Wolny rynek to nie panaceum

Jest sporo racji w opiniach mądrych ekonomistów, iż należy zdusić hydrę neoliberalizmu.

Prof. Leszek Balcerowicz przygotował wystąpienie z okazji trzydziestolecia zapoczątkowania przemian gospodarczych w Polsce.
Nie zrobił w nim jednak rachunku sumienia za okres swej pracy na stanowiskach wicepremiera i ministra finansów. Nie odniósł się też do poważnych zarzutów, jakie wielokrotnie stawiano wobec planu sygnowanego jego nazwiskiem.
Zamiast tego występuje jako gorący obrońca liberalizmu – nie tylko gospodarczego – a przy okazji reprezentuje oryginalne, ahistoryczne podejście do biegu dziejów.
Stwierdza bowiem: „Nie wszystko, co się zdarzyło, musiało się zdarzyć. Dla przykładu: I wojna światowa wybuchła, choć nie musiała wybuchnąć. Bolszewicy nie musieli wygrać w Rosji, ale wygrali”.
Cóż, w rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie. Wprawdzie niemal zawsze na świecie bywa tak, że pewne rzeczy się zdarzają, choć mogłyby się nie zdarzyć, gdyby coś tam – ale chodzi właśnie o to „gdyby”.
Naukowe i jedynie racjonalne podejście opiera się więc na przeświadczeniu, że jeżeli coś się zdarzyło, to znaczy że musiało się zdarzyć – czego dowodem jest właśnie to, że się zdarzyło. Inne myślenie oznacza wpłynięcie na nieograniczony ocean jałowego gdybania. Wydaje się, że autor powinien to rozumieć, skoro jak sam o sobie mówi, jest człowiekiem, który stara się opierać na empirii.

Gdy źli mają fart

Zaskakujące jest też podejście Leszka Balcerowicza do marksizmu, o którym to światopoglądzie pisze: „W XIX wieku modne były pseudonaukowe doktryny na czele z marksizmem, które miały determinować bieg i zakręty historii”.
Łatwo zauważyć, że w tym jednym krótkim zdaniu jest generalna sprzeczność wewnętrzna, która nie przystoi byłemu wykładowcy Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu przy Komitecie Centralnym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Rzadko się bowiem zdarza, by jakaś doktryna, aż tak jak właśnie marksizm zdeterminowała bieg i zakręty historii.
Trudno natomiast zaprzeczyć poglądowi Leszka Balcerowicza, wedle którego, z tego, że zdarzyły się różne złe rzeczy, wynika iż dobre rzeczy – również w sprawach ustrojowych – nie obronią się same. Prawda, że dobre konstytucje, takie, które zawierają podstawowe wolności, muszą być bronione przez zwolenników wolności. Gdy zaś dostrzega się niebezpieczeństwo, o którym wiemy, że może narastać, to jedyną dobrą odpowiedzią jest jeszcze szybciej narastający opór.
Najgorzej jest wtedy, gdy źli ludzie mają fart – stwierdza słusznie autor. W historii zdarza się, że do władzy dochodzą – niekiedy po wolnych wyborach – ludzie bez moralnych zahamowań. Ale oni ustępują przed obywatelską presją, jeżeli tylko jest wystarczająco silna, a jeśli nie ustępują, to zwykle dlatego, że presja była zbyt słaba.

Władza i wola

Definiując klasyczny liberalizm, Balcerowicz pisze, że jego pierwszym, i to fundamentalnie ważnym składnikiem jest ograniczenie władzy politycznej tam, gdzie jej rozrost jest szczególnie niebezpieczny dla ludzi: czyli w stanowieniu i egzekwowaniu prawa.
To także słuszny pogląd, choć w czasach gdy kierował on polską gospodarką, właśnie władza – i wola polityczna – miały decydujący wpływ na przyjęcie również i szkodliwych przepisów prawnych, które doprowadziły do upadku znacznej części polskiej gospodarki.
Mówił o tym choćby nieżyjący już prof. Zdzisław Sadowski, który oceniając kluczowe aspekty „planu Balcerowicza” stwierdził: „Z punktu widzenia potrzeb rozwoju był to wielki błąd, natomiast z punktu widzenia sytuacji politycznej – żaden inny program nie miał poparcia politycznego, nie mógłby więc zostać zrealizowany. W praktyce realizacyjnej nie można bowiem abstrahować od polityki. Poparcie polityczne jest zupełnie zasadniczą sprawą dla możliwości realizacji programu ekonomicznego. A poparcie takie miał tylko program Balcerowicza”.
Dlatego z uznaniem należy powitać, gdy dziś Leszek Balcerowicz pisze: „Pragnę zwrócić uwagę na ogromne znaczenie silnego i rozumnego ograniczenia władzy politycznej”. Dobrze, że poniewczasie to zrozumiał.
Chwaląc liberalizm ekonomiczny, Balcerowicz zauważa: „Największe załamania gospodarki (czyli kryzysy) wynikały z absurdalnych decyzji despotów. Te załamania często przypisuje się rynkowi, pomijając fakt, że największe załamania gospodarki miały miejsce w gospodarce nierynkowej, na skutek polityki dyktatorów”.
Można oczywiście dyskutować, czy jakieś absurdalne decyzje despotów doprowadziły kiedykolwiek do większego kryzysu niż ten w latach 1929 – 1933, który zaczął się w kraju gospodarki wolnorynkowej i objął niemal cały świat z wyjatkiem rządzonego dyktatorsko ZSRR (inna sprawa, że gospodarka tego państwa funkcjonowała tak źle, iż trudno, aby jakiś kryzys mógł jej dodatkowo zaszkodzić).
Nie ulega natomiast wątpliwości, że w gospodarce wolnorynkowej kryzysy bardzo łatwo ogarniają cały świat – podczas gdy w nierynkowej dyktaturze ograniczają się tylko do terenu objętego władzą dyktatora.

Socjalizm rozumiany wulgarnie

Nietrudno zgodzić się z Leszkiem Balcerowiczem, gdy stwierdza: „Każdy kraj bez wolności gospodarczej jest skazany na zacofanie w stosunku do innych, które miały ustrój rynkowy. Od tego nie ma żadnego wyjątku. A im większy zamach na wolność gospodarczą, tym gorsze są na dłuższą metę jego rezultaty”. Trudniej zaakceptować jego, mówiąc delikatnie, niezbyt wnikliwe rozumienie istoty ustrojów politycznych dzisiejszego świata.
Będąc absolutnym zwolennikiem liberalizmu, Leszek Balcerowicz objawia się równocześnie jako nieprzejednany przeciwnik socjalizmu. Jak pisze, socjalizm polega na zniesieniu wolności gospodarczej – i w konsekwencji wszystkich linii wolności i rządów prawa. Aby utrzymać socjalizm, trzeba ludzi zastraszyć. Przykładem państwa socjalistycznego jest dla niego Korea Północna, zaś socjalizm to „zastąpienie własności prywatnej monopolem państwowym, a rynku nakazami i przydziałami”.
Nie wchodząc w dłuższą dyskusję z tą sprzeczną z rzeczywistością tezą, wypada tylko zauważyć, że nawet Leszkowi Balcerowiczowi trudno byłoby znaleźć jakiś kraj świata, w którym własność prywatna zostałaby zastąpiona monopolem własności państwowej. I na pewno nie jest to immanentną cechą socjalizmu, tak jak i zniesienie wolności.
Przeciwnie, to właśnie dzięki socjalizmowi można realizować wolności i prawa, które choć są formalnie obecne w kapitaliźmie, w praktyce niekiedy okazują się niemożliwe do osiągnięcia.
Według Balcerowicza „socjalizm pozbawia szans, w jakimś sensie dyskryminuje ludzi o talentach przedsiębiorczych i predyspozycjach przedsiębiorczych”. Tymczasem empiria, na której podobno stara się opierać, mówi coś zupełnie innego.
W rzeczywistości jest dokładnie odwrotnie, czego przykładem może być Polska (ale przecież nie tylko). To bowiem dzięki socjalizmowi doszło u nas do bezprzykładnego awansu edukacyjnego i społecznego grup, które w kapitalistycznej Polsce nie miały na to szans. I ujawniły się wśród nich również i liczne talenty przedsiębiorcze.
Także dzięki socjalizmowi mogła nastąpić realizacja, zapewne obcej prof. Balcerowiczowi, idei sprawiedliwości społecznej – na co nie ma szans w rozmaitych, istniejących w dzisiejszym świecie dyktaturach kapitalistycznych. Może dlatego marzenie o ustroju socjalistycznym wciąż jest – i zapewne zawsze pozostanie – żywe we współczesnym świecie.

W kapitalistycznych dyktaturach

Na koniec, trzeba się zgodzić z autorem, gdy wspomina o bardzo niebezpiecznych przypadkach ataku na liberalną demokrację. Chodzi mu o sytuacje, gdy po wolnych wyborach dochodzi do głosu partia, która nie traktuje siebie jako lokatora w państwie, ale jako jego właściciela.
„Najgorszym elementem takiego dążenia jest próba przejęcia aparatu wymiaru sprawiedliwości (policji, prokuratury, sądów), bo jeżeli będzie przejęty, to przestaje oczywiście być aparatem sprawiedliwości, tylko staje się aparatem bezprawia. Nie ma żadnej trwałej demokracji z upartyjnionym wymiarem sprawiedliwości. Wszystkie dyktatury opanowywały wymiar sprawiedliwości” – pisze słusznie Balcerowicz.
I zapewne dobrze by zrobił, gdyby zastanowił się, w ilu dyktaturach kapitalistycznych mamy dziś do czynienia właśnie z takim atakiem na demokrację.

Socjaliści o sytuacji powyborczej

Porozumienie Socjalistów z uwagą śledziło ostatnią parlamentarną kampanię wyborczą i przeanalizowało wyniki wyborów pod kątem szans zaistnienia i praktycznej realizacji wartości lewicowych w polityce państwa. Z satysfakcją przyjęliśmy fakt, że w odróżnieniu do poprzednich wyborów z 2015 roku, w roku 2019 do Sejmu i Senatu weszła grupa osób reprezentujących wartości lewicowe w ramach kilku ugrupowań.

Utworzono jeden wspólny klub parlamentarny, który stwarza realną, socjaldemokratyczną alternatywę na polskiej scenie politycznej.

Jednocześnie z niepokojem odnotowujemy wzrost wpływów i znaczenia prawicy w Sejmie RP oraz zdobycie niestabilnej i kruchej przewagi środowisk umiarkowanych w Senacie V kadencji. Rządząca Polską partia Prawo i Sprawiedliwość utrzymała się samodzielnie przy władzy i zapowiedziała kontynuację polityki rozpoczętej w poprzedniej kadencji. Do parlamentu weszły także środowiska skrajnie prawicowe, co wzbudza nasz niepokój i rodzi obawy o przyszłość naszego systemu demokracji parlamentarnej.

Jako socjaliści widzimy potrzebę pogłębienia w polskim życiu publicznym i w systemie rządzenia treści odzwierciedlających zasady sprawiedliwości społecznej i odrzucenia neoliberalnego modelu społeczno-gospodarczego na rzecz społecznej gospodarki rynkowej, z perspektywą jej doskonalenia i socjalizacji.

Doceniając powrót centrolewicy do Parlamentu liczymy, że wybrani posłowie i senatorowie lewicy nie zapomną o przedłożonych przed wyborami obietnicach a także poważnie potraktują postulaty dotyczące modernizacji państwa i odnowy społeczeństwa wysuwane przez środowiska Porozumienia Socjalistów.

Za szczególnie istotne uważamy:

– obronę i konsekwentnie egzekwowanie zapisów obowiązującej Konstytucji.
– obiektywizowanie ocen dotyczących dorobku Polski Ludowej, likwidacja IPN, a na tym tle zmiana polityki historycznej państwa
– zmianę konfrontacyjnej polityki międzynarodowej i bezpieczeństwa na politykę opartą o idee współpracy i pokoju; ograniczenie wydatków na zbrojenia wyłącznie do systemów obronnych, przeznaczenie powstałych nadwyżek na służbę zdrowia i edukację.
– uporządkowanie relacji państwa przede wszystkim z Kościołem katolickim i przywrócenie neutralności światopoglądowej państwa.
– nadanie nowych impulsów idei porozumienia narodowego, celem zakończenia sztucznie podtrzymywanych konfliktów i podziałów w Polsce, osłabiających nasz kraj i naród wewnętrznie oraz w relacjach międzynarodowych.

W związku ze zmianami organizacyjnymi następującymi w ramach szerokiej formacji lewicowej uważamy za konieczne wypracowanie nowej, bardziej adekwatnej do rzeczywistych potrzeb formuły współpracy lewicy parlamentarnej i pozaparlamentarnej. Zwracamy szczególną uwagę na widoczny w ostatnich latach w publicznych działaniach lewicy przerost formy nad treścią, odejście od zasad twardej walki o interesy świata pracy. Niepokoi nas złudna wiara w skutki działań medialnych niepopartych konsekwencją na wszystkich innych obszarach funkcjonowania państwa.
Za ważne uważamy upowszechnianie dorobku II Kongresu Polskiej Lewicy, w tym zwłaszcza powołanej Rady Dialogu i Porozumienia Lewicy. Postulujemy zwołanie w ciągu roku, kolejnego III Kongresu Lewicy, celem wypracowania wspólnego, lewicowego programu rozwoju i odrodzenia Polski z perspektywą na ćwierćwiecze.

W tym obszarze deklarujemy otwartość na dyskusję i potraktowanie tej materii jako priorytetowej w najbliższych miesiącach.

Święto Przeglądu Socjalistycznego

13 grudnia 2019 r. w Warszawie odbyła się uroczysta promocja nowego numeru kwartalnika „Przegląd Socjalistyczny” połączona z jubileuszem 15-lecia wydania pisma w nowej edycji. Przybyli na nią goście reprezentujący środowiska lewicowe, autorzy i współpracownicy pisma, działacze PPS, Porozumienia Socjalistów i innych organizacji lewicowych.

Osobiście życzenia z okazji jubileuszu przekazali redakcji: b. marszałek Senatu RP prof. Longin Pastusiak oraz Honorowy Przewodniczący PPS Bogusław Górski. Listy gratulacyjne i życzenia przesłali: wicemarszałek Sejmu, przewodniczący SLD – pos. Włodzimierz Czarzasty, przewodniczący Rady Naczelnej PPS – sen. Wojciech Konieczny, przewodniczący Polskiej Lewicy – Jacek Zdrojewski, redaktor naczelny „Trybuny” – Piotr Gadzinowski oraz przewodniczący stowarzyszenia „Pokolenia” – Marek Klimczak.

Wśród blisko 50 gości, na uroczystości obecna była grupa naukowców współpracujących z kwartalnikiem, m.in. profesorowie: Paweł Bożyk, Tadeusz Iwiński, Tadeusz Mędzelowski, Jerzy Oniszczuk, Wojciech Pomykało i Maria Szyszkowska. Redaktor naczelny kwartalnika – Andrzej Ziemski podkreślił wielkie zobowiązanie, jakie płynie ze strony założycieli PPS i twórców „Przeglądu Socjalistycznego”, sformułowane ponad 127 temu w Deklaracji Kongresu Paryskiego. Zawarte tam przesłanie dotyczące obowiązku walki o niepodległość i sprawiedliwość społeczną jest nadal aktualne i stanowi istotę filozofii programowej pisma.

Pierwszy numer „Przeglądu Socjalistycznego” ukazał się jesienią 1892 roku w Paryżu. Kontynuacja wydawania podjęta w roku 2004 i przedłużenie jego ciągłości sytuuje pismo na czele najstarszych polskich tytułów prasowych.

Droga socjalistycznego realisty

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało.

Dwa lata po ukazaniu się rewelacyjnego zapisu rozmów Roberta Walenciaka z Karolem Modzelewskim i Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa” ISKRY 2017) to wielce zasłużone wydawnictwo obdarowało nas autobiograficznym wywiadem-rzeką przeprowadzonym przez tego samego rozmówcę z Andrzejem Werblanem („Polska Ludowa. Postsciptum”, ISKRY 2019). Po tym jak w 2013 roku ISKRY wydały autobiografię Karola Modzelewskiego („Zajeździmy kobyłę historii”, ISKRY 2013) otrzymaliśmy więc trzecią część tryptyku znakomicie przedstawiającego powikłane losy dwóch nurtów lewicy w powojennej Polsce. W czasach, gdy oficjalna propaganda i wysługujący się jej historycy spod znaku IPN prześcigają się w prymitywnym potępianiu całego dorobku Polski Ludowej, takie inicjatywy wydawnicze są szczególnie cenne.

Autobiograficzny wywiad Werblana przypomina raz jeszcze, jak ważne jest utrwalenie pamięci pokolenia, które Polskę Ludową budowało. Jego książka ukazała się niemal dokładnie na 95. urodziny autora – ostatniego żyjącego członka historycznego Komitetu Centralnego PZPR z października 1956 roku. Socjologowie od dawna podkreślają znaczenie tak zwanej „historii oralnej” odczytywanej nie tyle z dokumentów, co z relacji uczestników i świadków wydarzeń. Wiedza tego typu nie może zastąpić kwerendy archiwalnej, ale jest jej bardzo ważnym uzupełnieniem.

Bezcenne relacje

Jest tak z dwóch powodów – obu bardzo wyraźnie zarysowanych w książce Werblana. Po pierwsze: relacje uczestników dostarczają wiedzy o faktach, których śladu nie znajdziemy w archiwach. Werblan opowiada Walenciakowi o ważnych rozmowach, które nigdy nie znalazły odzwierciedlenia w dokumentach. W żadnym dokumencie nie ma na przykład śladu tego, że to reprymenda otrzymana bezpośrednio od Breżniewa w 1976 roku spowodowała, iż Edward Gierek porzucił myśl o ponownej podwyżce cen, zarzuconej w wyniku protestu robotniczego w czerwcu 1976 roku. Takich informacji jest w tej książce mnóstwo.

Drugim powodem, dla którego relacje osobiste są tak cenne, jest to, że pozwalają one uchwycić sposób myślenia autorów wydarzeń. Pod tym względem książka Werblana jest wprost bezcenna, gdyż bardzo uczciwie i wnikliwie przedstawia racje, dla których on i wielu ludzi bliskich mu ideowo zaangażowało się po stronie Polski Ludowej i nie zmieniło swego stanowiska mimo, że wichry historii wystawiały ich na ciężkie próby.

Zatrzymam się na tym aspekcie, gdyż wydaje mi się on w książce najważniejszy. Odpowiadając na pytanie Roberta Walenciaka autor tak podsumowuje swoją drogę życiową: „Mam poczucie – mówi – że służyłem dobrej sprawie. Polska Ludowa okazała się jedynym realnie możliwym dostosowaniem polskiego bytu państwowego do skutków największej z wojen. Wygrać jej nie mogła, mogła w niej zginąć lub zaadaptować do wyniku, w sumie korzystnego. …Historia naukowa jest z natury sprawiedliwa, zatem wcześniej czy później również w kwestii oceny PRL wszystko postawi na właściwe miejsce” (s. 380).

Zwycięstwo realistów

Jest to klucz do zrozumienia drogi życiowej nie tylko Andrzeja Werblana, lecz także bardzo wielu ludzi z jego i, jak w moim wypadku, nieco młodszego) pokolenia, których wybór polityczny nie dokonał się w wyniku olśnienia ideologicznego wizją komunistycznej Arkadii, lecz w konsekwencji trzeźwego namysłu nad sytuacją, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po II wojnie światowej. Politolodzy i historycy od dawna wskazują na znaczenie, jakie w historii Polski (od czasu Wielkiej Wojny Północnej (1700-1721) odgrywał podział na „realistów” i „idealistów”, by przypomnieć ważną dla tej problematyki książkę Adama Bromke (1928-2008) wydaną jeszcze w emigracyjnym okresie jego twórczości (w 1967 roku). Pierwsi kierowali się trzeźwą kalkulacją sił i możliwości, drudzy wiarą, że „chcieć to móc”. Historia Polski tego okresu to historia powtarzających się klęsk, u podstaw których leżała przegrana realistów starciu z idealistami, których hasła lepiej trafiały do emocji Polaków, ale w konsekwencji prowadziły do kolejnych katastrof: od konfederacji barskiej i spowodowanego przez nią pierwszego rozbioru aż po powstanie warszawskie.
Werblan opowiada – barwnie i z wielką znajomością zagadnienia – losy pierwszego pokolenia polskich realistów, któremu udało się tak pokierować losami Polski, że z bardzo trudnej sytuacji powojennej doszła ona do pełnej suwerenności w dobrych i bezpiecznych granicach. Tego sukcesu nie byłoby bez pokolenia, którego bardzo ciekawym przedstawicielem jest autor tej autobiografii.

Polska, socjalizm, kompromisy

Urodzony w inteligenckiej rodzinie na przedwojennych „kresach wschodnich”, w Tarnopolu, w czasie wojny zesłaniec syberyjski, potem żołnierz wojska, które szło do Polski u boku Armii Czerwonej, po wojnie działacz socjalistyczny, a następnie – aż do 1982 roku – działacz PZPR, kierownik wydziału, potem sekretarz KC. a krótko (w 1980 roku) nawet członek Biura Politycznego jest Werblan przykładem człowieka, którego do zaangażowania socjalistycznego skłoniła przed wszystkim trzeźwa ocena sytuacji, w jakiej jako naród znaleźliśmy się po wojnie. Mówiąc o swojej drodze powołuje się parokrotnie na Juliana Hochfelda (1911-1966) i na jego książkę „My socjaliści”(1946) noszącą znamienny podtytuł „ze stanowiska socjalistycznego realizmu”. Był to mój mistrz uniwersytecki i człowiek, któremu najwięcej zawdzięczam, gdy idzie o uformowanie się moich poglądów politycznych, więc te fragmenty książki czytałem ze szczególnym wzruszeniem. Tu bowiem widzę związek miedzy własną drogą polityczną a wzorami stworzonymi przez socjalistów z pierwszych lat Polski Ludowej.

Socjaliści – tacy jak Józef Cyrankiewicz, Oskar Lange, Stanisław Szwalbe, Julian Hochfeld, Jan Strzelecki – nie idealizowali powojennej sytuacji, ale dążyli do tego, by w takich warunkach, jakie istniały, realizować polską rację stanu, a zarazem wcielać w życie socjalistyczne ideały – na tyle, ile to było możliwe. Wymagało to kompromisów, często bardzo bolesnych. Relacja Werblana jest bezcenna dla zrozumienia tej postawy. Pozwala także zrozumieć, dlaczego ci „socjalistyczni realiści” okazali się znacznie bardziej odporni na kryzysy sumienia niż dawniejsi komuniści, dla których nierzadko odrzucenie stalinizmu powodowało utratę politycznej wiary.

Barwna narracja, trzeźwa ocena

Werblan do generacji przedwojennych komunistów ma stosunek raczej chłodny, gdyż dostrzega ich fanatyzm i serwilizm w stosunku do stalinowskiego ZSRR. Jest tu jednak bardzo ważny wyjątek – Władysław Gomułka. Werblan był bliskim współpracownikiem Gomułki, jego konsekwentnym zwolennikiem. a potem biografem. Boleśnie świadom dokonującej się autodestrukcji tego wybitnego przywódcy i krytycznie oceniający jego politykę w latach 1967-70 pozostał jednak obrońcą najważniejszych elementów linii politycznej Gomułki: zwiększania polskiej autonomii w ramach bloku socjalistycznego i stosunkowo liberalnej polityki wewnętrznej. Drugim przywódcą, którego autor wysoko ocenia, jest Wojciech Jaruzelski. Werblan broni decyzji o wprowadzeniu stanu wojennego, choć krytycznie ocenia późniejszą politykę PRL jako marnującą szansę stworzoną przez decyzję z 13 grudnia.

Książkę czyta się świetnie, gdyż barwna narracja połączona jest ze zdumiewającym wręcz bogactwem faktów. Werblan, o ile wiem, nie prowadzi dziennika, ale z przyzwyczajenia zawodowego historyka starannie gromadzi dokumenty, a przede wszystkim dysponuje imponującą pamięcią. Zaś Robert Walenciak potrafi mądrze pokierować rozmową tak, by z tego bogactwa wiedzy historycznej wydobyć jak najwięcej. Tak więc powstała książka, której nikt poważnie interesujący się dziejami Polski Ludowej nie będzie mógł pominąć.

PS. Ta bardzo starannie opracowana książka nie uchroniła się jednak przed drobnymi błędami. W indeksie nazwisk Mieczysław Moczar figuruje jako Kazimierz, a Helena Wolińska staje się „Wolicką”.

 

Przegląd Socjalistyczny – 15 lat w nowej odsłonie

„Przegląd Socjalistyczny”, tak jak i sama PPS ma wielką, bogatą tradycję i dorobek, jakim nie może poszczycić się dziś żadne z pism polskiej lewicy wydawane współcześnie.

W październiku 2019 roku mija 15 lat od momentu, kiedy w nowej edycji ukazał się „Przegląd Socjalistyczny”. Przez ten okres pismo rozwinęło się w pełnowymiarowy kwartalnik ukazujący się na polskim rynku czytelniczym. Wydaniu papierowemu pisma od 10 lat towarzyszy witryna internetowa www.przeglad-socjalistyczny.pl, która niebawem osiągnie 5 milionów odwiedzających. Każdego dnia czyta nas w Internecie średnio blisko tysiąc osób.

W okresie mijających 15 lat wydaliśmy 66 numerów pisma o objętości średnio 200 stron. Przez nasze łamy przewinęło się w tym czasie kilkuset zasłużonych autorów a także utytułowanych rozmówców. Wielu z nich stale współpracuje z pismem. To znane postaci polskiej nauki i polityki, wybitni dziennikarze a także działacze społeczni i polityczni, szczególnie ze środowisk socjalistycznych. Nie można nie wymienić takich wybitnych uczonych, stale współpracujących z pismem, jak profesorowie: Marian Dobrosielski, Maria Szyszkowska, Longin Pastusiak, Danuta Waniek, Zdzisław Bombera, Paweł Bożyk, Wojciech Pomykało, Jerzy Oniszczuk, Tadeusz Iwiński, Ryszard Piotrowski, Rafał Chwedoruk, Adam Bobryk.

„Przegląd Socjalistyczny”, wielce zasłużone dla polskiej lewicy pismo przechodziło złożone koleje losu. Jego pierwszy numer ukazał się jesienią 1892 roku w Paryżu i towarzyszył powołaniu do życia Polskiej Partii Socjalistycznej. Wówczas to w tyglu gorących dyskusji wśród polskiej emigracji o orientacji socjalistycznej kształtowała się wizja niepodległego bytu państwowego i zalążki lewicowych koncepcji rewolucji społecznej. Pismo tworzyło sprzyjający klimat, jakże niezbędny do uruchomienia wielkiego dzieła odrodzenia i zbudowania niepodległej Rzeczypospolitej, która „wybuchła” 11 listopada 1918 roku.

Pismo cały czas towarzyszyło rozwojowi polskiej myśli socjalistycznej, było orędownikiem przemian, postępu w państwie i przebudowy świadomości społecznej Polaków. Na jego łamach publikowali najznakomitsi teoretycy polskiej lewicy socjalistycznej i socjaldemokratycznej. Pismo było wylęgarnią kadr dla Polskiej Partii Socjalistycznej. Ukazywało się, co prawda, nieregularnie do momentu wybuchu II wojny światowej.

„Przegląd Socjalistyczny” wznowiony został w listopadzie 1945 roku jako miesięcznik Centralnego Komitetu Wykonawczego PPS i ukazywał się do końca 1948 roku, a więc do rozwiązania PPS w dniu 14 grudnia 1948 roku.

„Przegląd…” wznawiany był kilkakrotnie w latach późniejszych. Jako pismo polskich socjalistów ukazywał się w latach 1979 – 1981. Wznawiany był również i ukazało się kilka numerów w roku 2000.
„Przegląd Socjalistyczny”, tak jak i sama PPS ma wielką, bogatą tradycję i dorobek, jakim nie może poszczycić się dziś żadne z pism polskiej lewicy wydawane współcześnie, jak również żadna partia polityczna poza PSL, która jest młodsza od PPS o kilka lat. Ta tradycja zobowiązuje.

Wznowienie „Przeglądu…” nastąpiło jesienią 2004 roku w trudnym dla polskiej lewicy momencie. W komentarzu redakcyjnym do pierwszego numeru pisma (nr 1/2004) czytamy:
„Trwa rozdrobnienie lewicy, spadają notowania sympatii społecznej. Lewica przechodzi kryzys. Czy pismo w tej sytuacji jest w stanie wesprzeć lewicę? Wierzymy, że tak. Jego charakter pozostanie, zgodnie z tradycją, teoretyczny. Nie ogranicza to miejsca na wymianę poglądów, tworzenie nowych wartości intelektualnych w obszarze państwa, prawa, teorii socjalizmu, czy nauk społecznych i ekonomicznych. Polska po wejściu do Unii Europejskiej to wielki poligon doświadczeń, szczególnie konfrontacji nowych wartości ideowych i materialnych z dotychczasową rzeczywistością.
Wiemy, że jest tutaj pole do popisu, szczególnie w obszarach podstawowych wartości lewicy jak sprawiedliwość społeczna, równość, wolność, prawa obywatelskie. „Przegląd…” tematy te podejmować będzie…”

Dziś w końcówce roku 2019 redakcja „Przeglądu Socjalistycznego” stoi przed wielu problemami społecznymi i politycznymi, które dotyczą kraju i społeczeństwa, jak również problemami globalnymi, które obejmują przede wszystkim zagadnienia związane z globalizacją i problemami utrwalenia pokojowego rozwoju całej cywilizacji.

Redakcja jest wierna przesłaniom wynikającym z deklaracji ideowej ogłoszonej podczas Kongresu Paryskiego, kiedy powoływano Polską Partię Socjalistyczną w dniach 17-23 listopada 1892 roku. Uważamy, że obydwa przyjęte wówczas kierunki programowe: walka o niepodległość Polski i sprawiedliwość społeczną są nadal aktualne. Wypełniają one założenia współczesnych powinności ruchu socjalistycznego.

W sferze budowy nowoczesnego modelu zasad sprawiedliwości społecznej opisanych też w Konstytucji trzeba zauważyć, że nie przestał istnieć konflikt kapitał-praca. Można postawić tezę, że w okresie ostatnich 30 lat, a więc rozwoju neoliberalizmu, konflikt ten przybrał nowe formy adekwatne do poziomu rozwoju cywilizacyjnego i zaostrzył się. O ile w okresie powstawania Polskiej Partii Socjalistycznej był on realnie zauważany w relacjach kapitalista-robotnik, o tyle dziś przybiera on nowe formy widoczne w relacjach korporacja – konsument, rynek finansowy – klient czy państwo narodowe – obywatel. W myśl neoliberalnych reguł państwa kierują się zasadami organizacji przedsiębiorstw. Ich celem staje się zysk a nie zabezpieczenie obywateli. Sfera publiczna przyrównywana do przedsiębiorstwa nie stwarza możliwości negocjacji opartych o interes społeczny czy wartości polityczne. Powinności konstytucyjne państwa wobec obywateli przekształcają się w tzw. usługi społeczne. Wszystko to tworzy kumulujący się od wielu lat ogromny potencjał protestu i konfliktu społecznego.

W sferze niepodległości państwa, jako drugiego elementu programu socjalistów, doszło do odzyskania niepodległości w roku 1918, ponownej jej utraty w roku 1939 oraz wejście w nowy podział globalny w myśl porozumień z Jałty i Poczdamu w roku 1945. Nowa sytuacja powstała po roku 1989, kiedy nastąpiło częściowe zburzenie porządku jałtańskiego, spowodowała przesunięcie Polski ze sfery wpływów postradzieckich w kierunku zachodnim. Stworzyło to szanse na odbudowanie polskiego miejsca w zachodniej cywilizacji. Czy to jest możliwe i wykorzystana została taka szansa okaże się za kilka następnych dekad. Faktem jest znalezienie się Polski w Unii Europejskiej i NATO, ale również faktem jest brutalna walka o wpływy i miejsce Polski. W ostatnich latach rozbieżne okazały się interesy amerykańskie i niektórych krajów zachodnioeuropejskich oraz Rosji. Stan ten powoduje ograniczenie swobody podejmowania przez Polskę decyzji zgodnych z naszym interesem narodowym. Nie udało się to do dziś zdefiniować w sposób adekwatny do rzeczywistości, co to jest polska racja stanu. Problemem jest dziś w Polsce kształtowanie się narodowej myśli politycznej, która odzwierciedlałaby filozofię twórców niepodległości 1918 roku, przede wszystkim socjalistów. Problemem jest jakość elit politycznych i chroniczny brak mężów stanu.
Obydwa opisane wyżej elementy stanowią filozofię programową redakcji „Przeglądu Socjalistycznego”. Uzupełnia ją hasło witryny internetowej: „Socjalna Polska w socjalnej Europie”.

Bauman: socjolog-socjalista

 Zygmunt Bauman był jednym z najbardziej cenionych na świecie polskim socjologiem i filozofem. Niektórzy jednak widzieli w nim przede wszystkim byłego żołnierza Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Inni wiedzieli o nim równie niewiele: że jest byłym rewizjonistą i postmodernistą. 

Zygmunt Bauman urodził się w 1925 r. w Poznaniu w zeświecczonej rodzinie żydowskiej. W 1931 r. jego przejściowo bezrobotny ojciec próbował popełnić samobójstwo skacząc z mostu, został jednak uratowany przez harcerzy. Widok ojca oblepionego wodorostami i mułem był jednym z jego pierwszych żywych wspomnień. Jak później wspominał, już wtedy zaczął się zastanawiać „Nad tym czy świat, który jest – z tym, że ojcowie skaczą do Warty, a koledzy kopią i duszą – musi być właśnie taki”. Młody Zygmunt odczuwał na własnej skórze to, że jest jednym z nielicznych Żydów wśród dzieci na poznańskich Jeżycach. Gdy szedł do szkoły czy do biblioteki, młodzi prześladowcy zawsze podążali za nim, lżąc go, szturchając, wyśmiewając.

3 września 1939, tydzień przed zdobyciem przez Niemców Poznania, rodzina Baumanów wyjeżdża na wschód. Ostatecznie ląduje w Wachtanie w obwodzie kirowskim. Zygmunt wstępuje do Komsomołu, a w 1942 roku kończy szkołę średnią z wyróżnieniem. Nie dane było mu jednak podjąć upragnionych studiów z fizyki, bowiem okazało się, że nie ma prawa osiedlić się w mieście Gorki. Pracuje więc najpierw jako spawacz, a następnie jako nauczyciel w szkole średniej i w styczniu 1944 r. zostaje zmobilizowany do pracy w moskiewskiej drogówce. Natyka się jednak na odezwę Związku Patriotów Polskich. Wstepuje ochotniczo do 1 Armii Polskiej. Jako człowiek wykształcony zostaje skierowany do szkoły dla oficerów polityczno-wychowawczych, a następnie przydzielony do 4 dywizji im Jana Kilińskiego. Przechodzi szlak bojowy od Chełma przez Warszawę po Wał Pomorski.

Zauroczenie nowym ustrojem

W 1945 r. 4 Dywizja Piechoty staje się podstawą nowo powołanego Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, którego głównym zadaniem było zwalczanie podziemia AK, NSZ, WiN oraz UPA. Bauman służy do 1953 r., dochodząc do stopnia majora. W 1946 roku wstępuje do PPR, dwa miesiące później podejmuje współpracę jako rezydent Informacji Wojskowej w Pułku Szkolnym KBW w Szczytnie. Współpraca ta nie trwała nawet roku. „Jak na żółtodzioba przystało, o tych sprawach wiedziałem tylko z powieści i sądziłem, że pomoc kontrwywiadowi wojskowemu jest oczywistym patriotycznym obowiązkiem” – mówił Bauman po latach.

W 1947 r. przenosi się do Warszawy,bierze ślub z Janiną Lewinson. Wspomnienia żony z getta warszawskiego, a następnie ukrywania się „po aryjskiej stronie” przyczynią się do powstania jego najsłynniejszej książki – „Modernity and Holocaust”. Tymczasem w marcu 1953 r. minister obrony Rokossowski przenosi Baumana do rezerwy. Poszło o to, że jego starsza siostra od 1938 r. mieszkała w Izraelu, o wyjazd starał się również ojciec Zygmunta.

Badacz

Służbę w wojsku łączy Zygmunt z nauką, studiując najpierw na Akademii Nauk Społecznych, a od 1952 r. na Wydziale Filozoficznym UW. Zostaje asystentem Juliana Hochfelda w Katedrze Materializmu Historycznego UW. Hochfeld był przedstawicielem tak zwanego otwartego marksizmu, który chciał twórczo korzystać z innych teorii filozoficznych i społecznych. Drugą osobą, jaką Bauman wymieniał często wśród swoich nauczycieli był niepodległościowy socjalista Stanisław Ossowski.

„Ossowski i Hochfeld (…) w swojej pracy naukowej kierowali się etycznymi motywami” – pisał Bauman. – „Istotę socjologicznego powołania widzieli, jak sądzę, w tym, że ludzie cierpią, a oni jako socjologowie, rozpoznając przyczyny ludzkiego cierpienia zdołają może to cierpienie złagodzić, albo nawet zahamować społeczną produkcję niedoli”. W 1956 r. Bauman obronił rozprawę doktorską na temat brytyjskiego socjalizmu, cztery lata później habilitował się. W pracy „Klasa-ruch-elita” ganił biurokratyzację brytyjskiego ruchu robotniczego i jego odejście od socjalistycznych ideałów oraz utratę wiary w sens podejmowanych działań.

Drogą do wyjścia z partyjnej ortodoksji stały się dla Baumana badania empiryczne. Pierwsze tdotyczyło motywacji członków partii w zakładzie produkcyjnym. Jak pisze biograf Baumana Dariusz Rosiak:„To było nowatorskie, jak na tamte czasy badanie empiryczne, którego rezultat mógł tylko spotęgować jego rozterki. Wynikało z niego, bowiem, że robotnicy wykazywali motywację bardziej ideową, inteligenci zaś – chodzi o inteligencję techniczną w zakładach pracy – bardziej pragmatyczną.” Ponieważ to inteligenci częściej zapisywali się do partii, Bauman wysnuł wniosek, że „wbrew oficjalnej wersji marksizmu – coraz większe wpływy w partii uzyskiwać będą kadry kierownicze”. Pesymistyczne wnioski płynęły też z badań nad postawami młodzieży. Ogromny wpływ na Baumana wywarł Gramsci i jego wydane w 1962 r. w Polsce pisma. Bez żadnej przesady można stwierdzić, że to włoski autor uchronił polskiego socjologa od przejścia w szeregi wrogów marksizmu. W 1967 r. widać już w tym, co pisze Bauman, zapowiedź jego programu etycznego, który będzie mu przyświecał przez całe życie: „Najważniejszą kwestią jest jak dostosować społeczeństwo do indywidualnych potrzeb, a nie na odwrót”. Bauman włącza się w dyskusje środowisk rewizjonistycznych, pomaga też Jackowi Kuroniowi w opracowaniu danych do słynnego „Listu do Partii”. Ale 25 marca 1968 r. w związku z kampanią antysemicką zostaje usunięty z uczelni .Wraz z żoną i trzema córkami emigruje do Izraela.

Intelektualista podejrzany

W Izraelu Bauman nie czuje się dobrze. Pracuje na uniwersytetach w Hajfie i Tel Avivie, ale mało publikuje. W artykule dla Ha’aretz z sierpnia 1970 roku krytykuje nacjonalizm izraelski, nierówności klasowe w tym państwie, a także okupację terytoriów arabskich. Jak zauważa Eva Illouz „szybko zrozumiał, że Izrael nie stanie się państwem dla wszystkich”. W 1997 r. w liście do przyjaciela Noaha Lasmana pisał: „Izrael jest największym żydowskim gettem w historii – a nadto własnej głównie produkcji (…). Czego Żydzi nie mogą znieść to otwartych granic, braku murów i braku wrogów za murem.”

W październiku 1970 r. Bauman obejmuje profesurę na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu w Leeds. Jak się po latach okazało, jako dysydent był obiektem zainteresowania nie tylko polskiego wywiadu, ale także Stasi. Publikuje „Objective Utopia” i „Culture as Praxis”. Pozostają one utrzymane w stylu socjologii zaangażowanej. Jednak dla ówczesnej brytyjskiej lewicowej elity intelektualnej pozostawał przez długi czas persona non grata, za mało marksistowski i pomawiany o współpracę z KGB.

Z entuzjazmem przyjął powstanie „Solidarności”, twierdząc w 1981 r. w tekście „On the Maturation of Socialism”, że kiedy „ciężkie wieko politycznego przymusu zostanie uchylone, twórczy potencjał robotników stanie się dominującym aspektem krajobrazu społecznego”.

Moralista

Książką, która zyskała mu status intelektualisty klasy światowej była praca z 1989 r. „Modernity and The Holocaust” („Nowoczesność i Zagłada”). Pisał w niej, że „Z punktu widzenia nowoczesności ludobójstwo nie jest ani czymś normalnym, ani też przypadkiem złego funkcjonowania. Ujawnia po prostu, czego jest w stanie dokona racjonalizująca, inżynieryjna tendencja nowoczesności, jeśli nie jest powstrzymywana i kontrolowana, jeśli pluralizm sił społecznych uległ erozji, zgodnie z żądaniem nowoczesności”.

8 czerwca 1988 r. Bauman zostaje wykreślony z listy osób niepożądanych w PRL i wkrótce zaczyna pojawiać się w Polsce. Niemniej nigdy nie osiedlił się ponownie w kraju. Pisał już w 1989 r.: „Jak za szlachty, jak za zaborców, jak za pułkowników, jak za komunistów panowie inteligenci z Warszawy powiadają chamom, co mają robić i jak ich cudownie urządzą”. Dla młodzieży i części naukowców Bauman staje się idolem, inni go nienawidzą – szczególnym echem odbił się też incydent z Wrocławia, kiedy to kilkunastoosobowa grupa członków Narodowego Odrodzenia Polski zakłóciła jego wykład.

Począwszy od wydania w 1993 r. książki „Postmodern Ethics” i esejów „Dwa szkice o moralności ponowoczesnej” z 1994 r. Bauman staje się w coraz większym stopniu moralistą. Przeciwstawia etykę – odgórnie narzucaną przez kaznodziejów i filozofów, rodzącej się w każdym człowieku moralności. Zbliża się też do Kościoła katolickiego, choć na własnych zasadach, dostrzegając wagę pewnych elementów nauczania społecznego Kościoła, wagę Ewangelii. Pod koniec życia mówi o swojej fascynacji nauczaniem Franciszka. Z kolei 2013 r. arcybiskup Vicenzo Paglia przewodniczący Papieskiej Rady ds. Rodziny mówi: „Doszliśmy do tego, że przyjęliśmy z zadowoleniem diagnozy socjologów takich jak Bauman, którzy mówią o społeczeństwo płynnym. Nie zdajemy sobie sprawy, że żyć w społeczeństwie płynnym to żyć w społeczeństwie bez stałego fundamentu, bez wzajemnego zaufania, pomocy”. Bauman nigdy nie dokonał aktu wiary, a mimo to Kościół był gotów się od niego uczyć.

Bauman był mistrzem eseju, wypełnionego dygresjami, metaforami, nawiązaniami do literatury czy sztuki. Równocześnie wedle niektórych jego wadą było zbyt nikłe korzystanie z dorobku klasyków socjologii i podatność na łatwe generalizacje. By zrozumieć myśli „późnego” Baumana, warto zajrzeć do jego „Zindywidualizowanego społeczeństwa”: „Udźwig mostu mierzy się siłą udźwigu jego najsłabszego przęsła. Ludzką jakość społeczeństwa należałoby zmierzyć jakością życia jego najsłabszych członków”. Stąd też był Bauman niegiętym rzecznikiem wykluczonych, bezrobotnych, niepełnosprawnych, ubogich czy też imigrantów i uchodźców. Wszystkich wyalienowanych, samotnych, porzuconych przez instytucje i bliźnich. Tych którym płynność relacji międzyludzkich i niestabilność egzystencji najbardziej doskwiera. Tak pozostał wierny swojemu socjologicznemu i filozoficznemu powołaniu.

Książka Andrzeja Ziemskiego

8 listopada 2019 r. w Klubie Księgarza w Warszawie odbyła się promocja nowej książki Andrzeja Ziemskiego „Rewolucja Konstytucyjna”, która ukazała się w październiku. Promocję organizowali: „Porozumienie Socjalistów” i Wydawnictwo „Kto jest Kim”.

Podczas spotkania, w którym uczestniczyło blisko 150 osób rekomendacje książki przedstawili: prof. Maria Szyszkowska – wybitna filozof, red. Piotr Gadzinowski – redaktor naczelny „Trybuny”, Bogusław Gorski – Honorowy Przewodniczący PPS oraz Grzegorz Wiśniewski – wiceprezes Związku Literatów Polskich.

Założenia i cele rekomendowanej książki zaprezentował autor. Podkreślił m.in. swe związki z tradycją PPS. Przypomniał, że książka składa się z 68 felietonów politycznych, esejów i materiałów publicystycznych. Były one w większości drukowane w Gazecie Trybuna i w „Przeglądzie Socjalistycznym”.

Obejmują szeroki wachlarz problemów społeczno-politycznych i historycznych, wiążą się bezpośrednio z polską i globalną praktyką polityczną.

Jak podkreślił redaktor naczelny Trybuny, Piotr Gadzinowski, książka ta jest niezwykle aktualna i ważna dla polskiej lewicy, która znajduje się w trakcie transformacji programowej i organizacyjnej.
Liczne notki i zdjęcia z promocji ukazały się na portalach społecznościowych m.in. na Facebooku.

Książka jest do nabycia w Warszawie m.in. w Księgarni Naukowej im. B. Prusa na Krakowskim Przedmieściu oraz poprzez stronę internetową Wydawcy www.k.com.pl

Nasza rewolucja

To nie jest książka dla miłośników, szybkiego bezrefleksyjnego czytania. To nie jest powszechny dziś księgarski „Fast food”. Lektura do jednorazowego użytku.

Ten zbiór politycznych felietonów i esejów trzeba czytać bez pośpiechu. Odkrywając i kosztują ukryte tam smaki. Czytać i potem wracać do wybranych, inspirujących nas tekstów. Zawarta w nich mądrość gwarantuje, że nie zestarzeją się.
Bo jest to opis rzeczywistości dokonany przez socjalistę. Czasem przez okulary byłego wieloletniego przewodniczącego Rady Naczelnej PPS i Komisji Historycznej PPS. Czasem przez polityka myśliciela, który wznosi się ponad partyjne schematy. Bada konsekwencje i przewiduje skutki podejmowanych właśnie decyzji politycznych.
Dlatego jest to książka bardzo ważna dla całego ruchu socjalistycznego. Przypomina jego chlubną historię. Ale też pełni rolę współczesnego drogowskazu ideowego i politycznego.
Miło mi też przypomnieć, że zebrane w „Rewolucji konstytucyjnej” teksty miały swe premiery na łamach naszej „Trybuny”.

Andrzej Ziemski „Rewolucja konstytucyjna”. Wydawnictwo „Kto jest Kim”. Warszawa 2019. 500

Odcienie lewicowości

Tegoroczne wybory parlamentarne – niezależnie od ich wyniku – przyniosły ważną zmianę w polityce polskiej: utworzenie wspólnej listy niemal całej lewicy.

Będzie to miało, mam nadzieję, istotny w pływ na charakter polskiego życia politycznego. Uzyskanie przez lewicę dobrego, to znaczy kilkunastoprocentowego, wyniku i powstanie silnej reprezentacji lewicy w Sejmie ( a także wejście kilku lewicowych kandydatów do Senatu) zapoczątkuje proces przywracania lewicy tego znaczenia politycznego, które utraciła ona w wyniku klęski wyborczej 2005 roku. Taki rezultat wyborów powinien stać się punktem wyjścia dla dłuższego procesu konsolidacji lewicy w postaci nie tylko wspólnego klubu parlamentarnego, ale także jednej partii.
By proces ten miał autentyczny, a nie koniunkturalny, charakter, konieczna jest poważna praca programowa dotycząca podstaw ideowych, na których opierać się powinna nowoczesna partia polskiej lewicy. Praca ta nie może się powieść bez poważnego ustosunkowania się do istniejących problemów spornych. Nie są one, moim zdaniem, tak dalece sporne, by niemożliwe było wypracowanie akceptowalnego dla całej lewicy stanowiska. Wymaga to jednak poważnego zastanowienia się nad tymi kwestiami, które dotychczas dzieliły, a w jakimś stopniu nadal dzielą lewicę w naszym kraju.
Widzę cztery takie podstawowe obszary do dyskusji.
Pierwszy to polityka społeczno-ekonomiczna. Niezbywalnym elementem myślenia lewicowego jest wrażliwość na krzywdę i niesprawiedliwość społeczną, co powinno dyktować takie podejście do polityki gospodarczej, w którym troska o grupy słabsze zajmuje bardzo istotne miejsce. To stanowi wspólną, niekwestionowaną przez nikogo, cechę myślenia lewicowego. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy trzeba wyważyć proporcje między dążeniem do realizacji zasad sprawiedliwości społecznej a potrzebami zapewnienia wzrostu gospodarczego. Neoliberalizm, który święcił szczególnie wielkie triumfy w ostatnich dwóch dziesięcioleciach poprzedniego wieku, zakładał mylnie, że wzrost gospodarczy automatycznie zapewni poprawę sytuacji wszystkich, w tym także najbiedniejszych. Dziś wiemy, ze tak nie jest. Ostatnie dziesięciolecia przyniosły w skali światowej bardzo znaczny wzrost nierówności a także pogłębianie się ubóstwa w tych krajach, gzie zabrakło świadomej polityki państwa na rzecz realizacji bardziej sprawiedliwego podziału owoców wzrostu gospodarczego. Wystarczy porównać USA ze Szwecją lub Norwegią, by zdać sobie sprawę z tego, jak ważna jest polityka społeczna dla sposobu, w jaki rozkładają się owoce wzrostu gospodarczego. Dlatego dla ludzi lewicy skandynawski model socjaldemokratycznej polityki społeczno-gospodarczej stanowi nieodzowny element myślenia o gospodarce. Problem komplikuje jednak to, ze Polska stała dotychczas i w znacznym stopniu nadal stoi przed koniecznością przezwyciężania wielowiekowego opóźnienia gospodarczego, zaś w niedawnej przeszłości także przed koniecznością wydobycia się z głębokiego kryzysu. Gdy dwukrotnie lewica dochodziła do władzy (w latach 1993 i w 2001), zastawała bardzo trudną sytuację gospodarczą, przy czym w drugim z tych momentów przyczyną kryzysu finansów publicznych była przede wszystkim błędna polityka poprzedniego rządu. Wydobycie Polski z kryzysu, przywrócenie wysokiego wzrostu gospodarczego, zmniejszenie skali bezrobocia i redukcja relacji długu publicznego do dochodu narodowego – to były absolutne priorytety polityki gospodarczej. Sformułowana przez wicepremiera Grzegorza Kołodkę „strategia dla Polski” stanowiła oryginalną, dobrze dostosowaną do warunków polskich koncepcję polityki gospodarczej. Strategia ta była jednak atakowana przez radykałów jako „niedostatecznie lewicowa”. Z drugiej zaś strony niektórym politykom lewicy oczywista konieczność prowadzenia skutecznej polityki wzrostu gospodarczego tak dalece przesłaniała cele socjalne, że nie bez powodu byli oskarżani o sprzyjanie koncepcjom neoliberalnym. Klasycznym przykładem było sugerowanie, by progresywny podatek dochodowy zastąpić podatkiem liniowym. Nie zrobiono tego, ale sam fakt, ze sugestie takie padły z ust bardzo ważnego polityka lewicowego, zaciążył na wizerunku kierowanego przez lewicę rządu.
Dla niektórych polityków lewicowych słuszny sprzeciw wobec ulegania koncepcjom neoliberalnym stał się punktem wyjścia dla udzielenia poparcia prawicowej, ale głoszącej socjalne hasła, partii Prawo i Sprawiedliwość. Przykładem najbardziej znaczącym tego zjawiska było poparcie udzielone PiS-owi przez byłego przywódcę Unii Pracy Ryszarda Bugaja, który z czasem z tego poparcia się wycofał, ale nigdy jasno nie uznał go za poważny błąd polityczny.
Ludzie lewicy powinni więc poważnie podchodzić do sprawy polityki społeczno-gospodarczej tak, by łączyć potrzebę wzrostu gospodarczego z racjami socjalnymi a także co dziś nabiera coraz większego znaczenia, z dążeniem do poważnej redukcji zagrożeń, jakie dla przyszłości naszej planety niesie z sobą powodowany przez dotychczasowy sposób gospodarowania wzrost temperatury. Są to sprawy trudne, wymagające kompromisów między różnymi racjami. Lewica nie może iść w kierunku haseł tak radykalnych, że ż utopijnych, ale powinna mieć odwagę przedstawić śmiałą koncepcję ekonomiczną, inspirowaną wartościami sprawiedliwości społecznej i odpowiedzialności za to, jaką przyszłość zgotujemy następnym pokoleniom.

Drugim obszarem są sprawy światopoglądowe, w tym zwłaszcza obrona świeckiego charakteru państwa oraz praw wszystkich mniejszości, w tym także – obecnie szczególnie atakowanych przez prawicę – mniejszości seksualnych. W odróżnieniu od problematyki ekonomicznej w tych sprawach nie ma na lewicy zasadniczego sporu ideowego. Trudno sobie wyobrazić człowieka lewicy, który byłby zwolennikiem mariażu „tronu z ołtarzem”, przyklaskiwałby homofobicznym wystąpieniom dość licznych polityków prawicy i sprzymierzonych z nimi biskupów, popierałby dyskryminację ludzi należących do którejś z kategorii zbiorczo nazywanych LGBT. Istnieją jednak dwa problemy. Pierwszym jest niejednakowy stopień uznania tych spraw za istotne. Zdarza się słyszeć pogląd, że są to sprawy „marginesowe”, którymi lewica nie powinna zbyt aktywnie się zajmować – także dlatego, że naraża ja to na tak ze strony fundamentalistów katolickich. Uważam takie stanowisko za błędne. Lewica nie ma czego szukać w szeregach „obrońców życia poczętego” czy fanów arcybiskupa Jędraszewskiego, gdyż jedni i drudzy są i będą silnie zakotwiczeni w obozie prawicy. Natomiast odważne stawanie w obronie zagrożonych dyskryminacją mniejszości może jedynie budować dla lewicy szacunek i poparcie wśród tych, dla których tolerancja i prawa wszystkich obywateli są ważnymi wartościami i którzy potrzebują partii odważnie tych wartości broniącej.
Istnieje jednak inny problem, z którym lewica musi się zmierzyć. Jest nim ultraradykalizm części środowisk laickich., wyrażający się w pogardliwym a nawet wrogim stosunku do kościoła katolickiego jako instytucji a nawet do symboli religijnych. Lewicowość nie jest i nie powinna być utożsamiana z ateizmem i z wrogością wobec instytucji wyznaniowych. Będąc człowiekiem niewierzącym i dostrzegając wiele wysoce negatywnych zjawisk w postępowaniu hierarchii kościelnej, byłem i jestem przeciwny łatwym uogólnieniom. Znałem i znam wielu ludzi łączącym głęboką wiarę z autentycznym zaangażowaniem lewicowym. Biski jest mi takie odejście do tych spaw, które reprezentował mój starszy przyjaciel, wybitny działacz socjalistyczny Jan Strzelecki, którego piękną postać przypomniałem niedawno na tych łamach z okazji stulecia jego urodzin. Nowoczesna lewica musi łączyć zdecydowaną obronę świeckości państwa i praw wszystkich grup zagrożonych przez fanatyzm religijny z autentyczną gotowością budowania wspólnoty ludzi wierzących i niewierzących, o której pięknie mówi preambuła do polskiej konstytucji.
Trzeci obszar do dyskusji to sprawy państwa i narodu. Jesteśmy świadkami wznoszącej się fali nacjonalizmu, który zaprzecza całej tradycji Polskim tolerancyjnej. Będącej wspólnym domem wszystkich jej obywateli. Dzisiejszy nacjonalizm nawiązuje do najgorszych wzorów polskiej i nie tylko polskiej przeszłości. Premier Mazowiecki oddając hołd Brygadzie Świętokrzyskiej NSZ in prezydent Duda obejmując protektorat honorowy nad obchodami ku czci tej formacji nie kierowali się ignorancją wobec dobrze znanej historii tej formacji. To były świadome gesty zmierzające do pozyskania poparcia dzisiejszych kontynuatorów tego nurtu politycznego, który w latach międzywojennych i w czasie drugiej wojny światowej czynił z nacjonalizmu i antysemityzmu synonim miłości ojczyzny. Politycy kierujący dziś państwem nie są antysemitami i faszystami, ale dla politycznej korzyści starają się o poparcie środowisk faszyzującej i nacjonalistycznej ekstremy. Przynosi to w efekcie wznoszenie się brunatnej fali w polskim życiu politycznym. Lewica jest od tego wolna, ale nie dla wszystkich ludzi lewicy jest oczywiste, że jest to wielkie, wręcz śmiertelne zagrożenie dla państwa polskiego i jego obywateli. Odpowiedzią na fale nacjonalizmu musi być na nowo odczytany program polskiego patriotyzmu, opartego nie na micie krwi, lecz na identyfikacji z państwem polskim – wspólna ojczyzna wszystkich obywateli.
Czwarty obszar do poważnej dyskusji to ocena niedawnej historii – zwłaszcza okresu Polski Ludowej. Do niedawna była to kwestia tak dalece dzieląca, że wydawać się mogła nieprzezwyciężalną. Wynikało to częściowo z uwarunkowań życiorysowych. W starszym pokoleniu ludzi lewicy są zarówno dawni działacze PZPR (jak miedzy innymi ja) i dawni działacze opozycji demokratycznej. Czy musi to jednak skazywać na wieczny konflikt? Moje własne doświadczenie mówi mi, że tak być nie musi. Miałem dobre, wręcz przyjacielskie stosunki z dwoma wybitnymi przywódcami opozycji demokratycznej: Bronisławem Geremkiem i Jackiem Kuroniem, choć nasze drogi polityczne rozeszły się. Jednym z dowodów, że polityczna przeszłość nie musi stanowić nieprzezwyciężalnej przeszkody dla mądrego dialogu jest oparta na rozmowach Andrzeja Werblana i Karola Modzelewskiego „Polska Ludowa”- najmądrzejsza książka o tym okresie, którą czytałem.
Upływ czasu i wymiana pokoleniowa nie unieważniła sporu o historię. Wręcz przeciwnie! To właśnie część młodego pokolenia lewicy przyjęła bardzo pryncypialną i jednostronną ocenę Polski Ludowej, co jeszcze niedawno wydawało się przeszkodą uniemożliwiającą ich współdziałanie z SLD. Trzeba o tych sprawach rozmawiać poważnie. Tak robiliśmy niemal trzydzieści lat temu w czasach tworzenia Socjaldemokracji RP, gdy bardzo wyraźnie potępiliśmy to co było złe, błędne a nawet zbrodnicze w polityce okresu Polski Ludowej, a zarazem okazując szacunek temu co w niej na taki szacunek zasługuje. Nie powtarzając szczegółowo od dawna rozwijanej argumentacji przypomnę, że w ocenie okresu 1944-1989 trzeba poważnie brać pod uwagę trzy sprawy: (1) konsekwencje narzuconego Polsce podziału Europy i radzieckiej hegemonii, której zasięg zdołaliśmy w znacznej mierze po 1956 roku ograniczyć, ale której nie można było znieść tak długo, jak trwała zimna wojna; (2) zasługi PRL dla odbudowy kraju, regenerację sił biologicznych naszego narodu, skok edukacyjny i awans społeczny wielu milionów; (3) rolę nurtu reformatorskiego, z którego wywodzili się inicjatorzy odbudowy lewicy po 1989 roku i który w znacznej mierze spowodował, że to właśnie w Polsce powstały warunki dla wielkiego kompromisu historycznego, od którego zaczęła się zmiana systemu w Polsce, a potem w naszej części Europy.
Praca nad kształtowaniem racjonalnego stosunku do historii musi uwzględniać różnice doświadczeń – tak własnych, jak i doświadczeń rodziców. Do wspólnej formacji lewicowej idziemy różnymi drogami i z tej różnorodności powinniśmy uczynić cenny kapitał na lata, które są przed nami.

Przeklęta nostalgia, niezbędna solidarność

Czy czeka nas powrót do hobbesowskiej sytuacji walki wszystkich ze wszystkimi? Powrót do plemienności i narastająca fala nacjonalizmów? Nadal narastające nierówności? Dalsza „prywatyzacja nadziei” i przerodzenie się społeczeństwa w zbiór jednoosobowych wysepek?

W obliczu rosnących nierówności i podziałów społecznych oraz malejących dla większości ludzi szans życiowych, zaczyna rządzić nami nostalgia za nigdy nie istniejącą, wyimaginowaną przeszłością- ostrzegał nieżyjący już profesor Zygmunt Bauman w swojej ostatniej książce „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”.
Profesora Zygmunta Baumana, autora pojęcia „płynnej nowoczesności”, nie trzeba nikomu przedstawiać. Wśród jego ponad 100 prac, co najmniej kilka weszło do kanonu lewicowej myśli socjologicznej i filozoficznej. Dla pokolenia dzisiejszych 30- i 40-latków Bauman i jego prace takie jak „Globalizacja”, „Nowoczesność i Zagłada”, „Płynna nowoczesność” to ważny punkt odniesienia na drodze do kształtowania własnej tożsamości intelektualnej i wrażliwości społecznej. Socjolog i socjalista Bauman do końca życia pozostawał przeciwnikiem neoliberalizmu, nacjonalizmu i neokonserwatyzmu. Świadectwem tego jest ostatnia książka, którą udało mu się dokończyć – „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”.
Powrót do przeszłości
Klasyczna utopia ulokowana była w przyszłości. Czym więc jest tytułowa retrotopia? Dziś przyszłość budzi obawy i nieufność, gdyż jesteśmy poddani działaniom nieokiełznanych sił rynkowych i globalizacji, procesom, których nikt w pełni nie kontroluje, a niewielu rozumie. Retrotopia jest zwróceniem się w kierunku przeszłości, nostalgią za przeszłością, jednak nie taką, jak ona realnie wyglądała, a jak ją sobie naiwnie wyobrażamy.
Neoliberałowie tacy jak Margaret Thatcher czy Ronald Reagan sprywatyzowali ideę postępu. Każdy miał być kowalem własnego losu, każdy miał być samowystarczalny. Jednak dla wielu być może dla większości ludzi taka wolność i samowystarczalność okazała się nieznośnym ciężarem. Obawiamy się dziś utraty pracy i kwalifikacji oraz tego, że nasze dzieci nie osiągną naszej pozycji społecznej. W płynnej nowoczesności, którą w zasadzie można utożsamić z epoką neoliberalizmu indywidualne szczęście i dobre społeczeństwo nie są już od siebie wzajem zależne. Jak pisze Bauman o epoce neoliberalizmu i globalizacji: „Celem nie była już budowa doskonalszego społeczeństwa, (gdyż wszelkie środki poprawy okazały się w praktyce beznadziejne), ale polepszenie własnej indywidualnej pozycji wewnątrz zasadniczo i ostatecznie niedającego się naprawić społeczeństwa. Zamiast wspólnego udziału w zdobyczach kolektywnego wysiłku na rzecz społecznej reformy pojawiło się współzawodnictwo i pozyskiwane dzięki niemu łupy przywłaszczane przez poszczególne jednostki”.
Przemoc wyrosła z frustracji
W epoce stałej nowoczesności państwo poskramiało „zwierzę w człowieku”. Nie dało rady jednak kompletnie przeobrazić człowieka, a jedynie skryło istniejącą w ludziach agresję. Dziś już nie wierzymy, że państwu uda się powstrzymać akty przemocy. Jesteśmy zainfekowani strachem i agresją wylewającą się z ekranów, zarówno za sprawą wojen jak i za sprawą indywidualnego terroryzmu czy przestępczości. Media sprzyjają fenomenowi naśladownictwa w przemocy. Częstotliwość pokazywania aktów przemocy staje się usprawiedliwieniem tych aktów. Stają się one sposobem na zdobycie choćby iluzorycznej sławy i poczucia kontroli nad swoim otoczeniem.
Bauman jednak twierdzi, że najważniejszą przyczyną rozwoju przestępczości i przemocy jest niestabilność rynku pracy i kultura konsumpcyjna, które zmieszane ze sobą tworzą pożywkę dla wszechobecnego gniewu. Ofiary agresji i przemocy często są przypadkowe i losowe. Prawdziwą przyczyną gniewu, agresji i stosowania przemocy jest niemoc wobec wszechogarniających i niekontrolowanych procesów ekonomicznych. Przemoc jest postrzegana przez sprawców jako lekarstwo na egzystencję pozbawioną wyrazu i przyszłości. Jednakże nie daje ona trwałego zaspokojenia agresywnego popędu, gdyż zwykle przeciwnik jest rażąco i w sposób widoczny słabszy. Bauman twierdzi przy tym, że najczęściej w akty ekstremalnej przemocy angażują się „wybrakowani konsumenci” czyli osoby wykluczone ekonomicznie, lub jako takie się postrzegające. Zauważa też, że często płynna jest granica między „wojną wszystkich ze wszystkimi” a konkurencją, do której jesteśmy nieustannie przyuczani.
Różne języki, obce plemiona
Innym niepokojącym Baumana trendem jest powrót do plemienności, małych nie rozmawiających ze sobą nawzajem wspólnot lokalnych czy też politycznych. Te małe wspólnoty obiecują pozorne bezpieczeństwo arbitralnie wyznaczonym „nam”, ale skutkują wykluczeniem „ich”. Także nacjonalizm, jak podkreśla autor ma złowrogie janusowe oblicze, skutkuje niesłuchaniem „onych”. Jednocześnie jednak cytuje badacza nacjonalizmów Anthony’ego D. Smitha, który twierdzi, że „ognie nacjonalizmu nigdy nie zostały ugaszone, jedynie tymczasowo przysłoniła je nasza świadomość tego, jak straszne niosą konsekwencje. Nawet w świecie Zachodu etniczny nacjonalizm przetrwał pod pozorem socjaldemokracji i liberalizmu”. Profesor marzy przy tym o świecie, w którym sprawa przynależności narodowej byłaby kwestią osobistego wyboru, tak jak postulował w 1907 roku socjaldemokrata i marksista Otto Bauer. W świecie Bauera narody nie pokrywałyby się koniecznie z konkretnym terytorium, byłyby wspólnotami kulturowymi.
Bauman podkreśla przy tym, że w dzisiejszych czasach migracja jest zjawiskiem nieuniknionym i że przybysze do Europy są często produktem nieudanych przedsięwzięć politycznych i militarnych Zachodu. Podobnie jak nieskuteczne jest myślenie, że budując przydomowy schron ocalejemy na wypadek wojny atomowej, nierealne jest myślenie, że odgrodzimy się od światowych przepływów ludności.
Kolejnym powrotem, jaki być może nas czeka jest powrót do XIX-wiecznych nierówności społecznych. Bauman cytuje tutaj Benjamina Disraeliego, który w 1845 roku w powieści „Sybil” ustami jej bohatera, działacza robotniczego Waltera Gerarda następująco zobrazował sytuację w Anglii gdzie istniały: „Dwa narody; między nimi nie ma kontaktu ani porozumienia; które są tak nieświadome nawyków, myśli i uczuć tego drugiego jakby zamieszkiwały odrębne strefy lub odrębne planety; które są inaczej wychowane, inaczej karmione, kształtowane innymi obyczajami, nie podlegają tym samym prawom”.
Miraże wolnego rynku
Podobną sytuację mamy dzisiaj, jednak nie tylko w rozwiniętych państwach kapitalistycznych, takich jak USA, ale w skali globalnej. Jak zauważa Bauman większość czasu, który dzieli nas od 1845 roku poświęcona była staraniom, by diagnoza Disraelego straciła moc. Wydawało się, że cel ten jest bliski do osiągnięcia podczas 30 wspaniałych powojennych lat zachodniego państwa socjalnego. Panował wówczas konsensus, że zadaniem państwa jest prowadzenie takiej polityki, która by zapewniała wszystkim pracę i godną płacę. Niestety na wskutek globalizacji i działalności grubych ryb finansjery kapitał podważył podstawy państwa dobrobytu. Dziś na każdą próbę podwyższenia podatków czy zwiększenia wydatków socjalnych nomadyczna finansjera reaguje histerycznie.
Zygmunt Bauman przytacza kilka danych na temat wzrostu globalnych nierówności. Przypomina, że 85 multimiliarderów ma bogactwo równe bogactwu biedniejszej połowy ludzkości, a w USA 86 % bogactwa jest w rękach najbogatszych 10% Amerykanów. Trendy też nie wyglądają dobrze. Między 2010 a 2014 rokiem majątek amerykańskich gospodarstw domowych, posiadających aktywa finansowe w wysokości co najmniej 1 mln dolarów, wzrastał średnio o 7,2% rocznie, podczas gdy majątek pozostałych rodzin rósł osiem razy wolniej.
Jak zauważa Bauman, „„efekt skapywania” [the trickle down effect] bogactwa do puli powszechnego dobrostanu jest w zasadzie mitem, trzeba jednak dodać, że twardą rzeczywistością jest sposób w jaki mit ten działa na powszechne poczucie niedostatku, a w konsekwencji na poziom aspiracji”.
Autor „Retrotopii” z entuzjazmem odnosi się do idei powszechnego dochodu podstawowego. Jego zdaniem wielką zaletą dochodu podstawowego jest powszechność takiego świadczenia, będąca powrotem do pierwotnych ideałów państwa opiekuńczego. Dzisiejsze państwo bowiem odeszło od filozofii uniwersalizmu, selektywnie przyznając świadczenia socjalne, przy czym nieuchronnie naznacza i upokarza.
Lord Beveridge tworząc podstawy brytyjskiego państwa opiekuńczego, w latach 40 tych XX wieku, uważał, że jego zadaniem jest zapewnić materialne warunki wolności, czyli wolność od nędzy, ignorancji, niedostatku, bezczynności i chorób. Zdaniem Baumana, dochód podstawowy, wypłacany niezależnie od wysokości dochodów powinien być prawem obywatela w całej Unii Europejskiej.
Czy da się ocalić świat egoistów?
Ostatni czwarty rozdział książki zatytułowany jest „Powrót do łona” „Łono” jest tu metaforą na stan zobojętnienia i nirwany, wolności od bólu, do którego większość z nas, zdaniem Baumana, dąży. Jednak jest to dążenie nierealne, gdyż praca i cierpienie, a także niepewność zawsze będą do pewnego stopnia z nami.
Wedle Autora, staliśmy się narcyzami skupionymi na samych sobie, swoich odczuciach i stanie własnego ciała. Co więcej, większość z nas nie myśli ani o przeszłości ani o przyszłości, ale chce jedynie doraźnie poprawić swój stan, kupując gadżety czy korzystając z pomocy psychoterapeutów. Od życia oczekujemy nirwany, poszukujemy schronów, które dadzą nam wytchnienie od kontaktów z innymi ludźmi. Chcemy jedynie natychmiastowego zaspokojenia swoich zachcianek, a życie dla siebie, a nie dla innych, przodków czy potomków, stało się celem samym w sobie.
Z dezaprobatą odnosi się do praktyki rozwiązywania wszelkich problemów przez kontakt z coachami czy psychoterapeutami. Nie umiemy już nawiązywać relacji z innymi, stajemy się coraz bardziej samotni, nie umiemy już szukać wsparcia i zrozumienia dla naszych wyborów. Jak podaje Autor „Retroutopii” w Sztokholmie, 58% ludzi prowadzi jednoosobowe gospodarstwa domowe, a jedna na cztery osoby umiera samotnie. Jak zauważa Bauman, rozpad więzi międzyludzkich widać już na przykładzie par, które nie potrafią być ze sobą całe życie, a określenia takie jak „moja miłość”, czy „mój mąż/żona” zostały zastąpione określeniem „mój partner”.
Jakie rozwiązania proponuje Bauman, poza dochodem podstawowym? Apeluje o rozszerzenie solidarności na poziom globalny, mimo, że w przeciwieństwie do poprzednich bitew o zwiększenie zasięgu integracji politycznej „owo nowe zadanie nie może posłużyć się tu „ani bronią wyznaczania wspólnego wroga”, ani wybiegiem „nasi kontra tamci”, co wcześniej wypróbowano i co uchodzi za warunek konieczny zwycięstwa.
Bauman ostrzega też przed nacjonalistycznymi demagogami i ludźmi takimi jak Samuel Huntington, twórca koncepcji „starcia cywilizacji”, który twierdził, że „bez prawdziwych wrogów nie ma prawdziwych przyjaciół”. W epilogu Bauman przywołuje słowa papieża Franciszka, którego uważał za jednego z największych intelektualistów naszych czasów. Papież podkreśla w nich znaczenie kultury dialogu i współodpowiedzialności za bliźniego. Jednak zdaniem Baumana musimy pamiętać też, „by kwestię ludzkiego zjednoczenia” wyjąć z rąk polityków i przekazać ją „pod opiekę codziennych spotkań sąsiadów oraz kolegów z pracy, spotkań, w których wszyscy uczestniczymy i odbierani jesteśmy jako troskliwi lub nieczuli rodzice, wierni lub nielojalni partnerzy, pomocni lub nieżyczliwi sąsiedzi, przyjemne lub nieprzyjemne towarzystwo, a nie jako okazy wzajemnie sobie obcych cywilizacji, tradycji, religii czy tożsamości etnicznych”.
Jednak, by taka kultura dialogu miała szanse powodzenia musi się też dokonać, mówiąc słowami papieża Franciszka „sprawiedliwy podział owoców ziemi i ludzkiej pracy. Jak ostrzega Bauman, albo wkroczymy na tą drogę, albo „skończymy we wspólnej mogile”.
„Retrotopia” jest niewątpliwie dziełem interesującym i skłaniającym do refleksji. Trzeba jednak poczynić dwa zastrzeżenia. Po pierwsze Bauman nie chciał stworzenia jakiegoś zunifikowanego państwa światowego, gdyż zdawał sobie sprawę, że unifikacja świata mogłaby się skończyć globalnym państwem totalitarnym. Oprócz wysuwania postulatu dochodu podstawowego podkreślał też konieczność tworzenia wysokiej jakości miejsc pracy. Niewątpliwie liczył też zarówno na oddolne zdemokratyzowanie życia społecznego, jak i na powstanie nowych form międzynarodowej współpracy.
Do końca życia Bauman pozostawał liberalnym socjalistą i miał nadzieję, że stworzymy świat bez nienawiści, świat, gdzie więcej ludzi będzie cieszyć się wolnością, a więc przede wszystkim będzie posiadać zasoby, które uczynią ich wolnym od strachu i wiecznej walki o przetrwanie. Jednak czeka nas długa i wyboista droga, gdyż większość ludzi nie jest przyzwyczajona do aktywności politycznej, poza okresem wyborów.

Zygmunt Bauman – „Retrotopia. Jak rządzi nami przeszłość”, przekład Karolina Lebek, PWN, Warszawa 2018, str.302, ISBN 978-83-011-9855-8.