Obiektywizm prezydenta

Wszyscy prezydenci III RP w czasie kampanii wyborczych podkreślali, że będą „prezydentami wszystkich Polaków”. Potem szybko się okazywało, że jednak czują się bardziej związani z ugrupowaniami politycznymi, z których się wywodzą.

To wobec tych ugrupowań byli mniej krytyczni. Rzadko im się zdarzało nie podpisać czegoś, na czym tym ugrupowaniom specjalnie zależało.
Z moich nieudolnych obserwacji wynika, że największy obiektywizm wykazywał Aleksander Kwaśniewski. Starał się to robić Lech Kaczyński, chociaż w w okresie, kiedy premierem był jego brat – bliźniak, niezależność prezydenta w ogóle nie była widoczna.

Prezydent dobry, czyli spolegliwy

Apogeum uzależnienia decyzji prezydenta od życzeń „partii i rządu” osiągnęliśmy jednak dopiero w czasie ostatnich czterech lat. Prezydent Andrzej Duda grzeszy wobec suwerena nie tylko łatwością podpisywania niedostatecznie przemyślanych ustaw. Jeszcze bardziej – moim zdaniem – grzeszy nienaturalną aktywnością w popieraniu rządowych koncepcji, pełnieniem roli agitatora w ich obronie przed krytyką opozycji i wątpliwościami obywateli, podsycanymi przez „ulicę i zagranicę”. Szczytem rozbieżności między deklaracjami pełnienia roli „prezydenta wszystkich Polaków” i politycznym zaangażowaniem w sankcjonowanie wątpliwych pomysłów władzy wykonawczej i ustawodawczej, jest trwająca od kilku miesięcy akcja walki z sądami i sędziami.

Atak na szeroko rozumiany wymiar sprawiedliwości ma charakter kompleksowy. Zaczął się od lekceważenia wyroków Trybunału Konstytucyjnego i opanowaniu go przez „swoich”, czyli uległych wobec rządzącej partii i jej rządu. Potem przyszła kolej na Sąd Najwyższy. Tu bitwa nie była w pełni wygrana, bastiony trzech izb pozostały niezdobyte i budząca u Prezydenta odruchy wstydu i zniecierpliwienia Pierwsza Prezes SN też pozostała na swojej barykadzie. Ale udało się stworzyć nową, wewnętrzną fortecę, której zadaniem ma być pilnowanie porządku, wyłapywanie niepokornych sędziów i ich przykładne karanie. A Pierwszej Prezes kończy się kadencja, więc postanowiono poczekać i potem doprowadzić do powołania „swojego człowieka”. Kandydaci już stoją w kolejce.

Teraz zostało zadanie najbardziej szerokie i tym samym najtrudniejsze. Podporządkować jedynie słusznej władzy i jej niesprecyzowanym ideom sądy powszechne, czyli te, które mają bezpośredni i codzienny wpływ na życie suwerena.

Sędziowie – wrogowie

Teoretyczne podstawy tych dokonanych i planowanych zmian były by śmieszne, gdyby traktowano je jako ćwiczenie akademickie z teorii zarządzania. Ale – niestety – nie są teorią, mają w realu zrewolucjonizować nasze sądownictwo. Aby zyskać przychylność obywateli, wymyślono cały pakiet argumentów, wyjaśniających nieodpartą potrzebę tej rewolucji.

Po pierwsze – wygraliśmy pierwsze i drugie wybory, bo 80 proc. społeczeństwa chciało, aby usprawnić działanie wymiaru sprawiedliwości. I to właśnie – mimo oporów ze strony „kasty” – robimy, chociaż efekty nie są na razie widoczne.Po drugie – musimy zmienić większość kadry sędziowskiej bo nie chce dobrej zmiany i nie potrafi jej wprowadzić. Pamiętajmy, że – cześć tej kadry została powołana jeszcze za czasów PRL i jest splamiona współpracą z komunistycznymi służbami i wydawaniem niesprawiedliwych wyroków na działaczy demokratycznego podziemia;
– są wśród nich ludzie nieuczciwi, korzystający z każdej okazji aby ukraść kawałek kiełbasy, kilkadziesiąt złotych albo część do jakiegoś urządzenia;
– wielu z nich wydaje wyroki zaniżone, stosując tylko prawo i nie biorąc pod uwagę społecznych nastrojów;
– uważają władzę sądowniczą za niezależną, utrudniając tworzenie ustroju, w którym życie kraju jest bezbłędnie sterowane z jednego miejsca. To miejsce jest na razie na skromnej ulicy Nowogrodzkiej w Warszawie, ale dożyjemy czasów, kiedy będzie górować nad miastem w ogromnym wieżowcu. Może nawet dwuwieżowym.
Po trzecie – musimy zapewnić niezawisłość i swobodę działania nowej Krajowej Rady Sądowniczej – z trudem utworzonego organu, którego skład składa się z ludzi rozumiejących potrzebę i stosowane metody zmian. Nie możemy jednak ujawniać, kto popierał ich wybór, bo złośliwi ludzie drugiego sortu mogliby mieć do nich pretensje.
I po czwarte – nie możemy dopuścić do tego, aby totalna opozycja wykorzystywała swoje znajomości i przenosiła wewnętrzny spór za granicę – zwłaszcza do Unii Europejskiej. Jak słusznie wykrzyczał pan Prezydent Duda – „nikt nam nie będzie dyktował w obcych językach, jak mamy organizować nasz wymiar sprawiedliwości”.

Na progu kampanii wyborczej

Analizując ten bardzo uproszczony zestaw argumentów, uzasadniających partyjno – rządową koncepcję uzdrowienia systemu wymierzania sprawiedliwości, nie znalazłem żadnych znaczących sugestii poprawy jego organizacji. A – moim zdaniem – właśnie w organizacji sądownictwa i prokuratury „der Hund ist begraben”. Wprawdzie tow. Lenin mówił, że „kadry decydują o wszystkim” i tow. Stalin to powtarzał, jednak samymi zmianami kadrowymi można wprawdzie ułatwić życie ludziom sprawującym władzę, ale nie skróci się procesów sądowych, nie zmniejszy skali niesprawiedliwych wyroków i nie ograniczy biurokracji.
Pan prezydent tak bardzo przejął się zadaniem poprawy wymiaru sprawiedliwości, że w ostatnich tygodniach mówi o tym przy każdej okazji. Mam wrażenie, że z dnia na dzień pogarsza mu się ocena sytuacji w sądownictwie i traci resztki sympatii dla sędziów. Jego krzykliwe przemówienia na ten temat wywołują wrażenie, że nie jest prezydentem, tylko przedstawicielem rządu odpowiedzialnym za wprowadzenie konkretnej ustawy. Nie porównuje głosów „za” i „przeciw”, udaje, że nie widzi protestujących autorytetów w kraju i zagranicą, nie rozważa celowości i konsekwencji proponowanych ograniczeń niezawisłości sędziów. Nie zastanawia się nad innymi koncepcjami, zwłaszcza sugerowanymi „w obcych językach”. Świadomie lub podświadomie umacnia podział społeczeństwa, zwracając się przede wszystkim do tych, którzy nie lubią „obcych”, wierzą, że jesteśmy bezgrzesznym narodem wybranym, mają pretensje do wszystkich sąsiadów.

Na piwnej imprezie w Katowicach pan prezydent zwrócił się do górników i hutników o pomoc w przekonaniu społeczeństwa, że trzeba nałożyć sędziom kagańce, uniemożliwiające okazywanie nieufności wobec poglądów i życzeń nieomylnej władzy. Nie poprosił o pomoc prawników, ubolewając przy okazji, nad niezrozumieniem prawa przez profesorów, zajmujących się tą dziedziną. Współczuję. To musi być bolesne uczucie, jak dochodzi się do wniosku, że dobrzy prawnicy już odeszli do lepszego świata, albo kierują tylko odnowionym Trybunałem Konstytucyjnym.
Przez kilka takich wypowiedzi pan prezydent dał nam do zrozumienia, że już nie jest „prezydentem wszystkich Polaków”, że przystępując do bitwy o drugą kadencję, postanowił być przedstawicielem jednej, zwycięskiej partii politycznej i jej wielbicieli. Sądzę, że nie mamy co liczyć na obiektywizm i pojednawczo – rozjemcze działania Prezydenta Andrzeja Dudy, także w innych kontrowersyjnych sprawach, które na pewno pojawią się na naszym nerwowym politycznym rynku. A to oznacza, że przed wrzuceniem kartki w majowych wyborach prezydenckich, trzeba bardzo wnikliwie rozważyć zalety i wady kandydujących pań i panów. Kilku moich przyjaciół jeszcze nie wie, na kogo zagłosują. Ale już wiedzą, że na pewno nie będzie to obecny prezydent.