Podatkowym cepem w wolność mediów

Należy zrezygnować z wprowadzenia podatku od reklam. Prace nad nim nie powinny być kontynuowane.
Krytycznie trzeba ocenić już samą nazwę ustawy. Pod przykrywką generowania „dodatkowych przychodów” Narodowego Funduszu Zdrowia i Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków, oraz stworzenia Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów ukrywa się wprowadzanie nowej daniny publicznej. Choć uważamy, że projekt nie powinien być dalej procedowany, to gdyby do tego doszło należy zmienić jego nazwę np. na „ustawa o podatku od reklam” – wskazuje Forum Obywatelskiego Rozwoju.
Wśród problemów, które ma rozwiązywać projekt, podaje się nie tylko zwiększenie środków finansowych trafiających do NFZ, ale też m.in. „rozwarstwienie poziomu kompetencji cyfrowych” i „coraz większe trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji”.
Ustawodawca nie wyjaśnia, w jaki sposób wspomniane powyżej fundusze miałyby przyczynić się do zwiększania kompetencji cyfrowych. Poza tym istnieją już działające narzędzia do realizacji takich zadań – są to np. system edukacji czy aktywność prywatnych podmiotów na rynku cyfrowym. Z kolei „trudności z oceną rzetelności pojawiających się w mediach informacji” można zminimalizować poprzez ograniczenie liczby nierzetelnych informacji pojawiających się m.in. w audycjach prezentowanych w mediach publicznych. Nie są do tego potrzebne dodatkowe fundusze od podatników. Poza tym, w ramach Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów, mają powstać np. „platformy dystrybucji informacji oraz analiz treści pojawiających się w mediach”. Już teraz, bez istnienia specjalnego funduszu i dodatkowego podatku, istnieją takie platformy np. Konkret24 czy Demagog.
Nowy fundusz ma być tez odpowiedzią na „utratę poczucia wspólnoty i więzi z tradycją”. W uzasadnieniu ustawy nie pojawiają się żadne poparte badaniami dowody na to, że do takiego zjawiska w Polsce dochodzi, a także, że jest to zjawisko negatywne i wymagające interwencji ustawodawcy.
Wreszcie mowa jest o kwestii „ograniczonego dostępu do dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa” w związku z pandemią. Po pierwsze, większość instytucji kultury została zamknięta w wyniku decyzji rządu, przy czym w ostatnich dniach część z nich została otwarta. To autorzy rządowych rozporządzeń decydują zatem o dostępności „dóbr kultury”. Jednocześnie wiele z zamkniętych podmiotów, takich jak muzea czy teatry, realizuje działalność w trybie online, często z bezpłatnym lub niskopłatnym dostępem.
Po drugie, projekt ma wejść w życie najszybciej w lipcu, a kolejne tygodnie i miesiące zajmie uruchamianie nowych funduszy i rozpoczęcie realizacji projektów. Do tego czasu, dzięki szczepieniom, będzie już zapewne możliwy względnie niezakłócony dostęp do „dóbr kultury i pomników wspólnego dziedzictwa”. Wspomniany w projekcie ustawy problem sam się rozwiąże.
Po trzecie, sektor prywatny aktywnie dostarczał dobra kultury w czasie pandemii, o czym świadczy popularność m.in. serwisów udostępniających filmy i seriale w formule na żądanie (VOD) czy koncertów realizowanych w formule online. Co więcej, ważnym źródłem kultury są w czasie pandemii media – przede wszystkim prywatne – które w wyniku dodatkowych obciążeń podatkowych mogą być zmuszone ograniczyć produkcję „dóbr kultury”.
Nowy podatek jest skonstruowany w taki sposób, aby wyższą stawką objąć wybrane produkty. W projekcie zaproponowano wyższe stawki dla produktów leczniczych, suplementów diety, wyrobów medycznych i napojów z dodatkiem substancji słodzących. W uzasadnieniu projektu ustawy nie ma informacji, dlaczego akurat te produkty mają być objęte wyższymi stawkami podatkowym, który miałby „karać” za pokazywanie reklam określonej treści. Dlaczego reklama słodkiego napoju miała by być wyżej opodatkowana niż reklama słodkich przekąsek? Dlaczego reklama wyrobów medycznych, takich jak prezerwatywy, termometry czy ciśnieniomierze miałaby być „karnie” opodatkowana?
Tego typu działania są nie tylko przykładem uznaniowości władzy, ale też przejawem nieuzasadnionego paternalizmu państwa. W dostępie do wielu produktów i substancji Polska jest bardziej restrykcyjna niż Niemcy czy Czechy. Zaproponowane w projekcie ustawy rozwiązania różnicujące stawki podatkowe oznaczałyby dalsze zwiększanie państwowego paternalizmu.
Skutkiem wprowadzenia daniny z tytułu reklamy konwencjonalnej będzie m.in. wzrost kosztów działalności podmiotów objętych tym podatkiem. Jednocześnie przewidziane w projekcie utworzenie nowego funduszu – biorąc pod uwagę m.in. wpływ władzy politycznej na skład komisji udzielającej dotacji z jego środków – rodzi rzeczywiste ryzyko powstania praktyki polegającej na rekompensowaniu części kosztów wynikających z podatku mediom sprzyjającym obecnie rządzącym.
Ryzyko to jest tym bardziej wyraźne, gdyż to Minister Kultury ma jednoosobowo decydować, w drodze rozporządzenia, m.in. o sposobie oceny wniosków o dofinansowanie z funduszu. Biorąc pod uwagę zaangażowanie resortu kultury (i osobiście obecnego Ministra Kultury) w podobne przedsięwzięcia, np. Polską Fundację Narodową, istnieje obawa, że zasady przeznaczania środków z funduszu będą na tyle niejasne, że w praktyce pozwolą na dotowanie mediów według politycznego klucza. Wobec tego do projektu ustawy powinny być załączone również projekty rozporządzeń wykonawczych.
Nie sposób w tym kontekście pominąć również innych środków stosowanych przez państwo wobec podmiotów rynku medialnego. Zmiana praktyki nabywania usług reklamowych przez organy władzy publicznej i spółki z udziałem Skarbu Państwa, jak również dotacja dla mediów publicznych o wartości ok. 2 mld zł rocznie, wpłynęły pozytywnie na wynik finansowy i pozycję na rynku podmiotów sprzyjających obecnej władzy.
Łącznym skutkiem wprowadzenia podatku od reklamy konwencjonalnej i wspomnianych praktyk będzie zatem selektywne wsparcie mediów według klucza politycznego z jednoczesnym osłabieniem pozycji rynkowej mediów, które władza uważa za nieprzychylne jej politykom – ocenia FOR.
Takie działanie zagraża konkurencji na tym rynku i wpływa na wymianę handlową między państwami członkowskimi Unii Europejskiej. W szczególności, podmioty uprzywilejowane przez władzę będą mogły oferować nabywcom korzystniejsze ceny reklam lub będą w stanie zaoferować wyższą cenę zakupu licencji oferowanych przez podmioty z państw Unii. Zestawienie tych wszystkich praktyk i środków stanowić będzie zatem niedozwoloną pomoc publiczną dla podmiotów preferowanych przez obecne władze.
Dodatkowo w projekcie zawarto przepisy, które mają wymusić na podmiotach działających na rynku medialnym przeznaczanie co najmniej 49 proc. czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim, co nie ma związku ani z wymienionymi w tytule funduszami, ani z planowanym podatkiem. Co więcej, nie jest to obszar kompetencji Ministra Finansów, co może wskazywać, że wbrew temu co mówią w mediach politycy partii rządzącej nie jest to projekt przygotowany wyłącznie przez resort finansów.
Dziś limit ten wynosi 33 proc.. Treści pokazywane w mediach powinni zależeć od ich właścicieli i woli konsumentów, która na konkurencyjnym rynku będzie przez właścicieli realizowana. Jeśli popyt na programy i utwory muzyczne w języku polskim będzie wysoki, to media samodzielnie podejmą decyzje, że takie programy będą dominować w czasie antenowym. Jednocześnie nic nie powinno stać na przeszkodzie, aby na rynku medialnym istniały obok siebie podmioty, które w 100 proc. emitują polskie programy i utwory oraz podmioty, które w ogóle nie będą mieć w swoich ramówkach programów i utworów w języku polskim. To siły rynkowe i decyzje konsumentów, a nie politycy powinni decydować co jest pokazywane w mediach.
Dlatego krytycznie oceniamy podwyższenie limitu przeznaczania czasu antenowego na audycje i utwory wytworzone w języku polskim z 33 proc. do 49 proc. i postulujemy całkowitą rezygnację z tego limitu w ustawie o Krajowej Radzie Radiofonii i Telewizji. Podkreślamy, że tego typu „wrzutki” ukryte pod hasłem zwiększania czy tworzenia funduszy na zdrowie i kulturę szkodzą przejrzystości procesu legislacyjnego i powinny być zaniechane – zauważa FOR.
W jego ocenie, w okresie pandemii, kiedy wiele przedsiębiorstw było i nadal jest obciążonych różnego rodzaju restrykcjami i ich skutkami gospodarczymi, nie powinno się wprowadzać nowych obciążeń podatkowych. COVID-19 został użyty jako uzasadnienie dla pozyskania „dodatkowych przychodów” dla NFZ. Takie działania nie powinny być realizowane poprzez podnoszenie, w tym trudnym dla wszystkich okresie, obciążeń podatkowych.
Ponadto, nie ma żadnego uzasadnienia dla tworzenia kolejnego funduszu zajmującego się „wsparciem kultury i dziedzictwa narodowego w obszarze mediów”. Dodatkowych środków na ochronę zdrowia czy renowację zabytków, jeśli faktycznie są potrzebne, można poszukiwać w innych źródłach np. ograniczając dotacje dla mediów publicznych, rezygnując z kosztownych wydatków socjalnych takich jak trzynaste i czternaste emerytury czy niezależne od dochodu wypłaty z programu „Rodzina 500 plus” na każde dziecko, ograniczenie przywilejów emerytalnych wybranych grup zawodowych (np. służby mundurowe, rolnicy czy górnicy) czy innych obszarach finansów publicznych.
Jednocześnie proponowana „składka” to kolejny już w ostatnich latach podatek sektorowy, który będzie komplikować i tak już skomplikowany system podatkowy. Zamiast wprowadzania kolejnych podatków sektorowych należy uprościć i zreformować system podatków powszechnych i wydaje się, że to, a nie tworzenie nowych „składek” na NFZ, kulturę i renowację zabytków – powinno być priorytetowym zadaniem pomysłodawców ustawy – Ministerstwa Finansów.
Podsumowując, w ocenie Forum Obywatelskiego Rozwoju projekt ustawy o dodatkowych przychodach Narodowego Funduszu Zdrowia, Narodowego Funduszu Ochrony Zabytków oraz utworzeniu Funduszu Wsparcia Kultury i Dziedzictwa Narodowego w Obszarze Mediów nie powinien być przedmiotem dalszych prac legislacyjnych.

Nasza polska, klasyczna niemożność

Zburzyliśmy własną ambasadę przy przy Unter den Linden, teraz zieje tam dziura z gruzami. PiS-owska władza, w ramach podnoszenia Polski z kolan, zasłoniła czarnym plastikiem płot ogradzający tę dziurę.
PiS-owscy propagandyści, którzy funkcjonują w rządowej telewizji „publicznej” ogłosili, że już w 2023 r. nastąpi zakończenie budowy nowego gmachu ambasady polskiej w Berlinie. Propagandyści oznajmili też, że powstanie ona w reprezentacyjnym punkcie miasta, przy Unter den Linden.
W tym telewizyjnym przekazie zabrzmiało to tak, jakby to właśnie Prawo i Sprawiedliwość wywalczyło postawienie polskiej ambasady w tym prestiżowym miejscu i zaplanowało prace budowlane. Guzik prawda! Polska ambasada przy Unter den Linden działała już w latach sześćdziesiątych, na działce kupionej przez państwo polskie. Budynek potem rozebrano, a PiS-owska władza zasłoniła czarnym plastikiem płot ogradzający dziurę po ambasadzie.
Liczące się na świecie państwa mają ambasady w prestiżowych punktach stolicy Niemiec. USA – na Placu Paryskim, tuż przy Bramie Brandenburskiej. Francja – też na Pariser Platz, po drugiej stronie Bramy Brandenburskiej. Wielka Brytania – zaraz przy Amerykanach. Rosja – nieco dalej, przy Unter den Linden. Była w tym doborowym gronie i Polska, również mając swą siedzibę dyplomatyczną przy Unter den Linden, nawet bliżej Bramy Brandenburskiej niż Rosjanie. Najpierw urzędowali tam dyplomaci PRL a po 1989 r., Rzeczpospolitej. Wtedy jeszcze potrafiono zadbać o międzynarodowy prestiż naszego państwa.
Symbolika tego miejsca jest oczywista. 2 maja 1945 r. na pobliskiej Bramie Brandenburskiej zawisła polska flaga, zatknięta przez żołnierzy Dywizji Kościuszkowskiej. W tym rejonie znajdowały się wyłącznie ambasady najważniejszych państw, których wojska pokonały hitlerowskie Niemcy (potem siedzibę znalazła tam także ambasada Węgier). Ale Polska, jako jedyna z „wielkiej piątki” liderów koalicji antyhitlerowskiej nie ma już swej ambasady w okolicy Bramie Brandenburskiej. W jej miejscu, przy Unter den Linden 70-72, widnieje od lat ogromna wyrwa z gruzami. To jedyna taka dziura w najściślejszym centrum Berlina.
Działka przy Unter den Linden 70-72 jest od kilkudziesięciu lat własnością Polski – i to polskie gospodarowanie doprowadziło ją do obecnego stanu. Dwa słowa tu pasują: wstyd i hańba (by nie napisać: polnische Wirtschaft). Bo też i mianem „hańby w środku miasta” określały tę dziurę niektóre berlińskie media. Wprawdzie, jak to się mówi, wstyd nie dym, oczu nie wykole, ale dumna ekipa „dobrej zmiany”, w ramach wstawania Polski z kolan, postanowiła coś zrobić w tej sprawie. I zrobiła – płot ogradzający tę dziurę zasłoniła czarnym plastikiem, aby gruzów nie było widać.
Na tym plastiku zawieszono kilka zdjęć pokazujących różne budynki znajdujące się w Polsce. Miało to pokazać, że Polacy umieją nie tylko burzyć i rozwalać, ale także budować. Nieważne, że niektóre z obiektów pokazanych na tych zdjęciach zostały zbudowane przez Niemców, jak np. Hala Stulecia we Wrocławiu, a inne powstały dzięki pieniądzom unijnym. To jednak nie wszystko – najważniejszym punktem naszej „narodowej instalacji” przy Unter den Linden stał się sterczący nad płotem duży baner reklamowy. Baner przedstawia wizualizację jakiegoś budynku przypominającego kolumbarium cmentarne. Na banerze, ozdobionym godłem orła i barwami naszej flagi, umieszczono zaś dumny napis po polsku i po niemiecku: „Tu powstanie ambasada Rzeczypospolitej Polskiej w Berlinie”. Oczywiście nie trzeba dodawać, że w miejscu ruiny po polskiej ambasadzie nie toczą się żadne prace budowlane, które mogłyby uprawdopodobnić ziszczenie się tej zapowiedzi.
W ubiegłym roku z wielką pompą otwarto w Berlinie pierwszy zagraniczny oddział Instytutu Pileckiego. PiS-owska propaganda z dumą podkreślała, w jak prestiżowym miejscu się on znajduje: obok Bramy Brandenburskiej, na Placu Paryskim, niedaleko ambasad Francji i USA. Oczywiście nawet słowem się nie zająknięto, że PiS-owska władza w „prestiżowym miejscu” kultywuje też dziurę po polskiej ambasadzie.
Dziś o działalności berlińskiego Instytutu Pileckiego jest już zupełnie głucho. Jedyna informacja na stronie internetowej instytutu mówi o wystawie poświęconej rotmistrzowi Pileckiemu zorganizowanej z okazji ubiegłorocznego otwarcia oddziału berlińskiego. I to wszystko. Nie można jednak powiedzieć, iż istnienie finansowanego z pieniędzy polskich podatników oddziału berlińskiego jest zupełnie bez sensu. Kilku PiS-owskich krewnych i znajomych królika zarabia tam całkiem niezłe pieniądze.
Jak to się stało, że tam gdzie była polska ambasada, dziś straszy dziura z gruzami? Ten naprawdę prestiżowy teren przy Unter den Linden 70-72 został przekazany Polsce na własność przez władze NRD już w 1964 r. Zbudowano tam budynek biurowy, w którym znalazła się polska ambasada.
Budynek nie był piękny, ale miał znaczenie architektoniczne. Uznano go bowiem za ciekawy przykład modernizmu lat sześćdziesiątych. Po ponad trzydziestu latach eksploatacji przyszedł jednak czas na remont ambasady. Problemem stały się koszty lecz nie tylko – budynek miał elementy z rakotwórczego azbestu. Polski rząd zaczął się więc zastanawiać, czy go wyremontować – czy może jednak rozebrać i postawić w tym miejscu coś innego? Ale jeżeli coś innego, to co? Zastanawiano się długo, bo jak to u nas, tam gdzie dwie osoby, to trzy zdania.
Postanowiono wreszcie, że budynek zostanie zburzony, a na jego miejscu stanie nowa siedziba ambasady. Elegantsza, ładniejsza, bardziej funkcjonalna itd. Polska władza nie chciała jednak za dużo wydać na tę inwestycję. W 1997 r. rząd zdecydował się zatem na dziwaczny wariant kombinowany. Uzgodniono, że niemiecka firma zbuduje za swe pieniądze dwa budynki na polskiej działce przy Unter den Linden. W pierwszym znajdzie się ambasada, a drugi będzie w ciągu 30 lat bezpłatnie dzierżawiony i użytkowany przez stronę niemiecką – po czym, w ramach rozliczenia, zostanie zwrócony Polsce.
Nie doszło do realizacji polsko-niemieckiego projektu budowy naszej ambasady. Pojawiły się bowiem obawy, że niemiecka firma, budując Polakom ambasadę, niechybnie zainstaluje w jej ścianach urządzenia podsłuchowe. Obawy te umiejętnie rozdmuchiwały media w Polsce, zwłaszcza pismo „Wprost”.
Tym niemniej, budynek ambasady przy Unter den Linden został opróżniony, a pracownicy z całym zapleczem urzędowym przenieśli się „tymczasowo” do jeszcze starszego budynku – niemieckiej willi w której kiedyś urzędowała Polska Misja Wojskowa, na zachodnich, już zupełnie nie prestiżowych peryferiach Berlina. Tam jakoś nikomu nie przeszkadzała ewentualna obecność podsłuchów, zwłaszcza, że przeprowadzka miała być tymczasowa. Ta „tymczasowość” trwa prawie od ćwierćwiecza i nikt nie wie czy i kiedy się skończy.
Zerwano natomiast współpracę z niemiecką firmą. Postanowiono, że sami sobie zbudujemy swoją ambasadę na swojej działce w Berlinie. Określono warunki, jakie ma spełnić nowy budynek, rozpisano konkurs, rozstrzygnięto go. Nasi urzędnicy chętnie się zajęli tym wszystkim, bo za te czynności mogli liczyć na trochę dodatkowego grosza.
W międzyczasie rząd uznał jednak, że projekt trzeba trochę przerobić. Rozbudować go tu i tam, dodać nowe pomieszczenia, przystosować do dodatkowych funkcji, takich jak np. działalność wystawowa. Projekt został więc zmieniony, a koszty lawinowo wzrosły. Budowy wprawdzie nie rozpoczęto, ale firma wykonująca projekt zarobiła kilkanaście milionów złotych na wprowadzeniu poprawek. Kilka milionów kapnęło także firmie niemieckiej, wykonującej dodatkowe prace projektowe na miejscu.
W kolejnym międzyczasie rząd uznał, że projekt powinien uwzględniać też surowsze wymogi bezpieczeństwa. Projekt należało więc znowu przerobić, ale tym razem poprawki były na tyle znaczące, że wymagały napisania go na nowo. Koszty okazały się jednak tak wysokie, iż w końcu zrezygnowano z pomysłu budowy nowego budynku – i wrócono do koncepcji remontu oraz usunięcia elementów azbestowych. Najpierw trzeba było jednak sprawdzić, czy remont będzie wykonalny technicznie. Budynki z azbestem traktowano bowiem rozmaicie. NRD-owski Pałac Republiki rozebrano po zjednoczeniu Niemiec aby zrobić miejsce dla odbudowy berlińskiego zamku (zadecydowała o tym nie tylko obecność azbestu lecz i względy ideologiczne). Modernistyczny gmach Berlaymont w Brukseli (siedziba Komisji Europejskiej) został zaś pozbawiony azbestu i gruntownie zmodernizowany.
Natomiast Polska, już za czasów PiS-owskiej ekipy „dobrej zmiany” zburzyła to co miała – ale naturalnie niczego nowego nie była w stanie zbudować. Czyli, chęci były dobre i wyszło jak zawsze.
Sprawa gmachu naszej ambasady w Berlinie już kilkanaście lat temu zaczęła mieć posmak aferalny. Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła, że aneks, podnoszący wypłaty dla projektodawców, podpisano mimo braku realnych perspektyw na rozpoczęcie budowy. Nikomu to jednak nie przeszkadzało, bo ci, co decydowali o dodatkowych środkach płacili przecież pieniądze państwowe, nie swoje własne – a poza tym mogli mieć nadzieję na wdzięczność tych, którym je przyznawali.
Polski rząd wynajął nawet niemiecką firmę, która (za słoną opłatą) wykonała ekspertyzę wykonalności – i uznała, że modernizacja budynku przy Unter den Linden jest możliwa. Zorganizowano zatem przetarg na projekt modernizacji. Pierwszy przetarg rozstrzygnięto, lecz zaraz potem uznano, że był wadliwy, więc go anulowano. Rozpisano kolejny przetarg – ale i ten anulowano, tym razem dlatego, że rząd zaczął mieć wątpliwości, czy modernizacja dotychczasowego budynku nie będzie jednak zbyt kosztowna.
W 2005 roku, gdy do władzy po raz pierwszy doszło Prawo i Sprawiedliwości, postanowiono powołać specjalny zespół mający zaproponować koncepcję budowy ambasady przy Unter den Linden. Oczywiście nic z tego nie wyszło.
Po utracie władzy przez PiS, za czasów rządów Platformy Obywatelskiej postanowiono, że budynku jednak lepiej nie remontować – lecz zburzyć i postawić nowy. Po raz kolejny zorganizowano więc konkurs, rozstrzygnięto go, zaplanowano nawet, że budynek zostanie oddany do 2012 r. Rozpisano też kolejny przetarg, tym razem na wyłonienie generalnego wykonawcy. Z tego również nic nie wyszło, więc termin oddania nowego budynku ambasady przesunięto na rok 2019. Te plany naturalnie także okazały się fikcją.
Rząd PiS postanowił oczywiście rozliczyć poprzedników, więc rozpoczęto śledztwo w sprawie rażącej niegospodarności i niedopełnienia obowiązków. Ale rząd także tego nie umiał zrobić porządnie, więc wieloletnie śledztwo nie dało żadnego rezultatu. Mamy więc pełny obraz naszej typowej, polskiej niemożności.
PiS-owska władza zdecydowała natomiast, że przy Unter den Linden powinien powstać nowy budynek ambasady postawiony w partnerstwie publiczno-prywatnym, do spółki z jakąś firmą polską bądź zagraniczną. Opracowano koncepcję – lecz w międzyczasie rząd PiS uznał, że partnerstwo z podmiotem prywatnym jest jednak złym pomysłem. Po raz kolejny postanowiono więc, że Polska sama zbuduje swoją ambasadę. Ale oczywiście niczego się nie buduje. Tak więc, poza zapowiedzią, że „już” w 2023 r zostanie tam otwarta nasza ambasada, nic się nie dzieje na ruinie przy Unter den Linden 70-72.
PiS-owska ekipa już się zżyła z tematem odbudowy polskiej ambasady w Berlinie. W końcu zajęli się tym bardzo dawno, bo w 2005 roku – i jeszcze im zejdzie kilkanaście lat, bo przecież nikt nawet nie udaje, że serio wierzy w termin jej oddania w 2023 r.

Kryzysowy, ale jakże optymistyczny

Rada Ministrów przewiduje, że wprawdzie w tym roku polski produkt krajowy brutto spadnie o 4,6 proc., ale już w przyszłym, wzrośnie o 4 proc. Czyli po recesji niemal nie będzie śladu.
Rząd przyjął projekt budżetu państwa na 2021 r. To typowy projekt kryzysowy, przygotowany już z uwzględnieniem sytuacji związanej z pandemią COVID-19, która przyczyniła się do wywołania światowego kryzysu gospodarczego – ale zarazem niepoprawnie optymistyczny, jak wszelkie plany ekipy z Prawa i Sprawiedliwości.
Rząd zapewnia, że w 2021 r. będzie działał „w kierunku możliwie szybkiej odbudowy wzrostu gospodarczego Polski”.
Kontynuowana będzie dotychczasowa polityka budżetowa poprzez wspieranie ożywienia gospodarczego tak, aby dążyć do niezwłocznego wyjścia z recesji (która nastąpiła przy dotychczasowej polityce budżetowej polegającej na wspieraniu ożywienia gospodarczego). Tak więc, to wspieranie ożywienia w wykonaniu rządu PiS okazuje się nieszczególnie skuteczne.
Co do konkretów, to przewiduje się, że w 2021 r. dochody budżetu państwa wyniosą 404,4 mld zł. Wydatki zostały zaplanowane na 486,7 mld zł. Tak więc, deficyt budżetu ma wynieść nie więcej niż 82,3 mld zł.
Produkt krajowy brutto w 2020 r. spadnie o 4,6 proc., aby w 2021 r. wzrosnąć o 4,0 proc. (to hurraoptymistyczne założenie). Głównym czynnikiem tego wzrostu pozostanie popyt krajowy. Rząd zaplanował, że w 2020 r. spożycie prywatne spadnie realnie o 4,2 proc., a w kolejnym roku wzrośnie o 4,4 proc.
W tym roku nastąpi spadek przeciętnego zatrudnienia w gospodarce narodowej o 2,4 proc, a w 2021 r. o 0,7 proc. Przewiduje się, że stopa rejestrowanego bezrobocia wzrośnie z 5,2 proc. w grudniu 2019 r. do 8,0 proc. na koniec 2020 r. Natomiast w 2021 r. stopa bezrobocia wyniesie 7,5 proc.
W następnych latach bezrobocie powinno powoli spadać wraz z poprawą sytuacji na rynku pracy – ale decydujący będzie tu proces demograficzny powodujący zmniejszenie się liczby siły roboczej (co może wskazywać na to, że pod rządami PiS rośnie śmiertelność Polaków).
Przyjęto, że w 2020 r. nominalne tempo wzrostu przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce narodowej wyniesie 3,5 proc. Natomiast w 2021 r. przeciętne wynagrodzenie w gospodarce narodowej zwiększy się o 3,4 proc.
Oznacza to, ze po uwzględnieniu wzrostu cen, faktyczny wzrost zarobków będzie praktycznie zerowy (co oczywiście nie dotyczy PiS-owskich nominatów, którzy obsadzili wszelkie intratne posady). Rząd widzi to jednak w znacznie bardziej różowych barwach i zakłada średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych o 3,3 proc. w 2020 r – i tylko o 1,8 proc. w 2021 r.
Nasz eksport i import będą nadal się zmniejszać. W warunkach obserwowanego załamania koniunktury światowej Rada Ministrów zakłada, że w 2020 r. polski eksport spadnie o 9,3 proc. w ujęciu realnym, aby w 2021 r. wzrosnąć o 6,9 proc. „Powinno się to przełożyć na dalszy wzrost udziałów polskiego eksportu w światowym handlu” – stwierdza rząd. Czyli, nasz eksport spadnie, ale jego udział miałby wzrosnąć.
Spadek konsumpcji prywatnej oraz mniejszy eksport w tym roku przełożą się na spadek importu o 10,2 proc. w 2020 r. Odbudowa popytu, mająca jakoby nastąpić w przyszłym roku, powinna przyczynić się do wzrostu importu o 7,3 proc.
Rada Ministrów ma świadomość, że wszystkie te plany są na wodzie pisane. Dlatego podkreśla, że poziom dochodów budżetu państwa w 2021 r. będzie zależeć od przewidywanego powrotu gospodarki na ścieżkę wzrostu. Oprócz sytuacji makroekonomicznej, na stronę dochodową budżetu państwa wpływ będą miały kontynuowane oraz rozmaite nowe działania dotyczące wspierania odbudowy wzrostu gospodarczego, a także uszczelnienie systemu podatkowego. Jak widać, dużo jest tych warunków, które musiałyby jednocześnie wystąpić, aby spełniły się optymistyczne założenia ekipy PiS-owskiej.
W prognozie dochodów uwzględniono m.in. planowaną zmianę dotyczącą podatku dochodowego od osób prawnych (tzw. estoński CIT). Istotą tego rozwiązania – które nie wiadomo, kiedy zostanie wprowadzone przez polskie władze – będzie przesunięcie czasu poboru podatku na moment wypływu zysków z przedsiębiorstwa.
Przyszłoroczny rok zapowiada się dosyć chudo. Tym niemniej rząd obiecuje, że w 2021 r. „zabezpieczył środki” na kontynuację najważniejszych dotychczasowych działań oraz na realizację nowych.
Budżet państwa na przyszły rok uwzględniać ma zatem m.in.: finansowanie Programu „Rodzina 500+” (w 2021 r. na realizację tego programu zostanie przeznaczone 41,0 mld zł); zwiększenie nakładów na finansowanie ochrony zdrowia o ok. 11,6 mld zł w porównaniu do roku 2020 (ochrona zdrowia to polski fenomen – rząd utrzymuje, że wydaje na nią coraz więcej pieniędzy, a funkcjonuje ona coraz gorzej); doroczną waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych (od 1 marca 2021 r. o 3,84 proc., co ma kosztować ok. 9,6 mld zł); a przede wszystkim – finansowanie „potrzeb obronnych” Polski na poziomie zwiększonym do do 2,2 proc. PKB.
Jest też kilka innych, znacznie mniej realnych zamysłów, takich jak zwiększanie wydatków w obszarze szkolnictwa wyższego i nauki, finansowanie zadań dotyczących mieszkalnictwa i transportu lądowego, realizacja rządowego programu budowy regionalnych mostów. No i oczywiście dalsza budowa kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.
Ponadto w projekcie przewidziano umorzenie pożyczki udzielonej Funduszowi Solidarnościowemu z Funduszu Rezerwy Demograficznej w 2019 r. oraz umorzenie pożyczki udzielonej Państwowemu Gospodarstwu Wodnemu Wody Polskie, co jakoby umożliwi „realizację licznych przedsięwzięć inwestycyjnych zapobiegających skutkom suszy i powodzi”.
Wszystko to finansowane będzie kosztem obywateli. Ograniczone bowiem zostaną wydatki jednostek sektora finansów publicznych, w tym budżetu państwa, na zakładowy fundusz świadczeń socjalnych dla pracowników, na fundusze socjalne dla mundurowych emerytów i rencistów, oraz dla nauczycieli.
Fundusz wynagrodzeń w jednostkach i podmiotach sektora finansów publicznych pozostawiony będzie na poziomie z 2020 r. Rząd, nie chcąc jednak zrazić elektoratu, ulokowanego w wielu organach i agendach „ojczyzny dojnej” obiecuje, że takie ograniczenie będzie funkcjonować tylko „co do zasady” – czyli nastąpi fura wyjątków dla swoich. Ale generalnie, utrzymanie wynagrodzeń w 2021 r. na poziomie z 2020 r. ma objąć całą sferę budżetową.
Rząd podkreśla, że w 2021 r. planuje się również utrzymanie wynagrodzeń na poziomie z obecnego roku dla sędziów, prokuratorów, asesorów i referendarzy sądowych oraz sędziów i prokuratorów w stanie spoczynku. Chodzi oczywiście o średnie dochody – a więc wiadomo, że sędziowie i prokuratorzy posłuszni władzy dostaną podwyżki, a ci, którzy kontestują jej wskazówki, powinni spodziewać się cięć.
W nadchodzących latach polskie finanse publiczne będą coraz bardziej zadłużone. Relacja państwowego długu publicznego do PKB wyniesie na koniec 2020 r. 50,4 proc., po czym wzrośnie do 52,7 proc. na koniec 2021 r.
Rząd jednak ma nadzieję, że w kolejnych latach objętych prognozą, relacja długu publicznego do PKB będzie spadała i na koniec 2024 r. osiągnie poziom 48,1 proc. Natomiast relacja długu sektora instytucji rządowych i samorządowych do PKB wyniesie w latach 2020 – 2021 odpowiednio 61,9 proc. i 64,1 proc., a następne będzie się obniżać i osiągnie poziom 59,5 proc.
Wszystko to oznacza oczywiście przekroczenie w latach 2020-2023, zawartej w traktacie z Maastricht, relacji długu do PKB na poziomie 60 proc. Jednak w związku z obserwowanym w całej Unii Europejskiej poważnym spowolnieniem gospodarczym wywołanym pandemią koronawirusa, Komisja Europejska uruchomiła klauzulę, przewidzianą w Pakcie Stabilności i Wzrostu, umożliwiającą przekroczenie tego wskaźnika.
Polski dług publiczny zatem wzrośnie, ale według rządu, koszty obsługi tego długu ulegną obniżeniu z 1,33 proc. w 2020 r. do 1,19 proc. w 2021 r. – a potem nawet do poziomu 0,75 – 0,76 proc.

Nie jesteśmy sami

Dostarczają seniorom książki z biblioteki, szyją maseczki, organizują akcje oddawania krwi i kawiarenki internetowe. Lokalni bohaterowie czasu epidemii wspierają i aktywizują mieszkańców wsi i miasteczek.

– Zdaliśmy sobie sprawę, że tak naprawdę zapomnieliśmy o ludziach, którzy również będą potrzebowali pomocy w trakcie epidemii: tych, którzy potrzebują krwi ze względu na inne choroby. Operacje niedługo będą wznawiane, a krwi brakuje – mówi Kamila Jarząbek, jedna ze współorganizatorek akcji „Nie wszystko może się zatrzymać”. To oni pierwsi zauważyli, jak dramatyczna jest sytuacja w lokalnym banku krwi, i to dzięki nim w maju zostało oddane aż 41,7 litrów krwi.
Akcja ma na celu pozyskanie nowych dawców krwi w powiecie białobrzeskim. Organizatorzy to nieformalna grupa „Ile warta jest krew?”. Tworzy ją trójka społeczników z Białobrzegu: Stanisław Kośla, prezes Białobrzeskiego Polskiego Czerwonego Krzyża; Monika Rąbkowska, nauczycielka i członkini zarządu Białobrzeskiego PCK i Kamila Jarząbek – uczennica liceum plastycznego, która stworzyła plakaty promujące akcję.
– Naszym celem było zorganizowanie sześciu akcji krwiodawstwa w ciągu dwóch miesięcy. Radomski bank krwi jest w najgorszej sytuacji w całej Polsce. Zdecydowaliśmy, że nie możemy tego tak zostawić – dodaje Kamila Jarząbek. – Trzy akcje odbyły się w maju, a trzy odbędą się w czerwcu. Inicjatorem akcji był pan Stanisław, który już wcześniej zajmował się organizacją krwiobusów, a ja z panią Moniką pracowałyśmy nad promocją. Było to dużym wyzwaniem, poświęciłyśmy na to sporo czasu, ale myślę, że było warto, bo na każdej akcji pojawiło się około trzydziestu osób.
Projekt „Nie wszystko może się zatrzymać” był możliwy dzięki dofinansowaniu z konkursu grantowego zorganizowanego przez Fundację Koalicja dla Młodych w ramach przedsięwzięcia „Solidarni z bohaterami czasu epidemii”.
To z kolei jest przedsięwzięciem programu „Działaj Lokalnie” Polsko-Amerykańskiej Fundacji Wolności, realizowanego przez Akademię Rozwoju Filantropii w Polsce. Partnerem akcji została firma Nationale-Nederlanden. Cel przedsięwzięcia to wspieranie społeczności lokalnych, które w warunkach epidemii inicjują działania zapobiegające jej skutkom.
W ramach przedsięwzięcia wybrano cztery ośrodki Działaj Lokalnie, będące lokalnymi operatorami projektu. Te organizacje następnie ogłosiły lokalne konkursy grantowe, w których wnioski mogły składać wszystkie osoby, chcące wesprzeć swoje społeczności w obliczu epidemii.
Finansowanie uzyskało łącznie 18 projektów. Wśród nich znalazły się grupy szyjące maseczki i dostarczające je mieszkańcom i służbom publicznym, kurierzy przywożący seniorom i innym osobom wykluczonym za darmo książki z biblioteki i drobne zakupy, inicjatywy dezynfekcji miejsc publicznych, takich jak ławki czy skwery. Definicja „bohaterów czasu epidemii” jest więc szeroka – to każdy, kto chce pomóc innym w trudnych czasach.
– Dla nas bohaterami są ludzie, którzy oddają krew. To oni są solidarni z osobami chorymi, potrzebującymi krwi. Takie akcje pomagają zwalczać strach, pokazują, że oddanie krwi również w obecnej sytuacji jest możliwe, bezpieczne i potrzebne, bo przecież krwi nie da się kupić – mówi Kamila Jarząbek.
„Obecnie życie i praca przeniosły się do świata wirtualnego. To czas, to sygnał, to konieczność, abyśmy my, seniorzy, również do tego świata zapukali. Będzie to trudne, ale możliwe. A my, jeśli tylko zechcemy – damy radę. Jesteśmy mądrzy, zdolni, dużo przeżyliśmy. Odnajdziemy się. (…) Nasza samotność nas męczy, tęsknimy do ludzi, do świata, do naszych przyjaciół, do wszystkiego, co jest za progiem naszego domu. Podarujmy sobie komfort bycia w naszym świecie w całkiem nowy, nowiutki sposób. Poznajmy platformę ZOOM. Spotkajmy się na ekranach komputerów, smartfonów. Żyjmy pełnią nowego życia.
Tak brzmi zaproszenie do projektu „Seniorzy w sieci – na pohybel pandemii”, który również uzyskał dofinansowanie. W realizację projektu zaangażował się Klub Seniora „PoKUSa” tworząc grupę PoKUSa na Zoom, którą reprezentują: Małgorzata Bochenek, Grażyna Paczkowska i Zofia Sieradzan.
– Odkąd zaczęła się pandemia, staraliśmy się na Facebooku animować seniorów poprzez grupę „Sieć aktywnych seniorów powiatu grójeckiego” oraz witrynę Klub Seniora „PoKUSa”. Trochę o seniorach zapomniano podczas pandemii: mówiono tylko „siedźcie w domu i nie wychylajcie się”. Więc trzeba było coś dla nich i wspólnie z nimi zorganizować. Starałam się animować tą grupę, pokazywać różne ciekawe aktywności – mówi Zofia Sieradzan, inicjatorka projektu. Pani Zofia prowadzi Klub Seniora „PoKUSa”
Projekt zakłada stworzenie kawiarenki internetowej dla seniorów z powiatu grójeckiego, czynnej przynajmniej raz w tygodniu. Każdy tydzień organizowałaby jedna osoba z grupy koordynatorów, a tematyka i forma spotkania ustalana byłaby z uczestnikami.
Już na początku okazało się, że przed inicjatorką projektu stoją duże wyzwania: wielu seniorów nie jest biegłych w obsługiwaniu nowoczesnych technologii czy wręcz nie ma dostępu do odpowiedniego sprzętu. Problemem jest także bariera językowa – platforma Zoom dostępna jest jedynie w języku angielskim. Udało się jednak zebrać grupę dziesięciu seniorów – liderów projektu, którzy obecnie szkolą się, aby móc organizować spotkania zarówno w swoich społecznościach, jak i współprowadzić kawiarenkę dla całego powiatu.
Zofia Sieradzan ma nadzieję, że platforma stworzona w ramach projektu umożliwi seniorom z powiatu grójeckiego komunikację również po okresie epidemii.
– Jeśli nam się uda, to mamy nadzieję, że projekt stanie się stałym elementem naszego życia – mówi Zofia Sieradzan. – Wszyscy mówią, że epidemia wróci. Wtedy my będziemy już przygotowani. A w okresie zimowym, kiedy niektórym seniorom jest trudniej wyjść z domu, możemy wrócić do częstszych spotkań.
Projekty realizowane w ramach przedsięwzięcia nie byłyby możliwe, gdyby nie siła i chęć do działania lokalnych społeczników, aktywistów, wolontariuszy.
Wolontariat w trakcie epidemii jest szczególnie trudny – wiele osób boi się choroby, nie jest pewna, jak zachować zasady bezpieczeństwa, jak odnaleźć się w gąszczu przepisów. Ale jest też szczególnie potrzebny – to dzięki wolontariuszom możemy ramię w ramię stanąć naprzeciw największych wyzwań.
– Moim zdaniem wolontariat powinien się bardziej rozwinąć podczas epidemii. Osoby odważne, młode, które wiedzą, jak dbać o bezpieczeństwo, mogą pomóc tym, którzy są bardziej narażeni – osobom starszym, samotnym. Jest im potrzebne, żeby ktoś do nich dotarł, żeby czuli, że nie są sami – mówi Zofia Sieradzan.

Skończmy z nieuzasadnionym uprzywilejowaniem krezusów

Ludzie mający naprawdę lewicowe poglądy, nie powinni występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS. Szkoda, że sami go nie zaproponowali.

Rzecz jest oczywista: ci, którzy zarabiają bardzo dobrze, powinni płacić większe składki na ZUS niż ci, którzy zarabiają gorzej. I tak się zresztą do pewnego momentu dzieje, bo składki stanowią stały procent zarobków.
Niestety, gdy zarobki przekraczają 142 950,00 zł rocznie (trzydzieści średnich pensji), pojawia się niczym nieuzasadnione uprzywilejowanie najbogatszych. Po pokonaniu tej granicy dochodowej już nie muszą oni płacić wyższych składek – choćby ich dochody osiągały niebotyczne wartości.

W naszym dzikim kapitaliźmie

Państwo powinno raczej wspierać uboższych. W Polsce jest jednak odwrotnie: bogaci mają górę pieniędzy, a państwo jeszcze dosypuje im kasy, nie chcąc pobierać od nich wyższych składek, stosownych do dochodów.
Przepisy, które stanowią, że najbogatsi Polacy mogą płacić stałe składki niezależnie od tego, jak wysokie są ich dochody, stanowią wieloletni już skandal. Bo przecież logiczne i sprawiedliwe byłoby to, żeby także i ludzie zarabiający ponad 142 950 zł, byli obciążani składkami rosnącymi w miarę dalszego wzrostu dochodów.
Limit uniemożliwiający podnoszenie składek od zarobków przekraczających tę granicę, to jeden z wielu przykładów tego, że w polskim dzikim kapitaliźmie państwo i prawo wspiera bogatych kosztem biednych. To nie tylko kwestia składek na ZUS, ale na przykład i podatku dochodowego – bogaci mogli zarabiać miliony, a i tak ich dochody były opodatkowane liniowo, według stawki 32 proc. (w przyszłym roku ma dojść dodatkowe 4 proc. od dochodu powyżej 1 mln zł).
Generalnie, przepisy w Polsce są tak skonstruowane, że bogaci są uprzywilejowani w bardzo wielu dziedzinach życia – a biedni, w bardzo wielu są dyskryminowani. Wystarczy wymienić choćby edukację, ochronę zdrowia, procedury sądowe, podatek od towarów i usług (z samej swej istoty bardziej obciążający niezamożnych) czy gospodarkę mieszkaniową.

Festiwal obłudy

Nie ma powodu, by ludzie bogaci, osiągający dochód powyżej wspomnianych 142 950 zł rocznie, byli dodatkowo premiowani przywilejem płacenia niskich składek.
Tym bardziej, że to iż powinni płacić większe składki nie oznacza przecież, że ktokolwiek chciałby im cokolwiek zabierać. Nieco później odbiorą sobie te składki w postaci wyższych emerytur, będą mogli żyć super dostatnio, wspierać bliskich i dodawać kolorów swej jesieni życia.
Ta miła perspektywa jakoś jednak nie cieszy najbogatszych Polaków i wynajętych przez nich lobbystów wraz z ich pseudodziennikarskimi propagandystami. Zamiast tego, mamy do czynienia z krytyką pełną zakłamania i hipokryzji.
Pojawia się więc fałszywa troska o polski system emerytalny, który ponoć miałby się zawalić akurat przez to, że grupie najzamożniejszych Polaków (nie wiadomo jak dużej, bo podawane liczby, rosnące stopniowo już do 370 tysięcy, nie grzeszą wiarygodnością ) trzeba będzie wypłacać większe świadczenia. Jakby to właśnie ponura perspektywa dostawania wyższych emerytur skłaniała najbogatszych do protestowania przeciw zniesieniu limitu.
Pojawiają się ostrzeżenia przed szokującym zróżnicowaniem emerytur, mającym spowodować, iż emeryci nieco biedniejsi szczezną z żalu, że ci od których ściągnięto wyższe składki, zaczną dostawać więcej pieniędzy.
Słyszymy biadolenie, jak to nasza gospodarka i cały kraj stracą na tym, że część informatyków zacznie odprowadzać wyższe składki na ZUS w celu uzyskiwania wyższych emerytur. Z jakichś niewiadomych powodów, ta załgana propaganda upodobała sobie bowiem właśnie informatyków, załamując ręce nad emigracją wywołaną ucieczką przed głodem, który niechybnie ich czeka, jeśli nieco podniosą im składki.
W całym tym festiwalu obłudy prawdziwa i nieudawana jest jedynie złość bogatych wraz z ich różnymi pomagierami medialnymi, o to, że ich olbrzymie dochody zostaną uszczuplone o jakiś minimalny procent w wyniku płacenia wyższych składek. Powtórzmy, uszczuplone czasowo, bo przecież te pobrane pieniądze zostaną im zwrócone w formie emerytur, w dodatku powiększonych o waloryzację.

Sprawiedliwość dla najbogatszych

Wszystkie ataki na projekt zniesienia limitu w płaceniu składek na ZUS, mają jeden podstawowy cel – chodzi o to, żeby interes najzamożniejszej warstwy Polaków w żaden sposób nie został naruszony.
Wiadomo przecież, że uszczerbek ich dochodów – powtórzmy po raz kolejny: tylko czasowy – będzie niemal nieodczuwalny przez tych bardzo bogatych ludzi. Tak samo będzie niemal nieodczuwalny i dla grupki pracodawców, którym przyjdzie odprowadzać nieco wyższe składki (stanowiące wszak koszt, pomniejszający przychód i podatek), jeśli ktoś z ich pracowników przekroczy 142 950 zł rocznie.
W walce najbogatszej kasty przeciwko zniesieniu limitu chodzi jednak o zasadę: przecież nie może być tak, żeby w Polsce, państwie latynoskiego kapitalizmu, gdzie ludzie zamożni mają więcej praw niż ubodzy, ktokolwiek ośmielił się przyjmować przepisy, które ludziom zamożnym mogłyby się nie spodobać. Na taki precedens nie wolno pozwolić.
I tak właśnie wygląda w praktyce realizowanie konstytucyjnego zapisu, że Rzeczpospolita Polska urzeczywistnia zasady sprawiedliwości społecznej. Niestety, sprawiedliwość społeczna w Polsce jest zwykle tylko dla najbogatszych.

Test na lewicowość

Konkludując: uczciwy człowiek, niezależnie od poglądów i sympatii politycznych nie powinien występować przeciwko projektowi zniesienia ograniczeń w płaceniu składek na ZUS.
Tym bardziej, nie może tego robić nikt z grona lewicy, gdyż w ten sposób dowiódłby, że jego lewicowość jest z gruntu fałszywa. No, chyba, że należy do licznej niestety, kawiorowej lewicy, skutecznie okazującej swą solidarność klasową z gronem najbogatszych Polaków.
I cóż, że ten projekt zgłosiło Prawo i Sprawiedliwość. Było zgłosić go samemu.
PiS oczywiście nie zrobiło tego z miłości do zasad sprawiedliwości społecznej lecz dla ratowania trzeszczącego budżetu. Nie zmienia to jednak faktu, że ubocznym skutkiem zniesienia limitu składek na ZUS będzie sprawiedliwsze i bardziej moralne rozłożenie obciążeń emerytalnych, a także i pożądany spadek dotacji budżetowych do Funduszu Ubezpieczeń Społecznych.

Chwiejna, ale równowaga

Pod rządami PiS polska gospodarka rozwija się coraz wolniej, ale szeroko reklamowana propagandowo równowaga wydatków i dochodów, została zapisana w projekcie przyszłorocznej ustawy budżetowej.

Jak zachwala rząd, przygotowany na przyszły rok budżet jest prospołeczny i prorozwojowy.
W projekcie ustawy budżetowej zaplanowano dochody – 429,5 mld zł, oraz wydatki również – 429,5 mld zł. Wprawdzie wiele państw Unii Europejskiej, korzystając z dobrej koniunktury ostatnich lat, osiągnęło już nadwyżkę budżetową, ale w Polskich warunkach już ta teoretyczna równowaga budżetowa jest sukcesem. Teoretyczna – bo nie brak opinii, że w przyszłym roku budżet trzeba będzie nowelizować.
Równowaga nie oznacza jednak całkowitego wyeliminowania deficytu. Otóż deficyt sektora finansów publicznych (według metodologii unijnej) ma ukształtować się na poziomie 0,3 proc. naszego produktu krajowego brutto.
Rząd zakłada, że w przyszłym roku PKB naszego kraju zwiększy się, w ujęciu realnym, tylko o 3,7 proc. Będzie to zatem wzrost znacznie wolniejszy niż w ostatnim okresie. Przypomnijmy, że w ubiegłym roku tempo wzrostu polskiej gospodarki wynosiło jeszcze 5,1 proc, w tym roku spadnie do najwyżej 4,4 proc., zaś w przyszłym roku będzie znowu dużo wolniej.
Jednocześnie pójdą w górę ceny. Średnioroczny wzrost cen towarów i usług konsumpcyjnych rząd zaplanował na 2,5 proc. ale już dziś widać, że to stanowczo zbyt optymistyczne założenie, gdyż dobrze będzie jeśli wzrosną nie więcej niż o 3 proc.
Mimo wzrostu cen, Polacy, według rządu, wciąż będą dużo kupować. Przewiduje się nominalny wzrost spożycia prywatnego o 6,4 proc. (faktycznie będzie zapewne o połowę mniejszy).
Na prognozowane dochody będzie miał wpływ wolniejszy niż dotychczas wzrost gospodarczy i przewidywany wzrost inflacji, a także działania nieco zmniejszające podatek dochodowy. Chodzi tu o zwolnienie z podatku przychodów z pracy i umów zlecenia osób poniżej 26 roku życia do kwoty 85 528 zł (od sierpnia 2019 r.), obniżenie stawki podatkowej dla pierwszego progu podatkowego na skali podatkowej z 18 do 17 proc. (od października 2019 r.), oraz podwyższenie kosztów uzyskania przychodu (od października 2019 r.). Wszystko to będzie miało wpływ na przyszłoroczne finanse naszego państwa.
Natomiast czynnikiem pozytywnie wpływającym na dochody budżetu będzie dalszego uszczelnianie systemu podatkowego.
Mimo sprowadzenia wydatków budżetowych do poziomu planowanych dochodów, Rada Ministrów zapewnia iż w przyszłym roku zapewniono niezbędne środki finansowe zarówno na kontynuację dotychczasowych programów jak i na realizację nowych. Chodzi tu zwłaszcza o utrzymanie rozszerzonego programu „Rodzina 500+”, który od 1 lipca 2019 r. obejmuje wszystkie dzieci do 18. roku życia bez kryterium dochodowego, finansowanie świadczenia uzupełniającego dla osób niezdolnych do samodzielnej egzystencji, podwyższenie zasiłku pielęgnacyjnego oraz wzrost kryterium dochodowego uprawniającego do świadczenia z funduszu alimentacyjnego. Wydatki budżetowe zwiększy także wypłata uzupełniającego świadczenia rodzicielskiego dla osób, które wychowały co najmniej czworo dzieci i ze względu na długoletnie zajmowanie się potomstwem nie wypracowały emerytury w wysokości odpowiadającej co najmniej kwocie najniższego świadczenia emerytalnego.
Rząd planuje też waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych od 1 marca 2020 r. , według wskaźnika waloryzacji na poziomie 103,24 proc.., a także zwiększenie limitu wydatków na obronę narodową. W tym sektorze . zaplanowano o około 5 mld zł środków więcej w stosunku do 2019 r – co niektórzy ekonomiści z prof. Grzegorzem Kołodką na czele, uważają za szkodliwy nonsens. Po stronie wydatków uwzględniono też wsparcie finansowe przewozów autobusowych oraz tradycyjnie, budowę kanału łączącego Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską.

Podatnik dostanie rzecznika

Nie będzie mógł nic zrobić, ale może wskazywać, co należałoby poprawić.

Będzie nowy rzecznik – Rzecznik Praw Podatnika. Rada Ministrów przyjęła właśnie projekt ustawy na ten temat. Ma on gwarantować podatnikom ochronę ich praw, stać na straży bezstronnego, równego oraz sprawiedliwego traktowania przez władze, respektowania słusznych interesów podatników, racjonalnego działania organów podatkowych wobec nich. Będzie też przyczyniać się do zmiany oraz kształtowania nowych standardów funkcjonowania administracji skarbowej.
W projekcie ustawy zawarto także Kartę Praw Podatnika, która stanowić ma, jak obiecuje rząd „przyjazny i dostępny przewodnik po prawie podatkowym dla każdego”. Obietnice są więc, jak zawsze w wydaniu PiS, ogromne, ale realne uprawnienia nowego rzecznika, nadzwyczaj znikome.
Tak więc, Rzecznik Praw Podatnika uzyska prawo do przedstawiania organom i instytucjom publicznym swych rozmaitych wniosków. Będzie mógł analizować sposób załatwiania skarg i wniosków podatników przez organy podatkowe. Mógłby też występować o wydanie lub zmianę aktów dotyczących spraw podatkowych, uczestniczyć jako mediator w postępowaniu podatkowym i administracyjnym;.W rzeczywistości, możliwości sprawcze RPP będą żadne, bo nikt nie będzie musiał wykonywać jego sugestii ani brać pod uwagę zgłaszanych wniosków. Dzięki powołaniu nowego rzecznika powstaną natomiast nowe, dobrze opłacane miejsca pracy państwowej. Ma on bowiem wykonywać swoje zadania przy pomocy biura oraz zastępców (nawet i 16) i przedstawicieli terenowych (nawet 32).

Matury: rząd PiS złamał prawo

Skierowanie nowelizacji ustawy oświatowej do parlamentu
bez przeprowadzenia konsultacji stanowi przykład totalitaryzmu
w działaniach obecnej ekipy. Nie pierwszy i nie ostatni.

Skrócona definicja mówi, że totalitaryzm to system rządów, w którym państwo kontroluje społeczeństwo i stara się nadzorować wszystkie aspekty życia publicznego oraz prywatnego na tyle, na ile to możliwe.
Charakterystycznymi cechami państw totalitarnych są: autokratyzm (w szczególności zasada wodzostwa), jak najszersze kontrolowanie przez aparat władzy życia obywateli, ingerencja w ich przekonania i zachowania oraz rozbudowana propaganda (często fałszująca obraz rzeczywistości).
Z powyższej definicji wynika aż nazbyt wyraźnie, że obecna ekipa zmierza do totalitaryzmu w Polsce (zmierza – bo choć próbuje, to jeszcze nie zdołała rozciągnąć kontroli nad społeczeństwem).

Władza nie chciała porozumienia

Najnowszym przykładem totalitaryzmu jest nie przeprowadzenie przez rząd PiS konsultacji publicznych, związanych z obecną nowelizacją prawa oświatowego.
Nowelizacja ta stwierdza, iż klasyfikacji uczniów i ich dopuszczania do matury mogą dokonywać dyrektorzy szkół – a nie, jak dotychczas, rady pedagogiczne szkół we współpracy z dyrektorami. Jeśli zaś dyrektor szkoły uzna, że z jakichś powodów nie może tego zrobić, to wtedy wójt, burmistrz czy prezydent miasta będzie musiał wyznaczyć nauczyciela, który dokona klasyfikacji i dopuszczenia uczniów.
Ta nowelizacja jest, typowym dla rządów PiS, przykładem centralizacji mogącej prowadzić do totalitaryzmu. Klasyfikowanie uczniów zostaje odebrane organowi kolegialnemu, mającemu największą wiedzę o swych podopiecznych (czyli radom pedagogicznym) – i przekazane urzędnikowi, który będzie o tym jednoosobowo decydować.
Rząd PiS tłumaczy, że musiał wprowadzić taką zmianę ze względu na strajk nauczycieli, grożący tym, iż uczniowie nie zostaną sklasyfikowani i nie będą mogli przystąpić do matur.
To oczywiście lipa. Rząd, gdyby chciał, mógłby już dawno zakończyć strajk nauczycieli w pięć minut, godząc się na ich postulaty, przecież całkowicie uzasadnione i w dodatku stopniowo przez nich ograniczane.
Rząd świadomie jednak dążył do zaognienia sytuacji, odrzucając wszelki kompromis, usztywniając swe stanowisko i prowokując nauczycieli.

Żeby strajkowali dłużej

Ze strony rządu PiS rozmowy z ZNP były wyłącznie grą pozorów, mającą przeciągnąć strajk jak najbliżej do chwili rozpoczęcia matur. Dzięki temu rząd i jego propagandyści mogli oskarżać nauczycieli, że igrają uczniowskim losem (co w rzeczywistości robił właśnie rząd) i napuszczać na nich opinię publiczną.
Rząd mógł zaś udać sprawnego, odpowiedzialnego decydenta, troszczącego się o uczniów i umiejącego szybko podjąć odpowiednią decyzję.
Tak więc, rząd zabrał się za administracyjne spacyfikowanie awantury, którą najpierw sam rozpętał i zaognił.
To typowe dla sposobu poszerzania swej władzy, stosowanego przez PiS: najpierw wywołuje się konflikt i przeciwstawia jedne grupy obywateli drugim, a potem uchwala przepisy, które – niby w celu zduszenia rozpętanego konfliktu – przyznają nowe uprawnienia urzędnikom.
Związek Nauczycielstwa Polskiego, w przeciwieństwie do rządu PiS, wykazał odpowiedzialność i zawiesił strajk, by można było przeprowadzić matury. Mimo to PiS oczywiście nie zrezygnował z wprowadzenia przepisów, ograniczających kompetencje rad pedagogicznych i zwiększających jednoosobową władzę dyrektorów szkół.
Bo w rzeczywistości PiS-owskim prominentom nie chodziło o stworzenie warunków dla przeprowadzenia matur, lecz o dalsze rozszerzenie swego panowania nad polską oświatą, uderzenie w ZNP oraz pokazanie nauczycielom kto tu rządzi.
Dążenie do totalitaryzmu uświęca środki. A takie drobiazgi jak łamanie prawa w ogóle nie zaprzątają uwagi PiS-owskiej ekipy rządzącej.

PiS nie będzie się pospolitować

Wspomnianym tu złamanym prawem są przepisy o konsultacjach publicznych. Ten rodzaj współuczestniczenia obywateli w decydowaniu o losach kraju zawsze był w Polsce traktowany po macoszemu, gdyż żadna władza nie paliła się do konsultowania czegokolwiek z mieszkańcami.
Szczególnie jednak, konsultacje są wraże dla PiS – którego liderzy uważają, że skoro zdołali wygrać wybory, to mogą robić w Polsce co im się żywnie podoba, bez pytania kogokolwiek o zdanie. PiS-owscy prominenci, jako grupa trzymająca władzę, nie chcą się więc pospolitować i zniżać do poziomu wysłuchiwania opinii swoich poddanych.
Mieliśmy w polskim prawie ustawę o konsultacjach społecznych, przyjętą, żeby było zabawniej, jeszcze „za komuny” w 1988 r. i uchyloną w 1995 r., za czasów wolnej Polski, przez koalicję SLD-PSL. Od tej chwili zasady przeprowadzania konsultacji są regulowane przepisami niższego rzędu, po to by każda władza mogła je swobodnie zmieniać wedle własnego uznania.
Obecnie, kwestie dokonywania konsultacji określa PiS-owski regulamin pracy Rady Ministrów, uchwalony przez nią samą i po raz ostatni zmieniony przez tąż Radę Ministrów w dniu 22 stycznia 2019 r.
Ale nawet w tych PiS-owskich przepisach, mających służyć utrwalaniu panowania obecnego rządu nad obywatelami, ostał się – zapewne przez niedopatrzenie jakichś urzędników – wyraźny zapis ustanawiający obowiązek przeprowadzania konsultacji.

To obowiązek rządu

O konsultacjach mówi par. 36 regulaminu pracy Rady Ministrów zatytułowany: „Przedstawienie projektu dokumentu rządowego do konsultacji publicznych”.
Stwierdza on co następuje: „Organ wnioskujący, biorąc pod uwagę treść projektu założeń projektu ustawy, projektu ustawy lub projektu rozporządzenia, a także uwzględniając inne okoliczności, w tym znaczenie projektu oraz przewidywane skutki społeczno-gospodarcze, stopień jego złożoności oraz jego pilność, przedstawia projekt do konsultacji publicznych, w tym może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska”.
Zajmijmy się najpierw pierwszą częścią tego długiego zdania. „Organ wnioskujący” to właśnie rząd (czyli Rada Ministrów), a przepis stanowi jednoznacznie, że „przedstawia” on projekt do konsultacji publicznych.
Nie jest tu napisane, że rząd „może przedstawić” projekt czy „ma prawo przedstawić” projekt, lecz, że właśnie przedstawia.
Oznacza to, że rząd nie ma wyboru – i musi przedstawić projekt do konsultacji publicznej, a jeśli tego nie robi, łamie prawo – tak jak właśnie złamał je rząd Mateusza Morawieckiego, nie kierując do konsultacji projektu nowelizacji prawa oświatowego.

Kłamstwo i nieuczciwość

Rządowi propagandyści kłamliwie tłumaczyli brak konsultacji tym, że nie było na nie czasu, gdyż nowe prawo, umożliwiające dyrektorom szkół dokonywanie klasyfikacji uczniów, trzeba było wprowadzić jak najszybciej. To kolejna lipa.
Cytowany paragraf 36 regulaminu pracy Rady Ministrów nic nie mówi, że pilność projektu pozwala na odstąpienie od konsultacji. Przeciwnie, stwierdza, iż rząd przedstawia projekt do konsultacji, uwzględniając takie okoliczności, jak m.in. jego pilność.
Czyli, oznacza to, że właśnie ze względu na pilność projektu, konsultacje należało przeprowadzić jak najszybciej.
Argument, iż brakowało czasu na konsultacje jest kłamliwy także i dlatego, że strajk nauczycieli nie zaczął się wczoraj, więc Rada Ministrów miała dość czasu na przygotowanie projektu i przeprowadzenie rzetelnych konsultacji. Nie chciała ich, bo PiS-owska władza nie lubi zniżać się do wysłuchiwania opinii swych poddanych. Zwłaszcza, gdy wiadomo, że te opinie byłyby jednoznacznie krytyczne, bo nikt kto jest uczciwy intelektualnie, nie mógłby poprzeć rządowego projektu nowelizacji prawa oświatowego.
Druga część zdania tworzącego par. 36 stanowi, że w ramach konsultacji publicznych rząd może skierować projekt do organizacji społecznych lub innych zainteresowanych podmiotów albo instytucji w celu przedstawienia ich stanowiska.
Tu nie ma już obowiązku prawnego. Rząd może więc ale nie musi kierować projekt do organizacji społecznych i innych zainteresowanych. Wolno mu podjąć próbę przeprowadzenia konsultacji publicznych w jakiś inny sposób (choć trudno sobie wyobrazić,jaki) – ale przeprowadzić je musi, bo tak mu każe prawo.
Rada Ministrów dopuściła się złamania prawa, które sama ustanowiła. To także jeden z elementów budowy ustroju totalitarnego: gdy władza łamie przepisy przez siebie przyjęte, jeśli okazują się dla niej niewygodne.
Na PiS-owską większość parlamentarną i jej popleczników oraz na prezydenta Andrzeja Dudę spada zaś odpowiedzialność za przyjęcie nowelizacji, przygotowanej z naruszeniem prawa – ale robili to już tyle razy przy innych okazjach, że zdążyli przywyknąć. Polacy także zdołali się przyzwyczaić, że prominenci PiS postępują zgodnie z regułą: nie mamy waszych płaszczy i co nam zrobicie?

Jak PiS „unowocześnia” branżę węglową

Fot. W kopalni Wieczorek do 2015 r. prowadzono podziemne zgazowanie węgla. Projekt upadł, a w bieżącym roku zdecydowano o likwidacji kopalni.

 

 

Nieumiejętność kontynuowania tego co już zrobiono, składanie obietnic bez pokrycia i przedstawianie dokonań poprzedników jako własnych – tak wygląda wdrażanie innowacyjności w gospodarce.

 

We wtorek 3 grudnia na szczycie klimatycznym w Katowicach premier Mateusz Morawiecki mówił o tym, że Polska stawia na innowacyjność i wdraża nowatorskie technologie energetyczne.
Takie zapowiedzi to stały punkt obietnic rządu PiS. Wcześniej Beata Szydło głosiła, iż polski węgiel będzie w przyszłości synonimem nowoczesności, a minister energii Krzysztof Tchórzewski oświadczał, że będziemy pierwsi w Europie jeśli chodzi o czyste technologie węglowe, zaś rząd potrafi „zmienić czarne złoto w sukces”, stosując nowoczesne technologie węglowe.
Akurat! Jest dokładnie odwrotnie! Nowoczesne technologie węglowe to Polska rozwijała w latach 70-tych, ale na pewno nie teraz. Jeszcze w czasach rządów PO-PSL faktycznie szukano możliwości wdrożenia innowacyjnych metod przerobu węgla. To się jednak skończyło, gdy rządy objęła ekipa z Prawa i Sprawiedliwości.

 

Piekło brukowane dobrymi intencjami

Dziś na czasie są obietnice – ale nie ma chęci do pracy, wiedzy ani umiejętności organizacyjnych, koniecznych do modernizowania naszej gospodarki. Skutki tej indolencji bardzo dobrze widać właśnie w naszym sektorze węglowym.
Rząd PiS oczywiście nie chwalił się tym, że już dawno wygasł list intencyjny, podpisany w kwietniu ubiegłego roku przez dwie państwowe firmy: chemiczną Azoty i energetyczną Tauron, dotyczący budowy naziemnej instalacji zgazowania węgla w elektrowni Kędzierzyn.
Inaczej było w 2017 r., gdy ów list podpisywano. Rządowi dosyć łatwo jest nakłonić państwowe firmy do zawarcia umów nośnych propagandowo. Głoszono więc wówczas, że jest to widoczny wyraz wdrażania innowacyjnych technologii w naszym sektorze węglowym. Okazało się, że z tego wdrażania węglowej nowoczesności nic nie wyszło.
Warto tu dodać, że na świecie naziemne instalacje zgazowania węgla (czyli przerabiania go na wysoce energetyczny metan) nie są czymś niezwykłym. Od kilkunastu lat z powodzeniem funkcjonują w krajach ze sporymi złożami węgla kamiennego, takimi jak RPA, Chiny czy USA. Tam się udało – u nas, pod rządami PiS jakoś nie wyszło.
Dziś PiS-owscy prominenci milczą na temat inwestycji w Kędzierzynie. Ale szefowie obu tych państwowych firm coś muszą odpowiadać na pytania dziennikarzy. Mówią więc, jak prezes Taurona, że list intencyjny wprawdzie wygasł, ale projektu bynajmniej nie zarzucono, jest kontynuowany – lecz jego liderem są Azoty i od nich zależy realizacja inwestycji w Kędzierzynie.
Natomiast wiceprezes Azotów opowiada, że trwają rozmowy z Tauronem dotyczące podpisania umowy, na mocy której temuż Tauronowi zostaną przekazane materiały na temat projektu instalacji zgazowania węgla w Kędzierzynie. I dodaje, że w przyszłości obie firmy zdecydują, czy kontynuować przedsięwzięcie.
Z tych wywodów wynika – czego dowiodło też wygaśnięcie listu intencyjnego – że obie firmy nie mają intencji realizowania tej inwestycji, że nie są w stanie sobie z nią poradzić i że powstanie instalacji zgazowania węgla w Kędzierzynie zostaje odłożone na święty nigdy. Nie zostało to wprawdzie wyraźnie sformułowane, ale sens obu wypowiedzi jest oczywisty.
I tak właśnie wygląda wdrażanie nowoczesnych technologii węglowych w wydaniu PiS. W innych krajach funkcjonują instalacje naziemnego zgazowania węgla – u nas rząd nie umie doprowadzić do ich zbudowania.

 

Likwidowanie idzie sprawnie

Jeszcze większą klapą obecnej ekipy stał się projekt podziemnego zgazowania węgla. To kolejny krok w nowoczesność, polegający na tym, że przetworzenia węgla na gaz dokonuje się nie na powierzchni (jak miało to być robione w Kędzierzynie) lecz pod ziemią, przy pokładach węgla, co pozwala na ograniczenie niemal do zera emisji szkodliwych oparów.
Tę, rzeczywiście innowacyjną technologię postanowił wdrożyć rząd Platformy Obywatelskiej. W katowickiej kopalni Wieczorek (warto, by uczestnicy szczytu klimatycznego się tam wybrali, mają przecież niedaleko) rozpoczęto unikalną próbę podziemnego zgazowana węgla, pierwszą w Polsce, odbywającą się w czynnej kopalni.
Podziemne zgazowanie w Wieczorku było realizowane w ramach programu badawczo-rozwojowego „Zaawansowane technologie pozyskiwania energii”, sfinansowanego przez Narodowe Centrum Badań i Rozwoju. Należy o tym przypominać, aby pokazać, że gdy rząd PiS mówi o nowatorskich technologiach, to powołuje się głównie na to, co już zrobili jego poprzednicy.
Próba w kopalni Wieczorek trwała do 2015 r. przerobiono 250 ton węgla na prawie milion metrów sześciennych metanu. Wynik uznano za obiecujący, choć podziemny gaz okazał się mniej kaloryczny niż oczekiwano.
Mówiono o kontynuacji eksperymentu ale już na większą skalę, by ocenić, jak nowa technologia sprawdzi się w warunkach zbliżonych do przemysłowych. Planowano opracowanie kompletnego projektu technologicznego i wstępnego studium wykonalności.
Przyszły jednak wybory, zwyciężyło PiS – i skończyły się zamiary budowy instalacji podziemnego zgazowania węgla w kopalni Wieczorek. Obecna ekipa nie była w stanie kontynuować działań poprzedników.
Wkrótce Najwyższa Izba Kontroli oceniła, że wdrożenie technologii podziemnego zgazowania węgla na większą skalę będzie w Polsce niemożliwe przed 2030 r. – a niewykluczone, że okaże się niemożliwe i później.
Nasi prominentni naukowcy sugerują zaś, że przy procesie zgazowania węgla warto skorzystać z zagranicznych licencji. Szkoda, że sami nie umieją stworzyć licencji, którą inne kraje mogłyby od nas kupować.
Natomiast wiosną tego roku postanowiono, że KWK Wieczorek zostaje zlikwidowana. I, w przeciwieństwie do PiS-owskich obietnic zbudowania czegokolwiek, likwidacja tej kopalni postępuje sprawnie.

 

My sami to wszystko wymyślamy

Nie znaczy to jednak, że o koncepcji podziemnego zgazowania węgla w Polsce już się nie mówi.
Przeciwnie, w lipcu bieżącego roku ogłoszono – przedstawiając to już jako własny PiS-owski projekt – że naukowcy z Polski, Czech, Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii wspólnie zbadają potencjał pozyskiwania metanu z pokładów węgla, z zamiarem późniejszego podziemnego zgazowania tego surowca w złożu.
Tak więc, wkrótce z „publicznych” rządowych mediów zapewne się dowiemy, że za sprawą rozwijania innowacyjnych technologii przez rząd PiS, w Polsce rozpoczną się próby podziemnego zgazowania węgla – i że nasz kraj, dzięki obecnemu światłemu kierownictwu, staje na czele technologicznych przemian w europejskiej energetyce.
O tym, że koncepcję podziemnego zgazowania węgla opracowano i przetestowano już za sprawą poprzedników PiS, nie będzie oczywiście ani słowa.

Resort sprawiedliwości nie wie co mówi

Szefowie resortu sprawiedliwości oświadczyli, że najwyższa kara jaką otrzymało w Polsce przedsiębiorstwo wyniosła tylko 12 tys zł – i reklamują pomysł zaostrzenia sankcji wobec firm. Tyle, że to bujda, bo w rzeczywistości, najwyższa kara jaką wymierzono przedsiębiorstwu wyniosła ponad 92 mln zł.

W ramach rządowego programu wspierania przedsiębiorczości, Ministerstwo Sprawiedliwości przygotowało projekt ustawy, umożliwiającej skuteczne pociągnięcie do odpowiedzialności karnej firm, które np. spowodowały skażenie środowiska lub w inny sposób zaszkodziły swemu otoczeniu czy pracownikom.
Przewidziane są także dotkliwe kary finansowe dla korporacji, jeśli te ukrywają istotne usterki swych wyrobów. Nowe przepisy będą mieć charakter powszechny, ale przede wszystkim są wymierzone w duże, zagraniczne koncerny.
– Państwo jest po to, by strzec interesów obywateli. Wielkie korporacje nie mogą traktować Polski jak kraju Trzeciego Świata czy republiki bananowej – podkreślił 25 maja br. Zbigniew Ziobro, Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny.

Zbiorowo do odpowiedzialności

I właśnie po to, by lepiej były strzeżone interesy obywateli, zagrożone, zdaniem ministra, przez nieuczciwe działania przedsiębiorców, Ministerstwo Sprawiedliwości stworzyło regulacje, które pozwolą na skuteczne pociąganie do odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych.
Ważne, że dzięki tym przepisom, do wytoczenia sprawy nieuczciwej firmie wystarczy samo prokuratorskie ustalenie, że doszło w niej do popełnienia przestępstwa – bez określania komu konkretnie należy postawić zarzuty.
Kwestia osobistej odpowiedzialności karnej konkretnej osoby będzie rozstrzygana przez sąd niezależnie od postępowania w sprawie nałożenia kary finansowej na firmę. W miarę możliwości, w ramach jednego procesu, ale nie musi to być regułą.
Według ministerstwa, projekt nowej ustawy o odpowiedzialności podmiotów zbiorowych umożliwi wyciągnięcie surowych konsekwencji karnych za przestępstwa i powodowanie szkód.
Nowe regulacje mogą być niezłym narzędziem do zajęcia się takimi sprawami jak choćby wypadki, do których wciąż dochodzi w państwowych kopalniach węgla kamiennego – niejednokrotnie z powodu zaniedbań personelu kierowniczego i nieudolności nadzoru administracyjnego.
Zdaniem Ministerstwa Sprawiedliwości, istotną nowością jest to, że zlikwidowany zostanie wymóg uprzedniego prawomocnego skazania osoby fizycznej, jako warunku odpowiedzialności podmiotu zbiorowego (np. ministerstwa czy przedsiębiorstwa).
W sprawach odpowiedzialności podmiotów zbiorowych prowadzone będzie normalne postępowanie przygotowawcze, podobne do stosowanego przy skazywaniu osób fizycznych. Co do zasady ma ono przebiegać łącznie z postępowaniem przeciwko osobie podejrzanej o przestępstwo.

Do 50 milionów złotych kary

Projekt ustawy o odpowiedzialności karnej podmiotów zbiorowych przewiduje, że firmy będzie można pociągać do odpowiedzialności i nakładać na nie wysokie kary finansowe, sięgające 30 mln zł. W szczególnych przypadkach, kary nałożone na firmy mogłyby sięgać 50 mln zł.
Jak twierdzą szefowie resortu sprawiedliwości, dziś sprawy gospodarcze trwają długo, a w tym czasie nieuczciwe przedsiębiorstwa przekształcają się, dzielą i usuwają niewygodne dokumenty, co utrudnia ich karanie. Teraz sprawy mają toczyć się szybciej – choć kierownictwo ministerstwa nie poinformowało, w jaki sposób zostanie to osiągnięte.
Wprowadzenie odpowiedzialności osób prawnych za popełnione przestępstwa, bez konieczności zidentyfikowania osoby fizycznej, która jest sprawcą czynu zabronionego, nie zostało oczywiście wymyślone w Polsce. Jest ono przewidziane również w zaleceniu Komitetu Ministrów Rady Europy, a także w paru dokumentach Rady Europy, w tym w konwencji o praniu, ujawnianiu, zajmowaniu i konfiskacie dochodów pochodzących z przestępstwa.
Przygotowane przez Ministerstwo Sprawiedliwości regulacje mają być kalką rozwiązań służących zwalczaniu przestępczości gospodarczej, stosowanych w takich krajach Unii Europejskiej, jak Francja, Holandia, Dania i Włochy.
Projekt przeszedł już uzgodnienia wewnątrzresortowe w Ministerstwie Sprawiedliwości. Wkrótce zostanie przekazany do uzgodnień międzyresortowych i konsultacji społecznych. Resort uspokaja jednak, że uczciwi przedsiębiorcy nie powinni się obawiać.

Rzekome pretensje do Polski

Ministerstwo Sprawiedliwości podkreśla, że utrudnienia w pociąganiu do odpowiedzialności podmiotów zbiorowych w Polsce, wywoływały krytyczną reakcję instytucji międzynarodowych. Według resortu, grupa robocza Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) ds. Przekupstwa w Międzynarodowych Transakcjach Handlowych wielokrotnie jakoby wyrażała zaniepokojenie, że przedsiębiorstwo wykazujące brak przychodów lub niskie przychody nie podlega w naszym kraju karze pieniężnej – albo kara ta jest bardzo niska, niezależnie od posiadanych przez przedsiębiorstwo aktywów.
„Ta sama organizacja podnosiła też wobec Polski zarzut, iż sytuacja, w której niektóre osoby prawne unikają odpowiedzialności przez to jedynie, że sprawca będący osobą fizyczną umrze, nie zostanie wykryty lub ujęty i w konsekwencji nie jest możliwe jego osądzenie, stanowi lukę w wypełnianiu międzynarodowych zobowiązań antykorupcyjnych. W związku z tym Grupa stale wskazuje na potrzebę wyeliminowania wymogu prawomocnego skazania osoby fizycznej jako warunku wstępnego odpowiedzialności podmiotu zbiorowego” – stwierdza oficjalny komunikat Ministerstwa Sprawiedliwości.
Do tych enuncjacji resortu trzeba jednak podchodzić z dużą ostrożnością, gdyż wiele wskazuje na to, iż Ministerstwo Sprawiedliwości oszczędnie gospodaruje prawdą lub w najlepszym razie, wykazuje się zdumiewającym brakiem wiedzy o dziedzinie, którą usiłuje się zajmować.

Resort za daleki od prawdy

Przykładem niekompetencji czy też nierzetelności władz ministerstwa może być oświadczenie jednego z wiceministrów resortu sprawiedliwości, który ogłosił, że obecnie najwyższa możliwa kara, którą można nałożyć na firmę wynosi 5 mln zł i nie została nigdy orzeczona. Najwyższa, orzeczona w Polsce kara dla firmy wynosiła, według wiceministra, 12 tys. zł i została wymierzona tylko jeden raz.
To oczywiście nieprawda. Warto wyjaśnić szefom resortu sprawiedliwości, że najwyższa kara wymierzona przedsiębiorstwu w Polsce wynosiła dokładnie 92.491.343,06 zł i została orzeczona przez sąd apelacyjny wobec Grupy Ożarów S.A. – zresztą całkiem niedawno, bo 27 marca bieżącego roku. W tym samym postępowaniu karę 69.443.992,20 zł sąd apelacyjny wymierzył firmie Cemex Polska Sp. z o.o. Z łatwością można by też znaleźć wiele nieco niższych wyroków sądowych, ale także wielomilionowych.
Kierownictwu Ministerstwa Sprawiedliwości należałoby zaś zalecić, aby postarało się uzyskać nieco większą wiedzę na temat dziedziny, którą zamierza regulować – i wykazało choćby minimum staranności w zapoznawaniu się z orzecznictwem sądów, nad którymi ponoć sprawuje nadzór. W swoim propagandowym zapale nie należy zapominać o rzetelności, która szczególnie przystoi właśnie urzędowi mającemu sprawiedliwość w nazwie.