Dramat koni w czasach zarazy

O ile koronawirus nie zagraża zdrowiu i życiu zwierząt bezpośrednio –pośrednio jego skutki mogą być dla koni dramatyczne. Domy adopcyjne zaczynają oddawać fundacjom konie, a firmy wycofują wsparcie finansowe –alarmuje Fundacja Viva!, utrzymująca w swoich stajniach kilkadziesiąt uratowanych koni. Kończą się zapasy siana, leków i suplementów dla chorych i starych zwierząt, a na zakup kolejnych Fundacja nie ma środków.

W stajniach Fundacji Viva! mieszka obecnie 78 koni, w domach adopcyjnych pozostaje 155 koni uratowanych przez organizację. Konie przebywające w fundacyjnych stajniach to zwierzęta w najtrudniejszej sytuacji – stare, schorowane, „nieadopcyjne” z wielu powodów. Wymagające szczególnej opieki, kosztownego leczenia, wyjątkowych warunków.

– Nigdy nie podejrzewaliśmy, że przyjdzie czas, kiedy będziemy musieli przyznać, że sytuacja naszych zwierząt jest dramatyczna… – mówi Ilona Dąbrowska, koordynatorka akcji Ratuj Konie Fundacji Viva! – Jednak ten czas właśnie nadszedł, a koronawirus pośrednio zagroził naszym zwierzętom. Domy adopcyjne zaczęły zwracać do fundacji konie, które są przecież dużo droższe w utrzymaniu od psów czy kotów. Dodatkowo firmy tnąc koszty wycofują swoje wsparcie finansowe dla fundacji – tłumaczy.
Fundacja Viva! już teraz ma problemy z zaopatrzeniem. Jednym z powodów jest izolacja części rolników – ci pozamykali gospodarstwa i nie chcą mieć kontaktu z obcymi, a więc również nie sprzedają siana. Natomiast ci rolnicy, którzy wciąż je sprzedają, podnieśli ceny ze 100 na 180 zł za balot. Drugim problemem, znacznie poważniejszym, jest wycofywanie stałych dotacji przez firmy od lat sponsorujące utrzymywanie zwierząt. – Te dotacje były dla nas stałym, pewnym, comiesięcznym zastrzykiem gotówki, który dawał nam bezpieczeństwo finansowe w utrzymaniu uratowanych przez nas zwierząt – mówi Cezary Wyszyński, prezes Fundacji Viva! – Dodatkowo termin rozliczenia PIT przesunięto z końca kwietnia na koniec czerwca. Dla nas to sytuacja dramatyczna, bo utrzymujemy zwierzęta tylko z datków i 1% podatku, którego przekazanie opóźni się o około 2 miesiące. W związku z tym musimy tak gospodarować tym, co mamy, żeby starczyło na 2 dodatkowe miesiące, co przy kilku tysiącach wszystkich zwierząt różnych gatunków, będących pod naszą opieką, nie jest łatwe – dodaje.
Część z koni, będących pod opieką fundacji, zostało odebranych interwencyjnie, bo ich życie i zdrowie było zagrożone. Teraz, w związku z kryzysem wywołanym pandemią, konie są ponownie w dramatycznej sytuacji. Konieczna epidemicznie izolacja może potrwać jeszcze kilka, a nawet kilkanaście tygodni, a co za tym idzie – problemy z utrzymaniem zwierząt będą coraz większe.

Dzienne wyżywienie 1 konia to koszt 12 zł. Ale już w przypadku 8 fundacyjnych koni na specjalnych dietach to kwota 22 zł dziennie. W stajniach Fundacji Viva! mieszka obecnie 78 koni, co oznacza, że każdego dnia na samo ich wyżywienie potrzeba około 1016 zł. Miesięcznie na samo wyżywienie koni fundacja wydaje zawrotną kwotę prawie 30 000 zł.
Do tego dochodzą szczepienia, regularna korekcja kopyt, suplementy i leki, które stale podajemy chorym koniom. – Niestety większość naszych koni choruje – mówi Ilona Dąbrowska – Już w chwili interwencji lub wykupu zwykle były one w nienajlepszym stanie, często z powodu swojego wieku lub wcześniejszych warunków życia. Do tego dochodzą nagłe przypadki, które generują wysokie koszty leczenia weterynaryjnego – tłumaczy. Dziś Fundacja ma do odbioru z kliniki weterynaryjnej dwa konie po operacjach – faktury opiewają na 8 000 zł. Dodatkowo ostatnie wizyty lekarza weterynarii u koni w fundacyjnych stajniach to kolejne 4 000 zł. Koszt jednej wizyty waha się od 200 do nawet 1500 zł, w zależności od schorzenia i wykonanych badań diagnostycznych, podanych leków, wykonanych zabiegów. W Fundacji Viva! już teraz brakuje leków, suplementów i paszy dla staruszków, które nie mają zębów i nie przeżuwają siana.
Dodatkowo domy adopcyjne zaczęły zwracać nam adoptowane konie. – W ciągu tygodnia już 5 koni wróciło do naszych fundacyjnych stajni – mówi Cezary Wyszyński – Zgodnie z umową adopcyjną rodzina adopcyjna może w trudnej sytuacji zwrócić konie do fundacji. Jest to dramatyczna decyzja, zarówno dla zwierząt, opiekunów, jak i dla nas. Musieliśmy je przyjąć, to nie podlegało dyskusji – dodaje. W domach adopcyjnych przebywa jeszcze 155 koni Fundacji Viva! Aktywiści mają nadzieję, że tak pozostanie, ale nie można wykluczyć, że zwrotów z adopcji będzie więcej.

Fundacja Viva! prosi o pomoc w utrzymaniu uratowanych koni – 100 000 zł pozwoli zabezpieczyć zwierzęta w ciągu najbliższych, zapewne najtrudniejszych 3 miesięcy: https://pomagam.pl/uratujkonie

Po tygrysach

Czy ktoś jeszcze pamięta tygrysy spod granicy? Żyła nimi cała Polska.

Na ekranach stacji z końcówką .24 słychać było oburzenie polityków od prawa do lewa. W sprawę włączyli się rządzący i opozycja, a poznańskie ZOO, które przyjęło zwierzaki, dostało pełne wsparcie. Wszyscy pytali „jak to możliwe, że prawo na to zezwala?”, „jak one dały radę przejechać całą Europę”?

Lewica uderzała w tony etyczne, ramię w ramię z obrońcami praw zwierząt. Prawica pękała z dumy: to POLSKA zatrzymała i przygarnęła zwierzęta w potrzebie! Środki z internetowych zbiórek rosły jak na drożdżach. Przez chwilę byliśmy drużyną. Odłożyliśmy broń.

Co nam zostało po tygrysach?

Jeszcze w tym samym czasie, kiedy poznańskie ZOO walczyło o życie tygrysów, Fundacja Viva! wychodziła na ulice stolicy Wielkopolski protestować – bo oto do miasta zjechał cyrk. W cyrku owym występują psy, kozy, kucyki i wielbłądy. Cyrk ów zapewniał na swojej stronie, że „zwierzęta uczestniczące w pokazach traktowane są jak partnerzy, a nie poddani”. Wszystko działo się kilka dni po tym, jak cała Polska gotowa była spalić z zemsty obiekt w rosyjskim Dagestanie, gdzie trafić miały „nasze” tygrysy, nasze, narodowe. Ostatecznie, wobec ogromnego sprzeciwu aktywistów oraz władz Poznania, zdecydowano się dopuścić jedynie występy border collie.

Dziś dowiadujemy się, że w nowym sezonie inny cyrk sprowadził widzom inną żywą atrakcję – lwy. Ich treserem jest właściciel prywatnego zoo i cyrku w czeskich Habrkovicach.

Mniej zwierząt w cyrkach

Po interwencyjnym odbiorze niedźwiedzia Baloo z cyrku Vegas w 2016 roku polskie cyrki zaczęły zmniejszać liczbę zwierząt wykorzystywanych w przedstawieniach i rezygnowały z wypożyczania czy kupowania zwierząt wzbudzających największe kontrowersje. W ostatnich latach w polskich cyrkach nie można było już zobaczyć słoni, tygrysów czy żyraf. „Po tygrysach” wydawało się, że zakaz puka już do drzwi. Ale spokojnie, wszystko wraca do „normy”. Szum medialny już ucichł, można robić „swoje”.

One cierpią

– Sprawa wykorzystywania w cyrkach dzikich kotów budzi ogromny sprzeciw społeczeństwa i ekspertów. Zwierzęta te w naturze mają bardzo duże wymagania terytorialne – mówi Magdalena Góra z Vivy!. – Rozporządzenie Ministra Środowiska z 20 grudnia 2004 r. w sprawie warunków hodowli i utrzymywania poszczególnych grup gatunków zwierząt w ogrodzie zoologicznym określa minimalny wybieg dla jednego lwa jako 10 metrów kwadratowych pomieszczenia wewnętrznego i 50 metrów kwadratowych pomieszczenia zewnętrznego. Minimalną wysokość pomieszczeń, zgodnie z rozporządzeniem, to 3 metry.
– Takich warunków w objazdowych cyrkach po prostu nie da się zapewnić. Lwy w cyrku nie mają możliwości realizacji naturalnych potrzeb gatunkowych, w wyniku czego dochodzi do zaburzeń psychicznych. Straumatyzowane, znudzone, a jednocześnie przerażone zwierzęta trafiają na arenę, którą otacza widownia wypełniona małymi dziećmi – mówi Magda.

Zakazu wykorzystywania zwierząt w cyrkach chce już 365 tys. Polaków, którzy podpisali petycję w tej sprawie.

Samouczek aktywisty

Zostań aktywistą. Bo jak dobrze wybierzesz dziedzinę, to masz szansę na dobrze płatną fuchę, w magistracie, ratuszu, a kto wie, czy nie w rządzie.

Aktywista – chce dobrze, a dla siebie nawet jeszcze lepiej. Ale najbardziej efektywny jest, gdy podrzuci mu się do wierzenia jakaś myśl podbudowaną autorytetem naukowym. Można też próbować stosować wierzenia religijne, albo polityczne, ale wtedy często nie można już mówić o aktywistach, tylko o działaczach politycznych.

Działacz polityczny – od aktywistów różni się tym, że zazwyczaj robi to czego w danym momencie potrzebuje jakaś partia. Patrz Godek Kaja, Ordo Iuris, Elbanowscy.

Godek Kaja – chcąca uchodzić za aktywistkę antyaborcyjną działaczka partyjna. Matka niepełnosprawnego dziecka. Zarabiała na życie zasiadając od czasu wygrania przez PiS wyborów jako członek rady nadzorczej państwowej spółki o nazwie Warszawskie Zakłady Mechaniczne.
Ordo Iuris – kryptoaktywiści polityczni, którzy na potrzeby twardego jądra PiS przygotują każdy akt prawny. Byle tylko chodziło w nim o to, aby wszystko, co nie wiąże się z rozmnażaniem, a ma związek z seksem, było prawem zakazane.
Elbanowscy – promowani przez PiS kryptoaktywiści, dzięki którym wiele lat trwała zadyma z pójściem sześciolatków do szkół. Gdy PiS wygrał, zamiast ciepłych posadek ministerialnych zostali opędzeni stanowiskami doradczymi w MEN.
Erbel Joanna – aktywistka miejska zwalczająca to, co w Warszawie robiła Hanna Gronkiewicz-Waltz. Od paru lat pracująca w Warszawskim Ratuszu, w związku z czym na aktywność brak jej czasu.
Jaśkowiak Jacek – niegdysiejszy aktywista miejski, który awansował na prezydenta Poznania. Robi ścieżki rowerowe. Nie robi nowych linii tramwajowych.
Bazylak Marcin – zastępca prezydenta Dąbrowy Górniczej, dokooptowany do władzy z ruchu miejskiego.
Wójcicki Jacek – popierany przez aktywistów został prezydentem Gorzowa i od tej pory nie chciał mieć z nimi już nic wspólnego.
Leśniak Tomasz – lider protestu aktywistów o nazwie „Kraków przeciwko igrzyskom” wygrywa referendum z Majchrowskim i dołącza do wymyślonego przez Majchrowskiego miejskiego zespołu ds. innowacji.
Komunikacja publiczna – coś o czym aktywista miejski ma mówić wyłącznie dobrze. Niedopuszczalne przy tym są takie słowa jak spóźnienia, zaduch, smród czy tłok.
Tworzenie przestrzeni publicznej – wyrażenie pod które aktywista może podłożyć wszystko. Od ograniczania prędkości dla samochodów, przez zwężanie jezdni, likwidację pasów ruchu i parkingów Nie od rzeczy jest też użycie tego terminu w odniesieniu do budowania przejść ze światłami co kilkanaście metrów i w uzasadnieniu dla likwidacji przystankowych zatok dla autobusów, tudzież zasypywania podziemnych przejść dla pieszych. I gdy demontuje się kładki nad ulicami, albo na chodnikach stawia się las z roślin w donicach, to aktywista ma mówić i pisać, że to też tworzenie przestrzeni publicznej.
Korki – kara dla kierowców za korzystanie z samochodów. Rosnąca z ich powodu emisja zanieczyszczeń z rur wydechowych w wypowiedziach aktywisty miejskiego mieć miejsca nie może. Tak jak wymieranie ulic, przy których z powodu zakazu parkowania, a co za tym idzie – braku klientów, plajtują wszystkie sklepy i punkty usługowe.
Ruch miejski – wbrew słownikowemu znaczeniu nie ma nic wspólnego z przemieszczaniem się przez zurbanizowany teren. Oznacza jedną, bądź wiele organizacji zrzeszających aktywistów miejskich.
Opłaty za parkowanie – coś co gdyby było drogie, powodowałoby, że ci, co mają do załatwienia w obrębie miast swoje sprawy mogli szybko znaleźć miejsca parkingowe, dzięki czemu wzrosła by ich biznesowa wydajność, zaś ci, którzy wożą się tylko do i z pracy, korzystaliby z komunikacji publicznej. Tego jednak aktywiście nie wolno mówić. Dla niego podniesienie cen parkometrów to zamykanie centrów miast przed biednymi ludźmi. Czyli zmotoryzowanymi aktywistami.
Ścieżki rowerowe – zdaniem aktywistów remedium na wszystko. Aktywista ma mówić jak dzięki rowerom dzieje się fantastycznie w kilku przywoływanych przez nich miastach. Nie należy zaś wspominać, że miasta te są nieduże, a na dodatek niemal nie spotyka się tam zim.
Ruch rowerowy – coś co zdaniem aktywistów winno wynosić 50 proc. Nie wspominać, że nie ma się na myśli zimy, ani dni kiedy pada deszcz. Ani tego, że większość jeżdżących rowerami nie znając zasad poruszania się po drogach łamie wszystkie możliwe przepisy. Nie należy też w tym kontekście używać takich słów, jak nieświeżość, pot, zmęczenie lub smród w pracy.
Prozwierzątkowiec – typ aktywisty walczącego o dobrostan zwierząt.
Udział dzieci w polowaniu – zakazana przez Sejm w formie ustawy sankcja dla myśliwych, uchodząca za największy sukces aktywistów prozwierzątkowych. Dzięki temu nieletni nie będą teraz oglądali jak zabita sarna płacze.
Myśliwy – aktywista prozwierzęcy używa tego słowa wymiennie z określeniem morderca.
Dzikie zwierzę – w zależności od kontekstu, to albo – koniecznie użyć słowa biedna – ofiara, albo stworzenie czekające na twoją pomoc/twoje pieniądze.
Szkodnik – słowo dla aktywisty prozwierzątkowego zabronione. Tak jak wspominanie o myszach, szczurach, pchłach, wszach, komarach i kleszczach.
Kornik – dla każdego aktywisty to synonim samoregulacji w przyrodzie.
Zakaz zbiorowych polowań – aktualny postulat.
Całkowity zakaz polowań – strategiczny cel aktywistów prozwierzątkowych.
Nadmierny rozrost populacji dzikich zwierząt – zwrot dla aktywistów zabroniony, ale najlepiej oddający ten stan pogłowia jeleniowatych, dzików i łosi, jakiego na ziemiach polskich nie było od 10 tys lat.
Gospodarka leśna – coś z czym każdy aktywista winien walczyć. Przeciwstawiać się zaś temu należy opowiadaniem, że przyroda ma wbudowane mechanizmy samoregulacji.
Wilk – łagodne zwierzę stroniące od ludzi, uwielbiające biegać za sarnami i jeleniami, nienawidzące zbliżania się do siedzib ludzkich i mające wrodzony wstręt do zjadania zwierząt hodowanych przez człowieka. Opowieści o watasze wilków z Dolnego Śląska, które tej definicji nie znały, w związku z czym zamiast jak głupie biegać za leśną rogacizną, postanowiły uszczknąć nieco wolnostojącej cielęciny, aktywista winien traktować jak dzieje Czerwonego Kapturka.
Dzik – zwierzę leśne, stroniące od ludzi. Zadowala się tym, co ukopie sobie w kniei. Na pola się nie zapędza. Zaś zdjęcia dzików w miastach to fotomontaże. Zaś opowieści tysięcy osób o tym, że dzik stał się już trwałym elementem fauny miejskiej trzeba składać na karb ignorancji. Bo po prostu te osoby mylą dzika z dorodnym psem.
Fermy zwierząt futerkowych – aktywista może wymiennie z tym określeniem używać terminu obozy koncentracyjne lub obozy śmierci. Przy każdej okazji winien też pokazywać film Stowarzyszenia Otwarte Klatki sprzed 6 lat pokazujący, że fermy zwierząt futerkowych, to „nieleczone rany, gnijące zwłoki zwierząt razem z żywymi, norki i lisy z objawami chorób psychicznych”. Aktywista winien też unikać wdawania się w dyskusje, że zamiast zamykać fermy lepiej wysłać tam kontrolerów, aby sprawdzili czy hodowla odbywa się zgodnie z polskim, spełniającym humanitarne unijne standardy prawem. Aktywista prozwierzątkowy, gdyby ktoś zadał mu pytanie, czy hodowcy lisów i norek traktują tak źle zwierzęta, bo najwyższe ceny osiągają skórki przeżarte rakiem, wyleniałe i ponadgryzane, ma nie odpowiadać. Bo ktoś, kto tak mówi, to prowokator.
Fermy kur – obozy koncentracyjne. Gdy PiS zakaże istnienia ferm zwierząt futerkowych Stowarzyszenie Otwarte Klatki zaprezentuje odpowiedni film.
Chlewnie – patrz fermy zwierząt futerkowych i kur.
Antyszczepionkowiec – aktywista, który źle wyczuł koniunkturę i postawił na coś, co poza kłopotami z prawem, nie przełoży się na osobisty sukces.

Weganizm to walka z patriarchatem i przemocą

Współcześnie prawdziwym wymiarem politycznej progresywności jest właśnie stosunek do zwierząt i ich praw. To nadal wymaga dużej odwagi, mało jest polityków i polityczek, którzy o tym mówią, nie bojąc się śmieszności – mówi europosłanka Sylwia Spurek w rozmowie z Aleksandrą Bełdowicz.

Czy uważa Pani, że w Polsce wystarczająco dużo dyskutuje się na temat praw zwierząt? Dlaczego?

Nadal zbyt rzadko, w szczególności jeżeli popatrzymy na listę spraw do załatwienia i charakter tych spraw. Nadal w debatach o prawach zwierząt dominuje myślenie – jedne kochamy, inne zjadamy. Nadal politycy mówią o dobrostanie zwierząt, o „humanitarnym” zabijaniu i „humanitarnych” eksploatowaniu zwierząt, a nie o prawach zwierząt. Mimo iż już lata temu na poziomie przepisów prawnych umówiliśmy się, że zwierzę nie jest rzeczą.

Artykuł 1 ustawy o ochronie zwierząt stanowi, że zwierzę jako istota żyjąca, zdolna do odczuwania cierpienia, nie jest rzeczą, i człowiek jest mu winien poszanowanie, ochronę i opiekę. A jak to wygląda w praktyce? Jak to wygląda w Polsce? Wystarczy zobaczyć wyniki śledztw Vivy, Otwartych Klatek dotyczące np. traktowania zwierząt hodowlanych w Polsce, czy Soko Tierschutz i Cruelty Free International – traktowania zwierząt wykorzystywanych do testów w laboratorium pod Hamburgiem, żeby zrozumieć, jak ludzie przedmiotowo i okrutnie potrafią traktować zwierzęta. Chów klatkowy, okaleczanie, traktowanie jako maszyn do produkcji mleka czy jajek, zabijanie na mięso, hodowla zwierząt na futra, wykorzystywanie w cyrkach czy do innej rozrywki, testy na zwierzętach, morderczy transport zwierząt na duże odległości, znęcanie się nad zwierzętami. To są niestety współczesne symbole naszego humanizmu i tego jak – dla przyjemności i korzyści finansowych, z powodu nawyków – potrafimy przymykać oczy na ból, przemoc, zabijanie istot, które myślą i czują. One chcą żyć. Są przecież zwierzętami.

Co uważa Pani za kwestie priorytetowe w tym zakresie?

To trudne pytanie. Jestem idealistką i marzę o sytuacji, w której świadome społeczeństwo wymusi na polityce i gospodarce trwałe zmiany. Chciałabym, aby wszyscy ci, którzy i które są wrażliwi na los zwierząt, zaczęli głośno mówić – zagłosujemy na was pod warunkiem, że staniecie się w Sejmie, Senacie, Parlamencie Europejskim, rządzie, samorządzie – prawdziwymi rzecznikami i rzeczniczkami praw zwierząt. Nie w trakcie kampanii, nie w mediach społecznościowych, ale każdego dnia, w każdym momencie politycznego działania.

Niestety interesy, tych które nie mogą same mówić w swoim imieniu, w polityce nie jest należycie reprezentowane. Tradycyjne partie zajmują się wszystkim, w tym prawami zwierząt, ale najczęściej jedynie przy okazji, podobnie jak polityką klimatyczną.

Lista spraw do załatwienia dla zwierząt jest długa, ale chyba najbardziej palące są prawa zwierząt hodowlanych. Najważniejsze, bo skala ich eksploatacji i brak kontroli nad przestrzeganiem ich praw są ogromne. I jeszcze jedno. Powszechne jest też społeczne przyzwolenie na ich eksploatację, okrutne traktowanie i zabijanie. To dla mnie priorytet. Najpierw powinniśmy zakazać praktyk, które są szczególnie barbarzyńskie – takie jak mielenie kurcząt żywcem, okaleczanie kur czy prosiąt, okrutne eksploatowanie krów mlecznych, trzymanie zwierząt hodowlanych w klatach, w których nie mogą się nawet ruszyć. Powinniśmy zwiększyć kontrolę nad tym, co dzieje się za murami ferm i rzeźni. W pełni popieram pomysł obowiązkowego monitoringu wideo wszędzie tam, gdzie przebywają żywe zwierzęta hodowlane. Ale to nie koniec, musimy zrobić wszystko, żeby zmniejszyć skalę wykorzystywania zwierząt. Dlatego między innymi w tym tygodniu rozpoczęłam w Parlamencie Europejskim o podatku od mięsa. Bo to, co ma pozytywny wpływ na środowisko, zdrowie ludzi, prawa zwierząt powinno być przez nowoczesne państwa promowane i wspierane. Ale to, co degraduje środowisko, jest jedną z przyczyn chorób ludzi, jest źródłem cierpienia zwierząt, wymaga zdecydowanych restrykcji. Bo mięso i inne produkty pochodzenia zwierzęcego wytwarzane przemysłowo prze wielkich producentów jest nie tylko źródłem cierpienia, chorób ludzi, ale jest też jedną z głównych przyczyn katastrofy klimatycznej.

Czy widzi Pani postęp w myśleniu Polaków i Polek na temat dobrostanu zwierząt, nie tylko domowych?

Z jednej strony rośnie liczba osób przechodzących na dietę roślinną z powodów etycznych. Coraz więcej osób włącza się w walkę o prawa zwierząt. Ale z drugiej strony prawo, które powinno chronić zwierząt nie ulega zmianie. Ba, w niektórych sprawach mamy nawet regres. Przykładem może być ostatnia ustawa tzw. lex Ardanowski. Od lat nie pojawił się w polskim prawie praktycznie żaden nowy instrument zwiększający ochronę zwierząt. Oczywiście wiele organizacji zajmujących się w Polsce prawami zwierząt wykonuje heroiczną pracę, żeby przekonywać i społeczeństwo, i polityków i polityczki do zmiany w myśleniu, do przechodzenia na stronę zwierząt. Ale te zmiany są zbyt wolne. Uważam, że większość Polek i Polaków nie zdaje sobie sprawy z tego, co dzieje się na fermach, w rzeźniach, laboratoriach, jak okrutnie tresowane są zwierzęta w cyrkach. Ich wiedza o zwierzętach hodowlanych najczęściej wynika z reklam, na których widzą radosną krowę pasącą się na zielonej alpejskiej łące. Wierzę, że rolą polityków i polityczek jest zmiana postaw, pokazywanie problemów, zachęcanie do refleksji, przekonywanie do zmiany. Zresztą uważam, że współcześnie prawdziwym wymiarem politycznej progresywności jest właśnie stosunek do zwierząt i ich praw. Bo to nadal wymaga dużej odwagi. Mało jest polityczek i polityków, którzy są gotowi o tym mówić. Boją się śmieszności. Bo przecież jest tyle ważnych problemów, a oni będą się zajmowali jakimiś zwierzętami. Obronność, polityka społeczna, zdrowie, edukacja to są dla wielu w polityce twarde, realne problemy, a nie zwierzęta i ich prawa.

I to jest niestety ograniczenie tradycyjnych partii. One są pełne wewnętrznych sprzeczności, konfliktów interesów. Często są grupą ludzi o totalnie różnych wartościach. I ofiarą takiego modelu partii są niestety zwierzęta. Od kilku tygodni zadaję sobie pytanie, czy Polska jest gotowa na partię praw zwierząt, na sojusz ludzi w Sejmie i Senacie, którzy chcą się skupić na tym obszarze. Czy jest w Polsce milion wyborców i wyborczyń, którzy byliby gotowi powiedzieć – to są moje wartości, jesteśmy wrażliwi na cierpienie zwierząt, to są realne problemy, takiej partii chcę oddać swój głos. Stawiam takie pytanie, bo do takiej partii chciałabym należeć, bo tylko taka parta mogłaby zagwarantować wyrazisty głos w parlamentarnej debacie, a być może i partycypować w przyszłych rządach, pod warunkiem spełnienia jej programowych postulatów.

Czy według Pani patriarchat w Polsce ma się dobrze, czy dostrzega Pani jakieś zmiany w tej kwestii? Czy ten sprzeciw konserwatywnej prawicy wobec działań na rzecz poprawy losu zwierząt, wobec wyjaśniania ludziom, że nie mają prawa do zadawania niepotrzebnego cierpienia innym, a z drugiej strony – że mają obowiązek zastanowienia się, czy ich działania nie są szkodliwe także wobec środowiska, jest według Pani zakorzeniony we wciąż silnej kulturze patriarchatu w Polsce? Czy istnieje korelacja między patriarchatem a mocno przedmiotowym traktowaniem zwierząt, wbrew ustawie, która mówi wyraźnie „zwierzę nie jest rzeczą”?

W listopadzie napisałam na Twitterze – nie ma feminizmu bez weganizmu. Co dziwne, wywołało to ogromne oburzenie i po lewej, i po prawie stronie. A przecież weganizm nie jest dietą. Jest filozofią, która odrzuca traktowanie zwierząt jako towaru.

Weganie i weganki postrzegają zwierzęta jako istoty, doświadczające bólu, czujące i cierpiące. Weganizm jest wreszcie w kontrze do patriarchatu, ale także do wszystkich innych systemów, w którym jedni ludzie mają władzę i dominują nad innymi, w których jedni ludzie mogą wykorzystywać innych, narażać ich na cierpienie i krzywdę. Uważam, że jeżeli przymykamy oko na patriarchalne relacje między ludźmi, to dajemy przyzwolenie na przemoc i dominację ludzi nad innymi zwierzętami. Jeżeli z kolei sprzeciwiamy się patriarchatowi, to powinniśmy także sprzeciwiać się wszystkim podobnym systemom.

Mało się o tym mówi, ale związek między przemocą domową wobec ludzi, a przemocą domową wobec zwierząt jest oczywisty. Badania w USA pokazują, że osoby doświadczające przemocy w rodzinie, wcześniej zgłaszały, że sprawca znęca się nad zwierzętami. Stanowcza i skuteczna reakcja ze strony państwa na przemoc wobec zwierzęcia domowego mogłaby zapobiec przemocy wobec kobiety, dziecka, osoby starszej, z niepełnosprawnościami – wszystkich tych z różnych przyczyn słabszych, zależnych.

Dlatego feminizm, który dąży do demontowania opresyjnego, patriarchalnego systemu, powinien uwzględnić zwierzęta i walkę o ich prawa w swoich działaniach. A te działania nadal są bardzo potrzebne. Kobiety nadal – mimo, że stanowią większość, mówią głosem mniejszości. Ich problemy nadal traktowane są za mniej ważne, odkładane na później, zamiatane pod dywan. Rok temu w marcu kiedy wchodziłam do polityki, przedstawiam Konstytucję kobiet, listę spraw do załatwienia, listę spraw, które pokazują, że Polki nie mają takich samych praw jak inne Europejki.

Z czego, Pani zdaniem, bierze się strach przed wyrównywaniem praw kobiet i mężczyzn?

Strach? Głównym problemem jest brak wiedzy, brak chęci poznania problemów kobiet, brak umiejętności otwartego, krytycznego myślenia, brak empatii, wrażliwości. Myślę, że gdyby liderzy i liderki, którzy przez ostatnie 30 lat kształtowali naszą polityczną rzeczywistość, wiedzieli, czego kobiety w Polsce doświadczają, jak bardzo są dyskryminowane tylko dlatego, że są kobietami, a dodatkowo chcieliby to zmienić, to być może nasza, kobieca codzienność byłaby duża lepsza.

Są sprawy oczywiste, o których najczęściej debatujemy. Prawo do legalnego i bezpiecznego przerywania ciąży dla każdej kobiety, która taką decyzję podejmuje, nie tylko dla tej zamożnej. Ale są też sprawy, o których nie chcemy debatować. Mam tutaj na myśli głównie przemoc wobec kobiet, przemoc w rodzinie i przemoc seksualną. Jeżeli już o niej rozmawiamy, to albo obwiniamy kobiety i usprawiedliwiamy sprawcę, albo pytamy: co z mężczyznami, oni też doświadczają przemocy, odwracając oczy od źródeł problemu i nie załatwiając sprawy ani dla kobiet, ani dla dzieci, ani dla tych mężczyzn.

Są sprawy, które są prawie niewidoczne, bo łatwo się przyzwyczailiśmy do sytuacji i odpuszczamy. Fatalna opieka okołoporodowa i brak prawa do znieczulenia przy porodzie. Brak skutecznych działań państwa wobec alimenciarzy, co także uderza w kobiety, bo to one najczęściej samodzielnie wychowują dzieci. Brak wsparcia państwa dla rodzin osób z niepełnosprawnościami, osób opiekującymi się starszymi rodzicami. Te problemy również mają twarz kobiet, bo to najczęściej one są obciążane takimi obowiązkami.

Dalej, szczególna sytuacja kobiet mieszkających na wsiach. Ich dostęp do poradni ginekologicznych, nowoczesnej antykoncepcji, czy ochrona przed przemocą domową. Przecież one wymagają innego wsparcia ze strony państwa, niż kobiety mieszkające w dużych miastach. Mogłabym długo wymieniać.

W ubiegłym roku minęło 20 lat, jak zajmuję się prawami kobiet i czasami mam wrażenie, że tak niewiele się zmienia, mimo wielu rekomendacji, pomysłów, propozycji, przedstawianych organom władzy, które przygotowywałam jako prawniczka w organizacji pozarządowej, w biurze pełnomocniczki rządu ds. równego traktowania, jako Zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich. Kiedy byłam zastępczynią prof. Adama Bodnara, stale na moje biurko trafiały sprawy kobiet, dziewczynek, które były pozostawione przez system same, bez żadnego wparcia, bez nadziei na poprawę ich sytuacji. Zawsze w takich sytuacjach było mi wstyd, wstyd za państwo, dla którego prawa człowieka kobiet najwyraźniej nigdy nie były i nie są wartością podstawową.

Jakie najważniejsze cele stawia Pani przed sobą w tej kadencji?

Są cztery główne obszary mojej aktywności i w Parlamencie, i w okręgu wyborczym. Po pierwsze, polityka klimatyczna, po drugie, prawa kobiet, po trzecie, praworządność. I na końcu, ale również ważne – prawa zwierząt, inne kwestie, niż te wynikające z problemów klimatycznych. To dosyć szerokie obszary, ale w każdym z nich w 2020 wyznaczam sobie jasne cele. W ramach polityki klimatycznej chcę monitorować prace Komisji Europejskiej w pacach nad Green Deal, a szczególnie jeżeli chodzi o powiązanie polityki klimatycznej UE ze wspólną polityką rolną. Bo tutaj sporo musi się zmienić.

Rolnictwo tak samo jak każda inna branża musi przejść w kierunku zrównoważonej działalności, bo obecne koszty środowiskowe, ale i cierpienie zwierząt nie są akceptowalne. Jednym z postulowanych rozwiązań jest podatek od mięsa, ale do tego potrzebujemy woli politycznej. Będę proponować rozwiązania i sprawdzać, jakie propozycje legislacyjne przygotuje Komisja realizując ambitne cele klimatyczne.

Jeżeli chodzi o prawa kobiet, w 2020 będę kontynuowała prace nad ratyfikację przez UE Konwencji stambulskiej i nad zmianami w traktacie o UE, tak aby do listy przestępstw unijnych dopisać przemoc wobec kobiet. W grudniu udało mi się przekonać moją frakcję i w efekcie cały parlament do progresywnej, prokobiecej rezolucji, w której parlament wzywa Komisję Europejską do takich działań.

Jeżeli chodzi o praworządność, to znowu kontynuacja działań. Jestem współautorką rezolucji w sprawie art. 7 uruchomionego wobec Polski i Węgier. Zadbałam o to, co spotkało się z ostrymi atakami na mnie, żeby w rezolucji znalazło się wyraźne odniesienie do mechanizmu łączącego przestrzeganie praworządności z wypłatą funduszy. Taki mechanizm jest Unii potrzebny, ale musi działać tak, aby karać antydemokratyczne rządy, a nie samorządy i innych beneficjentów.

W przypadku obszaru praw zwierząt niezależnie od kwestii traktowania zwierząt hodowlanych, które będę podnosiła w kontekście Green Dealu, w tym roku skoncentruje się na problemie testów na zwierzętach i hodowli zwierząt na futra. Ten drugi problem ma podwójny wymiar, bo dotyczy też praw człowieka. Mam tutaj na myśli brak norm jakości zapachowej powietrza. Osoby mieszkające w Wielkopolsce w Marzeninie, Kawęczynie i Gulczewie skazani są życie w sąsiedztwie w sąsiedztwie ogromnego smrodu z masowych ferm zwierząt futerkowych. Uważam, że czas na unijne normy w tym zakresie i oczywiście docelowo zakaz działania takich firm. Tą sprawą zajmowałam się jeszcze jako zastępczyni Rzecznika Praw Obywatelskich i chcę to skutecznie zakończyć.

Dr Sylwia Spurek jest radczynią prawną, byłą Zastępczynią Rzecznika Praw Obywatelskich, obecnie niezależną posłanką do Parlamentu Europejskiego, feministką i weganką.

Jestem z Sylwią Spurek

Potraktowanie obrazka z krowami w pasiakach jako przejawu antysemityzmu jest ogromnym błędem. To metafora cierpienia, które sięga poza granicę, poza narodowość, ba! poza gatunek.

Europosłanka Wiosny została zlinczowana w social mediach po tym, jak udostępniła grafikę Jo Frederiks, którą wcześniej opublikowała na swoim profilu Fundacja Viva!. Obrazek przedstawia trzy krowy w pasiakach i z żółtymi gwiazdami sześcioramiennymi, skutymi łańcuchem, na tle zakrwawionych ścian – prawdopodobnie rzeźni. Spurek podpisała go następująco: „Jo Frederiks daje do myślenia, otwiera oczy na to, jak traktujemy zwierzęta. Ten obraz przypomniała Fundacja Viva! i dobrze, bo czas na poważną dyskusję o traktowaniu zwierząt, o warunkach, w jakich żyją, o tym, jak je zabijamy. Czy to jest humanitarne? Czy to nadal rolnictwo?”.

Czy to antysemityzm?

Internet zawrzał. Oburzyli się prawicowi publicyści, pisząc, że Spurek kompromituje Polskę i sieje antysemityzm, rolnicy, broniący chowu przemysłowego, ludzie powiązani z branżą mięsną oraz futrzarską – nic dziwnego, przecież im zależy na tym, by społeczeństwo widziało w zwierzętach wyłącznie produkt, bez uczuć i praw. Nie da się bezkarnie eksploatować „kogoś”, jedynie „coś”. Choć zgodnie z ustawą o ochronie zwierząt, jesteśmy im winni poszanowanie, ochronę i opiekę.
Jonny Daniels, założyciel żydowskiej fundacji From the Depths, także poczuł się urażony metaforycznym obrazem i oznajmił, że jest to odrażające. Że europosłance nie przystoi porównywanie 6 mln ofiar Holocaustu do krów w pasiakach. I że oburzyło go to do tego stopnia, że zamierza osobiście złożyć na Spurek skargę do Komisji Europejskiej. Oliwy do ognia dolał z pewnością fakt, że kontrowersyjny post został opublikowany na kilka dni przed obchodami 75. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz.

Niewygodna prawda?

Należy się zastanowić, co właściwie jest oburzającego w tym obrazie? Może niewygodna prawda, której wciąż staramy się nie dostrzegać?
Co roku na świecie jest zabijanych około 70 miliardów zwierząt, z czego 50 miliardów – na mięso i skóry. To ogromna skala, a warunki hodowli przemysłowych – niezależnie od tego, jak próbują je w mediach wychwalać hodowcy – koszmarne. Krowy, będące zwierzętami niezwykle społecznymi, przyjaznymi i inteligentnymi, są sztucznie zapładniane, po porodzie szybko izolowane od swojego dziecka, okradane z mleka i tak w kółko, dopóki się nie „zużyją” – wtedy trafiają do rzeźni. Czy doprawdy nie widzimy podobieństwa w całkowicie odhumanizowanym podejściu, jakie ma społeczeństwo w stosunku do tych zwierząt, a horrorem, jaki zgotowali Żydom naziści, uznając ich za podludzi i usiłujących obedrzeć ich z godności i człowieczeństwa?

Niemiecki filozof pochodzenia żydowskiego Theodore Adorno w swoim dziele „Minima Moralia” napisał: „O możliwości pogromu przesądza chwila, gdy oko śmiertelnie zranionego zwierzęcia kieruje się na człowieka. Upór, z jakim człowiek odtrąca to spojrzenie – »przecież to tylko zwierzę« – powtarza się niepowstrzymanie w okrucieństwie wobec ludzi, kiedy to sprawcy wciąż na nowo muszą utwierdzać się w przekonaniu, że to »tylko zwierzę«, bo już gdy chodziło o zwierzę, nie byli tego całkiem pewni”. Myśl Adorno uprościł w książce „Wieczna Treblinka” Charles Patterson, pisząc: „Auschwitz zaczyna się wszędzie tam, gdzie ktoś patrzy na rzeźnię i myśli: to tylko zwierzęta”. Holocaust był koszmarem, który nigdy nie powinien był się wydarzyć. Czy możemy z pełną odpowiedzialnością przyznać, że życie zwierząt hodowlanych, którego je pozbawiamy dla własnych zachcianek, jest lepsze?

Bólowi ofiar Holocaustu nikt nie usiłuje zaprzeczać ani go umniejszać, ale warto zauważyć, że nie mają monopolu na cierpienie. Ich koszmar przeminął, choć ze wspomnieniami będą się mierzyć już zawsze. Rzeź zwierząt trwa i wciąż ogromna część społeczeństwa nie widzi w niej nic nagannego etycznie. Potraktowanie obrazka z krowami w pasiakach jako przejawu antysemityzmu jest błędem i świadczy o braku refleksji. To metafora cierpienia, które sięga poza granicę, poza narodowość, ba! Poza gatunek. Jasne, że łatwiej jest się oburzyć i obrzucić błotem osobę, która nas skłania do myślenia, niż przyznać się do tego, że płacimy za czyjeś cierpienie, bo szkoda nam się rozstać z mięsem, mlekiem czy skórą.

Sylwia Spurek chciała doprowadzić do debaty na temat praw zwierząt i mam nadzieję, że jej się uda.

Koszmar w laboratorium

Kilka dni temu internet obiegły wstrząsające zdjęcia pokazujące cierpiące i przerażone zwierzęta, m.in. małpy i psy, w jednym z niemieckich laboratoriów.

Materiały nagrane podczas tajnego śledztwa organizacji SOKO Tierschutz i Cruelty Free International ukazały niebywałą skalę okrucieństwa a także wiele przykładów łamania prawa, w tym prawdopodobnie zatajenie śmierci przynajmniej jednego ze zwierząt. W materiałach widać zakrwawione podłogi, przerażone, unieruchomione kajdanami i obręczami małpy, które usiłowały wydostać się z eksperymentu, wprowadzane rurkami do gardeł chemikalia, pozostawione same sobie umierające psy i wiele innych, nie dających o sobie zapomnieć obrazów.
Zarówno brutalność eksperymentów, sposób traktowania zwierząt jak i samo ich trzymanie w pustych, pozbawionych jakichkolwiek dodatków klatkach, budzi silne emocje.
LPT jest rodzinnym laboratorium przeprowadzającym testy toksyczności dla firm farmaceutycznych, przemysłowych i agrochemicznych z całego świata w celu spełnienia wymagań rządów i organów regulacyjnych. Badanie toksyczności polega na podawaniu zwierzętom toksycznych substancji w celu sprawdzenia, ile substancji chemicznej lub leku potrzeba, aby spowodować poważne szkody, próbując zmierzyć, jaka jest „bezpieczna” dawka dla ludzi. Zwierzęta dostają zastrzyki lub są zmuszane do jedzenia lub wdychania coraz większych ilości substancji, co prowadzi do wymiotów, krwawień wewnętrznych, niewydolności oddechowej, gorączki, niewydolności organów, a nawet śmierci. Nie stosuje się środków znieczulających ani przeciwbólowych.
Testy są często kompletnie bezużyteczne i niemiarodajne, chociażby z samego powodu, że każdy gatunek inaczej reaguje na daną substancję.
Samo przeprowadzanie testów jest wciąż legalne, jednak udokumentowane przypadki znęcania się czy rażące zaniedbania wykraczają daleko poza to, co jest dopuszczalne. W związku z ujawnionymi przez SOKO informacjami, prowadzone są dochodzenia i postępowania karne wobec LPT. Pojawiają się również tłumaczenia ze strony władz odpowiedzialnych za kontrolę.
– To zaskakujące, że władze weterynaryjne widzą teraz zbyt małe klatki, które wiszą tam od lat. Szczególnie oburzający jest dla nas fakt, że całkowity brak gwarantowanych prawem elementów do zabawy u małp jest usprawiedliwiony faktem, że zwierzęta te, mają przecież kłódki na klatkach, które mogą służyć im do zabawy. Wywołuje to spore wątpliwości co do umiejętności i postawy etycznej odpowiedzialnych za te kontrole podmiotów. Nie chcemy iluzorycznych rozwiązań, lecz natychmiastowej ochrony zwierząt, a to możliwe jest tylko poprzez zamknięcie laboratorium dla zwierząt – komentuje sprawę Friedrich Mülln z SOKO Tierschutz, organizacji, która przeprowadza podobne śledztwa nie tylko w laboratoriach, ale i na fermach zwierząt.
Pracownik SOKO Animal Welfare Investigator dowiedział się, że jedno zwierzę w hodowli małp w laboratorium, miało numer tatuażu, który nie zgadzał się z etykietą na klatce. Kilku pracowników zgłosiło niezależnie od siebie, że małpa została „wymieniona”.
Według pracowników, stare zwierzę zmarło w okrutnych warunkach z powodu wypadnięcia odbytnicy.
LAVES Niedersachsen (Urząd Ochrony Konsumentów i Bezpieczeństwa Żywności w Dolnej Saksonii) stwierdził, że nie dostarczono żadnych wymaganych informacji, o śmierci zwierzęcia. W związku z tym, złożono zawiadomienie. Laboratorium wszystkiemu zaprzecza. – Jeśli podejrzenia potwierdzą się, oznacza to, że zmanipulowano badanie na zwierzętach z rzędu ssaków naczelnych w LPT, a to wszystko poddaje je w wątpliwość, co za tym idzie, licencja operacyjna laboratorium musi zostać natychmiast wycofana. Fakt ten, oznacza nie tylko tortury dla zwierząt, ale także istnienie leku dla ludzi, którego rozwój opierał się na nieprawdziwych danych i sfałszowanych badaniach – mówi Mülln.
Organizacja zdecydowała się na złożenie zawiadomienia o podejrzenie oszustwa.
W Polsce jako pierwsze wyniki śledztwa opublikowało Stowarzyszenie Basta. Rozmawiamy z jego przedstawicielką, Goją.
Co dokładnie było testowane w laboratorium?
W LPT były testowane głównie substancje chemiczne i produkty/substancje farmaceutyczne. W materiałach SOKO mowa jest o testach toksyczności. To badanie, w którym podaje się zwierzęciu kapsułkę z toksyczną substancją chemiczną, a następnie bada reakcje. Substancję można podawać też przez rurkę włożoną do przełyku. Niestety nie wiemy, jaki był procentowy udział badanych składników.
Nagrane materiały pokazują niewyobrażalne okrucieństwo wobec zwierząt. Mimo wszystko samo laboratorium działało legalnie. Co możemy teraz osiągnąć dzięki opublikowaniu materiałów i oburzeniu opinii publicznej?
Działało i działa dalej, wbrew niektórym doniesieniom. Natomiast wzburzona opinia publiczna to ogromna wartość tego typu śledztw. Szokujące obrazy zmuszają do dyskusji i myślenia o naszym własnym udziale w tym procederze. Dlatego ważną kwestią jest budowanie świadomości konsumenckiej. Ale sprawa się tutaj nie kończy. Problem z testami, podobnie jak wiele innych tematów dotyczących kwestii zwierząt, polega na braku rozwiązań systemowych. Znamy wiele przypadków śledztw, które wykazywały ogromne nieprawidłowości w przestrzeganiu procedur na terenie danego zakładu. Sporo z takich skandali, próbowano tłumaczyć jako jednorazowe incydenty. Następnie nakładano kary finansowe i zrzucano odpowiedzialność na pracowników. Jeśli nie chcemy, żeby i tu zadziałał ten schemat, musimy naciskać na władze i dążyć do całkowitego zakazu testów na zwierzętach.
To nie jedyne tego typu laboratorium w Niemczech, ani w Europie. Jaka jest skala problemu?
W Niemczech są trzy tego typu laboratoria, rocznie ginie w tym kraju w wyniku testów ok. 2.8 miliona zwierząt. Na terenie UE każdego roku wykorzystywanych jest około 12 mln zwierząt. Szacuje się też, że istnieje około 20 laboratoriów tego typu. Wykorzystywanie zwierząt do testów, określa Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/63/UE[5] ze stycznia 2013 roku. Mimo, że mamy zakaz testowania kosmetyków, dalej możemy robić to z lekami, suplementami diety, biocydami czyli np. pestycydami, czy substancjami chemicznymi.
Czy w Polsce dzieją się podobne rzeczy?
Kontrola nad eksperymentami na zwierzętach należy do specjalnej komisji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego – Krajowej komisji Etycznej. Według sprawozdań dostępnych na stronie KKE w Polsce w 2018 roku, wykorzystano do testów 153 435 zwierząt. Były to głównie myszy, szczury, ryby, ale pojawiły się też psy i koty. W sumie mówimy o ponad 100 gatunkach zwierząt. Niestety brakuje u nas organizacji, która monitorowałaby sytuację, dlatego nie dysponuję bardziej szczegółowymi informacjami na temat warunków w jakich odbywają się testy na terenie kraju. Miejmy nadzieję, że dzięki opublikowanemu śledztwu, przetoczy się nie tylko fala oburzenia, ale także rozpocznie się publiczna debata na temat zasadności i etyczności testów na zwierzętach.

***

Wiele osób poruszonych tematem umierających w męczarniach zwierząt zaczęło masowo szukać informacji na temat kosmetyków nietestowanych na zwierzętach. Nawet jeśli nie jest to temat bezpośrednio powiązany z tym konkretnym laboratorium (według informacji w LPT testowano inne środki), warto pamiętać, że mimo zakazu w Unii Europejskiej, kosmetyki i ich składniki mogą być testowane poza jej granicami. Co więcej, firmy będące na rynku chińskim są wręcz zobligowane do przeprowadzenia testów. Organizacje prozwierzęce i same koncerny walczą o zmianę tych przepisów. Póki co pozostaje wspieranie śledzenie tematu i wspieranie firm według własnego sumienia. W Polsce powstało Stowarzyszenie Kosmetyki bez Okrucieństwa, które weryfikuje czy dana firma kosmetyczna jest cruelty-free czy nie.
W sobotę duża demonstracja odbyła się w Hamburgu, a w Polsce osoby sprzeciwiające się testom na zwierzętach i bezkarnością laboratoriów takie jak to ze śledztwa, mogą wziąć udział w demonstracji pod ambasadą Niemiec w najbliższą środę, 23 października, o godzinie 16.30. Organizatorzy i uczestnicy będą domagać się m.in. zamknięcia laboratorium LPT (niestety plotki o jego zamknięciu nie są prawdziwe) oraz wprowadzenia surowszych przepisów.
Co jeszcze można zrobić w tej sprawie? Podpisać petycję w sprawie zamknięcia laboratorium i/lub petycję w w sprawie ulepszenia prawa regulującego testy na zwierzętach, a także oddać głos na organizację SOKO, która organizowała śledztwo, a teraz bierze udział w konkursie organizacji zaangażowanych społecznie.

Kolejny wypadek na trasie do Morskiego Oka

22 sierpnia, po przejściu przez Tatry ogromnej burzy, na trasie do Morskiego Oka przewrócił się kolejny koń.

Tego dnia wielu turystów korzystało z tego transportu, by nie wracać w deszczu na na nogach na parking na Palenicy Białczańskiej. Fundacja Viva! po raz kolejny apeluje, żeby nie płacić za cierpienie zwierząt i nie wsiadać na wozy.
W ostatni czwartek, 22 sierpnia, około godziny 16:20 na ostatniej prostej przed parkingiem na Palenicy Białczańskiej, przewrócił się koń Budrys, ciągnący wóz pełen turystów wracających z Morskiego Oka.
– Świadkowie relacjonują, że koń leżał na asfalcie kilkanaście minut, miał fioletowy język i oczy wywrócone tak, że widać było białka – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – Dlatego podejrzewamy, że nie doszło do potknięcia się konia, a do jakiś problemów krążeniowo-oddechowch, związanych z wysiłkiem podczas pracy. Tego dnia po burzy w Tatrach bardzo wiele osób chciało skorzystać z transportu konnego, żeby nie wracać z Morskiego Oka w deszczu. Dodatkowo taka pogoda nie służy koniom – tłumaczy.
Na filmie, jaki przesłała do fundacji turystka wracająca spacerem z Morskiego Oka słychać płacz dzieci, które nie mogły patrzeć na cierpienie zwierzęcia. Zgodnie z relacją świadków koń nie potrafił wstać przez kilkanaście minut, a furmani wpinali jego uprząż z wozu. Kiedy zwierzę w końcu wstało – furman powiedział ludziom, którzy wcześniej z nim jechali, że mogą wsiadać na wóz.
– To zachowanie pokazuje podejście tych osób do zwierząt – mówi Cezary Wyszyński, prezes Fundacji Viva! – Doszło do wypadku, nie wiadomo jakie były jego przyczyny, ale kurs miał być kontynuowany? Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca! – dodaje.
Zgodnie z ekspertyzami, jakimi dysponuje Viva! konie ciągną na tej trasie o tonę za dużo, a takiego przeciążenia zabrania ustawa o ochronie zwierząt. Tatrzański Park Narodowy zasłania się jednak wyliczeniami hipologa z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, zgodnie z którymi konie nie pracują w przeciążeniu. – Wielokrotnie informowaliśmy Tatrzański Park Narodowy, że te wyliczenia są błędne – mówi Anna Plaszczyk z Vivy! – Dyrektor parku ignorował nasze apele przez wiele lat i nigdy nie sprawdził, kto ma rację. To, że hipolog pracujący dla Tatrzańskiego Parku Narodowego się pomylił potwierdził biegły sądowy w opinii sporządzonej dla Prokuratury Rejonowej w Limanowej. Dyrektor parku zna treść tej opinii, ale wciąż nie robi nic, by zwierzęta nie cierpiały – podkreśla.
Fundacja Viva! zawiadomi prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania nad koniem, który przewrócił się na popularnej wśród turystów trasie do Morskiego Oka. W prokuraturach w Limanowej i w Zakopanem wciąż trwają postępowania dotyczące systemowego znęcania się nad tymi zwierzętami.
– Po tym wypadku w mediach społecznościowych po raz kolejny zawrzało – mówi Cezary Wyszyński z Vivy! – Polki i Polacy domagają się natychmiastowego zatrzymania transportu konnego do Morskiego Oka i zastąpienia go alternatywnym, środkiem transportu – tłumaczy.
***
Konie nigdy nie były naturalnym elementem tatrzańskich dolin czy szczytów. Takim elementem są kozice, świstaki czy niedźwiedzie i tak powinno pozostać. Ponadto konie, pracujące ponad siły na trasie do Morskiego Oka, przyczyniają się nieświadomie do degradacji środowiska parku narodowego.
Pracownicy TPN w sposób wyrywkowy kontrolują furmanów, ale te kontrole prowadzone są w sposób ograniczony. Pracownicy Straży Parku nie znają się na zwierzętach, więc nigdy nie kontrolują ich stanu zdrowia, a jedynie dokumenty. Takie kontrole w żaden sposób nie prowadzą do wyeliminowania z trasy koni chorych.
Znamienne jest to, że byli oni wielokrotnie oszukiwani podczas kontroli wyrywkowych – np. kontrolowali furmanów na trasie, przewożących pasażerów, którzy równocześnie widnieli w systemie CEIDG jako osoby posiadające zawieszoną działalność gospodarczą.

Zasłużona kara

Maltretowali zwierzęta w rzeźni, odpowiedzą przed sądem.

Trzech pracowników oskarżonych o znęcanie się nad zwierzętami! To ciąg dalszy bulwersującej sprawy rzeźni w Przechlewie, którą odkryli aktywiści Fundacji Viva! i Inistatywy Basta! w ramach kampanii Stopklatka.
Pierwsze nagrania ze śledztwa pochodzą z 13 czerwca, ostatnie z początku sierpnia 2017. Dokumentują przemoc, którego dopuszczali się pracownicy na terenie rzeźni – kopali zwierzęta w głowę, zrzucali je z windy, ciągnęli za uszy. Te drastyczne sceny udało się udokumentować podczas rozładunku zwierząt. Materiał, który zebrali aktywiści pokazuje, że kupowanie mięsa łączy się z finansowaniem okrutnych praktyk.
Prokuratura Rejonowa w Lęborku po odtworzeniu nagrań nie miała wątpliwości: przesłała do Sądu Rejonowego w Człuchowie akt oskarżenia przeciwko trzem osobom. Pracownicy ubojni oskarżeni są o popełnienie przestępstwa z art.35 ust. 1a oraz z art. 6 ust. 2 pkt 4 i 6 ustawa z dnia 21 sierpnia 1997 o ochronie zwierząt. Grozi im kara do trzech lat pozbawienia wolności.
– Oskarżonym zarzuca się popełnienie przestępstwa związanego ze znęcaniem się nad zwierzętami, z punktu mówiącego o biciu zwierząt przedmiotami twardymi i ostrymi, biciu po głowie i dolnej części brzucha. Jeden pracownik jest dodatkowo oskarżony o przepędzanie zwierząt w sposób powodujący ich zbędne cierpienie i stres. – informuje Łukasz Musiał, koordynator kampanii Stopklatka.
Zdarzenia miały miejsce na terenie rzeźni Prime Food (Axzon Group) w Przechlewie (woj. pomorskie). Zwierzęta – bite, kopane, dźgane i zrzucane z windy – transportowane były do rzeźni m. in. przez siostrzaną firmę Poldanor SA. W oparciu o nagrania wideo zebrane w czasie śledztwa Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva! już we wrześniu 2017 przygotowała i złożyła zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
To już kolejna sprawa, związana z rozładunkiem świń w rzeźni i znęcaniem się nad zwierzętami, która będzie miała swój ciąg dalszy w sądzie. Nasze śledztwa w trzech ubojniach – w Szczecinie, Przechlewie i Witkowie – ujawniły, że pracownicy nagminnie stosują przemoc wobec zwierząt i łamią ustawy o ochronie, transporcie i uboju zwierząt. Nie ma wątpliwości, że obecny nadzór w tego typu zakładach jest niewystarczający. Dlatego Fundacja Viva! stworzyła petycję na rzecz wprowadzenia obowiązku instalowania monitoringu wideo w ubojniach. Pod petycją podpisało się już ponad 22 tysiące osób.

Damy i zwierzęta

W programie „Projekt Lady” TVN w nieetyczny sposób wykorzystano żywe zwierzęta. Pojawiły się również zarzuty, że jedno z nich zmarło na planie podczas kręcenia rozrywkowego show.

W 7 odcinku 4 sezonu programu, którego akcja umieszczona została w zabytkowym zamku, kandydatki na „damy” miały zmierzyć się z własnym lękiem i uprzedzeniami. W tym celu prowadząca kazała im wkładać ręce do kilku zamkniętych, ustawionych w rzędzie pudełek. Tylko widzowie mogli zobaczyć, co znajduje się w środku. Młode kobiety musiały rozpoznać zawartość pudełek na tak zwanego czuja, dotykiem.

Trudno stwierdzić, kto był bardziej przerażony – dziewczyny, czy zwierzęta.

Takie przynajmniej odczucia miałam podczas oglądania kontrowersyjnego odcinka.
Żaba Rozamunda i świnka morska Albert kuliły się pod ścianami, będąc narażone na dotyk obcych rąk. W pozostałych pudełkach znajdowały się różne przedmioty nieożywione – takie jak mięso z kurczaka czy szczotka do włosów. Cała konkurencja miała dostarczyć widzom uciechy, że oto młode dziewczyny panikują, dotykając kolców wystających ze szczotki i piszczą przy tym wniebogłosy. Szczerze mówiąc postawiona w podobnej sytuacji rozważyłabym skargę na naruszenie mojej nietykalności cielesnej. Bo dotyk ten był ewidentnie niechciany.
Uczestniczki zresztą pod koniec zadania opowiadały przed kamerą, jak bardzo było ono dla nich stresujące i niekomfortowe. Zwierzęta, jak wiadomo, głosu nie mają, więc go nie zabrały. Ale zaraz, zaraz…

Po programie w internecie zawrzało.

W mediach społecznościowych pojawiły się komentarze sugerujące, że świnka morska użyta w programie zmarła z wyziębienia, z powodu zbyt mocno rozkręconej na planie klimatyzacji. Według tego, co piszą internauci na Facebooku i Instagramie, miała potwierdzić to anonimowa osoba z ekipy, obecna przy kręceniu odcinka.
TVN nie skomentowała sprawy, głos zabrała za to prowadząca Tatiana Mindewicz-Puacz, która zapewniła, że nad zwierzętami na planie czuwa zawsze sztab specjalistów i „często mają lepszą opiekę niż ludzie”. Nie odniosła się jednak do sprawy Alberta. Stacja, pragnąc oddalić oskarżenia i oczyścić się z zarzutu dręczenia zwierząt, powinna pokazać go widzom i zapewnić, że ma się dobrze.

Zwierzę nie jest rzeczą!!!

Wykorzystywanie zwierząt dla rozrywki – czy to na cyrkowej arenie, czy na planie popularnego programu, uważam za nieetyczne. Niezależnie od tego, co naprawdę wydarzyło się przy kręceniu siódmego odcinka czwartej serii, scenarzyści powinni wytłumaczyć się widzom oraz organizacjom prozwierzęcym z samego pomysłu zamknięcia żywych istot w pudelkach i zmuszania do niechcianego dotyku. Komuś ewidentnie zabrakło wyobraźni. Co by się stało, gdyby zwierzę zaatakowało dłoń którejś z uczestniczek? Co by się stało, gdyby doznało urazu, na przykład ostrym paznokciem?
Mój kochany pieseczek
Zarówno Tatiana Mindewicz-Puacz, jak i prowadząca Małgorzata Rozenek-Majdan mają w swoich mediach społecznościowych zdjęcia ze swoimi psimi ulubieńcami. Powinny więc rozumieć, że nie da się zostać „damą”, kiedy darzymy szacunkiem kanapowego pieska, ale żabę czy świnkę traktujemy jak zabawkę na antenie.
Jeśli scenarzyści wymyślili sobie, że będą „oswajać” młode kobiety z lękiem z pomocą zwierząt, mogli w tym celu zaprosić specjalnie do tego szkolone psy, konie, koty – które pomagają zrozumieć świat niepełnosprawnym, czy osobom z autyzmem.

Damą być

Dama, jak wiadomo, je przez bibułkę wszystko, co trzeba. Nie kruszy, nie mlaska, rozróżnia kieliszki do wina białego, czerwonego i prosecco. Taka jest skubaniutka.
Ale najwyraźniej nie trzeba uczyć jej szacunku do żyjących stworzeń, o ile nie są kochanym rasowym pieskiem na złotym łańcuszku zamiast smyczy albo poczciwym łajzą ze schroniska, który generuje setki lajków na Facebooku i Instagramie – i świadczy o wielkim sercu właścicielki.
Często mają lepszą opiekę niż ludzie
Żyjemy w kraju, w którym zwierzęta praktycznie nie mają praw. Traktowane są jak zasób. Świadomość społeczna zmienia się powoli i z trudem.
I nagle wchodzi na ekrany program, propagujący świetną zabawę w postaci „macania” żaby ukrytej w skrzynce. Nikomu nie przyszło do głowy, że to się kłóci?
Tematem na osobny tekst jest poddawanie presji i wymuszanie różnych zachowań na uczestnikach programów takich jak „Projekt Lady”. Oby konwencja „wiemy, lepiej, co dla was dobre” przeszła jak najszybciej do historii popkultury, zarówno w odniesieniu do ludzi, jak i do zwierząt.

Zachciało mu się tygrysów. Stanie przed sądem

19 zarzutów, w tym znęcania się nad zwierzętami, nielegalnego posiadania zwierząt chronionych, fałszowania dokumentów i sprowadzenia niebezpieczeństwa utraty życia lub zdrowia ludzi usłyszał w poniedziałek, 17 czerwca, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu Macieja M., hodowca zwierząt egzotycznych spod Śremu. Proces w tej głośnej sprawie to wynik interwencji, jaką w 2017 roku przeprowadziła w hodowli wielkopolska policja przy pomocy Fundacji Viva!

Kiedy latem 2017 roku policja wraz z innymi służbami i przedstawicielami organizacji ochrony zwierząt wchodziła na teren hodowli zwierząt egzotycznych w miejscowości Pysząca pod Śremem – nikt nie podejrzewał, że będzie to największa tego typu interwencja nie tylko w Polsce, ale prawdopodobnie w całej Europie. Na niewielkiej działce właściciel przetrzymywał 6 tygrysów, 5 lampartów, 2 pumy, 2 karakale, 2 rysie, 2 oceloty, kilkadziesiąt antylop, osły pustynne, jeżozwierze, świnie rzeczne, makaki i wiele gatunków ptaków. Łącznie prawie 300 zwierząt ponad 80 gatunków, w większości chronionych przepisami międzynarodowymi.
– Trudno jednym tchem wymienić wszystkie nieprawidłowości, które stwierdziliśmy na miejscu – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – Zwierzęta były przetrzymywane w zbyt małych pomieszczeniach, niektóre bez dostępu do wybiegów zewnętrznych. Wszędzie panowały skandaliczne warunki sanitarne, wybiegi nie były sprzątane od wielu tygodni, pomieszczenia wewnętrzne śmierdziały tak, że nie sposób było do nich wejść. Dodatkowo miejsca, w których przetrzymywano zwierzęta niebezpieczne nie były odpowiednio zabezpieczone – tłumaczy. W przypadku 2 tygrysów, które przetrzymywano na wybiegu o wielkości niespełna 40m2, w ogrodzeniu stwierdzono dziurę, którą zwierzęta systematycznie powiększały. Zaledwie dni dzieliły je od ucieczki, która mogłaby skończyć się ogromną tragedią.
Po oględzinach zapadła decyzja o odebraniu właścicielowi wszystkich zwierząt ze względu na zagrożenie ich zdrowia lub życia oraz wątpliwości dotyczące legalności ich pochodzenia i posiadania.
– Opinia biegłego sądowego w zakresie nielegalnego posiadania, handlu i transportu zwierząt chronionych przez Macieja M. liczy 400 stron – mówi adwokat Katarzyna Topczewska, pełnomocnik Fundacji Viva! – Prokuratura postawiła Maciejowi M. zarzut naruszenia unijnych przepisów dotyczących gatunków chronionych w przypadku aż 427 zwierząt. Wielu z nich w dniu interwencji nie było już w ośrodku. Waga tej sprawy jest ogromna, bo jej przedmiotem są żywe, czujące istoty objęte wyjątkową ochroną i często krytycznie zagrożone wyginięciem. Musimy pamiętać, że nielegalny handel zwierzętami chronionymi to trzeci największy czarny rynek na świecie, zaraz po handlu bronią i narkotykami – tłumaczy.
W poniedziałek, 17 czerwca o 10:15 rano prokurator Prokuratury Okręgowej w Poznaniu odczytał przed Sądem Okręgowym w Poznaniu Maciejowi M. akt oskarżenia obejmujący aż 19 zarzutów, w tym:
– złamania przepisów rozporządzenia Rady (WE) 338/97 w przypadku 427 zwierząt;
– znęcania się nad kilkuset zwierzętami poprzez utrzymanie ich w niewłaściwych warunkach bytowania w tym w warunkach rażącego niedbalstwa i niechlujstwa, niezapewnienie im minimalnych warunków umożliwiających realizację naturalnych potrzeb gatunkowych,
– przywłaszczenia kapibary, wypożyczonej mu kilka lat temu przez Ogród Zoologiczny w Poznaniu;
– nielegalnego posiadania leków;
– sprowadzenia zagrożenia utraty życia bądź ciężkiego uszczerbku na zdrowiu poprzez przetrzymywanie zwierząt niebezpiecznych w miejscach niezabezpieczonych zgodnie z przepisami;
– łamania prawa pracy w stosunku do pracowników i niezapewnienie pracownikom bezpieczeństwa podczas wykonywania czynności zawodowych;
– podrobienia szeregu dokumentów potwierdzających legalne pochodzenie zwierząt.
Zabezpieczone podczas interwencji zwierzęta zostały przewiezione do Ogrodów Zoologicznych w Poznaniu, Warszawie, Bydgoszczy oraz do ośrodków organizacji pozarządowych w Holandii czy Słowacji.
Fundacja Viva! będzie pełniła w tej sprawie rolę oskarżyciela posiłkowego. Reprezentować ją będzie mecenas Katarzyna Topczewska.
Równolegle w Sądzie Rejonowym w Śremie toczą się dwa procesy w sprawach o wykroczenia, w tym o nielegalne posiadanie zwierząt niebezpiecznych. Fundacja Viva również w tych sprawach jest oskarżycielem posiłkowym.