Konserwatywna Polska? To mit

Prezydentura Jacka Jaśkowiaka – czyli jaka?

To prezydentura opowiadająca się za Polską nowoczesną i europejską, silnie związaną z UE, w przeciwieństwie do tej ciążącej bardziej ku Białorusi i Rosji, firmowanej przez osoby takie jak Kaczyński i Rydzyk. W najbliższych wyborach prezydenckich będziemy więc walczyć nie tylko o zmianę na stanowisku najważniejszej osoby w państwie, ale też o możliwość zatrzymywania działań pchających nasz kraj na wschód. Jako prezydent będę się im przeciwstawiał.

Jak pan chciałby to zrobić?

Nie mam zamiaru bezsensownie wetować ustaw, bo tu chodzi o to, aby współpracować i wzajemnie przekonywać się do pewnych rozwiązań. Działania pozytywne będę oczywiście wspierał, a blokował te karygodne i szkodliwe.

Będę stał na straży konstytucji i prowadził racjonalną politykę zagraniczną. Obecna, opierająca się wyłącznie na relacjach ze Stanami Zjednoczonymi, jest ryzykowna i nie gwarantuje Polsce bezpieczeństwa w dłuższej perspektywie. Konieczne jest odbudowanie dobrych stosunków z Unią Europejską i naszymi najbliższymi sąsiadami.

Przez ostatnie 5 lat prezydentury w Poznaniu pokazałem, że potrafię współpracować i rozmawiać ze wszystkimi. Można zachowywać rozdział państwa od Kościoła, a jednocześnie dobrze współpracować z nim w kwestiach dotyczących pomocy ubogim i bezdomnym – w tym zakresie zrobiłem dużo więcej niż mój poprzednik, który chodził regularnie na wszystkie procesje i siadał w kościele w pierwszym rzędzie, szczególnie w okresie wyborczym. Pokazałem też, że potrafię się porozumieć z wojewodą, który jest członkiem PiS-u.

Pokazałem, że potrafię promować różnorodność, tolerancję, dbać o najuboższych, ale też o dobre relacje z inwestorami i poznańskimi przedsiębiorcami, którzy tworzą atrakcyjne miejsca pracy dla poznaniaków.

Czyli jak widzi pan politykę obronną?

Nie można kłócić się z sąsiadami, także z Ukrainą i z Rosją. Trzeba napięcia łagodzić, a nie eskalować. Tam, gdzie to możliwe, trzeba współpracować, czy to w obszarze sportu, czy kultury. Należy też otwarcie mówić o tematach trudnych w naszej wspólnej historii. Nie można jej zakłamywać.  Dla mnie idealnym modelem prowadzenia polityki zagranicznej jest Szwajcaria, ostatnia wojna miała miejsce 500 lat temu i zginęło w niej 150 żołnierzy. Jestem za mocnym osadzeniem w Europie Zachodniej, ale też troską o to, aby nasze kadry wojskowe czuły godność. Moim zdaniem Antoni Macierewicz dokonał destrukcji naszej armii, zrobił to samo, co przed wojną Stalin. To bardzo niepokojące także w kontekście zmian w wywiadzie i kontrwywiadzie. Armia musi być niezależna od polityków. Pospolitym ruszeniem i WOT nie osiągniemy tego, co można osiągnąć profesjonalizmem i jakością.

Co w kwestii praworządności chciałby pan zrobić? Sąd Najwyższy wydał orzeczenie, że KRS nie stoi na straży praworządności sądów i niezależności sędziów. PiS ten wyrok bagatelizuje. Szef neo-KRS mówi, że on nic nie zmienia w prawnej rzeczywistości.

Przede wszystkim szukałbym opinii fachowców. To są trudne tematy. Mamy przecież wybranych sędziów przez poprzednią kadencję Sejmu, więc pewnie ich bym zaprzysiągł. Szukałbym też możliwości konwalidowania szeregu zmian w ostatnich latach, które weszły w życie na skutek zaniechań prezydenta Dudy. Do tego potrzebny jest zespół ekspertów i przemyślane ruchy, aby nie naprawiać prawa ponownym łamaniem go. To scenariusz, który może pozwolić w miarę sprawnie posprzątać tę stajnię Augiasza, którą rządzący z prezydentem Dudą na czele nam zgotowali. Tu prostych recept niczym z mitologii nie ma.

Sejm również wybrał na sędziów Trybunału Konstytucyjnego pana Piotrowicza i panią Pawłowicz. Czy ich by pan wobec tego mianował do TK?

Jeżeli nie byłoby przeszkód formalnych, jak choćby te, że przekroczyli wiek 67 lat, to tak. Prezydent musi działać w zgodzie z prawem. Jest strażnikiem konstytucji, więc jest ostatnią osobą, która może pozwolić sobie na łamanie prawa, nawet jeśli jest mu to politycznie wygodne.

Jakie są pana najmocniejsze strony? Mówi się, że to, że nie obciąża pana 8 lat rządów PO-PSL.

Z pewnością to jest jeden z elementów. Drugim jest mój dorobek w zakresie zarządzania Poznaniem. Można oczywiście deklarować wiele, a potem się z tego nie wywiązywać, co jest częste u polityków. Ja w zakresie polityki senioralnej, w zakresie działań skierowanych do najuboższych pokazałem, jak działać skutecznie. Pokazałem, że miasto może być otwarte i tolerancyjne, czyli takie, w którym każdy czuje się dobrze, także ten o konserwatywnych poglądach. W Poznaniu może się czuć dobrze ubogi i zamożny, potrafimy rozmawiać z przedsiębiorcami, ale też potrafimy budować mieszkania treningowe dla osób, które wychodzą z bezdomności. Można też być członkiem partii politycznej i zarządzać miastem w taki sposób, by przynależność partyjna nie miała na to wpływu, także na decyzje personalne.

Pokazałem, że można mieć własne zdanie, nawet gdy to nie sprzyja dobrym sondażom. Tak było chociażby w przypadku mojego udziału w marszu równości. W poznaniu mogą czuć się dobrze wszyscy, niezależnie od tego, jakiego są wyznania, koloru skóry czy poglądów politycznych.

W czym jest pan lepszy od Małgorzaty Kidawy-Błońskiej?

Nie mam zamiaru krytykować Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w jakikolwiek sposób. Mogę tylko mówić, co ja zamierzam zrobić i co udało mi się zrobić na innych odcinkach. Mogę przekonywać do siebie i pokazywać, że mamy wybór nie tylko co do osoby, ale też co do przyszłości partii oraz kraju. Pięć lat temu Rafał Grupiński z Donaldem Tuskiem zaryzykowali, chociaż panowało powszechne przekonanie, że w Poznaniu szanse ma tylko kandydat konserwatywny i zachowawczy. Ta odważna decyzja okazała się wówczas dobra dla PO.

Czy jest pan za utrzymaniem tzw. kompromisu aborcyjnego, czy należy zliberalizować ustawę?

Uważam, że w tej chwili nie można się koncentrować na elementach, które budzą emocje i prowadzą do jeszcze większych podziałów. Należy o tych kwestiach dyskutować i być elastycznym.
Sądzę, że na przestrzeni 5-6 lat dojdzie do rozwiązań, które funkcjonują w państwach chadeckich, np. w Niemczech, gdzie nie ma aborcji traktowanej jako środek antykoncepcyjny, ale jest opieka i troska wobec kobiet, które rozważają podjęcie tej dramatycznej decyzji.

To musi zostać jasno zdefiniowane w prawie, a kobiety powinny mieć – w ramach tych jasno określonych przepisów – możliwość wyboru. Sądzę, że do takiego rozwiązana będziemy zmierzać, jeżeli utrzymamy europejski, zachodni kurs. Jeżeli będziemy dryfować w drugą stronę, to może być różnie. Ważna jest też edukacja seksualna w szkołach, bo ona może pomóc pewnych dramatów uniknąć.

Jak to było z prawyborami? Dlaczego zgłosił się pan w ostatniej chwili?

Obserwowałem sytuację. Swoją decyzję uzależniałem trochę od tego, kto się zgłosi. Pewnie gdyby było już kilkoro kandydatów, nie zdecydowałbym się na to. Ta decyzja dojrzewała we mnie przez pewien czas, w zasadzie od momentu, kiedy Donald Tusk poinformował, że nie będzie starował. Stąd też taki termin. Wszystko odbyło się zgodnie z wymogami statutowymi.Zgłosiłem swoją kandydaturę w kopercie, dokładnie tak samo, jak zrobiła to Małgorzata Kidawa-Błońska. Pytałem ją o to.

Jest pan rozwodnikiem. Czy w katolickim, tradycyjnym kraju to może przejść?

Nie widzę powodów do wykluczania kogokolwiek z uwagi na stan cywilny. Nie wiem, czy prezes NIK Marian Banaś jest w szczęśliwym związku małżeńskim, czy nie. Kryterium doboru na najważniejsze stanowiska w Państwie nie powinien być stan cywilny. To pytanie do Polaków i Polek. Wśród polityków PiS mamy wielu rozwodników i nie przeszkadza im to w karierze. Także w innych krajach, chociażby w USA, gdzie prezydentem jest Donald Trump. Jeżeli w innych krajach nie stanowi to problemu, to dlaczego miałoby tak być w Polsce? Nie podzielam poglądu, że Polska jest tak bardzo konserwatywnym krajem, jak się powszechnie uważa. Widać, że mocno się laicyzuje, ja o pewnych sprawach potrafię mówić otwarcie.

W Polsce jest wiele osób, którym nie udało się w związkach małżeńskich przetrwać i o tym też trzeba jasno mówić. Najważniejsze, aby dbać o dzieci i nawzajem się szanować. Wydaje mi się, że mam ze swoją byłą żoną lepsze relacje, niż w niejednym małżeństwie, które trwa.

Pierwsza dama potrafi mocno ocieplić wizerunek. Niektórzy nawet wiedzą, że gdyby nie Agata Duda, która mocno zaangażowała się w kampanię męża, to prezydentem mógłby być dziś ktoś inny. Pan będzie pozbawiony tego „plusa dodatniego”.

Ja, podobnie jak pan Kaczyński, mogę się teraz poświęcić w pełni Polsce.

Wybory: czy mogło być jeszcze lepiej?

Pomimo upływu kilku tygodni, trudno zapomnieć niezwykłą dramaturgię, jaka towarzyszyła ustalaniu rezultatu wyborów parlamentarnych.

W pierwszej kolejności napływały wyniki z niewielkich komisji wyborczych, głównie wiejskich. W miarę napływania kolejnych wyników stan posiadania PiS-u w Sejmie i Senacie sukcesywnie się zmniejszał. Pomimo tego, po zsumowaniu głosów z ponad 80 proc. obwodowych komisji wyborczych Prawo i Sprawiedliwość miało 53 senatorów. Ale dane, które napłynęły z ostatnich kilkunastu procent komisji, pozbawiły PiS pięciu mandatów senatorskich, a antypisowska opozycja uzyskała bezwzględną większość w Senacie. Tylko za zgodą Senatu Sejm powołuje Rzecznika Praw Obywatelskich, prezesa Najwyższej Izby Kontroli, Rzecznika Praw Dziecka, Prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych, prezesa Instytutu Pamięci Narodowej oraz prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej (należy jednak pamiętać o tym, że jedynie w odniesieniu do RPO i prezesa NIK określa to konstytucja, w pozostałych przypadkach ustawy, a te pisowska większość sejmowa jest w stanie zmienić). Senat wybiera spośród senatorów 2 członków 25-osobowej Krajowej Rady Sądownictwa, powołuje 1 członka pięcioosobowej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, 1/3 członków Rady Polityki Pieniężnej oraz 2 członków dziewięcioosobowego Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej.

Senacki sukces opozycji nasuwa pytanie, jaki byłby efekt podobnego zjednoczenia sił w wyborach sejmowych. Wyobraźmy sobie więc, iż Koalicja Obywatelska i Lewica wystawiły wspólną listę, na którą zagłosowali wszyscy ich wyborcy (chociaż oczywiście tak by nie było, część radykalnie lewicowego elektoratu nie poszłaby na wybory, część konserwatywnego elektoratu KO nie poszłaby na wybory lub zagłosowała na inne ugrupowania, między innymi Prawo i Sprawiedliwość). Okazuje się, że nawet przy tak skrajnie optymistycznych założeniach jak wyżej opisane, wspólna lista zdobyłaby 191 mandatów poselskich, zaledwie o 8 więcej, niż KO i Lewica startujące osobno. Byłoby to siedem dodatkowych mandatów kosztem PiS (Kraków I, Nowy Sącz, Tarnów, Siedlce, Warszawa I, Warszawa II, Olsztyn), jeden kosztem Koalicji Polskiej (Koszalin). Owszem, pozbawiłoby to PiS większości bezwzględnej, redukując jego wyborcze zwycięstwo do 228 posłów. Myślę jednak, iż Prawo i Sprawiedliwość bez problemu pozyskałoby kilku posłów z innych ugrupowań, w ostateczności utworzyłoby koalicję z Konfederacją. Moglibyśmy wtedy zatęsknić za samodzielnymi rządami Prawa i Sprawiedliwości, Porozumienia oraz Solidarnej Polski.

W tych wyborach do Sejmu nie można było zrobić nic więcej, za to znakomita dla formacji lewicowej okazała się decyzja władz PO o rezygnacji z utworzenia szerokiej koalicji. Lewica zjednoczyła się, zachowała tożsamość i odniosła sukces. W przeprowadzonych po wyborach kilkunastu badaniach sondażowych notowania Lewicy wzrosły, zaś PiS-u – spadły. Poparcie dla Lewicy oscyluje w przedziale 10 – 18 proc. (mediana 14 proc.), poparcie dla PiS -w przedziale 35 – 47 proc. (mediana 41 proc.). Wygląda to coraz bardziej optymistycznie. Aż szkoda, że następne wybory dopiero za niespełna cztery lata.

Kosmita w natarciu Ważny tunajt

Jacek Jaśkowiak, prezydent Poznania, członek PO, ogłosił, że podejmie wyzwanie, i wystartuje jako kontrkandydat Małgorzaty Kidawy-Błońskiej w partyjnych prawyborach na prezydenta Polski. Ani pani Kidawa-Błońska nie wiedziała jeszcze do wczoraj, że będzie miała jakiegoś rywala, ani, najprawdopodobniej, sam Jacek Jaśkowiak nie wiedział, że kandydatem zostanie. Taka niespodzianka.

Mój kolega opowiadał mi niedawno, że jego kolega opowiadał mu, że zdarzyła się kiedyś w pewnym mieście niesamowita historia. Najsampierw do bloku na obrzeżach przyjechała policja, żeby zawinąć dilera, co też uczyniła. Przy okazji diler dostał zapaści, bo oprócz handlowania, zajmował się też zażywaniem. Zawezwano karetkę. Kolega kolegi jest ratownikiem medycznym. Kiedy ekipa ratownicza szła schodami na ostatnie piętro do dilera z zapaścią, jeden z medyków, mijając mieszkanie piętro niżej, przytomnie zauważył: chłopaki, a czy tu czasem nie mieszka ta baba, co twierdzi, że dymał ją kosmita? Co jakiś czas bowiem, ośrodek zdrowia w którym kolega kolegi pracował, odwiedzała starsza pani, która twierdziła, że noc w noc nachodzi ją kosmita, który wykorzystuje ją seksualnie. Kiedy medycy dotarli wreszcie do celu, okazało się, że dilerowi nagle się polepszyło. Przy okazji byli świadkami rewizji w jego mieszkaniu. Policjanci zabezpieczali prochy, torebki strunowe, a kiedy otworzyli szafę, wypadł z niej…strój kosmity z czułkami i zielonym ogonem. Oprócz dilerki, dorzucili dilerowi jeszcze zarzut gwałtu i narkotyzowania staruszki. Ile kochaś dostał od państwa polskiego w nagrodę, tego nie wiem. Kolega już nie powiedział. A teraz popatrzcie sobie Państwo na Platformę Obywatelską, główną opozycyjną partię, oraz jej szefa i przypomnijcie sobie, co wydarzyło się w mijającym tygodniu.
Wymyśliła partia, że kandydata na prezydenta wyłoni w prawyborach. Kiedy dokładnie policzyła, wyszło jej, że powszechne prawybory będą za drogie. Wybierze więc kandydata Rada Krajowa, czyli 1200 elektorów, 13 grudnia. Lepszej daty wybrać nie można było. Naturalną kandydatką, która od razu zgłosiła swój akces, została Małgorzata Kidawa-Błońska. W międzyczasie startu odmawiali po kolei Trzaskowski, Grodzki i Arłukowicz. Na koniec wysypał się Tusk, więc nie było już za bardzo kogo wystawić do wewnętrznego starcia. Tym samym, cała idea prawyborów, wymyślona przez Grzegorza Schetynę, traciła sens. Nagle jednak okazało się, że będzie kontrkandydat: Jacek Jaśkowiak z Poznania. I w tym całym galimatiasie, gdzie Grzegorz Schetyna gra ewidentnie na siebie, wystawiając kandydata za pięć dwunasta, żeby odwrócić uwagę od walki o przywództwo w partii, oraz osłabić MK-B, która może mu poważnie zagrozić, szkoda mi samego Jaśkowiaka. Bo to naprawdę jeden z bardziej przytomnych platformersów. Wygrał z Grobelnym, gdy nikt na niego nie stawiał. Dał się poznać, jako prezydent progresywny i postępowy w działaniu. Nie bał się postawić prezydentowi Dudzie w rocznicę Poznańskiego Czerwca. Z tym że w Polsce, dla ludzi nieinteresujących się polityką, jest wciąż postacią kompletnie anonimową. Aż nadziwić się nie mogę, że Jacek Jaśkowiak zdecydował się wejść w taki układ. No chyba że gra na siebie w dłuższej perspektywie i liczy na to, że prawybory w PO pozwolą mu dać się poznać szerszej publiczności, bo ile by głosów nie uciułał, ważne, żeby nazwiska nie przekręcili. Szkoda jednak mimo wszystko chłopa, że dał się wymanewrować w tak idiotyczny deal; dobry był z niego herbatnik.
Wróćcie teraz Państwo pamięcią i oczami do historii o staruszce i kosmicie. Zastanawiam się, jak się muszą czuć wyborcy Platformy i MK-B; czy jak staruszka, czy jak medycy z przychodni, którzy skonstatowali, że wszystkie pogłoski o tym, że kosmita nachodzi staruszkę nocą, okazują się prawdą. Że ktoś ich „wykorzystuje” i traktuje cokolwiek przedmiotowo. Bo jak się czuje

Jarek Ważny – dziennikarz i muzyk w jednej osobie. Jest absolwentem dziennikarstwa UW, występował z takimi formacjami jak Większy Obciach, The Bartenders i deSka, Vespa, Obecnie gra na puzonie w grupie Kult a także z zespołami Buldog i El Doopa. prowadzi także bloga „PoTrasie”.

Plan

Historia uczy, że niewielka, lecz zdeterminowana i pod sprawnym przywództwem grupa zawsze wygrywa z dużą, słabo motywowaną i źle dowodzoną masą ludzi.

To co się stało 18 lipca 2019 roku jest klęską obozu demokratycznego w Polsce. Szeroka koalicja partii opozycyjnych miała realną szansę na względnie łatwe zwycięstwo w jesiennych wyborach do Sejmu i Senatu. Odpowiedzialność za porażkę tej koncepcji spada na Grzegorza Schetynę i Władysława Kosiniaka – Kamysza.
Nie dosyć, że wyciągnęli oni złe wnioski z porażki w wyborach do Parlamentu Europejskiego, to jeszcze zmarnowali nadzieje wielu myślących, aktywnych politycznie i autentycznie zaangażowanych w sprawy Polski obywateli. Wystarczy przeczytać komentarze w Internecie, by zorientować się kogo Polacy obciążą winą za to co się stało.
Ale jest to też ogromna szansa dla szeroko rozumianej Lewicy, która może stać się nadzieję dla wielu, na pokonanie Prawa i Sprawiedliwości. Choć dziś sytuacja SLD, Wiosny i partii Razem jest bardzo trudna. I tylko od polityków lewicy zależy jaki będzie ostateczny wynik.
Dziś, używając języka wojskowego – „Sytuacja jest beznadziejna, wróg ma ogromną przewagę, cofać się nie ma dokąd. Dlatego trzeba atakować”. Politycy Lewicy są dziś zdeterminowani by udowodnić swym niedawnym koalicjantom, jak bardzo się pomylili w ocenie sytuacji politycznej i tego, czego chcą wyborcy.
Aby przekonać Polaków lewicowa koalicja potrzebuje dziś bardzo dobrej, bezkompromisowej kampanii wyborczej. To nie może wyglądać tak, jak kampania prezydencka Magdaleny Ogórek, czy wybory do Sejmu i Senatu cztery lata temu.
Na początek warto uświadomić sobie, że prawdziwym powodem porażki opozycji w wyborach do Parlamentu Europejskiego, był nie brak spójności ideowej, lecz brak porządnej kampanii. Odpowiedzialność za ten stan spada na Platformę Obywatelską, która nie liczyła się z pozostałymi partnerami. Nie warto dziś wchodzić w szczegóły. Ale trzeba znaleźć odpowiedź na pytanie – Co zrobić, by jesienią 2019 roku wygrać?
Lewica będzie w tych wyborach walczyła nie o 25 procentowe poparcie, lecz realnie o wynik w przedziale – 8 – 12 procent. Każdy punkt powyżej będzie oznaczał oszałamiający sukces.
Lewicowa koalicja nie może popełnić też błędu z roku 2015, czyli nie może zarejestrować się jako „koalicja” i podnieść próg wyborczy do 8 procent. Tak na wszelki wypadek.
Musi też mieć możliwie najlepszy sztab wyborczy, który zacznie działać w ciągu najbliższego tygodnia. Chodzi o niewielką grupę ludzi, którzy mają doświadczenie w prowadzeniu takich kampanii. I którzy je w przeszłości wygrywali.
Ich zadaniem powinno być zorganizowanie nie tylko kampanii na szczeblu centralnym, ale też skutecznego wsparcia dla kandydatów w okręgach wyborczych. Nic bowiem tak nie demobilizuje jak przekonanie, że przegrana jest pewna. A wiemy, że większość osób, które znajdzie się na listach Lewicy nie zdobędzie mandatów poselskich.
Należy uniknąć sytuacji, w której kandydaci będą walczyli między sobą, a nie z przeciwnikami politycznymi. I przekonać tych, którzy nie mają szans na mandat, by poświęcili swój czas i energię dla wspólnego celu. Muszą wiedzieć, że nie są sami, że „Warszawa o nich pamięta i gotowa jest im pomóc”. Jeśli tak się stanie, oznacza to dodatkowy punkt w wyborach. Czyli bardzo dużo, pamiętając, że Lewica nie będzie walczyła o 25 – 30 procent.
Pamiętajmy, że decyzja Platformy Obywatelskiej o samodzielnym starcie w wyborach została
bardzo źle przyjęta przez osoby, które wspierały opozycję i gotowe były na nią głosować. Widać to po wpisach na forach internetowych i pod publikacjami na stronach takich jak Gazeta Wyborcza, Onet.pl, Wirtualna Polska czy Natemat. Dlatego można spodziewać się spadku poparcia dla PO w sondażach. To zjawisko dotknęło już Polskie Stronnictwo Ludowe, i pewnie tylko Władysław Kosiniak – Kamysz wierzy, że PSL łatwo przekroczy próg 5 procent. Większość obecnych posłów w to nie wierzy, lecz nie ma odwagi by się przeciwstawić.
Lewica może zyskać na tym zamieszaniu. Dlaczego? Ponieważ nie ma już nic do stracenia. I może sobie pozwolić na wszystko. Może bezpardonowo atakować Prawo i Sprawiedliwość. Może powiedzieć Polakom, że w gruncie rzeczy jest wdzięczna Grzegorzowi Schetynie, gdyż teraz nie musi już liczyć się z jego fochami.
Żyjemy w czasach, w których politycy muszą być wyraziści, pełni energii, który komunikują się z wyborcami korzystając z nowoczesnych technologii. W takich warunkach kampania staje się nieustannym atakiem na przeciwników. Rodzajem strumienia świadomości. I bynajmniej nie chodzi tu o prawdę, lecz wyłącznie o emocje.
Mało kogo interesowały kulisy negocjacji między SLD a PO w sprawie wspólnego startu w wyborach do Sejmu i Senatu, ale uwaga Włodzimierza Czarzastego , że był to „Stosunek ślimaka z meduzą” oraz pokazany przez niego „gest Kozakiewicza” został odnotowany przez wszystkie media.
Jaki ma być program wyborczy Lewicy? Wszystko sprowadza się do kilku prostych haseł – na przykład – „Nie oddamy Polski PiS-owi”, „Nie dopuścimy do tego, by Kaczyński wyprowadził nasz kraj z Unii Europejskiej”, „Nie musimy wstydzić się w Europie za nieudolną „Brochę” Szydło”, „Uczynimy Polskę naprawdę silnym i liczącym się w Europie krajem”.
O lewicowej koalicji powinno być głośno – „Zjednoczona Lewica jest czarnym koniem tych wyborów”, „Dziękujemy za poparcie i prosimy o więcej”, „ Nie chcę się wstydzić za Prawo i Sprawiedliwość, dlatego głosuję na Lewicę”.
Należy codziennie atakować polityków Prawa i Sprawiedliwości za to, że nie szanują wyroków sądowych, że poseł Pięta ma problemy z kochanką. A poseł Tarczyński z głową. Trzeba nieustannie przypominać o uczuciach Macierewicza do Misiewicza itp. Należy wręcz zasypać Polaków taką narracją, korzystając ze wszystkich dostępnych okazji.
Moim zdaniem Polska nie ma dziś większych problemów gospodarczych i dlatego ta tematyka nie zdominuje tegorocznej kampanii. Lewica powinna obiecywać, że zrobi wszystko, by pensje Polaków dorównywały tym zachodnim. Że będzie się żyło nam lepiej.
Za to będą pogłębiały się problemy edukacji i szeroko rozumianej służby zdrowia. We wrześniu dzieci i nauczyciele przekonają się czym naprawdę jest reforma edukacji.
Temat braku leków, niskich zarobków lekarzy i pielęgniarek będzie aktualny także jesienią. Zj Lewica może obiecać, że w krótkim czasie zwiększy nakłady budżetowe w tych obszarach. Jeśli chcemy mieć dobrze wykształcone młode pokolenie, to nauczyciele powinni zarabiać więcej. To samo dotyczy lekarzy, pielęgniarek i pozostałego personelu medycznego.
Skąd na to pieniądze? Wystarczy nie kraść, i być skrajnie rozrzutnym jak pisowska nomenklatura w spółkach skarbu państwa. Trzeba w kółko powtarzać – „Wam się po prostu nic nie należy” i „Nie pozwolimy, by PiS zrealizował największy i najkosztowniejszy ze swych programów – „Koryto +”.
Istotne jest też, by pamiętać – Kampania wyborcza Lewicy nie jest adresowana do zwolenników Prawa i Sprawiedliwości. Ci wyborcy nas nie interesują. Kierujemy nasze przesłanie do osób rozczarowanych polityką Platformy Obywatelskiej i Grzegorza Schetyny , do ludzi, którzy stracili zaufanie do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Do tych, którzy dotychczas nie uczestniczyli w wyborach, albo zostali zniechęceni poczynaniami liderów opozycji. I oczywiście do młodych osób. To zdanie dla Roberta Biedronia i Adama Zandberga.
Kilkuosobowy zespół osób mających doświadczenie w prowadzeniu kampanii wyborczych, jest w stanie na bieżąco rozpisać zadania dla kandydatów niemal na poszczególne dni kampanii. Jest też w stanie przygotować spoty telewizyjne i radiowe.
Potrzebne też będą osoby, które zajmą się mediami społecznościowymi. Ich zadaniem będzie stworzenie wrażenia, że kampania Lewicy jest niezwykle dynamiczna i otwarta na różne pozytywne pomysły.
Jestem też pewien, że wielu intelektualistów, naukowców, pisarzy, aktorów, przedstawicieli szeroko rozumianego świata kultury może w tych wyborach zagłosować na kandydatów lewicy. Trzeba pomóc im podjąć taką decyzję.
Mam świadomość, że nie wszystko da się zrealizować, że zapewne w kampanii będą sytuacje trudne, ale wybory wygrywają ci, którzy popełnią mniej błędów. Moim zdaniem Platforma Obywatelska i Polskie Stronnictwo Ludowe już wyczerpały ich dopuszczalny limit. A to dopiero początek. Lewica nie musi iść tą drogą.

Nie powiedzą, skąd mają kasę

Główni gracze polskiej polityki – PiS i PO – zdecydowanie stawiają na tajemnicę.

W ciągu ostatnich pięciu lat Sieć Obywatelska Watchdog do obu partii wysłała 6 wniosków o informacje publiczną dotyczących ich finansowania.
Wszystkie miały finał w sądzie, ponieważ partie albo nie odpowiedziały albo ich odpowiedź była niepełna, np. uznały, że nie wszystkie dane, o które wnioskowano, stanowią informację publiczną.
Podobnie było tym razem. O co pytano?
17 czerwca do dziewięciu partii politycznych wysłano wniosek o udostępnienie informacji publicznej w postaci: 1. historii rachunków bankowych partii od 1 stycznia 2019 r. do 31 maja 2019 r. w formie przeszukiwalnej, oraz 2. informacji o tym, czy w powyższym okresie miały miejsce wydatki lub wpływy do kasy partii, a jeśli tak – informacji o tym, w jakiej kwocie i od kogo/na czyją rzecz?.
Inne partie odpowiedziały. SLD udostępnił dane z kont i raport kasowy, Partia Zieloni była najszybsza i (jak dotąd) najbardziej przejrzysta.
Nie dowiemy się natomiast o finansach PiS.
24 czerwca Prawo i Sprawiedliwość odpowiedziało, że wnioskowane przez Watchdog dane nie są informacją publiczną. Odpowiedź PiS powołuje się na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego w Warszawie z 12 stycznia 2018 roku, zgodnie z którym „wyciągi i historie rachunków bankowych nie stanowią informacji publicznej. Na ten sam wyrok powołuje się Platforma Obywatelska, odmawiając udostępnienia historii rachunku bankowego. Odpowiedź PO przychodzi 9 lipca, ponad tydzień po ustawowym terminie. Jedyne, co udaje się uzyskać od tej partii, to ogólnikową odpowiedź na drugie pytanie, dotyczące wydatków. W sprawie dotyczącej innego wniosku do PiS-u, w którym też pytano o historię rachunków bankowych partii, i też nie uzyskano odpowiedzi, Naczelny Sąd Administracyjny orzekł: „ Zdaniem NSA, sąd I instancji prawidłowo przyjął, że z wniosku Stowarzyszenia Watchdog o udzielenie informacji publicznej jasno wynikał przedmiot i zakres żądania, co obligowało zobowiązaną partię do jego załatwienia zgodnie z przepisami ustawy o dostępie do informacji publicznej, a prawidłowe zastosowanie przepisów ustawy zwalniałoby partię z zarzutu bezczynności w jego rozpoznaniu”. Czyli, że powinni odpowiedzieć.
11 lipca b.r. Watchdog wysłał więc skargi na bezczynność Platformy Obywatelskiej oraz Prawa i Sprawiedliwości. Podkreślono w nich, że partia polityczna jest podmiotem zobowiązanym do udostępnienia informacji publicznej co wynika wprost z treści art. 4 ust. 2 o dostępie do informacji publicznej, i wielokrotnie było podkreślane w orzecznictwie.
Obie partie w swoich odpowiedziach powołują się na wyrok Wojewódzkiego Sądu Administracyjnego z 12 stycznia 2018 r., tymczasem wyrok ten nie jest prawomocny, a z wspomnianego wyroku NSA wynika co innego. Sieć Watchdog złożyła więc skargę kasacyjną.

Skrzydłom koalicji pożary nie straszne

Obserwacja braku decyzyjności wśród liderów na których liczą wyborcy opozycji pozwala wątpić w ich rzeczywistą siłę. Podziały to najgorszy pomysł na jaki może się teraz skusić jakakolwiek partia po stronie przeciwnej do obozu rządzącego. Niektórzy wciąż jednak łudzą się, że ich indywidualne przekonania mają teraz jakiekolwiek znaczenie.

Hasło, które wydaje się jak mantrę powtarzać lider PSL, jakoby „skrzydła zbyt szerokie się łamią” (z pewnością nie anielskie, ponieważ PiS już zdążył dokonać oficjalnego podziału na dobrych i złych) tłumaczyć ma jego usilne przekonanie o słuszności ochrony swoich wyborców przed światopoglądowymi deklaracjami lewicy.  Nie wiadomo jednak jak dawno pod swoje skrzydła zaglądał  i czy zdaje sobie sprawę, kto tam jeszcze w ogóle jest. Kamysz zdaje się nie widzieć, że zielony szyld może już nie nieść za sobą żadnych realnych działań dla swoich wyborców. Nie jest już przecież tajemnicą, że strategiczna, daleko w przód wybiegająca propaganda PiS już dawno dotarła ze swoją wizją lepszej Polski na wiejskie tereny.  To właśnie teraz, w małym wiejskim kościółku odbywa się  mszalny wiec wyborczy PiS. W innej wsi
z kolei strażacy OSP „w ramach docenienia jej dotychczasowej działalności” otrzymują z kasy rządu kolejne przelewy na konta.
Mało kto przy tym  zdaje sobie sprawę, że strażacy z OSP wciąż i tak nie wiedzą co  zrobić z otrzymywanym kapitałem. Jak wynika z raportu NIK tylko 30% strażaków będzie potrafiło i mogło realnie skorzystać z zafundowanej im wiedzy i gasić pożary. Choć przed zmianą sposobu finansowania OSP ludowcy stali  murem wraz z PO, to niewiele zadziało się w tej sprawie. Pieniądze owszem napływają ale „z klucza partyjnego” którego zasady zna tylko prezes. A temu z kolei wcale nie zależy na tym, aby  ktokolwiek w kraju działał. Jedyną aktywnością jaką ma wykonać strażak z OSP jesienią jest pójście do urny i oddać głos na PiS.  Tym samym, w czasie kiedy PSL w stworzonej z ego bańce układa sobie swój wizerunek i chroni nieznanych sobie wyborców, PiS kolęduje od wsi do wsi i wskazując na efekty swojej „dobrej zmiany” przenosi na rękach na swoją stronę.
Partie po stronie opozycyjnej są silne i mogą bardzo wiele zdziałać w ramach swoich programowych założeń. Teraz jednak wybitnie daje się we znaki strach, który motywuje ich do jeszcze większych podziałów. Brak stanowczości jest znacznie większym zagrożeniem niż jakakolwiek mocno postawiona decyzja. Ego wciąż bierze górę nad rozsądkiem i nie pozwala PSL ustawić się twardo po stronie przeciwko największemu zagrożeniu dla Polski.
Strach Kamysza przed niegłosującymi i pozostającymi w domu potencjalnymi wyborcami PSL jest dla niego tak paraliżujący, że już dawno zapomniał w jakim celu tak naprawdę powstaje koalicja. Wydaje się wierzyć i podświadomie przekonywać  do tego innych, że kiedy nie daj boże pojawią się w koalicji z lewicą, fala LGBT  wyleje się szerokim strumieniem na polską wieś. Strach i obawy przed złowróżbnymi tęczowymi wizjami PSL to jednak nie to czego na prawdę powinni się obawiać.
Ludowcy wydają się nie  widzieć w jak dużym zagrożeniu jest obecnie nasz kraj. Samowola prawicy już dawno wylała się poza nasze granice i w obecnych dnia kompromituje Polskę również na arenie międzynarodowej.  Każdy podział w opozycji będzie więc  tylko wzmacniał obóz rządzący, który z racji obecności w niej prezesa – wizjonera nie ma już żadnych zahamowań.
W obecnym momencie, kiedy zagrożona jest demokracja  – każdy inny temat powinien zostać odłożony na bok. To nie LGBT jest bowiem zagrożeniem dla Państwa ale przyzwolenie na dalsze podziały. Na komfort indywidualnych poglądów i troskę o swoje ego można sobie pozwolić dopiero wtedy, kiedy odzyska się realną władzę w państwie. Obecnie to tylko taniec na cudzym weselu.
Każdy z wyborców jest człowiekiem, bez względu na swój kolor skóry, wyznanie, światopogląd czy orientację. Jako człowiek posiada wolność wyboru i jeżeli pozwoli się mu myśleć, wybierze właściwie dla siebie. Tym samym to podstawa demokracji powinna być punktem wyjścia w rozmowach o ewentualnym zjednoczeniu, a nie żadne inne argumenty przeciw bogu ducha winnym działaczom równościowym. W mądrze rządzonym kraju znajdą oni przecież i tak należne dla siebie miejsce.
Wywalczona wolność wyboru powinna być skierowana teraz na słuszne tory – dla dobra Polski, a nie egoistycznych indywidualnych motywacji. Tłum chce czuć siłę i zdecydowanie  – tylko wtedy pójdzie w ogień gasić nawet najbardziej rozgorzałe pożary.

Rafał, musisz!

Zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w Warszawie w 2018 było druzgocące. Mieszkańcy stolicy pozwolili partii Trzaskowskiego rządzić stolicą samodzielnie, a nowego prezydenta wybrali w pierwszej turze. Piszę dziś ten tekst, adresując go do prezydenta Warszawy – choć nie było mi dane na niego głosować.

W ostatnich wyborach samorządowych poparłem Pawła Śpiewaka, licząc na możliwość zagłosowania na Trzaskowskiego w drugiej turze. Po pół roku prezydentury, Trzaskowski pokazał jednak, że jest pierwszoligowym politykiem, którego charyzma i otwartość zjednają sobie niejednego wyborcę. Potrafił też zaprezentować inną twarz PO: zamiast rozbieganego wzroku Grzegorza Schetyny, szef warszawskiego magistratu jawi się jako polityk o nadzwyczajnych zdolnościach. O otwartości Trzaskowskiego można było się przekonać gdy dzień po wygranych wyborach rozdawał kawę w warszawskim metrze, czy obecności na Marszu Równości.
Mocna przewaga Platformy nad PiS-em w wyborach parlamentarnych w 2007, a później także w 2011, wynikała w znacznej mierze z osobistych talentów Donalda Tuska. Polska jest krajem, w którym multipolarne ośrodki władzy wewnątrz partii występują rzadko; ze względu na relatywną młodość polskiej sceny partyjnej dominują u nas partie wodzowskie, skoncentrowane wokół osób o wybitnej charyzmie oraz zdolnościach przywódczych i organizacyjnych. Tak było, gdy Aleksander Kwaśniewski, stojąc na czele Komisji Konstytucyjnej Zgromadzenia Narodowego prowadził do władzy SLD, a siebie samego – do prezydentury. Tak było w przypadku późniejszego przywództwa Leszka Millera, zwycięstwa braci Kaczyńskich w 2005, czy wreszcie w kontekście sukcesów wyborczych PO PO. Wodzowski charakter naszej sceny partyjnej jeszcze lepiej widać wśród tzw. partii kanapowych. Na poziomie politycznego planktonu przykładów nie trzeba szukać daleko, skoro już w nazwach partii występuje nazwisko lidera: Wiosna Biedronia, Kukiz ‚15, Solidarna Polska Zbigniewa Ziobro, a jeśliby sięgnąć pamięcią dalej – także Ruch Palikota, czy Nowoczesna Ryszarda Petru, albo choćby nawet egzotyczna Platforma Janusza Korwin-Mikkego.
Tusk potrafił doskonale wyczuwać nastroje Polaków i manipulować percepcją zjawisk społecznych w taki sposób, który pozwolił mu na osiągnięcie najważniejszego, celu bycia w polityce – tj. zdobył i utrzymał władzę przez dwie kadencje, co jak dotąd w Polsce nie udało się nikomu innemu. I choć nigdy nie miał styczności z akademią i nie posiada tytułów naukowych – a jedynie tytuł magistra historii – w okresie przywództwa opozycji, a następnie także koalicji, wykazał się niebywałymi zdolnościami intelektualnymi. W latach 2007-2015 zwykło się mówić, że Tusk jest teflonowy – nic bowiem się do niego nie jest w stanie przykleić. Dopiero ujawnienie afery taśmowej w 2015 spowodowało drastyczne pogorszenie się notowań ówczesnego rządu.
Niestety, charakterystyka polskiej sceny partyjnej zmusiła Tuska do pozbywania się z Platformy Obywatelskiej potencjalnych konkurentów. Od powstania partię zdążyli opuścić najważniejsi i najzdolniejsi politycy tego ugrupowania, którzy mogliby aspirować do pozycji lidera – Maciej Płażyński, Andrzej Olechowski, Paweł Śpiewak, Jan Rokita, Paweł Piskorski czy Janusz Palikot. Poziom merytoryczny kadr Platformy Obywatelskiej przez lata ulegał obniżeniu – brak w partii było miejsca na demokratyczną dyskusję, a próba łączenia skrajności od Gowina do Cimoszewicza skończyła się niepowodzeniem. W pewnym momencie działacze PO zorientowali się jednak, że partie polityczne nie są takim samym produktem, jak papier toaletowy, i nie da się stworzyć marki, która będzie adresowana do wszystkich. Mam jednak wrażenie, że do znacznej części działaczy największej obecnie partii opozycyjnej, wciąż nie dotarło przesłanie z wyborów na przewodniczącego PO, w których Jarosław Gowin atakował Donalda Tuska za politykę tzw. ciepłej wody w kranie. Brak holistycznej wizji Polski po kolejnym zwycięstwie wyborczym, brak spójnej narracji głoszonej przez Platformę Obywatelską – to czynnik, którego rola w procesie zwycięstwa wyborczego PiS jest nie do przecenienia.

W poszukiwaniu źródeł tożsamości

W początkowym okresie istnienia partii, politycy PO określali się jako konserwatywni liberałowie, co zresztą może być uzasadniane szeroką obecnością byłych działaczy Unii Polityki Realnej (partia założona w 1990 przez m.in. Korwin-Mikkego), takich jak Julia Pitera czy Sławomir Nitras i nawiązywania do mitów Ronalda Reagana i Margaret Tatcher. Z czasem jednak partia zaczęła podbierać dawny elektorat SLD – średniomiejską klasę średnią i relatywnie liberalnych wyborców z wielkich miast. Sprzeczności, które wyrosły wskutek polityki catch all party, okazały się nie do utrzymania na dłuższą metę. W 2010 szefem NBP został były szef SLD-owskiego rządu, Marek Belka. PO poparła kandydaturę Marka Borowskiego i Włodzimierza Cimoszewicza do Senatu. Podobnie było z byłym szefem Sojuszu, Grzegorzem Napieralskim, który w wyborach prezydenckich w 2010 uzyskał wynik, o którym dzisiejsze SLD mogłoby tylko pomarzyć (ponad 2 mln głosów), a który wskutek konfliktu z Millerem musiał odejść z partii. Z list PO do Sejmu dostał się Bartosz Arłukowicz, a potem również Tomasz Cimoszewicz. Współpracę z Platformą rozpoczęło wielu byłych postkomunistów – Dariusz Rosati czy Witold Gintowt-Dziewałtowski.
Czy trzydzieści lat po 4. czerwca 1989 scena polityczna powinna wciąż być determinowana tym, co kto robił w latach 80-tych? Nie sądzę, by było to mądre – w świecie nastąpiło wiele przemian, również ideologicznych. Upadł europejski neoliberalizm, jednoznacznie składając do grobu Konsensus Waszyngtoński – zestaw rekomendacji polityk fiskalnych i gospodarczych, na podstawie którego opracowano m.in. program transformacji gospodarczej Polski po 1989. Kryzys finansowy w 2008 pokazał, że rynki dostały zbyt wiele wolności. W Polsce skręt w lewo był wyraźnie zauważalny podczas pierwszego etapu likwidacji Otwartych Funduszy Emerytalnych, gdzie politycy PO – m.in. Jan Vincent Rostowski – jawnie występowali przeciwko Leszkowi Balcerowiczowi. Z drugiej jednak strony, PO w okresie swoich rządów kompletnie pominęło troskę walki o prawa najsłabszych. Płaca minimalna rosła wolniej, niż mogłaby – na co PiS odpowiedział postulatem minimalnej stawki godzinowej. Transfery socjalne nie były adekwatne do tempa rozwoju gospodarczego – na co PiS odpowiedział programem 500+. Przez wiele lat rządów, PO utrzymywała niezwykle drogie przywileje podatkowe dla milionerów, takie jak np. degresywne składki do ZUS, w wyniku czego osoby zarabiające średnią krajową pensje oddawały fiskusowi niemal dwukrotnie większą część swojego dochodu, niż osoby zarabiające najlepiej.

PO potrzebuje nowej twarzy

Historia transformacji ustrojowej w Polsce pokazuje, że choć agresywny kapitalizm może generować wysoki wzrost gospodarczy, nie sprawdza się w zakresie dystrybuowania owoców tego wzrostu i przekuwania wzrostu w rozwój społeczno-gospodarczy. Szansę tę wyczuło PiS, które trafnie zdiagnozowało potrzeby i oczekiwania Polaków. A pomysł PO? Cytując Grzegorza Schetynę: „gdzieś jest, tylko trzeba go znaleźć i wiedzieć z kim go szukać”. Platforma potrzebuje nowych twarzy: młodych polityków, którzy lata 80. i Stan Wojenny pamiętają co najwyżej z dzieciństwa. Dzisiejsi trzydziestolatkowie nie pamiętają PRL, a to oni w znacznej mierze decydują o tym, kto w Polsce będzie sprawował władzę. Platforma takich polityków ma, co pokazały ostatnie wybory samorządowe. Trzaskowski w Warszawie, Jaśkowiak w Poznaniu czy Dulkiewicz w Gdańsku, to tylko kilka nazwisk osób, które swoimi kompetencjami, pewnością siebie, wizją Polski, spójnością biją na głowę polityków, których brak zdolności medialnych wyraźnie szkodzi obozowi opozycyjnemu. PO powinno się uczyć od Kaczyńskiego, i tak jak na czas wyborów Kaczyński chował Macierewicza, Pawłowicz czy Sobecką, tak PO na czas wyborów powinno schować Komorowskiego czy Ewę Kopacz, którzy zresztą przegrali już dla PO jedne wybory – te w 2015.
Schetyna lubi określać Platformę mianem partii chadeckiej. Panie Marszałku, niechże zrobi Pan z PO chadecję! W Niemczech koalicja CDU/CSU nie walczy ze związkami zawodowymi, nie ma problemu z płacą minimalną, nie zgłasza postulatów likwidacji progresji podatkowej, mało tego, nie ma problemu z zaakceptowaniem pełnej równości małżeńskiej par jedno- i dwupłciowych. Pytanie tylko, czy Schetyna sprostałby temu zadaniu. Osobiście mam przekonanie, że nie. Potrzebna jest nowa twarz Platformy.
Wnioski, które wypływają z dwóch ostatnich kampanii, są bardzo proste. Po pierwsze, politycy PO w wielu miejscach zlekceważyli kampanię. Wygrali ci, którzy wyszli do ludzi, tak jak Trzaskowski w wyborach samorządowych, albo Sikorski i Arłukowicz w wyborach do Parlamentu Europejskiego. To właśnie targowiska, bazary i miejskie rynki są miejscami, gdzie nie tylko przekonuje się wyborców do swojej wizji Polski, ale przede wszystkim – gdzie wizja ta powinna się wykuwać. Po drugie, Platforma Obywatelska potrzebuje lidera z prawdziwego zdarzenia. Przywódcy z krwi i kości, który potrafił będzie stworzyć spójną wizję, a potem wcielić ją w życie. W mojej ocenie, oprócz Rafała Trzaskowskiego i Bartosza Arłukowicza nie ma w tej chwili w PO osobowości, która byłaby w stanie zdobyć miłość Polaków bardziej, niż robi to Jarosław Kaczyński. A ten ostatni, mimo gigantycznego elektoratu negatywnego, nie przestaje być piekielnie skuteczny.

Jaka koalicja?

Zbliżają się wybory do sejmu. SLD jak i inne partie rozważają różne scenariusze startu w wyborach.

Ma ona moim zdaniem trzy możliwości: start samodzielny, w koalicji lewicowej Biedronia i w koalicji z Platformą Obywatelską (koalicji wyborczej). Z punktu widzenia ideowego najlepszy byłby start samodzielny, a jeżeli chodzi o ilość zdobytych mandatów to w koalicja z Platformą Obywatelską.
Uważam jednak, że można zawrzeć takie porozumienie wyborcze, które będzie spełniało ambicje poszczególnych partii jej liderów i nie będzie wymagało od nich heroicznych decyzji. To znaczy, że wszyscy członkowie koalicji zachowają swoje wartości i swoje programy. Będzie tylko część wspólna dotycząca przywrócenia w Polsce praworządności, trójpodziału władzy i dobrych stosunków z UE. Pozostałe części programów różnych członków koalicji mogły być odmienne a nawet sprzeczne. Po wyborach członkowie koalicji wyborczej zachowają odrębność organizacyjną będą mieli własne kluby i koła poselskie oraz posłów niezależnych.
Wspólna część programu koalicji nie powinna być prostym cofnięciem ustaw PIS-u, które są sprzeczne z konstytucją i wartościami europejskimi, ale także modernizacją systemu sprawiedliwości uwzględniające dobre rozwiązania, które wprowadził PIS np.: losowanie sędziów czy wzmocnienie roli nadzorczej prokuratora generalnego wobec prokuratorów niższego szczebla. Ta wspólna część programu musi być stosunkowo szczegółowa.
Trzeba oddzielić koalicję wyborczą od koalicji rządowej. Dopiero po rozdzieleniu mandatów mogła by się tworzyć koalicja rządowa, która powinna mieć jeden spójny program. Nie wszyscy członkowie koalicji wyborczej muszą wejść do koalicji rządowej, która w swoim składzie może mieć członków spoza koalicji wyborczej.
Najtrudniejszym zadaniem będzie przygotowanie list kandydatów na posłów i senatorów. Modele konstrukcji takich list mogą być różne. Najpierw trzeba ustalić ilu kandydatów na liście będzie miał każdy z członków koalicji bo do rozdzielenia będzie tylko 460 mandatów poselskich i 100 senatorskich. Można to ustalić na przykład na: podstawie preferencji wyborczych, ilości pieniędzy przeznaczonych na cele kampanii, popularności poszczególnych kandydatów lub w wyniku negocjacji. Ponadto trzeba tak ustawić listy w poszczególnych okręgach poselskich, aby wyborcy mieli w każdym okręgu partię pierwszego lub drugiego wyboru. Jeżeli w którymś okręgu nie ma kandydata SLD to jest kandydat Razem, albo jeżeli nie ma kandydata PO to jest z Nowoczesnej. Nie ma znaczenia kto jest na pierwszym miejscu listy ogólnej ma znaczenie kto jest pierwszy z danej partii. Głosujący najpierw w większości będą szukali partii potem wybierali człowieka z tej partii. Kolejność list partyjnych na liście ogólnej może być ustawiana na przemian tak, aby każda lista partyjna była pierwsza w jednym okręgu i następnie zajmowała kolejne miejsca w następnych okręgach. W przypadku mandatów senatorskich kandydat na jedno miejsce powinien być jeden dla całej koalicji. Jego ustalenie powinno się odbyć na podstawie badań sondażowych z pośród różnych kandydatów zgłoszonych przez członków koalicji.
Warunkiem przystąpienia do koalicji wyborczej będzie:
• Zaakceptowanie wspólnej części programu,
• Umieszczenie wspólnej części programu w swoim programie
• Zobowiązanie, że każdy członek koalicji bez względu na to czy koalicja wygra wybory czy nie czy utworzy koalicję rządową będzie dążył do realizacji wspólnej części programu
• Zgoda się uczestnictwo finansowe w proporcji do swoich możliwości w kampanii wyborczej,
• Pieniądze uzyskane od budżetu za uzyskane mandaty zostaną podzielone nie w proporcji do otrzymanych mandatów ale ilości głosów,
• Pieniądze uzyskane z budżetu nie będą wypłacane członkom koalicji jednorazowo tylko proporcjonalnie do upływu czasu kadencji.
Powołanie koalicji wyborczej ma wiele zalet:
• Będzie to pierwsza w historii Polski koalicja celowa do realizacji wspólnej części programu bez względu na to czy koalicja utworzy rząd
• Koalicja może uzyskać więcej głosów niż gdyby startowały poszczególne partie samodzielnie.
• Partie zachowują swoją tożsamość i swoje programy nie musząc się zgadzać na kompromisy programowe.
• Wyborcy nie boją się głosować na małe partie z powodu tego, że ich głos zostanie stracony.
• Istnieje swoboda wyboru partii do koalicji rządowej jak i udziału w innych koalicjach rządowych.
• Mali członkowie koalicji mimo, że nie uzyskają mandatu otrzymają pieniądze w proporcji do otrzymanych głosów.
W tak zorganizowanej koalicji może się zmieścić zarówno PSL, Razem, Wiosna jak i partia Gowina oraz różne organizacje społeczne. Jeżeli powstanie koalicja wyborcza to są duże szanse, że wygra ona wybory i będzie mogła przegłosować ustawy przywracające praworządność nawet wtedy gdy nie utworzy koalicji rządowej.
Skoro w tak skonstruowanej koalicji SLD nie musi godzić się na kompromisy programowe i nie musi się obawiać że nie wejdzie do sejmu to może przedstawić atrakcyjny lewicowy program. Moim zdaniem powinien on się składać między innymi z następujących elementów:
• Propozycji zmiany konstytucji w celu wprowadzenia w Polsce demokracji bezpośredniej zamiast parlamentaryzmu i wprowadzenia euro. Zlikwidowania przywilejów kościołów, które nie mogą mieć specjalnego statusu, a powinny być zorganizowane na ogólnych zasadach jako stowarzyszenia fundacje lub spółki prawa handlowego w zależności od prowadzonej działalności.
• Należy zwiększyć ilość i jakość programów misyjnych przy mniejszych kosztach poprzez zamianę telewizji i radia publicznego na państwową oraz stworzenie funduszu programów misyjnych o które rywalizowałyby jakością i kwotą dofinansowania telewizje i radia zarówno państwowe i prywatne na takich samych zasadach.
• Wprowadzenie możliwości aborcji na żądanie.
• Zalegalizowanie związków partnerskich z możliwością adopcji dzieci.
• Całkowitej zmiany systemu socjalnego w taki sposób aby każdy kto chce z niego skorzystać osiągał co najmniej dochody na poziomie minimum socjalnego. Aby to osiągnąć trzeba przyjąć kryterium dochodowości przy udzielaniu pomocy socjalnej i wykorzystać narzędzia rynkowe do racjonalnego wydawania środków przeznaczonych na systemy socjalne.
• Działań na rzecz utworzenia wspólnej operacyjnej armii europejskiej zdolnej do obrony Unii Europejskiej przed wszystkimi zagrożeniami w zakresie działań konwencjonalnych bez pomocy USA. Z jednej strony obniży to koszty obrony (oszczędności na zakupach broni i wyposażenia, drugiej strony uwolnienie się od szantażu Stanów Zjednoczonych w dziedzinie bezpieczeństwa państw europejskich.
• Wprowadzenia podatku obrotowego zamiast CIT, zmiana PIT-u na podatek jednostawkowy o bardzo wysokiej stopie oprocentowania i wysokiej kwocie wolnej od podatku i likwidacji wszystkich ulg. Wprowadzenie podatku katastralnego przy likwidacji podatku od nieruchomości i założeniu, że suma wpływów z podatku katastralnego będzie równa sumie wpływów z podatku od nieruchomości.
Przedstawione powyżej punkty mogę rozszerzyć przedstawiając bardziej konkretne rozwiązania jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Biorąc to co wyżej napisałem, a szczególnie to że koalicja wyborcza zawarta będzie na zasadach przedstawionych opowiadam się za udziałem SLD w koalicji wyborczej.

Demokracja umiera w ciemności, a wolność słowa niezależnie od oświetlenia

O wolności każdy w Polsce wypowie się chętnie. W Polsce każdy chętnie wypowie się wprawdzie na każdy temat, ale są takie kwestie, w których Polki i Polacy są ekspertami. Oprócz awiacji cywilnej i wojskowej, konstytucji i uchodźców, tematem takim jest również wolność. Mówią o niej zarówno zawodowi patrioci, jak i zawodowi obywatele. Na ogół się wprawdzie nie dogadują, ale jest coś co zawsze ich godzi – metafizyka antyrosyjskiej ksenofobii.

Zjawisko to daje o sobie znać nadzwyczaj często. Niemal codziennie przeczytać można tyleż trwożny, co groteskowy rusofobiczny agit-prop. Największy niesmak budzi on jednak wówczas, gdy ewidentnie ocieka hipokryzją, a wszyscy widząc to specjalnie lub z głupoty nie zwracają na to uwagi.
Komentatorzy w Polsce i zagranicą doznawali w minionym tygodniu wielokrotnego wzmożenia z powodu Iwana Gołunowa. Jest to dziennikarz opozycyjnego portalu rosyjskiego Meduza.io. 7 czerwca został zatrzymany przez policję, oskarżono go o posiadanie narkotyków i handel nimi. Prokuratura żądała aresztu, sąd w Moskwie odmówił i zastosował wobec Gołunowa jedynie areszt domowy. Pięć dni później z MSW wyszedł komunikat o umorzeniu śledztwa wobec tego człowieka i zdjęciu z niego wszelkich sankcji. „Wolność słowa zwyciężyła!”, „Wolne media się obroniły!”… Wiwatom nie było końca.
Gówno prawda. Wolność słowa zdycha, a niezależne media mamy tylko w internecie, a i tam od ponad roku prowadzi się intensywną czystkę poprzez Google, Facebook oraz inne tego typu platformy. Tyle, że tego nie widać, bo media głównego nurtu informują o tym mało i niechętnie. Więc te, jakże cenione oficjalnie wartości, po prostu sobie zanikają. Inaczej niż np. demokracja, która – jak głosi slogan The Washington Post – umiera w ciemnościach.
W ciemnościach, tudzież poza uwagą dziennikarzy, umiera też dziennikarstwo śledcze. Gołunow jest właśnie dziennikarzem śledczym. Miał rozpracowywać jakieś mocne korupcyjne skandale dotyczące nieruchomości w Moskwie i innych dużych miastach Rosji w chwili, gdy został aresztowany. Chętnie w to wierzę – słyszałem i czytałem wiele o gangstersko-prokuratorsko-policyjno-urzędniczym procederze nielegalnego przejmowania lokali mieszkalnych rosyjskich aglomeracjach. Gołunow mógł nadepnąć komuś na odcisk nieco zbyt boleśnie swoją dociekliwością, więc postanowiono go postraszyć.
Szkoda tylko, że po tym, jak klangor po jego zatrzymaniu podniósł się pod samo niebo temat uległ jakiejś dziwnej dyskontynuacji. Zaraz, zaraz, a co z pozostałymi dziennikarzami, którzy doświadczają brutalnej represji? Czy ich polscy koledzy i koleżanki po fachu o nich się nie upomną? Oczywiście, że nie!
Hipokryzja ta kole w oczy zwłaszcza w obliczu losu Juliana Assange’a, człowieka, któremu ludzkość zawdzięcza gigantyczną wiedzę o nadużyciach władzy, globalnie i w poszczególnych krajach. Nikt jakoś nie bije w tarabany z powodu prześladowań, których on doświadcza, chociaż są one ewidentne, widoczne i w sposób oczywisty naruszają fundamentalne normy prawa międzynarodowego. Assange, dziennikarz, który nie opublikował ani jednego kłamstwa czy manipulacji, ostatnie siedem lat spędził w warunkach więziennych lub gorszych. Demokratyczne władze, demokratycznych zachodnich państw stają na głowie, by wydać go w końcu Stanom Zjednoczonym, gdzie czeka go ostateczna rozprawa. Ma się rozumieć, wbrew prawu.
Zwracam uprzejmie uwagę wrażliwym na prawa człowieka i swobody obywatelskie, że „siepacze rosyjskiego reżimu” zwolnili Gołunowa po tygodniu, a sąd umieścił go w tym czasie w areszcie domowym. Mogłoby wprawdzie być inaczej, gdyby nie rozgłos jakiego doczekała się ta sprawa. Ale równocześnie zatroskane o wolność słowa w Rosji zachodnie rządy do spółki urządziły Assange’owi nie siedem dni, a siedem lat piekła. Zachęcam więc wszystkie mądre głowy w Polsce, które tak lubują się w eksperckim dyskursie na temat wolności do uwzględnienia tego niuansu.

Liberalizm kulturowy przegra

„Opozycja Nne może skupiać się na dyskursie kulturowym i antyklerykalnym. To jest i będzie politycznie nieskuteczne” – mówi prof. Rafał Chwedoruk w rozmowie z Kamilą terpiał (wiadomo.co).

KAMILA TERPIAŁ: Znamy oficjalne wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego. PiS zdobył 45 proc. poparcia i wygrał 7 punktami procentowymi z Koalicją Europejską. Dla partii rządzącej to wynik marzeń?
RAFAŁ CHWEDORUK: Nie ulega najmniejszej wątpliwości. O ile w wyborach samorządowych wynik procentowy był daleki od marzeń, natomiast wynik mandatowy przekraczał te marzenia, to w tym wypadku i jedno, i drugie je przekracza. Gdyby postarać się przełożyć ten rezultat na wynik wyborów sejmowych, to oznaczałoby pewność samodzielnej większości i to nawet z zapasem. Na dodatek stało się to w wyborach, które dla prawicy były zawsze trudniejsze. Pod uwagę trzeba wziąć też nieprzewidywalność tych wyborów. Wszyscy wiedzieli, że frekwencja będzie wysoka, a zwycięstwo PiS-u było pewne, niespodzianką jest za to dystans względem KE w liczbach bezwzględnych.

Taki wynik należy traktować jako zapowiedź wygranej PiS-u w jesiennych wyborach?
Od pierwszego dnia tej kadencji Sejmu było dla mnie jasne, że PiS będzie największą partią także w kolejnej kadencji, czyli że wygra wybory parlamentarne. Natomiast wątpliwość dotyczyła tego, czy będzie miał większość mandatów. W obecnym Sejmie układ sił był wynikiem zbiegu okoliczności. Wczorajsze wybory pokazały, że PiS może liczyć nie tylko na zbiegi okoliczności i błędy innych, ale wystarczy im własna kampania.
PiS-owi najłatwiej też przekonać wyborców niezdecydowanych, których będzie więcej przy wyższej frekwencji.

PiS przekupił wyborców i nadal będzie tak robił?
Polacy generalnie są społeczeństwem umiarkowanie egalitarnym. Ogromna część miała poczucie strukturalnej niesprawiedliwości po 1989 roku i to emanowało na kolejne pokolenia. Nadzieję lokowano w różnych okresach w różny sposób. PiS konsekwentnie przez kilkanaście lat powtarzał te same treści. Nie ulega wątpliwości, że obywatele czekają na aktywną rolę państwa oraz instytucji publicznych w polityce społecznej czy regulowaniu gospodarki, natomiast liberalizm kulturowy jest największą przegraną – większości ludzi to po prostu nie interesuje.

Czekają na kolejne 500 Plus?
Społeczeństwo konsumpcyjne, po 25 latach szkolenia w neoliberalnej ekonomii, nie interesuje się na przykład tym, jak zachowuje się miejscowy ksiądz. Można powiedzieć, że nastąpiła prywatyzacja świadomości. Nie chcemy obecności państwa w sferach, które uważamy za intymne, i w kwestiach światopoglądowych. Polacy są od lat co do tego zgodni. Oczekują od państwa aktywności w polityce społecznej i gospodarczej, np. w walce z bezrobociem. Dlatego problemem Koalicji Europejskiej nie są jej własne działania, które były dosyć ostrożne, ale to, że PiS zmobilizował ponadstandardową liczbę wyborców. KE „zawdzięcza to” swojemu zapleczu w postaci elit opiniotwórczych, aktorów, mediów i środowisku bliskiemu Donaldowi Tuskowi. Okazało się, że poprzez eskalację dyskursu kulturowego uskrajniło go. W efekcie KE przyciągnęła tylko tych, których i tak miała już po swojej stronie. Paradoks historii polega na tym, że triumfy PO z ubiegłej dekady były możliwe poprzez zanegowanie dawnej Unii Demokratycznej i Unii Wolności, poprzez brak wyrazistości w kwestiach kulturowych i światopoglądowych. Miała być partią ostrożnego, codziennego pragmatyzmu, rozliczającą rządzących.
KE stała się nagle koalicją wojującego antyklerykalizmu, chociaż większość jej członków nie powinna być traktowana w takich kategoriach.

„Zbudowaliśmy koalicję, to nie wystarczyło. Trzeba się zastanowić i trafić tam, gdzie przegraliśmy” – mówił lider PO Grzegorz Schetyna w poniedziałek rano w TVN24. Jak to zrobić?
Jeżeli opozycja chce się zbliżyć wynikiem do PiS-u i liczyć na to, że nie wystarczy im mandatów do samodzielnego rządzenia w przyszłym Sejmie, to nie może być formacją skoncentrowaną na tematyce istotnej dla mniejszości wyborców. Nie może skupiać się na dyskursie kulturowym i antyklerykalnym. Taka koalicja musi potrafić nie tyle zmobilizować dodatkowych wyborców wokół siebie, bo na to jest już po prostu za późno, ale przynajmniej próbować zneutralizować ponadstandardowo wysokie poparcie dla PiS-u. W najważniejszych sprawach, zwłaszcza zero-jedynkowych dla elektoratu, musi mieć spójny przekaz. Poza tym, jeżeli próbuje pokazać, że nie jest prostym powrotem do tego, co było przed ostatnią serią wyborów, i że jest nową jakością, to jej twarzą nie może być polityk kojarzony z rządami PO, z tym, co udane i nieudane, czyli Donald Tusk. To jest i będzie politycznie nieskuteczne, bo jeżeli dotrze, to tylko do tych, którzy są a priori przeciwko PiS-owi, a to stanowczo za mało, aby ich pokonać.
Partia rządząca przy wszystkich swoich słabościach bardzo szybko uczy się na własnych błędach i potrafi tasować nawet niewielką ilością kart, które posiada. I to jest też ważny wniosek z tych wyborów. Poza tym ma wyraźnie wskazany ośrodek kierowniczy, w postaci formalnego kierownictwa PiS-u jako partii.
Wśród opozycji za to chętnych do przewodzenia jest wielu. W takiej kakofonii nie ma szans, aby nawiązać walkę z profesjonalną partią polityczną, którą PiS z czasem się stał. Pokazał też nie po raz pierwszy, że lepiej odczytuje nastroje wyborców, którzy mogli się zawahać w swoich preferencjach.

Zjednoczonej opozycji potrzebny jest silny i wyrazisty przywódca?
Nie chodzi nawet o samą personalizację. W sytuacji, w której startuje się z pozycji słabszego, to może ona spowodować, że zalety oraz wady danego polityka staną się zaletami i wadami wszystkich. W skali ogólnopolskiej skuteczniejsze może być rozpisanie na role, zwłaszcza jeżeli próbuje się pozyskać zróżnicowany elektorat, dalece wykraczający poza samych wyborców PO. Problemem KE jest jej niekontrolowane otoczenie. W PiS-ie natomiast wszyscy grają do jednej bramki, a konflikty i spory wewnętrzne rozstrzygane są odpowiednio wcześnie. Podczas kampanii wyborczej widać było, że w KE niektóre z ośrodków grały na to, aby przejąć władzę, a rywalizacja z PiS-em była tylko instrumentem. To powinno być przedmiotem refleksji, nie tylko ze względu na sam wynik, ale przede wszystkim skalę straty do PiS-u. W liczbach bezwzględnych wynik nie jest zły. To jest zsumowanie elektoratu PO, SLD czy PSL-u. A to jest też pewna sztuka.

A może koalicja powinna zostać rozszerzona na przykład o Roberta Biedronia?
To byłoby nie do zaakceptowania dla niektórych członków koalicji, mam na myśli oczywiście PSL. Jej poszerzenie o skrajność polskiej polityki w wymiarze kulturowym byłoby dysfunkcjonalne. Ten ruch nie ma samodzielnej racji bytu i w tym momencie nie sądzę, aby był w stanie cokolwiek dyktować nawet osłabionej wyborami KE.
Na szali pomiędzy PSL-em, nawet z jego słabnącymi strukturami, a kontrowersyjnym Biedroniem zielona koniczynka jednak przeważy nad gasnącą Wiosną.

Zjednoczona opozycja w takim kształcie przetrwa?
Myślę, że będzie toczyła się o to walka. Z jednej strony obecne struktury będą się opierały dalszym zmianom. Z drugiej strony dla Donalda Tuska to jest być może ostatnia szansa na wejście jako wielki gracz do polskiej polityki. Może być przedstawiany jako swoisty metaprzywódca, który stworzy nową jakość poprzez to, że będzie miał za sobą poparcie kilku prezydentów większych miast. W naturalny sposób zderzy się z beneficjentami KE. To nastąpi zapewne w ciągu najbliższych kilku tygodni.
Prawdziwe stracie i tak dopiero przed nami…
Waga kampanii parlamentarnej jest najważniejsza. Przede wszystkim dla Koalicji Europejskiej, ale także dla PiS-u. Dla premiera Mateusza Morawieckiego to będzie być albo nie być. Na razie ma szansę grać dalej o poważne role w polskiej polityce.
Ale to odsunięta z funkcji premiera Beata Szydło „rozbiła bank” i uzyskała historyczny wynik. O czym to świadczy?
Popularna premier, kojarzona z największym sukcesami wyborczymi PiS-u i z polityką społeczną, startująca w swoim okręgu wyborczym – to musiało zadziałać. Ale wiadomo, że w PiS-ie nikt nie może rosnąć za bardzo. Myślę, że jej rola ograniczy się do Parlamentu Europejskiego. Ona będzie jedną z twarzy w wyborach do Sejmu i Senatu, ale do ważnej funkcji w polityce krajowej w kolejnej kadencji Sejmu raczej nie wróci.

Rekonstrukcja rządu będzie dla prezesa PiS-u problemem czy wręcz przeciwnie?
Raczej może dodać PiS-owi politycznej siły. W taki sposób można zaprezentować opinii publicznej twarze, które będą miały już podczas kampanii dotrzeć do określonych grup wyborczych. Stworzy to przestrzeń, aby dotrzeć do niszowych grup.
Długofalowo ważne jest to, co stanie się z Joachimem Brudzińskim. Jest to jeden z polityków, o którym można powiedzieć, że należy do ścisłego kierownictwa tej partii i jest jednym z najpoważniejszych kandydatów do przejęcia w przyszłości najważniejszej roli w tej partii.

Szykowany jest na następcę Jarosława Kaczyńskiego?
Jego kolejne awanse są formą przygotowywania. Sznyt europejski w polityce zawsze był ważny, a zawsze był piętą achillesową PiS-u. Nieprzypadkowo więc został wysłany do Parlamentu Europejskiego. Zobaczymy.

Co mogłoby powstrzymać PiS w marszu po zwycięstwo?
Pamiętajmy, że kampanie wyborcze są tylko fragmentem polityki, decydują przede wszystkim czynniki gospodarcze.
Mamy do czynienia z koniunkturą gospodarczą, działaniami strukturalnymi zmierzającymi do dystrybucji tego, co z niej wynika, przetasowaniami na arenie międzynarodowej. To są wszystko czynniki tylko częściowo zależne od polskich władz.
Dopóki któryś z tych czynników nie zacznie się zmieniać w sposób przekładający się na codzienne życie obywateli, opozycja musi sobie zdawać sprawę, że aby walczyć o przyszłe zwycięstwo, najpierw musi przetrwać jako polityczna siła. Dopiero wtedy może czekać na moment, w którym te obiektywne czynniki wyczerpią swoją moc. Na razie żadnej sensownej gwarancji zwycięstwa z PiS-em dać nie może.