Małe, zielone i z twarzą Waszyngtona

Zadziwiający jest budżet naszego kraju. Kwalifikuje się do nagrody Nobla z fizyki.

 

Niby sztywny, i niby z gumy”, a jednak tak rozciągliwą substancję trudno spotkać w przyrodzie. Ni to kauczuk, ni plastelina. Prawdziwy fenomen. I jeszcze te nadwyżki z wbudowaną funkcją znikania na zawołanie!
Kiedy po 40 dniach okupacji niepełnosprawni opuszczali Sejm, obowiązywała wersja, że nie da się z niego wycisnąć już ani kropelki pieniądza, nawet w wariancie kompromisowym od przyszłego roku – tylko osławione pieluchomajtki, które już nawet mnie śnią się po nocach, a co dopiero protestującym.
W ostatni sobotę Mateusz Morawiecki ściskał zaś dłonie i oddawał klucze pierwszym szczęśliwcom z Białej Podlaskiej, którzy załapali się na Mieszkanie Plus. A że niektóre rodziny jeszcze przed podpisaniem ostatecznych umów wycofały się z programu, bo za 1,3 tysiąca wynajmą mieszkanie na wolnym rynku bez żadnych obostrzeń, rząd jakoś nie wspomina. Jak na złość, znowu w magiczny sposób nasz budżet zwinął się w kulkę, kiedy doszło do rozliczeń z deweloperami.
Okazało się, że powtórzyła się sytuacja z Jarocina. Mieszkania przekazywane są w stanie surowym, a sam czynsz zamiast 900, wyniesie 1100 – bez licznikowych opłat. Na dodatek po trzech miesiącach niepłacenia na czas najemca może zostać wyrzucony na bruk bez prawa do lokalu socjalnego, będzie też musiał na swój koszt zdzierać położone przez siebie wcześniej podłogi, żeby oddać mieszkanie takim, jakim je wziął. Nie wiadomo, ile lat trzeba będzie dopłacać do czynszu, aby uzyskać własność. Dlaczego tak? „Taniej się nie dało” – tłumaczy PiS, który skutecznie oddał sukces Mieszkania Plus deweloperom.
– Spokojnie, będą dopłaty! – premier Morawiecki usiłował ratować honor inwestycji. Tylko że budżet swoim zwyczajem znowu zrobił woltę. Dopłaty, owszem, będą, ale nie starczy dla wszystkich – tylko dla tych spełniających kryterium dochodowe. I nie będą waloryzowane (strasznie złośliwy stwór z tego budżetu, nie sądzicie?).
Ale cóż to? Coś tam jednak majaczy na pustym rzekomo dnie rządowego worka z pieniędzmi. Coś zielonego i z twarzą Jerzego Waszyngtona. Hokus pokus i państwowe konto nagle rozkwitło wizją nowoczesnej infrastruktury w Polsce północnej. W dokumencie, który MON przekazało amerykańskiemu kongresowi znajdują się plany inwestycji 2 miliardów dolarów – jeżeli tylko miłościwi Amerykanie zechcą przyjąć ów skromny podarunek w zamian za pozostawienie u nas jednej dywizji pancernej w ramach stałej bazy NATO. Przy takiej kasie, jaką jesteśmy w stanie wyłożyć według „Propozycji amerykańskiej obecności w Polsce”, 94 miliony dotacji dla spółek ojca Rydzyka wydaje się skromniutką jałmużną z niedzielnej tacy.
Co można zrobić za 7,5 miliarda złotych? Na przykład spełnić wszystkie postulaty niepełnosprawnych (około 3,8 miliarda) i lekarzy rezydentów (2 mld) oraz opłacić pierwszą transzę podwyżek dla nauczycieli. Albo zmodernizować cały tabor PKP Intercity. Albo wyłożyć połowę rocznej wysokości dopłat do czynszów w Mieszkaniu Plus.
Ale te wszystkie wydatki leżą w Kancelarii Premiera w zamkniętej na głucho szufladce z napisem „Pierdoły”. Otwarta jest za to ta druga, z tabliczką „Wazelina do tyłka Wuja Sama – używać tylko zgodnie z przeznaczeniem”.

Święta rodzina

Podczas kiedy za granicą rządzący wykonują światopoglądowy skok w przyszłość, rząd PiS nadal dba o to, by polskie rodziny spajał strach i ekonomiczna zależność, a patologie były skrzętnie ukrywane zamiast eliminowane.

Do niewątpliwych „prezentów”, jakie rząd PiS przygotował dla kobiet (utrudnienia w oddaniu dziecka do adopcji oraz likwidacja kodeksu „Rodzić po ludzku”, o których pisałam wcześniej) dodać należy jeszcze dwa: pierwszy to ministra Ziobry walka z rozwodami. Nowy projekt nowelizacji Kodeksu cywilnego przedstawiony przez Ministerstwo Sprawiedliwości zakłada, że opłata za wniesienie pozwu wzrosnąć ma z 600 zł do 2 tysięcy. Żeby nie było – Ziobro podniesie też opłaty w sprawach innych niż rozwodowe. Tak czy siak jest to ograniczenie obywatelom prawa do sądu, które przełożenie na nierozerwalność instytucji małżeństwa będzie miało co najwyżej takie, że obywatele skutecznie nauczą się system omijać i albo przestaną decydować się na ślub w ogóle, albo po prostu zadowolą się instytucją separacji.
Drugi prezent od rządu to ustawa resortu minister Rafalskiej: ustawa kołtuńska i szkodliwa, choć w nazwie ma wspieranie rodziny”: w praktyce jednak chodzi o to, aby wywierać nacisk na gminy, aby zwracały biologicznym rodzinom dzieci, które trafiły do domów dziecka, placówek opiekuńczych lub rodzin zastępczych. Bez zbędnej zwłoki i pod groźbą kary finansowej.
Niebezpieczna jest jednak druga strona tego medalu: rząd nie przedstawia żadnych narzędzi do dalszego monitorowania sytuacji tych rodzin. Prawdopodobnym jest więc, że dzieci odebrane z powodu przemocy bądź uzależnień w rodzinie – będą wracać w patologiczne warunki. Rząd wymyślił sobie bowiem że polskim rodzinom „odbiera się dzieci z biedy”, co nie ma żadnego przełożenia na statystyki, jest wyłącznie nadmuchaną bańką propagandy.
W Sejmie minął 40. dzień protestu. Wycieńczeni rodzice i opiekunowie niepełnosprawnych skapitulowali przed rządem, który wziął ich na przetrzymanie, a przed oficjelami z NATO zasłonił ich za „kotarą wstydu”. Iwona Hartwich i reszta zawiesili protest, nie dostawszy swojego 500+.
Tymczasem Irlandia przestała już być krajem o najbardziej restrykcyjnym prawie aborcyjnym w Europie – pokazując drzwi kościelnym regulacjom, a Szwecja zmieniła definicję gwałtu (uznając, iż wystarczającym kryterium jest brak zgody, nie trzeba już wykazywać, że ofiara „broniła się” fizycznie). I to wszystko w ciągu jednego tygodnia. Europa odpływa i majaczy gdzieś w oddali.