Polska anarchii prawnej

Tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do Sądu Najwyższego. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany – mówi prof. Ryszard Balicki, konstytucjonalista z Uniwersytetu Wrocławskiego, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co). – Demokratyczne państwo – kiedy znowu takim się staniemy – będzie musiało się do tego w jakiś sposób odnieść – dodaje.

JUSTYNA KOĆ: Sąd Najwyższy pozostawił bez dalszego biegu pierwszy protest wyborczy PiS-u dotyczący okręgu 75. Jest pan zaskoczony?

RYSZARD BALICKI: Informacja o tym, że skład trzyosobowy pozostawił bez dalszego biegu protest, który był zgłoszony bez żadnego merytorycznego uzasadnienia, nie może zaskakiwać. Ten protest nie miał żadnych podstaw prawnych, więc tak należało z nim postąpić, ale prawdą też jest, że po tym składzie Izby mogliśmy się spodziewać wszystkiego.
Cieszę się jednak, że przeważyła wiedza i profesjonalne podejście wśród członków tego składu. To jest informacja pozytywna i optymistyczna.

Liczy pan na podobne decyzje przy pozostałych protestach?

Uważam, że w każdej sprawie, w której nie ma potwierdzonej informacji o złamaniu prawa, takie rozstrzygnięcie powinno zapaść. Taka jest konsekwencja procedury protestów wyborczych, które składa się wtedy, kiedy są wątpliwości co do prawidłowości przebiegu wyborów albo rozstrzygnięcia, które zostało uczynione. W innej sytuacji protest jest bezzasadny i tyle.
Co należy zrobić z szefem NIK-u Marianem Banasiem? Co kilka dni pojawiają się kolejne obciążające go informacje.
Musimy mieć świadomość, że nie mamy dostępu do wszystkich informacji i tak naprawdę nie wiemy, co było w tych zeznaniach majątkowych pana Banasia. Być może jakimś rozwiązaniem byłoby wszczęcie procedury odpowiedzialności konstytucyjnej, ale musielibyśmy analizować szczegóły, bezpośrednio dotyczące danej osoby, a nie mamy takiej możliwości. Najważniejszy wniosek z tej całej sytuacji powinien być jednak jeden – nie można wybierać na najważniejsze urzędy osób wyłącznie w oparciu o kryteria polityczne. Ważne są kryteria merytoryczne i moralne, a w tym przypadku okazało się, że kandydat ich nie miał.

Czy należy próbować zmienić konstytucję, aby móc go odwołać? A może próbować zwykłą ustawą zmienić zasady odwołania szefa NIK-u, tak jak PiS próbował w przypadku I prezes SN? Jak rozwiązać tę patową sytuację?

Oczywiście nie należy zmieniać konstytucji w związku z pojedynczym przypadkiem, który tak naprawdę jest dowodem na błąd ugrupowania rządzącego. Konstytucja jest dokumentem ważnym i nie można z byle powodu, nawet tak poważnego jak obecna sytuacja szefa NIK-u, próbować w niej manipulować. Tym bardziej, że mamy taki a nie inny czas polityczny i obecnie każda próba zmiany konstytucji skończyłaby się dla tej konstytucji na pewno źle.
Po drugie: czy należy stosować jakieś kruczki ustawowe? Nie ja jestem od doradzania partii rządzącej, ale gdyby mnie o to spytano, to na pewno nie doradzałbym stosowania żadnych „wytrychów” prawnych. Mogę zachęcić tylko do jednego, aby na stanowiska, które należy obsadzić, wybierać osoby kompetentne, o wysokich kwalifikacjach merytorycznych, ale i moralnych. To jest tak naprawdę jedyny sposób na uniknięcie problemów podobnych do obecnego.
Sprawa pana Banasia wzięła się z błędnych decyzji partii rządzącej i to ona musi znaleźć jej rozwiązanie.

Pytanie, czy będzie chciała.

No cóż, sposób i efekty postępowania w sprawie pana Banasia będą tylko potwierdzeniem, jakie zamiary ma partia rządząca i jakie wartości są dla niej ważne.

Sędzia SN Piotr Schab, rzecznik dyscyplinarny sędziów, nie znalazł podstaw, by wszcząć postępowania dyscyplinarne wobec bohaterów afery hejterskiej, m.in. wiceministra Piebiaka. To polityczna decyzja?

Trudno ją inaczej oceniać, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że sędziowie i prokuratorzy są ścigani przez rzeczników dyscyplinarnych z bzdurnych powodów, a czasami bez powodu. Opinia „nic się nie stało” w odniesieniu do sytuacji, w którą zamieszane były osoby na najwyższych stanowiskach obecnej władzy, musi zaskakiwać, ale jeżeli to pan rzecznik Schab, powołany do pełnienia tej funkcji przez pana Zbigniewa Ziobrę – ministra, prokuratora i polityka w jednym – wystawia certyfikat dla pana ministra Piebiaka, to nie mam nic więcej do powiedzenia.

Czy pana zdaniem żyjemy w państwie prawa?

Niestety nie. Konstytucja co prawda taką formułę wprowadza, ale rzeczywistość polityczna pod rządami partii rządzącej doprowadziła do sytuacji, że to nie normy prawne, lecz decyzje określonych osób mają charakter decydujący. Nie jesteśmy już państwem prawa takim, jak opisuje to nasza konstytucja.

Jakie to rodzi konsekwencje? Mieliśmy przykład, czym to grozi przy składaniu protestów wyborczych, które budziły realne obawy o uczciwy wynik nowej Izby SN.

Jeżeli mówimy o protestach wyborczych, to musimy sobie uświadomić, że problemem nie jest sam protest wyborczy, zwłaszcza gdyby był dobrze uzasadniony. Taka procedura przysługuje zarówno wyborcom, jak i przedstawicielom komitetów wyborczych. Oczywiście zdziwienie musiało budzić uzasadnienie protestów co do niektórych z nich, czyli brak wykazania złamania zasad prawa wyborczego. Sytuacja staje się jednak poważniejsza, jeżeli weźmiemy pod uwagę, w jakim państwie żyjemy. Istnieje poważna obawa, że partia rządząca, wykorzystując wcześniej podjęte polityczne decyzje i ukształtowany w ten sposób skład izby, ma wpływ na stwierdzenie ważności wyborów i może w tym trybie dokonać zmiany werdyktu wyborców. To jest przerażające.
My tak naprawdę nie mamy już zaufania do najważniejszych organów, które mają podejmować decyzje ostateczne. Dotychczas sprawa była jasna: werdykt SN był uznawany za ostateczny i nawet jeżeli strony się z nim czasem nie zgadzały, to wiedziały, że był to wyrok wydany w oparciu o literę prawa przez najlepszych sędziów, ekspertów z danej dziedziny prawa. Obecnie wiemy, że w tych nowych Izbach znalazły się osoby wybrane w niekonstytucyjnym trybie, z udziałem niekonstytucyjnego organu i w oparciu o przesłanki polityczne. W tym momencie tracimy więc zaufanie nawet do SN. To jest poważny problem, z którym przychodzi nam żyć. To jest stan anarchii prawnej, który został przez partię rządzącą zbudowany.

Co, jeżeli niekonstytucyjny sędzia SN wyda decyzję? Gdzie się od niej odwołać?

W chwili obecnej takiej procedury nie ma, chyba że będziemy próbować dochodzić sprawy w sądach międzynarodowych. Jestem przekonany, że docelowo potrzebne będą rozwiązania ustawowe, które będą musiały odnieść się do ważności takich orzeczeń. Z jednej strony mamy do czynienia z osobą nieuprawnioną do wydawania orzeczeń, ale z drugiej strony – z konkretnymi sprawami konkretnych osób, które mają prawo do rozwiązania sporu na drodze sądowej. Tego nie można pozostawić bez rozstrzygnięcia.
Demokratyczne państwo – kiedy znowu takim się staniemy – będzie musiało się do tego w jakiś sposób odnieść.

Pana zdaniem nie jesteśmy obecnie demokratycznym państwem?

Demokracja to nie tylko wybory. Wybory się odbyły i wybraliśmy ugrupowanie, które może i powinno rządzić, ale demokracja to również poszanowanie zasad konstytucyjnych. Niestety, tych zasad partia rządząca nie przestrzega.

Niezależne sądy – to podstawa demokracji

W obronie „ciemnego ludu”.

Przeczytałem ostatnio wypowiedź Adama Hofmana, byłego spin doctora PiSu, na temat tzw. afery Piebiaka w Ministerstwie Sprawiedliwości, którą próbuje sprowadzić do współczesnego pola walki. Według niego dla JK (jak można się domyślić – dla Jarosława Kaczyńskiego) tylko „tacy zawodnicy się liczą”, którzy w takiej walce biorą udział, a jedyny ich błąd polegał na tym, że nie przekazali zadań do realizacji na zewnątrz i w końcu się wydało. Gdyby afera nie wyszła na jaw, problemu by nie było. Podobnie jak w przypadku lotów marszałka Kuchcińskiego, który pewnie by dalej sobie latał z żoną, pociotkami, krewnymi i znajomymi pisowcami do Rzeszowa, gdyby nie wredne niezależne media, które sprawę wywęszyły, doprowadzając do jego dymisji. Jak niemal filozoficznie podsumował Hofman, „ludzie nie powinni wiedzieć, jak się robi parówki”, tym samym twórczo rozwijając koncepcję Jacka Kurskiego, że „ciemny lud wszystko kupi”.

Im gorszy tym lepszy w nienawiści

Mam wciąż jednak nadzieję, że ludzie nie uwierzą w wersję zdarzeń promowaną w tzw. mediach narodowych o tym, że afera Piebiaka to konflikt pomiędzy dwoma grupami sędziów – tymi, którzy za „dobrej zmiany” awansowali oraz tymi, którzy w jej wyniku stracili stołki. To, co się wydarzyło w Ministerstwie Sprawiedliwości, i niewykluczone, że dalej w nim się dzieje, to kolejny przejaw ataku na niezależne sądownictwo oraz oznaka postępującego w zastraszającym tempie totalnego psucia państwa. W normalnym kraju urzędnicy publiczni nie wykorzystują metod polegających na opluwaniu, oczernianiu i pomawianiu osób, z którymi się nie zgadzają po to, aby je zdyskredytować i zastraszyć. W normalnym kraju po takiej aferze do dymisji podałby się cały rząd, a nie tylko sam vice – minister Piebiak, oraz natychmiast rozpisano by przedterminowe wybory.
Wszystko na to wskazuje, że w Ministerstwie Sprawiedliwości za takimi właśnie zorganizowanymi działaniami przeciwko sędziom otwarcie sprzeciwiającym się niszczeniu niezależności sądownictwa stali sędziowie powiązani ze Zbigniewem Ziobro, zawdzięczający mu swoje wielokrotne awanse „w żadnym trybie”, bez względu na kwalifikacje, albo raczej z uwagi na ich brak. Można powiedzieć, że ideał sięgnął bruku, bo przecież sędzia powinien spełniać szczególnie wysokie wymogi moralne. Jednocześnie działania tych osób można traktować jako dalszy ciąg żenującej kampanii propagandowej wymierzonej w sądy i sędziów prowadzonej w ubiegłym roku za pieniądze podatników (czyli za nasze) przez Polską Fundację Narodową.
Sędziowie, którzy wciąż walczą o niezależność sądów, stali się przedmiotem zmasowanych ataków w internecie, na portalach społecznościowych i w tzw. mediach narodowych, gdzie nie tylko obrzuca się ich oszczerstwami, ale również udostępnia się informacje z życia prywatnego, które państwo ma obowiązek chronić, a nie ujawniać. Celem tych działań jest z jednej strony zdyskredytowanie konkretnych sędziów, ale z drugiej – zastraszenie wszystkich pozostałych, którzy na co dzień unikają wypowiedzi publicznych na temat zmian w sądownictwie i po prostu starają się możliwie najlepiej wykonywać swoją pracę. Sygnał dla wszystkich jest jasny – macie nie protestować przeciwko temu, co robimy, bo w przeciwnym razie zostaniecie obrzuceni błotem. Nie każdy będzie w stanie taki atak wytrzymać.

Brzeszcze, dwie wieże – czyli bezkarność

Łatwo powiedzieć, że walka sędziów to ich sprawa, mnie ona nie dotyczy, a z sądami lepiej nie mieć nic wspólnego. Nic bardziej mylnego, bo przecież sądy nie tylko rozstrzygają spory, ale przede wszystkim chronią nas przed samowolą ze strony państwa. To ostatnie staje się szczególnie ważne, kiedy tzw. władza ma w głębokim lekceważeniu nie tylko Konstytucję, ustawy, ale – co już wielokrotnie pokazywała – również prawomocne wyroki sądowe. Wystarczy przypomnieć odmowę opublikowania wyroku Trybunału Konstytucyjnego, o którym politycy PiS mówili, że jest to ledwie opinia kilku prawników wyrażona przy kawie. Podobnie kancelaria Sejmu otwarcie odmawia wykonania wyroku Naczelnego Sądu Administracyjnego nakazującego opublikowanie list sędziów, którzy poparli listy kandydatów do Krajowej Rady Sądownictwa, powołując się na konieczność jego sprawdzenia pod kątem zgodności z ustawą o ochronie danych osobowych. Nieważne, że zostało to już zbadane przez sąd, nieistotne, że wyrok jest prawomocny, jedyne, co się liczy to fakt, że nie podoba się on PiSowi. Można jedynie spekulować, dlaczego. Albo zapytać słynną małą Emi, czy coś o tym wie, a jeżeli tak, to czy zechce ujawnić.
Aby zrozumieć stopień zagrożenia wynikający z ewentualnego zniszczenia niezależności sędziów i sądów, do czego wyraźnie dąży PiS, nie potrzeba abstrakcyjnych przykładów. Wystarczy wspomnieć przypadek chłopaka, który miał nieszczęście zderzyć się z kolumną samochodów odwożącą premier Szydło na weekend do Brzeszcz. Sprawa, która w normalnych okolicznościach powinna się dawno skończyć, trwa już ponad rok, do tego w dużej mierze z wyłączeniem jawności. Pojawia się pytanie, wcale nie teoretyczne, co będzie, jeżeli wydany w końcu wyrok nie spodoba się PiSowi, bo chłopak zostanie uniewinniony od stawianego mu zarzutu. Czy w takim wypadku jego wykonanie zostanie wstrzymane przez np. Głównego Inspektora Transportu Drogowego, który stwierdzi, że wprawdzie sąd ustalił jedno, ale jego zdaniem wydarzyło się drugie?
Oczywiście nie każdemu, ale zdarzają się i będą się zdarzać sprawy, gdzie stroną przeciwną jest prominentny działacz PiSu. W państwie prawa zarówno prokurator jak i sędzia traktuje taką sprawę jak każdą inną, z poszanowaniem równości stron, działając zgodnie z literą prawa, na podstawie oceny zgromadzonych dowodów i doświadczenia życiowego, nie zwracając uwagi na powiązania polityczne. W państwie, w którym te zasady nie obowiązują, członek partii rządzącej będzie traktowany szczególnie, tak aby chronić jego interes, a nie dbać o sprawiedliwość. I znowu nie trzeba szukać daleko, bo takie sytuacje już się dzieją. Piękny przykład – sprawa słynnych dwóch wież, które chce wybudować w stolicy Jarosław Kaczyński. W normalnych okolicznościach prokurator już dawno zdecydowałby o tym, czy wszcząć postępowanie. W tej sprawie nie podejmuje żadnej decyzji, pomimo że miał na to 30 dni od momentu otrzymania zawiadomienia od pokrzywdzonego Austriaka. Prokurator unika wydania jakiejkolwiek, bo wie, że w razie wszczęcia narazi się partii rządzącej, a w razie odmowy sprawa trafi z zażaleniem pokrzywdzonego do wciąż niezależnego sądu, który może nakazać prowadzenie śledztwa. Nie sposób przemilczeć – pani prokurator Renata Śpiewak za bezprawne wstrzymywanie postępowania została awansowana do prokuratury okręgowej.

Sprawiedliwość to wolność i demokracja

Podobnie niezależne sądy potrzebne są, aby zdecydować o roszczeniach kilkudziesięciu tysięcy osób, których pozbawiono w 2016 r. wyższych emerytur na podstawie tzw. ustawy dezubekizacyjnej. Postępowania w większości tych spraw zostały zawieszone w oczekiwaniu na rozstrzygnięcie Trybunału Konstytucyjnego kierowanego przez Julię Przyłębską, czyli odkrycie towarzyskie prezesa Kaczyńskiego. Kto wie, czy wyrok w sprawie obniżonych emerytur nie został już uzgodniony w trakcie jednego ze wspólnych niedzielnych obiadów.
Znalazł się jednak ostatnio sędzia – Marek Przysucha z Sądu Okręgowego w Częstochowie, który postanowił nie czekać na decyzję upolitycznionego Trybunału Konstytucyjnego i nakazał zwrot świadczeń odebranych byłemu funkcjonariuszowi SB. W uzasadnieniu wytknął, że istnienie przepisów ustawy dezubekizacyjnej jest niedopuszczalne w demokratycznym państwie prawa. Nie wiadomo, czy to orzeczenie będzie utrzymane w mocy, ale najważniejsze, żeby rozstrzygnął o tym niezależny sąd na podstawie Konstytucji, prawa europejskiego oraz z uwzględnieniem praw człowieka, nie kierując się interesami jakichkolwiek grup politycznych. Można się znowu zastanawiać, czy pisowska władza w razie prawomocnej wygranej przed sądami przez takie osoby uszanuje te wyroki, czy też posunie się do kolejnego wybiegu.
Sędziowie wciąż walczą i to nie o siebie, ale o naszą wolność. Nie będzie ona istnieć nie tylko bez nich, ale również bez niezależnych mediów, bo to one wykrywają i nagłaśniają kolejne afery PiSu: Piebiaka, lotów Kuchcińskiego, działek Morawieckiego, dwóch wież Kaczyńskiego, KNFu, SKOKów, nagród, które się po prostu należały, pedofilii w Kościele, korupcji w MONie, finansowania Rydzyka, nepotyzmu, układów i wielu innych, których nie sposób tu wymienić. Niezależne sądy i niezależne media nie przetrwają kolejnych lat pisowskich rządów, tak jak wydarzyło się to na Węgrzech. Dlatego nadchodzące wybory możemy tylko wygrać. Inaczej przegramy wolność i demokrację.

Opinia to jeszcze nie wyrok

Działacze obecnej ekipy rządzącej wprowadzili patologię do wymiaru sprawiedliwości.

Rzecznik generalny Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał opinię, w której uznał, że Izba Dyscyplinarna Sądu Najwyższego nie spełnia unijnych standardów, ponieważ w procesie wybierania sędziów tej izby brała udział Krajowa Rada Sądownictwa (powołana przez PiS), która nie była niezależna i wolna od wpływu organów ustawodawczych i wykonawczych. A w związku z tym, istnieją uzasadnione podstawy do tego, by wątpić w niezależność Izby Dyscyplinarnej SN.
Rzecznik dodał, że procedura wyboru powinna być obiektywna i z zapewnieniem szerokiej reprezentacji sędziów.
Opinia rzecznika generalnego TS UE rozgniewała liderów obecnej ekipy rządzącej.
Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro stwierdził, że jest to opinia wysoce niespójna, niekonsekwentna i wychodząca poza zakres prawodawstwa Unii Europejskiej, która sprowadza się do obrony patologii w polskim sądownictwie.
Jak widać, są to typowe PIS-owskie inwektywy, w których normalność (czyli w tym wypadku niezależność sądownictwa od ekipy rządzącej) uważa się za patologię.
W rzeczywistości, to właśnie liderzy obozu zjednoczonej prawicy skutecznie wprowadzili patologię do polskiego wymiaru sprawiedliwości, uzależniając jego funkcjonowanie od własnego widzimisię – zgodnie z bliskimi im, postkomunistycznymi wschodnimi standardami.
Ministrowi Zbigniewowi Ziobrze odpowiedział prof. Krystian Markiewicz, prezes Stowarzyszenia Sędziów Iustitia. – Opinia rzecznika miażdży tzw. reformy Prawa i Sprawiedliwości. Zostały one obdarte ze sloganów, pokazana została ich obłuda oraz cel, jakim było wprowadzenie polityki do sądów. Zawsze powtarzaliśmy, że osoby wybrane na członków tzw. KRS zajmują ten urząd nielegalnie, gdyż ich sposób wyboru naruszał wszelkie europejskie standardy, był typowy dla krajów autorytarnych, jak Rosja i Turcja, gdzie sądy są podporządkowane politykom – oświadczył Krystian Markiewicz.
Odnosząc się do słów ministra Ziobry, że rzecznik TS UE broni patologii prezes Iustitii stwierdził: – To nie miejsce na emocje. Rząd przedstawiał swoje argumenty Trybunałowi Sprawiedliwości UE i został wysłuchany. Evgeni Tanchev, który przedstawił swoją opinię, jest uznanym prawnikiem, wiceprzewodniczącym Komisji Weneckiej oraz rzecznikiem generalnym TSUE. Jeżeli rząd sprawę przegra, powinien jak każdy zwykły człowiek, który przegrywa sprawę w sądzie, po prostu wykonać orzeczenie, a nie używać emocjonalnych porównań pod adresem tych, którzy się z nim nie zgodzili. Pozycja Polski nie może ucierpieć z powodu osobistych ambicji ministra sprawiedliwości, który nie zrozumiał jak ważne dla Europy są niezależne sądy w każdym kraju, także w Polsce. Na miejscu rządzących, bez zwłoki, zacząłbym zastanawiać się jak uniknąć dotkliwych kar za naruszenie standardów praworządności. Jedyna możliwa odpowiedź to pełne wdrożenie wyroku i zakończenie wojny z sędziami.
Wydaje się, że te słowa grzeszą nadmiernym optymizmem. Opinia rzecznika Trybunału Sprawiedliwości to jeszcze nie wyrok, który ma zapaść jesienią.
PiS nie zakończy zaś wojny z sędziami, lecz stopniowo wymieni ich na uzależnionych od siebie. Nie nastąpi to szybko, bo nie tak łatwo znaleźć i uczynić sędziami akurat tych absolwentów prawa, którzy będą ulegli wobec obozu rządzącego. Obecna ekipa rządząca jest jednak skuteczna w takich sprawach i zapewne sobie poradzi.

Mamy tu legalizm dyskryminacyjny

„Dopóki mamy w Polsce tak duże poparcie dla członkostwa w UE, to polexit nam nie grozi. Ja bardziej obawiałbym się czegoś, co eksperci nazywają „wypłukaniem” z członkostwa, czyli kraj zostaje w Unii, ale nie uczestniczy w pełni w projekcie członkostwa, co oznacza, że nie ma się też wpływu na główne nurty polityki europejskiej” – mówi Adam Bodnar, Rzecznik Praw Obywatelskich w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Rekordowa frekwencja w przypadku wyborów europejskich i wysoka, jeżeli chodzi o ogóle o frekwencję w Polsce – 45,69 proc. To cieszy Rzecznika Praw Obywatelskich?
ADAM BODNAR: Oczywiście, że tak, bo wybory wskazują zawsze na poziom aktywności obywatelskiej. Tym razem mieliśmy dwa razy wyższą frekwencję. Czy mogło być więcej? Mimo wszystko sądzę, że mogło. Po pierwsze, frekwencja w całej Unii była wyższa i wyniosła średnio blisko 51 proc. Po drugie, mam wrażenie, że nasze państwo nie zrobiło wszystkiego, żeby zapewnić możliwość zabrania głosu wszystkim. Jeszcze przed wyborami dostawałem sygnały dotyczące Wysp Kanaryjskich i Malty, gdzie nie przygotowano żadnych lokali wyborczych. MSZ uznało, że to zbyt kosztowne. Rozumiem, że na Wyspach Kanaryjskich może być trudno zorganizować lokale we wszystkich kurortach, choć przydałby się przynajmniej jeden. Dużo polskich obywateli tam mieszka na stałe, pracuje czy przebywa na wakacjach. Jednak bardziej zastanawiająca jest Malta, ponieważ mieszka tam co najmniej kilkuset Polaków, jest tam konsulat honorowy i jest to inne państwo członkowskie UE. Dziwnie to wygląda, że w innym państwie członkowskim nie zorganizowaliśmy wyborów do PE. Liczę, że w kontekście wyborów parlamentarnych te braki uda się naprawić. Mówię o tym, bo nawet jeżeli w skali ogólnej wyborcy w tych miejscach nie stanowią jakiegoś wielkiego procentu, to taka dbałość o szczegóły pokazuje wagę głosu wyborczego. Państwo powinno podczas wyborów zabiegać, starać się, tworzyć atmosferę święta demokracji, nawet jeśli to kosztuje. Choć z tego, co wiem, nie są to wielkie koszty.

Sporo ma pan dziś interwencji jako RPO?
Staram się interweniować w sprawach nawet najmniejszych, bo uważam, że taka jest moja rola, aby troszczyć się o sprawy obywateli oraz patrzeć na ręce władzy i instytucjom publicznym. Także po to, aby pozostała dokumentacja dotycząca tych spraw. Przykładowo dostaliśmy ostatnio odpowiedź w sprawie słynnego klipu „Plastusie” pani Barbary Pieli w TVP. W naszej debacie publicznej już dawno o tym zapomnieliśmy, także to, jak zostali tam przedstawieni Jurek Owsiak i Hanna Gronkiewicz-Waltz. Jednak podejmowanie takich interwencji i poszukiwanie wyjaśnień w przypadku tego typu wydarzeń ma wartość – niezależnie od ostatecznych rozstrzygnięć – dokumentacyjną, wykazywania i pozostawienia w pamięci zbiorowej historii pewnych manipulacji. W odpowiedzi KRRiT zgadza się bowiem, co do zasady, z tym, co powiedział prezes TVP Jacek Kurski, czyli że to była satyra, że gwiazda Dawida była niedostrzegalna itd. Co ciekawe, w całej odpowiedzi nie ma słowa o WOŚP, Jurku Owsiaku i byłej prezydent Warszawy, a przecież to była główna treść tego klipu. To, że Jurek Owsiak może być podejrzewany o defraudowanie pieniędzy. Z tego punktu widzenia zarówno interwencje, jak i odpowiedzi na nie są ważną dokumentacją rzeczywistości, w jakiej obecnie przyszło nam żyć.

Skoro o TVP, z którą wygrał pan niedawno proces – prezes Jacek Kurski nie widzi nic złego w tych „plastusiach”, za to bardzo się oburzył na pana sugestie o mowie nienawiści w TVP po zabójstwie prezydenta Gdańska Pawła Adamowicza. To wybiórcze traktowanie rzeczywistości?
Wyrok zapadł dopiero w I instancji, ale oczywiście mnie cieszy, tym bardziej, że sąd wydał go na podstawie zgromadzonych dokumentów i dowodów, nie przeprowadzając długich postępowań. To samo w sobie jest optymistyczne. Natomiast trzeba pamiętać, że nie tylko ja zostałem dotknięty tym pozwem. Działania prawne zostały skierowane także przeciwko Krzysztofowi Skibie, Jackowi Jaśkowiakowi, Wojciechowi Czuchnowskiemu i prof. Wojciechowi Sadurskiemu. Zatem mieliśmy całą serię pozwów, skierowanych w tym samym czasie, które moim zdaniem miały na celu uciszenie debaty oraz pokazanie, że każdy, kto będzie krytykował TVP, może się liczyć z działaniami prawnymi. Traktowałbym to jako przejaw uciszania.

Uciszania czy zastraszania?
Myślę, że można użyć obu słów. To przejaw większej praktyki, która się nazywa legalizmem dyskryminacyjnym. To pojęcie, które stworzył prof. Kurt Weyland w artykule dla Journal of Democracy w 2013 roku, gdy analizował praktyki stosowane w niektórych państwach Ameryki Łacińskiej. Właśnie tam wskazywał na używanie różnego rodzaju metod legalnego działania, które mieszczą się w granicach prawa, ale są stosowane przede wszystkim wobec osób, które są zagrożeniem, przedstawiają inny pogląd albo mogą być uznawane jako przeciwnicy władzy – dziennikarze, opozycja polityczna, organizacje pozarządowe, biznes etc. Są to różne metody: pozwy, straszenie, że odbierze się licencje, szykany administracyjne, kontrole podatkowe. Te metody tłumaczy się najczęściej, używając zwodniczych sformułowań typu: że „wszyscy muszą być równi wobec prawa”, „państwo musi być silne i sprawne” czy że „nie ma świętych krów”.

Jakbym słyszała PiS…
Przeanalizowałem wypowiedzi przedstawicieli władzy i ciekawe jest, że za każdym razem, gdy pojawiają się działania mogące budzić wątpliwości – natury politycznej bądź dotyczące dyspozycyjności prokuratury albo wręcz osobistego zaangażowania wysokiego urzędnika (np. sprawia lekarzy z Krakowa dotycząca śmierci ojca Zbigniewa Ziobry) – natychmiast pojawiają się zapewnienia, że „nie ma świętych krów” oraz że „my tylko stosujemy prawo”. To samo zrobiła TVP, mówiąc, że broni tylko swojej reputacji, do czego ma prawo. To prawda, tylko że to samo prawo określa jej szczególną rolę – ze względu na finansowanie z budżetu państwa – i zobowiązuje do realizacji określonej misji, m.in. zapewniającej pluralizm i obiektywizm.

Legalizm dyskryminacyjny jest zagrożeniem dla demokracji?
Z pewnością tak, bo powoduje, że część ludzi nie angażuje się w debatę i nie chce mieć żadnych problemów. To forma straszenia skierowana szczególnie w kierunku organizacji społeczeństwa obywatelskiego, mediów czy środowiska biznesowego. W dłuższej perspektywie powoduje, że następuje zwiększenie polaryzacji – na placu boju zostają ci najodważniejsi, którzy zabierać głos chcą głośno i zdecydowanie. To z kolei powoduje eskalację napięć, konfliktów. A w przypadku biznesu skutkuje to większą zachowawczością – biznes staje się ostrożny we wspieraniu inicjatyw „nieprorządowych”. Na szczęście to, co nas odróżnia od Ameryki Łacińskiej, to jest jeszcze sytuacja sądów. Bo z jednej strony sędziowie są przedmiotem różnego rodzaju szykanowania, obrażania, wszczynania postępowań dyscyplinarnych, ale z drugiej jednak starają się opierać represjom władzy. W ostatnich miesiącach mieliśmy przykłady, że sądy są w stanie w sposób niezależny rozpatrywać sprawy i wydawać wyroki dotyczące wolności słowa, prawa do zgromadzeń itp. To niewątpliwie daje pewien poziom gwarancji, tylko pytanie, jak długo jeszcze trochę osamotnieni sędziowie będą w stanie – mówiąc eufemicznie – pozwolić sobie na ten poziom odwagi.

Tym bardziej, że machina Izby Dyscyplinarnej przy SN już ruszyła i pierwsi sędziowie mają już sprawy.
Tak, tylko musimy pamiętać, że bezprecedensowa jest też liczba pytań prejudycjalnych i spraw toczących się przed TSUE. Obecnie mamy już 4 sprawy i powstaje pytanie, jakie będą konsekwencje tego dla naszych relacji z UE. Jeżeli zaczną zapadać wyroki stwierdzające naruszenie standardów prawa europejskiego przez polskie prawo, to rząd będzie zmuszony do wykonania wyroków TSUE. Nawet jeżeli nie zostaną one wdrożone ustawowo, to wyroki TSUE powodują określone skutki prawne, na które można się powoływać przed sądami krajowymi. Poza tym pogłębiający się stan rozkładu tych relacji może powodować poważne zagrożenie w funkcjonowaniu naszego rynku wewnętrznego i naszej współpracy z Brukselą. Już doświadczamy tego w przypadku europejskiego nakazu aresztowania. Jeżeli inwestorzy poczują, że w Polsce nie można inwestować, bo wyroki europejskie nie są uznawane, to zrobi się naprawdę niebezpiecznie. Mam wrażenie, że niektóre osoby w rządzie zaczynają zdawać sobie z tego sprawę. Po za tym powiązanie praworządności z funduszami. Jest już projekt rozporządzenia w tej sprawie i nowy skład PE, który już znamy, raczej będzie kontynuował ten kierunek, wskazują na to choćby kandydatury na komisarza Fransa Timmermansa i Manfreda Webera.

Zatem na horyzoncie majaczy jednak polexit?
Dopóki mamy w Polsce tak duże poparcie dla członkostwa w UE, to nam nie grozi. Proszę zobaczyć, jaką postawę w tej kwestii, przynajmniej w ostatnim czasie, prezentował rząd. Ja bardziej obawiałbym się czegoś, co eksperci nazywają „wypłukaniem” z członkostwa, czyli kraj zostaje w Unii, ale nie uczestniczy w pełni w projekcie członkostwa, co oznacza, że nie ma się też wpływu na główne nurty polityki europejskiej.

Nie wygląda to dobrze, czeka nas scenariusz węgierski?
Wiele zależy do ludzi, od obywateli, na ile są w stanie bronić swoich praw, mówić o swoich problemach, a w sytuacjach konkretnych zagrożeń działać i protestować.
Kto by przewidział, że sędziowie będą jeździć na festiwal Woodstock, opowiadać o praworządności i konstytucji. Jeżeli zestawimy to z Węgrami, gdzie nie ma mowy o takich zachowaniach, to powinniśmy mieć pewną nadzieję. Mamy też wspaniałe dziedzictwo „Solidarności”, takie osoby jak prof. Adam Strzembosz.
Na sprawy dyscyplinarne niepokornego prokuratora Krzysztofa Parchimowicza stawiają się na widowni w geście solidarności i wsparcia zwykli obywatele. Nagle się okazało, że kłopot mają prokuratorzy, którzy chcą go ukarać, bo obywatele im patrzą na ręce. To są rzeczy ważne, budujące, pozwalające odzyskiwać wiarę w te wartości, na których opiera się demokratyczne państwo. T o są momenty, kiedy wielu dostrzega, że nie należy się bać. I dlatego nie powinno u nas dojść do powtórzenia scenariusza węgierskiego. Jesteśmy w innym miejscu: mamy swoją solidarność, mamy niezwykle silne poparcie dla idei UE, mamy też gdzieś głęboko w genach nadzwyczajne przywiązanie do wolności. Nie sądzę, żeby ktokolwiek był stanie trwale zburzyć tę podstawową konstrukcję duchową naszych obywateli.

Jak budżetówka walczy o przeżycie – sądy

Nie mają prawa do strajku – jedyne, co mogą robić, to wychodzić przed budynki sądów z transparentami i alarmować, że bez nich wymiar sprawiedliwości nigdy nie zostanie naprawdę uzdrowiony. Bo nie ma rozpraw bez protokolantek i sekretarzy sądowych, a prokuratura nie poprowadzi żadnego postępowania, gdy prokurator zostanie bez asystenta. Mówią to, bezskutecznie, od wielu miesięcy. Jeszcze mają nadzieję, że wyjście na ulicę coś zmieni.

Średnie wynagrodzenie stażysty w Sądzie Okręgowym w Gdańsku wynosi 2604,44 złotych brutto, średnie wynagrodzenie sekretarza sądowego 2781,71 złotych, starszego sekretarza sądowego 3508,42 złotych, księgowego 4330 złotych, starszego księgowego 4440 złotych. Pensje informatyków i inspektorów są podobne do przedstawionych powyżej. Najmniej z nich wszystkich zarabiają natomiast archiwiści, jest to 2700 złotych. W zestawieniu dyskretnie pominięto asystentów sędziów, których zarobki są dramatycznie niskie. Na rękę zarabiają najczęściej ok. 2200 złotych. Nie pokazuje ono również zarobków protokolantek – tym płaci się średnio 1530 złotych netto.
Od tych faktów powinna rozpoczynać się każda refleksja nad tym, dlaczego postępowania przed polskimi sądami wloką się w nieskończoność.
Co robi w sądzie protokolant, wie każdy, kto zetknął się z sądownictwem; bez osoby, która dokumentuje przebieg rozprawy, nie można jej przeprowadzić. Natomiast asystent ma w zakresie obowiązków m.in. pisanie uzasadnień wyroków. Jedni i drudzy, widząc, jakie zarobki się im proponuje i że nie mają praktycznie żadnej ścieżki awansu, odchodzą jedni po drugich. Mają wiedzę i umiejętności: przechwytują ich kancelarie adwokackie i komornicze czy korporacje. Rotacja pracowników nie pomaga w organizacji sprawnego funkcjonowania prokuratur i sądów. Nowych trzeba wdrażać w obowiązki i specyfikę pracy, tylko po to, by za chwilę z niej zrezygnowali. Bardziej doświadczeni nie nadążają z wykonywaniem zadań. Coraz więcej otwartych konkursów na stanowisko asystenta sędziego nie dochodzi w ogóle do skutku, bo brakuje chętnych…
Teoretycznie pracownicy prowadzą negocjacje z Ministerstwem Sprawiedliwości. W ubiegłym roku podpisali nawet porozumienie. Miało zagwarantować im podwyżkę w wysokości 200 zł brutto – oni domagali się tysiąca na rękę.
Podwyżka i tak była wcześniej obiecana, jako waloryzacja.
– Zapewniono nas również, że dostaniemy nagrody, które wcześniej stanęły pod znakiem zapytania, ale czy to wniosło cokolwiek? – pyta mnie Barbara, asystent sędziego z Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi-Południe. – Podwyżka była niewielka, a ministerstwo teraz zasłania się tym manewrem, mówiąc: przecież coś już daliśmy! My absolutnie nie uważaliśmy, że to jest koniec rozmów z rządem, a oni mieli na ten temat zupełnie inne zdanie.
Barbarę (nie podaje nazwiska, ciągle obawia się reperkusji) spotykamy na demonstracji pracowników budżetówki w Łodzi. Do pracowników sądowych dołączyła na niej pomoc społeczna, muzealnicy i nauczyciele.
Ten gest solidarności dodał asystentom sędziów, sekretarzom sądowym i protokolantom nadziei.
– Pracowników sądów nie jest tak dużo, około dziesięciu tysięcy. Rząd zda sobie sprawę z tego, jaki jest problem z naszymi zarobkami dopiero wtedy, gdy będziemy upominać się o podwyżki wspólnie z innymi grupami zawodowymi, kilkakrotnie liczniejszymi – realnie ocenia sytuację Barbara. Przyznaje, że solidarność ze strony innych grup zawodowych może być szansą dla ruchu protestu w sądach. Ożywieniem bojowych nastrojów, które przygasają. – Na początku grudnia była fala zaangażowania, wtedy dużo osób przyłączyło się do związków. Ale dotychczasowe efekty już prawie półrocznych walk pracowniczych, lub raczej ich brak, zniechęcają ludzi do dalszej aktywności – mówi kobieta nie bez goryczy.
Z tym samym żalem w głosie opowiada o swojej wcześniejszej drodze zawodowej.
– Zanim pracowałam w sądzie, byłam nauczycielką. Bardzo lubiłam tę pracę, ale odeszłam ze szkoły przez niskie zarobki. Pracując na cały etat, otrzymywałam na rękę około 1800 złotych. W tej chwili, jako asystentka sędziego z dziesięcioletnim stażem, wcale nie mam więcej – opowiada.
Inni zdesperowani pracownicy, zrzeszeni w „Solidarności” Pracowników Sądownictwa, Forum Związków Zawodowych i organizacjach należących do OPZZ, zdecydowali się na jeszcze inną formę protestu.
Siódmego maja na Placu na Rozdrożu w Warszawie, na skwerku przed Ministerstwem Sprawiedliwości, stanęło kilka namiotów.
Jedną z „lokatorek” miasteczka jest przewodnicząca sądowej „Solidarności” Edyta Odyjas.
– Przeżyłam jako działaczka związkowa cztery takie miasteczka namiotowe i ponad dwudziestu ministrów. Mogę powiedzieć tyle: dotąd brakuje jakichkolwiek rozwiązań systemowych. Mundurowi oraz niektóre zawody medyczne otrzymały podwyżki, ich rozmowy z rządem doprowadziły do porozumienia. Nasze postulaty nie są natomiast wysłuchiwane. Jako „Solidarność” walczymy cały czas o 1150 złotych podwyżki brutto – przypomina.
Doświadczona działaczka stara się być optymistką. Nie wyklucza, że konsultacje i rozmowy w końcu coś dadzą. – Możliwe, że uda nam się wywalczyć mnożnikowy system wynagradzania, może jeszcze przed jesiennymi wyborami – oznajmia. Chce wierzyć, że pogarszająca się jakość działania wymiaru sprawiedliwości w końcu da komuś do myślenia. W końcu nie może być tak, że ministerialni urzędnicy nie wiedzą, jaka jest atmosfera pracy w sądach i prokuraturach.
Ale w powszechną mobilizację budżetówki Odyjas wątpi.
– Mundurowi się już nie ruszą, wywalczyli, co chcieli. A znaczna część innych działów budżetówki jest zmęczona przedłużającymi się walkami pracowniczymi. Najgorsze jest to, że właśnie teraz potrzebna by była taka siła i moc, która pozwoliłaby na szerokie akcje protestacyjne przed jesiennymi wyborami. Porozumienie byłoby czymś świetnym. Natomiast boję się, że ludzie teraz nie mają już takiej siły i werwy do sporów z rządem.

Fajterzy

Kuratorzy sądowi – jedna z niewielu grup zawodowych, która nie domaga się podwyżek, ale po prostu umożliwienia im efektywnego wykonywania pracy zgodnie z tym, co teoretycznie gwarantują im przepisy.

Postanowili pójść drogą nauczycieli i pracowników sądowych sekretariatów. Kuratorzy zawodowi chcą „wstać z kolan”, ale uświadomili sobie, że najpierw muszą się zorganizować od podstaw. Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych jeszcze nie zdążył sfinalizować rejestracji w KRS, a już przygotował m.in. pismo do Zbigniewa Ziobry, w którym domaga się, by Ministerstwo Sprawiedliwości konsultowało z nim wszelkie akty prawne dotyczące bezpośrednio pracy kuratorów. Są zdeterminowani, by głośno upominać się o swoje. Kiedy ze sceny zejdą nauczyciele, kuratorzy mogą sporo namieszać.
„Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych chce być odpowiedzialnym partnerem Ministra Sprawiedliwości w zakresie kształtowania spraw dotyczących kuratorów sądowych i dążyć do konstruktywnych rozwiązań w atmosferze dialogu i porozumienia. (…)” – czytamy w piśmie do Zbigniewa Ziobry. Pokój, miłość i zrozumienie. Ale dalej przestaje już być tak słodko. Związek informuje, że powstał na mocy uchwały i domaga się jasnej informacji, na jakim etapie prowadzone są w ministerstwie prace nad nowelizacją ustawy, żąda też konsultacji wszelkich aktów prawnych ze środowiskiem. To efekt wieloletnich praktyk, polegających na tym, że rzesza „pomysłowych Dobromirów” z Ministerstwa Sprawiedliwości kształtowała coraz to nowymi przepisami pracę kuratorów zza biurka, praktycznie bez znajomości codziennych realiów tej pracy. Zwłaszcza w aspekcie działań w terenie i skutecznej pracy resocjalizacyjnej z podopiecznymi.
Pod pismem do Zbigniewa Ziobry podpisała się przewodnicząca OZZ KS Magdalena Huzar. To kuratorka rodzinna z Kłodzka na Dolnym Śląsku. Na razie jest przewodniczącą in spe, bo do tej pory zarejestrowano Komitet Założycielski, kolejnym krokiem będzie powołanie Zarządu Krajowego i Prezydium.
Grupa założycielska liczyła 44 osoby z 17 okręgów sądowych z całej Polski. Kuratorzy są dumni, że wreszcie powołali do życia swój związek i jednocześnie mają trochę poczucia winy, że zdecydowali się na to tak późno. Ale ci, którzy podjęli się bycia funkcyjnymi, są pełni energii. Chcą mieć wpływ na to, co „góra” ustala na temat ich pracy, ale wiedzą, że bez związkowego szyldu w rozmowach z Ziobrą będą bezsilni. Powoli tworzą struktury, jeszcze bez pełnej tożsamości prawnej.
***
Kurator znajduje się gdzieś w połowie sądowej drabiny prestiżu. Musi skończyć aplikację jak „prawdziwy prawnik”, ale de facto jest hybrydą pracownika socjalnego, pracownika biurowego i adwokata. Kurator karny (dla dorosłych) zajmuje się podopiecznymi po wyrokach z Kk – ma pod opieką swoich osobistych dozorowanych, „obsługuje” przerwy w karze pozbawienia wolności, dozory elektroniczne czyli „bransoletki”, wykonuje wywiady środowiskowe, nadzoruje kuratorów społecznych sprawujących dozory w jego imieniu (kurator społeczny może mieć do 10 spraw. Pełniłam tę funkcję ponad 6 lat). Kuratorzy rodzinni mają podobne obowiązki, z tą różnicą, że mają pod nadzorem całe rodziny, uczestniczą też w tzw. widzeniach rodzica z dzieckiem. W listopadzie 2018 Polską wstrząsnęło wydarzenie z warszawskiego Bemowa, gdy podczas widzenia 35-letni mężczyzna udał się z 4-letnim synkiem do toalety, gdzie w akcie desperacji otruł siebie i dziecko.
Media były bezlitosne dla kuratorki. Czy słusznie? Nie ma bardziej niewdzięcznego „medialnie” zawodu. Kurator ma być jak Batman – na niebie powinien wyświetlać mu się sygnał alarmowy, kiedy Kowalski upije się bardziej niż zwykle i zamachnie się na żonę tasakiem. Wymaga się, aby kurator miał pod kontrolą każdą sekundę życia swoich podopiecznych – ich wydatki, ich nałogi, ich życie seksualne, ich potrzeby fizjologiczne. Ale tak, aby nie został oskarżony z drugiej mańki – że odebrał dzieci za biedę. A on ma tylko legitymację, kartkę papieru i autorytet, który musi sobie w relacji z podopiecznym wypracować. Zasłużyć na zaufanie, a nie tylko na łatkę upierdliwego sądowego dozorcy, jest trudno. Ale to władza i niedostosowane do rzeczywistości przepisy utrudniają kuratorom realizowanie ich misji. Podwyżki – jasne, przydałyby się. Ale głównym demonem pracy kuratora jest nadmiar obowiązków. To praca, która nie kończy się nigdy.
– Naszą zmorą jest podział etatów i nierówny podział obciążenia w okręgach – mówi przyszła przewodnicząca Magdalena Huzar. – Rozporządzenie mówi, że kurator, na przykład rodzinny, może mieć od 15 do 25 nadzorów. Nie znam takiego kuratora w Polsce, który ma 15 nadzorów. To jak jednorożec, kwiat paproci. Jesteśmy zawaleni wywiadami środowiskowymi (bezpłatnymi). Nie mamy czasu pracować z naszymi osobistymi podopiecznymi i ich rodzinami – czasami starcza go, żeby wpaść raz na miesiąc i policzyć dzieci. Nie ma limitu wywiadów do wykonania. U mnie w zespole jedna kuratorka wykonała w zeszłym miesiącu 50 wywiadów. To jest 50 wyjazdów w teren, gdzie trzeba zebrać szczegółowe informacje i je opisać. A przeciętny kurator zawodowy ma w referacie od 50 do 100 „stałych” spraw. Jego obowiązkiem jest czuwać nad tymi ludźmi. Proszę mi powiedzieć, jak to fizycznie zrobić? Rozciągnąć dobę? A kiedy iść z podopiecznymi na przykład do urzędu miasta żeby coś załatwić? Jak nawiązać z nimi jakąś więź? Jak zauważyć, że dzieje się coś niepokojącego?
***
Papierologia rośnie. O wszelkie wiążące decyzje dotyczące podopiecznych kurator musi występować do sądu. W przypadku na przykład kary ograniczenia wolności (to tzw. prace społeczne) lub dozoru elektronicznego (bransoletka), gdy podopieczny zachoruje i nie jest w stanie jakichś obowiązków wykonywać, na decyzję sędziego trzeba czekać tygodniami. Gdyby leżało to w gestii kuratora, wszystko mogłoby dziać się sprawniej. Dlatego związkowcy chcą rozszerzenia swoich uprawnień.
– Sędziowie nie rozumieją czasochłonności tej pracy – mówi Magdalena Huzar. – Czasem zdarzają się sytuacje, które są potencjalną tykającą bombą. Jedna pani dostała udział w kontaktach kuratorskich ojca z dzieckiem. On jest cudzoziemcem. Ona nie zna języka. Jak ma wykonać poprawnie swoje obowiązki? Jak ma czuwać nad bezpieczeństwem dziecka? Za udział w kontaktach płaci się nam 191 złotych brutto za wizytę, a liczba kontaktów, tak jak wywiadów, jest nielimitowana. W dodatku to wszystko jest poza naszym formalnym obciążeniem, ale ma opcji, żeby odmówić. Pracujemy w sobotę i niedzielę, jedna wizyta trwa od 2 do nawet 9 godzin. Nie mamy kiedy odpocząć, nie mamy za to oddanego żadnego wolnego dnia. Pracujemy w święta. Pracujemy praktycznie cały czas. Chcemy unormowania standardów naszego obciążenia, bo już robimy bokami.
***
Wśród kuratorów rodzi się bunt. Przyjeżdżają kontrolerzy, którzy muszą przekopać akta dozorów – tych osobistych, na które nie zostaje już czasu.
– Skoro kładą nacisk na to, jak pracujemy z dozorowanymi i chcą nas z tego rozliczać, to niech nam to do cholery umożliwią – wzdycha przewodnicząca OZZ KS. – Niech zdejmą z nas te dodatkowe czynności i dadzą w spokoju pomagać rodzinom. Wiadomo, jedni podopieczni wymagają intensywniejszej opieki, inni radzą sobie sami. Ale to powinno być nasze główne zadanie: praca ze środowiskiem osób skazanych i nadzorowanych, nieletnich. W tej chwili sprowadza się nas do kontrolerów, sprawdzających, czy oni żyją. Ale kiedy coś się stanie, winni jesteśmy my. „Gdzie był kurator?” – pytają wtedy media. Ale nie da się w ciągu 15- czy 20-minutowej rozmowy zdiagnozować i uzdrowić rodziny.
***
Bezpieczeństwo kuratorów – to kolejny problem. Część bogatszych sądów ma na wyposażeniu GPS-y, tak zwanego „bezpiecznego kuratora”. Znowu podział na lepszych i gorszych. Niektórym poszczęściło się nawet na tyle, że dostali gaz pieprzowy. No i zestaw „małego chemika” – testy na obecność narkotyków, a także alkomaty – po jednym na zespół. Ale to już wyższa szkoła absurdu.
– Na te testy poszło mnóstwo kasy. Ustawa daje mi prawo zbadać nieletniego. Ale co z tego, że ja go zbadam, jak rodzic zażąda powtórnego badania. I co ja mam wtedy zrobić? Wieźć go swoim autem? Gdzie? Na SOR? I czekać tam osiem godzin? Nie mamy podpisanych umów z laboratoriami. To martwy przepis. Dano nam narzędzie, z którego i tak nie możemy korzystać.
Wszędzie muszą dojeżdżać własnym autem. A jeśli go nie mają? Do niektórych miejsc dojeżdża jeden autobus dziennie. Nie ma możliwości odmowy, kiedy nie ma opcji dojazdu do podopiecznego. Owszem, otrzymują tzw. zwrot kosztów pracy – za benzynę – był naliczany, kiedy paliwo kosztowało dwa złote za litr. A nie pięć. Nie mają ubezpieczeń z tytułu ryzyka zawodowego – kontaktu z chorymi, z uzależnionymi od narkotyków.
***
System wynagrodzeń.
– Chciałabym mieć taką firmę jak sąd – wzdycha moja rozmówczyni. – W tej chwili u mnie w zespole nie ma trzech osób. Ktoś ich zadania musi przejąć. Grosza za to nie widzimy. Na swój awans czekałam pięć lat, ale rekordziści np. ci podlegający pod Katowice, czekają nawet 10 i więcej. Co z tego, że już dawno spełniają wszystkie wymogi z ustawy? Nie ma pieniędzy. Ale są też okręgi, gdzie do awansów nie ma kolejek. To zależy od sądów apelacyjnych. W tej chwili na emeryturę przechodzi u nas jedna kuratorka ze stopniem specjalisty. Te pieniądze przecież zostaną w puli, za to można awansować kolejną osobę z kolejki. Ale tak się nie dzieje i nikt nam nie tłumaczy, dlaczego. Nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić. My nie chcemy podwyżek wprost, chcemy przejrzystego systemu nagród, chcemy przestrzegania ustawy.
W sądach nie funkcjonuje osobny budżet na funkcjonowanie kuratorskiej służby sądowej.
***
Nie wolno im strajkować. Nie mają jeszcze pomysłu na akcję ogólnopolską, ale rozważają odmowę wyjazdów w teren. Domagają się, żeby kierownicy zespołów i kuratorzy okręgowi byli kadencyjni.
Chcą, żeby urzędnicy z ministerstwa konsultowali z nimi wszystkie nowe przepisy – żeby nie dopuścić do sytuacji, że ich pracą zarządza ktoś, kto przez dwadzieścia lat nie wstawał zza biurka i nie wie, jak wygląda praca w terenie.
Mieli wielką nadzieję, że po raporcie NIK na temat kuratorów wstawi się za nimi Adam Bodnar. Ale on potraktował sprawę wybiórczo – zainteresował się wyłącznie brakiem kompetencji kierowników zespołów i kuratorów okręgowych do kontroli. Resztę zagadnień, które poruszyła NIK (m.in. przeciążenie pracą) pominął. Do niego też OZZ KS przygotowuje pismo.
Na razie na to pierwsze Zbigniew Ziobro nic im nie odpisał. Minister nie jest przecież od tego, żeby gadać z suwerenem.

Strajk fundamentów

… albo kto naprawdę walczy z dobrą zmianą.

 

W sądownictwie między 9 a 11 grudnia rozpoczął się strajk „chorobowy”, jedyna realnie dostępna dla pracowników sądów forma protestu – a zarazem kolejny epizod walk pracowniczych, w jakie druga połowa tego roku obfituje. Rząd PiS od początku uznawał sądownictwo, podobnie jak edukację, za dziedzinę strategiczną aparatu państwa, która miała zostać „totalnie zreformowana”. Okazuje się jednak, że dziś są to najbardziej problematyczne dziedziny budżetówki. Za sprawą ludzi, którzy tu pracują.
Nauczyciele od prawie trzech lat protestują przeciw narzucanym im „dobrym zmianom”. Nie są już odosobnieni. W miarę tego, jak z rządu bankstera Morawieckiego opada „socjalna” maska, walkę podjęli w różnej formie m.in. policjanci, straż graniczna, lekarze i personel medyczny, pracownicy i pracownice PLL LOT oraz Portów Lotniczych i inne grupy zawodowe budżetówki. W wypadku sądownictwa strajk zorganizowali jednak nie sędziowie, którzy byli do tej pory „wrogiem publicznym numer jeden” polityki konfliktu kreowanej przez rząd.
Walkę prowadzą „ludzie-cienie” sądownictwa, jego niewidzialny fundament; protokolantki, asystentki i sekretarze sądowi. To oni nadają prawu jego duszę, argumentując między innymi wyroki sędziów czy organizując i wspierając przebieg procesów. Zarabiają przy tym katastrofalnie mało. Asystentki i sekretarze zarabiają najczęściej ok. 2200 złotych netto. To i tak dużo w porównaniu z zarobkiem protokolantek, którym płaci się 1530 zł na rękę.

 

Od czego się zaczęło?

– Od dojścia do władzy PiS-u sądy były miejscem dyskusji kuluarowych, nie wiadomo było, co może się wydarzyć w przyszłych miesiącach. Dyskusje te słabły i nasilały się naprzemiennie przez te 3 lata. Wraz z wystąpieniami zawodów budżetówki, a szczególnie mundurowych, zaczął kiełkować pomysł strajku – opowiedziała mi aktywna uczestniczka protestów, pracownica jednego z warszawskich sądów. Zastrzega przy tym anonimowość. Boi się represji – a te mają charakter indywidualny i wyszukany. Niepokornych znienacka przenosi się z wydziału do wydziału w ramach jednej placówki sądowej albo też okazuje się, że nieaktualne już są nieformalne ustalenia dotyczące między innymi godzin pracy. – W końcu wybraliśmy tę jedyną formę walki nam przysługującą, która byłaby w stanie zająć opinię publiczną i władzę. Strajk chorobowy dał mundurowym podwyżki około 1100 złotych brutto w przeciągu dwóch lat. My też walczymy o podwyżki podobnej wysokości.
17 grudnia założono Komitet Protestacyjny Pracowników Polskich Sądów, do którego należą KNSZZ „Ad Rem” z siedzibą we Wrocławiu, ZZ Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości z siedzibą w Warszawie, NZZ Pracowników Sądów Okręgu Piotrkowskiego z siedzibą w Piotrkowie. Wszystkie one należą do Forum Związków Zawodowych, które udzieliło poparcia całej inicjatywie oficjalnie trzy dni później Przed samymi świętami, pracowniczki (zawody, o których mowa, są niezwykle sfeminizowane, ponad 70-80 proc. osób je wykonujących to kobiety) protestowały w trakcie przerw w pracy (która ma miejsce około południa) lub szły na demonstracyjne L4.
– Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą – tłumaczy mi Justyna Przybylska, przewodnicząca KNSZZ „Ad Rem”. – Sądy zaczęły z powodu niskich zarobków świecić pustymi etatami, a to dokładało już zatrudnionym kolejnych obciążeń. Od niewykonanej pracy uginały się już nie tylko półki, ale i podłogi oraz parapety. Wtedy dyrektorzy obniżali nagrody (śmieszne kwoty nawet rzędu 200-250 zł, wypłacane dwa razy do roku), już za nieobecność w pracy od 5 dni. Pracownicy tyrali w nadgodzinach i przychodzili do pracy chorzy.
Strajk jest sieciowy, nie ma jednego centrum. Protesty miały miejsce m.in. w sądach w Białymstoku, Bielsku Podlaskim, Gorzowie Wielkopolskim, Lęborku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Międzyrzeczu, Olsztynie, Płocku, Poznaniu, Radomiu, Rzeszowie, Sulęcinie, Toruniu, Warszawie, Wrocławiu i Zielonej Górze. Jest też całkowicie oddolny. Protestujący nikogo nie prosili o pomoc czy wstawiennictwo, po prostu wzięli sprawy w swoje ręce.

Przybylska przekonuje, że pracownikami kierowała również obywatelska świadomość. Nikt lepiej niż oni nie rozumie, że przez złe zarządzanie sądami obywatele nie mogą doczekać się rozstrzygnięcia procesów, które wloką się miesiącami. To budzi oburzenie – ale nie będzie inaczej, dopóki zarobki w sądach nie osiągną godnego pułapu.

 

Solidarność pracownicza, represje i opór

Czy postulaty zostaną spełnione? Najważniejszym czynnikiem nie będzie rząd, tylko to, czy pracownicy i pracowniczki budżetówki połączą siły. Czy tak bardzo różnorodne grupy zawodowe z sektora edukacji, sądownictwa, administracji czy też spółek i przedsiębiorstw państwowych, które są podzielone na dziesiątki związków zawodowych, będą zdolne do współpracy?
Widzieliśmy jej przykłady już wcześniej. Współdziałały związki zrzeszające stewardessy i pilotów LOT, Straż Graniczna demonstrowała wraz ze Służbą Więzienną i policją. W sądownictwie jest to też możliwe. Na stronie stowarzyszenia Iustitia, które stało się solą w oku rządu PiS, opublikowano deklarację: „Przedstawiciele stowarzyszeń sędziowskich (…) popierają postulaty płacowe wszystkich pracowników sądów powszechnych i administracyjnych, w tym asystentów sędziego – adekwatnie do ich wysokich kwalifikacji zawodowych”.
Do KNSZZ „Ad Rem” napływają, za pośrednictwem Facebooka, listy poparcia od innych związków zawodowych czy organizacji pozarządowych. Komitet Protestacyjny PPS od 18 grudnia prowadzi oficjalne rozmowy z Ministerstwem Sprawiedliwości. Na dzień dzisiejszy udało się uchronić strajkujących „chorobowo” przed represjami, w tym wypadku zabraniem nagród, i wywalczono 1000 złotych nagrody dla wszystkich pracowników. Utrzymano proponowane przez MS podwyżki w wysokości 200 złotych od 2018 roku. Wielu pracowników nie satysfakcjonuje jednak powyższe porozumienie. Protestują dalej.
Prócz wyrazów wsparcia pod zdjęciami relacjonującymi listowne negocjacje Komitetu Protestacyjnego PPS z Ministerstwem Sprawiedliwości możemy między innymi przeczytać :„Podwyżki?! Drobniaki…. I jakim kosztem?! Że Sędziowie będą tak od razu mieć zamrożone pieniądze na dojazdy!!! Oni, którzy nas najbardziej wspierają i którymi pomiata całe społeczeństwo!!!’ Super rozwiązanie!!!!” „Co robicie??? Wspieracie?? To chyba jakiś żart….Wybraliście świetny sposób na wspieranie – trzy podpisy….aż żal że wam długopisy z rąk nie powypadały”.
Niestety jest to również poletko do rozgrywki dla przedstawicieli rządu, nie wahających się szczuć na siebie związkowców i pracowników.
Dzień przed rozpoczęciem świątecznego okresu wypoczynkowego do niektórych organizacji pracowników sądownictwa dotarł list z Ministerstwa Sprawiedliwości. List ten, opublikowany między innymi na profilu facebookowym „Sędziowie łódzcy” został napisany w taki sposób, by móc z niego wywnioskować wszystko, w tym to, że ustalenia z 18 grudnia są nieważne. Nie dziwi więc potok gniewu wylany przez protestujących na ich przedstawicieli, w tym wypadku Komitet Protestacyjny PPS. Na szczęście po kilku dniach przedstawicielom związków zawodowych udało się uspokoić sytuację i wytłumaczyć, że jest to tylko tani blef rządu. List został usunięty z Facebooka, z pewnością po to, aby nie pogłębiać podziałów w środowisku.

 

Wspólna walka budżetówki

Bezpieczeństwo polityczne rządu wymaga, by demonstracje nie wymykały się spod kontroli. To dało policji argument nie do odparcia w walce o podwyżkę płac, które były śmiesznie niskie. „Psia grypa” zdała swój egzamin w październiku i listopadzie.
Teraz w ślady zwycięskich mundurowych i wciąż walczących pracowniczek sądów chce iść prezes ZNP Sławomir Broniarz, zaczynając grozić rządzącym strajkami w trakcie matur, które są ogólnospołecznym wydarzeniem i momentem przesilenia podczas każdego roku szkolnego. Sądy i prokuratury, niewydolne i przeładowane przez cały rok, nie muszą wybierać dokładnej daty, panują w nich notoryczne braki kadrowe i chaos. Jak opowiedziały mi uczestniczki strajku z Warszawy, na 10 sędziów przypada dwójka lub trójka asystentów. Nawet jeśli różne grupy zawodowe budżetówki nie współpracują ze sobą jeszcze instytucjonalnie, ich równoległe wystąpienia potęgują siłę przebicia wszystkich.

Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą.

Wszystko potrafimy spieprzyć

Komisje wojewódzkie miały być lekarstwem na przewlekłość procesów o błędy medyczne. Za sprawą jej członków stały się karykaturą, żerującą na nieszczęsnych pacjentach, funkcjonującą jeszcze wolniej niż sądy i skoncentrowaną na wyrywaniu pieniędzy dla siebie.

 

Wiadomo, jak trudno uzyskać w Polsce odszkodowanie nawet za ewidentny błąd medyczny. Procesy wloką się latami, a lekarze, zasiadający w komisjach biegłych i wydający ekspertyzy, starają się nie zaszkodzić koledze po fachu – bo wiedzą, że też mogą znaleźć się w sytuacji, gdy będą potrzebowali życzliwej oceny.
Dlatego, widząc te patologie, rząd PO, w 2011 r. wprowadził pozasądowy system orzekania o zdarzeniach medycznych. Jego celem było usprawnienie dochodzenia roszczeń przez pacjentów z tytułu szkód w wyniku leczenia szpitalnego. Miał być alternatywą dla często długiej i skomplikowanej drogi sądowej.

 

Wszyscy chcieli dobrze

Niestety, jak wskazuje Najwyższa Izba Kontroli, utworzony wówczas system, w którym o ewentualnym zaistnieniu błędu w sztuce medycznej orzekały wojewódzkie komisje, nie zapewnia pacjentowi skutecznego dochodzenia rekompensat za szkody powstałe podczas leczenia.
Prace komisji często przedłużają się – nawet do dwóch lat – a jej końcowe efekty, jedynie w postaci wydania orzeczenia o zaistnieniu zdarzenia medycznego (bez przesądzania o winie konkretnych osób), nie satysfakcjonują poszkodowanych. W rezultacie, nowy system nie stworzył możliwości szybkiego uzyskania odszkodowań i nie stał się alternatywą dla sądownictwa powszechnego. Liczba rozpatrywanych tam spraw, w wyniku powstania wojewódzkich komisji, miała się zmniejszyć – a tymczasem znacząco wzrosła.
Generalnie, podważa to cały sens mediacji, która nie sprawdza się nie tylko w sprawach o błędy medyczne, lecz i w innych sytuacjach, takich jak na przykład sprawy o przemoc domową.
Przed wejściem w życie przepisów z 2011 r., w przypadku wystąpienia błędu medycznego, jedyną możliwą drogą dochodzenia roszczeń był proces sądowy. Natomiast od ponad siedmiu lat pacjenci mogą składać wnioski o zadośćuczynienie szkód wynikających z niewłaściwego leczenia, do wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych.
W Polsce działa 16 komisji, w skład każdej z nich wchodzą członkowie powoływani przez wojewodę (14 osób), Ministra Zdrowia (1 osoba) i Rzecznika Praw Pacjenta (1 osoba).

 

Wyszło tak jak zwykle

Od dawna już do Rzecznika Praw Pacjenta docierały sygnały o problemach w funkcjonowaniu komisji. Poza tym, wysokość odszkodowań za zdarzenia medyczne często nie satysfakcjonowała pacjentów.
W rezultacie, nastąpił drastyczny spadek liczby wniosków kierowanych przez pacjentów do komisji. Jednocześnie, w ostatnich latach wzrosła, zamiast spadać. liczba spraw dotyczących błędów medycznych.
W 2016 r. prokuratury w całym kraju prowadziły 4963 postępowania, tj. o blisko 46 proc. więcej niż w 2015 r. (3394 postępowania). Tymczasem, nie tak miało być.
Najwyższa Izba Kontroli zauważa, że obecnie funkcjonujący system orzekania o zdarzeniach medycznych, nie chroni pacjenta i nie zapewnia mu osiągnięcia zadośćuczynienia.
Po pierwsze, wojewódzkie komisje są bardzo powolne i nie umożliwiały poszkodowanym szybkiego uzyskiwania odszkodowań. Ponad połowa spraw rozpatrywanych w I instancji rozstrzygana była z opóźnieniem, czyli po ustawowym czteromiesięcznym terminie. Średnio komisje potrzebowały na to od ponad trzech do blisko pięciu miesięcy. Jednak w skrajnych przypadkach orzeczenia były wydawane nawet po 22 miesiącach.
Komisje bynajmniej nie pracowały szybciej, rozpatrując wnioski odwoławcze w II instancji. Ponad połowę skontrolowanych spraw zakończono po ustawowym terminie 30 dni (najdłuższy czas wynosił aż 855 dni).

 

Żeby trwało to jak najdłużej

NIK zauważa, że komisje już na starcie z opóźnieniem zabierały się do pracy nad wnioskami. Zbyt długo wykonywano wstępne czynności z nimi związane, jeszcze przed skierowaniem ich na pierwsze posiedzenie składu orzekającego.
Gdy do komisji wpływa wniosek, to jej przewodniczący weryfikuje go pod względem formalnym (np. czy zawiera on uzasadnienie i uiszczona została opłata). Stwierdzono przypadki, że weryfikowano wnioski nawet po 168 dniach od ich złożenia!. Zweryfikowane wnioski wysyłane były do szpitali z prośbą o stanowisko w sprawie na ogół po 2 – 7 dniach, ale robiono to także po 20, 50 a nawet 98 dniach.
Czas oczekiwania na stanowisko szpitala wynosi do 30 dni. Zwykle nie przekraczał on tego terminu, ale stwierdzono przypadki otrzymania stanowiska nawet po 53 dniach.
NIK zwraca uwagę na długi okres od otrzymania stanowiska szpitala do skierowania sprawy na pierwsze posiedzenie składu orzekającego. Okres ten wynosił od 38 do 108 dni. Zdarzało się jednak, że trwało to nawet 125 i 379 dni.
Jak widać więc, członkowie komisji robili wiele, aby tylko odwlec sprawę. Oczywiście komisje nie sporządzały także w terminie siedmiu dni uzasadnień do wydanych orzeczeń oraz nie doręczały ich w terminie zainteresowanym stronom – pacjentom i szpitalom.
Jednym z powodów przedłużającej się pracy komisji był długi czas oczekiwania na opinie biegłych. Nie sprawdziło się założenie ustawodawcy, że wiedza członków komisji, którzy posiadają wykształcenie i doświadczenie medyczne, pozwoli w dużej mierze na samodzielne rozwiązywanie przez nich zagadnień natury medycznej – i znacząco ograniczy konieczność zasięgania w trakcie prowadzonych postępowań opinii biegłych.
Z przepisów wynika, że komisje powinny korzystać z biegłych tylko w wyjątkowych okolicznościach. Tymczasem robiły to nagminnie, nawet w przypadku 85 proc. wydanych orzeczeń.
Na przykład w latach 2012 – 2018 (I kwartał) komisja „świętokrzyska” przy wydaniu 82 orzeczeń skorzystała aż z 69 opinii biegłych ( w ponad 85 proc. orzeczeń), a komisja „zachodniopomorska” – przy wydaniu 157 orzeczeń zasięgnęła 101 opinii u biegłych (w ponad 64 proc.).
Członkowie komisji albo nie posiadali więc odpowiedniej wiedzy, albo, co bardziej prawdopodobne, nie chcieli się nią dzielić, uważając, że w celu przedłużenia postępowania warto zwracać się o opinie biegłych.
W toku kontroli stwierdzono przypadki, że w tej samej sprawie były sporządzane dwie – trzy opinie przez różnych biegłych, po czym przy ponownym rozpatrzeniu sprawy w drugiej instancji, również sporządzano opinie – nawet dwie. Znakomicie wydłużało to postępowanie. Jedynie komisja „wielkopolska”, tradycyjnie solidna, poza jednym przypadkiem, nie korzystała z opinii biegłych.
Czas oczekiwania na opinię wynosił średnio 59 dni, ale maksymalnie nawet 639 dni. Ponadto NIK zauważa, że zdarzały się przypadki, iż biegli rezygnowali ze sporządzenia opinii – ale informowali o tym komisje dopiero po pewnym czasie – od 13 do nawet 588 dni.
A przez te 588 dni poszkodowany był święcie przekonany, że biegły trudzi się nad opinią w jego sprawie!.

 

Zachapać jak najwięcej kasy

Poza tym, komisje miały bardzo konkretny powód, aby nie śpieszyć się z rozpatrywaniem spraw. NIK zwraca uwagę, iż sprzyjał temu sposób wynagradzania członków komisji, którzy za udział w każdym posiedzeniu składu orzekającego otrzymywali stałe stawki wynagrodzenia.
Albo była to maksymalna stawka (430 zł), albo ulegała ona stopniowemu zmniejszeniu w poszczególnych latach i była uzależniona od liczby kolejnych posiedzeń komisji w danej sprawie. W każdym razie, z punktu widzenia członka komisji, opłacało się debatować jak najdłużej – i zbierać na posiedzeniach jak najczęściej.
W rezultacie niektóre komisje zbierały się nawet i dziewięć razy w celu rozpatrzenia jakiegoś wniosku. A kasa leciała… Łączne wydatki na wynagrodzenia członków wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych stanowiły w pierwszej, sześcioletniej kadencji, około 70 proc. całej kwoty wydanej na ich funkcjonowanie (koszt jednej komisji to ponad 1,5 mln zł).
Na to wszystko nie reagowali wojewodowie, których mało obchodził nadzór nad funkcjonowaniem komisji. Posiadając uprawnienia do odwołania członków komisji, powinni oni monitorować prawidłowość wykonywania jej obowiązków – czego nie robili.
NIK zauważa także, że dochodziło do licznych przypadków naruszania obowiązujących regulacji przy powoływania składów komisji. Jest to atrakcyjna finansowo fucha, więc średnio co piąty z członków komisji został powołany bez sprawdzenia czy spełnia ustawowe wymogi, lub nawet sprzecznie z obowiązującym prawem.
W rezultacie, w komisjach często orzekały osoby nieuprawnione, co przyczyniło się do tego, iż funkcjonowanie komisji tylko w znikomym stopniu umożliwiło pacjentom uzyskanie odszkodowań i zadośćuczynień.

 

Jest znacznie gorzej niż było

W dodatku komisja nie ma możliwości egzekwowania od szpitala wypłaty odszkodowania i nie uczestniczy w pertraktacjach pomiędzy szpitalem i pacjentem. Jej praca kończy się wydaniem orzeczenia stwierdzającego, czy doszło do zdarzenia medycznego. Potem nieszczęsny pacjent sam musi dochodzić swoich praw – i po rozstrzygnięciu sprawy przez komisję oczywiście idzie do sądu.
Funkcjonowanie wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych, które miało więc zmniejszyć wpływ do sądów spraw o odszkodowanie za szkody medyczne, spowodowało, że wpływa ich znacznie więcej.
Szacowano, że liczba spraw trafiających na wokandę zmniejszy się z 330 średnio rocznie, do 99. Wzrosła, za sprawą działań komisji, do 905 średnio rocznie. I tak właśnie wygląda polska przemyślność i skuteczność działania na rzecz innych. Ofiarom błędów medycznych trzeba zaś życzyć dużo zdrowia i wytrwałości.

Co kto widzi

Portal Onet opublikował zdjęcie kilkunastu sędziów w koszulkach z napisem „konstytucja”, zrobione przed gmachem sądu.

 

Zdjęcie uprzejmie skomentował były rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości i bliski współpracownik Patryka Jakiego, członek Komisji Weryfikacyjnej Sebastian Kaleta. Upomniał sędziów, że mają obowiązek być apolityczni, oraz że nie przystoi im afiszowanie się z symbolem „na wskroś politycznym”.

W pierwszym odruchu się z politowaniem uśmiechnąłem. Jednak po chwili przyszła refleksja, że to jednak tragiczne – najważniejsze źródło prawa polskiego stało się przedmiotem przepychanki i wydaje się wydawać niektórym symbolem politycznym obrzydliwym niczym zdechły szczur.

Zgodnie z art. 87 Konstytucji jest ona źródłem powszechnie obowiązującego w Polsce prawa. Zatem sądy mają obowiązek ją stosować. Jest to oczywistość taka jak cykl dobowy, rytm serca czy zmienność pór roku. Tak, sądy działają w oparciu o prawo i prawo to stosują. Konstytucja w ręku sędziego jest czymś równie oczywistym jak toga, w którą jest ubrany, czy godło Polski wiszące nad sędziowskim stołem.

I nagle doczekaliśmy czasów, kiedy owa konstytucja kojarzy się wyłącznie z polityką. To świadectwo choroby państwa.

Konstytucja określa ustrój państwa. Czy przypisując jej wyłącznie polityczne skojarzenia powodujemy, że ci, którzy nie są opozycją uznają że nie trzeba konstytucji stosować, bo jest ona politycznym manifestem? Taka interpretacja kompromituje każdego polityka, nawet takiego jak Sebastian Kaleta. Konstytucja to źródło prawa. Tylko tyle i aż tyle. Konstytucja nie jest politycznym manifestem.

Skoro jesteśmy przy sądach i wymiarze sprawiedliwości. Art. 139 Konstytucji nadaje Prezydentowi RP uprawnienie do stosowania prawa łaski. Czyli możliwość ułaskawiania. W oparciu o Konstytucję decyduje o ludzkim życiu. Nie chciałbym, aby jego decyzje były podszyte polityką. Jeżeli tak się dzieje, to znaczy, że ktoś nie rozumie fundamentów wymiaru sprawiedliwości. Sędzia wchodzący na salę nie może kierować się politycznymi manifestami, musi stosować prawo. A konstytucja jest źródłem tego prawa.

Kiedy na salę sądową wchodzi oskarżony, chce aby jego sprawa była rozpoznana przez bezstronnego sędziego, stosującego jednak prawo (tak, w tym Konstytucję), aby mógł odwołać się do równie bezstronnego sądu apelacyjnego i aby w razie skazania mógł złożyć do Prezydenta wniosek o ułaskawienie. I to wszystko na podstawie Konstytucji. I chciałby mieć pewność, że kiedy Prezydent ów wniosek zobaczy i spojrzy na podstawę (art. 139 Konstytucji) to nie dostanie alergii na polityczny manifest, lecz potraktuje ją jako źródło prawa, a nie politycznej awantury.

A pan Kaleta, który wszędzie widzi polityczne manifesty i w ustawie zasadniczej upatruje symbol „na wskroś polityczny” oby kiedyś nie musiał żałować, że trafi na sędziego, który będzie myślał jak on.

Memento dla wszystkich

Przed zbliżającymi się, pozbawionymi niezbędnej głębszej refleksji, obchodami 100-lecia niepodległości należy wiedzieć, że jesteśmy na najlepszej drodze ku kolejnej jej stracie.

 

W początkowych latach III Rzeczpospolitej, w jednym z pierwszych numerów „Nie” Jerzy Urban pisał – oceniając ówczesną politykę – że nowi włodarze naszego kraju doprowadzą do sytuacji, w której powtórzy się tragiczna historia, a podzielona Polska znajdzie się pod protektoratem obcych. Wtedy, pomimo krytycznego oglądu postsolidarnościowej władzy, i mnie, i zapewne innym czytelnikom, powyższa prognoza wydawała się co najmniej przesadzona, i traktowałem ją tylko jako bardzo mocny, protestacyjny głos publicysty. Samospełniającym się proroctwem, w myśl niektórych socjologów, ta wizja niewątpliwie nie była, ale jednak…

 

W swoim czasie

szczekaliśmy na siebie, jak to lapidarnie określił, podczas naszego spotkania, prof. Andrzej Romanowski. Dziś każdą jego prasową wypowiedź, podobnie jak Bronisława Łagowskiego i Ludwika Stommy, czytam z wielkim zainteresowaniem, bowiem przynoszą nie tylko myśli poparte głęboką wiedzą i żelazną logiką, ale także wyrażają, tak rzadko okazywaną wśród polskich intelektualnych elit, odwagę w nazywaniu po imieniu rzeczy oczywistych.
Na przykład – warto przypomnieć – Andrzej Romanowski uważa, że „wszelka sensowna dyskusja… musi zacząć się od przyjęcia tezy o historycznej zasłudze polskich komunistów. Bo tylko oni – namiestnicy Stalina – mogli zbudować powojenne państwo polskie”.
Opublikowany w ostatnim sobotnio-niedzielnym magazynie „Gazety Wyborczej” esej Profesora pt. „Jak zepsuliśmy polski zegarek” powinien być powszechnie czytany, przede wszystkim na zapełnionych sejmowych i senackich salach oraz w siedzibach wszystkich polskich partii i ugrupowań politycznych. Niestety nie można liczyć na Kościół katolicki, którego cele – pisze Romanowski – niekoniecznie są zbieżne z polską racją stanu. No i także na beneficjentów różnych 500+,300+ oraz wszystkich innych+, i tych pozostałych, którym takie rozważania przeszkadzają w konsumpcji piwka.

 

Pierwsza konstatacja

prezentowanego tekstu dotyczy współczesności: „Bo czegoś takiego jak III Rzeczpospolita nigdy nie zaznaliśmy. Państwo przedrozbiorowe miało granice wschodnie dość płynne, a było niemal wyłącznie domeną szlachty. Państwo międzywojenne po rozstroju sejmowładztwa prowadziło dyktaturę. Obie te Rzeczpospolite padły łupem sąsiadów. Państwo powojenne, noszące od 1952 r. nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa, nie stało się przedmiotem obcej agresji, wykazało ponad dwa razy dłuższą trwałość niż Polska międzywojenna, a kształt terytorialny przekroczył czas jego istnienia. Ale było to państwo niesuwerenne, z egzotycznym ustrojem, strzeżone przez potężnego hegemona, państwo partii. Wcześniejsze zaś polskie państwa kadłubowe – Księstwo Warszawskie i Królestwo Polskie – byty zależne od woli mocarstw i upadały wraz z wojnami czy powstaniami. Na takim tle III RP doprawdy nie miała konkurencji. A i sukces, jaki osiągnęła, był na miarę tysiąclecia”.
Współczesna Rzeczpospolita była niewątpliwie historyczną szansą Polaków, acz niestety przez nich samych, konkretnie przez postsolidarnościowe rządy i prawicę, częściowo tylko wykorzystaną, za przyczyną kolejnych ideologicznych dogmatów i politycznych fobii. Narodziła się, jak poprzednio w 1918 roku, w wyjątkowo sprzyjających międzynarodowych okolicznościach, ale i dzięki nadzwyczajnemu gremium postaci – co prawda z odmiennych czy nawet wrogich obozów politycznych – dostrzegających jednak ten moment, w którym można i należy zacząć zaprowadzać inny porządek na naszej ziemi. Świadomość wyczerpania się wcześniejszych atutów Polski Ludowej i obowiązującej ideologii była powszechna nie tylko w licznych kręgach władzy, a socjaldemokratyczny kierunek przemian został zaakceptowany przez zdecydowaną większość aktywnych członków rozwiązywanej PZPR.
Nadzieję na lepszą Polskę mieli wiec nie tylko byli opozycjoniści, czego nie dostrzega się i o czym tak niewiele dziś się mówi. Niestety, poza niewątpliwymi osiągnięciami III RP, za dużo było w niej niespełnionych obietnic, nieprawości, łamania prawa, rozlicznej ekonomicznej prywaty i najzwyklejszej społecznej znieczulicy. Nie wystarczyło dla jej sukcesu zaklinanie rzeczywistości ciągle powtarzanym hasłem o odzyskanej wolności.

 

Przyczyn aktualnej

sytuacji w Polsce poszukuje autor w szerokiej panoramie historycznej, sięgającej czasów średniowiecza, w okresach późniejszych i w szczególnych losach tej części Europy, nie będącej ani jej zachodem, ani też wschodem. Przywołuje także liczne, minione głosy ostrzeżenia o „polskiej młodości i kruchości”, zagrażającym jej dalszemu istnieniu. Opisując bardzo niepochlebnie fenomen i stan PiS-owskiego sukcesu odczytuje go również, co zresztą stanowi kontynuację rozważań sprzed wielu lat, w szczególnych cechach Polaków, potwierdzonych licznymi, także zagranicznymi, krytycznymi opiniami. Kończy te rozważania słowami: „Ale jest też PiS partią gorszą, bo ustrój wodzowski jest tu posunięty dalej niż w PZPR, a opresja płynie z wewnątrz, z samych narodowych trzewi. Wobec komunistycznej indoktrynacji można było zatkać uszy jako przed czymś obcym i narzuconym, można się było przed nią schronić w kościele. Przed indoktrynacją PiS-owską nie ma schronienia. No i komuniści – cokolwiek powiedzieć – rządzili się racją stanu państwa, które zostało im dane. PiS, deklamując o państwie i narodzie, okazuje się antypaństwowy i antynarodowy równocześnie”.

 

Druga konstatacja

dotyczy więc naszych perspektyw: „A przecież przed 30 prawie laty ofiarowano nam więcej niż złoty róg w „Weselu”. Uzyskaliśmy niemal za darmo, bez kropli krwi, niepodległość i demokrację, przyjazne granice, NATO i Unię Europejską. Dziś własne, polskie ręce rozmontowały najlepszą Rzeczpospolitą w polskich dziejach. Nie mając pod ręką państwa zaborczego, podniesiono rękę na państwo własne. Gdy więc horyzont polityczny ostatecznie się zachmurzy, gdy Tramp porozumie się wreszcie z Putinem, to przynajmniej nie krzyczmy, że Europa nas zdradziła. Europę zdradziliśmy my sami. Europa, tak zresztą jak Polska, okazała się dla Polaków zbyt trudnym wyzwaniem”.

 

Toczący się z wielkim sukcesem

sondażowy walec Prawa i Sprawiedliwości wywołuje, co zrozumiałe, takie właśnie ponure prognozy i, bardzo możliwe, jeszcze gorsze perspektywy. Stanowiąc protest przeciw obecnej polskiej rzeczywistości mają zachęcić innych – przede wszystkim inteligencję, klasy średnie, ludzi młodych (bo nie robotnicy i chłopi czytają ten tytuł) – do antypisowskiego czynu, gdyż w przeciwnym razie Polska może przestać istnieć nie tylko jako państwo demokratyczne ale i suwerenne.
Natomiast Witold Gadomski w swoim czasie napisał, że uwzględniając zasadnicze podziały w opozycji, nie wierzy w żaden wspólny, zorganizowany ruch antypisowski, a szansę na zwycięstwo widzi w destrukcji i rozpadzie Zjednoczonej Prawicy. Biorąc pod uwagę deklarację Jarosława Kaczyńskiego, iż nie wybiera się na polityczną emeryturę, przyjdzie nam jeszcze długo czekać na ten rozkład PiS, jeśli w ogóle my go doczekamy.

 

Mimo tych niepocieszających przewidywań

rodzi się w Polsce bardziej optymistyczna realność, oparta na poszukiwaniu przyczyn obecnego stanu rzeczy. Robert Biedroń mówi: „Chcę, żeby ludzie poczuli, że nie jesteśmy już na zawsze skazani na tę alternatywę, którą znamy. Czyli że albo będzie tak, jak dotąd mówiła opozycja: będziecie mieli wolność, ale jesteście zdani tylko na siebie. Albo jak to, co proponuje obecna władza: damy wam wsparcie materialne, ale odbierzemy wam wolność i wszystko w państwie będzie tak, jak my chcemy. W 2018 roku Polki i Polacy zasługują na jedno i drugie – godne warunki materialne i osobistą wolność. I że nie musimy ciągle patrzeć na tę polityczną jatkę, lecz możemy się zająć wprowadzaniem nowych pomysłów i rozwiązań, które poprawią nasze życie.” I dodaje: „Polacy jednak umieją ważyć, co jest dla nich ważniejsze: czy autorytaryzm w imię ochrony tradycyjnych wartości i tożsamości, czy europejska stabilizacja i bezpieczeństwo. Wiedzą, że skoro stoję w obronie geja lub feministki, to stanę też w obronie wyrzuconych z pracy”.

 

Silny samorząd, demokratyczna Polska

to hasło wyborcze SLD-Lewica Razem, ale równie celnym jest stwierdzenie Włodzimierza Czarzastego: „Uważamy, że nie może być tak, że jedynym spoiwem budowania jakiejkolwiek koalicji jest nienawiść do PiS. Uważamy, że przyszłość Polski, sposób w jaki będzie wyglądała programowo, jest ważniejsze niż nienawiść… w Polsce toczy się dyskusja czy mają być dwa bloki – PiS i anty-PiS, czy oparty na programach model trzech bloków – PiS-owski, chadecko-liberalny pod przywództwem Platformy Obywatelskiej i socjaldemokratyczno-progresywny. Każdy ma prawo do swojej drogi. My, SLD Lewica-Razem opowiadamy się za tym drugim rozwiązaniem, opartym na systemie wartości, na wizji państwa, na przyszłości Polski” – zadeklarował Czarzasty. Ponadto skierował także ofertę pomocy Robertowi Biedroniowi, o ile ten stworzy program lewicowy i będzie chciał stanąć na czele ruchu lewicowego.

 

A może jednak nie jest

z tymi Polakami najgorzej, bowiem nie raz dowiedli, i niekoniecznie w walce, że potrafią zbudować Gdynię i Centralny Okręg Przemysłowy, ale także odbudować kraj po straszliwych pożogach, dwukrotnie scalić Polskę w nowych granicach, dokonać wielkich dzieł oświatowych i industrialnych, ale także zachować umiar, odpowiedzialność i narodowe porozumienie. Miejmy więc nadzieję, że gorsze pisowskie zło nie wyprze na dłużej lepszego, polskiego dobra.

 

Ps. Tekst prof. Romanowskiego opatrzony jest informacją, że poleca go redaktor Adam Michnik, zapewne nadal nie świadom, że do aktualnego, naszego bagna pośrednio się także przyłożył ze swoją gazetą.