Podatnik dostanie rzecznika

Nie będzie mógł nic zrobić, ale może wskazywać, co należałoby poprawić.

Będzie nowy rzecznik – Rzecznik Praw Podatnika. Rada Ministrów przyjęła właśnie projekt ustawy na ten temat. Ma on gwarantować podatnikom ochronę ich praw, stać na straży bezstronnego, równego oraz sprawiedliwego traktowania przez władze, respektowania słusznych interesów podatników, racjonalnego działania organów podatkowych wobec nich. Będzie też przyczyniać się do zmiany oraz kształtowania nowych standardów funkcjonowania administracji skarbowej.
W projekcie ustawy zawarto także Kartę Praw Podatnika, która stanowić ma, jak obiecuje rząd „przyjazny i dostępny przewodnik po prawie podatkowym dla każdego”. Obietnice są więc, jak zawsze w wydaniu PiS, ogromne, ale realne uprawnienia nowego rzecznika, nadzwyczaj znikome.
Tak więc, Rzecznik Praw Podatnika uzyska prawo do przedstawiania organom i instytucjom publicznym swych rozmaitych wniosków. Będzie mógł analizować sposób załatwiania skarg i wniosków podatników przez organy podatkowe. Mógłby też występować o wydanie lub zmianę aktów dotyczących spraw podatkowych, uczestniczyć jako mediator w postępowaniu podatkowym i administracyjnym;.W rzeczywistości, możliwości sprawcze RPP będą żadne, bo nikt nie będzie musiał wykonywać jego sugestii ani brać pod uwagę zgłaszanych wniosków. Dzięki powołaniu nowego rzecznika powstaną natomiast nowe, dobrze opłacane miejsca pracy państwowej. Ma on bowiem wykonywać swoje zadania przy pomocy biura oraz zastępców (nawet i 16) i przedstawicieli terenowych (nawet 32).

Matury: rząd PiS złamał prawo

Skierowanie nowelizacji ustawy oświatowej do parlamentu
bez przeprowadzenia konsultacji stanowi przykład totalitaryzmu
w działaniach obecnej ekipy. Nie pierwszy i nie ostatni.

Skrócona definicja mówi, że totalitaryzm to system rządów, w którym państwo kontroluje społeczeństwo i stara się nadzorować wszystkie aspekty życia publicznego oraz prywatnego na tyle, na ile to możliwe.
Charakterystycznymi cechami państw totalitarnych są: autokratyzm (w szczególności zasada wodzostwa), jak najszersze kontrolowanie przez aparat władzy życia obywateli, ingerencja w ich przekonania i zachowania oraz rozbudowana propaganda (często fałszująca obraz rzeczywistości).
Z powyższej definicji wynika aż nazbyt wyraźnie, że obecna ekipa zmierza do totalitaryzmu w Polsce (zmierza – bo choć próbuje, to jeszcze nie zdołała rozciągnąć kontroli nad społeczeństwem).

Władza nie chciała porozumienia

Najnowszym przykładem totalitaryzmu jest nie przeprowadzenie przez rząd PiS konsultacji publicznych, związanych z obecną nowelizacją prawa oświatowego.
Nowelizacja ta stwierdza, iż klasyfikacji uczniów i ich dopuszczania do matury mogą dokonywać dyrektorzy szkół – a nie, jak dotychczas, rady pedagogiczne szkół we współpracy z dyrektorami. Jeśli zaś dyrektor szkoły uzna, że z jakichś powodów nie może tego zrobić, to wtedy wójt, burmistrz czy prezydent miasta będzie musiał wyznaczyć nauczyciela, który dokona klasyfikacji i dopuszczenia uczniów.
Ta nowelizacja jest, typowym dla rządów PiS, przykładem centralizacji mogącej prowadzić do totalitaryzmu. Klasyfikowanie uczniów zostaje odebrane organowi kolegialnemu, mającemu największą wiedzę o swych podopiecznych (czyli radom pedagogicznym) – i przekazane urzędnikowi, który będzie o tym jednoosobowo decydować.
Rząd PiS tłumaczy, że musiał wprowadzić taką zmianę ze względu na strajk nauczycieli, grożący tym, iż uczniowie nie zostaną sklasyfikowani i nie będą mogli przystąpić do matur.
To oczywiście lipa. Rząd, gdyby chciał, mógłby już dawno zakończyć strajk nauczycieli w pięć minut, godząc się na ich postulaty, przecież całkowicie uzasadnione i w dodatku stopniowo przez nich ograniczane.
Rząd świadomie jednak dążył do zaognienia sytuacji, odrzucając wszelki kompromis, usztywniając swe stanowisko i prowokując nauczycieli.

Żeby strajkowali dłużej

Ze strony rządu PiS rozmowy z ZNP były wyłącznie grą pozorów, mającą przeciągnąć strajk jak najbliżej do chwili rozpoczęcia matur. Dzięki temu rząd i jego propagandyści mogli oskarżać nauczycieli, że igrają uczniowskim losem (co w rzeczywistości robił właśnie rząd) i napuszczać na nich opinię publiczną.
Rząd mógł zaś udać sprawnego, odpowiedzialnego decydenta, troszczącego się o uczniów i umiejącego szybko podjąć odpowiednią decyzję.
Tak więc, rząd zabrał się za administracyjne spacyfikowanie awantury, którą najpierw sam rozpętał i zaognił.
To typowe dla sposobu poszerzania swej władzy, stosowanego przez PiS: najpierw wywołuje się konflikt i przeciwstawia jedne grupy obywateli drugim, a potem uchwala przepisy, które – niby w celu zduszenia rozpętanego konfliktu – przyznają nowe uprawnienia urzędnikom.
Związek Nauczycielstwa Polskiego, w przeciwieństwie do rządu PiS, wykazał odpowiedzialność i zawiesił strajk, by można było przeprowadzić matury. Mimo to PiS oczywiście nie zrezygnował z wprowadzenia przepisów, ograniczających kompetencje rad pedagogicznych i zwiększających jednoosobową władzę dyrektorów szkół.
Bo w rzeczywistości PiS-owskim prominentom nie chodziło o stworzenie warunków dla przeprowadzenia matur, lecz o dalsze rozszerzenie swego panowania nad polską oświatą, uderzenie w ZNP oraz pokazanie nauczycielom kto tu rządzi.
Dążenie do totalitaryzmu uświęca środki. A takie drobiazgi jak łamanie prawa w ogóle nie zaprzątają uwagi PiS-owskiej ekipy rządzącej.

PiS nie będzie się pospolitować

Wspomnianym tu złamanym prawem są przepisy o konsultacjach publicznych. Ten rodzaj współuczestniczenia obywateli w decydowaniu o losach kraju zawsze był w Polsce traktowany po macoszemu, gdyż żadna władza nie paliła się do konsultowania czegokolwiek z mieszkańcami.
Szczególnie jednak, konsultacje są wraże dla PiS – którego liderzy uważają, że skoro zdołali wygrać wybory, to mogą robić w Polsce co im się żywnie podoba, bez pytania kogokolwiek o zdanie. PiS-owscy prominenci, jako grupa trzymająca władzę, nie chcą się więc pospolitować i zniżać do poziomu wysłuchiwania opinii swoich poddanych.
Mieliśmy w polskim prawie ustawę o konsultacjach społecznych, przyjętą, żeby było zabawniej, jeszcze „za komuny” w 1988 r. i uchyloną w 1995 r., za czasów wolnej Polski, przez koalicję SLD-PSL. Od tej chwili zasady przeprowadzania konsultacji są regulowane przepisami niższego rzędu, po to by każda władza mogła je swobodnie zmieniać wedle własnego uznania.
Obecnie, kwestie dokonywania konsultacji określa PiS-owski regulamin pracy Rady Ministrów, uchwalony przez nią samą i po raz ostatni zmieniony przez tąż Radę Ministrów w dniu 22 stycznia 2019 r.
Ale nawet w tych PiS-owskich przepisach, mających służyć utrwalaniu panowania obecnego rządu nad obywatelami, ostał się – zapewne przez niedopatrzenie jakichś urzędników – wyraźny zapis ustanawiający obowiązek przeprowadzania konsultacji.

To obowiązek rządu

O konsultacjach mówi par. 36 regulaminu pracy Rady Ministrów zatytułowany: „Przedstawienie projektu dokumentu rządowego do konsultacji publicznych”.
Stwierdza on co następuje: „Organ wnioskujący, biorąc pod uwagę treść projektu założeń projektu ustawy, projektu ustawy lub projektu rozporządzenia, a także uwzględniając inne okoliczności, w tym znaczenie projektu oraz przewidywane skutki społeczno-gospodarcze, stopień jego złożoności oraz jego pilność, przedstawia projekt do konsultacji publicznych, w tym może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska”.
Zajmijmy się najpierw pierwszą częścią tego długiego zdania. „Organ wnioskujący” to właśnie rząd (czyli Rada Ministrów), a przepis stanowi jednoznacznie, że „przedstawia” on projekt do konsultacji publicznych.
Nie jest tu napisane, że rząd „może przedstawić” projekt czy „ma prawo przedstawić” projekt, lecz, że właśnie przedstawia.
Oznacza to, że rząd nie ma wyboru – i musi przedstawić projekt do konsultacji publicznej, a jeśli tego nie robi, łamie prawo – tak jak właśnie złamał je rząd Mateusza Morawieckiego, nie kierując do konsultacji projektu nowelizacji prawa oświatowego.

Kłamstwo i nieuczciwość

Rządowi propagandyści kłamliwie tłumaczyli brak konsultacji tym, że nie było na nie czasu, gdyż nowe prawo, umożliwiające dyrektorom szkół dokonywanie klasyfikacji uczniów, trzeba było wprowadzić jak najszybciej. To kolejna lipa.
Cytowany paragraf 36 regulaminu pracy Rady Ministrów nic nie mówi, że pilność projektu pozwala na odstąpienie od konsultacji. Przeciwnie, stwierdza, iż rząd przedstawia projekt do konsultacji, uwzględniając takie okoliczności, jak m.in. jego pilność.
Czyli, oznacza to, że właśnie ze względu na pilność projektu, konsultacje należało przeprowadzić jak najszybciej.
Argument, iż brakowało czasu na konsultacje jest kłamliwy także i dlatego, że strajk nauczycieli nie zaczął się wczoraj, więc Rada Ministrów miała dość czasu na przygotowanie projektu i przeprowadzenie rzetelnych konsultacji. Nie chciała ich, bo PiS-owska władza nie lubi zniżać się do wysłuchiwania opinii swych poddanych. Zwłaszcza, gdy wiadomo, że te opinie byłyby jednoznacznie krytyczne, bo nikt kto jest uczciwy intelektualnie, nie mógłby poprzeć rządowego projektu nowelizacji prawa oświatowego.
Druga część zdania tworzącego par. 36 stanowi, że w ramach konsultacji publicznych rząd może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska.
Tu nie ma już obowiązku prawnego. Rząd może więc ale nie musi kierować projekt do organizacji społecznych i innych zainteresowanych. Wolno mu podjąć próbę przeprowadzenia konsultacji publicznych w jakiś inny sposób (choć trudno sobie wyobrazić,jaki) – ale przeprowadzić je musi, bo tak mu każe prawo.
Rada Ministrów dopuściła się złamania prawa, które sama ustanowiła. To także jeden z elementów budowy ustroju totalitarnego: gdy władza łamie przepisy przez siebie przyjęte, jeśli okazują się dla niej niewygodne.
Na PiS-owską większość parlamentarną i jej popleczników oraz na prezydenta Andrzeja Dudę spada zaś odpowiedzialność za przyjęcie nowelizacji, przygotowanej z naruszeniem prawa – ale robili to już tyle razy przy innych okazjach, że zdążyli przywyknąć. Polacy także zdołali się przyzwyczaić, że prominenci PiS postępują zgodnie z regułą: nie mamy waszych płaszczy i co nam zrobicie?

Jak PiS „unowocześnia” branżę węglową

Fot. W kopalni Wieczorek do 2015 r. prowadzono podziemne zgazowanie węgla. Projekt upadł, a w bieżącym roku zdecydowano o likwidacji kopalni.

 

 

Nieumiejętność kontynuowania tego co już zrobiono, składanie obietnic bez pokrycia i przedstawianie dokonań poprzedników jako własnych – tak wygląda wdrażanie innowacyjności w gospodarce.

 

We wtorek 3 grudnia na szczycie klimatycznym w Katowicach premier Mateusz Morawiecki mówił o tym, że Polska stawia na innowacyjność i wdraża nowatorskie technologie energetyczne.
Takie zapowiedzi to stały punkt obietnic rządu PiS. Wcześniej Beata Szydło głosiła, iż polski węgiel będzie w przyszłości synonimem nowoczesności, a minister energii Krzysztof Tchórzewski oświadczał, że będziemy pierwsi w Europie jeśli chodzi o czyste technologie węglowe, zaś rząd potrafi „zmienić czarne złoto w sukces”, stosując nowoczesne technologie węglowe.
Akurat! Jest dokładnie odwrotnie! Nowoczesne technologie węglowe to Polska rozwijała w latach 70-tych, ale na pewno nie teraz. Jeszcze w czasach rządów PO-PSL faktycznie szukano możliwości wdrożenia innowacyjnych metod przerobu węgla. To się jednak skończyło, gdy rządy objęła ekipa z Prawa i Sprawiedliwości.

 

Piekło brukowane dobrymi intencjami

Dziś na czasie są obietnice – ale nie ma chęci do pracy, wiedzy ani umiejętności organizacyjnych, koniecznych do modernizowania naszej gospodarki. Skutki tej indolencji bardzo dobrze widać właśnie w naszym sektorze węglowym.
Rząd PiS oczywiście nie chwalił się tym, że już dawno wygasł list intencyjny, podpisany w kwietniu ubiegłego roku przez dwie państwowe firmy: chemiczną Azoty i energetyczną Tauron, dotyczący budowy naziemnej instalacji zgazowania węgla w elektrowni Kędzierzyn.
Inaczej było w 2017 r., gdy ów list podpisywano. Rządowi dosyć łatwo jest nakłonić państwowe firmy do zawarcia umów nośnych propagandowo. Głoszono więc wówczas, że jest to widoczny wyraz wdrażania innowacyjnych technologii w naszym sektorze węglowym. Okazało się, że z tego wdrażania węglowej nowoczesności nic nie wyszło.
Warto tu dodać, że na świecie naziemne instalacje zgazowania węgla (czyli przerabiania go na wysoce energetyczny metan) nie są czymś niezwykłym. Od kilkunastu lat z powodzeniem funkcjonują w krajach ze sporymi złożami węgla kamiennego, takimi jak RPA, Chiny czy USA. Tam się udało – u nas, pod rządami PiS jakoś nie wyszło.
Dziś PiS-owscy prominenci milczą na temat inwestycji w Kędzierzynie. Ale szefowie obu tych państwowych firm coś muszą odpowiadać na pytania dziennikarzy. Mówią więc, jak prezes Taurona, że list intencyjny wprawdzie wygasł, ale projektu bynajmniej nie zarzucono, jest kontynuowany – lecz jego liderem są Azoty i od nich zależy realizacja inwestycji w Kędzierzynie.
Natomiast wiceprezes Azotów opowiada, że trwają rozmowy z Tauronem dotyczące podpisania umowy, na mocy której temuż Tauronowi zostaną przekazane materiały na temat projektu instalacji zgazowania węgla w Kędzierzynie. I dodaje, że w przyszłości obie firmy zdecydują, czy kontynuować przedsięwzięcie.
Z tych wywodów wynika – czego dowiodło też wygaśnięcie listu intencyjnego – że obie firmy nie mają intencji realizowania tej inwestycji, że nie są w stanie sobie z nią poradzić i że powstanie instalacji zgazowania węgla w Kędzierzynie zostaje odłożone na święty nigdy. Nie zostało to wprawdzie wyraźnie sformułowane, ale sens obu wypowiedzi jest oczywisty.
I tak właśnie wygląda wdrażanie nowoczesnych technologii węglowych w wydaniu PiS. W innych krajach funkcjonują instalacje naziemnego zgazowania węgla – u nas rząd nie umie doprowadzić do ich zbudowania.

 

Likwidowanie idzie sprawnie

Jeszcze większą klapą obecnej ekipy stał się projekt podziemnego zgazowania węgla. To kolejny krok w nowoczesność, polegający na tym, że przetworzenia węgla na gaz dokonuje się nie na powierzchni (jak miało to być robione w Kędzierzynie) lecz pod ziemią, przy pokładach węgla, co pozwala na ograniczenie niemal do zera emisji szkodliwych oparów.
Tę, rzeczywiście innowacyjną technologię postanowił wdrożyć rząd Platformy Obywatelskiej. W katowickiej kopalni Wieczorek (warto, by uczestnicy szczytu klimatycznego się tam wybrali, mają przecież niedaleko) rozpoczęto unikalną próbę podziemnego zgazowana węgla, pierwszą w Polsce, odbywającą się w czynnej kopalni.
Podziemne zgazowanie w Wieczorku było realizowane w ramach programu badawczo-rozwojowego „Zaawansowane technologie pozyskiwania energii”, sfinansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Należy o tym przypominać, aby pokazać, że gdy rząd PiS mówi o nowatorskich technologiach, to powołuje się głównie na to, co już zrobili jego poprzednicy.
Próba w kopalni Wieczorek trwała do 2015 r. przerobiono 250 ton węgla na prawie milion metrów sześciennych metanu. Wynik uznano za obiecujący, choć podziemny gaz okazał się mniej kaloryczny niż oczekiwano.
Mówiono o kontynuacji eksperymentu ale już na większą skalę, by ocenić, jak nowa technologia sprawdzi się w warunkach zbliżonych do przemysłowych. Planowano opracowanie kompletnego projektu technologicznego i wstępnego studium wykonalności.
Przyszły jednak wybory, zwyciężyło PiS – i skończyły się zamiary budowy instalacji podziemnego zgazowania węgla w kopalni Wieczorek. Obecna ekipa nie była w stanie kontynuować działań poprzedników.
Wkrótce Najwyższa Izba Kontroli oceniła, że wdrożenie technologii podziemnego zgazowania węgla na większą skalę będzie w Polsce niemożliwe przed 2030 r. – a niewykluczone, że okaże się niemożliwe i później.
Nasi prominentni naukowcy sugerują zaś, że przy procesie zgazowania węgla warto skorzystać z zagranicznych licencji. Szkoda, że sami nie umieją stworzyć licencji, którą inne kraje mogłyby od nas kupować.
Natomiast wiosną tego roku postanowiono, że KWK Wieczorek zostaje zlikwidowana. I, w przeciwieństwie do PiS-owskich obietnic zbudowania czegokolwiek, likwidacja tej kopalni postępuje sprawnie.

 

My sami to wszystko wymyślamy

Nie znaczy to jednak, że o koncepcji podziemnego zgazowania węgla w Polsce już się nie mówi.
Przeciwnie, w lipcu bieżącego roku ogłoszono – przedstawiając to już jako własny PiS-owski projekt – że naukowcy z Polski, Czech, Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii wspólnie zbadają potencjał pozyskiwania metanu z pokładów węgla, z zamiarem późniejszego podziemnego zgazowania tego surowca w złożu.
Tak więc, wkrótce z „publicznych” rządowych mediów zapewne się dowiemy, że za sprawą rozwijania innowacyjnych technologii przez rząd PiS, w Polsce rozpoczną się próby podziemnego zgazowania węgla – i że nasz kraj, dzięki obecnemu światłemu kierownictwu, staje na czele technologicznych przemian w europejskiej energetyce.
O tym, że koncepcję podziemnego zgazowania węgla opracowano i przetestowano już za sprawą poprzedników PiS, nie będzie oczywiście ani słowa.

Resort sprawiedliwości nie wie co mówi

Szefowie resortu sprawiedliwości oświadczyli, że najwyższa kara jaką otrzymało w Polsce przedsiębiorstwo wyniosła tylko 12 tys zł – i reklamują pomysł zaostrzenia sankcji wobec firm. Tyle, że to bujda, bo w rzeczywistości, najwyższa kara jaką wymierzono przedsiębiorstwu wyniosła ponad 92 mln zł.

W ramach rządowego programu wspierania przedsiębiorczości, Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało projekt ustawy, umożliwiającej skuteczne pociągnięcie do odpowiedzialności karnej firm, które np. spowodowały skażenie środowiska lub w inny sposób zaszkodziły swemu otoczeniu czy pracownikom.
Przewidziane są także dotkliwe kary finansowe dla korporacji, jeśli te ukrywają istotne usterki swych wyrobów. Nowe przepisy będą mieć charakter powszechny, ale przede wszystkim są wymierzone w duże, zagraniczne koncerny.
– Państwo jest po to, by strzec interesów obywateli. Wielkie korporacje nie mogą traktować Polski jak kraju Trzeciego Świata czy republiki bananowej – podkreślił 25 maja br. Zbigniew Ziobro, Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny.

Zbiorowo do odpowiedzialności

I właśnie po to, by lepiej były strzeżone interesy obywateli, zagrożone, zdaniem ministra, przez nieuczciwe działania przedsiębiorców, Ministerstwo Sprawiedliwości stworzyło regulacje, które pozwolą na skuteczne pociąganie do odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych.
Ważne, że dzięki tym przepisom, do wytoczenia sprawy nieuczciwej firmie wystarczy samo prokuratorskie ustalenie, że doszło w niej do popełnienia przestępstwa – bez określania komu konkretnie należy postawić zarzuty.
Kwestia osobistej odpowiedzialności karnej konkretnej osoby będzie rozstrzygana przez sąd niezależnie od postępowania w sprawie nałożenia kary finansowej na firmę. W miarę możliwości, w ramach jednego procesu, ale nie musi to być regułą.
Według ministerstwa, projekt nowej ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych umożliwi wyciągnięcie surowych konsekwencji karnych za przestępstwa i powodowanie szkód.
Nowe regulacje mogą być niezłym narzędziem do zajęcia się takimi sprawami jak choćby wypadki, do których wciąż dochodzi w państwowych kopalniach węgla kamiennego – niejednokrotnie z powodu zaniedbań personelu kierowniczego i nieudolności nadzoru administracyjnego.
Zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości, istotną nowością jest to, że zlikwidowany zostanie wymóg uprzedniego prawomocnego skazania osoby fizycznej, jako warunku odpowiedzialności podmiotu zbiorowego (np. ministerstwa czy przedsiębiorstwa).
W sprawach odpowiedzialności podmiotów zbiorowych prowadzone będzie normalne postępowanie przygotowawcze, podobne do stosowanego przy skazywaniu osób fizycznych. Co do zasady ma ono przebiegać łącznie z postępowaniem przeciwko osobie podejrzanej o przestępstwo.

Do 50 milionów złotych kary

Projekt ustawy o odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych przewiduje, że firmy będzie można pociągać do odpowiedzialności i nakładać na nie wysokie kary finansowe, sięgające 30 mln zł. W szczególnych przypadkach, kary nałożone na firmy mogłyby sięgać 50 mln zł.
Jak twierdzą szefowie resortu sprawiedliwości, dziś sprawy gospodarcze trwają długo, a w tym czasie nieuczciwe przedsiębiorstwa przekształcają się, dzielą i usuwają niewygodne dokumenty, co utrudnia ich karanie. Teraz sprawy mają toczyć się szybciej – choć kierownictwo ministerstwa nie poinformowało, w jaki sposób zostanie to osiągnięte.
Wprowadzenie odpowiedzialności osób prawnych za popełnione przestępstwa, bez konieczności zidentyfikowania osoby fizycznej, która jest sprawcą czynu zabronionego, nie zostało oczywiście wymyślone w Polsce. Jest ono przewidziane również w zaleceniu Komitetu Ministrów Rady Europy, a także w paru dokumentach Rady Europy, w tym w konwencji o praniu, ujawnianiu, zajmowaniu i konfiskacie dochodów pochodzących z przestępstwa.
Przygotowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości regulacje mają być kalką rozwiązań służących zwalczaniu przestępczości gospodarczej, stosowanych w takich krajach Unii Europejskiej, jak Francja, Holandia, Dania i Włochy.
Projekt przeszedł już uzgodnienia wewnątrzresortowe w Ministerstwie Sprawiedliwości. Wkrótce zostanie przekazany do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych. Resort uspokaja jednak, że uczciwi przedsiębiorcy nie powinni się obawiać.

Rzekome pretensje do Polski

Ministerstwo Sprawiedliwości podkreśla, że utrudnienia w pociąganiu do odpowiedzialności podmiotów zbiorowych w Polsce, wywoływały krytyczną reakcję instytucji międzynarodowych. Według resortu, grupa robocza Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) ds. Przekupstwa w Międzynarodowych Transakcjach Handlowych wielokrotnie jakoby wyrażała zaniepokojenie, że przedsiębiorstwo wykazujące brak przychodów lub niskie przychody nie podlega w naszym kraju karze pieniężnej – albo kara ta jest bardzo niska, niezależnie od posiadanych przez przedsiębiorstwo aktywów.
„Ta sama organizacja podnosiła też wobec Polski zarzut, iż sytuacja, w której niektóre osoby prawne unikają odpowiedzialności przez to jedynie, że sprawca będący osobą fizyczną umrze, nie zostanie wykryty lub ujęty i w konsekwencji nie jest możliwe jego osądzenie, stanowi lukę w wypełnianiu międzynarodowych zobowiązań antykorupcyjnych. W związku z tym Grupa stale wskazuje na potrzebę wyeliminowania wymogu prawomocnego skazania osoby fizycznej jako warunku wstępnego odpowiedzialności podmiotu zbiorowego” – stwierdza oficjalny komunikat Ministerstwa Sprawiedliwości.
Do tych enuncjacji resortu trzeba jednak podchodzić z dużą ostrożnością, gdyż wiele wskazuje na to, iż Ministerstwo Sprawiedliwości oszczędnie gospodaruje prawdą lub w najlepszym razie, wykazuje się zdumiewającym brakiem wiedzy o dziedzinie, którą usiłuje się zajmować.

Resort za daleki od prawdy

Przykładem niekompetencji czy też nierzetelności władz ministerstwa może być oświadczenie jednego z wiceministrów resortu sprawiedliwości, który ogłosił, że obecnie najwyższa możliwa kara, którą można nałożyć na firmę wynosi 5 mln zł i nie została nigdy orzeczona. Najwyższa, orzeczona w Polsce kara dla firmy wynosiła, według wiceministra, 12 tys. zł i została wymierzona tylko jeden raz.
To oczywiście nieprawda. Warto wyjaśnić szefom resortu sprawiedliwości, że najwyższa kara wymierzona przedsiębiorstwu w Polsce wynosiła dokładnie 92.491.343,06 zł i została orzeczona przez sąd apelacyjny wobec Grupy Ożarów S.A. – zresztą całkiem niedawno, bo 27 marca bieżącego roku. W tym samym postępowaniu karę 69.443.992,20 zł sąd apelacyjny wymierzył firmie Cemex Polska Sp. z o.o. Z łatwością można by też znaleźć wiele nieco niższych wyroków sądowych, ale także wielomilionowych.
Kierownictwu Ministerstwa Sprawiedliwości należałoby zaś zalecić, aby postarało się uzyskać nieco większą wiedzę na temat dziedziny, którą zamierza regulować – i wykazało choćby minimum staranności w zapoznawaniu się z orzecznictwem sądów, nad którymi ponoć sprawuje nadzór. W swoim propagandowym zapale nie należy zapominać o rzetelności, która szczególnie przystoi właśnie urzędowi mającemu sprawiedliwość w nazwie.