważnie zagrozić, szkoda mi samego Jaśkowiaka. Bo to naprawdę jeden z bardziej przytomnych platformersów. Wygrał z Grobelnym, gdy nikt na niego nie stawiał. Dał się poznać, jako prezydent progresywny i postępowy w działaniu. Nie bał się postawić prezydentowi Dudzie w rocznicę Poznańskiego Czerwca. Z tym że w Polsce, dla ludzi nieinteresujących się polityką, jest wciąż postacią kompletnie anonimową. Aż nadziwić się nie mogę, że Jacek Jaśkowiak zdecydował się wejść w taki układ. No chyba że gra na siebie w dłuższej perspektywie i liczy na to, że prawybory w PO pozwolą mu dać się poznać szerszej publiczności, bo ile by głosów nie uciułał, ważne, żeby nazwiska nie przekręcili. Szkoda jednak mimo wszystko chłopa, że dał się wymanewrować w tak idiotyczny deal; dobry był z niego herbatnik.
Wróćcie teraz Państwo pamięcią i oczami do historii o staruszce i kosmicie. Zastanawiam się, jak się muszą czuć wyborcy Platformy i MK-B; czy jak staruszka, czy jak medycy z przychodni, którzy skonstatowali, że wszystkie pogłoski o tym, że kosmita nachodzi staruszkę nocą, okazują się prawdą. Że ktoś ich „wykorzystuje” i traktuje cokolwiek przedmiotowo. Bo jak się czuje

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Plan

Historia uczy, że niewielka, lecz zdeterminowana i pod sprawnym przywództwem grupa zawsze wygrywa z dużą, słabo motywowaną i źle dowodzoną masą ludzi.

To co się stało 18 lipca 2019 roku jest klęską obozu demokratycznego w Polsce. Szeroka koalicja partii opozycyjnych miała realną szansę na względnie łatwe zwycięstwo w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu. Odpowiedzialność za porażkę tej koncepcji spada na Grzegorza Schetynę i Władysława Kosiniaka – Kamysza.
Nie dosyć, że wyciągnęli oni złe wnioski z porażki w wyborach do Parlamentu Europejskiego, to jeszcze zmarnowali nadzieje wielu myślących, aktywnych politycznie i autentycznie zaangażowanych w sprawy Polski obywateli. Wystarczy przeczytać komentarze w Internecie, by zorientować się kogo Polacy obciążą winą za to co się stało.
Ale jest to też ogromna szansa dla szeroko rozumianej Lewicy, która może stać się nadzieję dla wielu, na pokonanie Prawa i Sprawiedliwości. Choć dziś sytuacja SLD, Wiosny i partii Razem jest bardzo trudna. I tylko od polityków lewicy zależy jaki będzie ostateczny wynik.
Dziś, używając języka wojskowego – „Sytuacja jest beznadziejna, wróg ma ogromną przewagę, cofać się nie ma dokąd. Dlatego trzeba atakować”. Politycy Lewicy są dziś zdeterminowani by udowodnić swym niedawnym koalicjantom, jak bardzo się pomylili w ocenie sytuacji politycznej i tego, czego chcą wyborcy.
Aby przekonać Polaków lewicowa koalicja potrzebuje dziś bardzo dobrej, bezkompromisowej kampanii wyborczej. To nie może wyglądać tak, jak kampania prezydencka Magdaleny Ogórek, czy wybory do Sejmu i Senatu cztery lata temu.
Na początek warto uświadomić sobie, że prawdziwym powodem porażki opozycji w wyborach do Parlamentu Europejskiego, był nie brak spójności ideowej, lecz brak porządnej kampanii. Odpowiedzialność za ten stan spada na Platformę Obywatelską, która nie liczyła się z pozostałymi partnerami. Nie warto dziś wchodzić w szczegóły. Ale trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie – Co zrobić, by jesienią 2019 roku wygrać?
Lewica będzie w tych wyborach walczyła nie o 25 procentowe poparcie, lecz realnie o wynik w przedziale – 8 – 12 procent. Każdy punkt powyżej będzie oznaczał oszałamiający sukces.
Lewicowa koalicja nie może popełnić też błędu z roku 2015, czyli nie może zarejestrować się jako „koalicja” i podnieść próg wyborczy do 8 procent. Tak na wszelki wypadek.
Musi też mieć możliwie najlepszy sztab wyborczy, który zacznie działać w ciągu najbliższego tygodnia. Chodzi o niewielką grupę ludzi, którzy mają doświadczenie w prowadzeniu takich kampanii. I którzy je w przeszłości wygrywali.
Ich zadaniem powinno być zorganizowanie nie tylko kampanii na szczeblu centralnym, ale też skutecznego wsparcia dla kandydatów w okręgach wyborczych. Nic bowiem tak nie demobilizuje jak przekonanie, że przegrana jest pewna. A wiemy, że większość osób, które znajdzie się na listach Lewicy nie zdobędzie mandatów poselskich.
Należy uniknąć sytuacji, w której kandydaci będą walczyli między sobą, a nie z przeciwnikami politycznymi. I przekonać tych, którzy nie mają szans na mandat, by poświęcili swój czas i energię dla wspólnego celu. Muszą wiedzieć, że nie są sami, że „Warszawa o nich pamięta i gotowa jest im pomóc”. Jeśli tak się stanie, oznacza to dodatkowy punkt w wyborach. Czyli bardzo dużo, pamiętając, że Lewica nie będzie walczyła o 25 – 30 procent.
Pamiętajmy, że decyzja Platformy Obywatelskiej o samodzielnym starcie w wyborach została
bardzo źle przyjęta przez osoby, które wspierały opozycję i gotowe były na nią głosować. Widać to po wpisach na forach internetowych i pod publikacjami na stronach takich jak Gazeta Wyborcza, Onet.pl, Wirtualna Polska czy Natemat. Dlatego można spodziewać się spadku poparcia dla PO w sondażach. To zjawisko dotknęło już Polskie Stronnictwo Ludowe, i pewnie tylko Władysław Kosiniak – Kamysz wierzy, że PSL łatwo przekroczy próg 5 procent. Większość obecnych posłów w to nie wierzy, lecz nie ma odwagi by się przeciwstawić.
Lewica może zyskać na tym zamieszaniu. Dlaczego? Ponieważ nie ma już nic do stracenia. I może sobie pozwolić na wszystko. Może bezpardonowo atakować Prawo i Sprawiedliwość. Może powiedzieć Polakom, że w gruncie rzeczy jest wdzięczna Grzegorzowi Schetynie, gdyż teraz nie musi już liczyć się z jego fochami.
Żyjemy w czasach, w których politycy muszą być wyraziści, pełni energii, który komunikują się z wyborcami korzystając z nowoczesnych technologii. W takich warunkach kampania staje się nieustannym atakiem na przeciwników. Rodzajem strumienia świadomości. I bynajmniej nie chodzi tu o prawdę, lecz wyłącznie o emocje.
Mało kogo interesowały kulisy negocjacji między SLD a PO w sprawie wspólnego startu w wyborach do Sejmu i Senatu, ale uwaga Włodzimierza Czarzastego , że był to „Stosunek ślimaka z meduzą” oraz pokazany przez niego „gest Kozakiewicza” został odnotowany przez wszystkie media.
Jaki ma być program wyborczy Lewicy? Wszystko sprowadza się do kilku prostych haseł – na przykład – „Nie oddamy Polski PiS-owi”, „Nie dopuścimy do tego, by Kaczyński wyprowadził nasz kraj z Unii Europejskiej”, „Nie musimy wstydzić się w Europie za nieudolną „Brochę” Szydło”, „Uczynimy Polskę naprawdę silnym i liczącym się w Europie krajem”.
O lewicowej koalicji powinno być głośno – „Zjednoczona Lewica jest czarnym koniem tych wyborów”, „Dziękujemy za poparcie i prosimy o więcej”, „ Nie chcę się wstydzić za Prawo i Sprawiedliwość, dlatego głosuję na Lewicę”.
Należy codziennie atakować polityków Prawa i Sprawiedliwości za to, że nie szanują wyroków sądowych, że poseł Pięta ma problemy z kochanką. A poseł Tarczyński z głową. Trzeba nieustannie przypominać o uczuciach Macierewicza do Misiewicza itp. Należy wręcz zasypać Polaków taką narracją, korzystając ze wszystkich dostępnych okazji.
Moim zdaniem Polska nie ma dziś większych problemów gospodarczych i dlatego ta tematyka nie zdominuje tegorocznej kampanii. Lewica powinna obiecywać, że zrobi wszystko, by pensje Polaków dorównywały tym zachodnim. Że będzie się żyło nam lepiej.
Za to będą pogłębiały się problemy edukacji i szeroko rozumianej służby zdrowia. We wrześniu dzieci i nauczyciele przekonają się czym naprawdę jest reforma edukacji.
Temat braku leków, niskich zarobków lekarzy i pielęgniarek będzie aktualny także jesienią. Zj Lewica może obiecać, że w krótkim czasie zwiększy nakłady budżetowe w tych obszarach. Jeśli chcemy mieć dobrze wykształcone młode pokolenie, to nauczyciele powinni zarabiać więcej. To samo dotyczy lekarzy, pielęgniarek i pozostałego personelu medycznego.
Skąd na to pieniądze? Wystarczy nie kraść, i być skrajnie rozrzutnym jak pisowska nomenklatura w spółkach skarbu państwa. Trzeba w kółko powtarzać – „Wam się po prostu nic nie należy” i „Nie pozwolimy, by PiS zrealizował największy i najkosztowniejszy ze swych programów – „Koryto +”.
Istotne jest też, by pamiętać – Kampania wyborcza Lewicy nie jest adresowana do zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. Ci wyborcy nas nie interesują. Kierujemy nasze przesłanie do osób rozczarowanych polityką Platformy Obywatelskiej i Grzegorza Schetyny , do ludzi, którzy stracili zaufanie do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Do tych, którzy dotychczas nie uczestniczyli w wyborach, albo zostali zniechęceni poczynaniami liderów opozycji. I oczywiście do młodych osób. To zdanie dla Roberta Biedronia i Adama Zandberga.
Kilkuosobowy zespół osób mających doświadczenie w prowadzeniu kampanii wyborczych, jest w stanie na bieżąco rozpisać zadania dla kandydatów niemal na poszczególne dni kampanii. Jest też w stanie przygotować spoty telewizyjne i radiowe.
Potrzebne też będą osoby, które zajmą się mediami społecznościowymi. Ich zadaniem będzie stworzenie wrażenia, że kampania Lewicy jest niezwykle dynamiczna i otwarta na różne pozytywne pomysły.
Jestem też pewien, że wielu intelektualistów, naukowców, pisarzy, aktorów, przedstawicieli szeroko rozumianego świata kultury może w tych wyborach zagłosować na kandydatów lewicy. Trzeba pomóc im podjąć taką decyzję.
Mam świadomość, że nie wszystko da się zrealizować, że zapewne w kampanii będą sytuacje trudne, ale wybory wygrywają ci, którzy popełnią mniej błędów. Moim zdaniem Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe już wyczerpały ich dopuszczalny limit. A to dopiero początek. Lewica nie musi iść tą drogą.

Nie powiedzą, skąd mają kasę

Główni gracze polskiej polityki – PiS i PO – zdecydowanie stawiają na tajemnicę.

W ciągu ostatnich pięciu lat Sieć Obywatelska Watchdog do obu partii wysłała 6 wniosków o informacje publiczną dotyczących ich finansowania.
Wszystkie miały finał w sądzie, ponieważ partie albo nie odpowiedziały albo ich odpowiedź była niepełna, np. uznały, że nie wszystkie dane, o które wnioskowano, stanowią informację publiczną.
Podobnie było tym razem. O co pytano?
17 czerwca do dziewięciu partii politycznych wysłano wniosek o udostępnienie informacji publicznej w postaci: 1. historii rachunków bankowych partii od 1 stycznia 2019 r. do 31 maja 2019 r. w formie przeszukiwalnej, oraz 2. informacji o tym, czy w powyższym okresie miały miejsce wydatki lub wpływy do kasy partii, a jeśli tak – informacji o tym, w jakiej kwocie i od kogo/na czyją rzecz?.
Inne partie odpowiedziały. SLD udostępnił dane z kont i raport kasowy, Partia Zieloni była najszybsza i (jak dotąd) najbardziej przejrzysta.
Nie dowiemy się natomiast o finansach PiS.
24 czerwca Prawo i Sprawiedliwość odpowiedziało, że wnioskowane przez Watchdog dane nie są informacją publiczną. Odpowiedź PiS powołuje się na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 12 stycznia 2018 roku, zgodnie z którym „wyciągi i historie rachunków bankowych nie stanowią informacji publicznej. Na ten sam wyrok powołuje się Platforma Obywatelska, odmawiając udostępnienia historii rachunku bankowego. Odpowiedź PO przychodzi 9 lipca, ponad tydzień po ustawowym terminie. Jedyne, co udaje się uzyskać od tej partii, to ogólnikową odpowiedź na drugie pytanie, dotyczące wydatków. W sprawie dotyczącej innego wniosku do PiS-u, w którym też pytano o historię rachunków bankowych partii, i też nie uzyskano odpowiedzi, Naczelny Sąd Administracyjny orzekł: „ Zdaniem NSA, sąd I instancji prawidłowo przyjął, że z wniosku Stowarzyszenia Watchdog o udzielenie informacji publicznej jasno wynikał przedmiot i zakres żądania, co obligowało zobowiązaną partię do jego załatwienia zgodnie z przepisami ustawy o dostępie do informacji publicznej, a prawidłowe zastosowanie przepisów ustawy zwalniałoby partię z zarzutu bezczynności w jego rozpoznaniu”. Czyli, że powinni odpowiedzieć.
11 lipca b.r. Watchdog wysłał więc skargi na bezczynność Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Podkreślono w nich, że partia polityczna jest podmiotem zobowiązanym do udostępnienia informacji publicznej co wynika wprost z treści art. 4 ust. 2 o dostępie do informacji publicznej, i wielokrotnie było podkreślane w orzecznictwie.
Obie partie w swoich odpowiedziach powołują się na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z 12 stycznia 2018 r., tymczasem wyrok ten nie jest prawomocny, a z wspomnianego wyroku NSA wynika co innego. Sieć Watchdog złożyła więc skargę kasacyjną.

Skrzydłom koalicji pożary nie straszne

Obserwacja braku decyzyjności wśród liderów na których liczą wyborcy opozycji pozwala wątpić w ich rzeczywistą siłę. Podziały to najgorszy pomysł na jaki może się teraz skusić jakakolwiek partia po stronie przeciwnej do obozu rządzącego. Niektórzy wciąż jednak łudzą się, że ich indywidualne przekonania mają teraz jakiekolwiek znaczenie.

Hasło, które wydaje się jak mantrę powtarzać lider PSL, jakoby „skrzydła zbyt szerokie się łamią” (z pewnością nie anielskie, ponieważ PiS już zdążył dokonać oficjalnego podziału na dobrych i złych) tłumaczyć ma jego usilne przekonanie o słuszności ochrony swoich wyborców przed światopoglądowymi deklaracjami lewicy.  Nie wiadomo jednak jak dawno pod swoje skrzydła zaglądał  i czy zdaje sobie sprawę, kto tam jeszcze w ogóle jest. Kamysz zdaje się nie widzieć, że zielony szyld może już nie nieść za sobą żadnych realnych działań dla swoich wyborców. Nie jest już przecież tajemnicą, że strategiczna, daleko w przód wybiegająca propaganda PiS już dawno dotarła ze swoją wizją lepszej Polski na wiejskie tereny.  To właśnie teraz, w małym wiejskim kościółku odbywa się  mszalny wiec wyborczy PiS. W innej wsi
z kolei strażacy OSP „w ramach docenienia jej dotychczasowej działalności” otrzymują z kasy rządu kolejne przelewy na konta.
Mało kto przy tym  zdaje sobie sprawę, że strażacy z OSP wciąż i tak nie wiedzą co  zrobić z otrzymywanym kapitałem. Jak wynika z raportu NIK tylko 30% strażaków będzie potrafiło i mogło realnie skorzystać z zafundowanej im wiedzy i gasić pożary. Choć przed zmianą sposobu finansowania OSP ludowcy stali  murem wraz z PO, to niewiele zadziało się w tej sprawie. Pieniądze owszem napływają ale „z klucza partyjnego” którego zasady zna tylko prezes. A temu z kolei wcale nie zależy na tym, aby  ktokolwiek w kraju działał. Jedyną aktywnością jaką ma wykonać strażak z OSP jesienią jest pójście do urny i oddać głos na PiS.  Tym samym, w czasie kiedy PSL w stworzonej z ego bańce układa sobie swój wizerunek i chroni nieznanych sobie wyborców, PiS kolęduje od wsi do wsi i wskazując na efekty swojej „dobrej zmiany” przenosi na rękach na swoją stronę.
Partie po stronie opozycyjnej są silne i mogą bardzo wiele zdziałać w ramach swoich programowych założeń. Teraz jednak wybitnie daje się we znaki strach, który motywuje ich do jeszcze większych podziałów. Brak stanowczości jest znacznie większym zagrożeniem niż jakakolwiek mocno postawiona decyzja. Ego wciąż bierze górę nad rozsądkiem i nie pozwala PSL ustawić się twardo po stronie przeciwko największemu zagrożeniu dla Polski.
Strach Kamysza przed niegłosującymi i pozostającymi w domu potencjalnymi wyborcami PSL jest dla niego tak paraliżujący, że już dawno zapomniał w jakim celu tak naprawdę powstaje koalicja. Wydaje się wierzyć i podświadomie przekonywać  do tego innych, że kiedy nie daj boże pojawią się w koalicji z lewicą, fala LGBT  wyleje się szerokim strumieniem na polską wieś. Strach i obawy przed złowróżbnymi tęczowymi wizjami PSL to jednak nie to czego na prawdę powinni się obawiać.
Ludowcy wydają się nie  widzieć w jak dużym zagrożeniu jest obecnie nasz kraj. Samowola prawicy już dawno wylała się poza nasze granice i w obecnych dnia kompromituje Polskę również na arenie międzynarodowej.  Każdy podział w opozycji będzie więc  tylko wzmacniał obóz rządzący, który z racji obecności w niej prezesa – wizjonera nie ma już żadnych zahamowań.
W obecnym momencie, kiedy zagrożona jest demokracja  – każdy inny temat powinien zostać odłożony na bok. To nie LGBT jest bowiem zagrożeniem dla Państwa ale przyzwolenie na dalsze podziały. Na komfort indywidualnych poglądów i troskę o swoje ego można sobie pozwolić dopiero wtedy, kiedy odzyska się realną władzę w państwie. Obecnie to tylko taniec na cudzym weselu.
Każdy z wyborców jest człowiekiem, bez względu na swój kolor skóry, wyznanie, światopogląd czy orientację. Jako człowiek posiada wolność wyboru i jeżeli pozwoli się mu myśleć, wybierze właściwie dla siebie. Tym samym to podstawa demokracji powinna być punktem wyjścia w rozmowach o ewentualnym zjednoczeniu, a nie żadne inne argumenty przeciw bogu ducha winnym działaczom równościowym. W mądrze rządzonym kraju znajdą oni przecież i tak należne dla siebie miejsce.
Wywalczona wolność wyboru powinna być skierowana teraz na słuszne tory – dla dobra Polski, a nie egoistycznych indywidualnych motywacji. Tłum chce czuć siłę i zdecydowanie  – tylko wtedy pójdzie w ogień gasić nawet najbardziej rozgorzałe pożary.