Nadzieje i niespodzianki

Gracze giełdowi jak co roku mieli do czynienia z przepowiedniami, które się nie sprawdzają. Co naturalnie nie zakłóca dobrego samopoczucia ekspertów, przygotowujących prognozy na 2020 r.

Rok 2019 przyniósł szereg zaskoczeń w porównaniu do prognoz, które można było stawiać pod koniec 2018 r.
Przypomnijmy, że koniec ubiegłego roku był okresem silnych spadków na niemal wszystkich rynkach, co wpływało na stawiane tezy. Należy jednak przeanalizować prognozy na 2019 rok, by móc zweryfikować ich słuszność – i na tej podstawie spróbować przewidzieć, co przyniesie na rynkach rok 2020.

Umiarkowana sprawdzalność

Pierwsza prognoza na 2019 r. mówiła: „Ostatni rok hossy na rynku amerykańskim”. Konkretną odpowiedź na tę prognozę przyniesie dopiero rok 2020. Uczciwie trzeba jednak stwierdzić, że obecnie nic na to nie wskazuje, co jednak każe być również ostrożnym.
Druga prognoza: „Utrzymanie wysokiej zmienności na giełdach”. Teza wydawała się dość bezpieczna – i chyba w żadnym innym przypadku tak mocno się nie pomylono.
Zakładano, że rok 2019 będzie przeplatany okresem wzrostów i spadków, co jednak nie miało miejsca, w szczególności w przypadku rynków rozwiniętych. Podwyższona ostrożność w mijającym roku nie popłacała (jakkolwiek ta prognoza pozostaje aktualna na 2020 r.).
Trzecia prognoza „Europa Zachodnia – dobra na drugą połowę roku”, sprawdziła się w 50 proc. gdyż zarówno pierwsza, jak i druga część 2019 roku była korzystna dla giełd na Starym Kontynencie.
Czwarta prognoza: „Możliwe wzrosty na rynku złota”. Jeśli chodzi o sprawdzalność, była to najlepsza teza na ten rok.
Notowania złota przeniosły się z poziomu 1300 dolarów za uncję na poziom 1500 dol., można więc było sporo zyskać. Zakładając brak gwałtownych zdarzeń w przyszłym roku, cena złotego kruszcu poruszać się będzie w okolicach obecnego przedziału. Rok 2019 był przede wszystkim okresem silnych wzrostów na rynku amerykańskim i kolejnych historycznych rekordów indeksów S&P 500 i Nasdaq (ok. 8 proc. powyżej szczytowych poziomów z 2018 r.).
Tegoroczne stopy zwrotu robią wrażenie, oscylując w okolicach 30 proc., warto jednak pamiętać, z jakich poziomów startowały te indeksy na początku roku.
W ślad za rynkiem amerykańskim podążyły indeksy w Europie Zachodniej, co było o tyle zaskakujące, że dość silnym wzrostom towarzyszyło stopniowe pogarszanie się odczytów gospodarczych oraz rosnące zamieszanie wokół Brexitu. Koniec roku przyniósł jednak nieznaczną poprawę wyników ekonomicznych, dając szanse na poprawę w 2020 r.

A więc wojna

Inaczej wyglądała sytuacja na krajowym rynku. Duże spółki znajdowały się pod presją inwestorów zagranicznych oraz problemów wewnętrznych, związanych z wyrokami Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (w przypadku banków) oraz różnych inicjatyw i projektów (w przypadku spółek z wysokim zaangażowaniem Skarbu Państwa).
Relatywnie dobry okres mają natomiast za sobą małe spółki w Polsce. Trzeba jednak pamiętać, że część wzrostów była odreagowaniem po wcześniejszych, silnych spadkach.
Rok 2019, podobnie zresztą jak 2018, upłynął pod znakiem wojny handlowej pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Chinami, a de facto pomiędzy USA a resztą świata. Na przestrzeni całego roku napięcie na przemian narastało i łagodniało, gdy obie strony wracały do rozmów. Rok zakończył się zawarciem wstępnego porozumienia, które jednak nie rozwiązuje żadnych istotnych problemów leżących u podstaw sporu. Sytuacji, związanej z napięciem na linii Waszyngton – Pekin nie pomagały protesty w Hongkongu, które trwały przez dużą część mijającego roku.
Istotne znaczenie w 2019 r. miała również polityka amerykańskiej Rezerwy Federalnej. Fed dokonał wolty w ciągu roku, z polityki zaostrzania oraz podwyżki stóp procentowych, do krótkiej serii obniżek stóp i otwarcia nieformalnego programu skupu aktywów. Wpłynęło to w oczywisty sposób na rynki, dostarczając im płynności i dalszego paliwa do wzrostów.

Wróżenie z fusów

Co czeka nas w 2020 roku? Podobnie jak w 2019, wiodącą role na rynkach akcji odgrywać będą Stany Zjednoczone. Trudno jednak oczekiwać powtórki wyników z mijającego roku.
Można szacować, że stopa zwrotu na przestrzeni całego 2020 r. wyniesie około 10 proc. (w przypadku indeksu S&P 500). W przypadku spółek technologicznych, części z nich rynek w nadchodzącym roku powie „sprawdzam”. Oczekujemy lepszego zachowania się spółek z tak zwanej starej gospodarki.
Biorąc pod uwagę rekordowe poziomy indeksów i dalsze etapy negocjacji handlowych pomiędzy USA a Chinami, czy sprawę impeachmentu Donalda Trumpa, można oczekiwać, że zmienność powróci.
2020 r. jest rokiem wyborczym w USA, mającym swoją specyfikę. Nie można zapominać o istniejącej ciągle groźbie recesji w USA (nie nastąpiła od rekordowo długiego czasu). Ostatnie odczyty wskaźników wyprzedzających mogą wzbudzać niepokój.
Prawdopodobnie w dalszym ciągu dobry okres będą mieć przed sobą spółki europejskie. Zagrożeniem może być jednak eskalacja konfliktu handlowego na linii USA – Unia Europejska. Ewentualne złagodzenie taryf celnych, połączone ze sprzyjającym momentem cyklu koniunkturalnego i monetarnego może w 2020 r. wspierać rynki wschodzące.

U nas wciąż kiepsko

Polska giełda papierów wartościowych zapewne tradycyjnie będzie odstawać od swoich zagranicznych odpowiedników.
Z drugiej jednak strony, historycznie niski poziom wycen może w końcu powiększyć napływ kapitału. Tutaj rolę stabilizatora mogą pełnić Pracownicze Plany Kapitałowe, chociaż opublikowana w grudniu stopa uczestnictwa w tym programie jest daleka od zadowalającej.
Inwestorzy powinni wybierać w w Polsce spółki, które wygrywają na trwających obecnie trendach takich jak wzrost kosztów pracy. W dalszym ciągu atrakcyjne mogą okazać się nieruchomości, ale z uwagi na dynamiczny wzrost cen w ostatnich dwóch latach, efektywne inwestowanie staje się coraz bardziej ryzykowne.

U progu trzeciej dekady

Czy Bernard Shaw miał rację?

Żyjemy w czasach kolejnego cywilizacyjnego przełomu. Dobrze charakteryzuje go akronim angielski VUCA ( Volatility- zmienność, Uncertainty-niepewność, Complexity-złożoność, Ambiguity-niejednoznaczność).To pojęcie ukute w USA ma ukazywać nowe zjawiska związane z nieprzewidywalnością, z dynamiką szybko zmieniającej się rzeczywistości, a także z coraz częstszymi elementami chaosu, który nierzadko robi wrażenie nie do ogarnięcia.
Wybitny pisarz irlandzki Bernard Shaw (1856-1950) mawiał, że są jedynie dwa niezmienne, główne problemy, wobec których stoi ludzkość: niedobór wody i nadmiar idiotów. Jest w tym sporo racji, ale w minionych dekadach sytuacja jeszcze bardziej się skomplikowała. Od czasu publikacji pierwszego raportu dla Klubu Rzymskiego Granice wzrostu w 1972 r. zaczęto sobie uświadamiać, że umiędzynarodowienie różnych sfer życia społecznego i gospodarczego, w powiązaniu z rewolucją naukowo-techniczną, zwłaszcza w dziedzinie informatyki i biotechnologii, prowadzi do powstania jakościowo nowej rzeczywistości. Podstawową kategorią jawi się obecnie współzależność. Coś, co się dzieje tam–często daleko od Europy–ma niekiedy błyskawiczny wpływ na nas. Naturalnie dzieje się też odwrotnie.
Świat stał się przy tym wielobiegunowy. Kluczowa jawi się obecnie piątka najważniejszych graczy: Stany Zjednoczone Ameryki, Chiny, Unia Europejska jako całość, Rosja i Indie. To nade wszystko z ich udziałem należy rozwiązywać liczne problemy oraz stawiać czoła wyzwaniom i zagrożeniom globalnym, mającym współcześnie najważniejsze znaczenie dla całej ludzkości. Analizowano je w wielu specjalnych dokumentach (przygotowanych przed laty np. pod kierownictwem Willy Brandta, Gro Harlem Brundtland, a potem m. in. w dorocznych raportach „o stanie świata” waszyngtońskiego Instytutu Worldwatch) oraz w trakcie całej serii dużych konferencji międzynarodowych, organizowanych w ramach systemu ONZ. Ograniczę się w tym miejscu do sześciu najistotniejszych obszarów.

Problemy demograficzne i żywnościowe

Na czoło wszelkich zagrożeń wysuwała się przez długi czas kwestia możliwości wyżywienia szybko rosnącej populacji Ziemi. Mająca ponad 200 lat, później modyfikowana – teoria maltuzjańska (od nazwiska ekonomisty i demografa Thomasa Malthusa, który w 1798 r. opublikował pracę Prawo ludności) głosiła, że o ile ludność naszej planety rośnie w postępie geometrycznym, to żywności przybywa w najlepszym razie w tempie arytmetycznym, co musi prowadzić do katastrofalnych następstw. Aby przekroczyć barierę jednego miliarda, ludzkość potrzebowała ok. 2 mln lat, drugiego – 100 lat, trzeciego – 30 lat, a następnie tempo to jeszcze narastało. Obecnie w ciągu sekundy rodzą się na Ziemi dwie osoby, czyli w ciągu roku 75 mln. Na całej kuli ziemskiej żyje dziś ponad 7,7 mld osób, z czego przeszło trzy czwarte w tzw. krajach Południa. Przewiduje się, że pod koniec tego stulecia na Ziemi przestanie przybywać mieszkańców. Z jednej strony społeczeństwa państw rozwiniętych (w tym w Europie) żyją coraz dłużej i problemy ludzi starszych, również w Polsce, stają się coraz istotniejsze, a z drugiej w Afryce, liczącej obecnie 1,2 mld osób średnia długość życia jest wciąż niska. Same Chiny i Indie to blisko 40 proc. populacji naszej planety, stąd tamtejsze rządy stosowały – często drastyczne- metody ograniczania przyrostu naturalnego. W każdym z tych państw, jak ocenia indyjski noblista Amartya Sen, brakuje ponad 100 mln kobiet, co jest efektem połączenia patriarchalnej kultury z ultrasonografią, pozwalającą ustalić płeć dziecka. Były premier ChRL Wen-Jiabao zaburzenia równowagi demograficznej uznał za jedną z trzech – obok epidemii AIDS i katastrofy ekologicznej – plag współczesnych, blisko półtoramiliardowych Chin. Warto odnotować, że Indira Gandhi, jako szef rządu indyjskiego, mawiała plastycznie przed laty, że najlepszą pigułką antykoncepcyjną jest rozwój.
Choć obecnie jest oczywiste, że koncepcja maltuzjańska okazała się fałszywa (nie doceniła m. in. postępu technicznego w zakresie produkcji rolnej), a Ziemia może z pewnością wyżywić co najmniej 15 mld osób, to na początku lat 70. nastąpił na pewien czas absolutny spadek produkcji rolnej w świecie. Tak zwana zielona rewolucja (nowe odmiany zbóż, głównie pszenicy, wyhodowane przez amerykańskiego badacza Normana Borlauga) wkrótce potem odniosła jednak ogromny sukces, zwłaszcza w Meksyku i Indiach, i oddaliła zagrożenie głodu w skali makro. Jednakże poważnym dylematem jest nierównomierność produkcji żywności w poszczególnych regionach globu. W Ameryce Północnej, Europie, Japonii czy Australii mamy do czynienia z nadwyżkami żywności, podczas gdy w wielu państwach Azji, a zwłaszcza Afryki, w największym stopniu w strefie Sahelu (m. in. Niger, Mali, Burkina Faso), ale i w Etiopii, Sudanie, Jemenie, czy Somalii, głodują miliony osób, w tym dzieci. Każdy kto je widział – wychudzone, lecz ze wzdętymi brzuszkami, często chore na bilharcjozę – nigdy tego nie zapomni. Najnowsze dane z 2019r. są alarmujące–już 820 mln ludzi cierpi z głodu i niedożywienia, a ponad 2 mld nie ma stałego dostępu do wartościowego jedzenia. Bez długofalowej pomocy międzynarodowej ten stan rzeczy – a Organizacja Narodów Zjednoczonych ds. Wyżywienia i Rolnictwa (FAO) ocenia, że co roku z głodu i niedożywienia umiera tyle osób, ile liczy Polska – nie ulegnie poprawie. Ale powinno chodzić głównie o pomoc rozwojową, inwestycyjną, a nie jedynie o tzw. pomoc żywnościową.

Surowce i energia

Pierwsze raporty dla Klubu Rzymskiego zwracały uwagę na groźbę wyczerpywania się surowców w skali światowej. Kryzysy naftowe, do których okresowo dochodziło po konflikcie na Bliskim Wschodzie w 1973 r., prowadziły do ogromnego wzrostu cen ropy i rysowały perspektywę radykalnego spowolnienia tempa globalnego rozwoju gospodarczego. To wówczas upowszechniły się takie terminy, jak „broń naftowa” – zwłaszcza w odniesieniu do polityki większości krajów Grupy Eksporterów (głównie arabskich) skupionych w Organizacji Państw Eksportujących Ropę Naftową, OPEC – czy „petrodolary”. Chodziło o to, że niektóre rządy próbowały wykorzystywać swą szczególną pozycję na rynku producentów tego surowca jako narzędzia nacisku politycznego, a inne (choć niekiedy te same, na przykład Libia) postanowiły ograniczać wydobycie, by zachować złoża dla przyszłych pokoleń. Mimo wielu zmian, późniejsze zawirowania m. in. wokół Iraku sprawiły, że cena baryłki ropy (159 l.) latem 2005 r. doszła do prawie 70 dol. i generalnie do dziś się utrzymuje mniej więcej na tym poziomie.
Historycznie rzecz ujmując, szczególnie od pierwszej rewolucji przemysłowej surowce i energia w dużej mierze warunkowały możliwości rozwoju gospodarczego. Dlatego też dostęp do nich i kontrola nad nimi stanowiła prawdziwy powód licznych konfliktów międzynarodowych, a nawet wojen. Rewolucja naukowo-techniczna tylko częściowo zmodyfikowała ów stan rzeczy. Z jednej strony producenci tych surowców koordynują swe poczynania w ramach różnego rodzaju karteli i organizacji (ropy, miedzi, cynku, aluminium itd.), zaś z drugiej – państwa wysoko rozwinięte zacieśniają swą współpracę w tej dziedzinie w ważnych instytucjach, na przykład w Banku Światowym, Międzynarodowym Funduszu Walutowym czy OECD.
Od dawna poszukuje się też alternatywnych w stosunku do tradycyjnych (gaz, ropa, węgiel) źródeł energii i sięga po różnorodne substytuty chemiczne. W największej mierze rzecz dotyczy energetyki jądrowej, ale liczne awarie i katastrofy jądrowej (w tym w Czarnobylu na Ukrainie w 1986 r.) częściowo zmieniły podejście do tego kierunku postępowania. W niektórych państwach, na przykład w Austrii, Skandynawii, wprowadzono nawet zakaz budowy elektrowni atomowych. Przypadek katastrofy w japońskiej Fukushimie w 2011r. był o tyle nietypowy, iż doszło do niej w wyniku fali tsunami spowodowanej trzęsieniem ziemi.
Światową tendencją jest stopniowe zmniejszanie się udziału ropy w produkcji energii na rzecz gazu ziemnego i węgla kamiennego, a problem zróżnicowania dostaw surowców i energii, szczególnie o tzw. znaczeniu strategicznym, stał się istotnym elementem polityki wielu państw (np. w kontekście budowy gazociągu Nord Stream 2).Pojęcie bezpieczeństwa surowcowego, głównie energetycznego, nabrało nowego znaczenia. Równocześnie widać dziś że mimo wszystko globalne zagrożenia w omawianym obszarze dają się kontrolować. Odrębne zagadnienie stanowi kwestia odnawialnych źródeł energii (OZE),co wiąże się z wyzwaniami ekologicznymi.

Ochrona środowiska i katastrofy klimatyczne

Gens una sumus – „jesteśmy jednym rodzajem ludzkim”. Ta łacińska formuła, będąca mottem funkcjonowania Narodów Zjednoczonych, trafnie uzmysławia wyzwania związane z koniecznością takiego kształtowania środowiska życia człowieka, by elementy przyrody łączyły się harmonijnie z wytworami techniki i cywilizacji. Chodzi zatem o właściwe, praktyczne współistnienie praw przyrody i rozwoju społecznego, o ochronę wszystkich elementów środowiska przed niekorzystnym wpływem działania człowieka i utrzymania ich naturalnego charakteru.
Środowisko naturalne tworzy przecież jeden zintegrowany system, w którym czynniki kluczowe dla egzystencji człowieka (choćby zanieczyszczenia czy erozja gleb) nie znają i nie uznają granic państwowych. Po raz pierwszy na szersze forum międzynarodowe tę problematykę wprowadził raport ówczesnego sekretarza generalnego ONZ, Birmańczyka U Thanta z 1969 r., nt. środowiska życia człowieka, którego efektem stało się zwołanie specjalnej konferencji w Sztokholmie w 3 lata później. Zgodzono się wówczas, że następuje degradacja wody, powietrza, gleb oraz żywych komponentów przyrody (flory, fauny i samego człowieka). Zrozumiano, iż takie kwestie, jak pustynnienie globu, stan oceanów zajmujących trzy czwarte powierzchni naszej planety, atmosfery okołoziemskiej czy „zielonych płuc” świata (lasy Amazonii) muszą stanowić przedmiot wspólnej troski. Czynniki degradacyjne środowiska, a więc np.: ścieki przemysłowe i komunalne, odpady, wyrobiska i hałdy górnicze, zanieczyszczenia pyłowe i gazowe atmosfery przecież się potęgują. Postanowiono dlatego powołać do życia wyspecjalizowany organ ONZ – Program Ochrony Środowiska (UNEP), który w 1973 r. znalazł swą siedzibę w stolicy Kenii Nairobi. Prowadzi on pożyteczne akcje (stworzono na przykład Światową Listę Rezerwatów Biosfery obejmującą sieć prawie 500 obiektów), ale nie może naturalnie zastąpić działalności poszczególnych państw.
Nader pożyteczną rolę w uświadamianiu tego typu zagrożeń odgrywają przy tym niektóre ruchy i partie polityczne (m. in. Zieloni) oraz organizacje pozarządowe i ich struktury ponadnarodowe (Greenpeace i in.). Problemy ekologiczne dotyczą oczywiście wszystkich składników ekosystemu – ziemi, wody i powietrza, ale najgroźniejsze w skali makro są skutki emisji szkodliwych pyłów i gazów (głównie dwutlenku węgla, tlenków siarki i azotu, a także węglowodorów). To ich rezultatem są na przykład efekt cieplarniany, dziura ozonowa i kwaśne deszcze. Właśnie tymi problemami zajął się tzw. Szczyt Ziemi w Rio de Janeiro w 1992 r., który wprowadził do powszechnego użycia pojęcie zrównoważonego rozwoju. Ma to być ekorozwój – czyli spełniający wymogi ekologiczne, odnoszący się zarówno do państw wysoko, jak i słabo rozwiniętych, gdyż w przeciwnym razie perspektywa globalnej katastrofy może okazać się realna. Istotne znaczenie miało przyjęcie później kilku konwencji międzynarodowych, a szczególnie o zmianach klimatu, których podstawowym celem jest zapobieganie efektowi cieplarnianemu poprzez ograniczenie emisji gazów do atmosfery (głównie dwutlenku węgla), oraz o biologicznej różnorodności mającej gwarantować ochronę flory i fauny oraz zapobieżenie ponadto światowej pladze karczowania lasów. Ramowa Konwencja Narodów Zjednoczonych w sprawie zmiany klimatu zakłada obowiązek stabilizacji emisji gazów cieplarnianych, ale kluczowy tzw. Protokół z Kioto z 1997r. (obowiązywał od roku 2005) – ustalający pułapy emisji gazów i regulujący zasady swoistego handlu ich kwotami-nie został ratyfikowany m. in. przez USA, co znacznie ograniczyło jego efekty. Co więcej ,w grudniu 2015r. Protokół ten de facto został zastąpiony Porozumieniem z Paryża, które po czterech latach wprost wypowiedział prezydent Trump. Czołowa trójka globalnych emitentów dwutlenku węgla to :Chiny, Indie i Stany Zjednoczone. Okresowo nawet Kanada nie była skłonna poddać się ostrym regulacjom.
W 10 lat po szczycie w Rio, odbyła się- z udziałem ponad stu przywódców państw i rządów – konferencja w Johannesburgu. Już wtedy skonstatowano brak dostatecznego postępu w dziedzinie ochrony środowiska, wskazując, że globalne, pozytywne rezultaty można uzyskać jedynie przy podejmowaniu działań na wszystkich szczeblach, zaś biedne kraje nie mają na to dostatecznych środków. Istnieje bowiem ścisły związek między programami zwalczania ubóstwa i ochrony środowiska.
Rosnąca populacja i urbanizacja, rozwój przemysłu i niechęć do redukcji emisji zanieczyszczeń już w efekcie prowadzą do poważnych zmian klimatycznych Ocenia się, że przy utrzymaniu obecnego poziomu emisji dwutlenku węgla na głowę (rocznie do atmosfery trafia 22 mld ton) faktyczna emisja w ciągu 50 lat wzrośnie o prawie jedną trzecią, co wpłynie na wzrost w końcu tego stulecia średniej temperatury na Ziemi o 1,4 – 5,8 stopnia. To z kolei oznaczałoby podniesienie poziomu wód oceanów nawet o 1 metr – z różnorodnymi, tragicznymi skutkami (np. zalanie szeregu państw wyspiarskich). Niedawno w czasie pobytu zarówno w argentyńskiej, jak i chilijskiej części Patagonii oglądałem topniejące lodowce i widok ten jest wstrząsający. Porównywalny w jakimś stopniu tylko z efektami pustynnienia (np. wraki statków w stepie, na obszarze części byłego Morza Aralskiego w Uzbekistanie).Tymczasem reakcja świata na globalne ocieplenie przypomina sytuację z AIDS. W obu przypadkach doszło stosunkowo szybko do ustaleń naukowych, po których nastąpiło unikanie tematu, zaprzeczanie (tak postępuje choćby obecny prezydent USA) i wzajemne obwinianie się. Prawdopodobnie sytuacja nie ulegnie zmianie na korzyść bez reformy globalnego systemu zarządzania i utworzenia np. Światowej Organizacji Ochrony Środowiska oraz bez zapewnienia specjalnych środków na ten cel. Bez tego nie można nawet wykluczyć konfliktów zbrojnych na tle zmian klimatycznych (w związku z falami uchodźców itd.).

Dysproporcje rozwojowe, bieda i wykluczenie społeczne

Czy marzenia o bezpieczeństwie i powszechnej sprawiedliwości społecznej są realne? Prawdopodobnie przesądzi o tym kierunek oraz charakter globalizacji – na ile będzie miała ona ludzką twarz i czy będzie w stanie być demokratyczna i wrażliwa społecznie. Czy da się ją regulować, opierając się na podstawowych wartościach?
Faktem jest, że w 1960 r. najzamożniejsza piąta część ludzkości zagospodarowywała 60 proc. światowego bogactwa, a współcześnie już ponad 85 proc. , podczas gdy odpowiedni wskaźnik dla najbiedniejszych zmniejszył się w tym czasie z 2,3 proc. do 1,3 proc. . Obecnie na Ziemi miliard ludzi pozostaje bez pracy, tyle samo osób nie ma trwałego dostępu do zdrowej wody pitnej, analfabetów jest 900 mln, a 1,6 mld ludzi – nie tylko w Etiopii, Kongo czy Bangladeszu – żyje za mniej niż 2 dol. dziennie (ok. miliarda za mniej niż 1 dol.!), z reguły zresztą nie posługując się w ogóle pieniędzmi. Afryka wyłączona jest w większości z dobrodziejstw globalizacji; to ojczyzna 25 mln chorych na AIDS (w samej RPA jest ok. 6 mln nosicieli wirusa HIV – najwięcej na świecie). Malaria (350 mln chorych) i gruźlica rozwijają się w najlepsze. Używając innego porównania – w ciągu minionego ćwierćwiecza stosunek dochodów 20 proc. najbogatszych państw do 20 proc. najbiedniejszych wzrósł z 30:1 do 60:1. Te wielkie dysproporcje rozwojowe w zakresie rozwoju społeczno-gospodarczego między państwami tzw. Północy i Południa (de facto – Zachodu i Południa), które przed wielu laty wybitny badacz szwedzki Gunnar Myrdal określił jako największy dramat XX wieku, bynajmniej nie maleją w obecnym stuleciu. Są one źródłem ogromnych i różnorodnych zagrożeń globalnych, nie tylko buntów społecznych.
Dla wielu to właśnie jest największa sprzeczność, a zarazem hańba, współczesnego świata – rosnący dystans między państwami wysoko i słabo rozwiniętymi, bogatymi i biednymi. To na tym tle zrodziły się ruchy oraz protesty antyglobalistów i alterglobalistów, uważających, że wielkie międzynarodowe koncerny oraz takie struktury, jak Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Światowa Organizacja Handlu nie są zainteresowane globalnym postępem społecznym. Innym nie podoba się także to, że spośród stu największych gospodarek świata aż połowa to monopole, a nie poszczególne państwa. Majątek naftowego Exon Mobilu jest większy od produktu narodowego Szwecji, General Motors od Danii, Daimlera Chryslera od 270-milionowej Indonezji, zaś amerykańskiego Forda większy od PKB Polski. Poszerzanie się luki rozwojowej idzie w parze z rosnącą biedą i wykluczeniem dużych grup społecznych. Dotyczy ono szczególnie bezrobotnych lub pracujących sezonowo (na naszej planecie nie brak przy tym reliktów niewolnictwa), kobiet i mniejszości seksualnych. Sytuację pogarsza też problem zadłużenia międzynarodowego, gdyż największy w nim udział mają oczywiście państwa tzw. Południa. Ćwierć wieku temu dostęp do kredytów był stosunkowo łatwy, a i ich obsługa niezbyt kosztowna. Niestety, potem trzeba było zaciągać nowe kredyty, by spłacać same procenty od zadłużenia i stąd wiele państw znalazło się w swoistej pułapce. Szukano rozmaitych rozwiązań zarówno w rokowaniach z tzw. Klubem Paryskim (skupiającym rządy wierzycieli), jak i Londyńskim (obejmującym banki komercyjne). W grę wchodziła zmiana ustalonych uprzednio warunków obsługi zadłużenia, czyli tzw. restrukturyzacja i konwersja. Niektóre państwa zadłużone zawieszały jednostronnie spłatę długów, a swoistym przekroczeniem Rubikonu była w tej mierze decyzja Meksyku z 1983 r. Dziś nie ulega żadnej wątpliwości, że wiele z nich, zwłaszcza krajów afrykańskich i azjatyckich, nigdy nie będzie w stanie wywiązać się ze zobowiązań, a szereg państw najwyżej rozwiniętych oraz organizacji międzynarodowych zaczyna to rozumieć. Dlatego za zjawisko pozytywne należy uznać coraz częstsze decyzje o umarzaniu długów krajom najbiedniejszym, podjęte na przykład w 2005 r. po tragedii tsunami przez członków tzw. Grupy G-7.
Próbą rozwiązania kwestii globalnych dysproporcji rozwojowych stało się wysunięcie na VI specjalnej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ w roku 1974 koncepcji ustanowienia tzw. Nowego Międzynarodowego Ładu Ekonomicznego. Chodziło o solidarne zapewnienie krajom rozwijającym się odpowiednio wysokiego tempa wzrostu dochodu narodowego i produkcji żywności po to, by do 2012 r. czterokrotnie zmniejszyć wspomniane dysproporcje. Ale mimo wielu negocjacji na linii Północ-Południe, toczących się m. in. w Paryżu i meksykańskim Cancun, nie osiągnięto trwałego porozumienia w żadnej z podstawowych kwestii.
Nie zgodzono się na szereg oryginalnych propozycji, na przykład amerykańskiego noblisty z dziedziny ekonomii Jamesa Tobina, by wprowadzić podatek od transakcji finansowych monopoli i przeznaczyć uzyskane kwoty na pomoc rozwojową.
W 2000r. na tzw. Szczycie Millennijnym w Nowym Jorku przedstawiciele 189 państw członkowskich ONZ zobowiązali się do realizacji do roku 2015 ośmiu celów rozwojowych w ramach globalnego partnerstwa. Znalazły się wśród nich takie zadania, jak: zmniejszenie o połowę zarówno udziału ludzi żyjących za mniej niż 1 dolara dziennie, jak i głodujących, zapewnienie powszechnej możliwości kończenia szkoły podstawowej oraz eliminacja różnic w dostępie do oświaty między chłopcami a dziewczętami, zmniejszenie o 2/3 wskaźnika śmiertelności wśród dzieci poniżej 5 lat i o 3/4 śmiertelności matek przy porodzie, zahamowanie rozprzestrzeniania się AIDS, malarii i innych głównych chorób, znaczące polepszenie warunków życia co najmniej 100 mln osób mieszkających w slumsach.

Mimo znaczącego postępu daleko było do pełnego sukcesu. Dlatego też we wrześniu 2015r.wszystkie 193 państwa członkowskie ONZ postanowiły zastąpić Millennijne Cele Rozwoju 17 celami Zrównoważonego Rozwoju i związanymi z nimi 169 konkretnymi zadaniami, które mają zostać osiągnięte do roku 2030. Chyba wszyscy zdają sobie już sprawę z tego, iż nie ma żadnej planety „B”.

Wojny i rozprzestrzenianie broni jądrowej

Przez setki lat różnego rodzaju konflikty zbrojne, a zwłaszcza wojny, niosły ze sobą największe zagrożenia dla ludzi w relacjach dwustronnych i wielostronnych, choć nawet obie tzw. wojny światowe na szczęście nie wciągnęły wbrew nazwie w orbitę działań zbrojnych większości populacji Ziemi. Rozwój broni masowego rażenia, w tym chemicznej i biologicznej, a szczególnie broni nuklearnej użytej jedynie dwukrotnie, ale z tragicznymi następstwami w sierpniu 1945 r. przez Stany Zjednoczone wobec ludności Hiroszimy i Nagasaki, uzmysłowił skalę potencjalnego zagrożenia. Od tego czasu najczarniejszy scenariusz dla rodzaju ludzkiego to sytuacja globalnego konfliktu jądrowego.
Dlatego istniała świadomość konieczności zapobieżenia takiemu rozwojowi wydarzeń. Od lat 60. toczyły się rozmaite rokowania rozbrojeniowe, przy czym za rzecz najważniejszą słusznie uznano nierozprzestrzenianie broni nuklearnej poza grono pięciu wielkich mocarstw (USA, ZSRR, Francję, Wielką Brytanię i Chiny). W 1968 r. został zawarty Traktat o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej (NPT) , do którego przystąpiło ponad 150 państw. Szczególną rolę odegrały umowy rozbrojeniowe z początku lat 90. USA – ZSRR i USA – Rosja (START I i START II) dotyczące broni strategicznych. Nadal dużą wagę ma kontrola zbrojeń i proces budowy środków zaufania. Paradoksalnie swoista równowaga strachu (Stany Zjednoczone i Rosja jako jedyne państwa spośród 9 nią dysponujących mają zdolność do tzw. drugiego uderzenia atomowego, gdyż przez 24 godz. na dobę utrzymują samoloty i okręty podwodne z bronią jądrową na pokładzie), system wzajemnych obserwacji, inspekcji i kontroli, stanowią łącznie najlepszą gwarancję pokoju globalnego, zaś specjalny system łączności ma zapobiec wybuchowi wojny, choćby w drodze pomyłki komputerów. To naturalnie nie oznacza stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa międzynarodowego, ale minimalizuje zagrożenia w skali makro.
Rozmaitych konfliktów zbrojnych o charakterze lokalnym czy regionalnym naturalnie wciąż nie brakuje, by przywołać tylko nadal aktualne czy niedawne przypadki z terenu Bałkanów, Kaukazu, Bliskiego Wschodu (w tym Syrii od 2011r.) bądź Afganistanu. Ale na szczęście nie niosą one raczej realnej groźby przekształcenia się w konflikt globalny, pomijając sprawę zagrożenia terrorystycznego (choć w Syrii istniało niedawno ryzyko starcia przebywających tam jednostek rosyjskich i amerykańskich). Nie może to wszakże oznaczać lekceważenia różnorodnych niebezpieczeństw związanych w największej mierze z prawdopodobieństwem dostania się broni masowego rażenia np. w ręce nieodpowiedzialnych dyktatorów. Rozpad Związku Radzieckiego w końcu 1991r. zaowocował m. in. podjęciem pracy przez licznych tamtejszych fizyków atomowych w wielu krajach Azji i Afryki. Czerwona lampka zapala się więc w związku z posiadaniem broni jądrowej przez takie państwa, jak: Indie, Pakistan, Izrael (oficjalnie do tego się nie przyznaje), od niedawna Korea Północna oraz z perspektywą jej wyprodukowania np. przez Iran. Niektóre z tych państw znajdują się w sytuacji konfliktu z sąsiadami, co może zwiększać niebezpieczeństwo ulegania pokusie użycia tej broni. Na szczęście nie wszystkie one dysponują środkami przenoszenia.

Cichy wyścig zbrojeń

Cały czas trwa przy tym cichy wyścig zbrojeń, choć nie przybiera on takich form, jak w latach 70. i 80.Stale rosną wydatki na obronę/zbrojenia (do wyboru stopień eufemizmu).Nakłady na ten cel, według najnowszych danych sztokholmskiego Międzynarodowego Instytutu Badań nad Pokojem (SIPRI) wyniosły w 2018r. łącznie 1,82 bilionów dol. Największy w nich udział mają USA (649 mld dol. czyli 36 proc. całości),a następnie: Chiny (250 mld dol.),Arabia Saudyjska i Indie (po ok. 67 mld dol.) oraz Rosja (61 mld dol.). Polska plasuje się na 19. miejscu z poziomem 11,6 mld dol.. Ogromne wydatki na zbrojenia obiektywnie zmniejszają szanse rozwiązania sygnalizowanych wcześniej palących wyzwań globalnych związanych z biedą, dysproporcjami rozwojowymi i wykluczeniem społecznym. Rosyjskie operacje na Krymie, Ukrainie, w Syrii, a wcześniej w Gruzji sprawiły, że przyrost tych wydatków jest szczególnie widoczny w krajach Europy Środkowo-Wschodniej, które otwarcie głoszą tezę o zagrożeniu stwarzanym przez politykę rządu w Moskwie. Nowym zjawiskiem w ostatnich latach jest też wzrost strategicznego znaczenia obszaru Arktyki. Np. Rosja dysponuje już bazami w 48 miejscach Arktyki (m. in. na Nowej Ziemi i na Wyspie Wrangla,) zaś prezydent Trump (naiwnie) proponował Danii sprzedaż Grenlandii.
Niepokojące jest przy tym widoczne w kilku ostatnich latach wycofywanie się stron z niektórych ważnych porozumień np. rozbrojeniowych, co m. in. podważa wzajemne zaufanie niezbędne do znajdywania właściwych odpowiedzi na wyzwania globalne. Dla ilustracji tylko dwa przykłady. Po długich i żmudnych negocjacjach doszło w 2015r. do porozumienia z Iranem grupy 5+1 (wielkie mocarstwa i Niemcy). Zakładało ono rezygnację tego państwa z programu nuklearnego w zamian za zniesienie nałożonych przez ONZ,USA i Unię Europejską sankcji. Miało to wielkie znaczenie dla sytuacji na Bliskim i Środkowym Wschodzie, gdyż przez długie lata Stany Zjednoczone uważały politykę rządu w Teheranie za główne zagrożenie dla stabilizacji w tym regionie, m.in. dla swych głównych sojuszników, czyli Izraela i Arabii Saudyjskiej. I choć Międzynarodowa Agencja Energii Atomowej (MAEA) uznała, iż Iran wywiązuje się ze swych zobowiązań, to Stany Zjednoczone zerwały w maju 2018r. jednostronnie tę umowę (pozostali sygnatariusze nie).Z kolei w 2019r., w atmosferze wzajemnych oskarżeń o naruszanie porozumienia, Rosja i USA de facto wycofały się z historycznego (podpisanego jeszcze przez Reagana i Gorbaczowa w 1987r.) układu o całkowitej likwidacji pocisków rakietowych średniego i pośredniego zasięgu (od 500 do 5500 km).O losach porozumienia klimatycznego z Paryża z 2015r. już wspominałem.

Zderzenie czy dialog cywilizacji

Nie wchodząc w spory na temat samego pojęcia „cywilizacja”, przyjąć można, że tworzy ona pewną całość kulturową w szerokim tego słowa znaczeniu, której zasadniczym elementem jest religia. Pewne cywilizacje upadały, inne trwają od tysięcy lat. Mogą przy tym obejmować jedno państwo lub dużą ich grupę. Nie ma zgody co do pełnej liczby istniejących obecnie cywilizacji. Główne z nich to: chińska, japońska, hinduistyczna, islamska, prawosławna, zachodnia (składają się na nią m. in. niemal cała Europa i Ameryka Północna), latynoamerykańska i afrykańska.
Wybitny uczony amerykański (którego przed laty poznałem na Harvardzie) Samuel Huntington w swej książce Zderzenie cywilizacji wydanej w roku 1996 analizował rzeczywistość międzynarodową poprzez oddziaływania wspomnianych cywilizacji. Nie wykluczył on, że próba dominacji zachodniego uniwersalizmu może w rezultacie przynieść globalną, międzykulturową wojnę prowadzoną przez państwa stanowiące centra kluczowych cywilizacji. W jednym ze scenariuszy mogłaby uformować się wówczas antyzachodnia koalicja międzycywilizacyjna, której osią byłby sojusz islamsko-chiński (konfucjański). Dla wielu zwykłych ludzi, ale i analityków, liczne wydarzenia i procesy przebiegające od czasu terrorystycznego ataku na światowe Centrum Handlu w Nowym Jorku i waszyngtoński Pentagon 11 września 2001 r., stanowią absolutne potwierdzenie słuszności tez formułowanych przez Huntingtona, który zresztą w opublikowanej w 2004 r. innej pracy przewidywał w dalekiej przyszłości rozpad Stanów Zjednoczonych na dwie części: białą i latynoską. Traktowanie zderzenia cywilizacji jako nieuchronnego byłoby swoiście porównywalne z przygotowywaniem się na inny wariant najgorszego scenariusza dla ludzkości, o skutkach zbliżonych do katastrofy nuklearnej. Tymczasem realną, rzeczywistą alternatywą dla owego zderzenia jawi się dialog cywilizacyjny – międzykulturowy i międzyreligijny. Z inicjatywy Iranu taką koncepcję przyjęła Organizacja Narodów Zjednoczonych. W Warszawie w latach 2002 i 2003 odbyły się specjalne międzynarodowe konferencje poświęcone właśnie takiemu dialogowi z udziałem ludzi nauki, duchownych i polityków .

xxx

W syntetyczny sposób przedstawiłem jedynie sześć zasadniczych problemów i obszarów zagrożeń globalnych. Jest ich oczywiście więcej, na przykład związanych z niebezpieczeństwem naruszania na masową skalę praw człowieka czy nawrotem funkcjonowania systemów niedemokratycznych, a nawet dyktatorskich. Blisko 8 mld ludzi na świecie to de facto jedna rodzina, bo przecież żyjemy na samotnej planecie – by użyć nazwy świetnego australijskiego wydawnictwa podróżniczego. Ale jedni mieszkają w Bangladeszu, a inni robią interesy na nowojorskiej Wall Street. Odmiennie postrzegają różnorakie zagrożenia. Także w Polsce niewielka grupa osób lata prywatnymi samolotami, zaś bez porównania większa- robiąc zakupy w lokalnych sklepach na wsi musi brać podstawowe artykuły „na kreskę”. I tu postrzeganie problemów bywa diametralnie odmienne. W obu przypadkach obie strony wiedzą o sobie sporo w dobie dominacji mediów, rozwiniętych technik komputerowych, Internetu, CNN, zbliżonej mody czy znanych niemal wszystkim piosenek. Niekiedy żyją wszak niemal w odrębnych galaktykach, stąd tym bardziej warto zdawać sobie sprawę ze wspólnych problemów globalnych.

 

Czeka nas trudny rok

Polityka gospodarcza rządu PiS w połączeniu z pogorszeniem koniunktury w Europie spowoduje wyraźny spadek tempa wzrostu w Polsce. Ale to już będzie po wyborach.

We wrześniu 2019 r. wskaźnik PMI (pokazujący aktywność gospodarczą w sektorze produkcyjnym) wyniósł 47,8. W lipcu br. był jeszcze niższy (47,4). To najsłabsze oceny kondycji polskiego przemysłu od niemal sześciu lat.
Przemysł, w opinii kadry kierowniczej firm produkcyjnych w Polsce, znajduje się w coraz trudniejszej sytuacji. Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, problemem są bardzo szybko spadające zamówienia, tak z zagranicy, co nie jest nowością, jak także i z Polski. Rośnie poziom zapasów wyrobów gotowych.
Produkcja jeszcze jakoś sobie radzi, bo firmy likwidują zaległości. Za chwilę to się jednak skończy, gdyż stare zamówienia zostaną zrealizowane. Dlatego przedsiębiorstwa obniżają poziom zapasów środków produkcji. Nie chcą zamrażać kapitału, aby nie zmniejszać swojej płynności finansowej, gdy przed nimi znacznie gorszy okres. Nieznacznie, ale jednak spadło także zatrudnienie.
Jednocześnie ciągle rosną koszty pracy, koszty energii oraz podatki i opłaty (dane Głównego Urzędu Statystycznego). Trudno się dziwić, że ta sytuacja przekłada się na wzrost konkurencji na rynku. A stąd blisko do zatorów płatniczych, kłopotów z wypłacalnością i wzrostu liczby upadłości.

Nowi sobie poradzą?

Jak mówią rządzący politycy, jeśli przedsiębiorcy sobie nie radzą, to powinni zrezygnować z prowadzenia działalności gospodarczej. Na ich miejsce przyjdą nowe przedsiębiorcze elity, które sobie poradzą.
Spadek nowych zamówień eksportowych wynika z wyraźnie słabnącego przemysłu u naszych głównych partnerów handlowych. W krajach strefy euro, gdzie lokujemy prawie 60 proc. naszego eksportu towarów, wskaźnik PMI spadł kolejny miesiąc z rzędu, do poziomu 45,7.
Spoza strefy euro, w Czechach, u naszego drugiego co do wielkości partnera handlowego, wskaźnik PMI wyniósł we wrześniu 44,9. W Rosji (siódmy partner handlowy) PMI był na poziomie 46,3. Jak widać wszędzie przemysł ma kłopoty.
Ale polski przemysł to przecież nie tylko eksport. Mamy duży rynek, rosnące dochody rozporządzalne gospodarstw domowych w wyniku rosnących płac i ciągłego zwiększania transferów społecznych (tzw. 13 emerytura, 500 + na pierwsze dziecko).
To oznacza ciągle silny popyt – spożycie indywidualne wzrosło w pierwszych 6. miesiącach br. o 4,1 proc. r/r. Sprzedaż detaliczna w okresie styczeń-sierpień 2019 r. wzrosła o 5,9 proc. A jednak przemysł obawia się przyszłości.

Kłopoty przyjdą w kolejnych latach

Prognozy na najbliższe 12 miesięcy są najsłabsze od 2012 r. (czyli od początku wprowadzenia do wskaźnika PMI komponentu dotyczącego oceny przyszłości). A prognozy te były przedstawiane jeszcze przed decyzjami o wzroście wynagrodzenia minimalnego w 2020 r. do poziomu 2600 zł (z 2250 zł w 2019 r.), a w kolejnym roku do 3 tys., aby w 2024 r. osiągnąć poziom 4 tys. Były one przedstawiane przed przyjęciem projektu budżetu państwa na 2020 r. przez rząd, w którym zaplanowane jest zniesienie limitu 30-krotności dla składek na ubezpieczenia społeczne, a także przed informacją o szacowaniu składek przedsiębiorców na ubezpieczenia społeczne na poziomie uzyskanego dochodu.
Wszystko to podnosi koszty działalności przedsiębiorstw. Do tego dochodzą pracownicze plany kapitałowe, które od przyszłego roku obejmą średnie, małe i mikro firmy.
Osłabienie koniunktury gospodarczej w Europie w połączeniu z rosnącymi obciążeniami nakładanymi na przedsiębiorstwa w Polsce, będzie prowadzić do problemów, które zmaterializują się w 2020 r. zdecydowanie niższym wzrostem gospodarczym.

 

A jednak się kręci

Wszystkie wskaźniki wskazują na to, że koniunktura w polskiej gospodarce jest coraz gorsza. Mimo to nie grozi nam gwałtowne spowolnienie, a tempo wzrostu w tym roku nie spadnie poniżej 4 proc.

Najważniejszy dla oceny perspektyw gospodarczych naszego kraju, tzw. ogólny wskaźnik syntetyczny koniunktury gospodarczej Głównego Urzędu Statystycznego (SI), uległ we wrześniu 2019 r. nieznacznemu pogorszeniu i wyniósł 100,2 (100,4 w sierpniu tego roku).
To niby niewielki regres – ale w stosunku do września 2018 r. wartości wszystkich składowych tego wskaźnika koniunktury są niższe.

Obawy o sprzedaż

Dane potwierdzają gorsze nastroje przedsiębiorców, co jest wynikiem zarówno niepewności zewnętrznej, jak i czynników ryzyka na rynku krajowym.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, prognozy i oceny zazwyczaj z niewielkim wyprzedzeniem pokazują kierunek zmian w gospodarce. Wskaźniki koniunktury od kilku miesięcy pogarszały się, a to zapowiada gorsze wyniki w poszczególnych sektorach gospodarki realnej.
Najsilniejszemu pogorszeniu uległa sytuacja w handlu detalicznym. Dotyczy to szczególnie sprzedaży sfinalizowanej w ostatnich trzech miesiącach. Bardziej ostrożne są również oczekiwania dotyczące sprzedaży w ostatnich miesiącach bieżącego roku.
Oceny dotyczące sytuacji w przetwórstwie przemysłowym i w usługach kształtują się na poziomie zbliżonym do notowanego w poprzednim miesiącu. Warto jednak zwrócić uwagę, że pogorszeniu uległa ocena bieżącego portfela zamówień (krajowego i zagranicznego). Natomiast prognozy produkcji są mniej pesymistyczne od formułowanych w sierpniu. Producenci zgłaszają co najwyżej niedobory zapasów wyrobów gotowych.
W sektorze budowlanym utrzymują się pozytywne oceny dotyczące wielkości zamówień zarówno na rynku krajowym jak i zagranicznym.

Trochę więcej pesymizmu

W porównaniu z ubiegłym rokiem, wśród ankietowanych przedsiębiorców widoczny jest nieco większy pesymizm. Czy mają rację? Coraz więcej argumentów przemawia za tym, że tak.
Brak wyraźnych oznak przemawiających za poprawą koniunktury wynika zarówno z czynników zagranicznych, jak i krajowych. Kluczowa dla polskiego eksportu gospodarka Niemiec wchodzi w okres recesji, co musi negatywnie wpłynąć na wartość polskiego eksportu. Widać to już dziś między innymi na przykładzie sektora samochodowego. Podobna sytuacja widoczna jest również w największych gospodarkach: Stanach Zjednoczonych i Chinach.

Zadecydują zmiany po wyborach

Jeszcze przed wakacjami, w czerwcu, Bank Światowy obniżył prognozy światowego wzrostu produktu krajowego brutto o prawie 1 punkt procentowy, do 2,9 proc. W głównej mierze jest to efekt konfliktów handlowych, jak również niepewność związana z efektami Brexitu. Przypomnijmy również, że w ostatnich miesiącach sytuacja na rynkach finansowych wskazywała na możliwość wystąpienia scenariusza recesji na świecie.
Poczucie niestabilności warunków, w jakich przedsiębiorcy prowadzą działalność gospodarczą, ma również wpływ na kształtowanie się wartości wskaźników koniunktury gospodarczej w Polsce. Oprócz spraw związanych z rynkiem pracy oraz malejącą skalą zamówień, ankietowani przedsiębiorcy wskazują na rosnącą niepewność związaną z regulacjami, jakie mogą pojawić się po październikowych wyborach parlamentarnych. Także niepewność odnosząca się do skali obciążeń fiskalnych w przyszłym roku z pewnością nie sprzyja pozytywnym ocenom odnoszącym się do przyszłości. Sytuacja mogłaby ulec zmianie najwcześniej po pierwszym kwartale 2020 roku.

Najważniejsze wybory

Premier Mateusz Morawiecki zwleka z ogłoszeniem terminu wyborów samorządowych. Nadal nie wiemy, kiedy jesienią pójdziemy do urn wyborczych.

 

Wincenty Elsner kandyduje w wyborach do sejmiku wojewódzkiego z listy SLD – Lewica Razem na Dolnym Śląsku.

 

Na tę decyzję premiera czeka prawie ćwierć miliona kandydatów na radnych. Ponad 8 tysięcy tych, którzy chcą zostać wójtami, burmistrzami i prezydentami miast. Czas płynie. Oni tkwią w blokach startowych. Nie mogąc rozpocząć przygotowań do wyborów. Zbiórki podpisów. Druku ulotek. Rozklejania plakatów. Zaś premier Morawiecki dwoi się i troi by udowadniać tezę z gruntu fałszywą. Że dokonywany systematycznie przez Prawo i Sprawiedliwość demontaż niezależnego systemu sądownictwa nie jest demontażem. Z zarządzeniem terminu wyborów samorządowych będzie czekał do ostatniej chwili.

 

21 października?

Zgodnie z zapisami znowelizowanego pół roku temu Kodeksu Wyborczego wybory samorządowe mogą się odbyć w jedną z niedziel: 21 października, 28 października lub 4 listopada. Decyzja należy do premiera. Kodeks Wyborczy wymaga, by zarządzenie wyborów nastąpiło nie wcześniej niż 4 miesiące przed upływem kończącej się kadencji władz samorządowych i nie później niż 3 miesiące przed. W 2014 roku wybory odbyły się 16 listopada. Tak więc premier Morawiecki mógł łaskawie ujawnić termin wyborów samorządowych ponad dwa tygodnie temu. Na pewno musi to zrobić przed 16 sierpnia. Zwłoka nie wynika z nadmiaru zajęć premiera. To czysta kalkulacja PiS-u. Wśród polityków opozycji panuje przekonanie, że decyzja o terminie wyborów zapadnie ostatniego możliwego dnia – 15 sierpnia. I wybrany zostanie najwcześniejszy termin – 21 października. Dlaczego? By maksymalnie skrócić czas kampanii wyborczej. Rządzący dadzą sobie radę nawet podczas krótkiej kampanii wyborczej. Mają swój rząd. Którego ministrowie rozjadą się po Polsce – rzekomo w ramach rutynowych ministerialnych obowiązków. Mają pieniądze. I mają publiczne radio i telewizję. Które to media w najrozmaitszy sposób zostaną zaprzęgnięte w działania sprzyjające Prawu i Sprawiedliwości. Opozycja już na starcie kampanii będzie krok z tyłu. Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. To niecodzienna sytuacja. Dotychczas wyborcy zdecydowanie bardziej interesowali się wyborami prezydenta kraju i wyborami parlamentarnymi. Ale i sytuacja Polski jest niecodzienna. Można się sprzeczać, jak daleko nam jeszcze do państwa autorytarnego. Lub jak blisko. Jedno jest poza dyskusją: sprawy polskiej demokracji idą w złym kierunku. Dobry wynik rządzącej prawicy nie zadecyduje wyłącznie o losie samorządów. O tym, czy tysiące nowych „misiewiczów” będzie przez najbliższe pięć lat (tak – po raz pierwszy wybieramy samorządowców na pięcioletnią kadencję) rządziło naszymi gminami i miastami. Ewentualna wygrana PiS-u w samorządach da Kaczyńskiemu wiatr w żagle. Ułatwiając wyborczy sukces za rok – w wyborach parlamentarnych. Wagę najbliższych wyborów potwierdzają wyniki opublikowanego tydzień temu badania sondażowego przeprowadzonego przez CBOS. W lipcu zainteresowanie wyborami samorządowymi zadeklarowało 73 proc. Polaków. To najwyższy wynik w całej historii tych wyborów. Lewica może z pewną dozą optymizmu patrzeć na frekwencję swoich wyborców. Aż 81 proc. osób deklarujących poglądy lewicowe wykazuje zainteresowanie wyborami samorządowymi. To nie oznacza oczywiście, że 21 października na pewno stawią się w lokalach wyborczych. Ale powinno zdopingować SLD do sprawnej i skutecznej kampanii wyborczej.

 

Z Sejmu do sejmiku

Najwięcej emocji będą budziły wybory prezydentów miast, burmistrzów i wójtów. Tak było zawsze. W tym roku widać to szczególnie wyraziście w Warszawie. Gdzie niektórzy kandydaci już od wielu tygodni prowadzą swoje kampanie wyborcze. Ignorując przepisy prawa – zakazujące rozpoczynania kampanii przed oficjalnym zarządzeniem wyborów. Dla partii politycznych najważniejsze będą wybory do sejmików wojewódzkich. Tam bowiem toczy się bój najbardziej polityczny, a partie występują pod własnymi sztandarami. Sondaże mogą kłamać. Zaś ogólnopolski wynik wyborczy do sejmików da prawdziwy obraz polskiej sceny politycznej. Uwadze wielu komentatorów umyka pewien szczegół ordynacji wyborczej do sejmików. Uzyskanie mandatu radnego sejmiku wojewódzkiego oznacza automatyczne wygaszenie mandatu parlamentarzysty. Automatyczne. To zabezpiecza przed ewentualną próbą wprowadzania w błąd wyborców. Wystawiania na listach polityków znanych z pierwszych stron gazet i ekranów telewizorów. Posłanek i posłów. Tylko po to, by „podciągnęli listę”. A chwilę po wyborach zrzekli się mandatu i wrócili na Wiejską. Wspomniane ograniczenie nie dotyczy dotychczasowych parlamentarzystów Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Których tak zwana Zjednoczona Lewica eksmitowała z Sejmu w 2015 roku. Dlatego wszyscy oni bez ryzyka utraty mandatów sejmowych mogą wzmocnić listy sejmikowe. I wzmocnią! Startować będą niemal bez wyjątku wszyscy posłowie i posłanki poprzedniej kadencji Sejmu. W Kodeksie Wyborczym zapisano próg wyborczy 5 procent w wyborach do sejmików wojewódzkich. Tyle trzeba osiągnąć, by wziąć udział w podziale mandatów radnych. Ale to zdecydowanie za mało, by ten mandat otrzymać. Przy okazji dyskusji o wprowadzonych przez PiS zmianach w ordynacji do Parlamentu Europejskiego wiele mówiło się o tak zwanym efektywnym progu wyborczym. Czyli wyniku procentowym, który uprawdopodabnia uzyskanie mandatu. W większości okręgów wyborczych do sejmików wojewódzkich efektywny próg wyborczy plasuje się w okolicach 10 proc. W okręgach o mniejszej liczbie mandatów może sięgać kilkunastu procent. Czy SLD, mające w sondażach poparcie od 6 do 10 proc. ma realne szanse na mandaty radnych wojewódzkich? Zdecydowanie tak. W drugiej połowie kwietnia IBRIS wykonał zakrojone na szeroką skalę badanie sondażowe. Przepytano ponad 16 tysięcy osób, po 1000 respondentów z każdego województwa. Wyniki SLD w poszczególnych województwach różniły się znacząco.
Na Podkarpaciu szanse SLD na mandaty radnych wojewódzkich są niewielkie. Sojusz legitymuje się tam poparciem 4,6 proc. Ale jest cała lista województw, gdzie SLD zajmuje silną trzecią pozycję. Z realnymi szansami na kilka mandatów. To na przykład: lubuskie (18,3 proc.), zachodniopomorskie (15,9 proc.), świętokrzyskie (14,8 proc.), kujawsko-pomorskie (14,5 proc.), śląskie (14,1 proc.), wielkopolskie (13,4 proc.), łódzkie (12,3 proc.).

 

Lewica powiatowa

Wspomniane badanie CBOS nie jest dla SLD szczególnie przychylne. Szanse wyborcze Sojuszu wyceniono jedynie na 5 proc. Ale nie powinno to wpędzać polityków lewicy w depresję. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że wyniki CBOS-u – finansowanego z pieniędzy kancelarii premiera Morawieckiego – są z reguły o kilka procent niższe niż innych sondażowni. Ciekawy jest za to rozkład poparcia lewicy w terenie. O ewentualnym sukcesie lewicy w najbliższych wyborach nie zadecydują mieszkańcy metropolii: Warszawy, Krakowa i Wrocławia. Nie zadecydują też mieszkańcy miast średniej wielkości – do 100 tysięcy. W takich miastach poparcie lewicy jest umiarkowane. Badania CBOS-u pokazują, że przyszła siła lewicy w znacznym stopniu leży w rękach mieszkańców małych miasteczek, liczących do 20 tysięcy mieszkańców. Tam SLD ma średnie poparcie rzędu 9 proc. Będąc realną trzecią siłą polityczną. To niezwykle istotna informacja dla działaczy planujących kampanie wyborcze, szczególnie do sejmików wojewódzkich. Ustawienie bilbordów wzdłuż autostrady A1, A2 lub A4 nic nie da. Przekaz SLD musi dotrzeć do Bychawy, Daleszyc, Wasilkowa, Skórczu, Przedeczy. Takich miasteczek jest w Polsce ponad siedemset. Mieszka w nich 5 milionów Polek i Polaków. Niemalże pół miliona – to wyborcy SLD.

 

I wiejska

Drugim najważniejszym dla SLD regionem jest wieś. Z badania CBOS wynika, że na wsi SLD jest dwa razy silniejsze niż w wielkich miastach. Na pierwszy rzut oka to może dziwić. Ale przecież w miastach nie ma już wielkich zakładów przemysłowych. Zatrudniających po kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy pracowników. Będących tradycyjnym elektoratem lewicy. O niedocenianym przez wielu lewicowych polityków potencjale wsi już kiedyś pisałem. Gdy CBOS zapytał o sympatie polityczne mieszkańców różnych środowisk. Okazało się, że największy odsetek Polaków deklarujących poglądy lewicowe mieszka na wsi. Ponad jedna czwarta. W liczbach bezwzględnych to 1,5 miliona wyborców. Którzy w najbliższych wyborach mogą zagłosować na listy sejmikowe SLD – Lewica Razem. Mogą. Pod warunkiem, że każdy z kandydatów na radnych potrafi bez zająknięcia odpowiedzieć na pytanie. Jaki jest program SLD dla polskiej wsi?

 

Bariera strachu

Jest jednak istotna bariera, która może wpłynąć na wynik najbliższych wyborów. Rysująca się szczególnie wyraźnie tam, gdzie lewica jest silna: w małych miastach i na wsi. Jeszcze niedawno jej nie było. Przyszła razem z rządami PiS-u. Bariera strachu. Kompletując listy do sejmiku dolnośląskiego odwiedziłem w ostatnim tygodniu wiele mniejszych miejscowości wokół Wrocławia – mój okręg wyborczy. Rozmawiałem z mieszkańcami. Niby nic się nie zmieniło od poprzednich wyborów. A jednak… Ziobro nie wyaresztował opozycji. Policja nie rozpędza demonstrantów używając armatek wodnych. Wyjąwszy media publiczne, dziennikarze mogą mówić i pisać co chcą. A jednak suma kuksańców władzy, drobnych szykan i gróźb, robi swoje. Coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że bezpieczniej jest stanąć na poboczu. Być biernym obserwatorem. „Ja się do polityki nie mieszam” – mówią.

 

Najważniejsze wybory

Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. Dobry wynik lewicy może być zwiastunem końca rządów PiS-u za rok. I powrotu Polski na drogę praworządności i demokracji. Dlatego jak najrychlej warto ruszyć w teren – to do działaczy. Warto być aktywnym – to do wyborców. Jeszcze się będziemy śmiali z dzisiejszych strachów przed wszechmocnym Kaczyńskim, Ziobrą, Brudzińskim. A przewodniczący Czarzasty obiecał, że będzie im wysyłał paczki.

Bezrobocie? Nie jest źle

Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane dotyczące stopy bezrobocia rejestrowanego w kwietniu 2018 r.

 

Wynika z nich, że pod koniec kwietnia stopa bezrobocia wyniosła 6,3 proc. i w porównaniu do kwietnia 2017 r. spadła o 1,3 pkt. proc., a w porównaniu do marca 2018 r. spadła o 0,3 pkt proc.
W urzędach pracy na koniec kwietnia zarejestrowanych było 1042,5 tys. bezrobotnych, czyli o 210,2 tys. mniej niż rok wcześniej i o 49,6 tys. mniej osób niż miesiąc wcześniej.
W kwietniu bez prawa do zasiłku było 85,2 proc. bezrobotnych, czyli o 1,3 pkt proc. mniej niż rok wcześniej.
Główny Urząd Statystyczny przedstawił też dane dotyczące liczby bezrobotnych oraz stopy bezrobocia według województw, podregionów i powiatów.
Najwyższą stopę bezrobocia odnotowano w województwach: warmińsko-mazurskim – 11,1 proc., kujawsko-pomorskim – 9,4 proc., podkarpackim – 9,3 proc.. Najniższą stopą bezrobocia charakteryzowały się województwa: wielkopolskie – 3,6proc., śląskie – 4,9 proc., małopolskie – 5,1 proc..
GUS podał też dane dotyczące stopy bezrobocia w poszczególnych podregionach i powiatach. Wynika z nich, że najwyższe bezrobocie jest w powiecie szydłowieckim (woj. mazowieckie) – 24,7 proc., braniewskim (woj. warmińsko-mazurskie) – 21,0 proc., łobeskim (woj. zachodniopomorskie) – 20,6 proc., bartoszyckim (woj. warmińsko-mazurskie) – 19,2 proc., a najniższe w Poznaniu (woj. wielkopolskie) – 1,4 proc., w powiecie wolsztyńskim (woj. wielkopolskie) – 1,6 proc., poznańskim (woj. wielkopolskie) – 1,7 proc. oraz w powiecie kępińskim (woj. wielkopolskie) – 1,8 proc..