Gospodarką trzeba zarządzać

Los Polek i Polaków zależy od rozwoju wydarzeń w Europie i na świecie, ale możemy na niego wpływać.

Wród skutków transformacji warto zwrócić uwagę na kryzys polskiego przemysłu motoryzacyjnego.
W ramach procesu transformacji zostały sprzedane zagranicznym inwestorom główne polskie fabryki samochodów:

  • Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu w Warszawie – koreańskiemu inwestorowi,
  • Fabryka Samochodów Osobowych w Tychach – włoskiemu Koncernowi Fiat.
    Zostały także zlikwidowane istniejące przy tych fabrykach ich Ośrodki Badawczo-Rozwojowe.
    Fabryka Samochodów Osobowych na Żeraniu w Warszawie została po kilku latach zlikwidowana.
    Dla fabryki w Tychach, po latach produkcji małych modeli właściciel Fiata nie miał dalszego pomysłu – ulokował produkcję nowych pojazdów w fabryce we Włoszech i nie zapowiedział wprowadzenia do produkcji w Fabryce w Polsce jakichś nowszych modeli.
    W Strategii Odpowiedzialnego Rozwoju 2017 premier Mateusz Morawiecki zapowiedział uruchomienie w Polsce do roku 2020 wielkoseryjnej produkcji polskiego elektrycznego samochodu osobowego.
    Niestety premier nie przedstawił pomysłu, jak to chce zrobić. Państwowa spółka, której zlecił to zadanie, rozpoczęła od ogłoszenia konkursu na projekt nadwozia. Nic dziwnego – pan premier nie zna się na zarządzaniu przemysłem, w tym motoryzacyjnym, nie zna się na tym również Minister Przedsiębiorczości i Technologii Jadwiga Emilewicz, ani były minister Inwestycji i Rozwoju Jerzy Kwieciński – są po prostu ignorantami w tej dziedzinie.
    Nasze powody do wstydu
    Jest prawdziwym wstydem dla polskich inżynierów, zarówno tych pracujących w przemyśle motoryzacyjnym, jak i tych uczących studentów wiedzy o motoryzacji na wyższych uczelniach – a także dla rządzących motoryzacją ze szczebla rządu – że przez trzy dekady nie potrafili stworzyć warunków, w których powstałby polski samochód, zaprojektowany przez polskich inżynierów i zbudowany na polskiej technologii, w polskiej fabryce.
    Jak wiadomo, potęga gospodarcza Niemiec bazuje w znacznym stopniu na działalności czterech wielkich koncernów samochodowych. Nie tylko produkują one samochody, ale mają swoje biura projektów oraz swe wielkie ośrodki badawcze i wdrożeniowe, gdzie te projekty powstają i w których opracowuje się technologie ich produkcji.
    Trzeba się uczyć od mądrzejszych. Trzeba więc szybko utworzyć wielkie centrum projektowania i opracowywania technologii produkcji samochodów oraz autobusów, z zadaniem pilnego przygotowania projektu samochodu i technologii produkcji polskiego elektrycznego samochodu osobowego, a także autobusu hybrydowego,
    Należy także wykupić od koncernu Fiat fabrykę Samochodów Osobowych w Tychach i uruchomić prace nad jej przygotowaniem do produkcji polskiego elektrycznego samochodu osobowego oraz samochodu hybrydowego.
    W tym celu niezbędne jest przeprowadzenie szkolenia załogi fabryki do wykonania zadania polegającego na uruchomieniu produkcji polskiego elektrycznego, samochodu osobowego i samochodu hybrydowego.
    Chodzi także o zaprojektowanie i wyprodukowanie polskiego osobowego samochodu hybrydowego, ponieważ jest to już standard światowy.
    Wizje wymagają dokumentów
    Mamy do czynienia z kryzysem systemu zarządzania gospodarką. W ramach procesu transformacji zlikwidowano ministerstwa gałęziowe i zjednoczenia branżowe, zostały natomiast – po ostatniej zmianie władzy – utworzone dwa ministerstwa – Przedsiębiorczości i Technologii oraz Inwestycji i Rozwoju.
    Nie wykreowały one zespołów fachowców, które byłyby w stanie sprostać wymogom określonym w książce Andrzeja Koźmińskiego p.t. ”Wyobraźnia Ekonomiczna”.
    Chodzi szczególnie o zadanie: „Kształtowanie kierunków rozwoju gospodarki, zwłaszcza długofalowych wizji rozwoju gospodarki”.
    Wizje te wymagają opracowywania wielkich dokumentów w rodzaju programów rozwoju poszczególnych gałęzi, takich jak np. program chemizacji gospodarki narodowej, program wprowadzenia odnawialnych źródeł energii czy program motoryzacji gospodarki narodowej.
    Aby programy tej klasy opracować, trzeba wykorzystać nowoczesne techniki symulacji komputerowej, w rodzaju powszechnie na zachodzie używanej przez fachowców, metodyki „System Dynamics”. W latach 1970-tych przy zastosowaniu takiej klasy narzędzia w Instytucie Ekonomiki Przemysłu Chemicznego, zespół pod kierownictwem prof. Mieczysława Lesza opracował przy współpracy z ekspertami Ministerstwa Przemysłu Chemicznego program chemizacji gospodarki narodowej.
    Program ten został uznany przez Komitet Chemiczny Europejskiej Komisji Gospodarczej ONZ w Genewie za wzorcowy dla opracowywania programów rozwoju gałęzi przemysłu i przedstawiony na międzynarodowej konferencji EKG ONZ p.t. „Programowanie Rozwoju Przemysłu”, zorganizowanej z udziałem rządu polskiego w Warszawie w 1979 roku.
    Niestety ze względu na słabość profesjonalną kadry zatrudnianej obecnie w ministerstwach zajmujących się gospodarką, od lat nie ma zapotrzebowania na tej klasy opracowania – w związku z czym na uczelniach zajmujących się nauczaniem studentów wykorzystania komputerów dla rozwiązywania problemów zarządzania, nie uczy się zastosowań praktycznych narzędzi klasy „System Dynamics”.
    Mieliśmy polską Dolinę Krzemową
    Autor niniejszego tekstu próbował uzyskać od Akademii im. Leona Koźmińskiego i od Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego pomoc w wykorzystaniu metodyki „System Dynamics” do rozwiązania głównego obecnie problemu Unii Europejskiej – rozlokowania w innych krajach członkowskich Unii Europejskiej. uchodźców przebywających w obozach dla uchodźców we Włoszech i w Grecji.
    Kraje członkowskie UE zdecydowanie protestują twierdząc, że nie mają gdzie przyjąć uchodźców. Tymczasem w tych krajach pustoszeją tereny na skutek czynników demograficznych.
    Przy pomocy metodyki „System Dynamics” można komputerowo „przeczesać” bazy danych terenów rolniczych krajów członkowskich UE – wykorzystywane do obliczaniu dopłat do gruntów rolniczych, wypłacanych rolnikom tych krajów – by ustalić wolne tereny czekające na zagospodarowanie dla osiedlenia uchodźców.
    Niestety, moja prośba o pomoc w tej sprawie spotkała się z odmową rektora Akademii im. Leona Koźmińskiego, oraz z brakiem pozytywnej reakcji Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego – pomimo, iż sylabus na tym wydziale przewiduje uczenie studentów wykorzystania metodyki „System Dynamics” do zarządzania procesami gospodarczymi.
    Warto w tym miejscu dodać, że w latach 1978-2010 istniała Szkoła Symulacji Systemów Gospodarczych, powstała w 1978 roku z inicjatywy prof. Jacka Jettmara, ówczesnego prezesa gdańskiego oddziału Towarzystwa Organizacji i Kierownictwa, która odbyła pierwszą sesję tej Szkoły w Stegnie w 1978 roku. A po tym – odbywała co roku kolejne sesje w różnych lokalizacjach, stając się prężnym stowarzyszeniem naukowym, pod którego szyldem dochodziło do spotkań, gorących dyskusji i wzajemnych inspiracji pomiędzy ekonomistami, praktykami i teoretykami zarządzania, filozofami, psychologami i matematykami – od profesorów do studentów i praktyków.
    Dyskutowano na temat wykorzystania metod matematycznych /symulacyjnych, w praktyce zarządzania gospodarką i w edukacji elektronicznej na uczelniach. Pałeczkę kontynuatorów przejmowali kolejno profesorowie i adiunkci Instytutu Planowania, Organizacji i Zarządzania Politechniki Wrocławskiej, Ekonomiki Przemysłu Chemicznego oddziału w Gliwicach, Statystyki i Ekonometrii Uniwersytetu w Łodzi, Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego oddziału w Katowicach, Katedry Ekonometrii i Badań Operacyjnych Akademii Ekonomicznej w Krakowie, Akademii im. Leona Koźmińskiego w Warszawie, wydziałów Prawa, Administracji i Ekonomii Uniwersytetu Wrocławskiego i Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego. Członkiem Rady Szkoły i sekretarzem wykonawczym był przez cały okres istnienia szkoły dr Krzysztof Nowak.
    Na kolejne sesje szkoły przygotowano i wygłoszono ponad 600 referatów, komunikatów i opisów gier, które zostały opublikowane w 33 tomach – od 2003 roku druk wykonywało wydawnictwo Oficyny Wydawniczej Politechniki Wrocławskiej. Przez ponad 30 lat istnienia przez szkołę przewinęło się ponad 1500 osób, przy czym status „Bywalców” (przynajmniej trzykrotne uczestnictwo w sesjach szkoły) uzyskało 91 osób.
    Szkoła Symulacji Systemów Gospodarczych uległa rozwiązaniu w 2010 roku na skutek braku zainteresowania i finansowania jej działalności ze strony właściwych ośrodków rządowych. De facto, w okresie swojego istnienia szkoła spełniała funkcje polskiej Doliny Krzemowej (w części dotyczącej prac nad metodami zarządzania gospodarką).
    Jednym z głównych „Bywalców” na sesjach Szkoły Symulacji Systemów Gospodarczych był prof. Witold Kwaśnicki, który w pracy zbiorowej pod redakcją prof. Edwarda Radosińskiego p.t. „Symulacja komputerowa w nauczaniu ekonomii” stworzył podstawy uczenia metodyki „System Dynamics” w polskich uczelniach.
    Jest oczywiste, że jak najrychlejsze zainicjowanie uruchomienia Polskiej Doliny Krzemowej jest Polsce i polskiej gospodarce potrzebne jak powietrze.
    Zdaniem autora, jej zaproponowana jej lokalizacja w Alwerni/Krzeszowicach-Miękini jest optymalna: są dwa wielkie ośrodki akademickie w Krakowie i na Śląsku, dwa wielkie centra przemysłu i gospodarki, są istniejące obiekty początkowe, umożliwiające podjęcie działalności „od zaraz”: obiekty Studia Filmowego w Alwerni i Centrum Energetyki Odnawialnej Akademii Górniczo-Hutniczej w Krzeszowicach-Miękini. Nie ma tylko na razie chętnego z środowiska biznesu, wyższych uczelni czy też samorządów wojewódzkich, kto wziąłby na siebie inicjatywę uruchomienia tego projektu.
    Inicjatywa powinna paść ze strony kierownictw bądź właścicieli polskich firm, które są w czołówce światowej konkretnych produktów lub ich grup.
    Na przykład, z kompleksu polskiego przemysłu komputerowego nowej generacji (firma Comarch, Kraków; firma Digital Core Design Bytom; firma Wilk Elektronik, Łaziska Górne) – albo z kompleksu polskiego przemysłu dronów i robotów (firma Fly Tronik, Gliwice; firma Fly Tech Solutions, Kraków; firma Drony, Bielsko-Biała).
    Katastrofa już trwa
    W bliższej i dalszej przyszłości walka o skrócenie dystansu strategicznego przez Polskę zwłaszcza do Niemiec nie będzie się odbywać w pustym otoczeniu.
    Polska gospodarka działa tak dobrze dzięki temu, że jest gospodarką zależną, co powoduje, że los Polek i Polaków bardzo zależy od rozwoju wydarzeń w Europie, zwłaszcza w Niemczech, oraz na świecie.
    Obecną sytuację w Europie i w świecie mądrze opisał w swojej wydanej w 2016 roku książce Marcin Popkiewicz, którą zatytułował „Świat na rozdrożu”. Zacytował on angielskie powiedzenie o „ignorowaniu słonia w pokoju”, co oznacza „ignorowanie spraw i tematów trudnych” – i dodał, że obecnie mamy do czynienia z całym stadem słoni, a nie z jednym.
    Jakie są te trudne sprawy i tematy? Cele milenialne określone w ramach prac International Energy Associacion, uwzględniające powszechny dostęp do odnawialnych źródeł energii, zakładają:
  • zlikwidowanie skrajnego ubóstwa i głodu,
    zapewnienie powszechnego nauczania na poziomie podstawowym,
  • wspieranie równych praw mężczyzn i kobiet, wzmocnienie pozycji kobiet,
  • zmniejszenie wskaźnika umieralności dzieci,
  • poprawa stanu zdrowia kobiet ciężarnych,
  • zwalczanie AIDS, malarii i innych chorób,
  • zapewnienie stanu równowagi ekologicznej środowiska,
  • rozwijanie i wzmacnianie światowego partnerstwa w sprawach rozwoju.
    Problemem jest zmiana powszechnej mentalności, stawiającej jako główny cel ogólny wzrost, a nie rozwój.
    Marcin Popkiewicz zwraca uwagę, że kontynuowanie powszechnego dążenia do ciągłego wzrostu bez zmiany podejścia do wykorzystania środowiska. musi się skończyć katastrofą.
    Jeśli ktokolwiek przyjmie, że Polek i Polaków te problemy światowe nie dotyczą, niech sobie pomyśli o miliardach mieszkańców Afryki, żyjących kosztem jednego lub kilku dolarów na dzień, z których wiele nie widzi innego sposobu na przeżycie, niż udanie się w wędrówkę ludów na północ i dostanie się jakimkolwiek sposobem do bogatej Europy, a od niedawna – także do bogatej Ameryki Północnej.
    Konflikt między Unią Europejską a rządem włoskim, który zamknął wszystkie włoskie porty dla statków organizacji międzynarodowych, ratujących na morzu życie uchodźcom z Afryki, pokazał jak wielki jest konflikt interesów między krajami środkowej i północnej Europy broniącymi dostępu do swoich terytoriów i bogactw – a setkami tysięcy, zaś w przyszłości milionami uchodźców z krajów afrykańskich i blisko-wschodnich.
    Bill Gates zwrócił uwagę, że ludność Afryki wzrośnie o 3 miliardy do końca tego stulecia, jeśli nie będzie działań na rzecz afrykańskich kobiet i stworzenia dla nich możliwości dokonania aborcji i stosowania antykoncepcji.
    Na dramat ludów Afryki, ale też ludów innych kontynentów, powodowany czynnikami ekonomicznymi, nakłada się nasilający się wpływ zmian klimatu na warunki życia narodów na tych kontynentach. Rozwiązanie tego problemu wymaga przeprowadzenia zielonej rewolucji, to jest całkowitej rezygnacji z paliw kopalnych i pełnego wykorzystania potencjału energetycznego odnawialnych źródeł energii.
    Jak pisze Mariana Mazzucato w książce „Przedsiębiorcze państwo”: „Aby jednak rozpocząć zieloną rewolucję przemysłową i zmierzyć się ze zmianą klimatu, potrzebujemy, znowu, aktywnego państwa, zdolnego poradzić sobie z wysokim poziomem niepewności obecnym we wczesnych stadiach przemiany, niepewności, której boi się sektor prywatny”.
    Nie ulega wątpliwości, że i w Polsce, i w Europie, i na świecie, ogromna katastrofa, o której mówił Leszek Kołakowski w inwokacji z swej książki „Jezus ośmieszony” – od kilku lat w rzeczywistości już trwa.

Razem, ale obok

To już oficjalne: Lewica Razem nie przyłączy się do nowej partii socjaldemokratycznej, jaka w grudniu powstanie z połączenia SLD i Wiosny. Taką decyzję podjął partyjny kongres.

– Jesteśmy przekonani, że tak jak w ostatnich wyborach, potrzebujemy na Lewicy zarówno doskonałej współpracy jak i twórczej różnorodności. Szanując i doceniając decyzję Wiosny oraz SLD o połączeniu, nie zamierzamy do wspólnej formacji dołączać – czytamy w uchwale przyjętej na kongresie Lewicy Razem.
To potwierdzenie wcześniejszych sygnałów płynących od działaczek i działaczy Razem: partia będzie kontynuowała współpracę z innymi podmiotami o socjaldemokratycznej orientacji w ramach klubu parlamentarnego, ale nie wejdzie w skład nowej formacji, gdyby taka powstała. Co wydaje się obecnie raczej przesądzone.
Kongres Lewicy Razem odbył się w dniach 30 listopada – 1 grudnia w siedzibie Związku Nauczycielstwa Polskiego na warszawskim Powiślu.
W odróżnieniu od poprzednich partyjnych zjazdów, jest okazją nie tylko do wymiany kontaktów i doświadczeń, ale i świętowania realnego sukcesu: Lewica Razem nie tylko ma obecnie w Sejmie swoich reprezentantów i reprezentantki, ale też właśnie to ich wystąpienia postawiły socjaldemokratów w centrum uwagi mediów i komentatorów w pierwszym miesiącu prac parlamentu nowej kadencji.
– Wyciągamy wnioski i idziemy do przodu – tak scharakteryzowała cele kongresu posłanka Paulina Matysiak na otwierającej go konferencji. Obok uchwały o nieprzystępowaniu do nowej lewicowej partii Razem zajęto się również poprawkami do statutu i tym, jak przyciągać do ugrupowania nowych członków. Dyskutowała o tym ponad setka delegatów. Na kongresie nie miał natomiast pojawić się temat wyborów prezydenckich. Razem stoi na stanowisku, że o urząd głowy państwa powinien ubiegać się jeden polityk wybrany wspólnie przez wszystkie ugrupowania lewicowe.

Harakiri z tym seppuku

Rozważania o jedności lewicy i związanych z tym koniecznych, trudnych kompromisach są naturalne, ale jednak mają swoje granice.

Wyznaczała je zawsze określona sytuacja polityczna i stan-potencjał partii, natomiast siła SLD, o czym od lat wiadomo, jest niestety bardzo słaba, możliwości ograniczone, a przyszłość mglista. Nie wchodząc w analizę popełnionych błędów, bo już inni to nie raz czynili, powszechna rada wyrażała konieczność zakończenia wojny, a przynajmniej rywalizacji i zjednoczenie wszystkich lewicowych sił. Sukces w ostatnich parlamentarnych wyborach potwierdził skuteczność takich działań, acz formalnie nie zakończył procesu jednoczenia.
„Sepuku” to tytuł wypowiedzi Jacka Uczkiewicza na łamach „Dziennika-Trybuna” (20.11.2019), która powstała na podstawie obserwacji z obrad Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu. Już sam ten fakt ogranicza uogólnianie sytuacji na cały kraj, ale mimo to warto przyglądnąć się różnym kwestiom przez autora i uczestników spotkania podniesionych.

Przekształcenia SLD,

związane z łączeniem się z „Wiosną” są po to – relacjonuje autor wypowiedź sekretarza Generalnego SLD na tym spotkaniu – „aby za cztery łata, lub wcześniej, rządzić lub współrządzić krajem”. Skądinąd słuszny cel nie wydaje się Uczkiewiczowi wystarczająco przedstawiony w dokumencie KW SLD „Polska jutra”, gdyż „Dokument ten nie wyczerpuje… znamion programu partii pretendującej do rządzenia, a więc do wzięcia odpowiedzialności za państwo.” Znałem bardzo obszerny program pewnej wielkiej partii, który nie ustrzegł jej od klęski, nie znam tego opracowania, ale wiem, że nigdy nie narodził się jakikolwiek program, który nie miałby wad, a nadto zadowolił wszystkich. Natomiast jasny cel, osiągnięty m. in. przez jednoczenie się, trafia do każdego.

„Polityka kierownictwa SLD

jest bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego…który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Abstrahując od Kwaśniewskiego, jedno jest pewne, że zarzucanie SLD, bądź przyszłej partyjnej strukturze braku wartości to co najmniej gruba przesada, nadto SLD z różnych powodów od dawna nie wygrał żadnych wyborów.

„Obecna sytuacja Sojuszu

jest efektem – pisze dalej autor – wieloletniego, konsekwentnego działania Włodzimierza Czarzastego, z determinacją zmierzającego do zamknięcia karty pod tytułem SLD. To wszystko dzieje się w 30-tą rocznicę utworzenia Socjaldemokracji Rzeczy-pospolitej Polskiej. Od samego początku wewnątrz tej partii obecny był wątek ucieczki od przeszłości. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj świadkami jesteśmy aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się „na szczęście” pod ręką nowy, dosyć przypadkowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.”
Obecna sytuacja Sojuszu, który zresztą nigdy nie uciekał od przeszłości, po raz pierwszy, po latach, wydaje się bardziej klarowna, gdyż zamkniecie karty SLD, a otwarcie nowej lewicowej formuły daje nadzieję na przyszłość. I będzie to niewątpliwie nie wina, a zasługa Czarzastego, jakby go zresztą nie oceniać.

Przykład przeobrażenia SdRP w SLD,

które w swoim czasie odniosło ogromny sukces wyborczy, potwierdza jedynie słuszność obecnie podjętych poszukiwań. Przywoływanie w tym kontekście PO jest bezpodstawne, bo chodziło o wspólny anypisowski front całej opozycji, a nadto Czarzasty nie okazał się Nowacką. Natomiast nazywanie „Wiosny” przypadkowym rozpuszczalnikiem SLD tylko wyraża opinię autora o tej partii i stosunek do tak trudnego jednoczenia lewicowych sił. SLD nie potrzeba zresztą żadnego rozpuszczalnika, bo jak będzie po staremu to sam się na stałe wywabi z politycznej mapy.

Liczne uwagi

wyraża także autor w sprawach podziału odpowiedzialności i stanowisk: „SLD sprowadził do roli techniczno-organizacyjnej…wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym”, „Na najważniejszą…funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”, „Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski”, „Już tylko wisienką na torcie, jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą…a przed „frakcją” SLD trudne czasy.”
A na samym końcu to idzie o stołki, czy też o ludzi, którzy sprawnie wypełniać będą swoje obowiązki ? Warto przy tej okazji przypomnieć, że po zjednoczeniu PPR i PPS, jakie by ono nie było, przez całe liczne lata obowiązywał szczególny parytet: I sekretarz KC PZPR z PPR – premier z PPS, jak I sekretarz KW PZPR z PPS to II sekretarz (organizacyjny) z PPR, i na odwrót. Uczkiewicz w innym miejscu chwali się legitymacją SdRP nr 001 – ja też taką miałem, co prawda z wyższym numerem, ale nie znaczy to abym miał płakać za brakiem byłych działaczy byłej partii w tworzonych nowych strukturach. Dyduch raz jest przez autora krytykowany, ale jak trzeba, to okazuje się niezbędny. SLD zniknie ale nie za sprawą wieku i „nieprawego” pochodzenia jego aktywu jak chce autor, ale dlatego, że wyczerpał – elegancko mówiąc – swoje możliwości.

„Zanosi się więc na nową partię

– kontynuuje Jacek Uczkiewicz – której deklaracja ideowo-programowa jest nieznana i nie jest przedmiotem konsultacji, partii, na którą reakcja zarówno członków SLD jak i „Wiosny” jest nierozpoznana. Tymczasem wrocławskie powyborcze doświadczenia współpracy SLD z „Wiosną” niewiele mają wspólnego r z atmosferą miłości roztaczaną w mediach przez szefów tych partii w Warszawie.”

Przyznać należy,

że w tych słowach jest wiele racji, ale mimo wszystko nie te kwestie są najważniejsze. To prawda również, że „Czarzasty prowadzi SLD w nieznane” ale lepsze to niż uwiąd starczo-wyborczy tego politycznego ugrupowania, bowiem nie ma dziś żadnej innej alternatywy dla Sojuszu. O tym powinien wiedzieć autor tych rozlicznych wątpliwości, choćby z racji swojego wieloletniego, także politycznego, doświadczenia. Przeczytałem ten tekst bardzo nim zawiedziony, gdyż oczekiwałem nie tyle zjednoczeniowego huraoptymizmu, co rozważań, może nawet propozycji, na temat przełamania nadzwyczaj skomplikowanych procesów zbliżania, często wręcz wrogich sobie ruchów lewicowych w Polsce. Poza krytyką kierowaną nostalgią za przeszłością, która niczego na przyszłość nie buduje, nie odnalazłem w nim niestety lepszego niż proponowany, środka na długoletnią i śmiertelną chorobę SLD.

Jest wiele pytań,

dużo ważniejszych, które nie padły na wrocławskim spotkaniu, a które i sam sobie zadaję. I najmniej mi idzie o to, czy nowe ugrupowanie, o czym wspominali jego uczestnicy, będzie swoim członkom wręczać partyjne legitymacje, gdyż pomimo jej braku zawsze wiedziałem na kogo mam głosować. Niejasna jest przede wszystkim sytuacja „Razem”, nikt nigdy nie wytłumaczył dlaczego to trójprzymierze sprowadza się jedynie do partii z dwoma tylko partnerami. Jest to szczególnie ważne w kontekście powszechnej opinii o wyjątkowej postaci jaką jest Adrian Zandberg, ale dotyczy również, acz może to nie najważniejsze, podziału środków finansowych. Jaką rolę spełniać ma Robert Biedroń, też niewątpliwie postać charyzmatyczna. Jaki jest plan, jaki pomysł na dalsze rozszerzanie lewicy, na takie ugrupowania jak Inicjatywa Polska, ruchy kobiece, Zieloni. Wreszcie, jak zamierza lewica układać się, i gdzie są tego układu granice, z demokratycznymi partiami i siłami we wspólnym froncie przeciw PiS. I jeszcze szereg innych.

Oj nie lubi promotor „Sepuku”

Czarzastego, który „postanowił dokończyć ten proces agonii SLD, a przez to i jego poprzedniczki SdRP. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy.” Jak już sięgamy w przeszłość, to jeszcze była Fiszbacha Polska Unia Socjaldemokratyczna i, trochę wcześniej, Polska Zjednoczona Partia Robotnicza, a na poważnie to swoimi wywodami autor proponuje całej polskiej lewicy zbiorowe harakiri.

Wizja Labour Party – zielone państwo dobrobytu

12 grudnia w Wielkiej Brytanii odbędą się wybory generalne do Izby Gmin. Główną partią opozycyjną wobec Konserwatystów jest socjaldemokratyczna Partia Pracy pod przywództwem Jeremy’ego Corbyna. Z tej też okazji wydała ona w poprzednim tygodniu swój nowy manifest.

Tekst zatytułowany „Czas na prawdziwą zmianę” ma pięć rozdziałów, nie licząc przedmowy napisanej przez samego lidera.
Gdy media brytyjskie, a w ślad za nimi międzynarodowy mainstream, robią z Corbyna antysemitę, dokument sygnowany przez lidera Labour i sformatowany zgodnie z brytyjską tradycją polityczną tworzenia długich manifestów ukazuje człowieka z wizją co najmniej godną zainteresowania. Manifest to tyleż świadectwo twardych poglądów – jego główne tezy pozostały niezmienione w stosunku do poprzedniej takiej publikacji z 2017 r. – co gotowości do reagowania na nowe problemy. I to problemy światowej wagi. Takim jest niewątpliwie sprawa klimatu i tu już na wstępie głos Corbyna i Labour brzmi mocno: przeprowadźmy Zieloną Rewolucję!
Partia ma w planach uruchomić fundusz na rzecz zielonej transformacji o wartości 250 mld funtów. Ma on pomóc unieść Zjednoczonemu Królestwu ciężar reformy, która miałaby do lat trzydziestych radykalnie zdekarbonizować system energetyczny, poprzez inwestycję w zieloną energię. Ponadto regionalne sieci energetyczne zostaną znacjonalizowane, a sześć dużych firm energetycznych zostanie objętych jurysdykcją brytyjskiej National Energy Agency, odpowiedzialnej za dekarbonizację energii. Wprowadzony zostanie całkowity zakaz odwiertów.
Oprócz tego pojawia się temat, który znamy z rodzimego podwórka, mianowicie kwestia energooszczędnych i ekologicznych domostw. Labour planuje zmodernizować 27 mln domów do najwyższych standardów wydajności energetycznej, aby wyeliminować ubóstwo energetyczne i zaoszczędzić każdemu gospodarstwu domowemu około 417 funtów na rocznych rachunkach za energię do 2030 r.
Wprowadzony zostanie „Clean Air Act”, którego celem będzie poprawa jakości powietrza na wielu płaszczyznach, oprócz m.in. produkcji przemysłowej będzie dotyczył on również wiekowych pojazdów, zanieczyszczających powietrze bardziej, niż nowocześniejsze modele.
Przemysłowcy natomiast zostaliby obciążeni kosztami za wytwarzane przez siebie odpady. Rząd ponadto stworzyłby nowy system dotyczący zwrotu szkła. 5,6 mld funtów ma zostać przeznaczone na ochronę przeciwpowodziową. Jest to szczególnie ważna kwestia ze względu na to, że ogromne połacie Wielkiej Brytanii znajduje się w sferze powodziowej.

Odbudowa państwa dobrobytu

Kolejny rozdział o tytule „Rebuild our Public Services” przedstawia lewicową wizję usług publicznych, a te po ostatnich latach polityki cięć są w koszmarnej kondycji, czego przykładem może być sytuacja National Health Service (brytyjskiego odpowiednika NFZ). Liczba łóżek szpitalnych spadła w ostatnich latach do 127 225. To najniższa liczba w historii NHS, które istnieje od powołania go przez lewicowy rząd Clementa Attlee w 1948 roku. Kryzys służby zdrowia jednak nie przejawia się tylko w liczbie łóżek czy ogromnych kolejkach. W listopadzie tego roku zaczęło brakować wręcz wszystkiego, a w szczególności leków na raka, Parkinsona, choroby psychiczne oraz epilepsję.
Partia Pracy proponuje, zamiast prywatyzacji, coroczne zwiększanie wydatków na NHS o średnio 4,3 procenta rocznie. Pomoże to w powstrzymaniu cięć w budżecie NHS oraz uzupełni zatrważające luki kadrowe wśród lekarzy, pielęgniarek i pielęgniarzy. Przywrócona zostanie ustawowa odpowiedzialność sekretarza zdrowia na polu zapewnienia kompleksowego i powszechnego systemu ochrony zdrowia.
Kryzys w służbie zdrowia wynika w dużej mierze, prócz niedofinansowania pod rządami neoliberałów, z postępującego starzenia się społeczeństwa brytyjskiego. Odpowiedzią na to ma być stworzenie National Care Service, czyli darmowej opieki osobistej dla osób powyżej 65. roku, które potrzebują pomocy w myciu, ubieraniu się czy spożywaniu posiłków. Labour ma zamiar zainwestować 8 miliardów funtów w opiekę dla dorosłych. Wiąże się to z poprawą warunków pracy terapeutów i opiekunów, zlikwidowane zostaną brytyjskie śmieciówki („zero contracts”) oraz podwyższone zostaną ich pensje, które będą również uwzględniać czas spędzony w dojazdach do podopiecznych.
Corbyn zabrał w sprawie usług publicznych głos nie tylko za pośrednictwem partyjnego programu. 27 listopada właśnie on zaprezentował stenogramy rozmów Borisa Johnsona o nowym trade dealu z USA, który miałby zastąpić traktaty handlowe łączące Wielką Brytanię z Unią Europejską. Uzmysłowił opinii publicznej, że ich kosztem mają dokonywać się kolejne prywatyzacje, kolejne oszczędności, które, jak już nie raz udowodniono, bezpośrednio przekładają się na spadek przewidywanej długości życia. Sprawa NHS stała się głównym tematem kampanii wyborczej, po, oczywiście, Brexicie.

Edukacja? Publiczna! Bezpieczeństwo? Koniec oszczędności!

Podobnie jak w 2017 r. Labour apeluje o zniesienie czesnego. Bezpłatne szkoły i akademie zostałyby przywrócone pod zarząd lokalnych samorządów i społeczności. Szkolenie i studiowanie przez dorosłych byłoby darmowe przez sześć lat. Dzieci w wieku od 2 do 4 lat miałyby zapewnioną darmową 30-godzinną opiekę przedszkolną, urlop macierzyński zostałby wydłużony do 12 miesięcy. W manifeście nie ma jednak żadnego rozwiązania mówiącego o unieważnieniu dotychczasowych kredytów studenckich, choć politycy tej partii zapewniają, że będą próbowali coś zrobić z tą kwestią. Partia obiecuje również zlikwidowanie luk podatkowych, z których korzystają szkoły prywatne. Powołana przez Labour komisja ds. Sprawiedliwości Społecznej, która miałaby zwalczać nierówności na wielu polach, miałaby w przypadku edukacji zająć się integrowaniem szkolnictwa prywatnego z powszechnym.
Partia Pracy odważnie mierzy się również z tematem finansowania policji, straży pożarnej, samorządów, sportu. Kwestia finansowania policji oraz straży pożarnej jest wśród nich najważniejsza z perspektywy ostatnich lat; wciąż niezabliźnioną raną na ciele brytyjskiej klasy robotniczej jest tragiczny pożar Grenfell Tower w Londynie. Labour planuje znaczne zwiększenie nakładów na służby dbające o bezpieczeństwo obywateli i obywatelek i tu akurat mówi jednym głosem z innymi partiami. Partia Pracy po prostu cofnie cięcia, które miały miejsce od około dziesięciu lat; ich już po prostu nie da się bronić. Przełomowy za to jest inny postulat: jednostki penitencjarne zbudowane dzięki kapitałowi prywatnemu poddane zostaną kontroli państwa, a kontrowersyjny program Prevent, którego celem jest ograniczenie radykalizacji, zostanie zreformowany lub zniesiony.

Odważna walka z nierównościami

Według raportu Shelter z listopada 2018 roku w Wielkiej Brytanii ponad 320 000 ludzi żyje w stanie bezdomności, a liczba ta ma tendencję wzrostową. W 2018 roku w Anglii i Walii zmarło w tych warunkach 726 osób, co jest 28-procentowym wzrostem w stosunku do roku poprzedniego. Oczywiście są to niedoszacowane liczby, jak zawsze, gdy próbuje się badać bezdomność.
Według szacunków Social Metric Commission w latach 2017/2018 około 14,3 miliona osób żyło w ubóstwie (cała populacja Wielkiej Brytanii liczy 66 milionów,), z czego połowa popadła już w ubóstwo trwałe. Jeszcze na początku dekady ta liczba spadała – teraz rośnie. Kolejny rozdział manifestu Labour ma więc stanowić głównie odpowiedź na powyższe palące problemy, prócz tego mowa w nim o polityce imigracyjnej – ta zależy w dużej mierze od losów Brexitu – czy prokobiecej dotyczącej szczególnie kwestii ekonomicznych.
W kwestii mieszkalnictwa Labour planuje masowy program budowy mieszkań socjalnych, który miałby skutkować powstaniem miliona domów w ciągu dekady. Wyda na niego 75 miliardów funtów. Nowy podatek od domów wakacyjnych miałby wspomóc to przedsięwzięcie. Miasta uzyskałyby natomiast prawo ustalania ograniczeń wysokości czynszów. Prócz tego brytyjska socjaldemokracja nie zamierza podwyższać wieku emerytalnego – dziś 66 lat. Wręcz przeciwnie: planuje propracowniczą rewizję jego wysokości dla zawodów szczególnie wyczerpujących i niebezpiecznych. Ustalona zostanie również pensja minimalna dla wszystkich pracujących na poziomie 10 funtów za godzinę, przy jednoczesnym wzroście zarobków pracowników sfery budżetowej o 5 proc.

Nowy internacjonalizm

Sugestie Corbyna brzmią odważnie również na polu polityki zagranicznej, ale czy w tym akurat aspekcie Corbyn nie obiecuje zbyt wiele? Labour zamierza w przeciągu trzech miesięcy wynegocjować z Unią Europejską nową umowę, która będzie chronić miejsca pracy i stabilność gospodarki brytyjskiej. Będzie ona zawierać kompleksowe porozumienie celne obejmujące całą Wielką Brytanię, ścisłe współdziałanie z jednolitym rynkiem, współpracę na polu praw pracowniczych, ale również zielonej polityki. Po uzgodnieniu tej umowy, rząd socjaldemokracji przeprowadziłby w przeciągu sześciu miesięcy od dojścia do władzy referendum, przedstawiając w nim opcje odejścia z Unii za pomocą nowych ustaleń, lub pozostania w ramach wspólnoty unijnej.
Ostatni rozdział pod tytułem „New Internationalism” kreśli nową wizję polityki zagranicznej. Ma ona cechować się postawieniem największego nacisku na międzynarodowe organy, takie jak między innymi ONZ. Będzie to polityka negocjacji oraz pokoju. Labour między innymi planuje nową ustawą zapobiec sytuacji, w której to premier omija parlament w momencie decyzji przystąpienia do wojny. Corbyn znany jest ze swoich pacyfistycznych poglądów. W manifeście jego partia obiecuje jednak nie tylko to, ale i rewizję neokolonialnej polityki Wielkiej Brytanii i nowe, bardziej podmiotowe podejście do krajów byłego imperium.

Prawdziwa zmiana… ale nie rewolucja

Opodatkujmy najbogatszych – i tutaj głos Labour brzmi mocno i przekonująco. To korporacje naftowe i gazowe, na podstawie ich wpływu na zmiany klimatu od 1996 r., miałyby dzięki nowemu podatkowi dać budżetowi 11 miliardów funtów na Zieloną Rewolucję. Wzrośnie również progresja podatkowa dla osób zarabiających powyżej 80 000 funtów, prócz tego podatek od dywidend i wpływów kapitałowych zostałby narzędziowo zespolony właśnie z progresywnym podatkiem dochodowym. Wycofane zostaną cięcia podatkowe na polu spadkowym i korporacyjnym. Przy tym wszystkim Labour gwarantuje brak podwyżek podatku VAT.
Program Labour został ciepło przyjęty przez wielu ekonomistów, co znacznie wzmacnia jej pozycję. Socjaldemokracja brytyjska zawsze miała na tym polu problem. Większość ekonomistów, sprzężona interesami z najbogatszymi, wręcz odruchowo i teatralnie negowała kompetencje lewicy na polu zarządzania gospodarką. Był to zresztą jeden z powodów neoliberalnego skrętu New Labour Tony’ego Blaira. Dziś jednak sytuacja jest inna. Znaczne zubożenie społeczeństwa brytyjskiego po kryzysie z 2008 roku dało się we znaki praktycznie wszystkim i znalazła się nawet grupa ekonomistów, którzy kilka dni temu podpisali się pod listem opublikowanym w „Financial Times” z poparciem tak dla labourzystowskich diagnoz, jak i dla sugerowanych rozwiązań. Najbardziej znamiennym jest miejsce publikacji tego listu. Magazyn ten kojarzy się raczej jednoznacznie z promowaniem stylu myślenia oraz życia najbogatszych ludzi, którzy wręcz nie wiedzą na co mogliby wydawać swoje grube miliony zarobione w City lub innych centrach finansowych świata.
Program Labour uchodzić może w oczach brytyjskich tłustych kotów za wywrotowy do szczętu, jednak w rzeczywistości jedynie sprowadza on anglosaski leseferyzm na ziemię, przybliżając wolnorynkowe reguły gry w Wielkiej Brytanii do tych kontynentalnych. W niejednej analizie wskazuje się, że wydatki budżetowe, cele oraz wysokość, planowane przez Corbyna i jego ekipę odzwierciedlają poziom europejski, a suma ich zbliżyłaby ingerencję państwową do poziomu Francji czy Niemiec.
A więc jednak nie rewolucjonista… chociaż po latach cięć corbynowski plan ucywilizowania warunków życia w Wielkiej Brytanii i tak sprawia wrażenie wywrócenia politycznej logiki do góry nogami. I to nie tylko brytyjskiej. Przecież sytuacja polityczna, społeczna oraz gospodarcza, do której odnosi się lider Labour, pomimo swego oryginalnego anglosaskiego sznytu, odzwierciedla wszystkie problemy, z jakimi borykają się kraje zachodniej demokracji liberalnej. Polityka gospodarcza nielicząca się z kosztami społecznymi, upadek narzędzi demokratycznej kontroli rządzących przez obywateli i obywatelki, algorytmizacja polityki i plaga fake newsów – znamy to przecież z całego świata okcydentu, również z Polski.
Czas więc najwyższy, by również polscy politycy mieli co najmniej tyle odwagi, co Jeremy Corbyn. „Nowoczesne państwo dobrobytu” to nie horyzont myśli współczesnej lewicy (nawet, jeśli nie chce ona czerpać z dorobku „zbyt radykalnych” nurtów). Można iść krok dalej, odważniej, a do tego ściśle związać problemy społeczne i gospodarcze z rozwiązaniami kwestii klimatycznej. W XIX w. to procesy społeczne zachodzące w Wielkiej Brytanii stanowiły przedmiot badania dla Karola Marksa i jego środowiska, z drugiej strony w tym samym kraju wykuwał się neoliberalizm, tam też, jako w jednym z pierwszych miejsc na świecie, dała mu się zwieść lewica. Gdyby program Labour okazał się taką samą inspiracją, tym razem pozytywną, dla socjaldemokratów w Europie, mógłby nawet stać się kamieniem milowym w jej historii. Z takimi hasłami lewica może odzyskać hegemonię.

Niech wreszcie zaczną mniej truć

Na razie rzekome starania rządu o wyeliminowanie „kopciuchów”
sprowadzają się głównie do działań propagandowych.

Rządy Prawa i Sprawiedliwości doprowadziły do tego, że mieszkańcy Polski muszą oddychać najbardziej zanieczyszczonym powietrzem w Europie.
Wprawdzie, jeżeli chodzi tylko o zatrucie powietrza w samych miastach, z wyłączeniem wszelkich obszarów pozamiejskich, to nieco gorzej od nas wypada Bułgaria – tam procentowo, zanotowano przekroczenie norm w większym odsetku miast niż w Polsce. Gdy jednak wziąć pod uwagę wielkość tych przekroczeń, jesteśmy absolutnie bezkonkurencyjni.
Wedle statystyk Światowej Organizacji Zdrowia (WHO), obecnie wśród 50 miast w Unii Europejskiej z najbardziej skażonym powietrzem aż 36 leży w naszym kraju (wśród nich na niechlubnym podium jest kolejno Opoczno, Żywiec i Rybnik), a tylko 7 w Bułgarii. A przecież jeszcze bardziej trującym powietrzem często oddychają mieszkańcy małych polskich miejscowości.

Martwi ludzie

Skutki tego wszystkiego widzimy już w postaci zwiększonej umieralności. Podawane są różne liczby, mówiące o skali zgonów z powodu smogu: w 2017 r. wymieniano liczby 30 – 35 tys, obecnie mówi się już o prawie 70 tys. ofiar śmiertelnych rocznie.
Dokładniej zbadał to Narodowy Fundusz Zdrowia, który przeanalizował przyczyny wzrostu liczby zgonów w 2017 r. Okazało się, że szczególnie duża śmiertelność panowała w styczniu i lutym – dwóch miesiącach, w których najbardziej intensywnie pracuje system grzewczy, a ludzie najczęściej palą w piecach.
Najbardziej tragiczny był styczeń – w pierwszym miesiącu 2017 r. w Polsce zmarło o 23,5 proc. więcej ludzi, niż w styczniu rok wcześniej. Analiza tych zgonów dokonana przez specjalistów z NFZ dała jednoznaczny wynik. Narodowy Fundusz Zdrowia stwierdził w swym raporcie: „Średnie natężenie pyłów PM10 w powietrzu dla Polski w styczniu 2017 r. było na rekordowym poziomie. Ponadto w styczniu 2017 roku odnotowano najniższą średnią temperaturę powietrza w porównaniu do analogicznych okresów z zeszłych lat (..)Potencjalną przyczyną wzrostu liczby zgonów w styczniu 2017 r. jest skokowe pogorszenie jakości powietrza, które może rodzić gwałtowne konsekwencje zdrowotne u osób szczególnie podatnych”.
Te osoby szczególnie podatne to przede wszystkim dzieci i seniorzy, a także ludzie z dolegliwościami układu krążeniowo-oddechowego. To oni w pierwszej kolejności umierają z powodu zatrutego powietrza.

Martwe przepisy

Liderzy Prawa i Sprawiedliwości oczywiście nie poniosą żadnej realnej odpowiedzialności za śmierć kilkudziesięciu tysięcy Polaków. Ciąży na nich wprawdzie odpowiedzialność moralna, ale tym naturalnie nikt się nie przejmuje.
W Polsce od 1 lipca 2018 r. nie wolno sprzedawać pieców grzewczych na paliwo stałe nie spełniających wymogów najwyższej, piątej klasy ekologicznej.
Zakaz był tylko pustym przepisem, którego nikt nie egzekwował, toteż naturalnie pozostał na papierze.
Obecna ekipa wprawdzie się tym nie przejmowała – ale trudno było wciąż ignorować rosnące niezadowolenie elektoratu z powodu coraz bardziej zatrutego powietrza.Jadwiga Emilewicz, wcześniej minister przedsiębiorczości i technologii, a obecnie minister rozwoju oświadczyła więc: – Z obserwacji rynku kotłów na paliwo stałe wynika, że sprzedawcy nadal oferują urządzenia niespełniające wymagań rozporządzenia. To wpływa negatywnie nie tylko na jakość powietrza, a co za tym idzie na nasze zdrowie, ale jest także elementem nieuczciwej konkurencji. Nie zgadzamy się na reklamowanie urządzeń wysokoemisyjnych jako niskoemisyjnych, posługiwanie się fałszywymi świadectwami jakości lub sprzedaż kotłów bezklasowych pod innymi nazwami.

Może UE wymusi zmiany?

Kilka dni temu, 23 listopada weszła w życie znowelizowana ustawa Prawo Ochrony Środowiska. Nowelizacja ma wreszcie spowodować możliwość egzekwowania, martwego dotychczas, zakazu sprzedaży kopciuchów obowiązującego od 1 lipca ubiegłego roku.
Poniekąd wymusiła to na polskiej władzy Unia Europejska, bo od 1 stycznia 2020 r. kraje członkowskie będą musiały przestrzegać tzw. ekoprojektu, czyli proekologicznego rozporządzenia Komisji Europejskiej. Dzięki UE pojawił się więc cień szansy, że kiedyś powietrze w Polsce będzie nieco czystsze.
Nowelizacja Prawa Ochrony Środowiska ma wzmocnić uprawnienia organów Inspekcji Handlowej do sprawdzania, czy oferowane przez przedsiębiorców kotły na paliwo stałe o znamionowej mocy cieplnej nie większej niż 500 kilowatów (czyli używane do ogrzewania pomieszczeń przez gospodarstwa domowe oraz małe i średnie zakłady ) spełniają stosowne wymagania czystości emisji.
Zgodność tych pieców z wymaganiami będzie sprawdzania poprzez badania laboratoryjne oraz posiadanie odpowiedniej dokumentacji, świadectw i certyfikatów. Nowelizacja przydziela także instytucjom kontrolnym więcej kasy na przeprowadzanie laboratoryjnej weryfikacji oraz wprowadza bardziej szczegółowe definicje „kotła na paliwo stałe” oraz „wprowadzenia do obrotu” takiego kotła. Ma to utrudnić indywidualne sprowadzanie do Polski kopciuchów z innych państw.
Organy Inspekcji Handlowej będą mogły nakładać kary na firmy sprzedające takie piece – ale już nie na osoby prywatne. Oznacza to, że teoretycznie żaden przedsiębiorca nie ma prawa oferować pieców nie spełniających wymogów, ale każdy człowiek ma prawo taki piec kupić – i go używać (choć oczywiście nie ma prawa go używać tam, gdzie samorządy wprowadziły zakaz palenia paliwem stałym).

Żeby pokazać, że coś się robi

W rządzie postanowiono też wykonać dodatkowe propagandowe gesty, świadczące o tym, że władza jednak trochę stara się o promowanie czystszych źródeł ciepła.
Sprawa jest dosłownie paląca, bo na polski rynek trafia rocznie, wedle różnych szacunków od ponad 100 tys do prawie 250 tys. pieców na paliwa stałe. Ponieważ rządu to nie interesowało, to nie ma też żadnych dokładniejszych danych o ich sprzedaży. Organizacje pozarządowe oceniają jednak, że 20 – 25 proc. tych kotłów grzewczych to kopciuchy niespełniające żadnych wymagań.
Trudno całkowicie przejść nad tym do porządku dziennego, toteż rząd postanowił pokazać, że coś się robi. Na zlecenie Ministerstwa Rozwoju powstało więc oprogramowanie, które pozwoli Inspekcji Handlowej analizować oferty sprzedaży kotłów na paliwo stałe w internecie. Dzięki temu teoretycznie ma być łatwiej „namierzyć” sprzedawane kopciuchy.
Oprogramowanie umożliwi zautomatyzowaną weryfikację ogłoszeń o sprzedaży kotłów, zamieszczanych na portalach internetowych. Program ma wyłapywać te oferty, z których wynika, że urządzenie nie spełnia wymagań określonych w przepisach. Formalny dostęp do niego będą mieć pracownicy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz wojewódzkich inspekcji handlowych.
Aplikacja ma wyszukiwać podejrzane oferty na podstawie następujących zwrotów, wskazujących na istnienie sprzeczności słów oferty z przepisami, np. „kocioł klasy 5 i inne parametry emisyjne”, „kocioł na zamówienie” czy „określona klasa kotła inna niż klasa 5”. Przypomnijmy, że piąta klasa to ta najczystsza, jedyna, której urządzenia teoretycznie można sprzedawać.
Wyłapywane też będą pojedyncze, podejrzane słowa, np. „ ruszty, ręczne” (nie mają ich piece na dozwolone paliwo płynne czy lotne), czy zakazany rodzaj paliwa (węgiel lub drewno).
Pierwsze kontrole ruszą już w grudniu. Inspekcja Handlowa będzie sprawdzać kotły na paliwo stałe o mocy cieplnej do 500 kW, dostępne w sklepach, hurtowniach, u producentów czy importerów.
Skontrolują najwyżej etykietki
Na razie, ponieważ pieniądze na kontrole zaplanowano w budżecie dopiero od 2020 r., IH skontroluje tylko dokumentację. W przyszłym roku będzie też zlecać badania laboratoryjne. Co roku ma dostawać na ten cel 900 tys. zł. Pozwoli to zbadać w laboratorium ok. 50 kotłów rocznie.
– Inspektorzy zostali odpowiednio przeszkoleni do kontroli kotłów. Wkrótce ogłosimy przetarg na wybór specjalistycznego laboratorium, które będzie je badać. Jednocześnie upowszechniamy wśród przedsiębiorców wiedzę o wymaganiach wobec kotłów na paliwo stałe. Na początku listopada wysłaliśmy pismo z wyjaśnieniami do dużych sieci marketów budowlanych oraz do stowarzyszeń producentów. Przygotowaliśmy także na naszej stronie internetowej kompendium wiedzy na ten temat – mówi Tomasz Chróstny, wiceprezes UOKiK.
Te 50 kotłów, które będzie można badać laboratoryjnie w ciągu roku to liczba śmiesznie mała, w porównaniu z ponad 100 tysiącami (najskromniej licząc) corocznie wprowadzanymi do obrotu.
Nikt zresztą nie ma specjalnych złudzeń, że nowe przepisy cokolwiek zmienią, jeśli rząd PiS nie wprowadzi pełnej rekompensaty za wymianę kopciucha na nowy, czysty piec.
A nie wprowadzi, bo ma w niewielkim poważaniu zdrowie i życie Polaków. Ważniejsze są wydatki na czczenie żołnierzy wyklętych i finansowanie propagandy sukcesu w rządowych mediach.
Na razie więc, żeby pokazać jakąś aktywność, UOKiK prowadzi wyrywkową kontrolę etykiet energetycznych na kotłach. Bada się, czy te etykiety są i czy zawierają prawidłowe sformułowania – ale już nie to, czy sformułowania na etykietach są zgodne z faktycznymi parametrami kotła…

Przed Konwencją SLD

14 grudnia Konwencja SLD zmieni statut partii. Jak? Na oficjalnej stronie SLD czytamy, że chodzi o: „zmiany w Statucie partii, które dadzą podstawę prawną do zmian organizacyjnych. Należy się spodziewać połączenia Sojuszu Lewicy Demokratycznej oraz Partii Wiosna Roberta Biedronia, a także innych lewicowych struktur, które wyrażą taką wolę.” Ale o jakie konkretnie zmiany chodzi? Zmiana statutu to rzecz niebłaha. Jakie są konkretne propozycje tych zmian? Niestety, tutaj jasne odpowiedzi władz SLD się kończą. Spróbujmy to uporządkować na podstawie strzępków doniesień czy fragmentów wystąpień członków kierownictwa SLD.

Punktem wyjścia powinno być uznanie (potwierdzone przez M.Kulaska na posiedzeniu dolnośląskiej Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu w dniu 18.11.b.r.), że niezależnie od zabiegów formalnych, o których niżej, właściwie powinniśmy mówić o nowym podmiocie na polskiej scenie politycznej, który pojawi się po zakończeniu procesu integracji SLD i „Wiosna”.
Podstawowe pytanie, to to, czy w ogóle potrzebna jest zmiana statutu, a jeżeli tak, to w jakim zakresie? „Wiosna” startując w wyborach parlamentarnych pod szyldem SLD jakoś przełamała obrzydzenie postkomuszą formacją. Chyba, że jednym z warunków „Wiosny” przystąpienia do niby-koalicji wyborczej było to, że po wyborach połączenie tak, ale na innych zasadach. Połączenie się SLD z innym ugrupowaniem politycznym mogłoby skutkować uznaniem przez PKW wygaśnięcia podstaw do wypłacania SLD subwencji z tytułu wyniku wyborczego. Gdyby tylko chodziło o tą kwestię, to najprostszym rozwiązaniem byłoby rozbudowanie artykułu 15. Statutu, dopuszczającego istnienie wewnątrz SLD platform programowych. Oczywiście należałoby podnieść rangę i umocowanie platform, tak jak to miało miejsce w statucie SdRP, który dopuszczał istnienie wewnątrz partii nie tylko platform programowych, ale i politycznych. Jedną z takich platform mogła by być „Wiosna”. Taki kierunek byłby uzasadniony również zapowiadanym otwarciem partii na „inne lewicowe struktury, które wyrażą taką wolę”. Czy w tym kierunku pójdą zmiany – nie wiadomo.
Wiadomo natomiast, że nastąpi zmiana nazwy partii (M.Kulasek, tamże). Dlaczego zmiana nazwy? Komu ona przeszkadza? SOJUSZ lewicy jest nazwą jak najbardziej adekwatną do zapowiadanego profilu nowej partii. Czyżby było to również jeden z warunków „Wiosny”? Jeżeli tak, to na jakie jeszcze warunki Biedronia przystał Czarzasty?
Oczekiwania albo inicjatywa zmiany szyldu zazwyczaj związana jest ze zmianami treści, które ten szyld ma reprezentować. Jakie więc merytoryczne zmiany proponowane są w Statucie, tak, aby „Wiosna” mogła powiedzieć sakramentalne „tak”?
Ustalono (tamże), że nową partią kierować będzie dwóch współprzewodniczących i że sekretarzem generalnym będzie osoba wskazana przez SLD. Podobna struktura zalecana ma być do powielania na szczeblach terenowych i realizowana w miarę możliwości.
Największa zmiana w funkcjonowaniu SLD może jednak kryć się za odpowiedzią, jaką Sekretarz Generalny udzielił podczas wrocławskiego spotkania na pytanie: „Co z legitymacjami członkowskimi SLD? Czy nowa partia wydawać będzie nowe legitymacje?” M.Kulasek odpowiedział mniej więcej następująco: „Wasze legitymacje SLD zostaną, będziecie je mieli. Ale czy będziemy wydawać nowe legitymacje? A po co? Odchodzi się już od legitymacji członkowskich. Czy nie szkoda pieniędzy na drukowanie nowych plastików”.
Wniosek z powyższego jest bardzo daleko idący. Jeżeli nie będzie legitymacji, to nie będzie również ewidencji członków i obowiązkowych, regularnych składek członkowskich. Nowa partia odejdzie więc od europejskiego standardu partii politycznych i przejmując rozwiązania amerykańskie, gdzie partię stanowią zarządy oraz osoby funkcjonujące w życiu publicznym z nadania partii (u nas: radni, posłowie, prezydenci, wojewodowie itp.) To właśnie te gremia zabiegają o środki na działanie partii oraz mobilizują wyborców i woluntariat, aby wybierały ich na kolejne kadencje. Taki model partii ma swoich wyznawców w doradczych kręgach Zarządu Krajowego. Osobiście byłem świadkiem przedstawiania takiego modelu partii przez jednego z SLD-owskich guru 8 lat temu podczas jednej z debat w Warszawie o przyszłości demokracji. Był ten model w istocie bezrefleksyjną kontynuacją doktryny Aleksandra Kwaśniewskiego, przewodniczącego SdRP, który jeszcze w 1991 r. stwierdził, że SdRP nie potrzebuje być partią wartości ale „musi nauczyć się wygrywać wybory”. Wydawać by się mogło, że po tylu kolejnych wyborczych doświadczeniach SdRP a później SLD jednoznacznie wskazujących, że hołdowanie zasadom wyborczego pragmatyzmu prowadzi wprawdzie (choć nie zawsze) do chwilowych sukcesów, po których następują jednak bardzo bolesne i co raz boleśniejsze upadki, zwycięży w SLD opcja szukania siły politycznej w trwałym politycznym zapleczu związanym z atrakcyjną dla tego zaplecza wizją przyszłości społeczeństwa i państwa. Jak widać – nie. Koncepcja SLD spotkała się na wspomnianej debacie ze spontaniczną i jednoznaczną ripostą przedstawiciela niemieckiej SPD, który przestrzegał przed takim rozwiązaniem. Jego zdaniem nie wpisuje się ono w europejskie standardy i w naszych warunkach prowadzi do upadku partii. Jak inaczej interpretować stanowisko obecnego i przyszłego Sekretarza Generalnego w kwestiach członkowskich? Obawy w stosunku do amerykańskiego modelu patii politycznej są uzasadnione nie tylko widocznym jego kryzysem w USA. Dwupartyjny model amerykański możliwy był po fizycznej likwidacji amerykańskich partii socjalistycznych po II wojnie światowej i zdominował na lata amerykańską scenę polityczną. W Polsce do politycznego duopolu jest daleko, tym bardziej, że sama lewica jest bardzo zróżnicowana i spora jej część odmawia SLD atrybutu lewicowości. Gdyby jednak doszło do „amerykanizacji” SLD, mielibyśmy do czynienia z groteskową sytuacją. Do tej pory członkowie wstępowali lub występowali do SLD. Jeżeli w nowej partii status członka partii zostanie faktycznie zmieniony, to będziemy mieli do czynienia z sytuacją, że to nie jeden czy drugi członek opuści partię, ale to partia wykreśli wszystkich swoich dotychczasowych członków.
W tej strategicznej sprawie władze SLD powinny być bardzo przejrzyste i jednoznaczne. Tym bardziej, że jesteśmy świadkami wielu zdarzeń, które zdają się potwierdzać przypuszczenie, że istotą tych zmian jest ostateczne zamknięcie karty pod tytułem SLD, a z nią i SdRP. Gdyby tak było w istocie, byłby to osobliwy wkład kierownictwa SLD w proces „dekomunizacji”. Nie będę zdziwiony, gdy ten okres oceniony zostanie przez historyków jako okres „autodekomunizacji” polskiej lewicy. Zasługujący może na jakiś medal „Za zasługi w dekomunizacji” lub „Za zasługi w walce z postkomunizmem”?
Na wspomnianym zebraniu Rady Wojewódzkiej SLD we Wrocławiu charakterystyczna była wypowiedź jej przewodniczącego, posła Marka Dyducha, niegdyś założyciela SdRP w Wałbrzychu. Marek Dyduch dziękując po wielokroć aktywowi SLD za kampanię wyborczą, stawiając siebie za wzór do naśladowania stwierdził w pewnym momencie coś takiego: „Musimy dokonać przekształcenia partii, wpuścić młodych i oddać im władzę. Czas nam na polityczną emeryturę. Ja sam zamierzam zrezygnować z funkcji przewodniczącego rady wojewódzkiej”. Na całym świecie wiek 60 lat jest dla polityka wiekiem złotym, wiekiem jego pełnej wiedzy, dojrzałości i odpowiedzialności. Oczywiście polityk może czuć się wewnętrznie wypalony ideowo i programowo. Ale wypalony polityk zazwyczaj po cichu usuwa się z życia politycznego, a nie czyni ze swojej ideowej i programowej impotencji przepustki do uczestniczenia w tym życiu. A już z pewnością nie powinien swoją niemocą zarażać innych i ciągnąć ich za sobą. Dyduch najpierw podziękował za kampanię wyborczą, aby w kolejnych słowach powiedzieć ni mniej, ni więcej tylko „spadajmy, pora na nas”. Zapewne nie zdawał sobie sprawy, że takie działanie to odbieranie praw ludziom z racji ich wieku, to ageism w czystej postaci – to dyskryminacja, która z zasady obca powinna być demokratycznej partii lewicowej.
Rzecz jednak w tym, że poseł Dyduch kreśląc przyszłość partii nie świecił własnym światłem. Dokładnie takie same opinie i hasła słyszę od kilku ładnych lat z ust Przewodniczącego SLD Włodzimierz Czarzastego. Po raz pierwszy usłyszałem dosłownie te same sformułowania ponad 3 lata temu, też we Wrocławiu, kiedy to Czarzasty zapowiadał odmłodzenie partii i konieczność uwolnienia jej z balastu „starego aktywu”. Obecna sytuacja Sojuszu jest efektem wieloletniego, konsekwentnego działania jej przewodniczącego, który miast szukać dróg i sposobów na poszerzanie elektoratu partii z determinacją zmierza do zamknięcia karty pod tytułem SLD. Pamiętamy wiele prób rozbicia SdRP, skłócenia, likwidacji. Częściowo udało się to przez przekształcenie SdRP w SLD. Dzisiaj jesteśmy być może świadkami aktu ostatniego – wywabiania SLD z mapy politycznej. Początkowo rolę wywabiacza, miała pełnić Platforma Obywatelska. Gdy ten projekt nie wypalił, znalazł się pod ręką nowy rozcieńczalnik w postaci „Wiosny” Biedronia.
W minionej kampanii wyborczej Czarzasty rolę SLD sprowadził do roli techniczno- organizacyjnej. SLD wyzbył się firmowania pracami nad programem wyborczym „Lewicy” przekazując je „Wiośnie”. Co dzieje się po wyborach? Na najważniejszą, najbardziej eksponowaną funkcję polityczną szefa klubu parlamentarnego desygnuje się nie szefa największej partii koalicyjnej, ale przedstawiciela „Wiosny”. Przewodniczący klubu parlamentarnego to na scenie politycznej osoba dużo bardziej znacząca niż wicemarszałek Sejmu. Ten bowiem, z racji funkcji w Prezydium Sejmu ma z urzędu stępione ostrze polemiki politycznej. Nie koniec na tym. Znamiennie ukształtowano Prezydium Klubu „Lewica”. W jego 10-osobowym składzie nie znalazł się nikt z SdRP-owskim pochodzeniem. Za burtą znaleźli się tak doświadczeni parlamentarzyści jak Marek Dyduch czy Tadeusz Tomaszewski.  To hasło łączenia młodości z doświadczeniem w realu. Już tylko wisienką na torcie jest ostentacyjne wręcz pokazywanie się w mediach Przewodniczącego Czarzastego wyłącznie w otoczeniu ludzi, którzy z SdRP się nie kojarzą. SLD oddało przywództwo polityczne w klubie parlamentarnym a przed „frakcją” SLD trudne czasy. Jej jedność wystawiana będzie na próbę z jednej strony przez proces „przekształceniowy” SLD a z drugiej przez jasną, lewicowo bardzo wyrazistą i wartościową postawę Adriana Zandberga, polityka charyzmą zdecydowanie górującym zarówno nad Czarzastym jak i Śmieszkiem czy Gawkowskim.
SLD zniknie – to rzecz przesądzona. Jeżeli do samounicestwienia dojdzie to dlatego, że ta partia na to przez długie lata zapracowała. Dlatego też nie jestem przeciwnikiem łączenia SLD i „Wiosny”. Przy czym nie o nazwę nowej partii chodzi, ale o system ideowych wartości, z którymi będą identyfikować się jej członkowie (sympatycy?), a więc o redefinicję pojęcia „lewica”. Z pewnością kwestie obyczajowe – ważne przecież – nie mogą stać się głównym wyznacznikiem lewicowości we współczesnym świecie. Dlatego tak duże znaczenie będą miały te zmiany w statucie, które zmieniać będą również system wartości partii. Tak duże znaczenie będzie mieć też treść zapowiadanego na okoliczność połączenia obydwu partii Manifestu, pełniącego rolę deklaracji ideowo-programowej nowej partii. Niestety, o szczegółach proponowanych zmian nie wiemy jak dotąd nic. Wybieranym na wspomnianej Radzie Wojewódzkiej delegatom na grudniową Konwencję SLD, nie przedstawiono żadnych szczegółów proponowanych zmian statutu, poza ogólnikiem, że mają one służyć połączeniu się SLD z „Wiosną”. To moim zdaniem zdecydowanie za mało. Rzetelność i transparentność w tym historycznym dla lewicy momencie jest szczególnie istotna.

Wystarczy pomyśleć

Gdy wieją wichry zmian, jedni budują mury, inni budują wiatraki.

Absolutnie bardzo dobry start lewicy w nowym Parlamencie! Kilkoma działaniami począwszy od wniosku o likwidację barierek przed Sejmem a na zgłoszonym autorskim projekcie tzw 30 krotności wynagrodzeń ZUS kończąc.
Lewica pokazuje jak nie być w defensywie przez 4 lata. Nasuwa się wniosek, że obserwacja działań Platformy Obywatelskiej daje rezultaty. Krótko mówiąc walenie głową w mur i mówienie, że jest się tylko antypisem nie wystarczy Polakom. Potrzebne są wiarygodność i innowacje w polityce,
Polacy oczekują właśnie tego…
Teraz trzeba być opozycją konstruktywną i zgłaszać swoje projekty w tym przede wszystkim takie jak:
– krótszy tydzień pracy,
– leki za 5 złotych
– czy też minimalna emerytura.
I ku mojej radości serca – tak właśnie jest!
Teraz Prawo i Sprawiedliwość, formacja która mieni się jako pro socjalna jak będzie w stanie wytłumaczyć, że zagłosuje przeciwko najniższej emeryturze zgłoszonej przez klub Lewicy
Przypominam, że chodzi o 1600 złotych! Ha?
I do tego ultra w punkt wystąpienie Adriana Zandberga jako swoiste kontr expose bo tak je traktuję – zresztą nie tylko ja ale spora część społeczeństwa. Wszystko to pokazuje, że lewica wykorzystuje swoją szansę.
Jestem głęboko przekonany, że tak będzie przez 4 lata a być może krócej patrząc na przepychanie kolanem kandydatur Pani Pawłowicz i Pana Piotrowicza przy hasłach i okrzykach : Hańba!
Cały czas twierdzę że taka kadencja parlamentu niekoniecznie musi być czteroletnia. Zobaczycie.
„Skoro można pomyśleć, że może być lepiej, to znaczy, że już jest lepiej.” Tak mawia nasza noblistka Olga Tokarczuk – i tu bez cienia wątpliwości można się z nią zgodzić.
Swoją drogą Premier znalazł czas na spotkanie na zakończenie kariery Łukasza Piszczka a od 10 października ani Prezydent ani Premier niestety tego czasu nie znaleźli by spotkać się z Laureatką Literackiej Nagrody Nobla. Ciekawa ta nasza Polska, na szczęście lepiej budować wiatraki, niż mury gdy wieje wiatr przemian. Ale o tym w następnym spotkaniu

Czy staniemy się społeczeństwem starców?

To, że ktoś dożył podeszłego wieku, nie stanowi już dowodu jego rozsądku i posiadania wiedzy, z której warto korzystać.

W Polsce jest około 38,5 mln mieszkańców. Ponad 9 mln z nich stanowią osoby w wieku 60 lat i więcej. Rosnący odsetek seniorów to wynik trwającego procesu starzenia się ludności Polski, który nie jest już zakłócany tragediami wojennymi (znika charakterystyczna choinka, będąca dotychczas odzwierciedleniem sytuacji demograficznej naszego kraju).
Do tego dochodzi korzystne zjawisko jakim było wydłużanie się czasu trwania życia. Niestety, trzeba już o tym mówić w czasie przeszłym, bo pod rządami Prawa i Sprawiedliwości długość życia w Polsce zaczęła się skracać.
Starzenie się Polaków jest pogłębiane nieskutecznością rządowego programu Rodzina 500 plus, który nie zapobiegł niskiemu poziomowi dzietności.

Będzie nas coraz mniej

W sumie, mamy pogarszającą się sytuację demograficzną, która oznacza coraz niższe emerytury – i stawia przed rządzącymi Polską rosnące wyzwania, związane z działaniami na rzecz aktywnego oraz w miarę zdrowego starzenia się.
Rządy PiS doprowadziły do tego, że dziś Polska należy do ścisłej czołówki europejskich krajów, w których kryzys demograficzny występuje w największym stopniu.
Według prognozy Głównego Urzędu Statystycznego, do 2050 r. liczba ludności naszego kraju zmniejszy się o 4,5 mln, natomiast populacja osób w wieku 60 lat i więcej wzrośnie do 13,7 mln – co oznacza, że będzie stanowić ponad 40 proc. ogółu społeczeństwa.
Takie społeczeństwo starców nie będzie zdolne do zapewnienia dynamicznego rozwoju i postępu cywilizacyjnego kraju.
Minęły już bowiem czasy, w których to, że ktoś dożył podeszłego wieku, stanowiło dowód na jego rozum i bagaż doświadczeń, z których należy korzystać. Dziś to dziadkowie muszą – o ile jeszcze nie są na to zbyt niedołężni – korzystać z wiedzy i doświadczeń swoich wnuków. Słuszny wiek nie jest zaś dowodem posiadania jakichkolwiek pożądanych cech umysłu czy charakteru.
Starym ludziom państwo powinno jednak zagwarantować w miarę godne warunki spędzenia tzw. jesieni życia – zwłaszcza, jeśli nie mają chętnych rodzin, które mogłyby się tym zająć. Dlatego wymyślono u nas rządowy program na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych, realizowany od 2012 r. Od tego czasu z programu skorzystało ponad 850 tys. polskich seniorów. Budżet programu w latach 2012-2013 wynosił 60 mln zł, a w latach 2014-2020 ma to być 280 mln zł (40 mln zł rocznie).
Problem jednak w tym, że program ASOS stworzono jeszcze za rządów Platformy Obywatelskiej, więc obecna ekipa nie ma ochoty go realizować – ale sama nie potrafi wymyślić niczego innego.
Dlatego też Najwyższa Izba Kontroli, mimo, że już została przejęta przez PiS, musiała stwierdzić jednoznacznie: „Skuteczność Programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych, rozumiana, jako osiągnięcie trwałych efektów w odniesieniu do założonego celu głównego – poprawy jakości i poziomu życia osób starszych dla godnego starzenia się poprzez aktywność społeczną – była niska”.

Aktywność, ale bierna

Ten cel główny – czyli „Poprawa jakości i poziomu życia osób starszych, dla godnego starzenia się poprzez aktywność społeczną” – mógł zostać wytyczony dzięki temu, że Polska, gdy jeszcze nie działała na rzecz osłabiania Unii Europejskiej, została włączona do unijnych strategii Rozwoju Kraju, Rozwoju Kapitału Ludzkiego, Rozwoju Kapitału Społecznego oraz Wspierania Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego.
W programie ASOS chodzi o to, aby włączyć sektor organizacji pozarządowych do działań służących aktywności społecznej seniorów. Priorytety, to nadrobienie niedostatków edukacyjnych osób starszych, nawiązywanie przez nie kontaktów wewnątrz – i międzypokoleniową, ich udział w życiu publicznym oraz rozwój usług społecznych dla osób starszych.
Jak dotychczas, w ramach programu Aktywności Społecznej Osób Starszych, seniorzy najczęściej uczestniczyli w projektach związanych z profilaktyką zdrowotną (porady zdrowotne, dietetyka, medycyna – w tym naturalna), zajęciami sportowymi i turystycznymi (basen, nordic walking, wycieczki) oraz zajęciami w obszarze kultury i sztuki (uniwersytety trzeciego wieku, rękodzieło, malarstwo, występy artystyczne, wyjścia do kina i teatru). Ważnym niestety, lecz pozaprogramowym elementem partycypacji seniorów, jest też ich udział w pokazach, połączonych z namawianiem ich do zakupów rozmaitego badziewia.
NIK stwierdza, że tylko ok. 25 – 30 proc. zbadanych projektów z programu ASOS ukierunkowanych było na pobudzenie czynnej aktywności seniorów i osiągnięcie trwałych efektów, wymagających stałych i regularnych działań.
Najczęściej realizowano zaś (w ponad 60 proc. przypadków) projekty obejmujące tzw. „aktywność bierną”, oznaczającą krótkotrwałe, jednorazowe działania. Polegają one głównie na konsumpcji różnorodnych usług – np. wyjścia do kina, teatru, na wystawy, wycieczki, zajęcia sportowe, czy szkolenia z nowych technologii. W ocenie NIK, działania takie są wprawdzie potrzebne, zwłaszcza w ramach realizacji różnych projektów lokalnych, nie powinny jednak być dominujące.
Jak pokazują wyniki badania ankietowego przeprowadzonego przez NIK, najczęściej uczestnikami działań w ramach programu ASOS były kobiety (73,5 proc.) i osoby mieszkające w miastach (69,5 proc.), a średnia wieku osób w nim uczestniczących wyniosła 67 lat. Podważa to samą główną ideę aktywizacji osób starszych w Polsce, skoro z programu korzystają przede wszystkim ludzie, będący jeszcze w okresie niemal pełnej aktywności zawodowej i społecznej. Tymczasem chodzić powinno o to, aby zapobiec wykluczeniu osób, które już nie mają okazji do kontaktów związanych z wykonywaną pracą, a ich krąg towarzyski się kurczy.
Konkretnie, to polscy seniorzy brali głównie udział w wycieczkach jedno i kilkudniowych (ok. 41 proc.), w spotkaniach z ekspertami (ok. 36 proc.), w akcjach promujących zdrowy styl życia (32 proc.) oraz kursach posługiwania się nowymi technologiami (ok. 31 proc).
Czego natomiast oczekiwali seniorzy? Otóż tego, że udział w projektach pozwoli im na poszerzenie wiedzy i umiejętności (ok. 67 proc.), przebywanie wśród ludzi (ok. 51 proc.), oraz na miłe spędzenie czasu (ok 44 proc.) – niekoniecznie w gronie rówieśników.

A jednak się podobało

Po zakończeniu projektów, 65,5 proc. uczestników programu ASOS zadeklarowało, że ich oczekiwania zostały spełnione całkowicie lub nawet powyżej tego, czego się spodziewali. Organizację zajęć za bardzo dobrą lub dobrą uznało niemal 84 proc. ich uczestników.
Seniorzy należą generalnie do osób kulturalnych i mało narzekających – więc mimo tych pozytywnych opinii, Najwyższa Izba Kontroli ocenia, że cel główny – „poprawa jakości i poziomu życia osób starszych dla godnego starzenia się poprzez aktywność społeczną” – nie został osiągnięty.
Zdaniem NIK niska skuteczność programu na rzecz Aktywności Społecznej Osób Starszych wynikała głównie z tego, że jego założenia opracowano na podstawie częściowo nieaktualnych danych i nie poprzedzono ich bezpośrednimi badaniami potrzeb osób starszych, co utrudniło właściwe zaprojektowanie kierunków działań. Diagnozy organizacji pozarządowych nie zawierały rzetelnego rozpoznania zarówno liczby jak i sytuacji osób starszych, do których miały być kierowane działania Programu ASOS.
Nie bardzo wiadomo, jak NIK doszła do tych wniosków, skoro w opinii samych seniorów, działania w których uczestniczyli zaspokajały ich potrzeby. Izba zwraca też jednak uwagę na to, że popełniono błędy w zarządzaniu.
Błędy polegały zwłaszcza na nieprzestrzeganiu odpowiedniego procentowego podziału środków, nieterminowym zawieraniu i rozliczaniu umów, braku możliwości porównania nakładów i efektów – a tym samym, wyboru w konkursach najbardziej efektywnych projektów. Czyli tradycyjnie, jak to w Polsce dzieje się z realizacją wszelkich programów.

Lewica wróci. I co dalej?

O trudnej historii i grzechach SLD, o nowej lewicy i wyzwaniach, jakie przed nią staną w nowym parlamencie Maciej Wiśniowski (strajk.eu) rozmawia z Piotrem Gadzinowskim, posłem z ramienia SLD w latach 1997-2007, obecnie ostatnim na liście Lewicy w Warszawie.

Ile kadencji byłeś posłem?

Piotr Gadzinowski: Niepełne trzy. 10 lat.

Powiedz mi zatem: głosowałeś za lex Blida?

Nie pamiętam*. To nie jest unik, naprawdę nie pamiętam. Mógłbym sprawdzić, ale cóż z tego, że mogłem być wtedy przeciw, skoro większość mojego klubu zagłosowała za. Głosowałem, już za rządów PiS, przeciwko likwidacji podatku od spadku. Z takim samym skutkiem. Podatku od spadku nie ma. Wiem na pewno, że było kilka takich głosowań, kiedy klub SLD- UP, głosował stadnie. Czyli bezmyślnie.

Tak się usprawiedliwiasz?

Nie, próbuję wyjaśnić . Teraz także w interesie przyszłych parlamentarzystów. Każdy sejmowy projekt ustawy pilotuje jeden, dwójka posłów. Oni na posiedzenia klubu parlamentarnego referują treść projektu, jego skutki społeczne i budżetowe. Czasem zgodność projektu z naszym programem wyborczym. Oni też rekomendują członkom klubu parlamentarnego, czy powinniśmy być za, przeciw, czy wstrzymać się.
Wtedy wchodziliśmy do Unii Europejskiej i przerabialiśmy po 600- 700 ustaw w czasie kadencji. Większość parlamentarzystów nie czytała wszystkich przegłosowanych projektów ustaw. Skupiali się na ich uzasadnieniach i rekomendacjach posłów pilotujących ustawy. Ja także wszystkich nie przeczytałem, choć należałem do grona tych więcej czytających, bo jako zawodowy redaktor potrafię czytać szybko i nawet ze zrozumieniem.

Warto pamiętać, że w latach 2001- 2004 jako klub SLD głosowaliśmy stadnie, bo często obowiązywała dyscyplina, bo trzeba było szybko podnieść rękę, bo był przepełniony sejmowy porządek obrad i zwykle każdy projekt ustawy miał bardzo dobre rekomendacje. Czasem było tak, że głosowaliśmy ustawę i dopiero potem okazywało się, jakie są naprawdę jej dodatkowe skutki, o których posłowie pilotujący jedynie wiedzieli, bo mieli w tym swój interes. Bywało też tak, że nikt tych skutków nie przewidział. Bo procedowano za szybko, bo nie zaproszono odpowiednich ekspertów i praktyków. Myślę, że jednak większym błędem SLD było nie to, że przegłosowano na fali neoliberalnego entuzjazmu lex Blida, lecz to, że się z niej szybko nie wycofano.

A można było?

Każdą ustawę można znowelizować. Trzeba być tylko świadomym tego, co wynika z takiego radosnego, stadnego, szybkiego głosowania. Obserwować potem skutki ustawy i umieć przyznawać się do błędu. A to jest w naszym kraju deficytową cechą.

Pamiętam, jak rozmawialiśmy o Twoich poselskich doświadczeniach, kiedy już przestałeś być parlamentarzystą. Powiedziałeś wtedy ważną rzecz – że utrata ideowego dziewictwa w parlamencie trwa około 3 miesięcy. Naładowany ideami poseł wchodzi do Sejmu i wyobraża sobie, jak zmienia świat. A potem przychodzi do niego kolega z opozycyjnego ugrupowania i mówi: „panie pośle, pański projekt ustawy jest szalenie interesujący. I my go możemy poprzeć, tylko mamy prośbę, żeby za trzy tygodnie, kiedy my będziemy głosowali za naszym projektem, żeby pan nie przyszedł do sejmu, albo się choćby wstrzymał”. Krótko mówiąc, nawet nie zauważasz, kiedy z ideowego posła zamieniasz się w politycznego geszefciarza. Teraz też tak będzie?

Zawsze jest grono debiutujących parlamentarzystów, którzy przychodzą naładowani chęcią zmiany rzeczywistości i zderzają się z parlamentarną maszyną, która wymusza grę drużynową. Poseł, który obiecuje wyborcom, że będzie uprawiał politykę indywidualną, jest śmieszny. W parlamencie liczy się większość. Jeżeli masz taką większość jak PiS, i jeszcze swojego prezydenta, który nie wetuje przesyłanych mu ustaw, nawet jeśli jawnie łamią one prawo, to nie musisz się układać i targować. Nie musisz zabiegać o głosy opozycji i niezdecydowanych, dzięki którym możesz to prezydenckie weto obalić. Ale jeżeli Sejm jest bardziej zróżnicowany, a wygląda na to, że ten nowy takim będzie, to z jednej strony musisz zachować pryncypia, a z drugiej trzeba będzie mądrze do gry parlamentarnej wejść. A polega ona na tym, że zwykle jest coś za coś. Nie zawsze trzeba dać coś od razu, na zasadzie wymiany handlowej. Nie zawsze też parlamentarne ustępstwa kończą rozwiązywanie problemu.

Przed naszym wejściem do Unii Europejskiej, w 2002 roku, przedstawiliśmy projekt ustawy o związkach partnerskich. Wzorowany był na francuskich rozwiązaniach, nie wchodził w konflikt z Konstytucją RP. Pilotką projektu była senator Maria Szyszkowska, popierali i propagowali go posłowie związani z tygodnikiem „Nie” i Ruchem NIE. Wycofaliśmy go w końcu 2003 roku, bo otrzymaliśmy mocną ”prośbę” od kierownictwa klubu, żebyśmy go zamrozili.

Dlaczego?!

Kierownictwo przekonywało, że sejmowa debata o nim otworzy nam kolejny front wojny z Kościołem. A wtedy ważyły się losy wyniku referendum decydującym o wejściu Polski do Unii Europejskiej. Poparcie Kościoła, albo przynajmniej nieagresja, było nam bardzo potrzebne.
Tak wtedy sprzedaliśmy politycznie sprawę związków partnerskich za rozszerzenie Unii Europejskiej.

Teraz sprawa związków partnerskich, małżeństw homoseksualnych wraca, i to z większym poparciem. Bo obywatele jeżdżą swobodnie po Europie, mieszkają tam, widzą, jak może być. Kościół katolicki stracił też w Polsce rząd dusz. Nawet „Gazeta Wyborcza”, kiedyś głosząca, że SLD mniej wolno, broniąca „kompromisu” z Kościołem, zradykalizowała się i nie cenzoruje już naszych antyklerykalnych działań. Zresztą czasy, kiedy politycy SLD rozpoczynali swój dzień od lektury „Gazet” i drżeli przed wykluczeniem ich z grona „porządnych ludzi” też już minął. Możemy więc rozważać, czy wtedy trzeba było upierać się i walczyć o ustawę bez szans na wygraną, czy jednak warto było poczekać te kilkanaście lat, kiedy poparcie społeczne i polityczne jest dla związków partnerskich nieporównywalnie większe.

To ciekawy dylemat. Mnie jednak bardziej interesuje, czy dzisiaj równie łatwo znajda się wśród was ludzie, którzy będą oglądali się na Kościół.

Kiedy dzisiaj patrzę na moje koleżanki i kolegów, i tych nowych, i tych przy lewicy wytrwałych, to trudno mi znaleźć kogoś, kto nie byłby przekonany, że trzeba zmienić ustawę antyaborcyjną i znieść przywileje Kościoła katolickiego. To są ludzie, którzy nie zawahają się nie przyjść na mszę poprzedzającą państwową czy samorządową uroczystość. Oni nie pojada na Jasną Górę, by tam klęczeć. To jest już inne pokolenie. Inni ludzie w innych czasach.

Ale przejście SLD na pozycje neoliberalne jest faktem.

Rzeczywiście, wiele z moich koleżanek i kolegów z ówczesnego klubu miało wtedy dużo sentymentu do gospodarki neoliberalnej. A jeśli mieli jakieś dobre wspomnienia o gospodarce państwowej, to je starannie tłumili, ponieważ wtedy każda deklaracja „a może zajęłoby się tym państwo”, wywoływała niesłychany hejt, przede wszystkim mediów głównego nurtu pod hasłem; „o, wraca komuna”. Ale to jest już czas przeszły, dokonany. To przecież było 15 lat temu, a nawet wcześniej.

Ale czy wyście wyciągnęli z historii waszego upadku jakieś wnioski? Czy jak na was zagłosuję, to zagwarantujecie, że żadne z was już nigdy nie będzie rozpoczynało dnia od lektury „Gazety Wyborczej” i czy mogę liczyć na to, że będąc w Sejmie będziecie próbowali zmieniać świat na sprawiedliwszy, a nie będziecie go tylko reperować?

Oczywiście powinniśmy czytać wspomnianą przez Ciebie gazetę, ale nie tylko pod kątem „co oni o nas napisali” i nie z nastawieniem: jeżeli nas skrytykowali, to już drżą nam kolana, jakby nasza pani w szkole nas skrzyczała. Jesteśmy lewicą po przejściach, z „przeszłością”, ale też z wiele obiecującą przyszłością.

Zmieniliście się?

Myśmy się zmienili, ale przede wszystkim rzeczywistość się zmieniła. Zauważ, kto pozostał w SLD, a kogo już nie ma. Wojtek Olejniczak pracuje w banku, Grzesiek Napieralski staruje z listy PO, Bartosz Arłukowicz tak samo, Kasia Piekarska też jest w PO, Darek Joński podobnie, a Piotr Guział sprawdza się w biznesie. Nastąpił proces pewnego, czasem wymuszonego „samooczyszczenia”. Zwłaszcza, że wielu innych , którzy przyszli do SLD jako do partii władzy, jako pierwsi też odeszli. Ci, którzy zostali lub niedawno przyszli, to już nowa jakość. Przyszli w nowych czasach, o czym warto pamiętać.

Jak więc scharakteryzowałbyś obecną lewicę, która startuje pod szyldem Lewicy?

Jest koktajlem złożonym z SLD, zwykle ludzi starszych i bardziej doświadczonych, oraz członków Razem i Wiosny. Częściej młodszych i debiutujących. Nie ma już w „Lewicy” ludzi, jakich kiedyś mogłem dostrzec w SLD, kiedy była to partia władzy. Nie ma na przykład kategorii „polityk – przedsiębiorca”. Jeżeli nawet zdarzy się taki, to zwykle jest właściciel małej firmy, a nie deweloper. Jest to mieszanka programowa trzech partii, ale o dość jednorodnym smaku. To połączenie liberalizmu kulturowego z socjalizmem, socjaldemokracją w gospodarce.

Wszyscy jesteśmy przekonani, że neoliberalizm skończył się w Polsce w 2015 roku i to stawia nowe wyzwania intelektualne i organizacyjne przed politykami lewicy. I naszymi intelektualistami też.

Wtedy PiS zaczął mówić innym językiem, przestał się wstydzić większej roli państwa.

Program PiS ma cechy faszystowskiego, korporacyjnego państwa. To co mówi Kaczyński czy Morawiecki, to jest odnowiony model państwa Salazara, Mussoliniego. Obiecują dbać o robotników, którzy mają mieć należyte uposażenie, dobre warunki mieszkaniowe i prawo do wypoczynku. W zamian mają jednak nie protestować. Kaczyści chętnie zlikwidują związki zawodowe zostawiając jakieś formy stowarzyszeń pracowników działających na zasadzie systemów wczesnego ostrzegania. Mamy być państwem wyznaniowym, narodowokatolickim, paternalistycznym. Autarkią kulturalną, skansenem krzewiącym staropolskość.

Będziemy państwem, w którym łaskawy, ludzki pan Prezes będzie rozdawał nam nasze pieniądze, abyśmy za nie zbudowali sobie w naszym domu nasze, swojskie „państwo dobrobytu”. Za kolejne programy 500+ kupimy sobie pakiety w prywatnych przychodniach, ukraińską pomoc domową, jeśli wyrzeknie się kultu Bandery i ideologii LGBT, korepetycje dla naszych dzieci, no i pojedziemy na wczasy, koniecznie do „stref Polaka”.

A jaką Polskę chcecie zbudować?

Stworzymy instytucje państwa dobrobytu. One będą ułatwiać życie zawodowe i rodzinne obywateli naszego kraju. Dla nas zdrowie, kultura, edukacja nie jest towarem, dlatego instytucje państwowe działające w tych obszarach nie będą nastawione na zysk. Szpitale będą leczyć, szkoły będą uczyć, a nie zarabiać na dodatkowych usługach, kosztem podstawowej działalności. Uważamy, że państwo i samorządy powinni więcej dawać pieniędzy na żłobki i przedszkola. PiS uważa, że lepiej jest kiedy matka sama wychowuje dzieci i za to dostaje państwowe pieniądze. PiS teraz wiele mówi o sprawiedliwości, ale nie bierze się za reformę służby zdrowia, jednego z najważniejszych problemów społecznych, który jest filarem sprawiedliwego państwa.

Polskie społeczeństwo będzie się starzeć. Mimo tego mamy teraz więcej duszpasterzy w szpitalach niż geriatrów. Nie wystarczy obiecać bon lekarski albo kolejne 500 plus. Opieka zdrowotna powinna być państwowa, państwowy też będzie deweloper. Co nie oznacza, że jeśli ktoś zechce prywatnie budować luksusowe domy, to mu tego zabronimy.

Na pewno chcemy zlikwidować przywileje Kościoła i go opodatkować. Jak bardzo, zobaczymy. Bez wahania przyłożymy rękę, by zlikwidować wszelkie dopłaty państwa do nauki religii. Natomiast jeśli chodzi o sama religię w szkołach, to ja bym decyzję oddał rodzicom. Jeżeli są rodzice, którzy chcą posyłać dzieci na religię i akurat jest na to miejsce w szkole, i jest tak im wygodniej niż jeździć z dziećmi do odległych sal katechetycznych, to niech to tak będzie. Nie będziemy ludziom utrudniać życia tylko dlatego, że są katolikami.

Czarzasty wykonał ostatnio jednak pojednawcze gesty pod adresem Kościoła i opozycji. Jaką mam gwarancję, że SLD po wyborach nie skręci ostro w stronę liberalnej opozycji i Kościoła?

Stuprocentowej gwarancji nigdy nie ma. Nigdzie.

Nie odpowiadasz mi na pytanie: czym się różnicie od Koalicji Europejskiej?

Mentalnością i programem. My nie uważany się za Polaków lepszego sortu, podczas gdy koledzy z PO uważają się za jedynych, prawdziwych demokratów, arystokrację demokracji wręcz. Ja zaś jestem tylko tym „postkomuchem”, który teraz jest OK, bo walczy z PiS. Oni to husaria demokracji, my – szara piechota łanowa. Oni są teraz nieco bardziej liberalni obyczajowo i nadal wielce neoliberalni w gospodarce. My, jak już mówiłem, jesteśmy socjalistami i zwolennikami wzmocnienia państwa. Dla PiS jesteśmy Polakami gorszego, choć jak czytam PiS tygodniki, to jeszcze gorsza jest Konfederacja i KO. Książęta kościoła katolickiego nie chcą nawet do nas zagadać. Jesteśmy dla nich gorsi niż islam.

Przyszły klub parlamentarny Lewicy to będzie ciekawy miks radykalnej lewicy z Razem, starszych lewicowców z SLD i liberałów obyczajowych z Wiosny. Ktoś mi niedawno zwrócił uwagę, ze jestem jedynym na czterdziestoosobowej warszawskiej liście Lewicy kandydatem z parlamentarnym stażem. Reszta to potencjalni debiutanci! Zatem niech starsi wniosą swe doświadczenia organizacyjno- zarządzająco- dyscyplinujące, a ci, którzy do tej pory robili lewicę na ulicy i w internecie – świeżość ideową. Ci, którzy znajdą się w Sejmie i Senacie przekonają się szybko, że praca tam wymaga nielimitowanego czasu i przysłowiowej twardej dupy. Romantyzm radykalnej lewicy zderzy się z mozołem czytania ustaw ze zrozumienie, pisaniem poprawek, debatowaniem, poszukiwaniem większości.

O czym posłowie lewicy muszą pamiętać?

Że klub parlamentarny to drużyna, ale nie wszyscy muszą być Lewandowskimi. Są gwiazdy i solidni rzemieślnicy. Wszyscy są jednakowo potrzebni. Mam nadzieję, że ten lewicowy koktajl będzie dobrze wymieszany. Ale nikt spośród nas nie będzie wstydził się swojej lewicowości.
Mamy bowiem dobry program i dobre zaplecze intelektualne do jego realizacji. Mamy grono praktyków, jak ja, i wielkie zaplecze debiutantów. Są wśród nas, ci którzy kiedyś już wybory wygrali. I większość, która je przegrywała. Ale żeby wygrać, warto czasem dobrze przegrać. Czasem warto przegrać razem z mądrymi niż załapać się na zwycięstwo z szalbierzami. My takie lekcje też mamy za sobą.

*  Sprawdziliśmy Piotr Gadzinowski nie głosował nad „lex Blida”, bo wtedy nie był jeszcze posłem.

Redakcja.

Reflektor OPZZ

OPZZ i Centrum Daszyńskiego odpytują komitety wyborcze. Tym razem będzie odpowiadał Piotr Gadzinowski.

Dobrym zwyczajem kampanii wyborczej jest sprawdzenie na ile poszczególne komitety wyborcze reprezentują nasze interesy. Organizacje związkowe reprezentujące świat ludzi pracy posiadają precyzyjnie określone poglądy na kwestie płacy minimalnej, warunków pracy, prawa do zrzeszania się w związki, podatków oraz usług publicznych. Centrum im. Ignacego Daszyńskiego w ścisłej współpracy z Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych przeprowadziło badanie dotyczące zbieżności programów wyborczych pięciu ogólnopolskich komitetów wyborczych z priorytetami programowymi OPZZ. Dodatkowo analiza wspomnianych dokumentów została uzupełniona o pogłębioną ankietę odnoszącą się do najważniejszych pro-pracowniczych i pro-związkowych kwestii.
W najbliższy poniedziałek 30 września o godz. 10:00 w siedzibie OPZZ przy ulicy Kopernika 36/40 w Warszawie dr Karolina Zioło-Pużuk oraz dr Bartosz Rydliński z Centrum im. Ignacego Daszyńskiego zaprezentują wyniki badań oraz odpowiedzą na pytanie, który z komitetów (Lewica – Sojusz Lewicy Demokratycznej, Koalicja Obywatelska, Konfederacja, Polskie Stronnictwo Ludowe, Prawo i Sprawiedliwość) jest najbardziej zbieżny z postulatami największej centrali związkowej w Polsce.
Po przedstawieniu wyników badania wiceprzewodniczący OPZZ dr Piotr Ostrowski poprowadzi dyskusję z kandydatami do Sejmu, którzy reprezentują ogólnopolskie komitety wyborcze.