Nie cofną się przed niczym

Prominenci Prawa i Sprawiedliwości walcząc o zachowanie władzy podejmują kroki wymierzone w polską rację stanu oraz w podstawowe interesy Polski i Polaków, ale korzystne dla Rosji.
23 lipca prof. Marcin Wiącek został nowym Rzecznikiem Praw Obywatelskich. Ostatnie działania jego poprzednika, prof Adama Bodnara dotyczyły dwóch spraw ważnych dla Polski i Polaków: PiS-owskiej ustawy wymierzonej w telewizję TVN, której wprowadzenie osłabiłoby nasze sojusze i zagroziło bezpieczeństwu państwa; oraz próby podważenia zasady, iż prawo Unii Europejskiej ma wyższość nad prawem krajowym, co z kolei stawiałoby Polskę faktycznie poza UE i prowadziło do utraty części środków unijnych. Na tym wszystkim skorzysta wyłącznie Rosja.
Obie te sprawy pokazują, że prominenci Prawa i Sprawiedliwości walcząc o zachowanie władzy nie cofną się przed krokami wymierzonymi w polską rację stanu oraz w podstawowe interesy Polski i Polaków, ale za to korzystnymi dla obcych mocarstw. Widać więc, jak bardzo niebezpieczne jest ugrupowanie, które od prawie sześciu lat panuje nad naszym krajem. Trafnie zatem Adam Bodnar na zakończenie swej pracy postanowił odnieść się właśnie do tych zagrożeń, wywołanych przez nieodpowiedzialne zachowania przedstawicieli partii rządzącej.
W kwestii ustawy przeciwko telewizji TVN, opinia RPO Adama Bodnara dla Sejmu podkreśliła, iż „LexTVN” narusza prawa naszych obywateli i godzi w gospodarcze interesy Polski. Rzecznik wskazał, że ten poselski projekt narusza konstytucyjne wolności, m.in. wolność mediów oraz słowa. Ponadto, zmiana reguł gry dla nadawców w jej trakcie to odejście od cywilizowanych reguł tworzenia prawa – a nie ma żadnych nadzwyczajnych okoliczności, które by to uzasadniały.
RPO stwierdził, iż autorzy projektu tej ustawy odwołują się wprawdzie do klauzuli „bezpieczeństwa państwa”, ale nie precyzują, jak proponowana zmiana miałaby je poprawić. Tymczasem sami stwarzają realne zagrożenie dla ekonomicznego bezpieczeństwa państwa. Ustawa anty-TVN-owska naruszałaby bowiem traktat o stosunkach handlowych i gospodarczych między Polską i USA – co może spowodować złe skutki finansowe dla budżetu państwa.
Jeśli chodzi zaś o to, że Trybunał Konstytucyjny Julii Przyłębskiej chce oceniać zgodność z Konstytucją wybranych przepisów Traktatu o Unii Europejskiej – oczywiście z zamiarem wykazania, że są one niezgodne z ustawą zasadniczą i nie powinny być stosowane – to rzecznik Adam Bodnar podkreślił, iż rozpatrywany problem prawny należy do trzonu konstytucyjnego i prawnego Unii Europejskiej. To nie jest zatem problem czysto prawny i techniczny. Taka sprawa nie może więc być badana przez TK w składzie tylko 5-osobowym, bo jej rozstrzygnięcie wpływa na los Polski w UE.
Przede wszystkim jednak, RPO zwrócił uwagę na to, że Trybunał Konstytucyjny igra z ogniem. W sprawie, którą ma rozstrzygnąć TK chodzi bowiem o wypaczenie zasad Unii przez PiS-owską władzę. W tym przypadku jest to zasada niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Rządzący w Polsce chcą ją podważyć, co zagraża nie tylko naszemu krajowi ale i całej UE. „Bo jeśli w jednym kraju sądy będą niezawisłe, a w innym podległe władzy – to taka Unia nie ma prawa działać. Obywatele Unii nie będą mieli takiej samej ochrony prawnej w każdym z krajów” – stwierdził rzecznik Adam Bodnar.
Zdaniem RPO nie ma żadnego konfliktu między polską Konstytucją a Traktatem o Unii Europejskiej. Po prostu , to ustawy przyjmowane przez PiS-owską większość – w tym „ustawa kagańcowa” ograniczająca faktycznie prawa obywatelskie sędziów – są sprzeczne z prawem unijnym.
Te dwa wystąpienia, tak ważne dla dobra Polski i Polaków, zakończyły pracę Adama Bodnara na stanowisku Rzecznika Praw Obywatelskich. Cała jego kadencja została pozytywnie i z uznaniem oceniona przez wszystkich, którym leży na sercu interes naszego kraju i jego mieszkańców. Wyrazem tego był list, skierowany do Adama Bodnara przez prawie stu polskich naukowców – profesorów i doktorów habilitowanych (oraz paru jeszcze bez habilitacji). Oto treść wspomnianego listu, pod którym mógłby podpisać się każdy, komu zależy na Polsce:
„Szanowny Panie Profesorze,
Pragniemy wyrazić Panu naszą wdzięczność i wielki szacunek za sposób pełnienia odpowiedzialnej funkcji Rzecznika Praw Obywatelskich w trudnych czasach. Funkcja Rzecznika wymaga wrażliwości etycznej i społecznej, znajomości prawa, głębokiego zrozumienia praw człowieka oraz istoty demokracji. Siłą rzeczy stawia Rzecznika Praw Obywatelskich w opozycji do władzy politycznej, jeśli ta nadużywa swych kompetencji lub je nadinterpretuje. O ile władza polityczna dysponuje „autorytetem siły”, to Osoba pełniąca funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich może przeciwstawić jej siłę autorytetu moralnego opartego na wartościach etycznych i społecznych, znajomości prawa i wrażliwości społecznej.
Dziękujemy za pracę dla Polski i Polaków – odpowiedzialną, pełną zaangażowania i poświęcenia, niosącą ogromny potencjał edukacyjny. Osoby, które pełnią w społeczeństwie ważne role modelują zachowania społeczne, uświadamiają ludziom aksjologicznie i prawnie ugruntowane kryteria decyzji i działań, są, rzec można, drogowskazami społecznych trendów i rozwiązań. W naszym przekonaniu pełnił Pan Profesor funkcję Rzecznika Praw Obywatelskich w sposób wzorcowy i jest to nieoceniona i niemierzalna zasługa dla kraju i ludzi.
Był i jest Pan autentycznym obrońcą człowieka i stróżem prawa, wrażliwym na krzywdę, niesprawiedliwość, opresję lub obojętność decydentów w tych sprawach, w których było to potrzebne. Ufamy, że wykreowane przez Pana i Pana poprzedników standardy jakości pracy Rzecznika Praw Obywatelskich będą kontynuowane w nowej i kolejnych kadencjach, a w przyszłości również docenione przez władzę państwową. Życzymy Panu Profesorowi sił i zdrowia potrzebnych do nowych zadań”.
Cóż, nic dodać, nić ująć. Oby prof. Marcin Wiącek stał się godnym kontynuatorem pracy swojego poprzednika.

Gospodarka 48 godzin

Pada ostatnia bariera
Tylko jedna instytucja broniąca obywateli nie została jeszcze obsadzona przez PiS, ale po czwartkowym wyroku Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej może się to zmienić. Ważą się bowiem losy praworządności w Polsce. 9 września 2020 r. upłynęła pięcioletnia kadencja Adama Bodnara na stanowisku Rzecznika Praw Obywatelskich. Zgodnie z art. 3 ust. 6 Ustawy o Rzeczniku Praw Obywatelskich, dotychczasowy Rzecznik pełni swoje obowiązki do czasu objęcia stanowiska przez nowego Rzecznika. Przez długi czas istniała tylko jedna kandydatka na następczynię dotychczasowego RPO – Zuzanna Rudzińska-Bluszcz – dotychczasowa główna koordynatorka ds. strategicznych postępowań sądowych w biurze RPO. Kandydaturę Zuzanny Rudzińskiej-Bluszcz poparło niemal 1200 organizacji społecznych z całego kraju. Równolegle, do Trybunału Konstytucyjnego Julii Przyłębskiej trafił wniosek posłów większości rządzącej, mający na celu wykazanie niekonstytucyjności przepisu pozwalającego na sprawowanie funkcji przez dotychczasowego RPO do czasu obsadzenia wakatu. Trybunał pani Przyłębskiej, orzekający zgodnie z oczekiwaniami obecnej władzy, stwierdził oczywiście, że niezgodny z Konstytucją jest przepis ustawy o RPO, który pozwala pełnić obowiązki Rzecznikowi Praw Obywatelskich po upływie kadencji do chwili objęcia stanowiska przez jego następcę. Walka o rzecznika pozostaje sprawą o kluczowym znaczeniu dla społeczeństwa obywatelskiego – przypomina FOR. Rzecznik Praw Obywatelskich to ostatnia instytucja publiczna o charakterze strażniczym, która nie została obsadzona przez osobę politycznie zależną od większości rządzącej. W związku z tak silną koncentracją władzy w rękach partii rządzącej najlepszym rozwiązaniem byłoby odrzucenie kandydatur zgłaszanych przez Prawo i Sprawiedliwość, w oczekiwaniu na kandydatkę lub kandydata, który będzie dawał gwarancje niezależności od polityków partii rządzącej. Mógłby to zrobić Senat, gdzie PiS nie ma większości. Jednak po czwartkowym wyroku Trybunału Julii Przyłębskiej ewentualny opór wyższej izby parlamentu może już okazać się niemożliwy.

Kolejny atak na sądy
Minister Sprawiedliwości-Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro oraz Prokurator Krajowy Bogdan Święczkowski negatywnie ocenili na konferencji prasowej postanowienie Sądu Okręgowego w Warszawie o nieuwzględnieniu wniosku prokuratury o przedłużenie tymczasowego aresztowania Sławomira Nowaka. Zasugerowali oni, że sąd w tej sprawie oraz w sprawie przeciwko Leszkowi Czarneckiemu, wydając orzeczenia niezgodne z oczekiwaniami prokuratury, kierował się przesłankami pozamerytorycznymi. Taką narrację bez ograniczeń zaprezentowała także PiS-owska telewizja „publiczna”. W ocenie zarządu Stowarzyszenia Sędziów Polskich „Iustitia” wypowiedzi panów Ziobry i Święczkowskiego są w demokratycznym państwie prawnym niedopuszczalne. „Iustitia” przypomina, że to sądy (jeszcze niezależne, mimo zakusów obecnej władzy) decydują o tymczasowym aresztowaniu, a nie Minister Sprawiedliwości czy Prokurator Krajowy. Sądy nie są od „przyklepywania” wniosków prokuratury. Ich rolą jest sprawowanie wymiaru sprawiedliwości zgodnie z prawem, w sposób samodzielny i obiektywny. Z pewnością zaś rolą Ministra Sprawiedliwości- Prokuratora Generalnego i Prokuratora Krajowego nie jest wygłaszanie opinii zniesławiających sędziów.

Sądy powinny mieć wolne

Kontrowersyjny apel dużej części sędziów. Ich zdaniem, ograniczenie pracy poczty to powód do wstrzymania praktycznie całej działalności sądów.

Niech sądy w całym kraju niezwłocznie zaprzestaną czynności (poza wyjątkowymi przypadkami nie cierpiącymi zwłoki) wskutek siły wyższej w postaci epidemii koronawirusa – taki apel do Ministerstwa Sprawiedliwości wystosowało stowarzyszenie sędziów Iustitia.
Od kilku dni odwoływane są rozprawy w większości sądów w Polsce, jednak nie oznacza to, że sądy zaprzestały pracy. Wciąż wysyłana jest z sądów korespondencja do osób, które mają swoje sprawy w sądzie. Czasami doręczenie takiego listu z sądu powoduje, że zaczyna biec termin np. do wniesienia apelacji. Kto nie złoży pisma w terminie, straci szansę na zmianę wyroku
Tymczasem, prof. Krystian Markiewicz, prezes stowarzyszenia sędziów polskich Iustitia wskazuje: „Z całego kraju dostajemy sygnały, że poczta istotnie ograniczyła działalność. Przed urzędami pocztowymi tworzą się kolejki osób, które muszą wysłać swoje pismo, bo ucieka im termin. Nie mogą go złożyć w sądzie, gdyż zamknięto biura podawcze w sądach. Sytuacja, gdy tak wiele osób spotyka się w placówce pocztowej, rodzi na pewno ryzyko zarażenia koronawirusem.”
W przyjętym przez zarząd stowarzyszenia Iustitia stanowisku, sędziowie apelują do Ministerstwa Sprawiedliwości, żeby sądy w ogóle zaprzestały czynności, poza sprawami pilnymi. „Nie można teraz zmuszać ludzi do stania w wielogodzinnych kolejkach na poczcie i wyboru: albo własne zdrowie, albo utrata terminu do wniesienia apelacji” – podkreśla prof. Krystian Markiewicz.
Fizyczny dostęp interesantów do sądów został bardzo ograniczony, strony i pełnomocnicy nie mają dostępu do akt. Rozprawy i posiedzenia jawne są co do zasady odwoływane. Poza tym jednak sądy nadal pracują, choć trudno to nazwać normalną pracą. Sędziowie wydają orzeczenia na posiedzeniach niejawnych. Sekretariaty starają się wykonywać zarządzenia. Formalnie nie wstrzymano doręczeń pism sądowych. Oznacza to dla stron oraz pełnomocników konieczność odbioru korespondencji, a także wizytę na poczcie, ewentualnie w sądzie.
Niewprowadzenie restrykcyjnych ograniczeń może przyczynić się do roznoszenia wirusa i rozprzestrzeniania się epidemii. Szczególnie w przypadku osób starszych jest to bardzo niebezpieczne dla zdrowia, a nawet życia. Należy podkreślić, że ze wszystkich stron płyną sygnały o pozostanie w domach.
Dlatego sędziowie z Iustitii przyłączają się do stanowiska Naczelnej Rady Adwokackiej, mówiącego, że niezbędna jest zmiana ustawy o szczególnych rozwiązaniach związanych z zapobieganiem, przeciwdziałaniem i zwalczaniem COVID-19. W projekcie legislacyjnym, opracowanym przez NRA przewiduje się między innymi zawieszenie z mocy prawa postępowań sądowych w określonych przypadkach, zawieszenie biegu terminów oraz brak skutków prawnych doręczenia korespondencji sądowej.
Brak rozwiązań ustawowych co do biegu postępowań sądowych w okresie zagrożenia epidemicznego, może doprowadzić do naruszenia na masową skalę podstawowych praw człowieka i obywatela, chronionych przez Konstytucję RP – takich jak prawo do życia, zdrowia oraz prawo do sądu. Może też być powodem wytaczania wielu nowych spraw o przywrócenie terminu do dokonania czynności procesowych – a to dodatkowo obciąży wymiar sprawiedliwości.
„Jeśli zaraz sądy nie wstrzymają czynności to za kilka miesięcy zaleje je fala wniosków o przywrócenie terminów. Czas, aby Ministerstwo Sprawiedliwości reagowało zanim pojawią się problemy, a nie gdy jest za późno. Akurat w takiej sytuacji należy ustawę uchwalić w kilkanaście godzin.” – podsumowuje prezes Iustitii.

Dyktando

Jak sięgnę pamięcią do lat szkolnych, to wraca mi niechęć do matematyki i do dyktand uwielbianych przez niektórych nauczycieli, jako niezawodny sprawdzian opanowania ortografii. Dyktowane teksty były czasem bezsensowne, ale za to nasycone trudnymi wyrazami, zmuszającymi uczniów do pospiesznego decydowania, czy napisać „ż” czy „rz”, „u” czy „o kreskowane”, „ą” czy „on”?

Przypomniałem sobie te dyktanda po wysłuchaniu wyjaśnień dotyczących nerwowego palca znanej posłanki i po obejrzeniu w telewizorze niektórych scen i wypowiedzi na i po pierwszej wyborczej konwencji Prezydenta A. Dudy, ubiegającego się o ponowny wybór.
Dyktowanie poglądów
Skąd te skojarzenia? Stąd, że już od kilku lat podziwiam sprawność PISu w doprowadzaniu do sytuacji, w której wszyscy działacze, na wszystkich szczeblach, używają czasem innych słów, ale merytorycznie mówią to samo. Mówią to, co powiedział szef, czyli Najważniejszy Zwykły Poseł Jarosław Kaczyński. Jeśli w jakiejś sprawie nie zabrał głosu, wówczas powtarzają to, co usłyszeli z ust kogoś z Jego najbliższego otoczenia.
Zastanawiałem się, jakie zastosowano rozwiązanie organizacyjne, zapewniające tak sprawny przekaz bezwzględnie słusznych poglądów Najważniejszego Posła. Przy mojej nieudolności dostrzegam tylko dwie metody. Pierwsza, biurokratyczna, wymagałaby krótkiego streszczania wypowiedzi szefa i elektronicznego przekazywania tych streszczeń „drogą służbową” – od Nowogrodzkiej, przez rząd i tych wojewodów, lub ich zastępców, którzy są członkami lub wielbicielami partii. – Potem dalej – aż do wójtów i burmistrzów. To metoda historycznie sprawdzona, ale niewygodna i dająca pole do krytyki ze strony opozycji.
Telewizja zwana publiczną
Alternatywna metoda wymaga bardziej optymistycznej oceny poziomu intelektualnego tych członków partii, którym powierzono odpowiedzialne stanowiska. Mamy przecież, sowicie podtrzymywaną finansowo telewizję, zwaną publiczną. Jest znana z tego, że transmituje i powtarza wszystkie imprezy, na których Najważniejszy Poseł ocenia, co jest czarne, a co białe, i wskazuje suwerenowi właściwą drogę. Wobec tego partyjne i rządowe „kadry” powinny oglądać dzienniki i dyskusje prowadzone w tej telewizji, przyswajać zalecenia Posła i przekazywać je dalej. Ta metoda jest może mniej dokładna, daje zbyt dużo możliwości samodzielnego komentowania poglądów szefa, ale jest tańsza i mniej narażona na krytykę. I sądzę, że właśnie ona jest wykorzystywana. A mnie kojarzy się z dyktandem, świadomie lub podświadomie adaptowanym przez partyjno – rządowy aktyw.
Niezdrowy nadmiar fantazji
Przy bardziej wnikliwej analizie stwierdziłem jednak, że także przy zastosowaniu tej metody ujednolicania promieniujących z Nowogrodzkiej poglądów, mogą występować kłopotliwe trudności, zmniejszające skuteczność rozszerzania poparcia suwerena. Wśród zaprzyjaźnionych wielbicieli rządzącego ugrupowania, widzę ostatnio narastające zdenerwowanie, przy odbiorze serwowanych nam informacji, o kolejnych sukcesach gospodarczych i politycznych. Opowieści o nieustannych sukcesach zaczęły się po zdobyciu władzy przez PIS i ich skala ciągle narasta. Trzeba mieć głęboką wiarę w nieomylność Najważniejszego Posła, aby wysupłać te sukcesy z zagmatwanej rzeczywistości i sprzedać je z przekonaniem nawet własnemu elektoratowi. Przekonywanie elektoratu konkurencji i milczącej większości jest jeszcze trudniejsze. Ma z tym kłopoty nawet sam Najważniejszy Poseł i jego pilny uczeń, wielozawodowiec i podróżnik w czasie, czyli obecny Prezes Rady Ministrów. Fantazje naszego Premiera dotyczące teraźniejszości i przyszłości, są dla mnie źródłem podziwu i radości. Przyjdzie czas, że ośmielę się poświęcić im odrębne wypracowanie.
Fantazje gospodarcze i polityczne nie są jednak skuteczne w neutralizowaniu personalnego problemu, jakim jest Pan Prezydent. Wprawdzie Najważniejszy Zwykły Poseł powiedział ostatnio, że jest to „prezydent marzeń”, któremu członkowie i sympatycy PIS powinni w majowych wyborach zapewnić drugą kadencję, – ale wiewiórki donoszą, że zadowolenie z pierwszej kadencji nie jest pełne. Wydaje się bowiem, że Pan Prezydent uwierzył w nieomylność opatrzności, która powierzyła mu formalnie najważniejsze stanowisko w państwie. Zrobiła to rękami narodu nie korzystając z pośredników. A jeśli tak – to tym samym upoważniła go do lansowania własnych poglądów i werbalnej ich prezentacji. Wprawdzie stara się być lojalny i poglądy w wielu sprawach ma identyczne jak partia, która go wspierała i wspiera. Ale są też takie, w których ma znacznie ostrzejszy (częściej) lub łagodniejszy (rzadziej) pogląd.
Irytujący sędziowie
W końcowym roku pierwszej kadencji najbardziej irytują Pana Prezydenta sędziowie i inni prawnicy, łącznie z krakowskimi profesorami. Nawet profesor, który był jego promotorem w czasie przygotowywania pracy doktorskiej. W środowisku akademickim to rzadki przypadek. Zwyczajowa norma jest zupełnie odwrotna. Nawet, jeśli nie uwielbia się swego promotora, to wypada go publicznie chwalić i wzmacniać jego naukowy autorytet.
Odnoszę wrażenie, że Pan Prezydent sam „nakręca” swoją niechęć do sędziów, ze specjalnym uwzględnieniem Sądu Najwyższego i jego kierownictwa – zwłaszcza Pierwszej Prezes. To nawet można zrozumieć. Ma tu – zapewne – znaczenie zawiedziona nadzieja, że Panią Prezes uda się „zdjąć” ze stanowiska, przed upływem kadencji. Może nawet zapewniano o tym Najważniejszego, Zwykłego Posła? Może komuś obiecywano to stanowisko? Ale się nie udało. Agresywny opór zjednoczonych sił opozycji, ulicy i zagranicy nie pozwolił na przeprowadzenie tej „dobrej zmiany”.
Odnoszę też wrażenie, że zestaw przyczyn niechęci Pana Prezydenta do sędziów wszystkich szczebli jest ciągle taki sam i nie jest przekonywujący. Wieje nudą. Z należytą atencją słucham wystąpień Pana Prezydenta i na ich podstawie potrafię wymienić tylko trzy, jego zdaniem śmiertelne, grzechy tego środowiska.
Nieco zaawansowanym
Po pierwsze – część sędziów w wieku nieco zaawansowanym dostała nominacje sędziowskie w czasach PRLu od kolektywnego prezydenta, jakim była Rada Państwa. I co z tego – Panie Prezydencie? Czy była inna możliwość? Czy gorzej prowadzili rozprawy? Jeśli niektórzy z nich wydawali niesprawiedliwe wyroki, to trzeba ich o to oskarżyć i ukarać, nie grożąc odpowiedzialnością zbiorową. Nominacje profesorskie też wręczał przewodniczący lub wiceprzewodniczący tej Rady. Wielu z tych profesorów nadal działa. Wielu doktorów prawa – złośliwie dodam, że także także w Krakowie – zdawało u nich egzaminy magisterskie i z ich pomocą przygotowywało doktoraty. Czy mamy uznać, że są one nieważne?
Po drugie – mam wrażenie, że Pan Prezydent z coraz większym trudem znosi ciągłe upominanie się przez sędziów o „niezawisłość i niezależność”. W państwie rządzonym autokratycznie – a do takiego coraz wyraźniej dążymy – sędzia powinien być niezależny w ferowaniu wyroków i nie ulegać naciskom wielkich firm i urzędników administracji państwowej i terenowej. Ale powinien zdawać sobie sprawę, że dobro narodu wymaga, aby pomagał realizować wielkie projekty tej władzy, która powołała go na stanowisko. Powinien więc wsłuchiwać się w wytyczne formułowane na ulicy Nowogrodzkiej i postępować w sposób przyczyniający się do ich realizacji. Dobry sędzia, to dobry obywatel, który powinien zdawać sobie sprawę, że jest niewielkim trybikiem wielkiej maszyny, wprowadzającej w Polsce niepowtarzalny pakiet dobrych zmian.
Organizować wymiar
Trzeci zarzut trafiający w sędziów, to rykoszety wystrzałów Pana Prezydenta w kierunku Komisji UE, która nie powinna podpowiadać nam w obcych językach, jak mamy organizować i prowadzić nasz wymiar sprawiedliwości. Tłumaczenie jest uciążliwe. Wystarczy, że z uwagi na niski poziom intelektualny opozycji musimy tłumaczyć nasze zamiary z polskiego na polski.
Zestaw tych trzech zarzutów wystarcza partii pod dumną nazwą „Prawo i Sprawiedliwość” i jej rządowi do stwarzania atmosfery oblężenia. Ale Pan Prezydent tak bardzo przestał lubić sędziów, tak go denerwuje ich nieposłuszeństwo, że czasem wychodzi przed szereg. Na Nowogrodzkiej woleliby stopniowe osłabianie sędziowskiej „kasty” z zachowaniem pozorów legalizmu i ograniczaniem rozdrażnienia organów UE. A Pan Prezydent porusza temat przy każdej okazji, coraz ostrzej ocenia zachowanie sędziów, podnieca się, krzyczy i zapomina, że miał być prezydentem wszystkich Polaków – z sędziami włącznie.
To błąd – zwłaszcza w okresie kampanii wyborczej. Jako samozwańczy i bezpłatny doradca sugeruję, aby przynajmniej w tym okresie Pan Prezydent nie występował w roli zagończyka, tylko sapera, starającego się rozbrajać miny rozłożone na przedpolu naszego styku z Unią.

Kasta we frakcji

W sobotę w Warszawie obradowała Rada Krajowa Platformy Obywatelskiej. W sobotę w Warszawie odbyła się manifestacja poparcia dla polityki rządu w kwestii reformowania wymiaru sprawiedliwości. Na jedną i drugą uroczystość zjechali się do Warszawy ludzie z całego kraju, dzięki czemu PKB Warszawy podskoczyło o parę oczek wzwyż. Wzwyż podskoczył w tym czasie w Toruniu także skoczek Armand Duplantis i zrobił to najwyżej na świecie, czemu dał wyraz wybuchem ogromnej radości, co dziwić nie powinno. Samozadowolenie Platformy i rządu już tak.

W składzie zarządu PO znaleźli się nowi. Ale żadni oni nowi, bo nazwiska owe (Nitras, Grodzki, Pawełek, Kierwiński) są z Platformą i w Platformie od lat. Rada Krajowa zatwierdziła również plan sztabu oraz sam sztab kandydatki na prezydenta z jej ramienia. Konwencja wyborcza odbędzie się 29 lutego. Sztabem pokierują ludzie z partyjnej nominacji, żeby złośliwie nie napisać-łapanki, politycy, którzy specjalnego wyrobienia kampanijnego nie posiadają, co i nie wróży sukcesu. Bo kim dla niewtajemniczonych jest p. Michał Gramatyka, oprócz tego, że dziś jest posłem, a kiedyś startował w przyspieszonych wyborach na senatora za Elżbietę „taki mamy klimat” Bieńkowską. I przegrał z Czesławem Ryszką z PiS-u. Jako rzekł ongiś książę Lampedusy: „Tyle się musiało zmienić, żeby się nic nie zmieniło”.
Naród przyjechał też do Warszawy na zaproszenie rządu, żeby pod Trybunałem Konstytucyjnym wyrażać dla działań rządu poparcie, w rytm hasła „kasta-basta”. Były zagrzewające do boju przemówienia i podtrzymujące na duchu apele. Głównie ludzi starych do jeszcze starszych. Trzon manifestacji stanowiła bowiem młodzież w wieku 60 plus, oraz armia zaciężna rekrutująca się z przyjaciół i członków klubów „Gazety Polskiej” Tomasza Sakiewicza, którego sama postura musi budzić respekt u wroga. Ciekawostką wartą odnotowania w kronikach, był brak tego dnia na manifestacji Krzysztofa Bosaka, kandydata narodowców na prezydenta, który akuratnie żenił się parę ulic dalej i ze zrozumiałych względów miał co innego w głowie, choć kto go tam wie.

Kiedy Warszawa bawiła się w najlepsze na wiecach, radach i weselach, w Olsztynie tymczasem, poziom wód w miejscowej palestrze się wyrównał i pozycji lidera pozazdrościł Pawłowi Juszczyszynowi jego pryncypał urzędowy, Maciej Nawacki. Kiedy koledzy Juszczyszyna przynieśli do prezesa Nawackiego uchwałę wzywającą do wsparcia zawieszonego sędziego Pawła i chcieli ją oficjalnie poddać pod głosowanie, prezes do tego nie dopuścił, a tekst uchwały podarł na ich oczach. Niczym Nancy Pelosi, która darła tekst przemówienia Trumpa w Kongresie. Wzór miał więc nie byle jaki.

Parę dni wcześniej przeczytałem w internetach, że poseł Nitras planuje uruchomienie zbiórki pieniężnej w ramach rekompensaty za uszczuplenie sędziemu Juszczyszynowi zarobków, żeby chłop nie przymierał głodem. Innymi słowy: wzywa do powołania frakcji. Frakcji dla kasty, jakby chcieli ci z sobotniego wiecu pod TK. Kiedyś, u mnie w kapeli, też funkcjonowała frakcja. Było bowiem tak, że gdy w zespole występował problem alkoholowy, muzycy sami z siebie poddawali się badaniu alkomatem. Ten, który przekroczył 0,0 promila grał tego dnia za darmo. Jego gaża była dzielona między pozostałych wykonawców w częściach równych. Grupka kolegów, najbardziej zainteresowanych i zagrożonych karami, zawiązała wtedy frakcję. Zadaniem frakcji było rachowanie, jaki procent został dodany do wypłaty, a tym samym, odjęty poszkodowanemu, a następnie działkowanie się z poszkodowanym jego dolą poza oficjalnym obiegiem. Niestety, frakcja nie wytrzymała próby czasu. Po pierwsze, nie wszyscy chcieli się do frakcji przyłączyć, bo uważali, że to fałszywie pojętą solidarność i podtrzymywanie zgubnego nałogu. Po drugie zaś i ostatnie: od jakiegoś czasu ostatni z pijących przestał pić i nie ma się na kogo składać.

Skuteczny atak PiS na praworządność

Obecna ekipa osiągnęła to, że sądy w naszym kraju pracują coraz wolniej i są coraz mniej niezależne. Szkodzi to sprawiedliwości, Polakom i polskiej gospodarce.

W Polsce od lat zwraca się uwagę na zjawisko przewlekłości postępowań sądowych. Trzeba jednak zaznaczyć, że do 2015 roku (czyli przed objęciem władzy przez Prawo i Sprawiedliwość) obserwowany był tu pewien postęp.
Działania rozpoczęte przez rząd zjednoczonej prawicy po 2015 r. nie rozwiązują problemu przewlekłości postępowań sądowych. Co więcej, niektóre dane krajowe wskazują wręcz na pogorszenie w tym obszarze, jednocześnie tworząc nowy problem – braku niezależności sądów. Nie jest to opinia tylko prawników – ankiety prowadzone wśród przedsiębiorców również wskazują, że po 2015 roku coraz gorzej oceniają oni niezależność sądów.
Atak na praworządność jest jedną z przyczyn załamania stopy inwestycji w Polsce po 2015 roku. Spadek praworządności wynikał nie tylko z ataków na niezależność sądów, ale także z pogorszenia jakości procesu legislacyjnego: zwłaszcza ekspresowego uchwalania ustaw, które drastycznie zmieniały funkcjonowanie różnych sektorów, od elektrowni wiatrowych, przez handel, banki, branżę farmaceutyczną, spożywczą, aż po apteki. Do tego jeszcze należy dodać agresywne działania w obszarze systemu podatkowego.
Łącznie wszystko to zwiększyło to do tego stopnia niepewność w gospodarce, że przedsiębiorcy profilaktycznie ograniczyli inwestycje pomimo bardzo dobrej koniunktury – co negatywnie wyróżniało Polskę na tle innych państw Unii Europejskiej. Pomimo pewnego odbicia w ubiegłym roku, stopa inwestycji prywatnych w Polsce pozostaje niepokojąco niska, co ogranicza długookresowe perspektywy naszej gospodarki – zauważa Towarzystwo Ekonomistów Polskich.
Próby rządu zjednoczonej prawicy podporządkowania sądów większości parlamentarnej budzą głębokie obawy dotyczące podziału władzy i ustrojowych podstaw demokratycznego państwa. Niezależnie od tych uzasadnionych obaw, nie można zapominać o kluczowym znaczeniu jakości sądownictwa dla rozwoju gospodarczego.
Liczne badania dokumentują istotne znaczenie różnych aspektów jakości sądów dla rozwoju gospodarczego. I tak prof. prof. Robert J. Barrro, Yvan Guilemette i David Turner na szerokim panelu krajów pokazują istotny związek szeroko rozumianej praworządności i wzrostu gospodarczego.
Prof. prof. Stefan Voigt, Lars P. Feld, Jerg Gutmann koncentrują się na faktycznej niezależności sądów i pokazuje, że ma ona silny pozytywny wpływ na wzrost gospodarczy. Do takich samych wyników dochodzą prof. Julio Rios-Figueroa i Jeffrey K. Staton, którzy sprawdzają różne miary niezależności sądów (szerszy przegląd literatury o znaczeniu niezależności sądów dla gospodarki: Łaszek, Tatała i Toczyński 2017 r.).
Prof. Nathan Nunn na panelu międzynarodowym szacuje, że efektywność egzekwowania kontraktów ma większe znaczenie dla struktury eksportu krajów, niż ich zasoby kapitału rzeczowego i ludzkiego. Efektywne sądy pozwalają firmom na znacznie dalej idącą specjalizację i bardziej zaawansowany eksport.
Prof. prof. Krishna B. Kumar, Raghuran G. Rajan, Luigi Zingales badając 15 państw Unii Europejskiej wskazują, że silniejsze instytucje i sprawniejsze sądy sprzyjają większym rozmiarom firm. Efekt jest szczególnie silny w tych branżach, które inwestują przede wszystkim w dobra niematerialne, a nie fizyczny kapitał. Jest to wątek szczególnie istotny w przypadku naszej gospodarki, którą charakteryzuje nadreprezentacja mało wydajnych mikroprzedsiębiorstw (patrz szerzej: Łaszek i Trzeciakowski 2018 r.).
Przewlekłość postępowań sądowych od lat jest problemem dla gospodarki w Polsce. Niestety działania obecnego rządu w żaden sposób go nie rozwiązują, jednocześnie tworząc nowy problem poprzez ograniczenie niezależności sądów.

Obiektywizm prezydenta

Wszyscy prezydenci III RP w czasie kampanii wyborczych podkreślali, że będą „prezydentami wszystkich Polaków”. Potem szybko się okazywało, że jednak czują się bardziej związani z ugrupowaniami politycznymi, z których się wywodzą.

To wobec tych ugrupowań byli mniej krytyczni. Rzadko im się zdarzało nie podpisać czegoś, na czym tym ugrupowaniom specjalnie zależało.
Z moich nieudolnych obserwacji wynika, że największy obiektywizm wykazywał Aleksander Kwaśniewski. Starał się to robić Lech Kaczyński, chociaż w w okresie, kiedy premierem był jego brat – bliźniak, niezależność prezydenta w ogóle nie była widoczna.

Prezydent dobry, czyli spolegliwy

Apogeum uzależnienia decyzji prezydenta od życzeń „partii i rządu” osiągnęliśmy jednak dopiero w czasie ostatnich czterech lat. Prezydent Andrzej Duda grzeszy wobec suwerena nie tylko łatwością podpisywania niedostatecznie przemyślanych ustaw. Jeszcze bardziej – moim zdaniem – grzeszy nienaturalną aktywnością w popieraniu rządowych koncepcji, pełnieniem roli agitatora w ich obronie przed krytyką opozycji i wątpliwościami obywateli, podsycanymi przez „ulicę i zagranicę”. Szczytem rozbieżności między deklaracjami pełnienia roli „prezydenta wszystkich Polaków” i politycznym zaangażowaniem w sankcjonowanie wątpliwych pomysłów władzy wykonawczej i ustawodawczej, jest trwająca od kilku miesięcy akcja walki z sądami i sędziami.

Atak na szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości ma charakter kompleksowy. Zaczął się od lekceważenia wyroków Trybunału Konstytucyjnego i opanowaniu go przez „swoich”, czyli uległych wobec rządzącej partii i jej rządu. Potem przyszła kolej na Sąd Najwyższy. Tu bitwa nie była w pełni wygrana, bastiony trzech izb pozostały niezdobyte i budząca u Prezydenta odruchy wstydu i zniecierpliwienia Pierwsza Prezes SN też pozostała na swojej barykadzie. Ale udało się stworzyć nową, wewnętrzną fortecę, której zadaniem ma być pilnowanie porządku, wyłapywanie niepokornych sędziów i ich przykładne karanie. A Pierwszej Prezes kończy się kadencja, więc postanowiono poczekać i potem doprowadzić do powołania „swojego człowieka”. Kandydaci już stoją w kolejce.

Teraz zostało zadanie najbardziej szerokie i tym samym najtrudniejsze. Podporządkować jedynie słusznej władzy i jej niesprecyzowanym ideom sądy powszechne, czyli te, które mają bezpośredni i codzienny wpływ na życie suwerena.

Sędziowie – wrogowie

Teoretyczne podstawy tych dokonanych i planowanych zmian były by śmieszne, gdyby traktowano je jako ćwiczenie akademickie z teorii zarządzania. Ale – niestety – nie są teorią, mają w realu zrewolucjonizować nasze sądownictwo. Aby zyskać przychylność obywateli, wymyślono cały pakiet argumentów, wyjaśniających nieodpartą potrzebę tej rewolucji.

Po pierwsze – wygraliśmy pierwsze i drugie wybory, bo 80 proc. społeczeństwa chciało, aby usprawnić działanie wymiaru sprawiedliwości. I to właśnie – mimo oporów ze strony „kasty” – robimy, chociaż efekty nie są na razie widoczne.Po drugie – musimy zmienić większość kadry sędziowskiej bo nie chce dobrej zmiany i nie potrafi jej wprowadzić. Pamiętajmy, że – cześć tej kadry została powołana jeszcze za czasów PRL i jest splamiona współpracą z komunistycznymi służbami i wydawaniem niesprawiedliwych wyroków na działaczy demokratycznego podziemia;
– są wśród nich ludzie nieuczciwi, korzystający z każdej okazji aby ukraść kawałek kiełbasy, kilkadziesiąt złotych albo część do jakiegoś urządzenia;
– wielu z nich wydaje wyroki zaniżone, stosując tylko prawo i nie biorąc pod uwagę społecznych nastrojów;
– uważają władzę sądowniczą za niezależną, utrudniając tworzenie ustroju, w którym życie kraju jest bezbłędnie sterowane z jednego miejsca. To miejsce jest na razie na skromnej ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, ale dożyjemy czasów, kiedy będzie górować nad miastem w ogromnym wieżowcu. Może nawet dwuwieżowym.
Po trzecie – musimy zapewnić niezawisłość i swobodę działania nowej Krajowej Rady Sądowniczej – z trudem utworzonego organu, którego skład składa się z ludzi rozumiejących potrzebę i stosowane metody zmian. Nie możemy jednak ujawniać, kto popierał ich wybór, bo złośliwi ludzie drugiego sortu mogliby mieć do nich pretensje.
I po czwarte – nie możemy dopuścić do tego, aby totalna opozycja wykorzystywała swoje znajomości i przenosiła wewnętrzny spór za granicę – zwłaszcza do Unii Europejskiej. Jak słusznie wykrzyczał pan Prezydent Duda – „nikt nam nie będzie dyktował w obcych językach, jak mamy organizować nasz wymiar sprawiedliwości”.

Na progu kampanii wyborczej

Analizując ten bardzo uproszczony zestaw argumentów, uzasadniających partyjno – rządową koncepcję uzdrowienia systemu wymierzania sprawiedliwości, nie znalazłem żadnych znaczących sugestii poprawy jego organizacji. A – moim zdaniem – właśnie w organizacji sądownictwa i prokuratury „der Hund ist begraben”. Wprawdzie tow. Lenin mówił, że „kadry decydują o wszystkim” i tow. Stalin to powtarzał, jednak samymi zmianami kadrowymi można wprawdzie ułatwić życie ludziom sprawującym władzę, ale nie skróci się procesów sądowych, nie zmniejszy skali niesprawiedliwych wyroków i nie ograniczy biurokracji.
Pan prezydent tak bardzo przejął się zadaniem poprawy wymiaru sprawiedliwości, że w ostatnich tygodniach mówi o tym przy każdej okazji. Mam wrażenie, że z dnia na dzień pogarsza mu się ocena sytuacji w sądownictwie i traci resztki sympatii dla sędziów. Jego krzykliwe przemówienia na ten temat wywołują wrażenie, że nie jest prezydentem, tylko przedstawicielem rządu odpowiedzialnym za wprowadzenie konkretnej ustawy. Nie porównuje głosów „za” i „przeciw”, udaje, że nie widzi protestujących autorytetów w kraju i zagranicą, nie rozważa celowości i konsekwencji proponowanych ograniczeń niezawisłości sędziów. Nie zastanawia się nad innymi koncepcjami, zwłaszcza sugerowanymi „w obcych językach”. Świadomie lub podświadomie umacnia podział społeczeństwa, zwracając się przede wszystkim do tych, którzy nie lubią „obcych”, wierzą, że jesteśmy bezgrzesznym narodem wybranym, mają pretensje do wszystkich sąsiadów.

Na piwnej imprezie w Katowicach pan prezydent zwrócił się do górników i hutników o pomoc w przekonaniu społeczeństwa, że trzeba nałożyć sędziom kagańce, uniemożliwiające okazywanie nieufności wobec poglądów i życzeń nieomylnej władzy. Nie poprosił o pomoc prawników, ubolewając przy okazji, nad niezrozumieniem prawa przez profesorów, zajmujących się tą dziedziną. Współczuję. To musi być bolesne uczucie, jak dochodzi się do wniosku, że dobrzy prawnicy już odeszli do lepszego świata, albo kierują tylko odnowionym Trybunałem Konstytucyjnym.
Przez kilka takich wypowiedzi pan prezydent dał nam do zrozumienia, że już nie jest „prezydentem wszystkich Polaków”, że przystępując do bitwy o drugą kadencję, postanowił być przedstawicielem jednej, zwycięskiej partii politycznej i jej wielbicieli. Sądzę, że nie mamy co liczyć na obiektywizm i pojednawczo – rozjemcze działania Prezydenta Andrzeja Dudy, także w innych kontrowersyjnych sprawach, które na pewno pojawią się na naszym nerwowym politycznym rynku. A to oznacza, że przed wrzuceniem kartki w majowych wyborach prezydenckich, trzeba bardzo wnikliwie rozważyć zalety i wady kandydujących pań i panów. Kilku moich przyjaciół jeszcze nie wie, na kogo zagłosują. Ale już wiedzą, że na pewno nie będzie to obecny prezydent.

Pseudoreformy PiS niczego nie naprawiają

Za rządzących nie możemy odpowiadać. Chodzi nam o to, aby argument siły, czyli posiadania większości mandatów w Sejmie, zamieniony został na siłę argumentów – mówi prof. Marek Chmaj w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Został pan przewodniczącym senackiego zespołu doradców ds. kontroli konstytucyjności. Czym będzie się zajmował?

MAREK CHMAJ: Zespół powołał marszałek Grodzki. Kierując się kwestiami merytorycznymi, wybrał 15 znakomitych naukowców mających bogaty dorobek z zakresu prawa konstytucyjnego i pokrewnych gałęzi prawa. Zadaniem zespołu będzie badanie zgodności ustaw z konstytucją oraz z traktatami unijnymi.

Czyli będziecie zajmować się tym, czym powinien Trybunał Konstytucyjny?

Tak jest. Marszałek chciał, aby niezależny zespół składający się z wybitnych ekspertów badał ustawy, które będą, ale też obowiązują w porządku prawnym RP. Opinie będą wykorzystywane przez marszałka w procesie legislacyjnym przy uwzględnianiu i planowaniu poprawek senatu do ustawy, zaś w przypadku obowiązujących ustaw opinie zespołu będą mogły być wykorzystywane do przygotowywania projektów i zmian nowelizacji ustaw w kierunku nadania im zgodności z polską konstytucją.

Sporo pracy będzie miał zespół…

Zespół jest gotowy do podjęcia pracy. Chciałbym jeszcze podkreślić, że zespół pracuje społecznie, zatem uczestnictwo w składach orzekających, jak również w posiedzeniach plenarnych, jest nieodpłatne. Jedynie osoba, która będzie sporządzała daną opinię, otrzyma honorarium na zasadach obowiązujących dla wydawania opinii w Sejmie i Senacie. To są niewielkie kwoty.

Zajmiecie się też ustawą represyjną, tzw. kagańcową?

Oczywiście, ale ponieważ ustawa ta będzie przedmiotem prac Senatu za dwa tygodnie, to zapewne zrobimy to już, jak wyjdzie z Sejmu i będzie na biurku prezydenta. Chodzi o to, aby nasza opinia była przygotowana merytorycznie i odpowiedzialnie, a nie nocą, na szybko, jak była procedowana w Sejmie. Chcemy, aby opinie zespołu były traktowane stricte merytorycznie. Temu służą zarówno obszerne składy, jak i dobór członków zespołu.

Zespół będzie wykonywał pracę za Trybunał Konstytucyjny, ale to będą tylko opinie niewiążące rządzących w żaden sposób. Można więc założyć, że będą traktowane tak jak opinia Komisji Weneckiej.

Za rządzących nie możemy odpowiadać. Chodzi nam o to, aby argument siły, czyli posiadania większości mandatów w Sejmie, zamieniony został na siłę argumentów. Chcemy merytorycznie i na spokojnie oceniać ustawy, a wyznacznikiem dla nas będzie ich zgodność z konstytucją oraz z traktatami unijnymi. Chcemy pomagać marszałkowi Senatu w jego pracy nad zagwarantowaniem ładu konstytucyjnego.

O odrzucenie ustawy kagańcowej apeluje komisarz na rzecz praw człowieka Rady Europy Dunja Mijatović, Komisja Wenecka zapowiedziała wyjątkowo szybkie wydanie opinii, przed ustawą przestrzega RPO i wiceprzewodnicząca KE Vera Jourová. PiS jest głuchy na te głosy. Co się stanie, gdy przepisy wejdą w życie?

Ta ustawa jest rażąco niezgodna zarówno z polską konstytucją, jak i z traktatami unijnymi, co więcej – narusza też prawo obywatela do niezależnego sądu. Uchwalenie takiej ustawy będzie dramatem. W przypadku sporu z aparatem państwowym w todze sędziowskiej będzie siedzieć sędzia zależny od władzy wykonawczej, od prokuratora generalnego. Taka sytuacja jest szkodliwa dla wszystkich.

A co w przypadku bardziej przyziemnych spraw: spadków, rozwodów? Czy wyrok będzie ważny, jeżeli sędzia, który go orzeknie, będzie mianowany przez neo-KRS?

Jeżeli taki sędzia powołany w wyniku wniosku neo-KRS wyda wyrok rozwodowy, a my później wejdziemy w nowy związek małżeński, to co będzie w sytuacji, kiedy ten wyrok rozwodowy w przyszłości zostanie uchylony? Co z naszym nowym małżeństwem, co z naturalnym zarzutem bigamii, co z trwałością sytemu prawnego? Zapaść w sądownictwie się pogłębia, a okres oczekiwania na wydanie wyroku się wydłuża.

Pseudoreformy PiS-u nie naprawiają niczego. Zreformowano TK – prawie nie funkcjonuje, wzięto się za naprawę SN – jest znacznie gorzej, niż było, sądownictwo powszechne zdaje się coraz bardziej podporządkowane prokuratorowi generalnemu, podobnie jak organy prokuratury.

Jak w to wszystko wpisują się apele CBA, aby zgłaszały się osoby, “które dały się uwikłać w korupcyjny proceder i wręczyły korzyść majątkową”? Chodzi o oskarżenia prof. Grodzkiego.

To jest groteska, bo zamiast prowadzić dochodzenie wokół ustalenia, czy doszło do popełnienia przestępstwa podżegania do złożenia nieprawdziwych zeznań, CBA wzywa do zgłaszania się osób, które hipotetycznie 20 lat temu wręczały łapówki. Nikt nie jest w stanie niczego udowodnić po tylu latach, a nawet gdy hipotetycznie przyjmiemy, że takie czyny miały miejsce, to już dawno uległy przedawnieniu. Wartość dowodowa jest żadna, wartość procesowa również.

Sędzia TSUE prof. Marek Safjan mówi, że jeżeli po wprowadzeniu ustawy kagańcowej zostanie stwierdzone, że nie ma w Polsce niezależnego sądownictwa, może się to wiązać z wykluczeniem Polski ze strefy Schengen. Podziela pan ten pogląd?

Trudno powiedzieć, jakie będą skutki, ale będą dla nas na pewno negatywne. Za łamanie wartości zawartych w traktatach mogą nas czekać tylko negatywne konsekwencje.

Jak ocenia pan to, jak traktowana jest Komisja Wenecka przez rządzących?Wiceminister Warchoł zaprosił członków do muzeum żołnierzy wyklętych, „bo tam można zobaczyć okrucieństwa komunizmu i skutki braku rozliczenia sędziów”.

To przykład totalnego braku szacunku i lekceważenia, a na lekceważeniu kogokolwiek, zwłaszcza reprezentującego tak szacowny organ jak Rada Europy, jeszcze nikt nie wygrał. Lekceważenie i okazywanie braku szacunku świadczy tylko o kulturze danego człowieka i danej władzy.

Albo wyrok TSUE, albo Polexit

PiS zaostrza swoją politykę i brnie coraz dalej, co doprowadzi do kompletnego chaosu w systemie prawnym, a także w końcu – może szybciej niż sądzi – do kolejnych wyroków TSUE. Mówiąc wprost, tego typu działania oznaczają stopniowe wyprowadzanie Polski z UE, bo nierealizowanie wyroków TSUE do tego prowadzi – mówi senator Marek Borowski w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

PiS złożył do Sejmu projekt ograniczający niezależność sędziowską. Sędziowie będą karani wydaleniem z zawodu np. za kwestionowanie niezależności neo-KRS. To przekroczenie kolejnej granicy?

MAREK BOROWSKI: PiS zaostrza swoją politykę i brnie coraz dalej, co doprowadzi do kompletnego chaosu w systemie prawnym, a także w końcu – może szybciej niż sądzi – do kolejnych wyroków TSUE. Mówiąc wprost, tego typu działania oznaczają stopniowe wyprowadzanie Polski z UE, bo nierealizowanie wyroków TSUE do tego prowadzi.

Pan nie nie jest z tych, którzy histeryzują i używają słów na wyrost. Jest zatem aż tak źle?

Tak uważam, chyba że PS się cofnie i to są straszaki. Ponieważ kolejny wyrok TSUE jest nieunikniony, to nie ma innego wyjścia – albo będzie się go realizować, albo wyprowadzać Polskę z Unii.

Czy takie metody to już dyktatura?

To metody np. na wzór Turcji, gdzie zamyka się dziennikarzy. Zdaje się, że jesteśmy już prawie na tym poziomie. To nie jest jeszcze zamykanie sędziów, bo na razie grozi im się usunięciem z zawodu, ale zrobienie tego to wprost likwidacja podstaw demokratycznego państwa i żadne opowieści, że to jest walka z anarchią, którą spowodowali sędziowie, tego nie zmienią. A jeszcze pan prezydent dodaje, krzycząc jak zwykle, że to kasta się broni i to są postkomuniści. To wszystko razem sprawia, że mam wrażenie, że śnimy jakiś sen szalonego wariat, bardzo mroczny sen. Do tej anarchii doprowadziły działania PiS-u, Kaczyńskiego, a zwłaszcza Ziobry. Ja w ogóle jestem zaskoczony, że Kaczyński tak długo Ziobrę toleruje, chyba że się z nim całkowicie zgadza, bo Ziobro wsadził go już kilkukrotnie na minę. Przypomnę chociażby ustawę o IPN czy o Sądzie Najwyższym. Z tego wszystkiego trzeba się było ze wstydem wycofywać.

Anarchię wywołały działania PiS-u. Gdyby nie było wyroku SN, to można by powiedzieć, że to sędziowie się anarchizują, ale przykład SN pokazał, że te działania anarchizujące system prawny wyszły od rządu PiS-u i są kontynuowane. Do tego dokłada się Andrzej Duda, który wypowiada haniebne słowa. Kłamstwa, które tak łatwo wychodzą z ust prezydenta, że sędziowie się bronią, ponieważ bronią układu – nie wiadomo jakiego, postkomunistycznego, chociaż sędziów mianowanych w tamtych czasie jest zaledwie ok. 7 proc. Poza tym – to co, że byli mianowani na sędziów w starym systemie? Jarosław Kaczyński robił magisterium i doktorat wtedy, a profesorowie, u których się uczył, choć się nie nauczył Andrzej Duda, również zdobywali tytuły w tamtych czasach. Po prostu ludzie zdobywali różne zawody, m.in. zawód sędziego. Jak słucham Andrzeja Dudy, to najgorsze słowa przychodzą mi na myśl.

Prezydent mówi o sędziach stanu wojennego, którzy orzekają ciągle, a kilka dni wcześniej zaprzysiągł na sędziego TK Stanisława Piotrowicza, prokuratora PRL, który oskarżał opozycjonistów. Czy prezydent nie zachowuje się schizofrenicznie?

To nie tylko schizofrenia, ale i potworna hipokryzja i pełne podporządkowanie się partii politycznej, z której się wywodzi. Zero niezależności, zero samodzielnego myślenia. Gołym okiem widać, że hipokryzja się leje szerokim strumieniem z tych działań.

Jak mówią rządzący, to, że Marian Banaś pozostaje na stanowisku szefa NIK-u, to wina opozycji, bo nie chce zmienić z PiS konstytucji. Czuje się pan winny?

Zastanawiam się, kiedy i za co można w ogóle winić opozycję. Gdyby opozycja wezwała ludzi do ataku na Sejm, i to by się stało, to winna byłaby opozycja, ale nic takiego nie ma miejsca. Żadne wezwania do łamania prawa również nie mają miejsca. W związku z tym obwinianie opozycji oznacza absolutną bezradność tej ekipy.

A może dobry pomysł na PR w tej destrukcyjnej sytuacji dla PiS?

Oczywiście, że tak, chociaż to śmieszne. Nie wiem, czy ktokolwiek uwierzy, łącznie z wyborcami PiS-u. To PiS wypromował Banasia, wybrał go na stanowisko, nie potrafił dobrze sprawdzić, zabierał opozycji głos, gdy miała zastrzeżenia do Banasia, a dziś się sam z tym miota. Nie będziemy zmieniać konstytucji dla jednego człowieka, nie mówiąc już o tym, że zachodzi pytanie, czy prawo może działać wstecz.

W państwie PiS wszystko może się stać.

Tylko dlaczego opozycja ma przykładać do tego rękę? Jest Trybunał Stanu i PiS może skierować tam sprawę Banasia i wcale nie potrzebuje do tego opozycji, choć myślę, że do tego akurat opozycja rękę przyłoży. Tylko warunek jest taki, że PiS musiałby ujawnić to wszystko, co CBA i inne służby ustaliły, także akt oskarżenia, który skierowały do prokuratury. PiS nie chce tego ujawnić z tych samych powodów, z jakich nie chcą ujawnić podpisów pod listami sędziów do neo-KRS. Podejrzewam, że ujawnienie ich pokazałoby skalę zaniedbań ze strony służb i dałoby okazję do wielu pytań odnośnie do pracy służb. Opozycja nie może złożyć takiego wniosku, bo ma szczątkowe informacje. Zatem wszystko w rękach PiS-u.

Europosłanka Beata Kempa boi się, że NIK dostał na nią “zlecenie”, bo “dostaje takie sygnały”. Jak pan to skomentuje?

To na pewno bardzo podnosi jej rangę i myślę, że o to chodzi.

Czy NIK rzeczywiście może skutecznie kąsać rządzących? Poleje się krew?

Powiem pani szczerze, że mało mnie to interesuje. NIK jest kolejną instytucją kontroli demokratycznej, po TK, po KRRiT, po KRS, prokuraturze, która została zdemolowana przez PiS i przestaje odgrywać swoją rolę. NIK już nie będzie odgrywał swojej roli w tym składzie, w którym jest, i tu nie chodzi tylko o pana Banasia, ale też wiceprezesów NIK-u. To wszystko sprawia, że ta instytucja przestała być wiarygodna, więc wszystko jedno, jakie przyniesie wyniki badań, jeżeli będą niekorzystne dla rządu, to będzie mówił, tak jak o ostatnim raporcie, że to śmieszne zarzuty polityczne, a jak niekorzystne wyniki dla opozycji, to będą padały głosy, że to PiS-owski NIK. Tu nie ma dobrego wyjścia, i czy Banaś tam będzie, czy nie, to już bez znaczenia. To jest już tylko niewygodne dla PiS.

Jak pracuje się w Senacie, czuć oddech wolności?

Czuć zdecydowanie. Znacznie swobodniej się projektuje i myśl o tym, co i jak trzeba zrobić. Pierwsza ustawa – tzw. emerytki 56, której byłem inicjatorem i teraz jestem sprawozdawcą, już jest w komisji. Szykujemy następne i niezależnie od tego, co PiS z nimi zrobi, one będą w obiegu publicznym i ludzie będą widzieli, że można inaczej. Szykujemy też ustawę w kwestii sądownictwa i praworządności, o której mówił marszałek, która by naprawiała stan obecny i która jest konieczna w świetle wyroku TSUE i SN. My nie mamy złudzeń, że PiS będzie się bronił rekami i nogami, ale skończy się to, że projekty opozycji były chowane w Sejmie do szuflady i nikt się nawet o nich nie zająknął. Teraz będziemy o tym mówić nie tylko w Senacie i w Sejmie, ale też w kraju.

Kto będzie kandydatem PO na prezydenta?

Wszystkie wróble ćwierkają, że Małgorzata Kidawa-Błońska.

To dobry wybór?

Nie widziałem jeszcze żadnych sondaży, które by pokazywały nie tyle szanse na pozytywne głosowanie, ile na elektorat negatywny. Wydaje mi się, że ten elektorat, który w drugiej rundzie jest bardzo istotny, Kidawa-Błońska ma mniejszy.

A na lewicy kto powinien zostać kandydatem?

Tam jest parę osób, które mają potencjał intelektualny, aby stanąć w szranki. To Biedroń, Zandberg, pani wicemarszałek Senatu Morawska-Stanecka, pani Dziemianowicz-Bąk i szereg innych interesujących osób. Wybór nie jest łatwy, bo niektórych chcieliby wybrać, ale oni nie chcą, w innych przypadkach na odwrót. Trudno mi powiedzieć, co wewnątrz się gotuje, ale nie jest to konglomerat o krótkiej ławce. Na pewno nowa pani Ogórek się nie pojawi.

Władza gotowa podpalić Polskę

Sędzia lojalny nie może być sędzią niezależnym. Zastanawiam się, jak długo władza będzie przeprowadzała te puste politycznie ruchy, które z reformą nie mają nic wspólnego, a są czynione wyłącznie w celu ochrony stołków ludzi, których udało się na nich posadzić – mówi prof. Marcin Matczak, prawnik z Uniwersytetu Warszawskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

Rada Ministrów wyraża zaniepokojenie postępowaniem sędziów, którzy poprzez swoje publiczne wypowiedzi i działania kwestionują status innych sędziów, manipulując wyrokiem TSUE – głosi stanowisko rządu. Jak pan je ocenia?

MARCIN MATCZAK: Jest to propaganda i hipokryzja w najczystszym wydaniu. Rząd nie robi od 5 lat nic innego, tylko wprowadza chaos w polskim sądownictwie, próbując odwołać sędziów SN i zwiększyć swoje zaangażowanie polityczne w wymiar sprawiedliwości. Czyli ci, co powodują chaos, wzywają, aby chaosu nie powodować. Ci, co upolitycznili, wzywają, aby tego nie upolityczniać. „Diabeł się w ornat ubrał i ogonem na mszę dzwoni”: podmiot, który robił dokładnie to, o co oskarża innych, wzywa tych innych, aby dali mu spokój i pozwolili dokończyć to, co robi.
Traktuję to oświadczenie wyłącznie jako zagrywkę propagandową, aby TVP miała co powiedzieć w „Wiadomościach”, bo protestów sędziów nie pokazała. Teraz pokaże, jak to rząd leje oliwę na wzburzone fale społecznego gniewu, tylko trzeba zapytać, kto te fale najpierw wzburzył.

Stanowisko RM pokazuje, że nie będzie złagodzenia linii wobec sądów?

Nie spodziewałem się niczego innego. Jasne jest to, że celem większości parlamentarnej jest dokończenie czystki w sądach i wsadzenie na wszystkie możliwe stanowiska osób całkowicie lojalnych, co jest całkowicie sprzeczne z ideą niezależnego sądownictwa. Sędzia lojalny nie może być sędzią niezależnym. Zastanawiam się, jak długo władza będzie przeprowadzała te puste politycznie ruchy, które z reformą nie mają nic wspólnego, a są czynione wyłącznie w celu ochrony stołków ludzi, których udało się na nich posadzić – tak jak miało to miejsce w neo-KRS i na stanowiskach prezesów sądów. To bezmyślne działanie jest prowadzone bez patrzenia na to, jaką szkodę wyrządza ono obywatelom, a także bez patrzenia, jaką szkodę wyrządza ono Polsce za granicą, na poziomie UE.

Mam wrażenie, że aby ochronić swoje stołki, ci ludzie są gotowi podpalić Polskę, bez względu na to, jaki to będzie miało efekt u nas i za granicą. Nie widzę żadnego pozytywnego skutku ich „reform”, w związku z czym zadaję pytanie, jaki jest cel. Na pewno to nie jest dekomunizacja sądów, co wiemy po powołaniu Stanisława Piotrowicza na stanowisko sędziego TK, na pewno nie jest nim poprawienie funkcjonowania sądów, bo ono się pogarsza. Zatem po co to wszystko? Moim zdaniem jedynym celem jest właśnie ochrona stołków.

Jak ocenia pan to, co dzieje się wokół sędziego Juszczyszyna?

Ta władza chce zamknąć usta sędziemu Juszczyszynowi, chce spowodować, żeby pierwsza jaskółka rzetelnego podchodzenia do wyroku TSUE padła na ziemię i nikt jej nie zauważył. Gdy widzę te ruchy, które wykonuje Kancelaria Sejmu, i tę zmasowaną maszynę hejtu, to wydaje mi się, że unosi się za tymi ruchami fraza, która została wypowiedziana w parlamencie: „trzeba to anulować, bo przegramy”, bo sędziów jest po prostu za dużo. Udało się przejąć kontrolę nad TK, bo tam było ich tylko 15, ale w Polsce jest o wiele więcej sędziów, którzy mogą wpływać na to, jak stosowany jest wyrok TSUE. Ta władza robi wszystko, żeby pokazać na przykładzie sędziego Juszczyszyna, że każda sędziowska ręka podniesiona na zajęte już sędziowskie stołki zostanie ucięta. To pokazówka obliczona na to, że jeżeli stłamsi się tego pierwszego, który pokazał, jak należy działać, to inni już tak dzielni nie będą.

Żal mi bardzo sędziego Juszczyszyna, ale tym bardziej podziwiam jego odwagę. Rozmawiałem z nim w niedzielę i mam wrażenie, że to człowiek absolutnie świadom tego, co się stanie i świadom tego, na jaką wojnę wyruszył. To tylko bardzo dobrze o nim świadczy.

Pana zdaniem sędzia Juszczyszyn mógł powołać się w tym przypadku na orzeczenie TSUE?

Nie mam tu żadnej wątpliwości. Proszę pamiętać, że wyrok TSUE wbrew temu, co mówi rząd, nie jest wyrokiem dla danej, konkretnej sprawy, czyli kierowanym tylko do SN. Jednocześnie, ponieważ nie mamy w Polsce systemu precedensowego, to nie musimy czekać na to, jaki wyrok wyda w tej sprawie SN. Wyroki TSUE wydawane w pytaniach prejudycjalnych mają tzw. skutek względny erga omnes, czyli stosują się wobec wszystkich sądów, które mają podobną sprawę, jak ta rozpatrywana przez TSUE. Wynika to z tego, że sądy te mają obowiązek zastosować interpretację przepisów unijnych przedstawionych przez TSUE, a jeżeli uważają, że nie mają takiego obowiązku, to muszą wystąpić z nowym pytaniem prejudycjalnym. To jest całkowicie jasne, że podobną sprawą do tej, do której odnosił się TSUE, jest sprawa, w której sędzia wydający dany wyrok został powołany przez upolityczniony KRS i sędzia Juszczyszyn zrobił dokładnie to, co jest w orzeczeniu TSUE.
Proszę też pamiętać, że sędzia Juszczyszyn niczego jeszcze nie zdążył zakwestionować, tylko poprosił o dokumenty, żeby mógł podjąć na ich podstawie decyzję. W związku z tym twierdzenie, że on już zakwestionował czyjkolwiek status, jest próbą wydania wyroku za niego. On poprosił tylko o przesłanie list poparcia.

Jeżeli jest tak, że sędziego, który wykonuje wyrok, uważa się za prawie za przestępcę, a równocześnie urzędnikowi, który kieruje Kancelarią Sejmu, pozwala się nie wykonywać wyroku sądu, to sprawa jest całkowicie postawiona na głowie. Ten, kto wykonuje wyrok, jest zły, ten, kto go nie wykonuje, jest dobry. Do tego doprowadziła tzw. reforma sądownictwa. Za chwilę już nikt w Polsce nie będzie się przejmował wyrokami sądów.

Prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie Banasia w ciągu dwóch dni, a w sprawie dwóch wież po 9 miesiącach stwierdziła, że śledztwo jest niepotrzebne. Jak pan to ocenia?

Prokuratura stała się narzędziem walki politycznej – samo wszczęcie śledztwa, które w oczach opinii publicznej już jest bardzo ważnym wydarzeniem, bo często taka osoba już jest uznana przez opinię publiczną za winnego, jest używane przez władzę jako narzędzie walki politycznej. Władza chętnie korzysta z tej społecznej percepcji oskarżonego.

Tam, gdzie chce kogoś ukazać w złym świetle, wszczyna śledztwo bardzo szybko, a tam, gdzie wszczęcie postępowania mogłoby rzucić złe światło, na przykład na pana Kaczyńskiego, bardzo długo nic konkretnego nie robi. Dla mnie to klasyczny, podręcznikowy przykład selektywnego stosowania prawa, którego elementem jest zazwyczaj ręczne, polityczne sterowanie prokuraturą i rzucaniem lub nie oskarżeń. Potępiam takie działanie, które wywodzi się wprost z systemów semiautorytarnych.

Jak można rozwiązać w świetle obowiązującej konstytucji sprawę szefa NIK-u?

Piwo nawarzone przez obecną władzę powinna sama wypić. Wydaje mi się, że droga, która została obrana, jest następująca: postawienie zarzutów karnych i doprowadzenie do ewentualnego skazania pana Banasia, po czym uruchomienie procesów, które w przypadku skazania są stosowane. Sprawa Banasia jest skandalem samym w sobie, niech ci, którzy do tego doprowadzili, szukają rozwiązania.

Jest pan jednym z frontmenów walki o wolne sądy. Spotyka pana hejt, groźby?

Ja od początku postrzegam swoją rolę jako osoby, która w tym całym zamieszaniu i zamęcie, który ta władza powoduje, chce być osobą, która próbuje wytłumaczyć, o co może chodzić i co się dzieje. Staram się to robić, ponieważ uważam, że ta broń – zamęt i propaganda – są bardzo groźne. To jedne z najgroźniejszych narzędzi, jakich władza może użyć. Oczywiście spotykają mnie różne nieprzyjemności, włącznie z postępowaniami sądowymi o zniesławienie urzędników państwowych. Ale to cena, którą jestem gotów zapłacić.

Spodziewał się pan, że ten opór sędziów będzie tak mocny?

Nie robiłem jakichś założeń czy kalkulacji, zatem nie miałem progu oczekiwań, wobec którego mógłbym być rozczarowany. Natomiast jestem zbudowany zachowaniem sędziów. Jestem także zbudowany pewną symbiozą, która się wytworzyła między obywatelami a sędziami. Bo sędziowie sami nie zrobiliby tego, co zrobili, a obywatele nie zrobili tego, co udało im się zrobić, bez sędziów. Dla mnie to jedno z osiągnięć tego smutnego czasu, który nastał, że nagle okazało się, że dwie grupy społeczne, jedna uważana za elitę i druga, grupa zwyczajnych obywateli, spotkali się i ze sobą współpracują. Nie chcę przesadzać, ale myślę, że jest to podobne do tego, co stało się w czasie “Solidarności”, gdzie nagle robotnicy i inteligencja, Lech Wałęsa i Bronisław Gieremek, spotkali się w jednym miejscu i uznali, że coś złego dzieje się z Polską i że razem można to naprawić. Teraz ma miejsce podobna sytuacja.

Sędziowie, którzy są nazywani specjalną kastą, złodziejami i komuchami, stoją w jednym szeregu ze zwyczajnymi ludźmi na mrozie, czytają preambułę, śpiewają hymn i dzielą się herbatą. Dla mnie to bardzo ważne, bo skłócenie inteligencji i zwykłych ludzi temu rządowi się nie udało i postrzegam to jako pozytywny element tego smutnego czasu.

Sędziowie mogą wygrać ten spór z rządem? W przyszłym roku zmieni się I Prezes SN i przejmowanie sądów się domknie?

Sędziowie sami tego nie wygrają, to my jako obywatele możemy ten spór wygrać. Przecież my nie walczymy o to, aby ktoś był na jakimś stołku. Ostatnio jedna z prześladowanych pań sędzi powiedziała, że gdyby sędziowie dbali o siebie, to pokornie skłonilibyśmy głowy przed Zbigniewem Ziobrą, bo ci, co to zrobili, mają się jak pączki w maśle: zarabiają duże pieniądze, awansują, mają władzę. Tu nie chodzi o stanowiska, tylko o to, aby Polska była normalnym krajem, którego wolne sądy są normalnym i niezbędnym elementem. My nie walczymy o sądy dla sądów, tylko dla państwa, dla gospodarki, inwestycji, miejsc pracy, ponieważ wiemy, że tam, gdzie nie ma niezależnego sądownictwa, nikt nie inwestuje pieniędzy, bo się o nie boi, że je straci, kiedy wejdzie w spór w władzą. Spadek inwestycji jest faktem i nikt nie może temu zaprzeczyć. Zatem zmieniłbym to pytanie: czy my możemy to wygrać? Moja odpowiedź na tak postawione pytanie jest pozytywna. Możemy to wygrać, tylko musimy wszyscy wziąć się do roboty.