Jak budżetówka walczy o przeżycie – sądy

Nie mają prawa do strajku – jedyne, co mogą robić, to wychodzić przed budynki sądów z transparentami i alarmować, że bez nich wymiar sprawiedliwości nigdy nie zostanie naprawdę uzdrowiony. Bo nie ma rozpraw bez protokolantek i sekretarzy sądowych, a prokuratura nie poprowadzi żadnego postępowania, gdy prokurator zostanie bez asystenta. Mówią to, bezskutecznie, od wielu miesięcy. Jeszcze mają nadzieję, że wyjście na ulicę coś zmieni.

Średnie wynagrodzenie stażysty w Sądzie Okręgowym w Gdańsku wynosi 2604,44 złotych brutto, średnie wynagrodzenie sekretarza sądowego 2781,71 złotych, starszego sekretarza sądowego 3508,42 złotych, księgowego 4330 złotych, starszego księgowego 4440 złotych. Pensje informatyków i inspektorów są podobne do przedstawionych powyżej. Najmniej z nich wszystkich zarabiają natomiast archiwiści, jest to 2700 złotych. W zestawieniu dyskretnie pominięto asystentów sędziów, których zarobki są dramatycznie niskie. Na rękę zarabiają najczęściej ok. 2200 złotych. Nie pokazuje ono również zarobków protokolantek – tym płaci się średnio 1530 złotych netto.
Od tych faktów powinna rozpoczynać się każda refleksja nad tym, dlaczego postępowania przed polskimi sądami wloką się w nieskończoność.
Co robi w sądzie protokolant, wie każdy, kto zetknął się z sądownictwem; bez osoby, która dokumentuje przebieg rozprawy, nie można jej przeprowadzić. Natomiast asystent ma w zakresie obowiązków m.in. pisanie uzasadnień wyroków. Jedni i drudzy, widząc, jakie zarobki się im proponuje i że nie mają praktycznie żadnej ścieżki awansu, odchodzą jedni po drugich. Mają wiedzę i umiejętności: przechwytują ich kancelarie adwokackie i komornicze czy korporacje. Rotacja pracowników nie pomaga w organizacji sprawnego funkcjonowania prokuratur i sądów. Nowych trzeba wdrażać w obowiązki i specyfikę pracy, tylko po to, by za chwilę z niej zrezygnowali. Bardziej doświadczeni nie nadążają z wykonywaniem zadań. Coraz więcej otwartych konkursów na stanowisko asystenta sędziego nie dochodzi w ogóle do skutku, bo brakuje chętnych…
Teoretycznie pracownicy prowadzą negocjacje z Ministerstwem Sprawiedliwości. W ubiegłym roku podpisali nawet porozumienie. Miało zagwarantować im podwyżkę w wysokości 200 zł brutto – oni domagali się tysiąca na rękę.
Podwyżka i tak była wcześniej obiecana, jako waloryzacja.
– Zapewniono nas również, że dostaniemy nagrody, które wcześniej stanęły pod znakiem zapytania, ale czy to wniosło cokolwiek? – pyta mnie Barbara, asystent sędziego z Sądu Rejonowego dla Warszawy Pragi-Południe. – Podwyżka była niewielka, a ministerstwo teraz zasłania się tym manewrem, mówiąc: przecież coś już daliśmy! My absolutnie nie uważaliśmy, że to jest koniec rozmów z rządem, a oni mieli na ten temat zupełnie inne zdanie.
Barbarę (nie podaje nazwiska, ciągle obawia się reperkusji) spotykamy na demonstracji pracowników budżetówki w Łodzi. Do pracowników sądowych dołączyła na niej pomoc społeczna, muzealnicy i nauczyciele.
Ten gest solidarności dodał asystentom sędziów, sekretarzom sądowym i protokolantom nadziei.
– Pracowników sądów nie jest tak dużo, około dziesięciu tysięcy. Rząd zda sobie sprawę z tego, jaki jest problem z naszymi zarobkami dopiero wtedy, gdy będziemy upominać się o podwyżki wspólnie z innymi grupami zawodowymi, kilkakrotnie liczniejszymi – realnie ocenia sytuację Barbara. Przyznaje, że solidarność ze strony innych grup zawodowych może być szansą dla ruchu protestu w sądach. Ożywieniem bojowych nastrojów, które przygasają. – Na początku grudnia była fala zaangażowania, wtedy dużo osób przyłączyło się do związków. Ale dotychczasowe efekty już prawie półrocznych walk pracowniczych, lub raczej ich brak, zniechęcają ludzi do dalszej aktywności – mówi kobieta nie bez goryczy.
Z tym samym żalem w głosie opowiada o swojej wcześniejszej drodze zawodowej.
– Zanim pracowałam w sądzie, byłam nauczycielką. Bardzo lubiłam tę pracę, ale odeszłam ze szkoły przez niskie zarobki. Pracując na cały etat, otrzymywałam na rękę około 1800 złotych. W tej chwili, jako asystentka sędziego z dziesięcioletnim stażem, wcale nie mam więcej – opowiada.
Inni zdesperowani pracownicy, zrzeszeni w „Solidarności” Pracowników Sądownictwa, Forum Związków Zawodowych i organizacjach należących do OPZZ, zdecydowali się na jeszcze inną formę protestu.
Siódmego maja na Placu na Rozdrożu w Warszawie, na skwerku przed Ministerstwem Sprawiedliwości, stanęło kilka namiotów.
Jedną z „lokatorek” miasteczka jest przewodnicząca sądowej „Solidarności” Edyta Odyjas.
– Przeżyłam jako działaczka związkowa cztery takie miasteczka namiotowe i ponad dwudziestu ministrów. Mogę powiedzieć tyle: dotąd brakuje jakichkolwiek rozwiązań systemowych. Mundurowi oraz niektóre zawody medyczne otrzymały podwyżki, ich rozmowy z rządem doprowadziły do porozumienia. Nasze postulaty nie są natomiast wysłuchiwane. Jako „Solidarność” walczymy cały czas o 1150 złotych podwyżki brutto – przypomina.
Doświadczona działaczka stara się być optymistką. Nie wyklucza, że konsultacje i rozmowy w końcu coś dadzą. – Możliwe, że uda nam się wywalczyć mnożnikowy system wynagradzania, może jeszcze przed jesiennymi wyborami – oznajmia. Chce wierzyć, że pogarszająca się jakość działania wymiaru sprawiedliwości w końcu da komuś do myślenia. W końcu nie może być tak, że ministerialni urzędnicy nie wiedzą, jaka jest atmosfera pracy w sądach i prokuraturach.
Ale w powszechną mobilizację budżetówki Odyjas wątpi.
– Mundurowi się już nie ruszą, wywalczyli, co chcieli. A znaczna część innych działów budżetówki jest zmęczona przedłużającymi się walkami pracowniczymi. Najgorsze jest to, że właśnie teraz potrzebna by była taka siła i moc, która pozwoliłaby na szerokie akcje protestacyjne przed jesiennymi wyborami. Porozumienie byłoby czymś świetnym. Natomiast boję się, że ludzie teraz nie mają już takiej siły i werwy do sporów z rządem.

Fajterzy

Kuratorzy sądowi – jedna z niewielu grup zawodowych, która nie domaga się podwyżek, ale po prostu umożliwienia im efektywnego wykonywania pracy zgodnie z tym, co teoretycznie gwarantują im przepisy.

Postanowili pójść drogą nauczycieli i pracowników sądowych sekretariatów. Kuratorzy zawodowi chcą „wstać z kolan”, ale uświadomili sobie, że najpierw muszą się zorganizować od podstaw. Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych jeszcze nie zdążył sfinalizować rejestracji w KRS, a już przygotował m.in. pismo do Zbigniewa Ziobry, w którym domaga się, by Ministerstwo Sprawiedliwości konsultowało z nim wszelkie akty prawne dotyczące bezpośrednio pracy kuratorów. Są zdeterminowani, by głośno upominać się o swoje. Kiedy ze sceny zejdą nauczyciele, kuratorzy mogą sporo namieszać.
„Ogólnopolski Związek Zawodowy Kuratorów Sądowych chce być odpowiedzialnym partnerem Ministra Sprawiedliwości w zakresie kształtowania spraw dotyczących kuratorów sądowych i dążyć do konstruktywnych rozwiązań w atmosferze dialogu i porozumienia. (…)” – czytamy w piśmie do Zbigniewa Ziobry. Pokój, miłość i zrozumienie. Ale dalej przestaje już być tak słodko. Związek informuje, że powstał na mocy uchwały i domaga się jasnej informacji, na jakim etapie prowadzone są w ministerstwie prace nad nowelizacją ustawy, żąda też konsultacji wszelkich aktów prawnych ze środowiskiem. To efekt wieloletnich praktyk, polegających na tym, że rzesza „pomysłowych Dobromirów” z Ministerstwa Sprawiedliwości kształtowała coraz to nowymi przepisami pracę kuratorów zza biurka, praktycznie bez znajomości codziennych realiów tej pracy. Zwłaszcza w aspekcie działań w terenie i skutecznej pracy resocjalizacyjnej z podopiecznymi.
Pod pismem do Zbigniewa Ziobry podpisała się przewodnicząca OZZ KS Magdalena Huzar. To kuratorka rodzinna z Kłodzka na Dolnym Śląsku. Na razie jest przewodniczącą in spe, bo do tej pory zarejestrowano Komitet Założycielski, kolejnym krokiem będzie powołanie Zarządu Krajowego i Prezydium.
Grupa założycielska liczyła 44 osoby z 17 okręgów sądowych z całej Polski. Kuratorzy są dumni, że wreszcie powołali do życia swój związek i jednocześnie mają trochę poczucia winy, że zdecydowali się na to tak późno. Ale ci, którzy podjęli się bycia funkcyjnymi, są pełni energii. Chcą mieć wpływ na to, co „góra” ustala na temat ich pracy, ale wiedzą, że bez związkowego szyldu w rozmowach z Ziobrą będą bezsilni. Powoli tworzą struktury, jeszcze bez pełnej tożsamości prawnej.
***
Kurator znajduje się gdzieś w połowie sądowej drabiny prestiżu. Musi skończyć aplikację jak „prawdziwy prawnik”, ale de facto jest hybrydą pracownika socjalnego, pracownika biurowego i adwokata. Kurator karny (dla dorosłych) zajmuje się podopiecznymi po wyrokach z Kk – ma pod opieką swoich osobistych dozorowanych, „obsługuje” przerwy w karze pozbawienia wolności, dozory elektroniczne czyli „bransoletki”, wykonuje wywiady środowiskowe, nadzoruje kuratorów społecznych sprawujących dozory w jego imieniu (kurator społeczny może mieć do 10 spraw. Pełniłam tę funkcję ponad 6 lat). Kuratorzy rodzinni mają podobne obowiązki, z tą różnicą, że mają pod nadzorem całe rodziny, uczestniczą też w tzw. widzeniach rodzica z dzieckiem. W listopadzie 2018 Polską wstrząsnęło wydarzenie z warszawskiego Bemowa, gdy podczas widzenia 35-letni mężczyzna udał się z 4-letnim synkiem do toalety, gdzie w akcie desperacji otruł siebie i dziecko.
Media były bezlitosne dla kuratorki. Czy słusznie? Nie ma bardziej niewdzięcznego „medialnie” zawodu. Kurator ma być jak Batman – na niebie powinien wyświetlać mu się sygnał alarmowy, kiedy Kowalski upije się bardziej niż zwykle i zamachnie się na żonę tasakiem. Wymaga się, aby kurator miał pod kontrolą każdą sekundę życia swoich podopiecznych – ich wydatki, ich nałogi, ich życie seksualne, ich potrzeby fizjologiczne. Ale tak, aby nie został oskarżony z drugiej mańki – że odebrał dzieci za biedę. A on ma tylko legitymację, kartkę papieru i autorytet, który musi sobie w relacji z podopiecznym wypracować. Zasłużyć na zaufanie, a nie tylko na łatkę upierdliwego sądowego dozorcy, jest trudno. Ale to władza i niedostosowane do rzeczywistości przepisy utrudniają kuratorom realizowanie ich misji. Podwyżki – jasne, przydałyby się. Ale głównym demonem pracy kuratora jest nadmiar obowiązków. To praca, która nie kończy się nigdy.
– Naszą zmorą jest podział etatów i nierówny podział obciążenia w okręgach – mówi przyszła przewodnicząca Magdalena Huzar. – Rozporządzenie mówi, że kurator, na przykład rodzinny, może mieć od 15 do 25 nadzorów. Nie znam takiego kuratora w Polsce, który ma 15 nadzorów. To jak jednorożec, kwiat paproci. Jesteśmy zawaleni wywiadami środowiskowymi (bezpłatnymi). Nie mamy czasu pracować z naszymi osobistymi podopiecznymi i ich rodzinami – czasami starcza go, żeby wpaść raz na miesiąc i policzyć dzieci. Nie ma limitu wywiadów do wykonania. U mnie w zespole jedna kuratorka wykonała w zeszłym miesiącu 50 wywiadów. To jest 50 wyjazdów w teren, gdzie trzeba zebrać szczegółowe informacje i je opisać. A przeciętny kurator zawodowy ma w referacie od 50 do 100 „stałych” spraw. Jego obowiązkiem jest czuwać nad tymi ludźmi. Proszę mi powiedzieć, jak to fizycznie zrobić? Rozciągnąć dobę? A kiedy iść z podopiecznymi na przykład do urzędu miasta żeby coś załatwić? Jak nawiązać z nimi jakąś więź? Jak zauważyć, że dzieje się coś niepokojącego?
***
Papierologia rośnie. O wszelkie wiążące decyzje dotyczące podopiecznych kurator musi występować do sądu. W przypadku na przykład kary ograniczenia wolności (to tzw. prace społeczne) lub dozoru elektronicznego (bransoletka), gdy podopieczny zachoruje i nie jest w stanie jakichś obowiązków wykonywać, na decyzję sędziego trzeba czekać tygodniami. Gdyby leżało to w gestii kuratora, wszystko mogłoby dziać się sprawniej. Dlatego związkowcy chcą rozszerzenia swoich uprawnień.
– Sędziowie nie rozumieją czasochłonności tej pracy – mówi Magdalena Huzar. – Czasem zdarzają się sytuacje, które są potencjalną tykającą bombą. Jedna pani dostała udział w kontaktach kuratorskich ojca z dzieckiem. On jest cudzoziemcem. Ona nie zna języka. Jak ma wykonać poprawnie swoje obowiązki? Jak ma czuwać nad bezpieczeństwem dziecka? Za udział w kontaktach płaci się nam 191 złotych brutto za wizytę, a liczba kontaktów, tak jak wywiadów, jest nielimitowana. W dodatku to wszystko jest poza naszym formalnym obciążeniem, ale ma opcji, żeby odmówić. Pracujemy w sobotę i niedzielę, jedna wizyta trwa od 2 do nawet 9 godzin. Nie mamy kiedy odpocząć, nie mamy za to oddanego żadnego wolnego dnia. Pracujemy w święta. Pracujemy praktycznie cały czas. Chcemy unormowania standardów naszego obciążenia, bo już robimy bokami.
***
Wśród kuratorów rodzi się bunt. Przyjeżdżają kontrolerzy, którzy muszą przekopać akta dozorów – tych osobistych, na które nie zostaje już czasu.
– Skoro kładą nacisk na to, jak pracujemy z dozorowanymi i chcą nas z tego rozliczać, to niech nam to do cholery umożliwią – wzdycha przewodnicząca OZZ KS. – Niech zdejmą z nas te dodatkowe czynności i dadzą w spokoju pomagać rodzinom. Wiadomo, jedni podopieczni wymagają intensywniejszej opieki, inni radzą sobie sami. Ale to powinno być nasze główne zadanie: praca ze środowiskiem osób skazanych i nadzorowanych, nieletnich. W tej chwili sprowadza się nas do kontrolerów, sprawdzających, czy oni żyją. Ale kiedy coś się stanie, winni jesteśmy my. „Gdzie był kurator?” – pytają wtedy media. Ale nie da się w ciągu 15- czy 20-minutowej rozmowy zdiagnozować i uzdrowić rodziny.
***
Bezpieczeństwo kuratorów – to kolejny problem. Część bogatszych sądów ma na wyposażeniu GPS-y, tak zwanego „bezpiecznego kuratora”. Znowu podział na lepszych i gorszych. Niektórym poszczęściło się nawet na tyle, że dostali gaz pieprzowy. No i zestaw „małego chemika” – testy na obecność narkotyków, a także alkomaty – po jednym na zespół. Ale to już wyższa szkoła absurdu.
– Na te testy poszło mnóstwo kasy. Ustawa daje mi prawo zbadać nieletniego. Ale co z tego, że ja go zbadam, jak rodzic zażąda powtórnego badania. I co ja mam wtedy zrobić? Wieźć go swoim autem? Gdzie? Na SOR? I czekać tam osiem godzin? Nie mamy podpisanych umów z laboratoriami. To martwy przepis. Dano nam narzędzie, z którego i tak nie możemy korzystać.
Wszędzie muszą dojeżdżać własnym autem. A jeśli go nie mają? Do niektórych miejsc dojeżdża jeden autobus dziennie. Nie ma możliwości odmowy, kiedy nie ma opcji dojazdu do podopiecznego. Owszem, otrzymują tzw. zwrot kosztów pracy – za benzynę – był naliczany, kiedy paliwo kosztowało dwa złote za litr. A nie pięć. Nie mają ubezpieczeń z tytułu ryzyka zawodowego – kontaktu z chorymi, z uzależnionymi od narkotyków.
***
System wynagrodzeń.
– Chciałabym mieć taką firmę jak sąd – wzdycha moja rozmówczyni. – W tej chwili u mnie w zespole nie ma trzech osób. Ktoś ich zadania musi przejąć. Grosza za to nie widzimy. Na swój awans czekałam pięć lat, ale rekordziści np. ci podlegający pod Katowice, czekają nawet 10 i więcej. Co z tego, że już dawno spełniają wszystkie wymogi z ustawy? Nie ma pieniędzy. Ale są też okręgi, gdzie do awansów nie ma kolejek. To zależy od sądów apelacyjnych. W tej chwili na emeryturę przechodzi u nas jedna kuratorka ze stopniem specjalisty. Te pieniądze przecież zostaną w puli, za to można awansować kolejną osobę z kolejki. Ale tak się nie dzieje i nikt nam nie tłumaczy, dlaczego. Nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić. My nie chcemy podwyżek wprost, chcemy przejrzystego systemu nagród, chcemy przestrzegania ustawy.
W sądach nie funkcjonuje osobny budżet na funkcjonowanie kuratorskiej służby sądowej.
***
Nie wolno im strajkować. Nie mają jeszcze pomysłu na akcję ogólnopolską, ale rozważają odmowę wyjazdów w teren. Domagają się, żeby kierownicy zespołów i kuratorzy okręgowi byli kadencyjni.
Chcą, żeby urzędnicy z ministerstwa konsultowali z nimi wszystkie nowe przepisy – żeby nie dopuścić do sytuacji, że ich pracą zarządza ktoś, kto przez dwadzieścia lat nie wstawał zza biurka i nie wie, jak wygląda praca w terenie.
Mieli wielką nadzieję, że po raporcie NIK na temat kuratorów wstawi się za nimi Adam Bodnar. Ale on potraktował sprawę wybiórczo – zainteresował się wyłącznie brakiem kompetencji kierowników zespołów i kuratorów okręgowych do kontroli. Resztę zagadnień, które poruszyła NIK (m.in. przeciążenie pracą) pominął. Do niego też OZZ KS przygotowuje pismo.
Na razie na to pierwsze Zbigniew Ziobro nic im nie odpisał. Minister nie jest przecież od tego, żeby gadać z suwerenem.

Strajk fundamentów

… albo kto naprawdę walczy z dobrą zmianą.

 

W sądownictwie między 9 a 11 grudnia rozpoczął się strajk „chorobowy”, jedyna realnie dostępna dla pracowników sądów forma protestu – a zarazem kolejny epizod walk pracowniczych, w jakie druga połowa tego roku obfituje. Rząd PiS od początku uznawał sądownictwo, podobnie jak edukację, za dziedzinę strategiczną aparatu państwa, która miała zostać „totalnie zreformowana”. Okazuje się jednak, że dziś są to najbardziej problematyczne dziedziny budżetówki. Za sprawą ludzi, którzy tu pracują.
Nauczyciele od prawie trzech lat protestują przeciw narzucanym im „dobrym zmianom”. Nie są już odosobnieni. W miarę tego, jak z rządu bankstera Morawieckiego opada „socjalna” maska, walkę podjęli w różnej formie m.in. policjanci, straż graniczna, lekarze i personel medyczny, pracownicy i pracownice PLL LOT oraz Portów Lotniczych i inne grupy zawodowe budżetówki. W wypadku sądownictwa strajk zorganizowali jednak nie sędziowie, którzy byli do tej pory „wrogiem publicznym numer jeden” polityki konfliktu kreowanej przez rząd.
Walkę prowadzą „ludzie-cienie” sądownictwa, jego niewidzialny fundament; protokolantki, asystentki i sekretarze sądowi. To oni nadają prawu jego duszę, argumentując między innymi wyroki sędziów czy organizując i wspierając przebieg procesów. Zarabiają przy tym katastrofalnie mało. Asystentki i sekretarze zarabiają najczęściej ok. 2200 złotych netto. To i tak dużo w porównaniu z zarobkiem protokolantek, którym płaci się 1530 zł na rękę.

 

Od czego się zaczęło?

– Od dojścia do władzy PiS-u sądy były miejscem dyskusji kuluarowych, nie wiadomo było, co może się wydarzyć w przyszłych miesiącach. Dyskusje te słabły i nasilały się naprzemiennie przez te 3 lata. Wraz z wystąpieniami zawodów budżetówki, a szczególnie mundurowych, zaczął kiełkować pomysł strajku – opowiedziała mi aktywna uczestniczka protestów, pracownica jednego z warszawskich sądów. Zastrzega przy tym anonimowość. Boi się represji – a te mają charakter indywidualny i wyszukany. Niepokornych znienacka przenosi się z wydziału do wydziału w ramach jednej placówki sądowej albo też okazuje się, że nieaktualne już są nieformalne ustalenia dotyczące między innymi godzin pracy. – W końcu wybraliśmy tę jedyną formę walki nam przysługującą, która byłaby w stanie zająć opinię publiczną i władzę. Strajk chorobowy dał mundurowym podwyżki około 1100 złotych brutto w przeciągu dwóch lat. My też walczymy o podwyżki podobnej wysokości.
17 grudnia założono Komitet Protestacyjny Pracowników Polskich Sądów, do którego należą KNSZZ „Ad Rem” z siedzibą we Wrocławiu, ZZ Pracowników Wymiaru Sprawiedliwości z siedzibą w Warszawie, NZZ Pracowników Sądów Okręgu Piotrkowskiego z siedzibą w Piotrkowie. Wszystkie one należą do Forum Związków Zawodowych, które udzieliło poparcia całej inicjatywie oficjalnie trzy dni później Przed samymi świętami, pracowniczki (zawody, o których mowa, są niezwykle sfeminizowane, ponad 70-80 proc. osób je wykonujących to kobiety) protestowały w trakcie przerw w pracy (która ma miejsce około południa) lub szły na demonstracyjne L4.
– Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą – tłumaczy mi Justyna Przybylska, przewodnicząca KNSZZ „Ad Rem”. – Sądy zaczęły z powodu niskich zarobków świecić pustymi etatami, a to dokładało już zatrudnionym kolejnych obciążeń. Od niewykonanej pracy uginały się już nie tylko półki, ale i podłogi oraz parapety. Wtedy dyrektorzy obniżali nagrody (śmieszne kwoty nawet rzędu 200-250 zł, wypłacane dwa razy do roku), już za nieobecność w pracy od 5 dni. Pracownicy tyrali w nadgodzinach i przychodzili do pracy chorzy.
Strajk jest sieciowy, nie ma jednego centrum. Protesty miały miejsce m.in. w sądach w Białymstoku, Bielsku Podlaskim, Gorzowie Wielkopolskim, Lęborku, Katowicach, Krakowie, Lublinie, Międzyrzeczu, Olsztynie, Płocku, Poznaniu, Radomiu, Rzeszowie, Sulęcinie, Toruniu, Warszawie, Wrocławiu i Zielonej Górze. Jest też całkowicie oddolny. Protestujący nikogo nie prosili o pomoc czy wstawiennictwo, po prostu wzięli sprawy w swoje ręce.

Przybylska przekonuje, że pracownikami kierowała również obywatelska świadomość. Nikt lepiej niż oni nie rozumie, że przez złe zarządzanie sądami obywatele nie mogą doczekać się rozstrzygnięcia procesów, które wloką się miesiącami. To budzi oburzenie – ale nie będzie inaczej, dopóki zarobki w sądach nie osiągną godnego pułapu.

 

Solidarność pracownicza, represje i opór

Czy postulaty zostaną spełnione? Najważniejszym czynnikiem nie będzie rząd, tylko to, czy pracownicy i pracowniczki budżetówki połączą siły. Czy tak bardzo różnorodne grupy zawodowe z sektora edukacji, sądownictwa, administracji czy też spółek i przedsiębiorstw państwowych, które są podzielone na dziesiątki związków zawodowych, będą zdolne do współpracy?
Widzieliśmy jej przykłady już wcześniej. Współdziałały związki zrzeszające stewardessy i pilotów LOT, Straż Graniczna demonstrowała wraz ze Służbą Więzienną i policją. W sądownictwie jest to też możliwe. Na stronie stowarzyszenia Iustitia, które stało się solą w oku rządu PiS, opublikowano deklarację: „Przedstawiciele stowarzyszeń sędziowskich (…) popierają postulaty płacowe wszystkich pracowników sądów powszechnych i administracyjnych, w tym asystentów sędziego – adekwatnie do ich wysokich kwalifikacji zawodowych”.
Do KNSZZ „Ad Rem” napływają, za pośrednictwem Facebooka, listy poparcia od innych związków zawodowych czy organizacji pozarządowych. Komitet Protestacyjny PPS od 18 grudnia prowadzi oficjalne rozmowy z Ministerstwem Sprawiedliwości. Na dzień dzisiejszy udało się uchronić strajkujących „chorobowo” przed represjami, w tym wypadku zabraniem nagród, i wywalczono 1000 złotych nagrody dla wszystkich pracowników. Utrzymano proponowane przez MS podwyżki w wysokości 200 złotych od 2018 roku. Wielu pracowników nie satysfakcjonuje jednak powyższe porozumienie. Protestują dalej.
Prócz wyrazów wsparcia pod zdjęciami relacjonującymi listowne negocjacje Komitetu Protestacyjnego PPS z Ministerstwem Sprawiedliwości możemy między innymi przeczytać :„Podwyżki?! Drobniaki…. I jakim kosztem?! Że Sędziowie będą tak od razu mieć zamrożone pieniądze na dojazdy!!! Oni, którzy nas najbardziej wspierają i którymi pomiata całe społeczeństwo!!!’ Super rozwiązanie!!!!” „Co robicie??? Wspieracie?? To chyba jakiś żart….Wybraliście świetny sposób na wspieranie – trzy podpisy….aż żal że wam długopisy z rąk nie powypadały”.
Niestety jest to również poletko do rozgrywki dla przedstawicieli rządu, nie wahających się szczuć na siebie związkowców i pracowników.
Dzień przed rozpoczęciem świątecznego okresu wypoczynkowego do niektórych organizacji pracowników sądownictwa dotarł list z Ministerstwa Sprawiedliwości. List ten, opublikowany między innymi na profilu facebookowym „Sędziowie łódzcy” został napisany w taki sposób, by móc z niego wywnioskować wszystko, w tym to, że ustalenia z 18 grudnia są nieważne. Nie dziwi więc potok gniewu wylany przez protestujących na ich przedstawicieli, w tym wypadku Komitet Protestacyjny PPS. Na szczęście po kilku dniach przedstawicielom związków zawodowych udało się uspokoić sytuację i wytłumaczyć, że jest to tylko tani blef rządu. List został usunięty z Facebooka, z pewnością po to, aby nie pogłębiać podziałów w środowisku.

 

Wspólna walka budżetówki

Bezpieczeństwo polityczne rządu wymaga, by demonstracje nie wymykały się spod kontroli. To dało policji argument nie do odparcia w walce o podwyżkę płac, które były śmiesznie niskie. „Psia grypa” zdała swój egzamin w październiku i listopadzie.
Teraz w ślady zwycięskich mundurowych i wciąż walczących pracowniczek sądów chce iść prezes ZNP Sławomir Broniarz, zaczynając grozić rządzącym strajkami w trakcie matur, które są ogólnospołecznym wydarzeniem i momentem przesilenia podczas każdego roku szkolnego. Sądy i prokuratury, niewydolne i przeładowane przez cały rok, nie muszą wybierać dokładnej daty, panują w nich notoryczne braki kadrowe i chaos. Jak opowiedziały mi uczestniczki strajku z Warszawy, na 10 sędziów przypada dwójka lub trójka asystentów. Nawet jeśli różne grupy zawodowe budżetówki nie współpracują ze sobą jeszcze instytucjonalnie, ich równoległe wystąpienia potęgują siłę przebicia wszystkich.

Pracownicy sądów, od wielu lat pomijani przy podwyżkach, a jednocześnie zasypywani ciągle nowymi obowiązkami, nowymi systemami informatycznymi, w końcu całkowicie przestali wyrabiać się z pracą.

Wszystko potrafimy spieprzyć

Komisje wojewódzkie miały być lekarstwem na przewlekłość procesów o błędy medyczne. Za sprawą jej członków stały się karykaturą, żerującą na nieszczęsnych pacjentach, funkcjonującą jeszcze wolniej niż sądy i skoncentrowaną na wyrywaniu pieniędzy dla siebie.

 

Wiadomo, jak trudno uzyskać w Polsce odszkodowanie nawet za ewidentny błąd medyczny. Procesy wloką się latami, a lekarze, zasiadający w komisjach biegłych i wydający ekspertyzy, starają się nie zaszkodzić koledze po fachu – bo wiedzą, że też mogą znaleźć się w sytuacji, gdy będą potrzebowali życzliwej oceny.
Dlatego, widząc te patologie, rząd PO, w 2011 r. wprowadził pozasądowy system orzekania o zdarzeniach medycznych. Jego celem było usprawnienie dochodzenia roszczeń przez pacjentów z tytułu szkód w wyniku leczenia szpitalnego. Miał być alternatywą dla często długiej i skomplikowanej drogi sądowej.

 

Wszyscy chcieli dobrze

Niestety, jak wskazuje Najwyższa Izba Kontroli, utworzony wówczas system, w którym o ewentualnym zaistnieniu błędu w sztuce medycznej orzekały wojewódzkie komisje, nie zapewnia pacjentowi skutecznego dochodzenia rekompensat za szkody powstałe podczas leczenia.
Prace komisji często przedłużają się – nawet do dwóch lat – a jej końcowe efekty, jedynie w postaci wydania orzeczenia o zaistnieniu zdarzenia medycznego (bez przesądzania o winie konkretnych osób), nie satysfakcjonują poszkodowanych. W rezultacie, nowy system nie stworzył możliwości szybkiego uzyskania odszkodowań i nie stał się alternatywą dla sądownictwa powszechnego. Liczba rozpatrywanych tam spraw, w wyniku powstania wojewódzkich komisji, miała się zmniejszyć – a tymczasem znacząco wzrosła.
Generalnie, podważa to cały sens mediacji, która nie sprawdza się nie tylko w sprawach o błędy medyczne, lecz i w innych sytuacjach, takich jak na przykład sprawy o przemoc domową.
Przed wejściem w życie przepisów z 2011 r., w przypadku wystąpienia błędu medycznego, jedyną możliwą drogą dochodzenia roszczeń był proces sądowy. Natomiast od ponad siedmiu lat pacjenci mogą składać wnioski o zadośćuczynienie szkód wynikających z niewłaściwego leczenia, do wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych.
W Polsce działa 16 komisji, w skład każdej z nich wchodzą członkowie powoływani przez wojewodę (14 osób), Ministra Zdrowia (1 osoba) i Rzecznika Praw Pacjenta (1 osoba).

 

Wyszło tak jak zwykle

Od dawna już do Rzecznika Praw Pacjenta docierały sygnały o problemach w funkcjonowaniu komisji. Poza tym, wysokość odszkodowań za zdarzenia medyczne często nie satysfakcjonowała pacjentów.
W rezultacie, nastąpił drastyczny spadek liczby wniosków kierowanych przez pacjentów do komisji. Jednocześnie, w ostatnich latach wzrosła, zamiast spadać. liczba spraw dotyczących błędów medycznych.
W 2016 r. prokuratury w całym kraju prowadziły 4963 postępowania, tj. o blisko 46 proc. więcej niż w 2015 r. (3394 postępowania). Tymczasem, nie tak miało być.
Najwyższa Izba Kontroli zauważa, że obecnie funkcjonujący system orzekania o zdarzeniach medycznych, nie chroni pacjenta i nie zapewnia mu osiągnięcia zadośćuczynienia.
Po pierwsze, wojewódzkie komisje są bardzo powolne i nie umożliwiały poszkodowanym szybkiego uzyskiwania odszkodowań. Ponad połowa spraw rozpatrywanych w I instancji rozstrzygana była z opóźnieniem, czyli po ustawowym czteromiesięcznym terminie. Średnio komisje potrzebowały na to od ponad trzech do blisko pięciu miesięcy. Jednak w skrajnych przypadkach orzeczenia były wydawane nawet po 22 miesiącach.
Komisje bynajmniej nie pracowały szybciej, rozpatrując wnioski odwoławcze w II instancji. Ponad połowę skontrolowanych spraw zakończono po ustawowym terminie 30 dni (najdłuższy czas wynosił aż 855 dni).

 

Żeby trwało to jak najdłużej

NIK zauważa, że komisje już na starcie z opóźnieniem zabierały się do pracy nad wnioskami. Zbyt długo wykonywano wstępne czynności z nimi związane, jeszcze przed skierowaniem ich na pierwsze posiedzenie składu orzekającego.
Gdy do komisji wpływa wniosek, to jej przewodniczący weryfikuje go pod względem formalnym (np. czy zawiera on uzasadnienie i uiszczona została opłata). Stwierdzono przypadki, że weryfikowano wnioski nawet po 168 dniach od ich złożenia!. Zweryfikowane wnioski wysyłane były do szpitali z prośbą o stanowisko w sprawie na ogół po 2 – 7 dniach, ale robiono to także po 20, 50 a nawet 98 dniach.
Czas oczekiwania na stanowisko szpitala wynosi do 30 dni. Zwykle nie przekraczał on tego terminu, ale stwierdzono przypadki otrzymania stanowiska nawet po 53 dniach.
NIK zwraca uwagę na długi okres od otrzymania stanowiska szpitala do skierowania sprawy na pierwsze posiedzenie składu orzekającego. Okres ten wynosił od 38 do 108 dni. Zdarzało się jednak, że trwało to nawet 125 i 379 dni.
Jak widać więc, członkowie komisji robili wiele, aby tylko odwlec sprawę. Oczywiście komisje nie sporządzały także w terminie siedmiu dni uzasadnień do wydanych orzeczeń oraz nie doręczały ich w terminie zainteresowanym stronom – pacjentom i szpitalom.
Jednym z powodów przedłużającej się pracy komisji był długi czas oczekiwania na opinie biegłych. Nie sprawdziło się założenie ustawodawcy, że wiedza członków komisji, którzy posiadają wykształcenie i doświadczenie medyczne, pozwoli w dużej mierze na samodzielne rozwiązywanie przez nich zagadnień natury medycznej – i znacząco ograniczy konieczność zasięgania w trakcie prowadzonych postępowań opinii biegłych.
Z przepisów wynika, że komisje powinny korzystać z biegłych tylko w wyjątkowych okolicznościach. Tymczasem robiły to nagminnie, nawet w przypadku 85 proc. wydanych orzeczeń.
Na przykład w latach 2012 – 2018 (I kwartał) komisja „świętokrzyska” przy wydaniu 82 orzeczeń skorzystała aż z 69 opinii biegłych ( w ponad 85 proc. orzeczeń), a komisja „zachodniopomorska” – przy wydaniu 157 orzeczeń zasięgnęła 101 opinii u biegłych (w ponad 64 proc.).
Członkowie komisji albo nie posiadali więc odpowiedniej wiedzy, albo, co bardziej prawdopodobne, nie chcieli się nią dzielić, uważając, że w celu przedłużenia postępowania warto zwracać się o opinie biegłych.
W toku kontroli stwierdzono przypadki, że w tej samej sprawie były sporządzane dwie – trzy opinie przez różnych biegłych, po czym przy ponownym rozpatrzeniu sprawy w drugiej instancji, również sporządzano opinie – nawet dwie. Znakomicie wydłużało to postępowanie. Jedynie komisja „wielkopolska”, tradycyjnie solidna, poza jednym przypadkiem, nie korzystała z opinii biegłych.
Czas oczekiwania na opinię wynosił średnio 59 dni, ale maksymalnie nawet 639 dni. Ponadto NIK zauważa, że zdarzały się przypadki, iż biegli rezygnowali ze sporządzenia opinii – ale informowali o tym komisje dopiero po pewnym czasie – od 13 do nawet 588 dni.
A przez te 588 dni poszkodowany był święcie przekonany, że biegły trudzi się nad opinią w jego sprawie!.

 

Zachapać jak najwięcej kasy

Poza tym, komisje miały bardzo konkretny powód, aby nie śpieszyć się z rozpatrywaniem spraw. NIK zwraca uwagę, iż sprzyjał temu sposób wynagradzania członków komisji, którzy za udział w każdym posiedzeniu składu orzekającego otrzymywali stałe stawki wynagrodzenia.
Albo była to maksymalna stawka (430 zł), albo ulegała ona stopniowemu zmniejszeniu w poszczególnych latach i była uzależniona od liczby kolejnych posiedzeń komisji w danej sprawie. W każdym razie, z punktu widzenia członka komisji, opłacało się debatować jak najdłużej – i zbierać na posiedzeniach jak najczęściej.
W rezultacie niektóre komisje zbierały się nawet i dziewięć razy w celu rozpatrzenia jakiegoś wniosku. A kasa leciała… Łączne wydatki na wynagrodzenia członków wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych stanowiły w pierwszej, sześcioletniej kadencji, około 70 proc. całej kwoty wydanej na ich funkcjonowanie (koszt jednej komisji to ponad 1,5 mln zł).
Na to wszystko nie reagowali wojewodowie, których mało obchodził nadzór nad funkcjonowaniem komisji. Posiadając uprawnienia do odwołania członków komisji, powinni oni monitorować prawidłowość wykonywania jej obowiązków – czego nie robili.
NIK zauważa także, że dochodziło do licznych przypadków naruszania obowiązujących regulacji przy powoływania składów komisji. Jest to atrakcyjna finansowo fucha, więc średnio co piąty z członków komisji został powołany bez sprawdzenia czy spełnia ustawowe wymogi, lub nawet sprzecznie z obowiązującym prawem.
W rezultacie, w komisjach często orzekały osoby nieuprawnione, co przyczyniło się do tego, iż funkcjonowanie komisji tylko w znikomym stopniu umożliwiło pacjentom uzyskanie odszkodowań i zadośćuczynień.

 

Jest znacznie gorzej niż było

W dodatku komisja nie ma możliwości egzekwowania od szpitala wypłaty odszkodowania i nie uczestniczy w pertraktacjach pomiędzy szpitalem i pacjentem. Jej praca kończy się wydaniem orzeczenia stwierdzającego, czy doszło do zdarzenia medycznego. Potem nieszczęsny pacjent sam musi dochodzić swoich praw – i po rozstrzygnięciu sprawy przez komisję oczywiście idzie do sądu.
Funkcjonowanie wojewódzkich komisji ds. orzekania o zdarzeniach medycznych, które miało więc zmniejszyć wpływ do sądów spraw o odszkodowanie za szkody medyczne, spowodowało, że wpływa ich znacznie więcej.
Szacowano, że liczba spraw trafiających na wokandę zmniejszy się z 330 średnio rocznie, do 99. Wzrosła, za sprawą działań komisji, do 905 średnio rocznie. I tak właśnie wygląda polska przemyślność i skuteczność działania na rzecz innych. Ofiarom błędów medycznych trzeba zaś życzyć dużo zdrowia i wytrwałości.

Co kto widzi

Portal Onet opublikował zdjęcie kilkunastu sędziów w koszulkach z napisem „konstytucja”, zrobione przed gmachem sądu.

 

Zdjęcie uprzejmie skomentował były rzecznik Ministerstwa Sprawiedliwości i bliski współpracownik Patryka Jakiego, członek Komisji Weryfikacyjnej Sebastian Kaleta. Upomniał sędziów, że mają obowiązek być apolityczni, oraz że nie przystoi im afiszowanie się z symbolem „na wskroś politycznym”.

W pierwszym odruchu się z politowaniem uśmiechnąłem. Jednak po chwili przyszła refleksja, że to jednak tragiczne – najważniejsze źródło prawa polskiego stało się przedmiotem przepychanki i wydaje się wydawać niektórym symbolem politycznym obrzydliwym niczym zdechły szczur.

Zgodnie z art. 87 Konstytucji jest ona źródłem powszechnie obowiązującego w Polsce prawa. Zatem sądy mają obowiązek ją stosować. Jest to oczywistość taka jak cykl dobowy, rytm serca czy zmienność pór roku. Tak, sądy działają w oparciu o prawo i prawo to stosują. Konstytucja w ręku sędziego jest czymś równie oczywistym jak toga, w którą jest ubrany, czy godło Polski wiszące nad sędziowskim stołem.

I nagle doczekaliśmy czasów, kiedy owa konstytucja kojarzy się wyłącznie z polityką. To świadectwo choroby państwa.

Konstytucja określa ustrój państwa. Czy przypisując jej wyłącznie polityczne skojarzenia powodujemy, że ci, którzy nie są opozycją uznają że nie trzeba konstytucji stosować, bo jest ona politycznym manifestem? Taka interpretacja kompromituje każdego polityka, nawet takiego jak Sebastian Kaleta. Konstytucja to źródło prawa. Tylko tyle i aż tyle. Konstytucja nie jest politycznym manifestem.

Skoro jesteśmy przy sądach i wymiarze sprawiedliwości. Art. 139 Konstytucji nadaje Prezydentowi RP uprawnienie do stosowania prawa łaski. Czyli możliwość ułaskawiania. W oparciu o Konstytucję decyduje o ludzkim życiu. Nie chciałbym, aby jego decyzje były podszyte polityką. Jeżeli tak się dzieje, to znaczy, że ktoś nie rozumie fundamentów wymiaru sprawiedliwości. Sędzia wchodzący na salę nie może kierować się politycznymi manifestami, musi stosować prawo. A konstytucja jest źródłem tego prawa.

Kiedy na salę sądową wchodzi oskarżony, chce aby jego sprawa była rozpoznana przez bezstronnego sędziego, stosującego jednak prawo (tak, w tym Konstytucję), aby mógł odwołać się do równie bezstronnego sądu apelacyjnego i aby w razie skazania mógł złożyć do Prezydenta wniosek o ułaskawienie. I to wszystko na podstawie Konstytucji. I chciałby mieć pewność, że kiedy Prezydent ów wniosek zobaczy i spojrzy na podstawę (art. 139 Konstytucji) to nie dostanie alergii na polityczny manifest, lecz potraktuje ją jako źródło prawa, a nie politycznej awantury.

A pan Kaleta, który wszędzie widzi polityczne manifesty i w ustawie zasadniczej upatruje symbol „na wskroś polityczny” oby kiedyś nie musiał żałować, że trafi na sędziego, który będzie myślał jak on.

Memento dla wszystkich

Przed zbliżającymi się, pozbawionymi niezbędnej głębszej refleksji, obchodami 100-lecia niepodległości należy wiedzieć, że jesteśmy na najlepszej drodze ku kolejnej jej stracie.

 

W początkowych latach III Rzeczpospolitej, w jednym z pierwszych numerów „Nie” Jerzy Urban pisał – oceniając ówczesną politykę – że nowi włodarze naszego kraju doprowadzą do sytuacji, w której powtórzy się tragiczna historia, a podzielona Polska znajdzie się pod protektoratem obcych. Wtedy, pomimo krytycznego oglądu postsolidarnościowej władzy, i mnie, i zapewne innym czytelnikom, powyższa prognoza wydawała się co najmniej przesadzona, i traktowałem ją tylko jako bardzo mocny, protestacyjny głos publicysty. Samospełniającym się proroctwem, w myśl niektórych socjologów, ta wizja niewątpliwie nie była, ale jednak…

 

W swoim czasie

szczekaliśmy na siebie, jak to lapidarnie określił, podczas naszego spotkania, prof. Andrzej Romanowski. Dziś każdą jego prasową wypowiedź, podobnie jak Bronisława Łagowskiego i Ludwika Stommy, czytam z wielkim zainteresowaniem, bowiem przynoszą nie tylko myśli poparte głęboką wiedzą i żelazną logiką, ale także wyrażają, tak rzadko okazywaną wśród polskich intelektualnych elit, odwagę w nazywaniu po imieniu rzeczy oczywistych.
Na przykład – warto przypomnieć – Andrzej Romanowski uważa, że „wszelka sensowna dyskusja… musi zacząć się od przyjęcia tezy o historycznej zasłudze polskich komunistów. Bo tylko oni – namiestnicy Stalina – mogli zbudować powojenne państwo polskie”.
Opublikowany w ostatnim sobotnio-niedzielnym magazynie „Gazety Wyborczej” esej Profesora pt. „Jak zepsuliśmy polski zegarek” powinien być powszechnie czytany, przede wszystkim na zapełnionych sejmowych i senackich salach oraz w siedzibach wszystkich polskich partii i ugrupowań politycznych. Niestety nie można liczyć na Kościół katolicki, którego cele – pisze Romanowski – niekoniecznie są zbieżne z polską racją stanu. No i także na beneficjentów różnych 500+,300+ oraz wszystkich innych+, i tych pozostałych, którym takie rozważania przeszkadzają w konsumpcji piwka.

 

Pierwsza konstatacja

prezentowanego tekstu dotyczy współczesności: „Bo czegoś takiego jak III Rzeczpospolita nigdy nie zaznaliśmy. Państwo przedrozbiorowe miało granice wschodnie dość płynne, a było niemal wyłącznie domeną szlachty. Państwo międzywojenne po rozstroju sejmowładztwa prowadziło dyktaturę. Obie te Rzeczpospolite padły łupem sąsiadów. Państwo powojenne, noszące od 1952 r. nazwę Polska Rzeczpospolita Ludowa, nie stało się przedmiotem obcej agresji, wykazało ponad dwa razy dłuższą trwałość niż Polska międzywojenna, a kształt terytorialny przekroczył czas jego istnienia. Ale było to państwo niesuwerenne, z egzotycznym ustrojem, strzeżone przez potężnego hegemona, państwo partii. Wcześniejsze zaś polskie państwa kadłubowe – Księstwo Warszawskie i Królestwo Polskie – byty zależne od woli mocarstw i upadały wraz z wojnami czy powstaniami. Na takim tle III RP doprawdy nie miała konkurencji. A i sukces, jaki osiągnęła, był na miarę tysiąclecia”.
Współczesna Rzeczpospolita była niewątpliwie historyczną szansą Polaków, acz niestety przez nich samych, konkretnie przez postsolidarnościowe rządy i prawicę, częściowo tylko wykorzystaną, za przyczyną kolejnych ideologicznych dogmatów i politycznych fobii. Narodziła się, jak poprzednio w 1918 roku, w wyjątkowo sprzyjających międzynarodowych okolicznościach, ale i dzięki nadzwyczajnemu gremium postaci – co prawda z odmiennych czy nawet wrogich obozów politycznych – dostrzegających jednak ten moment, w którym można i należy zacząć zaprowadzać inny porządek na naszej ziemi. Świadomość wyczerpania się wcześniejszych atutów Polski Ludowej i obowiązującej ideologii była powszechna nie tylko w licznych kręgach władzy, a socjaldemokratyczny kierunek przemian został zaakceptowany przez zdecydowaną większość aktywnych członków rozwiązywanej PZPR.
Nadzieję na lepszą Polskę mieli wiec nie tylko byli opozycjoniści, czego nie dostrzega się i o czym tak niewiele dziś się mówi. Niestety, poza niewątpliwymi osiągnięciami III RP, za dużo było w niej niespełnionych obietnic, nieprawości, łamania prawa, rozlicznej ekonomicznej prywaty i najzwyklejszej społecznej znieczulicy. Nie wystarczyło dla jej sukcesu zaklinanie rzeczywistości ciągle powtarzanym hasłem o odzyskanej wolności.

 

Przyczyn aktualnej

sytuacji w Polsce poszukuje autor w szerokiej panoramie historycznej, sięgającej czasów średniowiecza, w okresach późniejszych i w szczególnych losach tej części Europy, nie będącej ani jej zachodem, ani też wschodem. Przywołuje także liczne, minione głosy ostrzeżenia o „polskiej młodości i kruchości”, zagrażającym jej dalszemu istnieniu. Opisując bardzo niepochlebnie fenomen i stan PiS-owskiego sukcesu odczytuje go również, co zresztą stanowi kontynuację rozważań sprzed wielu lat, w szczególnych cechach Polaków, potwierdzonych licznymi, także zagranicznymi, krytycznymi opiniami. Kończy te rozważania słowami: „Ale jest też PiS partią gorszą, bo ustrój wodzowski jest tu posunięty dalej niż w PZPR, a opresja płynie z wewnątrz, z samych narodowych trzewi. Wobec komunistycznej indoktrynacji można było zatkać uszy jako przed czymś obcym i narzuconym, można się było przed nią schronić w kościele. Przed indoktrynacją PiS-owską nie ma schronienia. No i komuniści – cokolwiek powiedzieć – rządzili się racją stanu państwa, które zostało im dane. PiS, deklamując o państwie i narodzie, okazuje się antypaństwowy i antynarodowy równocześnie”.

 

Druga konstatacja

dotyczy więc naszych perspektyw: „A przecież przed 30 prawie laty ofiarowano nam więcej niż złoty róg w „Weselu”. Uzyskaliśmy niemal za darmo, bez kropli krwi, niepodległość i demokrację, przyjazne granice, NATO i Unię Europejską. Dziś własne, polskie ręce rozmontowały najlepszą Rzeczpospolitą w polskich dziejach. Nie mając pod ręką państwa zaborczego, podniesiono rękę na państwo własne. Gdy więc horyzont polityczny ostatecznie się zachmurzy, gdy Tramp porozumie się wreszcie z Putinem, to przynajmniej nie krzyczmy, że Europa nas zdradziła. Europę zdradziliśmy my sami. Europa, tak zresztą jak Polska, okazała się dla Polaków zbyt trudnym wyzwaniem”.

 

Toczący się z wielkim sukcesem

sondażowy walec Prawa i Sprawiedliwości wywołuje, co zrozumiałe, takie właśnie ponure prognozy i, bardzo możliwe, jeszcze gorsze perspektywy. Stanowiąc protest przeciw obecnej polskiej rzeczywistości mają zachęcić innych – przede wszystkim inteligencję, klasy średnie, ludzi młodych (bo nie robotnicy i chłopi czytają ten tytuł) – do antypisowskiego czynu, gdyż w przeciwnym razie Polska może przestać istnieć nie tylko jako państwo demokratyczne ale i suwerenne.
Natomiast Witold Gadomski w swoim czasie napisał, że uwzględniając zasadnicze podziały w opozycji, nie wierzy w żaden wspólny, zorganizowany ruch antypisowski, a szansę na zwycięstwo widzi w destrukcji i rozpadzie Zjednoczonej Prawicy. Biorąc pod uwagę deklarację Jarosława Kaczyńskiego, iż nie wybiera się na polityczną emeryturę, przyjdzie nam jeszcze długo czekać na ten rozkład PiS, jeśli w ogóle my go doczekamy.

 

Mimo tych niepocieszających przewidywań

rodzi się w Polsce bardziej optymistyczna realność, oparta na poszukiwaniu przyczyn obecnego stanu rzeczy. Robert Biedroń mówi: „Chcę, żeby ludzie poczuli, że nie jesteśmy już na zawsze skazani na tę alternatywę, którą znamy. Czyli że albo będzie tak, jak dotąd mówiła opozycja: będziecie mieli wolność, ale jesteście zdani tylko na siebie. Albo jak to, co proponuje obecna władza: damy wam wsparcie materialne, ale odbierzemy wam wolność i wszystko w państwie będzie tak, jak my chcemy. W 2018 roku Polki i Polacy zasługują na jedno i drugie – godne warunki materialne i osobistą wolność. I że nie musimy ciągle patrzeć na tę polityczną jatkę, lecz możemy się zająć wprowadzaniem nowych pomysłów i rozwiązań, które poprawią nasze życie.” I dodaje: „Polacy jednak umieją ważyć, co jest dla nich ważniejsze: czy autorytaryzm w imię ochrony tradycyjnych wartości i tożsamości, czy europejska stabilizacja i bezpieczeństwo. Wiedzą, że skoro stoję w obronie geja lub feministki, to stanę też w obronie wyrzuconych z pracy”.

 

Silny samorząd, demokratyczna Polska

to hasło wyborcze SLD-Lewica Razem, ale równie celnym jest stwierdzenie Włodzimierza Czarzastego: „Uważamy, że nie może być tak, że jedynym spoiwem budowania jakiejkolwiek koalicji jest nienawiść do PiS. Uważamy, że przyszłość Polski, sposób w jaki będzie wyglądała programowo, jest ważniejsze niż nienawiść… w Polsce toczy się dyskusja czy mają być dwa bloki – PiS i anty-PiS, czy oparty na programach model trzech bloków – PiS-owski, chadecko-liberalny pod przywództwem Platformy Obywatelskiej i socjaldemokratyczno-progresywny. Każdy ma prawo do swojej drogi. My, SLD Lewica-Razem opowiadamy się za tym drugim rozwiązaniem, opartym na systemie wartości, na wizji państwa, na przyszłości Polski” – zadeklarował Czarzasty. Ponadto skierował także ofertę pomocy Robertowi Biedroniowi, o ile ten stworzy program lewicowy i będzie chciał stanąć na czele ruchu lewicowego.

 

A może jednak nie jest

z tymi Polakami najgorzej, bowiem nie raz dowiedli, i niekoniecznie w walce, że potrafią zbudować Gdynię i Centralny Okręg Przemysłowy, ale także odbudować kraj po straszliwych pożogach, dwukrotnie scalić Polskę w nowych granicach, dokonać wielkich dzieł oświatowych i industrialnych, ale także zachować umiar, odpowiedzialność i narodowe porozumienie. Miejmy więc nadzieję, że gorsze pisowskie zło nie wyprze na dłużej lepszego, polskiego dobra.

 

Ps. Tekst prof. Romanowskiego opatrzony jest informacją, że poleca go redaktor Adam Michnik, zapewne nadal nie świadom, że do aktualnego, naszego bagna pośrednio się także przyłożył ze swoją gazetą.

Rzecz o pryncypiach, albo o psuciu prawa LIST

Publikujemy list otwarty do prof. Andrzeja Rzeplińskiego – autorstwa Czytelnika „Dziennika Trybuna”.

 

Panie Profesorze!

Zastanawiałem się długo, czy napisać do Pana i w jakiej to zrobić formie. Doszedłem do wniosku, że forma listu otwartego będzie najbardziej właściwa, bo i rzecz, której list dotyczy ma charakter publiczny.
Ale, ad rem: Jestem pełen uznania dla Pana postawy i niezłomnej obrony niezależności trzeciego filaru władzy – władzy sądowniczej. Bez wątpienia Pana publiczne wypowiedzi i zawarte w nich oceny otworzyły wielu ludziom oczy na przestępczą działalność pozostałych, a aktualnie działających władz, to jest ustawodawczej i wykonawczej. Słusznie Pan piętnował i czyni to nadal, te – nie mające przecież nic wspólnego z prawem działania, demontujące, a nawet wręcz demolujące system prawny Państwa.
Jednakże pamięć zmusza mnie do sięgnięcia w przeszłość i zadania Panu i sobie pytania:
Czy w historii III Rzeczpospolitej (termin umowny, a nie prawny) nie zdarzało się coś podobnego, nie tyle co do zakresu, ile co do treści i skutków społecznych i politycznych?
Odpowiedź moja brzmi – zdarzyło się. Zdarzyło się w 2010 r, kiedy to Trybunał Konstytucyjny, którego był Pan znaczącym członkiem, uznał za zgodną z Konstytucją pierwszą ustawę, zwaną dezubekizacyjną, a Pana stanowisko i głos przeważyły szalę na rzecz takiego właśnie orzeczenia. Postąpił Pan tak, pomimo, iż orzeczenie to nie zapadło jednomyślnie i znaleźli się Sędziowie, którzy nie ulegli histerii wszechobecnie panującej wtedy zasady „poprawności politycznej”, ale zważyli materię zgodnie z obowiązującym prawem i kardynalnymi zasadami cywilizacji demokratycznej. Przewidzieli ponadto druzgocące skutki takiego rozstrzygnięcia Trybunału in spe. Obawy tych Sędziów sprawdziły się całkowicie, co dziś właśnie – paradoksalnie, daje Panu asumpt do krytyki działań PiS-u et consortes w zakresie łamania kolejnych norm prawa, również norm Konstytucji RP.
W tym miejscu godzi się przywołać nazwiska tych Sędziów i pokrótce przedstawić reprezentowane przez nich stanowiska – pro memoria. Zdania odrębne złożyli Sędziowie: Ewa Łętowska, Adam Jamróz, Marek Mazurkiewicz, Mirosław Wyrzykowski i Bohdan Zdziennicki. Każdy własne, ale byli w nich zgodni. Zakwestionowali całe orzeczenie. Argumentowali, że naruszono prawa nabyte funkcjonariusz zweryfikowanych pozytywnie, bo mieli oni obiecane, że będą w III RP traktowani tak samo, jak inni funkcjonariusze, a orzeczenia komisji weryfikacyjnych były „świadectwami moralności”, bo było w nich napisane, że mają moralne kwalifikacje, by służyć w III RP.
Sędzia Jamróz podkreślał, że wyrok Trybunału likwiduje zasadę indywidualnej oceny, jedną z naczelnych zasad demokratycznego państwa prawnego – podmiotowości jednostki. Sędzia Łętowska zaznaczyła, że gdyby przyjąć rozumowanie Trybunału na temat ochrony praw nabytych, to uniemożliwiłoby to w przyszłości badanie konstytucyjności innych ustaw dotyczących świadczeń społecznych. I że Trybunał nie zbadał , czy ograniczenia konstytucyjnych praw funkcjonariuszy było niezbędne i najmniej dolegliwe z możliwych dla ochrony porządku i bezpieczeństwa publicznego, czy praw innych osób. Nie neguję prawa do obniżenia świadczeń, ale zastosowany mechanizm – podkreśliła Sędzia Łętowska. Nie zgadzam się też z twierdzeniem, że upływ 20 lat nie ma znaczenia. Nie może być tak, żeby o tym, kiedy demokratyczne państwo rozlicza się z przeszłością decydowało jedynie to, kiedy uda się zebrać większość w Sejmie – mówiła.
Sędzia Mazurkiewicz przypomniał uzasadnienie wyroku w sprawie ustawy lustracyjnej. Trybunał uznał wtedy, że rozliczanie przeszłości nie może służyć represji i że demokratyczne państwo dla likwidacji skutków panowania niedemokratycznego reżimu nie może używać metod tego reżimu.
Sędzia Wyrzykowski uważał, że po 20 latach można rozliczać przeszłość za pomocą represyjnych przepisów tylko wtedy, jeśli pojawią się jakieś nowe okoliczności. Ten wyrok może zyskać poklask, ale w przyszłości otworzy drogę do innych legislacyjnych opresji, motywowanych względami politycznymi, światopoglądowymi, religijnymi, czy innymi – powiedział. Prezes TK, Sędzia Bohdan Zdziennicki przypomniał rezolucje Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy z 1996 r, nawołujące do wygaszania rozliczeń. Celem rozliczeń miało być zabezpieczenie demokracji przez powrotem totalitaryzmów – mówił. Konstytucja znosi zasadę przedawnienia, ale tylko w stosunku do przestępstw, które trzeba indywidualnie osądzić. Do całej reszty stosuje się inna konstytucyjna zasada, że prawo nie działa wstecz. Zastanawiałem się wówczas i czynię to do dziś, co skłoniło Pana, wybitnego prawnika i naukowca do podeptania elementarnych zasad prawnych, fundamentalnych dla systemu prawnego państwa demokratycznego, odwołujących się w swojej filozofii do praw człowieka, pewności i niezmienności systemu prawnego, a także prawnego bezpieczeństwa obywateli. Bo przecież my wszyscy, znacząca liczebnie grupa zawodowa – byłych funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa państwa wraz z naszymi rodzinami byliśmy i nadal jesteśmy tego Państwa obywatelami.
To jak to właściwie jest, Panie Profesorze? Dlaczego odmówił nam Pan naszych praw obywatelskich? Co Panem powodowało? Czyjaś namowa? Czy może jakieś, nieznane mi zdarzenia dla Pana niemiłe, może krzywdzące, wynikłe z kontaktów z ówczesnymi funkcjonariuszami aparatu bezpieczeństwa? Jeśli tak, to jestem w stanie Pana zrozumieć, jako człowieka. Jednakże nie jestem w stanie zrozumieć Pana, jako prawnika i konstytucjonalistę. Od człowieka Pana kalibru można byłoby oczekiwać wzniesienia się ponad ewentualne krzywdy osobiste. Można byłoby spodziewać się większego przywiązania do przestrzegania obywatelskich praw podstawowych.
Rzecz jasna, jak wynika z przebiegu wspomnianego głosowania, nie był Pan jedynym, który zaprezentował takie, a nie inne stanowisko. Ale to nie ci inni, a właśnie Pan jest współcześnie symbolem obrony porządku prawnego.
No więc, jak to właściwie jest, Panie Profesorze? Czy można bezkarnie wprowadzać odpowiedzialność zbiorową? Czy prawo może działać wstecz? Czy można karać kogoś bez postawienia mu zarzutów i bez przewodu sądowego zakończonego prawomocnym wyrokiem tylko dlatego, że pełnił służbę na rzecz naszego wspólnego Państwa? Czyżby zapomniał Pan o staropolskim neminem captivabimus?
Miałbym do Pana jeszcze wiele pytań, ale mnożenie ich nie jest moim celem. Jest nim natomiast zasugerowanie Panu zastanowienia się nad wałkowaną przeze mnie sprawą orzeczenia o zgodności z konstytucją tejże bandyckiej ustawy zwanej śmiesznie dezubekizacyjną.
Czy nie przychodzi Panu na myśl, że właśnie od tegoż Waszego orzeczenia zaczęło się permanentne psucie prawa? Czy nie dali wówczas Państwo sygnału różnym politykierom, że prawo można naginać i łamać w sposób dowolny, zwłaszcza jeśli ma się takie możliwości parlamentarne?
Słusznie Pan protestuje stanowczo przeciwko harcowaniu w prawie obecnej ekipy rządzącej. Tylko pytam Pana nieśmiało: czy Pana współudział i zajęte przez Pana stanowisko w nieszczęsnym głosowaniu nad przywoływaną ustawą, tych śmiesznych ludzików nie rozzuchwaliło?
Gwoli dodatkowych argumentów na rzecz krytycznej oceny tej pierwszej ustawy, wzmocnionej przez obecną ekipę powtórką „z rozrywki”.
Spotykałem się niekiedy z opinią, że przecież służby bezpieczeństwa państwa były organizacją przestępczą, taką, jaką była Gestapo (Geheime Staatspolizei) i wobec tego uzasadniona jest odpowiedzialność zbiorowa. Autorzy tych wypowiedzi nie doczytali pewnie do końca stosownych opracowań historycznych. Otóż rzeczywiście Trybunał Norymberski uznał niemiecką Gestapo za organizację przestępczą i jej działalność została uznana za zbrodniczą. Jednakże jej funkcjonariusze nie zostali uznani in gremio za zbrodniarzy i zbiorowo ukarani. Jeśli któryś z nich popełnił indywidualnie zbrodnię i zostało mu to udowodnione w normalnym procesie sądowym, to rzecz jasna na mocy wyroku ponosił pełną odpowiedzialność za nią. Jeśli sąd nie był w stanie udowodnić mu tej, czy innej zbrodni, uznawany był za niewinnego. W sprawach emerytalnych był traktowany, jako urzędnik państwowy i stosowane wobec niego były normalne przepisy.
Nam nikt nie stawiał zarzutów łamania prawa, nieliczni tylko, którzy rzeczywiście popełnili przestępstwa w trakcie swojej służby w resorcie spraw wewnętrznych, ponieśli odpowiedzialność karną. Zgodnie z prawem obniżono im o połowę świadczenie emerytalne, jeśli już je posiadali. I w tej chwili, paradoksalnie ta ich połowa emerytury jest wyższa od naszych nowo naliczonych świadczeń. Wynika z tego, że opłacało się popełniać przestępstwa pod płaszczykiem służby „w organach”.
W naszym przypadku jest, jak Pan wie.
Poprzedni ustrój, zwany obecnie obelżywie i bezzasadnie komunistycznym, rzeczywiście był ustrojem dość dalekim od demokratycznych rządów prawa. W pierwszej fazie był zdecydowanie totalitarny i represyjny, w późniejszej można określić go, jako quasi totalitarny. Jednakże, nie odnotowuję w mojej pamięci aktów prawnych, przynajmniej po 1985 roku, sankcjonujących działanie prawa wstecz. Notuję natomiast stopniowe przechodzenie w sferze instytucji prawnych do demokracji nie fasadowej, a realnej. Choćby powołanie instytucji Rzecznika Praw Obywatelskich, czy – daleko nie szukając, Trybunału Konstytucyjnego, który formalnie i faktycznie rozpoczął działalność z dniem 01 stycznia 1986 r. Na tym tle działania służb bezpieczeństwa państwa, zróżnicowanych wewnętrznie co do celów i zakresu działania, zatem niejednolitych, też można i – moim zdaniem, należy różnicować i oceniać obiektywnie, a nie na zasadzie propagandowej. Mam tu na myśli treść preambuły do pierwszej ustawy bandyckiej. Jest to bełkot i naciąganie faktów dla potrzeb politycznych.
W moim i nie tylko moim odczuciu powoływanie się na mityczną sprawiedliwość dziejową jest tak samo moralne i logiczne, jak porównywanie demokracji socjalistycznej z demokracją. Tyleż samo sprawiedliwości jest w sprawiedliwości dziejowej, co demokracji w demokracji socjalistycznej. A może nawet jeszcze mniej. I tak na zakończenie:
Niektórzy politycy, wywodzący się z prawdziwej opozycji z czasów PRL, tacy, którzy czynami udowodnili swoją odwagę w walce o prawdziwie demokratyczną Polskę, mieli również odwagę przyznać się do błędu, za jaki uznali uchwalenie pierwszej bandyckiej ustawy. Co więcej, publicznie za to przeprosili nas – byłych już funkcjonariuszy. Może z czasem przypomnieli sobie o czymś, co w moim przekonaniu stanowi jedno ze źródeł prawa – o etyce.
Ostatnie już pytanie: i co Pan na to, Panie profesorze?

 

PS.
1. Mam świadomość, że obecna ekipa, która zawłaszczyła Państwo i opanowała prawie wszystkie jego instytucje, może próbować wykorzystać ten tekst do kolejnych ataków na Pana. Zaręczam – nie po to ten list napisałem. Napisałem go, aby przypomnieć Panu, że my – nasza dawna grupa zawodowa ciągle, mimo upływu czasu pamiętamy i do końca naszych dni będziemy pamiętać, komu zawdzięczamy naszą nędzę materialną. I kto usiłował nam odebrać honor.
2. Może Pan być pewien naszego dalszego wsparcia w walce o przywrócenie w Polsce rządów prawa. My ciągle potrafimy odróżnić ziarno od plew.

MSz

Prawo, niesprawiedliwość, konstytucja i sądy

Wydaje się, że już wieki minęły odkąd PiS wygrało wybory. I cóż? Pomimo strachu i całej tej alarmistycznej prasy szarzy obywatele w zasadzie nie odczuwają, by działa się jakaś straszna tragedia, chociaż ewidentnie burzone są fundamenty instytucji prawnych.

 

Część społeczeństwa wierzy, że nic groźnego się nie dzieje, a być może nawet ta nowa rewolucyjna władza ma trochę racji, że robi takie gwałtowne ruchy. Bo sądy działały zbyt wolno – a trzeba, by działały szybko; bo sędziowie tworzą uprzywilejowaną kastę – a nikt nie powinien stać ponad prawem; bo jakiś sędzia gdzieś się upił – a nie powinien!

 

Perfidia

Perfidia tej sytuacji polega na tym, że zasłaniając się tymi zarzutami, rządzący burzą trójpodział władzy i naruszają konstytucję. Zyskują przy tym kredyt zaufania i czas, bo wyborcy mimowolnie chcą osądzić, czy te nowe zmiany realnie pozbawią sędziów przywileju bycia nietykalnymi, czy młodsi nowi sędziowie Sądu Naczelnego, będą w stu procentach nieskazitelni, a procesy szybkie i bezstronne. Czy sędziowie SN będą znakomici i rano i z wieczora – i czy nie będą „donosili” do Brukseli na ukochaną ojczyznę. Wysuwając miałkie oskarżenia, PiS sprawia, że naród skupia się na duperelkach i traci z oczu rzecz najważniejszą” mianowicie to, że w tej grze nie chodzi wcale o naprawienie drobnych, choć realnych mankamentów, lecz o całkowite, trwałe przejęcie władzy i gwarancję, że się jej już nie utraci.
Nikt o zdrowych zmysłach nigdy przecież nie da gwarancji, że wśród tysięcy sędziów nie znajdzie się jakaś jedna czarna owca. Zarzut „to kasta” niema w dodatku żadnego uzasadnienia. Sędziowie muszą być kastą, aby móc wykonywać swoje obowiązki bez obaw o ingerencję ze strony twórców bieżącej polityki. Oskarżanie Sądu Najwyższego, że „donosi” na polskie władze do Brukseli to czysty idiotyzm. Unia Europejska nie jest wrogiem polskiego państwa. Jest dla nas niczym dobra i wyrozumiała matka, która i doradzi i wysłucha skargi. Porównywanie UE do niegdysiejszej „wrogiej Rosji” czy do morderczego nazizmu jest skrajnym nieporozumieniem. Jeżeli PiS zamierza dalej podążać tą ścieżką, powinno natychmiast wycofać wszystkich swoich europarlamentarzystów. Ale tego nie zrobi, bo najwyraźniej ich politykom smakują „judaszowe” pieniądze.

 

Centralizacja

W sprawie reformy sądownictwa ogół skupia się na drobiazgach, zamiast dostrzec, że tak naprawdę chodzi o coś innego: wyłącznie o centralizację władzy i zniesienie świętej do tej pory zasady trójpodziału, istniejącego właśnie po to, by nikt nie mógł zbudować sobie dyktatury.
Teraz chodzi o stworzenie instytucji podległych jednej partii, o to, by władzę obsadzić ludźmi niegodnymi jej sprawowania, ale posłusznymi i uległymi wobec tych, którzy rozdają wysokie stanowiska.
Profesor Strzębosz mógł być niepokorny, bo miał dorobek i uznaną już w świecie prawniczym pozycję. Sędzia Przyłębska nie ma żadnego tytułu naukowego, nie mówiąc o dorobku – jest, zatem skazana na to, aby wiecznie pamiętać, kto ją na stanowisku postawił. Prokurator z Podkarpacia również doskonale zdaje sobie sprawę, kto przymknął oko na jego PRL-owską przeszłość i komu zawdzięcza godności. Nawet niezwykle wymowna, złotousta pani profesor wie, że jej rzekomy tytuł profesorski jest lansowany tylko przez PiS, nigdy nie posiadała prezydenckiej nominacji do tego tytułu – może nim epatować tylko w murach swojej uczelni i nigdzie indziej. Jest doktorem habilitowanym.

 

Mierni, nadaktywni i do tego wierni

Tak, więc obsadzanie najwyższych urzędów ludźmi o marnych referencjach, albo bez dorobku czy społecznej pozycji, gwarantuje tej formacji, że będą jej wierni po grób. Taki sam manewr zastosował Stalin po przejęciu władzy. „Starych” bolszewików z autorytetem i dorobkiem zastąpił swoimi figurantami. Dopiero ten zestaw ludzi umożliwił mu na realizację krwawego imperium.
Przyjrzyjmy się przez chwilę ludziom teraz trzymających władzę: czy po przegranych wyborach mają jakąś godną przyszłość, szansę by utrzymać wysoki jak teraz status społeczny Czy może pan Misiewicz, któremu oficerowie salutowali jak ministrowi, wróci dobrowolnie zamiatać aptekę? Czy minister Błaszczak wróci chętnie na radnego do Wołomina za 2 tys. zł? Minister Kołodko miał zapewniony powrót na uczelnię, Ćwiąkalski – do praktyki prawnika. Minister Ziobro nie ma, dokąd wrócić. Ci ludzie i tysiące im podobnych zrobią wszystko by utrzymać swój wysoki status.
Znajdujemy się w zaklętym kręgu, bowiem dyspozytor tego układu jest poza odpowiedzialnością, a wykonawcy, by przetrwać na prestiżowych pozycjach – muszą akceptować jego ryzykowne polecenia. Ten układ paradoksalnie jest wewnętrznie trwały i z biegiem czasu wspólne poczucie zagrożenia wynikające z popełnionych wykroczeń czy nadużyć jeszcze go scementuje. Ja nawet nie mówię o naruszaniu konstytucji, ja mówię o tysiącach bogobojnych ludzi wyrzucanych z pracy bez merytorycznego uzasadnienia. Jaką to wielką wojnę przegrało Polskie Wojsko, że 70% najwyższych oficerów, generałów, straciło swoją karierę zawodową. Gdy przyjdzie czas próby: kryzys gospodarczy, zwyrodnienie jedynowładztwa, ferment społeczny dopiero wtedy niektórzy przejrzą na oczy i dostrzegą, czemu te wszystkie „reformy sądownictwa” miały służyć. Mając taką silną władzę da się siłą opanować każdy kryzys.

 

A qui bono?

Czekają nas nowe wybory. Książę Rochefoucauld mawiał: „niech żadna dama nie chwali się swoim honorem, gdy jeszcze żaden sprawny i elegancki kawaler nie dybał na jej cnotę”. Czy uczciwe partie mają szansę równej walki politycznej z ugrupowaniem, które bez żenady używa potęgi państwa, by organizować swoje działania? Która kusi młodych ludzi tysiącami posad z uposażeniami wywołującymi zawrót głowy? Czy partie przestrzegające rozdziału państwa i kościoła mają jakieś szanse z blokiem politycznym, który używa autorytetu kościoła, by wygrywać polityczne batalie?. Wynik tych zmagań poznamy wkrótce, a jest się, czego obawiać. Znając te wszystkie wyzwania – działajmy w dobrej wierze. A będzie, co Bóg da.

Weto

Czy przyszłoroczne wybory do Parlamentu Europejskiego  odbędą się według tych samych reguł co w 2014 roku? Byłby to skutek spodziewanego weta prezydenta Dudy.

 

To już drugie podejście Jarosława Kaczyńskiego do zmian w Kodeksie Wyborczym. Pierwsza zmiana – nowelizacja ordynacji wyborczej do samorządów –zakończyła się wprowadzeniem tylko części zapisów forsowanych przez PiS. Najbardziej niebezpieczne dla demokratycznych wyborów były propozycje zmniejszenia okręgów wyborczych. W okręgach 3-5 mandatowych zabrakłoby miejsca dla radnych z mniejszych ugrupowań. Ostatecznie – pod wpływem zmasowanej krytyki – Jarosław Kaczyński cofnął się. Wielkości okręgów wyborczych pozostały bez zmian.
Podobny manewr PiS zastosował podczas nowelizacji ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Pod pretekstem zwiększenia reprezentacji mieszkańców Polski wschodniej, drastycznie podniesiony został tak zwany efektywny próg wyborczy. To oznaczało, że ugrupowanie, które nie osiągnie co najmniej kilkunastoprocentowego wyniku wyborczego, nie będzie miało szans na posiadanie swoich posłów w Parlamencie Europejskim. Wygląda na to, że Kaczyński przegrywa po raz drugi. Tym razem nogę podstawia mu prezydent Duda.

 

Europejski POPiS

Faktycznie, dotychczasowe reguły przeprowadzania wyborów do Parlamentu Europejskiego były skomplikowane. Ale zapisany w Kodeksie Wyborczym 5 procentowy próg działał.
W pierwszych wyborach w 2004 roku na listę Komitetu Wyborczego Wyborców Socjaldemokracji Polskiej oddano 324 707 głosów, co stanowiło 5,33 proc. głosów ważnych w skali kraju. Mimo tak nieznacznego przekroczenia progu wyborczego, komitet uzyskał aż trzy mandaty. Podobnie rzecz się miała we wszystkich kolejnych wyborach. W 2014 roku najmniejszym ugrupowaniem, które przekroczyło próg wyborczy, było Polskie Stronnictwo Ludowe. Uzyskując wynik 6,8 proc. wprowadziło do Parlamentu Europejskiego czterech europosłów.
W 2004 roku mandaty europoselskie rozdzielono pomiędzy 5 komitetów, a w 2009 roku pomiędzy 4 komitety. W ostatnich wyborach mandaty otrzymali przedstawiciele 5 ugrupowań. Gdyby zaproponowane przez PiS zmiany ordynacji weszły w życie, byłyby to ostatnie takie wybory. Za 9 miesięcy, do Strasburga i Brukseli pojechaliby wyłącznie posłowie i posłanki POPiS-u.

 

13 Polsk

Istotą manipulacji wyborczej proponowanej przez polityków PiS-u była zmiana sposobu rozdziału mandatów w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Dotychczas cała Polska była jednym ogólnokrajowym okręgiem wyborczym. I w ramach całej Polski dokonywano podziału mandatów przypadających poszczególnym komitetom. To rozwiązanie naturalne i powszechnie stosowane w państwach Unii Europejskiej. Chodzi bowiem o to, by w Europarlamencie znalazły się reprezentacje państw, a nie województw. Zaś podział Polski na 13 okręgów wyborczych, z którym mieliśmy do czynienia w poprzednich wyborach, miał wyłącznie charakter techniczny. Ułatwiając kandydatom i kandydatkom na europosłów prowadzenie kampanii wyborczych.
PiS wprowadził zmianę sposobu liczenia głosów. Każdy z dotychczasowych 13 okręgów wyborczych uzyskał „autonomię”. Przypisano mu konkretną liczbę mandatów (minimum 3), a głosy miano liczyć niezależne od innych okręgów. Szukając analogii, można powiedzieć, że wybory do Parlamentu Europejskiego przypominałyby wybory do sejmików wojewódzkich. Każde województwo (ew. dwa województwa tworzące okręg wyborczy) wybierałoby swoich przedstawicieli do Parlamentu Europejskiego. Dla województw takie rozwiązanie mogło być niekiedy korzystne. Dla polskiej demokracji – nie.

 

16,5 procent

Unia Europejska stawia swoim członkom dwa główne warunki dotyczące przeprowadzania wyborów do Parlamentu Europejskiego. Mają to być wybory proporcjonalne. I o progu wyborczym nie wyższym niż 5 procent.
Warunkiem proporcjonalności wyborów są okręgi wielomandatowe. Im większa liczba mandatów, tym lepsza reprezentacja różnych opcji politycznych. W wyborach do Parlamentu Europejskiego regułą jest okręg wyborczy obejmujący cały kraj. Wyjątkiem jest Belgia (trzy okręgi: flamandzki, francuski i niemiecki) i Irlandia. W przeszłości podział na 12 okręgów wyborczych istniał też w Wielkiej Brytanii oraz na 8 okręgów we Francji. Polska z 13 okręgami byłaby ewenementem w Unii Europejskiej.
Zmiana sposobu liczenia głosów skutkowała podwyższeniem efektywnego progu wyborczego. Biuro Legislacyjne Senatu obliczyło, że w skali kraju wyniósłby on 16,5 proc. Prawnicy Senatu ostrzegali, że zaproponowane przez PiS przepisy mogą być uznane za niezgodne z prawem europejskim.

 

Bez progu

Mimo że przepisy unijne pozwalają na stosowanie progu wyborczego, część państw rezygnuje z niego w swoich ordynacjach. Tak jest między innymi w Holandii, Belgii, Hiszpanii i Portugalii, gdzie nie ma minimalnego progu w wyborach do Parlamentu Europejskiego. Z nowych krajów UE: w Bułgarii, Słowenii i Estonii. Niemcy stopniowo obniżali obowiązujący próg wyborczy, by w końcu zredukować go do zera.
Niski próg wyborczy lub jego brak jest logiczną konsekwencją specyfiki wyborów do Parlamentu Europejskiego. W wyborach krajowych próg ma chronić przed zbytnim rozdrobnieniem reprezentacji parlamentarnej. Pamiętamy wybory parlamentarne z 1991 roku, gdy nie obowiązywał próg wyborczy. W Sejmie znaleźli się przedstawiciele 29 ugrupowań. Z tego 11 komitetów uzyskało zaledwie po jednym mandacie.
Analogiczne rozdrobnienie nie grozi Parlamentowi Europejskiemu. Gdyby wśród wybieranych w 2019 roku 52 polskich europarlamentarzystów znaleźli się przedstawiciele i przedstawicielki nawet kilkunastu komitetów i tak w Strasburgu zasilą oni kilka istniejących tam frakcji politycznych. Wydaje się, że dotychczasowa praktyka, kiedy to Polskę reprezentowali w Parlamencie Europejskim przedstawiciele 4-5 największych ugrupowań politycznych, była optymalna. Próbę ograniczenia tej reprezentacji wyłącznie do przedstawicieli PiS i PO szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz nazwał rozwiązaniem „zbójeckim”.

 

Biskupi decydują

Nie ma róży bez kolców. Zapowiedziane przez prezydenta Dudę weto dla zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego z pewnością cieszy. Układ polityczny, stanowiący zaplecze prezydenta Dudy – mniej. Jarosław Makowski przypomniał na łamach Gazety Wyborczej słowa biskupów sprzed trzech lat. Po wygranych przez PiS wyborach w 2015 roku arcybiskup Stanisław Gądecki powiedział, że: „po wojnie nie było jeszcze takiego zjednoczenia państwa i Kościoła”. To „zjednoczenie” jest szczególnie widoczne pomiędzy pałacami biskupimi i Pałacem Prezydenckim.
Kilka dni temu Episkopat wydał oświadczenie odnoszące się do wprowadzonych przez PiS zmian w ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Biskupi skrytykowali nowelizację Kodeksu Wyborczego, zaznaczając, że prawo wyborcze: „winno służyć całemu społeczeństwu, (…) a nie tylko największym partiom politycznym”. Gwoli ścisłości, hierarchowie raczej nie mieli na myśli SLD, tylko polityków Kukiza, Marka Jurka i ewentualną „nową siłę” Macierewicza.
Jednak fakt pozostaje faktem: na główne zaplecze polityczne Prezydenta Polski wyrasta Kościół. Komunikat Episkopatu miał za zadanie przygotowanie politycznego gruntu pod prezydenckie weto. Sytuacja jest łudząco podobna do tej sprzed roku. Wówczas po zaskakującym dla Kaczyńskiego wecie ustaw sądowych, natychmiast głos zabrali biskupi. Śląc wyrazy poparcia dla decyzji prezydenta Dudy. Zaś sam Andrzej Duda ostatnie godziny poprzedzające ogłoszenie decyzji o zawetowaniu dwóch z trzech ustaw sądowych spędził na Jasnej Górze.

 

Do trzech razy

Kaczyńskiego nie kosztowało zbyt wiele wycofanie się ze złych rozwiązań ordynacji wyborczej do samorządów. Nie będzie też rozpaczał po zawetowaniu przez Dudę zapisów ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego. Ostatecznie to raptem parę mandatów europoselskich mniej lub więcej dla jego ugrupowania.
Największą bolączką Jarosława Kaczyńskiego jest utrata możliwości przetestowania małych okręgów wyborczych podczas mniej istotnych dla niego wyborów. Jestem przekonany, że na początku przyszłego roku PiS przedstawi kolejny pakiet zmian Kodeksu Wyborczego. Tym razem dotyczących wyborów najważniejszych dla Kaczyńskiego – wyborów parlamentarnych. I jestem niemal pewien, że koncepcja małych okręgów wyborczych powróci. Bo tylko w ten sposób może się ziścić marzenie Prezesa o większości konstytucyjnej w Sejmie. Nie będzie wtedy musiał łamać Konstytucji. Będzie ją sobie dowolnie zmieniał.
Większość konstytucyjna przy obecnym poparciu sondażowym – to tylko marzenie prawicy. Ale „zbójeckie” zmiany ordynacji – wycięcie mniejszych ugrupowań – może to marzenie przybliżyć. Co prawda politycy obecni na poniedziałkowym spotkaniu w Pałacu Prezydenckim cytują słowa prezydenta Dudy. Że zawetuje każdą ustawę, która ograniczałaby prawa wyborcze Polaków. Zaś Prezes już zapowiedział, że zmian w ordynacji do Sejmu nie będzie. Jednakże to ostatnia rzecz, którą doradzałbym opozycji: liczenie na Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudę. I ewentualnie biskupów.

 

Weto

Chciałbym przy okazji zgłosić swoje osobiste weto. Sprzeciw wobec rosnącej roli Kościoła w świeckim państwie. Już nie tylko o aborcji, związkach homoseksualnych i in-vitro. Biskupi mówią również o trójpodziale władzy – o złych zmianach w sądownictwie. A ostatnio – o kształcie ordynacji wyborczej. W tych ostatnich dwóch sprawach mają zresztą rację. Ale obok racji – pokazują też polityczną siłę. Czego nie jest w stanie zdziałać opozycja. Czego nie są w stanie wywalczyć tłumy na ulicach. Tam biskupów posyłają.
Prezydenta i Prymasa powinno łączyć tylko jedno. Obaj zaczynają się na literę „P”. Tymczasem dla Dudy Kościół jest realnym i skutecznym zapleczem politycznym. To prawda, demokracja w Polsce jest zagrożona pod rządami Kaczyńskiego. Ale jako polityk lewicy, nie życzę sobie, aby na głównych obrońców sprawiedliwości i demokracji kreowali się hierarchowie kościelni.

***

Decyzja prezydenta Andrzeja Dudy o podpisaniu lub zawetowaniu uchwalonych przez PiS zmian w ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego ma zostać ogłoszona w czwartek. Spodziewamy się weta. Jeśli tak się nie stanie, SLD zwróci się do wiceprzewodniczących Komisji Europejskiej, w tym Fransa Timmermansa, aby Ci zwrócili się do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej o sprawdzenie zgodności polskich przepisów wyborczych z prawem wspólnotowym.

Polska na zakręcie

W ciągu bez mała ostatnich trzech lat Polska stała się na naszych oczach krajem nieustannej, brudnej walki politycznej o wszystko: o władzę, o wartości, o prawo do dzielenia społeczeństwa na lepszych i gorszych.

 

O prawo do egoistycznego i nieskrępowanego pożytkowania publicznych pieniędzy, o prawo do manipulowania Konstytucją, lub cynicznego łamania jej przepisów, o prawo do poniżania autorytetów i odbierania im poczucia godności człowieczej i obywatelskiej z tytułu wypracowanego dorobku zawodowego, o prawo do narzucania społeczeństwu jednej politycznej racji, jednego światopoglądu, jednego (katolickiego) modelu moralnego…. długo by jeszcze wyliczać…
Walka ta prowadzona jest między partiami postsolidarnościowymi – PO a PiS, czyli z jednej strony prawicą, stojącą raczej na gruncie wartości liberalnych (demokracji pluralistycznej, trójpodziału władz, wolności i praw obywatelskich), a z drugiej – też prawicą, tyle, że nacjonalistyczną, odwołującą się do populistycznie nastawionych grup społecznych (propagandowy pisowski „suweren”, w tym m.in. dzisiejszy związek zawodowy „Solidarność”), wspieranych przez kościół hierarchiczny (w praktyce też suweren, ale uzasadniany inaczej), który przykładnie odgrywa rolę strażnika wszystkiego, co utrzymuje społeczeństwo w strachu przed nieuchronnymi procesami modernizacyjnymi (niemoralny Zachód, „szarganie świętości” itp.). Obie formacje przypisują sobie niepodzielne prawo do dziedzictwa pierwszej „Solidarności”, chociaż charakter prowadzonej walki politycznej jest żywym zaprzeczeniem celów buntu robotniczego sprzed kilkudziesięciu lat. A tak na marginesie: nikt tak nie zrobił polskiej klasy robotniczej w przysłowiowego konia, jak błyskawicznie udało się to na początku lat 90. kierownictwu NSZZ „Solidarność” ! Jestem skłonna stwierdzić, że w tamtym oszustwie tkwią źródła dzisiejszego konfliktu politycznego.
Stawką w tej politycznej bijatyce jest ustrój konstytucyjny Rzeczypospolitej i płynące stąd zagrożenia, i to zarówno dla sytuacji wewnętrznej (niezwykle głębokie podziały społeczne, woluntarystyczne szastanie przez rząd groszem publicznym, enigmatyczne perspektywy gospodarcze, notoryczne sięganie przez władze do metod państwa policyjnego), jak i dla polskiej racji stanu, ponieważ towarzysząca tym procesom kłamliwa propaganda z rozmysłem odsuwa w szarą strefę sygnały ważnych zmian, dokonujących się obecnie w globalnym układzie sił, co nie może być obojętne dla szans i pozycji międzynarodowej Polski. Wszak niedawna wizyta w Europie prezydenta USA Donalda Trumpa, jego antyeuropejskie wypowiedzi, a zwłaszcza przebieg spotkania z prezydentem Rosji – Władimirem Putinem poruszyły światową opinię publiczną do tego stopnia, że w najważniejszych stolicach państw europejskich analizowane są możliwości nowych koncepcji, uwzględniających skutki przesunięcia się polityki USA ze spraw militarnych na gospodarcze, a w tym skupienia uwagi na Chinach i Rosji. Dzwonki alarmowe rozległy się w Europie, gdy na szczycie w Brukseli D. Trump podważył obowiązywanie żelaznej dotychczas zasady kolektywnej obrony przez NATO terytoriów państw członkowskich. Swoim poglądom na ten temat dał później wyraz w wywiadzie z 18 lipca dla telewizji Fox News, w którym przyznał, że nie jest pewien, czy NATO powinno dawać gwarancje bezpieczeństwa np. maleńkiej Czarnogórze (najmłodszy członek NATO), bo – jego zdaniem – mogłoby to kosztować wybuchem III wojny światowej!! Trudno w tym miejscu nie zadać pytania: a Polsce może udzielić takich gwarancji, np. po ostatniej, tajnej rozmowie z W. Putinem…? W naszej zbiorowej pamięci tkwi przecież bolesny kolec w postaci „sojuszniczej gotowości” umierania w 1939r za Gdańsk. Czym to się dla nas skończyło – wiemy. I nie tylko dla nas…
Zamieszanie wokół ostatnich wypowiedzi Trumpa narasta. Nie oszczędzała go w połowie lipca w Niemczech, w czasie promocji swej najnowszej książki („Faszyzm. Ostrzeżenie”), Madeleine Albright, była sekretarz stanu w administracji Billa Clintona (1997-2001), określając go najbardziej antydemokratycznym prezydentem w całej historii USA. W podobnym duchu wypowiedział się w niedawnym wywiadzie dla „Newsweeka” były ambasador USA w Warszawie – Christopher Hill, bez osłonek stwierdzając, że prezydent Trump „na własne życzenie staje się postacią bez znaczenia w stosunkach transatlantyckich”, a jego postępowanie nazwał „nieodpowiedzialnym, groźnym i chaotycznym” . Jednocześnie nawiązał do sytuacji w Polsce stwierdzając, że – niezależnie od tego, co dzieje się na polu aktywności zagranicznej prezydenta USA, przychylne dotychczas Warszawie amerykańskie kręgi opiniotwórcze mają powody do obaw z tytułu zachodzących u nas zmian w systemie politycznym RP. Wysłał więc wyraźny sygnał, że na dotychczasowym kształcie przyjaźni polsko-amerykańskiej rysują się cienie i znaki zapytania, umiejętnie przypomniał, że w układach sojuszniczych obowiązuje respektowanie zasad, które legły u podstaw utworzenia NATO, czyli sojuszu militarnego państw demokratycznych.
Nie ulega wątpliwości, że Polska, destabilizowana ustrojowo i politycznie, unurzana w niegodne, żenujące awantury wewnętrzne, staje się dziś dla partnerów zagranicznych nieobliczalna, a przez to w stosunkach międzynarodowych – bezużyteczna. Gołym okiem zresztą widać, jak zmalała aktywność międzynarodowa Polski, bo kto dziś potraktuje poważnie premiera („bajarza”) M. Morawieckiego…? W tym zmieniającym się jakościowo świecie kreatorzy polskiej polityki zagranicznej niewiele mają przecież do zaoferowania. Minister Spraw Zagranicznych przeważnie milczy, być może wygodniej mu tkwić w roli „eksperymentu”, usytuowanego w oparach blaknącej fantasmagorii o „międzymorzu”. Obecny prezydent RP z różnych względów ( w tym przez swój ideologiczny anachronizm) nie udźwignie walki o pozycję Polski w Europie i świecie; złośliwie zauważam, że nawet Watykan wyciszył z nami kontakty.
W tej sytuacji, każdy kolejny miesiąc zatargów polityków PiS z Unią Europejską i jej instytucjami odsuwa nasze szanse na korzystne włączenie się Polski we wspólną politykę zagraniczną i obronną. Niestety, polityków PiS nie cechuje wyższy od przeciętnego stopień zaawansowania w politycznym myśleniu, a na dodatek to, co może na całej linii podważać do nich zaufanie – to notoryczne posługiwanie się kłamstwem jako narzędziem uprawiania polityki na wszystkich możliwych polach. Najważniejszym wydaje się jednakże zarzut, że z tych m.in. powodów cała ta „elita” PiS mentalnie nie jest w stanie wypracować atrakcyjnego dla większości społeczeństwa strategicznego podejścia do istoty polskiego interesu narodowego w zmieniającym się na świecie układzie sił . W naszej historii najnowszej ma to miejsce po raz pierwszy od ponad 70 lat i możemy srodze za to zapłacić!
Przed kilkoma tygodniami na łamach „Res Humana”, jeden z współtwórców SLD w przeszłości –Włodzimierz Cimoszewicz – zdefiniował polską rację stanu jako zespół najważniejszych, fundamentalnych interesów państwa, które – jego zdaniem współcześnie układają się w dwa bloki. Jeden to zapewnienie krajowi bezpieczeństwa zewnętrznego, drugi – zapewnienie obywatelom dobrobytu, dobrostanu. W dużej mierze podzielam ten pogląd, aczkolwiek wiem, że nie wszystko i nie zawsze jest takie proste, jak w podanej definicji.
W kontekście tym przypomnijmy, że po II wojnie światowej to wielkie mocarstwa określiły nasze miejsce w Europie, przystając również na to, aby Rzeczpospolita Polska została poddana politycznej kurateli ZSRR, co odbiło się na nas szczególnie boleśnie w okresie stalinowskim. Po podzieleniu stref wpływów, na politykach demokratycznego Zachodu nie robiły specjalnego wrażenia doniesienia, iż do końca lat 40. w naszych nowych granicach toczyła się wojna polsko-polska, która po obu stronach konfliktu już po zakończeniu działań wojennych pochłonęła ponad 100 tys. ofiar!
Warto zadać w tym miejscu pytanie, czy w tych skomplikowanych okolicznościach rządzący wówczas naszym krajem zachowywali się tylko bezwolnie i oportunistycznie, czy też potrafili racjonalnie określić – zwłaszcza po październiku 56. – polski interes narodowy, lub inaczej – polską rację stanu..?
Niewątpliwie, przesunięcie polskich granic na zachód nie było do końca akceptowane przez wszystkich przedstawicieli wielkich mocarstw, ustalających powojenny porządek Europy i świata. W tych okolicznościach dla władz Polski wyzwaniem najwyższej rangi stała się kwestia nienaruszalności granicy na Odrze i Nysie, która na Konferencji Poczdamskiej nie została jednoznacznie potwierdzona. Dramatyzm wystosowanego przez Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej w lipcu 1945r memorandum do Konferencji w tej sprawie porusza swą wymową jeszcze i dziś; aż dziw bierze, że prawica nigdzie się na ten temat nawet nie zająknie, a przecież miało to swoje konsekwencje chociażby w postaci stałego utrzymywania pod bronią kilkuset tysięcznego Ludowego Wojska Polskiego i odbudowę własnego przemysłu obronnego, o którym obecna „elita” PiS mogła by tylko marzyć.
Towarzyszyła temu realizacja tak wielkiego wyzwania, jak konieczność przemieszczenia milionów Polaków ze Wschodu na Ziemie Zachodnie i Północne, zagospodarowanie tych ziem poprzez włączenie ich w spójny krwiobieg życia społecznego i gospodarczego.
Dodajmy do tego dokonanie masowego awansu społecznego z udziałem milionów, poprzez powszechny dostęp do państwowej służby zdrowia likwidacja licznych chorób społecznych (błonica, płonica, polio, gruźlica), dzięki bezpłatnemu dostępowi do oświaty i nauki na każdym poziomie – odbudowa wyniszczonej w czasie wojny inteligencji polskiej, odbudowa ze zniszczeń wojennych miast polskich, a w szczególności Warszawy. Długo by jeszcze wyliczać, co tym podłym „komunistom” udało się zrealizować bez zagranicznego wsparcia finansowego, bez pożyczek i zadłużenia. To nie była „prześniona rewolucja”, tym realnym zmianom nikt, kto nie kłamie, nie jest w stanie zaprzeczyć. Co prawda, realizacja szeroko zakrojonych, kosztownych przecież przedsięwzięć odbijała się na poziomie życia świata pracy. Z tych czasów pochodzi przecież określenie „siermiężny socjalizm” i jego następstwa w postaci cyklicznych robotniczych buntów o podłożu ekonomicznym.
W wymiarze zewnętrznym polska racja stanu rozumiana była przez konsekwentne prowadzenie polityki pokojowej, której celem w czasach zimnej wojny było uchronienie terytorium Polski od kolejnej wojny, tym razem z dużym prawdopodobieństwem – nuklearnej. Fachowcy przecież pamiętają, że ówczesna strategia NATO przewidywała 107 uderzeń głowic nuklearnych na linii Wisły! W interesie narodowym Polaków było więc zgłaszanie propozycji rozbrojeniowych, które pozwoliłyby uniknąć kolejnych działań wojennych na terytorium Polski. Temu m.in. służył Plan Rapackiego – polskiego ministra spraw zagranicznych w latach 1956-1968. Przyjęta w nim koncepcja strefy bezatomowej uważana jest do dziś za najbardziej znaną, uniwersalną inicjatywę rozbrojeniową polskiej dyplomacji.
Skutkiem polityki pokojowej i konsekwencji władz PRL był bez wątpienia układ między PRL a RFN o podstawach normalizacji i ich wzajemnych stosunkach, który podpisany został w Warszawie 7 grudnia 1970 r. przez Józefa Cyrankiewicza i Willego Brandta. Głównym kreatorem tego wydarzenia był I sekretarz KC PZPR – Władysław Gomułka, który – jak głoszą źródła – nie ufał do końca gwarancjom ZSRR, odnoszącym się do polskiej granicy zachodniej. Nie chciał, aby Polska stała się przedmiotem przetargu międzynarodowego na wzór tajnych rozmów Chruszczowa, prowadzonych z RFN w sprawie ewentualnego wycofania poparcia Związku Radzieckiego dla NRD. Stąd, 17 maja 1969 r., niespodziewanie dla przywódców ZSRR, Gomułka wygłosił w Warszawie przemówienie, w którym wystąpił z inicjatywą podpisania umowy z RFN. Wykorzystał przy tym sygnały, że w RFN nastąpi wkrótce zmiana układu rządzącego. Na jesieni 1969r odbyły się nad Renem wybory, które przyniosły sukces socjaldemokratom: kanclerzem RFN został Willy Brandt, ministrem spraw zagranicznych – koalicjant z FDP – Walter Scheell. W podpisanym układzie obie strony potwierdziły nienaruszalność „istniejących granic, teraz i w przyszłości”
W kontekście tym paradoksem historii stało się , że sukces ten nie uchronił jego głównego kreatora – W. Gomułki – od politycznego upadku, spowodowanego konfliktem z wielkoprzemysłową klasą robotniczą na tle podwyżek cen żywności. Gomułka nie rozumiał narastania sprzeczności między budzącymi się aspiracjami ludzi pracy, których podstawą był ich zawodowy rozwój, wkład wiedzy i pracy w budowę polskiej gospodarki, rodzącą się godność obywatelską, a skromnym poziomem wynagrodzeń i ograniczania indywidualnych możliwości, rażąco odbiegających od poziomu życia ludzi pracy najemnej w państwach zachodnioeuropejskich. System gospodarki nakazowo-rozdzielczej blokował możliwości zaspokajania wielu istotnych potrzeb społecznych.
Materialny i wolnościowy oddech złapało społeczeństwo dopiero w dekadzie Edwarda Gierka Zdając sobie sprawę z ograniczonej suwerenności, politycy ówczesnej lewicy ( „komuniści”) różnymi metodami starali się maksymalnie poszerzać margines zbiorowej i indywidualnej wolności, co na tle doświadczeń innych państw socjalistycznych pozwoliło nam czynić naszą kulturę i sztukę ciekawszą, bardziej otwartą na świat, naukę bardziej autonomiczną, a ówczesna polska publicystyka dziwnym trafem stawała się intelektualną i polityczną inspiracją również dla czytelników spoza granic naszego kraju.
W każdym razie, nie trudno przychodzi mi na podstawie faktów historycznych i wydarzeń zrekonstruować zawartość haseł wyższego rzędu, jakimi są „ polski interes narodowy”, czy „polska racja stanu” z okresu Polski Ludowej. Poświęciłam tej problematyce sporo miejsca z uwagi na rozmiar kłamstwa, jaki znajduję w opisach powojennych 45 lat. Uczestniczą w tym kłamstwie ludzie wielcy i mali, z przyczyn tylko im znanych kombinują na potęgę, jak zaprzeczyć temu, że na socjalizmie skorzystali. Zakłamują życiorysy swoich dziadów, ojców i własne. Nie wiem, czy są świadomi tego, że są w tym wszystkim śmieszni, a swą historyczno-polityczną mitomanią robią Polsce krzywdę.
Trzeciej RP towarzyszyłam z zaangażowaniem od początku, podobnie jak czyniła to zdecydowana większość polityków SLD. I w tym przypadku potrafię z grubsza opisać wszystko to, co wypełniało hasło „interesu narodowego”, czy polskiej „racji stanu”. W latach 90. lewica socjaldemokratyczna przyłożyła rękę do budowy nowego ustroju państwowego (demokracji pluralistycznej) i do uwolnienia procesów gospodarczych, czyli do akceptacji wolnej gospodarki rynkowej.
Byliśmy i jesteśmy dumni z u chwalonej w 1997 r. Konstytucji, ponieważ bardziej demokratycznej Polacy w swojej historii nie mieli. Głosi ona pochwałę kompromisu, pluralizmu, poszanowanie zróżnicowanych wartości i tradycji, praworządności i trójpodziału władz. Zawiera prawie kompletny katalog wolności i praw obywatelskich, a preambułę do Konstytucji uważam za arcydzieło polskiej myśli demokratycznej. W kategoriach kompetencji cywilizacyjnych, niezbędnych do przeprowadzenia udanej modernizacji życia społecznego i państwowego, lewica socjaldemokratyczna sprawdziła się jako siła polityczna, która w systemie demokracji liberalnej odpowiedzialnie współuczestniczyła w procesie urzeczywistniania konstytucyjnych zasad ustrojowych, wzorowanych na państwa Europy Zachodniej. W każdym razie należy stwierdzić, że z wprowadzeniem i respektowaniem nowych reguł instytucjonalnych poszło nam nad wyraz łatwo, choć niektórzy wypominali nam peryferyjność cywilizacyjną, czyli mentalnościowe niedostatki , charakterystyczne dla wschodu Europy.
Po uchwaleniu Konstytucji my wszyscy – „postkomuniści” – poparliśmy nasze strategiczne członkostwo w nowych sojuszach; najpierw w militarnym – NATO, a kilka lat później w gospodarczo –politycznym, czyli w Unii Europejskiej. Oba sojusze wymagają tego, aby zrzec się dla realizacji wspólnych celów części naszej suwerenności. W przypadku przystąpienia do Unii Europejskiej rząd SLD/UP oddał tę decyzję narodowi, który w referendum 7 i 8 czerwca 2003 r. miał odpowiedzieć na proste pytanie „Czy wyraża Pani/Pan zgodę na przystąpienie do Unii Europejskiej?” Przypomnę, że w referendum tym wzięło udział 17 576 714 obywateli; za przystąpieniem opowiedziało się 13 514 872 głosujących (77,45 proc.), przeciw – 3 935 655 (22, 55 proc.). Frekwencja wyniosła 58 proc.. Najwyższe poparcie dla przystąpienia wyrazili w tym referendum mieszkańcy województw opolskiego, zachodniopomorskiego, śląskiego, lubuskiego, warmińsko-mazurskiego i pomorskiego (wszędzie ponad 80 proc.). Najmniej zwolenników przystąpienia było w lubelskim (63,23 proc.), podlaskim (68,63 proc.), podkarpackim (70,08 proc.) i łódzkim (71,34 proc.). W Warszawie 84 proc. mieszkańców było „za”. Sąd Najwyższy uznał referendum za ważne.
Z zapewnieniem społeczeństwu dobrostanu szło w III RP znacznie gorzej. Szczególne „zasługi” na tym polu odniósł rząd Akcji Wyborczej Solidarność (AWS) i Unii Wolności (UW), kierowany przez Jerzego Buzka, który „wypracował” kolosalną dziurę budżetową. Znów powiało gospodarczą grozą. Mało kto dziś wspomina, że wiecznie rozmodlony ówczesny przywódca „Solidarności” – Marian Krzaklewski z pozycji porównywalnej z tą, którą dziś zajmuje J. Kaczyński, pomógł skutecznie rozregulować gospodarkę. Po przegranych w roku 2000 wyborach prezydenckich ten przeciwnik obecności Polski w UE przeniósł się do Komitetu Ekonomiczno-Społecznego …..Unii Europejskiej, gdzie reprezentuje NSZZ „Solidarność”. Nie słyszałam, aby w tym gremium, wbrew wcześniejszym zapowiedziom, skutecznie chrystianizował Europę. Niedawno pojawił się w Senacie, aby poprzeć narodowo-radykalną linię polityki PiS.
W latach 90. i później problemem dla większości polityków lewicy był sposób traktowania w domenie publicznej wartości egalitarnych, czyli równości, sprawiedliwości i bezpieczeństwa socjalnego. Przy odwoływaniu się do nich przez lewicę w debatach sejmowych natychmiast odzywali się urzędowi genetyczni demokraci, którzy w dyskusjach, odnoszących się do polityki społecznej ochoczo straszyli powrotem „komuny”, tak – jakby ludzie pracy najemnej w nowej rzeczywistości ustrojowej nie mieli prawa oczekiwać od państwa racjonalnego opiekuństwa socjalnego. W kontekście tym pojawiło się w charakterze straszaka pojęcie homo sovieticus, opisujące mentalność ludzi opornych na zmiany i nieprzystosowanych do życiodajnych procesów modernizacyjnych. Pomocną dłoń w tych wywodach podawali liberalnym ekonomistom czołowi polscy socjolodzy , wspomagając wszechobecne tezy propagandowe o zachowawczości i nieprzystosowaniu większości polskiego społeczeństwa do radzenia sobie w kapitalizmie według recept Sachsa/Balcerowicza.
Filozof Stanisław Rainko (znów na łamach „Res Humana”) słusznie zwraca uwagę na równoległe funkcjonowanie we współczesnych społeczeństwach wartości egalitarnych (patrz wyżej) i wartości liberalnych, czyli wolności, demokracji parlamentarnej, efektywnego rozwoju i praworządności, praw człowieka i obywatela. Autor ten jednak wątpi w to, czy oba typy wartości dadzą się łącznie urzeczywistniać, choć – dodałabym – w społeczeństwach pluralistycznych i demokratycznych oba są prawomocne. Myślę, że właśnie dlatego potrzebne są kompromisy, inaczej musi pojawić się groźba konfliktu społecznego na szeroką skalę. I jestem przekonana, że tego konfliktu nie uda się rozwiązać ciągotami populistycznymi, samowolą większości sejmowej, programem 500+, łamaniem Konstytucji, promowaniem jedności etnicznej i religijnej, atakiem na elity ( choć one są potrzebne każdemu ambitnemu społeczeństwu), wrogiego traktowania partnerów politycznych w kraju i zagranicą.
Mamy rok 2018 i za sobą bez mała trzyletnie rządy „Prawa i Sprawiedliwości” – partii, która po wygranych wyborach prowadzi nas na polityczne manowce, burząc z rozmysłem cały dotychczasowy dorobek już dwóch pokoleń Polek i Polaków. W stosunkach wewnętrznych drążą Polskę konflikty polityczne, w stosunkach zewnętrznych jesteśmy coraz bardziej osamotnieni, licząc już chyba tylko na jednego „kolegę”, ale on jest daleko i na dodatek interesują go głównie Chiny i Rosja. Jakoś mi się nie wydaje, żeby w tej konstelacji przewidywał miejsce dla nas.
Wkrótce przyjdzie nam się dowiedzieć, czy celem strategicznym klanu Kaczyńskiego jest wyprowadzenie Polski z Unii Europejskiej i osadzenie nas na samotnej „wyspie wolności” w pisowskim tego pojęcia rozumieniu. Powstaje więc pytanie, czy Polki i Polacy godzą się na takie rozumienie interesu narodowego i polskiej racji stanu i co w tym kontekście ważne – jak oceniają te procesy politycy lewicy?