Ironia nader głęboko ukryta

Jeden z Czytelników przysłał do redaktora naczelnego dziennika Trybuna swoją polemikę, dotyczącą artykułu Andrzeja Leszyka. Publikujemy zatem list Czytelnika – oraz komentarz autora artykułu.

Redaktorze Kochany,
piszę z „interwencją”. W numerze DT z poniedziałku – wtorku 2 – 3 sierpnia ze zdumieniem wczytałem się w tekst Andrzeja Leszyka „PiS przyjmie bardziej liberalny kurs?”. Doświadczony dziennikarz, z wieloma pożytecznymi tekstami na koncie – ale tu przydarzył mu się wypadek przy pracy (i poniekąd całej redakcji, skoro to przepuściliście na zasadzie zaufania do autora). W pierwszej chwili myślałem – po kilku akapitach – że to majstersztyk ironii, ale nie – autor z najwyższą powagą rozwodzi się nad rzekomo pożytecznym zwrotem PiS w stronę wolności akademickiej. Widać, że zupełnie nie zna albo przynajmniej nie przemyślał dzisiejszych realiów akademickich. Narracja taka jak w starym porzekadle „naiwny jak bezpartyjny”.
Tylko w końcówce przebija przebłysk poczucia rzeczywistości, gdy wspomina o tym, że tak naprawdę wiadomy projekt ekipy Czarnka to pretekst do ograniczenia wolności akademickiej. Ale autor pisze o tym tylko w tym kontekście, że rektorom miałoby by być odebrane prawo do zawieszenia pracownika uczelni w toku postępowania dyscyplinarnego. Przenikliwość połowiczna, bo te wynikające z Gowinowej „Konstytucji dla Nauki” prerogatywy rektorów równie dobrze mogą służyć samowoli uczelnianych rządców (ustawa Gowina zredukowała samorządność społeczności akademickich na rzecz samowładztwa rektorów!); więc podważenie ich nie jest po prostu tożsame z zamachem na autonomię uczelni, wolność badań i wypowiedzi wykładowców itd.
Natomiast rzecz w czym innym: każdy, kto orientuje się w dzisiejszej atmosferze i sytuacji na uczelniach wie (chyba poza autorem artykułu?), że ta akcja „obrony wolności akademickiej” i „przywrócenia zachwianej równowagi” to nic innego jak przewrotna urzędowa, odgórna protekcja dla oszołomów i pseudouczonych domagających się swobody głoszenia swoich obsesji, nobilitacji zabobonów i popisów ignorancji pod szyldem „konferencji naukowych” i „debat akademickich”.
Celem jest uwolnienie od odpowiedzialności za wypowiedzi dyskryminacyjne, prymitywną i agresywną propagandę, demagogiczne formy „krytyki” i „polemiki” elementarnie sprzeczne z rygorami kompetencji naukowej i etyki naukowej. Za rasizm, antysemityzm, szowinizm narodowy, mizogynizm, demonstracyjne obrażanie ludzi inaczej myślących nie wolno będzie wszcząć postępowania dyscyplinarnego. I oto chodzi przede wszystkim. Pod hasłem – pretekstem „przeciwstawienia się ofensywie i dyktaturze lewactwa” resort ma objąć ochroną ekstremistów spod znaku religianctwa i klerykalizmu. Aż się prosi o to, by uświadomić tę istotę rzeczy czytelnikom, jak i autorowi niefortunnego, niedość przemyślanego tekstu.
Serdecznie pozdrawiam
Mirek

Do drogiego Czytelnika
Pański list wprawdzie nie jest do mnie, ale poniekąd o mnie, więc pozwolę sobie na próbę odniesienia się do do niego. Rzeczywiście, redakcja Trybuny nie wykazała rewolucyjnej czujności i – jak to na szczęście ma we zwyczaju – nie zastosowała cenzury wewnętrznej. Dzięki temu mogą m.in. przychodzić do nas interesujące listy, choćby takie jak niniejszy.
Inkryminowany artykuł był naturalnie ironią (a przynajmniej miał nią być w – zapewne nieudolnym – zamyśle autora). Pierwsze wrażenie p. Mirka było zatem prawidłowe, jednak autor, jak widać, nie sprostał wymogom ironizowania. Trzeba więc wyjaśnić, co ów autor miał na myśli. A miał on zamiar napisania artykułu przewrotnego, jakby pasującego do listu Czytelnika, który słusznie zauważył, że „ta akcja „obrony wolności akademickiej” i „przywrócenia zachwianej równowagi” to nic innego jak przewrotna urzędowa, odgórna protekcja dla oszołomów i pseudouczonych”. Niestety, wyglądać może na to, iż w moim artykule niezbyt udała się ta przewrotność…
Oczywiste jest, że ustawa, o której pisałem, mająca w nazwie troskę o wolność na uczelniach, w rzeczywistości tę wolność ogranicza – bo taki jest jej cel, zainicjowany przez decydentów z PiS i po to została uchwalona. Czyli, charakter ustawy jest dokładnie taki, jak opisał to p. Mirek pod koniec swego listu. Ja zaś świadomie przedstawiłem ustawę tak, jakbym brał za dobrą monetę jej zapisy – mając przy okazji nadzieję, że w ten sposób zdenerwuję tych, którzy tak jak prominenci PiS uważają, że wyższe uczelnie należy brać za mordę, nie zaś rozszerzać im wolność.
Sygnałem mówiącym o rzeczywistym charakterze tego artykułu (na co zapewne p. Mirek nie zwrócił uwagi) była na przykład wyrażana przez autora radość, że pod rządami nowej ustawy rozszerzającej wolność na uczelniach, będzie można bez żadnych przeszkód głosić, że stworzenie świata i człowieka przez Boga to bzdura, a księga która to opisuje jest kłamliwym nonsensem. Albo moje zadowolenie, że władza godzi się aby decyzje w sprawie postępowań dyscyplinarnych przeciw nauczycielom akademickim podlegały kontroli sądu – co jest ważne biorąc pod uwagę obecne dyscyplinarki wobec sędziów i prokuratorów, także pragnących rozszerzenia wolności (fakt, w ustawie jest zapis o poddaniu dyscyplinarek kontroli sądu, ale w rzeczywistości chodzi w nim nie o wolność, lecz o to, by ograniczyć prawo rektorów do wszczynania postępowań dyscyplinarnych wobec pseudonauczycieli, będących, jak słusznie zauważył p. Mirek oszołomami i głosicielami obsesji).
Albo wreszcie, przypomnienie losów Berii w kontekście poczynań przywódców Prawa i Sprawiedliwości oraz wyrażony przeze mnie – w zamyśle też przewrotny – niepokój, czy liderzy PiS biorący się za „rozszerzanie wolności”, nie skończą jak właśnie Beria, który po śmierci Stalina również chciał rozszerzać wolność i został zlikwidowany przez swych towarzyszy.
Reasumując: ten artykuł miał mieć taki charakter, jak na przykład mój inny tekst, w którym cieszyłem się ze zbliżenia Prawa i Sprawiedliwości z Rosją (mając na względzie, że liderzy PiS przedstawiają ją swemu elektoratowi jako wroga numer jeden) – i podawałem na to różne przykłady, jak choćby wzrost importu rosyjskiego węgla pod rządami PiS, czy podobne spojrzenie obu stron na demokrację. Rozumiem jednak, że należy chyba pisać bardziej w stylu: kawa na ławę, bo to lepiej trafi do niektórych Czytelników…
Pozdrawiam serdecznie
Andrzej Leszyk

„Zły sierżant” w rasistowskim systemie

50 lat – tyle zajęło brytyjskiemu systemowi sprawiedliwości przyznanie, że ludzie skazani na kary więzienia na podstawie kłamstw skorumpowanego policjanta – byli niewinni. Trzej czarnoskórzy Brytyjczycy, którzy w 1972 roku zostali oskarżeni o „próbę obrabowania” londyńskiego policjanta i skazani na kary więzienia, zostali teraz ostatecznie oczyszczeni z zarzutów i przeproszeni przez policję a ich wyroki unieważnione.

Courtney Harriot, Paul Green and Cleveland Davidson oraz ich trzech kolegów, których przez lata nazywano „Szóstką ze Stockwell (Stockwell Six)” mieli w 1972 roku od 17 do 20 lat. Aresztowano ich w pociągu metra w pobliżu londyńskiej stacji Stockwell. Do oskarżenia i postawienia ich przed sądem wystarczyło zeznanie jednego policjanta, sierżanta Dereka Ridgewella z policji transportowej, byłego funkcjonariusza policji rasistowskiego reżimu białych w Rodezji.
W Wielkiej Brytanii początku lat 70-tych czarnoskóry młodzieniec mógł zostać zatrzymany przez policję praktycznie bez powodu a nawet najbardziej absurdalne i wyssane z palca uzasadnienie zatrzymania na ogół zadowalało policyjnych szefów. W 1972 roku grupa sześciu przyjaciół w wieku 17-22 lat jechała metrem na sobotnią imprezę do miasta. Na londyńskiej stacji Oval zostali zatrzymani przez grupę tajniaków. Co oczywiste, tym co zwróciło uwagę policjantów był ich kolor skóry. Choć nic złego nie zrobili, zostali skuci kajdankami i aresztowani pod zarzutem ataku na policjanta i próby obrabowania go.
Wśród policjantów był sierżant Derek Ridgewell. Ridgewell, jako świadek oskarżenia, zeznawał później przed sądem, że został zaczepiony przez grupę chłopaków w pociągu pomiędzy stacjami Stockwell i Oval. Twierdził, że jeden z nich, Courtney Harriot, wyjął nóż i kazał Ridgewellowi oddać portfel. Wtedy rzekomo Ridgewell zdołał wytrącić z ręki nóż napastnikowi, do wagonu wkroczyli inni policjanci w cywilu i doszło do aresztowania całej grupy.
Przed sądem chłopcy nie przyznali się do stawianych im zarzutów. Mówili, że policjanci kłamią, że w czasie przesłuchania używali przemocy, grozili im i zachowywali się agresywnie. Przekonywali też, że do spotkania z policjantami nie doszło w pociągu ale na stacji Oval. Ponieważ świadkami byli biali policjanci a oskarżonymi Czarni, sąd bez wahania dał wiarę policjantom a Czarnych skazał na kary więzienia.
W marcu 1972 roku w Londynie doszło do innej, podobnej sytuacji. Na wspomnianej stacji Oval, policja zatrzymała czterech czarnoskórych chłopaków za kradzież torebek i atak na policjanta. Młodzi trafili do aresztu a po pięciu tygodniach sąd skazał ich na kary więzienia. Jak zeznali po latach, policjanci wywieźli ich do odległego komisariatu i zmusili do przyznania się do rzeczy, których nie zrobili. Świadkiem oskarżenia i funkcjonariuszem, który dokonał aresztowania był także sierżant Derek Ridgewell. I także teraz sąd nie miał wątpliwości, że wiarę należy dać wersji przedstawionej przez białego policjanta. Nagłówki prawicowych gadzinówek krzyczały: „Gang nożowników zrabował gospodyni pieniądze na zakupy”.
Takich sytuacji było więcej, aż do czasu, gdy wokół zatrzymań zaczęły narastać wątpliwości. W 1973 roku w pobliżu stacji Tottenham Court Road w centrum Londynu doszło do kolejnego aresztowania Czarnych. Tutaj znowu bohaterem akcji był sierżant Ridgewell, który znowu oskarżył chłopaków o atak na policjanta i próbę rabunku. Aresztowanymi okazali się jednak dwaj jezuici, studenci uniwersytetu w Oksford. Tu sprawa nabrała innego wymiaru, więc tym razem sąd już nie dał wiary w oskarżenia sierżanta i uniewinnił dwóch czarnych Jezuitów. Sprawa skończyła się całkowitą kompromitacją policji i dla policyjnych władz powinno być już wtedy jasne, że z zatrzymaniami dokonywanymi przez Ridgewella jest coś nie tak, że należałoby przyjrzeć się ponownie innym sprawom w które sierżant był zamieszany. Zamiast tego, Ridgewella przeniesiono do innego zespołu, zajmującego się kradzieżą worków pocztowych.
Tymczasem sprawa aresztowań Czarnych i niesprawiedliwe wyroki zainteresowały media i aktywistów. W 1973 roku dziennikarze programu Nationwide w BBC przeprowadzili dziennikarskie śledztwo w sprawie „Szóstki ze Stockwell”. Udowodnili, że wersja przedstawiona przez policję jest niewiarygodna i wiele faktów wysuwanych przez oskarżycieli nie pokrywa się z prawdą. Aktywiści w Londynie zaczęli organizować pikiety. W sprawie Czwórki z Oval powstał specjalny komitet solidarności o nazwie „Oval 4 Defence Committee”, który zbierał składki na pomoc prawną i drukował plakaty i ulotki w obronie uwięzionych. Jeden z takich plakatów zatytułowany „Porwani (Kindapped)” głosił między innymi: „Wiele słyszymy o prawie i porządku, ale nic o sprawiedliwości”.
Tymczasem kariera policyjna sierżanta Ridgewella nabierała rozpędu, przynajmniej w sensie finansowym. W nowym zespole powołanym do walki z kradzieżą worków pocztowych sierżant nawiązał współpracę z grupą kryminalistów i dzielił z nimi zyski na pół. Worki pocztowe zawierały między innymi wypłaty dla pracowników, pieniądze na emerytury i zasiłki. Dopiero po kilku latach wyszło na jaw, że Ridgewell zgromadził z tej działalności równowartość dzisiejszych 4 milionów Funtów. Pieniądze lokował na szwajcarskim koncie i zainwestował w nieruchomości.
Ridgewell został w końcu aresztowany za kradzieże worków pocztowych i skazany na siedem lat więzienia. Zmarł w więzieniu po dwóch latach na zawał serca. Ale w czasie trwania jego kryminalnej działalności, ofiarą sierżanta padały nie tylko worki z pieniędzmi ale też przypadkowi ludzie, których wrabiał w te kradzieże. Część z tych ludzi trafiła do więzienia wyłącznie na podstawie oskarżenia ze strony Ridgewella i nie doczekała się sprawiedliwości aż do teraz.
W grudniu 2019 i marcu 2020 roku, czyli po czterdziestu ośmiu latach, wyroki „Czwórki z Oval” zostały cofnięte a sąd apelacyjny przyznał, że od początku byli niewinni i wrobiono ich w ten czyn. W 1972 roku wszyscy poszli do więzienia na podstawie kłamstw sierżanta Ridgewella.
Dopiero po pięciu dekadach, trzech z pośród sześciu skazanych w sprawie „Szóstki ze Stockwell” zostało oczyszczonych z zarzutów. Do pozostałych trzech nie udało się dotrzeć.
Dzisiejszy szef policji transportowej Adrian Hanstock przeprosił za całą sprawę i powiedział: „to bardzo smutne, że przestępcze działania tego zdyskredytowanego, byłego funkcjonariusza naszej formacji (…) doprowadziły do tych błędnych oskarżeń. Przepraszam w pełni za nieszczęście, niedolę i wpływ jaki to niewątpliwie miało na tych, którzy zostali błędnie oskarżeni. Rozumiemy, że nic nigdy nie zrekompensuje czasu jaki spędzili oni w więzieniu ani długotrwałych skutków jakie na nich to odcisnęło”. W połowie lipca tego roku przed budynkiem sądu, Cleveland Davidson, jeden z niesprawiedliwie skazanych, mówił, że ten wyrok zrujnował mu całe życie. „Ridgewell był skorumpowanym, zepsutym i złym policjantem. Nie wiemy jak wielu innych ludzi wrobił” – mówił.
Nawet po aresztowaniu i skazaniu Ridgewella, ani policja ani Home Office (brytyjskie MSW) nie zdecydowały się na zbadanie spraw w które zaangażowany był sierżant, choć jasne było już wtedy, że jego wątpliwa wiarygodność nie mogła być podstawą do skazania kogoś na więzienie. Gdyby podjęto takie próby, ofiary kłamstw Ridgewella szybciej by doczekały sprawiedliwości. Tymczasem zajęło to brytyjskiemu systemowi sprawiedliwości 50 lat.
W całej sprawie nie chodzi wyłącznie o „złego sierżanta”, jako wyjątku wśród uczciwych policjantów. W tej sprawie jak w soczewce skupiła się niesprawiedliwość rasistowskiego systemu, w którym kolor skóry przesądza o tym, czy na ulicy można się czuć bezpiecznym i szanowanym przez policję, czy może aresztowanym, oskarżonym o jakieś przestępstwo bez wiarygodnych dowodów oraz szansy na skuteczną obronę i wtrąconym do więzienia. Sądy bezkrytycznie dawały wiarę wersji policjanta i bez wahania skazywały na więzienie niewinne osoby. Ludzie ci żyli przez kilkadziesiąt lat z piętnem niesprawiedliwego wyroku za czyn, z którym nie mieli nic wspólnego. Sędziowie i cały wymiar sprawiedliwości ponoszą winę za tę sytuację na równi z przestępcą Ridgewellem.

Riposta Rashforda na rasistowski hejt

Po porażce Anglii po serii rzutów karnych z Włochami w finale Euro 2020/21, na trzech młodych angielskich piłkarzy, którzy nie wykorzystali swoich „jedenastek”, spadła fala hejtu. Marcus Rashford postanowił stawić jej opór.

Rashford wszedł na boisko na kilkadziesiąt sekund przed zakończeniem dogrywki, bo trener Gareth Southgate wyznaczył go do piątki graczy, którzy mieli egzekwować „jedenastki”. Swoją próbę zmarnował, podobnie jak Jadon Sancho i Bukayo Saka i w efekcie reprezentacja Anglii przegrała z Włochami w konkursie rzutów karnych 2:3 i nie zdobyła mistrzostwa Europy. Po meczu doszło do skandalicznych incydentów z udziałem angielskich kibiców, m.in. zdewastowano w Manchesterze mural z podobizną Rashforda. Piłkarz musiał też zmagać się, podobnie jak Saka i Sancho, z falą rasistowskiego hejtu, na który odpowiedziałtak:
„Nawet nie wiem, od czego zacząć i nawet nie wiem, jak ująć w słowa to, co czuję w tym momencie. Zawsze czułem się pewnie przy karnych, ale teraz coś było nie w porządku. No i skończyło się nie tak, jak chciałem. Czuję, że zawiodłem kolegów. Czuję, że zawiodłem wszystkich. Dla mnie karne zawsze były przyjemne. Nawet obudzony w środku nocy mogę podejść do jedenastki. Ale dlaczego ten nie wyszedł? Nie ma słów, które opiszą to, co teraz czuję. Finał. 55 lat. Jeden karny. Historia. Jedyne, co mogę powiedzieć, to przepraszam. Cały ten turniej był jednym z najlepszych okresów w moim życiu. Zbudowaliśmy w grupie braterstwo, które jest nie do złamania. Przez cały dzień mogę znosić krytykę za swój występ i zły karny, który powinienem trafić, ale nigdy nie będę przepraszał za to, kim jestem i skąd pochodzę. Noszenie trzech lwów na piersi i widok mojej rodziny dopingującej mnie w tłumie, dało mi niesamowitą dumę. Marzyłem o takich dniach jak ten, ale na widok reakcji w Withington byłem na granicy łez. Jestem Marcus Rashford. Mam 23 lata i jestem czarnym mężczyzną z Withington i Wythenshawe, w południowym Manchesterze. Jeśli nie mam nic innego, mam to” – napisał piłkarz.

Sto lat temu w Oklahomie

Tulsa to drugie co do wielkości miasto w Stanie Oklahoma. W ciągu osiemnastu godzin 31maja – 1 czerwca 1921 stało się ono widownią krwawej masakry dokonanej przez rozjuszony tłum białych mieszkańców na ich czarnych współobywatelach.

Biden pojawił się w Tulsie jako pierwszy prezydent upamiętniający tragiczne wydarzenia-jak dotychczas – wstydliwie przemilczane.
Dzięki wysiłkom Oklahoma Historical Society zgromadzone zostały liczne informacje o tym , co się stało sto lat temu.
Na początku 1921 roku Tulsa była nowoczesnym i dobrze prosperującym miastem liczącym ponad sto tysięcy mieszkańców. Około dziesięć tysięcy stanowiła ludność afro-amerykańska mieszkająca w dzielnicy Greenwood District. Wychodziły tam dwie gazety. Funkcjonowała filia biblioteki miejskiej. Przy ulicy Black Wall Street znajdowały się przedsiębiorstwa i sklepy cieszące się powodzeniem. Wśród ich właścicieli byli posiadacze samochodów zwracający uwagę otoczenia eleganckimi garniturami.
W społeczeństwie narastało napięcie związane z powstaniem i ilościowym wzrostem tzw. drugiego Ku-Klux-Klanu, którego członkowie byli zwolennikami uproszczonego, zbrodniczego sposobu wymierzania sprawiedliwości. Bywało , że osoba oskarżona o dokonanie morderstwa nie stawała przed sądem, lecz była wyprowadzana przez uzbrojony tłum i linczowana. Z drugiej strony wśród mieszkańców Greenwood District byli weterani z czasów I Wojny Światowej, którzy sądzili , że linczowaniu należy się czynnie przeciwstawić.
Czarnoskóry 19-letni pucybut Dick Roland wchodząc do windy nadepnął na stopę obsługującej windę 17-letniej Sarah Page. Biała dziewczyna krzyknęła z bólu. Incydent ten opisała Tulsa Tribune jako usiłowanie gwałtu. Gazeta wzywała do zlinczowania Rolanda. Został on aresztowany przez policję. Następnego dnia od rana areszt otoczyły setki białych mężczyzn domagających się wydania im pucybuta. W dwie godziny później 25 uzbrojonych weteranów zaproponowało szeryfowi ochronę aresztu. Szeryf nie zgodził się i weterani powrócili do Greenwood District. Grupa rozwścieczonych białych mężczyzn usiłowała włamać się do magazynu broni Gwardii Narodowej. Zostali powstrzymani przez miejscowych strażników. Po godzinie w Greenwood pojawiła się informacja, że biali szturmują gmach sądu. Tym razem 75 osobowa grupa weteranów przyszła z propozycją ochrony tego gmachu. Zostali odesłani do domu. W drodze powrotnej biały mężczyzna usiłował rozbroić weterana. Padły strzały. Po godzinie tłum białych wściekłych z powodu niemożności zlinczowania Rolanda zaatakował obsługę linii kolejowej, która to obsługa zdołała ich powstrzymać. Wkrótce budynki znajdujące się na obrzeżu Greenwood District zostały podpalone. Policja udostępniała broń i zachęcała do „zrobienia porządku z czarnuchami”. Gwardia Narodowa otoczyła dzielnice w których mieszkała biała ludność. W dzielnicach tych pracowała czarnoskóra służba. Uzbrojone bandy rasistów chodziły od domu do domu domagając się wydania im służących, które ich zdanie powinny być w areszcie. Kiedy biali gospodarze nie zgadzali się na to – narażali się na obelgi, pobicie i dewastację mieszkań. Setki białych mężczyzn wtargnęły do Greenwood District paląc, rabując i strzelając. Używano karabinów maszynowych. Nad dzielnicą pojawiały się prywatne samoloty z których strzelano i wyrzucano szmaty nasycone płynami łatwopalnymi.
Znany i ceniony w tej dzielnicy chirurg A.C. Jackson poddał się grupie uzbrojonych napastników, po czy został rozstrzelany. Liczba ofiar śmiertelnych oceniana była na 50 do 300. Ustalenie dokładnej liczby nie było możliwe gdyż wiele ofiar wrzucono do pośpiesznie wykopanych dołów, które nie wszystkie został wykryte. Spłonęło ponad tysiąc domów i budynków gospodarczych. Niektóre z nich wkrótce odbudowano. Jednakże zimę 1921-1922 tysiące ludzi spędziło w namiotach.
Za morderstwa i podpalenia nikt z białych nie został ukarany.
Dick Roland został przez sąd oczyszczony z zarzutów i uniewinniony.

Dr Andrzej Wilk jest honorowym obywatelem Stanu Oklahoma

Murzyn musi odejść?

O Murzyna kłócę się z córka od przynajmniej piętnastu lat. Wtedy to postanowiła, że będzie zbawiać ten świat.

Aby zbawienie było pełne, ruszyła zmieniać go, gdzie zmiany powinny być najszybsze. Do Afryki. Spędziła kilka lat w Tanzanii i Ghanie pracując wolontariacko w ośrodkach dla dzieci niepełnosprawnych i dzieci odrzuconych przez rodziców.

Przy okazji odwiedziła przynajmniej dziesięć innych państw afrykańskich. Nauczył się tam języka suahili, a także twi i akan. A przede wszystkim afrykańskiego stylu życia. Bo poznając Ghanę, Tanzanię mieszka tam jak Afrykanka .

Nie była białą panienką „obruni”. Chronioną klimatyzowanym, dezynfekowanym apartamentem albo podziwiającą uroki kontynentu w luksusowych resortach. Zza przyciemnionych szyb komfortowych terenowców.

Dzięki niej żyłem tam podobnie. Ponad miesiąc mieszkałem tam w domach bez elektrycznej klimatyzacji, podróżowałem busikami TroTro . Takimi tamtejszymi „marszrutkami”. Żywiąc się przeważnie w ulicznych jadłodajniach.

I wtedy też o Murzyna spierałem się z córką. O pożegnanie z nim, wyrzucenie słowa „Murzyn” z języka polskiego.

Bo według córki, i etymologii też niestety, polskie określenie czarnoskórego wywodzi się ze staropolskiego słowa „murzyć”. Czyli brudzić, plamić.

Ale ja uważałem, że to nie tylko ten brud. Że nawet to słowo może mieć różne, także pozytywne znaczenia.

Czas mijał i dodawał argumentów córce. Pamiętacie reakcję Dyrektora Rydzyka, ojca chrzestnego mafijnego układu w polskim kościele kat.? On to widząc czarnoskórego księdza katolickiego podczas spotkania na częstochowskiej Jasnej Górze, swojsko zażartował. Zapytał ciemnoskórego dlaczego się nie umył?

Dlaczego jest taki „umorzony”?

Pomimo tego, dalej spierałem się o wyrzucenie słowa „Murzyn” . Ściślej, ze współczesnego polskiego języka. Nie wymażemy przecież „Murzyna” z naszej kultury. Nie zastąpimy „Murzynka Bambo” poprawnym obecnie „Afrykańczykiem Bambo”. Tradycyjnego ciasta „murzynkiem” zwanego, „afrykańskim”. Warszawskiej kamienicy Pod Murzynkiem”, i podobnej w Gdańsku, domami „Pod Afrykańczykiem”. Nie zastąpimy „Murzyn zrobił swoje – Murzyn może odejść” poprawnie brzmiącymi „ Afrykańczyk zrobił ”.

Bo jeśli kiedyś ów „Murzyn zrobił swoje”, to może i wtedy można było go gdzieś odesłać. Dzisiaj nie da się już zmarginalizować Afryki i roli Afrykańczyków w naszym codziennym życiu.

Pustka Pustyni i Puszczy

Mój spór o „Murzyna” powrócił właśnie przy okazji sporu o zasadność utrzymania powieści „W pustyni i w puszczy” Henryka Sienkiewicza w kanonie lektur szkolnych. Poseł Lewicy Maciej Gdula przypomniał, że jest to powieść rasistowska. Nie pasująca do kanonów współczesności. Recz jasna od razu odpowiedzieli narodowo- katoliccy ministrowie edukacji. W wojennym tonie zadeklarowali, że nie wykreślą dzieła naszego Noblisty i klasyki polskiego patriotyzmu „na którym wychowały się miliony polskich patriotów”.

I historycznie mieli swe racje. Bo Staś Tarkowski odmawiający Mahdiemu wyrzeczenia się katolickiej wiary, czyli wtedy polskości, był w czasie zaborów pożądanym wzorcem osobowy dla polskiej młodzieży. Dodatkowo krzepił uciśnione polskie serca. Jako ten „Polak potrafi”. Reprezentant uciśnionego narodu ze wschodniej Europy, niesłusznie pozbawionego i zasługującego na własne państwo, który ratuje z opresji reprezentującą zachodnią cywilizacje Nell przed licznymi afrykańskimi dzikusami.

Nieokrzesanymi, ale poczciwymi, nadającymi się do ucywilizowania Murzynami. I szczególnie podłymi, okrutnymi islamskimi Arabami. Bez szans na reedukację.

Mea Mea, mea culpa

Dziś dzielni Polacy mają już swe państwo. Dzisiaj katolicka wiara nie jest już synonimem polskości. Ala młodych Polaków bardziej narzuconej, obyczajowej okupacji. Totalnego, mentalnego obciachu.

Dzisiaj młodzi czytelnicy zwracają uwagę na inne akcenty. Zauważają, że podarowana Nell, jak piesek czy kotek, młoda Murzynka nie jest pytana o swoje zdanie, o swoje imię nawet . Bo jej imię jej nowa pani nada jej jak swemu pieskowi czy papużce. Żywej zabawce.

Ponieważ nadanie imienia wiązało się wtedy również z ochrzczeniem dzikuski, czyli przyjęciem jej do najwyższej ówczesnej cywilizacji. to rezolutny Staś Tarkowski zaproponował odwołanie się do łaciny. Tak kiedyś popularnej w Polsce sarmackiej.

Dzięki temu młoda Afrykanka zostaje nazwana pięknym imieniem „Mea”. Co po łacinie znaczy „Moja”. Tak ceremonie chrztu i przejścia afrykańskiej dziewczyny do cywilizacji białego Zachodu staje się też przejściem do unormowanego stanu niewolnictwa. Czy takich wartości „cywilizacji białego człowieka” chce bronić pan minister Czarnek

Powieść „ W pustyni i w puszczy” ,i wiele innych Henryka Sienkiewicza, krzepiło patriotyczne serce podczas zaborów. Wtedy ich rasizm mieściła się w ówczesnych normach cywilizacyjnych i politycznych. Nie raził, podobnie jak słowo „Murzynek” w pogodnym wierszyku Juliana Tuwima.

Dzisiaj tezy o prymacie wyższości cywilizacji białego człowieka nad innymi są fałszywe i głupie. Dla miliardów ludzi na naszym globie chamskie i obraźliwe. Dzisiaj Afrykańczycy zdobywają nie tylko medale olimpijskie, także Nagrody Nobla. Są w dzisiejszym, zglobalizowanym świecie naszymi szefami, kooperantami, klientami, szwagrami. Braćmi we wspólnych wiarach.

Dzisiaj problemem Polski jest niewolnictwo umysłowe rządzących. Elit PiS tkwiących mentalnie i kulturowo w XIX wieku. Przeciwstawiających współczesnej globalizacji swoją wersję Sarmacji. Powrotu do utopii lat minionych. Wyidealizowanych i w rzeczywistości niebyłych.

A słowo „Murzyn” już wystarczająco zrobiło w naszej polskiej mowie. Może zatem odejść.

Kogo obraża Murzyn?

Niedawna śmierć Grzegorza Walińskiego, wybitnego afrykanisty, wieloletniego ambasadora w Nigerii, a w ostatnich tygodniach obserwatora wyborów w Republice Środkowoafrykańskiej, skłania do pochylenia się nad statusem osób czarnoskórych w Polsce, w tym także nazw, określeń, synonimów – dotyczących ich karnacji i pochodzenia– w języku polskim. Ostatnia dyrektywa Rady Języka Polskiego odradza używania słowa „Murzyn”, szczególnie w sferze publicznej.

Zalecenie RJP wywołało kontrowersje, a w kręgach raczej prawicowych nawet oburzenie. Czy faktycznie słowo murzyn, (tak, można je też pisać małą literą), obraża? Wciąż jeszcze wiele osób mainstreamu używa go z lubością, przekonując, że jest słowem o znaczeniu neutralnym.

Słownik Języka Polskiego podaje jako jego pierwszą definicję:
1. Człowiek anonimowo wykonujący pracę za kogoś (czytaj dający się wykorzystywać).

Mamy też wiele innych powiedzeń związanych z murzynami:
– robić za murzyna
– sto lat za Murzynami
– śmierdzi jak w murzyńskiej chacie
–ciemno jak u Murzyna w dupie..

Często ludzie używający słowa Murzyn (tu wielką literą, jako określenie człowieka czarnoskórego) twierdzą, że nie robią niczego złego, ponieważ w ich intencji nie leży obrażanie kogokolwiek. Powołują się nawet na niewinny w ich przekonaniu wierszyk „Murzynek Bambo”.

A gdyby tak spróbować tę dziecięcą rymowankę trochę zmienić?

Polska językoznawczyni profesorka Katarzyna Kłosowska zaproponowała eksperyment myślowy, by głównego bohatera przekształcić np. na Polaczka Brajanka, uciekającego przed mamą, która goni go z kakao; on sam zaś obawia się sczernienia po wypiciu napoju. Nadal sympatyczny wierszyk dla pierwszoklasistów? Być może, ale Brajanek jest już w naszej świadomości dzieckiem z jakimś defektem umysłowym.

Wracając do słowa Murzyn, chyba najlepiej do tzw. intencji nadawcy komunikatu odniosła się pewna dziewczyna o afrykańskich korzeniach, w swej internetowej relacji; gdy ktoś jej powiedział, że przecież ,,to” słowo nie obraża, nastolatka dziarsko skwitowała – ja chyba lepiej wiem, co mnie obraża.

Dobrze spuentował takie dywagacje Piotr Jastrzębski, felietonista i reporter, również na łamach „Dziennika Trybuna” relacjonujący ostanie wybory w Republice Środkowoafrykańskiej, stwierdzając, że kiedy ktoś mówi: nie jestem rasistą, ale,.. to można tę wypowiedź skrócić usuwając partykułę ,,nie” i spójnik „ale”, a treść komunikatu pozostałaby ta sama.

Język nieustannie podlega ewolucji, niejednokrotnie służącej uwzględnianiu osób wykluczonych. Ta jakościowa zmiana inkluzywnie włącza (tworzy bezpieczną przestrzeń), dla osób będących do tej pory, na pewnym marginesie. Język ma potężną moc już dawno rozpracowali to kognitywiści – jak mówimy, tak myślimy, nie tylko Wittgenstein pojął, że granice naszego języka, są granicami naszego świata. Inaczej konotuje Murzyn, a inaczej osoba o ciemnym kolorze skóry.

Oczywiście zawsze mogą pojawić się głosy – hola, hola a ekonomia językowa? Po co mam się wysilać, skoro mogę użyć jednego słowa na M i po kłopocie? Niby tak, wszak kiedyś dziecko (osobę) z zespołem Downa (obecnie częściej używane – trisomią) nazywano krótko – mongoł, (dziś to słowo obrażałoby również osoby narodowości mongolskiej), a wyrazy: kaleka i ułomny, a nawet debil funkcjonowały również w książkach medycznych. Znaczenie odgrywa tu także pewna wrażliwość, empatia – czy naprawdę te dwie sylaby więcej w słowach: czarnoskóry czy Afropolak nas tak strudzą?

Mówiąc: osoba o ciemnym kolorze skóry – skupiamy się, przede wszystkim, na osobie (podmiocie), a nie na cechach go określających. Dlatego także słowo niepełnosprawny wychodzi z użytku, zastępowane zwrotem osoba z niepełnosprawnościami. Czy to się rodakom podoba czy nie, coraz więcej osób różnej narodowości będzie przyjeżdżać do Polski, tego trendu nie zatrzymają nawet panowie z celtykami, leżący Rejtanem na granicy, a „różnobarwnych” dzieci rodzić się będzie coraz więcej. Za 50 lat mówiąc ,,ten Murzyn” naprawdę nie będzie wiadomo, o kogo chodzi, liczba ciemnoskórych osób znacząco wzrośnie.

Pracujmy nad swoim językiem: nauczycielki nad językiem dzieci (celowo użyłam damskiej końcówki, w oświacie stanowimy znaczącą większość), aby (niech zabrzmi to górnolotnie) łączyć, nie dzielić społeczeństwo.

Nagła dymisja szefa FA

Prezydent angielskiej federacji piłkarskiej Greg Clarke zrezygnował ze stanowiska po tym, jak w parlamencie nazwał czarnoskórych zawodników „kolorowymi piłkarzami”. 63-letni działacz jest także wiceprezydent FIFA.

Jego obowiązki tymczasowo przejął Peter McCormick, a zarząd związku w najbliższych dniach rozpocznie proces wyboru nowego sternika angielskiego futbolu. „Te słowa są nie do zaakceptowania, były krzywdzące i nigdy nie powinny były paść. Są ze szkodą nie tylko dla tych osób, ale i dla całego futbolu – tych, co oglądają piłkę nożną, w nią grają, sędziują i zarządzają nią. Jeszcze raz przepraszam. Uważam, że moja dymisja jest jedynym właściwym rozwiązaniem” – napisał w pożegnalnym oświadczeniu Clarke.
To nie jedyne obraźliwe słowa, jakie padły z ust byłego już prezesa The Football Association. Wcześniej podpadł opinii publicznej w Wielkiej Brytanii wypowiadanymi podczas posiedzeń parlamentarnych niepochlebnymi wypowiedziami o osobach homoseksualnych czy kobietach uprawiających piłkę nożną. Przepraszał za nie niechętnie i zazwyczaj dopiero pod naciskiem innych deputowanych.

Ja, Jacob Blake

Kenosha, niespełna 100-tysięczne miasto w stanie Wisconsin, znane było dotąd jedynie z produkcji samochodów oraz jako miejsce urodzenia Orsona Wellesa i Marka Ruffalo, gwiazdora filmów z serii „Avengers”. Od kilku dni o tym, co stało się w Kenosha, donoszą wszystkie światowe media, a ulice amerykańskich miast znowu zapłonęły. Fala oburzenia po zamordowaniu George’a Floyda opadła, wznosi się kolejna bo, jak widać, nic się nie zmieniło.

Zdarzenie, do którego doszło o 17.00 w niedzielę 23 sierpnia, zostało zarejestrowane przez świadka, mieszkańca sąsiedniego domu, a film udostępniony w Internecie. Widać na nim czarnoskórego mężczyznę idącego do samochodu. Za nim, z wymierzoną w niego bronią, podążają dwaj policjanci. Mężczyzna podchodzi do samochodu od strony kierowcy. Policjant chwyta jego podkoszulek od tyłu i siedmiokrotnie strzela w plecy.
Gazeta ,,Kenosha News” podała, że mężczyzna próbował wcześniej rozdzielić bójkę pomiędzy dwiema kobietami. Laquisha Booker, partnerka Blake’a, ujawniła, że podczas zdarzenia ona i trójka ich dzieci znajdowali się w samochodzie.
Postrzelony został przewieziony do szpitala w Milwaukee. Żyje, ale po operacji jest w nadal stanie ciężkim, sparaliżowany od pasa w dół. Pociski uszkodziły m.in. jego rdzeń kręgowy, płuco i biodro.
29-letni Jacob Blake wychował się w niedalekim Evanston, w sąsiednim stanie Illinois. Jego rodzina ma długą historię aktywizmu społecznego. Dziadek Blake’a, także Jacob, był pastorem i lokalnym przywódcą ruchu na rzecz praw obywatelskich. Działał na rzecz tanich mieszkań i poprowadził swoją kongregację do wybudowania bloku mieszkalnego. Sam Blake zgłosił się niedawno jako wolontariusz do organizacji charytatywnej Black Urban Recycling, która zbiera aluminiowe puszki i przetwarza je, aby zebrać środki na centrum czarnej społeczności w Chicago.
Gubernator Wisconsin, Demokrata Tony Evers już w niedzielę wydał oświadczenie potępiające strzelanie do Blake’a. „Choć nie mamy jeszcze wszystkich szczegółów, to wiemy na pewno, że nie jest on pierwszym czarnym człowiekiem lub osobą, która została zastrzelona lub ranna, lub bezlitośnie zabita z rąk osób z organów ścigania w naszym stanie lub kraju” – przyznał. Zapowiedział podjęcie kroków mających wyjaśnić okoliczności zajścia. Po gwałtownych zamieszkach wprowadził w całym stanie stan wyjątkowy i wezwał na pomoc Gwardię Narodową.
Tymczasem w nocy z wtorku na środę na płonących ulicach Kenosha grasował 17-letni Kyle Rittenhouse z Antioch, ze śmiercionośnym karabinem półautomatycznym AR-15 w rękach. Jedną z ofiar trafił w brzuch, drugą w głowę. Zamordowane osoby to 26-latek z Silver Lake i 36-latek z Kenosha, zaś ranny w zajściu mężczyzna to 26-latek z West Allis.
Można założyć, że w tak ekstremalnej i jednoznacznej sytuacji amerykańska policja z pewnością użyje broni. Wszyscy zrozumieją, że było to konieczne, nikt nie będzie miał do niej o to żadnych pretensji. Morderca został jednak bez nadmiernej przemocy zatrzymany i znajduje się obecnie w ośrodku karnym dla młodocianych przestępców.
Zaskakujące? Wcale nie. Po prostu był biały.
Tylko tyle.

Rasizm wraca na stadiony

Po spowodowanej epidemią wielotygodniowej przerwie w rozgrywkach piłkarskich z udziałem kibiców na stadiony powróciły rasistowskie hasła i transparenty. Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ odnotowało kolejne zajścia z udziałem pseudokibiców, którzy manifestują poparcie dla Janusza Walusia. To polski emigrant, który za rasistowskie zabójstwo odbywa karę dożywotniego więzienia w Republice Południowej Afryki.

Podczas meczu Ekstraklasy Lechia Gdańsk – Legia Warszawa (15 lipca) gdańscy pseudokibice po raz kolejny bez konsekwencji eksponowali transparent z podobizną Walusia oraz hasłem ‘Nic cię nie złamie, nie jesteś sam!’. W związku z kolejnym przypadkiem manifestowania treści rasistowskich żadnych działań dyscyplinarnych względem klubu nie podjęły krajowe władze piłkarskie. Od konkretnej reakcji uchyliły się także władze miasta (od którego Lechia otrzymuje finansowe wsparcie i wynajmuje obiekt).

W 1993 roku Waluś zamordował Chrisa Haniego, czarnoskórego polityka i działacza społecznego, który walczył o zniesienie systemu segregacji rasowej w RPA. Sprawca zamachu był członkiem rasistowskich organizacji. Skazano go na karę śmierci, zamienioną następnie na dożywocie (w 1995 r. w RPA zniesiono karę śmierci). To zorganizowane przez skrajną prawicę zabójstwo miało na celu zatrzymanie negocjacji kończących apartheid i wywołanie wojny domowej. Na liście przyszłych potencjalnych ofiar Walusia znajdował się też Nelson Mandela.

– ‘To zadziwiające, że na polskich stadionach pseudokibice zupełnie bezkarnie wyrażają poparcie dla rasistowskiego zabójcy. Okrzyki i flagi na cześć Walusia pojawiają się na trybunach od kilku lat’ – komentują przedstawiciele Stowarzyszenia ‘NIGDY WIĘCEJ’. – ‘Po krótkiej przerwie letniej rozgrywki zostaną wznowione 22 sierpnia. Miejmy nadzieję, że będzie inaczej’.

Działacze Stowarzyszenia zauważają, że w przeciwieństwie do wielu klubów sportowych na całym świecie, polskie kluby nie wsparły międzynarodowej antyrasistowskiej akcji Black Lives Matter. Wyjątkiem był trzecioligowy klub Polonia Środa Wielkopolska. Jego zawodnicy przyklękli na murawie i uczcili w ten sposób pamięć George’a Floyda, czarnoskórego Amerykanina zabitego przez policjanta. Pod krótką relacją opublikowaną 5 czerwca na profilu Polonii na Twitterze, wraz ze zdjęciem piłkarzy i zaproszeniem do udziału w tej akcji także innych klubów, znalazły się niemal wyłącznie negatywne i wulgarne komentarze, m.in.: ‘Jeb…ijcie się w łeb’, ‘Widzę, że ładnie Was bambry pojeb…ło’, ‘Proszę odznaczyć Legię i nie mieszać w te patologie!’, ‘Lecha Poznań nawet nie próbujcie włączać do tej chorej akcji’, ‘Idźcie całować buty murzynom’, ‘Jesteście pierd…lnięci. Życzę wam żeby wam murzyni zrobili z dup jesień średniowiecza!!’, ‘Ja pierd…le moje miasto się tak zbłaźniło’, ‘Wstyd dla całej Środy Wielkopolskiej i jej mieszkańców’.

‘NIGDY WIĘCEJ’ od połowy lat dziewięćdziesiątych prowadzi kampanię społeczną ‘Wykopmy Rasizm ze Stadionów’. Jej pomysłodawcą był śp. Marcin Kornak (1968-2014), wieloletni prezes stowarzyszenia. Kampania ma na celu przeciwdziałanie rasizmowi i dyskryminacji na stadionach. Jej istotną część stanowi prowadzenie monitoringu treści rasistowskich, a także informowanie o nich opinii publicznej.

W ostatnich latach i miesiącach Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ odnotowało wiele flag wywieszanych podczas meczów, na których widniały wyrazy uznania dla Janusza Walusia. Wywieszali je m.in. pseudokibice Rakowa Częstochowa, Chełmianki Chełm, Pogoni Szczecin i Legii Warszawa. Do prawdziwego skandalu doszło 21 marca 2019 w trakcie meczu eliminacyjnego do Mistrzostw Europy rozgrywanego w Wiedniu pomiędzy reprezentacjami Austrii i Polski. Pseudokibice klubu Wisła Płock (dawniej: Petrochemia) eksponowali tam transparent z hasłem ‘Wolność dla Janusza Walusia’ i fotografią zabójcy. Mecz był rozgrywany w Międzynarodowym Dniu Walki z Dyskryminacją Rasową, ustanowionym przez ONZ dla upamiętnienia ofiar rasistowskiego sytemu apartheidu w RPA.

W Polsce zwolennicy skrajnego nacjonalizmu publicznie popierają Walusia również przy okazji wydarzeń niezwiązanych ze sportem, na przykład demonstracji ulicznych. 1 marca 2020 roku w Bydgoszczy odbył się marsz upamiętniający tzw. ‘żołnierzy wyklętych’, którego uczestnicy nieśli transparent z hasłami ‘Janusz Waluś. Ostatni żołnierz wyklęty’ oraz ‘Śmierć wrogom ojczyzny’ (slogan nawołujący do przemocy motywowanej ideologicznie). Na czele tego marszu szedł radny miejski Jerzy Mickuś, członek zarządu Stowarzyszenia Piłkarskiego Zawisza.

Także podczas manifestacji zorganizowanej 18 lipca tego roku w Katowicach jej uczestnicy, m.in. przedstawiciele Obozu Narodowo-Radykalnego, wykrzykiwali ‘Naszym wzorem Janusz Waluś’, a ponadto ‘Śmierć wrogom ojczyzny’ i ‘Obalimy demokrację’. Eksponowali też transparenty o treści ‘It is ok to stay white’ (Dobrze jest być białym) i ‘Front oczyszczenia narodowego’ wraz z krzyżem celtyckim – znakiem rasistowskim. Manifestanci nieśli też flagę z nazistowskim symbolem tzw. czarnego słońca.

Popularność postaci Walusia przejawia się też w gadżetach sprzedawanych w internecie. Na przykład na portalu ogłoszeniowym OLX oferowane są kibicowskie naklejki z nazwiskiem zabójcy oraz pochwalnym sloganem na jego cześć. OLX to serwis należący do południowoafrykańskiej grupy medialno-technologicznej Naspers. Koncern ten przed laty aktywnie wspierał propagandę na rzecz utrzymania apartheidu i przyczyniał się do usprawiedliwiania aktów rasistowskiej przemocy ze strony państwa. Aukcje z gadżetami pochwalającymi Walusia są za to (dzięki interwencji Stowarzyszenia ‘NIGDY WIĘCEJ’) usuwane z platformy Allegro, której właścicielem w przeszłości również był Naspers.

16 marca 2020 roku minister sprawiedliwości RPA Ronald Lamola podtrzymał decyzję swojego poprzednika i odmówił warunkowego zwolnienia Walusia z więzienia. Waluś nigdy nie wyraził pełnej skruchy z powodu czynu, który popełnił.

O przedterminowe zwolnienie Walusia zabiegali polscy parlamentarzyści powiązani z ugrupowaniami skrajnie nacjonalistycznymi. W maju 2016 roku poseł Robert Winnicki (były lider Młodzieży Wszechpolskiej, prezes Ruchu Narodowego, obecnie poseł Konfederacji) skierował do ministra spraw zagranicznych pismo, w którym domagał się, aby rząd RP podjął ‘stosowne kroki, by wynegocjować niezwłoczne uwolnienie Janusza Walusia’, a także sprowadzić go do Polski. Miesiąc później podobne żądania o interwencję w sprawie Walusia skierowali do ministra sprawiedliwości także inni posłowie związani wówczas z ruchem Kukiz’15: Tomasz Rzymkowski, Bartosz Józwiak i Sylwester Chruszcz.