Strajk, strajk i po strajku

– Od soboty, 27 kwietnia od 6 rano Związek Nauczycielstwa Polskiego zawiesza ogólnopolski strajk. Zawiesza, ale nie kończy – ogłosił na konferencji prasowej Sławomir Broniarz, prezes ZNP. Prezydium związku apeluje do premiera o to, by do 1 września zaproponował rozwiązania umożliwiające naprawę polskiej oświaty. Tego jednak trudno się spodziewać.

Mateusz Morawiecki już wczoraj pokazał, ile chce dać nauczycielom – „porozumienie” zawarte wyłącznie z „Solidarnością” nazwał dobrą propozycją, a w celu złamania bezprecedensowego strajku w szkołach zdecydował się na błyskawiczne przygotowanie noweli prawa oświatowego. Jak pisaliśmy wczoraj, daje ona dyrektorom szkół prawo jednoosobowego dokonania klasyfikacji uczniów, jeśli w szkole nie zbierze się rada pedagogiczna. Rząd zabezpieczył się również na wypadek sytuacji, gdyby dyrektorzy odmówili klasyfikowania. Wtedy oceny końcowe uczniom w ostatniej klasie szkoły średniej mieliby wystawić nauczyciele wskazani przez urzędników samorządu terytorialnego, organu prowadzącego placówkę.
Rząd pokazał nauczycielom, że są niepotrzebni – takie uczucie dominowało wczoraj wśród pedagogów, którzy strajkowali od 8 kwietnia. Był to największy protest pracowniczy w Polsce po 1989 r. Brało w nim udział 600 tys. nauczycieli szkolnych i przedszkolnych. Dziś część pedagogów przyjęła decyzję ZNP z poczuciem porażki. Inni jednak już zastanawiają się, co robić we wrześniu, jak organizować nowe protesty i jak reagować na skrajnie antynauczycielską postawę rządu.
– Strajk mógłby być prowadzony dalej. Prawda jest taka, że strajk trwałby w czasie matur. I nie zdołalibyście, Panie Premierze Morawiecki, rozwiązać tego problemu. Nie bylibyście w stanie zastąpić nauczycieli, zaryzykowalibyście dobro uczniów, skazalibyście ich na ten stres. Nie wzięliście za nich odpowiedzialności – dlatego bierzemy ją my. Nauczyciele i rodzice. I dlatego, w porozumieniu z samymi uczniami, podjęliśmy decyzję o zawieszeniu strajku, by zapewnić uczniom warunki do spokojnego ukończenia roku – mówił Sławomir Broniarz. Zaznaczył również, że nie mówi tylko w imieniu własnym.
– Stoję tu dziś naprzeciwko Pana nie ja, jeden związkowiec. Nie jeden związek zawodowy. Ale miliony ludzi. Rodzice, uczniowie i nauczyciele. I nie poddamy się – deklarował. Ostrzegał również, że jeśli rząd nie będzie rozmawiał z kolejnymi niezadowolonymi grupami zawodowymi, jesienią może mieć do czynienia z jeszcze potężniejszą, solidarną akcją protestacyjną.
ZNP zaznacza również, że nie przyłączy się do porozumienia zawartego z „Solidarnością”. Będzie natomiast promować własny program naprawy oświaty. Zapisano w nim wzrost nakładów na edukację do 5 proc. PKB, odchudzenie podstaw programowych, kształcenie umiejętności zamiast nauki pamięciowej, zmniejszenie biurokracji w szkołach, zwiększenie autonomii szkół i nauczycieli i wreszcie wzrost wynagrodzeń nauczycieli i pracowników oświaty.
Tymczasem Sejm w ekspresowym tempie przystąpił do prac nad maturalną specustawą. O 12.30 rozpoczęło się pierwsze czytanie, podczas którego prezes KPRM Michał Dworczyk przekonywał, iż ” państwo nie może być bezradne wobec takiej wyjątkowej sytuacji, państwo nie może być teoretyczne. Państwo musi działać, państwo musi stworzyć mechanizmy działania w tak ekstraordynaryjnych momentach”. Jak widać rozwiązanie ekstraordynaryjnej sytuacji poprzez merytoryczne, rzetelne rozmowy z nauczycielami nie było w ogóle brane pod uwagę.
Następnie posłowie PiS zawnioskowali o natychmiastowe drugie czytanie bez odsyłania projektu do komisji. Dworczyk nie ukrywał, że Sejm i Senat będą pracowały nad ustawą do późnych godzin nocnych. Dziś zaś miałby podpisać ją prezydent.

 

To strajk o przyszłość polskiej edukacji

Z prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego SŁAWOMIREM BRONIARZEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

MEN próbuje „obejść” zaplanowany strajk nauczycieli, który ma rozpocząć się 8 kwietnia i wprowadzić do szkół zewnętrznych egzaminatorów. Jak na to zareaguje Związek Nauczycielstwa Polskiego?
To działanie niezgodne z prawem pracy. Nie można „wypożyczać” pracownika. Przecież nauczyciel jest pracownikiem szkoły A i nie można go oddelegować do szkoły B. Na jakiej podstawie? Mobilizacja środowiska jest ogromna. Jak wynika z danych – wciąż jeszcze niepełnych, bo bez wiadomości z połowy województwa podkarpackiego – prawie 79 procent ogółu szkół w Polsce zamierza wziąć udział w strajku rozpoczynającym się 8 kwietnia br.

ZNP domaga się tysiąca złotych podwyżki dla nauczycieli i ma to być kwota dodana do pensji zasadniczej. Ze strony mediów rządowych i popierających rząd coraz częściej pojawiają się fake newsy o rzekomo wysokich zarobkach nauczycieli. Podawanie średnich zarobków jest zawodne, zatem jakiego rzędu kwot najczęściej spływają na konta nauczycieli?
W ostatnich dniach strona rządowa posługuje się kwotami średnich wynagrodzeń, by zamaskować mizerię nauczycielskich wynagrodzeń. Politycy operują tzw. średnim nauczycielskim wynagrodzeniem, które tak naprawdę istnieje tylko na papierze (nie jest to średnia znana z lekcji matematyki, tylko konstrukcja prawna). To pojęcie stworzone po to, by księgowi w gminach i powiatach mogli rozliczać się z MEN i Ministerstwem Finansów z subwencji oświatowej wypłaconej samorządom na utrzymanie szkół. Stawki te nie mają wiele wspólnego z realnymi zarobkami nauczycieli. Do średniej płacy wlicza się wszystkie dodatki nawet te przyznawane tylko jeden raz w ciągu kariery (odprawa emerytalna) np. dodatek za pełnienie funkcji kierowniczej, nagrodę jubileuszową, dodatkowe wynagrodzenie za pracę w porze nocnej. Mówiąc o zarobkach nauczycieli podajemy wynagrodzenia zasadnicze, które zaczynają się od 1834 złote netto. Doświadczony nauczyciel – dyplomowany – może liczyć na zarobki porównywalne ze stawkami kierownika sklepu.

Oświatowa „Solidarność” domaga się podwyżki o połowę mniejszej, ale w Krakowie grupa nauczycieli z tego związku podjęła okupację kuratorium i protest głodowy. Poza tym zadeklarowała niechęć do współpracy z ZNP. Jak Pan odbiera ten ruch „S”? Jako szczery, czy jako próbę „przechwycenia” protestu?
Postulaty oświatowej „Solidarności” cały czas topnieją. Władze „S” w styczniu br. żądały dwóch podwyżek po 15 procent. Teraz chcą już tylko jednej – o 10 procent. I już nie upominają się o płace pracowników szkolnej administracji i obsługi. To jest bardzo przykre patrząc na to, co dzieje się teraz w szkołach i przedszkolach. Determinacja środowiska jest ogromna. Ludzie widzą, jak zachowuje się kierownictwo oświatowej „Solidarności” i współpracują z nami. Tak się dzieje w wielu szkołach na przykład w Poznaniu, Toruniu, Chorzowie.

Kończy się referendum w sprawie strajku. Czy docierają do Pana informacje co do tego, czy jest masowe poparcie nauczycieli dla strajku?
Poparcie dla strajku jest bardzo duże. Za udziałem w strajku, było aż 91 procent szkół, w których odbyło się referendum. To oznacza, że tylko w 9 procent szkół i przedszkoli, w których przeprowadzono referendum, pracownicy nie wyrazili chęci udziału w strajku.

Propaganda rządowa przypuściła ostry personalny atak zmierzający do zdyskredytowania Pana. Media prorządowe, w tym TVP bezustannie to eksploatują. Także na łamach „Gazety Polskiej” umieszczono okładkę z personalnym atakiem na Pana…
Łatwiej atakować mnie niż nauczyciela zarabiającego 1800 złotych, bo co do tego, że zarobki nauczycieli się za niskie, wszyscy się teraz zgadzają. Nawet prawica.
Wydaje się, że jeśli nauczyciele przegrają ten strajk, to szanse na poprawę ich materialnego bytu przepadną na kilka co najmniej lat niezależnie od tego, kto będzie rządził. Co Pan o tym sądzi?
Choć zabrzmi to górnolotnie, ten protest jest tak naprawdę protestem o przyszłość edukacji w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Strajk nauczycieli puka do drzwi

25 marca w szkołach odbędą się referenda strajkowe, zaś 8 kwietnia, jeśli taka będzie wola nauczycielek i nauczycieli, rozpocznie się bezterminowy protest – ogłosił dziś przewodniczący ZNP Sławomir Broniarz.

Prezydium związku zawodowego, który od ponad roku domaga się podwyższenia wynagrodzeń nauczycieli o 1000 zł, ustaliło treść pytania, jakie zostanie postawione uczestnikom referendum strajkowego. Będzie się ono odnosić właśnie do ignorowanych przez MEN postulatów finansowych pedagogów: „Czy wobec niespełnienia żądania do podwyższenia wynagrodzeń zasadniczych o 1000 złotych z wyrównaniem od 1 stycznia 2019 roku jesteś za przeprowadzeniem w szkole strajku?”. Jeśli w referendum zagłosuje przynajmniej połowa uprawnionych, w poniedziałek 8 kwietnia nauczyciele przerwą pracę – do odwołania.

Na konferencji Sławomir Broniarz mówił o tym, że nauczyciele wyczerpali wszystkie formy prowadzenia dialogu. Podkreślał, że uczestnictwo w Zespole ds. Statusu Zawodowego Nauczycieli i rozmowy z minister Anną Zalewską nic nie dawały.

– Nie było ze strony MEN żadnej woli do negocjacji – podsumował związkowiec. Trudno się z nim nie zgodzić w świetle tego, jak Anna Zalewska traktowała nauczycieli, ostentacyjnie porozumiewając się głównie z prorządowym związkiem zawodowym, „Solidarnością”, a w mediach rozpowszechniając zawyżone szacunki dotyczące płac w szkołach.

ZNP informuje, że w spór zbiorowy z pracodawcami weszło w zależności od województwa od 82 do 85 proc. szkół i przedszkoli. W skali całego kraju – 78 proc. Mobilizacja środowiska nauczycielskiego jest faktycznie wyższa niż kiedykolwiek. W grupach zrzeszających nauczycieli w mediach społecznościowych nieustannie padają wezwania, by działać „teraz albo nigdy”, zawalczyć o szacunek dla zawodu i przyszłość samych szkół, którym już obecnie trudno przyciągać utalentowanych absolwentów wyższych uczelni. Tych pedagogów, którzy jeszcze wahali się, czy strajkować, mobilizują pełne pogardy komentarze prawicowych polityków dotyczące ich pracy. Jak sugestia Krzysztofa Szczerskiego, że nauczycielki i nauczyciele mogą dostać pieniądze jak wszyscy Polacy, w postaci 500+ na urodzone/spłodzone dzieci, więc nie powinni mieć o nic pretensji.

W podobnym duchu wypowiedział się zresztą wiceminister edukacji narodowej Maciej Kopeć, odpowiadając na zapowiedzi ZNP. Powtórzył wielokrotnie obalane przez związek dane o rzekomych wysokich podwyżkach i zarobkach w szkolnictwie. Przekonywał także, że nauczyciele nie mają powodów do zmartwień, bo przecież trafiają do nich transfery społeczne wprowadzone przez PiS, a teraz, wraz ze zwolnieniem najmłodszych dorosłych z płacenia PIT-u, dojdą następne korzyści.

Z poparciem dla nauczycieli wystąpiła natomiast lewica. – Wielu wchodziło w ten zawód z poczuciem misji. Wielu się wypalało i zostawało z narastającymi frustracjami. Dość tyrania za jałmużnę. Dość wydawania grubych milionów na deformę edukacji – pisze na Facebooku partia Razem.

Pogadać o szkole

To wymaga odwagi!

Nie lękajcie się! – powiedział Sławomir Broniarz słowami papieża Polska do kolegów szykujących się do strajku. Do szefowej MEN natomiast skierował ostrzeżenie: „Jest to czas, żebyśmy rzeczywiście porozmawiali!”.
– Wydaje się, że jest czas na to, żebyśmy rzeczywiście rozmawiali, natomiast jeżeli pani minister mówi, że kolejna transza podwyżkowa będzie od września, to wprowadza państwa w błąd albo nie pamięta własnego projektu ustawy – mówi szef ZNP. – Tam jest napisane, że będzie od września do grudnia, więc pani minister już tutaj manipuluje faktami.
Tymczasem Anna Zalewska najwyraźniej nie ma ochoty na serio pogadać o szkole, bo powtarza swoją mantrę o podwyżkach, które wcześniej rozpisała – i o których nauczyciele wielokrotnie już mówili, że nie spełniają ich oczekiwań i nic się w tej materii nie zmieni, niezależnie od tego, jak bardzo Zalewska będzie zaklinać rzeczywistość.
– Pani minister stale prezentuje pogląd, że wydaje miliardy na płace nauczycieli. Tylko tyle, że ten iloraz w dzieleniu na kilkaset tysięcy moich koleżanek i kolegów daje wielkość podwyżki na poziomie 120 – 160 złotych na etat – podsumował Broniarz po raz 273535. – a nie wiem, z kim pani minister negocjuje, natomiast jeżeli w dalszym ciągu w przestrzeni publicznej pojawiają się te same deklaracje, te same zapowiedzi i te same niestety puste zwroty, to ja nie rokuję dobrze jakimkolwiek potencjalnym negocjacjom z panią minister edukacji narodowej.
Znanym faktem jest, że Anna Zalewska nie jest zainteresowanie rozmową nie tylko z potencjalnie strajkującymi, nie była również zainteresowana spotkaniami Rady Unii Europejskiej do spraw edukacji. Zainteresowała się nimi dopiero kiedy okazało się, że PiS wystawi ją na eurolistach.
Na dziewięć spotkań od 2015 roku uczestniczyła w jednym, na czterech w ogóle nie pojawiła się polska delegacja. Kolejne zebranie Rady planowane jest na 22 i 23 maja, tuż przed planowanymi wyborami do Parlamentu UE. Wówczas strajk nauczycieli prawdopodobnie będzie już w rozkwicie. Ogarnąć może nawet 75 proc. placówek i 300 tys. pedagogów zrzeszonych w 3 związkach.
Sławomir Broniarz uważa, że to „pokazanie środkowego palca” nauczycielom przez Zalewską, która w maju najwyraźniej zamierza spakować swoje manatki i uciec od rozkładu, w którym znajduje się nauczycielskie morale i nauczycielskie wynagrodzenia.
– Pragnę zwrócić uwagę na to, z jakim bagażem minister Zalewska pójdzie do Europarlamentu – mówi Broniarz. – To powinien być zaszczyt, nagroda, a wygląda na to, że daje się złoty spadochron ministrowi, który zdemolował edukację. W tym samym momencie, gdy będzie się kończyła rekrutacja i dzieci będą biegały od szkoły do szkoły, minister Zalewska będzie ze swoim radosnym uśmiechem wybierała się do Europarlamentu.
Z poradami życiowymi dla nauczycieli wystąpił również kolejny specjalista: Krzysztof Szczerski, który de facto kazał pedagogom wziąć się za płodzenie młodych Polaków i żyć z 500 plus.
Już nawet Andrzej Duda uznał tę wypowiedź za „wyjątkowo niefortunną”. Szczerski przeprosił. Ale przeprosić powinien tak naprawdę polskie kobiety, które po raz kolejny dla 40 – i 50-latków z partii rządzącej okazały się chodzącymi inkubatorami.
– Wydaje się, że to była wypowiedz nieprzemyślana, krzywdząca i obraźliwa naprawdę nie tylko dla nauczycieli – oświadczył przewodniczący ZNP. – Dotyczy nie tylko nas nauczycieli, ale milionów polskich rodzin, które mają dzieci nie po to, aby dostawać 500 plus i nie z takim zamysłem kobiety rodzą dzieci, żeby wzbogacać swój budżet.
Bo nie zapominajmy, że owoce tego wzbogacania budżetu trzeba będzie kiedyś posłać do szkoły – a część z dzieci urodzonych dzięki hojności rządu PiS być może sama w tej szkole skończy, ucząc matmy za niewiele ponad najniższą krajową.
Strajk nauczycieli wybuchnie, bo innej możliwości po prostu nie ma. Chyba że faktycznie za Annę Zalewską przyjdzie „minister od policji” Jarosław Zieliński i zrobi porządek z całym tym towarzystwem. Przypomnijmy, że w resorcie edukacji nie chciał go nawet najpamiętniejszy z pamiętnych ministrów, Roman Giertych.
„Słowo wyjaśnienia, dlaczego nie mogłem zaakceptować Jarosława Zielińskiego jako wiceministra MEN. Po krótkim, pobieżnym spotkaniu, odniosłem bowiem wrażenie, że ubiegający się o pozostanie moim zastępcą poseł PiS nie nadaje się nawet na woźnego w szkole podstawowej” – napisał na Twitterze.

Pani minister nie wie, co to dialog

„Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego – mówi Kamili Terpiał (wiadomo.co) Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

PO: Gdzie są pieniądze dla nauczycieli?
– Rodzice i nauczyciele są zaniepokojeni tym, że w sobotę nie padła żadna propozycja dla nauczycieli. Czekamy zatem na konkretne, realne decyzje rządu i na to, aby nauczyciele otrzymali podwyżki, aby poprawiła się ich sytuacja finansowa. Uniki minister Anny Zalewskiej i brak dialogu powodują, że sytuacja jest coraz bardziej napięta. Najpilniejszy problem to zapobiec strajkowi nauczycieli i to jest odpowiedzialność rządu – mówiła na konferencji prasowej była minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas z PO.
Posłowie opozycji żądają od premiera Mateusza Morawieckiego, aby spotkał się z przedstawicielami wszystkich związków zawodowych i rozwiązał problem podwyżek dla nauczycieli. – PiS w tej sprawie zachowuje się nie jak partia rządząca, tylko jak ludzie owładnięci żądzą rządzenia, myślą tylko o tym, jak wygrać wybory – dodaje poseł PO Rafał Grupiński.
Przypominają, że w miniony piątek na ich wniosek zwołane zostało specjalne posiedzenie sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży, na której poruszony został temat podwyżek dla nauczycieli, ale bezskutecznie.
– Pani minister Anna Zalewska nie zdaje sobie sprawy z sytuacji, w którą nas wszystkich wpycha, a przede wszystkim nauczycieli. Minister Zalewska, mimo iż patrzy w kierunku Brukseli, powinna spojrzeć na to, co po sobie zostawia. Nie bierze pod uwagę tego, że chcemy pomóc. Zaproponowaliśmy poprawkę do budżetu, która miała pomóc samorządom w złagodzeniu skutków podwójnego rocznika oraz przeznaczała 2 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. W budżecie zaproponowanym przez PiS nie ma żadnych dodatkowych pieniędzy na ten cel – oburza się posłanka Urszula Augustyn, była wiceminister edukacji.

PSL składa projekt ustawy zakładający 1000 złotych podwyżki
– Rząd chciał stworzyć wrażenie, że dba o wszystkich Polaków, niestety tak nie jest. Jest wiele grup społecznych, zawodowych, które od wielu miesięcy protestują, domagają się podwyżek, lepszego traktowania, prawdziwej rozmowy. Ich postulaty nie zostały uwzględnione w propozycjach rządowych – mówił w Sejmie prezes PSL.
Dlatego zaprezentował projekt ustawy podnoszący wynagrodzenia dla nauczycieli. – To grupa zawodowa, która od wielu miesięcy walczy o lepszą jakość nauczania w Polsce, o to, żeby dzieciaki miały lepszy dostęp do wiedzy, żeby ta wiedza była jak najstaranniej przekazywana, żeby była nie tylko edukacja, ale i wychowanie w szkole. Walczą o to, żeby rodzice byli spokojni o przyszłość swoich dzieci i oczywiście o to, żeby warunki pracy nauczycieli były jak najgodniejsze – tłumaczył Władysław Kosiniak-Kamysz.
Projekt zgłoszony przez ludowców zakłada podwyżkę dla wszystkich nauczycieli: stażystów, dyplomowanych i mianowanych o 1000 złotych.

Broniarz: Nastroje są bojowe

KAMILA TERPIAŁ: Ostatnie obietnice PiS przelały czarę goryczy? Jest pan wkurzony na rząd?
SŁAWOMIR BRONIARZ: To budzi we mnie ogromną irytację. Jest rzeczą niedopuszczalną, że nagle dowiadujemy się, że są ogromne pieniądze, choć budżet jest już zamknięty.

Wiele razy nauczyciele słyszeli, że nie ma pieniędzy na podwyżki. Czuje się pan oszukany?
Tak. Od dawna byliśmy informowani, że rząd stać najwyżej na 100 złotych podwyżki. Tak samo, jak państwa nie stać na 500 złotych dodatku dla niepełnosprawnych i ich opiekunów. Politycy PiS-u prosto w twarz byli w stanie mówić, że nie ma pieniędzy. To straszne. Potem nagle okazało się, że PiS, jak królik z kapelusza, wyciąga 40 miliardów złotych. Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego. Myślę, że przelała się taka dawka emocji, jak po stu spotkaniach związkowych i objeździe całej Polski. Nastroje są bojowe.
Oliwy do ognia dolewa fakt, że znika jakikolwiek dialog związkowy, a zastępuje go rozmowa rządu z „Solidarnością”. Centrum dyskusji przeniosło się na ulicę Nowogrodzką. Tylko patrzeć, jak rząd będzie reaktywował Centralną Radę Związków Zawodowych, na której czele stanie Duda. To też budzi niepokój, bo do tej pory wydawało się, że jednak pewne normy cywilizowanej debaty, a przynajmniej jej pozory będą obowiązywały.

Minister edukacji przekonuje, że od początku robi, co może, i dlatego nauczyciele dostali od stycznia podwyżki.
Mówimy nie tylko o podwyżkach, ale także o braku jakiejkolwiek wizji, która pokazywałaby, że edukacja jest w stanie sprostać oczekiwaniom XXI wieku. Gdyby nie nauczyciele i ich kolosalny wysiłek, to wszystko, co minister edukacji wygenerowała w ciągu ostatnich 3 lat, zniszczyłoby doszczętnie polską szkołę. Tylko nauczycielom zawdzięczamy to, że nie doszło do najgorszego. Za to wszystko proponuje się nam podwyżkę w wysokości od 83 do 115 złotych netto i przekonuje, że więcej nie ma. Poza tym ta podwyżka została nam narzucona, nie była przedmiotem żadnej dyskusji i negocjacji. Minister przyszła na spotkanie tylko po to, aby zakomunikować, że jest tyle i więcej nie będzie.
Pani minister nie wie, co to jest dialog. Nie ukrywam mojego wielkiego rozgoryczenia i rozczarowania.

Strajk jest właściwie przesądzony?
Rozpoczynamy referendum, które będziemy chcieli zakończyć maksymalnie 22 marca, po to, aby przygotować sam strajk. Cieszymy się, że do strajkujących nauczycieli i członków ZNP coraz liczniej dołączają przedstawiciele „Solidarności”. Przed chwilą na Twitterze przeczytałem wpis jednego z członków „S”, który twierdzi, że nie obchodzi go stanowisko jego kierownictwa, za to popiera nasze działania i postulaty.

Czyli strajk odbędzie się już na początku kwietnia, podczas egzaminów gimnazjalnych i ośmioklasisty?
Ta decyzja zostanie zakomunikowana 5 marca. Musi się pani uzbroić w cierpliwość.

Nie tylko ja. Nie boi się pan gniewu rodziców?
Poziom niezadowolenia rodziców oczywiście bierzemy pod uwagę. Ale powtarzam wszem i wobec, że nie mamy innej możliwości, chociaż będziemy starali się przeprowadzić to jak najbardziej bezboleśnie. Większą szkodą dla dzieci jest petryfikowanie tego stanu rzeczy – uczą nas nauczyciele, których udajemy, że wynagradzamy, i którym proponujemy 1850 złotych miesięcznie. Jeżeli taka sytuacja się utrzyma, to we wrześniu do szkoły przyjdzie nieliczna grupa nauczycieli, których ta kwota zadowala. Inni będą po prostu szukać pracy w innych zawodach. Dlatego tłumaczymy rodzicom, że to wbrew pozorom leży w interesie ucznia i przyszłych pokoleń. Powinniśmy zrobić wszystko, aby nauczyciele nie byli zmuszani do pracy za najniższe wynagrodzenie w kraju.
Cieszymy się, że w Europie jest Bułgaria i Rumunia, bo inaczej bylibyśmy na szarym końcu, a tak zajmujemy zaszczytne trzecie miejsce od końca.

Domagacie się podwyżki w wysokości 1000 zł. Ile w sumie to kosztowałoby budżet państwa?
Mamy 700 tysięcy nauczycieli, naszym zdaniem zmieścilibyśmy się w kwocie do 10 miliardów złotych. Nieprawdą są wyliczenia ministerstwa edukacji, które mówi o około 17 miliardach. To są astronomiczne pieniądze. Ale moje podejście zmieniło się, gdy usłyszałem, że nagle rząd jest w stanie dać 11 miliardów złotych emerytom, przy całym szacunku dla dorobku tej grupy. Premier rozbudził takie emocje i nadzieje, że puściły wszelkie ograniczenia. Przypominam, że płaca nauczyciela dyplomowanego od 1 stycznia wynosi niecałe 2500 tysiąca złotych netto. Rodzina młodych nauczycieli z dwójką dzieci, którzy zarabiają po 1850 złotych po podwyżce, żyje na poziomie poniżej minimum socjalnego.

Poseł PiS apeluje do rodziców do pozywania ZNP za „utracone szanse uczniów”. Słyszał pan o tym?
Wiedza nie boli, ale brak wiedzy już tak. Panu posłowi, który rozpowszechnia te nieprawdziwe wiadomości, polecam lekturę ekspertyz prawnych. Nie ma takiej możliwości. Stroną może być ministerstwo edukacji i Centralna Komisja Egzaminacyjna, a nie nauczyciel.
Zbliżają się egzaminy i przypominam wszystkim, że aby się odbyły, potrzebny jest nie tylko uczeń i nauczyciel, ale także egzaminator, który je sprawdzi. Minister edukacji zepchnęła to na bok, trochę podwyższyła stawki za taką pracę, ale większość i tak nie zamierza się za takie pieniądze angażować.
To jest zresztą kolejny problem.

Groźba strajku może doprowadzić do tego, że i dla nauczycieli pieniądze się znajdą?
Walczymy nie tylko o pieniądze, ale o to, aby edukacja była postrzegana nie jako zło konieczne i dziura budżetowa, tylko jako element prorozwojowy, decydujący o przyszłości tego kraju. Jeżeli mamy być Europejczykami także w zakresie płacowym – tak twierdzi przecież premier Mateusz Morawiecki – to chcemy zarabiać tak jak zarabiają Europejczycy. A płace nauczycieli w tej chwili wynoszą 50 proc. tego, co jest w krajach UE. To przepaść.

Odetchnął pan z ulgą po informacji, że Anna Zalewska będzie kandydowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego?
Wcześniej pani minister twierdziła, że nie będzie kandydować w tych wyborach, bo musi dokończyć swoją reformę. Przykre jest też to, z jakimi wartościami występuje – neguje dialog, nie szanuje partnerów, nie wie, co to kompromis.
Jest osobą, która ma problem ze zdefiniowaniem wartości, które decydują o funkcjonowaniu UE.

To ucieczka?
Złoty spadochron, który partia zafundowała pani minister, ma chyba służyć do pozbycia się jej z Polski, po to, aby wyciszyć awanturę, która toczy i będzie się toczyć wokół edukacji. W trakcie wyborów europejskich 720 tysięcy uczniów będzie biegało od komputera do komputera albo od szkoły do szkoły, aby znaleźć sobie miejsce w szkole ponadgimnazjalnej. To jest efekt tego, że w 2016 roku minister Zalewskiej zabrakło wiedzy i wyobraźni, na pierwszym planie była dyspozycja polityczna. Powiem szczerze, że wolałbym, aby takie osoby nie reprezentowały Polski na forum Parlamentu Europejskiego.