Muzyka przeciwko rasizmowi

Jak mówią przyjaciele Marcina Kornaka, właśnie w ten sposób pragną złożyć hołd jego przesłaniu.

Marcin Kornak (ur. 1968 – zm. 2014) zainicjował akcje „Muzyka Przeciwko Rasizmowi” i „Wykopmy Rasizm ze Stadionów”. Jako redaktor naczelny magazynu „NIGDY WIĘCEJ” prowadził monitoring przestępstw i incydentów na tle rasistowskim i neofaszystowskim pt. „Brunatna Księga”. Publikacja ta stała się podstawowym źródłem informacji na temat skali takich zdarzeń w Polsce, a także przyczyniła się do uwzględnienia tego problemu w debacie publicznej. Za swoją działalność społeczną Marcin Kornak został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Otrzymał też tytuł „Człowieka bez Barier” przyznawany przez Stowarzyszenie Przyjaciół Integracji (po wypadku w 15. roku życia był osobą niepełnosprawną ruchowo).
Na płycie (EP) pod tytułem „Wiem, że dobrze idę” znalazły się zadedykowane Marcinowi Kornakowi utwory dwóch zespołów zaangażowanych w działania antyrasistowskie Stowarzyszenia „NIGDY WIĘCEJ”: Qulturki z Piły oraz Skowytu z Warszawy. Ich teksty podejmują problematykę ksenofobii, przemocy i ulegania ideologiom nacjonalistycznym.
Wokalistka Qulturki Joanna Naranowicz wspomina w wywiadzie udzielonym z okazji wydania płyty: „«M.K.» to jest piosenka w pełni poświęcona Marcinowi. Tekst powstał w dniu, w którym dowiedzieliśmy się, że Marcin nie żyje. To był bardzo ciężki dzień”. Słowa jednej ze strof tego utworu brzmią: „Dałeś drogowskazy / Nimi się kieruję / Choć czasem po grudzie / Choć czasem pod górę / Już się nie zatrzymam / Bo dałeś mi siłę / Chociaż już bez Ciebie / Wiem, że dobrze idę”.
Liderka Qulturki mówi też o społecznym oddziaływaniu kampanii „Muzyka Przeciwko Rasizmowi”: „Okazało się, że muzyka może być taką siłą, ludzie będą się jednoczyć bez nienawiści. Dzięki słuchaniu muzyki będą pozytywni. Będę starać się tłumaczyć innym, że rasizm, nietolerancja – to jest bez sensu, to nie jest ta droga. Przecież wszyscy jesteśmy ludźmi i każdy z nas jest inny”.
Także gitarzysta Skowytu, Arkadiusz „Aretzky” Ślesicki, zwraca uwagę na szczególny kontekst, w jakim powstała jedna z piosenek znajdujących się na EP-ce: „«Tylko na tyle cię stać» to utwór antyrasistowski. Swego czasu zaprzyjaźniłem się z Marcinem Kornakiem, prezesem Stowarzyszenia NIGDY WIĘCEJ. Marcina już nie ma z nami, ale ten numer zadedykowany jest właśnie jemu” (wypowiedź cytowana w 21. numerze magazynu „NIGDY WIĘCEJ”).
Z kolei tytuł drugiego (instrumentalnego) utworu Skowytu, czyli „Muzyka Przeciwko Rasizmowi”, wprost nawiązuje do kampanii prowadzonej od wielu lat przez „NIGDY WIĘCEJ”. Jak stwierdza autor kompozycji Janek Zasztowt: „Z hasłem «Muzyka przeciwko rasizmowi» utożsamiam się od zawsze” (wypowiedź na łamach magazynu „Perkusista”).
Marcin Kornak, który był również poetą, autorem tekstów utworów muzycznych i współtwórcą sceny niezależnej w Polsce, zainicjował kampanię „Muzyka Przeciwko Rasizmowi” w 1996 r. Do akcji prowadzonej przez Stowarzyszenie „NIGDY WIĘCEJ” przyłączyli się wykonawcy reprezentujący rozmaite nurty i style muzyczne, by wspólnie wyrazić sprzeciw wobec podszytej ksenofobią agresji. Stowarzyszenie wydało serię płyt składankowych pod hasłem „Muzyka Przeciwko Rasizmowi”, wśród nich kompilacje z muzyką hip-hopową, elektroniczną, metalową oraz reggae. Pod szyldem akcji odbyło się jak dotąd ponad 1400 koncertów i festiwali, a ponad 300 wykonawców zamieściło na swoich albumach jej logo – charakterystyczną otwartą biało-czarną dłoń, będącą symbolem takich wartości jak pokój, przyjaźń i różnorodność.
Autorem okładki płyty „Wiem, że dobrze idę” jest Witold Popiel, absolwent warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych. Płytę wydano we współpracy z firmą Jimmy Jazz Records ze Szczecina, specjalizującą się w promocji muzyki alternatywnej. Wydawnictwo ma charakter pamiątkowy i nie jest przeznaczone do sprzedaży komercyjnej.
Qulturka to punkrockowy zespół, który został założony w 1995 r. w Pile. Od wielu lat prowadzi antyrasistowskie działania we współpracy ze Stowarzyszeniem „NIGDY WIĘCEJ”. W 2010 r. w ramach akcji „Muzyka Przeciwko Rasizmowi” ukazała się płyta zespołu pt. „Biały, żółty, czerwony, czarny”.
Skowyt wydał debiutancki album pt. „Achtung, Polen!” (2011 r.) pod patronatem kampanii „Muzyka Przeciwko Rasizmowi”. Nazwa zespołu nawiązuje do głośnego poematu Allena Ginsberga z 1956 r., który zawierał krytykę dehumanizującego konformizmu i zapoczątkował awangardowy ruch literacko-kulturowy znany jako Beat Generation.
Stowarzyszenie „NIGDY WIĘCEJ” jest powstałą w 1996 roku niezależną, apolityczną organizacją, która monitoruje incydenty na tle ksenofobicznym. Prowadzi kampanie społeczne, m.in. „Muzyka Przeciwko Rasizmowi” i „Wykopmy Rasizm ze Stadionów”.‎ Od wielu lat współpracuje z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy w ramach akcji edukacyjnych prowadzonych w trakcie festiwalu Przystanek Woodstock.

Faszyzm zbrodnią, nie opinią

Dość rasizmu i faszyzmu! Ten okrzyk zabrzmiał dziś na ulicach kilku polskich miast – gdzie odbywają się 16 marca z uwagi na Międzynarodowy Dzień Walki z Rasizmem. Kilkadziesiąt godzin po zamachu na meczety w Nowej Zelandii hasło zabrzmiało wyjątkowo aktualnie.
– Jesteśmy tu, by wyrazić swój sprzeciw, sprzeciw wobec tego, co się dzieje na całym świecie, sprzeciw wobec poniżania ludzi – takich, którzy mają jeszcze trudniej, uchodźców, imigrantów, tych, którym tak naprawdę najtrudniej odnaleźć się w nowym państwie, a podlegają dodatkowej presji ze strony rasistów – tak Filip Ilkowski z Pracowniczej Demokracji tłumaczył cel zgromadzenia, które ruszyło w Warszawie pod pomnikiem Mikołaja Kopernika. Oprócz tej lewicowej organizacji wśród organizatorów przemarszu były partia Razem, Ruch Sprawiedliwości Społecznej, Zieloni, Inicjatywa Dom Otwarty czy Stowarzyszenie Wygra Warszawa, wszyscy zrzeszeni w koalicji Zjednoczeni Przeciw Rasizmowi. Na ich apel z Krakowskiego Przedmieścia pod Sejm przeszło kilkaset osób.
Zebrani sprzeciwiali się przyzwalaniu na funkcjonowanie faszystowskich i faszyzujących stowarzyszeń – w Polsce i innych państwach liberalnej demokracji. „Faszyzm zbrodnią, nie opinią”, „Solidarność naszą bronią, a rasiści niech się gonią” – skandowali. Uczcili pamięć zamordowanych w Nowej Zelandii muzułmanów, paląc znicze przed ambasadą tego państwa. Filip Ilkowski podkreślił, że atak na meczety nie był neutralną politycznie, bandycką strzelaniną, ale efektem umacniania się postaw ksenofobicznych i islamofobicznych, cynicznie nakręcanych przez prawicowych polityków. Warto przypomnieć, że w czasie, gdy uczestnicy demonstracji solidaryzowali się z bliskimi zabitych, na polskich nacjonalistycznych facebookowych profilach w najlepsze wychwalano mordercę z Christchurch i zachęcano do lektury jego manifestu.
– Polska być może nie jest Nową Zelandią, ale wiemy, że w Polsce nienawiść jest ogromna. Jeżeli nie uda nam się jej powstrzymać, to nie wiemy do czego może ona doprowadzić! – takie słowa z kolei padły na analogicznej demonstracji w Poznaniu. Tam na wezwanie partii Razem oraz partii Wiosna, Grupy Stonewall, Fundacji Republika Różnorodności, Poznania Wolnego od Nienawiści i Otwartej Rzeczypospolitej zgromadziło się ok. 200 osób.
Na koniec marszu demonstrujący w Warszawie symbolicznie rozerwali przed ambasadą USA transparent w formie muru, pokazując, że nie godzą się na politykę odgradzania się i budowania murów lansowaną przez Donalda Trumpa. W Krakowie kilkudziesięcioosobowy pochód otwierał transparent z napisem „Każda inna, wszystkie równe” i postaciami o różnym kolorze skóry i pochodzeniu. W Szczecinie, oprócz wielkiego hasła „Dość rasizmu i faszyzmu”, uczestnicy przynieśli na protest plansze przypominające o atakach na tle ksenofobicznym i rasistowskim, jakie miały miejsce w Polsce.

Eskalacja zbrodni

Od czasu, gdy Donald Trump został prezydentem Stanów Zjednoczonych, poziom przestępczości na tle nienawiści rasowej, narodowościowej i religijnej nieustannie rośnie. To nie tylko spektakularne zamachy, ale przede wszystkim codzienne napaści i pogróżki.

 

Głośnych w ostatnich latach aktów terroru z udziałem białych suprematystów w USA nie należy traktować jako przypadków izolowanych od innych przemian społecznych. Najnowszy raport FBI dowodzi, że Ameryka jest zalewana falą przestępstw z nienawiści, która wzbiera cały czas od momentu objęcia funkcji prezydenta przez Donalda Trumpa.

W latach 2013-2015 liczba przestępstw z nienawiści na terenie Stanów Zjednoczonych oscylowała wokół wartości 5500. Dzień po wyborze Trumpa na prezydenta, 9 listopada 2016 r., policja odnotowała wzrost liczby przestępstw na tle pochodzenia i tle rasowym z 10 (poprzedniego dnia) do 26 i rosła dalej przez kolejne 10 dni. Od tamtego czasu roczny poziom nienawistnej aktywności ciągle wzrasta, mimo że ogólny poziom przestępczości w USA nieznacznie spadł.

Tegoroczny raport FBI podaje, że liczba odnotowanych karalnych aktów nienawiści wyniosła w 2017 r. już 7106. Około 60 proc. spośród nich dotyczyło rasy lub pochodzenia osób poszkodowanych. Kolejne 20 proc. miało podłoże religijne. Wśród poszkodowanych znalazło się ponad 2000 Afroamerykanów i ponad 900 amerykańskich Żydów. W ponad 4000 przypadków ofiarom grożono śmiercią lub napaścią fizyczną, a w ponad 3000 – zniszczeniem mienia, w tym podpaleniami.

Wnioski FBI skomentowali przedstawiciele mniejszości etnicznych w Stanach Zjednoczonych. Maya Berry z Amerykańskiego Instytutu Arabskiego jednoznacznie obwinia obecny rząd: – To jasne, że administracja Trumpa w dużej mierze przestała przywiązywać wagę do urzędowego obowiązku walki z przemocą opartą na uprzedzeniach, a retoryka samego prezydenta w wielu przypadkach stanowiła wyraźny wkład w jej szerzenie”. Wyraziła poza tym przekonanie, że stosowany przez policję system zgłoszeń jest wadliwy i nie odpowiada rzeczywistym potrzebom ochrony mniejszości przez nienawiścią.

Spot do prokuratury

Adam Bodnar wystąpił do prokuratury o wszczęcie śledztwa dotyczącego spotu wyborczego PiS mającego „jednoznacznie antyuchodźczy i antymuzułmański charakter”. Rzecznik twierdzi, że spot spełnia przesłanki „nawoływania do nienawiści na tle rasowym”.

 

„W ocenie RPO film ten, zgodnie z zamierzeniem autorów, miał przedstawić społeczność migrantów, a przede wszystkim uchodźców pochodzących z krajów arabskich i wyznających religię muzułmańską w negatywnym świetle i zmierzał do wywołania u odbiorców lęku oraz niechęci wobec tej społeczności” – poinformował rzecznik na swojej stronie internetowej. Dlatego też „RPO wystąpił do Prokuratora Okręgowego w Warszawie o wszczęcie z urzędu postępowania w kierunku ustalenia, czy spot nie miał na celu wzbudzenia wśród odbiorców nienawiści lub innych silnych negatywnych emocji wobec migrantów, uchodźców, osób pochodzenia arabskiego i wyznawców islamu, a tym samym czy nie doszło do popełnienia przestępstwa publicznego nawoływania do nienawiści ze względu na pochodzenie narodowe, etniczne lub wyznanie”.
W swoim zawiadomieniu Bodnar podkreślił, że z roku na rok wzrasta liczba przestępstw motywowanych nienawiścią, w związku z tym przekaz zawarty w spocie wyborczym PiS jest szkodliwy i może spełniać przesłanki art. 256 par. 1 Kodeksu karnego („kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch”).
Jest już oczywiście reakcja rządzących. Beata Mazurek stwierdziła: – To już zaczyna być nudne, głównym zajęciem Rzecznika Praw Obywatelskich jest tylko walka z PiS. Zarzuty RPO są nieprawdziwe i mało poważne, spot PiS dotyczący uchodźców zawierał prawdę i mówił o planach PO w kwestii sprowadzenia imigrantów.

Barça karze za rasizm

Legendarny klub piłkarski zdecydował się ograniczyć funkcje reprezentacyjne pełnione przez słynnego Ronaldinho, byłego gracza Barçy. To kara za poparcie, jakiego Brazylijczyk udzielił Jairowi Bolsonaro w wyborach prezydenckich w swoim kraju. Rasizm, mizoginia i uwielbienie dla prawicowych dyktatur, z jakimi obnosi się Bolsonaro stoi w sprzeczności z wartościami, które chce reprezentować klub z Katalonii.

 

Katalońska gazeta Sport poinformowała we wtorek, że szefostwo FC Barcelona odcina się od Ronaldinho i Rivaldo, swoich byłych piłkarzy z Brazylii, którzy spędzili lata grając w barwach klubu z Camp Nou. Kierownictwo Barcelony oświadczyło, że poglądy Bolsonaro, z którym od jakiegoś czasu identyfikują się Ronaldinho i Rivaldo, są dla klubu “nie do zaakceptowania”. Barça stara się kreślić swój wizerunek jako klubu opierającego się na zasadach szeroko pojętej równości i szerzyć idee wzajemnego szacunku. Świadectwem tego było m.in. symboliczne wręczenie koszulki klubu młodej Palestynce Ahed Tamini, która stała się symbolem walki o sprawiedliwość dla swojego narodu pod izraelską okupacją.

Nie dziwi stosunek szefostwa Barcelony do Bolsonaro. Polityk ten, który przewodzi obecnie w sondażach poparcia dla kandydatów na urząd prezydenta Brazylii, od dawna budował swą karierę na nienawistnych wypowiedziach o kobietach, osobach nieheteronormatywnych, czarnoskórych obywatelach i lewicowych aktywistach. Reprezentuje on zupełnie inną, elitarystyczna wizję świata, opartą na podziałach i pogardzie.

28 października w Brazylii odbędą się wybory prezydenckie. Startujący w nich Bolsonaro chwalił dyktaturę wojskową, która władała krajem w przeszłości, o działaczach przeciwko dyskryminacji rasowej mówił, że “powinni wracać do zoo”, aktywistki praw kobiet nazwał “szmatami”, a o jednej ze swoich przeciwniczek politycznych powiedział, że nie zgwałciłby jej, bo “na to nie zasługuje”. Pozwolił sobie również na uwagę, że chłopcy stają się gejami, kiedy ojciec ich odpowiednio nie bije. Jego zwolennicy coraz częściej stosują otwartą przemoc wobec grup, nienawiść do których sieje ich idol: wobec działaczek kobiecych, osób homoseksualnych i aktywistów lewicowych.

Ronaldinho już od początku tego roku “trzymał” z Bolsonaro, regularnie dając do zrozumienia, że popiera go w wyścigu o prezydenturę. Zagadką pozostaje, jak słynny piłkarz, sam będąc osobą czarnoskórą, wychowaną w dzielnicy nędzy, może pałać polityczną sympatią do białego bogacza, przedstawiciela uprzywilejowanej elity.

Wydaje się, że o decyzji Barcelony przesądził wpis jej byłego piłkarza na facebooku, gdzie zdjęcie przedstawiające go w barwach Canarinhos opatrzył komentarzem “Dla lepszej Brazylii, chcę pokoju, bezpieczeństwa i kogoś, kto daje nam radość”. Uznano to za jednoznaczne poparcie dla polityki Bolsonaro i zawieszono udział Ronaldinho w imprezach klubowych.
Ronaldinho, grając w składzie Barçy zdobył puchar Ligi Mistrzów w 2006 r.

Po odejściu z klubu, do dziś pełnił pewne czynności reprezentacyjne, podobnie jak jego rodak Rivaldo. Po ogłoszeniu zawieszenia ich w tej funkcji, ich rola pozostaje niejasna.

 

Nierówni lekarze

„The Guardian” donosi o najnowszych badaniach różnic w zarobkach ze względu na pochodzenie lekarzy w Wielkiej Brytanii. NHS Digital, czyli urząd statystyczny funkcjonujący przy tamtejszej służbie zdrowia zebrał dane o 750 tysiącach pracowników. Okazuje się, że zarobki ciemnoskórych lekarzy są niższe od zarobków białych o 10 tys. funtów rocznie, zaś różnica pomiędzy zarobkami pielęgniarek to 2,7 tys. funtów.

 

Eksperci cytowani przez „Guardiana” podkreślają, że to badanie o największym zasięgu w historii brytyjskiej służby zdrowia. Jego wyniki dają do myślenia: okazuje się, że nie tylko lekarze, pielęgniarki i położne są dyskryminowane ze względu na kolor skóry. Np. menedżerowie szpitali i klinik również zarabiają mniej jeśli są czarnoskórzy: to różnica rzędu prawie 6 tys. funtów rocznie.
Poza tym częściej wobec nich wszczynane są postępowania dyscyplinarne. A jeśli już postępowanie faktycznie kończy się karą, to jest ona niestety surowsza. Czarnoskórzy pracownicy częściej również doświadczają innych form dyskryminacji – np. są częściej kontrolowani. Podobnie rzecz ma się z Hindusami oraz pracownikami arabskiego pochodzenia.

Chaand Nagpaul, szef Brytyjskiego Towarzystwa Medycznego skomentował nierówności: – Ciemnoskórzy lekarze nadal podlegają dyskryminacji, której nie wolno akceptować. To niebywałe, że w Wielkiej Brytanii, w XXI w. istnieje tak wielka przepaść między białymi i czarnymi lekarzami, chociaż, bez względu na pochodzenie, opiekują się pacjentami na tym samym poziomie. Nikogo te dane nie oburzają tak jak mnie – czarnoskórej kobiety, która całe życie przepracowała w brytyjskiej służbie zdrowia jako pielęgniarka – dodała Donna Kinnair, szefowa Królewskiego Instytutu Pielęgniarstwa.

Kto wygrał? Francja czy Afryka?

„Fala rasizmu w Polsce i we Włoszech po zwycięstwie Francji” – artykuł o takim tytule w L’Équipe – najpopularniejszym francuskim dzienniku sportowym , który ukazał się zaraz po zakończeniu rosyjskich mistrzostw świata w piłce nożnej mówił o powodzi pogardliwych epitetów, zalewającej portale społecznościowe w obu krajach. „Małpy z piłką”, „pierwsze zwycięstwo drużyny z Afryki”: na różnych poziomach komunikacji poniżano lub odbierano wygraną Francji, ze względu na kolor skóry i pochodzenie znacznej części graczy. Tymczasem odpowiedź na pytanie, kto wygrał, nie jest taka trudna.

 

W Afryce ładunek emocjonalny twierdzenia o „afrykańskiej drużynie Francji” był odwrotny, panowała raczej duma. Analitycy internetu i mediów odkryli zresztą, że pierwszym krajem na świecie, który użył tego określenia była Burkina Faso, gdzie idee panafrykańskie znajdują wielu zwolenników. Później w niemal wszystkich krajach byłej francuskiej Afryki zachodniej i centralnej prasa oraz internet prześcigały się w podkreślaniu, gdzie tkwią korzenie rodzin francuskich futbolistów. Nie zabrakło też pewnych pretensji, że „Francja wysysa z Afryki, co najlepsze”, ale nawet to, dość paradoksalnie, stanowiło jakby fragment kontynentalnej dumy, pomieszanej z fatalizmem.

We Francji sprawa miała swoją stronę cokolwiek anegdotyczną. Gdy po powrocie do Paryża gracze zostali zaproszeni do Pałacu Elizejskiego na spotkanie z prezydentem, francuski internet obiegły pamiątkowe zdjęcia drużyny z Macronem, na których, mówiono, widać wyraźnie, że czarni futboliści zostali przesunięci do tyłu, by reprezentacja wyglądała bardziej biało. Była to raczej kwestia szerokości ujęcia, ale stała się okazją do przypomnienia tzw. wybielania oddziałów w 1944 r. Jesienią tego roku gen. de Gaulle rozkazał, by francuskie oddziały kolonialne, składające się głównie z czarnych żołnierzy, zastąpić białymi Francuzami z lokalnego ruchu oporu. Chodziło o to, by do wyzwalanych francuskich miejscowości nie wchodzili Afrykanie, którzy o nie walczyli, lecz miejscowi, co miało lepiej wyglądać na zdjęciach. Praktycznie wyglądało to tak, że Afrykanie musieli po prostu oddawać białym swoje mundury, zanim zostali wysłani z powrotem do Afryki bez zaległego żołdu, który zmienił właścicieli wraz z mundurami.

 

Kolonializm w telewizji

Więcej międzynarodowego hałasu zrobiły interwencje rządu francuskiego. Gdy np. Trevor Noah, prowadzący w Stanach Zjednoczonych bardzo popularny program telewizyjny Daily Show, powiedział, że to „Afryka została mistrzem świata”, list protestacyjny wysłał doń ambasador Francji w USA Gérard Araud, by wyjaśniać, że mistrzem jest Francja. Ambasador podkreślił, że tylko dwóch z 23 graczy francuskiej kadry urodziło się za granicą i że „różnorodne pochodzenie reprezentantów odzwierciedla francuską różnorodność”. Tak się złożyło, że Noah nie jest Amerykaninem z urodzenia, pochodzi z RPA i dobrze zna Afrykę. Jego riposta składała się głównie z pytań.

„We Francji skrajna prawica zaprzeczała, że czarni gracze to Francuzi, a czarnoskórzy z całego świata świętowali fakt, że francuscy mistrzowie świata mają pochodzenie afrykańskie. To coś pozytywnego. Dlaczego nie mogliby być Afrykanami i Francuzami jednocześnie? Ambasador uważa, że aby być Francuzem, należy całkowicie zatrzeć swoje pochodzenie?” – pytał Noah i dodał, że „różnorodne pochodzenie reprezentantów” jest raczej odzwierciedleniem francuskiego kolonializmu, niż abstrakcyjnej „różnorodności”. „Wszyscy oni mają coś wspólnego. Można się zastanawiać, dlaczego ich rodziny zaczęły mówić po francusku?” – drążył Noah. To pytanie zostało bez odpowiedzi, więc, by rozstrzygnąć kto ostatecznie wygrał, należałoby przypomnieć kilka słabo znanych faktów.

 

Dlaczego po francusku?

We wszystkich krajach afrykańskich, które były francuskimi koloniami jeszcze w połowie ubiegłego wieku, po prostu naucza się francuszczyzny w szkołach. Powiedzmy, że trzy niepodległe kraje arabskie z północy kontynentu (Maroko, Algieria i Tunezja) to prawie sąsiedzi, więc to raczej logiczne, ale dlaczego powszechnie naucza się francuskiego w 14 innych krajach Afryki, często bardzo dalekich? To nie sentyment do kolonizatora, tylko obowiązek układowy. Kraje te stały się „niepodległe” pod pewnymi warunkami i zobowiązanie do nauczania francuskiego było jednym z nich.
Fala niepodległości krajów afrykańskich z lat 50. i 60. ubiegłego wieku jest zwykle rozumiana dosłownie, jako osiągnięcie niezależności polityczno-gospodarczej, jednak jeśli chodzi o owe 14 post-francuskich krajów, sprawy wyglądają inaczej. Na początku tej fali był kraj, który „niepodległość” rozumiał dosłownie. Była to Gwinea, w 1958 r., która odmówiła dalszego płacenia podatku kolonialnego (zapłaty za infrastrukturę). Ale wtedy Francuzi wynieśli się z kraju niszcząc wszystko, czego nie mogli zabrać ze sobą: szkoły, żłobki, budynki administracji publicznej, biblioteki, samochody, traktory, zabili konie i krowy, spalili zapasy żywności. Reszta krajów dobrze zrozumiała tę lekcję i grzecznie podpisała „układy o współpracy” z dawną metropolią.

 

Zmiana nazwy

Pierwszym warunkiem niepodległości dawnych kolonii francuskich było zachowanie kolonialnej waluty, franka CFA. Skrót ten oznaczał franka Kolonii Francuskich w Afryce, a potem dokładnie te same litery zaczęły oznaczać franka Wspólnoty Finansowej Afryki. Inaczej mówiąc, nowe niepodległe kraje nie miały (i nie mają) prawa do własnej waluty. Owszem, niektóre próbowały się pozbyć kolonialnego franka, ale wtedy natychmiast następowały zamachy stanu kierowane przez Paryż. Do dzisiaj więc są zobowiązane do oddawania 70 proc. swych rezerw walutowych do francuskiego banku centralnego, który na tym dobrze zarabia.

Kurs franka CFA jest na stałe podpięty pod euro, jak kiedyś pod franka francuskiego, co prowadzi kraje Afryki do wiecznego zadłużenia i pozwala Francuzom całkowicie kontrolować gospodarki dawnych kolonii. Wyprowadzanie zysków przez europejskie przedsiębiorstwa jest bajecznie łatwe. Oczywiście ten mechanizm bardzo utrudnia rozwój ubogich krajów Afryki, traktowanych ciągle jako zaplecze surowcowe. Przywódca Libii Muammar Kaddafi próbował zrzucić z Afryki „przekleństwo franka CFA”, ale wiadomo, jak to się skończyło.

Kiedyś prezydent Francji Jacques Chirac zdobył się na szczerość: „Musimy uczciwie powiedzieć, że duża część pieniędzy w naszych bankach pochodzi z eksploatacji kontynentu afrykańskiego”. To ok. 500 miliardów euro rocznie. Bardzo mała część tych pieniędzy wraca do Afryki jako „kredyty pomocowe”. Tak, czy inaczej, Afryka musi płacić.

 

Warunki „niepodległości”

Układy o „współpracy” krajów afrykańskich z dawnym imperium obejmują o wiele więcej niż kolonialną walutę, czy automatyczną konfiskatę rezerw walutowych. Francja ma na przykład zapewnione pierwszeństwo kupna wszelkich nowoodkrytych bogactw naturalnych. Francuskie przedsiębiorstwa mają też pierwszeństwo w dostępie do lokalnych rynków publicznych. Np. w Wybrzeżu Kości Słoniowej francuskie firmy posiadają dosłownie wszystkie usługi publiczne: dystrybucję wody, elektryczność, komunikację telefoniczną, transport, porty i większe banki.
Kto tego pilnuje? Oprócz układów o „współpracy” gospodarczej, każdy kraj, który miał być niepodległy, musiał podpisać układy o „wspólnej obronie”, które dają Francji prawo trzymania swych wojsk, gdzie chce i interweniowania zawsze, gdy jej interesy są zagrożone. Układy te przewidują też, że wyższymi oficerami afrykańskich armii mogą zostać jedynie wojskowi wykształceni we Francji. Dawna metropolia ma również wyłączność na zaopatrzenie Afrykanów w ekwipunek wojskowy. „Niepodległe” kraje mogą zawierać militarne sojusze tylko za zezwoleniem Paryża. W końcu są zobowiązane do pomocy Francji w sytuacji kryzysu światowego. Innymi słowy, w razie wielkiej wojny afrykańscy żołnierze znowu musieliby wyzwalać Francję, zupełnie jak w 1944 r.

 

Nienawiść rasowa

Francuskie rozdrażnienie po mistrzostwach dotknęło też Nicolasa Maduro, prezydenta Wenezueli. Zadeklarował on, że „drużyna Francji była podobna do ekipy Afryki. Tak naprawdę wygrała Afryka, afrykańscy imigranci, którzy przybyli do Francji (…). Afryka była tak pogardzana w czasie tego Mundialu, tymczasem Francja wygrała dzięki afrykańskim graczom i synom Afrykanów”, nie omieszkał też wytknąć Europie rasizmu. Szef centro-prawicowej partii UDI Jean-Christophe Lagarde zapowiedział wtedy złożenie skargi na Maduro w prokuraturze, żądając ścigania go za „propagowanie nienawiści rasowej”, a w radiu oświadczył, że należy nań „nasrać”.

14 na 23 francuskich graczy, którzy zdobyli mistrzostwo świata w Rosji, ma pochodzenie afrykańskie. Pascal Boniface, znany politolog zajmujący się m.in. geopolityką futbolu, uważa, że „afrykańska” drużyna Francji to reprezentacja dawnego imperium kolonialnego, które „zachowało ścisłe związki z byłymi koloniami”. „Jest odbiciem pewnej historii, a dzisiaj lustrem przedmieść”. W dniu celebracji mistrzostwa władze Paryża pozamykały skrajne stacje metra, by ograniczyć obecność młodzieży z przedmieść w tłumie świętującym na Polach Elizejskich.

Historyczny wybór

Czy Amerykanie doczekają się pierwszej w historii czarnoskórej pani gubernator? Wszystko zależy od wyników listopadowych wyborów lokalnych, w których o najwyższy urząd w stanie Georgia będzie ubiegała się Stacey Abrams.

 

Stacey Abrams to 44-letnia afro-amerykańska prawniczka i przedsiębiorczyni, która doświadczenie polityczne zdobywała w stanowej Izbie Reprezentantów. W ciągu dziesięciu lat udało jej się awansować od szeregowej radnej do pierwszej kobiety stojącej na czele lokalnych struktur partyjnych w Georgii. Wygrywając 22 maja prawybory w Partii Demokratycznej, uczyniła poważny krok, aby w listopadzie zostać pierwszą czarnoskórą gubernatorką w historii Stanów Zjednoczonych.

„Ubiegam się o urząd gubernatora Georgii ponieważ możemy zrobić więcej. Możemy uchronić naszych Marzycieli [Dreamers – dzieci nielegalnych imigrantów]. Możemy zbudować infrastrukturę, która połączy różne społeczności. Możemy cofnąć Campus Carry [prawo pozwalające na posiadanie broni na terenie uniwersytetu] i możemy wzmocnić naszą nadzieję. Możemy zbudować silniejszą Georgię, bardziej współczującą Georgię” – powiedziała Abrams podczas konwencji lokalnej Partii Demokratycznej.

W czasie swojej kampanii wyborczej, Abrams dała się poznać jako progresywna polityczka. Wprost mówiła o nierównościach społecznych, kwestiach rasowych czy pomocy dla imigrantów, również tych przebywających w USA nielegalnie. Swoje poparcie udzielili Abrams m.in. Bernie Sanders i Hillary Clinton.

Natomiast nadal nie wiadomo z kim Abrams zmierzy się w listopadowych wyborach. O nominację Partii Republikańskiej ubiega się sześciu kandydatów, jednak do tej pory żaden z nich nie jest zdobył większości głosów. Możliwe zatem, że nazwisko republikańskiego pretendenta do fotela gubernatora poznamy dopiero pod koniec lipca, podczas bezpośredniego głosowania.

Georgia zalicza się do tzw. „czerwonych stanów”, gdzie wszystkie najważniejsze wybory wygrywali dotychczas kandydaci Partii Republikańskiej. Jednak od kilku już lat zwycięstwa przychodzą prawicy coraz trudniej, a demokraci zdobywają poparcie nie tylko wśród czarnoskórej społeczności, stanowiącej jedną trzecią populacji stanu.

Potencjalny wybór Abrams na gubernatora będzie miał wymiar historyczny. Georgia to południowy stan, niegdyś członek Konfederacji, o czym w dalszym ciągu przypominają liczne pomniki gen. Roberta E. Lee i pozostałych przywódców zbuntowanego Południa. Chociaż oficjalnie segregacja rasowa należy już do przeszłości, napięcia między białymi i czarnoskórymi mieszkańcami nadal wpływają na lokalną rzeczywistość. Odsetek Afro-Amerykanów sprawujących wysokie stanowiska w administracji lokalnej należy do najniższych spośród południowych stanów. Według policyjnych danych, niemal 62 proc. więźniów stanowią czarnoskórzy. W zeszłym roku do mediów trafiło nagranie, na którym (biały) oficer policji mówi, że „zabijamy tylko czarnych”.