Ach ten XXI wiek

W sobotnio – niedzielnym wydaniu Rzeczpospolitej („Plus Minus”, 10-11.lipca 2021 ., ss. 10-11) dr Michał Patryk Sadłowski, adiunkt w Uniwersytecie Warszawskim zadał sobie trud analizy debaty w sferze publicznej w Rosji, w związku z 30- tą rocznicą rozpadu związku Radzieckiego. Według powyższej analizy dyskutanci skupili się na ocenie rozwoju sytuacji w ZSRR, zwłaszcza w latach osiemdziesiątych XX wieku i próbie charakterystyki sytuacji bieżącej.

Wydaje się, że analizując sam problem, jak to zostało wyżej określone, rozpad Związku Radzieckiego należy scharakteryzować w innym kontekście, nie tyle emocji, co obiektywnego spojrzenia na rzeczywistość. Ukształtowane w latach 1917- 1991 państwo było kontynuatorem Carskiej Rosji, państwem autorytarnym, postagrarnym, scentralizowanym, z postagrarnym systemem prawnym. M.P. Sadłowski następująco charakteryzuje ocenę sytuacji z 1991 roku Piotra Awena, ministra w rządzie reformatora Jegora Gajdara. „Piotr Awen wskazuje, że ten ból po utracie wielkiego państwa, tworzonego na przestrzeni tysiąca lat, pojawił się na początku lat 90-tych ubiegłego wieku, nie tylko u elity państwowej ZSRR, czy przywiązanej do komunizmu części społeczeństwa, ale i u ekipy reformatorów, która kierowała się marzeniem o stworzeniu nowoczesnego, demokratycznego państwa rynkowego „ (tamże s. 11).
Charakterystyczne jest, że ani w przytoczonym cytacie, ani według cytowanej analizy całej narracji dotyczącej 30-tej rocznicy rozpadu Związku Radzieckiego niewiele lub zgoła nic nie mówi się o ludziach i ich marzeniach.
W owej analizie pojawia się wątek, że
część społeczeństwa nie jest gotowa podjąć odpowiedzialność za swoje życie i przejawić samodzielną inicjatywę,
ale wątek ten na konstatacji faktu się kończy i nie jest kontynuowany chociażby w kontekście jak powinien funkcjonować współczesny człowiek.
Pojawia się wątek, że rządząc takim państwem jak Rosja trzeba wybrać co jest ważniejsze, „czy siła państwa, czy wolność” (s.11).
Można odnieść wręcz wrażenie, że w analizowanej debacie pominięto, czy wręcz zbagatelizowano wątek wolności człowieka, jego marzeń, wątpliwości i oczekiwań.
Trudno w krótkim prasowym tekście wdawać się w subtelności, warto sądzimy jednak spojrzeć na problem Rosji, jak na problem wielu innych państw, próby sprostania wymogom współczesności. Górnolotnie należało by powiedzieć, że współczesność stwarza frapujące wręcz możliwości rozwoju, tak poszczególnych ludzi, jak i grup społecznych, całych narodów i całych cywilizacji, wymaga to jednak zainicjowania określonej narracji, przyjęciu pewnych idei i próbie dokonania postępu, chociażby w ograniczonym zakresie i chociażby względem określonych idei.
Polska była w omawianym okresie, w o tyle szczęśliwej sytuacji, że znaczna część społeczeństwa optowała za wzorcami zastosowanymi w krajach Europy Zachodniej, Rosja zaś, co wydaje się wynikać z cytowanej analizy, na taki wybór się nie zdecydowała. Powstaje pytanie, dlaczego?, czy jak mówi się w debacie ważniejsza jest siła państwa, czy wspomniany już duch niechęci do samodzielności, czy partykularne interesy pewnych grup. Prawdopodobnie wszystkiego po trochu.
We współczesnej nauce dużą popularność zdobywają rozważania dotyczące prób modelowania dziejów ludzkości. Warto sądzimy przywołać dostępną w języku polskim monografię Federica Laloux’a „Pracować inaczej” (Studio Emka, Warszawa 2015), która dzieli dzieje ludzkości na epokę zbieractwa ( purpurowa), epokę agrarną ( bursztynowa), przemysłową (oranż) i poprzemysłową (zieleń). Ciekawe jest, że według tej idei struktury organizacyjne ukształtowane w każdej z tych epok, oraz systemy wartości będące podstawą prawa w danej epoce, funkcjonują dalej w życiu społeczeństw mimo, że dominuje już inna epoka.
W wysoko rozwiniętych współczesnych państwach aż do 10 proc. rozwiązań stosowanych w praktyce norm regulowanych jest przez prawo i tyleż procent ogółu struktur organizacyjnych upowszechnionych w epoce zbieractwa dalej przejawia się we współczesnym społeczeństwie.
Dotyczy to głównie grup społeczeństwa, gdzie przemoc przejawia się szczególnie często, ale przecież nie tylko (np. gangi uliczne).
Aż 40 do 50 proc. ogółu problemów wyżej przedstawionych rozwiązywane jest według norm i w strukturach agrarnych społeczeństwa agrarnego (bursztynowe), a zaledwie 30 – 40 proc. właściwych jest epoce przemysłowej i do 20 proc. z epoki poprzemysłowej.
Sądzimy, że warto popatrzeć na 30-tą rocznicę rozpadu ZSRR, jako rocznicę załamania się scentralizowanej, autorytarnej struktury postagrarnej, zastosowanej w próbie tworzenia do 1991 roku struktury przemysłowej, która na pewno w latach 80-tych ubiegłego wieku i wcześniej stanęła wobec problemu konsumpcji, wolnego wyboru, wolności, czyli problemów typowych dla społeczeństw przemysłowych.
Epoka przemysłowa w dziejach ludzkości okazała się niewiarygodnie krótka, bo tak gdzieś od początku XIX wieku, choć raczej od jego połowy, to niewiarygodne, ale tylko do roku 1960.
Oczywiście w wielu regionach świata tego przemysłu i w 1960 roku było niewiele, oczywiście tu i ówdzie została ta epoka przeciągnięta po XXI wiek, ale nie dalej, patrz kryzys finansowy w 2008 roku, gdzie nikt się nad produkcją nie zastanawiał, debatowano tylko, co zrobić z finansami i ile pieniędzy dodrukować, epoka usług.
Do dziś w krajach wysokorozwiniętych specjalnie problemów epoki usług się nie podnosi. Trudne to i nieprzyjemne, lepiej porozmawiać o nowych aplikacjach, systemach 5G, itd. Każdy sobie jakoś da radę.
Łatwo jest zwrócić uwagę, że F. Laloux kładzie nacisk na współwystępowanie charakterystycznych dla danej epoki modeli gospodarowania ( w tym typowe struktury organizacyjne) i typowych dla danej epoki rozwiązań prawnych. Debatując nad rolą i znaczeniem prawa w danej epoce, można nieco inaczej scharakteryzować epokę oranżową jako zainicjowaną zmianami prawnymi (prawo stanowione, powstanie i rozwój współczesnego parlamentaryzmu) i ekonomicznymi ( gospodarka towarowo- pieniężna, manufaktury) wraz z początkiem w Europie Renesansu.
Uczestnicy cytowanej debaty nie przejmują się ani prawem stanowionym, ani parlamentaryzmem, ani społeczeństwem usług. A szkoda!
Wczytując się w tekst F. Laloux’a łatwo dostrzec, że zmiana epoki przemysłowej na poprzemysłową (żeby nie mówić o epoce usług, to takie trudne) wymaga znacznej decentralizacji struktur organizacyjnych i pluralizmu, tak w życiu społecznym, jak i gospodarczym, bo jakże inaczej stworzyć warunki żeby można było spokojnie sobie grzebać na półkach z dziesiątkami par butów (szczególnie numer 43, większe, półkę dalej) i dyskretnie popatrywać na wieszak z kilkudziesięcioma wzorami spodni „do chodzenia po domu”.
Model poprzemysłowy wybrała Polska trochę wcześniej, bo w 1989 roku, a może jeszcze wcześniej? Chiny do dziś trwają w systemie autorytarnym, postagrarnym, pomandaryńskim (są oczywiście jakieś enklawy w środowisku naukowym, w środowisku twórców , artystów studentów).
Rosja utknęła w społeczeństwie oranżowym, scentralizowanym, autorytarnym. Można zaobserwować pewną ilość konsumpcji, ale nie za dużo , trochę wolności jest , ale jest armia i jest potęga.
Jakoś trudno było nam wskazać chociaż jednego przestępcę, który z workiem pieniędzy uciekł by nie na Bermudy, do Londynu, czy Paryża, a do Pekinu, czy Moskwy. By tam się skryć przed wymiarem sprawiedliwości.
Teoria integralna wskazuje, że nawet w małych liczebnie środowiskach funkcjonują modele zachowań i struktury organizacyjne złożone z wielu elementów. Łatwo zrekonstruować sytuację, w której każde z małżonków żyje w innej niszy organizacyjnej. Przykładowo mąż pracuje w dużej korporacji, jest programistą komputerowym, pracuje w zespole programistów, tworzą oni w wielu przejawach zespół wręcz turkusowy, (następny po zieleni). Żona, wywodząca się z rodziny o tradycyjnych w kraju wartościach, słabo rozwiniętym, tkwi w niszy wręcz agrarnej , bursztynowej. Ich dziecko jest pod dużym wpływem matki, spędza z nią wiele czasu, z ojcem zdecydowanie mniej, chodzi do ekskluzywnej szkoły w wielkim mieście. Turkusu tam raczej nie ma, ale zieleń, czemu nie. Jeśli była by to szkoła preferująca tradycyjne wartości, prestiżowa w danym środowisku, pewnie byłby tam system nie tyle agrarny, co przemysłowy (oranżowy). Czy ta trójka może się dogadać? Czemu nie, zwłaszcza przy silnej wspólnocie interesów. Pieniądze, wsparcie od tradycyjnie myślących teściów system wartości kształtowały by się trochę wyżej niż bursztyn. Czy byłby to oranż? Niekoniecznie. Co nie znaczy, że w czasie niedzielnego obiadu, także przy teściach, ojciec i syn nie pozwalali by sobie na uszczypliwe uwagi o ciemnocie z prowincji, czego nie dostrzegała by matka, ani jacy oni są mądrzy, ten jej syn i mąż i dyskretnie, ale stanowczo broniła by ich. A rodzice dziewczyny,no cóż, dzielna ta nasza córka i jaka mądra i wykształcona. Mieszka wraz z rodziną w wielkim mieście. Będzie o czym opowiadać znajomym po powrocie.
Podobnie może być przy powściągliwie prowadzonej polityce między różnymi, czasami wrogimi wręcz wobec siebie grupami, no ale są pieniądze, jest dobrobyt, jest nowy apartament dla córki, wakacje zagranicą i nowy samochód dla syna.
Oczywiście jeśli konflikt nie jest konfliktem o sposób życia i wartości, lecz o interesy gospodarcze, zwłaszcza zaś o to która grupa ma słuszne regulacje prawne, a która jest krzywdzona, rozwiązanie jest już trudniejsze i wymaga znacznych talentów negocjacyjnych, a i tak konsensus może być trudny do osiągnięcia, patrz Bliski Wschód., czy Afganistan.
W sporach społecznych wielka rola przypada politykom. W sporach tych na ogół obiektywnych racji jest niewiele, za to sprzeczności interesów mogą być fundamentalne. W społeczeństwie przy dowolnej działalności kilka procent zespołu pracowniczego ma inicjatywę, jest kreatywne, przewodzi , rodzi to pokusę o korzystne rozdysponowanie zysków, walkę o ograniczanie świadomości społecznych, selektywna politykę inwestycyjną w zakresie infrastruktury państwowej. Lotnisko międzynarodowe w metropolii – tak , jesteśmy przecież w centrum świata, drogi lokalne- kto tam będzie jeździł?, zaraz będą spory o wykup ziemi pod inwestycję, spory o trasę drogi, po co to wszystko? Stara droga jest zupełnie dobra i niezbyt przeciążona, może do tematu trzeba wrócić w przyszłej kadencji?
Godzenie przeciwstawnych interesów grupy społecznej, bardziej kreatywnej np. przedsiębiorcy i ich pracownicy, to jest bardzo trudne, to raczej nie negocjacje, czy nie zawsze negocjacje, te są możliwe w konkretnym przedsiębiorstwie, konkretnej branży, lecz inny instrument menedżerski, przetarg , często sprawdzający się do konkluzji, coś za coś. Widać, ze zarządzanie może dostarczyć wielu mechanizmów i wielu instrumentów politykom pomocnym w rozwiązywaniu problemów politycznych.
Najgorsza jest sytuacja, kiedy politycy uważają, że „zło niech śpi”, może jeszcze tę kadencję uda się przetrzymać.
Konflikt niedostrzegany, jak ta legendarna strzelba na ścianie salonu w dekoracji teatralnej, wcześniej, czy później musi wypalić.
Stąd od polityków należy oczekiwać aktywności identyfikowania problemów, monitorowania ich rozwoju, stymulowania dla łagodzenia form ich przejawiania, a przede wszystkim konceptualizacji ich rozwiązania lub chociażby rozwiązywania.
Jak już na poły anegdotycznie napisaliśmy na początku tego tekstu, wbrew pozorom świat jest głęboko podzielony, często wielu o tych podziałach woli nie mówić, opowiadane są ludziom sytuacje o świetlanej przyszłości, a jednocześnie wywożone są pieniądze nie do Rosji, czy Chin, lecz na Bahama, do Londynu , czy Paryża.
W świecie współczesnym nie ma sytuacji, żeby we wszystkich regionach świata, wszystkim ludziom nie zapewnić godnego poziomu życia, nie mówimy tu o jakiś wyjątkowych luksusach, lecz o godnym życiu. Potrzebna jest tylko identyfikacja, konceptualizacja i działania, co jak wielokrotnie mówiliśmy jest trudne.
W Polsce mamy głęboki konflikt wielu grup społecznych, który nie ma nic wspólnego z komunizmem. Minęło 30 lat, dorasta drugie pokolenie tych, co komunizmu nie pamiętają.
Konflikt dotyczy nie tyle Polski, ile współczesnego świata. Albo ruszymy jako społeczeństwo ku obecnym wyzwaniom społeczeństwa usług, albo będziemy grzęźli w różnych quasi problemach, co kto komu powiedział. To nie jest tak, że ci co brzydko mówią, w środkach masowego przekazu nie wiedzą co się naprawdę dzieje. Oczywiście, że wiedzą, wystarczy wyjąć tabelkę ilustrującą strukturę zatrudnienia w poszczególnych krajach. Na którym miejscu w poszczególnych sektorach jest Polska? Liczbę zatrudnionych do ogółu zdolnych do pracy, poziom wykształcenia, infrastruktura, drogi, budynki użyteczności publicznej, szpitale, gmachy akademickie. Mamy pełny obraz sytuacji.
Dwie wcześniej przedstawione grupy społeczne mające przeciwstawne interesy mogą doprowadzić do wojny domowej, jak w Iraku, czy Syrii lub podjąć próbę szukania kompromisu.
W naturalny sposób Lewica reprezentuje grupy społeczne związane z wykonywaniem zarobkowo pracy i to na ogół nie te uprzywilejowane (prace na umowy zlecenie – „umowy śmieciowe”). Lewica opowiada się za postępem, bo tylko innowacyjność, rozwój mogą poprawić sytuację ludzi pracy. Lewica jest postępowa, ale żeby była słyszana, powinna mieć 20- 30 proc. przedstawicieli w Sejmie. W tym celu konieczna jest odpowiednia strategia, program, świadomość konieczności zmian i konsekwentnie próbować je wdrażać.
Nowoczesne organizacje mają na ogół nowoczesne struktury organizacyjne. Współczesna nauka zarządzania i jakości ma wiele do zaoferowania. Działania elastyczne ( zmienne, zwinne), zdecentralizowane, horyzontalne, kierujące się zarządzaniem, tak zwanym procesowym, co stwarza szanse współpracy z wieloma organizacjami pozarządowymi, sprzyja inicjatywom lokalnym, ułatwia współpracę w sieciach międzyorganizacyjnych ( np. przedsiębiorstwa, partie polityczne, samorząd terytorialny, organizacje pozarządowe), na przykład jako grupa nacisku dla inwestycji komunalnych, budowy nowej autostrady, przyciągnięcia inwestora zagranicznego.
We współczesnym świecie, we współczesnej otwartej, globalizującej się gospodarce Nowa Lewica może odegrać znaczną rolę w kreacji prospołecznych rozwiązań, we wskazaniu sposobów ich rozwiązywania, a także w ich rozwiązaniu. Stąd tak ważna jest nowoczesna struktura organizacyjna, zdolna podjąć powyższe wyzwania w dzisiejszym świecie.

Zapraszamy do debaty

Bez programu V Rzeczpospolitej polska lewica nie stanie się pierwszorzędną siłą polityczną.
Wielokrotnie pisałem przed wyborami parlamentarnymi w 2019 roku, że podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest powrócić do parlamentu.
Za wszelką cenę. Zgody na przejściowy, autorytarny styl kierowania SLD. Zgody na wspólną listę z centrową, liberalną Platformą Obywatelską i konserwatywnym PSL. Powrót do parlamentu wart był dla lewicy każdej politycznej „mszy”. Bo jedynie powrót do parlamentu gwarantował rewitalizację gasnącego SLD i innych, marginalizowanych partii.
Powrót do Sejmu i Senatu dawał szansę stworzenie tam politycznego przyczółka. Takiego „lewicowego Piemontu”, aby potem konsekwentnie powiększać wpływy lewicy w Polsce. Analogicznie do znanego z historii procesu jednoczenia Włoch w drugiej połowie XIX wieku.
Nasz lewicowy „Piemont” już mamy. Zyskaliśmy go po wyjątkowo korzystnej cenie. Lewica nie musiała celebrować politycznej mszy z demokratycznymi liberałami. Dostała głosy lewicowych wyborców w 2019 roku jedynie za „cud zjednoczenia”. Za to, że trójka liderów lewicowych partii stanęła w jednym szeregu przed telewizyjnymi kamerami. Zaczęli przemawiać razem, choć nie mówili tak samo. Dostała lewica te głosy na kredyt. Wyborcy lewicy w Polsce lubią spory, nawet personalne, polemiki i debaty. Ale jedność organizacyjną lewicy uważają za podstawową wartość.
„Tyleśmy warci ileśmy zwarci”, powtarzano nam podczas spotkań z wyborcami, kiedy tworzyliśmy Sojusz Lewicy Demokratycznej. Pod koniec zeszłego wieku. Dzięki tej zwartości lewica dwukrotnie rządziła w III RP, miała też swojego prezydenta. Potem nastąpiła seria rozłamów,kłótni personalnych w Sojuszu. I wtedy SLD zaczął przypominać ówczesne telefony komórkowe Nokii.
Z każdym nowym sezonem politycznym stawał się coraz mniejszy.
Zjednoczmy się wreszcie
Konsekwencją „cudu zjednoczenia” sprzed 3 lat powinno być zunifikowana, powstała z SLD i Wiosny, nowa partia. Nowa Lewica. Były zaręczyny, terminy wesela, do skonsumowania związku nie doszło.
Ostatnio wielokrotnie słyszałem głosy przeróżnych patriotów SLD, że to małżeństwo polityczne pachnie im jednak mezaliansem. Bo oto bogate w kadry, programy i struktury organizacyjne SLD żeni się ze znacznie uboższą Wiosną. Ot bogaty panicz bierze dziadówkę za żonę i jeszcze ma ślubować jej partnerskie małżeństwo!
Wedle lewicowych standardów.
W SLD jestem od początku. Byłem posłem klubu SLD, kiedy Sojusz nie był jedną partią, tylko federacją partii politycznych, związków zawodowych, organizacji społecznych. Mariażem politycznych paniczów z politycznymi dziadówkami. Jedną z nich, Ruch NIE, w tamtym Sojuszu reprezentowałem. I nasze największe wspólne sukcesy osiągaliśmy kiedy lewicowi zasobni panicze traktowali po partnersku te lewicowe dziadówki.
Dlatego apeluję do lewicowych koleżanek i kolegów z SLD i Wiosny. Zjednoczmy się wreszcie! Na ustalonych wcześniej zasadach. A aktualnym krytykom tego mariażu mogę jedynie przypomnieć, że także oni głosowali za przyjętymi wtedy zasadami zjednoczenia i statutami. Słowo się rzekło, kobyłka u płota.
Na pocieszenie krytycznym wobec zjednoczenia patriotom z SLD mogę przypomnieć też, że nasi parlamentarzyści nieraz głosowali ustawy niekorzystne wizerunkowo dla naszej partii, za to korzystne dla reformowanego państwa polskiego. Tracił na tym Sojusz, ale per saldo zyskiwała Polska.
Niebawem minie trzeci rok działalności koalicyjnego klubu parlamentarnego lewicy. Od przynajmniej dwóch lat słyszymy o konsumowaniu politycznego małżeństwa SLD i Wiosny. I mam nadzieję, że na październikowym Kongresie wreszcie się to stanie.
Zakończy się ten stan organizacyjnego chaosu, gorszącego wielce lewicowych wyborców.
Wskazówki na Piątą
Mamy już „lewicowy Piemont”, dojdzie pewnie do zjednoczenia SLD z Wiosną. Ale Kongres zjednoczeniowy powinien być jednocześnie Kongresem programowym. Polska lewica, zwłaszcza ta związana z SLD, ma liczne, historyczne zasługi. Doprowadziła Polskę do Unii Europejskiej, wcześniej współtworzyła obecną demokratyczną Konstytucję. Jednak po naszej akcesji do Unii Europejskiej kreatywność programowa, intelektualna polskiej lewicy wyschła.
Być może lewicowe elity uznały, sama implementacja euro norm rozwiąże podstawowe problemy polskiego społeczeństwa i państwa. A skopiowanie dorobku europejskiej lewicy stworzy z polskiej lewicy nowoczesny i sprawny ruch polityczny. I tak po naszej akcesji do UE, zakorzenieniu się w rodzinie europejskich socjalistów, socjaldemokratów, zielonych,komunistów polskie lewicowe elity polityczne zwolniły się z wysiłku umysłowego.
Oczywiście nie siedziały czas cały z założonymi rękami. Przez całe lata trwała produkcja projektów programów, ustaw. Zmieniano logo partii aby zwabić nim miej świadomych wyborców. Pomimo tych wysiłków lewicowi wyborcy nie wiedzieli i nie wiedzą jakiej, tej już „europejskiej” Polski, nasza lewica chce. Znają poszczególne propozycje, słyszeli o jakiś receptach.
PiS w 2015 roku celnie zdiagnozował obecną w społeczeństwie potrzebę zmiany. Zaproponował alternatywną IV Rzeczpospolitą. Nie łaty, plastry na poszczególne bolączki, tylko nową jakość. I tym uwiódł wyborców. Także tych, głosujących kiedyś na lewicę.
Dlatego teraz podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest stworzenie spójnego programu demokratycznej i socjalnej V Rzeczpospolitej. Alternatywnej wobec kaczystowskiej IV Rzeczpospolitej i niedawnej III Rzeczpospolitej. Bez takiego horyzontu programowego polska lewica dalej będzie dusić się intelektualnie w kajdanach IV RP i utopijnych nostalgiach za III RP. Nie pomogą jej atrakcyjne, szczątkowe programy, ustawy pisane w odpowiedzi na działania PiS, ani medialne pląsy.
Dlatego zapraszamy wszystkich polskich lewicowców do dyskusji o lewicowej, demokratycznej V Rzeczpospolitej.
O tym co polska lewica powinna zrobić po szkodliwych dla Polski rządach PiS. O wieloletnim lewicowym planie budowy społeczeństwa polskiego w XXI wieku.
Zapraszamy wszystkich pragnących debaty o przyszłej lewicowej Polsce. Chcemy być trybuną szeroko rozumianych lewicowych idei i programów.
Bez stworzenia programu V Rzeczpospolitej polska lewica będzie skazana na rolę przystawki politycznej. Drugorzędnej, niesamodzielnej siły politycznej.

Upamiętnianie wielkiej klapy

Jeśli ostatnia Iryda znowu wzleci w powietrze, będzie przypominać klęskę najkosztowniejszego projektu w polskim lotnictwie.
Państwowa firma naftowa Lotos (wciąż nie przejęta przez Orlen) postanowiła upamiętnić jedno z największych niepowodzeń polskiego przemysłu, myśli technicznej, organizacji pracy, a także i zasad etyki. Tą kompleksową klęską we wszystkich tych wymiarach był projekt rodzimego odrzutowca szkolno – bojowego PZL Iryda. Jest to poniekąd zgodne z tradycją czczenia naszych klęsk. Jest co świętować, bo mamy ich wiele, w przeciwieństwie do sukcesów.
Upamiętnieniem samolotu Iryda – a raczej tego, co z niego zostało – zajęła się Fundacja Biało-Czerwone Skrzydła. Otrzymała ona Irydę od Instytutu Technicznego Wojsk Lotniczych, gdzie samolot niszczał bezczynnie przez ostatnie kilkanaście lat. Fundacja Biało-Czerwone Skrzydła jest finansowana przez spółkę Lotosu i koncernu British Petroleum, zajmującą się sprzedażą paliwa lotniczego w Polsce.
Uroczysta prezentacja samolotu odbyła się 4 lipca na lotnisku w Mielcu. Egzemplarz przekazany fundacji ma zostać gruntownie wyremontowany, a fundacja obiecuje nawet, że odrzutowiec po remoncie uzyska konieczne uprawnienia i będzie mógł wznieść się w powietrze po okresie kilkunastoletniego „uziemienia”. Jeżeli się uda, to być może nowe życie Irydy okaże się bardziej intensywne, niż wtedy, gdy miała ona służyć do szkolenia naszych pilotów wojskowych.
Projekt Iryda zakończył się klapą, jak wiele rodzimych projektów przemysłowych. Jest to jednak tym boleśniejsze, że było to największe i najbardziej kosztowne własne przedsięwzięcie, jakie usiłowano zrealizować w powojennym polskim lotnictwie. I ostatnie. Nasz przemysł lotniczy już nigdy nie podejmie prób masowego wytwarzania rodzimych konstrukcji.
Wstępny pomysł Irydy zrodził się w 1976 r. Miała zastąpić udany polski odrzutowiec TS-11 Iskra, służący do szkolenia pilotów wojskowych. Iskra była autentycznym sukcesem PRL-owskiej gospodarki. Opracowano ją pod koniec lat pięćdziesiątych, wyprodukowano ponad 420 egzemplarzy, około 50 wyeksportowano, szkolono na niej pilotów przez dziesięciolecia. Iskra dopiero w grudniu ubiegłego roku przestała być samolotem szkolno-bojowym pilotów naszych sił zbrojnych, a wiele Iskier „w cywilu” lata do dziś.
Nawet ułamek tych sukcesów nie stał się niestety udziałem Irydy. Nadzieje były wielkie, planowano produkcję co najmniej 450 tych samolotów. Prototypy przygotowywano jednak długo, wojskowi decydenci stawiali kolejne wymagania wobec maszyny, lata mijały. W 1987 r. jeden z samolotów się rozbił, zginął pilot. Po tym wypadku próbowano wdrażać kolejne modernizacje, zmieniały się plany i koncepcje użycia Irydy.
Ostatecznie, dopiero pod koniec 1992 r, czyli po 16 latach od rozpoczęcia prac i poniesieniu olbrzymich kosztów, pierwsze dwie Irydy rozpoczęły służbę szkolną w polskim lotnictwie. W sumie użytkowano ich 8 – ale niedługo. W styczniu 1996 r. nastąpiła kolejna katastrofa, tym razem zginęło dwóch pilotów. Program budowy Irydy zaczął być wstrzymywany, w 1999 r. rząd zdecydował, że polskie lotnictwo nie będzie korzystać z tych maszyn.
Po próbach reanimacji produkcji, w 2003 r. całkowicie zrezygnowano z tego samolotu i wstrzymano loty wszystkich pozostałych Iryd. Pięć lat później oddano na złom ostatnie fragmenty linii produkcyjnej Iryd oraz resztę części. Tylko jedna Iryda zachowała się w stanie, który mógł stwarzać nadzieje na remont i przywrócenie sprawności technicznej – właśnie ta przekazana Fundacji Biało-Czerwone Skrzydła.
Program Irydy zapewne był do uratowania. Zabrakło tego, czego zwykle brakuje Polakom – rozumu, słusznych decyzji, dobrej organizacji, sumienności, uporu. A także i zwykłej ludzkiej uczciwości oraz etyki, bo niektórzy polscy decydenci wojskowi wyraźnie popierali pomysły zakupu zagranicznych samolotów szkoleniowych – i raczej nie robili tego bezinteresownie.

Jedynym pomysłem było strzelanie

Eksterminacja nie pomogła. Klęska w walce z afrykańskim pomorem dzików to kolejny przykład nieudolności i niedbalstwa PiS-owskiej władzy.
Po kilkunastu miesiącach obowiązywania specjalnej ustawy o zwalczaniu afrykańskiego pomoru świń i dzików (ASF), widać, że poniosła ona spektakularną klęskę. „Skuteczność” rządu „zjednoczonej prawicy” jest tu porażająca. Jeszcze w 2019 r. w Polsce zarejestrowano 48 ognisk ASF u świń i 2477 przypadków u dzików, ale w 2020 r. już 103 ogniska u świń i 3934 przypadki u dzików.
W sumie, liczba przypadków afrykańskiego pomoru w Polsce to ponad 10 000 z 27 000 stwierdzonych w całej Unii Europejskiej. Jesteśmy tu w ścisłej ponurej czołówce, tak jak i pod względem liczby zgonów na koronawirusa.
Ognisko choroby afrykańskiej u świń zależy od wielkości gospodarstwa i może obejmować od kilku do nawet kilkunastu tysięcy zwierząt. Tak było w przypadku pierwszego stwierdzonego w tym roku ogniska ASF – w województwie lubuskim ognisko choroby pojawiło się w gospodarstwie liczącym niemal 16 tysięcy świń. Dla zwierząt stwierdzenie wirusa oznacza zabicie całego stada, dla hodowców – olbrzymie straty finansowe.
Jak widać, w czasie rządów PiS, afrykański pomór świń i dzików objął terytorium całego naszego kraju i sięgnął pod zachodnią granicę Polski. Niemcy wysokie płoty grodzą, chcąc chronić się przed nadciągającą zza Odry zarazą, ale nie wiadomo, czy ich działania okażą się należycie skuteczne.
Mamy więc w Polsce i stale rosnącą liczbę przypadków wirusa ASF, i ogromny już zasięg terytorialny tej choroby: początkowo dotyczył on naszej ściany wschodniej, obecnie wirus występuje także na Mazowszu, Warmii i Mazurach, Pomorzu oraz w województwach lubuskim i wielkopolskim, skąd przedostaje się także do Niemiec. – Już w 2018 roku Najwyższa Izba Kontroli alarmowała, że program bioasekuracji stworzony w ramach walki z ASF jest nieprzygotowany i nierzetelnie realizowany – mówi pos. Małgorzata Tracz z klubu parlamentarnego Koalicji Obywatelskiej, obecna przewodnicząca Partii Zieloni.
Okazało się, że aż 74 proc. skontrolowanych gospodarstw nie posiadało niezbędnych zabezpieczeń przeciwko rozprzestrzenianiu się tej choroby. Zamiast wyciągnąć wnioski z raportu NIK i skupić się na uszczelnieniu kwestii sanitarnych, władze zdecydowały się na eksterminację dzików. Choć na szczęście okazała się ona mało konsekwentna, to jednak i tak jeszcze bardziej pogłębiła problem ASF.
Organizacje pozarządowe i media wielokrotnie zwracały uwagę, że masowe odstrzały dzików nie były prowadzone z przestrzeganiem zasad bioasekuracji. Podkreślano między innymi: brak odzieży ochronnej, przenoszenie krwi (nośnika wirusa) na butach myśliwych i oponach ich samochodów, rozwłóczenie martwych dzików przez psy czy niewłaściwe zabezpieczenie transportowanych zwłok. Wszystko to sprzyjało rozwojowi afrykańskiego pomoru w Polsce.
Dziś występuje rażąca dysproporcja środków przyznanych na bezpośrednie i pośrednie metody zwalczania tej choroby. W 2021 r. przeznaczono aż 72 mln zł na odstrzał, wciąż niekiedy bezsensownie uważany za sposób na zwalczenie ASF i kontynuowany siłą rozpędu. Natomiast tylko 3,3 mln zł zaplanowano na poszukiwanie i utylizację padłych dzików).
Główne wady fatalnej PiS-owskiej spec-ustawy o zwalczaniu ASF to promowanie i wspieranie finansowe odstrzału sanitarnego jako głównego narzędzia zwalczania wirusa, iluzoryczność regulacji dotyczących kontroli bioasekuracji podczas polowań i odstrzałów sanitarnych, brak wyraźnego zdefiniowania odstrzału sanitarnego oraz zasad jego prowadzenia, co stwarza pole do nadużyć powodujących rozprzestrzenianie się wirusa (np. polowanie na inne zwierzęta pod pretekstem odstrzału sanitarnego dzików, sankcje karne za utrudnianie przebiegu polowań przez aktywistów.
Do Sejmu trafił niedawno poselski projekt ustawy mającej naprawić skutki specustawy o ASF, przygotowany i złożony przez pos. Małgorzatę Tracz i pos. Dorotę Niedzielę z Platformy Obywatelskiej. W napisaniu projektu pomogła Pracownia na rzecz Wszystkich Istot i Koalicja Niech Żyją!.
Ustawa proponuje wprowadzenie definicji odstrzału sanitarnego, która dokładnie określałaby obszar, na którym może być on prowadzony i wymogi jego zgłaszania oraz wprowadzała zakaz jednoczesnego polowania na inne zwierzęta. Nieprzestrzeganie zasad bioasekuracji w trakcie polowania lub odstrzału sanitarnego byłoby traktowane jako przestępstwo. Ponadto wymagane byłyby kontrole polowań i odstrzałów pod kątem bioasekuracji.
Ustawa przewiduje też całkowity zakaz dokarmiania i nęcenia zwierzyny, za wyjątkiem drastycznego niedoboru żeru naturalnego w zimie, a także wprowadzenie obowiązkowych elektronicznych książek polowań. – Celem tego projektu jest zapewnienie rzeczywistych a nie pozornych środków walki z ASF. Wiemy już, że polityka zwalczania ASF prowadzona w myśl reguły „wybić dziki – to rozwiąże problemy rolników” jest całkowicie chybiona. Ognisk przybyło, kolejne zwierzęta są zabijane – cierpi na tym przyroda i rolnictwo. Kluczem do naprawienia tej sytuacji jest określenie jasnych zasad, na jakich zwalczanie wirusa ma być prowadzone – mówi Tomasz Zdrojewski z koalicji Niech Żyją!
Jak wskazuje pos. Małgorzata Tracz, państwo polskie poniosło klęskę w walce z rozprzestrzenianiem się wirusa ASF i dąży do kolejnej przy okazji ptasiej grypy. Można jednak wypracować skuteczne, oparte na wiedzy naukowej, a nie na populizmie, narzędzia radzenia sobie z tymi chorobami.
Wspomniana ptasia grypa ma już wymiar epidemii w Euroazji i Afryce, zaś w Polsce tylko w 2021 roku wykryto 327 jej ognisk. Ptasia grypa jest śmiertelnie niebezpieczna dla dzikich ptaków, a pewne jej odmiany również dla ludzi. Naukowcy już dzisiaj alarmują, że wirus ptasiej grypy ma potencjał pandemiczny.
Na razie nie ma jednak szans, by w Polsce zaczęto myśleć o sposobach zapobiegania ptasiej grypie. Szkoda w postaci ludzkiej śmierci spowodowanej tą chorobą jeszcze u nas nie wystąpiła, a przecież Polak jest mądry – jeżeli w ogóle – dopiero po szkodzie.

Przedwyborczy ład propagandowy

„Polski Ład” jest ważnym dokumentem marketingowo-politycznym, mającym przybliżyć PiS do sukcesu wyborczego.
Kilka dni temu, dziennik „Trybuna” odnosząc się do PiS-owskiego „Polskiego Ładu”, stwierdził, że jest to tylko program propagandowy, którego jedynym celem jest przybliżenie PiS do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych. Cóż, okazuje się, że były to prorocze słowa, a podobny pogląd zaczyna wyrażać coraz więcej specjalistów.
I tak, zdaniem ekonomistów z Forum Obywatelskiego Rozwoju, dokument „Polski Ład” to wydmuszka marketingowa bez kompleksowych reform oraz adekwatnych i skutecznych działań. To nie jest plan zwiększania dobrobytu, lecz plan wydawania pieniędzy i dokupywania głosów w tych obszarach, gdzie władza ma swój elektorat i może uzyskać jeszcze jakieś punkty.
Tymczasem, aby dogonić najbogatsze kraje Unii Europejskiej i zwiększyć dobrobyt społeczeństwa potrzebujemy prawdziwych reform, wykraczających poza jedną kadencję, a nawet poza jedną dekadę. Jak wskazuje FOR kołami zamachowymi takich reform powinny być 4 filary: praca, praworządność, inwestycje i innowacje, a nie PR-owe zapisy „Polskiego Ładu”.
Zdaniem ekonomistów FOR, Sławomira Dudka, Rafała Trzeciakowskiego i Marcina Zielińskiego, „Polski Ład” jest jedynie dokumentem propagandowo-politycznym. To nie jest plan gospodarczy ani tym bardziej dokument strategiczny, który pokazywałby jak sobie poradzić z największymi wyzwaniami stojącymi przed polską gospodarką w kolejnych dekadach.
Do zwiększenia dobrobytu, czyli też lepszych i profesjonalnych usług publicznych, w tym opieki zdrowotnej, konieczny jest wzrost gospodarczy. Dobrobytu nie tworzą tylko podatki, transfery czy wydatki usztywnione w stosunku do produktu krajowego brutto PKB. Aby podtrzymać szybki wzrost gospodarczy, szczególnie w obliczu kryzysu demograficznego, niezbędne są odpowiednie, dobrze przygotowane i zaplanowane reformy. Niestety w „Polskim Ładzie” rząd PIS takich reform nie pokazał.
Ten dokument to lista ogólników, haseł i życzeń, często bardzo lakonicznie opisanych. To marketingowa wydmuszka – podkreślają ekonomiści FOR. Generalna koncepcja „Polskiego Ładu” stanowi zapowiedź redystrybucji dochodów na dużą skalę – w dużej części od klasy średniej, bogatszych i przedsiębiorców do emerytów i osób nieaktywnych zawodowo. Filary „Polskiego Ładu” nie składają się jednak w spójną całość. Nie pozwalają też na osiągnięcie stawianych w dokumencie ambitnych (a przy tym nierealnych) celów rozwojowych. W większości są to obietnice kolejnych transferów, dotacji, instrumentów wsparcia i większych wydatków. W sumie, w „Polskim Ładzie” dominują propagandowe grafiki i wykresy. Brakuje w nim zaś reform, treści i konkretów.
Jedynym elementem, za którym kryją się jakieś analizy i bardziej skonkretyzowane rozwiązania, jest propozycja zmian w podatkach, bo rządowi zależy na ściągnięciu jak największej kasy do budżetu. Jednak i w tym obszarze mamy wiele istotnych przemilczeń i niedomówień.
PiS w „Polskim Ładzie” podbiło swój cel z wcześniejszego Krajowego Panu Odbudowy, zakładający osiągnięcie 95 proc. PKB per capita Unii Europejskiej w 2030 roku. Teraz ma to być aż 100 proc., jednak bez pokazania wiarygodnie, w jaki sposób władza zamierza to zrealizować.
Jak wskazują cytowaniu tu trzej ekonomiści, pozytywem „Polskiego Ładu” jest to, że PiS pokazało w końcu prawdziwą koncepcję modelu społeczno-gospodarczego, do którego chce dążyć. Jeszcze przed poprzednimi wyborami premier głosił wszem i wobec, że mamy cud w uszczelnianiu podatków, a dzięki uszczelnieniu VAT partia rządząca sfinansuje swoje obietnice. Nie mówił nic o nowych podatkach. Stwierdził nawet, że możemy pozwolić sobie jeszcze na rozszerzenie 500+ i „trzynaste” emerytury.
Jednak luka VAT liczona według metodologii Komisji Europejskiej pokazuje, że całkowite efekty uszczelniania VAT w Polsce do 2020 r. dają budżetowi ok. 24 mld zł rocznie, co nie pokrywa nawet rocznego kosztu 500+. A co z „trzynastkami” i wszystkimi pozostałymi obietnicami PiS?. Są one finansowane długiem i lawiną nowych podatków, przede wszystkim sektorowych. Minister finansów zarzekał się, że nie będzie żadnego podnoszenia podatków. A gdy po wyborach pojawiły się nowe daniny i opłaty, tłumaczył, że to wcale nie podatki.
W „Polskim Ładzie” dosyć cicho jest o „cudzie uszczelniania”. Pojawiła się za to narracja antagonizująca mniej zarabiających przeciw zarabiającym więcej i przedsiębiorcom (oczywiście z wyjątkiem bogacących się prominentów PiS). Także premier Mateusz Morawiecki, zgodnie z PiS-owską strategią napuszczania jednych na drugich, aktywnie i publicznie antagonizuje mniej zarabiających z zarabiającymi więcej. Jak podkreśla FOR, widać, że to jest zaprogramowana akcja.
PiS chce kupić poparcie dla siebie za pieniądze podatników – ale o tym dowiemy się już po wyborach. Dokument zawiera więc bardzo bogatą listę różnego rodzaju obietnic, od bardzo drobnych po wielkie i pokazowe inwestycje. Nie pokazuje jednak realnych źródeł finansowania tych wszystkich obietnic.

Kiedy Lewica urośnie?

Dlaczego mimo kryzysu PiS lewica nie zyskuje w sondażach ?
Zagadka brak wzrostu poparcia dla Lewicy w czasach spadku popularności PiS coraz mocniej intryguje wielu obserwatorów i komentatorów polskiego życia politycznego. Zwłaszcza, że lata wcześniejsze przyzwyczaiły nas do prostej prawidłowości. Kiedy lewicy popularność spadała to prawicy rosła, a kiedy prawicy spada to lewicy puchły słupki poparcia.Teraz rządzącej Zjednoczonej Prawicy popularność spadła, ale skonfederowanej Lewicy nie wzrasta. Jej notowania ciągle kręcą się wokół dziesięciu procent.
Próbę rozwiązania tej zagadki podjął lewicowy „Przeglądu” w numerze 11/17.01.21. Zamieszczając dziennikarski sondaż „Dlaczego mimo kryzysu PiS lewica nie zyskuje w sondażach?”.
Zachęcam do jego przeczytania wszystkich lewicowców w naszym kraju, zwłaszcza parlamentarzystów Klubu Lewicy. Nie tylko dlatego, że z wieloma z zamieszczonych tam diagnozami zgadzam się. Sondaż kolejny raz prezentuje problemy, które polska lewica, zwłaszcza parlamentarna, dłużej lekceważyć nie może.
W latach 2015-2019 wielokrotnie na różnych lewicowych forach pisałem i powtarzałem, że podstawowym obowiązkiem polskiej lewicy jest powrócić do parlamentu. Za każdą polityczną cenę. Aby potem być tym „lewicowym Piemontem”. Miejscem gdzie zacznie się przełomowa, lewicowa modernizacja kraju. Tak już stało się, co jest historyczną zasługą jej obecnych liderów.
Ale na minionej chwale trudno budować przyszłość i modernizację. Teraz przed polską lewicą, przede wszystkim parlamentarną, stoi zadanie zbudowania trwałej formacji politycznej oraz ideowo- kulturalnej wspólnoty. Systematycznego powiększania tego „lewicowego Piemontu”. Przebicia bariery dziesięcioprocentowego poparcia wyborczego. Tak się jednak jeszcze nie dzieje. Tak przynajmniej wynika z przedwyborczych sondaży.
Aktywiści czy mężowie stanu
„Odpowiedzią na to pytanie może być ostatni sondaż, z którego wynika, że partie opozycyjne nie są gotowe na przyjęcie rządów. Widać tu pewien deficyt parlamentarny – opozycja, w tym lewica, nie ma wizerunku sprawnej i mogącej przeprowadzić potrzebne zmiany. Mamy obraz lewicy aktywistycznej, widocznej na ulicach, który przeważa nad wizerunkiem merytorycznych ludzi przygotowanych do dokonania przemian. Aktywność niektórych polityków lewicy w mediach społecznościowych umacnia wśród wyborców przekonanie, że lewica nie jest poważną formacją”, to diagnoza Michała Syski, dyrektora wrocławskiego Ośrodka Myśli Społecznej im. Ferdynanda.
Trafna, bo rzeczywiście większość parlamentarzystów Lewicy to debiutanci. Wyrośli z ruchów społecznych. Są wykształceni, aktywni, dowcipni, stale widoczni na demonstracjach i konferencjach prasowych. Ale nie mają jeszcze politycznej powagi. Wizerunku „mężów stanu”. Mogą powieść lud na demonstracje, ale nie są jeszcze powszechnie traktowani jako ludzie, którym można powierzyć przyszłość Polski.
Tak jest, bo przyszło im pracować w szczególnej kadencji polskiej parlamentu. Czasu pandemii, dyktatury PiS, konieczności szybkiej reakcji na polityczne awantury i parlamentarne wrzutki.
Wszyscy oni są też bez wątpienia wielce zapracowani. Nie leżakują na Maderze. Ale żeby Zjednoczonej Lewicy społeczne poparcie rosło to ona musi wpierw politycznie dorosnąć.
Musi mieć swój program V Rzeczpospolitej. Polski sprawiedliwej społecznie i demokratycznej. Alternatywę wobec kaczystowskiej IV Rzeczpospolitej i mijającej III Rzeczpospolitej, utożsamianej z liberalnymi, anty społecznymi rządami Platformy Obywatelskiej. Nie zastąpią tego żyjące jeden polityczny dzień konferencje prasowe, ani wielce kąśliwe ćwierkanie na Tweeterze.
Zauważcie, że pan prezes Kaczyński tam nie ćwierka. Nie odćwierkuje też ćwierków innych ćwierkaczy. On jedynie jako zbawca Polski. Jak maż stanu. Od politycznego ćierkania są w Zjednoczonej Prawicy inni harcownicy.
Dorosła politycznie Lewica to formacja posiadająca własne zaplecze intelektualne i medialne. Bez nich nie będzie alternatywnego wobec kaczystów i gospodarczych liberałów programu. Nie będzie lewicowej tożsamości. I przede wszystkim nie będzie trwałej lewicowej wspólnoty.
Poparcie wyborcze dla PiS rzadko spada poniżej 30 procent, bo elit PiS stworzyły ideowo- kibolską wspólnotę „kaczyzmu”. Polska lewica nie ma swojej wspólnoty. Ma za to w swych szeregach wielu „internetowych lewicowców” zajmujących się przede wszystkim demaskowaniem „nielewicowości” u innych lewicowców. I wykluczaniem ich z lewicowego grona.
Socjalny lecz nielewicowy
Elity PiS stworzyły formację narodowo- socjalistyczną. Łamiącą dawny podział prawica- lewica. A polska „Lewica straciła zbiorowość do której mogła się zwracać. Póki walczyła w sposób oczywisty o interesy ludzi, którzy byli w gorszej sytuacji, póty miała jasny program i wiedziała , do kogo adresuje swój przekaz. Lewica, która formuje tylko rewindykacje liberalne, ma konkurencje nawet po stronie prawicowej/…/ Samo widzenie nierówności społecznych nie wystarcza, bo widzą je również inne ugrupowania”. Tak widzi to prof. Jacek Wódz z Instytutu Socjologii Uniwersytetu Śląskiego.
Podobnie postrzega Marcin Duma, szef znanej sondażowi IBRiS. „Wyborcy PiS nie przechodzą do żadnej innej partii./…/Ci wyborcy są za rozwiązaniami socjalnymi, ale w warstwie obyczajowej są dość konserwatywni. Obecny kształt oferty lewicowej, która jest z jednej strony socjalna, a drugiej w warstwie kulturowej bardzo progresywna, tworzy barierę nie do przekroczenia dla takiego wyborcy./…/ Socjalny wyborca PiS poszukuje oferty, która byłaby socjalna w treści i narodowa w formie”.
Koresponduje z tym wypowiedź dr Marzeny Cichosz z Uniwersytetu Wrocławskiego, która zauważa, podobnie jak prof. Piotr Pawełczyk z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, że na spadku poparcia dla PiS zyskuje przede wszystkim ruch Szymona Hołowni. Bo nie jest jeszcze „zabrudzony” i bardziej nowoczesny od przepojonego archaiczną polityką historyczną PiS.
Przystawka, danie, deser
Wedle przedwyborczych notowań ani PiS, ani Zjednoczona Prawica nie może liczyć na większość rządzącą. Co nie oznacza ich utraty władzy. Może ją PiS utrzymać dopraszając koalicjantów z Konfederacji lub PSL. Wtedy Lewica pozostanie w opozycji. I dalej będzie mogła wykuwać swą lewicową przyszłość.
Alternatywą może być polityczny kordon sanitarny- szeroka koalicja „demokratyczna” z udziałem Lewicy. Ale jeśli wtedy Lewica nie będzie miała już ukształtowanej wspólnoty ideowo- kulturowej, to taki alians może grozić jej kolejnym rozpadem.
W 2023 roku na polskiej scenie politycznej mogą być dwa konkurencyjne bloki. Narodowo-katolicki socjalny PiS i europejsko- nowoczesno katolicki liberalny ruch Platforma Obywatelska Hołowni. Do tego radykalna prawicowo konfederacja i radykalna Lewica.
Ani PiS, ani POH nie będą mieli większości. Jeśli Lewica nie dorobi się swojego centrum skończy jako wieczna opozycja lub deser w menu centroprawicy.

Gospodarka 48 godzin

Awantura arabska
Rada Ministrów przyjęła uchwałę nowelizującą program udziału Polski w Światowej Wystawie EXPO 2020 w Dubaju (Zjednoczone Emiraty Arabskie). Program udziału Polski został dostosowany do decyzji Zgromadzenia Ogólnego Międzynarodowego Biura Wystaw w Paryżu przesuwającej o rok termin EXPO 2020. Wystawa ta miała się odbyć od 20 października 2020 r. do 10 kwietnia 2021 r. Udział w EXPO 2020 potwierdziły 192 kraje. W związku z COVID-19 wystawa w nowym terminie ma się odbyć w dniach 1 października 2021 r. – 31 marca 2022 r. W uchwale rządu zaktualizowano zatem harmonogram wykonania poszczególnych zadań związanych z przygotowaniami i udziałem Polski w EXPO 2020. Pieniądze zaplanowane na ten cel także zostały przesunięte na lata 2021-2022, tak jak i wszystkie zadania przewidziane do realizacji w związku z EXPO. Dotyczy to zwłaszcza funkcjonowania polskiego pawilonu, zapewnienia jego operatora i obsługi, podłączenia mediów, wynajmu mieszkań, działań programowych oraz informacyjno-komunikacyjnych. W koncepcji programowej udziału Polski w EXPO główny nacisk położono na obszar promocji gospodarczej. Szczególnego znaczenia nabiera wykorzystanie szans, jakie dla polskich przedsiębiorców stwarza udział Polski w EXPO w Dubaju w kontekście walki z gospodarczymi skutkami pandemii. Główne cele udziału Polski w EXPO 2021 to promocja gospodarcza oraz wzmocnienie kontaktów gospodarczych Polski z Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi (gospodarzem wystawy) oraz całym rejonem Bliskiego Wschodu. W szczególności chodzi o wspieranie polskich przedsiębiorców w poszukiwaniu nowych rynków zbytu, budowaniu trwałych relacji handlowych, nawiązywaniu współpracy naukowej, zwalczaniu gospodarczych skutków pandemii COVID-19. A także o kształtowanie wizerunku Polski, budowanie jej marki i rozpoznawalności, inicjowanie różnych działań i dotarcie tym samym do różnych grup docelowych. „W Dubaju będziemy kontynuować opowieść o Polsce jako kraju, którego główny potencjał stanowią ludzie – kreatywni, pracowici, wykształceni i pełni energii, umiejący stawić czoła wszelkim nowym wyzwaniom. Cechy te nabierają szczególnego znaczenia w kontekście, jaki stworzyła pandemia COVID-19. Hasło Polski na EXPO 2020 brzmi: Poland. Creativity inspired by nature (Polska. Kreatywność inspirowana naturą)” – stwierdza Rada Ministrów.

Czas decyzji
Okazuje się, że 61 proc. Polaków ma problem z wyborem prezentu pod choinkę (według Instytutu Badań Opinii IQS. Poszukiwanie tego najodpowiedniejszego podarunku jest więc mocno stresujące. W przeprowadzonym badaniu na pytanie, czy otrzymaliśmy kiedyś nietrafiony prezent, aż 70 proc. badanych odpowiedziało twierdząco.

Praworządność jest nam wszystkim potrzebna

Rząd PiS wetując budżet unijny, spowoduje, że Polska dostanie o 23 mld środków unijnych euro mniej i nie będzie mogła pożyczyć od UE kolejnych 34 mld euro. Weto będzie zatem działaniem o znamionach zdrady stanu.
Zwiększanie dobrobytu naszego społeczeństwa wymaga budowy nowoczesnej, innowacyjnej i odpornej gospodarki. A to wymaga otwartości na świat oraz rządów prawa. Otwartość umożliwia firmom daleko idącą specjalizację i wzrost wydajności, a rządy prawa chronią obywateli i firmy przed uznaniowymi działaniami władz.
Dlatego w trosce o dalszy wzrost dobrobytu w Polsce protestujemy przeciwko bezpodstawnemu podważaniu znaczenia praworządności, korzyści z naszego członkostwa w Unii Europejskiej oraz obecności zagranicznych inwestorów w Polsce – stwierdza Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Rozporządzenie Parlamentu Europejskiego i Rady w sprawie ochrony budżetu Unii w przypadku uogólnionych braków w zakresie praworządności w państwach członkowskich odwołuje się do zapisów praworządności zawartych w art.2 Traktatu o Unii Europejskiej. W art. 2 tego rozporządzenia czytamy, że termin „praworządność” odnosi się do zasady legalizmu, oznaczającej „przejrzysty, rozliczalny, demokratyczny i pluralistyczny proces przyjmowania aktów prawnych; pewność prawa; zakaz arbitralności w działaniu władz wykonawczych; skuteczną ochronę sądową, w tym ochronę praw podstawowych, dokonywaną przez niezależne sądy; podział władzy i równość wobec prawa”.
Rządy Węgier i Polski chcą zawetować kolejną perspektywę budżetową UE na lata 2021 – 2027, przedstawiając kwestię praworządności jako atak na suwerenność państw członkowskich. Dyskusji na ten temat towarzyszą głosy podważające korzyści z polskiego członkostwa w UE, czy inwestycji zagranicznych ulokowanych w naszym kraju.
Jak niebezpieczne mogą być próby zbijania kapitału politycznego na atakowaniu Brukseli, może świadczyć przykład Wielkiej Brytanii. Wbrew swoim początkowym zamiarom Partia Konserwatywna pod naciskiem skrajnej części doprowadziła do Brexitu, którego negatywne skutki gospodarcze będą odczuwane przez lata.
Towarzystwo Ekonomistów Polskich wskazuje: protestujemy przeciwko:

  • Przeciwstawianiu praworządności i suwerenności. Praworządność przede wszystkim leży w interesie polskich obywateli i firm, chroniąc ich przed uznaniowością działań władzy. Liczne prace naukowe dokumentują związek między praworządnością a rozwojem gospodarczym. Problemy z praworządnością nie tylko w widoczny sposób obniżają wzrost produktu krajowego brutto, ale też sprawiają, że przedsiębiorcy są mniej skłonni rozwijać swoje firmy. Bardzo istotnym aspektem praworządności jest niezależność wymiaru sprawiedliwości – kraje, w których sądy nie są niezależne, rozwijają się wolniej.
  • Podważaniu korzyści z polskiego członkostwa w UE. Polska jest relatywnie małym krajem (38 milionów mieszkańców), jednak dzięki naszemu członkostwu w UE polskie firmy mają dostęp do olbrzymiego rynku wewnętrznego UE (prawie 450 milionów mieszkańców). Korzyści dla Polski z dostępu do wspólnego rynku są szacowane na ponad 10 proc. naszego PKB w 2019 r. Odbiciem korzyści z członkostwa w UE są potencjalne straty związane z jej opuszczeniem – rząd brytyjski szacuje, że brak umowy z Unią Europejską obniży brytyjski PKB o 7,6 proc. w perspektywie 15 lat, a nawet w najbardziej optymistycznym scenariuszu kompleksowej umowy, PKB Wielkiej Brytanii wciąż będzie o 1,4 proc. niższy. Dla mniejszego kraju, o znacznie słabszej pozycji negocjacyjnej, potencjalne straty związane z opuszczeniem wspólnego rynku byłyby jeszcze wyższe. Ponadto Polska, w przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii, jest beneficjentem netto napływu środków unijnych, co dodatkowo zwiększa nasze korzyści z członkostwa.
  • Podważaniu korzyści z inwestycji zagranicznych. Prezentowane w mediach dane o zyskach zagranicznych firm obecnych w Polsce mają w zamyśle twórców zapewne wywoływać poczucie eksploatacji ekonomicznej Polski. Pomijają one jednak dwie zasadnicze kwestie – wartość zainwestowanych przez nich wcześniej środków oraz płynące z tego korzyści dla polskiej gospodarki. Zyski zagranicznych firm są wynagrodzeniem za wcześniejsze inwestycje – nikt nie powinien oczekiwać, że prywatne firmy będą działały pro publico bono. Po drugie, większość zysków jest reinwestowanych w rozwój tych firm, a jedynie część jest transferowana do ich właścicieli. Istnieje szeroka literatura pokazująca, że na zagranicznych inwestycjach zyskują nie tylko sami inwestorzy, ale także gospodarki krajów goszczących. Korzyści z zagranicznych inwestycji znacznie wykraczają poza miejsca pracy, które one tworzą, czy zapłacone podatki i składki na ubezpieczenia społeczne. Wiążą się one z transferem technologii i silniejszym włączeniem krajowej gospodarki w globalne łańcuchy dostaw. Można szacować, że dzięki inwestycjom zagranicznym polska gospodarka jest o około 17 proc. większa. Polityka Insight szacuje pozytywne skutki inwestycji zagranicznych w Polsce na 15,6 proc. PKB.
    Zamiar zawetowania budżetu unijnego przez rządy Polski i Węgier przypada na wyjątkowe okoliczności. Do standardowego, wieloletniego budżetu unijnego (wartego ponad 1 bilion euro) liderzy europejscy postanowili dodać instrument Next Generation EU (NGEU) warty 750 mld euro. Łączna kwota 1,8 bln euro pomoże odbudować gospodarkę Europy po kryzysie wywołanym COVID-19. Nowa Europa będzie bardziej przyjazna dla środowiska, bardziej cyfrowa i odporniejsza na kryzysy.
    NGEU to największy pakiet pomocowy w Europie od kilkudziesięciu lat. Kluczowym elementem tego programu jest Instrument Odbudowy i Zwiększenia Odporności (RRF – Recovery and Resilience Fund). Ma on na celu pobudzenie i przyspieszenie ożywienia gospodarczego w poturbowanych kryzysem gospodarkach UE.
    Zgodnie z uzgodnionym kluczem podziału w ramach Instrumentu Odbudowy i Zwiększenia Odporności Polska ma otrzymać 23 mld euro (ok. 105 mld zł) w formie bezzwrotnych grantów oraz 34 mld euro (ok. 155 mld zł) w formie ew. pożyczek. Łącznie to 57 mld euro (ok. 260 mld zł).
    Każda złotówka z tego programu może wygenerować dodatkowy wzrost gospodarczy, a więc dodatkowe miejsca pracy, dodatkowe inwestycje, zyski i dochody, także publiczne w postaci podatków i składek na ubezpieczenie społeczne. Zatem w przypadku, gdyby te unijne środki finansowe nam odebrano, straty dla polskiego społeczeństwa byłyby wielokrotnie większe.
    Ponadto ten program odbudowy według analiz Komisji Europejskiej, może przynieść największe korzyści dla wzrostu PKB właśnie dla takich gospodarek, jak Polska i Węgry. PKB w gospodarkach naszego regionu (a więc m.in. w Polsce i na Węgrzech) na skutek absorpcji środków z tego planu może wzrosnąć trwale o ponad 2 proc. w długim okresie, a w okresie kulminacyjnym absorpcji środków nawet o 3,5 proc.
    W Holandii czy Francji – generalnie w bogatszych gospodarkach w UE – plan NGEU wygeneruje dodatkowy wzrost poziomu PKB w długim okresie o ok. 0,5 proc. , a w kulminacyjnym momencie o 1 proc. Czyli korzyści Polski z tego programu są trzykrotnie większe niż dla gospodarek bogatych UE. To pokazuje solidarność Unii Europejskiej.
    W przypadku dodatkowego funduszu (NGEU) nie ma żadnego prowizorium. Weto oznacza brak programu, wstrzymanie jego realizacji. Po recesji, polskie firmy, polskie samorządy, społeczności lokalne i rodziny potrzebują tego programu jak tlenu. Także polskie finanse publiczne są mocno nadwyrężone, dług publiczny wkrótce przebije 1,5 biliona złotych. Kryzys oraz liczne rozwiązania zmniejszające dochody jednostek samorządu terytorialnego mocno też nadwyrężyły finanse jednostek lokalnych. Europejski pakiet środków na rzecz ożywienia gospodarki pozwoli nam finansować odbudowę i rozwój gospodarki bez dalszego zadłużania Polaków.
    Polacy czują się Europejczykami i chcą pozostać obywatelami Unii Europejskiej. Doskonale wiedzą, że dotychczasowa obecność w jej strukturach to bezprecedensowy skok w rozwoju cywilizacyjnym naszego kraju. Porozumienie dotyczące 1,8 bln euro, o które apeluje TEP, to udowodnienie konstruktywnego zaangażowania polskiego rządu w rozwiązywanie problemów Europejczyków, takich jak choćby walka z pandemią i jej ekonomicznymi skutkami.

Demokracja dla wszystkich

Parę tygodni temu, w podsumowaniu felietonu pt. „Wskazówki na Piątą”, red. Piotr Gadzinowski stwierdza: „Czas zatem poważnie pomyśleć o Piątej”; przytacza też wypowiedź znanego publicysty Michała Syski: „Lewica nie ma własnej narracji …” . Postulat utworzenia V RP w mediach lewicowych, m.in. w „Trybunie”, pojawia się jednak bardziej jako idea niż kompleksowy projekt polityczny.

Uważam, że lewica postpezetpeerowska – mam na myśli nie tylko SLD, Wiosnę, ale również PPS, UP, KPP, SdPL, RSS (Ikonowicza) itp. – powinna opracować taki program i z nim na sztandarach iść do wyborów. Po to, by – po wygraniu wyborów – mieć moralne prawo do wprowadzania zapowiadanych reform. Oto co, moim zdaniem, Nowa Lewica powinna zrobić.
Przede wszystkim
skończyć z państwem postSolidarności!
Bo elity postSolidarności oszukały polskie społeczeństwo. O czym m.in. można przeczytać w książce prof. Bruno Drwęskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności – został tylko mit”. Porozumienia sierpniowe 1980 roku podpisywane były pod hasłem „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Tymczasem po objęciu rządów w 1989 r. elity postSolidarności w krótkim czasie doprowadziły do restauracji kapitalizmu. I to w najgorszym wydaniu!… 30 lat po zmianie ustroju, nadal obowiązują ustawy dyskryminujące ludzi Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Najwyższa pora, by zlikwidować IPN – swego rodzaju policję polityczną reżimu „S”!. Należy unieważnić ustawę o obniżeniu emerytur funkcjonariuszom służb mundurowych PRL. Ustawę o „dekomunizacji” ulic i innych obiektów należy unieważnić, a w jej miejsce uchwalić ustawę dającą pełne uprawnienia samorządom gmin. Trzeba unieważnić ustawę o obowiązku składania oświadczeń lustracyjnych przez kandydatów na funkcjonariuszy publicznych, dotyczących współpracy ze służbami bezpieczeństwa PRL.
Owszem, kandydaci na funkcjonariuszy publicznych powinni składać tego typu oświadczenie, ale dotyczące tajnej współpracy ze służbami specjalnymi zarówno państw ościennych jak również obecnego państwa polskiego. Trzeba także skończyć z mitem „żołnierzy wyklętych”. Owszem, należy uczyć o tragiźmie sytuacji w jakich się znaleźli, ale nie gloryfikować! Nie przedstawiać jako pozytywnych bohaterów! Bo przecież oni mordowali tych, którzy odbudowywali państwo, które leżało w gruzach. A ich nadzieją była III wojna! Jak by za mało zginęło ludzi w II… Nawiasem mówiąc, mnożące się obecnie szeregi „żołnierzy wyklętych”, w nieco innym świetle przedstawiają wyniki referendum ludowego w 1946 r. i wyborów do Sejmu Ustawodawczego w 1947, które, wg obowiązującej dziś historii, zostały sfałszowane przez ówczesne władze, i były bardzo niekorzystne dla bloku „komunistycznego”…
Populizmowi mówimy NIE!
Widmo krąży na lewicy, widmo populizmu… Co wynika z chęci przebicia PiS-u. Dwa przykłady.
Pierwszy, to teza, że, jak mówi Włodzimierz Czarzasty w wywiadzie opublikowanym w „Trybunie” z 19.01.2018 r. – „500 plus zostaje”. Nie zgadzam się z tą tezą.. Bo to nie jest program socjalny. Podkreślają to sami autorzy, PiS i pisowski rząd: „500+” to program prorodzinny, mający zwiększyć dzietność”.
500 zł na dziecko dostaje każda rodzina, niezależnie od poziomu dochodów, zarówno ludzie, którzy nie mają dochodów, bo są bezrobotni, jak i prezesi różnych firm, zarabiający po kilkadziesiąt tysięcy miesięcznie. Co, w sytuacji, gdy budżet państwa jest niewystarczający, jest zwyczajnym marnotrawstwem publicznych środków. Wróćmy do socjalistycznych źródeł: zasiłki socjalne mają być uzależnione od poziomu dochodów; zamiast „500+”, rząd koalicji „Lewica razem” wprowadzi zasiłki socjalne gwarantujące dochody nie mniejsze niż minimum socjalne. W 2016 r. IPiSS wyliczył je na poziomie 954 zł miesięcznie na osobę w rodzinie 3-osobowej i 872 zł na osobę w rodzinie 4-osobowej (świadomie podaję ten rok, bo jestem przekonany, że instytucje państwowe są opanowane przez PiS i manipulują danymi).
Czyli 4-osobowa rodzina nie posiadająca innych dochodów otrzymywałaby 3489,- zł miesięcznie. Ale rodzina, która miałaby dochody na poziomie 2 płac minimalnych (za 2017 r.: 2000 brutto =1459 netto x2 = 2918 zł) otrzymałaby dodatek już tylko w wysokości 571 zł. Za takie pieniądze można było jako tako funkcjonować, ale przy spełnieniu kilku warunków: po pierwsze, że już się ma mieszkanie, albo można je wynająć za pieniądze nie większe niż przewiduje MS, dlatego należy rozwijać program tanich komunalnych mieszkań czynszowych; po drugie, że osobowy transport zbiorowy będzie powszechnie dostępny.
Drugie populistyczne widmo, to postulat, by V RP wprowadziła program Bezwarunkowego (minimalnego) Dochodu Podstawowego (BDP), który otrzymywałby każdy obywatel, co miałoby być panaceum na zmniejszającą się ilość miejsc pracy, spowodowaną postępującą robotyzacją . Oczywiste jest, że rozwoju cywilizacji nie da się zatrzymać i informatyzacja / robotyzacja będzie postępować. Przykładowo, jak donosiły media, w magazynie Amazona w Kołbaskowie pod Szczecinem 1000 „ludzkich” pracowników będzie pracować razem z 3000 robotów. Ostatnio słyszymy, że BDP zamierzają wprowadzić Niemcy! Ilość miejsc pracy będzie się zatem zmniejszać. Wobec tego wróćmy do socjalistycznych źródeł. I do Konstytucji, gdzie jest mowa o „prawie do pracy”. Nie chodzi tylko o dochód!
Chodzi także o styl, jakość życia. Człowiek, żeby być zdrowym psychicznie, musi czuć, że jest społeczeństwu użyteczny. Lewica nie może godzić się na sytuację, że duża część społeczeństwa będzie motłochem. To byłoby i nieludzkie i niebezpieczne. Nie można pozwolić, by u części społeczeństwa pojawiło się poczucie, że obok nich żyją darmozjady, ludzie niepotrzebni. Pojawienie się w takiej sytuacji faszyzmu, a w konsekwencji ludobójstwa – jest nieuchronne. Trzeba zrobić to, co zrobiono w Polsce 100 lat temu: skrócić czas pracy.
Na tym etapie rozwoju cywilizacji optymalnym byłby 6-godzinny dzień, przy 5-dniowym tygodniu pracy. Co ciekawe, nie bylibyśmy prekursorami, bo (wg gazetaprawna.pl ) już „13 lat temu 6-godzinny dzień pracy wprowadziło Centrum usług Toyoty w Goeteborgu. Szefowie zauważyli nie tylko większą satysfakcję z pracy u pracowników, ale także wzrost zysków aż o 25 proc.” Program należałoby wprowadzać stopniowo, w pierwszej kolejności w zakładach pracujących całodobowo, bo wymusiło by to uruchomienie dodatkowej zmiany i spowodowało skokowy wzrost zatrudnienia, a z drugiej strony z reguły są one (zakłady) w najlepszej kondycji ekonomicznej.
W kolejnych latach reformą należałoby objąć pozostałe zakłady i instytucje. Przy czym obowiązywać powinna jedna zasada: krótszy czas pracy dla pracownika, nie może oznaczać skrócenia czasu funkcjonowania instytucji usługowych, tak w handlu, medycynie jak i w administracji.
Pora na rzeczywiste równouprawnienie kobiet i mężczyzn!
Nierówne traktowanie kobiet w wielu dziedzinach życia wynika przede wszystkim z patriarchalnego modelu rodziny i społeczeństwa, za co odpowiadają przede wszystkich praktycznie wszystkie Kościoły, na czele z KR-K jako największym.
Przejawia się to m.in. tzw. programami prorodzinnymi: kalendarzyk małżeński jako sposób na antykoncepcję, zakaz aborcji, długi urlop rodzicielski i wychowawczy, zasiłek 500+, karta dużej rodziny itd. W konsekwencji, nieobecność kobiety w pracy trwa rok, dwa, trzy, cztery, pięć – gdyby moja matka rodziła w dzisiejszych czasach, to byłaby na takim urlopie co najmniej 11 lat, bo tyle urodziła i wychowała dzieci. A zakład pracy musi funkcjonować; ktoś inny obejmuje stanowisko, ktoś inny awansuje; najczęściej jest to mężczyzna, bo stawianie na młodą kobietę, która za chwilę może pójść na urlop trwający nawet kilka lat, jest zwyczajnie nieracjonalne. Co powinna zrobić Nowa Lewica ? Zlikwidować urlop wychowawczy, a urlop macierzyński skrócić do niezbędnego minimum. Jednocześnie wdrożyć w trybie pilnym program „Bezpłatny żłobek dla każdego malucha”, ponadto programy: „Aktywna kobieta” oraz „Rodzić odpowiedzialnie”.
W ramach tego ostatniego kobiety miałyby prawo do bezpłatnych badań prenatalnych oraz aborcji na życzenie do 12 tygodnia życia płodu. Przy czym prawo to musiałoby być przez lekarzy bezwzględnie wykonywane, pod karą pozbawienia prawa wykonywania zawodu. Historia udowadnia , że w odpowiednich warunkach prawnych, nawet dr Chazan przykładnie wykonywał swój zawód…
W ten sposób zlikwidowana byłaby jedna z dwóch przyczyn niższych emerytur kobiet: mniej lat składkowych, mniejszy kapitał. Druga przyczyna wynika z nierównego traktowania kobiet i mężczyzn przy przechodzeniu na emeryturę: kobieta przechodzi na emeryturę w wieku 60 a mężczyzna – 65 lat. Po objęciu władzy koalicja „Lewica razem” powinna znowelizować prawo o systemie emerytalnym, ustalając wiek przejścia na emeryturę, niezależnie od płci, w wieku. 62,5 roku.
Służba zdrowia ma być służbą!
Problemy w systemie opieki medycznej w Polsce biorą się z przenikania się dwóch grup podmiotów medycznych: państwowych (lub samorządowych) zakładów opieki zdrowotnej oraz komercyjnych, prywatnych klinik i przychodni lekarskich, co powoduje niewydolność finansową całego systemu.
Jako pierwszy publicznie odniósł się do tego problemu prof. Zbigniew Religa, który zaproponował rozwiązanie polegające na utworzeniu sieci szpitali. Minister Z. Religa nie zdążył wprowadzić swojego pomysłu na ścieżkę legislacyjną; zrobił to min. Konstanty Radziwił. „Sieć szpitali”, finansowana z NFZ formalnie funkcjonuje, a reforma jest oczywiście krytykowana przez opozycję parlamentarną. Uważam, że Lewica powinna mieć do tej reformy stosunek pozytywny i ją rzeczywiście wdrożyć, gdy obejmie władzę.
Bo żadne państwo nie sprosta finansowym potrzebom mnożących się jak króliki kolejnych podmiotów medycznych, zasilanych poprzez NFZ i z budżetu państwa. Udowadnia to doświadczenie z fizyki o układzie naczyń połączonych: każde podłączone do układu naczynie obniża poziom płynu we wszystkich naczyniach. W konsekwencji lewica powinna opowiedzieć się za oddzieleniem publicznej służby zdrowia od komercyjnych podmiotów medycznych.
Należy zrezygnować z systemu przetargowego w ratownictwie medycznym; Pogotowie Ratunkowe ponownie powinno być państwową służbą – analogicznie jak PSP (straż pożarna) czy policja. Jest oczywiście problem z lekarzami – jest ich za mało i niejednokrotnie mają nieodpowiednie podejście do podmiotu w służbie zdrowia, którym jest pacjent ( klient). Jest na to panaceum.
W zakładach podlegających pod NFZ, wszyscy pracownicy, na czele z lekarzami, będą podpisywać klauzulę o zakazie nieuczciwej konkurencji (zakazującej pracy w innych podmiotach medycznych) oraz obowiązku do stosowania się do obowiązujących przepisów prawa, pod rygorem pozbawienia wykonywania zawodu. Stosowanie się do tej klauzuli będzie można sprawdzać poprzez system recept elektronicznych. Konieczne będzie również stosowanie instytucji zakupu kontrolowanego.
Lekarze ginekolodzy, nie wykonujący prawa kobiety do aborcji, zostaną pozbawieni prawa wykonywania zawodu ginekologa. Oczywiście, istnieje niebezpieczeństwo, że lekarze będą uciekać za granicę. W rzeczywistości uciekać będą – przecież już uciekają – młodzi; starzy, z dorobkiem, pozostaną, bo nie będą chcieć zaczynać od zera.
Na bieżąco, kadrowe niedobory należy uzupełniać poprzez otwarcie się na lekarzy z innych krajów; jednocześnie na uczelniach medycznych należy wprowadzić system stypendiów fundowanych przez państwo. Otrzymaną pomoc młody lekarz musiałby odpracować w miejscu wskazanym przez NFZ, z gwarancją pracy i mieszkania służbowego. W ten sposób osiągnęlibyśmy jeszcze jeden cel: awans społeczny najbiedniejszych.
Na Lewicy jednym z częściej podnoszonych postulatów jest przywrócenie szkolnych poradni medycznych. Trzeba to zrobić. Jak ? Najprościej poprzez wykorzystanie istniejących instytucji – rozszerzenie o dodatkowy zakres działalności rozporządzenia MEN o publicznych poradniach psychologiczno-pedagogicznych. W każdej publicznej szkole podstawowej i średniej powinna działać poradnia lekarska – stomatologiczna i internistyczna.
Poradnia ta powinna także prowadzić program szczepień ochronnych dzieci i młodzieży (z wprowadzaniem danych do rejestru NFZ, dostępnego przez internet) oraz inne programy profilaktyczne.
Szkoła publiczna musi być świecka!
Po PiS-owskiej reformie przywracającej 8-klasowe szkoły podstawowej, z reformami w sensie organizacyjnym trzeba się wstrzymać. Radykalnej reformy wymaga za to system finansowania szkolnictwa, w celu poprawy finansowania publicznych instytucji oświatowych. Obecnie państwowa subwencja oświatowa przysługuje wszystkim instytucjom oświatowym, zarówno publicznym jak i prywatnym. W sytuacji gdy budżet państwa jest ograniczony, prawo do państwowej subwencji powinno przysługiwać tylko publicznym instytucjom oświatowym. Przede wszystkim jednak, w pierwszej kolejności trzeba się skupić na reformie programu nauczania. Nowa Lewica powinna stać na stanowisku, że nauczanie prawd wiary, jest wewnętrzną sprawą Kościołów. Dlatego w pierwszym roku rządów koalicji „Lewica razem”, minister edukacji zarządzi, by we wszystkich szkołach publicznych, lekcje religii zostały ujęte w planie lekcji jako ostatnie. W tym czasie należałoby opracować podręczniki do dwóch nowych przedmiotów. W drugim roku religia zostanie zastąpiona przez przedmiot „Przegląd religii i innych światopoglądów”. „Wychowanie do życia w rodzinie” powinno zostać zastąpione przez przedmiot „Seksualizm człowieka i rodzina”. Obydwa nowe przedmioty nie mogły by być wykładane przez księży i katechetów..
Państwo świeckie, nie bezstronne!
Bo przecież tylko na gruncie państwa świeckiego, jest możliwe pokojowe współistnienie ludzi równych wyznań . Wg Biblii, rozumiał to chyba prorok Jezus Chrystus, który rzekomo miał powiedzieć: „Królestwo moje nie jest z tego świata” . Chrześcijanie z KR-K chyba sami w to nie wierzą, skoro usilnie próbują budować to królestwo tu i teraz. I zaprzęgają ogół społeczeństwa do budowy państwa wyznaniowego, stosując tyranię większości (bolszewizm). Wbrew wielu zapisom ratyfikowanego ponad 20 lat temu konkordatowi pomiędzy RP a Stolicą Apostolską. Wobec powyższego rząd koalicji „Lewica razem” najdalej w trzecim miesiącu po objęciu władzy ogłosi jednostronną interpretację zapisów konkordatu.
Rząd ogłosi, że: nauczanie religii jako przedmiotu zostanie ze szkół publicznych wycofane (na rzecz nauki o religiach); zlikwiduje etaty ordynariusza i kapelanów w wojsku i innych instytucjach publicznych; wszelkie instytucje i uroczystości państwowe mają mieć charakter świecki; kościelne podmioty gospodarcze zostaną poddane powszechnemu systemowi podatkowemu; zostanie przywrócony obowiązek zawierania związków małżeńskich w USC; dodatkowo państwo wesprze instytucjonalnie obywateli chcących wystąpić ze związku religijnego. W przypadku braku zgody ze strony KR-K, umowa międzynarodowa jaką jest konkordat, zostanie przez Rząd RP wypowiedziana. Oczywiście Kościół R-K będzie miał możliwość funkcjonowania, ale na takich samych zasadach jak inne związki wyznaniowe. Czy KR-K nie jest zbyt potężny, żeby go tak potraktować ? W „Przeglądzie” nr 4/2018 dr hab. Paweł Borecki w artykule pt. „Konkordat – niewielkie korzyści, duże koszty” stwierdza: „Historia uczy, że Kościół, a zwłaszcza papiestwo, liczy się tylko ze zdecydowanymi, silnymi partnerami”. Potwierdzeniem tej tezy jest chociażby casus abp Stanisława Wielgusa…
TAK dla dalszej integracji z UE!
Lewica polska będzie dążyć do dalszej integracji z Unią Europejską, która w nieodległym czasie powinna przekształcić się w państwo federalne, ale, w przeciwieństwie do USA, z jednolitym prawem, w każdej dziedzinie, we wszystkich krajach członkowskich. To jedyne rozwiązanie, które zapewni pokojowe współistnienie wszystkich narodów UE . Także narodowi polskiemu. Polska, dzięki wysiłkowi polskich komunistów i socjalistów, w wyniku II wojny światowej uzyskała nowe terytoria (na przestrzeni historii należące kiedyś do królów polskich) i granice na zachodzie i północy, które były bezpieczne, dopóki istniał ZSRR Dzisiaj takimi nie są.
Po upadku Układu Warszawskiego, politycy polscy postanowili szukać opieki w objęciach nowego wielkiego brata – USA. Ufność dzieci jest zrozumiała, ale dorosły polityk powinien zadać sobie pytanie: dlaczego USA miałyby faworyzować Polskę kosztem RFN ? Przecież żywioł niemiecki ma w Ameryce wpływy dużo większe niż polski. Bo z terytorium Polski jest łatwiej zaatakować Rosję ? Z krajów nadbałtyckich, a od kilku lat z Ukrainy, jest dużo łatwiej. Gwarancje bezpieczeństwa ze strony USA są zatem iluzją. Tymczasem elity postSolidarności podnoszą obecnie roszczenia o reparacje wojenne – ale nie tylko w stosunku do Niemiec, co oczywiście rozbudza rewizjonizm części Niemców , ale także do Rosji (jako następcy prawnemu ZSRR)! W polityce zagranicznej,
Nowa Lewica polska powinna zająć następujące stanowisko: 1. Polska w stosunku do RFN nie zgłasza żadnych żądań finansowych z tytułu odszkodowań za straty poniesione podczas II wojny światowej; jako reparacje wojenne uznaje swoje terytoria zachodnie i północne, które przed wojną należały do III Rzeszy Niemieckiej. 2. Polska chce dalszej integracji UE i w związku z tym podejmie działania mające na celu przystąpienie do strefy euro. 3. Polska pragnie dobrych stosunków ze wszystkimi sąsiadami, w tym z Rosją, wobec czego opowiada się za zniesieniem sankcji gospodarczych przez UE w stosunku do Rosji; w polityce bilateralnej z tym partnerem podejmie kroki normalizujące stosunki i prowadzące do obustronnej owocnej współpracy. 4. Polska uznaje, że Ukraina jako suwerenne państwo ma prawo do samostanowienia; jednocześnie opowiada się za równouprawnieniem wszystkich narodów Ukrainy.
Rząd koalicji „Lewica razem” rozumie historyczne przyczyny banderyzmu: przyczyniły się do tego akty dyskryminacji społeczeństwa ukraińskiego w czasach I i II RP, dokonywane przez magnatów i ówczesne rządy polskie. Rodziny zamordowanych nie przebaczą; mogą to zrobić rządy suwerennych państw – Polski i Ukrainy. Generalnie: Polska pod rządami koalicji „Lewica razem” powinna się dystansować od USA – co jest niezbędną reakcją na politykę zagraniczną tego państwa, polegającą na „uruchamianiu” kolejnych konfliktów zbrojnych na świecie, w tym w sąsiedztwie i na terenie Europy – na rzecz dalszej integracji z UE oraz normalizacji stosunków z innymi krajami, w szczególności z Rosją.
Wojsko – koniec snów o potędze!
Lewacy w zasadzie są pacyfistami, ale warto przypomnieć, że w czasie rewolucji (rosyjskiej, hiszpańskiej) nawet anarchiści walczyli z bronią w ręku z siłami starego, prawicowego porządku. Prawda jest taka, że siły zbrojne ma każde państwo, także Polska, ale minęły już czasy kiedy Polska była militarną potęgą. Żeby nią być, trzeba mieć silną ekonomiczne, technologicznie i samodzielną gospodarkę. Polska takim krajem nie jest, dlatego trzeba mierzyć zamiary na siły i działać racjonalnie.
Wobec ograniczonego budżetu, powinniśmy przyjąć doktrynę obronną, polegającą na rezygnacji z rozwijania sił zbrojnych o charakterze zaczepnym, a rozwijaniu systemów obronnych. W trybie pilnym, powinniśmy zrezygnować z zakupu i utrzymywania wszelkiego rodzaju okrętów oceanicznych oraz podwodnych. Bałtyk jest na takie za mały, a w imperialnych podbojach uczestniczyć nie chcemy. Główną obroną powinny byś wojska rakietowe, ale zaprzestańmy kupowania uzbrojenia bez przekazywania technologii, co umożliwi produkcję uzbrojenia na własnym terytorium.
Bo chodzi też o rozwój własnego przemysłu obronnego, co pozwoli na utrzymanie miejsc pracy. W tej dziedzinie powinniśmy współpracować przede wszystkim z państwami UE. Wydatki zbrojeniowe budżetu państwa powinny być na poziomie pozwalającym na samodzielną obronę w przypadku hipotetycznego ataku ze strony Ukrainy. Bo Ukrainę można kochać, ale trzeba pamiętać, że jest to młode państwo z buzującym nacjonalizmem… Jeśli chodzi o WOT – Wojska Obrony Terytorialnej, rząd „Lewicy razem” powinien je przekształcić w JOT – Jednostki Ochrony Terytorialnej, które powinny być oparte o OSP – jednostki Ochotniczej Straży Pożarnej, a celem tych jednostek powinno być ratownictwo ludności w czasie pożarów, powodzi i innych kataklizmów ale także wojny.
Część środków przeznaczanych obecnie na zbrojenia, należałoby przeznaczyć na program budowy/modernizacji cywilnej infrastruktury antykatastroficznej i antywojennej: awaryjne ujęcia wody, awaryjne zasilanie w energię elektryczną gminnych wodociągów i kanalizacji sanitarnej, modernizację krajowego systemu elektroenergetycznego w kierunku umożliwiającym pracę wyspową w oparciu o lokalne siłownie. Bo trzeba pamiętać, że w przypadku wojny, KSE zostanie zniszczony, i to na kilka lat (przykładem Jugosławia zaatakowana przez USA).
Gospodarka – działajmy racjonalnie!
Krajowy system energetyczny (KSE) przez najbliższe 20 lat powinien nadal być oparty o węgiel, bo w gospodarce trzeba postępować racjonalnie. W ostatniej dekadzie sporo zainwestowaliśmy w budowę nowych i modernizację starszych bloków energetycznych, należy pozwolić na ich amortyzację i akumulację. Jednocześnie trzeba rozwijać budowę odnawialnych źródeł energii. Miejmy jednak świadomość że są to źródła niestabilne ! Jeśli chodzi o siłownie wiatrowe to tak, jak byśmy transport morski ponownie oparli o żaglowce!
Tak dla żaglowców jak i dla KSE, w którym gros energii elektrycznej pochodziłoby z siłowni wiatrowych, największym niebezpieczeństwem jest… cisza, flauta, brak wiatru, albo przeciwnie – sztormowa pogoda, zbyt silny wiatr. W takich warunkach wiatraki przestają pracować i następuje blackout, ogólnokrajowa awaria zasilania w energię elektryczną, rozpad KSE, z którego bardzo ciężko się podnieść. Z kolei jeśli chodzi o fotowoltaikę to jest dobra wiosną i latem, gdy jest dużo słońca.
Kilka dni pochmurnej pogody, w szczególności jesienią i zimą, powoduje, że urządzenia zasilane z tego źródła przestają działać. Wtedy, gdy są najbardziej potrzebne! Z kolei magazynowanie energii wcale nie jest takie ekologiczne, bo wiąże się z koniecznością utylizacji zużytych akumulatorów. Warto w tym miejscu zauważyć znaczenie programów antysmogowych, bo dla paneli fotowoltaicznych chmury naturalne mają takie same znaczenie jak sztuczne… Potrzebny jest zatem państwowy program budowy regionalnych i gminnych elektrociepłowni, opalanych paliwem: 1. biomasą (w postaci biogazu uzyskiwanego ze ścieków komunalnych, lub brykietów uzyskiwanych z rolnictwa); 2. odpadami komunalnymi (śmieciami – takie elektrociepłownie już działają, np. PGE w Rzeszowie). 3. Elektrownie wodne, w tym szczytowo-pompowe.
To są wielkie pokłady energii, które w Polsce wykorzystywane są w niewielkim stopniu. Przy czym należy przyjąć zasadę, że nie skazujemy istniejących elektrowni na „wygaszanie”, lecz je modernizujemy – ze względu na istniejący układ sieci wysokich napięć, w celu stabilizacji KSE. Oprócz wymienionych, należy wykorzystywać inne źródła energii, zapewniające niezależność od warunków pogodowych. Przy czym nie mam na myśli energii atomowej – awarie elektrowni w Czarnobylu i w Fukushimie powinny nas czegoś nauczyć – lecz energii z wodorowych ogniw paliwowych. Takie elektrownie już pracują w Europie: w Austrii, Włoszech, Niderlandach.
Po zmianie ustroju, w wyniku stosowania programu Balcerowicza, polska gospodarka została poddana prywatyzacji, co często miało charakter „wrogiego przejęcia”, Tak było z cukrownictwem, hutnictwem, przemysłem energetycznym – wiele przedsiębiorstw zostało sprzedanych za psie grosze. Nadal wiele jest zagrożonych, głównie z powodu wejścia tych firm na giełdę papierów wartościowych i otwarcie się na kapitał zewnętrzny, który często ma charakter spekulacyjny.
Rząd koalicji „Lewica razem” powinien zatem zadbać o te resztki majątku po PRL, poprzez wycofanie w GPW akcji spółek akcyjnych z większościowym udziałem SP, mających strategiczne znaczenie dla państwa. Pozostanie na GPW grozi drastycznym spadkiem wartości rynkowej. Przykładem jest firma, której pracownikiem jest autor tego artykułu:10 lat temu po wprowadzeniu akcji na giełdę ich cena wynosiła 26 zł, obecnie wynosi ok. 3 zł. Choć przez ten czas wzrosła wartość tak majątku produkcyjnego jak również sprzedaż…
Gospodarka państwa w dużym stopniu zależy od systemu podatkowego. W Polsce jest on nieefektywny i niesprawiedliwy. O VAT nawet obecny rząd twierdzi, że był słabo ściągalny, bo przedsiębiorcy oszukują. Podobnie jest z podatkiem CIT. Cytat ze strony „biznes-firma.pl”: „Szacuje się, że obecnie średnie obciążenie firm podatkiem CIT wynosi 0,44 proc. obrotu. Związek Przedsiębiorców i Pracodawców podkreśla przy tym, że nawet 2/3 firm unika płatności podatku dochodowego, nie wykazując dochodu, a stratę z działalności. (…)
Można by zastąpić podatek dochodowy od osób prawnych podatkiem obrotowym, który miałby charakter powszechny i jednolitą stawkę. Łatwo byłoby go obliczyć, ale i zoptymalizować. Eksperci ZPP szacują, że wprowadzenie 1 procentowego podatku od przychodów, czyli podatku obrotowego, dałoby powyżej 30 mld zł dodatkowych wpływów do budżetu państwa”. Nic dodać, nic ująć. Jeśli chodzi o podatek PIT, to, śladem najbardziej rozwiniętych krajów UE, trzeba wprowadzi więcej stawek i progów podatkowych: postuluję wprowadzenie skali pięciostopniowej: 2, 10, 18, 32 i 42 %. Jak łatwo zauważyć, nie ma stawki zerowej, czyli zwolnienia z podatku; zamiast tego trzeba przywrócić pojęcie kosztów uzyskania przychodów. Stawka 2% miałaby ważne znaczenie społeczne, bo przywróciłaby osobom objętym tym podatkiem godność obywatelską.
Demokracja dla wszystkich!
Istnieje wiele wariantów demokracji. Obecnie, w Polsce, żyjemy w demokracji bolszewickiej, mamy do czynienia z tyranią większości. Ale większości nie rzeczywistej, ale wynikającej z zastosowania w wyborach parlamentarnych metody D’Hondta, która, choć formalnie nadal proporcjonalna (są inne opinie do których się przychylam) , jak chce Konstytucja, to jednak faworyzuje duże ugrupowania. A dochodzą jeszcze JOW-y, czyli jednomandatowe okręgi wyborcze, gdzie obowiązuje zasada, że jeden bierze wszystko, a reszta, często blisko 50-procentowa, nie ma nic.
Taka ordynacja obowiązywała dotąd przy wyborze prezydenta kraju, senatorów, prezydentów, burmistrzów i wójtów oraz radnych w większych miastach. Jeśli chodzi o JOW-y, to przede wszystkim taki system nie jest racjonalny: śmierć, ujawnione przestępstwo powodują, że osoba wybrana na daną funkcję – nie pełni jej, albo tymczasowo zastępuje ją osoba nie wybrana lecz mianowana, np. zastępca burmistrza albo komisarz; zachodzi konieczność organizowania wyborów uzupełniających. W wyborach do Sejmu w 2015 r. , na listę partii PiS oddano 37,58% ważnie oddanych głosów, ale dzięki ordynacji wyb. z metodą D’Hondta, ugrupowanie to mogło rządzić samodzielnie! To nie jest sprawiedliwe! To nie jest demokracja! Jeśli chodzi o ordynację wyborczą to opowiadam się za powrotem do źródeł; zarówno II jak i III RP. Należy wprowadzić ordynację wyborczą, która spowoduje, że każdy wyborca zyskuje reprezentację w organie przedstawicielskim. Ten cel zapewni ordynacja proporcjonalna, oparta o wielomandatowe okręgi wyborcze, ze zwykłą metodą liczenia, uzupełniona o listę krajową.
Wyjaśniam: 1 mandat na Sejm to 0,217391 % głosów (100 / 460 mandatów), zatem każde ugrupowanie, którą poprze taki odsetek wyborców, powinno mieć posła w Sejmie! W 2015 roku uprawnionych do głosowania było 30 534 948 obywateli / 460 mandatów = 66 380,32 głosów; głosów ważnych było: 15 200 671 / 460 = 33 044,94 głosów. Ugrupowanie na liście krajowej, które uzyskałoby tyle głosów, otrzymałoby 1 mandat. Analogiczna ordynację należałoby stosować w wyborach do rad gminnych, miejskich, powiatowych oraz sejmików wojewódzkich.
Trzeba też powrócić do źródeł w kwestii wyboru władz wykonawczych samorządów terytorialnych. W latach 90-tych burmistrzów i prezydentów nie wybierano w wyborach bezpośrednich. Rada wybierała Zarząd z wójtem, burmistrzem, prezydentem na czele. Czas na ostatni postulat w kwestii samorządów: trzeba ujednolicić nazwy funkcji szefów samorządowych władz wykonawczych – proponuję: wójt, burmistrz (zamiast prezydenta), wojewoda (zamiast marszałka sejmiku wojewódzkiego). Zamiast wojewody, przedstawiciel rządowy mógłby się nazywać: inspektor rządu RP w województwie.
Prezydent może być tylko jeden – prezydent RP. Jednakże opowiadam się za tym, by Prezydent był wybierany nie w wyborach bezpośrednich, ale przez Zgromadzenie Narodowe. Rzeczywistą władzę wykonawczą powinna pełnić Rada Ministrów.
Czas na nową Konstytucję, czas na V RP!
Zacznijmy od rozszyfrowania inicjałów: RP. Postuluję, by nasze państwo nazywało się: Republika Polska. Nie Rzeczpospolita, czyli wspólna, należąca do ogółu – bo taka była tylko za czasów Polski Ludowej. Za czasów II i I należała do magnatów i szlachty; III i IV należała do elit postSolidardości i kapitalistów. Trzeba zacząć od naprawy państwa. Kwestia Trybunału Konstytucyjnego pod względem prawnym jest tak zapętlona, że trzeba ciąć mieczem: w nowej konstytucji nazwa TK zniknie, a jego funkcje zostaną przesunięte do Sądu Najwyższego. Nowa konstytucja jednoznacznie zdefiniuje, że Polska jest państwem świeckim. Obecny art. 13 odróżni faszyzm od komunizmu. Społeczne protesty wskazują, że trzeba w Konstytucji dodać artykuł dający prawo kobietom do aborcji, a także art. o związkach partnerskich. Trzeba dodać art. w którym Senat zostanie zdefiniowany jako izba samorządowa, wybierana nie w wyborach bezpośrednich, lecz w systemie przedstawicielskim, np. przedstawicieli województw będą wybierały sejmiki wojewódzkie. Konstytucja powinna także odnosić się do UE, w tym do unii walutowej.
Wniosek z tego jest taki, że bez zmiany konstytucji się nie obejdzie.


W mojej ocenie obecnie Lewica nie odróżnia się od establiszmentu. Najwyższy czas by nowa Lewica miała własną narrację – zdecydowanie zrywającą z obowiązującą poprawnością polityczną.

500 plus zmniejsza liczbę urodzin

Możnaby powiedzieć, że sztandarowy projekt PiS poniósł spektakularną klęskę. Ale jednak zapewnił tej partii sporo głosów wyborczych. A przecież tylko w tym celu powstał.
Działania – a raczej zaniechania – rządu Prawa i Sprawiedliwości sprawiły, że w Polsce rodzi się coraz mniej dzieci. Jak wiadomo, rząd PiS stworzył program Rodzina 500 plus, by zwiększyć liczbę narodzin. W 2016 r. tłumaczyła to dokładnie premier Beata Szydło. Chodziło o zachętę finansową, żeby Polacy decydowali się na posiadanie liczniejszego potomstwa.
Niestety, program Rodzina 500 plus okazał się całkowicie nieskuteczny – a nawet przeciw skuteczny. Liczba urodzin zaczęła bowiem spadać. Takiego scenariusza spodziewali się zresztą specjaliści, których oczywiście nie słuchano.
Rząd PiS długo udawał, że program Rodzina 500 plus funkcjonuje zgodnie z oczekiwaniami i przynosi spodziewane efekty. Danych statystycznych nie dało się jednak ukrywać. Jak podaje Główny Urząd Statystyczny, w 2017 r. urodziło się 402 tys. dzieci, w 2018 r. tylko 388 tys., a w ubiegłym jedynie 375 tys.
Oczywiście oficjalne prognozy rządu PiS zapowiadały dokładnie coś innego: stały wzrost liczby urodzin w tych trzech latach. Tak się nie stało, choć do tej pory na program Rodzina 500 plus wydano około 115 miliardów złotych.
Rząd PiS ma dwie fundamentalne zasady, przestrzegane z żelazną konsekwencją: nigdy nie przyznawać się do błędu i zawsze zrzucać winę na innych.
Dlatego i w przypadku 500 plus rząd, licząc na krótką pamięć Polaków, prezentuje dziś stanowisko, iż oczekiwanym skutkiem wprowadzenia świadczenia z programu 500 plus nie był regularny wzrost liczby urodzeń. „Urodzenia nie wzrosły i nie wzrosną” – dodała szczerze wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Barbara Socha.
Pytanie więc, co było i jest celem tego programu, skoro inflacja, idąca szybko w górę pod rządami PiS (do zwiększenia której przyczynia się 500 plus), sprawia, że pieniądze otrzymywane na dziecko mają coraz mniejszą siłę nabywczą?
Odpowiedź jest oczywista i jasna: celem było i pozostaje kupowanie głosów wyborców za pieniądze podatników. Jednak za te głosy PiS płaci coraz marniej.