Na progu stanu wojennego

„Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”…

Myśl przewodnia…

„Bydgoski wstrząs”- pisałem o nim w jednym z poprzednich tekstów – postawił Polskę na progu stanu wojennego. Od tego stwierdzenia, wywołującego u niektórych- nawet po 40 latach – tzw. ciarki na plecach rozpoczynam z Państwem kolejną dyskusję. Tytuł tej publikacji podsunął mi jeden z Czytelników, zastrzegając podanie nazwiska. Dziękuję serdecznie, Państwu za wiele celnych uwag i spostrzeżeń, szczególnie tych życzliwie krytycznych. O niektórych wspomnę.

Na wstępie uprzejmie Państwa proszę o rozróżnienie dwóch pojęć: stan wojenny oraz interwencja zbrojna sąsiadów. Dziś będziemy skupiać uwagę na pierwszym. Drugie zasługuje na odrębną i to nie jedną publikację. Tu osobom „krytycznie uczulonym” wyjaśniam- „interwencja zbrojna sąsiadów”- finezyjnie NIE ukrywa odpowiedzialności ZSRR. O tym wiedzą wszyscy, to wynikało z jego dominującej pozycji w bloku wschodnim. „Polityka historyczna” ostatnich lat, rozbudziła wśród Polaków nienawiść do Rosjan, trwającą od kilku wieków, zwaną rusofobią. Jednocześnie ukryła inspirującą, podjudzającą rolę NRD i CSRS. Te państwa same utrzymywały gotowość do interwencji-Czesi do czerwca, NRD- do kwietnia 1982 r.- ale o tym później.

„Sierpniowe” oceny

Wydarzenia lipcowo-sierpniowe 1980 r., które strajkami i protestami objęły cały kraj, były głównym czynnikiem do ocen i przemyśleń. Oto kilka z nich:
– „Dziś żądają związków, utworzą siłę, a potem przypuszczą szturm na partię, na rząd, na Sejm” (Edward Gierek, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Będzie to stworzenie organizacji klasy robotniczej, możemy stracić możliwość sprawowania władzy” (Stanisław Kania, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Pojawią się procesy, które zaczną nas niszczyć i partia będzie musiała podjąć walkę” (Andrzej Werblan, 30 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR).
Oczywiście, wtedy, w sierpniu, w całym roku 1980 i później, każdy członek Partii, każdy dorosły Polak miał swoją ocenę sytuacji i – co jasne- każdy miał „swoją rację”. Przytłaczająca większość za zaistniałą sytuację winiła Kierownictwo Partii i rząd. Czy miała rację, śmieszne pytanie, ktoś powie. I teoretycznie i praktycznie racja była po stronie krytykujących. Przecież to władza- partia i rząd, podejmowały decyzje, czy to w formie uchwał Zjazdu (VII był się w 1976), czy słynnych 5-cio latek, planów rozwoju gospodarczego. Również władza korygowała bieżącą realizację tych planów. Ważnym i głośnym sygnałem do ich korekt były wydarzenia w Radomiu i Ursusie, 1976 r. Państwo zapewne z dostępnej i bogatej literatury znają te oceny. Na polu gospodarczym skłaniały ku ograniczeniu korzystania z zachodnich kredytów, a tym samym nie otwierania nowych inwestycji, a kończenia rozpoczętych, by zaczęły przynosić korzyści z podejmowanej produkcji. Pojawiły się niedobory na rynku, np. cukru i ukryta reglamentacja oraz podwyżki cen niektórych towarów. Był to dość wyraźny sygnał, że społeczeństwo nie tylko dostrzeże, ale i wyrazi niechęć. Znajdzie się ich „polityczny obrońca”. I tak się stało. Powstał Komitet Obrony Robotników (KOR) oraz Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO). Lepszej okazji, sytuacji w kraju, dla ich utworzenia nie można było sobie wyobrazić. Sprzyjała im atmosfera międzynarodowa- Akt Końcowy KBWE 1975. Polska zgodziła się na zapis o prawach człowieka, ale bez zgody się na oficjalne uznanie prawa do istnienia opozycji politycznej i strajków. Długo nie trzeba było czekać, zaledwie rok!

Lipcowo-sierpniowe protesty i strajki. Ale wtedy, w sierpniu zasadnicze pytanie brzmiało – co dalej? Choć niektórzy rozważali warianty „siłowego rozwiązania”, coś na wzór Grudnia’70, przeważała ostrożność i wola dojścia do porozumienia ze strajkującymi. Tę sytuację obrazowo oceni Jacek Kuroń- „W grudniu paliliśmy komitety, teraz utworzyliśmy swoje” (z przekąsem można powiedzieć -„nauka nie poszła w las”).Słusznie-przeważył pogląd na porozumienie, choć obawy wciąż rosły po stronie władzy. Dotyczyły rosnących żądań strajkujących. Ich presji i atmosfery nacisków nie wytrzymał przedstawiciel władzy, wicepremier Tadeusz Pyka. Zastąpił go Mieczysław Jagielski. Przerwy w produkcji, różne zakłócenia w komunikacji i codziennym życiu dla milionów Polaków nosiły nawet znamiona sensacji, choć wielu pamiętało wydarzenia grudniowe. Taką, nie spotykaną od 10-ciu lat sytuacją, Polska „zwróciła oczy” Europy. Stała się obiektem szczególnego zainteresowania. Wreszcie doszło do porozumienia- najpierw Szczecin, gdzie 30 sierpnia Komitet Strajkowy w Stoczni Warskiego i Kazimierz Barcikowski, podpisali stosowny dokument. Podpisane dzień później porozumienie w Gdańsku – 21 postulatów zna cały świat, nawet trafiły na listę UNESCO! Czy zakończyło strajki?- o tym za chwilę.

Wyzwania i oczekiwania

Rząd premiera Józefa Pińkowskiego i Kierownictwo Partii ze Stanisławem Kanią na czele, stanęły przed niezwykle trudnymi wyzwaniami, głównie dwoma – koniecznością reformy gospodarki oraz realizacji podpisanych porozumień. Tu można toczyć spór, co było ważniejsze – reforma czy realizacja postulatów. Zarys reformy rząd przedstawił na VI Plenum KC PZPR (4-5 października 1980). W „Uchwale” czytamy, iż „KC stoi na gruncie pełnej i rzetelnej realizacji porozumień podpisanych przez przedstawicieli rządu”…chodziło o porozumienia sierpniowe. Co zapisano odnośnie reformy? Oto pkt. 6-„Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez: a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Proszę o cierpliwość- będę o tym pisał w kolejnym tekście traktującym o działaniach Solidarności. Wspomnę tylko, że założenia reformy wysłano do wszystkich krajów bloku. Co Państwo myślicie-jaka była reakcja? Wszyscy, poza Węgrami-odnieśli się krytycznie. Ekspertyza NRD, którą pod koniec stycznia otrzymał Stanisław Kania, była druzgocąca. Oto istota – „Koncepcja reformy gospodarczej w Polsce ma z gruntu rewizjonistyczny charakter, opiera się na pełnej negacji wszystkich dotychczasowych zdobyczy socjalizmu i kapitulanctwie wobec pozycji antysocjalistycznych i kontrrewolucyjnych. Insynuuje, że dotychczasowy system planowania i zarządzania totalnie zawiódł…Jest to cios mający na celu usunięcie sprawdzonej kadry partyjnej z kluczowych pozycji w gospodarce i innych dziedzinach” (szerzej pisałem na łamach rok temu). To także pod rozwagę wszystkim, którzy z kwaśną miną przyjęli ocenę- CSRS i NRD „podpowiadały” ZSRR interwencję zbrojną.

Realizacja 21 postulatów- tak ze strony władzy jak i Solidarności wymaga odrębnej analizy i oceny. Władza liczyła, że podpisane „Porozumienia” zakończą strajki, a zawołanie Lecha Wałęsy-„do roboty”, uczyni je faktem. Tu tylko taki szczegół. „Protokół porozumienia”… kończy się zapisem- „Międzyzakładowy Komitet Strajkowy zobowiązuje się do zakończenia strajku z dniem 31 sierpnia 1980 roku o godz. 17.00”. Kto z Państwa pamięta co było dalej, przypomnę: dopiero 3 września podpisano odrębne porozumienie z górnikami, a 11 września z hutnikami. Niektórzy publicyści oceniają, że wrześniowa fala strajków była większa niż lipcowo-sierpniowa. Objęła ok. 800 zakładów i ok. 1 miliona osób. Dlaczego tak się stało- kto z Państwa zna odpowiedź? Tu pojawiają się uniki i wykręty. Dla przykładu- cytowany Komitet faktycznie zaprzestał strajku po podpisaniu umowy, czyli „wywiązał się” z zapisu. A „teren”? Albo nie „dosłyszał” co „centrala” ustaliła albo nie dowierzał- teraz można powiedzieć- „swojej górze” i dalej strajkował. A może MKS „cieszył” się z poparcia „dołów”, że „zapomniał” wprost nakazać zaprzestanie strajków” A może to „doły” tak „cieszyły” się z możliwości strajkowania i „siły”, jaką mogą pokazać partii. „Radość trwała”. Jeśli ktoś z rezerwą czytał fragmenty ocen Edwarda Gierka, Stanisława Kani, prof. Andrzeja Werblana- przecież osób nie wszystkich, które zabierały głos na posiedzeniach (są dostępne w wydanych protokołach)-proszę o zastanowienie się.

Wnioski ze strajków

Osobną nie mniej wnikliwą analizę prowadziło Kierownictwo MSW.Obiektem obserwacji i pogłębiających się analiz był szeroko rozumiany rozkład dyscypliny społecznej, powszechne łamanie prawa, zasad współżycia społecznego, itp. Ważne było uzyskanie odpowiedzi – kiedy i jak należy przygotować podległe siły i środki oraz jak działać, by ten chaos zakończyć. Kryje się tu wątpliwość-czy Partia, władza, metodami politycznymi, także propagandowymi zdoła sytuację opanować. Meldunki organów MSW pozostawiały niewielki margines na taką nadzieję Że siły te od początku roku były w „gotowości”, to oczywiste. Że ocena wydarzeń grudniowych, była dla MSW druzgocąca i w przytłaczająco słuszna, za brutalne i w ogóle nadużywanie siły-widziano dobrze. Choć pojawiały się „łagodzące głosy”, że decyzje pojęła „partyjna góra”, ale wykonanie było nasze- replikowano. Co było szczególnie rażące- bicie bezbronnych osób wśród nich kobiet na ulicach, które nie stawiały oporu, nie podejmowały bójek. Dokumentalne zdjęcia pokazują, a filmy dokumentalno-fabularne jaskrawo, wyeksponowały bicie, katowanie osób zatrzymanych na posterunkach MO. Katowanie pokazano celowo, do przesady-na 70 rocznicę Grudnia, by młode pokolenie tak zapamiętało tamten czas. Kto teraz przyjmie gorzką, ale prawdę? Oglądałem te filmy ze zgrozą, myśląc o młodym pokoleniu. Skoro tak postępowało MO z demonstrantami to dlaczego podobnie – piszę podobnie, „nie tak samo”- dzisiejsza Policja ma nie traktować kobiety manifestujące na ulicach? Ta Policja dziś ma, tak samo jak MO 70 lat temu, też miało- poparcie władzy! Dziś nawet więcej- wspiera Episkopat! Czy z wiosną przyjdzie opamiętanie, głównie w Policji przy wykonywaniu poleceń władzy przeciwko pokojowo demonstrującym Kobietom? Publikacja-jedna z wielu w Przeglądzie, np. ostatni nr 13, „Byczy protest”. Cytat- „Siedzieliśmy kilka godzin, słuchając policjanta, któremu sprawiało satysfakcję szydzenie z nas i innych protestujących. Agresywnie obśmiewał fryzury, ubrania, zachowanie. Podobnie postępowała towarzysząca mu policjantka, szczególnie pastwiąca się nad jednym z nas-niepełnosprawnym mężczyzną”. Ten fakt dedykuję kapelanowi Policji z Ordynariatu Polowego WP, duchownym etykom i moralistom. Rodzicom i rodzinom policjantów, a policjantek- w szczególności!

Szef resortu, Stanisław Kowalczyk zalecił bieżącą analizę sytuacji. Oceny i wnioski wskazywały na-oględnie mówiąc- rozkład dyscypliny w kraju. Strajki lipcowo – sierpniowe i wynikające stąd wnioski wskazały na konieczność „systemowego podejścia”. Oznaczało to, że przeciwdziałać „rozwydrzeniu społecznemu” musi nie tylko MSW, ale i MON, terenowe organy władzy i administracji. Jeśli tak, to konkretnie kto, jakie organy władzy? Proszę zauważyć, że Stanisław Kania, od 5 września 1980 r. I Sekretarz, przez wiele lat był w Kierownictwie Partii odpowiedzialny za nadzór nad resortami-MSW oraz MON. Znał więc wiele niuansów i zawiłości ich specyfiki organizacyjnej i zasad działania. Nie mógł lekceważyć ocen i wniosków MSW, podobnie MON. Józef Pińkowski, premier też od 5 września- z urzędu został przewodniczącym Komitetu Obrony Kraju (KOK). Został więc odpowiedzialnym za całokształt bezpieczeństwa Państwa, a wewnętrznego- wtedy szczególnie!

Stan wojenny

Nie wiadomo dokładanie, kiedy pojawiła się w MSW myśl- wniosek, by sięgnąć do zapisów Konstytucji. Początkowo nie mówiono tego wprost. Jednakże nic nie przeszkadzało, by Kierownictwu Partii i rządu zwrócić uwagę na art. 33 Konstytucji, stanowiący o wprowadzeniu stanu wojennego. Zapis brzmiał-„Rada Państwa może wprowadzić stan wojenny na części lub całym terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jeżeli wymaga tego wzgląd na obronność lub bezpieczeństwo państwa” (art.33, ust. 2). Wprowadzenie mogło nastąpić w drodze dekretu z mocą ustawy, a te Rada Państwa mogła wydać „w okresach między sesjami Sejmu” (art. 31, ust.1). A jeśli będzie obradował Sejm? tego nie rozstrzygnięto, stąd potem kwestia legalności.

Prawdą jest, że prace koncepcyjne nad stanem wojennym, zapoczątkowano w MSW, we wrześniu 1980 r. Dokładnie i interesująco, całokształt przygotowania i realizacji stanu wojennego przedstawia gen. Franciszek Puchała w książce- „Kulisy stanu wojennego”, wyd. Bellona 2016. Słowa poważania i uznania Panu Generałowi. Zachęcam Państwa do interesującej lektury.

12 listopada 1980 r. na posiedzeniu KOK omawiano- jak pisze gen. Puchała- „studyjną wersję koncepcji stanu wojennego”. Pojawiły się pierwsze rozbieżności pomiędzy MON a MSW. Nowy szef MSW, gen. Mirosław Milewski wskazywał na udział Wojska przy pacyfikowaniu fal następnych protestów i strajków, jakie mogą wybuchnąć. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski-kierując się wnioskami z Grudnia’70 – uważał, że Wojsko może wspierać Milicję logistycznie i prowadzić działania osłonowo-ochronne, szczególnie obiektów ważnych dla obronności Państwa.

KOK zgodził się – na wniosek MON- by procesem prac planistycznych objąć kluczowe resorty cywilne. Premier uważał, że konieczne jest opracowanie propozycji zmian w Konstytucji pozwalających na wprowadzenie tego stanu oraz innych regulacji, w tym ograniczenia, a nawet zakazu strajków na określony czas, w szczególnie newralgicznych obszarach gospodarki. Dalszy proces planowania realizowały: Sekretariat KOK, Sztab Generalny (SG WP) oraz sztab MSW. Organy te prowadziły bieżącą analizę sytuacji wewnętrznej, uogólniając wynikające stąd wnioski – wprowadzano do opracowywanych dokumentów. Dla Solidarności każda okazja była właściwa, by gotowość strajkowa „nie spuszczała z tonu”. Tę „niezwykłą aktywność” opiszę osobno. Tu taka ciekawostka. 10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy wreszcie zarejestrował NSZZ Solidarność. Dlaczego „wreszcie”? Związek „zapomniał” wpisać do statutu przestrzeganie Konstytucji! Żądanie Sądu dało taki efekt- uliczne protesty! Prymas Tysiąclecia, po rejestracji- spotkał się z przedstawicielami i powiedział im – „Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”. Co Państwo myślicie, nie wstydźcie się tak oceniać pannę „S”- nawet po 40 latach!

Gra decyzyjna

Nowym szefem KOK, od 11 lutego 1981 r. został premier rządu gen. Wojciech Jaruzelski. Prace planistyczne były mocno zaawansowane. 14 lutego gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, zameldował, że przy współpracy KOK, ministerstwa sprawiedliwości oraz prokuratury generalnej przygotowano projekty podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości. Gotowe były przepisy wykonawcze. Opracowano szczegóły akcji internowania osób zagrażających bezpieczeństwu państwa. Ponadto, przygotowano zasady cenzurowania przesyłek pocztowych, korespondencji telekomunikacyjnej i telefonicznej. Opracowano zasady wyłączenia teleksów i telefonów oraz wojskowej ochrony budynków radia i telewizji w chwili wprowadzenia stanu wojennego.

Rozpatrzenie koncepcji wprowadzenia stanu wojennego przyjęto metodą gry decyzyjnej. Zaplanowano na 16 lutego, w dwóch etapach. Kierowali nią: Szef SG WP, gen Florian Siwicki oraz ówczesny szef MSW gen. Mirosław Milewski. Uczestniczyło 38 oficerów z MON i MSW oraz przedstawiciele wydziału propagandy KC PZPR, wśród nich Walery Namiotkiewicz, odpowiedzialny za propagandę.

W I etapie zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę, treść i skutki wprowadzenia tego stanu, ze względu na bezpieczeństwo państwa. Sprecyzowano – w świetle hipotetycznie założonych wariantów rozwoju wydarzeń w kraju – główne przesłanki, uwarunkowania oraz optymalny tryb jego wprowadzenia. Na tym tle dokonano kompleksowego przeglądu stanu przygotowań organów władzy i administracji do realizacji przypisanych zadań. Przeanalizowano wzajemną synchronizację planów działania resortów i możliwości efektywnego współdziałania.

W II etapie poddano analizie koncepcję działania po wprowadzeniu stanu wojennego. Tu zwrócono szczególną uwagi na przedsięwzięcia prowadzące do osiągnięcia głównego celu, czyli zapewnienia normalizacji życia kraju w okresie obowiązywania tego stanu. Generalny wniosek z gry był następujący- wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością. Zapisano go jako istotę, sedno myśli przewodniej- „Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”. O tym w kolejnej publikacji.

Za naczelne zadanie wszystkich organów władzy i administracji państwowej w obecnej sytuacji kryzysowej uznano energiczne działania na rzecz wyeliminowania przesłanek jego wprowadzenia poprzez egzekwowanie przepisów prawa, umacnianie dyscypliny społecznej, przywrócenie normalnego rytmu pracy i nauki oraz szerokiego politycznego oddziaływania. Gdy okaże się konieczne- izolowanie organizatorów strajków i różnych prowodyrów.

Dość wnikliwie analizowano możliwości i sposoby ogłoszenia społeczeństwu informacji o wprowadzenia tego stanu. Na tym etapie nie podjęto wiążących decyzji, zalecając dalsze prace koncepcyjne. W sumie gra wykazała zaawansowany, choć nie pełny stopień przygotowania państwa na taką „ostateczną konieczność”.

Premier-Generał zapoznał się 21 lutego z „wnioskami- notatką”, opracowaną przez płk Ryszarda Kuklińskiego. Wniósł kilka uzupełnień i polecił przygotowanie krótkiej informacji do zapoznania władz ZSRR na XXVI Zjeździe KPZR(w USA też wiedziano-od kogo, kto zgadnie?)

Na zakończenie.

Przyjąłem-z uznaniem Państwa sugestię- pisania „kalendarza faktów”, prowadzących do stanu wojennego. Dobrze się złożyło – mogę go rozpocząć. Dla chronologicznego więc porządku:

– wrzesień 1980 r., początek prac koncepcyjnych w MSW;
-14 lutego 1981 r., gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, składa meldunek premierowi- gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu o przygotowaniu projektów podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości;
– 16 lutego 1981 r. Gra decyzyjna zespołów planistycznych SG WP i MSW, z udziałem przedstawicieli KC PZPR. Zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę i treść oraz skutki wprowadzenia stanu wojennego. Dokonano analizy koncepcji działania po wprowadzeniu tego stanu. Generalny wniosek – wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością;
– 22 lutego 1981 r. Premier-Generał i I Sekretarz KC PZPR, uczestnicząc w XXVI Zjeździe KPZR, poinformowali władze radzieckie o pracach koncepcyjnych nad wprowadzeniem stanu wojennego;
– 27 marca 1981 r., zatwierdzenie i parafowanie trzech dokumentów przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Stanisława Kanię: „myśl przewodnia”, „Centralny plan działania”, „Ramowy plan działania Sił Zbrojnych”. O dalszym procesie planowania napiszę w kolejnych publikacjach.
– 27 marca 1981 r., wizyta grupy radzieckich oficerów w SG WP z ich przygotowanym planem wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Podziękowano, nie skorzystano.

W sprawie Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, spełniam Państwa prośbę i podaję- Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Klerofaszyzm, zatruty pomiot „Solidarności”

Finał – przynajmniej na obecnym etapie – polskiej przygody z demokracją wart jest wszechstronnej refleksji, także historyczno- kulturowej i zadaje kłam kilku co najmniej mitom o źródłach i naturze polskiego „genu wolności”, który zyskał kiedyś wysoką, a jak się także dziś okazuje, niezasłużoną, markę wśród wielu naiwnych na całym świecie.

Wspomnianą markę zainicjowali w XVIII i XIX wieku polscy kondotierzy wolności, jak choćby Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski i Jarosław Dąbrowski, walczący w Europie i w świecie „za wolność waszą i naszą”. To dzięki nim powstała opinia o Polsce jako o wolnościowym „natchnieniu dla świata”. Jednak jeśli się tym mitom uważnie przyjrzeć, to wygląda to na wielką lipę. Po pierwsze, te szlachetne wzloty dotyczyły wąskich elit demokratycznych i były raczej wyjątkiem niż regułą. Polski modus vivendi był, owszem, niepodległościowy, ale już rzadko wolnościowy, polegający na docenieniu wolności jednostki (nie mylić z anarchią Zborowskich, szlachecką złotą wolnością i wyczynami rokoszan w XVI-XVIII wiekach). Pojawiły się też głosy, że w opinii o sławetnej „polskiej tolerancji” i „państwie bez stosów” jest bardzo wiele przesady. Ponadto, w szlacheckiej Rzeczypospolitej praktykowana była jedna z najbardziej nieludzkich postaci wyzysku społecznego.
Nie sięgajmy jednak aż tak głęboko w przeszłość, bo to jednak inne czasy i poprzestańmy na XX i XXI wieku. Doświadczenia pokazują, że polska przygoda z wolnością odznacza się tendencją, by po dłuższym czy krótszym okresie „miodowym”, nieuchronnie osuwać się w taką czy inną odmianę autorytaryzmu i faszyzmu, w polskim wydaniu akurat klerofaszyzmu. II Rzeczpospolita, po kilku latach po 1918 roku, najpierw zapisała na swoich kartach faszystowski mord na pierwszym prezydencie, Gabrielu Narutowiczu. Kilka lat później, w rezultacie wojskowego przewrotu z maja 1926 rozpoczęła swoje ostatnie kilkanaście lat istnienia w formule półautorytarnego reżymu wojskowego, wchodząc w cień represji brzeskich i Berezy Kartuskiej, w aurze „bicia w mordę” i „łamania kości” przeciwnikom władzy. Taka to była ta „demokratyczna”, tak często idealizowana II Rzeczpospolita. Po II wojnie światowej zaaplikowano Polsce stalinizm, twór o genezie – owszem – zewnętrznej, ale wcale nie tak obcy modusowi życia polskiego, jak wielu mogłoby się wydawać. Maniery stalinowskich aparatczyków aż tak bardzo nie różniły się od manier rozmaitych sanacyjnych stupajów. Po 1956 roku, nie bez ciężkich trudności, PRL-owski autorytaryzm z wolna kruszał, aż skruszał ostatecznie w 1989 roku. Swoisty paradoks polega tu na tym, że okres niedemokratycznej i rzekomo „totalitarnej” PRL był jedynym, w którym kierunek ewolucji, dokonującej się przecież nie bez, choćby i wymuszanego, przyzwolenia władzy, prowadził od ograniczeń do poszerzenia wolności, a nie odwrotnie. Potem była niby przygoda z demokracją, wolnością, wejściem do Unii Europejskiej, ale i tak rychło włączył się czynnik autorytarny, antywolnościowy, faszyzujący, wspierany przez Kościół katolicki, który wyraził się m.in. ograniczeniem praw i wolności kobiet, wrogością do wartości lewicowych, liberalnych światopoglądowo i wolnościowych. Obecny, już ponad pięcioletni, dramatyczny okres rządów PiS, które na tę okazję nazwę anarchicznym autorytaryzmem, z jego brutalnością, wszechobecnym kłamstwem i pogardą dla wszelkich reguł pokazuje, że „polska demokracja” długo sama z sobą nie wytrzymuje i nieuchronnie osuwa w strefę ograniczania i odbierania wolności. „Wolnościowy i indywidualistyczny gen” polski to bujda na resorach. Polska kultura jest kolektywna, stadna, antyintelektualna, represyjna. Samodzielna myśl jest tu traktowana w najlepszym razie z nieufnością, a często z wrogością.
Polak tego sortu owszem, jest za niepodległością od żywiołu zewnętrznego, ale już w swoich granicach lubi ograniczać wolność rodakowi i gnębić go ile wlezie. To właśnie wytworem takiego genu antywolności jest formacja Kaczyńskiego i Ziobry, którzy choć się osobiście nie lubią, to akurat w tym aspekcie to prawdziwi „bliźnięta bracia”. Warto jednak zwrócić też uwagę na genezę sytuacji w jakiej znalazła się Polska. To, z czym mamy dziś do czynienia to mniej czy bardziej bezpośrednie rezultaty ruchu „Solidarności” powstałego w 1980 roku, bo to ten ruch po raz ostatni ożywił wspomnianą markę Polski jako „natchnienie dla świata” i wzór pokojowych zmian społeczno-politycznych w drodze dialogu. Już jednak wtedy pojawiły się sygnały, że „Solidarność”, choć ma w sobie także elementy demokratyczne, czy liberalno-lewicowe, jest także silnie przesycona czynnikami niedemokratycznymi, a nawet antydemokratycznymi, klerykalnymi, faszyzującymi. Nie był to w dominującej warstwie ruch Frasyniuka czy Geremka, ale Rozpłochowskiego i jemu podobnych, ciasnych nacjonalistów o religianckim i autorytarnym nastawieniu. Było to widać już w 1981 roku w różnych zachowaniach, w tym antysemickich, niektórych wpływowych kręgów tej organizacji. To wszystko kluło się z wolna: najpierw w atmosferze rozmaitych „mszy za ojczyznę” w okresie stanu wojennego, a po 1989 roku w rozmaitych zetchaenach, w rządzie Olszewskiego i setkach klerykalno-prawicowych organizacji, w konsekwentnie budowanym zapleczu propagandowym i w znaczącej części Kościoła kat. które niczym ośmiornica przez lata coraz gęściej oplatały kraj, aż powstała formacja PiS, a później także jej jeszcze bardziej radykalne klony w rodzaju „Solidarnej Polski” Ziobry. Ostatnio na sile przybrały także tendencje jawnie faszyzujące, w postaci m.in. Konfederacji czy Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości” skupiającego figury spod prawdziwie ciemnej politycznej gwiazdy. Dziś widać już bardzo wyraźnie, że „polski gen wolności” był raczej ułudą wąskich elit, efektem myślenia życzeniowego, a nie realnym faktem. Jeśli jednak nawet w jakiś okolicznościach był on rzeczywistością, to sprawdzał się warunkach opresji zewnętrznej. Okazał się iluzją w warunkach opresji wewnętrznej, gdy do władzy doszli „ludzie straszni” (po raz ostatni określenia tego użył zmarły niedawno profesor Marcin Król). Polacy sami sobie nałożyli kajdany i generalnie, jako zbiorowość, dość biernie przyglądają się jak są one konsekwentnie zaciskane. Dziś wielu komentatorów odcina się od opinii, że standardy demokracji i wolności obywatelskich można porównywać z Białorusią, Rosją czy Turcją, uważa je za daleko przesadne, podkreślając, że Polska jest „jednak” na innej półce standardów. Przestrzegam przed takim lekkomyślnym optymizmem. To że dziś, tu i teraz, nie jesteśmy jeszcze, podkreślam słowo „jeszcze”, na poziomie białoruskim czy rosyjskim nie oznacza, że niepostrzeżenie, ale szybciej niż możemy się spodziewać, możemy się na takim poziomie znaleźć i do „jeden do jednego”. Władza, zwłaszcza o takich bezczelnych i hucpiarskich skłonnościach jak władza PiS, jeśli nie napotyka na zdecydowany opór, nigdy nie zatrzyma się z własnej woli i będzie dążyła do rozwiązań ekstremalnych. Pandemia, która nie ustępuje zdecydowanie zamordystom sprzyja. Każde ograniczenie wolności można teraz fałszywie uzasadnić względami sanitarnymi. Kraje Unii Europejskiej z tego samego powodu się zamykają i siłą rzeczy bardziej skoncentrowane są na swoich problemach niż na tym, co dzieje się w Polsce. Totalistom w rodzaju Kaczyńskiego czy Ziobry tylko w to graj, na zasadzie „hulaj dusza piekła nie ma”. Na ich usługi zaś w każdej chwili gotowe są dziesiątki służalczych aparatczyków. Pod ich brutalnymi z każdym miesiącem rządami Polska coraz bardziej dryfuje w kierunku wschodnim.
Zeszłego lata upłynęła 40 rocznica wydarzeń Sierpnia 1980 roku i powstania „Solidarności”. Warunki pandemii bardzo ograniczyły zakres obchodów, które przeszły niemal niepostrzeżenie i oczywiście w warunkach ostrego podziału politycznego. Niewątpliwie jednak miało na to wpływ także podskórne poczucie wielu tych, którzy słusznie uznali, że tak naprawdę nie ma powodów do radosnego obchodzenia tej rocznicy, skoro tak idealizowana „Solidarność” wydała zatruty pomiot rodzimego klerofaszyzmu.

Prezent od Solidarności

„Czas dzisiejszy nie sprzyja stawianiu pomników. Ale nadeszła chyba pora, aby wznieść pomnik Matki Polki… aby z szacunkiem pochylić się nad tymi, które obdarzone są szczególnie szczytnym tytułem…Dały Ojczyźnie swe macierzyństwo… codzienną matczyną krzątaninę, której historyk nie wymierzy, lecz bez której żaden polski dom nie byłby domem”…
gen. Wojciech Jaruzelski

Zarówno tytuł publikacji jak i sentencja mogą Państwa wprowadzić w zdumienie. Bo czy ktoś słyszał by Solidarność uczyniła komukolwiek prezent? Proszę nie szukać w pamięci. Zaraz wszystko się wyjaśni. Do tego taka sentencja, i to czyja, komu adresowana. Jaki to wszystko ma związek. A więc kolejno.
Jubileusze
Dobiegł końca rok obchodów 40-lecia porozumień sierpniowych, pisałem w tekstach – „Protokoły” oraz „Czterdzieści lat minęło”.O organizacji pierwszych tajnych spotkań w mediach pięknie opowiadał Pan Bogdan Borusewicz. Nie mniej ciekawie mówił Lech Wałęsa. Całkowicie pominięto kwestię strajków i protestów, eksponując „pragnienie wolności”.
Nawet z umiarem wypowiadano się o ówczesnej władzy. Pozostawmy te kwestie na inny czas-już sygnalizowane w publikacjach. Z uznaniem doceńmy odniesienia do współczesności, jakie w komentarzach czynił Pan Władysław Frasyniuk. Spotkały się z pozytywnym odzewem wielu Czytelników i słuchaczy. Dołączam wyrazy uszanowania i podziękowania.
Czytelnicy wspomnianych wyżej publikacji, słusznie zwrócili uwagę na kwestię mitów o „dokonaniach” Solidarności, zarazem uświadamiając ich zakorzenianie od 40 lat w naszej, a głównie młodzieży świadomości. Czyniono to- jak przypominano- przez „szeptaną prawdę”, a po 1989 r. w publicznych mediach, z udziałem i zapałem „prawdziwych uczonych”.
Swoiste ich odmitologizowanie przekracza nie tylko ramy jednej publikacji, ale i wydaje się, że do końca nie jest możliwe. Temat ważny, do odrębnej publikacji. Na zakończenie, odniosę się do dwóch.
Za sprawą czasu, kończy się rok 40-lecia powstania Solidarności i rozpoczyna się rok 40-lecia wprowadzenia stanu wojennego. Przypominając te ważne daty, przełomowe wydarzenia, w poważnych i odpowiedzialnych ocenach, nie sposób pominąć Osoby Wojciecha Jaruzelskiego.
Generał
Zapisał się trwale w pamięci milionów Polaków, w Historii Polski i Narodu. Stał się swoistym zwornikiem obu tych wydarzeń. Przez pierwszy rok sprawowania urzędu Premiera szukał porozumienia ze związkiem Solidarność. Jednocześnie pod ciągłą presją strajków jak obrazowo mówił – „pod pistoletem strajkowym”- z Rządem i reformatorskim skrzydłem w Partii (PZPR), przygotowywał reformę gospodarki.
Jej pierwszy wariant, przygotowany przez premiera Józefa Pińkowskiego, spotkał się z ostrą, by nie powiedzieć druzgocącą krytyką sąsiadów – głównie NRD, sceptycznie w CSRS.
Natomiast na Kremlu-począwszy od zdziwienia „potrzebą reformy”, poprzez twardą krytykę sensu do ledwie dostrzegalnego zastanowienia nad jej- właśnie potrzebą. Usłyszała to delegacja pod przewodnictwem prof. Władysława Baki, który złożył relację Generałowi w minorowym nastroju (pisałem w tekście „Reforma”, kwiecień 2020). Mimo tej sytuacji – Generał zdecydował o kontynuowaniu prac nad reformą.
Sprowadzały się do dwóch głównych obszarów, sfer działania: zapoznawania kierowniczej kadry wielkich zakładów i robotników z założeniami reformy, podczas bezpośrednich spotkań oraz obywateli, poprzez prasę i TV; zbierania opinii i sondaży. I druga- przygotowanie tzw. oprzyrządowania prawnego, czyli ustaw i aktów wykonawczych, harmonogramu wdrażania, itp. Proces ten wspierały z różnym wysiłkiem ZSL, SD oraz związki branżowe i CRZZ.
A Solidarność- wiem, nie możecie się Państwo doczekać słowa. Zaproszona do udziału w „komisji przygotowawczej”- odmówiła. Pomyślcie Państwo, dlaczego? By nie ponosić żadnej odpowiedzialności za gospodarkę, którą władza „sama zepsuła”. Na przysłowiowy pierwszy rzut oka to wydaje się logiczne.
Nie trzeba być zbytnio lotnym, by dostrzec, że przecież w gospodarce pracowali członkowie Solidarności i oni także korzystali z jej efektów, wytworów, a szczególnie produktów żywnościowych czy tzw. pierwszej potrzeby, artykułów gospodarstwa domowego. Stanęło na delegowaniu obserwatorów Solidarności przy Komisji ds. reformy. Warto pytać „po latach” o oceny i poczucie odpowiedzialności własnej i Związku za kształt reformy, na który mogli, ale nie chcieli mieć wpływu. Ale pozorny sens takiego myślenia kryje „prawo do strajku”. Bo jest logiczne, że aktywny, merytoryczny udział w pracach nad reformą, powinien ograniczyć, wręcz „wstrzymać” korzystanie z tego prawa!
Tu nie idzie tylko o znany apel Generała o 90 dni spokoju, ale rozumne, rzeczowe postępowanie Kierownictwa w ówczesnej sytuacji wewnętrznej, głównie społeczno-gospodarczej, a ściślej w przemyśle oraz baczne patrzenie na sąsiadów, co oni myślą i jak oceniają „działalność” Solidarności. To nie była przecież wtedy „wiedza tajemna”. Nie było to do pogodzenia ze znaną „filozofią”- strajki „napędzały” sympatyków, także podobały się robotnikom, powiedzmy to wprost. Rosło wiecowe poparcie Kierownictwa, duma rozpierała niektórych! „Wrogiem” była władza, która „miała” tylko „nie chciała dać”. Też nie wstydźmy się tego mówić.
A od strajków – jak obrazowo Generał mówił Papieżowi – „chleba nie przybywało”. Właśnie to- przecież kobiety, matki- także członkinie Solidarności i żony członków, jak każda Matka-Polka, wystawały przez wiele godzin w kolejkach, by zdobyć najpotrzebniejsze artykuły, zrealizować przydziały kartkowe dla rodziny.
Matki i Szpital
I tu dochodzimy do podstawowej, wiążącej kwestii tej publikacji- matki i szpitala.
Leżała ona Generałowi na sercu- mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć. 8 marca 1983 roku włókniarki z Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju- pierwsze w Polsce usłyszały, że szczególny Pomnik-Szpital będzie budowany w Łodzi. Generał przyjechał z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet. Żyjący jeszcze nieliczni przyjaciele i podwładni Generała pamiętają, iż każdego roku (bez względu na stanowisko) organizował spotkania ze wszystkimi paniami, które pracowały w Jego otoczeniu. Były one okazją nie tylko do złożenia wyrazów uszanowania i podziękowań, ale i do bezpośrednich rozmów- poznania odczuć i oczekiwań tych, które „od zawsze pracowały na co najmniej dwóch etatach”- czasami mawiał.
Wybór Łodzi i czasu na spotkanie nie był przypadkowy. Także wybór tego Zakładu nie był przypadkowy. Należał do największych zakładów w Łodzi. Historią sięgał początków włókniarstwa w Polsce, można powiedzieć, że Wokulski z „Lalki” Bolesława Prusa „przyłożył swą kupiecką rękę”. Imię Obrońców Pokoju też miało swą symboliczną wymowę – chodziło o pokój między Polakami. Wtedy Łódź była miastem o największej w Polsce Ludowej liczbie pracujących kobiet. Miał dla nich Generał dobrą wiadomość – w „ich mieście i dla nich”, dla wszystkich kobiet- matek i ich dzieci powstanie w Polsce Szpital- Centrum Zdrowia Matki Polki. Powtórzył tu słowa, które kilka miesięcy wcześniej wypowiedział na spotkaniu z Paniami.
Że „dawno już powinien stanąć na naszej ziemi, aby świadczyć o patriotycznej ofiarności polskich matek. O ich niezapomnianym wkładzie w przetrwanie naszego Narodu, w jego uporczywą, bohaterską walkę o wolność i zwykłą, człowieczą sprawiedliwość… Że dają z siebie przez całe lata poświęceń i trudu, tę codzienną matczyną krzątaninę, której historyk nie wymierzy, lecz bez której żaden polski dom nie byłby domem”…
Spójrzcie Państwo na datę- marzec 1983. Obowiązywał – wprawdzie zawieszony- stan wojenny, wprowadzony z myślą o ocaleniu kraju przed wielowymiarową katastrofą. Był zaporą przed szerzącym się rozpasaniem, anarchią gospodarczą i społeczną. Strajki stawały się „wizytówką dnia”, a wydźwięk strajku kobiet z małymi dziećmi, także w wózkach, właśnie tu w Łodzi, tzw. biały marsz odbił się szerokim echem w Polsce i za granicą.
Po latach Generał, w prywatnej rozmowie przyznał, że jego wstrząsające wrażenie było przytłaczające – prywatnie jako dla Ojca i „urzędowo” Premiera na tzw. 100 dni sprawowania władzy. Polacy na swojej ziemi, w swojej Ojczyźnie stawali się groźni sami dla siebie. Zanosiło się na walkę bratobójczą, wojnę domową. Z przyczyn wewnętrznych groziła nam destabilizacja państwa. Skutkiem tego mogła być interwencja zbrojna – nie żyliśmy przecież na „bezludnej wyspie”.
O tej społeczno – politycznej scenerii, Generał przypomniał zaproszonym Paniom i akcentował: „To spotkanie daje okazję, aby z szacunkiem pochylić się nad tymi, które obdarzone są szczególnie szczytnym tytułem. Myślę o Matkach. Dały Ojczyźnie swe macierzyństwo…Wniosły do życia narodu wartości bezcenne”.
Prezent i Solidarność
Przeżywamy szczególnie trudny czas, nie tylko u nas- zmagania się z pandemią. Zbiera bardzo obfite żniwo. Cóż teraz, zresztą od zawsze może być bardziej potrzebne i cenne niż życie i zdrowie. Stąd kierujemy, jako obywatele, Polacy, serdeczne myśli i słowa uznania do służby zdrowia, wszystkich jej pracowników, szczególnie po ludzku gorące. Dbając o własne zdrowie, musimy wszyscy- bez względu na przekonania i wyznawane wartości myśleć o dzisiejszych i przyszłych matkach i najmłodszych, o pokoleniu, które się już rodzi i przyjdzie po nas.
Sygnalnie wspomniana historia Szpitala Matki Polki w Łodzi, od kilku już lat Instytutu i wydarzenia sprzed 40 lat, skłaniają, by szczególnie ten Szpital-Instytut uhonorować. Stąd też ośmielam się skierować słowa prośby do przedstawicieli Kierownictwa Solidarności, szczególnie do b. przewodniczącego Lecha Wałęsy, Zbigniewa Bujaka, Władysława Frasyniuka, Aleksandra Halla i Adama Michnika- jako uczestników Okrągłego Stołu i rzecznika prasowego Pana Janusza Onyszkiewicza.
Do wszystkich ekspertów, doradców, działaczy i członków NSZZ Solidarność. Proszę, by Państwo Czytelnicy nie pytali dlaczego Solidarność? Proszę, by każdy we własnej wyobraźni i refleksji nasuwającej się ze wspomnianej przeszłości i teraźniejszości przyjął satysfakcjonujące uzasadnienie. Na dyskusję o tym-sądzę, że przyjdzie czas. Jeśli ktoś jest bardzo niecierpliwy, wspomnę że portret Michała Boniego, jako europosła w listopadzie 2017 r. zawisł na szubienicy w Katowicach.
Wspomnę też, że prof. Ryszard Reiff na posiedzeniu Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej (SKOK), 4 listopada 1992 r., czyli ponad 10 lat po stanie wojennym, tak analizował i oceniał- „Natomiast wiadomo, co znaczy wkroczenie wojsk radzieckich do Polski. To znaczy ogromna ilość cierpień, to ogromna liczba wywózek, tak, jak z tego małego węgierskiego kraiku, gdzie zginęło 60 tys. osób, ale 300 tys. było wywiezionych.
Tu trzeba byłoby wywieźć z półtora miliona na 2-3 lata. Do czasu zanim nowa władza okrzepłaby i można byłoby dawkami tych ludzi zwracać. Co stało się z Armią Krajową? Dlaczego myśmy się wszyscy w łagrach znaleźli, choć od pierwszego dnia byliśmy w konspiracji i cały czas walczyliśmy? Dlatego to miało miejsce, że byliśmy ludźmi innej orientacji politycznej, a do tego wszystkiego o pewnym standardzie patriotycznej determinacji. To samo teraz stałoby się, jeśliby weszli Rosjanie. No, ale to nie tylko ja wiem. To 10 mln. ludzi Solidarności wiedziało i czuło przez skórę doskonale”. Proszę o głęboki namysł i… czytać dalej.
Zwracam się więc do Państwa- kilku milionów członków Solidarności, podejmijcie tę inicjatywę wg własnego uznania. Niech będzie ona dowodem wzniesienia się ponad podziały, jakie od 40 lat trapią naszą Ojczyznę. Wznieście się Państwo ponad urazy i krzywdy, jeśli jeszcze chwacie je we własnych sercach. Odłóżmy na bok rozmyślanie o przyczynach- kto jest winien!
Szpital Matki Polki-Instytut powstał z myślą, by służyć życiu i zdrowiu Matki i Dziecka (pierwsze urodziło się w grudniu 1988 r.). O dzisiejszym stanie potrzeb i marzeń mówił prof. Maciej Banach, Dyrektor tego Szpitala – Instytutu, w rozmowie z Panią Redaktor Beatą Igielską, opublikowaną w „Przeglądzie” nr 43 z 19-25 października 2020.
Profesor m.in. mówił- „mimo ogromnego długu Szpitala szukam rozwiązań, które pozwolą z niego zrobić perełkę, nie tylko z punktu widzenia pacjentów i lekarzy (pracuje ponad 500 lekarzy i ponad 1 tys. pielęgniarek), ale także z punktu widzenia organizacyjnego…Prosiłem przedstawicieli rządu o program pilotażowy związany z oddłużeniem. To jednak bardzo trudne; zawsze pada argument: jeśli was oddłużymy, musimy również oddłużyć inne szpitale.
Sugerowałem także, aby wziąć pod uwagę wskaźniki finansowe: rentowność, płynność i na tej podstawie wybrać kilka szpitali, żebyśmy mogli pokazać, że jeśli oddłużymy taki kolos jak Matka Polka, to będziemy mogli funkcjonować jak przedsiębiorstwo i zarabiać na siebie… wtedy byłbym w stanie wiele rzeczy zrobić sam”. Stan zadłużenia Szpitala- 1,2 mln zł za 2019. Dług przekracza obecnie 300 mln zł.
Takie ciekawostki. Od 2017 r. pracuje klinika onkologii kobiecej: piersi i narządów rodnych. „Jako jedni z niewielu na świecie rozwijamy onkologię przebiegu ciąży. Często lekarze, widząc raka u kobiety w ciąży, rozkładali ręce… Rozwijamy też kardioonkologię…by oceniać jak leki wpływają na serce matki ale dziecka, czy nie powodują powikłań odległych”- mówił Pan Profesor. Zachęcam Państwa do przeczytania tego tekstu, a Redaktorowi Jerzemu Domańskiemu serdecznie gratuluję i kłaniam się nisko.
Refleksje i nadzieje…
Żywię nadzieję, że tekst nie pozostanie bez echa. Że nie będzie nikogo, kto uznałby się za „swoiście dotkniętego” prośbą o inicjatywę ludzi dawnej i obecnej Solidarności. Mam także nadzieję, że ludzie Solidarności nie pozwolą czekać na swój głos. Liczę, że będzie czytelny i jednoznaczny. O tym przekonamy się zapewne w styczniu 2021 roku, gdy czasowo wejdziemy w rok 40-lecia stanu wojennego. Był – jak mówił Generał „lekcją – i dla Jaruzelskiego, i dla Wałęsy, i dla wielu innych z obu stron.
To prawda, że ta lekcja wiele nas kosztowała, ale na szczęście nie wykopała przepaści nie do przebycia i obiektywnie stworzyła warunki do przyszłego zbliżenia… Ja szczerze ubolewam nad tym, że doszło do wprowadzenia stanu wojennego, ale jednocześnie uznaję, że spełnił on swoją rolę”. Będzie o czym myśleć i wyciągać wnioski.
Spodziewam się, że wiele środowisk zawodowych, że po prostu miliony Polaków – powtórzę – bez względu na wyznawane wartości religijne, przekonania polityczne a także na humanitarne idee- słowem i czynem zareaguje na inicjatywy Solidarności. Przecież żyje jeszcze kilka milionów Polaków, którzy tego stanu oczekiwali i ten stan codzienną pracą, cierpliwością i po prostu obywatelską postawą poparli. Zrozumienie jego roli i znaczenia oscylowało ok. 50%, przed 3-4 laty.
To przecież nie kto inny tylko Papież – Polak, 17 czerwca 1983 r. w Belwederze tak rozpoczął pierwszą rozmowę -„Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”- w obecności abp. Józefa Glempa i prof. Henryka Jabłońskiego. Czy te słowa straciły znaczenie, duchowe i ludzkie przesłanie oraz rozumienie patriotyzmu? Czy nie mieści się w nich znaczenie wartości życia – Matki i Dziecka?

Listy do Mikołaja

Nie mieszka w Laponii, a w Poznaniu, nie ma bujnej, długiej i białej brody, lecz gładką twarz. Nie nosi też charakterystycznego czerwonego stroju, ale jego znakiem rozpoznawczym jest coś o niebo piękniejszego: wielkie, gołębie i z całą pewnością czerwone serce, które gotowe jest bezinteresownie pomagać. Słowem: pomysłodawca i założyciel akcji Listy do Mikołaja – Zbigniew Reiss.

Biorąc pod uwagę niniejszą prezentację, naszą rozmowę chciałabym zacząć od próby zdefiniowania altruizmu i empatii. Jaki Pana zdaniem mają one wydźwięk obecnie?

Nie będę tutaj cytował sztampowych definicji empatii czy altruizmu, bo przecież każdy je zna. Choć bez wątpienia to cechy, które w obecnych czasach są na wagę złota.


Czy Grinch chce popsuć Gwiazdkę tylko po to, by Mikołaj mógł ją uratować? Nie bez przyczyny zadaję to pytanie w z pozoru tylko żartobliwym tonie, wszak uratował Pan już – zwłaszcza dzieciom – niejedne Święta Bożego Narodzenia…

Przyznam szczerze, że nie wiem kto to jest Grinch… Nie jestem miłośnikiem telewizji, a zapewne tę postać mógłbym tam zobaczyć. Natomiast bez względu na to, co zamierza zrobić owy Grinch, ja osobiście zamierzam sprawić dzieciom i rodzinom ogromną radość na święta, co czynię już faktycznie wiele lat.

Wszystko to niezbicie dowodzi, że święty Mikołaj mieszka w Polsce i zobowiązał się już od ponad dwóch dekad czytać wiele listów. Gdzie bije źródło powołanej przez Pana do życia akcji Listy do Mikołaja?

Historia akcji jest z pozoru banalna: około 20 lat temu kupiłem komputer. Ustanowienie połączenia z netem było dla mnie wielkim problemem, ale w końcu udało się. Początki to przeglądanie właśnie powstających portali, czytanie tekstów o tym, jak buduje się strony internetowe; nie ukrywam, było to dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Po jakimś czasie, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, postanowiłem razem z synem napisać list do świętego Mikołaja właśnie przez Internet. I co? I nic, nie ma takiej strony w polskim Internecie…

Przespana noc, a rano pomysł: to przecież my możemy taką stronę sami zbudować! I zaczęło się szukanie w necie informacji na temat budowy prostych stronek www. Oczywiście, proste informację na ten temat były dostępne: jakiś html, jakieś serwery, domeny… Ojej… Co za koszmar!

W końcu to pojąłem: pierwsza strona pt. Listy do św. Mikołaja była dostępna dla wszystkich użytkowników Internetu. Ale była radocha: tylko listów nie było… Skąd teraz wziąć listy do świętego? Jak dobrze pamiętam, te pierwsze to były moje i syna. Na wszelki wypadek umieściłem też adres poczty elektronicznej dla odwiedzających. Nie minęło kilka godzin, a te zaczęły napływać z całej Polski. Były to teksty od dzieci, rodziców, czasem też od mniej lub bardziej zdesperowanych osób…

Robiło się ciężko, dodawanie listów na stronę zajmowało kilka godzin dziennie. Teraz strona jest zautomatyzowana, wystarczy, że zatwierdzę dany tekst, a ten pojawia się na portalu, oczywiście bez danych osobowych – te są ukryte po stronie administracyjnej. Oczywiście system jest bardzo złożony, ale to zbyt skomplikowane i na tłumaczenie trzeba by poświęcić wiele godzin.

Przychodziły też listy od dzieci, które nawet nie mogły pomarzyć o prezentach na Święta; bardzo mnie to bolało, bardzo się wzruszałem, kiedy czytałem te wszystkie, jakże dziecięce prośby. Trudno było tak żyć ze świadomością, iż strona ta istnieje, bo istnieje. Postanowiłem wiec podziałać: wysyłałem prośby wraz z listami od dzieci do znajomych, aby ci kupili chociażby jakikolwiek prezent dla danej osoby. Zdziwienie wielkie: ludziom jednak przed Świętami serca się otwierają – nie otrzymałem ani jednej odpowiedzi negatywnej! Ale radość: nie tylko ja wraz z rodziną będę się cieszyć w te cudowne dni, ale także inne dzieci.

I już tak pozostało: akcję Listy do świętego Mikołaja prowadzę od wielu już lat z dużym powodzeniem.

Z roku na rok przedsięwzięcie to prowadzi Pan z coraz większym rozmachem, dlatego teraz, czyli na ogólnopolską już skalę, święty Mikołaj korzysta z pomocy zaufanych Elfów. Z nieskrywaną radością przyznam, że jestem jednym z nich. Ile osób liczy cała gromada Elfów i co należy do ich obowiązków?

Przez te wszystkie lata siłą rozpędu akcja stała się ogólnopolską, a wręcz i światowa, ponieważ Polonia mieszkająca na całym świecie przyłącza się do niej w charakterze Darczyńców. Zatem sam święty Mikołaj nie dałby rady podołać tej całej pędzącej machinie.

Elfy towarzyszą mi na każdym kroku, zwłaszcza te z najbliższego domowego zacisza, bez których na co dzień nie byłbym w stanie czytać ogromu listów, jakie przychodzą, prowadzić korespondencji z Darczyńcami czy rozmów czysto organizacyjnych związanych z akcją.

Pragnę tutaj wymienić Agnieszkę Kapitan-Jesionek, Marysię Szymańską czy Macieja Borowskiego. Oczywiście, jest tez grupa niezliczonych Elfów, które na różnych etapach włączają się we wszelaką pomoc i każdy z nich ma przydzielone zadania.


Dołączają także media i ludzie świata kultury. Kto zgodził się zostać ambasadorami w tym roku i czy jeszcze możliwym jest, aby się przyłączyć? Jakie warunki należy spełnić, by móc patronować akcji?

Zarówno media, jak i ludzie kultury od lat są naszymi ambasadorami. Niezmiennie towarzyszy nam Kasia Bujakiewicz czy Mieczysław Hryniewicz. Przez kilka lat wspierali nas też już nieżyjący, niestety Marek Jackowski czy Bohdan Smoleń.

A w tym roku dołączyła do nas Pani Renata Dancewicz. Mamy również pewne niespodzianki, w tym muzyczną bardzo znanego zespołu, ale o tym trochę później. Zachęcamy do śledzenia naszego profilu na Facebooku.

Oczywiście, jest nam niezmiernie miło, że mamy tak zacne grono ambasadorów, choć przyznam szczerze, że dość selektywnie dobieramy osoby, wybierając te z ogromnymi sercami, które wielokrotnie to udowodniły pomagając innym.

Warto tutaj wspomnieć, że nasi patroni stają się również często Darczyńcami dla nadawców listów.

Proszę przybliżyć jej przebieg, bo przecież od napisania listu wszystko dopiero się zaczyna…

To prawda. Proces jest bardzo prosty: dziecko, rodzina czy jakakolwiek osoba wchodząc na naszą stronę: www.listydomikolaja.pl, pisze list, w którym zawiera swoje skrywane życzenia świątecznych prezentów i wysyła je do świętego Mikołaja.

Następnie Elfy lub ja osobiście, po weryfikacji umieszczamy ten list na naszej stronie. Warto tutaj podkreślić, że Darczyńca sam wybiera sobie list, a tym samym osoby, które chce obdarować. Nie muszą to być spełnione dokładnie wszystkie oczekiwania nadawcy listu, ale tę sferę pozostawiamy już konkretnemu Darczyńcy.

Korzystając z okazji, wszystkich zachęcam do odwiedzania naszej strony i pisania listów na www.listydomikolaja.pl.

Który z dotychczas nadesłanych listów wzbudził w Panu największe emocje, przez co może Pan uznać, że na zawsze go zapamięta?

Wiele listów wzbudza emocje, dlatego trudno wybrać jeden konkretny. Pozwolę sobie tutaj przytoczyć dwa nadesłane w tym roku:

  • Kochany święty Mikołaju! Mam ma imię Nadia, mam 11 lat i mam jeszcze trzy siostry: Julia 14 lat Gaja 3 latka i Liwia 10 miesięcy. Moja mama nie pracuje, bo opiekuje się nami, a tata teraz pracuje tylko dorywczo. Bardzo chciałybyśmy dostać coś w prezencie pod choinkę .Ucieszymy się ze wszystkiego. Serdecznie Cię pozdrawiamy.
  • Drogi Mikołaju! Proszę abyś odwiedził moją starszą, schorowana sąsiadkę i dał jej trochę słodyczy i jedzonka. Proszę, będzie się cieszyć na same święta, bo jest samotna, Ola.

Wiem już, że nie wszystkim listom można sprostać… Czy jednak istnieje nadzieja na mikołajową rekompensatę i choć cień szansy na uśmiech na twarzy tego, kto o niemożliwe prosi?

Niestety nie.

Gdyby spojrzeć na wszystkie nadesłane przez lata listy, jaki Pana zdaniem maluje się w nich obraz człowieka i świata?

Na to pytanie nie znajduję uniwersalnej odpowiedzi, ale warto, by odpowiedzieć na nie w swoim sercu, bo przecież zarówno człowiek jak i świat pokazują różne oblicza.

Dlatego stań przed lustrem i zadaj sobie pytanie: kim jestem? Czy moja postawa wobec drugiego człowieka zasługuje na pochwałę? Odpowiedzi te nierzadko mogą zaskoczyć burząc nasz zdawałoby się pod każdym względem idealny wizerunek, ale wierzę, że zawsze warto podjąć próbę naprawy świata zaczynając każdego dnia na nowo właśnie od siebie…

Popuśćmy wodze fantazji i załóżmy, że jest Pan w stanie podarować jeden globalny prezent dla wszystkich. Co by nim było?

Byłoby to zdrowie.

Mówimy głównie o prezentach, które za przyczyną Pańskiej akcji ma szansę otrzymać wielu ludzi, a co chciałby Pan dostać wyłącznie dla siebie, załóżmy – od świątecznego Aniołka?

Przyznam szczerze, że taki świąteczny Aniołek zawitał do mnie w tym roku trochę wcześniej i dostałem farby do malowania akrylowe i olejnenajlepszych firm na świecie. Do tego podobrazia z naturalnego lnu. Moje świąteczne życzenie w kwestii prezentu spełniło się na 120 procent i już je używam, ale o tym cicho sza 

Każdy z nas inaczej pojmuje szczęście. Czy w Święta jak i w pozostałe dni roku kalendarzowego należy upatrywać go wyłącznie w prezentach?

Absolutnie nie. Szczęściem jest obudzić się rano obok ukochanej osoby, spędzać wspólnie cudownie chwile, cieszyć się życiem czy wyjściem na spacer z psami.

Dla mnie to też możliwość ucieczki w świat obrazów i malowania, zamknięcia się w swojej pracowni i tworzenia.

Co Pan czuje, kiedy szczęśliwi zarówno obdarowani, jak i darczyńcy piszą do Pana w Wigilię?

Takie podziękowania płyną już od pierwszych tygodni trwania akcji w danym roku. To cudowne uczucie spełnienia i czynienia dobra towarzyszy mi jeszcze długo po Świętach, kiedy już wiem, że po krótkim urlopie muszę zakasać rękawy i myśleć o przygotowaniach do kolejnych.

Czy właśnie owo uczucie jest największą nagrodą za wszystkie trudy związane z przewodnictwem akcji Listy do Mikołaja?

Bez wątpienia tak. Szczęście innych jest moim szczęściem. Nie ma nic piękniejszego niż pochylić się i pomóc osobie potrzebującej.

Co Pan robi po zakończeniu przedsięwzięcia w danym roku? Wyjeżdża na urlop i na takiż sam wysyła swoje Elfy, czy wręcz przeciwnie – rozpoczyna się planowanie kolejnej edycji?

Na pewno musimy wszyscy odespać ten czas. W tych najaktywniejszych tygodniach śpimy po 3 – 4 godziny na dobę. To jednak trochę mało. Myślę, że po trzech intensywnych miesiącach pracy zarówno z moją narzeczoną (już wkrótce żoną) i resztą Elfów, zasługujemy na mały odpoczynek. Nie wiem, dokąd teraz uciekniemy na chwilkę, ponieważ pandemia trochę to utrudnia. Na szczęście nie jesteśmy z Agnieszką wymagający i wystarczy nam własne towarzystwo, odrobina samotności i spokoju w naszym domu, w obecności naszych uroczych psów.

Jak przedstawia się Mikołaj w Pana dziecięcych wspomnieniach?

Oczywiście bajkowo. Potężny starszy pan, z długą białą brodą, w czerwonym przebraniu i z ogromną czapą na głowie. No i najważniejsze – z workiem przepełnionym prezentami. Do tego sanie, renifery i mnóstwo śniegu.

Mimo wieku ten obraz jest niezmienny w mojej wyobraźni od dzieciństwa i taki już zapewne pozostanie na zawsze. Kiedy miałem piętnaście lat, a nie jestem już młodym człowiekiem, marzyłem o zegarku elektronicznym – dostałem go i to był najpiękniejszy prezent, jaki otrzymałem w dzieciństwie. Do dzisiaj mogę zanucić wszystkie dziesięć melodyjek, jakie posiadał.

Za sprawą wszechobecnych komercji i reklam, wizerunek świętego Mikołaja jest nieco wypaczony, jednak nie mogę się powstrzymać przed zadaniem tego pytania – mianowicie: czy Pan tak jak on, również preferuje czerwony kolor, ciastka, mleko itp.?

Chyba już trochę niechcący odpowiedziałem na to pytanie. Ale tak, kolor czerwony to symbol tych świąt, a ciasteczka i mleczko zawsze czekają na mnie przygotowane przez Dzieci. Przynajmniej tak wynika ze wszystkich tych listów, które czytam.

Skoro święty Mikołaj zagościł nietypowo na blogu książkowym to grzechem byłoby nie zapytać, czy w natłoku spraw i morzu listów, które muszą przejść przez Pana ręce, udaje się znaleźć czas na lekturę?

Uwielbiam czytać książki i nierzadko uciekam w ten świat, ale nie przed Bożym Narodzeniem. Często zdarza się nam razem z Agnieszką napisać jakieś świąteczne opowiadanie, ale póki co trafiają one wszystkie do szuflady mikołajowego biurka i czekają na publikację.

Czego mogłabym Panu życzyć?

Myślę, że w obecnej sytuacji wirusowej to przede wszystkim zdrowia i sił na kolejne lata działań w mojej akcji. Oczywiście, proszę o więcej listów i Darczyńców, żeby jak najwięcej ludzi poczuło magię świąt, zasiadło do wigilijnego stołu z uśmiechem na twarzach i cieszyło się szczęściem z faktu, że jest ktoś, kto o Nich pamięta i tym kimś jestem ja i moje Elfy.

W ostatnim słowie do Czytelników chciałbym powiedzieć jeszcze…

Drodzy Czytelnicy, serdecznie Państwa zapraszam na naszą stronę www.listydomikolaja.pl . Jeśli tylko potrzebujecie pomocy, piszcie do nas listy lub stańcie się Darczyńcami pomagając spełniać marzenia innych.

Na stronie znajdziecie kilka słów o mnie i o naszej akcji, dlatego również i do tej lektury Państwa zachęcam.

Bardzo dziękuję Panu za czas poświęcony na tę niezwykłą rozmowę.

Ze Zbigniewem Reissem rozmawiała Iwona Niezgoda – pomysłodawczyni i organizatorka niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera, prowadząca bloga Góralka Czyta.

Przepraszam Panie Prezydencie

Prezydent Warszawy, Rafał Trzaskowski, postanowił pomóc przedsiębiorcom (d. „badylarzom”, potem „handlarzom”, jeszcze potem „kupcom”), którzy stracili na rządowej decyzji o zamknięciu cmentarzy w dniach największego chryzantemowego i zniczowego boomu. Prezydent uruchomił kilka specjalnych punktów, gdzie można było kupować kwiaty „na później”. „Bądźmy solidarni”, zachęcał.

Bardzo przepraszam pana prezydenta, ale nigdzie nie poszedłem! Niczego nie kupiłem. Zostałem w domu, jak pan premier Morawiecki kazał-prosił-namawiał-tumanił. Mówiąc językiem demonstrującej młodzieży – mam w dupie ich kłopoty, a nawet solidarność, o którą pan prosił. Jestem solidarny z dziewczynami, z kobietami i z tymi mężczyznami i chłopakami, którzy wzięli je pod rękę mówiąc: „Nie będziesz szła sama”. To mnie wzrusza. Jestem dumny z moich córek i moich wnuczek, które szły przez wiele godzin przez ulice Warszawy… Ale, żeby wzruszyć się losem wyborców PiS? To ponad moje siły. Ponad moje poczucie obywatelskości. Obywatelskość to wzajemność, to „nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”, to „jeden drugiego brzemiona noście”, to: „dziś ja pomogę tobie, jutro ty mnie”. Otóż oni, wyborcy PiS, mają mnie gdzieś. Ja to czuję, ja to wiem. Tacy, jak ja, siedemdziesięciolatkowie, tylko przeszkadzają, jesteśmy dla nich „komunistami” i „złodziejami”. „Komuch” stał się w ustach wyborców PiS drugim, po „kurwie” słowem najczęściej używanym w trakcie wypowiadania się na dowolny temat. A może nawet już pierwszym. Ja całe życie biorę odpowiedzialność za swoje słowa i czyny. Niech i oni choć raz wezmą za swoje i przez chwilę przestaną się wozić na dyrdymałach o „prostym człowieku”, którego ciągle ktoś „ograbia” i „oszukuje”, choć przecież wszyscy mamy „takie same żołądki”.

PiS nigdy nie kryło się ze swoimi planami, obnosiło się wręcz z nimi – po kościołach, po wiecach, na Jasnej Górze, w radyjku Rydzyka, w jego telewizji, w swojej, wszędzie. Jego przywódcy jasno i wyraźnie mówili, że chcą wziąć kraj za mordę, ukrócić władzę samorządów, założyć kolczatkę na sądownictwo, spełnić wszystkie postulaty kościoła od pieniężnych po aborcyjne. Nie kryli, że „teraz kurwa oni”. Nie kryli się również ze swoimi kłamstwami, nigdy się ich nie wypierali, puszczali je po prostu w niepamięć, bynajmniej nie odwołując niczego. A kłamie PiS od zarania, od oseska, kiedy było jeszcze maleńkim, wierzgającym zabawnie nóżkami Porozumieniem Centrum. Jego lider wyrósł na kłamstwie jak na Bebiko. Tylko, że nic nie było tajne, ukrywane. Wystarczyło słuchać ze zrozumieniem. Wystarczyło mieć oczy i uszy otwarte. I myśleć.

Niby protestowali przeciwko prywatyzacji, ale Express Wieczorny z budynkami zacharapcili, „Srebrną” utuczyli, słowem nie pisnęli też, gdy likwidowano PGR-y, choć mogli – pełnili ważne funkcje w państwie, w każdym rządzie mieli swojego ministra.

Ich wyborcom jednak nic nie przeszkadza – ani wtedy nie przeszkadzało, ani dziś – łapówki, milionowe odprawy, poważne posady dla durniów, kompromitacje. Ani maseczki, ani respiratory, ani Duda z „ruchadłem”, ani Kinga niczym Kola, ani okradzione PCK, czy dzieci skazane na reformę równie nieudaną jak sztuczna szczęka tej pani… Nic. „Bioro, ale i dajo”…
Otóż nie epizodyczny Kaczyński jest groźny, tylko jego wyborcy. 10 milionów ludzi od z górą pięciu lat świadomie wybiera i pozwala panoszyć się w państwie durniom, wątrobiarzom, zakompleksiałym niedoukom, zadufanym ignorantom, kościelnym podnóżkom. Przyglądając się obojętnym wzrokiem pozwalają dewastować Polskę. Drą japę dopiero, gdy kij spada na ich plecy.

Może więc tegoroczne Święto Zmarłych, to jest ten moment, kiedy zacznie te główki drążyć myśl, że nie „ich wyrolowano”, tylko oni sami siebie „wyrolowali” – przy pomocy wyborczej kartki.

Przejrzałem pobieżnie wyniki wyborów do Sejmu z roku 2019 w okołowarszawskich powiatach skąd pochodzą warzywa i owoce sprzedawane na bazarach, a na Wszystkich Świętych chryzantemy.

Okręg Płock – obejmował m.in. powiaty ciechanowski, gostyniński, mławski, płoński, przasnyski, sierpecki, sochaczewski. Prawo i Sprawiedliwość zdobyło tu 52,45 proc. Druga Koalicja Obywatelska – 16,85 proc, PSL – 15,17 proc, SLD – 8,76 proc.

Okręg Radom – m.in. powiaty białobrzeski, grójecki, kozienicki, lipski, radomski. PiS – 57,82 proc. głosów, KO – 17,15 proc, PSL – 10,2 proc, SLD 7,43 proc.

Okręg Siedlce. Obejmował m.in. powiaty garwoliński, łosicki, makowski, miński, ostrołęcki, sokołowski, węgrowski, wyszkowski. PiS – 59,76 proc, KO – 13,94 proc, PSL – 11,94 proc, Lewica – 6,45 proc.

Frekwencja w woj. mazowieckim wyniosła 69,46 proc. To nie były wyniki przypadkowe!

Rzućmy jeszcze okiem na poszczególne miasta znane z tego, że od lat są centrami rejonów zapatrujących Warszawę w produkty rolno-spożywcze.
Garwolin. Tu PiS wystawiło 24 kandydatów i uzyskało 9 mandatów. Garwolinianie wybrali m.in Krzysztofa Tchórzewskiego, późniejszego min. energetyki w rządach Szydło i Morawieckiego, który wpakował miliard w blok węglowy elektrowni w Ostrołęce, który nigdy nie powstanie. O czym zresztą Tchórzewskiego wszyscy uprzedzali. Dla porównania – PSL zdobyło w Garwolinie 1 mandat, a SLD ani jednego.

Zakroczym. PiS – 6 mandatów, KO – 4, PSL – 1, SLD – 1; Grójec – PiS 6 mandatów (na 18 startujących), PSL – 1, (na 18 kandydatów). W okręgu radomskim (do którego przynależał Grójec, absolutnym zwycięzcą wyborów został Marek Suski – prawdziwa pociecha polskiego parlamentaryzmu. Dostał bez mała 70 tys. głosów. Następny w kolejności Piotr Fogiel, obecnie zastępca rzecznika rządu, uzyskał bez mała 27 tys. Wyborcy PiS nie mogą powiedzieć: „nie wiedziałem”, „myślałem, że” itp. PiS zwyciężył w legalnych wyborach i ma demokratyczny mandat. I choć ja na PiS nie głosowałem, muszę to uznać i ponosić koszty wybryku, jakiego świadomie, z własnej woli dopuścili się moi rodacy. Niech więc teraz nie prawią dyrdymałów, że ich ktoś oszukał. Zresztą kogo oszukano? Ich, czy znowu mnie? Przecież dostaną 180 mln. zwrotu za te niesprzedane chryzantemy. I to nie Morawiecki sprzeda w tym celu swe przepisane na żonę działki, ani nie podzieli się z nimi Szumowski tym, co zarobiły jego spółki, to znowu pójdzie z moich podatków.

W tej sytuacji – choć rozumiem podłość własnej nieobywatelskości, proszę panie prezydencie nie wymagać ode mnie jeszcze jednego poświęcenia. Nigdzie nie poszedłem! Przynajmniej zaoszczędziłem na koszty wywozu śmieci i inne usługi miejskie, które pan podnosi. Ja rozumiem – rząd, który sobie moi współobywatele wybrali, akurat z Warszawą toczy najbardziej zajadłą wojnę i dławi ją finansowo. Tylko, że ja muszę za to płacić! Nie kupiłem więc w tym roku chryzantem ani lampek. Przynajmniej tyle mogę. A rodzicom jakoś się wytłumaczę.

Ocalić stocznię

Związkowcy ze świnoujskiego oddziału Morskiej Stoczni Remontowej Gryfia ciągle walczą o swój zakład pracy.

Twierdzą, że minister gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Marek Gróbarczyk został wprowadzony w błąd co do jego faktycznej sytuacji, a stocznię powinno się uzdrowić, zatrudniając do zarządu prawdziwych fachowców, a nie sprzedawać.

– Nie możemy się zgodzić na takie pokazywanie naszego oddziału stoczni – mówią związkowcy o sejmowym wystąpieniu ministra, podczas którego świnoujską część MSR Gryfia w Szczecinie przedstawiano jako ten segment, który ciągnie całe przedsiębiorstwo na dno. Przesłali do resortu własne badania, analizy i projekty ratowania zakładu. Skarżą się również na to, że ministerstwo nie dzieli się z nimi żadnymi informacjami dotyczącymi przyszłości stoczni i 1500 zatrudnianych przez nią pracowników. Jeśli coś daje im nadzieję, to postawa marszałka województwa zachodniopomorskiego oraz prezydenta miasta, którzy w przekazanym im liście intencyjnym deklarują zainteresowanie zakupem stoczni. Zapewniają, że gdyby Gryfia została wystawiona do przetargu, a zarząd stoczni poinformował już o wszczęciu procedury zbycia własności i prawa wieczystego użytkowania nieruchomości, to samorząd byłby zainteresowany zakupem i dalszym rozwijaniem, a nie zamykaniem przedsiębiorstwa.

– Minister musi się teraz uderzyć w pierś i przyznać się do błędów – powiedział Bartłomiej Szmyt z NSZZ Solidarność w oddziale świnoujskiej Gryfii, cytowany przez portal gs24.pl. – Prawdopodobnie te złe dane przedstawił ministrowi obecny zarząd MSR Gryfia. A oni walczą o stołki i o pieniądze, nie o stocznię. Zresztą minister teraz też tylko o to walczy.
22 września w Warszawie odbył się protest związkowców przed Ministerstwem Gospodarki w sprawie ratowania stoczni. Zgodnie demonstrowali przedstawiciele różnych organizacji pracowniczych, zrzeszonych w „Solidarności” i w OPZZ, nie tylko stoczniowcy. Wcześniej w obronie stoczni w Świnoujściu oraz w Szczecinie demonstrowali wspólnie działacze związkowi oraz przedstawiciele organizacji socjalistycznych. Podczas wszystkich tych demonstracji zwracano uwagę, że w zachodniopomorskich spółkach rozdawane są synekury, wybrańcy pisowskich polityków łupią majątki publicznych przedsiębiorstw, doprowadzając je na krawędź upadku. Na czele zarządu Gryfii, mówili działacze, postawiony został politolog z wykształcenia, zarząd zakupił nowe limuzyny, a pracownicy nie mają do dyspozycji podstawowych sprzętów – brakuje m.in. wózków transportowych i narzędzi. Podczas protestu kilkaset osób domagało się, by wymienić osoby bez kwalifikacji na prawdziwych, merytorycznie do tego przygotowanych zarządców.

W 2018 r. minister Gróbarczyk zapewniał, że stocznia Gryfia „ma ogromne perspektywy rozwojowe”, a jego ministerstwo chce dążyć do odbudowy polskiego przemysłu stoczniowego. W 2020 r. nie stać go było nawet na osobiste spotkanie z delegacją demonstrujących pracowników.

– Temat Gryfii wraca niemal na każdym posiedzeniu sejmowej komisji ds. gospodarki morskiej i za każdym razem jest zbywany przez ministra, a jego wyjaśnienia są kuriozalne – podsumowała postawę ministra posłanka Lewicy Daria Gosek-Popiołek, która była na proteście razem ze związkowcami.

Górnicy walczą, rząd obiecuje

Ok. 400 robotników, którzy od poniedziałku nie wyjeżdżają na powierzchnię, jest zdeterminowanych pozostać na dole, dopóki ogólne deklaracje nie przerodzą się w konkrety.

Na razie strona rządowa dała do zrozumienia, że nie będzie obstawać przy strategii „Polityka energetyczna Polski do 2040 r.”, która zakładała, że już w 2040 r. udział węgla w krajowym miksie energetycznym spadnie do 28 proc., a być może (w razie wzrostu cen w europejskim systemie handlu emisjami) nawet do 11 proc. Związki zawodowe oburzył nie tyle fakt samego nieuchronnego likwidowania kopalń co fakt, że rząd nie przedstawił razem z „Polityką…” żadnej koncepcji transformacji regionu. Związki obawiały się, że górnicy znowu mieliby tracić pracę z dnia na dzień, a całe miasta – pozostać bez zakładów pracy, wokół których funkcjonowały.

Po długich negocjacjach wieczorem i w nocy z 23 na 24 września związkowcy poinformowali dziennikarzy, że udało się stworzyć podstawy do kompromisu i dalszych rozmów.

– Zdecydowaliśmy się na to, iż transformacja sektora będzie miała model podobny, jak to miało miejsce w Niemczech. Czyli pracujemy nad tzw. modelem niemieckim długookresowej transformacji sektora. Udało nam się też wstępnie ustalić pewne elementy inwestycji w nowoczesne technologie – powiedział Dominik Kolorz, przewodniczący struktur NSZZ Solidarność w regionie śląsko-dąbrowskim. Przyjęcie modelu niemieckiego oznaczałoby m.in., iż państwo zadba o to, by w regionach, które wcześniej żyły z kopalń i węgla, powstały nowe miejsca pracy, związane choćby z energetyką odnawialną.

Podczas czwartkowej rundy negocjacji przedmiotem sporu będzie ostateczna data odejścia od węgla: górnicy chcą wskazania roku 2060, rząd – 2050. Negocjatorzy ze strony rządowej chcą, by w końcowym dokumencie porozumienia zapisano konkretną datę i „pewne kierunki” zmian.

Jeśli negocjacje, mimo obiecującego zwrotu, zakończą się fiaskiem, górnicy nie wykluczają drastycznych form protestu, jak podziemna głodówka. Nie odwołano również manifestacji, jakie odbędą się 25 września w Rudzie Śląskiej oraz 2 października w Warszawie.

Znowu wrze na Śląsku

Górnicze związki dały Mateuszowi Morawieckiemu tydzień na podjęcie rozmów z pracownikami o przyszłości kopalń i węgla. Premier milczał, więc górnicy zaczęli strajkować, wybierając przy tym ekstremalną formę protestu.

21 września ponad 65 górników nie wyjechało na powierzchnię po zakończonej porannej zmianie w kopalniach Ruda (ruchy Halemba i Pokój) oraz Wujek. Rozpoczęli podziemny strajk, zanim jeszcze kierownictwa związków zawodowych ogłosiły, jak zareagują na milczenie premiera w sprawie Śląska, węgla i ich miejsc pracy.

Radykalne akcje

– Podziemne strajki są najbardziej skrajną i niebezpieczną formą protestu, jaką można było wybrać. Na dole panują ekstremalnie trudne warunki, m.in. duża wilgotność i temperatura – tłumaczył potem na konferencji prasowej Bogusław Ziętek, przewodniczący związku zawodowego Sierpień 80. – Górnicy muszą być na bieżąco monitorowani przez lekarzy. Taki protest to także ogromne obciążenie psychiczne dla górników. Jestem pełen podziwu dla tych osób, które się na to zdecydowały.

Dominik Kolorz, przewodniczący „Solidarności” na Śląsku i w Zagłębiu Dąbrowskim dodał, że do podziemnych strajków mogą dołączyć załogi kolejnych kopalń, a radykalne akcje protestacyjne obejmą, jak w 2015 r., cały region. W najbliższy piątek (25 września) szykowana jest manifestacja w Rudzie Śląskiej, mieście, gdzie znajduje się kopalnia Ruda i które, jak podkreślił Kolorz, w razie jej likwidacji będzie skazane na strukturalne bezrobocie na wielką skalę.

Oszukani

Górnicy są wściekli na rząd, bo ten najpierw zapewniał ich o znaczeniu węgla i kopalń dla polskiej energetyki, przekonywał, że do 2060 r. nic się na Śląsku i w Zagłębiu nie zmieni, by potem w strategii „Polityka energetyczna Polski do 2040 roku” przedstawić zgoła inną wizję. W związku z unijnymi oczekiwaniami co do walki z ociepleniem klimatu w „Polityce…” zapisano, iż udział węgla w polskim miksie energetycznym radykalnie spadnie. W 2040 r. miałby on wynosić 28 proc., a w razie wzrostu cen w europejskim systemie handlu emisjami – nawet 11 proc.

To oznacza likwidację kopalń w bliskiej perspektywie czasowej, bez planu, czym zastąpić zapewniane dziś przez górnictwo miejsca pracy. Kopalnia Ruda byłaby jedną z pierwszych do zamknięcia – takie informacje podawane były kilka miesięcy temu, wtedy jednak rząd je dementował. W dodatku na zaopiniowanie dokumentu Morawiecki z rządem dali górnikom 24 godziny.

Związkowcy powołali wspólny komitet strajkowy i zapowiedzieli, że do 21 września czekają na Mateusza Morawieckiego na Śląsku. Premier nie przyjechał, zaś wicepremier Jacek Sasin dodatkowo skarcił robotników.
– Niedobrą metodą jest zmuszanie pana premiera do siadania do rozmów w sytuacji szantażu, że albo przyjeżdża, albo robimy strajk. Liczę na rozsądek strony związkowej. Protesty dziś nic nie dadzą, nie odwrócą trendów – oznajmił Sasin 21 września na antenie Radia ZET, dodatkowo zarzucając górnikom, że swoją postawą wręcz utrudnią ratowanie branży.

Chcą przemyślanego planu

– Transformacja górnictwa i energetyki powinna być rozłożona na wiele lat i wymaga specjalnych programów, dających nowe miejsca pracy. Jesteśmy wielce zaniepokojeni brakiem systemowych planów dla energetyki i, w konsekwencji, dla górnictwa, bez których nie możemy być pewni zapotrzebowania na wydobycie węgla. Zwracamy też uwagę na potrzebę stworzenia programów restrukturyzacji dla wszystkich środowisk górniczych w Polsce, nie pomijając Lubelszczyzny i regionów wydobycia węgla brunatnego – czytamy w stanowisku związków zawodowych działających w kopalni Bogdanka, solidaryzujących się z górnikami z Zagłębia i ze Śląska.

Właśnie brak planów restrukturyzacyjnych i pomysłów na zagospodarowanie ludzi, którzy pozostaną bez pracy po zamknięciu kopalń, wyjątkowo oburza związki. Górnicy doskonale pamiętają, co działo się podczas transformacji po zamykaniu wielkich zakładów np. w Wałbrzychu. Nie chcą powtórki. O to, by podobna tragedia się nie zdarzyła, walczy również sejmowa Lewica.

– Brak wieloletniego planu restrukturyzacji górnictwa i szerzej transformacji energetycznej to nie tylko pogardliwe traktowanie ludzi, którzy nie wiedzą czy za rok czy dwa będą mieli pracę, więc trudno się im dziwić, że obawiają się dekarbonizacji i protestują przeciwko zmianom. Zamykanie kopalń bez planu to także ogromne marnotrawstwo pieniędzy, sprzętu i zasobów naturalnych. Ogromne tereny po zamkniętych kopalniach, często z doskonałą infrastrukturą, leżą odłogiem, bo zamyka się kopalnie bez żadnego planu, jak wykorzystać ten teren – ostrzegał jeszcze w sierpniu poseł Maciej Konieczny z Lewicy. – Brak wieloletniego planu powoduje, że nie można racjonalnie zarządzać sprzętem i ludźmi tak, żeby pracujące kopalnie przynosiły jak największy zysk. Skala tego marnotrawstwa jest wprost niewyobrażalna – pisał.

Zapomniana reforma gospodarcza w Polsce 1981 r.

„Reforma gospodarcza należała do programowych haseł – zarówno władzy, jaki i Solidarności. Realizacyjnie, nie było to już takie oczywiste”
gen. Wojciech Jaruzelski

„Wyraźny przypływ nadziei na opanowanie kryzysu”, wywołało – zdaniem Stanisława Kani-expose Premiera-Generała, wygłoszone w Sejmie, pisałem w tekście „Premier…, 4-5 marca 2020. Główną podstawą był projekt – główne tezy reformy gospodarczej, apel o 90 dni spokoju oraz przychylność wyrażana w wielu publicznych wypowiedziach. Na sali obrad Rady Ministrów, jak pamiętają np. prof. Józef Kozioł i Stanisław Ciosek – pojawiła się tablica, na której odliczano „dni spokoju”.
Dla Generała, szczególnie cenne – wiem z rozmowy – były zachęcające wypowiedzi przedstawicieli gremiów kierowniczych Solidarności, m.in. prof. Karola Modzelewskiego i Jacka Kuronia. „Sprawdził” je Generał i z satysfakcją znalazł ich potwierdzenie, gdy ku zaskoczeniu Rządu, z kilkoma ministrami wybrał się w lutym do kilku sklepów na warszawską Wolę.
Zaskoczone wizytą ekspedientki i klienci mówili o brakach ale i nadziei na poprawę dostaw, choć niektórzy, można rzec-odważyli się mówić-„oby rząd nie zawiódł”. Na początku marca powtórzył ten „eksperyment” i pojechał z grupą ministrów do kopalni Knurów. Obok życzliwości dostrzegł przykłady braku operatywności działania miejscowej administracji, co zauważył już na Woli. Tu taka uwaga. Ku mojemu zaskoczeniu, kilkunastu Czytelników, zachęcało mnie, by wziąć przykład z Pana Zdzisława Rozbickiego, który na łamach Trybuny opisał wizytę Generała we Wrocławiu. Takich „wizyt” było jeszcze kilka. Z uznaniem gratuluję Autorowi ciekawej publikacji i dedykuję tę „zachętę”, którą tylko tak wprawne pióro zaspokoi słuszne oczekiwania naszych Czytelników – dziękuję Państwu.
„Bydgoski marzec”
Dwa miesiące później, 10 kwietnia Generał na posiedzeniu Sejmu stwierdził z goryczą – „Nie było wiele naprawdę spokojnych dni … Występowały wciąż w kraju różnego rodzaju i skali konflikty, pogotowia strajkowe, ultymatywne częstokroć żądania i trudne do spełnienia postulaty”. Jeśli ktoś uważa tę ocenę za krzywdzącą Solidarność – bo przecież ona była tego inicjatorem i wykonawcą zarazem – niech sięgnie po dostępne publikacje, także prasowe i sporządzi ich listę, nie tylko na okres tych 90 dni, ale na cały rok 1981, zachęcam.
Na dowód takiego postępowania niektórych „wyrywnych” działaczy przypomnę awanturę w Bydgoszczy. Na wiecu 8 lutego Solidarność chłopska wezwała Wojewódzką Radę Narodową (WRN), do zwołania sesji poświęconej rolnictwu, którą zaplanowano na 19 marca. Swoistym „wstępem” do udziału w sesji była od 14 marca okupacja siedziby WK ZSL. Przewodniczący regionu Jan Rulewski, zaproszony z 6 osobami, przybył z grupą 25 osób, wpuszczony na salę obrad bez przeszkód. Po referacie wicewojewody, padł wniosek, by dyskusję przełożyć na następne posiedzenie i zamknąć obrady. Goście poczuli się oszukani i rozpoczęli okupację sali. Nie pomogły przekonywania i zapewnienia organizatorów, ani próba łagodzenia sytuacji przez osobistego wysłannika Prymasa, Romualda Kukołowicza, ani rozmowa telefoniczna Lecha Wałęsy. Rulewski był nieustępliwy. Siły porządkowe użyto o godz. 19.10 (jak wynika z raportu MSW), bez pałek i broni. Finał zna cała Polska – pobity, zakrwawiony Rulewski i kilku związkowców. Przez zapowiedziany z tego powodu strajk generalny, Polska stanęła na granicy bratobójczej walki domowej.
Na wniosek Tadeusza Mazowieckiego 28 marca, już po wydarzeniach w Bydgoszczy i 2 dni po spotkaniu z Generałem (26 marca), z delegacją Solidarności, spotkał się Prymas kard. Stefan Wyszyński. Była nagrana przez Prymasa, udostępnił ją na związkowe forum. Prymas mówił, że nie można dopuścić do tego, by „zginął chociaż jeden Polak”. Pytał – „czy lepiej z narażeniem naszej wolności, naszej całości, życia naszych współbraci, już dzisiaj osiągnąć postulaty choćby najsłuszniejsze? Czy też lepiej osiągnąć coś niecoś dzisiaj a co do reszty powiedzieć: Panowie, do tej sprawy wrócimy później”. Namawiał do rozłożenia zadań „na raty”. „Ludziom, którzy zawinili można, że tak powiem, dać pewne moratorium”… To nie jest oczywiście największa cnota: męstwo. Największą cnotą jest miłość, a także roztropność i rozwaga… jesteśmy uzależnieni blokowo i układami. Musimy być świadomi, że ludzie ci gotowi są bronić swoich układów politycznych, w swoich narodach, chociażby kosztem Polski”. Prymas wspomniał, że w rozmowie z Generałem kładł nacisk na załatwienie dwóch spraw: Bydgoszczy i „Solidarności Wiejskiej”. Dalej mówił – „Nie jestem tragikiem, ale mogę powiedzieć – sytuacja jest groźna. I dlatego też myślę, że gdybyśmy przeciągnęli strunę, wysuwając nasze postulaty, moglibyśmy później bardzo ciężko żałować następstw, które ściągnęlibyśmy na Polskę…stąd potrzeba ogromnej rozwagi”. Pomyślcie Państwo-czy te myśli Prymasa, straciły znaczenie – stosownie do rzeczywistości Polski w 2020 r.?
Po latach paryska „Kultura” ujawniła relację świadka, Antoniego Tokarczuka o kulisach zachowania działaczy Solidarności w budynku WRN. Pisze on m.in.-„Prawda była odmienna od wersji Solidarności.
Działacze Solidarności jednak chcieli okupować budynek, chociaż przysięgali, że nie. A Jana Rulewskiego znowu tak bardzo nie pobito, wyjął sztuczną szczękę do fotografii, a zdjęcie przewodniczącego regionu bez zębów wstrząsnęło sumieniem narodu” – opisał tę sprawę Przegląd, nr 12 z 2001, zachęcam do przypomnienia sobie tamtej atmosfery. Zachęcam do chwili namysłu nad treścią powyższego cytatu – zamierzona „chęć okupacji”, „przysięga-zakłamaną prawdą”, celowo wyjęta sztuczna szczęka by milionom Polaków pokazać „krzywdę”, przez to wywołać współczucie dla takiego „cierpiętnika”, czym omal nie doprowadził do bratobójczej walki, w której – wiele wskazuje – groziła nam „bratnia pomoc” sojuszników uczestniczących w ćwiczeniu Sojusz-81. Co Państwo o tym myślicie? Gdy piszę ten fragment tekstu, „odżyła” refleksja, gdy czytałem wiele razy o „kłamstwie katyńskim, jako podstawie PRL” – Solidarność zbudowana na kłamstwie!?? Wstydzę się tych słów – skreślam je, usuwam z swej myśli i pamięci, choć mam wiele dowodów – znane są milionom Polaków – niektóre pokazuję w publikacji. Przepraszam za te słowa wielu znanych mi i szanowanych działaczy Solidarności-wspomnę, prof. Jana Widackiego, Józefa Pioniora, Janusza Onyszkiewicza, Andrzeja Celińskiego zmarłych – prof. Karola Modzelewskiego, Jacka Kuronia, tysiące „szeregowych członków”, ludzi uczciwej i ciężkiej pracy, oszukanych przez takich „upatriotycznionych działaczy”. Współczuję Generałowi, gdyż pamięć kolejny raz odświeża sekwencje rozmów w „okresie sądowym”, m.in. z gen. Heinzem Hoffmanem, MON NRD, który niby „mową do siebie” sondował Generała w kwestii zmiany państwowych granic, sytuując to na tle historycznym (tekst „Zwycięstwo rozumu”…, 19-23 czerwca 2019).
Istota reformy
Rząd Józefa Pińkowskiego, który podpisał porozumienia sierpniowe, podjął prace nad reformą gospodarki. Jej zarys przedstawiono na VI Plenum KC PZPR (4-5 października 1980). W „Uchwale” czytamy, iż „KC stoi na gruncie pełnej i rzetelnej realizacji porozumień podpisanych przez przedstawicieli rządu z przedstawicielami załóg robotniczych w Gdańsku, Szczecinie i Jastrzębiu…Niezbędne jest wprowadzenie kompleksowej reformy gospodarczej … Założenie reformy powinny być skierowane do powszechnej dyskusji przed IX Nadzwyczajnym Zjazdem partii”. Założenia opracowano na podstawie krytycznej oceny dotychczasowego stanu – różnych błędów organizacyjnych, materiałochłonności, efektywności zużycia surowców, skuteczności kierowania, itp., ekspertów-fachowców, m.in. Czesława Bobrowskiego, Zdzisława Sadowskiego, Zbigniewa Madeja, Mieczysława Jagielskiego. Faktycznie, istota reformy to zniesienie centralnego planowania i zarządzania gospodarką, wprowadzenie samorządu pracowniczego w przedsiębiorstwie.
Zawierały zasadę trzech „S” – samodzielności, samorządności i samofinansowania przedsiębiorstw. Zawierały zasadę trzech „S” – samodzielności, samorządności i samofinansowania przedsiębiorstw. Przyjęcie zasady regulowania gospodarki przez rynek dominowało w powszechnych żądaniach. Opublikowano je już w styczniu 1981. Wywołały szerokie zainteresowanie członków partii, ludzi pracy, członków Solidarności, ekonomistów. Skierowano je do opinii 100 wybranych, najbardziej reprezentatywnych przedsiębiorstw. Dyskusja trwała do czerwca.
Ocena sąsiadów
Założenia reformy wysłano je do wszystkich krajów bloku. Co Państwo myślicie – jaka była reakcja? Usiądźcie wygodnie w fotelu. Wszystkie kraje-poza Węgrami-odniosły się krytycznie. Ekspertyza NRD, którą pod koniec stycznia otrzymał Stanisław Kania, była druzgocąca. Oto taki fragment – „Koncepcja reformy gospodarczej w Polsce ma z gruntu rewizjonistyczny charakter, opiera się na pełnej negacji wszystkich dotychczasowych zdobyczy socjalizmu i kapitulanctwie wobec pozycji antysocjalistycznych i kontrrewolucyjnych. Insynuuje, że dotychczasowy system planowania i zarządzania totalnie zawiódł”. I dalej-„Jest to cios mający na celu usunięcie sprawdzonej kadry partyjnej z kluczowych pozycji w gospodarce i innych dziedzinach”. Na końcu zawarto taką konkluzję – „Przedłożona koncepcja zakłada zdobycie wszystkich gospodarczych pozycji władzy w Polsce przez zorganizowane siły kontrrewolucyjne. Jest to w istocie część scenariusza kontrrewolucyjnej grupy KOR-u, zmierzającej do likwidacji socjalistycznego ustroju społeczno-gospodarczego”. Bardzo proszę Czytelników o wytężenie pamięci i wyobraźnię sobie ówczesnej sytuacji Polski po takiej ocenie sąsiadów. Cóż z tego, że opracowano naukową replikę i rozesłano sąsiadom! Wykazano w niej „skostnienie i dogmatyzm autorów, cechy które zmniejszają atrakcyjność socjalizmu”, w wydaniu lansowanym przez sąsiadów. Że „socjalizmowi szkodzą ci, którzy hamują postęp, nie widzą nowych okoliczności”. Czy uważacie Państwo, że uznali nasze racje? Kto z Państwa chciałby być na ministerialnym stanowisku, wtedy podejmować decyzje?
Generał, po objęciu stanowiska premiera i zapoznaniu się z tą „ekspertyzą” wysłał grupę ekspertów do Moskwy, pod przewodnictwem prof. Władysława Baki – prof. Zbigniew Madej, wiceprzewodniczący Komisji Planowania, prof. Władysław zastawny, rektor WSNS. „Może Wam się uda przekonać ich do naszej linii, albo przynajmniej zdjąć odium wynikające z fałszywych naświetleń tego, co dzieje się w Polsce” (prof. Baka wspomniał o dogmatykach w partii). Po powrocie, prof. Baka zdał relację Generałowi – „Nie mam przekonania, czy nasz wyjazd przyniósł oczekiwane efekty. Nastroszyli się jeszcze bardziej, jestem pełen obaw o naszą przyszłość”. Po dyskusji Generał, uznał – „Musimy dać absolutny priorytet tendencjom, jakie u nas dominują. Reformę musimy podporządkować polskim potrzebom i temu, czego ludzie chcą”…
Kilka miesięcy później, 1 czerwca 1981 r. w rozmowie telefonicznej Leonid Breżniew zasugerował gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu, „aby uświadomił NSZZ Solidarność, że bez korzystnych stosunków gospodarczych, bez radzieckich surowców, PRL nie może egzystować i żaden inny kraj nie byłby w stanie zrekompensować braku takiej współpracy”. Można się nie zgadzać z tą oceną, być dosłownie wściekłym. Czy nie miał racji Breżniew, by „uświadomić Solidarność”? Dziś warto pomyśleć o „korzystnych stosunkach gospodarczych” – tu przypomnę wypowiedź prof. Grzegorza Kołodki(DT, 27-29 marca 2020). „Chcę mocno podkreślić, że jeśli mamy troszczyć się o bezpieczeństwo społeczeństwa i ludzi, co tak bardzo podkreślają uczestnicy każdych wyborów, łącznie z obecnymi – prezydenckimi, to niech politycy i parlamentarzyści wykażą się minimalnym rozsądkiem i odwagą i zmrożą co najmniej na pięć lat tzw. wydatki obronne. Nie będziemy przecież walczyć z koronawirusem przy pomocy myśliwców F-35, nakręcając przy okazji koniunkturę amerykańskim protektorom. To lizusostwo pro-amerykańskie powinno się skończyć.
Bezpieczeństwo Polski spokojnie może być zachowane przy zamrożeniu wydatków na obecnym, minimalnym poziomie, a cały przewidywany przyrost powinien być skierowany na dofinansowanie profilaktyki i lecznictwa, nie tylko w obecnej walce z epidemią”. Państwo Czytelnicy sami wyciągną wnioski.
Reakcja Solidarności
Do Komisji Reformy Solidarność skierowała obserwatorów, Leszka Balcerowicza i Ryszarda Bugaja. Dlaczego nie przyjęli członkostwa Komisji i współodpowiedzialności za reformę? Może po latach wyjawią swoje merytoryczne racje?
W czerwcu 1981 tzw. „Sieć” czyli terenowa organizacja grupująca przedstawicieli Solidarności w dużych zakładach podjęła atak na Komisję za „brak intencji do przeprowadzenia reformy i działanie na rzecz utrwalenia modelu scentralizowanego i nakazowego”. Profesor Władysław Baka ocenił, że zgłoszone postulaty odnośnie samorządności pracowniczej, decyzji ekonomicznych itp. pokrywały się z założeniami reformy, co publicznie wytknął krytykom, stawiając zarzut akcji politycznej i wprowadzania w błąd społeczeństwa. dwa miesiące później, podczas rozmów Komisji pod przewodnictwem Mieczysława Rakowskiego z prezydium KKP Solidarności z Lechem Wałęsą, uzgodniono wspólne stanowisko, że „po reformie kluczową rolę w systemie gospodarczym powinno pełnić samodzielne i samorządne przedsiębiorstwo”. Sporną sprawą był wybór dyrektora przedsiębiorstwa. Solidarność chciała wyboru przez załogę, władza stawiała na kompetencje. Spór rozstrzygnięto we wrześniu, przyjmując kompromisową formułę, gdzie Rada Ministrów w porozumieniu ze związkami zawodowymi ustali listę przedsiębiorstw, gdzie dyrektora wybiera organ założycielski, a gdzie rada pracownicza oraz, że sprzeciw rozstrzygał będzie sąd.
Wspomnę tylko, że przez cały 1981 r. trwały strajki z różnych powodów, których przykłady podawałem w poprzednich publikacjach. Tu przypomnę
trzy wypowiedzi:
Profesor Wacław Wilczyński, w liście otwartym do doradców i ekspertów Solidarności (Polityka, 11lipca 1981), m.in. pisze – „Wypada stwierdzić, że Wasza działalność prowadzi obiektywnie do wyobcowania społeczeństwa. Jest to jednocześnie działanie stwarzające sztuczne zapotrzebowanie na centralne decyzje, na które rząd – w trosce o uspokojenie umysłów – daje się niestety „nabierać”, nie wykorzystując możliwości przesuwania na niższe szczeble i inne organizacje – załatwiania konkretnych spraw.
Tak więc wypada postawić Wam pytanie zasadnicze: dokąd idziecie, dokąd zmierzacie? Czy do przezwyciężenia zbiorowym wysiłkiem wielkiego kryzysu społeczno-gospodarczego, w oparciu o socjalistyczne podstawy ustrojowe i istniejący układ stosunków politycznych w świecie? Czy też może do porażki socjalistycznego państwa na rzecz systemu, w którym Polsce na pewno nikt nie zagwarantuje niczego? Nie chcę dopuścić myśli, że o to Wam właśnie chodzi”
Profesor Jan Szczepański, jako Przewodniczący Nadzwyczajnej Komisji Sejmu do spraw kontroli realizacji porozumień sierpniowo-wrześniowych, jeszcze w lipcu 1981 roku informował, że wartość około 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów przekroczyła dwukrotnie poziom dochodu narodowego kraju. Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja.
W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia wszystkich wolnych sobót.
Co było dalej, w drugiej połowie 1981 r. – napiszę w kolejnym tekście, traktując je w sumie jako swoiste przypomnienie i „przygotowanie” Państwa Czytelników do obchodów 40. lecia podpisania porozumień sierpniowych.

O prawdziwą solidarność!

Koronawirus kiedyś ustąpi. Musimy – my, pracownicy najemni, oraz wszyscy ludzie dobrej woli – szczególnie dziś pilnować, aby straty jakie wszyscy poniosą, nie zostały jak zawsze po stronie społecznej, a dochody i zyski po stronie właścicieli kapitału czy pracowników wyższego szczebla administracji rządowej, samorządowej i innych instytucji państwowych.

Pracownikom służb ratownictwa medycznego, pielęgniarkom, lekarzom, salowym, ratownikom medycznym, ludziom zatrudnionym w nielicznych laboratoriów państwowych, szpitalnym gońcom i personelowi sprzątającemu, ochroniarzom na „śmieciówkach”, osobom przy kasach w sklepach wielkopowierzchniowych jesteśmy winni nie tylko słowa wsparcia i gesty pokrzepienia. One są wspaniałe, ludzkie. Ale nie można dopuścić, by nasza wdzięczność dla tych, którzy nie przerywają pracy i służby, ograniczyła się do nich i skończyła się wtedy, gdy minie bezpośrednie niebezpieczeństwo.

Nie wolno dopuścić do tego, by stało się tak, jak np. po powodzi we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku w 1997 r., gdy premie, podwyżki plac i splendor spadły wyłącznie na Prezesów, Dyrektorów, Starostów, Burmistrzów, Prezydentów Miast i ich świty, na dyrektorów Sanepidu, menadżerów różnego rodzaju, urzędników i sekretarki owych „szefów”, siedzących dziś albo w domach albo w sterylnych biurach i pomieszczeniach urzędów na telekonferencjach. Tym rzeczywiście walczącym dostały się tylko ochłapy z pańskiego stołu. Nie wszyscy mogą pracować zdalnie przy laptopie. Dopilnujmy, by zasłużone nagrody trafiły do ludzi z pierwszej linii frontu.

Okazujmy wdzięczność nie tylko machaniem kciukiem na Facebooku
podpisywaniem odezw i solidarnościowych apeli mnożących się w sieci, udziałem w akcjach balkonowych. Nadejdzie czas po epidemii i wtedy potrzebny będzie społeczny nacisk na rządzących, aby ludzie, którym dziś kibicujemy i za których trzymamy kciuki, byli odpowiednio wynagrodzeni i docenieni. Wtedy dopiero okażemy prawdziwą solidarność, wdzięczność i człowieczeństwo.

Rząd sobie poradzi. Na razie ogłosił z pompą założenia planu antykryzysowego w związku z pandemią koronawirusa. Nie miejscu tu na odniesienie się do szczegółów. Intencja naszego apelu jest inna. Ale jeśli z ust wysokiego funkcjonariusza NBP (Adama Glapińskiego) padają słowa o możliwości „czasowego obniżenia wynagrodzeń do minimalnego”, to jest to groźne memento. Gdy premier lekko zapowiada opłacanie przez państwo 40 proc. pensji równocześnie z przyzwoleniem na ich cięcie, możemy spodziewać się wielu złych rozwiązań. Musimy być niezwykle czujni.

Walka z kryzysem może zmienić się w pierwszy krok ku dalszej pauperyzacji ludzi pracy realizowanego przez polityków stojących na straży mega-biznesu i właścicieli kapitału. Nie może być naszej zgody, aby skutki pandemii ponieśli tylko pracownicy najemni. Tak chętnie mówimy o solidarności. Tym razem bądźmy solidarni w rzeczywistości.

Piotr Lewandowski, Radosław Czarnecki (Strajk.eu)