Czeka nas trudny rok

Polityka gospodarcza rządu PiS w połączeniu z pogorszeniem koniunktury w Europie spowoduje wyraźny spadek tempa wzrostu w Polsce. Ale to już będzie po wyborach.

We wrześniu 2019 r. wskaźnik PMI (pokazujący aktywność gospodarczą w sektorze produkcyjnym) wyniósł 47,8. W lipcu br. był jeszcze niższy (47,4). To najsłabsze oceny kondycji polskiego przemysłu od niemal sześciu lat.
Przemysł, w opinii kadry kierowniczej firm produkcyjnych w Polsce, znajduje się w coraz trudniejszej sytuacji. Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, problemem są bardzo szybko spadające zamówienia, tak z zagranicy, co nie jest nowością, jak także i z Polski. Rośnie poziom zapasów wyrobów gotowych.
Produkcja jeszcze jakoś sobie radzi, bo firmy likwidują zaległości. Za chwilę to się jednak skończy, gdyż stare zamówienia zostaną zrealizowane. Dlatego przedsiębiorstwa obniżają poziom zapasów środków produkcji. Nie chcą zamrażać kapitału, aby nie zmniejszać swojej płynności finansowej, gdy przed nimi znacznie gorszy okres. Nieznacznie, ale jednak spadło także zatrudnienie.
Jednocześnie ciągle rosną koszty pracy, koszty energii oraz podatki i opłaty (dane Głównego Urzędu Statystycznego). Trudno się dziwić, że ta sytuacja przekłada się na wzrost konkurencji na rynku. A stąd blisko do zatorów płatniczych, kłopotów z wypłacalnością i wzrostu liczby upadłości.

Nowi sobie poradzą?

Jak mówią rządzący politycy, jeśli przedsiębiorcy sobie nie radzą, to powinni zrezygnować z prowadzenia działalności gospodarczej. Na ich miejsce przyjdą nowe przedsiębiorcze elity, które sobie poradzą.
Spadek nowych zamówień eksportowych wynika z wyraźnie słabnącego przemysłu u naszych głównych partnerów handlowych. W krajach strefy euro, gdzie lokujemy prawie 60 proc. naszego eksportu towarów, wskaźnik PMI spadł kolejny miesiąc z rzędu, do poziomu 45,7.
Spoza strefy euro, w Czechach, u naszego drugiego co do wielkości partnera handlowego, wskaźnik PMI wyniósł we wrześniu 44,9. W Rosji (siódmy partner handlowy) PMI był na poziomie 46,3. Jak widać wszędzie przemysł ma kłopoty.
Ale polski przemysł to przecież nie tylko eksport. Mamy duży rynek, rosnące dochody rozporządzalne gospodarstw domowych w wyniku rosnących płac i ciągłego zwiększania transferów społecznych (tzw. 13 emerytura, 500 + na pierwsze dziecko).
To oznacza ciągle silny popyt – spożycie indywidualne wzrosło w pierwszych 6. miesiącach br. o 4,1 proc. r/r. Sprzedaż detaliczna w okresie styczeń-sierpień 2019 r. wzrosła o 5,9 proc. A jednak przemysł obawia się przyszłości.

Kłopoty przyjdą w kolejnych latach

Prognozy na najbliższe 12 miesięcy są najsłabsze od 2012 r. (czyli od początku wprowadzenia do wskaźnika PMI komponentu dotyczącego oceny przyszłości). A prognozy te były przedstawiane jeszcze przed decyzjami o wzroście wynagrodzenia minimalnego w 2020 r. do poziomu 2600 zł (z 2250 zł w 2019 r.), a w kolejnym roku do 3 tys., aby w 2024 r. osiągnąć poziom 4 tys. Były one przedstawiane przed przyjęciem projektu budżetu państwa na 2020 r. przez rząd, w którym zaplanowane jest zniesienie limitu 30-krotności dla składek na ubezpieczenia społeczne, a także przed informacją o szacowaniu składek przedsiębiorców na ubezpieczenia społeczne na poziomie uzyskanego dochodu.
Wszystko to podnosi koszty działalności przedsiębiorstw. Do tego dochodzą pracownicze plany kapitałowe, które od przyszłego roku obejmą średnie, małe i mikro firmy.
Osłabienie koniunktury gospodarczej w Europie w połączeniu z rosnącymi obciążeniami nakładanymi na przedsiębiorstwa w Polsce, będzie prowadzić do problemów, które zmaterializują się w 2020 r. zdecydowanie niższym wzrostem gospodarczym.

 

A jednak się kręci

Wszystkie wskaźniki wskazują na to, że koniunktura w polskiej gospodarce jest coraz gorsza. Mimo to nie grozi nam gwałtowne spowolnienie, a tempo wzrostu w tym roku nie spadnie poniżej 4 proc.

Najważniejszy dla oceny perspektyw gospodarczych naszego kraju, tzw. ogólny wskaźnik syntetyczny koniunktury gospodarczej Głównego Urzędu Statystycznego (SI), uległ we wrześniu 2019 r. nieznacznemu pogorszeniu i wyniósł 100,2 (100,4 w sierpniu tego roku).
To niby niewielki regres – ale w stosunku do września 2018 r. wartości wszystkich składowych tego wskaźnika koniunktury są niższe.

Obawy o sprzedaż

Dane potwierdzają gorsze nastroje przedsiębiorców, co jest wynikiem zarówno niepewności zewnętrznej, jak i czynników ryzyka na rynku krajowym.
Jak wskazuje Towarzystwo Ekonomistów Polskich, prognozy i oceny zazwyczaj z niewielkim wyprzedzeniem pokazują kierunek zmian w gospodarce. Wskaźniki koniunktury od kilku miesięcy pogarszały się, a to zapowiada gorsze wyniki w poszczególnych sektorach gospodarki realnej.
Najsilniejszemu pogorszeniu uległa sytuacja w handlu detalicznym. Dotyczy to szczególnie sprzedaży sfinalizowanej w ostatnich trzech miesiącach. Bardziej ostrożne są również oczekiwania dotyczące sprzedaży w ostatnich miesiącach bieżącego roku.
Oceny dotyczące sytuacji w przetwórstwie przemysłowym i w usługach kształtują się na poziomie zbliżonym do notowanego w poprzednim miesiącu. Warto jednak zwrócić uwagę, że pogorszeniu uległa ocena bieżącego portfela zamówień (krajowego i zagranicznego). Natomiast prognozy produkcji są mniej pesymistyczne od formułowanych w sierpniu. Producenci zgłaszają co najwyżej niedobory zapasów wyrobów gotowych.
W sektorze budowlanym utrzymują się pozytywne oceny dotyczące wielkości zamówień zarówno na rynku krajowym jak i zagranicznym.

Trochę więcej pesymizmu

W porównaniu z ubiegłym rokiem, wśród ankietowanych przedsiębiorców widoczny jest nieco większy pesymizm. Czy mają rację? Coraz więcej argumentów przemawia za tym, że tak.
Brak wyraźnych oznak przemawiających za poprawą koniunktury wynika zarówno z czynników zagranicznych, jak i krajowych. Kluczowa dla polskiego eksportu gospodarka Niemiec wchodzi w okres recesji, co musi negatywnie wpłynąć na wartość polskiego eksportu. Widać to już dziś między innymi na przykładzie sektora samochodowego. Podobna sytuacja widoczna jest również w największych gospodarkach: Stanach Zjednoczonych i Chinach.

Zadecydują zmiany po wyborach

Jeszcze przed wakacjami, w czerwcu, Bank Światowy obniżył prognozy światowego wzrostu produktu krajowego brutto o prawie 1 punkt procentowy, do 2,9 proc. W głównej mierze jest to efekt konfliktów handlowych, jak również niepewność związana z efektami Brexitu. Przypomnijmy również, że w ostatnich miesiącach sytuacja na rynkach finansowych wskazywała na możliwość wystąpienia scenariusza recesji na świecie.
Poczucie niestabilności warunków, w jakich przedsiębiorcy prowadzą działalność gospodarczą, ma również wpływ na kształtowanie się wartości wskaźników koniunktury gospodarczej w Polsce. Oprócz spraw związanych z rynkiem pracy oraz malejącą skalą zamówień, ankietowani przedsiębiorcy wskazują na rosnącą niepewność związaną z regulacjami, jakie mogą pojawić się po październikowych wyborach parlamentarnych. Także niepewność odnosząca się do skali obciążeń fiskalnych w przyszłym roku z pewnością nie sprzyja pozytywnym ocenom odnoszącym się do przyszłości. Sytuacja mogłaby ulec zmianie najwcześniej po pierwszym kwartale 2020 roku.

Najważniejsze wybory

Premier Mateusz Morawiecki zwleka z ogłoszeniem terminu wyborów samorządowych. Nadal nie wiemy, kiedy jesienią pójdziemy do urn wyborczych.

 

Wincenty Elsner kandyduje w wyborach do sejmiku wojewódzkiego z listy SLD – Lewica Razem na Dolnym Śląsku.

 

Na tę decyzję premiera czeka prawie ćwierć miliona kandydatów na radnych. Ponad 8 tysięcy tych, którzy chcą zostać wójtami, burmistrzami i prezydentami miast. Czas płynie. Oni tkwią w blokach startowych. Nie mogąc rozpocząć przygotowań do wyborów. Zbiórki podpisów. Druku ulotek. Rozklejania plakatów. Zaś premier Morawiecki dwoi się i troi by udowadniać tezę z gruntu fałszywą. Że dokonywany systematycznie przez Prawo i Sprawiedliwość demontaż niezależnego systemu sądownictwa nie jest demontażem. Z zarządzeniem terminu wyborów samorządowych będzie czekał do ostatniej chwili.

 

21 października?

Zgodnie z zapisami znowelizowanego pół roku temu Kodeksu Wyborczego wybory samorządowe mogą się odbyć w jedną z niedziel: 21 października, 28 października lub 4 listopada. Decyzja należy do premiera. Kodeks Wyborczy wymaga, by zarządzenie wyborów nastąpiło nie wcześniej niż 4 miesiące przed upływem kończącej się kadencji władz samorządowych i nie później niż 3 miesiące przed. W 2014 roku wybory odbyły się 16 listopada. Tak więc premier Morawiecki mógł łaskawie ujawnić termin wyborów samorządowych ponad dwa tygodnie temu. Na pewno musi to zrobić przed 16 sierpnia. Zwłoka nie wynika z nadmiaru zajęć premiera. To czysta kalkulacja PiS-u. Wśród polityków opozycji panuje przekonanie, że decyzja o terminie wyborów zapadnie ostatniego możliwego dnia – 15 sierpnia. I wybrany zostanie najwcześniejszy termin – 21 października. Dlaczego? By maksymalnie skrócić czas kampanii wyborczej. Rządzący dadzą sobie radę nawet podczas krótkiej kampanii wyborczej. Mają swój rząd. Którego ministrowie rozjadą się po Polsce – rzekomo w ramach rutynowych ministerialnych obowiązków. Mają pieniądze. I mają publiczne radio i telewizję. Które to media w najrozmaitszy sposób zostaną zaprzęgnięte w działania sprzyjające Prawu i Sprawiedliwości. Opozycja już na starcie kampanii będzie krok z tyłu. Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. To niecodzienna sytuacja. Dotychczas wyborcy zdecydowanie bardziej interesowali się wyborami prezydenta kraju i wyborami parlamentarnymi. Ale i sytuacja Polski jest niecodzienna. Można się sprzeczać, jak daleko nam jeszcze do państwa autorytarnego. Lub jak blisko. Jedno jest poza dyskusją: sprawy polskiej demokracji idą w złym kierunku. Dobry wynik rządzącej prawicy nie zadecyduje wyłącznie o losie samorządów. O tym, czy tysiące nowych „misiewiczów” będzie przez najbliższe pięć lat (tak – po raz pierwszy wybieramy samorządowców na pięcioletnią kadencję) rządziło naszymi gminami i miastami. Ewentualna wygrana PiS-u w samorządach da Kaczyńskiemu wiatr w żagle. Ułatwiając wyborczy sukces za rok – w wyborach parlamentarnych. Wagę najbliższych wyborów potwierdzają wyniki opublikowanego tydzień temu badania sondażowego przeprowadzonego przez CBOS. W lipcu zainteresowanie wyborami samorządowymi zadeklarowało 73 proc. Polaków. To najwyższy wynik w całej historii tych wyborów. Lewica może z pewną dozą optymizmu patrzeć na frekwencję swoich wyborców. Aż 81 proc. osób deklarujących poglądy lewicowe wykazuje zainteresowanie wyborami samorządowymi. To nie oznacza oczywiście, że 21 października na pewno stawią się w lokalach wyborczych. Ale powinno zdopingować SLD do sprawnej i skutecznej kampanii wyborczej.

 

Z Sejmu do sejmiku

Najwięcej emocji będą budziły wybory prezydentów miast, burmistrzów i wójtów. Tak było zawsze. W tym roku widać to szczególnie wyraziście w Warszawie. Gdzie niektórzy kandydaci już od wielu tygodni prowadzą swoje kampanie wyborcze. Ignorując przepisy prawa – zakazujące rozpoczynania kampanii przed oficjalnym zarządzeniem wyborów. Dla partii politycznych najważniejsze będą wybory do sejmików wojewódzkich. Tam bowiem toczy się bój najbardziej polityczny, a partie występują pod własnymi sztandarami. Sondaże mogą kłamać. Zaś ogólnopolski wynik wyborczy do sejmików da prawdziwy obraz polskiej sceny politycznej. Uwadze wielu komentatorów umyka pewien szczegół ordynacji wyborczej do sejmików. Uzyskanie mandatu radnego sejmiku wojewódzkiego oznacza automatyczne wygaszenie mandatu parlamentarzysty. Automatyczne. To zabezpiecza przed ewentualną próbą wprowadzania w błąd wyborców. Wystawiania na listach polityków znanych z pierwszych stron gazet i ekranów telewizorów. Posłanek i posłów. Tylko po to, by „podciągnęli listę”. A chwilę po wyborach zrzekli się mandatu i wrócili na Wiejską. Wspomniane ograniczenie nie dotyczy dotychczasowych parlamentarzystów Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Których tak zwana Zjednoczona Lewica eksmitowała z Sejmu w 2015 roku. Dlatego wszyscy oni bez ryzyka utraty mandatów sejmowych mogą wzmocnić listy sejmikowe. I wzmocnią! Startować będą niemal bez wyjątku wszyscy posłowie i posłanki poprzedniej kadencji Sejmu. W Kodeksie Wyborczym zapisano próg wyborczy 5 procent w wyborach do sejmików wojewódzkich. Tyle trzeba osiągnąć, by wziąć udział w podziale mandatów radnych. Ale to zdecydowanie za mało, by ten mandat otrzymać. Przy okazji dyskusji o wprowadzonych przez PiS zmianach w ordynacji do Parlamentu Europejskiego wiele mówiło się o tak zwanym efektywnym progu wyborczym. Czyli wyniku procentowym, który uprawdopodabnia uzyskanie mandatu. W większości okręgów wyborczych do sejmików wojewódzkich efektywny próg wyborczy plasuje się w okolicach 10 proc. W okręgach o mniejszej liczbie mandatów może sięgać kilkunastu procent. Czy SLD, mające w sondażach poparcie od 6 do 10 proc. ma realne szanse na mandaty radnych wojewódzkich? Zdecydowanie tak. W drugiej połowie kwietnia IBRIS wykonał zakrojone na szeroką skalę badanie sondażowe. Przepytano ponad 16 tysięcy osób, po 1000 respondentów z każdego województwa. Wyniki SLD w poszczególnych województwach różniły się znacząco.
Na Podkarpaciu szanse SLD na mandaty radnych wojewódzkich są niewielkie. Sojusz legitymuje się tam poparciem 4,6 proc. Ale jest cała lista województw, gdzie SLD zajmuje silną trzecią pozycję. Z realnymi szansami na kilka mandatów. To na przykład: lubuskie (18,3 proc.), zachodniopomorskie (15,9 proc.), świętokrzyskie (14,8 proc.), kujawsko-pomorskie (14,5 proc.), śląskie (14,1 proc.), wielkopolskie (13,4 proc.), łódzkie (12,3 proc.).

 

Lewica powiatowa

Wspomniane badanie CBOS nie jest dla SLD szczególnie przychylne. Szanse wyborcze Sojuszu wyceniono jedynie na 5 proc. Ale nie powinno to wpędzać polityków lewicy w depresję. Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że wyniki CBOS-u – finansowanego z pieniędzy kancelarii premiera Morawieckiego – są z reguły o kilka procent niższe niż innych sondażowni. Ciekawy jest za to rozkład poparcia lewicy w terenie. O ewentualnym sukcesie lewicy w najbliższych wyborach nie zadecydują mieszkańcy metropolii: Warszawy, Krakowa i Wrocławia. Nie zadecydują też mieszkańcy miast średniej wielkości – do 100 tysięcy. W takich miastach poparcie lewicy jest umiarkowane. Badania CBOS-u pokazują, że przyszła siła lewicy w znacznym stopniu leży w rękach mieszkańców małych miasteczek, liczących do 20 tysięcy mieszkańców. Tam SLD ma średnie poparcie rzędu 9 proc. Będąc realną trzecią siłą polityczną. To niezwykle istotna informacja dla działaczy planujących kampanie wyborcze, szczególnie do sejmików wojewódzkich. Ustawienie bilbordów wzdłuż autostrady A1, A2 lub A4 nic nie da. Przekaz SLD musi dotrzeć do Bychawy, Daleszyc, Wasilkowa, Skórczu, Przedeczy. Takich miasteczek jest w Polsce ponad siedemset. Mieszka w nich 5 milionów Polek i Polaków. Niemalże pół miliona – to wyborcy SLD.

 

I wiejska

Drugim najważniejszym dla SLD regionem jest wieś. Z badania CBOS wynika, że na wsi SLD jest dwa razy silniejsze niż w wielkich miastach. Na pierwszy rzut oka to może dziwić. Ale przecież w miastach nie ma już wielkich zakładów przemysłowych. Zatrudniających po kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy pracowników. Będących tradycyjnym elektoratem lewicy. O niedocenianym przez wielu lewicowych polityków potencjale wsi już kiedyś pisałem. Gdy CBOS zapytał o sympatie polityczne mieszkańców różnych środowisk. Okazało się, że największy odsetek Polaków deklarujących poglądy lewicowe mieszka na wsi. Ponad jedna czwarta. W liczbach bezwzględnych to 1,5 miliona wyborców. Którzy w najbliższych wyborach mogą zagłosować na listy sejmikowe SLD – Lewica Razem. Mogą. Pod warunkiem, że każdy z kandydatów na radnych potrafi bez zająknięcia odpowiedzieć na pytanie. Jaki jest program SLD dla polskiej wsi?

 

Bariera strachu

Jest jednak istotna bariera, która może wpłynąć na wynik najbliższych wyborów. Rysująca się szczególnie wyraźnie tam, gdzie lewica jest silna: w małych miastach i na wsi. Jeszcze niedawno jej nie było. Przyszła razem z rządami PiS-u. Bariera strachu. Kompletując listy do sejmiku dolnośląskiego odwiedziłem w ostatnim tygodniu wiele mniejszych miejscowości wokół Wrocławia – mój okręg wyborczy. Rozmawiałem z mieszkańcami. Niby nic się nie zmieniło od poprzednich wyborów. A jednak… Ziobro nie wyaresztował opozycji. Policja nie rozpędza demonstrantów używając armatek wodnych. Wyjąwszy media publiczne, dziennikarze mogą mówić i pisać co chcą. A jednak suma kuksańców władzy, drobnych szykan i gróźb, robi swoje. Coraz więcej osób dochodzi do wniosku, że bezpieczniej jest stanąć na poboczu. Być biernym obserwatorem. „Ja się do polityki nie mieszam” – mówią.

 

Najważniejsze wybory

Jesienne wybory mogą okazać się najważniejszymi w całej historii III RP. Dobry wynik lewicy może być zwiastunem końca rządów PiS-u za rok. I powrotu Polski na drogę praworządności i demokracji. Dlatego jak najrychlej warto ruszyć w teren – to do działaczy. Warto być aktywnym – to do wyborców. Jeszcze się będziemy śmiali z dzisiejszych strachów przed wszechmocnym Kaczyńskim, Ziobrą, Brudzińskim. A przewodniczący Czarzasty obiecał, że będzie im wysyłał paczki.

Bezrobocie? Nie jest źle

Główny Urząd Statystyczny przedstawił dane dotyczące stopy bezrobocia rejestrowanego w kwietniu 2018 r.

 

Wynika z nich, że pod koniec kwietnia stopa bezrobocia wyniosła 6,3 proc. i w porównaniu do kwietnia 2017 r. spadła o 1,3 pkt. proc., a w porównaniu do marca 2018 r. spadła o 0,3 pkt proc.
W urzędach pracy na koniec kwietnia zarejestrowanych było 1042,5 tys. bezrobotnych, czyli o 210,2 tys. mniej niż rok wcześniej i o 49,6 tys. mniej osób niż miesiąc wcześniej.
W kwietniu bez prawa do zasiłku było 85,2 proc. bezrobotnych, czyli o 1,3 pkt proc. mniej niż rok wcześniej.
Główny Urząd Statystyczny przedstawił też dane dotyczące liczby bezrobotnych oraz stopy bezrobocia według województw, podregionów i powiatów.
Najwyższą stopę bezrobocia odnotowano w województwach: warmińsko-mazurskim – 11,1 proc., kujawsko-pomorskim – 9,4 proc., podkarpackim – 9,3 proc.. Najniższą stopą bezrobocia charakteryzowały się województwa: wielkopolskie – 3,6proc., śląskie – 4,9 proc., małopolskie – 5,1 proc..
GUS podał też dane dotyczące stopy bezrobocia w poszczególnych podregionach i powiatach. Wynika z nich, że najwyższe bezrobocie jest w powiecie szydłowieckim (woj. mazowieckie) – 24,7 proc., braniewskim (woj. warmińsko-mazurskie) – 21,0 proc., łobeskim (woj. zachodniopomorskie) – 20,6 proc., bartoszyckim (woj. warmińsko-mazurskie) – 19,2 proc., a najniższe w Poznaniu (woj. wielkopolskie) – 1,4 proc., w powiecie wolsztyńskim (woj. wielkopolskie) – 1,6 proc., poznańskim (woj. wielkopolskie) – 1,7 proc. oraz w powiecie kępińskim (woj. wielkopolskie) – 1,8 proc..