Fikcja okrągłego stołu edukacyjnego

Rząd PiS nigdy nie wykazywał cienia dobrych intencji wobec nauczycieli. Czas, by wszyscy związkowcy oświatowi wyciągnęli wreszcie z tego wnioski.

To, że rząd Prawa i Sprawiedliwości od początku nie chciał porozumienia z nauczycielami i zaogniał strajk, zaczyna dostrzegać nawet oświatowa Solidarność.
„Nawet” – bo związek ten niestety wystąpił w charakterze łamistrajka, podpisując odszczepieńcze porozumienie z rządem – i udawał, że wierzy w zapewnienia działaczy PiS, że zrealizują oni zapisane w tym porozumieniu postulaty oraz zwołają poważny okrągły stół mający debatować nad problemami oświaty.

Gdzie rząd ma dobro uczniów

Oczywiście żadnej realizacji postulatów nie ma, zaś edukacyjny okrągły stół okazał się zupełną lipą. Rząd PiS wyłącznie pozorował chęć debaty oświatowej, bo w istocie nie chciał i nie chce jakichkolwiek rozmów – a dobro polskiej oświaty i los uczniów ma, delikatnie mówiąc, w nienajwyższym poważaniu.
Jedyną troską ekipy rządzącej było to, jak wykorzystać strajk nauczycieli do zwiększenia, a przynajmniej do zachowania szans wyborczych PiS.
To nic dziwnego, bo przecież wszystkie działania Prawa i Sprawiedliwości służą tylko i wyłącznie temu, by utrzymać się u władzy.
Niektórzy wciąż udają że tego nie widzą, ale trzeba ich zrozumieć, bo dostają za to benefity od władzy. Czasem jednak i oni muszą pokazać, że dostrzegają jaka jest rzeczywistość – bo na samym wsparciu ze strony rządu żaden związek zawodowy daleko nie zajedzie.
Dlatego też obradujące w Warszawie prezydium Rady Krajowej Sekcji Oświaty i Wychowania NSZZ „Solidarność” przyjęło mocno krytyczne stanowisko w sprawie realizacji zawartego porozumienia i dyskusji oświatowych w ramach „okrągłego stołu edukacyjnego”.

Tylko wspólnymi siłami

Stanowisko to stwierdza:
„Prezydium KSOiW NSZZ „Solidarność” /…/ podtrzymuje stanowisko wyrażone w piśmie do Premiera RP Mateusza Morawieckiego, zgodnie z którym podkreślamy, że zaproponowana formuła spotkania oraz przypadkowo dobrane gremium nie gwarantują wypracowania rozwiązań rzeczywistych problemów nurtujących polską oświatę.
Oczekujemy harmonogramu realizacji uzgodnionych postulatów zawartych w podpisanym z Rządem RP w dniu 7 kwietnia br. porozumieniu. W szczególności domagamy się powołania zespołu roboczego do spraw realizacji punktu VI porozumienia, czyli zmiany systemu wynagradzania nauczycieli w uzgodnieniu ze związkami zawodowymi i powiązania go ze wzrostem gospodarczym”.
Prezydium KSOiW NSZZ „Solidarność” dodaje, że pragnie: „pilnego rozpoczęcia prac nad realizacją uzgodnionych postulatów” – oraz przypomina, że związek tylko zawiesił, a nie przerwał, swą akcję protestacyjną.
Wypada mieć nadzieję, że to jak zachowuje się rząd PiS wobec swoich partnerów społecznych, spowoduje, iż NSZZ „Solidarność” doceni wagę autentycznej solidarności i jedności związkowej.
Rząd PiS nie ma żadnych dobrych intencji wobec nauczycieli – i tylko wspólnym, konsekwentnym działaniem będzie można na nim cokolwiek wymóc.

Najważniejsza lekcja

Od tygodnia dzieci i młodzież w Polsce nie chodzą do szkoły. Przez ten czas nie dowiedziały się, jak obliczać iloczyn potęg o tej samej podstawie. Nie nauczyły się, czym się różnią organizmy samożywne od cudzożywnych. Nie zgłębiły charakterystyki pierwiastków o silnych właściwościach metalicznych. Nie zrobiły kilku dwutaktów i przewrotów w tył; nie próbowały przedrzeć się przez naszpikowany łaciną opis rzymskich łaźni na pierwszych stronach “Quo vadis”. Jak twierdzi rząd, stała im się krzywda, odebrano im prawo do nauki, wzięto je na zakładników, wykorzystano w grze politycznej.
Uczniowie oczywiście cieszą się z tego stanu rzeczy – niespodziewany tydzień przerwy nie wywołuje u małych czytelników Sienkiewicza żadnego żalu czy tęsknoty, szkoła jest dla ogromnej większości z nich przykrym obowiązkiem. Pewnie warto się zastanowić, czemu tak jest. Przede wszystkim jednak warto zauważyć, że strajkując nauczyciele przekazują swoim podopiecznym wiedzę i wartości, które nie zmieściły się w szkolnych programach.
Wielu z nich dzięki akcji strajkowej dowiedziało się, co to jest związek zawodowy. Uczniowie nauczyli się (a jest to, w 2019 roku, wiedza na tyle niszowa, że niemal tajemna), że pracownicy mogą się zrzeszyć, działać solidarnie i w porozumieniu i że mają wtedy wielką siłę. Na tyle dużą, że mogą zamknąć szkoły, które dla uczniów są przecież całym światem. Dowiedzieli się, co to jest strajk – że nie oznacza on oflagowania się, wyjścia na uliczny protest, zmiany obrazka na zdjęciu profilowym w mediach społecznościowych, ale odmowę pracy. Że wobec tego narzędzia walki, jeśli ludzie są ze sobą solidarni, system wciąż pozostaje bezbronny, nie da się nie traktować go poważnie. Przy okazji w mediach pojawiło się dawno nieużywane słowo “łamistrajk” – bycie łamistrajkiem jest tak samo złe, jak bycie skarżypytą. Uczniowie potwierdzili w ten sposób swoją intuicję, którą szkoła na co dzień wybija im z głowy: lojalność wobec zwierzchników zamiast wobec kolegów jest moralnie wstrętna. Strajkując, nauczyciele pokazują uczniom, że strategia posłuszeństwa, indywidualnego konformizmu i deklarowanej pokory wobec silniejszych nie jest wcale strategią najbardziej skuteczną. Że jeśli sam jesteś zbyt słaby, żeby walczyć o swoje, musisz dogadać się z innymi ludźmi w tej samej sytuacji i stworzyć wspólny front walki o godność – prawa bowiem zdobywa się w walce. To swoją drogą ważne słowo, będące tematem wielu szkolnych rozprawek – wreszcie dzieci dowiedzą się, że nie jest to wartość wyłącznie symboliczna, ale ściśle powiązana z tym, czy możesz w danym miesiącu zapłacić czynsz albo kupić nowe buty, kiedy w starych zrobi się dziura i że w walce o godną płacę nie ma niczego brudnego.
Jest to lekcja ważniejsza i bardziej potrzebna uczniom niż polski, angielski, przyroda i wuef. Nie tylko zresztą im – kiedy skończą szkołę, pójdą do pracy, będą naszymi kolegami i koleżankami. Być może dzięki temu, co się teraz dzieje w szkole, zamiast emocjonować się konkursem na pracownika miesiąca i podkładać nam świnie, żeby zyskać uznanie szefa, chętniej stworzą z nami komisję związkową, a słowo “strajk” będzie miało w ich głowie konkretne znaczenie, będą w stanie go sobie wyobrazić i zrozumieć jego potencjalną skuteczność.

Przezwyciężanie historycznego podziału

Jednym z ciekawszych momentów niedawnej konwencji Koalicji Europejskiej, na której prezentowani byli liderzy list do Parlamentu Europejskiego, było wystąpienie Radosława Sikorskiego. Ten znany ze swych radykalnych wypowiedzi antykomunista otwarcie ustosunkował się do postawionego mu przez jednego z wyborców zarzutu, że zgodził się kandydować razem z komunistą Millerem. Odpowiedź Sikorskiego warta jest przypomnienia.

Niczego nie wycofując ze swych dawnych wypowiedzi podkreślił on, że dziś Miller – jak i on – jest obrońcą miejsca Polski w Unii Europejskiej i że obecny spór polityczny dotyczy właśnie miejsca Polski w Europie.
Przypominam to wydarzenie, gdyż w ciekawy sposób prowadzi ono do rozważenia zasadniczej zmiany, jaka na naszych oczach dokonuje się w polskiej polityce. Zmiana ta polega na przezwyciężaniu tak zwanego „podziału postkomunistycznego”, który określał charakter tej polityki po 1989 roku.
Pojęcie „podziału postkomunistycznego” (użyte między innymi w wartościowej książce Mirosławy Grabowskiej „Podział postkomunistyczny” (Warszawa 2004) wywodzi się z socjologicznej koncepcji sformułowanej w latach sześćdziesiątych przez dwóch znanych socjologów polityki (a moich starszych przyjaciół) : Seymoura Martina Lipseta (1922-2006) i Steina Rokkana (1921-1979). Używali oni terminu „cleavages” tłumaczonego na polski jako „podział” lub „rozłam”. Idzie tu nie o jakikolwiek podział polityczny, lecz tylko o bardzo trwałą polaryzację wynikającą z ważnych wydarzeń historycznych. Pisząc o polityce europejskiej Lipset i Rokkan wymieniali trzy takie wielkie podziały, których korzenie tkwiły w reformacji, w rewolucjach narodowo-demokratycznych przełomu stuleci XVIII i XIX oraz rewolucji przemysłowej XIX wieku. „Podział postkomunistyczny” byłby kolejnym takim podziałem, u źródeł którego leżał stosunek do okresu rządów partii komunistycznych.
Podział ten nie we wszystkich państwach postsocjalistycznych ma jednakowo wielkie znaczenie. W szczególności nie wyznacza on w znaczącym stopniu układów politycznych w Rosji i w większości dawnych republik radzieckich. W Polsce natomiast miał on znaczenie fundamentalne, co wynika z faktu, że to w Polsce istniała najsilniejsza opozycja demokratyczna. Tak dla jej działaczy, jak i dla ludzi zaangażowanych po stronie ówczesnych władz, pamięć o tamtych wydarzeniach (w tym zwłaszcza o traumatycznym doświadczeniu stanu wojennego) stanowiła bardzo ważny wyznacznik dokonywanych wyborów.
Po 1989 roku podziały polityczne w naszym kraju były w pierwszym rzędzie odzwierciedleniem tak rozumianego „podziału postkomunistycznego”. Utrzymywał się on także wtedy, gdy zmieniał się układ sił. Po zwycięstwie Lecha Wałęsy w wyborach prezydenckich 1990 roku i po wyborach parlamentarnych 1991 roku wyrażał się on w izolacji wywodzącej się z PZPR lewicy, co zresztą było jedną z przyczyn niestabilności i upadku dwóch kolejnych rządów: Jana Olszewskiego w 1992 roku i Hanny Suchockiej rok później. Po imponującym zwycięstwie SLD w wyborach 1993 roku w kierownictwie tego ugrupowania pojawiła się koncepcja „wielkiej koalicji” z udziałem Unii Demokratycznej i Unii Pracy. Choć nie wszystkim działaczom naszego ugrupowania koncepcja ta odpowiadała, miała ona poparcie Aleksandra Kwaśniewskiego a tym samym mogła stać się podstawą budowania polityki polskiej na podstawach innych niż historyczne podziały. W Unii Demokratycznej byli zwolennicy tej koncepcji, wśród których szczególną rolę odgrywał Jacek Kuroń. Większość grona kierowniczego tej partii była jednak przeciwna koalicji z SLD, co pociągało za sobą także odmowę udziału w koalicji ze strony Unii Pracy. Tym samym układ polityczny w drugiej kadencji Sejmu (1993-1997) odzwierciedlał historyczny podział na ugrupowania wyrosłe z PRL (SLD i PSL) oraz ugrupowania mające korzenie w antykomunistycznej opozycji. Podział ten utrzymał się przez dwie następne kadencje, w których SLD był albo najsilniejszą partią opozycyjną, albo głównym trzonem rządzącej opozycji. Podwójne zwycięstwo Aleksandra Kwaśniewskiego w wyborach prezydenckich lat 1995 i 2000 oznaczało, że dla wielkiej części wyborców polityczny życiorys tego polityka nie był przeszkodą w oddaniu na niego głosu.
Taki układ polityczny załamał się w 2005 roku w wyniku dotkliwej klęski wyborczej SLD. Przyczyny tej klęski były nieraz analizowane, także przeze mnie, więc nie ma sensu by do tego wracać. Nie prowadziło to jednak do zaniku „podziału postkomunistycznego”. Podział ten utrzymywał się w postaci izolowania SLD, który przez następne czternaście lat pozostawał w opozycji i nie był brany pod uwagę przy budowaniu kolejnych koalicji rządowych.
Zarazem jednak od 2005 roku coraz silniejszy był nowy podział polityczny rozrywający dotychczasowy blok antykomunistyczny. W przededniu wyborów 2005 roku dość powszechne było przekonanie, że ich wynikiem będzie powstanie koalicji PO-PiS, co stanowiłoby odzwierciedlenie „podziału postkomunistycznego”, gdyż obie te partie kierowane były ( i są) przez ludzi niegdyś aktywnych w szeregach opozycji antykomunistycznej. Dlaczego tak się nie stało?
Odpowiedź na to pytanie nie jest jednoznaczna. Sądzę, że w grę wchodziło kilka okoliczności. Pierwszą było to, że wobec wielkiego osłabienia SLD znikł jednoczący dawną opozycję czynnik walki ze wspólnym wrogiem. Drugą okolicznością było to, że wygrywając zarówno wybory parlamentarne jak i prezydenckie PiS uzyskał tak wielką przewagę na Platformą Obywatelską, że wykluczało to równorzędną, partnerską współpracę. Trzecią okolicznością były różnice programowe, co propagandziści PiS przekuli na przeciwstawienie Polski „solidarnej” Polsce „liberalnej”. Wreszcie nie bez znaczenia były ambicje osobiste przywódców, zwłaszcza Jarosława Kaczyńskiego, któremu nigdy nie układała się współpraca z niezależnymi od niego partnerami.
Konsekwencją załamania się koncepcji „PO-PISU” były długie lata wyniszczającej walki prowadzonej przez dwa ugrupowania o podobnych korzeniach historycznych. Raz jeszcze potwierdziła się prawidłowość, że najostrzejsza walka toczy się między tymi, którzy wyszli z tej samej formacji. Dotyczy to zarówno walk wyznaniowych (katolicy i protestanci, sunnici i szyici), jak i walk politycznych.
W walkach toczonych po 2005 roku między dwiema głównymi partiami polskiej prawicy SLD skazany był na rolę kibica. Jego poparcie nie było niezbędne ani jednej, ani drugiej stronie. Raz tylko SLD mógł znacząco wpłynąć na bieg wydarzeń: gdyby w 2015 roku jednoznacznie poparł Bronisława Komorowskiego. Jak wiadomo, tak się nie stało, co uważałem wtedy i nadal uważam za wielki błąd polityczny naszej formacji.
Obecne rządy PiS pogłębiły jednak podziały. Pokazały, że w grę wchodzą obecnie sprawy fundamentalne dla przyszłości Polski na dziesięciolecia: jej miejsce w Unii Europejskiej i utrzymanie zagrożonego ładu demokratycznego. Odpowiedzią na to jest powstanie Koalicji Europejskiej z partnerskim udziałem SLD. Jest to moment przełomowy – ostateczny kres „podziału postkomunistycznego” .
Chciałbym być dobrze zrozumiany. Powstanie wielkiej koalicji nie oznacza przekreślenia naszych życiorysów. My, ludzie ideowo i życiorysowo związani z PRL, nie mamy zamiaru wypierać się własnej drogi. Nieraz krytycznie ocenialiśmy własne błędy, ale mamy prawo do dumy z tego, że w trudnych warunkach podzielonego świata dobrze służyliśmy realizacji polskiego interesu narodowego. Nasi partnerzy – ludzie dawnej opozycji demokratycznej – mają oczywiste prawo do dumy ze swych życiorysów. Spotykając się dziś po tej samej stronie nowego wielkiego podziału politycznego nie zapominamy o historii, ale nie jesteśmy już jej niewolnikami. Na tym polega historyczne znaczenie dokonanego ostatnio wyboru.

Lekcja prawdziwej solidarności

Walczymy o całą oświatę. O to, żeby zawód nauczyciela, dobrze opłacany i szanowany, przyciągał najlepszych, z talentem i zapałem do pracy z młodzieżą. Żeby politycy przestali tylko w Dzień Nauczyciela przypominać sobie o tym, jak ważna jest edukacja dla każdego społeczeństwa. Gdybyśmy teraz nie podnieśli głów, za kilkanaście lat szkoły byłyby nie tylko niedofinansowane, jak teraz, ale i puste. Nikt już nie chciałby za takie pieniądze, przy takich kosztach życia być nauczycielem – tak można oddać przesłanie strajku w szkołach, który zaczął się 8 kwietnia. Wielkiego, historycznego strajku.

Wielu nauczycieli do końca wierzyło, że tego strajku nie trzeba będzie robić. W napięciu obserwowali rozmowy ostatniej szansy z rządem, z wicepremier Beatą Szydło, która skrzętnie zasłaniała znienawidzoną Annę Zalewską. Mieli nadzieję: może rząd zrozumie, że naprawdę ma do czynienia z bezprecedensową mobilizacją. To już nie kolejna demonstracja pod MEN, organizowana w sobotę, to 80 proc. publicznych szkół zdecydowanych na przerwanie zajęć, jednoznaczne wyniki referendów strajkowych: 70, 80, czasem 100 proc. za protestem. Do tego coraz więcej sygnałów, że rodzice nauczycieli rozumieją: też chcą dla swoich dzieci edukacji na wysokim poziomie i wiedzą, że taka jest możliwa przy odpowiednio dofinansowanych szkołach, z dobrze opłacanym personelem.
Ale gdy ZNP i FZZ były gotowe ustąpić, ograniczyć swoje postulaty, rząd dalej nie ustosunkowywał się do najważniejszej kwestii: podniesienia kwoty bazowej wynagrodzenia. Odpowiadał propozycjami, które tę kwestię omijają. Na koniec rzucił na stół taką, która tylko dolewa oliwy do ognia: podwyżka tak, ale etapami, do 2023 r., i za cenę zwiększenia liczby godzin przy tablicy z 18 do 22 lub 24, co niechybnie oznacza zwolnienie części pracowników szkół. Zarząd nauczycielskiej „Solidarności” podpisał porozumienie z rządem, bez najbardziej bulwersujących zapisów – ale i bez deklaracji o podwyżkach, jakich domagają się zwykli członkowie związku, zdecydowani protestować.
W efekcie 8 kwietnia zamykano nawet szkoły, które wcześniej nie były co do tego przekonane.
I już na samym początku nowe zgrzyty, które pokazują, że woli prawdziwego dialogu po stronie MEN jak nie było, tak nie ma. Po serii propagandowych materiałów TVP, w których straszono złymi i zdemoralizowanymi nauczycielami, na stronach ministerstwa pojawiło się ogłoszenie: „Każda osoba posiadająca kwalifikacje pedagogiczne może być członkiem zespołu egzaminacyjnego” i zgłaszać się do kuratoriów – do czego resort w obliczu możliwych „trudności” serdecznie zachęca. Na spektakularne zgłoszenia nie trzeba było długo czekać. W kolejce ustawili się Witold Waszczykowski (ten był nawet gotów prowadzić lekcje), Krystyna Pawłowicz i Maciej Świrski.
Sęk w tym, że – jak twierdzi już nie tylko wywrotowiec Broniarz, ale również Rzecznik Praw Obywatelskich – jest to niezgodne z Kartą Nauczyciela i prawem oświatowym. Egzaminy ósmoklasistów, gimnazjalistów i matury poprowadzić mogą nauczyciele czynni zawodowo – czyli w tym charakterze aktualnie zatrudnieni. Udział w egzaminach osób do tego nieuprawnionych może doprowadzić do unieważnienia egzaminów – uważa Adam Bodnar. To oczywiście wielka szkoda – wszystkim członkom i członkiniom rządu przydałoby się posmakowanie pracy przy tablicy od pierwszego porannego dzwonka i wejście w buty „leniuchów”, co mają „dwa miesiące wakacji” przy codziennej „pracy do 15.00”.
Drugi zgrzyt: wiceminister Kopeć ogłosił po dwunastej, że strajkuje tylko 48,5 proc. szkół w całym kraju. To dane niezgodne z prawdą – ripostuje ZNP. Udowadnia: ministerstwo poleciło kuratoriom traktować każdą szkołę, która wchodzi w skład zespołu szkół, jako byt odrębny. Tymczasem w statystykach związkowych to jedna jednostka, bo jeden jest pracodawca i jedna procedura sporu zbiorowego. 9 kwietnia Związek szacuje, że faktycznie protestuje 70 proc. szkół.

Tu nie chodzi tylko o podwyżkę

– Jeden z moich uczniów zapytał: „Czy pani już nas nie lubi? Już pani do nas nie przyjdzie? Może to przez (tu imię kolegi z klasy)? On się ostatnio źle zachowywał…”. Uczniowie nie wiedzą, co się dzieje. Staramy im się to wytłumaczyć w prosty sposób – opowiada nam Hanna Brózda, przewodnicząca komitetu strajkowego w Szkole Podstawowej nr 191 przy ul. Bokserskiej.
Rozmawiamy przy wejściu do łącznika między szkołą i salą gimnastyczną. Na ścianach dziecięce plakaty o tym, dlaczego warto uprawiać sport i zdrowo się odżywiać, dyplomy uczennicy, która odnosi sukcesy w biegach przełajowych. Dziś jednak żadne dziecko do szkoły nie przyszło. Zaraz za drzwiami na łącznik komitet strajkowy rozdaje protestacyjne plakietki i prowadzi listę strajkową. W komitecie zasiadło sześć osób, by nadzorować przebieg protestu w pełnych godzinach pracy szkoły czyli do zamknięcia świetlicy o 17.30. Ile nazwisk będzie na liście strajkowej? Prawie wszyscy, wyjątek to dwie katechetki i dwie inne nauczycielki. – Nie wnikamy, dlaczego – mówi przewodnicząca.
– Telefonowałam do innych placówek, słyszę, że decydują się na strajk i mówią „mamy 100 procent” nawet tam, gdzie w szkole działa i „Solidarność”, i ZNP – jak u nas. Solidarność zawodowa istnieje – mówi Hanna Brózda. – Mamy żal, że na konwencji PiS nikt inie wspomniał o nauczycielach. Wszystkie oczy zwrócone były w stronę prezesa PiS – ale on nie zdobył się chociaż na powiedzenie: „nauczyciele też dostaną – ale później”. Politycy mają w nosie polską edukację – gorzko konkluduje doświadczona nauczycielka języka polskiego, edukacji wczesnoszkolnej oraz etyki, a także była radna Mokotowa i przewodnicząca dzielnicowej Komisji Oświaty.
Pytamy o „deformę” minister Zalewskiej.
– Na nic nie ma czasu. Codziennie gnamy z nowym tematem, nie ma kiedy utrwalić dzieciom wiedzy czy dodatkowo coś objaśnić. Przecież nie zawsze każdy wszystko łapie w lot. Dorośli też nie są w stanie równomiernie, efektywnie pracować przez cały rok. A potem wychodzą ze szkoły i ślęczą nad pracami domowymi. A gdzie miejsce i czas na zainteresowania, pasje? Czy przy obecnym przemęczeniu dzieciaków kogokolwiek dziwi, że coraz młodsi pacjenci potrzebują pomocy psychologicznej i psychiatrycznej? Bardzo mi zależy, żeby panie to napisały – że my nie walczymy tylko o podwyżki, walczymy też o naszych uczniów, o lepszą edukację dla nich – podkreśla nauczycielka.
Bardzo zależy jej również, by zrozumiano: odejście od tablicy to nie jest łatwa decyzja. To obciążenie psychiczne, bo ci, którzy mimo wszystko są w zawodzie, kochają pracę z dziećmi, nie wyobrażają sobie, by je zawieść, skrzywdzić. Pomaga fakt, że w obliczu kolejnych obraźliwych komentarzy i pseudopropozycji naprawy oświaty ze strony rządu szkolna kadra naprawdę się zintegrowała. Zjednoczyły się starsze i młodsze nauczycielki, te doświadczone i te, które niedawno zaczęły pracę. Do tego nikt nie spodziewał się tak olbrzymiego wsparcia ze strony rodziców.
Hanna Brózda jest z tych bardziej doświadczonych nauczycielek, ale nikt nie może zarzucić jej rutyny, powielania starych schematów, niezrozumienia, że szkoła musi się zmieniać, jeśli ma naprawdę przygotować do życia.
– Dzieciaki są przeciążone wiedzą „do wkucia”, pracami domowymi. Nasz program jest przestarzały, a przez ostatnie lata pod ostatnią minister, cofnęliśmy się jeszcze bardziej – przewodnicząca komitetu znowu podkreśla, że strajkujący chcą odnowy całej oświaty, niskie płace to tylko część problemu. – Dzieci nie chcą dziś czytać tych samych lektur, które czytaliśmy my – za to z radością sięgają po „Harry’ego Pottera”, „Mikołajka”. Szkoła nie nadąża za rozwojem technologicznym. A teraz pani minister twierdzi, że przygotuje nam kolejną zmianę programu – w dwa miesiące. Tak się nie da. To wszystko wymaga czasu, konsultacji z praktykami, jeśli chcemy, aby nasza szkoła naprawdę była szkołą europejską.

Zrozumcie nas

– Pierwsza myśl po tym, kiedy usłyszałam, że nauczyciele zamierzają strajkować? Chyba złość, bo jestem ambitna, lubię się uczyć, zamierzałam wykorzystać ten kwietniowy tydzień na poprawienie ocen. No i z nauczycielami w mojej szkole nie zawsze dogadywałam się dobrze – mówi Olga, uczennica strajkującego LXXII Liceum im. Jakuba Jasińskiego na warszawskiej Pradze. – Ale potem, jak się nad tym zastanowiłam… Gdyby praca w szkole była lepiej płatna, to przychodziliby do niej ludzie naprawdę utalentowani, kreatywni, najlepsi. Nie byliby sfrustrowani, tylko dumni, że pracują z młodzieżą, robią coś ważnego i prestiżowego.
Wyrazy poparcia dla strajkujących pedagogów płyną od uczniów z całej Polski. Powstają specjalne strony na Facebooku, młodzież przychodzi do szkół z charakterystycznymi przypinkami, pisze listy poparcia. Po swojemu wspierają nawet niektórzy najmłodsi – i to nie może nie wywoływać u pedagogów uśmiechu, nawet jeśli część z nich po prostu cieszy się na nadprogramowe dni wolne.

– Pragniemy zaznaczyć, iż jesteśmy świadomi, że ta postawa nie jest wymierzona w naszą stronę, a w przyszłości będzie to lekcja postaw obywatelskich – piszą członkowie Samorządu Uczniowskiego w krakowskim gimnazjum nr 16. Zaś w Warszawie, na godzinę dwunastą 9 kwietnia, zaangażowani uczniowie planują zgromadzenie pod budynkiem MEN.
Wyrazy poparcia nauczycielom ślą też ludzie, którzy edukację szkolną już zakończyli – studenci i pracownicy różnych instytucji kultury. Banery wsparcia dla nauczycieli wiszą m.in. na warszawskim Teatrze Powszechnym, w teatrach w Szczecinie czy Toruniu zespół proponuje organizację zajęć dla dzieci, które nie mają z powodu strajku lekcji, a pod bramą UW odbywa się w środku dnia wiec solidarnościowy.
Z największą wdzięcznością, niekiedy zmieszaną z zaskoczeniem, nauczyciele przyjmują wyrazy wsparcia ze strony rodziców. Ich postawy się obawiali: czy zrozumieją, że strajk odbywa się w interesie całego społeczeństwa? Czy przeważy złość na to, że trzeba organizować opiekę dla dziecka, które normalnie poszłoby do szkoły? „Zrozumcie nas” to apel, którzy przewija się na ulotkach i plakatach ZNP.
Znajoma matka uczennicy stołecznej podstawówki nr 141 nr im. majora Sucharskiego na Pradze Południe mówi, że bez dobrej płacy dobrych nauczycieli nie będzie, więc wsparcie strajkujących powinno być w interesie nas wszystkich.
– Generalnie uważam, że osoby które spędzają z dziećmi tyle czasu co nauczyciele, powinny być najlepszymi z najlepszych, a tego nie da się osiągnąć bez dobrego wynagradzania. Żeby była pozytywna selekcja do zawodu trzeba tym ludziom zaoferować coś, co ich zmotywuje – mówi. I płynnie przechodzi do własnych doświadczeń: – Obserwuję zaangażowanie wychowawczyni mojej córki – planuje wycieczki z wyprzedzeniem, pisze do rodziców wiadomości czasem i o 22, dużo energii wkłada w przygotowanie lekcji i widać jej zaangażowanie. Wstyd mi, że tak mało zarabia za tak trudną i ważną pracę.
Nasza rozmówczyni zwraca uwagę na kwestię, która nie dla wszystkich jest oczywista: nauczyciele pracują nie tylko przy tablicy. „Panie świetliczanki” też  strajkują.
– Nauczycielki w świetlicy też mają konieczne dla tej pracy wykształcenie, studia. Po ostatnim dzwonku to one spędzają z dziećmi kolejne 5 godzin. Odrabiają z nimi lekcje, wymyślają ciekawe zajęcia, organizują wolontariat, spędzają czas po prostu. Jak zaglądam do świetlicy o 16.45, to one są w trakcie wycinania jakichś rzeczy do prac plastycznych albo „poważnych rozmów” z dziećmi. To naprawdę kupa roboty.
Najwyraźniej aż tylu zajęć na głowie nie mają katecheci. W Szkole Podstawowej nr 191 na warszawskim Mokotowie, którą odwiedziłyśmy, dwie katechetki nie podpisały listy strajkujących. W Szkole Podstawowej numer 336 im. Janka Bytnara „Rudego” ksiądz minął nas w drzwiach, uśmiechnięty od ucha do ucha. My wchodziłyśmy, on wychodził. Ze szkoły, w której – podobnie jak w sąsiednim przedszkolu – dyrektorki podjęły decyzję o zamknięciu budynku na cały dzień. Z powodu niemożności zapewnienia opieki dzieciom, czytaj: łamistrajków nie było lub było za mało.
Nauczyciele religii nie mają interesu w strajku (chociaż, trzeba przyznać, znaleźli się i tacy katecheci, którzy przerwali pracę razem z koleżankami i kolegami prowadzącymi inne przedmioty). Co prawda MEN i Episkopat nie chcą ujawnić zestawienia ich zarobków, ale w lutym Money.pl dotarł do informacji o tym, ile wynoszą ich płace w Słupsku: średnio 3700 zł brutto miesięcznie, znacznie powyżej średniej i nieco mniej niż nauczyciel dyplomowany, który ma wieloletnie doświadczenie, dziesiątki ukończonych kursów i szkoleń. Katecheci wcale nie muszą się legitymować nawet zwykłym przygotowaniem pedagogicznym.

Strajkują państwowe!

Rafał Trzaskowski pochwalił się na Twitterze, że, podobnie jak nasza rozmówczyni, mama z prawej strony Wisły, przyszedł dziś do pracy w towarzystwie syna. Staś zamiast na lekcje, powędrował do ratusza i siedział w prezydenckim fotelu.
Na co dzień Staś uczęszcza do Szkoły Podstawowej nr 16 im. Tony Halika na Kabatach na południu Warszawy. Postanowiłyśmy skierować się jego śladami, ponieważ zdradzono nam, że w tamtej podstawówce „rządzi” „Solidarność” i do ostatniej chwili obowiązywała wersja, że strajku jednak nie będzie.
Przed wejściem na boisko ośmio-, może dziewięcioletnie społeczeństwo obywatelskie złożone z trzech przedstawicieli ubranych z dżinsowe kurtki i czapki z daszkiem deliberowało, kto dziś protestuje.
– Głupi, prywatne pracują! Tylko państwowe dziś strajkują – tłumaczył koledze bardziej uświadomiony obywatel w wieku okołokomunijnym.
Na budynku powiewał jednak sztandar ZNP, nie „S”. Nauczycielki z żółtymi plakietkami wychodziły na zewnątrz „na papierosa”. Ale do szkoły nas nie wpuszczono. Nauczyciele zabarykadowali się i na wiadomość, że jesteśmy z mediów, wysłano do nas woźnego. Nie wejdziemy, nie porozmawiamy. Dlaczego? Trzeba by zapytać dyrektorkę… której akurat nie ma…
Dyrektorki nie ma
Tak samo wyglądała sytuacja w pobliskiej podstawówce im. Janka Bytnara „Rudego”, z tą różnicą, że obok flagi ZNP solidarnie powiewała ta z napisem solidarycą. Ale strajkujący nauczyciele ostatecznie do nas nie zeszli. Portier znowu tłumaczy: żeby rozmawiać, trzeba mieć zgodę dyrektorki… a tej, tak się składa, nie ma.
Przypominają nam się wszystkie wątpliwości i pytania, które padały na nauczycielskich grupach w mediach społecznościowych. Te zasadnicze: czy wolno odmówić pracy? czy nie będzie to kosztem dzieci? Potem, kiedy butna postawa rządu budziła coraz większy gniew, a ze strony rodziców i samych uczniów płynęło coraz więcej sygnałów zrozumienia, częstsze stały się wątpliwości techniczne. Jak się właściwie strajkuje – na jak długo przychodzimy do szkoły? Czy to prawda, że nie wolno logować się do elektronicznych dzienników? Co, jeśli ktoś z rodziców jednak przywiezie dziecko pod szkołę i tam je zostawi?
Niektórzy do końca zastanawiali się również, czy nie będzie represji ze strony kuratoriów i dyrektorów?
Co nam zaoferował rząd? Zwolnienia
Strach przełamał nauczyciel historii z Zespołu Szkół nr 27 przy ul. Rzymowskiego (dawnej Szkoły Rzemiosł Budowlanych nr 1) – wprawdzie nie na tyle, by nie prosić o anonimowość, jednak zgodził się z nami porozmawiać. Siadamy na pustym korytarzu: lekcji nie ma, gdyby zgłosili się uczniowie, dyrektor, który zgodnie z prawem strajkować nie może, musiałby zapewnić im jakieś zajęcia opiekuńcze. Protestuje niemalże komplet nauczycieli, niektórzy, jak nasz rozmówca, dziś nie prowadzą lekcji w tej placówce, a jutro podpiszą listę strajkową w innej szkole – żeby uskładać 18 godzin pensum, nie mają wyboru – muszą kursować między miejscami pracy. Dlatego nie mogli spokojnie słuchać ostatniej propozycji Beaty Szydło, sprowadzającej się do tego, by sami sobie sfinansowali podwyżkę.
– 24 godziny pracy przy tablicy? Poloniści i matematycy spokojnie uskładają etat w jednej szkole. Co do innych, to nie wiem, w ilu szkołach musieliby pracować. Niektórzy nauczyciele w mniejszych miejscowościach już są zatrudnieni w trzech szkołach, inaczej nie uzbierają tych 18 godzin. Co dopiero 24! Nie obyłoby się bez zwolnień – mówi. – Z drugiej strony, matematyków i fizyków w Warszawie już, z tego co wiem, brakuje. Przy takich kosztach życia, jakie są w stolicy, ludzie nie chcą iść do pracy w szkole, wiedząc, ile zarobią przez pierwsze lata, jako nauczyciele stażyści.
Uczniowie naszego rozmówcy, pierwsze i drugie klasy szkoły średniej, na razie cieszą się, że zyskali dzień wolny od lekcji. Także tutejsi maturzyści, których egzaminy tradycyjnie ruszają w maju, jeszcze nie są specjalnie zaniepokojeni perspektywą protestu w tych newralgicznych dniach. Co nie jest regułą; w innych placówkach, przyznaje mężczyzna, część uczniów jest zdezorientowana, zwłaszcza ci, którzy rozumieją, że przed przystąpieniem do egzaminu musi się odbyć klasyfikacja, a przecież strajkujący nauczyciele nie przeprowadzą rady pedagogicznej. I znowu w słowach nauczyciela przebija troska o wychowanków: nie pozwolimy, by przez nasz protest i nasze słuszne żądania ktokolwiek, zwłaszcza uczeń, został skrzywdzony, zapewnia historyk.
Nauczyciel wierzy, że decydujące będą dwa następne dni. – Liczymy na to, że rząd się ugnie w pierwszy dzień egzaminów gimnazjalnych. Ja osobiście mam nadzieję, że może nawet jutro. Pewnie w nocy, w swojej ulubionej porze – mówi. – Do tej pory kroki w tył robił tylko Związek, a musimy się spotkać w pół drogi.

Do spotkania daleko

Ale pierwszy dzień strajku kończy się – tak jak się zaczął – dwiema sprzecznymi narracjami. Nie spotkaniem, a próbą sił.
Wiceminister Kopeć: porozumienie, które podpisała tylko „Solidarność”, jest bardzo korzystne. Oznacza podwyżkę wynagrodzeń nauczycieli o 15 proc. jeszcze w tym roku.
Brakuje tylko dopowiedzenia: część z tych pieniędzy nauczyciele już dostali, bo nie chodzi o nową podwyżkę, a przyspieszenie wypłaty ostatniej transzy tej już przyklepanej. Do tego nie wiadomo, skąd budżet na rok 2019 miałby znaleźć pieniądze na podwyżkę przeznaczoną do wypłacenia w roku 2020.
Sławomir Broniarz na antenie Polsat News: nie mam tytułu do tego, by zawiesić protest. Po południu szef ZNP oznajmia, że większość nauczycieli jest zdeterminowana protestować dalej. Związek usiądzie do negocjacyjnego stołu, gdy tylko ze strony rządu padną poważne propozycje. W domyśle: nie takie, jak słowa wiceministra.
Rano 9 kwietnia na jednej z facebookowych grup nauczycielskich pada pytanie: strajkujecie? W ciągu niecałej godziny pada ponad 600 odpowiedzi: tak! I ciągle ktoś dopisuje następną.

Chwała pokonanym?

Mamy nowe kłamstwo historyczne. Kłamstwo „Okrągłego Stołu”.

Kompromis zawarty przy „Okrągłym Stole” trwale wpisuje się w polską, narodową mitologię. Dzień „Czwartego Czerwca” będzie kolejnym świętem państwowym. Filarem mitu założycielskiego III Rzeczpospolitej.
Jak każdy mit historyczny, zwykle redukowany jest do prostego komunikatu. Oto pierwszy raz w najnowszej historii doszło w Polsce do bezkrwawej rewolucji. Do zmiany totalitarnego systemu władzy na demokratyczny. W efekcie tego cudownego kompromisu źli „komuniści” oddali władzę bez walki. Bo najpierw zostali przechytrzeni przez demokratyczną opozycję, a zaraz potem odrzuceni w wyborach Czwartego Czerwca przez stojący na wysokości zadania Naród. Tak to odrodziła się wolna i niepodległa III Rzeczpospolita.
Dodatkowo zwycięski wówczas obóz „Solidarności” w akcie nadzwyczajnej łaski powstrzymał się od należnej mu zemsty. Komuniści nie zawiśli „na drzewach zamiast liści”, chociaż im się to należało. Co było jednak zdradą interesu narodowego, jak dzisiaj głoszą prawicowi politycy, i co jedynie spowolniło przyrastanie dobrobytu w odrodzonej Rzeczpospolitej.
Dlatego dzisiaj wszelkie historyczne zasługi za cud transformacji roku 1989 zbierają politycy związani z ówczesną „Solidarnością” i Komitetem Obywatelskim firmowanym przez Lecha Wałęsę. To oni w największych polskich mediach opowiadają o tamtych wydarzeniach utrwalając korzystny dla siebie mit. I chwałę swoją wiekopomną.
Głosu ówczesnej „strony partyjno-rządowej”, w polskich mediach trudno usłyszeć, choć żaden kompromis nie istnieje bez przynajmniej dwóch godzących się, równoprawnych stron.

Kłamstwo i kłamstewka

Filarami porozumienie „Okrągłego Stołu” były trzy strony. Pierwsza „partyjno-rządowa” proponowała drugiej, opozycyjnej stronie, zwanej „solidarnościową”, podzielenie się posiadaną władzą. W zamian za podzielenie się opozycji odpowiedzialnością za ciężar bolesnych dla społeczeństwa gospodarczych reform podejmowanych przez stronę rządzącą.
Bo strona „partyjno-rządowa” miała plan takich reform i do nich parła. Opozycja wyrażała na nie zgodę, stawiając swe warunki, przede wszystkim legalizacji NSZZ „Solidarność” i związanych z nią ugrupowań politycznych. Początkowo nie proponowała swoich reform, chciała przede wszystkim powrotu do stanu z roku 1981.
Dopiero rozpad ówczesnej koalicji PZPR+ZSL+SD dokonany zaraz po czerwcowych wyborach sprawił, że pozbawiony sojuszników klub parlamentarny PZPR stracił w Sejmie posiadaną większość. Wtedy to opozycyjny klub parlamentarny Komitetów Obywatelskich firmowany przez Lecha Wałęsę przejął polityczna i reformatorska inicjatywę. Przy wsparciu parlamentarzystów ZSL i SD i akceptacji frakcji PZPR powstał koalicyjny rząd „pierwszego niekomunistycznego premiera Tadeusza Mazowieckiego”. Z udziałem ministrów desygnowanych przez PZPR.
Od tego czasu parlamentarzyści PZPR popierali wszystkie najważniejsze działania rządu swego „pierwszego niekomunistycznego premiera” bez osiągania korzyści politycznych dla siebie.
Bezinteresownie, rzec można. Albo mówiąc inaczej „za frajer”.
Trzecim filarem porozumienia „Okrągłego Stołu” była hierarchia polskiego kościoła katolickiego. Przy stole pełniła rolę łącznika między obu stronami i politycznego notariusza.
Za swe usługi hierarchowie wystawili obu stronom solidne rachunki. Rząd Rakowskiego zapłacił im wielce korzystną ustawą z maja 1989 roku o relacjach państwo – kościół, gwarantującą m.in. zwrot i pozyskanie majątków dla kościoła ze skarbu państwa. Strona „solidarnościowa” odpłaciła się hierarchii powrotem religii do szkół, zakazem aborcji i konkordatem.
Dzisiaj hierarchowie kościoła katolickiego starannie i konsekwentnie wymazują ze zbiorowej pamięci swój udział w kompromisie „Okrągłego Stołu”. Nie chcą przypominać o honorariach pobranych od obu stron.
Warto przypomnieć, że ideę kompromisu „Okrągłego Stołu” i „częściowo wolnych wyborów” w dniu 4 czerwca 1989 roku zainicjowała i współtworzyła grupa reformatorów z PZPR. Ale przez wiele miesięcy czyniła to przy przeciwnych lub biernych postawach większości działaczy tej partii. Zwłaszcza średniego szczebla struktur partyjnych.
Ten historyczny kompromis to dzieło i zasługa także generała Jaruzelskiego wspieranego przez grupę oddanych mu wojskowych, „młodych sekretarzy Komitetów Wojewódzkich” i intelektualistów związanych z PZPR.
Gdyby nie ich nowatorskie myślenia, upór i zdolność poprzekonywania swych partyjnych towarzyszy oraz opozycyjnych przeciwników, to do cudu bezkrwawej transformacji pewnie by nie doszło. Zmiany były nieuchronne, ale trudno dziś stwierdzić kiedy by w Polsce nastąpiły i przede wszystkim przy jakich kosztach społecznych.
O historycznej roli ówczesnych „komuchów” dzisiaj w mediach i okolicznościowych dyskusjach zwykle nie mówi się. Czasem, półgębkiem wspomną o Aleksandrze Kwaśniewskim, poproszą go o wypowiedź.
Nie przypomina się o programowej roli „Zespołu trzech”, reformatorskich inicjatywach Stanisława Cioska, Jerzego Urbana i Władysława Pożogi. O mediacyjnych wysiłkach tego pierwszego. Rolę generała Czesława Kiszczaka współczesne media zredukowały do tabloidowej postaci podstępnego esbeka rozpijającego działaczy opozycji podczas libacji w Magdalence. Polewającego wódkę nawet świętobliwemu Lechowi Kaczyńskiemu.
O roli Andrzeja Gduli, Leszka Millera, Janusza Reykowskiego i wielu innych ówczesnych reformatorów dzisiejsi prodemokratyczni politycy i wolne polskie media nie chcą wspominać.

Klęska zaniechania

Znakomity pisarz historyczny Teodor Parnicki lubił powtarzać za Janem Dunsem Szkotem, że historię tworzą nie fakty jakie się wydarzyły naprawdę, lecz te które zostały w kronikach zapisane. I jak zapisane zostały.
Obserwując dziś medialne debaty o „Okrągłym Stole”, przygotowania do obchodów nowego święta Czwartego Czerwca, łatwo zauważyć jak polska prawica pisze nam wyłącznie swoją historię. Jak zawłaszcza historyczny kompromis „Okrągłego Stołu”. Jak redukuje rolę ówczesnych reformatorów związanych z generałem Jaruzelskim do roli poczciwych prostaczków pokornie godzących na wydany nań wyrok historii.
Widzimy jak reformatorzy z PZPR tracą swe miejsca w zapisywanej historii. Wypadają z mitu założycielskiego III Rzeczpospolitej.
Odchodzą na margines, roztopieni w masie dawnych, barbarzyńskich „komuchów”. Przez swe lenistwo intelektualne, brak solidarności grupowej, zaniechanie pisania swojej historii.

To strajk o przyszłość polskiej edukacji

Z prezesem Związku Nauczycielstwa Polskiego SŁAWOMIREM BRONIARZEM rozmawia Krzysztof Lubczyński.

MEN próbuje „obejść” zaplanowany strajk nauczycieli, który ma rozpocząć się 8 kwietnia i wprowadzić do szkół zewnętrznych egzaminatorów. Jak na to zareaguje Związek Nauczycielstwa Polskiego?
To działanie niezgodne z prawem pracy. Nie można „wypożyczać” pracownika. Przecież nauczyciel jest pracownikiem szkoły A i nie można go oddelegować do szkoły B. Na jakiej podstawie? Mobilizacja środowiska jest ogromna. Jak wynika z danych – wciąż jeszcze niepełnych, bo bez wiadomości z połowy województwa podkarpackiego – prawie 79 procent ogółu szkół w Polsce zamierza wziąć udział w strajku rozpoczynającym się 8 kwietnia br.

ZNP domaga się tysiąca złotych podwyżki dla nauczycieli i ma to być kwota dodana do pensji zasadniczej. Ze strony mediów rządowych i popierających rząd coraz częściej pojawiają się fake newsy o rzekomo wysokich zarobkach nauczycieli. Podawanie średnich zarobków jest zawodne, zatem jakiego rzędu kwot najczęściej spływają na konta nauczycieli?
W ostatnich dniach strona rządowa posługuje się kwotami średnich wynagrodzeń, by zamaskować mizerię nauczycielskich wynagrodzeń. Politycy operują tzw. średnim nauczycielskim wynagrodzeniem, które tak naprawdę istnieje tylko na papierze (nie jest to średnia znana z lekcji matematyki, tylko konstrukcja prawna). To pojęcie stworzone po to, by księgowi w gminach i powiatach mogli rozliczać się z MEN i Ministerstwem Finansów z subwencji oświatowej wypłaconej samorządom na utrzymanie szkół. Stawki te nie mają wiele wspólnego z realnymi zarobkami nauczycieli. Do średniej płacy wlicza się wszystkie dodatki nawet te przyznawane tylko jeden raz w ciągu kariery (odprawa emerytalna) np. dodatek za pełnienie funkcji kierowniczej, nagrodę jubileuszową, dodatkowe wynagrodzenie za pracę w porze nocnej. Mówiąc o zarobkach nauczycieli podajemy wynagrodzenia zasadnicze, które zaczynają się od 1834 złote netto. Doświadczony nauczyciel – dyplomowany – może liczyć na zarobki porównywalne ze stawkami kierownika sklepu.

Oświatowa „Solidarność” domaga się podwyżki o połowę mniejszej, ale w Krakowie grupa nauczycieli z tego związku podjęła okupację kuratorium i protest głodowy. Poza tym zadeklarowała niechęć do współpracy z ZNP. Jak Pan odbiera ten ruch „S”? Jako szczery, czy jako próbę „przechwycenia” protestu?
Postulaty oświatowej „Solidarności” cały czas topnieją. Władze „S” w styczniu br. żądały dwóch podwyżek po 15 procent. Teraz chcą już tylko jednej – o 10 procent. I już nie upominają się o płace pracowników szkolnej administracji i obsługi. To jest bardzo przykre patrząc na to, co dzieje się teraz w szkołach i przedszkolach. Determinacja środowiska jest ogromna. Ludzie widzą, jak zachowuje się kierownictwo oświatowej „Solidarności” i współpracują z nami. Tak się dzieje w wielu szkołach na przykład w Poznaniu, Toruniu, Chorzowie.

Kończy się referendum w sprawie strajku. Czy docierają do Pana informacje co do tego, czy jest masowe poparcie nauczycieli dla strajku?
Poparcie dla strajku jest bardzo duże. Za udziałem w strajku, było aż 91 procent szkół, w których odbyło się referendum. To oznacza, że tylko w 9 procent szkół i przedszkoli, w których przeprowadzono referendum, pracownicy nie wyrazili chęci udziału w strajku.

Propaganda rządowa przypuściła ostry personalny atak zmierzający do zdyskredytowania Pana. Media prorządowe, w tym TVP bezustannie to eksploatują. Także na łamach „Gazety Polskiej” umieszczono okładkę z personalnym atakiem na Pana…
Łatwiej atakować mnie niż nauczyciela zarabiającego 1800 złotych, bo co do tego, że zarobki nauczycieli się za niskie, wszyscy się teraz zgadzają. Nawet prawica.
Wydaje się, że jeśli nauczyciele przegrają ten strajk, to szanse na poprawę ich materialnego bytu przepadną na kilka co najmniej lat niezależnie od tego, kto będzie rządził. Co Pan o tym sądzi?
Choć zabrzmi to górnolotnie, ten protest jest tak naprawdę protestem o przyszłość edukacji w Polsce.

Dziękuję za rozmowę.

Zakaz do poprawy

Trwa dyskusja odnośnie ustawy o ograniczeniu handlu w niedzielę. Dzisiaj już wiadomo, że przeforsowana przez „Solidarność” ustawa nie spełniła żadnego z planowanych celów i nie poprawiła sytuacji na rynku pracy.

Mimo to duża część partii rządzącej wraz z podporządkowanym władzy związkiem zawodowym broni obowiązujących rozwiązań i chce je rozszerzać zgodnie z harmonogramem przyjętym przez parlament kilkanaście miesięcy temu. Dzieje się tak, chociaż dane pokazują, że ustawa nie pomaga ani pracownikom, ani klientom, ani sprzedawcom.
Po wprowadzeniu ustawy doszło do kilkuprocentowego spadku obrotów w małych sklepach, które zgodnie z ustawą są otwarte w niedzielę. Co prawda wzrosła im sprzedaż w niedziele, ale nastąpiły spadki w pozostałe dni tygodnia. Spadła też sprzedaż w hipermarketach i centrach handlowych oraz zmieniła się w nich struktura pracy. Nie funkcjonują one w większość niedziel, ale w piątki i soboty są otwarte dłużej. Umocniła się zaś pozycja dyskontów i sklepów na stacjach benzynowych, gdzie doszło do znaczącego wzrostu obrotów.
Jakie są skutki tych rozwiązań dla pracowników? Mizerne. W większości dyskontów i stacji benzynowych nie istnieją związki zawodowe, a warunki pracy pozostawiają wiele do życzenia. Zamknięcie sklepów wielkopowierzchniowych w większość niedziel nie ma pozytywnego wpływu na rynek pracy, ponieważ warunki pracy są w nich o wiele lepsze niż w innych placówkach handlowych. Jeżeli ktoś chce pracować w niedziele, zostają mu mniejsze sklepy, kawiarnie czy restauracje, gdzie etaty są znacznie rzadszym zjawiskiem niż w zamkniętych super i hipermarketach. Zmiana struktury czasu pracy w dużych sklepach również wcale nie wpłynęła dobrze na warunki zatrudnienia, ponieważ w piątki i soboty do późnych godzin wieczornych tłumy klientów robią zakupy, co w praktyce oznacza cięższą pracę dla sprzedawców.
W tym kontekście warto przypomnieć, że ustawa o handlu w niedzielę w żaden sposób nie skróciła czasu pracy w branży. Nie miała też pozytywnego wpływu na poziom płac pracowników handlu, a wręcz osłabiła presję płacową, bo doszło do osłabienia największych sklepów, gdzie związki zawodowe są najsilniejsze, a płace najwyższe.
Rząd nie uczy się też na błędach, ponieważ zmiany proponowane przez partię rządzącą nie eliminują szkodliwych zjawisk, nie poprawiają sytuacji pracowników i klientów, a mogą wręcz pogłębić istniejące problemy. Poza planowanym pełnym zakazem handlu w hipermarketach i galeriach handlowych, jedna z poprawek zakłada możliwość pracy za… darmo przez członków rodziny właściciela sklepu. „Przedsiębiorca będący osobą fizyczną, przy prowadzeniu handlu w placówce handlowej (…) może korzystać z nieodpłatnej pomocy małżonka, dzieci własnych, dzieci małżonka, dzieci przysposobionych, rodziców, macochy i ojczyma” – czytamy w jednej z propozycji poprawek do ustawy. Rząd nie dąży więc do wzrostu płac, a wręcz daje ustawowe usprawiedliwienie pracy bez wynagrodzenia.
Zamiast kolejnych nowelizacji źle przygotowanej ustawy, lepiej ją odrzucić i radykalnie podnieść wynagrodzenia za pracę w niedziele. Dotyczy to tak pracowników handlu, jak i innych branż. Wprowadzenie 2,5 razy wyższych płac za pracę w niedzielę, byłoby silnym, propracowniczym bodźcem dla całego rynku pracy, a zarazem umacniałoby firmy skłonne do podniesienia płac. Pozostałe mogłyby pozostać w niedziele zamknięte.

Jankowski zdemontowany

Po ostatnim głosowaniu radnych miasta, przedstawiciele „Solidarności” przezornie zabrali w piątek rano swojego prałata „pod pachę” i usunęli sprzed kościoła św. Brygidy. Cokół na razie pozostał pusty. – Pomnik stanie w innym miejscu, ale decyzja w sprawie terminu i lokalizacji jeszcze nie zapadła – powiedział Karol Guzikiewicz.
Przewodniczący zarządu Regionu Gdańskiego NSZZ „Solidarność” oraz szef społecznego komitetu budowy pomnika, Krzysztof Dośla, zapowiedział już wczoraj, że związkowcy z uwagi na wynik głosowania rady, sami usuną na razie pomnik swojego kapelana sprzed oczu mieszkańców. Karol Guzikiewicz był decyzją radnych oburzony. Według niego miała ona charakter polityczny.
– Stała się rzecz zła, bo nic nie zostało udowodnione. Pokazało się prawdziwe oblicze pani Dulkiewicz: z jednej strony lata w obronie konstytucji, a najważniejsze prawa obywatelskie łamie. Nie chciała poczekać na rozstrzygnięcie sądowe, siostry księdza prałata są obarczone tym oszczerstwem – powiedział mediom, komentując demontaż monumentu. – Stąd teraz ta inicjatywa, żeby pomnik nie został uszkodzony. Ten pomnik na pewno wróci, być może na terenie koło kościoła św. Brygidy, ale na to musi być zgoda arcybiskupa…
Guzikiewicz zapowiedział również represje wobec tych działaczy, którzy poparli wniosek o rozbiórkę pomnika na obchodach rocznicy Grudnia’70 i Sierpnia’80 w Gdańsku. „Zdeptali symbole” – nie ma wątpliwości związkowiec. Niniejszym zakazał im wstępu do kościoła. Stwierdził też, że grupa radnych PiS niejako w odwecie będzie chciała odebrać tytuł honorowego mieszkańca Gdańska Günterowi Grassowi.
– Pani Dulkiewicz będzie miała teraz egzamin z polskości. Czy Guenter Grass – esesmam, który służył z własnej woli w Waffen SS – zasługuje na honorowe obywatelstwo, bo Polak Henryk Jankowski nie zasługiwał – zapowiedział buńczucznie Guzikiewicz.

Pani minister nie wie, co to dialog

„Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego – mówi Kamili Terpiał (wiadomo.co) Sławomir Broniarz, prezes Związku Nauczycielstwa Polskiego.

PO: Gdzie są pieniądze dla nauczycieli?
– Rodzice i nauczyciele są zaniepokojeni tym, że w sobotę nie padła żadna propozycja dla nauczycieli. Czekamy zatem na konkretne, realne decyzje rządu i na to, aby nauczyciele otrzymali podwyżki, aby poprawiła się ich sytuacja finansowa. Uniki minister Anny Zalewskiej i brak dialogu powodują, że sytuacja jest coraz bardziej napięta. Najpilniejszy problem to zapobiec strajkowi nauczycieli i to jest odpowiedzialność rządu – mówiła na konferencji prasowej była minister edukacji narodowej Krystyna Szumilas z PO.
Posłowie opozycji żądają od premiera Mateusza Morawieckiego, aby spotkał się z przedstawicielami wszystkich związków zawodowych i rozwiązał problem podwyżek dla nauczycieli. – PiS w tej sprawie zachowuje się nie jak partia rządząca, tylko jak ludzie owładnięci żądzą rządzenia, myślą tylko o tym, jak wygrać wybory – dodaje poseł PO Rafał Grupiński.
Przypominają, że w miniony piątek na ich wniosek zwołane zostało specjalne posiedzenie sejmowej komisji edukacji, nauki i młodzieży, na której poruszony został temat podwyżek dla nauczycieli, ale bezskutecznie.
– Pani minister Anna Zalewska nie zdaje sobie sprawy z sytuacji, w którą nas wszystkich wpycha, a przede wszystkim nauczycieli. Minister Zalewska, mimo iż patrzy w kierunku Brukseli, powinna spojrzeć na to, co po sobie zostawia. Nie bierze pod uwagę tego, że chcemy pomóc. Zaproponowaliśmy poprawkę do budżetu, która miała pomóc samorządom w złagodzeniu skutków podwójnego rocznika oraz przeznaczała 2 mld zł na podwyżki dla nauczycieli. W budżecie zaproponowanym przez PiS nie ma żadnych dodatkowych pieniędzy na ten cel – oburza się posłanka Urszula Augustyn, była wiceminister edukacji.

PSL składa projekt ustawy zakładający 1000 złotych podwyżki
– Rząd chciał stworzyć wrażenie, że dba o wszystkich Polaków, niestety tak nie jest. Jest wiele grup społecznych, zawodowych, które od wielu miesięcy protestują, domagają się podwyżek, lepszego traktowania, prawdziwej rozmowy. Ich postulaty nie zostały uwzględnione w propozycjach rządowych – mówił w Sejmie prezes PSL.
Dlatego zaprezentował projekt ustawy podnoszący wynagrodzenia dla nauczycieli. – To grupa zawodowa, która od wielu miesięcy walczy o lepszą jakość nauczania w Polsce, o to, żeby dzieciaki miały lepszy dostęp do wiedzy, żeby ta wiedza była jak najstaranniej przekazywana, żeby była nie tylko edukacja, ale i wychowanie w szkole. Walczą o to, żeby rodzice byli spokojni o przyszłość swoich dzieci i oczywiście o to, żeby warunki pracy nauczycieli były jak najgodniejsze – tłumaczył Władysław Kosiniak-Kamysz.
Projekt zgłoszony przez ludowców zakłada podwyżkę dla wszystkich nauczycieli: stażystów, dyplomowanych i mianowanych o 1000 złotych.

Broniarz: Nastroje są bojowe

KAMILA TERPIAŁ: Ostatnie obietnice PiS przelały czarę goryczy? Jest pan wkurzony na rząd?
SŁAWOMIR BRONIARZ: To budzi we mnie ogromną irytację. Jest rzeczą niedopuszczalną, że nagle dowiadujemy się, że są ogromne pieniądze, choć budżet jest już zamknięty.

Wiele razy nauczyciele słyszeli, że nie ma pieniędzy na podwyżki. Czuje się pan oszukany?
Tak. Od dawna byliśmy informowani, że rząd stać najwyżej na 100 złotych podwyżki. Tak samo, jak państwa nie stać na 500 złotych dodatku dla niepełnosprawnych i ich opiekunów. Politycy PiS-u prosto w twarz byli w stanie mówić, że nie ma pieniędzy. To straszne. Potem nagle okazało się, że PiS, jak królik z kapelusza, wyciąga 40 miliardów złotych. Zirytowany jestem nie tylko ja, ale większość środowiska nauczycielskiego. Myślę, że przelała się taka dawka emocji, jak po stu spotkaniach związkowych i objeździe całej Polski. Nastroje są bojowe.
Oliwy do ognia dolewa fakt, że znika jakikolwiek dialog związkowy, a zastępuje go rozmowa rządu z „Solidarnością”. Centrum dyskusji przeniosło się na ulicę Nowogrodzką. Tylko patrzeć, jak rząd będzie reaktywował Centralną Radę Związków Zawodowych, na której czele stanie Duda. To też budzi niepokój, bo do tej pory wydawało się, że jednak pewne normy cywilizowanej debaty, a przynajmniej jej pozory będą obowiązywały.

Minister edukacji przekonuje, że od początku robi, co może, i dlatego nauczyciele dostali od stycznia podwyżki.
Mówimy nie tylko o podwyżkach, ale także o braku jakiejkolwiek wizji, która pokazywałaby, że edukacja jest w stanie sprostać oczekiwaniom XXI wieku. Gdyby nie nauczyciele i ich kolosalny wysiłek, to wszystko, co minister edukacji wygenerowała w ciągu ostatnich 3 lat, zniszczyłoby doszczętnie polską szkołę. Tylko nauczycielom zawdzięczamy to, że nie doszło do najgorszego. Za to wszystko proponuje się nam podwyżkę w wysokości od 83 do 115 złotych netto i przekonuje, że więcej nie ma. Poza tym ta podwyżka została nam narzucona, nie była przedmiotem żadnej dyskusji i negocjacji. Minister przyszła na spotkanie tylko po to, aby zakomunikować, że jest tyle i więcej nie będzie.
Pani minister nie wie, co to jest dialog. Nie ukrywam mojego wielkiego rozgoryczenia i rozczarowania.

Strajk jest właściwie przesądzony?
Rozpoczynamy referendum, które będziemy chcieli zakończyć maksymalnie 22 marca, po to, aby przygotować sam strajk. Cieszymy się, że do strajkujących nauczycieli i członków ZNP coraz liczniej dołączają przedstawiciele „Solidarności”. Przed chwilą na Twitterze przeczytałem wpis jednego z członków „S”, który twierdzi, że nie obchodzi go stanowisko jego kierownictwa, za to popiera nasze działania i postulaty.

Czyli strajk odbędzie się już na początku kwietnia, podczas egzaminów gimnazjalnych i ośmioklasisty?
Ta decyzja zostanie zakomunikowana 5 marca. Musi się pani uzbroić w cierpliwość.

Nie tylko ja. Nie boi się pan gniewu rodziców?
Poziom niezadowolenia rodziców oczywiście bierzemy pod uwagę. Ale powtarzam wszem i wobec, że nie mamy innej możliwości, chociaż będziemy starali się przeprowadzić to jak najbardziej bezboleśnie. Większą szkodą dla dzieci jest petryfikowanie tego stanu rzeczy – uczą nas nauczyciele, których udajemy, że wynagradzamy, i którym proponujemy 1850 złotych miesięcznie. Jeżeli taka sytuacja się utrzyma, to we wrześniu do szkoły przyjdzie nieliczna grupa nauczycieli, których ta kwota zadowala. Inni będą po prostu szukać pracy w innych zawodach. Dlatego tłumaczymy rodzicom, że to wbrew pozorom leży w interesie ucznia i przyszłych pokoleń. Powinniśmy zrobić wszystko, aby nauczyciele nie byli zmuszani do pracy za najniższe wynagrodzenie w kraju.
Cieszymy się, że w Europie jest Bułgaria i Rumunia, bo inaczej bylibyśmy na szarym końcu, a tak zajmujemy zaszczytne trzecie miejsce od końca.

Domagacie się podwyżki w wysokości 1000 zł. Ile w sumie to kosztowałoby budżet państwa?
Mamy 700 tysięcy nauczycieli, naszym zdaniem zmieścilibyśmy się w kwocie do 10 miliardów złotych. Nieprawdą są wyliczenia ministerstwa edukacji, które mówi o około 17 miliardach. To są astronomiczne pieniądze. Ale moje podejście zmieniło się, gdy usłyszałem, że nagle rząd jest w stanie dać 11 miliardów złotych emerytom, przy całym szacunku dla dorobku tej grupy. Premier rozbudził takie emocje i nadzieje, że puściły wszelkie ograniczenia. Przypominam, że płaca nauczyciela dyplomowanego od 1 stycznia wynosi niecałe 2500 tysiąca złotych netto. Rodzina młodych nauczycieli z dwójką dzieci, którzy zarabiają po 1850 złotych po podwyżce, żyje na poziomie poniżej minimum socjalnego.

Poseł PiS apeluje do rodziców do pozywania ZNP za „utracone szanse uczniów”. Słyszał pan o tym?
Wiedza nie boli, ale brak wiedzy już tak. Panu posłowi, który rozpowszechnia te nieprawdziwe wiadomości, polecam lekturę ekspertyz prawnych. Nie ma takiej możliwości. Stroną może być ministerstwo edukacji i Centralna Komisja Egzaminacyjna, a nie nauczyciel.
Zbliżają się egzaminy i przypominam wszystkim, że aby się odbyły, potrzebny jest nie tylko uczeń i nauczyciel, ale także egzaminator, który je sprawdzi. Minister edukacji zepchnęła to na bok, trochę podwyższyła stawki za taką pracę, ale większość i tak nie zamierza się za takie pieniądze angażować.
To jest zresztą kolejny problem.

Groźba strajku może doprowadzić do tego, że i dla nauczycieli pieniądze się znajdą?
Walczymy nie tylko o pieniądze, ale o to, aby edukacja była postrzegana nie jako zło konieczne i dziura budżetowa, tylko jako element prorozwojowy, decydujący o przyszłości tego kraju. Jeżeli mamy być Europejczykami także w zakresie płacowym – tak twierdzi przecież premier Mateusz Morawiecki – to chcemy zarabiać tak jak zarabiają Europejczycy. A płace nauczycieli w tej chwili wynoszą 50 proc. tego, co jest w krajach UE. To przepaść.

Odetchnął pan z ulgą po informacji, że Anna Zalewska będzie kandydowała w wyborach do Parlamentu Europejskiego?
Wcześniej pani minister twierdziła, że nie będzie kandydować w tych wyborach, bo musi dokończyć swoją reformę. Przykre jest też to, z jakimi wartościami występuje – neguje dialog, nie szanuje partnerów, nie wie, co to kompromis.
Jest osobą, która ma problem ze zdefiniowaniem wartości, które decydują o funkcjonowaniu UE.

To ucieczka?
Złoty spadochron, który partia zafundowała pani minister, ma chyba służyć do pozbycia się jej z Polski, po to, aby wyciszyć awanturę, która toczy i będzie się toczyć wokół edukacji. W trakcie wyborów europejskich 720 tysięcy uczniów będzie biegało od komputera do komputera albo od szkoły do szkoły, aby znaleźć sobie miejsce w szkole ponadgimnazjalnej. To jest efekt tego, że w 2016 roku minister Zalewskiej zabrakło wiedzy i wyobraźni, na pierwszym planie była dyspozycja polityczna. Powiem szczerze, że wolałbym, aby takie osoby nie reprezentowały Polski na forum Parlamentu Europejskiego.

Spotkanie Trzech – zmarnowana szansa (Część I)

Jako inicjator i gospodarz spotkania przedstawiłem obszernie ocenę sytuacji. Była to ocena gorzka. Lech Wałęsa podzielił te niepokoje. Choć przyczyny, adresatów zagrożeń widział głównie w obszarze władzy. Prymas z właściwym sobie spokojem próbował równoważyć argumenty. Kluczowy temat – poszukiwanie, znalezienie płaszczyzny, na której można byłoby na zasadach autentycznego partnerstwa współdziałać, budować porozumienie w sprawach zasadniczych dla kraju. Jako organizacyjna formuła – Rada Porozumienia Narodowego, a w przyszłości również Front Porozumienia. Prymas przyjął ten kierunek z pełną aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę… A więc droga otwarta. Zaproponowałem też pilne powołanie komisji, grupy inicjatywnej, która przedstawiłaby odpowiednie propozycje co do składu Rady oraz ewentualnych dalszych działań. Chodziło mi o to, aby „kuć żelazo póki gorące”.

gen. Wojciech Jaruzelski („Przegląd” z 6 listopada, 2000 r.)

Zwróćcie Państwo Czytelnicy uwagę – Rada Porozumienia Narodowego! „Prymas przyjął ten kierunek z aprobatą… Przewodniczący Solidarności z mniejszym zapałem, ale też wyraził zgodę … A więc droga otwarta”. Pytania nasuwają się same – dlaczego nie powstała ta Rada, kto lub co stanęło na przeszkodzie, jak zachowywali się nasi sąsiedzi – ze Wschodu i Zachodu. Jakie były skutki, następstwa tej, zmarnowanej szansy. Kto za nią odpowiada. Warto postawić jeszcze jedno pytanie – od tej inicjatywy minęło już 38 lat, czy wszystkie niuanse i wątpliwości zostały wyjaśnione?

Myśli o Radzie…

W poprzednim tekście („Początek drogi” („DT”, 15-17 lutego, 2019 r.) zawarłem sugestię, iż Spotkanie Trzech wymaga odrębnego omówienia. Pisałem, iż słowo „porozumienia” zostało zawarte w nazwie „Protokołu” z 31 sierpnia 1980 r. Po blisko 40 latach nasuwa się pytanie – czy było to słowo-ozdobnik? Czy wówczas i dziś należy go odczytywać tylko jako „zwykły” warunek realizacji podpisanych 21 postulatów? Zastanówcie się Państwo-czy „porozumienie” obowiązywać miało tylko stronę rządową, a Solidarność uzyskała „wolną rękę” w swoim postępowaniu? „Nowy” premier, gen. Wojciech Jaruzelski w exposé akcentował konieczność „atmosfery spokoju społecznego… konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił… Czas ten (apel o 90 dni – moje, GZ) pragniemy uczynić okresem szerokiego dialogu społecznego”. Jaki ten „spokój” był od lutego do grudnia 1981 r., „jak rozumiano” w Kierownictwie Solidarności „porozumienie” – pisałem w „Początku drogi”.
Bez obawy o uchybienie prawdzie, można powiedzieć, iż dążenie władzy i Kościoła, głównie obu Prymasów Polski (kard. Stefana Wyszyńskiego, abp Józefa Glempa) i Episkopatu do uzyskania obustronnego porozumienia trwało przez cały 1981 r., praktyczne efekty okazały się nikłe. Uprawnione jest więc pytanie – kiedy pojawiła się myśl o Radzie Porozumienia Narodowego? Rozmawiając kilka razy – głównie podczas przygotowywania mowy obrończej przed Sądem, gen. Wojciech Jaruzelski, nie był w stanie podać dokładnej daty. Może ktoś – po latach – uznać to za formę wykrętu. Nic podobnego. Proszę wziąć pod uwagę, iż bieżące sprawy, głównie strajki i ich zagraniczne echa nieustannie od kilku miesięcy były na uwadze rządu. Różne oceny, wnioski były zgłaszane przez członków rządu: Stanisława Cioska – ministra ds. związków zawodowych, gen. Czesława Kiszczaka – dysponował bieżącą „wiedzą tajemną”, rzecznika rządu, Jerzego Urbana – mającego bieżącą, „krajową i zagraniczną wiedzę prasową”, przewodniczących Komisji (pisałem wcześniej), którzy do pewnego stopnia pełnili rolę „straży pożarnej”, gasząc wciąż powstające strajki. Taki szczegół: wicepremier Janusz Obodowski negocjował z NSZZ Solidarności kolejarzy, by nie podejmowali strajku, argumentując gospodarczymi i społecznymi skutkami. Wszystko – jak mi mówił – było „dogadane”. Późnym wieczorem zadzwonił przewodniczący związku kolejarzy – skruszonym głosem prosił, błagał, by go premier zrozumiał. „Co się stało? – pyta. Otóż otrzymał polecenie z Gdańska, że mają strajkować, bo jeszcze dotąd tego nie robili. Zaklinał się, że jak „najłagodniej” zastrajkują. Co Państwo o tym myślicie? Taka obserwacja sprzed kilku dni – TVP pokazywała Bogdana Lisa, w związku z akcją wokół Centrum Solidarności. Tenże Pan, w relacji z 1 stycznia 1984 r. (książka pt. „Konspira”), pisze – „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec 1981 r., widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Chcielibyście wtedy Państwo być na „rządowym stanowisku” i prowadzić negocjacje ze strajkującymi zakładami pracy? Przenieście się więc myślą i wyobraźnią w tamten „romantyczny czas”, zachęcam do „historycznego relaksu”. Życzę dobrego samopoczucia.
Opierając się na pamięci Generała, znanych członków władz i dostępnych materiałach źródłowych, można wiarygodnie stwierdzić, że idea porozumienia narodowego-pisałem wyżej, pojawiła się w sierpniu 1980 r. (porozumienia) i w lutym 1981 r. (exposé premiera). Na swój sposób „żyła” w różnych działaniach władzy i Kościoła, czym swoiście „dokuczała” kierownictwu Solidarności. Zaś koncepcja Rady kształtowana była po IX Zjeździe Partii (lipiec 1981 r.), zgłoszona przez premiera, przedstawiającego delegatom stan państwa, w tym realizację idei porozumienia narodowego. Stąd można wnioskować, że była dyskutowana, „obgadywana” od lipca, a szczególnie we wrześniu – październiku. Krótko mówiąc – nie sposób podać dokładnej daty, był to proces kształtowania zarysu kompetencji, roli w bieżącej, gorącej atmosferze, choć jesień i zbliżała się mroźna zima.

Dylematy i koncepcja Rady

Dylemat – problem: jak z tej pętli: Solidarność – strajki-władza – „obserwacja zagranicy” wyjść? Szukanie rozsądnego rozwiązania było kwestią nadrzędną (podczas jednej z rozmów Generał powiedział: „sprawą narodową, sprawą życia i śmierci”), choć takich określeń nie zamierzał używać przed Sądem („są zbyt patetyczne, mogą być odebrane pokrętnie, zostawmy to na późniejszy czas” – mówił). Ścierały się różne poglądy i opcje, nawet przeciwstawne, choćby takie: Zbyt duże uprawnienia tej Rady, będą dublować lub ograniczać zadania już wspomnianych Komisji, po co takie ciało? Czy jako organ pomiędzy rządem a Komisjami – przecież na ich czele stali wicepremierzy – więc po co? Nadać Radzie kompetencje polityczne – jaki zakres i usytuowanie, np. pomiędzy Sejmem a rządem? Tu pojawiała się kwestia składu Rady, na co wyczulone były stronnictwa polityczne. Warto byłoby zapytać o tamtą atmosferę, o owe wizje wyjścia z sytuacji Panów Profesorów: Józefa Kozioła (b. ZSL), Józefa Musioła, wówczas wiceministra sprawiedliwości (b. SD). A związki branżowe, liczebnie mniejsze i nie wchodzące w skład Solidarności – także sygnalizowały potrzebę „widzenia ich”, nie tylko jako „teoretyczny dowód”, ale realny fakt w pluralizmie związkowym, który rząd wciąż urzeczywistniał. „Szło to jak po przysłowiowej grudzie” – z goryczą mówił Generał. Solidarność patronowała związkom przez siebie inicjowanym, np. twórczym, do tego krytycznym wobec władzy i dyskretnie popieranym przez Kościół. Inne były opluwane, jako „komusze”. Czy Państwo o „statecznym wieku” tego nie pamiętają, jakie stąd wnioski na dziś i jutro?
Kolejny dylemat – czynić z Rady organ doradczy o perspektywicznym znaczeniu, „ubrany” we wzniosłe określenia? To fasada, nikt tego nie przyjmie, a stanie się „źródłem” krytyki Solidarności, która na władzy nie zostawiała przysłowiowej „suchej nitki”. Co więcej – od miesięcy wiadomo, iż Solidarność lekceważy „innych”, tzn. ZSL, SD, związki katolickie, wobec niej często i słusznie krytyczne. (Wałęsa wyrażał się o nich jako o „hodowcach kanarków”). Może zechce rozmawiać z rządem, ale sama, z udziałem Kościoła, który ją osłaniał i wspierał. PZPR też – krytycznie patrzyła na Kościół, co wiernym przypominają biskupi, – temat wciąż aktualny! Jak mówił Generał: „Kościół był przeciwnikiem, ale i zwolennikiem” Znajdźcie Państwo z tego „salomonowe” wyjście!

Właśnie Kościół

Generał i krąg najbliższych osób, „postawili” na Kościół, jako siłę moralną i autorytet mogący przekonać Solidarność do – nie wiadomo, który już raz – rzeczowych rozmów. Stąd 14 października 1981 r. Józef Czyrek, szef MSZ składa wizytę w Watykanie. Rozmawia z Janem Pawłem II. Obok zapoznania Papieża z aktualną sytuacją w kraju, mówi o pomyśle Rady Porozumienia Narodowego (RPN). Jej pomysł był „konkretem” na tyle zachęcającym, by Papież angażował swój autorytet, „młodego” Prymasa i Kościoła. Nie mogła to był „idea mglista” czy „zbiór życzeń”, jak próbują od lat dowodzić „znawcy”. Była to więc racjonalna myśl! Przecież „zgoda” Kościoła na przekonanie Solidarności, Wałęsy do udziału w Radzie, to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy. W tym momencie to swoisty „pstryczek”, afront dla Solidarności, którą Kościół od początku popiera, ochrania, czasami hołubi To jest cel główny wizyty! – pozyskać dla niej poparcie, „błogosławieństwo” Papieża, jak pisze Generał. Nie chodzi tu o formalne uznanie, ma mieć praktyczny, konkretny wymiar, tj. działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Józefa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Co dalej?
21 października Generał (od 3 dni I Sekretarz KC), rozmawia z Prymasem. Po rozmowie Józefa Czyrka z Papieżem, rozmówcy są przygotowani na wyjaśnienie sobie różnych wątpliwości, obaw, itp. Efekt – Prymas zgadza się rozmawiać i przekonać Wałęsę do spotkania. Podczas spotkania – odnosząc się do sytuacji w kraju oraz do wypowiadanych ocen, zgłasza do grupy inicjatywnej Andrzeja Micewskiego. Z myślą o Radzie, jej statusie i programie, proponuje: Stanisława Stommę, Andrzeja Wielowieyskiego, Stefana Sawickiego, Michała Pietrzaka i Jerzego Turowicza. Podając te nazwiska, z uznaniem należy ocenić, że Prymas „wyszedł przed szereg”, dalej nawet niż władza. Są więc podstawy, by widzieć tu znaczącą rolę Papieża. Czy po blisko 40 latach nie dostrzegacie Państwo złożoności tej sytuacji? Proszę zauważyć – z jednej strony „beton w łonie władzy”, przeciwny rozmowom z Kościołem. Zaś po stronie Kościoła – oględnie mówiąc – duża ostrożność w „paktowaniu z diabłem”– czytaj: władzą! Łatwo się pogubić i popełnić błąd w ocenach.

Z czym na Spotkanie…

Wracam do zasadniczej kwestii – z czym władza, a z czym Solidarność przyszły na spotkanie w dniu 4 listopada 1981 r.?
Generał – w imieniu władzy – przedstawił koncepcję Rady Porozumienia Narodowego (RPN) oraz komisji, grupy inicjatywnej, mającej przygotować jej działanie. Ta koncepcja była od kilku dni znana: 21 października poznał ja prymas Polski w rozmowie prywatnej z Generałem, a 30 października przedstawił ją na forum Sejmu, gdzie m.in. oświadczył: „Proponuję powołanie RPN, która jak najszybciej przystąpiłaby do rozpatrzenia i uzgodnienia programu frontu – jego roli, struktury i zasad działania w życiu polityczno-społecznym. Zapraszam do udziału w tej Radzie Zjednoczone Stronnictwo Ludowe i Stronnictwo Demokratyczne, związki zawodowe, organizacje społeczne, naukowe i twórcze. Zwrócę się do obywateli cieszących się w społeczeństwie wysokim autorytetem, o udział w pracach Rady. Liczę na poparcie tej inicjatywy ze strony kierownictwa Kościoła. Kraj nasz możemy ratować i wyprowadzać z kryzysu przez wspólne działanie”. Kościół wyraził aprobatę i poparcie, podobnie Sejm. Podczas spotkania, które przeszło do historii jako „Spotkanie Trzech”, Generał wyeksponował rolę Rady jako „poważnej, reprezentatywnej instytucji społeczno – politycznej. Na jej forum byłby prowadzony niczym nie skrępowany dialog, poszukiwano by rozwiązań odpowiadających wyzwaniom czasu. Rada będzie ciałem opiniodawczym, wyposażonym jednak w inicjatywę ustawodawczą”.
Prerogatywy Rady wymagały uzgodnienia nie tylko jej składu personalnego, ale i społeczno-zawodowego, właśnie z myślą o możliwie szerokiej reprezentacji społeczeństwa. Stąd propozycja powołania grupy, komisji inicjatywnej. Generał zaproponował, by składała się z 7 osób, po jednej z: PZPR (Kazimierz Barcikowski), ZSL, SD, Solidarności, związków branżowych, środowisk twórczych oraz Kościoła (bp Bronisław Dąbrowski). Przyglądając się tej propozycji, można zauważyć zarys przewagi liczebnej na korzyść Solidarności. Stronę rządową, władzy reprezentowaliby przedstawiciele: PZPR, ZSL i SD – w sumie 3 osoby. Zaś Solidarność – jej przedstawiciele, środowisk twórczych oraz Kościoła, który od początku był duchowym opiekunem, moralnie wspierał i bronił ją, starał się patrzeć realistycznie na ówczesną rzeczywistość. Często napominał, przestrzegał jej działaczy przed pochopnymi zachowaniami i czynami. Tu zachęcam Państwa do sięgnięcia po odpowiednie rozdziały w książce Generała „Pod prąd”. Pozostają związki branżowe. Mogły wówczas – obok Kościoła – pełnić rolę przysłowiowego języczka u wagi. Nie twierdzę, że zawsze opowiadałyby się za władzą. Panująca niemal wszechobecna krytyka jej działania, różne błędy i zaniedbania, głównie ogniw terenowych, nie oddziaływały zachęcająco.
Koncepcja Rady: pole do dyskusji, do wymiany poglądów, możliwość „niczym nie skrępowanej dyskusji” oraz posiadanie „inicjatywy ustawodawczej” to dobrze czy nie, to dużo czy mało? Oczywiście, jedni powiedzą, że mało, nic, inni, że to „coś” godne uwagi. Wyraźnie opowiadam się za tym „coś”. Dlaczego? Bo skonkretyzowane, określone różnymi ramami propozycje padały i były podejmowane w pracach wspomnianych komitetów – nie oceniam z jakim skutkiem. W koncepcji Rady chodziło o podejmowanie nie tylko spraw, problemów i dolegliwości codziennych, ale o szersze aspekty, spojrzenie przyszłościowe, w tym na uwarunkowania międzynarodowe. Stąd właśnie projekcja wyposażenia Rady w inicjatywę ustawodawczą. Nie zapominajmy, kto mocą ówczesnej Konstytucji taką inicjatywą dysponował (Sejm, rząd). Przecież Rada byłaby ciałem pozakonstytucyjnym, nie spotykanym w bloku socjalistycznym. To odniesienie wyraźnie podkreślam, gdyż wielu historyków i polityków w ogóle nie dostrzega różnorakich uwarunkowań zewnętrznych, albo taktuje je wybiórczo, niemal koniunkturalnie.
Inicjatywa ustawodawcza Rady pozwalała Solidarności, tworzącym ją związkom zawodowym, na przedkładanie Sejmowi projektów różnych ustaw reformujących gospodarkę i życie społeczne kraju, włącznie z nowelizacją Konstytucji i ordynacji wyborczej. Na owe czasy była to niebagatelna nowość! Rada z takimi kompetencjami byłaby ważnym czynnikiem, argumentem w ręku związków zawodowych. Poprzez uczestnictwo w pracach Rady, jako główna siła opozycyjna, stałaby się faktycznym podmiotem życia publicznego. Solidarność byłaby pierwszą, oficjalną opozycją polityczną w bloku socjalistycznym. Nikt rozsądny nie zaprzeczy, że postrzeganie jej jako siły destrukcyjnej, „kontrrewolucyjnej” utraciłoby taką wymowę i znaczenie. Nasi sąsiedzi taką „polską rzeczywistość” – zapewne nie bez obaw i najgorszych podejrzeń – musieliby przyjąć za fakt! Chyba, że sami zdecydowaliby się na „inne rozwiązanie”. Dlaczego więc ideę porozumienia i Spotkanie Trzech, wciąż skrywa całun milczenia, skoro taka wiadomość w społeczeństwie uzyskała 77 proc. poparcia? A czy dziś, po 30 latach transformacji ustrojowej, Rada z podobnymi kompetencjami nie byłaby ważnym krokiem, czynnikiem na drodze pogłębiania demokratycznych norm życia publicznego? Pytanie – kto taką inicjatywę zgłosi i zaakceptuje.
Lech Wałęsa, podczas spotkania po Spotkaniu mówił tak: „W dniu 4 listopada spotkaliśmy się w gmachu rządowym przy ulicy Parkowej w Warszawie. Rozmowa trwała około godziny, a jej jedynym tematem była propozycja porozumienia, przygotowana przez stronę partyjno-rządową. Każdy z nas przedstawił swoje stanowisko. Dużo było mowy, pretensji do siebie, o to co złego się dzieje w kraju. Powiedziałem, że władza nie robi tego, co ustalone, że związek ma dobre rady, że coś z tym trzeba zrobić, strajki trzeba przerwać, że kompromis potrzebny. Na to była zgoda, tylko jak to zrobić. Premier mówił o jakiejś komisji czy grupie, zgłosił nawet swojego reprezentanta. Prymas też zgłosił księdza biskupa Bronisława Dąbrowskiego, widziałem, że zgadza się, ale ja się wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się. Wtedy premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący. Moim zdaniem był na podsłuchu, już w zasadzie prawie się nie odzywał. Zrozumiałem wówczas, że to koniec rozmów z nami. Zastanawiałem się, co dalej, czując, że nieuchronnie zbliża się czarne widmo. Nie wiem, czy gdyby były dalej rozmowy, to coś by pomogły, bo za dużo było różnic, może trzeba było sprawdzić władze, może Kościół by pomógł”. Przeczytajcie Państwo jeszcze raz! Zwróćcie uwagę – „dużo było pretensji do siebie”; „wstrzymałem, bo nie chciałem ryzykować, wiązać się”; „premier powiedział, że bez tego nic nie będzie, zrobił się milczący”. Bo między bajki można włożyć wymysł z „podsłuchem”. Czy dziś, zapomniana już ocena o. Ludwika Wiśniewskiego – „Udomowiliśmy nienawiść i pogardę” – z historycznego dystansu nie skłania do refleksji, opamiętania w podejrzliwości, wyciągnięcia logicznych wniosków?

Zachodnia prasa przed i po Spotkaniu

„Le Monde” z 1 listopada: „Polsce grozi anarchia w dosłownym znaczeniu”. Wysłannik „L’ Humanite” cytował Bronisława Geremka, który oświadczył: „Szanse osiągnięcia porozumienia nadal istnieją, ale jeśli do niego dojdzie, to w tym miesiącu. Potem będzie za późno” (1 listopada). Nazajutrz gazeta napisała, że najbliższe dni pozwolą ocenić wynik polityki otwarcia zaprezentowanej Sejmowi przez gen. Jaruzelskiego. Podstawowym założeniem tej polityki jest oferta współpracy złożona Solidarności. Zdaniem korespondenta „Le Matin” Wałęsa i jego Prezydium nie mają już tyle siły, żeby zatrzymać dziki ruch bazy. Obecnie wszystko zależy od regionalnych kierownictw związku, które robią, co mogą, by umocnić naruszoną jedność. Ale wyłom już uczyniono. 3-4 listopada, w sytuacji bardzo napiętej, obradowała Komisja Krajowa NSZZ „Solidarność”, która po raz kolejny zwróciła się do związkowców o przerwanie akcji protestacyjnych, jako że stan napięcia i dzikie strajki trwały nadal w wielu regionach kraju. Korespondent „Le Monde” doliczył się 65 konfliktów lokalnych i, jak ocenił, „wystarczy dmuchnąć, by połowa kraju zapłonęła, a Polska pogrążyła się w chaosie”.
„Les Echos”: „Solidarność płaci wyraźnym zmniejszeniem panowania nad bazą za swoje „ekscesy” i „nieustępliwość”, przywódcy związkowi zaczynają się liczyć z narastającym krytycyzmem przeciwko Solidarności. Daje o sobie znać „młodzieńczy błąd związku, który koncentruje się raczej na sprawach ideologicznych, nie nawiązując specjalnie do realiów codziennie zajmujących życie przeciętnego człowieka”. W tym kontekście, dziennik rozważał strategię Jaruzelskiego wobec groźby starcia obu stron konfliktu i rozpadu systemu. Zdaniem specjalnego wysłannika gazety, Generał próbuje „przystosować ów system do nowej sytuacji. Ale taki proces można realizować jedynie etapami”.
„Neue Kronen Zeitung” z 2 listopada: „Polsce grozi teraz totalny chaos. Sytuacja wymyka się całkowicie spod kontroli. Wczoraj strajkowało 350 tys. Polaków, co jest większą liczbą niż w sierpniu 1980 r. Gwałtownie pogorszyła się sytuacja polityczna”.
„Los Angeles Times”, 3 listopada: „Polska zmierza do tragedii i całkowitej katastrofy”.
„La Stampa” z 5 listopada: „Gen. Jaruzelski ma dziś, de facto, wszelkie cechy jedynego człowieka w Polsce, który jest w stanie uratować to, co do uratowania pozostało. (…) Nie ma jednak alternatywy dla drogi wybranej przez Jaruzelskiego, Glempa i Wałęsę”.
„Le Soir”, nazajutrz, po Spotkaniu Trzech zachowania obu liderów oceniła tak: Wałęsy „umiarkowana postawa wobec władz przysporzyła mu wiele ostrej krytyki ze strony radykałów w kierownictwie Solidarności, którzy pragną, by niezależny związek prowadził teraz grę na całego. Dla generała alternatywa jest więc jasna: albo modus vivendi z Wałęsą, albo konfrontacja z radykałami, przy nieuniknionych tragicznych konsekwencjach”.
„Le Figaro”. „Być może więc realizuje się właśnie prawdziwe przymierze narodowe, by uniknąć katastrofy i wyprowadzić kraj z kryzysu”
„La Republika”. „Obserwatorzy w Warszawie mówią o tym, iż rodzi się polski kompromis historyczny” „Już teraz można ocenić spotkanie jako zwrot historyczny (…) powstaje nowa sytuacja. (…) Przede wszystkim jednak jest to dowód oprzytomnienia” .

W Polsce po Spotkaniu

List Solidarności z Zakładów Mechanicznych „Ponar” w Tarnowie (listopad 1981): „Wzywamy wszystkie ogniwa Solidarności w Polsce, aby przy najbliższej potyczce z komunistami niezwłocznie przystąpić do likwidacji, obojętnie jakimi środkami, wszystkich sędziów, prokuratorów, sekretarzy partii, funkcjonariuszy SB, bez względu na płeć, łącznie z rodzinami”.

Andrzej Rozpłochowski (Śląsk): „Nie ustąpimy. Niech rżną, mordują. Za każdego solidarnościowca trzech milicjantów w łeb”.
Bogdan Krakowski, przewodniczący Solidarności w Fabryce Obrabiarek Zawiercie, wołał na zebraniu: „Powiesić na szubienicach miliony partyjniaków”.
KC PZPR, 28 listopada. Na plenarnym posiedzeniu oceniono sytuację jednoznacznie: „Są dla Polski i Polaków tylko dwie drogi. Jedna wiedzie wprost do zguby przez dalsze strajki, chaos, anarchię i bezprawie – do konfrontacji. Druga prowadzi do porozumienia narodowego, ocalenia przed najgorszym. Ku tej drodze skłaniały się różne środowiska. Idea utworzenia Frontu Porozumienia Narodowego zyskiwała coraz liczniejsze głosy poparcia”. Omówiono stan rozmów na ten temat i przyczyny zahamowań. „Są siły, którym idea ta stała się solą w oku, czynią one wszystko, by ją storpedować, zatruć atmosferę…Obecnego stanu utrzymywać dłużej nie można, proces rozkładowy musi być zatrzymany. Inaczej nieuchronnie doprowadzi do konfrontacji, do stanu typu wojennego” – podsumował Generał. Plenum uznało za konieczne – właśnie w obronie zalążków porozumienia – nadanie biegu projektowi ustawy o nadzwyczajnych środkach przeciwdziałania anarchii i strajkom, który rząd skierował do Sejmu miesiąc wcześniej.
Radom-3 grudnia. Zwołano wspólne posiedzenie Prezydium KK i przewodniczących Zarządów Regionalnych. W przyjętym „Stanowisku” najważniejsze zdanie brzmiało: „W tej sytuacji dalsze pertraktacje na temat porozumienia narodowego stały się bezprzedmiotowe”. Po odblokowaniu przez siły porządkowe budynku WOSP w Warszawie – sytuację uznano za konfrontacyjną. „Utrzymanie się obecnego stanu grozi Związkowi konfrontacją i trzeba się do niej przygotować”. Wyliczono także żądania, od których związek „nie odstąpi”, co oznaczało, że we wszystkich spornych sprawach postanowiono utrzymać twardy, bezkompromisowy kurs, a „na ewentualne uchwalenie przez Sejm nadzwyczajnych uprawnień dla rządu, Związek odpowie 24-godzinnym ogólnopolskim strajkiem okupacyjnym. W przypadku, gdy rząd, korzystając z przyznanych mu przez Sejm uprawnień, zastosuje środki nadzwyczajne, ogniwa Związku i wszystkie załogi winny przystąpić do strajku powszechnego” („Tygodnik Solidarność” nr 37 z 11 grudnia 1981 r.).
Posiedzenie w Radomiu odbyło się przy drzwiach zamkniętych. Rzecz niebywała w dotychczasowej praktyce. Nie wpuszczono dziennikarzy, nie było konferencji prasowej, rzecznik nie wydał żadnego oświadczenia. „Nadchodzi czas generalnych rozstrzygnięć” – powiedział Lech Wałęsa. Zapytany, jak widzi ideę Frontu Porozumienia Narodowego, odpowiedział: „Decyzja jest na nie. Nie ma porozumienia, bo nie ma się z kim porozumiewać”. Oznaczało to zapowiedz konfrontacji. Wałęsa mówił o tym wprost: „Konfrontacja jest nieunikniona i konfrontacja będzie. Trzeba to ludziom już uświadamiać (…). Żadna zmiana systemu nie może obejść się bez targania się po szczękach” („Przed 13 grudnia”, KiW 1983, s. 41).
Zarząd Regionu Gdańskiego, posiedzenie 30 listopada – 1grudnia: „rozważano sprawy, które będą prawdopodobnie decydować o losach naszego kraju. Atmosfera posiedzenia była napięta i dramatyczna, choć opinie i oceny były właściwie jednoznaczne: dosyć ustępstw”. Relację w tygodniku „Samorządność” (nr 2 z 7 grudnia 1981 r.), zatytułowano: „Wobec prowokacji – dosyć ustępstw”. Autorzy: W. Duda i D. Tusk pisali: „Konfrontacja z władzą jest nieunikniona. Takie zdanie miał również Lech Wałęsa. Nie damy sobie zabrać prawa do strajku, nie ma co rozmawiać z tą władzą – zrywamy rozmowy – stwierdził przewodniczący. Pytano o czas konfrontacji i taktykę związku. Wałęsa odpowiedział zdecydowanie, że taktykę znamy – okupacja zakładów pracy, warty robotnicze i mądrość społeczna (…) Podejmiemy ostateczną konfrontację z władzą w kwietniu lub w maju. Część dyskutantów była przekonana, że czas walki nastąpi wcześniej”.
Wicepremier Jerzy Ozdowski – znany działacz katolicki, m.in. powiedział: „Jeśli Solidarność nawet w tej chwili przeciwstawia się idei porozumienia, są przecież inne ugrupowania, jest przede wszystkim Kościół i szerokie kręgi społeczeństwa dojrzałego i rozsądnego, które myślą poważnie o ocaleniu Ojczyzny. Sądzę, że poważna praca nad ratowaniem porozumienia powinna polegać na tym, żeby bardzo szybko w zwięzłej formie ogłosić tezy programu porozumienia i wyraźnie te tezy poddać pod dyskusję, traktując je jako prawną bazę zbliżenia wszystkich ludzi, którym jeszcze zależy na ratowaniu pokoju. Równocześnie trzeba pracować nad drugim scenariuszem – przyjęcia władzy przez dyktaturę wojskową”.
Arcybiskup Bronisław Dąbrowski, „Rozmowy watykańskie” (Instytut Wydawniczy PAX – 2001 rok) – pod datą 22 grudnia 1981 roku, znajduje się relacja złożona Papieżowi Janowi Pawłowi II przez Sekretarza Episkopatu Polski – zacytuję najistotniejsze fragmenty (str. 239-240): „Solidarność (…) odmówiła wejścia do Rady Porozumienia, mimo że Wałęsa 4.listopada 1981 roku zgodził się na wejście razem z Prymasem, u Premiera. Po spotkaniu z Premierem, Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia (5-6 listopada 1981 r.)”.
O skutkach tej – zmarnowanej szansy, wyeksponowanych na konferencji naukowej w Pułtusku oraz wnioskach z dystansu prawie 40 lat – napiszę niebawem.