Gospodarka 48 godzin

Awantura arabska
Rada Ministrów przyjęła uchwałę nowelizującą program udziału Polski w Światowej Wystawie EXPO 2020 w Dubaju (Zjednoczone Emiraty Arabskie). Program udziału Polski został dostosowany do decyzji Zgromadzenia Ogólnego Międzynarodowego Biura Wystaw w Paryżu przesuwającej o rok termin EXPO 2020. Wystawa ta miała się odbyć od 20 października 2020 r. do 10 kwietnia 2021 r. Udział w EXPO 2020 potwierdziły 192 kraje. W związku z COVID-19 wystawa w nowym terminie ma się odbyć w dniach 1 października 2021 r. – 31 marca 2022 r. W uchwale rządu zaktualizowano zatem harmonogram wykonania poszczególnych zadań związanych z przygotowaniami i udziałem Polski w EXPO 2020. Pieniądze zaplanowane na ten cel także zostały przesunięte na lata 2021-2022, tak jak i wszystkie zadania przewidziane do realizacji w związku z EXPO. Dotyczy to zwłaszcza funkcjonowania polskiego pawilonu, zapewnienia jego operatora i obsługi, podłączenia mediów, wynajmu mieszkań, działań programowych oraz informacyjno-komunikacyjnych. W koncepcji programowej udziału Polski w EXPO główny nacisk położono na obszar promocji gospodarczej. Szczególnego znaczenia nabiera wykorzystanie szans, jakie dla polskich przedsiębiorców stwarza udział Polski w EXPO w Dubaju w kontekście walki z gospodarczymi skutkami pandemii. Główne cele udziału Polski w EXPO 2021 to promocja gospodarcza oraz wzmocnienie kontaktów gospodarczych Polski z Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (gospodarzem wystawy) oraz całym rejonem Bliskiego Wschodu. W szczególności chodzi o wspieranie polskich przedsiębiorców w poszukiwaniu nowych rynków zbytu, budowaniu trwałych relacji handlowych, nawiązywaniu współpracy naukowej, zwalczaniu gospodarczych skutków pandemii COVID-19. A także o kształtowanie wizerunku Polski, budowanie jej marki i rozpoznawalności, inicjowanie różnych działań i dotarcie tym samym do różnych grup docelowych. „W Dubaju będziemy kontynuować opowieść o Polsce jako kraju, którego główny potencjał stanowią ludzie – kreatywni, pracowici, wykształceni i pełni energii, umiejący stawić czoła wszelkim nowym wyzwaniom. Cechy te nabierają szczególnego znaczenia w kontekście, jaki stworzyła pandemia COVID-19. Hasło Polski na EXPO 2020 brzmi: Poland. Creativity inspired by nature (Polska. Kreatywność inspirowana naturą)” – stwierdza Rada Ministrów.

Czas decyzji
Okazuje się, że 61 proc. Polaków ma problem z wyborem prezentu pod choinkę (według Instytutu Badań Opinii IQS. Poszukiwanie tego najodpowiedniejszego podarunku jest więc mocno stresujące. W przeprowadzonym badaniu na pytanie, czy otrzymaliśmy kiedyś nietrafiony prezent, aż 70 proc. badanych odpowiedziało twierdząco.

Praworządność jest nam wszystkim potrzebna

Rząd PiS wetując budżet unijny, spowoduje, że Polska dostanie o 23 mld środków unijnych euro mniej i nie będzie mogła pożyczyć od UE kolejnych 34 mld euro. Weto będzie zatem działaniem o znamionach zdrady stanu.
Zwiększanie dobrobytu naszego społeczeństwa wymaga budowy nowoczesnej, innowacyjnej i odpornej gospodarki. A to wymaga otwartości na świat oraz rządów prawa. Otwartość umożliwia firmom daleko idącą specjalizację i wzrost wydajności, a rządy prawa chronią obywateli i firmy przed uznaniowymi działaniami władz.
Dlatego w trosce o dalszy wzrost dobrobytu w Polsce protestujemy przeciwko bezpodstawnemu podważaniu znaczenia praworządności, korzyści z naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz obecności zagranicznych inwestorów w Polsce – stwierdza Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich odwołuje się do zapisów praworządności zawartych w art.2 Traktatu o Unii Europejskiej. W art. 2 tego rozporządzenia czytamy, że termin „praworządność” odnosi się do zasady legalizmu, oznaczającej „przejrzysty, rozliczalny, demokratyczny i pluralistyczny proces przyjmowania aktów prawnych; pewność prawa; zakaz arbitralności w działaniu władz wykonawczych; skuteczną ochronę sądową, w tym ochronę praw podstawowych, dokonywaną przez niezależne sądy; podział władzy i równość wobec prawa”.
Rządy Węgier i Polski chcą zawetować kolejną perspektywę budżetową UE na lata 2021 – 2027, przedstawiając kwestię praworządności jako atak na suwerenność państw członkowskich. Dyskusji na ten temat towarzyszą głosy podważające korzyści z polskiego członkostwa w UE, czy inwestycji zagranicznych ulokowanych w naszym kraju.
Jak niebezpieczne mogą być próby zbijania kapitału politycznego na atakowaniu Brukseli, może świadczyć przykład Wielkiej Brytanii. Wbrew swoim początkowym zamiarom Partia Konserwatywna pod naciskiem skrajnej części doprowadziła do Brexitu, którego negatywne skutki gospodarcze będą odczuwane przez lata.
Towarzystwo Ekonomistów Polskich wskazuje: protestujemy przeciwko:

  • Przeciwstawianiu praworządności i suwerenności. Praworządność przede wszystkim leży w interesie polskich obywateli i firm, chroniąc ich przed uznaniowością działań władzy. Liczne prace naukowe dokumentują związek między praworządnością a rozwojem gospodarczym. Problemy z praworządnością nie tylko w widoczny sposób obniżają wzrost produktu krajowego brutto, ale też sprawiają, że przedsiębiorcy są mniej skłonni rozwijać swoje firmy. Bardzo istotnym aspektem praworządności jest niezależność wymiaru sprawiedliwości – kraje, w których sądy nie są niezależne, rozwijają się wolniej.
  • Podważaniu korzyści z polskiego członkostwa w UE. Polska jest relatywnie małym krajem (38 milionów mieszkańców), jednak dzięki naszemu członkostwu w UE polskie firmy mają dostęp do olbrzymiego rynku wewnętrznego UE (prawie 450 milionów mieszkańców). Korzyści dla Polski z dostępu do wspólnego rynku są szacowane na ponad 10 proc. naszego PKB w 2019 r. Odbiciem korzyści z członkostwa w UE są potencjalne straty związane z jej opuszczeniem – rząd brytyjski szacuje, że brak umowy z Unią Europejską obniży brytyjski PKB o 7,6 proc. w perspektywie 15 lat, a nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu kompleksowej umowy, PKB Wielkiej Brytanii wciąż będzie o 1,4 proc. niższy. Dla mniejszego kraju, o znacznie słabszej pozycji negocjacyjnej, potencjalne straty związane z opuszczeniem wspólnego rynku byłyby jeszcze wyższe. Ponadto Polska, w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, jest beneficjentem netto napływu środków unijnych, co dodatkowo zwiększa nasze korzyści z członkostwa.
  • Podważaniu korzyści z inwestycji zagranicznych. Prezentowane w mediach dane o zyskach zagranicznych firm obecnych w Polsce mają w zamyśle twórców zapewne wywoływać poczucie eksploatacji ekonomicznej Polski. Pomijają one jednak dwie zasadnicze kwestie – wartość zainwestowanych przez nich wcześniej środków oraz płynące z tego korzyści dla polskiej gospodarki. Zyski zagranicznych firm są wynagrodzeniem za wcześniejsze inwestycje – nikt nie powinien oczekiwać, że prywatne firmy będą działały pro publico bono. Po drugie, większość zysków jest reinwestowanych w rozwój tych firm, a jedynie część jest transferowana do ich właścicieli. Istnieje szeroka literatura pokazująca, że na zagranicznych inwestycjach zyskują nie tylko sami inwestorzy, ale także gospodarki krajów goszczących. Korzyści z zagranicznych inwestycji znacznie wykraczają poza miejsca pracy, które one tworzą, czy zapłacone podatki i składki na ubezpieczenia społeczne. Wiążą się one z transferem technologii i silniejszym włączeniem krajowej gospodarki w globalne łańcuchy dostaw. Można szacować, że dzięki inwestycjom zagranicznym polska gospodarka jest o około 17 proc. większa. Polityka Insight szacuje pozytywne skutki inwestycji zagranicznych w Polsce na 15,6 proc. PKB.
    Zamiar zawetowania budżetu unijnego przez rządy Polski i Węgier przypada na wyjątkowe okoliczności. Do standardowego, wieloletniego budżetu unijnego (wartego ponad 1 bilion euro) liderzy europejscy postanowili dodać instrument Next Generation EU (NGEU) warty 750 mld euro. Łączna kwota 1,8 bln euro pomoże odbudować gospodarkę Europy po kryzysie wywołanym COVID-19. Nowa Europa będzie bardziej przyjazna dla środowiska, bardziej cyfrowa i odporniejsza na kryzysy.
    NGEU to największy pakiet pomocowy w Europie od kilkudziesięciu lat. Kluczowym elementem tego programu jest Instrument Odbudowy i Zwiększenia Odporności (RRF – Recovery and Resilience Fund). Ma on na celu pobudzenie i przyspieszenie ożywienia gospodarczego w poturbowanych kryzysem gospodarkach UE.
    Zgodnie z uzgodnionym kluczem podziału w ramach Instrumentu Odbudowy i Zwiększenia Odporności Polska ma otrzymać 23 mld euro (ok. 105 mld zł) w formie bezzwrotnych grantów oraz 34 mld euro (ok. 155 mld zł) w formie ew. pożyczek. Łącznie to 57 mld euro (ok. 260 mld zł).
    Każda złotówka z tego programu może wygenerować dodatkowy wzrost gospodarczy, a więc dodatkowe miejsca pracy, dodatkowe inwestycje, zyski i dochody, także publiczne w postaci podatków i składek na ubezpieczenie społeczne. Zatem w przypadku, gdyby te unijne środki finansowe nam odebrano, straty dla polskiego społeczeństwa byłyby wielokrotnie większe.
    Ponadto ten program odbudowy według analiz Komisji Europejskiej, może przynieść największe korzyści dla wzrostu PKB właśnie dla takich gospodarek, jak Polska i Węgry. PKB w gospodarkach naszego regionu (a więc m.in. w Polsce i na Węgrzech) na skutek absorpcji środków z tego planu może wzrosnąć trwale o ponad 2 proc. w długim okresie, a w okresie kulminacyjnym absorpcji środków nawet o 3,5 proc.
    W Holandii czy Francji – generalnie w bogatszych gospodarkach w UE – plan NGEU wygeneruje dodatkowy wzrost poziomu PKB w długim okresie o ok. 0,5 proc. , a w kulminacyjnym momencie o 1 proc. Czyli korzyści Polski z tego programu są trzykrotnie większe niż dla gospodarek bogatych UE. To pokazuje solidarność Unii Europejskiej.
    W przypadku dodatkowego funduszu (NGEU) nie ma żadnego prowizorium. Weto oznacza brak programu, wstrzymanie jego realizacji. Po recesji, polskie firmy, polskie samorządy, społeczności lokalne i rodziny potrzebują tego programu jak tlenu. Także polskie finanse publiczne są mocno nadwyrężone, dług publiczny wkrótce przebije 1,5 biliona złotych. Kryzys oraz liczne rozwiązania zmniejszające dochody jednostek samorządu terytorialnego mocno też nadwyrężyły finanse jednostek lokalnych. Europejski pakiet środków na rzecz ożywienia gospodarki pozwoli nam finansować odbudowę i rozwój gospodarki bez dalszego zadłużania Polaków.
    Polacy czują się Europejczykami i chcą pozostać obywatelami Unii Europejskiej. Doskonale wiedzą, że dotychczasowa obecność w jej strukturach to bezprecedensowy skok w rozwoju cywilizacyjnym naszego kraju. Porozumienie dotyczące 1,8 bln euro, o które apeluje TEP, to udowodnienie konstruktywnego zaangażowania polskiego rządu w rozwiązywanie problemów Europejczyków, takich jak choćby walka z pandemią i jej ekonomicznymi skutkami.

Demokracja dla wszystkich

Parę tygodni temu, w podsumowaniu felietonu pt. „Wskazówki na Piątą”, red. Piotr Gadzinowski stwierdza: „Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej”; przytacza też wypowiedź znanego publicysty Michała Syski: „Lewica nie ma własnej narracji …” . Postulat utworzenia V RP w mediach lewicowych, m.in. w „Trybunie”, pojawia się jednak bardziej jako idea niż kompleksowy projekt polityczny.

Uważam, że lewica postpezetpeerowska – mam na myśli nie tylko SLD, Wiosnę, ale również PPS, UP, KPP, SdPL, RSS (Ikonowicza) itp. – powinna opracować taki program i z nim na sztandarach iść do wyborów. Po to, by – po wygraniu wyborów – mieć moralne prawo do wprowadzania zapowiadanych reform. Oto co, moim zdaniem, Nowa Lewica powinna zrobić.
Przede wszystkim
skończyć z państwem postSolidarności!
Bo elity postSolidarności oszukały polskie społeczeństwo. O czym m.in. można przeczytać w książce prof. Bruno Drwęskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności – został tylko mit”. Porozumienia sierpniowe 1980 roku podpisywane były pod hasłem „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Tymczasem po objęciu rządów w 1989 r. elity postSolidarności w krótkim czasie doprowadziły do restauracji kapitalizmu. I to w najgorszym wydaniu!… 30 lat po zmianie ustroju, nadal obowiązują ustawy dyskryminujące ludzi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Najwyższa pora, by zlikwidować IPN – swego rodzaju policję polityczną reżimu „S”!. Należy unieważnić ustawę o obniżeniu emerytur funkcjonariuszom służb mundurowych PRL. Ustawę o „dekomunizacji” ulic i innych obiektów należy unieważnić, a w jej miejsce uchwalić ustawę dającą pełne uprawnienia samorządom gmin. Trzeba unieważnić ustawę o obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych przez kandydatów na funkcjonariuszy publicznych, dotyczących współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL.
Owszem, kandydaci na funkcjonariuszy publicznych powinni składać tego typu oświadczenie, ale dotyczące tajnej współpracy ze służbami specjalnymi zarówno państw ościennych jak również obecnego państwa polskiego. Trzeba także skończyć z mitem „żołnierzy wyklętych”. Owszem, należy uczyć o tragiźmie sytuacji w jakich się znaleźli, ale nie gloryfikować! Nie przedstawiać jako pozytywnych bohaterów! Bo przecież oni mordowali tych, którzy odbudowywali państwo, które leżało w gruzach. A ich nadzieją była III wojna! Jak by za mało zginęło ludzi w II… Nawiasem mówiąc, mnożące się obecnie szeregi „żołnierzy wyklętych”, w nieco innym świetle przedstawiają wyniki referendum ludowego w 1946 r. i wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947, które, wg obowiązującej dziś historii, zostały sfałszowane przez ówczesne władze, i były bardzo niekorzystne dla bloku „komunistycznego”…
Populizmowi mówimy NIE!
Widmo krąży na lewicy, widmo populizmu… Co wynika z chęci przebicia PiS-u. Dwa przykłady.
Pierwszy, to teza, że, jak mówi Włodzimierz Czarzasty w wywiadzie opublikowanym w „Trybunie” z 19.01.2018 r. – „500 plus zostaje”. Nie zgadzam się z tą tezą.. Bo to nie jest program socjalny. Podkreślają to sami autorzy, PiS i pisowski rząd: „500+” to program prorodzinny, mający zwiększyć dzietność”.
500 zł na dziecko dostaje każda rodzina, niezależnie od poziomu dochodów, zarówno ludzie, którzy nie mają dochodów, bo są bezrobotni, jak i prezesi różnych firm, zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Co, w sytuacji, gdy budżet państwa jest niewystarczający, jest zwyczajnym marnotrawstwem publicznych środków. Wróćmy do socjalistycznych źródeł: zasiłki socjalne mają być uzależnione od poziomu dochodów; zamiast „500+”, rząd koalicji „Lewica razem” wprowadzi zasiłki socjalne gwarantujące dochody nie mniejsze niż minimum socjalne. W 2016 r. IPiSS wyliczył je na poziomie 954 zł miesięcznie na osobę w rodzinie 3-osobowej i 872 zł na osobę w rodzinie 4-osobowej (świadomie podaję ten rok, bo jestem przekonany, że instytucje państwowe są opanowane przez PiS i manipulują danymi).
Czyli 4-osobowa rodzina nie posiadająca innych dochodów otrzymywałaby 3489,- zł miesięcznie. Ale rodzina, która miałaby dochody na poziomie 2 płac minimalnych (za 2017 r.: 2000 brutto =1459 netto x2 = 2918 zł) otrzymałaby dodatek już tylko w wysokości 571 zł. Za takie pieniądze można było jako tako funkcjonować, ale przy spełnieniu kilku warunków: po pierwsze, że już się ma mieszkanie, albo można je wynająć za pieniądze nie większe niż przewiduje MS, dlatego należy rozwijać program tanich komunalnych mieszkań czynszowych; po drugie, że osobowy transport zbiorowy będzie powszechnie dostępny.
Drugie populistyczne widmo, to postulat, by V RP wprowadziła program Bezwarunkowego (minimalnego) Dochodu Podstawowego (BDP), który otrzymywałby każdy obywatel, co miałoby być panaceum na zmniejszającą się ilość miejsc pracy, spowodowaną postępującą robotyzacją . Oczywiste jest, że rozwoju cywilizacji nie da się zatrzymać i informatyzacja / robotyzacja będzie postępować. Przykładowo, jak donosiły media, w magazynie Amazona w Kołbaskowie pod Szczecinem 1000 „ludzkich” pracowników będzie pracować razem z 3000 robotów. Ostatnio słyszymy, że BDP zamierzają wprowadzić Niemcy! Ilość miejsc pracy będzie się zatem zmniejszać. Wobec tego wróćmy do socjalistycznych źródeł. I do Konstytucji, gdzie jest mowa o „prawie do pracy”. Nie chodzi tylko o dochód!
Chodzi także o styl, jakość życia. Człowiek, żeby być zdrowym psychicznie, musi czuć, że jest społeczeństwu użyteczny. Lewica nie może godzić się na sytuację, że duża część społeczeństwa będzie motłochem. To byłoby i nieludzkie i niebezpieczne. Nie można pozwolić, by u części społeczeństwa pojawiło się poczucie, że obok nich żyją darmozjady, ludzie niepotrzebni. Pojawienie się w takiej sytuacji faszyzmu, a w konsekwencji ludobójstwa – jest nieuchronne. Trzeba zrobić to, co zrobiono w Polsce 100 lat temu: skrócić czas pracy.
Na tym etapie rozwoju cywilizacji optymalnym byłby 6-godzinny dzień, przy 5-dniowym tygodniu pracy. Co ciekawe, nie bylibyśmy prekursorami, bo (wg gazetaprawna.pl ) już „13 lat temu 6-godzinny dzień pracy wprowadziło Centrum usług Toyoty w Goeteborgu. Szefowie zauważyli nie tylko większą satysfakcję z pracy u pracowników, ale także wzrost zysków aż o 25 proc.” Program należałoby wprowadzać stopniowo, w pierwszej kolejności w zakładach pracujących całodobowo, bo wymusiło by to uruchomienie dodatkowej zmiany i spowodowało skokowy wzrost zatrudnienia, a z drugiej strony z reguły są one (zakłady) w najlepszej kondycji ekonomicznej.
W kolejnych latach reformą należałoby objąć pozostałe zakłady i instytucje. Przy czym obowiązywać powinna jedna zasada: krótszy czas pracy dla pracownika, nie może oznaczać skrócenia czasu funkcjonowania instytucji usługowych, tak w handlu, medycynie jak i w administracji.
Pora na rzeczywiste równouprawnienie kobiet i mężczyzn!
Nierówne traktowanie kobiet w wielu dziedzinach życia wynika przede wszystkim z patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa, za co odpowiadają przede wszystkich praktycznie wszystkie Kościoły, na czele z KR-K jako największym.
Przejawia się to m.in. tzw. programami prorodzinnymi: kalendarzyk małżeński jako sposób na antykoncepcję, zakaz aborcji, długi urlop rodzicielski i wychowawczy, zasiłek 500+, karta dużej rodziny itd. W konsekwencji, nieobecność kobiety w pracy trwa rok, dwa, trzy, cztery, pięć – gdyby moja matka rodziła w dzisiejszych czasach, to byłaby na takim urlopie co najmniej 11 lat, bo tyle urodziła i wychowała dzieci. A zakład pracy musi funkcjonować; ktoś inny obejmuje stanowisko, ktoś inny awansuje; najczęściej jest to mężczyzna, bo stawianie na młodą kobietę, która za chwilę może pójść na urlop trwający nawet kilka lat, jest zwyczajnie nieracjonalne. Co powinna zrobić Nowa Lewica ? Zlikwidować urlop wychowawczy, a urlop macierzyński skrócić do niezbędnego minimum. Jednocześnie wdrożyć w trybie pilnym program „Bezpłatny żłobek dla każdego malucha”, ponadto programy: „Aktywna kobieta” oraz „Rodzić odpowiedzialnie”.
W ramach tego ostatniego kobiety miałyby prawo do bezpłatnych badań prenatalnych oraz aborcji na życzenie do 12 tygodnia życia płodu. Przy czym prawo to musiałoby być przez lekarzy bezwzględnie wykonywane, pod karą pozbawienia prawa wykonywania zawodu. Historia udowadnia , że w odpowiednich warunkach prawnych, nawet dr Chazan przykładnie wykonywał swój zawód…
W ten sposób zlikwidowana byłaby jedna z dwóch przyczyn niższych emerytur kobiet: mniej lat składkowych, mniejszy kapitał. Druga przyczyna wynika z nierównego traktowania kobiet i mężczyzn przy przechodzeniu na emeryturę: kobieta przechodzi na emeryturę w wieku 60 a mężczyzna – 65 lat. Po objęciu władzy koalicja „Lewica razem” powinna znowelizować prawo o systemie emerytalnym, ustalając wiek przejścia na emeryturę, niezależnie od płci, w wieku. 62,5 roku.
Służba zdrowia ma być służbą!
Problemy w systemie opieki medycznej w Polsce biorą się z przenikania się dwóch grup podmiotów medycznych: państwowych (lub samorządowych) zakładów opieki zdrowotnej oraz komercyjnych, prywatnych klinik i przychodni lekarskich, co powoduje niewydolność finansową całego systemu.
Jako pierwszy publicznie odniósł się do tego problemu prof. Zbigniew Religa, który zaproponował rozwiązanie polegające na utworzeniu sieci szpitali. Minister Z. Religa nie zdążył wprowadzić swojego pomysłu na ścieżkę legislacyjną; zrobił to min. Konstanty Radziwił. „Sieć szpitali”, finansowana z NFZ formalnie funkcjonuje, a reforma jest oczywiście krytykowana przez opozycję parlamentarną. Uważam, że Lewica powinna mieć do tej reformy stosunek pozytywny i ją rzeczywiście wdrożyć, gdy obejmie władzę.
Bo żadne państwo nie sprosta finansowym potrzebom mnożących się jak króliki kolejnych podmiotów medycznych, zasilanych poprzez NFZ i z budżetu państwa. Udowadnia to doświadczenie z fizyki o układzie naczyń połączonych: każde podłączone do układu naczynie obniża poziom płynu we wszystkich naczyniach. W konsekwencji lewica powinna opowiedzieć się za oddzieleniem publicznej służby zdrowia od komercyjnych podmiotów medycznych.
Należy zrezygnować z systemu przetargowego w ratownictwie medycznym; Pogotowie Ratunkowe ponownie powinno być państwową służbą – analogicznie jak PSP (straż pożarna) czy policja. Jest oczywiście problem z lekarzami – jest ich za mało i niejednokrotnie mają nieodpowiednie podejście do podmiotu w służbie zdrowia, którym jest pacjent ( klient). Jest na to panaceum.
W zakładach podlegających pod NFZ, wszyscy pracownicy, na czele z lekarzami, będą podpisywać klauzulę o zakazie nieuczciwej konkurencji (zakazującej pracy w innych podmiotach medycznych) oraz obowiązku do stosowania się do obowiązujących przepisów prawa, pod rygorem pozbawienia wykonywania zawodu. Stosowanie się do tej klauzuli będzie można sprawdzać poprzez system recept elektronicznych. Konieczne będzie również stosowanie instytucji zakupu kontrolowanego.
Lekarze ginekolodzy, nie wykonujący prawa kobiety do aborcji, zostaną pozbawieni prawa wykonywania zawodu ginekologa. Oczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że lekarze będą uciekać za granicę. W rzeczywistości uciekać będą – przecież już uciekają – młodzi; starzy, z dorobkiem, pozostaną, bo nie będą chcieć zaczynać od zera.
Na bieżąco, kadrowe niedobory należy uzupełniać poprzez otwarcie się na lekarzy z innych krajów; jednocześnie na uczelniach medycznych należy wprowadzić system stypendiów fundowanych przez państwo. Otrzymaną pomoc młody lekarz musiałby odpracować w miejscu wskazanym przez NFZ, z gwarancją pracy i mieszkania służbowego. W ten sposób osiągnęlibyśmy jeszcze jeden cel: awans społeczny najbiedniejszych.
Na Lewicy jednym z częściej podnoszonych postulatów jest przywrócenie szkolnych poradni medycznych. Trzeba to zrobić. Jak ? Najprościej poprzez wykorzystanie istniejących instytucji – rozszerzenie o dodatkowy zakres działalności rozporządzenia MEN o publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych. W każdej publicznej szkole podstawowej i średniej powinna działać poradnia lekarska – stomatologiczna i internistyczna.
Poradnia ta powinna także prowadzić program szczepień ochronnych dzieci i młodzieży (z wprowadzaniem danych do rejestru NFZ, dostępnego przez internet) oraz inne programy profilaktyczne.
Szkoła publiczna musi być świecka!
Po PiS-owskiej reformie przywracającej 8-klasowe szkoły podstawowej, z reformami w sensie organizacyjnym trzeba się wstrzymać. Radykalnej reformy wymaga za to system finansowania szkolnictwa, w celu poprawy finansowania publicznych instytucji oświatowych. Obecnie państwowa subwencja oświatowa przysługuje wszystkim instytucjom oświatowym, zarówno publicznym jak i prywatnym. W sytuacji gdy budżet państwa jest ograniczony, prawo do państwowej subwencji powinno przysługiwać tylko publicznym instytucjom oświatowym. Przede wszystkim jednak, w pierwszej kolejności trzeba się skupić na reformie programu nauczania. Nowa Lewica powinna stać na stanowisku, że nauczanie prawd wiary, jest wewnętrzną sprawą Kościołów. Dlatego w pierwszym roku rządów koalicji „Lewica razem”, minister edukacji zarządzi, by we wszystkich szkołach publicznych, lekcje religii zostały ujęte w planie lekcji jako ostatnie. W tym czasie należałoby opracować podręczniki do dwóch nowych przedmiotów. W drugim roku religia zostanie zastąpiona przez przedmiot „Przegląd religii i innych światopoglądów”. „Wychowanie do życia w rodzinie” powinno zostać zastąpione przez przedmiot „Seksualizm człowieka i rodzina”. Obydwa nowe przedmioty nie mogły by być wykładane przez księży i katechetów..
Państwo świeckie, nie bezstronne!
Bo przecież tylko na gruncie państwa świeckiego, jest możliwe pokojowe współistnienie ludzi równych wyznań . Wg Biblii, rozumiał to chyba prorok Jezus Chrystus, który rzekomo miał powiedzieć: „Królestwo moje nie jest z tego świata” . Chrześcijanie z KR-K chyba sami w to nie wierzą, skoro usilnie próbują budować to królestwo tu i teraz. I zaprzęgają ogół społeczeństwa do budowy państwa wyznaniowego, stosując tyranię większości (bolszewizm). Wbrew wielu zapisom ratyfikowanego ponad 20 lat temu konkordatowi pomiędzy RP a Stolicą Apostolską. Wobec powyższego rząd koalicji „Lewica razem” najdalej w trzecim miesiącu po objęciu władzy ogłosi jednostronną interpretację zapisów konkordatu.
Rząd ogłosi, że: nauczanie religii jako przedmiotu zostanie ze szkół publicznych wycofane (na rzecz nauki o religiach); zlikwiduje etaty ordynariusza i kapelanów w wojsku i innych instytucjach publicznych; wszelkie instytucje i uroczystości państwowe mają mieć charakter świecki; kościelne podmioty gospodarcze zostaną poddane powszechnemu systemowi podatkowemu; zostanie przywrócony obowiązek zawierania związków małżeńskich w USC; dodatkowo państwo wesprze instytucjonalnie obywateli chcących wystąpić ze związku religijnego. W przypadku braku zgody ze strony KR-K, umowa międzynarodowa jaką jest konkordat, zostanie przez Rząd RP wypowiedziana. Oczywiście Kościół R-K będzie miał możliwość funkcjonowania, ale na takich samych zasadach jak inne związki wyznaniowe. Czy KR-K nie jest zbyt potężny, żeby go tak potraktować ? W „Przeglądzie” nr 4/2018 dr hab. Paweł Borecki w artykule pt. „Konkordat – niewielkie korzyści, duże koszty” stwierdza: „Historia uczy, że Kościół, a zwłaszcza papiestwo, liczy się tylko ze zdecydowanymi, silnymi partnerami”. Potwierdzeniem tej tezy jest chociażby casus abp Stanisława Wielgusa…
TAK dla dalszej integracji z UE!
Lewica polska będzie dążyć do dalszej integracji z Unią Europejską, która w nieodległym czasie powinna przekształcić się w państwo federalne, ale, w przeciwieństwie do USA, z jednolitym prawem, w każdej dziedzinie, we wszystkich krajach członkowskich. To jedyne rozwiązanie, które zapewni pokojowe współistnienie wszystkich narodów UE . Także narodowi polskiemu. Polska, dzięki wysiłkowi polskich komunistów i socjalistów, w wyniku II wojny światowej uzyskała nowe terytoria (na przestrzeni historii należące kiedyś do królów polskich) i granice na zachodzie i północy, które były bezpieczne, dopóki istniał ZSRR Dzisiaj takimi nie są.
Po upadku Układu Warszawskiego, politycy polscy postanowili szukać opieki w objęciach nowego wielkiego brata – USA. Ufność dzieci jest zrozumiała, ale dorosły polityk powinien zadać sobie pytanie: dlaczego USA miałyby faworyzować Polskę kosztem RFN ? Przecież żywioł niemiecki ma w Ameryce wpływy dużo większe niż polski. Bo z terytorium Polski jest łatwiej zaatakować Rosję ? Z krajów nadbałtyckich, a od kilku lat z Ukrainy, jest dużo łatwiej. Gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA są zatem iluzją. Tymczasem elity postSolidarności podnoszą obecnie roszczenia o reparacje wojenne – ale nie tylko w stosunku do Niemiec, co oczywiście rozbudza rewizjonizm części Niemców , ale także do Rosji (jako następcy prawnemu ZSRR)! W polityce zagranicznej,
Nowa Lewica polska powinna zająć następujące stanowisko: 1. Polska w stosunku do RFN nie zgłasza żadnych żądań finansowych z tytułu odszkodowań za straty poniesione podczas II wojny światowej; jako reparacje wojenne uznaje swoje terytoria zachodnie i północne, które przed wojną należały do III Rzeszy Niemieckiej. 2. Polska chce dalszej integracji UE i w związku z tym podejmie działania mające na celu przystąpienie do strefy euro. 3. Polska pragnie dobrych stosunków ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją, wobec czego opowiada się za zniesieniem sankcji gospodarczych przez UE w stosunku do Rosji; w polityce bilateralnej z tym partnerem podejmie kroki normalizujące stosunki i prowadzące do obustronnej owocnej współpracy. 4. Polska uznaje, że Ukraina jako suwerenne państwo ma prawo do samostanowienia; jednocześnie opowiada się za równouprawnieniem wszystkich narodów Ukrainy.
Rząd koalicji „Lewica razem” rozumie historyczne przyczyny banderyzmu: przyczyniły się do tego akty dyskryminacji społeczeństwa ukraińskiego w czasach I i II RP, dokonywane przez magnatów i ówczesne rządy polskie. Rodziny zamordowanych nie przebaczą; mogą to zrobić rządy suwerennych państw – Polski i Ukrainy. Generalnie: Polska pod rządami koalicji „Lewica razem” powinna się dystansować od USA – co jest niezbędną reakcją na politykę zagraniczną tego państwa, polegającą na „uruchamianiu” kolejnych konfliktów zbrojnych na świecie, w tym w sąsiedztwie i na terenie Europy – na rzecz dalszej integracji z UE oraz normalizacji stosunków z innymi krajami, w szczególności z Rosją.
Wojsko – koniec snów o potędze!
Lewacy w zasadzie są pacyfistami, ale warto przypomnieć, że w czasie rewolucji (rosyjskiej, hiszpańskiej) nawet anarchiści walczyli z bronią w ręku z siłami starego, prawicowego porządku. Prawda jest taka, że siły zbrojne ma każde państwo, także Polska, ale minęły już czasy kiedy Polska była militarną potęgą. Żeby nią być, trzeba mieć silną ekonomiczne, technologicznie i samodzielną gospodarkę. Polska takim krajem nie jest, dlatego trzeba mierzyć zamiary na siły i działać racjonalnie.
Wobec ograniczonego budżetu, powinniśmy przyjąć doktrynę obronną, polegającą na rezygnacji z rozwijania sił zbrojnych o charakterze zaczepnym, a rozwijaniu systemów obronnych. W trybie pilnym, powinniśmy zrezygnować z zakupu i utrzymywania wszelkiego rodzaju okrętów oceanicznych oraz podwodnych. Bałtyk jest na takie za mały, a w imperialnych podbojach uczestniczyć nie chcemy. Główną obroną powinny byś wojska rakietowe, ale zaprzestańmy kupowania uzbrojenia bez przekazywania technologii, co umożliwi produkcję uzbrojenia na własnym terytorium.
Bo chodzi też o rozwój własnego przemysłu obronnego, co pozwoli na utrzymanie miejsc pracy. W tej dziedzinie powinniśmy współpracować przede wszystkim z państwami UE. Wydatki zbrojeniowe budżetu państwa powinny być na poziomie pozwalającym na samodzielną obronę w przypadku hipotetycznego ataku ze strony Ukrainy. Bo Ukrainę można kochać, ale trzeba pamiętać, że jest to młode państwo z buzującym nacjonalizmem… Jeśli chodzi o WOT – Wojska Obrony Terytorialnej, rząd „Lewicy razem” powinien je przekształcić w JOT – Jednostki Ochrony Terytorialnej, które powinny być oparte o OSP – jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, a celem tych jednostek powinno być ratownictwo ludności w czasie pożarów, powodzi i innych kataklizmów ale także wojny.
Część środków przeznaczanych obecnie na zbrojenia, należałoby przeznaczyć na program budowy/modernizacji cywilnej infrastruktury antykatastroficznej i antywojennej: awaryjne ujęcia wody, awaryjne zasilanie w energię elektryczną gminnych wodociągów i kanalizacji sanitarnej, modernizację krajowego systemu elektroenergetycznego w kierunku umożliwiającym pracę wyspową w oparciu o lokalne siłownie. Bo trzeba pamiętać, że w przypadku wojny, KSE zostanie zniszczony, i to na kilka lat (przykładem Jugosławia zaatakowana przez USA).
Gospodarka – działajmy racjonalnie!
Krajowy system energetyczny (KSE) przez najbliższe 20 lat powinien nadal być oparty o węgiel, bo w gospodarce trzeba postępować racjonalnie. W ostatniej dekadzie sporo zainwestowaliśmy w budowę nowych i modernizację starszych bloków energetycznych, należy pozwolić na ich amortyzację i akumulację. Jednocześnie trzeba rozwijać budowę odnawialnych źródeł energii. Miejmy jednak świadomość że są to źródła niestabilne ! Jeśli chodzi o siłownie wiatrowe to tak, jak byśmy transport morski ponownie oparli o żaglowce!
Tak dla żaglowców jak i dla KSE, w którym gros energii elektrycznej pochodziłoby z siłowni wiatrowych, największym niebezpieczeństwem jest… cisza, flauta, brak wiatru, albo przeciwnie – sztormowa pogoda, zbyt silny wiatr. W takich warunkach wiatraki przestają pracować i następuje blackout, ogólnokrajowa awaria zasilania w energię elektryczną, rozpad KSE, z którego bardzo ciężko się podnieść. Z kolei jeśli chodzi o fotowoltaikę to jest dobra wiosną i latem, gdy jest dużo słońca.
Kilka dni pochmurnej pogody, w szczególności jesienią i zimą, powoduje, że urządzenia zasilane z tego źródła przestają działać. Wtedy, gdy są najbardziej potrzebne! Z kolei magazynowanie energii wcale nie jest takie ekologiczne, bo wiąże się z koniecznością utylizacji zużytych akumulatorów. Warto w tym miejscu zauważyć znaczenie programów antysmogowych, bo dla paneli fotowoltaicznych chmury naturalne mają takie same znaczenie jak sztuczne… Potrzebny jest zatem państwowy program budowy regionalnych i gminnych elektrociepłowni, opalanych paliwem: 1. biomasą (w postaci biogazu uzyskiwanego ze ścieków komunalnych, lub brykietów uzyskiwanych z rolnictwa); 2. odpadami komunalnymi (śmieciami – takie elektrociepłownie już działają, np. PGE w Rzeszowie). 3. Elektrownie wodne, w tym szczytowo-pompowe.
To są wielkie pokłady energii, które w Polsce wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Przy czym należy przyjąć zasadę, że nie skazujemy istniejących elektrowni na „wygaszanie”, lecz je modernizujemy – ze względu na istniejący układ sieci wysokich napięć, w celu stabilizacji KSE. Oprócz wymienionych, należy wykorzystywać inne źródła energii, zapewniające niezależność od warunków pogodowych. Przy czym nie mam na myśli energii atomowej – awarie elektrowni w Czarnobylu i w Fukushimie powinny nas czegoś nauczyć – lecz energii z wodorowych ogniw paliwowych. Takie elektrownie już pracują w Europie: w Austrii, Włoszech, Niderlandach.
Po zmianie ustroju, w wyniku stosowania programu Balcerowicza, polska gospodarka została poddana prywatyzacji, co często miało charakter „wrogiego przejęcia”, Tak było z cukrownictwem, hutnictwem, przemysłem energetycznym – wiele przedsiębiorstw zostało sprzedanych za psie grosze. Nadal wiele jest zagrożonych, głównie z powodu wejścia tych firm na giełdę papierów wartościowych i otwarcie się na kapitał zewnętrzny, który często ma charakter spekulacyjny.
Rząd koalicji „Lewica razem” powinien zatem zadbać o te resztki majątku po PRL, poprzez wycofanie w GPW akcji spółek akcyjnych z większościowym udziałem SP, mających strategiczne znaczenie dla państwa. Pozostanie na GPW grozi drastycznym spadkiem wartości rynkowej. Przykładem jest firma, której pracownikiem jest autor tego artykułu:10 lat temu po wprowadzeniu akcji na giełdę ich cena wynosiła 26 zł, obecnie wynosi ok. 3 zł. Choć przez ten czas wzrosła wartość tak majątku produkcyjnego jak również sprzedaż…
Gospodarka państwa w dużym stopniu zależy od systemu podatkowego. W Polsce jest on nieefektywny i niesprawiedliwy. O VAT nawet obecny rząd twierdzi, że był słabo ściągalny, bo przedsiębiorcy oszukują. Podobnie jest z podatkiem CIT. Cytat ze strony „biznes-firma.pl”: „Szacuje się, że obecnie średnie obciążenie firm podatkiem CIT wynosi 0,44 proc. obrotu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla przy tym, że nawet 2/3 firm unika płatności podatku dochodowego, nie wykazując dochodu, a stratę z działalności. (…)
Można by zastąpić podatek dochodowy od osób prawnych podatkiem obrotowym, który miałby charakter powszechny i jednolitą stawkę. Łatwo byłoby go obliczyć, ale i zoptymalizować. Eksperci ZPP szacują, że wprowadzenie 1 procentowego podatku od przychodów, czyli podatku obrotowego, dałoby powyżej 30 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa”. Nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o podatek PIT, to, śladem najbardziej rozwiniętych krajów UE, trzeba wprowadzi więcej stawek i progów podatkowych: postuluję wprowadzenie skali pięciostopniowej: 2, 10, 18, 32 i 42 %. Jak łatwo zauważyć, nie ma stawki zerowej, czyli zwolnienia z podatku; zamiast tego trzeba przywrócić pojęcie kosztów uzyskania przychodów. Stawka 2% miałaby ważne znaczenie społeczne, bo przywróciłaby osobom objętym tym podatkiem godność obywatelską.
Demokracja dla wszystkich!
Istnieje wiele wariantów demokracji. Obecnie, w Polsce, żyjemy w demokracji bolszewickiej, mamy do czynienia z tyranią większości. Ale większości nie rzeczywistej, ale wynikającej z zastosowania w wyborach parlamentarnych metody D’Hondta, która, choć formalnie nadal proporcjonalna (są inne opinie do których się przychylam) , jak chce Konstytucja, to jednak faworyzuje duże ugrupowania. A dochodzą jeszcze JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, gdzie obowiązuje zasada, że jeden bierze wszystko, a reszta, często blisko 50-procentowa, nie ma nic.
Taka ordynacja obowiązywała dotąd przy wyborze prezydenta kraju, senatorów, prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz radnych w większych miastach. Jeśli chodzi o JOW-y, to przede wszystkim taki system nie jest racjonalny: śmierć, ujawnione przestępstwo powodują, że osoba wybrana na daną funkcję – nie pełni jej, albo tymczasowo zastępuje ją osoba nie wybrana lecz mianowana, np. zastępca burmistrza albo komisarz; zachodzi konieczność organizowania wyborów uzupełniających. W wyborach do Sejmu w 2015 r. , na listę partii PiS oddano 37,58% ważnie oddanych głosów, ale dzięki ordynacji wyb. z metodą D’Hondta, ugrupowanie to mogło rządzić samodzielnie! To nie jest sprawiedliwe! To nie jest demokracja! Jeśli chodzi o ordynację wyborczą to opowiadam się za powrotem do źródeł; zarówno II jak i III RP. Należy wprowadzić ordynację wyborczą, która spowoduje, że każdy wyborca zyskuje reprezentację w organie przedstawicielskim. Ten cel zapewni ordynacja proporcjonalna, oparta o wielomandatowe okręgi wyborcze, ze zwykłą metodą liczenia, uzupełniona o listę krajową.
Wyjaśniam: 1 mandat na Sejm to 0,217391 % głosów (100 / 460 mandatów), zatem każde ugrupowanie, którą poprze taki odsetek wyborców, powinno mieć posła w Sejmie! W 2015 roku uprawnionych do głosowania było 30 534 948 obywateli / 460 mandatów = 66 380,32 głosów; głosów ważnych było: 15 200 671 / 460 = 33 044,94 głosów. Ugrupowanie na liście krajowej, które uzyskałoby tyle głosów, otrzymałoby 1 mandat. Analogiczna ordynację należałoby stosować w wyborach do rad gminnych, miejskich, powiatowych oraz sejmików wojewódzkich.
Trzeba też powrócić do źródeł w kwestii wyboru władz wykonawczych samorządów terytorialnych. W latach 90-tych burmistrzów i prezydentów nie wybierano w wyborach bezpośrednich. Rada wybierała Zarząd z wójtem, burmistrzem, prezydentem na czele. Czas na ostatni postulat w kwestii samorządów: trzeba ujednolicić nazwy funkcji szefów samorządowych władz wykonawczych – proponuję: wójt, burmistrz (zamiast prezydenta), wojewoda (zamiast marszałka sejmiku wojewódzkiego). Zamiast wojewody, przedstawiciel rządowy mógłby się nazywać: inspektor rządu RP w województwie.
Prezydent może być tylko jeden – prezydent RP. Jednakże opowiadam się za tym, by Prezydent był wybierany nie w wyborach bezpośrednich, ale przez Zgromadzenie Narodowe. Rzeczywistą władzę wykonawczą powinna pełnić Rada Ministrów.
Czas na nową Konstytucję, czas na V RP!
Zacznijmy od rozszyfrowania inicjałów: RP. Postuluję, by nasze państwo nazywało się: Republika Polska. Nie Rzeczpospolita, czyli wspólna, należąca do ogółu – bo taka była tylko za czasów Polski Ludowej. Za czasów II i I należała do magnatów i szlachty; III i IV należała do elit postSolidardości i kapitalistów. Trzeba zacząć od naprawy państwa. Kwestia Trybunału Konstytucyjnego pod względem prawnym jest tak zapętlona, że trzeba ciąć mieczem: w nowej konstytucji nazwa TK zniknie, a jego funkcje zostaną przesunięte do Sądu Najwyższego. Nowa konstytucja jednoznacznie zdefiniuje, że Polska jest państwem świeckim. Obecny art. 13 odróżni faszyzm od komunizmu. Społeczne protesty wskazują, że trzeba w Konstytucji dodać artykuł dający prawo kobietom do aborcji, a także art. o związkach partnerskich. Trzeba dodać art. w którym Senat zostanie zdefiniowany jako izba samorządowa, wybierana nie w wyborach bezpośrednich, lecz w systemie przedstawicielskim, np. przedstawicieli województw będą wybierały sejmiki wojewódzkie. Konstytucja powinna także odnosić się do UE, w tym do unii walutowej.
Wniosek z tego jest taki, że bez zmiany konstytucji się nie obejdzie.


W mojej ocenie obecnie Lewica nie odróżnia się od establiszmentu. Najwyższy czas by nowa Lewica miała własną narrację – zdecydowanie zrywającą z obowiązującą poprawnością polityczną.

500 plus zmniejsza liczbę urodzin

Możnaby powiedzieć, że sztandarowy projekt PiS poniósł spektakularną klęskę. Ale jednak zapewnił tej partii sporo głosów wyborczych. A przecież tylko w tym celu powstał.
Działania – a raczej zaniechania – rządu Prawa i Sprawiedliwości sprawiły, że w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci. Jak wiadomo, rząd PiS stworzył program Rodzina 500 plus, by zwiększyć liczbę narodzin. W 2016 r. tłumaczyła to dokładnie premier Beata Szydło. Chodziło o zachętę finansową, żeby Polacy decydowali się na posiadanie liczniejszego potomstwa.
Niestety, program Rodzina 500 plus okazał się całkowicie nieskuteczny – a nawet przeciw skuteczny. Liczba urodzin zaczęła bowiem spadać. Takiego scenariusza spodziewali się zresztą specjaliści, których oczywiście nie słuchano.
Rząd PiS długo udawał, że program Rodzina 500 plus funkcjonuje zgodnie z oczekiwaniami i przynosi spodziewane efekty. Danych statystycznych nie dało się jednak ukrywać. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. urodziło się 402 tys. dzieci, w 2018 r. tylko 388 tys., a w ubiegłym jedynie 375 tys.
Oczywiście oficjalne prognozy rządu PiS zapowiadały dokładnie coś innego: stały wzrost liczby urodzin w tych trzech latach. Tak się nie stało, choć do tej pory na program Rodzina 500 plus wydano około 115 miliardów złotych.
Rząd PiS ma dwie fundamentalne zasady, przestrzegane z żelazną konsekwencją: nigdy nie przyznawać się do błędu i zawsze zrzucać winę na innych.
Dlatego i w przypadku 500 plus rząd, licząc na krótką pamięć Polaków, prezentuje dziś stanowisko, iż oczekiwanym skutkiem wprowadzenia świadczenia z programu 500 plus nie był regularny wzrost liczby urodzeń. „Urodzenia nie wzrosły i nie wzrosną” – dodała szczerze wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Barbara Socha.
Pytanie więc, co było i jest celem tego programu, skoro inflacja, idąca szybko w górę pod rządami PiS (do zwiększenia której przyczynia się 500 plus), sprawia, że pieniądze otrzymywane na dziecko mają coraz mniejszą siłę nabywczą?
Odpowiedź jest oczywista i jasna: celem było i pozostaje kupowanie głosów wyborców za pieniądze podatników. Jednak za te głosy PiS płaci coraz marniej.

Wskazówki na Piątą

Po politycznym, gorącym „trójskoku wyborczym” w latach 2019-2020, miały przyjść trzy lata politycznej stabilizacji. Rządów stabilnej prawicowej koalicji aż do 2023 roku. Kolejnych wyborów parlamentarnych.

Ale raz jeszcze okazało się, że spokój w czasach rządów PiS to oksymoron. Zapowiadana, szybka „rekonstrukcja” rządu przeciągała się tygodniami i nadal nie zakończyła się.
Podobnie wprowadzenie pana prezesa Kaczyńskiego do rządu nie daje gwarancji wyeliminowania stłumionych sporów między koalicjantami. Stan napięcia między nimi łagodził dodatkowo pan prezydent Duda. Swą nieobecnością w życiu politycznym.
Pod Jego obronę
Po zwycięskich wyborach pan prezydent ostentacyjnie okazywał swe przemęczenie intensywną kampanią i zniechęcenie do zajmowania się czymkolwiek. Zwlekał nawet ze znalezieniem czasu na zaprzysiężenie nowych ministrów. Opierał się przed naporem niespodziewanych hołdów i propozycji składanych mu przez skonfliktowanych z panem prezesem prawicowych polityków. Nieskutecznie, jak zwykle.
Po jesiennych przetasowaniach kadrowych jego Kancelaria zaczyna przypominać polityczny Salon Odrzuconych. Kieruje nią nadal pan minister Krzysztof Szczerski, który od trzech lat zapowiada wszem i wobec swe odejście stamtąd. Ale nadal nie może znaleźć godnej sobie posady.
Pozostał w Kancelarii na stanowisku jej wiceszefa pan minister Paweł Mucha. Choć wielu obserwatorów polskiej sceny politycznej przewidywało jego wylot.
Do pracy w Kancelarii przyszli były wojewoda Piotr Ćwik, były poseł PiS Łukasz Rzepecki, były doradca Marcin Mastalerek.
Wszyscy jeszcze niedawno byli uważani za młodość i przyszłość polskiej prawicy. Wszyscy jednak skonfliktowali się z panem prezesem Kaczyńskim i jego ekipą. Taki skład Kancelarii sprawić może, że powracający z wakacji pan prezydent szybko popadnie w niespodziewany konflikt z Nowogrodzką. Zwłaszcza, że wokół Dużego Pałacu krąży już były minister rolnictwa Jan Ardanowski. Wyrastający na lidera „oszukanych przez PiS” hodowców bydła, drobiu i futerkowców. Zresztą pan prezydent już niedwuznacznie zasugerował, że nie da skrzywdzić „polskiej wsi”. Bo nie podpisze bezkrytycznie tym razem podsuniętej mu w tym kształcie ustawy o ochronie zwierząt.
Zawetuje ją, albo, co bardziej prawdopodobne jest, odeśle niepopularną wśród hodowców ustawę do Trybunału konstytucyjnego. Tam nawet pro Kaczyńska większość będzie miała kłopoty z uzasadnieniem jej zapisów. Bo oprócz dyskusyjnych zapisów jest ona kolejnym przykładem PiS-owskiego bubla prawnego. I tak niewiele robiąc stał się pan prezydent „ostatnią nadzieją uboju rytualnego” w Polsce.
Lewica w pułapce
Uroczyste zakończenie okresu narzeczeństwa ogłosili liderzy SLD i Wiosny. Zaślubiny wyznaczono na dwudziestego pierwszego listopada. Czy uda się je wtedy uroczyście, czyli kongresowo skonsumować? Los lewicowego wesela jest w rękach koronowirusa. Uaktywniającego się właśnie.
Nowy związek partnerski ma zwać się Nową Lewicą. Co już wzbudziło wiele krytyk ze strony środowisk zwanych „patriotami SLD”. Mniej głośni są za to „patrioci Wiosny”. Ich widać mariaż z SLD bardziej rajcuje.
Rok temu polska lewica powróciła do parlamentu. Bo dostała od Wyborców premię za zjednoczenie. Poparcie i kredyt na cztery lata. Rok mija i kończy się okres ochronny dla zjednoczonej lewicy. Pojawiają się już pierwsze podsumowania jej dotychczasowej pracy parlamentarnej. Pierwsze krytyczne opinie.
Michał Syska, znany lewicowy publicysta i szef Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda Lassalle’a, uważa, że odnowiona „Lewica nie ma własnej narracji, a nawet gdyby ją skonstruowała, nie ma narzędzi do jej upowszechniania”.
Bo choć „Jej przedstawiciele na niezliczonych konferencjach prasowych, briefingacg czy konwencjach przedstawiają konkretne (i słuszne najczęściej) postulaty bądź pomysły na rozwiązywanie ważnych problemów” to jednak one „nie wywołują emocji społecznych”. Bo „nie wpisują się one w żadną spójną narrację o świecie, w której wyborcy mogliby ujrzeć swoją historię, swoje lęki, aspiracje i potrzeby. I emocje”.
I w zamieszczonej w tygodniku „Przegląd” analizie zauważa, że „Po lewej stronie brakuje zrozumienia, że klub parlamentarny to tylko jedno z narzędzi politycznych, a formacja, która nie jest opleciona siecią think tanków i mediów, skazana jest na pośledniość i tymczasowość”. W efekcie parlamentarzyści Lewicy postrzegani są jak radykalni aktywistki i aktywiści, a nie poważni politycy decydujący o losach kraju.
Takiemu postrzeganiu sprzyja reaktywna działalność parlamentarzystek i parlamentarzystów Kluby Lewicy. Reagowanie na podsuwane i wrzucane im przez polityków prawicy niespodziewanych tematów do publicznych debat. Zauważa to inny, znany lewicowy publicysta Jakub Dymek w zamieszczonym, również w „Przeglądzie”, artykule „Lewica w pułapce wojen kulturowych”. Rzeczywiście raz po raz „lewica podąża za słusznym etycznie instynktem i działa w zgodzie z wyznawanymi przez siebie wartościami”. I dziarsko staje do kolejnych wojen kulturowych z PiS. Niestety dzieje się to na polu walki wyznaczonym przez PiS i na narzuconych przez prawice warunkach. Czyli na z góry słabszej pozycji.
To wcale nie znaczy, że Lewica zaniedbuje inną problematykę. Jakub Dymek rzetelnie pokazuje całą paletę lewicowych aktywności i poruszanych tematów. Ale skoro Lewica nie ma swoich mediów ani popularnych ośrodków myśli społecznej i nie ma wizji swojej Polski, lewicowej, sprawiedliwej społecznie i demokratycznej, to łatwo jej przyprawiać propagandowe gęby przez prawicowe media. Redukować ją do karykaturalnych wielkomiejskich kulturowo lewicowych paniczyków i wegańskich kocich mamek.
Od kilku lat publicyści związani z „Trybuną” publikują na naszych łamach kolejne artykuły projektujące „V Rzeczpospolitą”. O jej potrzebie pisałem siedem lat temu na łamach portalu „Lewica24.pl”. Wtedy słyszałem pouczenia lewicowych polityków, że lewicowi wyborcy nie potrzebują nowej Polski. Bo do wygrania wyborów wystarczy pięć lub siedem chwytnych punktów programu wyborczego.
Dzisiaj wszyscy inteligenci lewicowcy już wiedzą, że bez kulturowej hegemonii lewica skazana jest na rolę marginesowej opozycji.
Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej.
Zapraszamy do dyskusji na łamach „Trybuny”.

Dążenie do zapewnienia szczęścia narodowi chińskiemu i rozwoju całej ludzkości

„Komunistyczna Partia Chin (KPCh) – powiedział Sekretarz Generalny Xi Jinping – działa zarówno na rzecz zapewnienia dobrostanu narodowi chińskiemu jak i rozwoju całej ludzkości”.

Obecnie na świecie zachodzą największe od 100 lat zmiany. Pośród szerzącej się na całym świecie się epidemii Covid-19 niektóre państwa uciekają się do unilateralizmu, protekcjonizmu, zastraszania i politycznej kampanii oszczerstw. Na całym świecie słabnie poziom zarządzania, zaufania, pokoju i rozwoju skutkując wzrostem niepewności i czynników destabilizujących. Jednak nie możemy zapomnieć, że hasłem przewodnim naszych czasów pozostaje niezmiennie pokój i rozwój oraz wzajemny szacunek i korzystna współpraca.
KPCh nie tylko dąży w swych działaniach do przewodzenia swemu narodowi w kwestiach dla niego ważnych. Mając na celu utrzymanie pokoju na świecie i dalszy wspólny rozwój dąży do budowania światowej wspólnoty złączonej wspólną przyszłością. KPCh zrywa także z postawą zimnowojenną, sprzeciwia się prowadzeniu polityki siły wnosząc rozwagę i stabilność w tak istotną kwestię pokojowego rozwoju i postępu ludzkości.
Człowiek i życie – wartości nadrzędne dla KPCh
Sekretarz Generalny Xi Jinping podkreśla, że punktem wyjścia i zobowiązaniem Partii jest działanie dla dobra ludzi, bycie blisko nich w kwestiach zarówno tych dobrych jak i trudnych. Komunistyczna Partia Chin przez ponad 70 lat od ustanowienia ChRL, prowadzi Chińczyków ku bezprecedensowemu w skali świata wzrostowi ekonomicznemu i stabilności społecznej, niosąc im stale rosnące poczucie spełnienia, szczęścia i bezpieczeństwa. Bieżący, 2020 rok jest dla Chin historyczną datą – to rok, w którym ostatecznie wyeliminowany zostanie problem skrajnej biedy prześladujący je od kilku tysięcy lat. To moment przełomowy, chwila, w której dzięki silnemu przewodnictwu Komitetu Centralnego KPCh wraz z Sekretarzem Xi Jinpingiem na czele Chiny osiągną poziom społeczeństwa umiarkowanego dobrobytu. Sukces Chin w eliminacji ubóstwa został przez przywódców partii politycznych całego świata okrzyknięty „cudem historii rozwoju ludzkości”.
Odpowiedź KPCh na zagrożenie wywołane wybuchem epidemii COVID-19 jest znakomitym przykładem tego, co rozumie ona pod hasłem służby ludziom i stawiania ich dobra na pierwszym miejscu. Prawdziwy charakter partii i siły politycznej najłatwiej ujrzeć przyglądając się kwestiom dla niej priorytetowym w czasach kryzysu. W obliczu tej niespodziewanie wybuchłej epidemii, Sekretarz Generalny Xi Jinping osobiście planował działania i nimi kierował, a KPCh – zgodnie z przyświecającą jej ideą widzenia w ludziach i ich życiu wartości nadrzędnej – stawiała na pierwszym miejscu bezpieczeństwo i zdrowie ludzi oraz robiła wszystko, by zapewnić dostęp do leczenia wszystkim chorym. W tym celu zmobilizowane zostały wszelkie możliwe zasoby. Na pierwszej linii działało ponad 39 mln członków partii – 56.1% spośród ponad 40 tys. pracowników medycznych, którzy zostali wysłani do Hubei by pomóc w walce z epidemią, by chronić zdrowie i bezpieczeństwo ludzi, to członkowie partii. Niemal 400 z nich straciło życie. Wielu przywódców partii politycznych z całego świata wyraziło opinię, że działania prowadzone pod przewodnictwem KPCh były pokazem jej głębokiej troski o naród i humanitaryzmu.
Historia niejednokrotnie dowiodła, że KPCh jest blisko swego narodu, dzieli jego trudy życia i dnia codziennego. Najlepiej ocenić ją mogą sami Chińczycy, 95% których – według ostatniego badania opublikowanego przez znaną amerykańską firmę – ufa chińskiemu rządowi, co plasuje Chiny na pierwszym miejscu wśród badanych krajów. KPCh i naród chiński są nierozerwalnie ze sobą związani, a każda próba zdyskredytowania i podżegania jest skazana na niepowodzenie. Stawianie ludzi na pierwszym miejscu i działanie na nich ukierunkowane zawsze było, jest i będzie cechą wyróżniającą KPCh.
KPCh – strażnik długotrwałego pokoju i bezpieczeństwa
Słusznie powiedział Sekretarz Generalny Xi Jinping – my, chińscy komuniści zdajemy sobie sprawę z wartości pokoju i stąd nasza determinacja do jego utrzymania. W DNA chińskiej cywilizacji zapisany jest gen pokoju, z którym narodziła się także KPCh – to on właśnie zadecydował o prowadzeniu narodu chińskiego drogą pokojowego rozwoju wpisanego w Konstytucję Partii i Konstytucję ChRL. KPCh dąży do wspólnego z partiami politycznymi różnych krajów wyjaśniania sporów w drodze dialogu i rozwiązywania różnic w drodze konsultacji, poszukiwania szans na polityczne rozwiązanie pilnych kwestii międzynarodowych i regionalnych oraz reagowania na globalne wyzwania, takie jak terroryzm, zdrowie publiczne czy zmiana klimatu. Wiele partii politycznych i ich przywódców zwraca uwagę na fakt, iż KPCh, która przez ponad 70 lat rządów nigdy nie stanęła w roli agresora, jest ważną siłą dla utrzymania pokoju na świecie.
Świat przechodzi dziś głębokie i złożone zmiany. Wciąż obecne są ekstremizm, terroryzm i separatyzm. W coraz większym stopniu przeplatają się tradycyjne i asymetryczne zagrożenia bezpieczeństwa. Wszystko to rodzi coraz bardziej skomplikowane i coraz poważniejsze wyzwania dla światowego pokoju. KPCh będzie podążać drogą pokojowego rozwoju wytyczając nowy szlak w relacjach międzynarodowych, którym dialog stoi ponad konfrontacją i partnerstwo nad paktem. Nie będzie dążyć do hegemonii, czy rozszerzać agresywnie swojej strefy wpływów. Jednocześnie KPCh będzie zawsze stanowczo broniła niepodległości, suwerenności, bezpieczeństwa i godności swego kraju i nigdy nie ulegnie żadnej zewnętrznej presji.
KPCh dokłada ogromnych starań do wspólnej wraz z partiami politycznymi całego świata pracy na rzecz utrzymania regionalnego i światowego pokoju. Dzięki pogłębieniu wzajemnego zaufania dotyczącego kwestii bezpieczeństwa, nawiązaniu bliskiej komunikacji i współpracy z partiami politycznymi krajów sąsiadujących osiągnęła sukces w ustabilizowaniu sytuacji na Morzu Południowochińskim. Doczekało się to pozytywnych reakcji ze strony środowiska międzynarodowego. Ponad 240 partii i organizacji politycznych oraz 280 znanych think-thanków i organizacji pozarządowych z ponad 120 krajów poparło stanowisko Chin w tej kwestii. Pomimo ponawianych przez państwa trzecie prób wywołania napięć, kraje regionu zachowały jasne spojrzenie na tę sytuację i spokój w działaniu. Wiele partii politycznych regionu i ich przywódcy przekazali Chinom informację, że nie pozwolą, by działania pewnych krajów nastawione na wywołanie napięć na Morzu Południowochińskim ich zmyliły – wiadomo wszak, iż prowokator odejdzie nie narażając się na problemy, które pozostawi państwom regionu i ich narodom i to one właśnie w ostatecznym rozrachunku ucierpią. Komunistyczna Partia Chin będzie, jak zawsze, działać we współpracy z partiami politycznymi krajów sąsiednich, szukać dróg przyjaznego współistnienia i wspólnego rozwoju oraz wspólnie utrzymywać pokój, stabilność, dobrobyt i rozwój w regionie.
KPCh – obrońca uczciwości i sprawiedliwości
„Uczciwość i sprawiedliwość w stosunkach międzynarodowych, to wzniosły cel ludzi z wszystkich krajów świata” – powiedział Sekretarz Generalny Xi Jinping. We współczesnym świecie osiągnięcie tego celu jest jednak jeszcze daleko. Partie polityczne powinny wykazywać się odpowiedzialnością, stać na straży uczciwości, sprawiedliwości i multilateralizmu, budowy otwartej gospodarki światowej, wspólnie kierować porządek międzynarodowy ku sprawiedliwości i rozsądkowi. Podczas gdy pewne kraje zajmowały się zrzucaniem winy na świat zewnętrzny i wymachiwaniem bacikiem sankcji i presji, partie polityczne wielu krajów wysoko oceniły działania KPCh na rzecz międzynarodowej współpracy przeciwko COVID-19 i udzieloną przez Chiny światu pomoc w walce z epidemią. Ponad 240 partii politycznych i organizacji międzynarodowych z ponad 110 krajów wraz z KPCh wyraziło zdecydowany sprzeciw wobec upolityczniania kwestii zdrowia publicznego – to szeroki polityczny konsensus wzmocnienia międzynarodowej współpracy w walce z epidemią i budowania globalnej wspólnoty zdrowia publicznego.
Chińczycy wysoko cenią prawość i cnotę – tak też i KPCh w kontaktach międzynarodowych trzyma się tradycyjnego spojrzenia na opozycję cnoty i zysku. „Prawych nie spaczy władza, nie szukają oni własnego zysku” (Xunzi). Taką wzięliśmy na siebie odpowiedzialność. Poparcie i uznanie zyskały promowane przez naszą partię równość wszystkich krajów – bez względu na ich wielkość, jej przeciwstawianie się wszelkim formom hegemonii i nacisku, obrona multilateralizmu i dążenie do wielobiegunowości. Dzięki swojej szczerości w relacjach międzynarodowych nasza partia zyskała wielu prawdziwych przyjaciół. W szczycie epidemii COVID-19 pomocną dłoń wyciągnęły do Chin partie polityczne i reprezentanci wszystkich kręgów z całego świata. KPCh ze swojej strony – mimo wciąż trudnej sytuacji w kraju – przekazała pomoc ponad 200 partiom politycznym i organizacjom. Był to wspaniały przykład współpracy światowych partii politycznych i wspólnego pokonywania przez nie trudności dzięki współpracy i solidarności. Zobowiązania muszą zostać wypełnione, to zasada, której KPCh pozostaje wierna w relacjach międzynarodowych oraz cecha charakterystyczną dyplomacji „o chińskiej charakterystyce”. Wielu przywódców partii politycznych z krajów rozwijających się wskazuje, iż pomoc obiecana przez niektóre kraje jest czysto deklaratywna, lub obwarowana ciężkimi warunkami politycznymi. KPCh natomiast działa inaczej – poważnie traktuje swoje słowa dotyczące pomocy krajom rozwijającym się.
KPCh – orędownik wzajemnych korzyści i wspólnego rozwoju
Jak podkreślił sekretarz generalny Xi Jinping, dzisiejsze Chiny są dziełem nieustających wysiłków Chińczyków. KPCh zjednoczyła cały naród w tym niezwykłym dziele opierając się na tradycji samodzielności i ciężkiej pracy, odpowiedzialności za swoją pracę, „przekraczania rzeki idąc po kamieniach”. Jednocześnie dzięki koordynacji rozwoju wewnętrznego z otwarciem na świat, nasza partia połączyła rozwój Chin i świata, dobro narodu chińskiego i innych narodów, wnosząc istotny wkład w rozwój światowej gospodarki. Wśród partii politycznych świata zdecydowanie przeważa przekonanie, że KPCh działa nie tylko na rzecz Chińczyków, ale i ludzi na całym świecie. Reformy i otwarcie Chin na świat, które zmieniły ich los, przyspieszyły rozwój regionu, a nawet świata i będą w dalszym ciągu źródłem korzyści dla całej ludzkości.
KPCh, dzięki swojemu zaangażowaniu w strategię współpracy korzystnej dla wszystkich stron, aktywnie działa na rzecz otwartej gospodarki światowej. Mając na uwadze niezrównoważony rozwój, który stanowi największą nierównowagę we współczesnym świecie, KPCh zapoczątkowała Inicjatywę Pas i Szlak (BRI) opartą o szerokie konsultacje, wspólny wkład i wspólne korzyści, zapewniając wszystkim krajom ważną platformę dla do osiągnięcia wzajemnych korzyści i wspólnego rozwoju. Dzięki wspólnemu działaniu wszystkich stron Pas i Szlak staje się drogą współpracy w stawianiu czoła wyzwaniom, drogą wspólnej ochrony zdrowia i bezpieczeństwa ludzi, drogą ku ożywieniu gospodarczemu i drogą potencjału rozwojowego. W wielu krajach zarówno przywódcy polityczni jak i opinia publiczna pozytywinie wyrażają się o BRI. Wszyscy oni podzielają pogląd, że BRI nie jest bynajmniej „strefą wpływów” lub „dyplomacją pułapki zadłużenia”, jak to jest przedstawiane przez niektórych polityków, ale przejrzystą, ważną inicjatywą, która prowadzi wszystkie kraje do dobrobytu i otwiera nowe możliwości dla wspólnego dobra całej ludzkości, zasługując na miano „największej inicjatywy rozwojowej XXI wieku”.
Promując rozwój lepiej jest nauczyć ludzi łowić niż dać im rybę. KPCh przywiązuje wielką wagę do zgłębiania praw rządzących ewolucją ludzkiego społeczeństwa na bazie własnych doświadczeń i dzieli się nimi z innymi krajami. Pragnąc dzielić się doświadczeniami, które zdobyła jako partia rządząca z innymi partiami politycznymi świata, KPCh poczynając od XVIII Zjazdu, zaprosiła dziesiątki tysięcy przedstawicieli zagranicznych partii politycznych do odwiedzenia Chin i przeprowadziła dyskusje i wymiany w różnych formatach ze światowymi partiami politycznymi. Podjęto dyskusję na temat tworzenia partii na poziomie społeczności, przeciwdziałania korupcji, eliminacji ubóstwa, ochrony środowiska, rozwoju gospodarczego i poprawy warunków życia ludzi. Wielu liderów zagranicznych partii politycznych stwierdziło, że KPCh dzieli się ze światem nie tylko przychodami ze wzrostu gospodarczego, ale także swymi pomysłami i koncepcjami, zapewniając krajom, zwłaszcza krajom rozwijającym się, ważne punkty odniesienia podczas poszukiwania ścieżek rozwoju, które odpowiadają ich uwarunkowaniom wewnętrznym.
KPCh – czempion otwartości, inkluzyjności i wzajemnej nauki między kulturami
Sekretarz Generalny Xi Jinping podkreśla, że nie ma dwóch takich samych systemów politycznych i nie można ich oceniać na podstawie abstrakcyjnych terminów bez wzięcia pod uwagę kontekstu społecznego i politycznego, historii i tradycji danego kraju. Nadanie KPCh roli przewodniej i przyjęcie systemu socjalistycznego z chińską specyfiką to wybór historii i ludzi. Nasz partia od swego założenia jasno określa swą naturę polityczną jako marksistowską. Jest to podstawa naukowa i uzasadnienie pełnego zaufania pokładanego w ścieżce, teorii, systemie i kulturze socjalizmu z chińską charakterystyką. Podążamy własną drogą. Bez importowania modeli z innych krajów ani eksportowania własnego, zachęcania innych krajów do kopiowania chińskich praktyk. To nastawienie zyskało powszechne uznawanie i jest wysoko cenione przez partie polityczne z różnych krajów.
Przywódcy partii politycznych z wielu krajów są zgodni, że lepsza przyszłość ludzkości musi być oparta na harmonijnym współistnieniu, wymianie i wzajemnym uczeniu się różnych cywilizacji, kultur i systemów społecznych. Z drugiej strony, usprawiedliwianie sporów między krajami różnicami cywilizacyjnymi i systemowymi i wykorzystywanie ich jako pretekstu do tworzenia paktów jednomyślnych i wykorzystywania swej siły przeciw słabszym przynieść może jedynie rozchwianie obecnego porządku międzynarodowego, a nawet doprowadzić do  alienacji i dywergencji różnych cywilizacji.
KPCh patrzy na inne kultury i ich osiągnięcia z otwartością. To ważne, byśmy przezwyciężyli nieporozumienia kulturowe, konflikty i walki o dominację poprzez wymianę, wzajemne uczenie się i współistnienie. W ostatnich latach KPCh prowadzi aktywne działania na rzecz rozwoju relacji międzypartyjnych opartych o poszukanie wspólnej płaszczyzny, wzajemny szacunek i uczenie się od siebie. Utrzymujemy regularne kontakty z blisko 600 partiami politycznymi i organizacjami w 168 krajach budując wieloformatową i wielopoziomową międzynarodową sieć wymiany i współpracy partii politycznych. Sukces organizowanych przez KPCh konferencji „Dialog KPCh z partiami politycznymi z całego świata” wyraźnie prezentuje jej inkluzyjność polityczną. To istotny wkład KPCh w rozwój światowej cywilizacji politycznej.


Sekretarz Generalny Xi Jinping podkreśla, że „KPCh jest największą partią polityczną świata. Musi działać w sposób odpowiedni do swego statusu”. Jako znacząca partia, która już niedługo będzie obchodzić setną rocznicę swojego powstania, KPCh w swych działaniach będzie podążać w zgodzie z myślą Xi Jinpinga o socjalizmie z chińską charakterystyką nowej ery. W swych działaniach KPCh będzie dążyć do zharmonizowania odrodzenia narodu chińskiego oraz głębokich przemian zachodzących obecnie na świecie, wnosić wkład w pokój na świecie, wspólny rozwój ludzkości oraz wymianę i wzajemne uczenie się cywilizacji. KPCh będzie wspólnie z partiami politycznymi z całego świata działać na rzecz stworzenia światowej społeczności połączonej wspólną przyszłością oraz lepszego jutra.

Polskie drogi śmierci

PiS nie dba o bezpieczeństwo na drogach. Za jego rządów wzrosła liczba zabitych w wypadkach.
Drogi w naszym kraju są coraz niebezpieczniejsze. Podstawowym problemem jest tu psychika dużej części polskich kierowców, bo ich sposób prowadzenia pojazdów wskazuje na poważne i rozległe zaburzenia. Mówiąc bardziej kolokwialnie, ci, którzy wjeżdżają do Polski z krajów zachodnich są tak zszokowani tym, jak się u nas jeździ, że komentują to krótko: Polacy jeżdżą jak niebezpieczni wariaci.
Jest to oczywiście słuszna opinia, a potwierdzają ją liczby. Jesteśmy pierwsi w Europie jeśli chodzi o liczbę ofiar śmiertelnych na 100 wypadków. U nas jest to 8,6 zabitych. Wyprzedzamy Grecję (daleko za nami: 6,7) i Rumunię (6,3). Końcówka tej listy to kraje skandynawskie oraz Niemcy i Austria (tylko 1,1). Zaraz obok nas, w sąsiednich Czechach jest to 2,7 zabitych na 100 wypadków.
Jeśli zaś chodzi o liczbę zabitych w wypadkach drogowych na milion mieszkańców, to wyprzedza nas tylko Rumunia: 96 ofiar śmiertelnych na milion. W Polsce są to 74 osoby na milion. Natomiast średnia dla całej Unii Europejskiej wynosi 49 zabitych na milion.
Sytuacja na drogach pogorszyła się w okresie panowania Prawa i Sprawiedliwości. Do strukturalnego problemu zaburzeń psychicznych polskich kierowców dołączyły się karygodne zaniechania rządu PiS, który lekceważąc życie i zdrowie Polaków, kompletnie zaniedbał kwestie poprawy bezpieczeństwa w ruchu drogowym.
Od razu też rodzi się pytanie: dlaczego do tej pory nie wprowadzono obowiązkowych badań psychologicznych dla wszystkich, ubiegających się o jakiekolwiek prawo jazdy? Gdzie jak gdzie, ale w Polsce byłyby one przecież niezmiernie potrzebne.
Wszystko to powoduje tragiczne konsekwencje. Od 2015 r., gdy zaczęło rządzić PiS, do końca 2019 r., liczba ofiar śmiertelnych wypadków wzrosła o 5 proc. W tym czasie ogólna liczba wypadków wprawdzie u nas spadła, ale zaledwie o 1 proc. Dzieje się przy ogólnoeuropejskim trendzie stałej poprawy bezpieczeństwa na drogach. Jak widać, pod rządami PiS, nasz kraj także i w tej dziedzinie idzie pod prąd.
Przykładowo, w woj. dolnośląskim liczba zabitych w wypadkach drogowych w okresie od 2015 do 2019 roku wzrosła z 184 osób do 215; w woj. podkarpackim z 136 do 157, a w kujawsko – pomorskim z 154 do 211. Najtragiczniej jest naturalnie na Mazowszu. W tym województwie liczba ofiar śmiertelnych zwiększyła się z 377 do 469.
Warto tu zauważyć, że w 2015 r. powstał ogólnopolski Program Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, który jest częścią Programu Budowy Dróg Krajowych. Jednym z jego celów jest ograniczenie do 2023 r. liczby ofiar śmiertelnych wypadków o co najmniej 40 proc. Gdy jednak za realizację Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych wzięła się ekipa z Prawa i Sprawiedliwości, liczba zabitych na drogach wzrosła zamiast spadać. Pogratulować skuteczności! Innym dowodem „skuteczności” rządu PiS w sprawach drogowych jest to, że tylko 3 proc. polskich dróg to drogi w bardzo dobrym stanie. Natomiast w bardzo złym jest aż 13 proc.
Miażdżąca jest w tej kwestii ocena Najwyższej Izby Kontroli, która w swym najnowszym raporcie stwierdziła: „Dotychczasowa realizacja Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych nie przyniosła oczekiwanych rezultatów – zauważalnego zmniejszenia liczby odcinków dróg krajowych, na których ryzyko powstania wypadku drogowego jest duże lub bardzo duże. Zebrane przez NIK dane pokazują brak zależności między poprawą bezpieczeństwa na wybranych drogach, a realizowanymi inwestycjami”.
NIK, oceniając zdecydowanie negatywnie dotychczasowe wykonanie Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, podkreśliła także: „Przygotowanie projektu było nierzetelne, nadzór nad jego realizacją nieskuteczny, planowanie wydatków nieefektywne, a efekty niewielkie”.
Założeniem tego programu było to, że dzięki niemu na polskich drogach ubędzie odcinków, na których ryzyko powstania wypadku jest bardzo duże. W tym celu zaplanowano działania, których koszt w ciągu niemal dziewięciu lat (do końca 2023 r.) oszacowano na ok. 7 mld 200 mln zł. Jednak realizujący program Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad przez blisko pięć lat wydał na inwestycje jedynie 7,5 proc. tej kwoty – ok. 540 mln zł. Tak właśnie PiS dba o bezpieczeństwo na drogach!
Na starcie programu zaplanowano 1085 zadań, a na jego półmetku – pod koniec 2019 – zakończone były zaledwie 273, kosztem 380 mln zł. Niby nic w tym niezwykłego, bo w Polsce zawsze jest tak, że wszelkie programy realizowane są niemrawo i dopiero pod koniec następuje gwałtowne przyśpieszenie, by zdążyć wydać wszystkie zaplanowane pieniądze.
Problem jednak w tym, że z wspomnianych 380 mln zł niemal 50 proc. – nieco ponad 188 mln – przeznaczono na inwestycje, które nie kwalifikowały się do Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, ponieważ bynajmniej nie dotyczyły miejsc szczególnie niebezpiecznych. Dobierano je bowiem po uważaniu, a najprawdopodobniej i po znajomości. Można więc przypuścić, że inwestycje te trafiały szczególnie do tych regionów, w których rządziło PiS. W efekcie, nawet tam, gdzie cokolwiek robiono, nie zmodernizowano tych odcinków, na których ryzyko wypadku było duże i bardzo duże.
Ponieważ stopień zaniedbań przy realizacji Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych zaczął nabierać wymiaru niemal aferalnego, rząd PiS postanowił jakoś zareagować. Najważniejsze było ukrycie sprawy przed opinią publiczną. W rezultacie, w lipcu 2017 r. rząd znowelizował Program Bezpieczeństwa Dróg Krajowych usuwając z niego listę zadań do sfinansowania w ramach Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, a także zapis o zaplanowanym limicie wydatków na ten cel. Dzięki temu już znacznie trudniej przyczepić się do tego, że marnuje się publiczne pieniądze nie wykonując tego, co zostało zaplanowane. Czego nie widać, tego mniej żal.
Zmieniono również sposób doboru zadań na rzecz poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego, tak by był dokonywany bezpośrednio przez ministra odpowiedzialnego za transport zgodnie z aktualizowaną listą potrzeb i przy uwzględnieniu możliwości finansowych. Ówczesne Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa tłumaczyło, że celem tej decyzji było uelastycznienie i przyspieszenie realizacji kolejnych zadań. Zmianę wprowadzono bez uwzględnienia rekomendacji Generalnej Dyrekcji Dróg Krajowych i Autostrad opartej na na podstawie raportu Banku Światowego, który przeprowadził audyt procesu zarządzania bezpieczeństwem dróg krajowych w GDDKiA . W raporcie tym stwierdzono, że konieczne jest jak najszybsze uzgodnienie pomiędzy Ministerstwem Infrastruktury i Budownictwa oraz GDDKiA szczegółów monitorowania postępów we wdrażaniu Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych, co umożliwi sprawną realizację zadań programu i kontrolowanie efektów. W rezultacie, zadania są realizowane coraz mniej sprawnie, a kontrolą efektów na dobre zajęła się dopiero NIK.
„Nieustalenie reguł i terminów zatwierdzania programów inwestycyjnych oraz odejście od ustalenia formalnej listy zadań PLMN było jedną z przyczyn niedostatecznej realizacji Programu” – oceniła NIK.
Co gorsza, jak ustaliła Izba, minister odpowiedzialny za transport i Generalny Dyrektor Dróg Krajowych i Autostrad nie monitorowali przy tym wpływu zrealizowanych inwestycji na poprawę bezpieczeństwa ruchu drogowego. Nie przeprowadzali także oceny efektywności zastosowanych rozwiązań. Zamiast tego, monitoring skuteczności podejmowanych działań miały zapewnić kontrole i audyty bezpieczeństwa ruchu drogowego wraz z oceną wpływu poszczególnych inwestycji na to bezpieczeństwo.
NIK stwierdziła, że nadzór Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad nad takimi kontrolami nie był prawidłowy. Nie sprawdzał on nawet czy rzeczywiście wszystkie planowane kontrole zostały przeprowadzone (okazało się, że nie wszystkie). Na przykład, w oddziałach GDDKiA w Białymstoku, Gdańsku, Lublinie i Opolu w 2016 r., w oddziałach w Białymstoku, Gdańsku, Kielcach, Krakowie, Lublinie, Poznaniu, Szczecinie i w Warszawie w 2017 r. oraz w Warszawie w 2019 r. nie przeprowadzono żadnej ogólnej kontroli bezpieczeństwa ruchu drogowego.
Niski stopień realizacji Programu Likwidacji Miejsc Niebezpiecznych po niemal pięciu latach funkcjonowania, wskazuje także na nieefektywne planowanie wydatków przez Generalnego Dyrektora Dróg Krajowych i Autostrad. Nieskuteczny jest też nadzór ministra odpowiedzialnego za transport nad realizacją PLMN – uznała NIK.
Izba wystąpiła z wnioskiem do Ministra Infrastruktury o analizę wpływu jaki na bezpieczeństwo ruchu drogowego mają zadania zrealizowane w ramach PLMN. Na razie, jak ustaliła NIK, ten wpływ jest żaden.

Gospodarka potrzebuje odpowiedzialności

Recesja gospodarcza zmusza przedsiębiorców do silniejszego zabiegania o względy klientów. Oby świat biznesu szybko to zrozumiał.

Pandemia pandemia COVID-19 będzie miała istotny wpływ na przyszłość całej polskiej gospodarki. Już teraz zmieniły się nasze nawyki zakupowe, a brak poczucia stabilności zwiększył skłonność do rozsądnego zarządzania swymi pieniędzmi. Recesja gospodarcza zmusza zaś przedsiębiorców do silniejszego zabiegania o względy klientów. W rezultacie, firmy powinny wykazywać się rosnącą społeczną odpowiedzialność biznesu – bo to pozwoli im skuteczniej zdobywać zaufanie nabywców.
Społeczna odpowiedzialność biznesu nie przekłada się na natychmiastową poprawę wyników finansowych przedsiębiorstwa, jednak może wpłynąć na pojawienie się szeregu długofalowych korzyści, takich jak poprawa wizerunku marki czy zwiększenie grona lojalnych klientów i partnerów biznesowych.
Jak jednak przekonać klientów, że mają do czynienia z rzetelną i odpowiedzialną firmą? Oczywiście, najlepiej uczynić to poprzez codzienne, dobre praktyki biznesowe. Żeby jednak klient się przekonał, że firma, której produkty czy usługi kupuje, rzeczywiście tak działa, potrzeba czasu. Tymczasem chodzi o to, by zachęcić klienta, który dopiero zastanawia się, którą firmę wybrać i potrzebuje jakiegoś dowodu na jej solidność.
W takiej sytuacji przydają się naturalnie ustne referencje od kogoś zaufanego, ale także zaświadczenie – czy lepiej mówiąc, certyfikat, potwierdzający że rzeczywiście stykamy się z firmą, która nie od dziś postępuje rzetelnie i gra fair. Po to właśnie wymyślony został certyfikat „Przedsiębiorstwo Fair Play”, od dawna rozpoznawalny i respektowany w środowisku biznesowym. Potwierdza on, że firma realizuje politykę społecznej odpowiedzialności biznesu i działa zgodnie z wszelkimi obowiązującymi przepisami oraz zasadami etyki. Program afiliowany jest przy Krajowej Izbie Gospodarczej.
Do programu „Przedsiębiorstwo Fair Play” mogą się zgłaszać wszystkie firmy zarejestrowane i posiadające siedzibę w Polsce, prowadzące swoją działalność co najmniej przez cały rok kalendarzowy poprzedzający daną edycję. Certyfikat trafia do tych, które terminowo regulują zobowiązania finansowe, rzetelnie przeprowadzają procesy reklamacji, zapewniają pracownikom bezpieczne warunki pracy, wykazują dbałość o środowisko i przestrzegają zasad uczciwej konkurencji.
Certyfikat „Fair Play” przyznawany jest na podstawie dwuetapowego procesu weryfikacji. W pierwszym etapie uczestnicy udzielają szczegółowych informacji o ocenianych w programie aspektach działalności firmy. Drugi etap polega na potwierdzeniu przekazanych danych. Weryfikacja odbywa się poprzez audytora na podstawie dokumentów źródłowych i wywiadów z osobami zarządzającymi firmą, przedstawicielami działu księgowości, kadr, marketingu, związków zawodowych i z wybranymi pracownikami.  – Przedsiębiorca dzięki uzyskanemu certyfikatowi zyskuje zaufanie klientów, potencjalnych inwestorów i pracowników. Rynek staje się coraz bardziej wymagający. Od firm oczekuje się pewnych standardów zarządzania. Ten certyfikat to rzetelna informacja, że dana firma działa z poszanowaniem środowiska, godności człowieka i wykazuje wrażliwość na problemy społeczeństwa – mówi Anna Szcześniak, prezes programu „Przedsiębiorstwo Fair Play”.
Wszystkie te wartości stają się coraz ważniejsze w dobie pandemii koronawirusa. Sytuacja, z którą obecnie zmaga się cała europejska gospodarka pokazuje, że dotychczasowe strategie i plany, koncentrujące się głównie na osiągnięciu jak najlepszych wyników finansowych, okazały się niewystarczające. Pandemia COVID-19 to bowiem test nie tylko dla przywódców, szefów rządów czy służby zdrowia, ale również dla biznesu – dla trafności jego decyzji, odpowiedzialności, rzetelności i umiejętności odnalezienia się w nowej rzeczywistości.

Program na piątkę

Po neoliberalnej, autorytarno-tradycjonalnej czas na socjalliberalną/socjaldemokratyczną V RP.

Czy stać socjalnych liberałów i socjaldemokratów na kompromis taktyczny? Będzie on konieczny, by odsunąć od władzy Zjednoczoną Prawicę (w budowie sanacji bis), a także po by, kontynuować dalszą modernizację polskiego społeczeństwa: jego gospodarki, sfery publicznej, jak i tradycjonalnej, przedoświeceniowej mentalności społecznej. Zadanie, przed którym stają zwolennicy społeczeństwa łączącego efektywną gospodarkę z bezpieczeństwem socjalnym, a zarazem szerokimi swobodami obywatelskimi, przypominają obóz patriotyczny z l. 1788-92. Ten rzucił wyzwanie nibypaństwu szlacheckiej I RP i jego magnackiej oligarchii, jej kastowo-stanowym podziałom. Istniejący od XVII wieku przeciwnik polskich chłodnych entuzjastów nowoczesności przepoczwarzył się obecnie w narodowo-konserwatywny, autorytarny, parafiański, obskurancki obóz narodowo-katolickiej prawicy. Rządzi on polskim społeczeństwem na modłę międzywojennej sanacji przy ideologicznym turbowspomaganiu endeckich zmartwychwstańców.
Komentatorzy wydarzeń na polskiej scenie politycznej rzadko wykraczają poza kwestie taktyki i strategii wyborczej. Zapominają, że tylko czyny polityka są owocami, słowa to tylko liście, które porywa wiatr historii. Niektórzy nawet zalecają korepetycje u amerykańskich speców od urabiania postaw w telemeledemokracji. Do wyjątków należą pogłębione analizy socjoekonomiczne. Przy spojrzeniu z perspektywy interesów życiowych i całościowej wizji kultury widać dwa wciąż istniejące w polskim społeczeństwie obozy: narodowo-katolicki „zakon polskości” organizowany przez upartyjnione państwo wokół historycznej roli Kościoła katolickiego oraz potencjalny obóz demokratycznego, nowoczesnego państwa dobrobytu czy raczej demokratycznego społeczeństwa wspólnej troski.
To symbolicznie z jednej strony obóz spod znaku sienkiewiczowskiego Zagłoby. Odwołuje się on do pomocy „boskich auxiliów”, Opatrzności, by naród wybrany mógł przez rechrystianizację obronić Europę przed „cywilizacją śmierci”. mesjanizm czy już schizofrenia? Z drugiej strony – obóz, który uosabia postać państwowca z Przedwiośnia Żeromskiego – Szymona Gajowca. To obóz wciąż nieistniejących „szklanych domów”, wciąż ulepszanego organizmu pracy zbiorowej, która pozwala każdemu na dobre życie oraz realizację potencjału intelektualnego i ekspresję tożsamości: narodowej, klasowej, zawodowej, światopoglądowej czy płciowej, słowem, zmarginalizowani w Polsce prawnukowie Oświecenia. Są to dwie powszechne matryce czy, wedle określenia Andrzeja Mencwela, „wzory polskiej tożsamości kulturowej”. Zwolennicy obu obozów są rozproszeni, są i w Polsce A i B, są na wsi i w małych, i dużych miastach, są i zamożni i ubodzy. Program, z którym obóz antypisowski mógłby pójść do zwycięskich wyborów parlamentarnych, musi zawierać postulaty, które dają się zrealizować po objęciu władzy, a zarazem tworzą fundamenty V RP, odmiennej od pisowskiej poprzedniczki. Program powinien wychodzić od polepszenia materialnych warunków egzystencji, połączonej z naprawą kontroli nad państwem, by doprowadzić do korekty zbiorowego imaginarium.
Program musi brać pod uwagę fakt, że wyczynowy, neoliberalny kapitalizm uruchomił walec prywatyzacji, deregulacji, osuszania podatkowego państwa. Po jego przejściu pozostały resztki państwa socjalnego. Model ten kontynuują w uszczuplonej formie społeczeństwa skandynawskie, w jeszcze słabszej Niemcy i pozostałe kraje starej UE. Na szczęście los się odwraca: integrująca się Wspólnota Europejska zrobiła pierwszy krok w kierunku unii fiskalnej, zaciągnęła bowiem wspólny dług na rynkach finansowych; dąży też do neutralności energetycznej i opodatkowania korporacji technologicznych i sektora finansowego.
W tych warunkach łatwiej o realizację programu wykraczającego poza dotychczasową neoliberalną agendę, której była wierna Platforma Obywatelska i która doprowadziła do degradacji i upokorzenia klas pracujących. Dlatego niewiele pomoże eksploatowanie sentymentów przełomu transformacyjnego, zawartych w idei Nowej Solidarności. Trzeba bowiem wychodzić od faktu, że mamy do czynienia z rzeczpospolitą obojga narodów. Dla obu zbiorowych lokatorów wspólnym mianownikiem jest dobre życie, ta żywa idea Greków. Jej składowymi są warunki życia pozwalające zaspokajać potrzeby bytowe, by życie było wolne od znoju, uzależnienia od innych, a także by trwało w środowisku, w którym można oddychać czystym powietrzem, w otoczeniu zieleni, w którym słońce nie dociera przez zadymione niebo. Dlatego możliwości socjotechnik urabiania postaw wyborców są tu ograniczone, każdy bowiem jest tu własnym ekspertem. Chodzi więc o to, by te warunki zmienić tak, by zadowoleni z życia byli nie tylko ci, co stoją przy szwedzkim stole RP, ale także i ci, których pisowskie reformy socjalne trochę do niego przybliżyły.
W postpisowskiej Polsce trochę paradoksalnie zadanie dalszej modernizacji polskiego społeczeństwa przypada dwóm formacjom reprezentującym przeciwstawne siły społeczne: formacji liberałów gospodarczych reprezentujących interesy beneficjentów transformacji i lewicy ubiegającej się o reprezentację interesów klas pracowniczych, utrzymujących się z pracy rąk i umysłów. Konkurenci PiS-u mają problem: lewica z odzyskaniem poparcia klas pracujących, a liberałowie z ograniczoną bazą społeczną. Chcąc wyglądać lepiej w oczach obojętnego dotąd wyborcy, nadwiślańscy liberałowie muszą przełknąć dwie gorzkie pigułki: odnieść się do progresji podatkowej i przezwyciężyć konserwatyzm w kwestii dalszego upodmiotowiania jednostki. PO bowiem to partia liberałów gospodarczych, klękają oni na jedno kolano przed biskupem, a także, choć bez większego entuzjazmu, szanują polskiego wampirycznego patriotę. Pod pomnikiem wyklętego złożą wieniec, ale poza okiem kamer telewizyjnych.
PO zagubiło złoty róg
Kłopot rodzimych liberałów polega na tym, że swój program już zrealizowali. Wdrożyli wolny rynek, stworzyli sferę publiczną według kanonów demokracji liberalnej, ożywili lokalne społeczności. Jednak nieplanowanym dzieckiem „wolnej Polski” okazała się gospodarka poddostawców, mistrzów skręcania śrubek, strefa taniej pracy dla rodzimego i zagranicznego biznesu, sprzyjający oszczędnościom regresywny system podatkowy. Ursus zmienił się w Factory. Ale powstały też warunki awansu zawodowego i materialnego dla specjalistów z wysokimi kwalifikacjami.
Pojawili się polscy golden boys. PO bowiem reprezentuje beneficjentów transformacji, około 15 proc. – 17 proc. dobrze zaadoptowanych do radzenia sobie na wolnym rynku w roli przedsiębiorców, specjalistów pracujących dla zagranicznych korporacji i rodzinnego sektora publicznego, przede wszystkim z największych miast, gdzie powstaje polski PKB. Znajduje się tu, obok rodzimych kapitalistów, tradycyjna inteligencja z wysoce wyszkoloną siłą roboczą (lekarze, inżynierowie, architekci, prawnicy). Na czoło wysunęła się nowa klasa menedżerów i kierowników, pośredników finansowych, brokerów, zarządzających bankami i funduszami inwestycyjnymi. Obie te grupy społeczne tworzą klasy i stany kierownicze i wykształcone, wrzucane do wora „klasa średnia”. Ale co z pozostałymi zatrudnionymi w budżetówce, w minifirmach, w strefach specjalnych, w coraz większym sektorze usług biznesowych dla zagranicznych gości? Kiedy się zaczęły ujawniać coraz większe koszty społeczne wolnego rynku i komercjalizacji usług publicznych, rosły szeregi niezadowolonych.
Wytworzone bogactwo społeczne przestało skapywać na dół. Został złamany podstawowy warunek umowy społecznej: każdy ma coś i nikt nie jest tak bogaty, żeby mógł kupić innych. Przed klęską wyborczą PO w 2015 r. udział płac w PKB między 1995 a 2014 spadł o ponad 10 proc. , a 5 mln korzystało z pomocy społecznej. Dlatego PO kojarzy się czekającym w kolejce na swoją część narodowego tortu z radami, które otrzymywało młode pokolenie dryfujące na śmieciówkach: „zausz firmę”, „zmień pracę”, „weź kredyt”. Dlatego próżne jest oczekiwanie, że dyrektor ze sprzątaczką będą szli obok siebie w jednym pochodzie, a potem zagłosują na tego samego kandydata.

W tej sytuacji PO samodzielnie skazane jest na kolejną porażkę wyborczą. Nie jest ona w stanie stworzyć programu zaadresowanego jednocześnie do beneficjentów III RP, jak i tych, dla których okazała się ona macochą.
Stosując rozmaite wizerunkowe czary mary może znacznie elektorat powiększyć, ale jak trafić pod wiejskie i małomiasteczkowe adresy?
To nie słabości wizerunkowe, lecz anachroniczny, neoliberalny program prowadzi PO od klęski do klęski wyborczej.
Tu pojawia się ważna rola lewicy. Wpływ społeczny tej formacji ogranicza, przynajmniej częściowo, odium realnego socjalizmu, i zmasowany antykomunizm całego solidarnościowego obozu. Medialny malunek sprowadza PRL do stalinowskich represji i pustych półek sklepowych. Nie prześnione, lecz wymazane ze społecznej świadomości zostało wielkie osiągnięcie PRLu: przeniesienie chłopskich i robotniczych dzieci do miast, w których mogli znaleźć pracę w fabrykach, szanse edukacji, udziału w kulturze wysokiej.
Był to przełomowy etap procesu modernizacji polskiego społeczeństwa. W procesie tym rozpoczętym w latach 80. XIX w. „przenosimy się ze stanów do klas, ze wsi do miast, z zagród do zakładów, z chałup do mieszkań; z narodu szlacheckiego wyłania się naród demokratyczny, a z etnicznego – obywatelski”, stwierdza Andrzej Mencwel, który od lat wszechstronnie bada polskie zmagania z nowoczesnością. Ale i SLD nie ma czystego sumienia, przyłożyło rękę do neoliberalnych reform: uśmieciowienia pracy i redukcji podatku dochodowego (ustawy z 2003 r. o pracy tymczasowej, o liniowym podatku PIT, co zapoczątkowało przechodzenie menedżerów na samozatrudnienie).
SLD odrzuciło także przy wsparciu PO ustawę Samoobrony o podatku dla najbogatszych. Obecnie społecznym zapleczem lewicy są pracownicy budżetówki, młodzi prekariusze, często z wyższym wykształceniem, a także potencjalnie pracownicy montażowi, dawna wielkoprzemysłowa klasa robotnicza, teraz zawojowana przez Związek Zawodowy Solidarność. Dopiero skuteczne działanie na rzecz dowartościowania pracownika, warunków jego pracy i odpowiedniej płacy, by pozwoliło odzyskać głosy klas pracowniczych.
Tu lewicy potrzebny jest odwyk od pochwał liberalnego salonu „Warszawki”.
Praca w strefie specjalnej POLSKA
Podstawą bezpieczeństwa socjalnego większości jest odpowiednio wynagradzana praca. PiS wiele dokonał na tym polu. Wprowadził płacę minimalną (2800 zł brutto w przyszłym roku), stawkę godzinową (teraz 17 zł), stara się ukrócić prekarne zatrudnienie, lecz w dalszym ciągu traktuje cały kraj jako jedną wielką strefę specjalną dla biznesu.
Chwali się amerykańskimi gigantami zamierzającymi tworzyć w kraju kolejne centra tanich usług biznesowych. Uprawia charakterystyczny dla autorytaryzmów korporatywizm – dla jednych obniżenie podatków, np. jeśli przychody firmy nie przekraczają 50 mln zł, i zachowa zysk w kasie, nie płaci podatku dochodowego (tzw. estoński CIT).
Dla pracowników trochę wyższa płaca minimalna. Byle była zgoda między klasami, bo to psuje rodzinną harmonię i utrudnia rządzenie. Zacieranie konfliktu o podział nadwyżki jest źródłem największych potencjalnych rozbieżności między obu biegunami opozycji. Postulaty lewicy idą drogą sugerowaną przez wielu ekonomistów (M. Husson, H. Cleaver). Prowadzi ona do tego, by każdy wzrost produktywności gospodarki o 10 proc. prowadził do większej pensji o 5 proc. i spadku czasu pracy o 5 proc. .
W rezultacie nowy postulat lewicy skracania czasu pracy, najpierw do 35 godzin tygodniowo, ma szanse odbudować jej polityczną pozycję. Do tego dochodzi wprowadzenie umów zbiorowych i reprezentacja interesów załóg wobec zarządu firmy, jak to robi Związkowa Alternatywa pod kierownictwem Piotra Szumlewicza. Biznes natomiast mógłby otrzymać na wzór szwedzki łagodne warunki upadłości dla firm, by nie ograniczać ich innowacyjności, a zarazem odpowiednie zabezpieczenie dla ich pracowników.
Ten kompromis zapewnia szwedzkiej gospodarce, mimo wysokich podatków, nie tylko konkurencyjną gospodarkę, ale także pokój społeczny. Problemem dla lewicy jest także kurczenie się pod wpływem automatyzacji miejsc pracy, do których potrzebne są przeciętne umiejętności. Coraz więcej osób ze średnimi kwalifikacjami musi podejmować prace, do których by wystarczyły niższe.
Usługi publiczne i podatki. PiS dał gotówkę do ręki rodzinom z dziećmi i emerytom, lecz usługi zdrowotne, edukacyjne każe kupować w komercyjnym sektorze. Także jeśli chodzi o infrastrukturę transportową obiecuje „szprychowe” połączenie kolejowe z CPK, lecz nie potrafi połączyć transportu kolejowego z samochodowym (intermodalność), ani odbudować lokalnych połączeń kolejowych i autobusowych. Dlatego PO musi ostatecznie porzucić swoich nauczycieli – amerykańskich polityków i ekonomistów. Wdrożyli oni wspólnie katastrofalny dla świata model kapitalizmu, a teraz pogrążają w kryzysie własne społeczeństwo. Przez Bałtyk znacznie bliżej do celu.
Dlatego wzorem państw skandynawskich budowa sieci żłobków, przedszkoli, dofinansowanie systemu edukacji, słowem, wysoki poziom usług publicznych jest podstawą rzeczywistego państwa dobrobytu.
Krokiem we właściwym kierunku jest projekt dodatku do kobiecej emerytury za każde wychowane dziecko. Ta idea Małgorzaty Trzaskowskiej chociaż częściowo wynagradzałaby wysiłek pokoleń, które na swoich barkach dźwigało ciężar kryzysu schyłkowego PRL-u i neoliberalnej transformacji w III RP. Wysoka jakość usług publicznych wymaga korekty wydatków budżetowych oraz przebudowy systemu podatkowego, tym samym walki z populizmem antypodatkowym Polaków. Nadchodzi właściwy czas, by w debacie publicznej ukazać skutki gospodarcze i społeczne różnych rozwiązań podatkowych, także w perspektywie sprawiedliwości społecznej.
Ale na początek wystarczy korekta sytemu podatkowego: wprowadzenie III progu podatku dochodowego, utrudnienie korporacjom optymalizacji podatkowej, obniżanie VAT-u, zniesienie 19 proc. podatku liniowego dla samozatrudnionych menedżerów. Na kolejny etap trzeba przesunąć jeszcze bardziej drażliwą debatę nad podatkami majątkowymi czy spadkowym. Teraz jeszcze mogą dojść podatki od usług cyfrowych i transakcji finansowych, a także przemyślana polityka wobec transferu kapitału (3 proc. polskiego PKB powraca do macierzystych siedzib zagranicznych korporacji).
Państwo jako sternik dalszej modernizacji gospodarki
Sprawą dalszej dyskusji jest strategia prorozwojowa, by gospodarka narodowa przesuwała się ku coraz wyższym ogniwom w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej. W tej perspektywie konieczna będzie strategia wpisywania polskich firm i uczelni w coraz bardziej nowoczesne fazy produkcji niemieckiego kompleksu przemysłowego. Niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, przy wsparciu sąsiadów, jest jako jedyne konkurencyjne wobec azjatyckich rywali.
Nasza cywilizacja, choć nasycona technologiami przetwarzania informacji, wciąż przetwarza gigatony atomów, a sektor korporacji technologicznych wytwarza tylko 10 proc. PKB, i zatrudnia 5 proc. siły roboczej. Wciąż potrzebne są nasycone wiedzą przyrodniczo-techniczną wielkie maszyny i linie produkcyjne, w których specjalizuje się niemiecka gospodarka.
PiS nie jest do tego zdolny. Budzenie tradycyjnego lęku wobec sąsiada zza Odry nie uwzględnia jakościowej zmiany sytuacji, którą stanowi demokratyczna przemiana instytucji i mentalności niemieckiego społeczeństwa. Do dyskusji jest wielkość i rola sektora publicznego. Nie budzi natomiast dyskusji konieczność stworzenia przejrzystego nadzoru nad funkcjonowaniem publicznych spółek. Będzie to wymagało usunięcia patologii wynagradzania partyjnych działaczy członkostwem w radach nadzorczych („dojna zmiana”).
Polityka zagraniczna
W tej dziedzinie nie ma większych różnic. Idea przewodnia to powrót polskiej myśli geopolitycznej znad Dzikich Pól do Weimaru, powrót do ścisłej współpracy na rzecz dalsze integracji Wspólnoty Europejskiej.
Taka polityka prowadzi do preferencji dla aktywności w ramach NATO i europejskiego sojuszu obronnego. Dopiero w tych ramach powinny być osadzone inicjatywy w relacjach dwustronnych z USA, obecnie tak hołubione przez PiS ze szkodą dla polskiego budżetu i rodzimego przemysłu zbrojeniowego. Znów „cudza służebnica”. Nie ma powodów, by Polska w interesie rywalizacji rosyjsko-amerykańskiej stawała się państwem frontowym, tym bardziej, że bazy z bronią atomową znajdujące się w pobliżu granic przeciwnika stają się w razie konfliktu pierwszym celem ataku.
W przeciwieństwie do nieodległej przeszłości, Polska nie ma już z Rosją konfliktów granicznych. PiS lekceważy też działania na forum UE i organizacji wielostronnych dla korekty światowej gospodarki, przede wszystkim dla łagodzenia kryzysu klimatycznego dzięki transformacji energetycznej.
Pod rządami pana (prezesa), wójta i plebana?
Nadwiślańscy liberałowie (poza środowiskiem „Kultury Liberalnej”) w obawie przed propagandowymi ciosami konkurenta kultywują szczególnie złośliwą odmianę mieszanki ideologicznej. Hołubią wolność w sferze gospodarczej, a zarazem tkwią światopoglądowo w polskim kulturowym zaścianku.
Dziwny to liberalizm, który wypiera się dziedzictwa oświecenia, autonomii orzeczeń nauki o biologii człowieka, o antropoewolucji. Nie przyjmuje też do wiadomości, że „żyjemy na średniej wielkości planecie, okrążającej przeciętną gwiazdę, na skraju zwyczajnej galaktyki spiralnej, jednej z miliona galaktyk w obserwowalnej części wszechświata” – wedle słów Stephena Howkinga. Polska dusza nie może przekroczyć od czasu reformacji progu kruchty.
Wyraźny historyczny trop prowadzi do sojuszu, najpierw szlachty, później prawicy narodowej z Kościołem katolickim. Ten duopol buduje wspólną narrację, opartą na odpowiednio spreparowanej tożsamości wokół narodu rozumianego etnicznie. To tożsamość wielkiej rodziny, której przewodnikiem są hierarchowie narodowego Kościoła; chce on mieć ostanie słowo w rozstrzyganiu dylematów moralnych, jakby miał do tego demokratyczny mandat.
Bogoojczyźnianą narrację wzmacnia rodzina, teraz też szkoła która stała się miejscem prania młodych mózgów na temat najnowszej historii spod znaku IPN. W rezultacie młodzi odbiorcy informacyjnej sieczki utracili krytycyzm wobec propagandowych przekazów.
Dlatego obozowi rządzącemu łatwo przychodzi posługiwać się socjotechniką strachu – wcześniej przed komunistami, przed uchodźcami z Bliskiego Wschodu, obecnie przed ideologią LGBT, potworem genderem, seksualizacją dzieci, upadkiem tradycyjnej rodziny, jakby nie zagrażały jej bardziej przemoc domowa, alkoholizm czy pracoholizm rodziców. PiS wspólnie z Kościołem idą pod prąd przemianom mentalności i postaw życiowych, które przyniosła w wianie cywilizacja przemysłowa.
Wzrost dochodów zrodził konsumpcjonizm i hedonistyczny stosunek do życia. Fizyczny kres egzystencji staje się tylko kresem konsumpcji. Uwodzi ona komfortem materialnym, ofertą wolności i uznaniem wartości przeciętnej egzystencji.
Wielkie miasto ery industrializacji uwolniło jednostkę z gorsetu tradycji, jej biografię w coraz większym stopniu zaczynają kształtować własne preferencje i wartości, rośnie swoboda interpretacji religijnych nakazów – w sprawie antykoncepcji, aborcji, rozwodów czy homoseksualizmu. Na dodatek, znikły w skali masowej plagi, które dziesiątkowały dawne populacje, zniknęły tym samym trwoga i lęk. Specjalne instytucje przynoszą pomoc, asekurują w sytuacjach nadzwyczajnych klęsk jak obecnie pandemii. Codzienność kręci się wokół pracy i rodziny, a przed domokrążcą z dalekiego świata chroni Festung Europa.
Niepokój o przyszłość ma charakter praktyczny, dotyczy troski o najbliższe środowisko, czyste powietrze, klimat. Program minimum (maksimum byłoby wypowiedzenie nierównoprawnego konkordatu z państwem watykańskim) to powrót do rozważanego swego czasu przez PO dobrowolnego 1 proc. podatku od dochodów osobistych na rzecz organizacji religijnych.
Tym bardziej, że wówczas Kościół jako instytucja pożytku publicznego, dla wielu nawet najwyższego, by się wpisywał w demokratyczny ład. Decyzja wiernych staje się wtedy swoistym audytem poziomu posługi słowa i wzoru.
Skoro religia by się stała sprawą prywatną obywatela, należałoby zamiast nauki religii oddanej bez nadzoru Kościołowi wprowadzić, jak w innych państwach UE, religioznawstwo.
Młodzież bez świadectwa dojrzałości społecznej: janczarzy nacjonalizmu, rynkowe sępy, depresyjni konformiści
Milenialsi mogą, zastępując seniorów z ostatniej kampanii prezydenckiej, zdecydować o zwycięstwie wyborczym w 2023 r. Ich głosy się rozłożą stosownie do typów postaw, który demonstrują na ulicach, w mediach społecznościowych czy aktywności w różnych stowarzyszeniach.
W głowach części polskiej młodzieży odbija się echo indoktrynacji z ambony i z ławki szkolnej. To młodzież narodowa.
Jej idolami są Konfederaci z ich fundamentalizmem rynkowym z jednej strony, a z drugiej – prawica narodowa: ksenofobiczna, homofobiczna, skłonna do przemocy. Pracujący biedni mogą 11 listopada poczuć się bohaterami, niosą szturmówkę jako świadectwo poświęcenia dla wyższej sprawy – Ojczyzny bohaterów. Tutaj koalicja powinna stawiać na narodowym piedestale, zamiast żołnierzy wyklętych, bohaterów polskiej modernizacji (np. S. Staszica, D. Chłapowskiego, S. Szczepanowskiego), a także walczących o demokratyczne społeczeństwo (np. T. Kościuszkę, P. Ścigiennego, J. Dąbrowskiego, L. Waryńskiego, B. Limanowskiego).
Polska szkoła uczy też pilnie przedsiębiorczości. Tymczasem tylko dwóch, trzech spośród chętnych może być przedsiębiorcami. Przed resztą stoi w najlepszym razie kariera specjalisty – najemnego pracownika korporacji, w gorszym: pracownika budżetówki, sektora usług personalnych, montażysty.
Jednak 49 proc. młodych preferuje pracę na własny rachunek, a ich marzeniem jest własna firma, wynika z badań sondażowych. Bardami tej młodzieży stali się utrefieni na ekspertów radykalni politycy prawicowi, trybuni gospodarczej wolności  (J. Korwin-Mikke, K. Bosak, S. Mentzen). Ich ideałem stał się mały „miś”: właściciel biura rachunkowego, kantoru, internetowego kramiku, bądź wykonawcy teleinformatycznych usług dla biznesu.
Poglądy młodych urabiają także pracownicy pseudonaukowych think tanków (obecnie R. Gwiazdowski, T. Wóblewski). To do nich przemawia zasada, że zwycięzca bierze wszystko. Dlatego preferują egoistyczne strategie, odrzucają paternalizm państwa i wspólnoty, imponują im amerykańscy libertarianie, tak samo walczący z podatkami i opresyjnym państwem; bezpieczeństwo ma im zapewnić pistolet.
To z nimi stoczy się walka o poglądy i postawy, by adekwatnie oceniała współczesny kapitalizm jako zdominowany przez wielkie korporacje i jałowy konsumpcjonizm, a także by dojrzała zalety systemu repartycyjnego zabezpieczenia na starość, opartego na więzi pokoleń. Ta więź tworzy dopiero prawdziwą wspólnotę życia i pracy.
Partie opozycyjne powinny skoncentrować uwagę na tej młodzieży, która stara się zdobyć wysokie kwalifikacje, nie boi się zespołowej pracy i współdziałania, by rozwiązać różne problemy utrudniające życie. Chcą być ludźmi zasługi, na koncie mają to, co zrobili w życiu.
Dla niej liczą się dobre miejsca pracy, własne lokum, dobre relacje z innymi. Konkurenci PiSu mają przewagę cenną dla młodych, ponieważ oferują kolejne pozycje w katalogu wolności jednostki, po wolnościach obywatelskich i politycznych (równość płci, tożsamości seksualnej, związki partnerskie, otwarte społeczeństwo).
Bez tych zmian szerzej się otworzy dla rozczarowanego pokolenia droga do migracji, tym razem przed ostatecznym stłamszeniem. Jednak decydujące mogą się okazać większe szanse startu zawodowego i usamodzielnienia, które zapewnia mieszkanie na wynajem. Pod tym względem PiS odnotowuje same porażki.
Sentymenty, resentymenty, marketingowe sztuczki, ruchy pozorne prowadzą opozycję do kolejnej klęski wyborczej. Czas na tworzenie fundamentów pod V RP, łączącą wolność z uprawnieniami socjalnymi, na miejscu skansenu osobliwości dziejowych.

Eksportuj albo giń?

Obecny kryzys dla myślących przedsiębiorców może stać się szansą na opłacalny rozwój handlu zagranicznego.
Nikomu nie trzeba tłumaczyć, że rozwój eksportu to kosztowne przedsięwzięcie. Szczególnie dziś sytuacja nie jest łatwa dla żadnego przedsiębiorcy. Kryzys spowodowany pandemią COVID-19 dotknął większość branż w Polsce.
Powolne odmrażanie gospodarki pozwala na ponowne rozpoczęcie sprzedaży i odrabianie strat, jednak prawie trzymiesięczny przestój w handlu oraz zamknięcie galerii i sklepów poza tymi pierwszej potrzeby, spowodowały problemy w wielu przedsiębiorstwach, szczególnie z płynnością finansową.
Aby odbić się od panującego teraz kryzysu, firmy będą musiały wykazać się innowacyjnością i elastycznością w osiągnięciu sprzedaży, która nadrobią ich straty. Eksport jest szansą na maksymalizację marży i zwiększenie dochodów. Właśnie teraz jest najlepszy czas na inwestycje w handel zagraniczny.
To, co dla jednych może być przeszkodą, dla innych może stać się okazją do rozwoju i osiągnięcia nowych korzyści. Łańcuchy dostaw, które do tej pory były stabilne od lat, z powodu pandemii zaczną teraz ulegać zmianie. Zagraniczni przedsiębiorcy będą szukać bezpiecznych dostawców i dywersyfikować kanały tak, aby nie być zależnym od jednego rynku. Jest to szansa dla polskich eksporterów, ale też i tych przedsiębiorców, którzy jeszcze nigdy nie eksportowali, na zawarcie kontraktów z kontrahentami szukającymi alternatywy dla towarów z Chin. Twarde ramy dotychczasowej wymiany handlowej ulegają teraz znaczącym zmianom.
Eksport może wspomóc firmę w okresie kryzysu. Natomiast program POPW 1.2 (Program Operacyjny Polska Wschodnia 2014-2020 – działanie 1.2 Internacjonalizacja MŚP) jest okazją do pozyskania dodatkowych środków na sfinansowanie takiego przedsięwzięcia.
Środki z dotacji można przeznaczyć m.in. na udział w targach i misjach gospodarczych, pozyskanie certyfikatów niezbędnych na danym rynku, zakup środków trwałych i wartości niematerialnych i prawnych w postaci oprogramowania oraz usługi doradcze i marketingowe związane z wchodzeniem na rynki zagraniczne.
Projekt ten jest skierowany do mikro, małych i średnich przedsiębiorstw z Polski Wschodniej, tj. województw warmińsko-mazurskiego, podlaskiego, świętokrzyskiego, lubelskiego i podkarpackiego. Wartość dofinansowania może wynieść do 800 000 PLN netto i 85 proc. kosztów kwalifikowalnych, zaś sam program nie wymaga wskaźników w postaci wzrostu eksportu, co przy niestabilnej sytuacji gospodarczej na świecie jest dość istotne.
W pierwszej turze naboru zaledwie 55 firm złożyło wnioski o dofinansowanie. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości prowadzić będzie jeszcze jeden nabór w 2020 r. – ostatni w perspektywie UE 2014-2020. Na kolejną można czekać aż do dwóch lat, więc warto skorzystać z tej szansy. Druga runda naboru do konkursu POPW 1.2. trwać będzie od 4 sierpnia do 7 września. Proces przygotowania, wymaganego przy ubieganiu się o dofinansowanie, jest pracochłonny – warto więc zapoznać się z nim już dziś.
Warto też zapoznać się z ofertą pomocy w Urzędach Marszałkowskich poszczególnych województw, które również dysponują środkami publicznymi wspierającymi eksporterów.