Koszmar w laboratorium

Kilka dni temu internet obiegły wstrząsające zdjęcia pokazujące cierpiące i przerażone zwierzęta, m.in. małpy i psy, w jednym z niemieckich laboratoriów.

Materiały nagrane podczas tajnego śledztwa organizacji SOKO Tierschutz i Cruelty Free International ukazały niebywałą skalę okrucieństwa a także wiele przykładów łamania prawa, w tym prawdopodobnie zatajenie śmierci przynajmniej jednego ze zwierząt. W materiałach widać zakrwawione podłogi, przerażone, unieruchomione kajdanami i obręczami małpy, które usiłowały wydostać się z eksperymentu, wprowadzane rurkami do gardeł chemikalia, pozostawione same sobie umierające psy i wiele innych, nie dających o sobie zapomnieć obrazów.
Zarówno brutalność eksperymentów, sposób traktowania zwierząt jak i samo ich trzymanie w pustych, pozbawionych jakichkolwiek dodatków klatkach, budzi silne emocje.
LPT jest rodzinnym laboratorium przeprowadzającym testy toksyczności dla firm farmaceutycznych, przemysłowych i agrochemicznych z całego świata w celu spełnienia wymagań rządów i organów regulacyjnych. Badanie toksyczności polega na podawaniu zwierzętom toksycznych substancji w celu sprawdzenia, ile substancji chemicznej lub leku potrzeba, aby spowodować poważne szkody, próbując zmierzyć, jaka jest „bezpieczna” dawka dla ludzi. Zwierzęta dostają zastrzyki lub są zmuszane do jedzenia lub wdychania coraz większych ilości substancji, co prowadzi do wymiotów, krwawień wewnętrznych, niewydolności oddechowej, gorączki, niewydolności organów, a nawet śmierci. Nie stosuje się środków znieczulających ani przeciwbólowych.
Testy są często kompletnie bezużyteczne i niemiarodajne, chociażby z samego powodu, że każdy gatunek inaczej reaguje na daną substancję.
Samo przeprowadzanie testów jest wciąż legalne, jednak udokumentowane przypadki znęcania się czy rażące zaniedbania wykraczają daleko poza to, co jest dopuszczalne. W związku z ujawnionymi przez SOKO informacjami, prowadzone są dochodzenia i postępowania karne wobec LPT. Pojawiają się również tłumaczenia ze strony władz odpowiedzialnych za kontrolę.
– To zaskakujące, że władze weterynaryjne widzą teraz zbyt małe klatki, które wiszą tam od lat. Szczególnie oburzający jest dla nas fakt, że całkowity brak gwarantowanych prawem elementów do zabawy u małp jest usprawiedliwiony faktem, że zwierzęta te, mają przecież kłódki na klatkach, które mogą służyć im do zabawy. Wywołuje to spore wątpliwości co do umiejętności i postawy etycznej odpowiedzialnych za te kontrole podmiotów. Nie chcemy iluzorycznych rozwiązań, lecz natychmiastowej ochrony zwierząt, a to możliwe jest tylko poprzez zamknięcie laboratorium dla zwierząt – komentuje sprawę Friedrich Mülln z SOKO Tierschutz, organizacji, która przeprowadza podobne śledztwa nie tylko w laboratoriach, ale i na fermach zwierząt.
Pracownik SOKO Animal Welfare Investigator dowiedział się, że jedno zwierzę w hodowli małp w laboratorium, miało numer tatuażu, który nie zgadzał się z etykietą na klatce. Kilku pracowników zgłosiło niezależnie od siebie, że małpa została „wymieniona”.
Według pracowników, stare zwierzę zmarło w okrutnych warunkach z powodu wypadnięcia odbytnicy.
LAVES Niedersachsen (Urząd Ochrony Konsumentów i Bezpieczeństwa Żywności w Dolnej Saksonii) stwierdził, że nie dostarczono żadnych wymaganych informacji, o śmierci zwierzęcia. W związku z tym, złożono zawiadomienie. Laboratorium wszystkiemu zaprzecza. – Jeśli podejrzenia potwierdzą się, oznacza to, że zmanipulowano badanie na zwierzętach z rzędu ssaków naczelnych w LPT, a to wszystko poddaje je w wątpliwość, co za tym idzie, licencja operacyjna laboratorium musi zostać natychmiast wycofana. Fakt ten, oznacza nie tylko tortury dla zwierząt, ale także istnienie leku dla ludzi, którego rozwój opierał się na nieprawdziwych danych i sfałszowanych badaniach – mówi Mülln.
Organizacja zdecydowała się na złożenie zawiadomienia o podejrzenie oszustwa.
W Polsce jako pierwsze wyniki śledztwa opublikowało Stowarzyszenie Basta. Rozmawiamy z jego przedstawicielką, Goją.
Co dokładnie było testowane w laboratorium?
W LPT były testowane głównie substancje chemiczne i produkty/substancje farmaceutyczne. W materiałach SOKO mowa jest o testach toksyczności. To badanie, w którym podaje się zwierzęciu kapsułkę z toksyczną substancją chemiczną, a następnie bada reakcje. Substancję można podawać też przez rurkę włożoną do przełyku. Niestety nie wiemy, jaki był procentowy udział badanych składników.
Nagrane materiały pokazują niewyobrażalne okrucieństwo wobec zwierząt. Mimo wszystko samo laboratorium działało legalnie. Co możemy teraz osiągnąć dzięki opublikowaniu materiałów i oburzeniu opinii publicznej?
Działało i działa dalej, wbrew niektórym doniesieniom. Natomiast wzburzona opinia publiczna to ogromna wartość tego typu śledztw. Szokujące obrazy zmuszają do dyskusji i myślenia o naszym własnym udziale w tym procederze. Dlatego ważną kwestią jest budowanie świadomości konsumenckiej. Ale sprawa się tutaj nie kończy. Problem z testami, podobnie jak wiele innych tematów dotyczących kwestii zwierząt, polega na braku rozwiązań systemowych. Znamy wiele przypadków śledztw, które wykazywały ogromne nieprawidłowości w przestrzeganiu procedur na terenie danego zakładu. Sporo z takich skandali, próbowano tłumaczyć jako jednorazowe incydenty. Następnie nakładano kary finansowe i zrzucano odpowiedzialność na pracowników. Jeśli nie chcemy, żeby i tu zadziałał ten schemat, musimy naciskać na władze i dążyć do całkowitego zakazu testów na zwierzętach.
To nie jedyne tego typu laboratorium w Niemczech, ani w Europie. Jaka jest skala problemu?
W Niemczech są trzy tego typu laboratoria, rocznie ginie w tym kraju w wyniku testów ok. 2.8 miliona zwierząt. Na terenie UE każdego roku wykorzystywanych jest około 12 mln zwierząt. Szacuje się też, że istnieje około 20 laboratoriów tego typu. Wykorzystywanie zwierząt do testów, określa Dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady 2010/63/UE[5] ze stycznia 2013 roku. Mimo, że mamy zakaz testowania kosmetyków, dalej możemy robić to z lekami, suplementami diety, biocydami czyli np. pestycydami, czy substancjami chemicznymi.
Czy w Polsce dzieją się podobne rzeczy?
Kontrola nad eksperymentami na zwierzętach należy do specjalnej komisji Ministerstwa Nauki i Szkolnictwa Wyższego – Krajowej komisji Etycznej. Według sprawozdań dostępnych na stronie KKE w Polsce w 2018 roku, wykorzystano do testów 153 435 zwierząt. Były to głównie myszy, szczury, ryby, ale pojawiły się też psy i koty. W sumie mówimy o ponad 100 gatunkach zwierząt. Niestety brakuje u nas organizacji, która monitorowałaby sytuację, dlatego nie dysponuję bardziej szczegółowymi informacjami na temat warunków w jakich odbywają się testy na terenie kraju. Miejmy nadzieję, że dzięki opublikowanemu śledztwu, przetoczy się nie tylko fala oburzenia, ale także rozpocznie się publiczna debata na temat zasadności i etyczności testów na zwierzętach.

***

Wiele osób poruszonych tematem umierających w męczarniach zwierząt zaczęło masowo szukać informacji na temat kosmetyków nietestowanych na zwierzętach. Nawet jeśli nie jest to temat bezpośrednio powiązany z tym konkretnym laboratorium (według informacji w LPT testowano inne środki), warto pamiętać, że mimo zakazu w Unii Europejskiej, kosmetyki i ich składniki mogą być testowane poza jej granicami. Co więcej, firmy będące na rynku chińskim są wręcz zobligowane do przeprowadzenia testów. Organizacje prozwierzęce i same koncerny walczą o zmianę tych przepisów. Póki co pozostaje wspieranie śledzenie tematu i wspieranie firm według własnego sumienia. W Polsce powstało Stowarzyszenie Kosmetyki bez Okrucieństwa, które weryfikuje czy dana firma kosmetyczna jest cruelty-free czy nie.
W sobotę duża demonstracja odbyła się w Hamburgu, a w Polsce osoby sprzeciwiające się testom na zwierzętach i bezkarnością laboratoriów takie jak to ze śledztwa, mogą wziąć udział w demonstracji pod ambasadą Niemiec w najbliższą środę, 23 października, o godzinie 16.30. Organizatorzy i uczestnicy będą domagać się m.in. zamknięcia laboratorium LPT (niestety plotki o jego zamknięciu nie są prawdziwe) oraz wprowadzenia surowszych przepisów.
Co jeszcze można zrobić w tej sprawie? Podpisać petycję w sprawie zamknięcia laboratorium i/lub petycję w w sprawie ulepszenia prawa regulującego testy na zwierzętach, a także oddać głos na organizację SOKO, która organizowała śledztwo, a teraz bierze udział w konkursie organizacji zaangażowanych społecznie.

Kolejny wypadek na trasie do Morskiego Oka

22 sierpnia, po przejściu przez Tatry ogromnej burzy, na trasie do Morskiego Oka przewrócił się kolejny koń.

Tego dnia wielu turystów korzystało z tego transportu, by nie wracać w deszczu na na nogach na parking na Palenicy Białczańskiej. Fundacja Viva! po raz kolejny apeluje, żeby nie płacić za cierpienie zwierząt i nie wsiadać na wozy.
W ostatni czwartek, 22 sierpnia, około godziny 16:20 na ostatniej prostej przed parkingiem na Palenicy Białczańskiej, przewrócił się koń Budrys, ciągnący wóz pełen turystów wracających z Morskiego Oka.
– Świadkowie relacjonują, że koń leżał na asfalcie kilkanaście minut, miał fioletowy język i oczy wywrócone tak, że widać było białka – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – Dlatego podejrzewamy, że nie doszło do potknięcia się konia, a do jakiś problemów krążeniowo-oddechowch, związanych z wysiłkiem podczas pracy. Tego dnia po burzy w Tatrach bardzo wiele osób chciało skorzystać z transportu konnego, żeby nie wracać z Morskiego Oka w deszczu. Dodatkowo taka pogoda nie służy koniom – tłumaczy.
Na filmie, jaki przesłała do fundacji turystka wracająca spacerem z Morskiego Oka słychać płacz dzieci, które nie mogły patrzeć na cierpienie zwierzęcia. Zgodnie z relacją świadków koń nie potrafił wstać przez kilkanaście minut, a furmani wpinali jego uprząż z wozu. Kiedy zwierzę w końcu wstało – furman powiedział ludziom, którzy wcześniej z nim jechali, że mogą wsiadać na wóz.
– To zachowanie pokazuje podejście tych osób do zwierząt – mówi Cezary Wyszyński, prezes Fundacji Viva! – Doszło do wypadku, nie wiadomo jakie były jego przyczyny, ale kurs miał być kontynuowany? Takie sytuacje nie powinny mieć miejsca! – dodaje.
Zgodnie z ekspertyzami, jakimi dysponuje Viva! konie ciągną na tej trasie o tonę za dużo, a takiego przeciążenia zabrania ustawa o ochronie zwierząt. Tatrzański Park Narodowy zasłania się jednak wyliczeniami hipologa z Uniwersytetu Przyrodniczego w Lublinie, zgodnie z którymi konie nie pracują w przeciążeniu. – Wielokrotnie informowaliśmy Tatrzański Park Narodowy, że te wyliczenia są błędne – mówi Anna Plaszczyk z Vivy! – Dyrektor parku ignorował nasze apele przez wiele lat i nigdy nie sprawdził, kto ma rację. To, że hipolog pracujący dla Tatrzańskiego Parku Narodowego się pomylił potwierdził biegły sądowy w opinii sporządzonej dla Prokuratury Rejonowej w Limanowej. Dyrektor parku zna treść tej opinii, ale wciąż nie robi nic, by zwierzęta nie cierpiały – podkreśla.
Fundacja Viva! zawiadomi prokuraturę o podejrzeniu popełnienia przestępstwa znęcania nad koniem, który przewrócił się na popularnej wśród turystów trasie do Morskiego Oka. W prokuraturach w Limanowej i w Zakopanem wciąż trwają postępowania dotyczące systemowego znęcania się nad tymi zwierzętami.
– Po tym wypadku w mediach społecznościowych po raz kolejny zawrzało – mówi Cezary Wyszyński z Vivy! – Polki i Polacy domagają się natychmiastowego zatrzymania transportu konnego do Morskiego Oka i zastąpienia go alternatywnym, środkiem transportu – tłumaczy.
***
Konie nigdy nie były naturalnym elementem tatrzańskich dolin czy szczytów. Takim elementem są kozice, świstaki czy niedźwiedzie i tak powinno pozostać. Ponadto konie, pracujące ponad siły na trasie do Morskiego Oka, przyczyniają się nieświadomie do degradacji środowiska parku narodowego.
Pracownicy TPN w sposób wyrywkowy kontrolują furmanów, ale te kontrole prowadzone są w sposób ograniczony. Pracownicy Straży Parku nie znają się na zwierzętach, więc nigdy nie kontrolują ich stanu zdrowia, a jedynie dokumenty. Takie kontrole w żaden sposób nie prowadzą do wyeliminowania z trasy koni chorych.
Znamienne jest to, że byli oni wielokrotnie oszukiwani podczas kontroli wyrywkowych – np. kontrolowali furmanów na trasie, przewożących pasażerów, którzy równocześnie widnieli w systemie CEIDG jako osoby posiadające zawieszoną działalność gospodarczą.

Zasłużona kara

Maltretowali zwierzęta w rzeźni, odpowiedzą przed sądem.

Trzech pracowników oskarżonych o znęcanie się nad zwierzętami! To ciąg dalszy bulwersującej sprawy rzeźni w Przechlewie, którą odkryli aktywiści Fundacji Viva! i Inistatywy Basta! w ramach kampanii Stopklatka.
Pierwsze nagrania ze śledztwa pochodzą z 13 czerwca, ostatnie z początku sierpnia 2017. Dokumentują przemoc, którego dopuszczali się pracownicy na terenie rzeźni – kopali zwierzęta w głowę, zrzucali je z windy, ciągnęli za uszy. Te drastyczne sceny udało się udokumentować podczas rozładunku zwierząt. Materiał, który zebrali aktywiści pokazuje, że kupowanie mięsa łączy się z finansowaniem okrutnych praktyk.
Prokuratura Rejonowa w Lęborku po odtworzeniu nagrań nie miała wątpliwości: przesłała do Sądu Rejonowego w Człuchowie akt oskarżenia przeciwko trzem osobom. Pracownicy ubojni oskarżeni są o popełnienie przestępstwa z art.35 ust. 1a oraz z art. 6 ust. 2 pkt 4 i 6 ustawa z dnia 21 sierpnia 1997 o ochronie zwierząt. Grozi im kara do trzech lat pozbawienia wolności.
– Oskarżonym zarzuca się popełnienie przestępstwa związanego ze znęcaniem się nad zwierzętami, z punktu mówiącego o biciu zwierząt przedmiotami twardymi i ostrymi, biciu po głowie i dolnej części brzucha. Jeden pracownik jest dodatkowo oskarżony o przepędzanie zwierząt w sposób powodujący ich zbędne cierpienie i stres. – informuje Łukasz Musiał, koordynator kampanii Stopklatka.
Zdarzenia miały miejsce na terenie rzeźni Prime Food (Axzon Group) w Przechlewie (woj. pomorskie). Zwierzęta – bite, kopane, dźgane i zrzucane z windy – transportowane były do rzeźni m. in. przez siostrzaną firmę Poldanor SA. W oparciu o nagrania wideo zebrane w czasie śledztwa Fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva! już we wrześniu 2017 przygotowała i złożyła zawiadomienie do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa.
To już kolejna sprawa, związana z rozładunkiem świń w rzeźni i znęcaniem się nad zwierzętami, która będzie miała swój ciąg dalszy w sądzie. Nasze śledztwa w trzech ubojniach – w Szczecinie, Przechlewie i Witkowie – ujawniły, że pracownicy nagminnie stosują przemoc wobec zwierząt i łamią ustawy o ochronie, transporcie i uboju zwierząt. Nie ma wątpliwości, że obecny nadzór w tego typu zakładach jest niewystarczający. Dlatego Fundacja Viva! stworzyła petycję na rzecz wprowadzenia obowiązku instalowania monitoringu wideo w ubojniach. Pod petycją podpisało się już ponad 22 tysiące osób.

Damy i zwierzęta

W programie „Projekt Lady” TVN w nieetyczny sposób wykorzystano żywe zwierzęta. Pojawiły się również zarzuty, że jedno z nich zmarło na planie podczas kręcenia rozrywkowego show.

W 7 odcinku 4 sezonu programu, którego akcja umieszczona została w zabytkowym zamku, kandydatki na „damy” miały zmierzyć się z własnym lękiem i uprzedzeniami. W tym celu prowadząca kazała im wkładać ręce do kilku zamkniętych, ustawionych w rzędzie pudełek. Tylko widzowie mogli zobaczyć, co znajduje się w środku. Młode kobiety musiały rozpoznać zawartość pudełek na tak zwanego czuja, dotykiem.

Trudno stwierdzić, kto był bardziej przerażony – dziewczyny, czy zwierzęta.

Takie przynajmniej odczucia miałam podczas oglądania kontrowersyjnego odcinka.
Żaba Rozamunda i świnka morska Albert kuliły się pod ścianami, będąc narażone na dotyk obcych rąk. W pozostałych pudełkach znajdowały się różne przedmioty nieożywione – takie jak mięso z kurczaka czy szczotka do włosów. Cała konkurencja miała dostarczyć widzom uciechy, że oto młode dziewczyny panikują, dotykając kolców wystających ze szczotki i piszczą przy tym wniebogłosy. Szczerze mówiąc postawiona w podobnej sytuacji rozważyłabym skargę na naruszenie mojej nietykalności cielesnej. Bo dotyk ten był ewidentnie niechciany.
Uczestniczki zresztą pod koniec zadania opowiadały przed kamerą, jak bardzo było ono dla nich stresujące i niekomfortowe. Zwierzęta, jak wiadomo, głosu nie mają, więc go nie zabrały. Ale zaraz, zaraz…

Po programie w internecie zawrzało.

W mediach społecznościowych pojawiły się komentarze sugerujące, że świnka morska użyta w programie zmarła z wyziębienia, z powodu zbyt mocno rozkręconej na planie klimatyzacji. Według tego, co piszą internauci na Facebooku i Instagramie, miała potwierdzić to anonimowa osoba z ekipy, obecna przy kręceniu odcinka.
TVN nie skomentowała sprawy, głos zabrała za to prowadząca Tatiana Mindewicz-Puacz, która zapewniła, że nad zwierzętami na planie czuwa zawsze sztab specjalistów i „często mają lepszą opiekę niż ludzie”. Nie odniosła się jednak do sprawy Alberta. Stacja, pragnąc oddalić oskarżenia i oczyścić się z zarzutu dręczenia zwierząt, powinna pokazać go widzom i zapewnić, że ma się dobrze.

Zwierzę nie jest rzeczą!!!

Wykorzystywanie zwierząt dla rozrywki – czy to na cyrkowej arenie, czy na planie popularnego programu, uważam za nieetyczne. Niezależnie od tego, co naprawdę wydarzyło się przy kręceniu siódmego odcinka czwartej serii, scenarzyści powinni wytłumaczyć się widzom oraz organizacjom prozwierzęcym z samego pomysłu zamknięcia żywych istot w pudelkach i zmuszania do niechcianego dotyku. Komuś ewidentnie zabrakło wyobraźni. Co by się stało, gdyby zwierzę zaatakowało dłoń którejś z uczestniczek? Co by się stało, gdyby doznało urazu, na przykład ostrym paznokciem?
Mój kochany pieseczek
Zarówno Tatiana Mindewicz-Puacz, jak i prowadząca Małgorzata Rozenek-Majdan mają w swoich mediach społecznościowych zdjęcia ze swoimi psimi ulubieńcami. Powinny więc rozumieć, że nie da się zostać „damą”, kiedy darzymy szacunkiem kanapowego pieska, ale żabę czy świnkę traktujemy jak zabawkę na antenie.
Jeśli scenarzyści wymyślili sobie, że będą „oswajać” młode kobiety z lękiem z pomocą zwierząt, mogli w tym celu zaprosić specjalnie do tego szkolone psy, konie, koty – które pomagają zrozumieć świat niepełnosprawnym, czy osobom z autyzmem.

Damą być

Dama, jak wiadomo, je przez bibułkę wszystko, co trzeba. Nie kruszy, nie mlaska, rozróżnia kieliszki do wina białego, czerwonego i prosecco. Taka jest skubaniutka.
Ale najwyraźniej nie trzeba uczyć jej szacunku do żyjących stworzeń, o ile nie są kochanym rasowym pieskiem na złotym łańcuszku zamiast smyczy albo poczciwym łajzą ze schroniska, który generuje setki lajków na Facebooku i Instagramie – i świadczy o wielkim sercu właścicielki.
Często mają lepszą opiekę niż ludzie
Żyjemy w kraju, w którym zwierzęta praktycznie nie mają praw. Traktowane są jak zasób. Świadomość społeczna zmienia się powoli i z trudem.
I nagle wchodzi na ekrany program, propagujący świetną zabawę w postaci „macania” żaby ukrytej w skrzynce. Nikomu nie przyszło do głowy, że to się kłóci?
Tematem na osobny tekst jest poddawanie presji i wymuszanie różnych zachowań na uczestnikach programów takich jak „Projekt Lady”. Oby konwencja „wiemy, lepiej, co dla was dobre” przeszła jak najszybciej do historii popkultury, zarówno w odniesieniu do ludzi, jak i do zwierząt.

Zachciało mu się tygrysów. Stanie przed sądem

19 zarzutów, w tym znęcania się nad zwierzętami, nielegalnego posiadania zwierząt chronionych, fałszowania dokumentów i sprowadzenia niebezpieczeństwa utraty życia lub zdrowia ludzi usłyszał w poniedziałek, 17 czerwca, w Sądzie Okręgowym w Poznaniu Macieja M., hodowca zwierząt egzotycznych spod Śremu. Proces w tej głośnej sprawie to wynik interwencji, jaką w 2017 roku przeprowadziła w hodowli wielkopolska policja przy pomocy Fundacji Viva!

Kiedy latem 2017 roku policja wraz z innymi służbami i przedstawicielami organizacji ochrony zwierząt wchodziła na teren hodowli zwierząt egzotycznych w miejscowości Pysząca pod Śremem – nikt nie podejrzewał, że będzie to największa tego typu interwencja nie tylko w Polsce, ale prawdopodobnie w całej Europie. Na niewielkiej działce właściciel przetrzymywał 6 tygrysów, 5 lampartów, 2 pumy, 2 karakale, 2 rysie, 2 oceloty, kilkadziesiąt antylop, osły pustynne, jeżozwierze, świnie rzeczne, makaki i wiele gatunków ptaków. Łącznie prawie 300 zwierząt ponad 80 gatunków, w większości chronionych przepisami międzynarodowymi.
– Trudno jednym tchem wymienić wszystkie nieprawidłowości, które stwierdziliśmy na miejscu – mówi Anna Plaszczyk z Fundacji Viva! – Zwierzęta były przetrzymywane w zbyt małych pomieszczeniach, niektóre bez dostępu do wybiegów zewnętrznych. Wszędzie panowały skandaliczne warunki sanitarne, wybiegi nie były sprzątane od wielu tygodni, pomieszczenia wewnętrzne śmierdziały tak, że nie sposób było do nich wejść. Dodatkowo miejsca, w których przetrzymywano zwierzęta niebezpieczne nie były odpowiednio zabezpieczone – tłumaczy. W przypadku 2 tygrysów, które przetrzymywano na wybiegu o wielkości niespełna 40m2, w ogrodzeniu stwierdzono dziurę, którą zwierzęta systematycznie powiększały. Zaledwie dni dzieliły je od ucieczki, która mogłaby skończyć się ogromną tragedią.
Po oględzinach zapadła decyzja o odebraniu właścicielowi wszystkich zwierząt ze względu na zagrożenie ich zdrowia lub życia oraz wątpliwości dotyczące legalności ich pochodzenia i posiadania.
– Opinia biegłego sądowego w zakresie nielegalnego posiadania, handlu i transportu zwierząt chronionych przez Macieja M. liczy 400 stron – mówi adwokat Katarzyna Topczewska, pełnomocnik Fundacji Viva! – Prokuratura postawiła Maciejowi M. zarzut naruszenia unijnych przepisów dotyczących gatunków chronionych w przypadku aż 427 zwierząt. Wielu z nich w dniu interwencji nie było już w ośrodku. Waga tej sprawy jest ogromna, bo jej przedmiotem są żywe, czujące istoty objęte wyjątkową ochroną i często krytycznie zagrożone wyginięciem. Musimy pamiętać, że nielegalny handel zwierzętami chronionymi to trzeci największy czarny rynek na świecie, zaraz po handlu bronią i narkotykami – tłumaczy.
W poniedziałek, 17 czerwca o 10:15 rano prokurator Prokuratury Okręgowej w Poznaniu odczytał przed Sądem Okręgowym w Poznaniu Maciejowi M. akt oskarżenia obejmujący aż 19 zarzutów, w tym:
– złamania przepisów rozporządzenia Rady (WE) 338/97 w przypadku 427 zwierząt;
– znęcania się nad kilkuset zwierzętami poprzez utrzymanie ich w niewłaściwych warunkach bytowania w tym w warunkach rażącego niedbalstwa i niechlujstwa, niezapewnienie im minimalnych warunków umożliwiających realizację naturalnych potrzeb gatunkowych,
– przywłaszczenia kapibary, wypożyczonej mu kilka lat temu przez Ogród Zoologiczny w Poznaniu;
– nielegalnego posiadania leków;
– sprowadzenia zagrożenia utraty życia bądź ciężkiego uszczerbku na zdrowiu poprzez przetrzymywanie zwierząt niebezpiecznych w miejscach niezabezpieczonych zgodnie z przepisami;
– łamania prawa pracy w stosunku do pracowników i niezapewnienie pracownikom bezpieczeństwa podczas wykonywania czynności zawodowych;
– podrobienia szeregu dokumentów potwierdzających legalne pochodzenie zwierząt.
Zabezpieczone podczas interwencji zwierzęta zostały przewiezione do Ogrodów Zoologicznych w Poznaniu, Warszawie, Bydgoszczy oraz do ośrodków organizacji pozarządowych w Holandii czy Słowacji.
Fundacja Viva! będzie pełniła w tej sprawie rolę oskarżyciela posiłkowego. Reprezentować ją będzie mecenas Katarzyna Topczewska.
Równolegle w Sądzie Rejonowym w Śremie toczą się dwa procesy w sprawach o wykroczenia, w tym o nielegalne posiadanie zwierząt niebezpiecznych. Fundacja Viva również w tych sprawach jest oskarżycielem posiłkowym.

Robert Makłowicz popiera zakaz hodowli zwierząt w klatkach

Robert Makłowicz po raz kolejny zabiera głos w sprawie chowu klatkowego zwierząt. W najnowszym spocie Stowarzyszenia Otwarte Klatki zachęca do podpisania Europejskiej Inicjatywy Obywatelskiej “Koniec Epoki Klatkowej”, której celem jest wprowadzenie zakazu stosowania klatek w hodowli zwierząt gospodarskich w całej Unii Europejskiej.
“Koniec Epoki Klatkowej” to projekt złożony we wrześniu ub. roku w Parlamencie Europejskim, wsparty dotychczas przez ponad 160 organizacji prozwierzęcych z Unii Europejskiej. Jego autorem jest międzynarodowa organizacja Compassion in World Farming razem ze swoim polskim oddziałem – Compassion Polska. Celem inicjatywy jest wprowadzenie zakazu stosowania wszystkich klatek w hodowli zwierząt gospodarskich: kur niosek, królików, brojlerów hodowlanych, przepiórek, kaczek i gęsi, a także stosowania kojców porodowych i inseminacyjnych dla macior oraz indywidualnych zagród dla cieląt. Warunkiem wymaganym, by Komisja Europejska i Parlament Europejski rozważyły implementację prawną założeń projektu, jest zebranie miliona podpisów obywateli Unii Europejskiej. Każdy podpis musi przejść proces weryfikacji. Te, które zawierały będą literówki, czy błędne dane, zostaną odrzucone, dlatego mimo przekroczenia miliona podpisów organizatorzy kontynuują ich zbieranie. Inicjatywę “Koniec Epoki Klatkowej” zdecydował się wesprzeć również Robert Makłowicz. W spocie Stowarzyszenia Otwarte Klatki wyraża swoje poparcie dla założeń akcji: Nie możemy traktować zwierząt jako maszyn do produkcji mięsa czy jajek. Chodzi o to, by zabronić chowu klatkowego w ogóle, pod czym jako świadomy konsument gorąco się podpisuję.
– 300 milionów zwierząt w całej Europie spędza życie w ciasnych klatkach. Odbiera to im możliwość wyrażenia swoich naturalnych zachowań, takich jak dla królików – skakanie, dla kur – grzebanie w ziemi, czy dla ciężarnych świń – zwykła możliwość swobodnego poruszania się – mówi Maria Madej ze Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Cieszymy się, że Robert Makłowicz wspiera walkę o poprawę dobrostanu zwierząt. To już czas, by okrutne praktyki hodowli klatkowej przeszły do historii – dodaje.
To nie pierwszy raz, gdy Robert Makłowicz wspiera działania organizacji prozwierzęcych. 3 lata temu wystąpił w spocie kampanii “Jak One To Znoszą”, mówiąc o okrucieństwie chowu klatkowego kur niosek i zachęcając konsumentów do wyboru jajek innych niż te oznaczone numerem “3” . Od tego czasu świadomość Polaków na temat chowu klatkowego znacząco wzrosła – obecnie aż 82,4% społeczeństwa uważa, że taka hodowla nie zapewnia zwierzętom odpowiednich warunków.
W odpowiedzi na oczekiwania konsumentów niemal 130 sieci handlowych, producentów żywności, restauracji i hoteli zobowiązało się wycofać jaja “3” najpóźniej do 2025 roku.

Chcemy Rzecznika

Stowarzyszenie Otwarte Klatki, walczące o poprawę warunków życia zwierząt hodowlanych, rozpoczęło właśnie nową kampanię. Aktywiści będą dążyli do powołania w Polsce urzędu Rzecznika Ochrony Zwierząt, który stałby na straży przestrzegania przepisów Ustawy o ochronie zwierząt.

Według opublikowanych w 2016 r. wyników Eurobarometru Attitudes of Europeans towards Animal Welfare aż 86 proc. Polaków uważa, że ochrona dobrostanu zwierząt gospodarskich jest ważną kwestią, a 72 proc. jest zdania, że zwierzęta te powinny być lepiej chronione przez prawo niż obecnie. Od uchwalenia w 1997 r. Ustawy o ochronie zwierząt zaszły pewne pozytywne zmiany, takie jak np. zakaz produkcji foie gras w Polsce, jednak przemiany te zachodzą zbyt wolno.
Istnieje także problem ze skuteczną egzekucją praw zawartych w Ustawie. Według danych z raportu Jak Polacy znęcają się nad zwierzętami?, przygotowanego przez Fundację Czarna Owca Pana Kota i Stowarzyszenie Ochrony Zwierząt Ekostraż, w latach 2012-2014 jedynie 19 proc. spraw o przestępstwa przeciwko zwierzętom zakończyło się wniesieniem do sądu aktu oskarżenia, a nawet wtedy najczęściej zasądzoną karą było pozbawienie wolności w zawieszeniu.
– Problemem jest brak instytucji, która stałaby na straży praw ochrony zwierząt – mówi Paweł Rawicki, wiceprezes Stowarzyszenia Otwarte Klatki – Wobec tego niezbędny jest dodatkowy głos w sprawie ochrony zwierząt, by zapewnić jej skuteczność – tym głosem ma być właśnie Rzecznik Ochrony Zwierząt – dodaje.
Rola i kompetencje Rzecznika Ochrony Zwierząt mają być podobne do funkcji pełnionych m. in. przez Rzecznika Praw dziecka czy Rzecznika Praw Konsumenta. Do jego zadań miałoby należeć m. in. inicjowanie i opiniowanie zmian prawnych związanych z ochroną zwierząt, kontrolowanie działania obecnych przepisów i współpraca z organizacjami pozarządowymi, których cele statutowe związane są z ochroną zwierząt.
Obecnie przy Polskim Towarzystwie Etycznym funkcjonuje stanowisko Rzecznika do spraw ochrony zwierząt, a rzeczniczką jest adw. Karolina Kuszlewicz. Zadaniem osoby pełniącej tę funkcję jest upowszechnianie w debacie publicznej wartości szacunku i troski wobec zwierząt, a także podnoszenie świadomości prawnej w zakresie ochrony zwierząt, co jest bardzo istotną działalnością, nie zapewnia jednak instytucjonalnej kontroli nad zmienianiem i egzekwowaniem prawa dotyczącego ochrony zwierząt.
Instytucja Rzecznika Zwierząt od ponad 20 lat występuje w Austrii. Osoba zajmująca ten urząd ma reprezentować interes publiczny ochrony zwierząt w sądzie. Jak przekonują aktywiści Stowarzyszenia Otwarte Klatki, wprowadzenie podobnego urzędu w Polsce jest konieczne dla skutecznej ochrony zwierząt.

Nie chcemy cierpienia

93 procent Polaków chce poprawy warunków życia kurczaków

W tym roku odbyło się pierwsze w historii badanie wiedzy Europejczyków na temat przemysłowego chowu kurczaków na mięso oraz ich stosunku do tego rodzaju hodowli. Respondentami byli m.in. mieszkańcy krajów przodujących w produkcji mięsa drobiowego w Europie, w tym Polski, która zajmuje na tej liście pozycję lidera. Jak się okazuje, zdecydowana większość Polaków chce lepszej ochrony kurczaków i wprowadzenia oznaczeń dotyczących rodzaju chowu, z jakiego pochodzi mięso.
Jak wskazują autorzy badania, Unia Europejska jest jednym z największych producentów drobiu na świecie – co roku hodowanych na mięso jest tutaj ponad 6 miliardów kurczaków, z czego aż ⅙ w Polsce. 90 proc. z nich to brojlery – stworzona w wyniku selekcji genetycznej rasa kurczaka, która charakteryzuje się nienaturalnie szybkim wzrostem. Brojlery są gotowe do uboju już po 6 tygodniach życia – ważą wtedy tak dużo, że gdyby porównać to do rozwoju człowieka, 5-letnie dziecko ważyłoby 150 kg. Zbyt gwałtowny wzrost jest powodem wielu chorób i schorzeń – zwierzęta często mają problemy z układem oddechowym, cierpią na choroby serca, a nogi załamują się pod ciężarem ich ciał, przez co nie mogą się swobodnie (lub wcale) poruszać.
Badanie zrealizowane przez ComRes w styczniu tego roku wykazało, że problemy te nie są powszechnie znane – 64% Polaków przyznało, że wie na temat współczesnej hodowli kurczaków niewiele lub nic. Ponad połowa (54%) myśli, że kurczaki hodowane na mięso mają przynajmniej w małym stopniu styczność ze światem zewnętrznym. W rzeczywistości zdecydowana większość z nich spędza całe życie w hangarach, bez dostępu do świeżego powietrza.
Jednocześnie aż 93 proc. społeczeństwa twierdzi, że dobro brojlerów powinno być chronione lepiej, niż jest obecnie. Może to wynikać z wyobrażeń, jakie mają o hodowli przemysłowej: 90% Polaków wierzy, że kurczaki żyją czasem w ścisku, a 87% uważa, że zwierzęta mogą cierpieć z powodu zbyt szybkiego rozwoju. Zdecydowana większość (93%) ankietowanych twierdzi przy tym, że kurczaki hodowane na mięso powinny mieć dostęp do czystego środowiska oraz być w stanie realizować naturalne potrzeby, takie jak rozprostowanie skrzydeł, dostęp do paszy, czy świeżego powietrza i naturalnego światła. Polacy są też w większości (86 proc.) przekonani, że kurczaki odczuwają ból, a 89 proc. uważa, że brojlery powinny być zabijane w sposób humanitarny.
W badaniu zostały również zawarte pytania odnośnie znakowania produktów i ich pochodzenia. Aż 93 proc. Polaków chciałaby, aby kurczaki sprzedawane na terenie UE były oznakowane pod kątem kraju pochodzenia, a dla 90 proc. ankietowanych chciałoby także oznaczenia mówiącego o warunkach, w jakich były hodowane kurczaki.

Prada rezygnuje z futer

Włoski dom mody Prada Group, do którego należą tak znane i luksusowe marki jak Prada, Miu Miu, Church’s czy Car Shoe, oficjalnie poinformował dzisiaj o rezygnacji z używania futer zwierzęcych we wszystkich swoich kolekcjach. Deklaracja jest wynikiem współpracy z koalicją Fur Free Alliance, reprezentowaną w Polsce przez Stowarzyszenie Otwarte Klatki.

Decyzja zacznie obowiązywać od sezonu wiosna – lato 2020 roku. Odzież i dodatki z futrem wyprodukowane w poprzednich latach będą wyprzedawane aż do wyczerpania zapasów. Wszystkie marki wchodzące w skład koncernu przystępują tym samym do międzynarodowego programu Sklepy Wolne Od Futer (ang. Fur Free Retailer) i dołączają do długiej listy firm, które zdecydowały się odciąć od przemysłu futrzarskiego w imię współczucia dla zwierząt. Znajdują się na niej tacy giganci jak Chanel, Gucci, Versace, Burberry, Armani, Hugo Boss czy Michael Kors.
– Dom mody Prada Group w swoich działaniach opowiada się po stronie innowacji i odpowiedzialności społecznej, a przyjęta właśnie polityka fur-free jest potwierdzeniem tego zaangażowania. Zwrócenie się w kierunku nowatorskich materiałów pozwoli nam przekraczać kolejne granice kreatywnej mody przy jednoczesnym oferowaniu etycznych produktów, których oczekują konsumenci – komentuje Miuccia Prada.
Przełomowa decyzja Prada Group wpisuje się w trend etycznej mody i jest efektem współpracy z koalicją Fur Free Alliance zrzeszającą około 50 organizacji ochrony praw zwierząt w ponad 40 krajach na całym świecie. Prowadzony przez koalicję program Sklepy Wolne Od Futer ma na celu przekonywanie firm odzieżowych do wycofania ubrań i dodatków z prawdziwym futrem oraz dostarczanie konsumentom rzetelnej informacji na temat polityki poszczególnych marek w tej kwestii, aby mogli podejmować świadome i etyczne decyzje zakupowe. Od 2013 r. program jest prowadzony również w Polsce – jego koordynatorem jest Stowarzyszenie Otwarte Klatki.
– Każda decyzja o rezygnacji z futer przez tak duży i uznany dom mody jak Prada daje nadzieję, że niedługo cała branża odzieżowa opowie się po stronie etycznych rozwiązań. To właśnie najwięksi gracze wskazują trendy, za którymi podążają mniejsze marki – mówi Marta Jarosiewicz, koordynatorka kampanii biznesowych w Stowarzyszeniu Otwarte Klatki – Chcielibyśmy, aby w tym gronie było coraz więcej firm i projektantów z Polski. Niestety część dużych krajowych sieci z odzieżą i obuwiem nadal wykorzystuje prawdziwe futra, zupełnie nie zauważając tej pozytywnej dla zwierząt zmiany, jaka właśnie następuje na rynku – dodaje.
Dotychczas do programu Sklepy Wolne Od Futer przystąpiło ponad 1000 marek odzieżowych z całego świata. Ich pełna lista znajduje się na międzynarodowej stronie programu https://furfreeretailer.com/. Polską branżę reprezentują najwięksi gracze rynkowi, a także popularne marki streetwearowe oraz uznani projektanci.
Więcej informacji o polskiej odsłonie programu można przeczytać na stronie https://www.otwarteklatki.pl/sklepy-wolne-od-futer/.

Uwrażliwiamy się

W tym roku odbyło się pierwsze w historii badanie wiedzy Europejczyków na temat przemysłowego chowu kurczaków na mięso oraz ich stosunku do tego rodzaju hodowli. Respondentami byli m.in. mieszkańcy krajów przodujących w produkcji mięsa drobiowego w Europie, w tym Polski, która zajmuje na tej liście pozycję lidera. Jak się okazuje, zdecydowana większość Polaków chce lepszej ochrony kurczaków i wprowadzenia oznaczeń dotyczących rodzaju chowu, z jakiego pochodzi mięso.
Badanie zrealizowane przez ComRes w styczniu tego roku wykazało, że problemy te nie są powszechnie znane – 64 proc. Polaków przyznało, że wie na temat współczesnej hodowli kurczaków niewiele lub nic. W badaniu zostały również zawarte pytania odnośnie znakowania produktów i ich pochodzenia. Aż 93 proc. Polaków chciałaby, aby kurczaki sprzedawane na terenie UE były oznakowane pod kątem kraju pochodzenia, a dla 90 proc. ankietowanych chciałoby także oznaczenia mówiącego o warunkach, w jakich były hodowane kurczaki.
– Polacy coraz częściej zwracają uwagę na pochodzenie produktów, które spożywają. Według raportu Eurogroup już blisko 2/3 Polaków potwierdza, że woli kupować mięso pozyskiwane w bardziej etyczny sposób – komentuje Marta Cendrowicz, dyrektorka ds. kampanii biznesowych Stowarzyszenia Otwarte Klatki – W zeszłym roku rozpoczęliśmy kampanię “Frankenkurczak”, której celem jest poprawa dobrostanu brojlerów. Mamy nadzieję, że firmy, z którymi będziemy rozmawiać, dołożą wszelkich starań, by oferowane przez nie mięso spełniało oczekiwania Polaków. Konsumenci niejednokrotnie są w szoku, gdy dowiadują się, że kurczaki dożywają zaledwie 6 tygodni i że w samej Polsce zabija się ich ponad miliard rocznie. Warunki życia zwierząt są dla nich ważne – dodaje.