Seniorzy, do ławek i piór!

Do tej pory Uniwersytety Trzeciego Wieku nie mają umocowania ustawowego, a państwo nie zapewnia im stałego źródła finansowania.
Czy babcia i dziadek mogą iść na studia? Jasne, choć pewnie nie za bardzo będzie im się chciało zakuwać do egzaminów. Rozwiązaniem są Uniwersytety Trzeciego Wieku, o ile oczywiście funkcjonują one nie tylko w większych ośrodkach. Niestety nie zawsze tak jest. Lewica chce to zmienić i przygotowała projekt ustawy „Uniwersytet Trzeciego Wieku w każdym powiecie”.
W Polsce działa 640 tego typu placówek, ale funkcjonują one głównie w dużych miastach. 120 tysięcy studentek i studentów co roku chętnie uczestniczy w zajęciach, upatrując w tym szansę na zdobycie dodatkowej wiedzy, ale też na czerpanie większej radości z życia.
Uniwersytety Trzeciego Wieku to nic innego jak placówki dydaktyczne dla seniorów, których celem jest poprawa jakości życia osób starszych. Można w nich zdobywać wiedzę zgodną z zainteresowaniami oraz nabywać nowe umiejętności. W ofercie zajęć można znaleźć min. historię, zajęcia komputerowe czy też naukę języków obcych. Absolwentom tego typu zajęć z pewnością nie grozi wykluczenie cyfrowe.
Do tej pory nie mają one jednak umocowania ustawowego, ale i też państwo nie zapewnia im stałego źródła finansowania. Zdaniem lewicy, każda złotówka zainwestowana w tego typu placówkę, zwraca się poprzez oszczędności w wydatkach na leczenie. Aktywni seniorzy są po prostu zdrowsi zarówno fizycznie jak i intelektualnie. Dla osób na emeryturze niezwykle ważne jest poczucie przynależności do określonej grupy. Podczas zajęć nawiązują się liczne przyjaźnie, a obecność rówieśników dodatkowo dopinguje do wyjścia z domu i spotkań.
Według działaczy Lewicy, państwo powinno wspierać i popularyzować tę formę spędzania czasu. Uniwersytety Trzeciego Wieku to bowiem szansa dla seniorek i seniorów na powrót do pełni życia po okresie pandemii koronawirusa. Uniwersytety Trzeciego Wieku powinny funkcjonować w każdym powiecie, a w tym celu potrzebne są jasne zasady ich działania oraz wsparcie finansowe ze strony państwa.
Umożliwia to projekt ustawy przygotowany przez Lewicę, który zakłada stabilne finansowanie z budżetu państwa w wysokości 2 mld zł rocznie oraz prowadzenie działalności w oparciu o współpracę takiego Uniwersytetu z uczelnią wyższą oraz samorządem powiatowym. Uczelnie zapewnią kadrę wykładowczą oraz finansowanie zajęć, a samorządy stronę organizacyjno-administracyjną. Projekt zakłada, że stowarzyszenia, które prowadzą takie uniwersytety będą zawierać umowy z samorządami oraz uczelniami. Stałe wsparcie państwa powinno spowodować, iż będą powstawać nowe Uniwersytety Trzeciego Wieku, zwłaszcza na wschodzie naszego kraju. – Uniwersytety Trzeciego Wieku to szansa dla seniorek i seniorów na powrót do pełni życia po okresie pandemii koronawirusa. Głównym celem tego typu placówek jest działalność edukacyjna, integracja oraz aktywizacja osób starszych. Składając projekt „Uniwersytet Trzeciego Wieku w każdym powiecie” zdecydowaliśmy się na model francuski, czyli na współpracę z uczelniami wyższymi, co pozwoli na podniesienie poziomu prowadzonych zajęć. Francja to ojczyzna uniwersytetów trzeciego wieku, to tam powstały pierwsze tego typu inicjatywy, a Polska po Belgii była trzecim krajem, w którym rozpoczęto wdrażanie tej idei w życie. Proponujemy solidarność pokoleń, wymianę wiedzy oraz korzyści pomiędzy seniorami a społecznością akademicką – oświadczył pos. Marcin Kulasek, przewodniczący Podkomisji ds. Edukacji i Nauki.
Według niego, każda złotówka włożona w Uniwersytety Trzeciego Wieku przez państwo to znakomita inwestycja w zdrowie i sprawność intelektualną seniorów. Stabilne finansowanie tych placówek jest zaś szansą dla środowiska akademickiego na dodatkowe wynagrodzenia, a nauczyciele i wykładowcy akademiccy zapewnią im najwyższy poziom merytoryczny. Funkcjonowanie Uniwersytetów Trzeciego Wieku do tej pory nie było uregulowane ustawowo, co powoduje, że działają one w dużej mierze na zasadach społecznych
Pos. Wanda Nowicka powiedziała: – Uniwersytety Trzeciego Wieku są fantastyczną formą aktywizacji osób starszych oraz poprawy ich jakości życia, a także profilaktyki zdrowotnej, w szczególności zdrowia psychicznego i intelektualnego. Należy pamiętać, iż społeczeństwo się starzeje i w Polsce w tej chwili żyje 10 mln seniorek i seniorów, którzy potrzebują wsparcia, które będzie podnosiło ich jakość życia. Niech wysoka liczba tych uniwersytetów nas nie łudzi, że sytuacja jest idealna, ponieważ wciąż są białe plamy na mapie, co oznacza, że seniorki i seniorzy mają nierówny dostęp do tej formy aktywności. Uniwersytety Trzeciego Wieku po prostu nam się opłacają, dzięki nim osoby starsze będą żyły dłużej, ale też będą w znacznie lepszej formie.
Nie negując dobrych intencji lewicowych zwolenników Uniwersytetów Trzeciego Wieku wypada zauważyć, że niełatwo będzie wydawać dodatkowo 2 mld zł rocznie na ich funkcjonowanie, zaś uczelnie i samorządy zapewne nie będą zachwycone dodatkowymi zadaniami na rzecz tych placówek.

Zapomnijmy o tanim prądzie

Prawo i Sprawiedliwość, chcąc zachować władzę, przyjęło spec-ustawę obowiązującą tylko w 2019 r. Ustawa zamroziła ceny energii w roku wyborów. Potem mogły już one rosnąć bez ograniczeń.
W ostatnich latach znacząco wzrosły ceny prądu w Polsce, a główną odpowiedzialność za ten stan rzeczy ponosi rząd Prawa i Sprawiedliwości. „Minister odpowiedzialny za sprawy energii nie zapobiegł skokowemu wzrostowi cen energii elektrycznej” – stwierdza Najwyższa Izba Kontroli w swoim najnowszym raporcie.
Nie zapobiegł – choć mógł i powinien. Skokowy wzrost cen nastąpił, mimo dokładnej wiedzy rządu PiS o polityce Unii Europejskiej, polegającej na ograniczaniu emisji dwutlenku węgla, oraz świadomości jej skutków dla polskiej energetyki.
Te skutki były zaś takie, że ceny uprawnień do emisji dwutlenku węgla wciąż rosły, a w konsekwencji musiały też rosnąć ceny energii wytwarzanej z tradycyjnych paliw kopalnych.
W drugiej dekadzie XXI w. Unia Europejska konsekwentnie dążyła do ograniczenia emisji gazów cieplarnianych. W 2015 r. Parlament Europejski przyjął dyrektywę ograniczającą podaż uprawnień do emisji CO2 (weszła w życie w 2018 r.), która spowodowała wzrost cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla, a to doprowadziło z kolei do wzrostu cen energii elektrycznej wytwarzanej z paliw kopalnych.
Minister Energii otrzymywał wiele sygnałów dotyczących wzrostu cen energii m.in. od Prezesa Urzędu Regulacji Energetyki (URE). Poinformował on też o skali żądań ze strony czterech przedsiębiorców pełniących funkcję tzw. sprzedawców z urzędu. Domagali się oni podniesienia cen energii od 30 do 35 proc.
W urzędach ministra właściwego do spraw energii nie było jednak informacji, świadczących o działaniach, których efektem byłoby gromadzenie wyników analiz, dotyczących zjawisk kształtujących cenę prądu w Polsce. NIK jako nierzetelne oceniła nieprowadzenie w latach 2016 – 2020 cyklicznych analiz rynku energii.
Była wprawdzie ustawa o cenach energii elektrycznej, mająca zapobiec wzrostowi cen prądu, ale działała tylko w 2019 r., miała charakter doraźny, a jej cel był głównie propagandowy i przedwyborczy – chodziło o pokazanie, jak bardzo rząd PiS troszczy się, żeby obywatele nie płacili zbyt dużo za prąd. W rzeczywistości, rząd PiS miał dobro obywateli w…
Wprowadzenie tej ustawy prominenci PiS zaczęli rozważać jesienią 2018 r. W listopadzie 2018 r. rząd zapowiedział, że ceny energii elektrycznej w 2019 r. nie wzrosną. Chodziło o to, by w ten sposób zwiększyć szanse Prawa i Sprawiedliwości w wyborach parlamentarnych w 2019 r.
Ustawa, która niby to miała miała spełnić obietnice rządu o braku wzrostu cen energii została przygotowana w pośpiechu. W ocenie NIK jej przygotowanie było niezgodne z zasadami legislacji, bez konsultacji z podmiotami podlegającymi regulacji ustawy, z niekompletną oceną skutków ustawy. Nie uzyskano też wymaganych opinii zgodności z unijnymi prawem.
Projekt ustawy nie został upubliczniony w Wykazie Prac Legislacyjnych Rady Ministrów. Za zgodą premiera był procedowany w trybie odrębnym. Oznaczało to, że projekt nie został skierowany do uzgodnień resortowych, nie był też opiniowany przez Radę Legislacyjną przy prezesie Rady Ministrów, Stały Komitet Rady Ministrów, komisję prawniczą, prezesa URE czy jakikolwiek właściwy kompetencyjnie podmiot. Co ważniejsze, nie wskazano też źródeł, z których projektowane zmiany miałyby zostać sfinansowane. NIK zwraca uwagę, że żadna ze spółek obrotu energią nie uczestniczyła w jakiejkolwiek formie w pracach nad pierwotnym projektem ustawy.
28 grudnia 2018 r. Sejm uchwalił tę ustawę, zwaną potocznie ustawą prądową lub ustawą o cenach energii elektrycznej, która weszła w życie 1 stycznia 2019 r. Zmniejszyła ona podatek akcyzowy z 20 zł/MWh do 5 zł/MWh, obniżyła stawki tzw. opłaty przejściowej, wprowadziła mechanizm utrzymania cen energii elektrycznej z pierwszego półrocza 2018 r. do końca 2019 r., przy jednoczesnej wypłacie utraconych przychodów dla przedsiębiorstw obrotu. Wypłatą rekompensat i różnic cen zajmowała się państwowa spółka Zarządca Rozliczeń SA. Pieniądze pochodziły z specjalnego Funduszu Wypłaty Różnicy Ceny. Koszt tych rekompensat wyniósł około 4,5 mld zł.
W ślad za przygotowaniem ustawy nie poszły prace nad rozporządzeniem w sprawie sposobu obliczenia różnicy ceny i rekompensaty finansowej. Zostało ono wydane ponad pół roku później. Prace nad rozporządzeniem rozpoczęły się dopiero po wejściu ustawy w życie a zgodnie z prawem powinno ono zacząć obowiązywać razem z ustawą, na podstawie której jest wydane.
Ustawa obowiązywała niedługo, bo tylko w 2019 r. Mimo to, w tym czasie była czterokrotnie nowelizowana, w tym dwukrotnie ze względu na naruszenie przepisów Unii Europejskiej. Pierwszy raz już po niespełna dwóch miesiącach. Ostatni – w lipcu 2019 r. czyli po pół roku jej obowiązywania. Pierwsze dwie i ostatnia nowelizacje procedowane były jako projekty poselskie. Oznaczało to, że nie przeprowadzono oceny skutków regulacji ani konsultacji z opinią publiczną i zainteresowanymi podmiotami. Trzecia procedowana była przez Ministerstwa Przedsiębiorczości i Technologii. W ocenie NIK świadczy to nie tylko o nierzetelnym przygotowaniu projektu i kolejnych nowelizacji, ale również o braku przestrzegania zasady stabilności i pewności regulacji prawnych dla podmiotów objętych tymi regulacjami.
Co dała ustawa? W najpopularniejszej taryfie G stosowanej przez gospodarstwa domowe, oszczędności na cenach prądu wyniosły przeciętnie w skali 2019 roku od 109 zł do 305 zł na jedno gospodarstwo. Najwyższa zaoszczędzona kwota przez przedsiębiorcę stosującego tę taryfę wynosiła 127 tys. zł.
Po wygaśnięciu ustawy, czyli po 1 stycznia 2020 r. ceny energii elektrycznej dla gospodarstw domowych wzrosły od razu o prawie 20 proc. – czym oczywiście w rządzie PiS nikt się nie przejmował, bo to było już po wyborach parlamentarnych z 2019 r.
Żeby zbadać praktyki podnoszenia cen prądu, NIK skontrolowała Ministerstwo Klimatu i Środowiska, Urząd Regulacji Energetyki, Zarządcę Rozliczeń SA. Kontrola objęła okres od 1 stycznia 2016 r. do 30 czerwca 2020 r.
Strategicznym dokumentem odnoszącym się do spraw energetyki jest u nas Polityka Energetyczna Polski. Po raz pierwszy została ona przyjęta w 2009 r., za rządów Platformy Obywatelskiej. Dziś w naszym kraju na cenę wytwarzania energii elektrycznej główny wpływ mają ceny węgla kamiennego i brunatnego oraz cena uprawnień do emisji CO2.
Uprawnienia do emisji CO2 muszą kupować podmioty, wykorzystujące instalacje emitujące dwutlenek węgla – a więc elektrownie i elektrociepłownie produkujące prąd z węgla i gazu. Do 2018 r. ceny uprawnień nie były zbyt wysokie ze względu na ich dużą podaż. Jednak w kwietniu 2018 r. weszła w życie dyrektywa Parlamentu Europejskiego, która zmieniła system handlu uprawnieniami. Doprowadziło to szybkiego wzrostu cen uprawnień, a w konsekwencji natychmiast zaczęły rosnąć ceny energii na rynku hurtowym.
W I kwartale 2017 r. jedna megawatogodzina kosztowała 160,6 zł, w I kwartale 2020 r. – już 250,9 zł. Za trendami na rynku hurtowym ochoczo podążyły firmy energetyczne, które przygotowały nowe cenniki z taryfami wyższymi nawet o połowę niż w 2018 r.
Warto tu zauważyć, że część tych podwyżek mogła być świadomym nadużyciem i wykorzystywaniem dominującej pozycji rynkowej. Wysokość cen energii na rynku hurtowym i detalicznym próbował monitorować szef Urzędu Regulacji Energetyki. Podejrzewając nielegalne praktyki, przeprowadził dwa postępowania wyjaśniające. W ich wyniku do prokuratury zostały złożone dwa zawiadomienia o podejrzeniu popełnienia przestępstwa manipulacji na rynku, po których prokuratura wszczęła dochodzenie.
W sumie, w latach 2016 – 2020 do prezesa URE wpłynęło dziewięć zawiadomień o możliwych manipulacjach cenami. Skierowano trzy powiadomienia do prokuratury. Wpłynęło także 21 sygnałów od innych podmiotów. Część z nich też skończyła się powiadomieniami o podejrzeniu przestępstwa. Wszystkie te sprawy utkwiły jednak w martwym punkcie.

Spalanie powinno być ostatecznością

W świetle prawa unijnego spalarnie odpadów to instalacje, które wyrządzają poważne szkody środowisku.
Żadne przepisy, czy to unijne, czy krajowe, nie zakazują działalności spalarni odpadów. Dyrektywa Unii Europejskiej stwierdza, iż daną działalność gospodarczą uznaje się za wyrządzającą poważne szkody, jeżeli m.in. prowadzi do znacznego zwiększenia spalania odpadów. Nie ma jednak żadnych norm, które przewidywałyby stopniowe zamykanie spalarni śmieci, jak ma to miejsce na przykład w przypadku unijnej perspektywy odchodzenia od węgla.
Zdaniem polskich zielonych, jeśli w cyklach gospodarczych pojawia się strumień odpadów nienadających się do recyklingu, rozwiązań trzeba szukać na początku procesu ich powstawania, a nie budować dla nich spalarnie. Tyle, że to łatwo powiedzieć, ale znacznie trudniej zrobić.
Tym niemniej, według prawa unijnego spalarnie odpadów klasyfikowane są jako instalacje wyrządzające poważne szkody środowisku, a tym samym nie mogą być uznane za ekologiczne i nie mogą być częścią gospodarki o obiegu zamkniętym. Dodatkowo, Unia Europejska zabroniła finansowania spalarni śmieci z pieniędzy publicznych.
Tymczasem, na mocy porozumienia między firmą Fortum a władzami Wrocławia i gminą Wisznia Mała na północno-wschodniej granicy Wrocławia oraz na terenach gmin Długołęka i Wisznia Mała ma powstać nowa spalarnia odpadów. W preambule tego porozumienia zapisano, iż spalarnie odpadów są „instalacjami ekologicznymi i wpisują się w Gospodarkę Obiegu Zamkniętego”, co stanowi ewidentną sprzeczność z normami unijnymi.
Zieloni alarmują, że zmiana planu zagospodarowania przestrzennego dla tego terenu procedowana była bez realnych konsultacji społecznych (co oznacza, że konsultacje wprawdzie były, ale zdaniem Zielonych, niewystarczające). Ich zdaniem, projekt będzie miał fatalny wpływ na środowisko, a negatywne skutki inwestycji odczują również mieszkańcy – budynki spalarni mają powstać 700 metrów od zabudowań. – Spalarnie odpadów nie są dobrym rozwiązaniem: marnują potencjał materiałów, które w dużej mierze można poddać recyklingowi, przyczyniają się do zużycia kolejnych zasobów np. energii oraz zwiększają emisję gazów cieplarnianych. Spalanie 1 Mg odpadów komunalnych w spalarniach wiąże się z uwolnieniem od około 0,7 do 1,2 Mg dwutlenku węgla. W zakładach spalania odpadów komunalnych w Szkocji w 2018 r. średnia intensywność emisji dwutlenku węgla równała się 509 g CO2 / kWh, czyli prawie dwa razy więcej niż intensywność emisji dwutlenku węgla z energii elektrycznej w Wielkiej Brytanii (średnia sieciowa w 2018 r. – 270 gCO2 / kWh) – komentuje Julia Rokicka z Partii Zieloni.
Według Zielonych, spalarnia jest też zagrożeniem dla cennego przyrodniczo, chronionego obszaru Natura 2000. Podkreślają oni, iż inwestycja planowana jest bezpośrednio przy węźle drogowym Psie Pole, w ciągu drogi S8. Awaria spalarni oznacza wiec paraliż dla całego regionu. – Budowa spalarni zmarnuje środki potrzebne na szybkie inwestycje w naprawdę zgodne z gospodarką obiegu zamkniętego projekty i co gorsza “zabetonuje” ten stan rzeczy na 20-25 lat, w czasie kiedy ta ogromna inwestycja będzie musiała się spłacić inwestorom. Wymagane są coraz wyższe poziomy recyklingu i przygotowania do ponownego użycia odpadów. Najbliższe lata będą pod tym względem kluczowe. na dzisiaj mało która gmina osiągnie wymagane prawem limity, nawet stosując kreatywną statystykę. O ile poziom 20 proc. recyklingu w tym roku jest do osiągnięcia, to do 2025 roku musi to być aż 55 proc.! – podkreśla dr. Tomasz Wojciechowski, ekspert Instytutu Gospodarki o Obiegu Zamkniętym. – Decyzja o budowie spalarni i związane z nią emisje gazów cieplarnianych podważają podjęty przez Wrocław „alarm klimatyczny” i stoją w sprzeczności z wyrażoną przez władze Wrocławia chęcią przeciwdziałania zmianom klimatu. Co więcej, wysokie koszty stworzenia instalacji do spalania oddalą nas od inwestowania w bardziej ekologiczne i często tańsze metody utylizacji odpadów – dodaje Julia Rokicka. – Porozumienie z Fortum jest złamaniem umowy społecznej zawartej z mieszkańcami w 2017 r, kiedy to prezydent Rafał Dutkiewicz zapewnił, że takie inwestycje nie są planowane. W „Studium uwarunkowań i kierunków zagospodarowania przestrzennego Wrocławia” wpisano wtedy, że: „strategia gospodarki odpadami komunalnymi dla Wrocławia nie przewiduje lokalizacji spalarni odpadów” – przypomina Robert Suligowski z Partii Zieloni. I zwraca uwagę, że kolejnym problemem jest miejsce składowania odpadów po spalarni. Wszak około 30 proc. masy wsadu zamienia się w niebezpieczne żużle i popioły. Czy więc znajdziemy je w okolicznych dołach i bajorkach, by uniknąć rosnących lawinowo opłat za ich zgodne z prawem zagospodarowanie?
Zieloni, wspólnie ze Stowarzyszeniem Nasze Pawłowice i Ramiszów oraz częścią mieszkańców obszaru, gdzie miałaby się znaleźć spalarnia, apelują do władz Wrocławia oraz gminy Wisznia Mała o wstrzymanie tej inwestycji. Uważają oni, że projekt wymaga przejrzystych konsultacji społecznych, które uwzględnią mieszkańców, ekspertów w dziedzinie środowiska oraz przedstawicieli władz i firmy Fortum.

Żeby Odra była dzika

Zieloni kontra towarowa żegluga śródlądowa. Organizacje pozarządowe nie chcą, by barki wróciły na rzeki.
Polscy ekolodzy protestują przeciw planom uregulowania Odry, mającym przywrócić możliwość pływania dużych barek po tej rzece. Odra była żeglowna, gdy przepływała przez państwo niemieckie i nie przeszkadzało to specjalnie środowisku. Po II wojnie światowej nie zadbano jednak o konserwowanie tej drogi wodnej i obecnie odrzańskie możliwości transportowe są mocno ograniczone. Ich odtworzenie może zaś, zdaniem różnych organizacji Zielonych, spowodować niepowetowane szkody.
Dlatego właśnie Koalicja Ratujmy Rzeki, Stowarzyszenia Eko-Unia, Kolektyw Siostry Rzeki itp. są przeciw i wołają: Stop dla regulacji Odry – zaś jej regulację traktują jako zniszczenie tej rzeki. Przekazano też przewodniczącej Komisji Europejskiej, Ursuli von der Leyen, petycję przeciw regulacji i niszczeniu Odry.
Mówiąc ściślej, wspomniana petycja zatytułowana „Stop niszczeniu Odry” została złożona w przedstawicielstwie Komisji Europejskiej we Wrocławiu. Została ona podpisana przez 49 polskich organizacji pozarządowych, ekspertów i naukowców oraz przez ponoć aż 1500 osób z Polski i innych krajów europejskich.
Podobna petycja powstała po stronie niemieckiej. Tamtejsi mieszkańcy znad Odry wspierani przez niemieckie organizacje pozarządowe i Partię Zielonych mieli ją złożyć w Ministerstwie Transportu w Berlinie, w przedstawicielstwie Komisji Europejskiej tamże oraz w kancelarii władz landu Brandenburgii w Poczdamie.
– Dzisiaj mówimy z Niemcami jednym głosem i protestujemy razem na rzecz ochrony Odry, która jest wspólną rzeką – oświadcza Monika Konieczna z Kolektywu Siostry Rzeki.
W petycji „Stop niszczeniu Odry”, polskie organizacje pozarządowe sprzeciwiają się „ciągłemu inwestowaniu pieniędzy polskich i unijnych podatników” w realizację programu rządu PiS i Banku Światowego dotyczącego regulacji Odry na potrzeby rozwoju żeglugi śródlądowej. Zwłaszcza, że ten podstępny plan jest cynicznie realizowany pod pretekstem ochrony przeciwpowodziowej. – Mamy naukowe dowody na negatywny wpływ tych inwestycji. Regulacja naszej wspólnej rzeki spowoduje wzrost ryzyka powodziowego i pogłębi problemy związane z suszą. Nie możemy tego zaakceptować. Wzywamy rząd Brandenburgii i rząd federalny do podjęcia działań w celu zatrzymania tych nieuzasadnionych, szkodliwych dla ludzi i przyrody przedsięwzięć na Odrze dla dobra społeczności po jej obu stronach – apeluje Katrin Dobbrick, jedna z inicjatorek protestu po niemieckiej stronie Odry. Niestety, na razie nie przedstawia tych naukowych dowodów.
Także polska Koalicja Ratujmy Rzeki nie widzi ekonomicznego i ekologicznego uzasadnienia w przekształceniu Odry w drogę wodną dla wielkich barek. Popiera natomiast żeglugę rekreacyjną i towarową – ale wykonywaną statkami oraz barkami dostosowanymi do obecnej głębokości rzeki, co nie będzie wymagało głębokiej i kosztownej regulacji doliny Odry, którą członkowie tej organizacji uważają za dewastację.
Zdaniem polskich ekologów, szokujący jest fakt, że polscy urzędnicy, aby zdobyć z Banku Światowego pożyczkę w wysokości 760 mln EUR na program, którego celem jest zapewnienie III klasy żeglowności Odry, „ubrali umowę” w rzekome działania przeciwpowodziowe.
Koalicja Ratujmy Rzeki nie chce też się zgodzić na dofinansowanie tej inwestycji poprzez wsparcie ze środków Unii Europejskiej w wysokości około 200 mln euro oraz na pożyczkę z Banku Rozwoju Rady Europy wynoszącą około 200 mln euro.
Polskie organizacje pozarządowe domagają się również, aby z projektu aktualnej Umowy Partnerstwa mającej finansować różne projekty unijne, wykluczyć inwestycje wspierające rozwój żeglugi śródlądowej, których skutkiem byłoby zniszczenie swobodnie płynących rzek, takich jak właśnie Odra oraz ciągłości ekosystemów rzecznych, które są ważnymi korytarzami ekologicznymi.
Wprawdzie po ewentualnym odtworzeniu żeglugi śródlądowej na Odrze ta rzeka przecież nie przestanie płynąć, ale jak widać pojęcie „zniszczenia” rzeki jest tu traktowane nadzwyczaj szeroko. W dodatku przywrócenie kursowania barek na Odrze dałoby zły przykład i mogło wywrzeć negatywny wpływ na przyszłość wielu obszarów chronionych.
Organizacje walczące o uratowanie Odry przed żeglugą transportową chcą także zaprzestania wszelkich inwestycji „ukierunkowanych na retencję zbiornikową i korytową”. Ich zdaniem taka retencja jest przeciwna do celu jaki ma osiągnąć, szkodzi skutecznej adaptacji do zmian klimatu, a także jest szkodliwa dla środowiska ze względu na emisje gazów cieplarnianych i niszczący wpływ na przyrodę dolin rzecznych.
Generalnie, zdaniem tych organizacji, musi obowiązywać powszechna zasada, że nie będą wspierane żadne przedsięwzięcia o negatywnym wpływie na ekosystemy wodne (w rozumieniu środowisk ekologicznych) oraz od wód zależne.
Przeciwnie, do priorytetów unijnej Umowy Partnerstwa musi należeć odtwarzanie naturalnych biegów rzek i ich ochrona, łącznie z dolinami rzecznymi, tak aby „zwiększać przestrzenie dla rzek”, a także ochrona obszarów mokradłowych.
Niestety, obecnie dzieje się coś wręcz odwrotnego. – Środki unijne wspierają nieekonomiczny projekt, który niszczy wszystkie nadodrzańskie obszary Natura 2000. Program Banku Światowego i rządu Polski oraz zapisy w Umowie Partnerstwa o finansowaniu Odrzańskiej Drogi Wodnej z nowych funduszy UE są sprzeczne z Zielonym Ładem i zapisaną w nim ochroną bioróżnorodości – oświadcza Radosław Gawlik prezes stowarzyszenia Eko-Unia.
Na szczęście, Zielonych protestujących przeciwko barkom na Odrze można pocieszyć, że rząd Prawa i Sprawiedliwości traktuje odtworzenie żeglugi śródlądowej na tej rzece tylko propagandowo – więc niemal na pewno nie nastąpi to w najbliższym stuleciu

Nie mamy pańskich pieniędzy…

Nieograniczona jest ludzka pomysłowość w konstruowaniu sposobów, mających umożliwić wyciąganie pieniędzy od innych.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostrzega przed nieuczciwą działalnością kilkunastu firm, zajmujących się lipnymi usługami finansowymi. Warto na nie uważać, żeby nie stracić swoich pieniędzy, bo można się po prostu pożegnać z wpłaconą kasą (zwłaszcza, że część wymienionych podmiotów działa poza Unią Europejską więc nie ma już zupełnie szans na jakiekolwiek skuteczne postępowanie sądowe z polskiej strony). W ich sprawach nastąpiły już zawiadomienia do prokuratury o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Oto te firmy.

  1. Platforma internetowa cloudtokenwallet.com założona przez spółkę Cloud Technology & Inwestments z Australii. Cloud Token to mobilna aplikacja będąca tzw. portfelem kryptowalut, którego twórcy obiecują 6-12 proc. zysku w ciągu miesiąca za przechowywanie kryptowalut i dodatkowe przychody za polecenie systemu znajomym (co jest cechą piramidy finansowej). Najpierw oczywiście trzeba kupić tę aplikację z kryptowalutami. Sprawę bada wydział do walki z cyberprzestępczością Komendy Wojewódzkiej Policji w Poznaniu.
  2. Paraiba – projekt inwestycyjny fimy Unique Private Bank Limited z Komorów. Z informacji dostępnej na stronie: paraiba.world wynika, że firma zajmuje się handlem kryptowalutami i walutami. Konsumenci wpłacają depozyt – minimum 25 dolarów i obiecuje im się dochody związane z polecaniem nowych użytkowników (czyli: piramida).
  3. Platformy handlu walutami: MarketPluse, Marginelite, OctagonTrade. UOKiK podaje przykład klienta, który zadzwonił na numer podany na stronie MarketPluse, tam namówiono go na wpłatę 250 dolarów, która miała być inwestowana, a gdy już wpłacił, proponowano zasilenie konta o kolejne wpłaty. Odmówił i zażądał wypłaty pieniędzy, ale nie udało mu się ich odzyskać.
  4. Fundusz Hipoteczny Yanok z siedzibą w Krakowie, który wystawia tzw. weksle inwestycyjne. UOKiK ostrzega przed lokowaniem pieniędzy w weksle inwestycyjne wystawiane przez tę firmę. Może to narazić konsumentów na poważne straty finansowe – z pieniędzy przekazanych przez konsumentów fundusz udziela rozlicznych pożyczek, co może prowadzić do tego, że konsumenci już nie zobaczą swojej kasy zainwestowanej w weksle.
  5. Platforma inwestycyjna https://fomo5k.io zarejestrowana przez spółkę Domains By Proxy LLC z USA. To projekt oparty, który ma umożliwiać jakoby zarobienie w ciągu 100 dni do 5000 jednostek kryptowaluty o nazwie „ethereum”, czyli ok. 1,2 mln dolarów. Najpierw jednak, jak podaje UOKiK, trzeba wpłacić minimum 24 prawdziwe dolary i namówić na tę inwestycję innych, co także może wskazywać na elementy systemu promocyjnego typu piramida.
  6. Platforma tradingowa https://torque.asia/ założona przez Torque Group Holdings Limited z Brytyjskich Wysp Dziewiczych. Ma zapewniać zysk na poziomie 0,15–0,45 proc. dziennie. Aby rozpocząć inwestycję należy kupić specjalne tokeny, które mają być później wymieniane na kryptowalutę ethereum. Minimalna kwota inwestycji to 1 ethereum (ok. 6 tys. zł według ceny z 3 lutego 2021). Nabywcy mają dostawać prowizję od tokenów zakupionych przez nowe, polecone osoby. Sprawę bada wydział do walki z cyberprzestępczością Komendy Wojewódzkiej Policji we Wrocławiu.
  7. Platforma internetowa 7. https://globalmaxis.com zorganizowana przez firmę SystemDevCorporate LLC zlokalizowaną na Saint Vincent i Grenadynach zajmująca się handlem walutami. Jak twierdzi UOKiK, z informacji przekazywanych przez konsumentów wynika, że przedsiębiorca może nielegalne pozyskiwać takie dane, jak numery kart płatniczych, a poza tym niewykluczone jest też nękanie konsumentów i podszywanie się pod inną osobę w celu wyrządzenia szkody majątkowej. UOKiK nie podaje niestety, za co firma nęka konsumentów.
  8. Platforma 8. https://weedprofitsystem.com także należąca do wspomnianej firmy z Saint Vincent i Grenadyn. Organizatorzy platformy obiecują wysoki zysk z zakupu akcji firm sprzedających marihuanę. Gwarantem zysku ma być to, że marihuana zaostała zalegalizowana w Kanadzie.
  9. Platforma https://advertisexchange.com/ zarejestrowana przez Hosting Concepts B.V. d/b/a Openprovider z Niderlandów. Oferuje punkty bonusowe, które można wykorzystać do zakupu własnej reklamy na platformie oraz uzyskać dochód z tytułu polecenia tej platformy innym osobom.
  10. Platforma yourfitway.com prowadzona przez Your Fit Way Network OÜ z Estonii oraz Your Fit Way Limited z Wielkiej Brytanii. Aplikacja mobilna zachęcająca do robienia 10 tys. kroków dziennie, która obiecuje też zarabianie 25 proc. od każdej wpłaty osoby bezpośrednio poleconej. Miesięczny abonament za aplikację to 10 dolarów. Jeśli jednak użytkownik platformy zakupi tzw. licencję za 100, 1000 lub 2500 dolarów to może, jak podaje UOKiK, stać się „partnerem afiliacyjnym” i tworzyć „strukturę, która ma mu zapewnić pasywny dochód”.
  11. Serwis 11. https://www.incruises.com prowadzony przez Incruises International Llc z USA, który polega na wpłacaniu przez użytkownika co miesiąc 100 dolarów na wycieczkę ekskluzywnym statkiem. Tyle samo ma dopłacać organizator. Po roku użytkownik może przeznaczyć 60 proc. zgromadzonej kwoty na rejs, po 2 latach – 70 proc., a po 5 latach – 100 proc. Oprócz tego można jakoby uzyskać dochód z tytułu poleceń tego serwisu innym użytkownikom, którzy dokonają wpłat.
  12. Projekt inwestycyjny 12. https://value.one zorganizowany przez Value Company OÜ z Estonii. Podmiot przeprowadził zbiórkę funduszy w ramach emisji tokenów, co miało dawać wysoki procent zysku. Do UOKiK trafił sygnał od konsumenta, który kupił 500 tokenów za ok. 20 tys. zł, a potem stracił kontakt z firmą.
    Gdy przechowywanie pieniędzy w bankach przynosi straty, Polacy w desperacji zaczynają się interesować innymi sposobami mnożenia swoich oszczędności – i stąd popularność różnych dziwnych firm oferujących jeszcze dziwniejsze możliwości zarobku. Trzeba zachować minimum ostrożności i nie wpłacać pieniędzy na żadne polecane projekty. Najbezpieczniej przyjąć proste założenie, że mamy do czynienia z próbą wyłudzenia pieniędzy. Bo gdy już dokonamy wpłat i zaczniemy myśleć o ewentualnych zyskach, to kontakt z firmą raptem się urwie i nie będzie nawet odpowiedzi w rodzaju: Nie mamy pańskich pieniędzy i co pan nam zrobi?

Podatkowym cepem w wolność mediów

Należy zrezygnować z wprowadzenia podatku od reklam. Prace nad nim nie powinny być kontynuowane.
Krytycznie trzeba ocenić już samą nazwę ustawy. Pod przykrywką generowania „dodatkowych przychodów” Narodowego Funduszu Zdrowia i Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków, oraz stworzenia Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów ukrywa się wprowadzanie nowej daniny publicznej. Choć uważamy, że projekt nie powinien być dalej procedowany, to gdyby do tego doszło należy zmienić jego nazwę np. na „ustawa o podatku od reklam” – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Wśród problemów, które ma rozwiązywać projekt, podaje się nie tylko zwiększenie środków finansowych trafiających do NFZ, ale też m.in. „rozwarstwienie poziomu kompetencji cyfrowych” i „coraz większe trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji”.
Ustawodawca nie wyjaśnia, w jaki sposób wspomniane powyżej fundusze miałyby przyczynić się do zwiększania kompetencji cyfrowych. Poza tym istnieją już działające narzędzia do realizacji takich zadań – są to np. system edukacji czy aktywność prywatnych podmiotów na rynku cyfrowym. Z kolei „trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji” można zminimalizować poprzez ograniczenie liczby nierzetelnych informacji pojawiających się m.in. w audycjach prezentowanych w mediach publicznych. Nie są do tego potrzebne dodatkowe fundusze od podatników. Poza tym, w ramach Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, mają powstać np. „platformy dystrybucji informacji oraz analiz treści pojawiających się w mediach”. Już teraz, bez istnienia specjalnego funduszu i dodatkowego podatku, istnieją takie platformy np. Konkret24 czy Demagog.
Nowy fundusz ma być tez odpowiedzią na „utratę poczucia wspólnoty i więzi z tradycją”. W uzasadnieniu ustawy nie pojawiają się żadne poparte badaniami dowody na to, że do takiego zjawiska w Polsce dochodzi, a także, że jest to zjawisko negatywne i wymagające interwencji ustawodawcy.
Wreszcie mowa jest o kwestii „ograniczonego dostępu do dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa” w związku z pandemią. Po pierwsze, większość instytucji kultury została zamknięta w wyniku decyzji rządu, przy czym w ostatnich dniach część z nich została otwarta. To autorzy rządowych rozporządzeń decydują zatem o dostępności „dóbr kultury”. Jednocześnie wiele z zamkniętych podmiotów, takich jak muzea czy teatry, realizuje działalność w trybie online, często z bezpłatnym lub niskopłatnym dostępem.
Po drugie, projekt ma wejść w życie najszybciej w lipcu, a kolejne tygodnie i miesiące zajmie uruchamianie nowych funduszy i rozpoczęcie realizacji projektów. Do tego czasu, dzięki szczepieniom, będzie już zapewne możliwy względnie niezakłócony dostęp do „dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa”. Wspomniany w projekcie ustawy problem sam się rozwiąże.
Po trzecie, sektor prywatny aktywnie dostarczał dobra kultury w czasie pandemii, o czym świadczy popularność m.in. serwisów udostępniających filmy i seriale w formule na żądanie (VOD) czy koncertów realizowanych w formule online. Co więcej, ważnym źródłem kultury są w czasie pandemii media – przede wszystkim prywatne – które w wyniku dodatkowych obciążeń podatkowych mogą być zmuszone ograniczyć produkcję „dóbr kultury”.
Nowy podatek jest skonstruowany w taki sposób, aby wyższą stawką objąć wybrane produkty. W projekcie zaproponowano wyższe stawki dla produktów leczniczych, suplementów diety, wyrobów medycznych i napojów z dodatkiem substancji słodzących. W uzasadnieniu projektu ustawy nie ma informacji, dlaczego akurat te produkty mają być objęte wyższymi stawkami podatkowym, który miałby „karać” za pokazywanie reklam określonej treści. Dlaczego reklama słodkiego napoju miała by być wyżej opodatkowana niż reklama słodkich przekąsek? Dlaczego reklama wyrobów medycznych, takich jak prezerwatywy, termometry czy ciśnieniomierze miałaby być „karnie” opodatkowana?
Tego typu działania są nie tylko przykładem uznaniowości władzy, ale też przejawem nieuzasadnionego paternalizmu państwa. W dostępie do wielu produktów i substancji Polska jest bardziej restrykcyjna niż Niemcy czy Czechy. Zaproponowane w projekcie ustawy rozwiązania różnicujące stawki podatkowe oznaczałyby dalsze zwiększanie państwowego paternalizmu.
Skutkiem wprowadzenia daniny z tytułu reklamy konwencjonalnej będzie m.in. wzrost kosztów działalności podmiotów objętych tym podatkiem. Jednocześnie przewidziane w projekcie utworzenie nowego funduszu – biorąc pod uwagę m.in. wpływ władzy politycznej na skład komisji udzielającej dotacji z jego środków – rodzi rzeczywiste ryzyko powstania praktyki polegającej na rekompensowaniu części kosztów wynikających z podatku mediom sprzyjającym obecnie rządzącym.
Ryzyko to jest tym bardziej wyraźne, gdyż to Minister Kultury ma jednoosobowo decydować, w drodze rozporządzenia, m.in. o sposobie oceny wniosków o dofinansowanie z funduszu. Biorąc pod uwagę zaangażowanie resortu kultury (i osobiście obecnego Ministra Kultury) w podobne przedsięwzięcia, np. Polską Fundację Narodową, istnieje obawa, że zasady przeznaczania środków z funduszu będą na tyle niejasne, że w praktyce pozwolą na dotowanie mediów według politycznego klucza. Wobec tego do projektu ustawy powinny być załączone również projekty rozporządzeń wykonawczych.
Nie sposób w tym kontekście pominąć również innych środków stosowanych przez państwo wobec podmiotów rynku medialnego. Zmiana praktyki nabywania usług reklamowych przez organy władzy publicznej i spółki z udziałem Skarbu Państwa, jak również dotacja dla mediów publicznych o wartości ok. 2 mld zł rocznie, wpłynęły pozytywnie na wynik finansowy i pozycję na rynku podmiotów sprzyjających obecnej władzy.
Łącznym skutkiem wprowadzenia podatku od reklamy konwencjonalnej i wspomnianych praktyk będzie zatem selektywne wsparcie mediów według klucza politycznego z jednoczesnym osłabieniem pozycji rynkowej mediów, które władza uważa za nieprzychylne jej politykom – ocenia FOR.
Takie działanie zagraża konkurencji na tym rynku i wpływa na wymianę handlową między państwami członkowskimi Unii Europejskiej. W szczególności, podmioty uprzywilejowane przez władzę będą mogły oferować nabywcom korzystniejsze ceny reklam lub będą w stanie zaoferować wyższą cenę zakupu licencji oferowanych przez podmioty z państw Unii. Zestawienie tych wszystkich praktyk i środków stanowić będzie zatem niedozwoloną pomoc publiczną dla podmiotów preferowanych przez obecne władze.
Dodatkowo w projekcie zawarto przepisy, które mają wymusić na podmiotach działających na rynku medialnym przeznaczanie co najmniej 49 proc. czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim, co nie ma związku ani z wymienionymi w tytule funduszami, ani z planowanym podatkiem. Co więcej, nie jest to obszar kompetencji Ministra Finansów, co może wskazywać, że wbrew temu co mówią w mediach politycy partii rządzącej nie jest to projekt przygotowany wyłącznie przez resort finansów.
Dziś limit ten wynosi 33 proc.. Treści pokazywane w mediach powinni zależeć od ich właścicieli i woli konsumentów, która na konkurencyjnym rynku będzie przez właścicieli realizowana. Jeśli popyt na programy i utwory muzyczne w języku polskim będzie wysoki, to media samodzielnie podejmą decyzje, że takie programy będą dominować w czasie antenowym. Jednocześnie nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby na rynku medialnym istniały obok siebie podmioty, które w 100 proc. emitują polskie programy i utwory oraz podmioty, które w ogóle nie będą mieć w swoich ramówkach programów i utworów w języku polskim. To siły rynkowe i decyzje konsumentów, a nie politycy powinni decydować co jest pokazywane w mediach.
Dlatego krytycznie oceniamy podwyższenie limitu przeznaczania czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim z 33 proc. do 49 proc. i postulujemy całkowitą rezygnację z tego limitu w ustawie o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Podkreślamy, że tego typu „wrzutki” ukryte pod hasłem zwiększania czy tworzenia funduszy na zdrowie i kulturę szkodzą przejrzystości procesu legislacyjnego i powinny być zaniechane – zauważa FOR.
W jego ocenie, w okresie pandemii, kiedy wiele przedsiębiorstw było i nadal jest obciążonych różnego rodzaju restrykcjami i ich skutkami gospodarczymi, nie powinno się wprowadzać nowych obciążeń podatkowych. COVID-19 został użyty jako uzasadnienie dla pozyskania „dodatkowych przychodów” dla NFZ. Takie działania nie powinny być realizowane poprzez podnoszenie, w tym trudnym dla wszystkich okresie, obciążeń podatkowych.
Ponadto, nie ma żadnego uzasadnienia dla tworzenia kolejnego funduszu zajmującego się „wsparciem kultury i dziedzictwa narodowego w obszarze mediów”. Dodatkowych środków na ochronę zdrowia czy renowację zabytków, jeśli faktycznie są potrzebne, można poszukiwać w innych źródłach np. ograniczając dotacje dla mediów publicznych, rezygnując z kosztownych wydatków socjalnych takich jak trzynaste i czternaste emerytury czy niezależne od dochodu wypłaty z programu „Rodzina 500 plus” na każde dziecko, ograniczenie przywilejów emerytalnych wybranych grup zawodowych (np. służby mundurowe, rolnicy czy górnicy) czy innych obszarach finansów publicznych.
Jednocześnie proponowana „składka” to kolejny już w ostatnich latach podatek sektorowy, który będzie komplikować i tak już skomplikowany system podatkowy. Zamiast wprowadzania kolejnych podatków sektorowych należy uprościć i zreformować system podatków powszechnych i wydaje się, że to, a nie tworzenie nowych „składek” na NFZ, kulturę i renowację zabytków – powinno być priorytetowym zadaniem pomysłodawców ustawy – Ministerstwa Finansów.
Podsumowując, w ocenie Forum Obywatelskiego Rozwoju projekt ustawy o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów nie powinien być przedmiotem dalszych prac legislacyjnych.

Nasza polska, klasyczna niemożność

Zburzyliśmy własną ambasadę przy przy Unter den Linden, teraz zieje tam dziura z gruzami. PiS-owska władza, w ramach podnoszenia Polski z kolan, zasłoniła czarnym plastikiem płot ogradzający tę dziurę.
PiS-owscy propagandyści, którzy funkcjonują w rządowej telewizji „publicznej” ogłosili, że już w 2023 r. nastąpi zakończenie budowy nowego gmachu ambasady polskiej w Berlinie. Propagandyści oznajmili też, że powstanie ona w reprezentacyjnym punkcie miasta, przy Unter den Linden.
W tym telewizyjnym przekazie zabrzmiało to tak, jakby to właśnie Prawo i Sprawiedliwość wywalczyło postawienie polskiej ambasady w tym prestiżowym miejscu i zaplanowało prace budowlane. Guzik prawda! Polska ambasada przy Unter den Linden działała już w latach sześćdziesiątych, na działce kupionej przez państwo polskie. Budynek potem rozebrano, a PiS-owska władza zasłoniła czarnym plastikiem płot ogradzający dziurę po ambasadzie.
Liczące się na świecie państwa mają ambasady w prestiżowych punktach stolicy Niemiec. USA – na Placu Paryskim, tuż przy Bramie Brandenburskiej. Francja – też na Pariser Platz, po drugiej stronie Bramy Brandenburskiej. Wielka Brytania – zaraz przy Amerykanach. Rosja – nieco dalej, przy Unter den Linden. Była w tym doborowym gronie i Polska, również mając swą siedzibę dyplomatyczną przy Unter den Linden, nawet bliżej Bramy Brandenburskiej niż Rosjanie. Najpierw urzędowali tam dyplomaci PRL a po 1989 r., Rzeczpospolitej. Wtedy jeszcze potrafiono zadbać o międzynarodowy prestiż naszego państwa.
Symbolika tego miejsca jest oczywista. 2 maja 1945 r. na pobliskiej Bramie Brandenburskiej zawisła polska flaga, zatknięta przez żołnierzy Dywizji Kościuszkowskiej. W tym rejonie znajdowały się wyłącznie ambasady najważniejszych państw, których wojska pokonały hitlerowskie Niemcy (potem siedzibę znalazła tam także ambasada Węgier). Ale Polska, jako jedyna z „wielkiej piątki” liderów koalicji antyhitlerowskiej nie ma już swej ambasady w okolicy Bramie Brandenburskiej. W jej miejscu, przy Unter den Linden 70-72, widnieje od lat ogromna wyrwa z gruzami. To jedyna taka dziura w najściślejszym centrum Berlina.
Działka przy Unter den Linden 70-72 jest od kilkudziesięciu lat własnością Polski – i to polskie gospodarowanie doprowadziło ją do obecnego stanu. Dwa słowa tu pasują: wstyd i hańba (by nie napisać: polnische Wirtschaft). Bo też i mianem „hańby w środku miasta” określały tę dziurę niektóre berlińskie media. Wprawdzie, jak to się mówi, wstyd nie dym, oczu nie wykole, ale dumna ekipa „dobrej zmiany”, w ramach wstawania Polski z kolan, postanowiła coś zrobić w tej sprawie. I zrobiła – płot ogradzający tę dziurę zasłoniła czarnym plastikiem, aby gruzów nie było widać.
Na tym plastiku zawieszono kilka zdjęć pokazujących różne budynki znajdujące się w Polsce. Miało to pokazać, że Polacy umieją nie tylko burzyć i rozwalać, ale także budować. Nieważne, że niektóre z obiektów pokazanych na tych zdjęciach zostały zbudowane przez Niemców, jak np. Hala Stulecia we Wrocławiu, a inne powstały dzięki pieniądzom unijnym. To jednak nie wszystko – najważniejszym punktem naszej „narodowej instalacji” przy Unter den Linden stał się sterczący nad płotem duży baner reklamowy. Baner przedstawia wizualizację jakiegoś budynku przypominającego kolumbarium cmentarne. Na banerze, ozdobionym godłem orła i barwami naszej flagi, umieszczono zaś dumny napis po polsku i po niemiecku: „Tu powstanie ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Berlinie”. Oczywiście nie trzeba dodawać, że w miejscu ruiny po polskiej ambasadzie nie toczą się żadne prace budowlane, które mogłyby uprawdopodobnić ziszczenie się tej zapowiedzi.
W ubiegłym roku z wielką pompą otwarto w Berlinie pierwszy zagraniczny oddział Instytutu Pileckiego. PiS-owska propaganda z dumą podkreślała, w jak prestiżowym miejscu się on znajduje: obok Bramy Brandenburskiej, na Placu Paryskim, niedaleko ambasad Francji i USA. Oczywiście nawet słowem się nie zająknięto, że PiS-owska władza w „prestiżowym miejscu” kultywuje też dziurę po polskiej ambasadzie.
Dziś o działalności berlińskiego Instytutu Pileckiego jest już zupełnie głucho. Jedyna informacja na stronie internetowej instytutu mówi o wystawie poświęconej rotmistrzowi Pileckiemu zorganizowanej z okazji ubiegłorocznego otwarcia oddziału berlińskiego. I to wszystko. Nie można jednak powiedzieć, iż istnienie finansowanego z pieniędzy polskich podatników oddziału berlińskiego jest zupełnie bez sensu. Kilku PiS-owskich krewnych i znajomych królika zarabia tam całkiem niezłe pieniądze.
Jak to się stało, że tam gdzie była polska ambasada, dziś straszy dziura z gruzami? Ten naprawdę prestiżowy teren przy Unter den Linden 70-72 został przekazany Polsce na własność przez władze NRD już w 1964 r. Zbudowano tam budynek biurowy, w którym znalazła się polska ambasada.
Budynek nie był piękny, ale miał znaczenie architektoniczne. Uznano go bowiem za ciekawy przykład modernizmu lat sześćdziesiątych. Po ponad trzydziestu latach eksploatacji przyszedł jednak czas na remont ambasady. Problemem stały się koszty lecz nie tylko – budynek miał elementy z rakotwórczego azbestu. Polski rząd zaczął się więc zastanawiać, czy go wyremontować – czy może jednak rozebrać i postawić w tym miejscu coś innego? Ale jeżeli coś innego, to co? Zastanawiano się długo, bo jak to u nas, tam gdzie dwie osoby, to trzy zdania.
Postanowiono wreszcie, że budynek zostanie zburzony, a na jego miejscu stanie nowa siedziba ambasady. Elegantsza, ładniejsza, bardziej funkcjonalna itd. Polska władza nie chciała jednak za dużo wydać na tę inwestycję. W 1997 r. rząd zdecydował się zatem na dziwaczny wariant kombinowany. Uzgodniono, że niemiecka firma zbuduje za swe pieniądze dwa budynki na polskiej działce przy Unter den Linden. W pierwszym znajdzie się ambasada, a drugi będzie w ciągu 30 lat bezpłatnie dzierżawiony i użytkowany przez stronę niemiecką – po czym, w ramach rozliczenia, zostanie zwrócony Polsce.
Nie doszło do realizacji polsko-niemieckiego projektu budowy naszej ambasady. Pojawiły się bowiem obawy, że niemiecka firma, budując Polakom ambasadę, niechybnie zainstaluje w jej ścianach urządzenia podsłuchowe. Obawy te umiejętnie rozdmuchiwały media w Polsce, zwłaszcza pismo „Wprost”.
Tym niemniej, budynek ambasady przy Unter den Linden został opróżniony, a pracownicy z całym zapleczem urzędowym przenieśli się „tymczasowo” do jeszcze starszego budynku – niemieckiej willi w której kiedyś urzędowała Polska Misja Wojskowa, na zachodnich, już zupełnie nie prestiżowych peryferiach Berlina. Tam jakoś nikomu nie przeszkadzała ewentualna obecność podsłuchów, zwłaszcza, że przeprowadzka miała być tymczasowa. Ta „tymczasowość” trwa prawie od ćwierćwiecza i nikt nie wie czy i kiedy się skończy.
Zerwano natomiast współpracę z niemiecką firmą. Postanowiono, że sami sobie zbudujemy swoją ambasadę na swojej działce w Berlinie. Określono warunki, jakie ma spełnić nowy budynek, rozpisano konkurs, rozstrzygnięto go. Nasi urzędnicy chętnie się zajęli tym wszystkim, bo za te czynności mogli liczyć na trochę dodatkowego grosza.
W międzyczasie rząd uznał jednak, że projekt trzeba trochę przerobić. Rozbudować go tu i tam, dodać nowe pomieszczenia, przystosować do dodatkowych funkcji, takich jak np. działalność wystawowa. Projekt został więc zmieniony, a koszty lawinowo wzrosły. Budowy wprawdzie nie rozpoczęto, ale firma wykonująca projekt zarobiła kilkanaście milionów złotych na wprowadzeniu poprawek. Kilka milionów kapnęło także firmie niemieckiej, wykonującej dodatkowe prace projektowe na miejscu.
W kolejnym międzyczasie rząd uznał, że projekt powinien uwzględniać też surowsze wymogi bezpieczeństwa. Projekt należało więc znowu przerobić, ale tym razem poprawki były na tyle znaczące, że wymagały napisania go na nowo. Koszty okazały się jednak tak wysokie, iż w końcu zrezygnowano z pomysłu budowy nowego budynku – i wrócono do koncepcji remontu oraz usunięcia elementów azbestowych. Najpierw trzeba było jednak sprawdzić, czy remont będzie wykonalny technicznie. Budynki z azbestem traktowano bowiem rozmaicie. NRD-owski Pałac Republiki rozebrano po zjednoczeniu Niemiec aby zrobić miejsce dla odbudowy berlińskiego zamku (zadecydowała o tym nie tylko obecność azbestu lecz i względy ideologiczne). Modernistyczny gmach Berlaymont w Brukseli (siedziba Komisji Europejskiej) został zaś pozbawiony azbestu i gruntownie zmodernizowany.
Natomiast Polska, już za czasów PiS-owskiej ekipy „dobrej zmiany” zburzyła to co miała – ale naturalnie niczego nowego nie była w stanie zbudować. Czyli, chęci były dobre i wyszło jak zawsze.
Sprawa gmachu naszej ambasady w Berlinie już kilkanaście lat temu zaczęła mieć posmak aferalny. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że aneks, podnoszący wypłaty dla projektodawców, podpisano mimo braku realnych perspektyw na rozpoczęcie budowy. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo ci, co decydowali o dodatkowych środkach płacili przecież pieniądze państwowe, nie swoje własne – a poza tym mogli mieć nadzieję na wdzięczność tych, którym je przyznawali.
Polski rząd wynajął nawet niemiecką firmę, która (za słoną opłatą) wykonała ekspertyzę wykonalności – i uznała, że modernizacja budynku przy Unter den Linden jest możliwa. Zorganizowano zatem przetarg na projekt modernizacji. Pierwszy przetarg rozstrzygnięto, lecz zaraz potem uznano, że był wadliwy, więc go anulowano. Rozpisano kolejny przetarg – ale i ten anulowano, tym razem dlatego, że rząd zaczął mieć wątpliwości, czy modernizacja dotychczasowego budynku nie będzie jednak zbyt kosztowna.
W 2005 roku, gdy do władzy po raz pierwszy doszło Prawo i Sprawiedliwości, postanowiono powołać specjalny zespół mający zaproponować koncepcję budowy ambasady przy Unter den Linden. Oczywiście nic z tego nie wyszło.
Po utracie władzy przez PiS, za czasów rządów Platformy Obywatelskiej postanowiono, że budynku jednak lepiej nie remontować – lecz zburzyć i postawić nowy. Po raz kolejny zorganizowano więc konkurs, rozstrzygnięto go, zaplanowano nawet, że budynek zostanie oddany do 2012 r. Rozpisano też kolejny przetarg, tym razem na wyłonienie generalnego wykonawcy. Z tego również nic nie wyszło, więc termin oddania nowego budynku ambasady przesunięto na rok 2019. Te plany naturalnie także okazały się fikcją.
Rząd PiS postanowił oczywiście rozliczyć poprzedników, więc rozpoczęto śledztwo w sprawie rażącej niegospodarności i niedopełnienia obowiązków. Ale rząd także tego nie umiał zrobić porządnie, więc wieloletnie śledztwo nie dało żadnego rezultatu. Mamy więc pełny obraz naszej typowej, polskiej niemożności.
PiS-owska władza zdecydowała natomiast, że przy Unter den Linden powinien powstać nowy budynek ambasady postawiony w partnerstwie publiczno-prywatnym, do spółki z jakąś firmą polską bądź zagraniczną. Opracowano koncepcję – lecz w międzyczasie rząd PiS uznał, że partnerstwo z podmiotem prywatnym jest jednak złym pomysłem. Po raz kolejny postanowiono więc, że Polska sama zbuduje swoją ambasadę. Ale oczywiście niczego się nie buduje. Tak więc, poza zapowiedzią, że „już” w 2023 r zostanie tam otwarta nasza ambasada, nic się nie dzieje na ruinie przy Unter den Linden 70-72.
PiS-owska ekipa już się zżyła z tematem odbudowy polskiej ambasady w Berlinie. W końcu zajęli się tym bardzo dawno, bo w 2005 roku – i jeszcze im zejdzie kilkanaście lat, bo przecież nikt nawet nie udaje, że serio wierzy w termin jej oddania w 2023 r.

Kryzysowy, ale jakże optymistyczny

Rada Ministrów przewiduje, że wprawdzie w tym roku polski produkt krajowy brutto spadnie o 4,6 proc., ale już w przyszłym, wzrośnie o 4 proc. Czyli po recesji niemal nie będzie śladu.
Rząd przyjął projekt budżetu państwa na 2021 r. To typowy projekt kryzysowy, przygotowany już z uwzględnieniem sytuacji związanej z pandemią COVID-19, która przyczyniła się do wywołania światowego kryzysu gospodarczego – ale zarazem niepoprawnie optymistyczny, jak wszelkie plany ekipy z Prawa i Sprawiedliwości.
Rząd zapewnia, że w 2021 r. będzie działał „w kierunku możliwie szybkiej odbudowy wzrostu gospodarczego Polski”.
Kontynuowana będzie dotychczasowa polityka budżetowa poprzez wspieranie ożywienia gospodarczego tak, aby dążyć do niezwłocznego wyjścia z recesji (która nastąpiła przy dotychczasowej polityce budżetowej polegającej na wspieraniu ożywienia gospodarczego). Tak więc, to wspieranie ożywienia w wykonaniu rządu PiS okazuje się nieszczególnie skuteczne.
Co do konkretów, to przewiduje się, że w 2021 r. dochody budżetu państwa wyniosą 404,4 mld zł. Wydatki zostały zaplanowane na 486,7 mld zł. Tak więc, deficyt budżetu ma wynieść nie więcej niż 82,3 mld zł.
Produkt krajowy brutto w 2020 r. spadnie o 4,6 proc., aby w 2021 r. wzrosnąć o 4,0 proc. (to hurraoptymistyczne założenie). Głównym czynnikiem tego wzrostu pozostanie popyt krajowy. Rząd zaplanował, że w 2020 r. spożycie prywatne spadnie realnie o 4,2 proc., a w kolejnym roku wzrośnie o 4,4 proc.
W tym roku nastąpi spadek przeciętnego zatrudnienia w gospodarce narodowej o 2,4 proc, a w 2021 r. o 0,7 proc. Przewiduje się, że stopa rejestrowanego bezrobocia wzrośnie z 5,2 proc. w grudniu 2019 r. do 8,0 proc. na koniec 2020 r. Natomiast w 2021 r. stopa bezrobocia wyniesie 7,5 proc.
W następnych latach bezrobocie powinno powoli spadać wraz z poprawą sytuacji na rynku pracy – ale decydujący będzie tu proces demograficzny powodujący zmniejszenie się liczby siły roboczej (co może wskazywać na to, że pod rządami PiS rośnie śmiertelność Polaków).
Przyjęto, że w 2020 r. nominalne tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wyniesie 3,5 proc. Natomiast w 2021 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej zwiększy się o 3,4 proc.
Oznacza to, ze po uwzględnieniu wzrostu cen, faktyczny wzrost zarobków będzie praktycznie zerowy (co oczywiście nie dotyczy PiS-owskich nominatów, którzy obsadzili wszelkie intratne posady). Rząd widzi to jednak w znacznie bardziej różowych barwach i zakłada średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych o 3,3 proc. w 2020 r – i tylko o 1,8 proc. w 2021 r.
Nasz eksport i import będą nadal się zmniejszać. W warunkach obserwowanego załamania koniunktury światowej Rada Ministrów zakłada, że w 2020 r. polski eksport spadnie o 9,3 proc. w ujęciu realnym, aby w 2021 r. wzrosnąć o 6,9 proc. „Powinno się to przełożyć na dalszy wzrost udziałów polskiego eksportu w światowym handlu” – stwierdza rząd. Czyli, nasz eksport spadnie, ale jego udział miałby wzrosnąć.
Spadek konsumpcji prywatnej oraz mniejszy eksport w tym roku przełożą się na spadek importu o 10,2 proc. w 2020 r. Odbudowa popytu, mająca jakoby nastąpić w przyszłym roku, powinna przyczynić się do wzrostu importu o 7,3 proc.
Rada Ministrów ma świadomość, że wszystkie te plany są na wodzie pisane. Dlatego podkreśla, że poziom dochodów budżetu państwa w 2021 r. będzie zależeć od przewidywanego powrotu gospodarki na ścieżkę wzrostu. Oprócz sytuacji makroekonomicznej, na stronę dochodową budżetu państwa wpływ będą miały kontynuowane oraz rozmaite nowe działania dotyczące wspierania odbudowy wzrostu gospodarczego, a także uszczelnienie systemu podatkowego. Jak widać, dużo jest tych warunków, które musiałyby jednocześnie wystąpić, aby spełniły się optymistyczne założenia ekipy PiS-owskiej.
W prognozie dochodów uwzględniono m.in. planowaną zmianę dotyczącą podatku dochodowego od osób prawnych (tzw. estoński CIT). Istotą tego rozwiązania – które nie wiadomo, kiedy zostanie wprowadzone przez polskie władze – będzie przesunięcie czasu poboru podatku na moment wypływu zysków z przedsiębiorstwa.
Przyszłoroczny rok zapowiada się dosyć chudo. Tym niemniej rząd obiecuje, że w 2021 r. „zabezpieczył środki” na kontynuację najważniejszych dotychczasowych działań oraz na realizację nowych.
Budżet państwa na przyszły rok uwzględniać ma zatem m.in.: finansowanie Programu „Rodzina 500+” (w 2021 r. na realizację tego programu zostanie przeznaczone 41,0 mld zł); zwiększenie nakładów na finansowanie ochrony zdrowia o ok. 11,6 mld zł w porównaniu do roku 2020 (ochrona zdrowia to polski fenomen – rząd utrzymuje, że wydaje na nią coraz więcej pieniędzy, a funkcjonuje ona coraz gorzej); doroczną waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych (od 1 marca 2021 r. o 3,84 proc., co ma kosztować ok. 9,6 mld zł); a przede wszystkim – finansowanie „potrzeb obronnych” Polski na poziomie zwiększonym do do 2,2 proc. PKB.
Jest też kilka innych, znacznie mniej realnych zamysłów, takich jak zwiększanie wydatków w obszarze szkolnictwa wyższego i nauki, finansowanie zadań dotyczących mieszkalnictwa i transportu lądowego, realizacja rządowego programu budowy regionalnych mostów. No i oczywiście dalsza budowa kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.
Ponadto w projekcie przewidziano umorzenie pożyczki udzielonej Funduszowi Solidarnościowemu z Funduszu Rezerwy Demograficznej w 2019 r. oraz umorzenie pożyczki udzielonej Państwowemu Gospodarstwu Wodnemu Wody Polskie, co jakoby umożliwi „realizację licznych przedsięwzięć inwestycyjnych zapobiegających skutkom suszy i powodzi”.
Wszystko to finansowane będzie kosztem obywateli. Ograniczone bowiem zostaną wydatki jednostek sektora finansów publicznych, w tym budżetu państwa, na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych dla pracowników, na fundusze socjalne dla mundurowych emerytów i rencistów, oraz dla nauczycieli.
Fundusz wynagrodzeń w jednostkach i podmiotach sektora finansów publicznych pozostawiony będzie na poziomie z 2020 r. Rząd, nie chcąc jednak zrazić elektoratu, ulokowanego w wielu organach i agendach „ojczyzny dojnej” obiecuje, że takie ograniczenie będzie funkcjonować tylko „co do zasady” – czyli nastąpi fura wyjątków dla swoich. Ale generalnie, utrzymanie wynagrodzeń w 2021 r. na poziomie z 2020 r. ma objąć całą sferę budżetową.
Rząd podkreśla, że w 2021 r. planuje się również utrzymanie wynagrodzeń na poziomie z obecnego roku dla sędziów, prokuratorów, asesorów i referendarzy sądowych oraz sędziów i prokuratorów w stanie spoczynku. Chodzi oczywiście o średnie dochody – a więc wiadomo, że sędziowie i prokuratorzy posłuszni władzy dostaną podwyżki, a ci, którzy kontestują jej wskazówki, powinni spodziewać się cięć.
W nadchodzących latach polskie finanse publiczne będą coraz bardziej zadłużone. Relacja państwowego długu publicznego do PKB wyniesie na koniec 2020 r. 50,4 proc., po czym wzrośnie do 52,7 proc. na koniec 2021 r.
Rząd jednak ma nadzieję, że w kolejnych latach objętych prognozą, relacja długu publicznego do PKB będzie spadała i na koniec 2024 r. osiągnie poziom 48,1 proc. Natomiast relacja długu sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB wyniesie w latach 2020 – 2021 odpowiednio 61,9 proc. i 64,1 proc., a następne będzie się obniżać i osiągnie poziom 59,5 proc.
Wszystko to oznacza oczywiście przekroczenie w latach 2020-2023, zawartej w traktacie z Maastricht, relacji długu do PKB na poziomie 60 proc. Jednak w związku z obserwowanym w całej Unii Europejskiej poważnym spowolnieniem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa, Komisja Europejska uruchomiła klauzulę, przewidzianą w Pakcie Stabilności i Wzrostu, umożliwiającą przekroczenie tego wskaźnika.
Polski dług publiczny zatem wzrośnie, ale według rządu, koszty obsługi tego długu ulegną obniżeniu z 1,33 proc. w 2020 r. do 1,19 proc. w 2021 r. – a potem nawet do poziomu 0,75 – 0,76 proc.

Nie jesteśmy sami

Dostarczają seniorom książki z biblioteki, szyją maseczki, organizują akcje oddawania krwi i kawiarenki internetowe. Lokalni bohaterowie czasu epidemii wspierają i aktywizują mieszkańców wsi i miasteczek.

– Zdaliśmy sobie sprawę, że tak naprawdę zapomnieliśmy o ludziach, którzy również będą potrzebowali pomocy w trakcie epidemii: tych, którzy potrzebują krwi ze względu na inne choroby. Operacje niedługo będą wznawiane, a krwi brakuje – mówi Kamila Jarząbek, jedna ze współorganizatorek akcji „Nie wszystko może się zatrzymać”. To oni pierwsi zauważyli, jak dramatyczna jest sytuacja w lokalnym banku krwi, i to dzięki nim w maju zostało oddane aż 41,7 litrów krwi.
Akcja ma na celu pozyskanie nowych dawców krwi w powiecie białobrzeskim. Organizatorzy to nieformalna grupa „Ile warta jest krew?”. Tworzy ją trójka społeczników z Białobrzegu: Stanisław Kośla, prezes Białobrzeskiego Polskiego Czerwonego Krzyża; Monika Rąbkowska, nauczycielka i członkini zarządu Białobrzeskiego PCK i Kamila Jarząbek – uczennica liceum plastycznego, która stworzyła plakaty promujące akcję.
– Naszym celem było zorganizowanie sześciu akcji krwiodawstwa w ciągu dwóch miesięcy. Radomski bank krwi jest w najgorszej sytuacji w całej Polsce. Zdecydowaliśmy, że nie możemy tego tak zostawić – dodaje Kamila Jarząbek. – Trzy akcje odbyły się w maju, a trzy odbędą się w czerwcu. Inicjatorem akcji był pan Stanisław, który już wcześniej zajmował się organizacją krwiobusów, a ja z panią Moniką pracowałyśmy nad promocją. Było to dużym wyzwaniem, poświęciłyśmy na to sporo czasu, ale myślę, że było warto, bo na każdej akcji pojawiło się około trzydziestu osób.
Projekt „Nie wszystko może się zatrzymać” był możliwy dzięki dofinansowaniu z konkursu grantowego zorganizowanego przez Fundację Koalicja dla Młodych w ramach przedsięwzięcia „Solidarni z bohaterami czasu epidemii”.
To z kolei jest przedsięwzięciem programu „Działaj Lokalnie” Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności, realizowanego przez Akademię Rozwoju Filantropii w Polsce. Partnerem akcji została firma Nationale-Nederlanden. Cel przedsięwzięcia to wspieranie społeczności lokalnych, które w warunkach epidemii inicjują działania zapobiegające jej skutkom.
W ramach przedsięwzięcia wybrano cztery ośrodki Działaj Lokalnie, będące lokalnymi operatorami projektu. Te organizacje następnie ogłosiły lokalne konkursy grantowe, w których wnioski mogły składać wszystkie osoby, chcące wesprzeć swoje społeczności w obliczu epidemii.
Finansowanie uzyskało łącznie 18 projektów. Wśród nich znalazły się grupy szyjące maseczki i dostarczające je mieszkańcom i służbom publicznym, kurierzy przywożący seniorom i innym osobom wykluczonym za darmo książki z biblioteki i drobne zakupy, inicjatywy dezynfekcji miejsc publicznych, takich jak ławki czy skwery. Definicja „bohaterów czasu epidemii” jest więc szeroka – to każdy, kto chce pomóc innym w trudnych czasach.
– Dla nas bohaterami są ludzie, którzy oddają krew. To oni są solidarni z osobami chorymi, potrzebującymi krwi. Takie akcje pomagają zwalczać strach, pokazują, że oddanie krwi również w obecnej sytuacji jest możliwe, bezpieczne i potrzebne, bo przecież krwi nie da się kupić – mówi Kamila Jarząbek.
„Obecnie życie i praca przeniosły się do świata wirtualnego. To czas, to sygnał, to konieczność, abyśmy my, seniorzy, również do tego świata zapukali. Będzie to trudne, ale możliwe. A my, jeśli tylko zechcemy – damy radę. Jesteśmy mądrzy, zdolni, dużo przeżyliśmy. Odnajdziemy się. (…) Nasza samotność nas męczy, tęsknimy do ludzi, do świata, do naszych przyjaciół, do wszystkiego, co jest za progiem naszego domu. Podarujmy sobie komfort bycia w naszym świecie w całkiem nowy, nowiutki sposób. Poznajmy platformę ZOOM. Spotkajmy się na ekranach komputerów, smartfonów. Żyjmy pełnią nowego życia.
Tak brzmi zaproszenie do projektu „Seniorzy w sieci – na pohybel pandemii”, który również uzyskał dofinansowanie. W realizację projektu zaangażował się Klub Seniora „PoKUSa” tworząc grupę PoKUSa na Zoom, którą reprezentują: Małgorzata Bochenek, Grażyna Paczkowska i Zofia Sieradzan.
– Odkąd zaczęła się pandemia, staraliśmy się na Facebooku animować seniorów poprzez grupę „Sieć aktywnych seniorów powiatu grójeckiego” oraz witrynę Klub Seniora „PoKUSa”. Trochę o seniorach zapomniano podczas pandemii: mówiono tylko „siedźcie w domu i nie wychylajcie się”. Więc trzeba było coś dla nich i wspólnie z nimi zorganizować. Starałam się animować tą grupę, pokazywać różne ciekawe aktywności – mówi Zofia Sieradzan, inicjatorka projektu. Pani Zofia prowadzi Klub Seniora „PoKUSa”
Projekt zakłada stworzenie kawiarenki internetowej dla seniorów z powiatu grójeckiego, czynnej przynajmniej raz w tygodniu. Każdy tydzień organizowałaby jedna osoba z grupy koordynatorów, a tematyka i forma spotkania ustalana byłaby z uczestnikami.
Już na początku okazało się, że przed inicjatorką projektu stoją duże wyzwania: wielu seniorów nie jest biegłych w obsługiwaniu nowoczesnych technologii czy wręcz nie ma dostępu do odpowiedniego sprzętu. Problemem jest także bariera językowa – platforma Zoom dostępna jest jedynie w języku angielskim. Udało się jednak zebrać grupę dziesięciu seniorów – liderów projektu, którzy obecnie szkolą się, aby móc organizować spotkania zarówno w swoich społecznościach, jak i współprowadzić kawiarenkę dla całego powiatu.
Zofia Sieradzan ma nadzieję, że platforma stworzona w ramach projektu umożliwi seniorom z powiatu grójeckiego komunikację również po okresie epidemii.
– Jeśli nam się uda, to mamy nadzieję, że projekt stanie się stałym elementem naszego życia – mówi Zofia Sieradzan. – Wszyscy mówią, że epidemia wróci. Wtedy my będziemy już przygotowani. A w okresie zimowym, kiedy niektórym seniorom jest trudniej wyjść z domu, możemy wrócić do częstszych spotkań.
Projekty realizowane w ramach przedsięwzięcia nie byłyby możliwe, gdyby nie siła i chęć do działania lokalnych społeczników, aktywistów, wolontariuszy.
Wolontariat w trakcie epidemii jest szczególnie trudny – wiele osób boi się choroby, nie jest pewna, jak zachować zasady bezpieczeństwa, jak odnaleźć się w gąszczu przepisów. Ale jest też szczególnie potrzebny – to dzięki wolontariuszom możemy ramię w ramię stanąć naprzeciw największych wyzwań.
– Moim zdaniem wolontariat powinien się bardziej rozwinąć podczas epidemii. Osoby odważne, młode, które wiedzą, jak dbać o bezpieczeństwo, mogą pomóc tym, którzy są bardziej narażeni – osobom starszym, samotnym. Jest im potrzebne, żeby ktoś do nich dotarł, żeby czuli, że nie są sami – mówi Zofia Sieradzan.

Skończmy z nieuzasadnionym uprzywilejowaniem krezusów

Ludzie mający naprawdę lewicowe poglądy, nie powinni występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS. Szkoda, że sami go nie zaproponowali.

Rzecz jest oczywista: ci, którzy zarabiają bardzo dobrze, powinni płacić większe składki na ZUS niż ci, którzy zarabiają gorzej. I tak się zresztą do pewnego momentu dzieje, bo składki stanowią stały procent zarobków.
Niestety, gdy zarobki przekraczają 142 950,00 zł rocznie (trzydzieści średnich pensji), pojawia się niczym nieuzasadnione uprzywilejowanie najbogatszych. Po pokonaniu tej granicy dochodowej już nie muszą oni płacić wyższych składek – choćby ich dochody osiągały niebotyczne wartości.

W naszym dzikim kapitaliźmie

Państwo powinno raczej wspierać uboższych. W Polsce jest jednak odwrotnie: bogaci mają górę pieniędzy, a państwo jeszcze dosypuje im kasy, nie chcąc pobierać od nich wyższych składek, stosownych do dochodów.
Przepisy, które stanowią, że najbogatsi Polacy mogą płacić stałe składki niezależnie od tego, jak wysokie są ich dochody, stanowią wieloletni już skandal. Bo przecież logiczne i sprawiedliwe byłoby to, żeby także i ludzie zarabiający ponad 142 950 zł, byli obciążani składkami rosnącymi w miarę dalszego wzrostu dochodów.
Limit uniemożliwiający podnoszenie składek od zarobków przekraczających tę granicę, to jeden z wielu przykładów tego, że w polskim dzikim kapitaliźmie państwo i prawo wspiera bogatych kosztem biednych. To nie tylko kwestia składek na ZUS, ale na przykład i podatku dochodowego – bogaci mogli zarabiać miliony, a i tak ich dochody były opodatkowane liniowo, według stawki 32 proc. (w przyszłym roku ma dojść dodatkowe 4 proc. od dochodu powyżej 1 mln zł).
Generalnie, przepisy w Polsce są tak skonstruowane, że bogaci są uprzywilejowani w bardzo wielu dziedzinach życia – a biedni, w bardzo wielu są dyskryminowani. Wystarczy wymienić choćby edukację, ochronę zdrowia, procedury sądowe, podatek od towarów i usług (z samej swej istoty bardziej obciążający niezamożnych) czy gospodarkę mieszkaniową.

Festiwal obłudy

Nie ma powodu, by ludzie bogaci, osiągający dochód powyżej wspomnianych 142 950 zł rocznie, byli dodatkowo premiowani przywilejem płacenia niskich składek.
Tym bardziej, że to iż powinni płacić większe składki nie oznacza przecież, że ktokolwiek chciałby im cokolwiek zabierać. Nieco później odbiorą sobie te składki w postaci wyższych emerytur, będą mogli żyć super dostatnio, wspierać bliskich i dodawać kolorów swej jesieni życia.
Ta miła perspektywa jakoś jednak nie cieszy najbogatszych Polaków i wynajętych przez nich lobbystów wraz z ich pseudodziennikarskimi propagandystami. Zamiast tego, mamy do czynienia z krytyką pełną zakłamania i hipokryzji.
Pojawia się więc fałszywa troska o polski system emerytalny, który ponoć miałby się zawalić akurat przez to, że grupie najzamożniejszych Polaków (nie wiadomo jak dużej, bo podawane liczby, rosnące stopniowo już do 370 tysięcy, nie grzeszą wiarygodnością ) trzeba będzie wypłacać większe świadczenia. Jakby to właśnie ponura perspektywa dostawania wyższych emerytur skłaniała najbogatszych do protestowania przeciw zniesieniu limitu.
Pojawiają się ostrzeżenia przed szokującym zróżnicowaniem emerytur, mającym spowodować, iż emeryci nieco biedniejsi szczezną z żalu, że ci od których ściągnięto wyższe składki, zaczną dostawać więcej pieniędzy.
Słyszymy biadolenie, jak to nasza gospodarka i cały kraj stracą na tym, że część informatyków zacznie odprowadzać wyższe składki na ZUS w celu uzyskiwania wyższych emerytur. Z jakichś niewiadomych powodów, ta załgana propaganda upodobała sobie bowiem właśnie informatyków, załamując ręce nad emigracją wywołaną ucieczką przed głodem, który niechybnie ich czeka, jeśli nieco podniosą im składki.
W całym tym festiwalu obłudy prawdziwa i nieudawana jest jedynie złość bogatych wraz z ich różnymi pomagierami medialnymi, o to, że ich olbrzymie dochody zostaną uszczuplone o jakiś minimalny procent w wyniku płacenia wyższych składek. Powtórzmy, uszczuplone czasowo, bo przecież te pobrane pieniądze zostaną im zwrócone w formie emerytur, w dodatku powiększonych o waloryzację.

Sprawiedliwość dla najbogatszych

Wszystkie ataki na projekt zniesienia limitu w płaceniu składek na ZUS, mają jeden podstawowy cel – chodzi o to, żeby interes najzamożniejszej warstwy Polaków w żaden sposób nie został naruszony.
Wiadomo przecież, że uszczerbek ich dochodów – powtórzmy po raz kolejny: tylko czasowy – będzie niemal nieodczuwalny przez tych bardzo bogatych ludzi. Tak samo będzie niemal nieodczuwalny i dla grupki pracodawców, którym przyjdzie odprowadzać nieco wyższe składki (stanowiące wszak koszt, pomniejszający przychód i podatek), jeśli ktoś z ich pracowników przekroczy 142 950 zł rocznie.
W walce najbogatszej kasty przeciwko zniesieniu limitu chodzi jednak o zasadę: przecież nie może być tak, żeby w Polsce, państwie latynoskiego kapitalizmu, gdzie ludzie zamożni mają więcej praw niż ubodzy, ktokolwiek ośmielił się przyjmować przepisy, które ludziom zamożnym mogłyby się nie spodobać. Na taki precedens nie wolno pozwolić.
I tak właśnie wygląda w praktyce realizowanie konstytucyjnego zapisu, że Rzeczpospolita Polska urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej. Niestety, sprawiedliwość społeczna w Polsce jest zwykle tylko dla najbogatszych.

Test na lewicowość

Konkludując: uczciwy człowiek, niezależnie od poglądów i sympatii politycznych nie powinien występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS.
Tym bardziej, nie może tego robić nikt z grona lewicy, gdyż w ten sposób dowiódłby, że jego lewicowość jest z gruntu fałszywa. No, chyba, że należy do licznej niestety, kawiorowej lewicy, skutecznie okazującej swą solidarność klasową z gronem najbogatszych Polaków.
I cóż, że ten projekt zgłosiło Prawo i Sprawiedliwość. Było zgłosić go samemu.
PiS oczywiście nie zrobiło tego z miłości do zasad sprawiedliwości społecznej lecz dla ratowania trzeszczącego budżetu. Nie zmienia to jednak faktu, że ubocznym skutkiem zniesienia limitu składek na ZUS będzie sprawiedliwsze i bardziej moralne rozłożenie obciążeń emerytalnych, a także i pożądany spadek dotacji budżetowych do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.