Wysokie podatki to nie socjalizm

Istnieje wiele nieporozumień dotyczących socjalizmu, jednym z nich jest niesamowicie powszechny pogląd, że socjalizm to ekstremalnie wysokie podatki. Tak naprawdę jednak socjalizm nie oznacza wcale wysokich podatków.

Socjaliści chcą uspołecznienia pracy i stopniowej eliminacji systemu kapitalistycznego. W takim świecie nie będzie potrzeby zbierania podatków od kapitału, bo nie będzie już kapitału.

Jeśli trzeba będzie wybudować domy dla bezdomnych, to kolektyw podejmie taką decyzję i zostanie to zrobione. Jeśli trzeba będzie ratować planetę, to nie będziemy modlili się o cud, czy o zielone nawrócenie koncernów i czekali na darowizny od Bezosa, ale opracujemy stosowne plany i zwyczajnie je zrealizujemy.

Wysokie podatki mogą być narzędziem okresu przejściowego, ale docelowo nie są wcale tożsame z socjalizmem. Na tej samej zasadzie żądania wysokich płac w kapitalizmie nie są wcale walką o socjalizm, czy jakąś docelową, socjalistyczną strategią. Istnieje wiele nieporozumień dotyczących socjalizmu, jednym z nich jest niesamowicie powszechny pogląd, że socjalizm to ekstremalnie wysokie podatki. Tak naprawdę jednak socjalizm nie oznacza wcale wysokich podatków.

Socjaliści chcą uspołecznienia pracy i stopniowej eliminacji systemu kapitalistycznego. W takim świecie nie będzie potrzeby zbierania podatków od kapitału, bo nie będzie już kapitału.

Jeśli trzeba będzie wybudować domy dla bezdomnych, to kolektyw podejmie taką decyzję i zostanie to zrobione. Jeśli trzeba będzie ratować planetę, to nie będziemy modlili się o cud, czy o zielone nawrócenie koncernów i czekali na darowizny od Bezosa, ale opracujemy stosowne plany i zwyczajnie je zrealizujemy.

Wysokie podatki mogą być narzędziem okresu przejściowego, ale docelowo nie są wcale tożsame z socjalizmem. Na tej samej zasadzie żądania wysokich płac w kapitalizmie nie są wcale walką o socjalizm, czy jakąś docelową, socjalistyczną strategią. To sprawa na teraz, doraźna poprawa sytuacji ludzi, którzy są wyzyskiwani i zwyczajnie zasługują – jak każdy – na godne życie.

Pudrowanie trupa kapitalizmu socjalistów niebyt interesuje, bo wiedzą oni, że jeśli ktoś egoistycznie wywalczy sobie lepsze warunki w kraju A, to gdzieś w kraju B ktoś inny zacznie w ich imię umierać pod kapitalistycznym butem.

Walka o socjalizm to walka o kurczenie kapitałocenu.

Minimum programu socjalistycznego w kapitalizmie, to w związku z powyższym walka o zmniejszanie spektrum prywatnej własności.
Dlatego jeśli Krajowy Plan Odbudowy, to nie przez prywatnych firm. Jeżeli lepszy system ochrony zdrowia, to bez kontraktów dla prywatnych jednostek. Jeśli inwestujemy w OZE z budżetu, to niech zajmują się tym publiczne firmy dające dobre warunki pracy dla tych, którzy tracą pracę w górnictwie. Jeśli robimy program wymiany pieców, to niech robi to publiczne przedsiębiorstwo albo spółdzielnia… Itd…

Środki publiczne tylko w podmioty publiczne.

Więcej rynku? Jeszcze czego!

Utarło się w Polsce przeświadczenie elit, mediów i całego mainstreamu, że państwo jest miejscem komfortu dla najbogatszych i elit, a zdecydowana większość ma się męczyć w wyścigu szczurów i nie oczekiwać gwarancji nawet jakichkolwiek podstawowych dóbr.

Nie mamy prawa oczekiwać, że państwo potraktuje poważnie naszą potrzebę posiadania mieszkania, pożywienia, czy czystego powietrza (UWAGA: STRASZNY KOMUNIS). Przez dekady maksymalnej, neoliberalnej propagandy weszło to ludziom tak do krwi, że często nawet biedni oburzają się na to, że ktoś proponuje by mieszkanie miał każdy, a praca była krótsza i po prostu znośna.

To jest największa potworność, bo systemowo usprawiedliwione jest zaszczuwanie ludzi pracy brakiem elementarnego bezpieczeństwa. A potem te same elity, które są wściekłe, że posiadanie dziecka uprawnia do jakiegokolwiek wsparcia od państwa, dumają nad rosnącymi wskaźnikami chorób psychicznych, czy niską jakością polskiej demokracji i słabym poziomem czytelnictwa.

Bo płaca poniżej minimalnej i groszowa renta, czy emerytura to żadna przemoc – to zachęta!!!

No to teraz kilka słów prawdy. Gospodarka nie jest od zaszczuwania. System nie ma działać na zasadzie bata i grozić śmiercią na mrozie bez dachu nad głową. Pieniądz jest tam, gdzie go umieścimy i gdzie dokonamy redystrybucji. Ludzkość potrafi też pracować bez groźby deklasacji i upadku na samo dno. Istnienie szajki miliarderów obok umierających z głodu jest barbarzyńskim zwyrodnieniem takim samym, jak eugenika, wojna i faszyzm. Ludzkość stać na komfort, zasługuje na komfort. A proludzki system społeczny i gospodarczy nie jest od wrzucania nędzy, bezdomności i śmierci, jako rynkowych opcji do stymulowania zysku najbogatszych.

I o to walczymy w socjalizmie. Odrynkowienie podstawowych dóbr! Teraz!
Kapitalizm nie widzi problemu.

Jesteś biedny? To nie jesz… I nigdy nie pytaj o milionerów, czy też o „klasę średnią” z pięciocyfrowymi zarobkami… Twoje cierpienie jest im potrzebne. Tak samo upodlenie.

Lewica nie może być przybudówką liberałów

– Mam szacunek dla tych, którzy gotowi są wejść w sam środek polityki. Tam, gdzie można realnie o coś zawalczyć, wygrać albo przegrać. Walka o to, kto jest najprawdziwszą lewicą i kto najbardziej ma rację w Internecie mnie nie interesuje – mówi Maciej Konieczny, poseł Lewicy Razem, w rozmowie z Małgorzatą Kulbaczewską-Figat i Julią Anną Lauer.

MAŁGORZATA KULBACZEWSKA-FIGAT: Minął już ładny kawałek czasu, odkąd złożyłeś ślubowanie poselskie, wznosząc pięść w górę w socjalistycznym pozdrowieniu (i wkurzyłeś prawicowe media jak mało kto). Co w sejmie osiągnąłeś, jako poseł-socjalista, od tego czasu? Czy raczej postrzegasz swoją rolę jako przypominanie, czym lewica właściwie jest?

MACIEJ KONIECZNY: Jak by nie patrzeć, Sejm w jakimś stopniu jest emanacją naszego społeczeństwa. Jak się można domyślić socjaliści nie są w polskim sejmie potęgą. Udaje nam się jednak przesuwać debatę trochę na lewo. Oto okazuje się, że są w Sejmie demokratyczni socjaliści i reszta chcąc nie chcąc musi jakoś się do tego odnosić.

JULIA ANNA LAUER: Czyli nie jesteś jedyny?

Jest praktycznie całe Razem, jest Agnieszka Dziemianowicz-Bąk… całkiem sporo. I bardzo dobrze. Oby jak najwięcej. Ostatnią rzeczą, jakiej bym chciał, to być samotnym socjalistą w sejmie w opozycji do wszystkich. Jak komuś wystarcza obnoszenie się ze swoim radykalizmem, to powinien raczej zostać youtuberem niż politykiem. Chciałbym, żeby socjaliści i socjalistki dominowali w polskiej polityce.

MKF: Do tego jeszcze daleka droga. Dla prawicowych polityków „socjalista” to nadal obelga. Sprzyjające im media robią wszystko, żeby ludzie myśleli podobnie.

Trochę się na szczęście zmienia. Dzięki naszej obecności w Sejmie ludzie przyzwyczajają się do tego, że lewica to ci, którzy upominają się o pracowników czyli o większość społeczeństwa. Dotąd słuchając polityków można by pomyśleć, że w Polsce mieszkają sami przedsiębiorcy, którzy bardzo wcześnie wstają, żeby samodzielnie wykuwać w PKB w garażu. My nie uprawiamy kultu przedsiębiorczości. Chcemy zorganizować Polskę sprawiedliwie i sprawiedliwie dzielić to, na co wszyscy pracujemy.
W polskiej polityce parlamentarnej to nowość. Teraz nawet jeżeli głos zabierają prawicowi politycy PO, PSL-u czy PiS-u to coraz częściej sami zwracają się do nas jako tych, którzy reprezentują pracowników, a nawet sami coraz częściej mówią o “przedsiębiorcach i pracownikach”. Długa droga przed nami, ale udało nam się skutecznie wsadzić nogę w drzwi.
Miejmy nadzieję, że w kolejnych wyborach ludzie pracy będą już lepiej kojarzyć, kto w parlamencie bije się o poprawę ich losu. O to żeby warunki pracy były stabilne, płace godne, a czynsze niskie.

MKF: Ale w klubie Lewicy też są osoby, które dużo sprawniej posługują się hasłami wspierania firm, pomocy dla przedsiębiorców, ratowania biznesu niż stają po stronie ludzi pracy.

Nie ma co ukrywać, że sejmowy klub Lewicy jest mocno eklektyczny. Nic dziwnego – powstał przecież z różniących się jednak elementów. Liberalno-progresywnej Wiosny, do której sporo osób przyszło z Nowoczesnej czy Ruchu Palikota, tradycyjnej instytucjonalnej i propaństwowej partii, jaką jest SLD, łączącej w sobie różne nurty, jeżeli chodzi o gospodarkę oraz mocno lewicowego w każdym wymiarze Razem. Jest oczywiście również odbudowujący się PPS. Przyznam, że efekt tego połączenia zaskoczył mnie dość pozytywnie. Udało się narzucić całości socjalny i równościowy rys. Jest jasne, że klub Lewicy opowiada się za sprawiedliwymi czyli progresywnymi podatkami, wzmocnieniem Państwowej Inspekcji Pracy, publicznym budownictwem mieszkaniowym czy tym, żeby pomoc w czasie kryzysu trafiała bezpośrednio do pracowników. Nie oznacza to oczywiście, że klub jest dokładnie taki, jaki bym sobie wymarzył ja czy jakiego by chciała partia Razem. Nic w tym dziwnego, mówimy w końcu o koalicji. Trudno mieć pretensje o to, że różne partie są różne. Wiedzieliśmy o tym, decydując się na wspólną drogę. Naszą rolą jest przeciągać całość jak najbardziej w lewo.
MKF: Skoro zatem klub nie jest lewicą waszych marzeń, to czym będzie się różnił wasz program na następne wybory od tego, co jest głoszone obecnie? Załóżmy, że będziecie pisać ten program samodzielnie, nawet jeśli po wyborach znowu zostanie zawiązana koalicja.

Jeśli zapytać Polaków, co jest najważniejsze, odpowiedzą: służba zdrowia, mieszkanie, praca. Na tym będziemy budować.

Mocno wybrzmieć musi postulat Lewicy podniesienia nakładów na ochronę zdrowia do poziomu rozwiniętych państw czyli 7 proc. PKB. Bez ściemniania, że można mieć działający system bez zwiększenia środków. Te środki muszą iść na ochronę zdrowia która jest sprawna i ogólnodostępna. Dlatego sprzeciwiamy się prywatyzacji i komercjalizacji. Na ostatnim posiedzeniu Sejmu mówiłem o sytuacji salowych zatrudnionych przez firmy zewnętrzne. Okazuje się, że Ministerstwo Zdrowia nie wie nawet, ile ich jest. Nie wie, ile z nich zachorowało i zmarło na koronawirusa. Tak działa outsourcing. To jest abdykacja państwa i zrzeczenie się przez nie odpowiedzialności za pracowników. Lewica musi występować tu jasno i wyraźnie. Nie można oszczędzać na niezbędnych nam pracownikach. Jeżeli państwowe instytucje kogoś zatrudniają to muszą robić to uczciwie na podstawie umowy o pracę, a nie przez jakieś kombinacje godne “Januszy biznesu”.

Państwo musi wziąć odpowiedzialność za dostępność mieszkań. Co zresztą wynika wprost z Konstytucji. Chcemy, żeby mieszkania na wynajem budowała publiczna spółka. Dzięki temu oszczędzimy na marżach banków i deweloperów, które dziś zżerają połowę ceny mieszkania. Programy dopłat to tak naprawdę rzucanie hajsem w banki i deweloperów, którzy wykorzystają tylko okazję, żeby jeszcze podbić ceny. Tutaj Lewica różni się zarówno od liberałów, jak i od PiS, który po klęsce programu “Mieszkanie plus” powrócił do stricte neoliberalnych rozwiązań. Ważne jest również odzyskanie dla ludzi pustostanów w centrum miast. Ludzie muszą uwierzyć, że państwo jest w stanie zapewnić im dostępne mieszkania. Po dekadach polityki prowadzonej pod dyktando deweloperów będzie o to niestety bardzo trudno.

W kwestiach pracowniczych trzeba zacząć od egzekwowania istniejącego prawa. Wzmocnić Państwową Inspekcję Pracy, dać jej sensowne finansowanie i nowe uprawnienia. Podnieść kary za łamanie praw pracowniczych. Chcemy żeby inspektorzy PIP mogli ustalać na miejscu stosunek pracy. Jeżeli ktoś pracuje w danym miejscu i czasie i pod nadzorem to można administracyjnie uznać, że stosunek pracy zachodzi i tyle, bez ciągnących się latami procesów. Potrzebujemy zarówno pracowniczej samoorganizacji jak i państwa, które stoi po stronie pracowników. Przydałby się państwowy szeryf, który skutecznie postawi się pato-biznesowi.

Musimy zawalczyć o sprawiedliwszą redystrybucję zysków z nowych technologii. Uregulować pracę platformową. Skrócić czas pracy do 35 godzin tygodniowo przy zachowaniu tych samych pensji.

MKF: Do pracowniczej samoorganizacji ludzie musieliby odzyskać poczucie, że bycie pracownikiem nie jest oznaką braku życiowego sukcesu, a to, że np. walczy się o podwyżkę nie oznacza, że trzeba się wstydzić roszczeniowego podejścia. A okres transformacji właśnie takie „prawdy” nam do głów powkładał. Do tego stopnia, że – jak powiedziała mi aktywistka Inicjatywy Pracowniczej Marta Rozmysłowicz – w Polsce łatwo jest wyjść na ulicę jako kobieta walcząca o prawa kobiet. Ale protestować jako pracownica i czegoś się domagać, to wręcz wstyd.

Wiemy jak wyglądają stosunki pracy w Polsce. Osoby wyjeżdżające na saksy największej różnicy doświadczają najczęściej nawet nie w samych zarobkach, ale w podejściu do pracownika. Folwarczny model zarządzania w Polsce nie sprzyja temu, żeby czuć dumę z bycia pracownikiem. Nie tylko zresztą on.

Pracowałem swego czasu w biedafiremce na warszawskim Ursusie, szlifując stacyjki samochodowe. One wychodziły z maszyny takie nie całkiem gładkie, my siedzieliśmy i jechaliśmy je pilnikami. Chwilowa robota na przetrwanie na śmieciówce. Był tam starszy facet, który umilał nam monotonną pracę opowieściami o tym, że robotnik na Ursusie kiedyś to był ktoś. Świat zorganizowanej wielkoprzemysłowej klasy robotniczej oparty na stabilnym zatrudnienia i my na umowę o dzieło machający pilnikiem – to było niebo a ziemia. Ciężko jest być dumnym z chwilowej gównopracy, w której zarabia się grosze.

Bez względu na panujące standardy Lewica musi pokazywać jasno, że to na pracownikach i pracownicach opiera się nasz dobrobyt i nasze bezpieczeństwo. Trwająca pandemia pokazała, kto tak naprawdę jest nam jako społeczeństwu potrzebny. Nagle stało się jasne, że niezastąpieni są pracownicy ochrony zdrowia, ale także kasjerki i osoby świadczące podstawowe, niezbędne usługi jak chociażby wywóz śmieci, a sowicie opłacani pracownicy reklamy, spekulanci, piarowcy, analitycy tego czy owego tak naprawdę to mogą równie dobrze wziąć wolne na rok i nikt tego nie zauważy. Warto wykorzystać ten moment, żeby pokazać wartość społecznie użytecznej pracy.

MKF: Mówisz o naprawianiu państwa i jego funkcjonowania, ale cały czas w ramach systemu kapitalistycznego. Tymczasem kiedyś, jeśli polityk deklarował się jako socjalista, to chodziło mu o to, żeby zbudować inny, bardziej sprawiedliwy system. Masz takie myśli w głowie?

Myśli – oczywiście (śmiech)! Tym bardziej, że pamiętam o tym, że myśli o budowie zupełnie nowego sprawiedliwego systemu stanowiły paliwo, dzięki któremu dawni socjaliści wywalczyli masę społecznych zdobyczy takich, jak chociażby ośmiogodzinny dzień pracy. Dziś pytanie o to, co po kapitalizmie jest szczególnie palące w kontekście kryzysu klimatycznego.
Nasza planeta zwyczajnie nie wytrzyma dłużej bezwzględnej eksploatacji w imię maksymalizacji zysków garstki miliarderów.

Pytanie brzmi: jak skutecznie realizować istotne ludzkie potrzeby, bez neoliberalnego marnotrawstwa. Jak sprawiedliwie dzielić owoce technologicznego rozwoju? Jak zapewnić wszystkim dobre życie i przetrwać? Wciąż mamy więcej dobrych pytań niż odpowiedzi. Pewne jest to, że potrzebujemy skutecznych narzędzi redystrybucji wytwarzanych bogactw. Bez zakwestionowania panujących stosunków własności kiepsko widzę ratowanie planety.

Jak mówimy o socjalizmie, to poza sprawiedliwym podziałem wchodzi kwestia demokratyzacji gospodarki. Raczej nie należy się spodziewać, że klub Lewicy przystąpi za chwilę do przejmowania fabryk, ale na pewno musimy wypracować konkretne postulaty dotyczące samorządu pracowniczego, być może idące w kierunku niemieckim. Równolegle powinniśmy wzmacniać ruch spółdzielczy. Socjalistą jestem i mam obowiązki socjalistyczne – tak więc uważam, że powinniśmy iść w kierunku uspołecznienia środków produkcji. Na razie wiele w tej kwestii jako Lewica czy nawet Partia Razem nie zrobiliśmy i to jest duże zaniedbanie. Przy czym też rozmarzyć się warto, ale nie zwalnia nas to z udziału w bieżącej polityce i robienia tego co jest możliwe tu i teraz.

MKF: Czyli na razie zajmują was cele i rozwiązania krótkoterminowe, a wielką, porywającą wizję dopiero tworzycie.

O tej wizji też w partii rozmawiamy, spieramy się, dyskutujemy, czytamy – chociaż ja akurat muszę się przyznać, że polityka bieżąca wciągnęła mnie na tyle, że po lekturę sięgam głównie dla odpoczynku.

Dyskutujemy o Podstawowym Dochodzie Gwarantowanym, czy jest to rozwiązanie, które mieści się w paradygmacie liberalnym, czy też mógłby być to krok w kierunku demokratycznego socjalizmu. Jest kwestia redystrybucji i tego, jak należy podejść do koncentracji majątku w rękach nielicznej oligarchii. Z tym się wiąże sprawa podatków majątkowych, zarówno w wymiarze ponadnarodowym, jak i w kontekście polskim, gdzie nieprzyzwoicie bogatych miliarderów aż tak wielu nie mamy. Zaskoczyło nas, że te tematy podjęła ostatnio administracja amerykańska i organizacje międzynarodowe, i że idzie to w pożądanym przez nas kierunku. Skuteczne opodatkowanie wielkiego kapitału musi mieć charakter ponadpaństwowy. Istotna jest również kwestie mieszkaniowa i to nie tylko ze względu na zaspokajanie społecznych potrzeb, ale także strukturę własności i relacje władzy w kapitalizmie. Jak trudna jest to batalia pokazują ostatnie wydarzenia z Berlina i fatalny wyrok trybunału z Karlsruhe.

Czy jesteśmy mało ambitni albo zbyt leniwi w naszym antykapitalistycznym myśleniu? Pewnie trochę tak. Wynika to w dużej mierze z tego, jak wciągająca i zajmujące jest doraźna polityka. Trzeba na to uważać.

MKF: Czytacie Marksa? Inspiruje was?

Od razu uprzedzę, że żaden ze mnie lewicowy intelektualista. Coś tam Marksa poczytałem, ale niewiele. Nie przeszkadza mi to uważać się za marksistę. Uważam, że konflikt klasowy nie tylko istnieje, ale w najwyższym stopniu decyduje o naszym życiu, a lewica powinna w tym sporze jednoznacznie stać po stronie pracowników. Taka jest moja podstawowa polityczna intuicja.

JL: Jednak tę intuicję zdobyłeś nie od razu. Twoja droga do socjalistycznych poglądów nie była prosta…

Tak, jak już wielokrotnie opowiadałem, zdarzyło mi się mieć w młodości mocno niemądre poglądy, choć szczęśliwie nigdy nie popadłem w społeczny egoizm spod znaku Korwina. Mam wrażenie, że to niezgoda na dyktat chciwości i egoizmu i ogólne przekonanie, że świat jest niesprawiedliwie urządzony pchnęły nastoletniego mnie w nacjonalistyczne, faszyzujące klimaty. Na szczęście dość szybko się ogarnąłem. Poczytałem trochę Baumana. Trafiała do mnie wizja, w której wszyscy jesteśmy ze sobą powiązani i za siebie odpowiedzialni, jakość społeczeństwa mierzyć należy jego najsłabszym, a nie najsilniejszym ogniwem. Potem już szybko poszło. Trafiłem do ruchu alterglobalistycznego i Młodych Socjalistów. Ważne było dla mnie odkrycie feminizmu. Jakby jednak nie liczyć, to w miarę spójnego lewicowego światopoglądu dorobiłem się w wieku lat dwudziestu kilku i z zazdrością patrzę na dzisiejszą młodzież, która przeważnie ogarnia temat dużo wcześniej. Wygląda na to, że idzie zmiana na lepsze.

Kiedy zaczynałem działać w ruchu alterglobalistycznym, to kwestionowanie neoliberalnych doktryn, domaganie się opodatkowania globalnych spekulacji, o podatkach majątkowych nie wspominając, było traktowane jako radykalna ciekawostka na zupełnym marginesie politycznych procesów. W Polsce poziom dyskusji na ten temat wyglądał tak, że zadowoleni z własnej błyskotliwości dziennikarze pytali nas “ale jak to jesteście przeciw globalizacji jak używacie komórek”. Nie było mowy o żadnej poważnej dyskusji w mediach. To był beton. Wyłamywały się pojedyncze osoby: Ikonowicz, Kowalik, Modzelewski. Bycie socjalistą kojarzyło się wyłącznie z komuną i oczywiście nie było to pozytywne skojarzenie.

JL: Kto, ze współczesnych i historycznych socjalistek i socjalistów, jest dla ciebie szczególnie inspirującą postacią?

Zawsze byłem pod ogromnym wrażeniem Evo Moralesa. Po jesiennej obserwacji wyborów w Boliwii jestem pełen podziwu dla całego Ruchu na Rzecz Socjalizmu, Moralesa, Arce i setek tysięcy socjalistycznych aktywistów i aktywistek, którym udało się odbić kraj z rąk prawicowej junty. To, co robią towarzysze i towarzyszki w Boliwii na każdym poziomie jest wspaniałe: masowy oddolny ruch składający się ze związkowców, chłopów, lokalnych dzielnicowych kolektywów i dopiero nad tym nadbudowana jest partia, która doskonale łączy postulaty socjalne i wolnościowe. Mistrzostwo świata ogólnie.

Równie wielki podziw mam dla towarzyszy i towarzyszek z HDP, od których właśnie wróciłem. Pomimo masakrycznych represji, groźby wieloletnich wyroków robią fantastyczną robotę. Często myślimy o HDP głównie jako o partii kurdyjskiej lewicy. To prawda, ale dalece nie cała. Na sześć milionów wyborców HDP jedynie cztery miliony stanowią Kurdowie. HDP to socjalistyczna, feministyczna i ekologiczna partia lewicy stanowiąca cierń w oku reżimu Erdogana. Ogromny szacunek dla nich.

Niezmiennie szanuję też Berniego Sandersa i Jeremy’ego Corbyna. To facet, który odbił Labour dla lewicy. Niestety za pomocą brudnych sztuczek i absurdalnych zarzutów antysemityzmu udało się go zdjąć ze stanowiska. To tylko pokazuje jak ostry i szeroki idzie atak na tych, którzy realnie rzucają wyzwanie neoliberalnemu status quo.

Mam szacunek dla tych, którzy gotowi są wejść w sam środek polityki. Tam gdzie można realnie o coś zawalczyć, wygrać albo przegrać. Walka o to, kto jest najprawdziwszą lewicą i kto najbardziej ma rację w internecie mnie nie interesuje. Można oczywiście przegrać. Zdarza się to zresztą raczej częściej niż rzadziej. Dla nas ogromnym ryzykiem było odejście od pierwotnych założeń i wspólny start z SLD. Jak to się skończy – cholera wie, ale ryzyko warto było podjąć.

MKF: W sondażach jednak wynik Lewicy stoi w miejscu. Zyskujecie wśród najmłodszych wyborców, to nie ulega wątpliwości, ale w pozostałych grupach wiekowych niekoniecznie.

Jest oczywiście duży kłopot z mediami. Ludzie oglądają przeważnie albo TVP albo TVN. Żadna z tych stacji za lewicą nie przepada. Jedni słuchają o potworze dżender, który przyjdzie z zachodu i nas zje. Drudzy straszeni są strasznym PiS-owskim reżimem, któremu czoła stawić może jedynie zjednoczona opozycja pod przywództwem PO. Zajmowanie się realnymi problemami ludzi się nie przebija. To nawet nie musi być zawsze świadoma polityczna decyzja. Po prostu media żyją wielką wojną ojczyźnianą pomiędzy PiS a “opozycją”.

Gdybyśmy chcieli kierować się wąsko rozumianym pragmatyzmem wyborczym to pewnie powinniśmy mówić to, co pokaże TVN, bo tę stację ogląda większość naszych wyborców. Czyli opowiadać o tym, jak to straszny PiS prześladuje światłe elity III RP. Żadne tam salowe, ale sędziów, polityków, biznesmenów, którzy wypadli z łask. Jestem jednak przekonany, że na dłuższą metę to byłby fatalny wybór. Nawet jeżeli Lewica w przyszłym Sejmie miałaby być dzięki temu nieco większa, to nagle mogłoby się okazać, że połowa naszego klubu i większość wyborców nie ogarnia, o co chodzi z tymi pracownikami i czemu jak PiS chcemy dawać darmozjadom.

Jeżeli chcemy żeby w polskiej polityce zagościła na dobre lewica z prawdziwego zdarzenia to nie może być ona przybudówką liberałów. Musi mówić własnym głosem. Tak, jak w sprawie Funduszu Odbudowy. Musimy mówić swoim głosem nawet jeżeli w krótkim okresie nie zawsze nam się to będzie opłacało. Musimy mówić językiem lewicy socjalnej i pro-pracowniczej, nawet jeżeli istotna część naszych obecnych wyborców oczekuje czegoś zgoła odmiennego. Tylko wtedy dorobimy się stabilnej i lojalnej bazy wyborców.

MKF: Tylko jak do nich docierać? Robotnicy z początku wieku byli skoncentrowani w ośrodkach przemysłowych. Razem pracowali, razem żyli na fabrycznych osiedlach czy w ludowych dzielnicach miast. Identyfikacja klasowa wypływała z codziennego doświadczenia. To też ułatwiało zadanie socjalistom z tamtych lat. Dzisiejsi socjaliści przemawiają do rozproszonych pracowników i od lat nie mogą znaleźć na to recepty.

Żeby się za łatwo nie rozgrzeszać, to trzeba stwierdzić, że w Polsce nadal jest kilka milionów przemysłowej klasy pracowniczej, o czym często mówi Piotr Ikonowicz. Oni na Lewicę raczej nie głosują. Są to w większości wyborcy PiSu. Sam przeważnie pracowałem w małych firmach, biurach, organizacjach pozarządowych i tam relacje z przełożonymi były albo “januszowe”, czyli “rób jak ci każę albo wypad”, albo co gorsza pseudokoleżeńskie, w których udajemy, że nie ma hierarchii ani przymusu i wszyscy się super realizujemy. W obu wypadkach domyślne strategie radzenia sobie w pracy opierały się na osobistych relacjach. Taka jest atmosfera małych zakładów w kraju przeoranym przez neoliberalny indywidualizm. Zupełnie inna atmosferę pamiętam ze swojej pracy w rozdzielni poczty – dwunastogodzinne zmiany, kilkaset osób wchodzi, drugie kilkaset wychodzi. Tu nawet nie chodzi o jakieś bardzo świadome rozkminy – po prostu perspektywa psychologiczna jest zupełnie inna: gdzieś tam jest jakieś szefostwo, przełożeni, ale na hali to nas jest więcej. Ta hala należy do nas.

Tego jednak nie przeskoczymy. Struktura zatrudnienia jest jaka jest. Trzeba podjąć próbę budowania tożsamości pracowniczej w tych warunkach, które są. Całkiem nieźle nam to zresztą na początku w Razem szło. Mówiliśmy dużo o śmieciówkach i niestabilności zatrudnienia. Dla bardzo wielu osób w Razem to była podstawowa spajająca nas tożsamość. Ludzie przyłączali się do nas bo chcieli stabilnej pracy i bezpieczeństwa ekonomicznego, które pozwoli im normalnie planować życie. To był projekt klasowy.

MKF: I co się z tą partią stało?

Szczerze? Polska się stała!

MKF: To znaczy?

Powstaliśmy, kiedy rządzili liberałowie. Bycie pracowniczą lewicą w opozycji do nich było łatwe. Walczy się ze śmieciowym zatrudnieniem, z niskimi płacami, widać jasno, kto stoi po czyjej stronie. A potem władzę przejął PiS i na początek dał 500+. Potem przyszła minimalna godzinowa. Oczywiście można powiedzieć: to za mało! Albo zwracać uwagę na to, że oni po prostu trafili na koniunkturę. Obiektywnie jednak ludziom się poprawiło i nasza lewicowa krytyka straciła na sile rażenia. Socjalny skręt PiSu był w praktyce bardzo umiarkowany, ale na tle wcześniejszych rządów neoliberalnych dogmatyków to i tak wyglądało na rewolucję.

Równolegle PiS wchodzi ze swoim ultrakonserwatywnym programem, próbą podporządkowania wymiaru sprawiedliwości. Szczególnie to ostatnie interesowało wielu z nas jakby mniej, ale zaprotestować oczywiście trzeba. Postawiliśmy więc miasteczko pod KPRM i momentalnie mieliśmy po swojej stronie liberalne media. Ogólnie – szał! Nasza akcja leci na żywo w telewizji przez ileś dni. Takiej widoczności nie mieliśmy od czasu debaty Zandberga. Na pewno nie wtedy, kiedy pchaliśmy kwestie pracownicze czy socjalne. Dla nowych osób, które wstępowały do partii często byliśmy “tymi spod KPRM”.

Potem był czarny protest, który zainicjowaliśmy. Tutaj nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że trzeba zaprotestować. Chodziło o los milionów kobiet. Znowu ogromny rozgłos i skala oddziaływania nieporównywalna z tą, która towarzyszyła nam kiedy upominaliśmy się o pracowników marketów, albo upadających państwowych zakładów. Dla większości byliśmy partią protestu w sprawie aborcji i rzutnika spod Kancelarii.
Niezmiennie upieramy się przy klasowym, socjalnym charakterze naszej polityki. Robimy to jednak często wbrew większości naszych wyborców, którzy mogą kojarzyć nas z zupełnie innej strony. Jestem dumny z naszej sejmowej reprezentacji, co do której nie mam cienia wątpliwości, że kwestie pracownicze, mieszkania, służba zdrowia, równość ekonomiczna, klimat są dla nas absolutnie kluczowe. Obawiam się tylko, że często rozjeżdżamy się pod tym względem z istotną częścią naszej bazy.

MKF: Gdzie posłowie-socjaliści będą 1 maja?

W bardzo wielu miejscach. Niestety, tym razem bez większych zgromadzeń. Za to odpalamy ciekawy projekt pracowniczy. Co z tego wyniknie…

MKF: … przekonamy się już niedługo.

O socjalizm i demokrację

W ciągu ostatnich dwóch lat widać wzrost aktywności młodzieżowych organizacji lewicowych, w tym Czerwonej Młodzieży, młodzieżówki Polskiej Partii Socjalistycznej. Ta progresywna tendencja często spędza sen z powiek prawicowym działaczom, zastanawiającym się w swoich mediach, skąd u młodych ludzi tak niezrozumiałe dla konserwatystów poglądy.

W końcu prawica robi wszystko, żeby siłą wychowywać młodzież na swoje podobieństwo! Czyżby Netflix i niewystarczająco dużo tekstów o papieżu w szkolnej podstawie programowej były na tyle silne, aby młodzież laicyzowała się w tak radośnie szybkim tempie, jakie mamy obecnie?

Progresywizm to jedno, socjalność to drugie.

Jasne, wiele osób ma teraz poglądy niedyskryminujące i antyklerykalne, ale w antyludzkim systemie, jakim jest kapitalizm, nie wystarczy nie popierać kapitalizmu czy domagać się jego skorygowania w poszczególnych aspektach – po prostu trzeba być antykapitalistą!

Socjalizm, który popierają i promują wśród swoich znajomych członkowie i członkinie Czerwonej Młodzieży jest taki, za jakim zawsze opowiadała się PPS – demokratyczny, spółdzielczy i dający ludziom szanse.

Demokracja jest wartością, co do której zdarza nam się zapominać, jaka jest istotna. Oczywiście persony takie jak Janusz Korwin – Mikke nie mogą powstrzymać się od pełnej metafor i myślenia na „chłopski rozum”, niezbyt konstruktywnej krytyki systemów demokratycznych, wychowując sobie stado poddanych baranów, które, określając się „wolnościowcami” pieją z zachwytu na wzmiankę o dowolnym niezwiązanym z lewicą dyktatorze.
Jednak pomimo działalności skrajnej prawicy, demokracja pozostaje rzeczą niebywale istotną dla młodych. Ostatnie sondaże, w których poparcie dla lewicowych idei wśród młodych dorosłych sięga niemal poziomu 50 proc., są tego bardzo przekonującym dowodem. Podobnie jak masowy udział młodych ludzi w protestach przeciwko zakazowi aborcji.

Demokracja – samorządność, to trzon socjalizmu, jakiego chcemy.

W końcu socjalizm to rzeczywiste decydowanie o sobie i swoim otoczeniu we współpracy z innymi ludźmi.

Kapitaliści mówią wiele o „wolności” w swoim systemie, ale jesteśmy obecnie naocznymi świadkami tego, jak bardzo nie mają racji. To kooperatywy i samorządy są w stanie podejmować pożyteczne społecznie decyzje, wybrane większością głosów, przy większości poparcia.

Silna organizacja demokracji w kraju, uzwiązkowienie i usamorządowienie pracowników różnych dziedzin jest szansą na zwykłe, ludzkie dogadanie się – w alternatywie do promowanego przez kapitalistów dochodzeniu po trupach do celu i podkładaniu sobie świń.

Widzimy, jaka siła płynie ze sprawnych procesów demokratycznych. Są one podstawą socjalizmu, dzięki któremu Polska może stać się krajem silnym i rozwijającym się tak, jak chcą tego Polki i Polacy, a nie w sposób, jaki dyktują nam międzynarodowe rynki i obcy kapitał.

Po to właśnie współczesnej młodzieży lewicowość i socjalizm – żeby już teraz uczyć się budować fundamenty demokracji spółdzielczej, do której wszyscy powinniśmy dążyć.

Lewica idzie w lewo!

I bardzo dobrze!

Zarówno odejścia konserwatywnych polityków z minionej ery, jak i wsparcie dla kandydatury Piotra Ikonowicza na RPO świadczą dobitnie, że Lewica odzyskuje swoją lewicową tożsamość. Kończy się czas dominacji liberalizmu i oportunistycznego centryzmu. Kończą się czasy, kiedy lewicę określały same zachwyty nad byciem w UE.

Nowa Lewica wraca na czerwone tory. I wiedziałem o tym już wtedy, kiedy podjąłem decyzję o tym, aby wesprzeć Lewicę w wyborach do parlamentu. Ta zmiana była już w ludziach i działaczach. To przede wszystkim wielka zmiana generacyjna. I nie jest więc przypadkiem, że antykapitalizm, socjalizm, czy otwarta krytyka praktyk kościoła katolickiego oraz patriarchatu wkraczają dziś do mainstreamu i stają się politycznym głosem Lewicy. Jeszcze 10 lat temu postulaty dot. zabrania publicznych pieniędzy kościołowi, czy socjalistycznya krytyka patologii kapitalizmu wydawały się być absolutnie poza zasięgiem „normalnych” i działających w warunkach sejmowych partii. Teraz są to już rzeczywiste postulaty. I jest w tym mnóstwo zasługi ideowców, którzy przez te lata, kiedy lewica była zliberalizowana, kontynuowali swoją walkę. Ludzie tacy, jak Piotr Ikonowicz pomogli Lewicy zachować jej tożsamość nawet wtedy, kiedy ona sama są ją straciła. Ta walka przyniosła rezultaty, praca wychowawcza się opłaciła! Rodzi się siła, która pojawia się wtedy, kiedy ideowi i głęboko czerwoni ludzie Lewicy stają się jej częścią.

Socjalizm tak, ale bez mitów i falszów

Słowo socjalizm coraz częściej pojawia się w sferze medialnej. W ocenie trendów i decyzji społecznych, politycznych i gospodarczych kojarzonych w polskiej przestrzeni medialnej ze słowem socjalizm przeważają zwykle mity i fałsze.

Warto zastanowić się nad rozumieniem tego słowa, a właściwie kryjącej się za nim idei, przez używających tego sformułowania. Dla jednych kryje się w tym zarzut powrotu do fałszywych rozwiązań politycznych i społecznych, dla części starszego pokolenia oznacza tęsknotę za czasami w których państwo zapewniało stabilizację życiową i możliwość awansu społecznego. Wśród ludzi młodych słowo to oznacza coraz częściej pragnienie radykalnej zmiany prowadzącej do eliminacji rosnącego rozwarstwienia społecznego w którym bogaci staja się coraz bogatsi, biedni coraz biedniejsi, a klasa średnia nie widzi szans na własny rozwój.

Skrajnym przypadkiem używania słowa socjalizm jest pogląd części zwolenników Konfederacji dla których socjalizmem jest każde odstępstwo od nieograniczonej wolności jednostki i całkowitego podporządkowania losu jednostki jej własnej zaradności i odziedziczonego statusu społecznego. Państwo jako struktura potrzebne jest wg tych poglądów jedynie dla realizacji bezpieczeństwa zewnętrznego i utrzymania zastanego porządku społecznego.

Rozważając rolę państwa w powiazaniu z socjalizmem warto zwrócić uwagę na coraz silniej realizowaną przez PiS tendencję do upaństwowienia wszelkich przejawów życia gospodarczego i społecznego. W sferze gospodarki przejawia się to przez wykupywanie lub przejmowanie prywatnych banków, łączenie spółek skarbu państwa w coraz większe konglomeraty i wykupywanie przez nie innych podmiotów. Przykłady to przejęcie bez odszkodowania Get in Banku, rozrost PZU, który z instytucji czysto ubezpieczeniowej stał się globalną instytucja finansową, koncentracja państwowych spółek energetycznych, czy wreszcie wkraczanie Orlenu do sektora medialnego.

W sferze społecznej to zamierzone przejęcie przez struktury państwowe szpitali prowadzonych obecnie przez struktury samorządowe.
Do tego dochodzą stosowane wybiórczo systemy dotacji dla sfery kultury i nauki, mające na celu promocję poglądów akceptowanych przez organy władzy.

Kierownictwo Zjednoczonej Prawicy wierzy niezachwiane w omnipotencję państwa w sferze gospodarczej , a dla ułatwienia realizacji tego celu wprowadza rozwiązania prawne i strukturalne eliminujące wpływ innych poglądów na funkcjonowanie państwa. Zmiany w prokuraturze i sądownictwie, dążenie do podporzadkowania sobie Rzecznika Praw Obywatelskich, ograniczanie roli samorządów to przykłady realizacji tego zamierzenia. Powoli Polska zmierza w stronę modelu autorytarnego, przy jednoczesnym głoszeniu tezy o niezagrożonej demokracji.

Pozornie rozwiązanie te nawiązują do porządku prawnego i gospodarczego z czasów PRL. Nie można się temu dziwić ponieważ „Przywódca Polski” Jarosław Kaczyński wzrastał i kształtował swoje rozumienie prawa (łącznie z tezami doktoratu) w tym okresie i otoczony jest licznym gronem byłych członków PZPR .

Wielu członków opozycji twierdzi, że Polska wraca w ten sposób do socjalizmu, co świadczy o niezrozumieniu ustroju PRL i jego tożsamości z socjalizmem.

Po pierwsze państwowa własność środków produkcji dominująca w PRL to w doktrynie socjalistycznej tylko jedna z możliwych realizacji zasady społecznej własności tych środków. Podkreślali to działacze PPS od początku jej istnienia (np. Ignacy Daszyński w swojej broszurze „Pogadanki o socjalizmie” przypomnianej ostatnio na stronie internetowej PPS (www.ppspl.eu). Przedwojenna PPS rozwijała spółdzielczość jako istotną formę uspołecznienia. Takie też były priorytety PPS po wojnie, przerwane przez wymuszone przez Stalina w 1948 roku zjednoczenie (a właściwie wchłoniecie ) PPS przez Polską Partią Robotniczą o światopoglądzie komunistycznym, a nie socjalistycznym. Po zjednoczeniu byli działacze PPS nadawali w miarę możliwości bardziej liberalny kierunek w ramach PZPR. Warto tu wspomnieć takie postacie jak Adam Rapacki, Jan Mulak , a nawet do pewnego stopnia Józef Cyrankiewicz. Uczeni o rodowodzie socjalistycznym wiedli też prym w instytucjach naukowych i związanych z kulturą, wielu z nich jak np. Jan Strzelecki, Krzysztof Dunin Wąsowski było aktywnymi członkami Polskiej Akademii Nauk.

Podstawowym warunkiem uspołecznienia jest współudział decyzyjny społeczeństwa, w tym w pierwszym rzędzie pracowników, również w zakresie wyboru zarządów oraz współodpowiedzialność pracowników za wyniki przedsiębiorstwa.

Formy realizacji społecznej własności to po pierwsze spółdzielczość, w której z założenia wszyscy członkowie spółdzielni maja równe prawa i obowiązki, wspólnie wybierają zarządy i na równych prawach uczestniczą w dochodach i stratach spółdzielni . Inną formą uspołecznienia są akcjonariaty pracownicze, które w swoim założeniu pozwalają pracobiorcom na udział w procesie decyzyjnym i wiążą go mentalnie z przedsiębiorstwem, co nie pozostaje bez wpływu na zaangażowanie w jego rozwój . Akcjonariaty pracownicze były rozpowszechnioną formą własności po II Wojnie Światowej w Kanadzie i częściowo w USA. Udziały w przedsiębiorstwie były imienne i niezbywalne (z wyjątkiem odsprzedaży firmie) przy zaprzestaniu pracy w tej firmie. Gdy zaczęła dominować filozofia neoliberalna, wprowadzono obrót wtórny tymi udziałami, Wielu pracobiorców sprzedało te udziały, dobrowolnie, bez świadomości skutków, że straciło status współudziałowca o określonych prawach współdecydowania i dużej gwarancji zatrudnienia i stali się w tan sposób typowymi pracownikami najemnymi ze znacznie zwiększoną podatnością na wyzysk.

Uspołecznioną formą może też być własność samorządów lokalnych jeśli ich zadaniem jest zaspakajanie potrzeb społeczności lokalnej, a nie wypracowywanie zysku. Ponadto działanie takich firm musi być poddane bieżącej ocenie tej społeczności np. przez odpowiednie kształtowanie składu Rad Nadzorczych.

Do własności społecznej można też zaliczyć firmy prowadzone przez fundacje i stowarzyszenia. W obowiązującym prawie działają one jako spółki prawa handlowego. Potrzebne są nowe uregulowania bliższe modelowi spółdzielczemu niż spółce.

Własność państwowa odznacza się małym uspołecznieniem. W tym przypadku uspołecznienie realizuje się jedynie bardzo pośrednio w akcie wyborczym gdy wybieramy określone partie z ich programami wyborczymi, a rządzący przyzwyczajają nas do faktu, że można tych programów bezkarnie nie realizować. Własność państwowa może w gospodarce socjalistycznej dotyczyć przedsiębiorstw strategicznych, które w założeniu są muszą być mniej wystawione na bieżący wgląd w ich działalność. Warunek uspołecznienia innych przedsiębiorstw państwowych to wprowadzenie rzeczywistej samorządności, co wymaga wypracowania i wdrożenia „Nowego Ładu” społecznego.

Wartości musi określać cała zbiorowość, a nie tylko jej wybrani przedstawiciele, ma ona prawo do należnej jej władzy, w szczególności do suwerennego decydowania o strategicznych wyborach gospodarczych, ustrojowych i kadrowych. Ten nowy ład musi być wypracowany przez socjalistów i całą lewicę.

W okresie późniejszego PRL stworzono pewną protezę uspołecznienia poprzez dość silną, choć często fasadową pozycję związków zawodowych, a także działających w przedsiębiorstwach stowarzyszeń technicznych i zawodowych.

Obecnie pozycja rozdrobnionych związków zawodowych jest bardzo słaba, a stowarzyszenia zawodowe zostały pozbawione jakiegokolwiek wpływu i prawie nie działają.

Co więcej neoliberalne podejście ekip postsolidarnościowych doprowadziło do faktycznego sprywatyzowania firm państwowych przez nadanie im formy Spółek Skarbu Państwa, podlegających temu samemu rygorowi prawnemu, co spółki z sektora czysto prywatnego.

Można złośliwie stwierdzić, że uspołecznienie spółek państwowych polega na zarządzanie ich przez członków tej części społeczeństwa, która jest rodzinnie lub partyjnie powiązana z PiS.

Dziwi, że w wystąpieniach działaczy lewicowych sympatyzujących z socjalizmem pojawia się postulat upaństwowienia szeregu dziedzin, ale nie towarzyszy im refleksja nad koniecznością rzeczywistego uspołecznienia tej formy własności. Bez tego grozi nam upowszechnienie PiS-owskiego modelu zarządzania majątkiem państwowym, który też w dużej mierze obecny był w czasach PRL .

Warto też zwrócić uwagę na kojarzenie z socjalizmem rozdawnictwa w postaci 500+, 13 emerytury itp. To model populistyczny, a nie socjalistyczny. W socjalizmie musi działać spójny i całościowy system opieki nad słabszymi i wykluczonymi, systemy sprawiedliwego i równego dostępu do usług społecznych takich jak zdrowie, oświata i kultura. W dość dużym stopniu system ten był realizowany w okresie PRL . Obecnie system ten jest w dużej mierze skomercjalizowany. To też problem który musi być silniej prezentowany w programach partii lewicowych.

Problem fałszywego lub opartego na mitach rozumienia słowa socjalizm zawiera jeszcze wiele innych wątków, które wymagają dalszego rozwinięcia.

Odstawić lud na półkę

Przyglądając się dyskusji dotyczącej manifestu/projektu „Nowej Polski Ludowej” nie sposób pozbyć się wrażenia, że mamy do czynienia z czymś, co już było. I jest tak nie tylko dlatego, że autorzy podpisani pod „Manifestem” świadomie przywołują i odnoszą się do Polski Ludowej.

Krytykę zacznę od pochwał. W „Manifeście Nowej Polski Ludowej” znajdziemy zestaw bardzo trafnych obserwacji i diagnoz. Transformacja ustrojowa była katastrofą i prywatyzacyjną masakrą. Dobrze jest też zauważać dorobek pokoleń obudowujących Polskę z wojennych ruin i budujących realny socjalizm, którego niektóre zdobycze są z nami aż do dziś. Trafna jest też krytyka imperializmu, neoliberalizmu, czy dominującego współcześnie indywidualistycznego, rynkowego egoizmu. Fragmenty diagnozy trafnie umiejscawiają też nasz kraj na styku centrum i peryferii kapitalistycznego uniwersum.

Zdecydowanie gorzej jest już jednak na etapie postulatów. Autorzy, którzy odnoszą się do prób budowania socjalizmu postulują wyjątkowo oszczędne i raczej umiarkowanie trafne reformy. Praktycznie wszystkie zaprezentowane przez autorów postulaty zawarłem w swoim wcześniejszym tekście poświęconym lewicowej dyskusji programowej („Postawmy diagnozę”). Tyle, że tamte postulaty były zbiorem postulatów dla współczesnej socjaldemokracji, próbą utworzenia programu wstępnego w ramach szerokiego sojuszu. Na teraz, w okresie przejściowym i nie w ramach socjalistycznego programu budowy „Nowej Polski Ludowej”.

Wszystko to, czego pragną autorzy Manifestu to zaś w skrócie: socjalliberalne państwo opiekuńcze z kilkoma znacjonalizowanymi przedsiębiorstwami. Jest to kraj, który niespecjalnie różniłby się od współczesnych Niemiec, czy państw Skandynawii, albo Czech, gdzie prywatyzacyjny horror nie dokonał aż takich zniszczeń.
Autorzy silnie poszukują też tożsamości. Sami zresztą nas o tym informują. Manifest odrzuca więc zarówno wschodnie, jak i zachodnie „kopiowanie”. Zostawia jednak czytelników z niczym. No może z jednym – sentymentem za polską „ludowością”.

Czym jest ta „ludowość”? Tego nie dowiemy się z Manifestu, ale możemy dowiedzieć się z historii PRL-u. Otóż „ludowość” w Polsce Ludowej była po prostu wehikułem ideologicznym, który wykorzystano tworząc nową konstytucję, aby apelować i walczyć o jedność pomiędzy pracownikami z miast oraz wsi. Sprzeczności pomiędzy miastem i wsią były w czasach socjalizmu jedną z największych bolączek władz Bloku Wschodniego. Było tak dlatego, ponieważ błyskawiczna industrializacja oraz umiastowienie młodych społeczeństw socjalistycznych tworzyło duże napięcie pomiędzy obszarami miejskimi i wiejskimi. „Ludowość” wykorzystywano też w charakterze miękkiego środka politycznego nacisku. Uznawano bowiem, że sam socjalizm jest postulatem nadal zbyt ryzykownym i nieczytelnym.
I właśnie dlatego posługiwano się substytutem, który niewiele przy tym znaczył i odnosił się do mglistego pojęcia „ludu”, które ani z klasami społecznymi, ani z socjalizmem nie ma za wiele wspólnego. Zapłacono też za to dużą cenę. Zaniedbania w edukacji klasowej, brak krzewienia postaw socjalistycznych i pójście miękkim kursem na „ludowość” oraz nieuchronnie związany z nią klerykalizm były gwoździem do trumny całego polskiego socjalizmu. Polska Ludowa przegrała właśnie dlatego, że przestała być socjalistyczna, a pojęcie ludu i ludowości przejęła i zwyciężyła dla siebie prawica, która zawładnęła też zbiorową wyobraźnią samych pracowników.

Ta sytuacja trwa aż do dziś. Także dlatego PiS nie ma dziś problemu z używaniem i aktywnym wykorzystywaniem tej kategorii. Nawet sprzyjający PiS-owi i wyłącznie antyliberalni „lewicowcy” zazwyczaj mówią właśnie o „ludzie”, a nie o klasach społecznych, czy o socjalizmie. Dlaczego? Dlatego, że „lud” jest workiem, do którego wrzucić można wszystko. Można chwalić mądrość „ludu” i nie zadawać pytań o realne klasowe interesy, które ten sam „lud” obecnie realizuje. Tymczasem przewrót teoretyczny dokonany przez Karola Marksa polegał właśnie na tym, że socjaliści (wcześniej utopijni) przestali mówić o „ludzie” niczym o żywiole i zamienili lud na klasy. Nie trzeba było już patrzeć, co „lud” robi i doszukiwać się w tym wcielonej mądrości (jak robią to dziś różni reprezentanci lewicy), ale wystarczyło zacząć zadawać konkretne i wynikające z socjalizmu naukowego pytania: czyje interesy klasowe są realizowane, które klasy społeczne są posiadającymi, jaki projekt klasowy jest realizowany itd.
„Lud” nie tylko nie istnieje, jako kategoria socjologiczna i poznawcza, ale zawiódł również dawnych socjalistów. Jest też kategorią skażoną przez konotacje z faszyzmem i różnymi odmianami prawicy. Dlatego – nie popełniając znów tych samych błędów – socjaliści muszą mówić o socjalizmie. A zamiast o „ludzie” – o pracownikach, proletariacie, czy prekariacie (i innych mutacjach pojęcia: ludzie pracy). Nawet liberalny „obywatel” znaczy znacznie więcej.

Fascynacja „ludowością” sama w sobie ma też paternalistyczny i klasistowski charakter. Sam „lud” też wcale nie chce być „ludem”. Bajki o „ludzie” to dziś głównie politycznie PiS-owskie lub akademickie fantazje będące wariacjami chłopomanii. Pracownicy najemni nie chcą być identyfikowani z chłopami feudalnymi, nie odnajdą się też w estetyce, która każe im zachwycać się buntami chłopskimi z XVI wieku i nie pragną też wcale szukać dowodów swej potencjalnej wielkości w upodleniu, jakie stało się udziałem dawnych chłopów pańszczyźnianych i ich przodków. To, że dla grupy akademików bieda, nędza i wyzysk z dawnych wieków są rozczulające i fascynujące wcale nie oznacza, że tak samo o powiązaniu z feudalnym chłopstwem myślą szeregowi pracownicy. „Ludowość” dzisiejszych pracowników jest przez nich wyparta jeszcze bardziej niż ich proletariackość.

Wędka „na potomka chłopa” nie zadziała. W tym też sensie wysyp lewicowej mody na „ludowość” jest realnie skrajnie „nieludowy”, tzn. przodują w nim intelektualiści, związani zazwyczaj z filozoficznymi studiami nad przeszłością, które interesują dziś może kilka procent czytelników książek i fascynatów historii. Ludzie pracy nie chcą być też „ludem” ze względów ideologicznych oraz estetycznych. Nawet w teledyskach disco-polo, które duże grono uosabia z „ludowym gustem”, dominują: przepych, bogactwo, garnitury, czy wyjazdy na wczasy do ciepłych krajów, gdzie kręci się znaczną część klipów. Człowiekowi pracy dużo bliżej jest dziś do wizji postępu, bogactwa, dobrobytu i nowoczesności. Retroludowość jest dla nikogo.

Trzeba też przy okazji udzielić odpowiedzi na pytanie – dlaczego fascynacja „ludem” i „ludowością” wypiera kontekst robotniczy i pracowniczy? Głównym powodem jest tu dominacja konserwatyzmu oraz ucieczka akademików z pól kojarzonych tradycyjnie z socjalizmem w stronę tego, co w istniejących warunkach bezpieczniejsze. Taktyki przetrwania lewicującej akademii rzutują na boom na „lud”, który jako kategoria jest do zaakceptowania dla panującej w Polsce politycznej ideologii, w tym dla czujących się tu bezpieczniej liberałów. Co innego robotnicy, pracownicy, a już najgorzej – socjalizm. Przy tym ostatnim wpada policja.

Współcześni pracownicy przemawiają już własnym głosem, tworząc go też w oparciu o kulturę, którą tworzą klasy panujące. Lewicową odpowiedzią nie jest wcale „Powrót do przeszłości” i zachwyt nad muzyką zespołu R.U.T.A, ale nadawanie na falach, które współczesny proletariat dziś odbiera. Dziś, a nie wieki temu, czy za Jakuba Szeli, albo innego chłopskiego buntownika z zupełnie innej epoki i momentu dziejowego.

Chłopomania i ludomania są wstecznictwem. Nic więc też dziwnego, że wspierają ją środowiska prawicowe, które na podstawie sentymentu do przeszłości próbują umocować się ideologicznie i przedstawiać w roli obrońcy (i panów) uciśnionych. PiS jest jednak mądrzejsze od większości lewicowych fascynatów przeszłością, bo wie jednocześnie, że jego poparcie, to rezultat drobnych transferów socjalnych i polityk, które sprawiają wrażenie socjalistycznych. Ale nimi nie są. I tu wkracza projekt, który jest potrzebny: projekt nowego socjalizmu, z wielowątkową, głęboko zróżnicowaną tożsamością pracowniczą, jako podstawową ideologiczną i kulturową. Zero taplania się w historii. Maksimum nowoczesności, żądań wyższego poziomu życia i lepszych płac. A zamiast naiwnego i fałszywego „antyelitaryzmu” – wyłącznie antyelitaryzm antykapitalistyczny.
Bo pracownicy chcą ucieczki ze swojego położenia, w które wciska ich kapitalistyczny wyzysk. Ale nie pójdą za Polską Ludową 2.0. Nie tylko dlatego, że PRL został skutecznie (i nieodwracalnie) skompromitowany w oczach wielu, ale i z uwagi na to, że „ludowość” jest obciachowa. Niezwiązana z postępem, bogactwem i oderwana od rzeczywistości przyciągnie najwyżej wąskie grono socjalistów i miłośników badań nad historią wykluczenia. I nie jest to wcale efekt tego, że uciśniony „lud” ma PTSD i wyparł się w kapitalizmie swych korzeni (PS – A jeśli nawet to zrobił, to może słusznie???).

Po pierwsze: to zbrodnia uważać, że kultura uciemiężonego chłopa albo wyzyskiwanego pracownika, jest domyślną kulturą danej klasy (to jakby bitemu przez właściciela psu mówić, że kultura bitych psów jest cudowna). Po drugie: ludowość, którą znamy dziś nie jest żadną prawdziwą ludowością, tylko rojeniami na temat kultury chłopstwa, z której większość nie przetrwała do naszych czasów. To jak ze strojami ludowymi, które wszyscy znamy z tańców „ludowych”, a które realnie wymyślono w XIX wieku, kiedy klasy wyższe i grono artystów mieli nagle taki kaprys. Podobnie jest też z Polską Ludową – to logo i to pojęcie jest już przestarzałe i odnosi się do kultury, momentu dziejowego i sytuacji, których już nie ma.
Ciągłe i przesadne odniesienia do realnego socjalizmu są na dziś bardziej problematyczne niż twórcze. I wie to raczej każdy, kto wyszedł z praktyką polityczną poza poziom pisania ogólnych dokumentów przeznaczonych dla wąskich kręgów działaczy. Fetysz przesadnie częstych odniesień do PRL-u miał być może sens w latach 90-tych. Obecnie jest to już głównie próba pójścia na łatwiznę bez wypracowania nowych kategorii i nowego języka politycznego. Nowy socjalizm będzie miał znacznie więcej wspólnego z „Julkami” niż z Bolesławem Bierutem.

W pewien sposób wydaje się to rozumieć Jan J. Zygmuntowski, którego krytyka jest w zasadzie jednym wielkim manifestem pochwalnym dla nowoczesnych technologii. W swojej polemice bardzo słusznie zwraca on uwagę na to, że dla projektowania gospodarki socjalistycznej kluczowy staje się informatyczny aspekt planowania. Problemem są jednak konkrety. Tekst Zygmuntowskiego byłby wspaniałym dokumentem inauguracyjnym dla nowego ministra cyfryzacji w nowej, socjalistycznej Polsce, ale nie mówi nam niczego poza tym, że jej autor byłby dobrym kandydatem na to stanowisko.

Pracownicy nie żyją jako informacje. Nie zorganizują się na hasła będące żargonem dla informatyków. A zresztą – zdobycie środków niezbędnych do masowego tworzenia wspólnic danych itp. i tak wymaga wpierw przeprowadzenia skutecznej rewolucji socjalistycznej. To, co staje się (nawet uzasadnionym, funkcjonalnym i realnie socjalistycznym) technologicznym fetyszem nie znajdzie zaś zrozumienia u ludzi, którzy żyją na bazie doświadczeń ze swej codzienności. „W pełni zautomatyzowany, gejowski komunizm przyszłości” jest jeszcze mniej czytelny i jeszcze mniej zrozumiały z każdym kolejnym słowem komponującym to określenie.
Działalność nie jest dla działaczy. Jest przez nich. I przypomnę, że w tym momencie społeczeństwo polskie nie wie nawet do końca czym jest lewica. Duża część ludzi o lewicowych przekonaniach chciałaby nawet np. odebrania zasiłków. To są problemy, z którymi musimy walczyć. I nie da się tego obejść tworząc sam metaprojekt „Nowej Polski Ludowej, czy „Techno Socjalizmu”, bo projekt ogólny nie może funkcjonować/istnieć estetycznie w kompletnym oderwaniu od realnych warunków pracy i życia współczesnych ludzi pracy. Potrzebny jest też język międzynarodowy i nawiązujący do panującej, zachodniej, zglobalizowanej kultury. Skazanie się na skansen odniesień do symboli sprzed ery internetu to przepis na klub historyczny i kompletną klęskę polityczną.

Lewica, praca, równość, ocalenie Ziemi, socjalizm, precz z miliarderami…. I gdzieś, daleko w tle nawiązania do kilku dobrych rozwiązań z czasów realnego socjalizmu. Ale tylko w dalekim tle. Tak, jak rewolucje XX wieku nie czepiały się symboliki wieku XIX, tak samo my nie możemy stać się więźniami osobistych, historycznych, czy też futurologicznych sympatii. Mówienie o „ludzie” i do „ludu”, to z kolei siłą rzeczy wchodzenie w roli zbawcy. A takiego zbawcy ludzie pracy wcale nie potrzebują. Jedyne, czego im trzeba do dobrego reprezentanta ich klasowych interesów. Bo kontynuacją Polski Ludowej nie jest Ludowość 2.0, lecz nowy socjalizm. I ten niekoniecznie nawet musi nazywać się „socjalizmem”.

Jestem, byłam, będę

Wolność tylko dla zwolenników rządu, tylko dla członków partii – choćby nawet byli nie wiadomo jak liczni – nie jest wolnością. Wolność jest zawsze wolnością dla myślących inaczej.
Róża Luksemburg

Las czerwonych sztandarów – wiele z nich ozdobionych znakiem sierpa i młota. Portrety Róży Luksemburg, Włodzimierza Lenina, Karola Liebknechta, Karola Marksa oraz innych znanych działaczy komunistycznych. Transparenty eksponujące wolę walki o sprawiedliwość społeczną oraz hasła antywojenne, antykapitalistyczne.

Tak 12 stycznia 2020 r. wyglądał pochód, w którym uczestniczyło wiele tysięcy ludzi zmierzających ulicami Berlina na cmentarz, gdzie pochowani są zasłużeni socjaliści i komuniści. Złożono tam niezliczone ilości czerwonych goździków; najwięcej na grobie Róży Luksemburg czym upamiętniono 101. rocznicę jej tragicznej śmierci (15.01.1919 r.).

Nie tylko wspomniana manifestacja w Berlinie, w której uczestniczyłem, ale istnieje jeszcze wiele innych objawów wskazujących, że Róża Luksemburg – tu pozwolę sobie zacytować słowa dziennikarza i publicysty Rafała Wosia -„jest prawdopodobnie najbardziej znaną Polką na świecie. W tej kategorii konkurować z nią może tylko Maria Skłodowska Curie”(…). Zostało po niej kilka otwartych drzwi do: innego socjalizmu, innej integracji europejskiej, innej polityki”./1

W niniejszym eseju spróbuję zwrócić uwagę na niektóre epizody z życia tej niezwykłej kobiety oraz wskazać asumpty, na które reagowała.

***

Róża Luksemburg urodziła się 5 marca 1871 r. w Zamościu. Trzynaście dni później rozpoczęło się rewolucyjno-patriotyczne powstanie zwane Komuną Paryską, a półtora miesiąca wcześniej – dokładnie 18 stycznia 1871 r.w sali lustrzanej pałacu w Wersalu, na oczach pokonanych – w dopiero co zakończonej wojnie – Francuzów, przedstawiciele władców byłego Związku Niemieckiego przekazali koronę cesarską królowi pruskiemu Wilhelmowi I Hohenzollernowi. W taki oto spektakularny sposób proklamowano zjednoczenie Niemiec w postaci Cesarstwa Niemieckiego, Rzeszy Niemieckiej (Deutsches Kaiserreich, Deutsches Reich). Głównym kreatorem tego ostatniego – z wymienionych przeze mnie wydarzeń – był Otto Bismarck (1815-1898). Ten wielkiej miary polityk był nieprzejednanym wrogiem nie tylko Francji, ale przede wszystkim nas Polaków. Świadczą o tym między innymi jego następujące słowa: „Bijcie w Polaków tak, by im ochota do życia odeszła; osobiście współczuję ich położeniu, ale jeśli pragniemy istnieć, nie pozostaje nam nic innego, jak ich wytępić. Wilk też nie odpowiada za to, że Bóg go stworzył takim, jakim jest; dlatego też zabija się go, gdy się tylko może”.

Kiedy do Warszawy na spotkanie z carem Rosji przybył cesarz niemiecki Wilhelm II, czternastoletnia Róża Luksemburg napisała wiersz tej oto treści:

„W polityce jestem jeszcze głupią owcą

Dlatego nie chcę w ogóle z tobą dużo gadać

Jedno chcę ci tylko kochany Wilhelmie powiedzieć

Powiedz tej wstrętnej świni Bismarckowi

Uczyń to dla Europy, cesarzu Zachodu

Rozkaż mu, by nie wystawiał więcej pokoju na pośmiewisko”.

***

Trzy lata przed narodzinami Róży Luksemburg ukazał się pierwszy tom Kapitału Karola Marksa. „Wydawało się wówczas – jak to trafnie skonstatował, niedawno zmarły pisarz historyczny Andrzej Fedorowicz – że w prostszy i bardziej logiczny sposób nie sposób wyjaśnić tego, co w drugiej połowie XIX wieku działo się w gospodarce i życiu społecznym. Marks krytykował świat, w którym ludzie zostali sprowadzeni do roli siły roboczej i zaakceptowali ten stan. Ludzie, którzy uwierzyli, że rzeczy, które wytwarzają, mają jakąś samoistną wartość. Dla Marksa wartością były nie rzeczy, a wykonana praca. Zdaniem niemieckiego filozofa ludzie nie powinni bezmyślnie akceptować świata, w którym żyją, gdyż jest to sprzeczne z ich naturą. Takie poglądy trafiały na podatny grunt także w Polsce”.

Róża Luksemburg w latach gimnazjalnych należała do młodzieżowego koła związanego z pierwszą polską partią socjalno rewolucyjną „Proletariat”(1882-1886). Partia ta – zwana w historiografii Pierwszym Proletariatem – zakończyła swą działalność po aresztowaniu przez władze carskie większości członków jej aktywu. W grudniu 1885 r. sześciu z nich skazano na karę śmierci, a egzekucję wykonano w styczniu 1886 roku na stokach Cytadeli Warszawskiej. O tym, jak polscy postępowi patrioci i socjaliści zareagowali na te pierwsze po powstaniu styczniowym wyroki w zaborze rosyjskim, wydane z przyczyn politycznych, świadczy, między innymi napisany dziesięć lat później artykuł Józefa Piłsudskiego. Wart jest on zacytowania w całości, w tym miejscu jednak (z uwagi, że stanowi on tu tylko przyczynek w odniesieniu do głównego tematu) ograniczę się do przytoczenia jego końcówki:

„…Czcząc dziś pamięć naszych bohaterskich poprzedników w rozpamiętywaniu ubiegłych lat dziesięciu i nabytego doświadczenia, z dumą podnosimy głowę i śmiało spoglądamy w czekającą nas przyszłość. Nieugięci wobec ciosów ze strony rządu, nadal stać zawsze będziemy na straży naszych praw i interesów robotniczych, przygotowując jednocześnie i zbierając siły dla usunięcia tych kajdan niewoli politycznej, które najazd caratu włożył nam na ręce.

Dwa lata po egzekucji Proletariatczyków, siedemnastoletnia Róża Luksemburg włączyła się w nielegalną działalność Polskiej Partii Socjalno-Rewolucyjnej (tzw. II Proletariatu). Szybko jednak została namierzona przez szpicli rosyjskiej policji. W tej sytuacji przywódcy partii, doceniając jej erudycję i wybitną inteligencję zdecydowali wysłać ją do Szwajcarii, jedynego kraju, w którym wówczas kobiety mogły na równi z mężczyznami podjąć studia.

Przez granicę rosyjsko-pruską niósł nią na swoich plecach jeden z głównych współtwórców II Proletariatu Marcin Kasprzak (Różę Luksemburg w dzieciństwie zachorowała na zapalenie stawu biodrowego, przez co na zawsze pozostał jej niedowład nogi oraz inne wady w budowie ciała). Trzy lata później wspólnie z Różą Luksemburg zaangażował się w sprawę strajku dzieci wrzesińskich. W 1904 roku założył w Warszawie drukarnię SDKPiL (Socjaldemokracja Królestwa Polskiego i Litwy). Po jej przypadkowym odkryciu przez policję Marcin Kasprzak zdecydował się bronić. Strzałami z rewolweru zabił 4 policjantów, a jednego ranił. „Za zbrojny opór przedstawicielom władzy, zabójstwo, zadawanie ran nożem, działalność nielegalną przeciwko ustrojowi w szeregach SDKPiL” po brutalnym śledztwie został stracony na stokach Cytadeli Warszawskiej. Róża Luksemburg upamiętniła swego przyjaciela w nekrologu zamieszczonym w gazecie SDKPiL, „Z Pola Walki”: „Walczył do upadłego. A gdy gwałt zwyciężył i przyszło umrzeć – skonał, jak wielcy duchem tylko potrafią. Ostatnim jego ruchem była pięść, grożąca milcząco pachołkowi krwawego cara za prokuratorskim stołem”.

***

W czasie prawie dziesięcioletniego (1888 -1898) pobytu w Szwajcarii Róża Luksemburg studiowała filozofię, ekonomię i prawo. Pierwszego maja 1897 roku na uniwersytecie w Zurychu obroniła doktorat na temat rozwoju przemysłowego w Królestwie Polskim. Jej drugą poważną pracą na tematy ekonomiczne była wydana w 1913 r. „Akumulacja kapitału”. W książce tej między innymi zaprzeczyła przewidywaniom Marksa, że kapitalizm ugryzie się we własny ogon, gdy zabraknie środków do realizacji wytworzonej przez kapitalistów produkcji a słabo opłacani robotnicy nie będą w stanie kupić towarów wytwarzanych przez przemysł.

Ponieważ nie jestem specjalistą w sprawach polityki ekonomicznej posłużę się tu cytatem wziętym z artykułu Wszystkie twarze Róży Luksemburg autorstwa Rafała Wosia:

„Ale Róża Luksemburg pokazała, że niekoniecznie. W tym momencie wejdzie do gry kredyt – zauważyła już w czasie swojej słynnej polemiki z ideologiem SPD Eduardem Bernsteinem parę lat wcześniej. Teraz szła tym tropem dalej: pokazała, że rozwój rynków finansowych będzie prowadzić do coraz szybszej wymiany towarów. Będzie to pchało świat w kierunku zjawisk, które dziś nazywamy finansjalizacją (nadmierna przewagę sektora bankowego nad realną gospodarką).

Luksemburg nie używała tego terminu. Ale to, co pisze, dość dobrze opisuje zjawisko pompowania finansowych banki spekulacyjnych, które doprowadziły do krachu 2008 r. Luksemburg poszła jeszcze dalej. Pokazała jak rynki finansowe będą kolonizować świat Eksportując kapitał za granicę, co skończy się wciąganiem krajów słabszych w pułapkę zadłużeniową. I nową formę kapitalizmu. Tym, co kilka lat temu minister finansów Grecji Janis Warufakis opisał gorzkim: dziś do podboju nie są potrzebne tanki, dziś wystarczą banki. A co wcześniej do pewnego stopnia sprawdziło się w Ameryce Łacińskiej czy Europie Wschodniej”.

***

W Szwajcarii Róża Luksemburg poznała setki radykalnie myślących ludzi, w tym między innymi takie sławy jak: Gieorgij Plechanow, Aleksandra Kołłątaj, Paweł Akselrod i Leon Jogiches (ps. Jan Tyszka). Z tym ostatnimzałożyła w 1893 r. partię Socjaldemokracja Królestwa Polskiego (SDKP), przekształconą w Socjaldemokrację Królestwa Polskiego i Litwy (SDKPiL).

W przekonaniu Róży Luksemburg idee socjalistyczne powinny prowadzić do harmonii między wszystkimi ludźmi na świecie, uważała przy tym, że sprawy narodowe powinny zejść na dalszy plan. Odmienny w tej sprawie pogląd miała większość członków założonej w 1892 r. w Paryżu Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS), który saocjalizm traktowali jako drogę prowadzącą do wyzwolenia wszystkich ziem polskich spod zaborów.

Róża Luksemburg była polską patriotką, czemu między innymi dała wyraz w napisanej 1900 r. broszurce pt. „Przeciwko wynaradawianiu”. Jej zdaniem problem niepodległości Polski powinien pozytywnie zostać rozwiązany dopiero po zwycięstwie socjalizmu na całym świecie. Argumentowała, że w warunkach kapitalizmu państwa narodowe nie mogą być zbawieniem dla proletariatu. Niepodległe państwo polskie pod rządami burżuazji byłoby – w jej przekonaniu – dla polskich robotników takim samym piekłem, jak każde inne ówczesne państwo kapitalistyczne.

Z takim nastawieniem wystąpiła w roku 1896 na IV Kongresie II Międzynarodówki w Londynie, ostro sprzeciwiając przedstawionemu tam, przez przedstawiciela Centralnego Komitetu Robotniczego PPS Józefa Piłsudskiego, wnioskowi o poparcie przez delegatów walki o wyzwolenie Polski. Wyrażał pogląd, że pod władzą zaborców, bez wolnej ojczyzny, socjalizmu być nie może./8. Wskazywał, że polski robotnik pod zaborami cierpiał ucisk podwójny, przede wszystkim narodowościowy.

Natomiast Róża Luksemburg uważała, że sprawa robotnicza wymagała nie oderwania Polski od Rosji dla zbudowania niepodległego państwa, ale zniesienia absolutyzmu carskiego i zdobycia wolności politycznych dla polskiego i rosyjskiego proletariatu. Twierdziła też, że Polska odzyskując niepodległość, straciłaby rynki zbytu w Rosji, co doprowadziłoby do bezrobocia wśród polskich robotników. Jej stanowisko poparli socjaliści rosyjscy wskazując, że potencjał gospodarczy i kulturalny Polski jest potrzebny dla rozwoju socjalizmu rosyjskiego.

Józef Piłsudski „przemówił tak przekonywująco i z taką siłą wiary – jak skomentowała jego wystąpienie na IV Kongresie II Międzynarodówki, w swoich wspomnieniach jego żona Aleksandra – że Kongres uchwalił rezolucje, w której uznano prawo, każdego narodu do samostanowienia i stwierdzono, że niepodległość Polski leży w interesie tak polskiego, jak i międzynarodowego proletariatu”. Poza tymi hasłowymi oświadczeniami wymowa całej rezolucji była jednak mniej zdecydowana, aniżeli tego oczekiwał Piłsudski. Później na łamach pisma „Robotnik” – którego był redaktorem naczelnym – niejednokrotnie przytaczano przykłady świadczące o tym, że nawet gdy robotnicy wywalczą od fabrykantów jakieś ustępstwo, to moskiewscy urzędnicy w imię własnych interesów je przekreślą. „Dopóki więc” – pisał Piłsudski w drugim numerze „Robotnika” – „panuje nad nami rząd samowładny i najezdczy, dopóki my robotnicy, nie będziemy mieli udziału w rządzie, dopóty nie możemy się spodziewać, by rząd i urzędnicy strzegli nas od krzywdy ze strony fabrykantów i majstrów, dopóty prawa fabryczne będą tylko mydleniem oczu”.

Natomiast Róża Luksemburg w swoich wystąpieniach i publikacjach niejednokrotnie mówiła, „że polscy robotnicy pod rosyjskim zaborem mają więcej wspólnych celów z robotnikami z Moskwy i Petersburga niż z Krakowa. W dyskusjach – jak pisze Andrzej Fedorowicz w swojej pracy o niej – dowodziła, że prowadzona przez rosyjski rząd protekcjonistyczna polityka celna doprowadzi do rusyfikacji polskiej burżuazji. Za jedyną siłę zdolną odwrócić ten proces uznawała wspólną rewolucyjną akcję robotników z całego imperium rosyjskiego, po której Polska mogłaby uzyskać narodową autonomię”.

W grudniu 1905 r. przyjechała do Warszawy by wziąć czynny udział w trwającej tu rewolucji ludowej. Została jednak szybko namierzona przez Ochranę, osadzona w więzieniu a następnie wydalona do Niemiec. Bardzo aktywnie pracowała jako naukowiec i agitator polityczny. Zafascynowanie rewolucją, z którą jeszcze niedawno miała do czynienia, sprawiły że stała się jeszcze bardziej radykalna w swych poglądach.

Ostrza swojej krytyki nie kierowała tylko przeciwko ustrojowi kapitalistycznemu, ale coraz bardziej przeciwko oportunizmowi występującemu w Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). Oportunizm ten szczególnie objawił się przed rozpoczęciem I wojny, kiedy niemal cała frakcja SPD poparła w Reichstagu ustawę o kredytach wojennych. Wywołało to w Róży Luksemburg rozgoryczenie, które wyraziła słowami: „Nie ma już socjaldemokracji w Niemczech”.

Wcześniej tj. pod koniec 1913 roku za antywojenne przemówienia, serię ataków na armię i wzywanie do nieposłuszeństwa wobec państwa została skazana na rok więzienia.

Sprzeciwiając się wojnie ukuła hasło: „Socjalizm albo barbarzyństwo”. Za uprawianie antywojennej propagandy często trafiała za kraty, ale po odbyciu kary wypuszczano ją na wolność. W lipcu 1916 roku władze niemieckie uznając ją z niebezpieczną agitatorkę postanowiły uwięzić ją na stałe. Z więzienia we Wronkach pisała, przemycane przez Sonię Liebknecht a następnie kolportowane w całych Niemczech, „listy Spartakusa”. Od imienia tego przywódcy największego i najgroźniejszego powstania niewolników w starożytnym Rzymie (73 -71 p.n.e.) przyjęło nazwę ugrupowanie związanych z nią socjalistów. Spartakusowcy działali zgodnie z ukutym przez Różę Luksemburg – długo przed wybuchem wojny – hasłem: „lepsza wojna domowa niż wojna światowa”.

Chodziło jej przede wszystkim o wywalczenie warunków, w których każdy człowiek miałby prawo do uczestnictwa w życiu publicznym i decydowania o swoim losie. Nie zamierzała jednak poganiać zegara historii. Nie wierzyła w natychmiastowy upadek kapitalizmu poprzez dyktaturę proletariatu. Szukała innej drogi do upodmiotowienia mas ludowych.

Po wybuchu rewolucji w Niemczech Róża Luksemburg wyszła z więzienia, ale musiała się ukrywać przed urządzonym na nią polowaniem przez siły prawicowe. 15 stycznia 1919 r. została brutalnie zamordowana przez jeden z oddziałów Freikorpsu. Zanim do tego doszło w jednym ze swych ostatnich tekstów napisała prorocze słowa: „byłam, jestem, będę”.

Lewica musi mieć wizję

Lewica musi mieć koncepcję rozwiązywania problemów bieżących, lecz – jak naucza profesor Zygmunt Bauman – musi jej jeszcze chodzić, o coś więcej, niż: „robić to samo, co robi prawica, tylko lepiej”.

Na działania polskiej lewicy niewątpliwy wpływ wywierają dzisiaj dwa główne czynniki: konieczność przeciwdziałania opresyjnej władzy PiS, spychającej społeczeństwo i państwo w jakieś niebezpieczne otchłanie. Oraz, zmagania z pandemią, wywołanym przez nią kryzysem, i jego wielorakimi skutkami (zdrowotnymi, społecznymi, gospodarczymi, kulturowymi, psychologicznymi).

Stawia to przed formacją konieczność podejmowania trudnych decyzji. Na przykład, czy do wyborów (za dwa lata, ale nie można też wykluczyć, że wcześniej) iść samodzielnie, czy w koalicji? I w ślad za taką lub inną decyzją w tej sprawie – podjętą po wnikliwych analizach oraz dyskusjach – realizować adekwatne do niej (decyzji) działania programowe i praktyczne.
Lecz sytuacja ta wymaga również – odnosząc się do drugiej kwestii – opracowania propozycji do walki z owymi wielorakimi skutkami kryzysu, tak w zakresie krótkookresowym, jak i perspektywicznym.

Niedawno na łamach Dziennika Trybuny, przewodniczący SLD Włodzimierz Czarzasty, w kontekście znanego wystąpienia przywódców PO (o „zjednoczeniu” opozycji), dał jasną wykładnię sensowności podziału lewica-prawica i wyszczególnił niektóre zadania formacji w pracy bieżącej. Warto jednak w tym miejscu dodać, iż – oprócz działań, o których pisał szef SLD – przed lewicą (bo, jak nie przed nią, to przed kim?) stoją też zadania wyjścia naprzeciw dramatycznym wyzwaniom szerzej postrzeganej rzeczywistości społecznej, przyrodniczej itp., wymagającej głębszych zmian, w tym strukturalnych. Myślę, iż także te sprawy winny znajdować się w sferze zainteresowania przywódców polskiej lewicy. Bo lewica musi mieć koncepcję rozwiązywania problemów bieżących, lecz musi jej jeszcze chodzić, jak naucza profesor Zygmunt Bauman, o coś więcej, niż „robić to samo, co robi prawica, tylko lepiej”.

Na marginesie, próbę pewnej reakcji, a zatem: „robić inaczej, niż prawica” – podjęła Socjalistyczna Platforma Programowa SLD, przedstawiając swój Manifest. Szkoda, iż partie polskiej lewicy się nie ustosunkowały do tej sprawy, choć od inicjatyw, jaką podjęła SPP, na polskiej lewicy się przecież nie przelewa. I tym bardziej powinno się ją docenić.

Dlatego, silnie akcentując potrzebę przyjęcia odpowiedniej polityki, przeciwdziałającej pisowskiemu szkodnictwu, i apelując do gremiów przywódczych Nowej Lewicy i Lewicy Razem o jak najpilniejsze jej wdrożenie, chciałbym się zarazem odnieść do kryzysu popandemicznego, ale rozumianego szerzej. To znaczy kryzysu, w którym uwzględnia się skutki samej pandemii, ale też problemy – wynikające z dewastacji środowiska społecznego, przyrodniczego, i inne – będące rezultatem (w najszerzej pojętym aspekcie społecznym) niewydolności panującej formacji społeczno-ekonomicznej. Także w tej kwestii chciałbym apelować do gremiów decyzyjnych lewicy o podjęcie tematu. Zwraca, bowiem uwagę na to zagadnienie wspomniany już wyżej Manifest Socjalistycznej Platformy Programowej:

„Kapitalizm przywiódł ludzkość ku nowym, nieznanym dotąd wyzwaniom… Po raz pierwszy problem przetrwania gatunku ludzkiego spowodowany zmianami środowiska, jakie człowiek spowodował jawi się dla niego, jako najważniejsze wyzwanie… Niepowstrzymanie katastrofy klimatycznej przyniesie zagładę znacznej części ludzkości. Skutkiem kapitalistycznej polityki gospodarczej i społecznej szybko pogłębia się rozwarstwienie ekonomiczne społeczeństw… W nowym socjalizmie jest jedyna nadzieja na zrównoważony rozwój społeczny, na społeczną sprawiedliwość, na sprawiedliwą przyszłość…”.

Powyższy tok rozumowania skłania ku tezie, iż dla jasności sprawy oraz skuteczności działania lewicy konieczne jest kompleksowe spojrzenie na obecny kryzys, i na sposób jego obecnego rozumienia. Jest to ważne, bo od interpretacji zjawiska będzie zależał wybór sposobów i narzędzi do jego pokonania.

Szerzej rozpatruję ten problem w opracowaniu: „Socjalizm w XXI wieku: Praca u podstaw i praca od podstaw. V RP – Socjalistyczna?”; Wydawnictwo i Drukarnia MOLOH WROCŁAW.

„… Koronawirus COVID-19, będzie znamienny dla roku – 2020… Pozostawi po sobie dramatyczne następstwa, szczególnie ludzkie, osobiste, zdrowotne, często bardzo bolesne. Ale też społeczne, ekonomiczne, psychologiczne. Już jest, i pozostanie wielowymiarowy kryzys i jego skutki, w postaci załamania gospodarek, bezrobocia, biedy, niedoli, depresji – ludzi, klas i warstw społecznych, nacji.

Z tym kryzysem zmierzyć się musi świat i ludzkość. A przecież nie zniknęły stare, przed epidemiczne wyzwania dla Ziemi, Europy, Polski: nierówności społeczne, dewastacja przyrody itp., których też nie można zostawiać na potem, bo to prosta droga ku tragedii dużo większej niż pandemia. Stąd mówiąc o kryzysie trzeba uwzględniać różne jego aspekty wynikające z przeszłości i okoliczności aktualnych, z którymi wszak przyjdzie się mierzyć i w przyszłości. W tym rozumieniu kryzys dziś to scalony układ trzech splątanych składników: skutków pandemii (zdrowotnych, społecznych); skutków i procesów post pandemicznych (kryzysy: gospodarczy, społeczny, kulturowy); procesów przed pandemicznych, lecz występujących także i po pandemii (społecznych – rozwarstwienia, biedy, wojen; klimatycznych – dewastacji przyrody, uchodźców itp.). Taki, wielostronny – niepomijający żadnej z powyższych spraw – sposób reakcji na kryzys, musi cechować sferę polityczną, a szczególnie podejście lewicy. Lewica globalna/ europejska/ polska… musi się włączyć w wyprowadzanie ludzkości/ Polski z matni, tak postrzeganego kryzysu. Formacja winna wywalczyć sobie pozycję jednej z głównych sił realizujących to zadanie. Jest bardzo ważne, by lewica i jej – służące całemu społeczeństwu, a nie klasom wybranym – plany społeczno-ekonomiczne legły u podstaw działań antykryzysowych. Wymaga to wzmocnienia jej aktywności politycznej, oraz sformułowania adekwatnych propozycji programowych.

W kontekście programu lewica powinna podjąć dwa kierunki działań. Na pierwszym miejscu walka ze skutkami kryzysu, aby zapobiec klęskom biedy, głodu, chorób, temu, co grozi podstawom egzystencji ludzi. Oraz walka o gospodarkę, o miejsca pracy, o produkcję i usługi zaspokajające potrzeby główne.

Lecz, jest i drugi kierunek: konieczność przekształceń systemu, który staje się coraz bardziej nieludzki i niewydolny społecznie, wrogi przyrodzie, naturze. Nie wolno ulec pojawiającej się narracji „teraz zajmijmy się ratowaniem gospodarki, a uzdrawianiem kapitalizmu zajmiemy się potem”. Nie wolno ulec, bo ów system, gdy dziś nie zreformuje się pewnych elementów jego struktury – nie zmieni się „sam z siebie” nawet pod wpływem kolejnego wirusa lub kolejnej klęski suszy, czy wręcz katastrofy, dziś jeszcze trudnej do wyobrażenia.

Lewica musi ustrzec się błędu, jaki popełniła w czasach kryzysu – 2008-2012. Błędu niedostatecznej walki z jego skutkami, lecz także i w szczególności, błędu zaniechania walki z główną jego przyczyną, neoliberalnym kapitalizmem. Lewica, niezależnie od tego, jaki jest jej stan i kondycja w danym momencie, winna mieć zawsze przygotowany plan awaryjny, plan działań na wypadek nadzwyczajnej sytuacji. Powinien on zawierać, oprócz wariantów bieżącej reakcji na kryzys i jego skutki, także zręby alternatywy ustrojowej dla kapitalizmu, aby „w każdej chwili” móc ją zaproponować. Zabrakło ich na poprzedni kryzys, już czas, zatem na ich opracowanie, w obliczu wyzwań roku 2021, i lat następnych.

Taki plan, choć ma zawierać alternatywne rozwiązania dla kapitalizmu, musi być realistyczny, łączyć w sobie rozwiązania zabezpieczające poziom egzystencji klas najsłabszych, bezrobotnych, i działanie gospodarki, produkcji, usług, zaspokajające główne potrzeby ludzi – z mądrymi, ewolucyjnymi, ale i konsekwentnymi działaniami strukturalnymi. Przebudowującymi, w uzasadnionym zakresie struktury instytucji państwa, ale przede wszystkim… stosunki społeczne i strukturę społeczeństwa. Warunkiem realizmu tego planu jest stosowanie w jego urzeczywistnianiu metod pozytywnych i konstruktywnych, opartych o pracę edukacyjno-wychowawczą i organizatorską, skupiającą do aktywności gospodarczej/ własnościowej, społecznej, kulturalnej; oraz odpowiednią, w tym zakresie politykę państwa.

Dziś światu, społeczeństwu, Polsce brakuje spojrzenia na stan rzeczy w dłuższej perspektywie czasu. Szczególnie brak perspektywy w najszerzej rozumianej kwestii społecznej. Ta perspektywa w pracach partii politycznych (nie tylko polskich) sięga dzisiaj roku – dwóch, co najwyżej kadencji. Tymczasem wielkie problemy współczesności narzucają konieczność pilnego zajęcia się też tym, co przed nami w niedalekiej przyszłości, a nawet, już tuż za rogiem. Sprawami najgroźniejszymi dla ludzkości, tak, aby nie dać się zaskoczyć zjawiskom o następstwach dalece poważniejszych niż skutki pandemii. Nie ma wątpliwości, iż problemy te były i dalej są zaniedbane przez siły polityczne, intelektualne itp., w tym i przez lewicowe. Dotychczasową bierność w kwestii zmian systemowych, które powstrzymywałyby te niebezpieczeństwa, usprawiedliwiano twierdzeniami o czasie interregnum/ międzykrólewia, w którym jedna epoka jeszcze nie umarła, kolejna nie narodziła, tedy czekamy. Ale teraz wnioskując po opiniach na temat „czasu po epidemii” niewykluczona jest sytuacja, którą opisuje teza, iż świat, społeczeństwo, gospodarka na skutek kryzysu ekonomicznego i perturbacji następujących po nim, nie będą już takie same. Zatem, czy czas interregnum dobiega końca, i mamy początek nowej epoki? Nie wyrokując już dzisiaj można jednak z dużą dozą pewności stwierdzić, iż ciąg epidemii oraz nieprzygotowanie do niej rządów i społeczeństw, dużo dobitniej niż ostrzeżenia ekspertów i obrońców natury, dały politykom… i obywatelom do zrozumienia, iż trzeba się głębiej zastanowić nad dalszym swoim postępowaniem: bezwzględną eksploatacją natury i człowieka w imię zysków garstki, oraz prymitywnej konsumpcji pewnej grupy innych. Dały też ludzkości jeszcze trochę czasu na to, aby się opamiętać, i zawrócić z drogi samozagłady…”.

Walka klasowa w Europie i na na świecie

Od czasu kontrrewolucyjnego przewrotu w Polsce, w 1989 r., upłynęło ponad 30 lat. Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich ostatecznie upadł w 1991 r. Upadły także inne państwa socjalistyczne w Europie. Przyczyniło się to do znacznego osłabienia sił postępu i socjalizmu w Europie i na świecie.

Od czasu kontrrewolucyjnego przewrotu w Polsce, w 1989 r., upłynęło ponad trzydzieści lat.
Charakter współczesnej epoki
Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich ostatecznie upadł w 1991 r. Upadły także inne państwa socjalistyczne w Europie. Przyczyniło się to do znacznego osłabienia sił postępu i socjalizmu w Europie i na świecie. Kapitalizm i imperializm miały powody święcić triumfy. W 1991 r. prezydent USA G. Bush (senior) ogłosił doktrynę „Nowego Światowego Porządku” (New World Order), a więc świata pod amerykańską hegemonią.
Dla udokumentowania tej tezy (dominacji) w 1991 r. Stany napadły na Irak, udzieliły większej pomocy Izraelowi w jego wojnie przeciwko Palestyńczykom i innym narodom arabskim, później interweniowały w Somali, Sudanie, w 2001 r. pod hasłem wojny z terroryzmem napadły na Afganistan, a w 2003 r. ponownie na Irak.
Nieustannie zagrożone są Iran i Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna, w 2011 r. zniszczono Libię i zamordowano jej przywódcę M. Kaddafiego. Od 7-ciu lat trwa wojna w Syrii, która jest częścią nieustannej wojny na Bliskim Wschodzie o dominację imperializmu w tym rejonie świata, o opanowanie zasobów ropy naftowej i gazu, inne bogactwa naturalne, a przede wszystkim o kontrolowanie newralgicznego przesmyku trzech kontynentów. Stany Zjednoczone walnie przyczyniły się do rozbicia Jugosławii, bombardowania w 1999 r. Belgradu i innych miast tego kraju, które weszło do historii jako akt współczesnego barbarzyństwa. Doprowadziły do powstania nowego państwa Kosowa, które stało się wielką bazą wojsk amerykańskich w tym rejonie Bałkanów.
W czasach prezydentury Georga W. Busha (juniora) NATO przekształciło się z paktu północno-atlantyckiego w pakt ogólnoświatowy, kiedy USA uzurpowały sobie „prawo” do interweniowania w każdym rejonie świata, gdzie uznają, że zagrożone są ich interesy. W okresie kiedy Gorbaczow negocjował z Reaganem i Bushem nowy układ stosunków między USA a ZSRR i przesądzano upadek NRD uzgodniono, że NATO nie przesunie się poza rzekę Łabę. Likwidując kraje socjalistyczne nie miały one wejść do NATO.
Co znaczą przyrzeczenia imperialistów świadczą późniejsze fakty. Immanentną częścią NATO stały się landy wschodnie Niemiec, w 1999 r. włączone zostały Polska, Czechy i Węgry, później pozostałe państwa postsocjalistyczne, a nawet republiki postradzieckie (nadbałtyckie), co zachwiało równowagę strategiczną między Rosją a NATO. Polityka ta dowodzi realizacji konsekwentnych celów imperializmu amerykańskiego, dążącego do dalszego okrążania i rozbijania Rosji a w perspektywie także Chin. Ważą się losy Szwecji, Finlandii, Irlandii, Austrii, Szwajcarii jako państw neutralnych.
W ostatnich latach otwarty został nowy front wojenny na Ukrainie, gdzie w lutym 2014 r. dokonany został przez siły faszystowskie i nacjonalistyczne pucz, obalono legalnie wybranego prezydenta W. Janukowycza, a władzę przejęły siły proamerykańskie i proeuropejskie, dążące do wprowadzenia Ukrainy do Unii Europejskiej i NATO, na co nie może zgodzić się Rosja. Ukraina jest w stanie wojny domowej, którą pogłębia półotwarta wojna z Rosją. Krym odłączył się od Ukrainy (wykorzystując prawo do secesji) i wstąpił do Federacji Rosyjskiej, na wschodzie Ukrainy powstały ludowe republiki Doniecka i Ługańska. Kryzys na Ukrainie zaostrza się. Obecnie cele imperializmu nakierowane są na Białoruś, gdzie od dwóch miesięcy siły opozycyjne, wspierane otwarcie przez ośrodki zagraniczne, dążą do obalenia nie tylko legalnie obranego prezydenta, ale całkowitej zmiany ustroju.
Wojna na Ukrainie była początkiem wojny nie tylko o przyszłość tego państwa, ale także o przyszłość Rosji i całego obszaru byłego Związku Radzieckiego. USA i zachodni imperializm są zainteresowane w dalszym osłabianiu i rozczłonkowaniu Rosji.
Dalszym krokiem w tym kierunku jest obecna destabilizacja Białorusi i osłabienie jej przyjaznych więzi z Rosją. Pod rządami prezydenta Władimira Putina kierowniczą siłą Rosyjskie Federacji jest burżuazja narodowa, która nie chce do tego dopuścić, a nawet dąży do odbudowy w nowych formach ustrojowych dawnego ZSRR, a więc Wspólnoty Niepodległych Państw, Związku Euro-Azjatyckiego, Związku Białorusi i Rosji. Rosja ma liczne atuty, przede wszystkim wojskowe, broń atomową, pozycję międzynarodową, m.in. stałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ, olbrzymie bogate terytorium i ponad 140 mln ludzi.
Ale gospodarczo Rosja utraciła pozycję dawnego ZSRR, przemysł poza wojskowym jest technologicznie zacofany i głównym źródłem akumulacji są wielkie zasoby ropy naftowej, gazu i innych bogactw naturalnych, które ratują kraj przed upadkiem, ale jednocześnie systemowo przekształcają go w zaplecze surowcowe i peryferia państw wysoko rozwiniętych.
W sytuacji konfrontacji Rosji z Zachodem może ona wykorzystać sprzeczności w łonie państw kapitalistycznych, między USA a Unią Europejską, w szczególności Niemcami i Francją, ale naturalnym choć trudnym historycznie sojusznikiem Rosji mogą być Chiny, z którymi Rosja już ściśle kooperuje gospodarczo w ramach układu dwustronnego i BRICS a politycznie i wojskowo w ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy, w której obserwatorem jest także Republika Białorusi.
Ważną cechą współczesnej epoki jest, że w ostatnich latach słabnie pozycja gospodarczo-finansowa USA, szczególnie od 10 lat czyli nowego wielkiego kryzysu, który pogłębia się w następstwie pandemii Corona-wirus. Wyrosły nowe potęgi jak Unia Europejska i Chiny. Japonia chce się wydostać spod kurateli USA, podobnie Niemcy, wyrastających na lidera UE, rośnie rola państw tzw. wschodzących, jak Brazylia, Indie.
W rezultacie spada udział amerykańskiego PKB w światowym produkcie, chwieje się dolar także w relacjach rozliczeń międzynarodowych. Stany budują pozycję supermocarstwa silną i globalną armią i rosnącą pozycją będącego pod ich komendą NATO, ale jednak świat ponownie stał się wielobiegunowy i jest to bardziej optymistyczna perspektywa dla pokoju światowego i walki o socjalizm i postęp społeczny. Imperializm jednak nie złożył broni. Prezydent USA Donald Trump zmierzał do utrzymania i ratowania pozycji USA przez politykę sankcji, embarga, protekcjonizmu, szantażowania świata nową zimną wojną, a nawet groźbami wojny nuklearnej, co dla sił pokoju i postępu społecznego jest nie do przyjęcia.
Pod koniec 2020 r. odbyły się w USA nowe wybory prezydenckie, które wygrał kandydat Demokratów Joe Biden, który w sprawach międzynarodowych zapowiedział kontynuację polityki poprzednika. Przyspiesza to polaryzację sił postępu i socjalizmu oraz sił wojny i kapitalistycznej reakcji i otwiera nowe fronty walki klasowej nie tylko w Polsce i Europie, ale w całym świecie.
Rola Chin i konsekwencje dla świata
Chińska Republika Ludowa i kierująca nią Komunistyczna Partia Chin wykorzystały historyczną szansę i w ciągu ponad 70 lat przekształciły swój wielki naród i kraj z dalekiego półkolonialnego peryferium w wysoko rozwinięte państwo, w którym usługi i przemysł dają ponad 94 proc. PKB. Przed rewolucją 1949 r. w Chinach było tylko 3 mln robotników, obecnie ponad 320 mln (plus 250 mln tzw. robotników sezonowych), w 1949 r. tylko 10 proc. społeczeństwa zamieszkiwało w miastach, w 2020 ponad 60 proc. , a więc tyle samo co w Polsce.
Kiedyś Chiny to było 90 proc. biednych chłopów, dziś w rolnictwie formalnie pracuje ok. 300 mln drobnych rolników, ogółem wieś zamieszkuje około 500 mln ludzi, ale ze wsi wyjeżdża do szybko rozwijających się miast ponad 250 mln tzw. robotników sezonowych. Wieś chińska wymaga wielkiej przebudowy.
Gospodarka chińska opanowała liczne najnowsze technologie i dosłownie sięga do gwiazd, o czym świadczą sztuczne satelity, plany eksploracji księżyca i Marsa. Chiny stały się drugą gospodarką świata i depczą po piętach USA i innym potęgom. Chiny wyprowadziły z nędzy ok. 700 mln ludzi, około 400 mln osiąga średni poziom zarobków, ale w dalszym ciągu według różnych danych różnica w dochodach między miastem a wsią jest jak 3 do 1.
Nędza, która obejmowała do niedawna jeszcze od 70 do 100 mln ludzi, należy do historii. Premier Li Keqiang na majowej (2020 r.) sesji. Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych stwierdził, że kategoria ta liczy już tylko 0,6 proc. , a więc ambitny plan likwidacji nędzy został faktycznie zrealizowany.
Jednocześnie Chiny od ponad 40 lat wprowadziły „socjalistyczną gospodarkę rynkową” i szeroko otwarły się na świat, które zdynamizowały rozwój kraju, średnio 10 proc. rocznie , co wielokrotnie zwiększyło PKB, co roku przybywało 10 mln nowych miejsc pracy a drugie tyle było modernizowanych.
W ostatnich kilku latach tempo to zmalało do ok. 7-6,5 proc. , ale i tak jest ono imponujące w porównaniu z USA czy państwami Europy zachodniej. W 2.kwartale 2020 r. (w rezultacie pandemii coronawirusa) USA odnotowały spadek PKB o 33 proc. , RFN o 10 proc. , a Polska o ok. 7 proc. . (Chiny także odnotowały spadek o 0,5.
Ale nadal jest to plus 3,2 proc. wzrostu i w następnych kwartałach powróciły do dawnej dynamiki). Eksperci ostrzegają, że nie jest to jeszcze dno kryzysu.
Jednocześnie mechanizmy rynkowe w Chinach przyczyniły się do odrodzenia nowej burżuazji narodowej, 500 miliarderów i 1,5 mln milionerów, którzy liczą swe majątki nie w juanach lecz w dolarach.
A więc rozwój przez głębokie sprzeczności, stąd uzasadnione pytanie, dokąd zmierzają Chiny. 60-62 proc. PKB powstaje w sektorze prywatnym krajowym i zagranicznym, ale gałęzie strategiczne są w rękach państwa, także transport, massmedia, edukacja, ziemia, zasoby wodne, bogactwa naturalne. 95 proc. finansów jest pod bezpośrednią i pośrednią kontrolą Centralnego Banku Ludowego, państwo i prawo mają socjalistyczny charakter, kierowniczą siłą ideowo-polityczną jest Komunistyczna Partia Chin.
Powstała niespotykana w dotychczasowym rozwoju naukowego socjalizmu hybryda, baza zdominowana jest przez własność kapitalistyczną a nadbudowa, a więc państwo, oświata, życie polityczne, massmedia przez socjalizm .Coś takiego realizowali Lenin i Stalin w Rosji w ramach NEPu w latach 1921-28, ale eksperyment ze względu na ogrom ówczesnych sprzeczności wewnętrznych i międzynarodowych zakończony został wraz z zapoczątkowaniem pierwszej 5-ciolatki (1929-1932, zakończono ją prawie 1 rok przed terminem).
Niektórzy marksiści zachodni krytykują KPCh, oskarżają ją, że Chiny faktycznie stały się państwem kapitalistycznym i że jedynie posługują się frazesem komunistycznym, żeby oszukać własne masy ludowe i świat.
KPCh uważa, że ma prawo do własnej drogi do socjalizmu, że Chiny znajdują się dopiero na początkowym stadium jego budowy, muszą uwzględniać dziedzictwo własnego rozwoju cywilizacyjnego i że dotychczasowe doświadczenia realnego socjalizmu na gruncie europejskim i w Rosji mało przystają do warunków chińskich.
Teoria Deng Xiaopinga jest nowatorskim rozwinięciem marksizmu-leninizmu. Marks i Engels przewidywali, że socjalistyczna rewolucja zwycięży w Zachodniej Europie i USA, co było adekwatne dla ówczesnego liberalnego etapu kapitalizmu. Obecnie jesteśmy w nowej fazie rozwoju kapitalizmu, w którym rewolucje zwyciężają w krajach tzw. 3. świata. W następstwie niepomiernie wzrasta rola okresu przejściowego od kapitalizmu do socjalizmu, w którym trzeba nadrobić epokowe opóźnienie gospodarcze.
I tak robią Chińczycy, którzy uważają, że okres przejściowy może u nich trwać nawet 100 lat, a więc do 2049 r. Chiny idą własna drogą i odpowiednio do tego rozwijają marksizm odpowiednio do własnych dziejów i rzeczywistości, m.in. wmontowały do marksistowskiej ideologii KPCh niektóre humanistyczne wartości i zasady konfucjańskie, co legło u podstaw teorii „socjalizmu z chińską specyfiką”.
Oczywiście mają do tego prawo, ale droga ta kryje liczne niebezpieczeństwa, przede wszystkim grozi zepchnięciem partii na tory rewizjonizmu, oportunizmu, konfucjaniznu a w rezultacie grozi krajowi burżuazyjna kontrrewolucja.
Jak dalej potoczy się rozwój Chin, pokażą najbliższe lata. W każdym razie „chiński socjalizm”, a raczej jego budowa, wstępny etap tworzenia jego podstaw jest interesującym przykładem różnorodności dróg dochodzenia do socjalizmu. Analiza sytuacji ekonomicznej i politycznej w Chinach dowodzi, ze chińska burżuazja narodowa chciałaby zdyskontować swą dominującą pozycję ekonomiczną i w miejsce obecnego kapitalizmu państwowego zamienić go na „normalny kapitalizm” na wzór liberalnych rozwiązań. O tym, że takie niebezpieczeństwo istnieje, świadczą ruchy dysydenckie, rozkładanie partii od wewnątrz a także olbrzymia korupcja, mająca nie tylko kryminalny, także polityczny charakter.
Wydaje, się, że bardziej przydatnym określeniem dla zrozumienia sytuacji Chin jest kategoria okres przejściowy od kapitalizmu do socjalizmu, w którym proletariat zdobył władzę państwową, ale ekonomika pozostaje w większości w rękach kapitalistów. Jest to okres zmagań klasowych na śmierć i życie o przyszłość państwa, o całkowite zwycięstwo socjalistycznej rewolucji.
Chińczycy uważają, że ten okres przejściowy, nazywany przez nich „wstępnym stadium budowy socjalizmu” będzie trwał do 2049 r. Data ta nie jest przypadkowa, będzie to setna rocznica powstania ChRL, ale biorąc pod uwagę wielkość i różnorodność zmian epokowych, można sądzić, że na tak olbrzymim terytorium przemiany te dokonane zostaną „w zasadzie”.
Obecnie (do 2035 r.) muszą jeszcze realizować zadania dalszego uprzemysłowienia, modernizacji gospodarki (technologii), likwidacji pozostałości biedy, wyrównywania historycznej nierówności prowincji słabo rozwiniętych, budowy „umiarkowanej pomyślności narodu”, a więc stworzyć niezbędną dla dalszego rozwoju infrastrukturę gospodarczą, która będzie konkurencyjna z najbardziej przodującymi państwami kapitalistycznymi..
Przed Chińczykami stoi wielki problem przebudowy wsi i rolnictwa. Chińczycy mają inny stosunek do kwestii czasu, myślą oni kategoriami generacyjnymi, mają wysoki stopień poczucia kolektywizmu i zaufanie do dbających o nich partii i państwa.
Dlatego z uznaniem odnoszą się do nowego programu KPCh uchwalonego przez 19. Kongres Partii pod kierunkiem Xi Jinpinga (październik 2017 r.), że w dalszej perspektywie Chiny (do 2049 r. na 100-lecie ChRL) zbudują socjalistyczny kraj, który będzie „prosperujący, silny, demokratyczny, rozwinięty kulturalnie, harmonijny i piękny” (Uchwała 19.Kongresu KPCh). Ich sukcesy we wznoszeniu ustroju sprawiedliwości społecznej są z uwagą śledzone nie tylko w krajach tzw. 3. świata i zasługują na wnikliwą analizę nie tylko z tzw. europocentrycznego (euroatlantyckiego) punktu widzenia.
Słabością rozwoju Chin jest w dalszym ciągu ekstensywny model rozwoju i konieczność wdrożenia nowoczesnych technologii i innowacji we wszystkich sferach gospodarki. Obecnie wydajność pracy w przemyśle jest 4-5 razy niższa niż w USA, szczególnie zacofane jest rolnictwo, choć Chiny uczyniły w ostatnich latach wielki skok i są największym producentem żywności, ale za cenę wielkiego zużycia nawozów sztucznych i niszczenia środowiska naturalnego.
Gospodarka rolna jest rozdrobniona, co stanowi negatywną przesłankę industrialnych metod produkcji rolnej. Jest to gigantyczny problem wymagający odważnych decyzji politycznych, nie wystarczą tu tylko pieniądze. Jest problem charakteru wielkiej produkcji rolnej, czy mają to być spółdzielnie produkcyjne, państwowe przedsiębiorstwa czy też prywatne majątki, spółki itp.
Wieś jest potężnym rezerwuarem taniej siły roboczej, z której ponad 250 mln wędruje jako robotnicy sezonowi do pracy w prowincjach i miastach nadmorskich i centralnych, zadowalają się najniższymi stawkami i przyjmują najtrudniejsze warunki socjalne, mają trudności prawno-administracyjne w nabyciu stałego zameldowania („hukou”), co destabilizuje ich socjalnie i rodzinnie. Jest to sprzeczność nie tylko społeczno-pracownicza, także klasowa.
Burżuazja i część kierownictwa dążą do utrzymania obecnego stanu, robotnicy sezonowi buntują się, dążą do poprawy warunków pracy i płacy. Wydaje się, że KPCh musi z większą troską zająć się tymi problemami, o czym świadczą wypowiedzi Sekretarza Generalnego KPCh Xi Jinpinga, przedstawione w lipca 2016 r. w Pekinie podczas jubileuszu 95 rocznicy powstania KPCh, a w szczególności w październiku 2017 r. podczas 19.Kongresu KPCh w Pekinie, kiedy podkreślił klasowy i marksistowski charakter KPCh i konieczność większego uwzględniania w polityce wewnętrznej Chin interesów robotników i świata pracy, także podczas obchodów 70 rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej 1.X.2019 r. w Pekinie i w maju 2020 r. podczas obrad Ogólnochińskiego Zgromadzenia Przedstawicieli Ludowych.
Na odrębną uwagę zasługuje aspekt międzynarodowy. Chiny były i są mocarstwem światowym, kiedyś jednak lekceważonym przez mocarstwa Zachodu, obecnie są one drugą gospodarką świata, uzależniły od swych towarów rynki rozwiniętych państw, w swych sejfach mają ponad 4 bln dolarów a juan choć nie jest jeszcze walutą w pełni wymienialną, należy do koszyka finansów światowych.
Prognozy dalszego rozwoju Chin, w tym także amerykańskich przewidują znaczne zbliżenie PKB per capita Chin i USA w okolicach 2050 r.. Muszą one bardzo niepokoić możnych kapitalistycznych, gdyż nie wiedzą jak powstrzymać chińskiego kolosa. Chiny prowadzą politykę międzynarodową na zasadzie wzajemnych korzyści, nie przyświecają im cele kolonizatorskie a tym bardziej imperialistyczne, ich tanie kredyty i specjaliści witani są z otwartymi rękami w Azji, Afryce i Ameryce Łacińskiej. Jako stały członek Rady Bezpieczeństwa mają duży wpływ na życie międzynarodowe.
Chiny nie należały do Układu Warszawskiego, nie należą także do NATO, popierają pokój i sprzeciwiają się wojnom i agresji, są samodzielne i suwerenne i faktycznie są liderem krajów rozwijających się. Ich wydatki na obronę sięgają już 200 mld dol. rocznie i sytuują budżet obronny Chin na 2 miejscu po USA, co ma zapewnić skuteczną obronę Chin. Chińska Republika Ludowa należy do grona wielkich mocarstw, ale dotychczas była ona przez nie niedoceniana a nawet lekceważona.
Obecnie ze względu na wielki potencjał gospodarczy i wzrost jej autorytetu międzynarodowo-politycznego muszą się one liczyć z Chinami, które deklarują chęć współdecydowania o losach planety, do czego mają pełne prawo. Chiny poczuwają się do odpowiedzialności za interesy i losy biedniejszej części narodów planety, głównie krajów rozwijających się, ale także krajów i sił dążących do socjalizmu, co buduje im poparcie większości ludów świata. ChRL staje się światowym centrum postępu społecznego i opozycji do imperializmu.
Jeżeli utrzyma się socjalizm w Chinach i KPCh nie dopuści, żeby na jej czele znalazł się chiński Gorbaczow, mogą one stać się bardzo atrakcyjnym modelem rozwoju dla krajów rozwijających się, które w strategii globalnego imperializmu są zbędnymi peryferiami (6 mld ludzi) i stanowią obciążenie dla „cywilizowanego” rozwiniętego świata. Socjalistyczne Chiny mogą stać się także wielką pomocą dla przezwyciężenia skutków kontrrewolucji i kapitalizmu w Rosji, innych państwach b. ZSRR , a także za sprawą strategii nowego szlaku jedwabnego (One Belt One Road) wzmocnienia i odbudowy sił socjalizmu w krajach europejskich, w tym także w Polsce.
Chiny w kończącej się 5-latce zainwestowały państwach Europy środkowo-wschodniej 1 bln dol., (a w skali całego planu nowego szlaku jedwabnego 8 bln). Ważnym swoistym awanportem Chin do Europy jest Białoruś, w której zainwestowały kilkadziesiąt mliardów dolarów. Można domniemywać, że jest to jedna z ważnych przyczyn obecnej „kolorowej rewolucji” na Białorusi, czyli ataków imperializmu na Białoruś, dążenia do jej destabilizacji, upadku obecnego reżimu i uderzenia nie tylko w Chiny, także w Rosję.
Gra idzie o wielką stawkę, jeśli patriotycznym i prosocjalistycznym siłom na Białorusi uda się zwycięsko wyjść z obecnego kryzysu i który nie zakończy się nowym „Majdanem”, może powstać nowa perspektywa osłabienia i zmuszenia do defensywy amerykańskiego i natowskiego imperializmu, który w obecnej epoce jest głównym zagrożeniem dla świata, szczególnie świata pracy.
Jej podstawą może być trwalszy sojusz chińsko-rosyjski, który w dalszych latach mógłby objąć kraje Europy, mające odmienne interesy niż USA. W takiej sytuacji geopolitycznej Chiny dysponując 1,4 mld ludności, Rosja ze swoimi bogactwami naturalnymi, średnim potencjałem gospodarczym oraz Unia Europejska z 500 mln ludności i dobrze rozwiniętą gospodarką i socjalnymi standardami mogą stworzyć bardziej przyjazną dla ludzkości socjalną i humanistyczną alternatywę, która w dalszej przyszłości może rozwinąć się w kierunku nowego modelu socjalizmu.
Przeszkodą na tej drodze jest hegemonizm i imperializm USA oraz zdominowane przez nie NATO i inne pakty wojskowe. Szansą dla sił socjalizmu jest rosnąca potęga Chin, nowe „szlaki jedwabne”, odradzający się międzynarodowy ruch komunistyczny i antyimperialistyczny oraz umacniający się front sił postępu społecznego w krajach rozwijających się.
Unia Europejska a Polska
Polska przystąpiła oficjalnie do Unii Europejskiej 1 mają 2004 r. , ale starania o wejście do struktur ówczesnej EWG rozpoczęły się od 1989 r. , kiedy ówczesny polski rząd wyraził wolę wstąpienia do niej. Polska potrzebowała 15 lat, by dostosować swą gospodarkę, system prawno-polityczny do standardów Unii Europejskiej.
Przede wszystkim Polska musiała szeroko otworzyć swe granice, zlikwidować socjalistyczną (państwową) własność, podporządkować system bankowy Europejskiemu Bankowi Centralnemu itd. W rezultacie korporacje zachodnie przemysłowe, usługowo-handlowe i bankowe były w Polsce obecne od czasu antysocjalistycznego przewrotu i przekształciły kraj w teren ekspansji i zbytu dla swych towarów i usług, a polscy robotnicy stali się w zachodniej Europie tanią i wykwalifikowaną siłą roboczą. Emigracja nadal jest duża i obejmuje też inżynierów, lekarzy i innych wysoko kwalifikowanych specjalistów. Jest to zjawisko charakterystyczne głównie dla byłych krajów kolonialnych, tzw. kradzież mózgów.
Polska stała się współczesnym krajem neokolonialnym i znalazła się na zacofanych peryferiach Europy, we wszystkich rankingach UE zajmuje dalekie a nawet ostatnie miejsce .Obecnie rządzący politycy szczycą się 23-24 miejscem Polski w rankingu światowego PKB, ale jego dane nie odzwierciedlają szybko pogłębiającego się rozwarstwienia socjalno-ekonomicznego Polaków.
Pewnym rozwiązaniem kryzysu jest łatwa możliwość emigracji. Emigracja dla Polaków nie jest zbyt dużą dolegliwością, od wieków Polacy emigrowali a nawet jest rodzinna i kulturowa łączność między Ojczyzną a Polonią zagraniczną. Emigracja w ramach integrującej się Europy jest łatwiejsza do przetrwania.
Uruchomione zostały tanie linie lotnicze (np. Ryanair), ułatwiające komunikację z Irlandią, Anglią i innymi krajami. Do Skandynawii kursują liczne promy, do Niemiec, Francji, Włoch i Hiszpanii tanie linie autobusowe, umożliwiające w ciągu jednej doby odbyć podróż. Do Niemiec, Austrii, Czech jeździ się autami, emigracja więc nie oznacza jak niegdyś całkowitego odcięcia od rodziny , lokalnego środowiska , kraju, jak kiedyś było udziałem emigracji do USA, Kanady, Australii itd. Ponadto ze względu na masowość emigracji w większych miastach zachodniej Europy powstały swoiste polskie getta, skupione najczęściej wokół „polskiego” kościoła, co ułatwia komunikację, poczucie więzi nie tylko religijnej, informację.
Powstają nawet liczne małżeństwa mieszane, rodzą się dzieci, emigranci starają się o miejscowe obywatelstwo i zamierzają pozostać tam na stałe. Zawsze magnesem są wyższe zarobki i wyższy niż w Polsce „socjal”. Polacy są w 1/3 narodem emigrantów, co jest częściowo wynikiem biedy i emigracji za chlebem w czasach rozbiorowych i przedwojennych, ale także współcześnie. Ocenia się, że tylko w USA żyje 10-12 mln Polonusów, ale jak podkreślał b. Prezes Kongresu Polonii Amerykańskiej Edward Moskal tylko ok. 0,45 mln przejawiało jakiekolwiek więzy z organizacjami polonijnymi. Podobnie jest z Polonią niemiecką, francuską itd.
Emigracja ma różne następstwa dla homogenicznej kondycji narodu. W ramach globalizacji i nierównomiernego rozwoju świata przemieszczają się setki milionów ludzi w poszukiwaniu pracy. Dodatkowym problemem są uchodźcy wojenni i prześladowani politycznie. Świat znajduje się na kolejnym rozstaju. Polacy szybko się wynarodawiają i łatwo są asymilowani przez inne narody.
Zasadą jest, że państwo i naród bogatsze i stojące na wyższym poziomie kultury szybko absorbuje emigrantów. Do Niemiec w XIX w. i później wyemigrowało ponad 2 mln Polaków do pracy w kopalniach i hutach Westfalii i Ruhry. Obecnie o ich polskim pochodzeniu świadczą tylko nazwiska (często germanizowane) a do mniejszości polskiej mało kto przyznaje się.
Podobnie jest w USA, Kanadzie, Argentynie, Brazylii, Australii, krajach skandynawskich. Swoje robi miejscowa administracja, szkoła, praca, środowisko sąsiedzkie. Życie emigrantów jest z reguły trudne dla 1. pokolenia, dzieci i wnuki wrastają w nowe narodowe środowisko i czują się „tubylcami”, a o pochodzeniu świadczą imiona, nazwiska, dawne obyczaje, czasem wizyty w kraju przodków.
Integracja europejska przyspiesza i potęguje te procesy. Unia Europejska i postępująca integracja są podstawą rodzącego się na naszych oczach „Superpaństwa Europejskiego”, które nie ma wyraźnie określonych granic, za to ma nienasycone apetyty terytorialne. Jest historycznym wyrazem dążeń wielkiego kapitału europejskiego (obecnie głównie niemieckiego), kiedyś mającego na celu powstrzymanie socjalizmu i zniszczenie ZSRR. Obecnie dają o sobie znać wielkie sprzeczności w ramach światowego kapitalizmu, co znajduje wyraz w głębokich różnicach między UE (Niemcami) a USA. Pojawił się nowy wielki gracz i konkurent – Chiny ludowe, co komplikuje klasową sytuację międzynarodowej polityki.
Mimo sprzeczności imperializm amerykański i europejsko-niemiecki uznają obecnie Rosję i Chiny za głównych przeciwników. Dla Unii oderwanie Ukrainy i ewentualnie Białorusi, Krajów Kaukaskich a także rozczłonkowanie samej Rosji mogłoby otworzyć nowe możliwości dalszego „Drang nach Osten”, o czym już kiedyś marzyli dawni „Europejczycy”.
Takie zamierzenia są udziałem też amerykańskich geopolityków, którzy maja wielkie apetyty na bogactwa Syberii i Dalekiego Wschodu. Na to nakłada się marzenie okrążenia Chin i ostatecznego zniszczenia w nich socjalizmu nawet z chińską specyfiką.
Integracja europejska, globalizacja a socjalizm
Europa i świat ulegają globalizacji i integracji. Zjawiska te są sprzecznościowe i odbywają się niesymetrycznie. Są siły i czynniki integracyjne i dezintegracyjne. Głównym podmiotem globalizacji jest wielki kapitał i jego potężne narodowe i transnarodowe korporacje.
Globalizacja jest wynikiem olbrzymiego rozwoju sił wytwórczych i eksportu kapitału finansowego oraz uzależniania krajów rozwijających się od państw imperialistycznych, co skutkowało kolonializmem a w obecnej epoce neokolonializmem.
Największe sukcesy w budowaniu współczesnej imperialnej potęgi mają Stany Zjednoczone, które po upadku Związku Radzieckiego ogłosiły się nawet strażnikiem „nowego światowego porządku”, ale obecnie świat ponownie stał się wielobiegunowy i wyrosły nowe potęgi jak Unia Europejska i Chiny, także tzw. państwa wschodzących gospodarek, które organizują się w ramach BRICS, Grupy G20 i licznych organizacji kontynentalnych, np. ASEAN, Szanghajska Organizacja Współpracy, broniących swych interesów. Stany Zjednoczone odpowiadały propozycjami TTIP (wspólnoty transatlantyckiej) i TTP (wspólnoty Pacyfiku), które unieważnione zostały przez prezydenta Donalda Trumpa. Zarysowane tendencje w swym końcowym wyniku mogą prowadzić do różnych skutków społeczno – ekonomicznych.
Przede wszystkim zaostrzają one sprzeczności klasowe i wyzysk klasy robotniczej i świata pracy. Te różnice widać wyraźnie porównując USA i kraje Unii Europejskiej, szczególnie w Skandynawii mierzone współczynnikiem Gini’ego, w USA wynosi on ok. 0,48, w Szwecji 0,33. USA są państwem imperialistycznym, w Europie ostrze imperializmu zostało nawet w dawnych państwach imperialistycznych stępione.
Wydatki wojskowe w USA są dwukrotnie wyższe niż w państwach UE. Państwa europejskie inaczej definiują bezpieczeństwo międzynarodowe, co widać szczególnie w podejściu do Rosji i konfliktu na Ukrainie.
Problemem jest NATO jako głównie instrument amerykańskiej hegemonii. Europa stoi przed wyborem swej własnej drogi w zakresie integracji i globalizacji, ma szanse wypracowania niezależnego od USA modelu rozwoju, który może powstrzymać spadek poziomu życia mas pracujących i niebezpieczeństwo nowej wojny. Integracja i scentralizowanie gospodarki w jednym lub kilku monopolach tworzą nadzwyczaj dogodne warunki dla rewolucji socjalistycznej i przekształcenia kapitalizmu w socjalizm. Dostrzegali tę prawidłowość klasycy marksizmu, prognozując, że socjalistyczna rewolucja zwycięży w najbardziej rozwiniętych państwach. kapitalistycznych.
Integracja i globalizacja są obiektywnie uwarunkowane. Świat, szczególnie Europa stał się jak trafnie zauważył socjolog „globalną wioską”. Jednocześnie korporacje zaciekle konkurują o nowe strefy wpływów.
Te procesy uległy przyspieszeniu od lat 50-tych ub. wieku w Europie i mają także wymiar polityczno-międzynarodowy ze względu na mnogość państw narodowych, różnice ekonomiczne, kulturowe i ekonomiczne. Marzenia o „zjednoczonej Europie” towarzyszyły starożytnym Grekom, Imperium Romanum, chrześcijaństwu, Napoleonowi, niemieckiemu kajzerowi, Hitlerowi, nie były one także obce teoretykom naukowego socjalizmu.
W obecnej dobie są dość skutecznie realizowane przez koła wielkiego kapitału zachodnio-europejskiego po 2. wojnie światowej, szczególnie Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali (1951), Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej (1957) i Unii Europejskiej (1992). Integracja Europejska jest głównie rezultatem interesów i starań wielkiego kapitału finansowego i przemysłowego zachodniej Europy, który po dwóch wojnach światowych uznał, że dotychczasowe wojenno-siłowe metody przyspieszenia integracji poniosły fiasko i należy preferować metody ekspansji ekonomicznej, pokojowe i stosować wielopłaszczyznowe formy integracji, a więc znoszenie granic, wspólny rynek, swobodne przemieszczanie się ludzi, kapitału i usług, w perspektywie wspólny pieniądz, jak najlepiej w warunkach ustrojowych liberalnej burżuazyjnej demokracji.
Członkowie założyciele a głównie Francja (Schumann), Włochy (de Gasperi) i RFN (Adenauer) liczyli na sukcesy swych grup kapitałowych, ale najwięcej do zyskania miały Niemcy, które po klęsce 1945 r., okupowane i podzielone na dwa państwa liczyły na szybką odbudowę gospodarki, zjednoczenie i ponowne objęcie dominującej pozycji w Europie.
Dziś po prawie 70 latach od Traktatu Paryskiego (1952) i Rzymskiego (1957) Niemcy są zjednoczone, mają największa gospodarkę w Europie i sprawują faktycznie rolę lidera zintegrowanej Europy.
Ale integracja rozwija się nie bez sprzeczności, głównie są to sprzeczności między prywatną własnością środków produkcji a rosnącym społecznym charakterem procesów wytwarzania, między pracą a kapitałem tak w skali Unii jak i państw członkowskich.
Do Unii zamierzają wejść liczne inne państwa kontynentu, trwa proces stowarzyszania i dalszego rozszerzania Unii i jej ekspansji. Powstaje pytanie, jak zdefiniowane są granice Unii Europejskiej w szczególności na Wschodzie (Ukraina, Rosja, kraje postradzieckie) , na Bliskim Wschodzie (szczególnie Turcja) i na Południu (Afryka).
Z drugiej strony narastają sprzeczności w łonie Unii Europejskiej, o czym świadczą tendencje dezintegracyjne. Są to sprzeczności między „starą” i „nową” Unią, między bogatą Północą a biednym Południem Europy, sprzeczności między Centrum a peryferiami, strefą euro a pozostałymi, na to nakładają się sprzeczności między Unią a USA (rola NATO), Unią a Rosją oraz Chinami.
W ostatnim czasie poważnym wyłomem w integracji europejskiej stało się referendum europejskie w Wielkiej Brytanii i jej wyjście z Unii Europejskiej (brexit). Wydaje, się, że główną przyczyną tej decyzji była nie tyle inwazja polskich „gastarbeiterów” na Wyspy Brytyjskie, co rola jaką sobie przypisuje kapitał brytyjski w związku z rolą, jaką ma odegrać w walce kapitału USA z Unią Europejską o hegemonię w ramach Traktatu o Wolnym Rynku Atlantyckim (TTIP), z którego zrezygnował prezydent USA D. Trump. Anglicy liczą także na tradycyjne dobre „braterskie” relacje z USA i korzyści z bliskich stosunków z krajami Wspólnoty Brytyjskiej.
Narastają sprzeczności klasowe we Francji, o czym świadczą masowe protesty tzw. „żółtych kamizelek” czy ostatnio strajk generalny, który sparaliżował życie we Francji, także strajki na tle separatystycznym i społecznym w Hiszpanii (Katalonia). Włoszech.
Powstaje pytanie, czy Anglia jest wyjątkiem, inaczej zagłosowali Szkoci i może być to kolejną przyczyną rozluźniania struktury ustrojowej Wielkiej Brytanii i jej przekształcania się w federację. Te procesy osłabiania struktur organizacyjnych państw narodowych są korzystne dla Unii Europejskiej, osłabiają bowiem dotychczasowe państwa narodowe a Bruksela może wykorzystywać owe sprzeczności dla wzmocnienia Unii Europejskiej.
Podobne procesy zauważamy w Hiszpanii, w Belgii, we Włoszech, w dawnej Jugosławii. Inne przyczyny wyjścia z Unii Europejskiej przypisywane są Grecji, która znajduje się w głębokim kryzysie finansowo-gospodarczym. Ochłodzenie stosunków z Unią Europejską zauważamy w Polsce pod nowymi od kilku lat rządami PiS (prawicy narodowo-klerykalnej).
W Europie zachodniej rosną szeregi eurosceptyków i przeciwników Unii Europejskiej, rekrutujące się zarówno ze środowisk pracowniczych jak i małego i średniego kapitału. Wielki kapitał jest za utrzymaniem, umocnieniem i rozszerzeniem Unii Europejskiej i jej przekształcenie w superpaństwo, coś na kształt Stanów Zjednoczonych Europy, a więc homogenicznych pod względem nie tylko gospodarczym także politycznym. Głównym rzecznikiem tych interesów jest wielki kapitał niemiecki, dążący do przewodzenia Europie.
Wyraźnie i wręcz jednoznacznie wyraził to przewodniczący Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker 12.IX.2018 r. , wygłaszając w Parlamencie Europejskim Orędzie o stanie Unii: „Geopolityka uczy nas, że przyszedł czas na europejska suwerenność”. Natychmiast wtórowała mu Angela Merkel – kanclerz Niemiec, która powiedziała, że oznacza to „koniec suwerenności małych państw”.
Komisja Europejska już w 2014 r. wznowiła prace nad Europejską Unią Obronną, Europejskim Funduszem Obronnym i europejskimi siłami zbrojnymi. W związku z tym Juncker zadeklarował, że w najbliższych latach „chcemy dwudziestokrotnie zwiększyć wydatki na obronę” (sic!). Obecnie nastał czas, „aby Europa wzięła odpowiedzialność za swe losy, czas aby Europa rozwinęła to co nazwałem „Weltpolitikfaeigkeit” – zdolność odgrywania naszej roli w kształtowaniu sytuacji na świecie. Europa powinna stać się niezależnym podmiotem stosunków międzynarodowych”.
Obecnie po wyjściu Wielkiej Brytanii z UE wzmocnieniu uległa pozycja Niemiec jako głównego podmiotu finansowo-gospodarczego Unii, muszą one oczywiście liczyć się ze słabszą Francją, mniej z innymi członkami UE. Polityka wielkiego kapitału niemieckiego zmierza do konsekwentnego absorbowania słabych gospodarek państw Europy środkowo-wschodniej, państw bałtyckich, w dużym stopniu także państw skandynawskich. Jest to tradycyjny kierunek ekspansji niemieckiego imperializmu – Drang nach Osten.
Europa środkowo-wschodnia staje się trampoliną, przy pomocy której Niemcy zdobywają hegemonię w całej Europie. Musi to budzić niepokój wśród innych narodów, stąd odgrzewane obecnie francuskie koncepcje (de Gaulle) tzw. Europy Ojczyzn, a więc zatrzymanie procesu integrowania, przede wszystkim państwowo-politycznego, na poziomie luźnej wspólnoty, co najwyżej Konfederacji Europejskiej i niedopuszczenie do jej przekształcenia w Federację a tym bardziej w scentralizowane superpaństwo.
Sprzeczności te wyraźnie zaostrzyły się w trakcie przygotowywania budżetu Unii na lata 2021-2027, co znalazło wyraz głównie w relacji „praworządność (europejska) albo pieniądze”. Która z tych tendencji zwycięży, zobaczymy w niedługim czasie, w każdym razie pozycja Niemiec w każdym z tych wariantów ustrojowych będzie rosła, chodzi o to, żeby Niemcy stały się bardziej demokratyczne i europejskie, a nie Europa stała się niemiecka.
Ważną rolę w dalszym rozwoju integracji Europejskiej odegra kwestia jej stosunku a nawet wejścia do Unii Rosji. Aktualnie kręgi kierownicze Unii nie widzą takiej możliwości ze względu na sprzecznościowe cele definiowane przez Unię jak i Rosję. Rosja ma interesy na dwóch kontynentach a jej elity kierownicze pod kierunkiem Putina dążą do odbudowy w nowej formie i treściach klasowych dawnego ZSRR (Unia Euro-Azjatycka).
Nie zapominajmy o starych koncepcjach geopolitycznych snujących projekty „przyłączenia” Rosji europejskiej do Europy i ustanowienia na Syberii i Dalekim Wschodzie nowego porządku politycznego. Ale czy taka „okrojona” Rosja mogłaby być oczekiwanym partnerem Unii, rzecz wątpliwa. Europie jest potrzebna Rosja z wielkimi bogactwami naturalnymi i otwierająca jeszcze większy dostęp do rynków azjatyckich.
Tu pojawia się problem konkurencyjnych interesów globalnych USA, Japonii i Chin i gra o rozwiązanie tych spornych kwestii już się rozpoczęła, o czym świadczą plany i realizacja chińskiego nowego szlaku jedwabnego (One Belt one Road). W obecnej 5-latce Chiny mają zainwestować w Polsce i innych krajach Europy środkowo-wschodniej 1 bln dolarów, co tworzy z nich bardzo atrakcyjnego partnera dla tych państw. Jest to Chińczykom niezbędne jako pomost dla dotarcia do nowoczesnych technologii zachodnio-europejskich. Tworzy to nową sytuację geopolityczną w tym rejonie Europy i oznacza włączenie się do gry o przyszłość nie tylko Polski, Chin, przy czym Chiny są szczególnym przypadkiem ustrojowo-ekonomicznym, swoistą hybrydą, w której ekonomika jest zdominowana przez prywatny kapitał, ale pod kontrolą socjalistycznego państwa i Komunistycznej Partii Chin. Może to tworzyć warunki dla odbudowy socjalizmu w krajach d. ZSRR i Europie środkowo-wschodniej, nowego postawienia sprawy socjalizmu na półkuli wschodniej i zdecydowanego ograniczenia imperializmu USA, rozwiązania NATO i utrzymania pokoju w skali światowej.
Czy ta prognoza sprosta wyzwaniom czasu pokażą wydarzenia kolejnych lat. Walka klasowa w Polsce, Europie i na świecie nadal trwa.