Trzydziesta rocznica zjednoczenia Niemiec

Otwarcie granicy niemiecko-niemieckiej i upadek muru berlińskiego 9 listopada 1989 r. otworzyło drogę do zjednoczenia Niemiec. Jak bardzo przyspieszyło to bieg historii świadczyło chociażby to, że w 1987r. podczas wizyty prezydenta RFN – Richarda von Weizsäckera w Moskwie M. Gorbaczow powiedział, że „o zjednoczeniu będzie można pomyśleć za sto lat”. Natomiast w czerwcu 1989 r. po wizycie M. Gorbaczowa w RFN u większości przedstawicieli korpusu b. krajów socjalistycznych panowała opinia, że strona RFN nie osiągnęła w trakcie wizyty postępu w „kwestii niemieckiej”. Ich zdaniem wynikało to także stąd, iż także Zachód nie był w istocie zainteresowany jakąkolwiek zmianą w podejściu do tego problemu.

Z rozmów w CDU wynikało, że wizyta ta wywoła duże zaniepokojenie zachodnich sojuszników RFN. Ostre komentarze wypowiadali Anglicy, którzy podkreślali konieczność utrzymywania wojsk alianckich wraz z bronią jądrowa (rakiety krótkiego zasięgu) na terytorium RFN, jako gwarancji przed zbyt daleko idącym zbliżeniem RFN-ZSRR. Bardzo zdecydowanie na ewentualność takiego zbliżenia zareagowała prasa amerykańska. Komentarze „o osiąganiu ramię w ramię z Gorbaczowem czwartej Rzeszy”, czy też tytuł publikacji A.M. Rosenthala w „New York Times” – „Niemiecki rozsądek jest marzeniem o panowaniu na Wschodzie” nie pozostawiały wątpliwości. Przedstawiciele korpusu krajów kapitalistycznych podkreślali, że podpisana podczas wizyty „Deklaracja” zawierała jedynie zbiór haseł, natomiast nie dawała instrumentów niezbędnych do ich realizacji. „Chłód” naszych gospodarzy (władz NRD), w podejściu do wizyty Gorbaczowa wynikał stąd, ze NRD pragnęła nadal pozostawać głównym architektem w kształtowaniu stosunków z RFN. Poza tym, nie chciała stracić niczego, ani z własnej tożsamości, ani z tego, co tak misternie było przez jej kierownictwo z E. Honeckerem na czele osiągnięte w stosunkach
niemiecko-niemieckich.
Ale wszystkie te oceny, rachuby i prognozy przestały być nagle aktualne po całym splocie wydarzeń w NRD latem i jesienią 1989 r. prowadzących do upadku mury berlińskiego 9 listopada 1989 r.
Dla nas – polskich dyplomatów pracujących w Berlinie – stało się oczywistym i takie stanowisko przekazaliśmy w listopadzie 1989 r. do MSZ, „że pokojowa rewolucja w NRD ma również swój wymiar międzynarodowy, w tym szczególnie „gorący” niemiecko-niemiecki. Wydarzenia w tym kraju począwszy od sierpniowej fali ucieczek – do otwarcia granic z RFN i Berlinem Zachodnim – spowodowały, że Republika Federalna Niemiec dąży do przeniesienia problemu „zjednoczenia Niemiec” na grunt bieżącego działania w różnych dziedzinach, w tym działalności dyplomatycznej”.
Niezależnie od tego, jak odległa jest perspektywa spełnienia wielu warunków ( wola obywateli obu państw niemieckich, zgoda czterech mocarstw, gwarancje, że nowe zjednoczone Niemcy nie zagrożą bezpieczeństwu i współpracy europejskiej, itd.), nie ulega wątpliwości, ze sam temat zjednoczenia Niemiec został wprowadzony do stosunków międzynarodowych i wzmożona aktywność polskiej polityki zagranicznej na tym odcinku wydaje się ze wszech miar niezbędna”.
Było to także istotne i z tego powodu, ze na demonstracjach ulicznych w NRD coraz częściej pojawiały się hasła zjednoczeniowe, np. : „Wszyscy jesteśmy Niemcami i trzeba nam myśleć o jednym wspólnym losie”, czy „Zjednoczenie przez wolne wybory”.
W świetle wydarzeń 1989 r. oraz procesów „jawności’ problem przyszłości obu państw niemieckich przestał być w NRD tematem tabu. Wszystkie siły polityczne w NRD czuły się zobowiązane do wypracowania stanowiska w sprawie zjednoczenia.
A po zburzeniu muru proces zjednoczenia Niemiec postępował szybciej, niż zdolni to byli przewidzieć politycy i wszelkie prognozy. 13 listopada 1989 r. premierem NRD został Hans Modrow (b. I Sekretarz KC NSPJ w Dreźnie marginalizowany wcześniej przez centralę w Berlinie za jego krytyczne opinie wobec sposobu sprawowania władzy przez E. Honeckera, za to popularny i dobrze odbierany w Saksonii), który zapowiedział odnowę życia społecznego i demokratyzację kraju.
Również w listopadzie 1989 r. przewodniczący CDU w NRD – Lothar de Maizie’re po rozmowach w Berlinie z sekretarzem generalnym CDU w RFN – V. Rühe i przewodniczącym CDU w Berlinie Zachodnim – E. Diepgenem stwierdził, ze „problem ponownego zjednoczenia Niemiec jest rozwiązywalny w ramach wspólnego europejskiego domu”.Natomiast 28 listopada 1989 r. kanclerz Helmut Kohl w Bundestagu w trakcie debaty w sprawie jedności Niemiec przedstawił 10-punktowy plan mający doprowadzić do niemieckiej jedności, który przewidywał pomoc dla NRD po likwidacji monopolu władzy jednej partii i we wprowadzaniu gospodarki rynkowej. Stopniowe zbliżanie obu państw niemieckich miało prowadzić do federalizacji całych Niemiec. H. Kohl zaproponował wspólną komisję rządową, wspólne komisje problemowe i wspólne gremium parlamentarne. Ale przede wszystkim nakreślił wizję dobrobytu, który będzie osiągnięty we wschodniej części Niemiec, jeśli wybory doprowadzą tam do zasadniczych przemian ustrojowych.
W połowie grudnia Rada NATO wypowiedziała się za swobodnym stanowieniem narodu niemieckiego z zastrzeżeniem, że „proces ten powinien przebiegać pokojowo i demokratycznie, przy pełnym poszanowaniu odpowiednich porozumień i układów” oraz „odbywać się w perspektywie integracji europejskiej”.
Moskwa zareagowała ostro na wizje „planu Kohla” i stanowisko Rady NATO. 19 grudnia 1989 r. na forum Parlamentu Europejskiego minister Spraw Zagranicznych ZSRR – Eduard Szewardnadze przestrzegał w ostrej formie przed szybkim zjednoczeniem Niemiec. Według niego, należało najpierw stworzyć polityczne, ustawowe i materialne gwarancje, że zjednoczenie Niemiec nie zagrozi bezpieczeństwu innych państw i pokojowi w Europie. Uznał za konieczne sprecyzowanie statusu wojskowego przyszłych Niemiec oraz ich stanowiska wobec wojsk sprzymierzonych na ziemi niemieckiej.
Jednakże trudna sytuacja gospodarcza NRD i perspektywa pomocy RFN oraz nakreślona przez Kohla wizja dobrobytu powodowały nacisk społeczeństwa NRD w kierunku przyspieszenia procesu zjednoczeniowego. W tej sytuacji 1 lutego 1990 r. pojawił się „plan Modrowa” przedstawiony po jego wizycie i rozmowach z M. Gorbaczowem w Moskwie. Przewidywał on zawarcie „wspólnoty traktatowej” z istotnymi elementami konfederacyjnymi (unia gospodarcza, walutowa i komunikacyjna oraz ujednolicenie przepisów prawa), utworzenie konfederacji poprzez którą doszłoby do utworzenia jednolitego państwa ze stolicą w Berlinie. Świat odebrał „plan Modrowa” jako przyzwolenie Moskwy na zjednoczenie Niemiec pod pewnymi warunkami. 2 lutego 1990 r. minister Spraw Zagranicznych ZSRR – Eduard Szewardnadze wstępnie poparł dążenia Niemców. Helmut Kohl wykorzystuje historyczną szansę i „prze” dalej. 11 lutego składa wizytę w Moskwie, gdzie przyrzeka M. Gorbaczowowi honorować interesy bezpieczeństwa ZSRR. Podczas tej wizyty przekonuje M. Gorbaczowa i uzyskuje zgodę przywódcy radzieckiego na rozpoczęcie rozmów o zjednoczeniu Niemiec. Znalazło to wyraz w deklaracji rządowej z 15 lutego, gdzie szef rządu bońskiego powołując się na opinię prezydenta USA – G. Busha oraz na rozmowy z M. Gorbaczowem zapowiedział, że po wyborach w NRD 18 marca 1990 r. rządy obu państw niemieckich podejmą rozmowy na temat przywrócenia jedności Niemiec, jak również rozmowy z czterema mocarstwami o kontekście międzynarodowym tej jedności i związanych z nią gwarancją dla państw sąsiednich. Deklaracja kanclerza była podbudowana ottawską decyzją ministrów spraw zagranicznych czterech mocarstw ( USA, ZSRR, Francji i Wielkiej Brytanii) i obu państw niemieckich z 14 lutego 1990 r. o „ustanowieniu niemieckiej jedności w dwóch etapach”. Ustalenie przewidywało, ze po wyborach w NRD przedstawiciele obu państw niemieckich wyjaśnią między sobą wszystkie kwestie natury wewnątrzpolitycznej, gospodarczej i prawnej. Następnie dwaj ministrowie przedyskutują ze swoimi odpowiednikami z czterech mocarstw wszystkie aspekty międzynarodowe „ustanowienia niemieckiej jedności” i przedstawią wyniki tych dyskusji na jesiennym „szczycie” 35 państw KBWE.
Przed wyborami do Izby Ludowej 18 marca 1990 r. rozważane były trzy możliwości osiągnięcia jedności: – poprzez struktury konfederacyjne, w ramach których następowałoby „zrastanie” dwu państw niemieckich – drogą „Anschlussu”, czyli poprzez art. 23 Ustawy Zasadniczej o treści: „Niniejsza Ustawa Zasadnicza obowiązuje zrazu na obszarach Wielkiego Berlina, Hamburga, Hesji, Dolnej Saksonii, Północnej Nadrenii Westfalii, Nadrenii Palatynatu, Szlezwika-Holsztynu, Wirtembergii-Badenii i Wirtembergii-Hollenzollernu. W innych częściach Niemiec należy nadać Ustawie Zasadniczej moc obowiązującą po ich przystąpieniu” – na drodze dialogu i porozumienia się w sprawie utworzenia nowego państwa, opierającego się na nowej, wcześniej opracowanej ogólnoniemieckiej konstytucji. Była to droga z wykorzystaniem art. 146 Ustawy Zasadniczej RFN, która stanowiła: „Niniejsza Ustawa Zasadnicza traci moc obowiązującą z dniem, w którym wejdzie w życie konstytucja uchwalona przez Naród Niemiecki w drodze swobodnej decyzji”.
Po wyborach zakończonych zwycięstwem partii konserwatywnych skupionych w „Sojuszu na rzecz Niemiec” i opowiadających się za szybkim zjednoczeniem stało się jasnym, ze wybrana
zostanie droga przez art. 23. określana jako „królewska”, „najszybsza”, „bezproblemowa”,
„najefektywniejsza dla osiągnięcia niemieckiej” jedności”. Takiego rozwiązania, pojmowanego jako szybkie wprowadzenie unii walutowej, gospodarczej i socjalnej, a zwłaszcza DM oczekiwała znaczna część społeczeństwa NRD, która z tych właśnie względów głosowała na CDU, DSU i „Demokratyczny Przełom”.
Natomiast siły demokratyczne, które jesienią 1989 r. doprowadziły do przełomu w NRD („Nowe Forum”, „Demokracja teraz”, „Inicjatywa na rzecz pokoju i praw człowieka”), znaczna część inteligencji, przedstawiciele środowisk twórczych opowiadały się za „dłuższą” drogą zjednoczeniową, w której NRD wystąpiłaby jako suwerenny, równoprawny partner i która pozwoliłaby na wniesienie przez nią przynajmniej części swej tożsamości do przyszłych zjednoczonych Niemiec. Takie stanowisko powodowane było m.in. już na wstępie niedotrzymaniem przez H. Kohla obietnic przedwyborczych i postawieniem pod znakiem zapytania relacji, według której marka NRD miałaby być wymieniana na DM.
W przypadku wyboru drogi przez art. 146 Ustawy Zasadniczej należało się liczyć ze znacznym opóźnieniem czasowym niemieckiej jedności – opóźnieniem, które dla ludzi oczekujących na szybkie zjednoczenie, unię walutową, gospodarczą i socjalną było nie do zaakceptowania.
Stąd „nabierający coraz większej prędkości pociąg zjednoczeniowy ciągniony przez „lokomotywę Kohla”, wykorzystujący przy tym sprzyjający wiatr historii” był nie do zatrzymania.
Dobitnie pokazuje to kronika głównych wydarzeń w NRD w 1990 r. prowadzących do zjednoczenia Niemiec:
2.01. – rząd NRD wyraża gotowość konstruktywnej współpracy z całym spektrum politycznym uczestniczącym w rozmowach „okrągłego stołu”;
1.02. – ówczesny premier H. Modrow występuje publicznie z koncepcją „Für Deutschland einig Vaterland”;
5.02. – na propozycję H. Modrowa wynikającą z realnej oceny układu sił politycznych tworzony jest rząd odpowiedzialności narodowej, w skład którego wchodzą przedstawiciele ośmiu nowych partii i ugrupowań demokratycznych;
13 / 14.02. – H. Kohl i H. Modrow porozumiewają się podczas rozmów w Bonn w sprawie utworzenia wspólnej komisji ekspertów ds. przygotowania unii walutowej oraz wspólnoty gospodarczej;
25.02. – prezydent G. Bush zapewnia H. Kohla podczas rozmów w Waszyngtonie o poparciu dla niemieckiej jedności;
18.03. – odbywają się pierwsze wolne wybory parlamentarne do Izby Ludowej, zakończone zdecydowanym zwycięstwem partii konserwatywnych z CDU na czele. Zwycięstwo chrześcijańskich demokratów umocniło pozycję Kohla i jego linię zjednoczenia Niemiec;
20.03. – rząd boński opowiada się za wprowadzeniem unii walutowej, gospodarczej i socjalnej między RFN a NRD do przerwy wakacyjnej;
12.04. – L. de Maizie’re zostaje wybrany premierem. Jego rząd określany jest jako „ostatni rząd NRD”, na którym spoczywa historyczna misja przygotowania warunków dla zjednoczenia Niemiec;
6.05. – mają miejsce pierwsze wybory komunalne w NRD. Ich rezultaty odzwierciedlają i stabilizują układ sił politycznych powstały w wyniku wyborów parlamentarnych;
maj / czerwiec – Izba Ludowa podejmuje decyzje polegające na dostosowaniu konstytucji i ustawodawstwa NRD do procesu zjednoczeniowego. Eliminowane są elementy ideologiczne (np. o socjalistycznym porządku państwowym i prawnym) i tworzone są warunki dla gospodarki rynkowej;
17.06. – frakcja DSU na specjalnej sesji Izby Ludowej występuje z wnioskiem o natychmiastowym przystąpieniu NRD do RFN na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej (wniosek ten po dramatycznej dyskusji nie uzyskuje większości);
21.06. – oba parlamenty niemieckie głosują za Układem państwowym o wprowadzeniu unii walutowej, gospodarczej i socjalnej między NRD i RFN;
1.07. – wchodzi w życie unia walutowa, gospodarcza i socjalna. Równocześnie granica NRD – RFN zostaje otwarta dla obywateli obu państw niemieckich;
10.07. – następuje rozpoczęcie prac nad 2-gim Układem państwowym NRD – RFN;
15 / 16.07. – w rezultacie rozmów Gorbaczow – Szewardnadze – Kohl – Genscher na Kaukazie usunięte zostają „zewnętrzne” przeszkody dla osiągnięcia niemieckiej jedności. Zjednoczone, suwerenne Niemcy mają same zdecydować o swej przynależności do sojuszów
militarnych;
22.07. – Izba Ludowa podejmuje decyzję o wprowadzeniu struktury landów w NRD;
11.-12.08. na zjeździe w Hanowerze następuje zjednoczenie partii liberalnych (BFD, DFP i FDP-NRD z FDP-RFN);
19.08. – SPD występuje z rządu. W ciągu miesiąca 20.07. – 19.08.1990 r. dochodzi w NRD do trzech kolejnych kryzysów rządowych, które doprowadzają do kompletnego rozkładu wielkiej koalicji CDU/CSU, liberałów i SPD;
31.08. – minister spraw wewnętrznych RFN – W. Schäuble i sekretarz stanu NRD – G. Krause podpisują 2-gi „Układ o przywróceniu jedności państwowej Niemiec” zwany również „Układem zjednoczeniowym”;
12.09. – w Moskwie zostaje podpisany „Układ 2 + 4”. Zgodnie z nim wraz z przystąpieniem NRD do RFN 3.10.1990 r. zostają zniesione prawa czterech mocarstw i zjednoczone Niemcy odzyskują pełną suwerenność;
19.09. – następuje samorozwiązanie FDGB ( Wolnych Niemieckich Związków Zawodowych);
20.09. – Izba Ludowa i Bundestag przyjmują „Układ zjednoczeniowy”;
27/28.09. – na zjeździe w Berlinie następuje połączenie się SPD w obu państwach w jedną ogólnoniemiecką SPD;
1 / 2.10. – na zjeździe w Hamburgu następuje zjednoczenie partii siostrzanych CDU;
3.10. – NRD przystępuje do RFN na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej. Po 40 latach i 362 dniach podziału osiągnięta zostaje jedność niemiecka. NRD przestaje istnieć jako podmiot międzynarodowego prawa;
4.10. – w berlińskim Reichstagu zbiera się parlament ogólnoniemiecki (w posiedzeniu uczestniczy również 144 deputowanych z b. NRD);
14.10. – mają miejsce wybory do parlamentów krajowych w 5-ciu nowo utworzonych landach b. NRD (w 4 zwycięstwo odniosła CDU, jedynie w Brandenburgii wygrała SPD);
2.12. – odbywają się pierwsze ogólnoniemieckie wybory parlamentarne do Bundestagu (na dwóch obszarach wyborczych z 5% klauzulą) oraz wybory ogólnoberlińskie, wieńczące jedność niemiecką. Wybory zakończyły się zdecydowanym zwycięstwem CDU i umocniły pozycję H. Kohla jako „kanclerza wszystkich Niemców”.
Należy podkreślić, że te wszystkie wydarzenia polityczne prowadzące do zjednoczenia Niemiec działy się na terenie NRD, były rozstrzygane przede wszystkim na forum parlamentarnym – w Izbie Ludowej, stanowiska poszczególnych partii były wypracowywane na zjednoczeniowych forach partyjnych .
Zrządzenie losu sprawiło, ze będąc w tym czasie na placówce w NRD miałem okazję przeżycia tak ważnego wydarzenia historycznego jakim było zjednoczenie Niemiec i współuczestniczenia w relacjonowaniu i informowaniu o przebiegu procesu zjednoczeniowego do MSZ na użytek
władz polskich.
A zjednoczenie Niemiec dotyczyło także Polski, polskiej racji stanu. Stąd na ważne posiedzenia Izby Ludowej dotyczące kwestii zjednoczeniowych udawałem się z Ambasadorem dr Januszem Obodowskim, który po godzinie, półtorej (ze względu na inne obowiązki) wychodził, a ja zostawałem do końca posiedzenia, czy roztrzygnięcia ważnej kwestii, po czym udawałem się do Ambasady, aby przygotować informację do kraju. To tu na forum parlamentu zapadały kluczowe decyzje dotyczące ostatniego etapu osiągania niemieckiej jedności, a w szczególności kontynuowane były prace nad zapisami „Układu o przywróceniu jedności niemieckiej między Republiką Federalną Niemiec i Niemiecką Republiką Demokratyczną” zwanego również „2-gim Układem państwowym NRD-RFN” bądź „Układem zjednoczeniowym”. Negocjatorami tego układu byli Günther Krause( parlamentarny sekretarz stanu) ze strony NRD i Wolfgang Schäuble (ówczesny minister Spraw Wewnętrznych ) ze strony RFN. Jednym z podstawowych zapisów tego dokumentu były szczegóły przystąpienia NRD do RFN na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej. Treść i zakres „2-go Układu” stanowiły istotny przedmiot sporu między poszczególnymi partiami
w NRD i RFN.
Ten okres mojej pracy na placówce w Berlinie był pasjonujący, wielce absorbujący i wymagający ogromnej odpowiedzialności. Tempo wydarzeń było ogromne, przewidywalność dotycząca ich zakończenia i skutków często trudna do określenia, a jednocześnie nie można było być pasywnym, tylko należało wyprzedzać teraźniejszość i wybiegać w przyszłość. Kiedy upadł mur berliński i na porządku dnia pojawił się temat zjednoczenia Niemiec, w korpusie dyplomatycznym dawało się odczuć, że stanowiska poszczególnych krajów – czterech mocarstw są zróżnicowane.
Pierwsze reakcje Zachodu na zjednoczenie Niemiec, były bardzo ostrożne – szczególną ostrożność, a wręcz wstrzemięźliwość w dyskusji zjednoczeniowej wykazywał rząd brytyjski, a przede wszystkim M. Thatcher. Ówczesna premier Wielkiej Brytanii oświadczyła, że sprawa zjednoczenia Niemiec jest zbyt szybkim wychodzeniem w przyszłość i wezwała do postępowania mądrego „krok po kroku”. Ja sam pamiętam pytanie retoryczne zadane mi przez radcę ambasady brytyjskiej w listopadzie 1989 r. – „mam nadzieję, że Polska nie zgodzi się tak szybko na zjednoczenie Niemiec”. Z późniejszych rozmów z pracownikami Ambasady ZSRR w Berlinie przed wyborami do Izby Ludowej 18.03. 1990 r. wynikało, że Związek Radziecki jest przeciwny zjednoczeniu na drodze klasycznego „Anschlussu”. Argumentował to tym, że aktualnie istnieją dwa państwa niemieckie – dwa podmioty prawa międzynarodowego. W przypadku „Anschlussu” znika jeden z tych podmiotów, pozostaje tylko Republika Federalna Niemiec. Od tego momentu jedynymi obowiązującymi stają się międzynarodowe układy i zobowiązania RFN. Władzom radzieckim chodziło wówczas o to, aby w momencie zjednoczenia z dwóch dotychczasowych państw niemieckich, powstał zupełnie nowy podmiot prawa międzynarodowego, który przejąłby międzynarodowe zobowiązania, zarówno RFN, jak i NRD. Chcieli, aby zjednoczone Niemcy na nowo wstąpiły do ONZ, EWG i innych międzynarodowych organizacji (powtórzyły niejako tę drogę, którą przeszły RFN i NRD).
Ale kanclerz H. Kohl w swojej ofensywie dyplomatycznej konsekwentnie rozwiewał wątpliwości i usuwał przeszkody na drodze do zjednoczenia. W kontaktach z ZSRR pozostała jeszcze jedna – Moskwa sprzeciwiała się pozostaniu zjednoczonych Niemiec w NATO i obstawała przy wizji ich neutralności. Ta ostatnia przeszkoda została usunięta podczas decydującej dla niemieckiej jedności wizyty H. Kohla i bardzo reprezentatywnej delegacji niemieckiej ( m.in. H.-D. Genschera, T. Weigla) w Stawropolu na Kaukazie w dniach 15-16 lipca 1990 r. M. Gorbaczow zmienił zdanie w tej kwestii, godząc się na popieraną przez samą RFN opcję państw zachodnich, jak również na wycofanie wojsk radzieckich z ziemi niemieckiej do 1994 r. W trakcie tych rozmów uzgodniono, ze RFN udzieli ZSRR pomocy finansowej i że oba kraje zawrą traktat dwustronny. Ta tak ważna dla niemieckiej jedności wizyta H. Kohla i rozmowy z radzieckim przywódcą nie przypadkiem odbyły się w Stawropolu. Stawropolski Kraj to były rodzinne strony M. Gorbaczowa, gdzie się urodził i w których rozpoczął młodzieżową i partyjną karierę .
W Ambasadzie główną uwagę przywiązywaliśmy do przebiegu procesu zjednoczeniowego w kontekście spraw polskich. W lutym 1990 r. poinformowaliśmy nasz MSZ o opinii dr Rosemarie Jarosch z Instytutu Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu w Lipsku, która stwierdziła, że każdy kto zaleca rozwiązanie problemu zjednoczenia Niemiec na podstawie art. 23 Ustawy Zasadniczej musi pogodzić się z zarzutem, że „chce trzymać otwarte tylne drzwi dla roszczeń terytorialnych po drugiej stronie granicy na Odrze i Nysie”. Także według nas wówczas – czyli placówki w Berlinie – wobec nasilających się wówczas tendencji nacjonalistycznych w NRD i utrzymujących się tendencji rewizjonistycznych w RFN oraz „manewrów” kanclerza H. Kohla w kwestii ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie, dwuznaczność interpretacyjna art. 23 była bardzo niebezpieczna dla Polski.
Generalnie otwarcie drogi zjednoczonym Niemcom na Zachód, do NATO i do EWG przyjęto z zadowoleniem w Polsce. Po raz pierwszy od końca II wojny światowej nasz kraj, odzyskujący pełną suwerenność, miał uzyskać bezpośrednią granicę ze światem zachodnim. Ale zadowolenie z planów przyjęcia Niemiec do NATO tłumione było sporem dyplomatycznym z H. Kohlem o uznanie granicy na Odrze i Nysie. Mimo, że oba państwa niemieckie opowiedziały się za zachowaniem istniejącej granicy Niemiec i Polski, jednak sam kanclerz zwlekał z ostatecznym uznaniem granicy, argumentując, że uczynią to dopiero zjednoczone Niemcy. Rząd T. Mazowieckiego, widząc uniki kanclerza zażądał, aby delegat polski uczestniczył w konferencji mocarstw ( Stany Zjednoczone, Związek Radziecki, Wielka Brytania, Francja) i obu państw niemieckich na temat kształtu tworzonego państwa ogólnoniemieckiego. Starania dyplomatyczne Polski przyniosły sukces i już dzień po przełomowej wizycie H. Kohla na Kaukazie polski minister Spraw Zagranicznych zasiadł przy stole konferencji „2+4” dotyczącej zjednoczenia Niemiec na której Niemcy zobowiązały się do zawarcia traktatu potwierdzającego istniejącą granicę na Odrze
i Nysie. Niezmiernie celnymi, zabezpieczającymi polskie interesy były działania podjęte przez ówczesnego ministra Spraw Zagranicznych – prof. K. Skubiszewskiego prowadzące do podpisania 14 listopada 1990 r. „Traktatu między Rzecząpospolitą Polską a Republiką Federalną Niemiec o potwierdzeniu istniejącej między nimi granicy” ( gwarantującego uznanie granicy na Odrze i Nysie).
Drugim traktatem wynegocjowanym ze zjednoczonymi Niemcami był „Traktat o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy” podpisany 17 czerwca 1991 r. Przed podpisaniem tego Traktatu minister-prof. K. Skubiszewski powiedział „Nie ma jedności europejskiej bez (traktatowego uregulowania) porozumienia i pojednania polsko-niemieckiego”.
Nie ulega wątpliwości, ze twórcą niemieckiej jedności był kanclerz H. Kohl, który wszedł do historii Republiki Federalnej Niemiec jako „ojciec zjednoczenia”. Muszę przyznać, ze kiedy został kanclerzem, osobiście nie darzyłem go sympatią jako polityka, nie miałem do niego zaufania w kwestiach relacji polsko-niemieckich. Obawy te potwierdzały jego „manewry” przed zjednoczeniem w kwestii ostatecznego uznania granicy na Odrze i Nysie. Kiedy jednak okoliczności związane z osiągnięciem głównego celu, jakim było zjednoczenie Niemiec, spowodowały zmianę tego stanowiska i wyrażenie zgody na ostateczne traktatowe uznanie
granicy polsko-niemieckiej, H. Kohl stał się „ambasadorem polskich interesów w strukturach europejskich”. Nasza droga do Europy wiodła przez Niemcy, a on był kanclerzem zjednoczonej Europy. Jak powiedziała po jego śmierci 16 czerwca 2017 r. kanclerz Angela Merkel – „był właściwym człowiekiem we właściwym czasie, który wykorzystał historyczną szansę na zniesienie podziałów na Starym Kontynencie”.
Obchodząc 3.10. br. 30-tą rocznicę zjednoczenia Niemiec należy podkreślić, że o doniosłości tego wydarzenia świadczy fakt ,że stało się ono najważniejszym elementem ówczesnej polityki światowej, a w centrum zainteresowania znalazła się kwestia uznania przez Niemcy granicy polsko-niemieckiej.

Autor był I sekretarzem Ambasady RP w Berlinie w latach 1988-1992 i Radcą Ambasady RP w Berlinie w latach 2005-2010

Krezusi pojednania

Kwestia odszkodowań za niewolniczą pracę w III Rzeszy i zniszczenia wojenne nie jest wbrew pozorom białą plamą. Wiele się wokół tej sprawy działo – głównie w tym zakresie, żeby odszkodowań nie było a roszczenia zbyć byle czym. Co nie znaczy, żeby hasło „polsko-niemieckie pojednanie” nie przynosiło wymiernych korzyści. Wszakże niekoniecznie przede wszystkim stopniu ofiarom nazizmu.

W Sejmie na kolejne swe posiedzenie zebrał się „Parlamentarny Zespół do oszacowania wysokości odszkodowań należnych Polsce od Niemiec za szkody wyrządzone podczas drugiej wojny światowej”. Zespół powstał w 2017 roku. Przewodniczy mu poseł Prawa i Sprawiedliwości Arkadiusz Mularczyk, adwokat. Do zespołu należy 25 posłów i 2 senatorów – wszyscy z PiS.
O marnych kompetencjach w podjętym przez nich temacie może świadczyć fakt, że albo nie wiedzieli, bądź świadomie pominęli wyniki prac grona poznańskich naukowców – historyków i ekonomistów – z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. W 1947 roku pod kierownictwem profesora Alfonsa Klafkowskiego sporządzili dla Biura Odszkodowań Wojennych przy Prezydium Rady Ministrów ekspertyzę szacującą straty państwa polskiego spowodowane przez wojnę i okupację. Wedle tej ekspertyzy straty wyniosły 258 miliardów przedwojennych złotych, stanowiących równowartość 50 miliardów dolarów, które w przeliczeniu na wartość z 2004 roku wyniosłyby 650-700 miliardów dolarów. Dezyderaty zgłoszone przez poznańskich naukowców zawierały postulaty odszkodowawcze dla państwa polskiego. Nie obejmowały one roszczeń cywilno-prawnych obywateli polskich. Wysokość tych roszczeń także sięgała miliardów, tym razem marek.
Zatem to, czym zajmować się chce zespół posła Mularczyka, byłoby spóźnione o 74 lata. Czy posłowie są tego świadomi? Czy też chcą stworzyć pozory, że dopiero rządy PiS zaangażowały się w obronę interesów Polski i Polaków? Szacunek strat dla państwa polskiego został już przecież sporządzony! Czyżby mieli wątpliwości co do kompetencji uznanych naukowców poznańskich?
Co się zaś tyczy roszczeń cywilno-prawnych, to zajmuję się tym od 1963 roku. Jest to temat opisany w wydanej 2014 mojej książce „Zapomniani ludzie ze znakiem >P<”. Wspomniałem w niej o moich staraniach o dostęp do informacji, ile takich roszczeń jest. Była bowiem taka instytucja rządu federalnego RFN, która się nimi zajmowała.
Miałem bardzo utrudniony dostęp do znajdującej się w Kolonii „Entschädigungsbehörde”. Po moim telefonicznym zgłoszeniu prośby o możliwość uzyskania informacji usłyszałem, że polskich dziennikarzy urząd nie przyjmuje. Dopiero wstawiennictwo Klausa von Bismarcka, „Intendenta” (dyrektora i naczelnego redaktora Westdeutscher Rundfunk), który, jak wiedziałem, był przyjaźnie nastawiony wobec Polski, zostałem przyjęty przez pana Lothara Niesera, szefa tej placówki. Owszem, przyznał, do jego urzędu napłynęło bardzo dużo listów od Polaków, jednakże nie może ich próśb rozpatrywać, albowiem zabrania mu tego konstytucja. Jak to? – zapytałem, – przecież obywatelom przymuszonym do pracy dla Niemiec z krajów takich jak Francja, rząd federalny przyznał setki milionów marek. Dysponowałem bowiem danymi na ten temat. Owszem, odpowiedział pan Niesert (miał chyba ponad 50 lat), ale z krajami zachodnimi RFN utrzymuje stosunki dyplomatyczne. Z Polską nie. – Czy chodzi o „doktrynę Hallsteina” – zapytałem. Unikał odpowiedzi. Przyjęta przez Bundestag w 1955 roku doktryna ta, jak się chyba dziś już nie pamięta, domagała się od innych państw uznania RFN jako jedynego reprezentanta Niemiec, Polska zaś uznawała NRD i to przekreśla możliwość porozumienia w jakiejkolwiek sprawie – mówił pan Niesert. Dodał, że w czasie wojny wszyscy przecież musieli pracować.
Reprezentowane przez niego stanowisko rządu federalnego ocenione zostało w 1969 roku przez rząd polski następująco: „Istniejące w Republice Federalnej Niemiec prawo dotyczące odszkodowań dla ofiar narodowego socjalizmu zawiera przepisy dyskryminujące obywateli pewnych państw, w tym Polski”. W ślad za przemówieniem Władysława Gomułki z 17 maja tego roku, w którym proponował rozmowy na temat układu między Polską i RFN, wystosowany w tym samym roku list Władysława Gomułki do Willy Brandta, który stanął na czele utworzonego w październiku rządu SPD-FDP nie zawierał wszakże żadnej wzmianki o odszkodowaniach. Priorytetem jeszcze przez długi czas pozostawało polskie żądanie uznania przez RFN polskiej granicy zachodniej. Z Bonn dała się słyszeć nieoficjalna odpowiedź, że na to jest jeszcze za wcześnie. Wspomniana wyżej doktryna wraz postępem w polityce wschodniej RFN prowadzonej przez rząd Brandta stopniowo wygasała i została całkowicie zniesiona po zawarciu Układu między Polską i RFN w grudniu 1970 roku. W Układzie tym, przypomnijmy, RFN uznała polską granicę zachodnią. Stanowiło to podstawę normalizacji dwustronnych stosunków.
Atoli do załatwienia sprawy cywilno-prawnych roszczeń obywateli polskich – pracowników zmuszonych do niewolniczej pracy na rzecz III Rzeszy –

droga była jeszcze bardzo kręta i wyboista.

Toteż minister Marian Orzechowski 7 maja 1987 r. mówił w Sejmie: „Posługując się argumentami nie do przyjęcia w świetle uznanych norm prawa międzynarodowego oraz zwykłej sprawiedliwości i moralności ludzkiej, RFN odmówiła zadośćuczynienia polskim ofiarom III Rzeszy”. Nie bez racji Krzysztof Skubiszewski, minister spraw zagranicznych w rządzie Tadeusza Mazowieckiego, powiedział 7 czerwcu 1991 w Sejmie: „Odszkodowania dla Polski nie mogły być gorzej postawione niż miało to miejsce po II wojnie światowej. Ale to się stało. Upływ czasu oraz inne czynniki spowodowały, że dochodzenie do odszkodowań stało się trudne albo wręcz niemożliwe. Wszakże zmiany, jakie się dokonały lub dokonują w stosunkach polsko-niemieckich muszą i tu znaleźć swój wyraz. Odszkodowania dla więźniów hitlerowskich obozów koncentracyjnych i dla robotników niewolniczych nie sprowadzają się tylko do kwestii prawnych. Jest to przede wszystkim problem natury moralnej i humanitarnej, konieczność spełnienia podstawowych wymogów sprawiedliwości. Jego rozwiązanie jest jedną z przesłanek porozumienia i pojednania między Polakami i Niemcami”.
Odtąd słowo pojednanie będzie funkcjonować przez wiele lat, a właściwie funkcjonuje do naszych czasów. Co więcej, ono zostało swoistą instytucją. W następstwie podpisanego 17 czerwca 1991 r. porozumienia została stworzona
„Fundacja Polsko-Niemieckie Pojednanie” (FPNP).
Rząd niemiecki wyposażył ją sumą 500 milionów marek w celu udzielenia ofiarom III Rzeszy pomocy humanitarnej. W ścisłym rozumieniu niemieckiej strony nie było to odszkodowanie. Wypłaty pieniędzy rozpoczęto we wrześniu 1992 roku. Choć jak stwierdzała potem niemiecka Fundacja „Erinnerungen, Zusammenarbeit und Zukunft” (EVZ), większość „obdarowanych” wzięłaby jakiekolwiek pieniądze. Jak napisał w swej książce „Die Entschaedigung von NS-Zwangsarbeiter am Anfang des 21 Jahrhunderts” niemiecki autor Constantin Goschler, otrzymane z fundacji kwoty stanowiły faktycznie jałmużnę rzuconą proszalnym dziadkom.
I tak właśnie było. Np. członkowie wrocławskiego „Klubu Ludzi ze Znakiem >P< (byłem jego założycielem – po tym, jak jako dziennikarz „Gazety Robotniczej” przeprowadziłem wśród byłych robotników przymusowych ankietę, napisałem na jej podstawie tekst i zorganizowałem zebranie, na którym około 300 uczestników ankiety utworzyło Klub) za wiele lat pracy niewolniczej dostali w dwóch ratach od 2 do 5 tysięcy zł. Ci, którzy pracowali u bauerów, nie dostali ani grosza.
Fundacji zajmujących się odszkodowaniami było kilka. Prócz wyżej wymienionych była jeszcze wymuszona od koncernów przez kanclerza Gerharda Schrödera (SPD)

„Inicjatywa Przemysłu Niemieckiego”.

Schröder, chcąc uniknąć skandalu i bojkotu niemieckich towarów w USA, a także obawiając się infamii, doprowadził do zebrania uzgodnionej między zastępcą sekretarza stanu Samuelem Eisenstadtem i adwokatami dbającymi o polskie interesy (Kongres Polonii Amerykańskiej) i akceptowanej przez rząd Schrödera sumy 10 miliardów marek. Na sumę tę miały łożyć wielkie niemieckie koncerny i firmy: Alianz, Bayer, BASF, Degusa, BMW, Daimler-Chrysler, VW, Dresdner Bank, Deutsche Bank, Thyssen-Krup, Siemens. Przedstawiciele tych koncernów uznali, że należy się sprzeciwić zbiorowym skargom przed sądami w USA i pozbawić podstaw oskarżenia szkodzące wizerunkowi naszego kraju i jego gospodarki. Rzecznik Inicjatywy podkreślił, że „dość tego, nie pójdziemy dalej ani o centymetr”. A jednak pierwotnie zaproponowaną sumę (najpierw 4, a następnie 6 miliardów) podnieśli do 10 miliardów. Niemniej 267 przedsiębiorstw zatrudniających w czasie wojny robotników przymusowych odmówiło przystąpienia do Inicjatywy, co nawet w Niemczech wywołało oburzenie.
Podarujmy sobie relacje o szczegółach. Ważne jest, że rozdzielnictwem tej sumy między poszczególne podmioty zaangażowane w „pojednanie” zajmował się Deutsche Bank, zarabiający na procentach i wedle uznania uruchomiający transfer pieniędzy po niekorzystnym kursie.
W Polsce złożono 590 685 podań od żyjących jeszcze robotników przymusowych albo ich rodzin, z których około 485 tysięcy zostało „zweryfikowanych”. W tym miejscu trzeba zwrócić uwagę na dwie związane ze staraniami o otrzymanie pieniędzy okoliczności. Po pierwsze: już na etapie składania podań „polscy petenci” byli

zobowiązani do podpisania dokumentu,

że wnosząc o wypłatę pieniędzy, zobowiązują się do tego, że w przyszłości nie będą mieli roszczeń do państwa niemieckiego. Po drugie (i gorsze): zgodnie z porozumieniem negocjatorów (sekretarz stanu w niemieckim Auswärtiges Amt Kastrup z niemieckiej, a szef Urzędu Rady Ministrów Żabiński z polskiej strony) na temat odszkodowań, a porozumienie to odwoływało się do układu polsko-niemieckiego z 1991 roku, polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych oświadczyło, „że rząd nie czynił i czynić nie będzie w przyszłości żadnych dalszych starań w sprawie odszkodowań dla polskich ofiar narodowego socjalizmu”. (O tym oświadczeniu było w Polsce cicho-sza, ujawnił ten fakt Michael G. Esch, autor rozdziału w czterotomowej dokumentacji wydanej przez EVZ). Oświadczenie to uznano za obowiązujące przez gabinet Jerzego Buzka (1997-2001).
Przytoczmy w tym miejscu wyliczenia niemieckiego ekonomisty Thomasa Kuczyńskiego. W „Zeitschrift fuer Sozialgeschichte” napisał, że państwo niemieckie i gospodarka niemiecka winne są robotnikom przymusowym 180 miliardów marek. Biorąc pod uwagę najniższe taryfy płacowe w przemyśle niemieckim, mnożąc 80-godzinny tydzień pracy i wielkość liczby robotników przymusowych, doszedł do wyniku, że w sumie przepracowali 210 milionów lat. Wysokość niezapłaconej pracy wynosiła 16 miliardów marek, a biorąc pod uwagę dynamikę wzrostu płac i siły nabywczej pieniądza, Kuczyński doszedł do 180 miliardów marek. W opracowaniu autorstwa Herberta Schula z Uniwersytetu Frankfurckiego, który swój tekst opublikował w „Blätter für deutsche und internationale Politik” czytamy nader słuszną i oryginalną co do znaczenia niewolników pracy w Rzeszy ocenę. Zdaniem autora „gospodarcze odnowienie zachodnich Niemiec nastąpiłoby znacznie wolniej, gdyby nie wkład robotników przymusowych w czasie wojny”. Dalej stwierdza, że nadwyżka czerpana z dumpingu płacowego i z dodatkowych obciążeń została po wojnie inwestowana w gospodarkę niemiecką, tak że majątek brutto w zachodnich Niemczech w połowie 1948 roku przewyższał mimo zniszczeń wojennych, demontażu i restytucji poziom z roku 1935 o 14 procent. Takie widzenie roli niewolników pracy i ich znaczenia dla gospodarki III Rzeszy nie jest w dyskusjach zarówno w RFN, jak i w Polsce brane pod uwagę.
W RFN – choć rząd Schrödera z wiadomych powodów ustawił się pozytywnie wobec problemów odszkodowań, tamtejsza biurokracja traktowała Polaków jako petentów, zaś polska biurokracja procedury odszkodowawcze uważała za dojną krowę. Pochodzących z „Solidarności” polityków, którzy zajmowali ważne stanowiska, w „Życiu Warszawy” nazwano
„krezusami pojednania”.
Elektronik Krzysztof Zabiński (rocznik1953) działacz związkowy, w Sejmie kontraktowym z ramienia Komitetu Obywatelskiego i następnie poseł Koalicji Liberalno-Demokratycznej odznaczony w 2011 Oficerskim Krzyżem PR za wybitne zasługi w demokratycznej transformacji, zajmujący w Urzędzie Rady Ministrów wysokie stanowisko, wyznaczył na prezesa „Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie” Bronisława Wilka. Był on także z zawodu elektronikiem. Również działał w „Solidarności”. I on został posłem w Sejmie kontraktowym. W latach 1991-1994 prezes fundacji aresztowany pod zarzutem malwersacji. Pieniądze fundacji ulokował w Megabanku, z którego znajomi prezesa zaciągali kredyty na swoje interesy w różnych przedsiębiorstwach. W niedługim czasie firmy upadły, a pieniądze przepadły. Bronisław Wilk „za niesłuszne aresztowanie” pobrał potem 40 tysięcy złotych tytułem zadośćuczynienia. Zawdzięczał to cichej pomocy kolegów z „Solidarności”. Byli to:
Wiesław Walendziak, najpierw prezes państwowej telewizji, gdzie kolegów z Niezależnego Związku Studentów (ZNS) umieścił na kierowniczych stanowiskach („pampersi”), następnie szef Urzędu Rady Ministrów i potem zajął się własnym biznesem;
Jan Kranz (rocznik 1948) w latach 1990-1995 podsekretarz w MSZ reprezentujący Polskę w przełomowych rozmowach w Bonn, Berlinie i w Waszyngtonie, od 2001 roku ambasador w Berlinie, odznaczony Orderem Zasługi RFN;
Jacek Turczyński (1966), prawnik, poseł ZCHN, w latach 1998-2000 prezes fundacji, wraz czterema członkami zarządu fundacji aresztowany za nieprawnie pobrane pieniądze;
Jan Parys (1950), wiceprezes fundacji, dawniej minister obrony w gabinecie Jana Olszewskiego, wezwany przez sąd do oddania pieniędzy, nie zrobił tego – bez żadnych konsekwencji;
Jerzy Marek Nowakowski czuwający nad całością polskich poczynań związanych z odszkodowaniami, w latach podsekretarz stanu w gabinecie Jerzego Buzka, następnie ambasador w różnych krajach.
Można powiedzieć, że tworzyli oni

swoisty prawicowy kartel.

Pozostaje jeszcze do podkreślenia, że powstałe dla przeprowadzenia wypłat struktury biurokratyczne zatrudniały w warszawskiej centrali 300 etatowych pracowników. Byli oni nadzorowani przez przysłanych z Berlina „kontrolerów” mających zapobiec powtórce afery Wilka. Nadzorczy ci liczyli niewiele ponad 20 lat i w kwestiach odszkodowawczych nie mieli kompetencji. Ich zadaniem było, jak żądali Niemcy, zapewnienie pewności prawnej (Rechtssicherheit). Dbali o to, by w przyszłości polskie roszczenia nie były możliwe.
No cóż, niech zespół posła Mularczyka szacuje…

Zintegrowana Europa

…a bezpieczeństwo Polski. Po roku 1945 w życiu politycznym i w klimacie społecznym Europy dominował nastrój głębokiej nieufności wobec Niemiec. Z uwagi na doświadczenia wojenne było to zrozumiałe.

Brakowi zaufania sprzyjały również takie zjawiska jak powierzchowna denazyfikacja i niechęć do rzetelnego rozliczenia się z przeszłością. Jak wspominał prof. Władysław Markiewicz-w młodości przez trzy lata i osiem miesięcy więzień obozów koncentracyjnych Mauthausen i Gusen- w trakcie procesów esesmanów „rzucała się w oczy bezczelność ze strony oskarżonych i cynizm w zachowaniu adwokatów. We frankfurckich procesach załogi Oświęcimia esesmani zachowywali się w sposób bezczelny,świadomi , że mają za sobą obrońców, a przeciw zdezorientowanych i przestraszonych świadków. Wyroków śmierci bodaj nie było, wyroki były niskie, dużo zwolnień… Widziałem wyraźnie podczas tzw. procesów oświęcimskich, że prawo jest bezsilne, że procedura, którą trzeba respektować, do niczego nie prowadzi, a w odniesieniu do obozów nie ma po prostu żadnego sensu. A biedni świadkowie byli przerażeni, że oto zarzuca się im kłamstwa albo nieścisłości, co adwokaci potrafili bezczelnie wykorzystywać.”
Zimnowojenny podział Europy sprzyjał pomniejszaniu i przemilczaniu niemieckich zbrodni i traktowaniu Niemców jako sojuszników Zachodu.

Schuman, Adenauer i de Gasperi

Konstruktywne przezwyciężanie przeszłości było celem inicjatyw integracyjnych ministra spraw zagranicznych Francji Roberta Schumana, który starał się zwiększyć współzależność państw europejskich i ograniczyć samodzielność Niemiec sprzyjającą ich ewentualnym agresywnym działaniom. Odpowiednie dokumenty dotyczące integracji opracowywał bliski współpracownik ministra Schumana Jean Monnet. Koncepcje integracyjne Schumana poparli-kanclerz nowoproklamowanej Republiki Federalnej – Konrad Adenauer oraz włoski premier Alcide de Gasperi – reprezentanci państw obarczonych bagażem faszystowskiej przeszłości.
Proces integracji europejskiej rozpoczęło powstanie ważnej organizacji sektorowej.
18 kwietnia 1951 roku przedstawiciele Francji, Italii,RFN,Belgii, Holandii i Luksemburga podpisali układ o utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (EWWiS).Po ratyfikacji układu przez wymienione państwa wszedł on w życie 25 lipca 1952 roku. Naczelnym organem wykonawczym EWWiS była Wysoka Władza (High Authority) posiadająca rozległe uprawnienia decyzyjne i kontrolne. Jej przedstawiciele mieli prawo m.in. do przeprowadzania kontroli w przedsiębiorstwach hutniczych i górniczych w państwach członkowskich. W ten sposób władza ponadpaństwowa kontrolowała produkcję surowców m.in. dla przemysłu zbrojeniowego. Poddając się kontroli niedawni agresorzy uzyskali możliwość pozyskiwania zaufania byłych państw okupowanych.
Zaufanie to nie było jednak dostatecznie silne, aby mogły być zrealizowane dwa ważne projekty integracyjne. Ministrowie spraw zagranicznych państw-członków EWWiS 27 maja 1952 roku podpisali w Paryżu traktat o Europejskiej Wspólnocie Obronnej. Jednakże francuskie Zgromadzenie Narodowe 30 sierpnia 1954 roku układ ten odrzuciło. Wspólna armia z udziałem wojsk niemieckich nie była dla polityków francuskich do przyjęcia. Pewne znaczenie miał też fakt, że po śmierci Stalina (5 marca 1953 roku) straszenie zagrożeniem radzieckim było mniej skuteczne.

„Sojusznika nie należy dyskryminować”

Nieufność wobec partnerstwa z RFN była ciągle duża. Nie osłabiały jej niektóre koncepcje militarne, a zwłaszcza propozycja utworzenia w ramach NATO międzynarodowych jednostek dysponujących bronią jądrową. Jak w wielu innych przypadkach przysłowiowy diabeł tkwił w szczegółach. Jeżeli załoga okrętu miała składać się z marynarzy pochodzących z różnych państw-
to skąd powinien pochodzić dowódca okrętu? Jakie powinny być uprawnienia tego dowódcy? Czy miał on- w trudnej sytuacji bojowej- podjąć decyzję o wystrzeleniu głowicy nuklearnej, czy też czekać na decyzję z kwatery głównej NATO? A w tej kwaterze, kto powinien decydować?
Tego rodzaju pytania wywoływały długie dyskusje. Jednakże niektórzy niemieccy politycy i dyplomaci przychylnie odnosili się do utworzenia owych międzynarodowych jednostek wojskowych.
Na początku lat 1960-tych podróżował po Stanach Zjednoczonych niemiecki dyplomata-ambasador Hans Schwarz-Lieberman von Walendorf, który swe wystąpienia zaczynał od stwierdzenia, że europejscy sojusznicy powinni zmniejszyć amerykańskie brzemię kosztów i odpowiedzialności za obronę. Następnie wyrażał poparcie dla projektu utworzenia międzynarodowych sił nuklearnych z udziałem RFN.”Przecież sojusznika nie można dyskryminować”-twierdził.
W późniejszym okresie dyskusje ucichły, kiedy premier Harold Wilson stwierdził, że Wielka Brytania nie pozwoli, aby niemiecki palec znalazł się na języku spustowym broni nuklearnej.
Bawarski polityk i minister w kilku rządach federalnych Franz Josef Strauss utrzymywał, że Niemcy są zbyt potężne i bogate, aby im ciągle przypominać Auschwitz. Tymczasem-jego zdaniem-RFN była gospodarczym olbrzymem a politycznym karłem. W sumie Strauss nie przyczynił się do wzrostu zaufania państw sąsiedzkich do Republiki Federalnej.

Willy Brandt i Helmut Schmidt

Potrzebę autentycznej poprawy w stosunkach europejskich rozumieli dobrze niemieccy politycy socjaldemokratyczni-Willy Brandt i Helmut Schmidt. Brandt-promotor nowej polityki RFN wobec Europy Wschodniej, był za tę politykę i za swą antyfaszystowską przeszłość (uczestniczył w norweskim ruchu oporu w czasie wojny) ostro atakowany i zniesławiany. Hasłem niemieckich neofaszystów było -„Brandt pod ścianę” („Brandt an der Wand”).
Znakomity ekonomista Helmut Schmidt był zaniepokojony mocną pozycją marki zachodnioniemieckiej, która stawała się pieniądzem międzynarodowym, co prowadziło do ekonomicznej dominacji RFN. Schmidt przypominał, że na niemieckiej dominacji Europa źle wychodziła. Sami Niemcy też.
W roku 1978 kanclerz Schmidt i prezydent Francji Valery Giscard d’Estaing (również znakomity ekonomista) zaproponowali ustanowienie – w ramach Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej- europejskiej jednostki monetarnej (ECU), która z czasem przekształciła się w EURO emitowane przez Europejski Bank Centralny i wprowadzone do szerokiego obiegu począwszy od 1 stycznia 2002 roku.

Bismarck zamiast Hitlera

W ostatnim okresie wewnętrzna sytuacja polityczna Niemiec uległa niepokojącym zmianom.
Skrajna prawica, która przez wiele lat była na politycznym marginesie, obecnie jest silnie reprezentowana w parlamencie przez posłów tzw. Alternatywy dla Niemiec (AfD). Przedstawiciele tej partii wypowiadają się przeciwko ograniczaniu przez UE samodzielności Republiki Federalnej na forum międzynarodowym i przeciwko instytucjom europejskim. W dalszej perspektywie możliwe jest zastąpienie niemieckich demokratów przez zwolenników dyktatury.Jak wiadomo Mussolini i Hitler doszli do władzy wykorzystując polityczne mechanizmy demokracji.antyunijni i antyimigranccy politycy AfD nie są antyrosyjscy. Nie nawiązują do koncepcji Hitlera lecz Bismarcka-zwolennika dobrych stosunków z Rosją. Z drugiej strony-nie można przewidzieć, kto będzie następcą prezydenta Putina. Jeżeli będzie to np. agresywny i ambitny generał, wówczas niebezpieczeństwo antypolskiej zmowy będzie poważne
W Unii Europejskiej niezależność państw członkowskich jest ograniczona przez ich współzależność. Tej ostatniej zawdzięczamy fakt, że dziś wojna pomiędzy państwami członkowskimi jest nie do pomyślenia.
Dlatego też rozpad lub też istotne osłabienie Unii oznaczałoby zagrożenie dla Polski.
Wszelkie działania antyunijne są sprzeczne z polską racją stanu.