Chcą transformacji sprawiedliwej

Takiego widoku nie było od dawna: w centrum Warszawy protestowali związkowcy branży górniczej i energetycznej. OPZZ i „Solidarność” szły razem.

Poszło o konflikt polsko-czeski w sprawie kopalni Turów. Obnażył on nieprzygotowanie strony rządowej do wyzwań związanych z dekarbonizacją i odchodzeniem od węgla. Buńczuczne zapowiedzi premiera, że konflikt ze stroną czeską został zażegnany, okazały się kłamstwem. Postanowienie TSUE w sprawie natychmiastowego wstrzymania wydobycia węgla w kopalni Turów wciąż obowiązuje, a każdy dzień zwłoki w wypełnieniu tej decyzji będzie skutkował gigantycznymi karami.

Zarówno związkowcy, jak i rząd wskazywali, że natychmiastowe wykonanie decyzji TSUE będzie katastrofą dla tego regionu. Niestety, polski rząd nie potrafił porozumieć się z Czechami. Stąd protest w stolicy.

Brak dialogu boli

Związkowcy z „Solidarności” i OPZZ wspólnie przeszli pod Ministerstwo Aktywów Państwowych i przedstawicielstwo Komisji Europejskiej, potem pod Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii i wreszcie pod Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Wicepremier Sasin odebrał z rąk Piotra Dudy, przewodniczącego NSZZ „Solidarność” petycję, ale już premier Morawiecki czasu dla protestujących nie znalazł.

– Permanentny brak dialogu społecznego w naszym kraju – to jest to, co nas dzisiaj boli! Od wielu miesięcy upominamy się, zarówno my jako górnicy i energetycy, jak i przedstawiciele innych branż o rzetelny, uczciwy i prawdziwy dialog. Ewidentnie łamane są w grupach energetycznych prawa pracownicze i prawa związków zawodowych – nie zgadzamy się na to. Nasza branża przygotowywana jest do dzikiej transformacji, a nie sprawiedliwej”, mówił Jarosław Grzesik, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Górnictwa i Energetyki NSZZ „Solidarność”.

– Macie prowadzić dialog z nami, a nie go pozorować! – wołał pod adresem ministra Sasina i sekretarza stanu w MAP Artura Sobonia Piotr Duda. Soboń to polityk, który z ramienia rządu prowadził z górnikami rozmowy w sprawie harmonogramu zamykania kopalń na Górnym Śląsku.

Szczególnie ostre słowa przewodniczący NSZZ rzucił pod adresem Jarosława Gowina, kierującego superresortem pracy, rozwoju i technologii. – Jak byłem przewodniczącym RDS-u, to takie sprawy z minister Rafalską załatwialiśmy w pięć minut. Ale pan nie chce prowadzić dialogu społecznego. Pan ma w sercu geny liberała, pan nienawidzi związków zawodowych, pan gardzi pracownikami. Tyle mam panu do powiedzenia – podsumował. .

Lud zjednoczony

To, że centrale związkowe w sprawie sprawiedliwej transformacji i gwarancji dla pracowników są jednomyślne, akcentowała wceprzewodnicząca OPZZ Barbara Popielarz.

– Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych będzie zawsze tam, gdzie łamane są prawa pracownicze! Chcemy transformacji sprawiedliwej i transparentnej. Dziś chcemy pokazać nasze niezadowolenie, niezadowolenie wszystkich pracowników zrzeszonych w trzech centralach związkowych: OPZZ, w Solidarności i Forum Związków Zawodowych. Jesteśmy razem, zjednoczeni! – przemówiła.

Zagubiłem się w tych uwagach na marginesie

O każdej książkowej wypowiedzi snuć można wiele różnych uwag, ale litości, są granice czytelniczej percepcji, nie wspominając już o jasności i wartości wywodu. Stąd pogubiłem się zupełnie w tak przedstawionej wersji lat Polski Ludowej.

„Zagrabiona historia Solidarności ? ” to prawie pięciokolumnowy, a więc bardzo duży tekst Edwarda Karolczuka prezentujący liczne uwagi, nie koniecznie zresztą na temat książki Bruno Drwąskiego pt. „Zagrabiona historia Solidarności. Został tylko mit”, opublikowany w „Dzienniku-Trybunie” 16-18 kwietnia br.
Zaczynają się – jak sam autor je nazwał – te uwagi na marginesie od przedstawienia pracy i jej autora, który m.in. „jest zwolennikiem mocno udokumentowanej i zgodnej z prawdą tezy, że warunki do przemian po 1989 roku zostały przygotowane przez ekipę Jaruzelskiego przez całe lata osiemdziesiąte. Pisze on, że Zmiana ustroju politycznego, gospodarczego i społecznego, oficjalnie wprowadzona w 1989 roku. faktycznie rozpoczęła się w roku 1987 wraz z uruchomieniem czegoś, co nazwano drugim etapem reformy gospodarczej, i przyśpieszyła wraz ze sformułowaniem we wrześniu 1988 roku rządu Mieczysława Rakowskiego, dziennikarza opowiadającego się od lat 60. po stronie najbardziej liberalnej frakcji PZPR. Nastąpiła wówczas pełna legalizacja rozwoju sektora własności burżuazyjnej.”
I jeszcze : „O klęsce „realnego socjalizmu” nie przesądziło więc powstanie ani „pierwszej”, ani „drugiej” Solidarności, czy imperialistyczny spisek Papieża z Reganem i dywersja, czy błędy kierownictwa partii i jej I sekretarza, lecz nierozpoznane sprzeczności w ramach własności społecznej, konflikty interesów, prywatyzowanie własności ogólnospołecznej przez poszczególne kolektywy pracownicze i osoby zatrudnione w państwowych zakładach pracy…Formalna własność społeczna została zniszczona przez realne procesy prywatyzacyjne w jej własnych ramach”. „
Spisek nie obalił socjalizmu,
gdyż nie był „żadnym odrębnym ustrojem społeczno-ekonomicznym, lecz okresem walki pomiędzy stosunkami burżuazyjnymi i komunistycznymi we wszystkich sferach życia społecznego. Ma to swoje konsekwencje teoretyczne i praktyczne…. jedną z przyczyn upadku „realnego socjalizmu”, miały swoje źródła w istniejących burżuazyjnych stosunkach społeczno-ekonomicznych i wymusiły w konsekwencji rozwiązania, które zaostrzyły sprzeczności społeczne w „realnym socjalizmie” na tyle, że został on obalony rękoma klasy robotniczej.” Miał się dokonać także poprzez niejako porozumienia ekip partyjnych z „z burżuazyjną kontrrewolucją.”
Ten dominujący wątek,
szeroko rozwijany w tekście artykułu, dotyczy poczynań, winy, chyba i zdrady rożnych PZPR-owskich elit, doradców i przywódców, począwszy od 1956 roku kiedy „budowa socjalizmu (komunizmu) została nie tylko w Polsce praktycznie poniechana”. I dalej: „Należy porzucić złudzenia, że za czasów Gierka rozwijano i umacniano w Polsce socjalizm. A stan wojen­ny w myśl jego twórców skiero­wany był przeciwko PZPR, gdyż musiano ją sparaliżować, aby przygotowanie warunków do jaw­nej kapitalistycznej transformacji było możliwe.”
Powyżej przedstawiłem
w największym, możliwym skrócie główne tezy i opinie Edwarda Karolczuka – kto chce i starczy mu sił oraz cierpliwości, może to skonfrontować z całym tekstem. Zanim jednak przejdę do zasadniczych kwestii koniczne są dwa zastrzeżenia.
Przede wszystkim panu Karolczukowi serdecznie dziękuję za tę wyrażoną, wspaniałą budowę socjalizmu w Polsce we wcześniejszych latach pięćdziesiątych, która tylko zapewne w jego wyobraźni zasługuje na żałość po jej zaprzestaniu. I nie mam tu oczywiście na myśli rewolucyjnych, zasadniczych reform społecznych i zmian ustrojowych, a polityczną praktykę ich realizacji, wiążącą się m. in. z łamaniem zapowiedzi zawartych w Manifeście Lipcowym, treściach referendum ludowego z 1946 roku i obowiązującego prawa oraz całe odium wszechogarniającego zła, które niósł ze sobą w tym czasie stalinizm w Polsce. Nie wiem czego to „poniechanie” miło dotyczyć – zatrzymania tworzonych powszechnie pod przymusem spółdzielni produkcyjnych na wsi, skromnego dopuszczenia prywatnej inicjatywy głownie w usługach, zaprzestania państwowej indoktrynacji społeczeństwa, ateizacji i walki z Kościołem? Tego autor, doktor historii z wykształcenia, niestety nie wyjaśnia, podobnie nie uszczegóławia swojej wizji socjalizmu (komunizmu), ale wyżala się, że „komunistów usuwano systematycznie ze stanowisk w partii, państwie i gospodarce po 1956 roku.” Nie będę autorowi podpowiadał, a czytelników absorbował prostą odpowiedzią jak to się toczyło i dlaczego miało miejsce.
Pomijam nadto wszystkie, osobiste „wycieczki autora” pod adresem Władysława Gomułki, a później Edwarda Gierka i Wojciecha Jaruzelskiego oraz szeregu innych, prominentnych partyjnych działaczy , także rozliczne przypuszczenia o bardziej lub mniej sprawczej roli organów bezpieczeństwa, gdyż w gruncie rzeczy wszystkie one nic nie wnoszą do dominującej tezy autora o błędzie zaniechania budowy socjalizmu (komunizmu),a następnie realnego socjalizmu.
W okresie
ponad trzydziestu ostatnich lat wystarczająco dużo, często i kompetentnie rozważano i pisano o przyczynach klęski realnego socjalizmu w Polsce i nierealnego komunizmu w ZSRR. Równie sporo o licznych inicjatywach i próbach naprawy, zmiany i przekształcenia tego ustroju na lepszy i bardziej efektywny, podejmowanych tak przez kolejne ekipy rządzące, tzw. środowiska rewizjonistyczne czy też grupy reformatorskie. Działo się to z częściowo i tylko chwilowo pozytywnym skutkiem, w dalszej perspektywie nie rozwiązywało szeregu podstawowych problemów. Dodać tu koniecznie należy, że źródła niepowodzeń tych wszystkich poczynań leżały zupełnie gdzieś indziej, nie wiążąc się z zaklinaną diagnozą o „nierozpoznaniu sprzeczności w ramach własności społecznej” i „istniejących burżuazyjnych stosunkach społeczno-ekonomicznych.” To wszystko zwalnia mnie od polemiki z tymi bardzo kontrowersyjnymi opiniami autora recenzji.
Nie oznacza, że w jednym, i to w sumie dużo ważniejszym, niż tytułowe zagrabienie takiej czy innej historii Solidarności, jesteśmy zgodni. Dotyczy to, co pośrednio wynika z omawianego tekstu, krytycznej oceny autora kapitalistycznej, polskiej rzeczywistości, gdyż próbuje szukać dróg jej zmiany. Tylko tu jesteśmy jednomyślni, ale ja nie widzę jej w powrocie do przeszłych idei, a jako konieczność stałego definiowania aktywnej i sprawczej roli lewicy we współczesnym, ciągle zmieniającym się świecie.
Dodać przy tym należy, że w takich staraniach nie pomagają oczywiście panu Karolczukowi wyrażone przez niego opinie o autorze wspomnianej książki: „nie zajmuje się analizą rzeczywistych stosunków społeczno-ekonomicznych w Polsce, ani ich odniesieniem do etapu rozwoju socjalizmu i komunizmu. Dlatego ciągle napotyka sprzeczności, na które znajduje wyjaśnienia logiczne, ale one mają się nijak do rzeczywistości. Może to też wynikać z jego „zewnętrznego”, czysto logicznego oglądu problemów.” Z logiką jest jednak tak panie doktorze, że nie ma ona ani zewnętrznego, ideologicznego czy też jakiegoś innego oglądu. Powyższe dotyczy również wyjaśniania minionej rzeczywistości.
Podobnie jest z fragmentem tekstu: „Pytanie do Gierka czy nie jest on powiązany z antysocjalistycz­ną opozycją, z uwagi na udział w DiP [Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” – Z. T.] jego doradców, nie jest więc takie absurdalne, jak się początkowo wydawało. Nie ma zapewne nic dziwnego w tym, że publicysta „Die Zeit” napisał, że DiP – to dysydenci w sa­mym aparacie”. O związkach Jaruzelskiego z podejrzanymi osobnikami też można przeczytać, co w sumie oznacza, że autor tekstu okopał się w warownej twierdzy swoich wyobrażeń, podejrzeń i fobii nie mając nadal zamiaru wychylić się z niej na inne oceny, poszukiwania i poglądy, a przede wszystkim na realnie wtedy istniejący świat.
Ostatnio powróciły
podobne niejako rozważania niedawnej przeszłości w tekście Wojciecha Pomykały (Festiwal Michaiła Gorbaczowa we współczesnej Polsce, „Dziennik-Trybuna”, 14.03.2021). To odwołanie do dużo wcześniejszych opinii o zaniechaniu wyboru przez PZPR chińskiej drogi przeobrażenia ustroju. Poza zwracaniem uwagi na azjatycką specyfikę i tamtą szczególną sytuację nikt jednak nigdy, łącznie ze wspomnianym autorem, nie potrafił wskazać konkretnych metod i sposobów powtórzenia jej w Polsce. Zapewne dlatego, że w odróżnieniu od Europejczyków Chińczycy mają żółtą karnację skóry i skośne oczy.

Papież i Prymas wobec władzy i Solidarności w latach 1980-1981 (cz. I)

„Gdyby wszyscy działacze Solidarności wzięli sobie poważnie do serca mitygujące wskazówki Kościoła, prymasa Wyszyńskiego, a następnie Glempa – wprowadzenie stanu wojennego okazałoby się niepotrzebne.”
gen. Wojciech Jaruzelski

Majowe rocznice

Maj jest szczególnym miesiącem w dziejach polskiego Kościoła. Właśnie mija 40 lat, gdy 13 maja 1981 r. o godz. 17.17 na Placu św. Piotra, turecki zamachowiec ciężko ranił Jana Pawła II i dwie osoby. Jedną z nich, Papież zaprosił na spotkanie 4 czerwca. Po angielsku zapytał o stan zdrowia i leczenie w szpitalu. Zdumiał się odpowiedzią usłyszaną po polsku. Była Amerykanką polskiego pochodzenia. Jej matka, Katarzyna Placek-Balonek urodziła się i kilka lat mieszkała w Wadowicach. Z mężem Odrzywolskim wyemigrowali do USA. Tu urodziła się ich córka Anna, 18 maja 1923 r.(3 lata później niż Papież), a 13 maja ranna w pierś. Co za zbieg okoliczności! Trudne do wymówienia w USA nazwisko, zmieniła na Odre. Przyjaźnili się do końca życia.

Ten miesiąc był ostatnim w życiu Prymasa Tysiąclecia, zmarł 28 maja 1981r., mija 40 lat.

Pamięć o obu tych wydarzeniach skłania, by przypomnieć tu chronologicznie (kilka razy czyniłem wycinkowo) nauki, rady, ostrzeżenia Papieża, Prymasa Tysiąclecia, w roku 40 rocznicy wprowadzenia stanu wojennego. Swoją pamięcią – oddajmy hołd i tak okażmy wdzięczność.
Prymas Tysiąclecia

Redakcja Trybuny- jak poprzednio, otwiera przed Państwem łamy celem zobrazowania wrażliwości obu wielkich Polaków i Kościoła na wspólne dobro i odpowiedzialność za Ojczyznę. Niestety, z żalem należy zauważyć, że tego poczucia odpowiedzialności nie dostrzegano w MKS, negocjującym 21 postulatów. Czas uciekał. Wywoływał obawy o stan gospodarki kraju i nastroje zniecierpliwienia, o czym informowała prasa. Zaniepokojony sytuacją Prymas, przypominał i wzywał do rozsądku, do odpowiedzialności.

Oto kilka myśli:
Jasna Góra, 26 sierpnia 1980 r. :
„W tej chwili przyszła na naszą Ojczyznę godzina rachunku. Jeśli się obudzi w nas świadomość odpowiedzialności za Naród, to musi się z tym wiązać poczucie odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny, całego Narodu i Państwa. Odpowiedzialność jest wspólna, bo wspólna jest i wina”.

„To wszystko wymaga rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy. Bez tego nie ma właściwego rozwiązania sytuacji, pomimo najsłuszniejszych racji, jakie moglibyśmy przytoczyć”.

„Żądania mogą być słuszne i na ogół są słuszne, ale nigdy nie jest tak, aby mogły być spełnione od razu, dziś. Ich wykonanie musi być rozłożone na raty. Trzeba więc rozmawiać: w pierwszym rzucie wysuwamy żądania, które mają podstawowe znaczenie, w drugim rzucie następne. Takie jest prawo życia codziennego…Musimy mieć roztropność kierowniczą … Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”.

„Pamiętajcie, jesteśmy narodem na dorobku. Doszliśmy do wolności przez gruzy. Jeszcze jako nowo mianowany biskup Warszawy szedłem do swojej katedry, prokatedry po stertach gruzów. Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. Ale nie nastąpiło to od razu. Dużo pozostało do zrobienia. Trzeba ciągle zwielokrotniać wysiłek pracy, pogłębiać jej poziom moralny, poczucie odpowiedzialności zawodowej, ażeby nastąpił należyty ład i porządek”.

Komentowałem te słowa, myśli w poprzednich tekstach, nie ma więc podstaw je powtarzać.

Jedynie logika chronologii wskazuje na celowość przypomnienia postawy Prymasa, jako hierarchy Kościoła czującego odpowiedzialność za Ojczyznę. Wzywał ze „świętego miejsca” do:
– „odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny”. Ta gorzka refleksja, sprawdziła się w grudniu, gdy miliony Polaków, także i strajkujących członków Solidarności stanęło przed widmem śmierci z głodu i zimna. Jak z goryczą oceniał Generał-gdyby „mitygujące wskazówki… prymasa Wyszyńskiego… Glempa”, zrozumieli „wszyscy działacze Solidarności”, wówczas stan wojenny nie byłby potrzebny. Ze zdumieniem i dozą wstydu, wypada zapytać- czyżby członkowie Solidarności nie znali tej banalnej prawdy, żeby strajkować, protestować czy głosić wzniosłe idee i pisać „patriotyczne narracje”- trzeba być najpierw sytym, najedzonym. A potem -żeby żyć i głosić romantyczne wizje, mądrze, racjonalnie dążyć do ich urzeczywistnienia. Godzi się zapytać działaczy i doradców Solidarności-czy tego nie wiedzieli w latach 1980-1981? Dlaczego wciąż tępy upór Solidarności ma uznanie, a rozum spotyka pogarda?;

– przypominał, że „wspólna jest i wina”, czyli władzy, partii i strajkujących robotników;

– wzywał do „rozwagi, roztropności, ducha pokoju i pracy”. Kto czytelnie wskaże ile razy, gdzie i kiedy cechy te dobitnie wykazywało w praktyce Kierownictwo Solidarności?;

– uczył MKS i strajkujących, że wykonanie słusznych żądań musi być rozłożone na raty. Czy i kiedy z tej rady Solidarność skorzystała?
– przypominał przeszłość, gruzy Warszawy! Polska odrodzona przez cierpliwość i pracę odbudowała sprawnie Warszawę, Gdańsk, Wrocław, Poznań i tyle innych miast zrównanych z ziemią. To zarówno „ku pamięci”, jak i przestrodze, by nie spowodować kataklizmu zniszczenia. Tylko władza pamiętała te bolesne doświadczenia. Kto o tym uczciwie mówi młodzieży?

Uwagi i refleksje

Do Prymasa doszły głosy, że część kościelnej hierarchii jasnogórską homilię przyjęła z dezaprobatą. Na spotkaniu z biskupami powiedział: „Po pierwsze – to, co mówiłem, uważam za uzasadnione i słuszne. Po drugie – jeśli miałbym jeszcze raz wystąpić, powiedziałbym to samo. A po trzecie – błogosławię waszą roztropność”. Wyjaśnił biskupom- „Jednym się wydawało, że za mało Prymas mówi >pod rząd<, innym znów, że za mało mówi >pod stoczniowców<. Prymas nie mówi ani pod rząd ani pod stoczniowców, tylko do rozumnych dzieci narodu. Narodowi na tym etapie wystarczyło spokojnie, bez złudzeń powiedzieć tylko tyle”. 26 sierpnia 1980 r. ukazał się komunikat Rady Głównej Episkopatu Polski, w którym czytamy-„Osiągnięte porozumienia poparte odpowiednimi gwarancjami, powinny zakończyć strajki, aby normalne funkcjonowanie gospodarki narodowej i życia społecznego w pokoju stało się możliwe. Porozumienia powinny być dotrzymane przez obie strony w myśl zasady: Pacta sunt servanda”. Zachęcam Państwa w ciepłe majowe dni- może już bez wirusa na działce, do własnej oceny „dotrzymania” 21 postulatów przez Solidarność i władzę – tak, na użytek dzieci i wnuków! Natomiast podczas posiedzenia Rady Głównej Episkopatu Polski, we wrześniu 1980 r. pod rozwagę poddał biskupom taką refleksję- „Nawet w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się naród, trzeba unikać wszystkiego, co mogłoby nas doprowadzić do krwawych porachunków wewnętrznych i do interwencji obcej. Wolę utrzymywać, że interwencja obcych sił – tanków sowieckich- jest możliwa, choćbym miał się omylić, niż narazić się na to, by choć jeden chłopiec Polski zginął podniecony pewnością, że Moskale nie naruszą granic Polski”.

Czyżby ten światły Prymas już wtedy, we wrześniu- miesiąc po podpisaniu porozumień- już przewidywał walkę bratobójczą, „krwawe porachunki wewnętrzne”, których Solidarność nie zdążyła podjąć rok później-17 grudnia, bo wcześniej był 13 grudnia. Uprzedził „patriotyczny” rozlew krwi i „obcą interwencję”. Dzięki Generałowi i obywatelskiej postawie Wojska Polskiego, ani „Moskale nie naruszyli granic Polski” i ani „jeden chłopiec Polski nie zginął”. Kto będzie to pamiętał w 2021 r. 7 września 1980, Warszawa, spotkanie z Lechem Wałęsą Tydzień po podpisaniu 21 postulatów, w Warszawie Prymas Tysiąclecia przyjmuje Lecha Wałęsę z delegacją, w której jest ks. Henryk Jankowski. Kładzie akcent na sprawy związkowo- robotnicze. Przypomina i wyjaśnia, co mówił na Jasnej Górze -„Musimy mieć roztropność kierowniczą…Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”. Czyżby już wtedy, zaledwie tydzień, po głośnym podpisaniu porozumień sierpniowych i noszeniu Lecha Wałęsy na robotniczych rękach, po mszy św. w Kościele św. Brygidy, Prymas przewidywał brak „roztropności kierowniczej” i „boczenie” się związkowców na „wypełnianie swoich obowiązków”? Faktem jest, że Solidarność postulatów miała mnóstwo, niczym św. Mikołaj prezentów dla dzieciaków. Pamiętam rozmowę z Generałem podczas której wspominał „dobre rady” Solidarności, by tylko władza je realizowała. 10 listopada1980 Warszawa, rejestracja Solidarności Prymas, spotkając się z delegacją Solidarności powiedział – „Chociaż mielibyście różne pokusy natury politycznej, pamiętajcie, że pierwszym waszym celem jest realizacja zadań społeczno-zawodowych: obrona środowiska pracy, warunków higieny i bezpieczeństwa pracy, przestrzegania kodeksu pracy, ustawodawstwa społecznego. Obrona człowieka pracującego-to jest wasze najważniejsze zadanie”. I dalej-„Nadrzędnym celem wszelkiej działalności winien być interes Ojczyzny i rzetelna praca dla wszystkich ludzi, dla dobra Polski”.

Może i z pewnym przekąsem- po latach warto zapytać działaczy, ekspertów Solidarności-do czego był im potrzeby „człowiek pracujący”? A jak w latach 1980-1981 rozumieli „w praktyce” interes Ojczyzny, który w różnych odniesieniach i znaczeniach przywoływał i tłumaczył Prymas? Panów działaczy i ekspertów proszę-wyjaśnijcie to „Narodowi” po 40 latach. Chyba zasłużył na taką waszą prawdę! Warszawa, 19 stycznia 1981 r. Tego dnia, Prymas spotkał się z Lechem Wałęsą i delegacją Solidarności. Wyjaśniał im- „Można w odruchu bohaterskim oddać swoje życie na polu walki, ale to trwa krótko. Większym niekiedy bohaterstwem jest żyć, trwać, wytrzymać całe lata… W sytuacji, w jakiej znajduje się Polska, przeprowadzenie właściwej linii ku sprawiedliwości społecznej, aby uruchomić wszystkie prawa człowieka, osoby ludzkiej, a szczególnie prawa społeczne, organizacyjne, zawodowe-wymaga nie lada wysiłku, cierpliwości i rozwagi. Wymaga też nieustannego wiązania waszych najskuteczniejszych porywów z dobrem Rzeczypospolitej, które zawsze macie przed oczyma. Na pewno chcielibyście osiągnąć bardzo wiele. Aby chcieć wiele i osiągnąć wiele – trzeba mieć dużo cierpliwości na dziś i na jutro. Potrzeba umiejętności przewidywania tego, co jest do zrobienia dziś, a co jutro”. Jeśli Państwo uznaliście, że te słowa Prymasa trafiły do „serca” przewodniczącego, doradców i ekspertów- patrząc z dystansu 40 lat, sami możecie orzec. 27 stycznia 1980, Prymas zapisał „Nie trzeba zmniejszać czujności Narodu i nie uzbrajać go w awanturniczą gotowość do wszelkich porywów, by nie dopuścić do przelewu krwi. Moskale, dla obrony Bloku i wygodnej linii strategicznej, gotowi są uczynić wszystko, a nawet poświęcić Polskę. Istnieje atawizm historyczny, mający swoją siłę, nie dający się okiełznać. Słowem, nie wolno ryzykować życia młodych Polaków w beznadziejnej walce ze wschodnim mocarstwem, a z pewnością nie należy niczego czynić co mogłoby prowadzić do takiej sytuacji.” (Pro memoria, 27 stycznia1980).

Wielu z Państwa z zaciekawieniem przeczytałoby opinie i wnioski ekspertów Solidarności- nawet z dystansu czasu o tych refleksjach Księcia Kościoła. Byłaby to cenna nauka dla młodych. Prymas o partii Stanisław Kania, na posiedzeniu BP KC PZPR, 8 lutego 1981, złożył relację z rozmowy z Prymasem w dniu 7 lutego: „Wyszyński uważa, że w Polsce musi być silna władza, że Polska jest związana z blokiem socjalistycznym, że musi być partia, która winna sama się regenerować. Jeśli zaś partia miałaby się rozsypać, to wówczas musiałaby powstać nowa partia. On, Prymas Polski opowiada się za obecną partią, ale zmienioną. Partia gwarantuje władzę i spokój”. Nawet po 40 latach uważam, że te oceny Prymasa w ówczesnej sytuacji miały realne i racjonalne podstawy. Dedykuję wszystkim plujom na tamtą rzeczywistość, przy tym zachęcam co bardziej porywnych do rozwagi-12 września Prymas zostanie beatyfikowany. Niewątpliwie właściwym będzie, by przypomnieć dokonania i zasługi Księcia Kościoła dla całego okresu Polski Ludowej. Natomiast w Natolinie 26 marca 1981 r., rozmawiając z Generałem stwierdził-„Nie mam powodu do adorowania partii. Ale w tym ustroju, w tym bloku jest ona realnością, po prostu musi istnieć. Aby tak było, partia musi być na poziomie, musi być zdrowa, silna. Inaczej zniknie, a blok da nam inną. Gierek w tej sprawie nic nie zrobił. A przecież można było uniknąć wielu zapalnych punktów. Można było uniknąć niezadowolenia społecznego”. Oczywiste są te racje. Dekada lat 80-tych dowodzi, że ta partia „na poziomie”, choć „chwiejnego zdrowia”, jej skrzydło reform doprowadziło do Okrągłego Stołu i historycznych przemian. Chwała i uznanie członkom!” Natolin 26 marca 1981 r.

Działalność Solidarności (jeszcze trwał bydgoski incydent), w rozmowie z Generałem Prymas oceniał, że„ powinna iść po linii społeczno – zawodowej. Napięcia, które się pojawiają, są wręcz irracjonalne. Ludziom trudno zrozumieć, o co idzie. Solidarność to taki romantyczno – renesansowy prąd. Obecnie jednak następuje infiltracja, aby uczynić z niej ruch polityczny. To jest obce, narzucane z zewnątrz. Wałęsa to rozumie. To człowiek dobrej woli, ale wpływy z zewnątrz, zwłaszcza KOR-owskie, popychają go niekiedy do niefortunnych posunięć”. Były to dla Generała istotne uwagi, głównie odnośnie postrzegania Solidarności w społeczeństwie, roli KOR-u i wpływu jego doradców na przewodniczącego oraz dające wiele do myślenia „wpływy zewnętrzne”. Czyżby Prymas „coś wiedział” o „radach Zachodu” i finansowym wsparciu? Celną uwagę Prymas uczynił odnośnie rolników.

„Byłoby źle, gdyby te dwie Solidarności, miejska i wiejska, podały sobie ręce. Na zasadzie instrumentalnego wspierania – tej wiejskiej przez miejską. Im szybciej wiejską uznamy, tym bardziej będzie ona samodzielna… trzeba szukać sojuszników, a nie walczyć…Chłopi będą sprzymierzeńcami…To uspokoi wiele milionów ludzi”. Po latach można powiedzieć -słusznie, z punktu widzenia wsi i Kościoła. A jak ZSL? Stronnictwo chciało spokoju na swoim terenie, to oczywiste, tylko szczegół- wieś to nie PGR-y, gdzie byli „pracownicy rolni”, a nie chłopi w tradycyjnym rozumieniu. Zrozumienie Generała dla tego wywodu, Prymas odczytał i przekazał jako zgodę władzy! Tak rozmówcę postawił przed faktem dokonanym i pozostawił z tym dylematem! Proszę, wczujcie się Państwo w tamtą sytuację i wskażcie zadowalające wszystkich rozwiązanie. Dla Generała niezwykle wymowną była taka metafora Prymasa- „Jeżeli człowiek stoi w jakimś pomieszczeniu, to nie może jednocześnie opierać się o dwie przeciwległe ściany. Kraj nasz znajduje się jak gdyby między dwiema ścianami- germańską i słowiańską. Polska w tej sytuacji powinna opierać się o ścianę słowiańską”.

Dyplomatyczny język- „ściana słowiańska”, a jak wiele znaczący i wiele świadczący o wzajemnym rozumieniu! Pozwólcie Państwo „wybiec” myślą 2 lata naprzód, Belweder 17 czerwca 1983. Papież tą samą myślą rozpoczyna prywatną rozmowę- „Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy”. Tę ocenę – umiejętność obrony racji Polski, okrywa wzniosłym tytułem- „ale przecież jest Pan także patriotą”! Bądźcie Państwo łaskawi zwrócić uwagę jesienią na krytyków Generała i stanu wojennego, czy dostrzegą to uznanie złożoności sytuacji i mądrości – przez Świętego Papieża. Warszawa, spotkanie 27 marca 1981 Dzień po spotkaniu z Generałem, a 3 dni przed generalnym strajkiem okupacyjnym, znów Prymas spotkał się z Lechem Wałęsą i jego grupą. Radził gościom – „Słuszne wydaje się rozłożenie waszych zadań na raty…Ale na razie najpilniejsza sprawa jest ta, abyście panowie chcąc wiele, nie stracili tego, co macie dziś… To nie jest oczywiście największa cnota: męstwo. Największą cnotą jest miłość, ale także roztropność i rozwaga… Wstrzymujemy się od środków tak kosztownych, jakim może być strajk generalny, który tak łatwo jest zacząć, ale skończyć bardzo trudno”. Lech Mażewski spotkanie ocenił jako „uratowanie” Solidarności, choć – „pęd solidarnościowych działaczy do konfrontacji z władzą, został ograniczony jedynie na krótko”. Warszawa, kwiecień 1981 r. Na początku kwietnia, Prymas spotkał się z delegacją wiejskiej Solidarności. Podobnie jak ich „miejskim kolegom” radził- „Pragnę całym sercem Wam życzyć, abyście działali cierpliwie. My w Polsce nie możemy się awanturować, bo nie jesteśmy sami… Możemy powiedzieć, iż obok władzy partyjnej, jest w Polsce władza społeczna. Dowody na to mieliśmy 27 marca. Dzięki Bogu, nie było innego dowodu, a mianowicie zapowiadanego strajku generalnego. Tego należało uniknąć. Chociaż bowiem moralnie jest uzasadnione prawo użycia tego środka przez ludzi broniących się, jednakże zawsze środki muszą być proporcjonalne do zamierzeń, do zadań i osiągnięć … Zawsze układajcie to tak, żeby była ta proporcja między postulatem, wymaganiem, a środkiem, który się będzie stosowało. Żeby do ptaków nie strzelać z granatów”.

Prawda, że ciekawe skojarzenie, „strzelanie z granatów”. Na jak długo zapamiętane, kto z Państwa wie? To podczas tej rozmowy poinformował gości o możliwości rejestracji ich Związku- NSZZ RI, w niezbyt odległym czasie. Stało się to 10 maja. Papież Jan Paweł II Papież- Polak uważnie śledził powstanie i działalność Związku. Był w stałym kontakcie z Prymasem, znał bieżące problemy, ich ocenę zachodniej prasy. Podczas pierwszej rozmowy w Watykanie, 11lutego 1981 r., Lechowi Wałęsie i grupie działaczy Solidarności- podobnie jak Prymas mówił -„Chodzi o to, aby sprawy dojrzewały do właściwego kształtu, żeby dojrzewały w spokoju, żeby również wśród napięć, które rozwojowi tych spraw towarzyszą, zachować umiar i poczucie odpowiedzialności za wielkie wspólne dobro, jakim jest nasza Ojczyzna”. Te nasze, polskie doświadczenia uczynił „nauką Kościoła” dla przyszłych pokoleń – na zawsze, pisząc w encyklice Laborem exercens (14 września1981) o związkach zawodowych w następującym fragmencie- „Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy połączonych tym samym zawodem muszą zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju …Działalność związków zawodowych wkracza niewątpliwie w dziedzinę polityki, rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Równocześnie jednak, zadaniem związków nie jest uprawianie polityki w znaczeniu, jakie powszechnie nadaje się temu słowu dzisiaj. Związki nie mają charakteru partii politycznych walczących o władzę i nie powinny podlegać decyzjom partii politycznych ani też mieć zbyt ścisłych związków z nimi. …Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać… zwłaszcza dla rozgrywek politycznych. Nie należy nigdy zapominać o tym, że nieodzowne usługi dla życia społecznego, winny być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa”. Znów proszę o zauważenie, kogo ta nauka Papieża przywoła do rozważnych ocen i wniosków oraz powstrzyma przed opluwaniem jesienią , w 40-lecie stanu wojennego. Czy będzie to kolejna lekcja historycznej nienawiści i pogardy? A może tym razem-pokory i namysłu nad kolejami polskiego losu, ku nauce młodego pokolenia Polaków. Dziś- w majowe 40-te rocznice, te nauki Papieża i Prymasa można skrótowo ująć tak – Kościół ostrzegał, Solidarność lekceważyła, władza obroniła. Znając życzliwość Redakcji- napiszę o tym w stosownym czasie, jesienią br.

Solidarność na drodze… dokąd? (cz.I)

„Tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie… Nie będziemy wysuwać programów politycznych”
Lech Wałęsa

„Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”.
Stefan kard. Wyszyński

Tytułowe pytanie może być dla Państwa zdumiewające. Przecież od 40 lat wiadomo, że postępowanie Solidarności doprowadziło do „ostatecznego posunięcia państwa”, jakim okazało się wprowadzenie stanu wojennego (to osobny temat). Skąd więc taka „tytułowa ostrożność?” Z nadziei porozumień sierpniowych, że „Polak z Polakiem się porozumie”. Że wspólnymi siłami społeczeństwa- klasy robotniczej w szczególności, i władzy- będzie możliwe wyprowadzenie gospodarki z kryzysu. Z błędów polityki gospodarczej „epoki Gierka”, które doprowadziły do robotniczych protestów.

Kulisy porozumień

Przedłużające się strajki sierpniowe i brak ugody, wywoływały zasadne zniecierpliwienie władzy. Rząd oceniał rosnące z każdym dniem straty gospodarcze. Nie mógł też pójść na daleko idące ustępstwa Komitetu Strajkowego. Nie radził sobie z tym Tadeusz Pyka, w Komisji Rządu zastąpił go Mieczysław Jagielski. Komitet Strajkowy nie spieszył się z ugodą. Zgłaszano wciąż nowe postulaty, a dyskusje nad ich treścią i realnością wykonania- co logiczne- budziły spory i kłótnie. Wreszcie przyjęły postać 21 postulatów. Równolegle utrzymywano napięcie robotnicze, które szybko przekształcano w strajki większości zakładów pracy Trójmiasta. Inspiratorami tego stanu- w Sali bhp Stoczni Gdańskiej, na Wybrzeżu, w kraju- byli działacze KOR. Wiemy to od lat, a rok temu w wywiadzie prasowym potwierdził Bogdan Borusewicz.

Proszę sięgnąć pamięcią i przypomnieć sobie, że ogłoszone 21 postulatów zyskało zrozumienie szerokich kręgów społeczeństwa, także w Wojsku i milicji, nie pomijając Kościoła. Nieliczni może i „krzywili się” na transmisje mszy św., ale ogólnie popierali te postulaty. Nie wstydźmy się tego, przynajmniej wobec siebie. Widzieliśmy wokół siebie wiele rzeczy złych, które można było poprawić, zmienić, nie czekać na „decyzje góry”. Przypomnijmy sobie koniec strajków, jak „odetchnęliśmy z ulgą”! Umacniał nas w tym przekonaniu Lech Wałęsa. Na wiecu kończącym strajk w Stoczni Gdańskiej, gdzie widniało hasło „Socjalizm tak, wypaczenia nie”- widać, że początkowo akceptowano ustrój- wezwał wszystkich „do roboty”. Mówiono też o „drugiej Japonii”,;„bułkę z szynką jeść będziecie”(później dodawano-„jeżeli nas zarejestrujecie”) oraz, że „wszyscy mają jednakowe żołądki”. Później strajkując, Solidarność zapomniała, że także powinna dbać o ich napełnienie -chociażby dla swoich członków (mówiąc uszczypliwie).

Dla Lecha Wałęsy i MKS pierwsze dni września miały decydujące, strategiczne znaczenie Wybuch strajku w sierpniu spowodował szybkie przybycie np. z Warszawy i Wrocławia grupy ekspertów i doradców, początkowo nazywanych intelektualistami. To głównie przedstawiciele KOR, np. Jacek Kuroń, Karol Modzelewski, wspomniany Bogdan Borusewicz, Adam Michnik – „nadawali ton”, inspirowali strajki. Wiemy, że prof. Karol Modzelewski jest pomysłodawcą nazwy Solidarność. Wspierał ich prof. Bronisław Geremek, Jacek Taylor, Tadeusz Mazowiecki i inni. Oni też byli organizatorami, a część członkami Komisji Krajowej i struktur regionalnych Solidarności. Wypracowywali kierunki działania Solidarności. Domyślam się, że musieli sobie odpowiedzieć na kilka pytań, choćby takich- czy będziemy uczestniczyć w realizacji 21 postulatów; jakimi środkami będziemy egzekwować zapisy porozumienia od rządu; czy chcemy zmieniać Polskę przez zmianę ustroju czy i gospodarki. Oczywiście, tych pytań- problemów nie znajdą Państwo tak zapisanych w znanych dokumentach, wynikają one z ich treści. Część odpowiedzi, przynajmniej dla niektórych działaczy KOR była jasna- zmienić ustrój polityczny, odsunąć PZPR od władzy! To był cel zasadniczy! Ujawniali go działaniami, swoimi inicjatywami przez 1981 r., do ogłoszenia stanu wojennego.

Pierwszy sygnał…

Chyba pod koniec września, w październiku, gdy lokalne strajki wciąż trwały w różnych miejscach i zakładach -zaczęło się pojawiać pytanie-po co? Przecież umowy są podpisane, trzeba dać czas rządowi na wykonanie. I tu mamy pierwszy „sygnał ostrzegawczy”. 7 września, czyli tydzień po podpisaniu 21 postulatów, w Warszawie Prymas Tysiąclecia przyjmuje Lecha Wałęsę z delegacją, w której jest ks. Henryk Jankowski. Już wtedy kładzie akcent na sprawy związkowo- robotnicze. Przypomina i wyjaśnia, co mówił na Jasnej Górze -„Musimy mieć roztropność kierowniczą…Brońmy się przez wypełnianie swoich obowiązków. Gdy je wypełnimy, będziemy mieli tym większy tytuł do postulowania naszych praw”. Zwracam uwagę na słowa- „roztropność kierownicza”- jak wtedy mógł rozumieć Prymas w wymiarze krajowym i zewnętrznym; „swoje obowiązki”. Proszę sobie wyobrazić jak zapamiętali je i zrozumieli goście Prymasa, szczególnie Lech Wałęsa, ks. Jankowski. Prymas włącza „sygnał ostrzegawczy”- wykonać, co podpisaliście, zakończyć strajki! Czyżby miał przeczucie-może „Boże zalecenie”? Dlaczego natychmiast- po rozmowie, Lech Wałęsa z delegacją nie skorzystał tej rady? Kto zna odpowiedź? Prymas znał nazwiska doradców i ekspertów. Szczegóły „rodzącego się Związku” opisał mu jeden z nich, Tadeusz Mazowiecki -członek Rady Prymasowskiej. Wiemy, że wpływ „ludzi KOR” bardzo martwił Prymasa. Teraz, po latach nie tylko przyznajemy rację, wyrażamy mu głębokie uznanie!

Ostrzeżenia Michnika

Oceniając ówczesną sytuację, Adam Michnik, w „Biuletynie Informacyjnym” KOR (wrzesień 1980) opublikował artykuł pt. „Czas nadziei”, w którym m.in. pisze: „Prawda jest taka, że bez umowy władzy ze społeczeństwem, tym państwem nie da się rządzić. I taka, że wbrew przemówieniom wygłaszanym na akademiach, nie jest to państwo suwerenne. I taka również, że z faktem ograniczenia suwerenności przez interesy państwowe i ideologiczne ZSRR, Polacy muszą się liczyć. I taka wreszcie, że jedynym rządcą Polski, akceptowanym przez ZSRR, są komuniści i nic nie wskazuje na to, by ten stan rzeczy miał jutro ulec zmianie. Co z tego wszystkiego wynika? Wynika z tego, że każda próba rządzenia wbrew społeczeństwu musi wieść do katastrofy; wynika z tego również, że każda próba obalenia komunistycznej władzy w Polsce jest zamachem na interesy ZSRR. Taka jest rzeczywistość. Można jej nie lubić, ale trzeba przyjąć do wiadomości. Wiem, że niejeden z kolegów zarzuci mi faktyczną rezygnację z dążeń do niepodległości i demokracji. Tym odpowiem z całą szczerością: nie wierzę, aby w obecnej sytuacji geopolitycznej realne było wybicie się na niepodległość i parlamentaryzm. Wierzę, że możemy organizować naszą niepodległość od wewnątrz, że stając się społeczeństwem coraz lepiej zorganizowanym, sprawniejszym, zamożniejszym, wzbogacającym Europę i świat o nowe wartości, pielęgnującym tolerancję i humanizm – pracujemy dla niepodległości i demokracji… Musimy to wszystko od władz wydzierać i wymuszać, bo nigdy żaden naród nie dostał swoich praw w prezencie. Wszakże, wydzierając i wymuszając pamiętajmy, by nie rozedrzeć na strzępy tego, co jest państwem polskim, państwem nie suwerennym, ale państwem, bez którego nasz los byłby nieporównanie bardziej uciążliwy”.

Jestem pewien, że Państwo raz jeszcze przeczytają ten, uderzający realizmem wywód, że podzielą moje przypuszczenie o znajomości tego tekstu przez Prymasa. Przeznaczą chwilę czasu na wyobrażenie sobie jego zrozumienia przez członków KOR, kolegów Adama Michnika. Co więcej- uświadomienia sobie geograficznego i politycznego położenia Polski w 1981 r., a stąd bieżących i perspektywicznych skutków. Że mając to w pamięci, przed oczyma- z tego punktu widzenia będziecie oceniać sytuację Polski, naszej Ojczyzny, przed 40. laty i współcześnie. Kto w Solidarności to rozumiał- jak Państwo myślicie? Na własny użytek sporządźcie ich listę.

Sądowa ugoda

24 października Sąd Wojewódzki w Warszawie – przewodniczący sędzia Zdzisław Kościelniak- wpisuje NSZZ Solidarność do rejestru związków zawodowych. Dokonuje zmian w statucie- skreśla prawo do strajku i dopisuje stwierdzenie o kierowniczej roli PZPR. Reakcja Związku natychmiastowa- KKP ogłasza protest i gotowość strajkową we wszystkich regionach w kraju, składa odwołanie do Sądu Najwyższego. Wyjaśnienia sędziego dot. skreślenia prawa do strajku, jako zapisanego w 21 postulatach i wpisu o kierowniczej roli PZPR, jako uzupełnienia z „Protokołu” nie przekonują władz Związku, części prawników i części „centrali” Partii. Dwa tygodnie trwa poszukiwanie wyjścia z sytuacji, rośnie napięcie, „gorączka strajkowa” w kraju.10 listopada Sąd Najwyższy uchyla poprawki Sądu Wojewódzkiego. Związek zgodził się na aneks do statutu, w którym dołączono postanowienia Międzynarodowej Organizacji Pracy dot. wolności tworzenia związków zawodowych i zapis „Porozumienia”-„Tworząc nowe, niezależne, samorządne związki zawodowe, MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL. Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie, ani nie podważając ustalonego systemu sojuszów międzynarodowych, dążą one do zapewnienia ludziom pracy odpowiednich środków kontroli, wyrażania opinii i obrony swych interesów. Nowe Związki zawodowe będą bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej. Stoją one na gruncie zasady społecznej własności środków produkcji stanowiącej podstawę istniejącego w Polsce ustroju socjalistycznego”. Znów poddaję Państwu pod rozwagę- proszę wskazać, czy i jak Solidarność rozumiała i „przestrzegała zasad określonych w Konstytucji” w 1981 r. i latach następnych? Temat ciekawy i dyskusyjny, będzie się pojawiał w kolejnych publikacjach. A zapis- … „nie zamierzają pełnić roli partii politycznej”, wymuszony przez Komisją Rządową, nie był ostrzegawczy, dalekowzroczny- także dla Papieża? (encyklika Laborem exercens). Co Państwo myślą, nawet po 40 latach?

Kierownicza rola…

Pytanie-dlaczego nie wpisano do statutu kierowniczej roli PZPR? Wśród kilku pokrętnych wyjaśnień, pojawia się i takie, że nowa nazwa Związku- NSZZ Solidarność nie musi stosować się do tego, co podpisał MKS. Prawda, że zaskakujące? A pytanie-dlaczego ta „nowa nazwa” uznaje za obowiązujące 21 postulatów- mogliby Państwo uznać za obrażające inteligencję! Przyjąć więc można, że to taka nowa „filozofia myślenia” Solidarności. Można inteligentnie zakpić, ale sprawa jest dalece poważniejsza. To sygnał, niejako „odkrycie kart”, że Solidarność w swoim działaniu może nie chcieć liczyć się ze zdaniem PZPR, nie szanować jej obecność, ale także z Państwem! Proszę czytać dokładnie-„Uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie”…nie „gdzieś tam”, tylko tu w Polsce, na obszarze której i wobec mieszkających na tym „obszarze” obywateli chce działać. Przecież deklaruje, że dla ich dobra! Czy dla „dobra Polski”- ktoś może obruszyć się takim pytaniem. Ostrożnie z emocjami. Fakt, czytali Państwo-„ani nie podważając ustalonego systemu sojuszów międzynarodowych”. A jakie są – Układ Warszawski (UW) i Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG), jako główne. Polska, kilka innych umów międzypaństwowych i międzynarodowych podpisała, np. Akt Końcowy KBWE, jest też członkiem Międzynarodowej Organizacji Pracy- wyżej wspomnianej czy ONZ.

Dla wielu z Państwa interesującym może okazać się takie myślenie Prymasa. Podczas spotkania z Generałem, 26 marca 1981 r., wspomniał, że listopadzie 1979 r. wręczył Edwardowi Gierkowi memoriał (nie konsultował go z Episkopatem), gdzie wytykał błędy i nieprawidłowości w postępowaniu władz. Powiedział -„To partii głęboko szkodzi. Nie mam powodu do jej adorowania, ale w tym ustroju, w tym bloku jest ona realnością, po prostu musi istnieć. Aby tak było, partia musi być na poziomie, musi być zdrowa, silna. Inaczej zniknie, a blok da nam inną. Gierek w tej sprawie nie zrobił nic. A przecież można było uniknąć wielu zapalnych punktów. Można było uniknąć niezadowolenia społecznego”. („Stan wojenny”, Spotkanie z wielkością”, Wyd. BGW, 1992). Pomyślcie Państwo- czy słowa, że partia „w tym bloku jest… realnością… musi istnieć… być na poziomie… zdrowa, silna”, nie odnoszą się do „kierowniczej roli”? Nikt tu chyba nie podejrzewa Prymasa o koniunkturalizm. Ale należy pochylić czoło przed realizmem! Jednocześnie, słowa te mógł Generał odczytać jako wskazówkę do wzmocnienia wewnętrznej zwartości Partii, jej pozycji w kraju, bo…Kreml uważnie patrzy! Polaków, zachęca do namysłu nad kierowniczą rolą partii- także z dystansu 40 lat. A czy Prymas nie powiedział to samo co Adam Michnik, tylko „innymi słowami”?

„Serce ważne…wyżej głowa”

Proszę, by Państwo „rzucili okiem” na czołową sentencję. Realizm, kolejny raz Prymas wykazał 10 listopada. Spotkając się z delegacją Solidarności powiedział – „Chociaż mielibyście różne pokusy natury politycznej, pamiętajcie, że pierwszym waszym celem jest realizacja zadań społeczno-zawodowych: obrona środowiska pracy, warunków higieny i bezpieczeństwa pracy, przestrzegania kodeksu pracy, ustawodawstwa społecznego. Obrona człowieka pracującego-to jest wasze najważniejsze zadanie”. Czy te zadania można było przedstawić Lechowi Wałęsie i kolegom jaśniej, wyraźniej, dosadniej- kto ośmieli się poczynić tę uwagę Prymasowi? A dalej- „Nadrzędnym celem wszelkiej działalności winien być interes Ojczyzny i rzetelna praca dla wszystkich ludzi, dla dobra Polski”. Uparcie Państwa pytam- czy i jak delegaci mogli rozumieć „interes Ojczyzny i rzetelną pracę”? Także podczas tego spotkania padły- jakże filozoficznie mądre i czasowo nie przemijające słowa -„Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”. Kto z Państwa policzyłby sytuacje wymagające powtórzenia tych słów, wręcz wykrzyczenia wiele razy w całym 1981r. do 13 grudnia. Powtórzę, że głowa jest wyżej od serca, że głowa służy do myślenia, a nie bicia w przysłowiowy mur! Że serce, promieniujące miłością wiele razy w Historii Polski przeszkodziło, wręcz unicestwiło rozsądek głowy! Płaciliśmy nie raz krwią, życiem, dosłownie zakochanych – Powstanie Warszawskie. Do czego mogło doprowadzić działaczy Solidarności „serce” bijące abstrakcyjną miłością do Ojczyzny, do Narodu, gdyby nie stan wojenny? Serce, choć pełne miłości- u tych co wciąż kochają pannę „S”, jako posażną i wytworną damę. Niech zechcą się obudzić, wraz z wiosną 2021 r., przetrzeć oczy i dostrzec jej skromny posag, a wytworność przeciętną. Nie wierzycie Państwo- zachęcam do czytania książki „Zagrabiona historia Solidarności” prof. Bruno Drwęskiego, promował ją kilka razy Przegląd, a Trybuna 16-18 kwietnia 2021. Zachęcam Państwa, by nie dać sobą manipulować, gdy „piaskowi uczeni” zechcą pluć na stan wojenny w 40-lecie. Zachęcam do promowanej książki prof. Andrzeja Walickiego „PRL i skok do neoliberalizmu”. Filozoficznym, naukowym, przystępnym językiem-Profesor pokazuje, że „nie można zbudować obiektywnej oceny PRL przy pomocy mitologizacji zasług opozycji politycznej i autogloryfikacji kombatantów, którzy stworzyli wygodną dla siebie wersję historii”. Zachęcam do czytania Trybuny i Przeglądu!

„Socjalizm… niezły…”

Po spotkaniu z Prymasem 10 listopada 1980 r., Lech Wałęsa mówił dziennikarzom-„Nie kwestionujemy socjalizmu. Na pewno nie wrócimy do kapitalizmu, ani nie skopiujemy żadnego wzorca zachodniego, bo tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie. Socjalizm to jest system niezły i niech będzie, ale kontrolowany. Współudział związku powinien być pełniejszy. Niech panowie zapiszą, że nie będziemy wysuwać programów politycznych, a w żadnym wypadku ich realizować”. Kto dziś, po 40 latach chciałby wątpić w szczerość tych słów? Można wątpić w pamięć Lecha Wałęsy o odpowiedzialności za własne słowa, jako człowieka. A należy ostro, krytycznie mówić o jego odpowiedzialności jako przewodniczącego Związku, zarówno za robotników jak i za Polskę. Co sprawiło, że tak szybko zapomniał, że „tu jest Polska i chcemy mieć rozwiązania polskie” a „Socjalizm to jest system niezły”? Może Państwo wiedzą.

Prymas, bogatszy o wnioski z dwóch miesięcy obserwacji działań Lecha Wałęsy i grupy współpracowników, 19 stycznia 1981r.(od 3 dni trwały strajki i protesty o wolne soboty)- spotkał się kolejny raz i nawiązał do sytuacji, m.in. tłumacząc- „Na pewno chcielibyście osiągnąć bardzo wiele. Aby chcieć wiele i osiągnąć wiele- trzeba mieć dużo cierpliwości na dziś i na jutro. Potrzeba umiejętności przewidywania tego, co jest do zrobienia dziś, a co jutro”. Lech Wałęsa miewał momenty „przewidywania”, ale działał „na wyczucie”, emocjonalnie. Jak reagowali jego doradcy i eksperci -byli bezsilni! To nie usprawiedliwienie, tylko żądanie odpowiedzialności.
Pamiętam gest, ocknięcie się Lecha Wałęsy, gdy w kwietniu 2007 r. jako Noblista, zabrał głos w obronie Generała, po wytoczeniu przez IPN procesu sądowego za stan wojenny. W liście do Marszałka Sejmu m.in. napisał – „Sowieci dla Polaków byliby z całą pewnością gorsi od Jaruzelskiego” (też porównanie!). Według niego, „dzięki Jaruzelskiemu Solidarność dogadała się z władzą i nie było krwawej rewolucji”. Przypomniał, że „połowa Polaków wciąż twierdzi, że Generał postąpił słusznie, wprowadzając stan wojenny”. Dlatego władze nie powinny dopuścić do procesu Generała. „Lepiej późno niż wcale”-, pamiętając „kolejkową gehennę”, rysujący się głód zimą 1981 r. i następnym.

Dokąd pójdzie…

Czytając ten tekst, zasadniczo obejmujący II półrocze 1980 r. nasuwa się „teoretyczna odpowiedź” na tytułowe pytanie publikacji. Solidarność będzie zmierzać do naprawy socjalizmu w Polsce, do „przestrzegania kodeksu pracy, ustawodawstwa społecznego. Obrony człowieka pracującego”- jak10 listopada wbijał gościom do głowy Prymas. Stąd nawiasem mówiąc- wynika sens przygotowania osobnej publikacji o roli Papieża, Prymasa i Kościoła w 1981 r.

Napisałem wyżej- „teoretyczna odpowiedź”, bo faktyczną znamy. A Państwo wyczuwają moje, swoiste uczulenie adresowanie do Solidarności. Nie ma ono złośliwego podłoża. Ma wyraz bolesnej troski o Solidarność jako ludzi – jej „szeregowych” członków i Polaków. Powtarzam-ludzi i Polaków! Nie o struktury terenowe i teorie ubrane w „niepodległościowy kostium”. Kto, jeśli nie oni stali godzinami w kolejkach- kogo przeklinali, czy tylko Jaruzelskiego, Kanię, Cioska, Rakowskiego? Czy nie oni byliby wywożeni na Sybir tylko dlatego, że Kierownictwo Solidarności ujęło ich „sercem”, pięknymi obietnicami i tym zyskało ich zaufanie? To działacze KOR wybijali im z głów, gdzie leży Polska, jak jest podzielona Europa. Warto więc zapytać-czy Kierownictwo Solidarności czytało i dyskutowało o cytowanym tekście Adama Michnika, bo o efektach żaden prawicowy naukowiec nie pisze. Kiedy, w jakim okresie zaczęło rezygnować z rad i wskazań Prymasa, kierując Związek i znaczącą część społeczeństwa na jednoczesne niszczenie gospodarki i obalanie ustroju. To jest istota, klucz: położenie geograficzno-polityczne i militarne Polski, jej Konstytucja i ustrój polityczny, co kierownicza rola Partii uosabiała. Kto tego nie rozumiał i nie respektował- zmierzał do stanu wojennego. On okazał się ratunkiem- najpierw dla Kierownictwa Solidarności, potem członków. O tym w następnych tekstach.

Na zakończenie.

Zachęcam Państwa do wsparcia Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Pod „pistoletem” strajkowym… „czarne złoto”.

„Rząd pod >pistoletem strajkowym<, zajmując się wciąż różnymi punktami zapalnymi, nie może efektywnie spełniać swej funkcji”. „Mówi się węgiel to >czarne złoto<. Dziś trzeba powiedzieć inaczej – węgiel to nasz tlen. Bez złota można żyć. Bez tlenu nie” – gen. Wojciech Jaruzelski

„Rząd pod >pistoletem strajkowym<, zajmując się wciąż różnymi punktami zapalnymi, nie może efektywnie spełniać swej funkcji. To nie po prostu sprawa samopoczucia władzy, lecz zakłócenie elementarnych warunków funkcjonowania państwa”. Ocena ta padła z trybuny Sejmu 12 lutego 1981r.,wygłoszona w ekspose przez Premiera-Generała. Udając obruszonego, można postawić pytanie – jakiż to tytuł, prawo ma nowy premier oceniać skutki działania organizatorów strajków? Przecież w tej chwili Sejm jeszcze nie wybrał rządu! Można sobie dworować z Premiera-Generała mówiąc, że „pistolet” nie był „nabity”, nie było podstaw do obaw, do strachu. Poprzednik, premier Józef Pińkowski, nie zdążył „nabić”. Zachęcam Państwa do lektury ekspose – a my dokonajmy przeglądu działań, tego „nabijania pistoletu”- od sierpnia 1980 r. Między sierpniem, a lutym… Przypomnę, iż w tekście „Na progu”… napisałem, że formalnie strajki powinny się zakończyć 31 sierpnia 1980 roku o godz. 17.00, po podpisaniu „Porozumienia”. Tak miało być. A w praktyce dopiero 3 września podpisano odrębne porozumienie z górnikami, a 11 września z hutnikami. Może wśród górników i hutników pojawią się odważni, którzy po 40 latach powiedzą dlaczego wydłużyli strajkowanie, kto was do tego namówił. Nie wstydźcie się Panowie, odwagi. Tekst szczególnie adresuję do robotników, przedstawicieli klasy robotniczej! Oto kilka, niektórych, wyrazistych przykładów: – godzinny strajk powszechny 3 października Solidarności, powód- władza nie wypłaca podwyżek, ogranicza dostęp do środków masowego przekazu, przeszkadza w tworzeniu nowych związków, itp.

Czy rzeczywiście tak było? Przypomnę, władza zgodziła się „wypłacać wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku wynagrodzenie za okres strajku jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ”( pkt.7 „Porozumienia”).Uściślono w „Protokole”, że zaliczkę 40 proc. wynagrodzenia otrzymają za okres strajku, a po podjęciu pracy-wyrównanie do 100 proc. To dawało okazję do zarzutu, że władze zakładowe nie zauważyły „końca” strajku i „martwego czasu” do rozruchu zakładu, a stąd ocena, że się spóźniają, ociągają z wypłacaniem. Takie przypadki mogły być, nie zaprzeczę. Czy należało reagować strajkiem powszechnym? Może świadkowie- robotnicy powiedzą prawdę po 40 latach, zachęcam; – 24 październik, tzw. kryzys rejestracyjny. Sąd Najwyższy nie chce zarejestrować NSZZ Solidarność bez uznania przestrzegania Konstytucji i kierowniczej roli PZPR Na 27 października KKP ogłasza strajk, rząd ustąpił (napiszę osobno); – 21 listopada, strajk w Hucie „Warszawa” i fabryce traktorów w Ursusie. Powód – dzień wcześniej SB przeprowadziła rewizję w mazowieckiej Solidarności, gdzie pracownik powielarni Prokuratury Generalnej Piotr Sapełło doręczył kopię tajnego dokumentu Janowi Narożnikowi, działaczowi „S”. KKP wezwała inne regiony, poza mazowieckim do solidarnościowej akcji. Władza ustąpiła- zwolniła zatrzymanych po poręczeniu Stefana Bratkowskiego. W ocenach wielu uczonych pomija się szczegół – to dokument tajny. Dlaczego świadomie wprowadzają w błąd?; – 23 grudnia rząd ogłasza, że w 1981 r. będzie wolnych od pracy tylko 25 sobót. Doszło do sporu z rządem. Solidarność dołączyła różne regionalne postulaty. 16 stycznia rozpoczęły się strajki w ok. 300 zakładach pracy, głównie w województwach południowo-wschodnich. Strajk powszechny objął 28 stycznia ok. 600 tys. ludzi w 11 województwach i zapowiedziano na 3 lutego ogólnopolski strajk ostrzegawczy. Łącznie w styczniu strajkowało ok. 1,7 mln. ludzi. W odpowiedzi 30 stycznia prasa krajowa opublikowała Oświadczenie rządu PRL…„że z tytułu swych konstytucyjnych uprawnień zobowiązana jest do zapewnienia ładu, porządku i dyscypliny, do stworzenia warunków normalnego życia obywateli. Mając to na uwadze, Rada Ministrów w przypadku utrzymywania się tego stanu będzie musiała podjąć niezbędne decyzje, które sprzyjać będą normalnemu funkcjonowaniu przedsiębiorstw i zakładów zgodnie z najlepiej pojętym interesem społecznym” (strajk na 3 lutego odwołano). Ostatecznie podpisano porozumienie 31 stycznia-42 godzinny tydzień pracy i wolna sobota. Fakt, ten oceniła Danuta Zagrodzka na łamach „Gazety Wyborczej” 5 maja 1994 r.- „Postulat skracania czasu pracy w kraju, który się dorabia, wydaje się dość śmieszny. Solidarność wysuwała ten postulat przed 14 laty, ale wtedy, aby pokonać komucha, każdy postulat wydawał się dobry. Teraz ta podwójna moralność wychodzi nam bokiem”. A jak „wydaje się” Państwu po 40 latach? Wspomnę, że łączne podwyżki i skrócenie czasu pracy w 1981 r. wyniosły 255 -260 mld. zł. „Mimo starań Rządu, realizacja rozmija się z intencjami sygnatariuszy”, ocenił prof. Jan Szczepański. Na początku lutego prasa opublikowała komunikat GUS o wykonaniu planu za rok 1980 i sytuacji społeczno-gospodarczej kraju, oględnie mówiąc-mocno niekorzystny. Przykłady: spadek dochodu narodowego głębszy niż w 1979 r.; znaczna nadwyżka importu nad eksportem i dalszy wzrost zadłużenia; nie wykonano planu produkcji większości podstawowych wyrobów; spadek produkcji roślinnej i pogłowia zwierząt gospodarskich. Wnioski-deficyt żywności staje się najważniejszym problemem. Polska zaczyna balansować na skraju krachu gospodarczego. Zachęcam Państwa do przejrzenia prasy z początku lutego 1981 r., wczytania się w dane i oceny GUS, zastanowienia się nad I-ym półroczem strajków i wynikającymi stąd wnioskami oraz odpowiedzeniem sobie na pytanie- miał rację Generał, mówiąc w Sejmie, że rząd poprzednika znalazł się pod „pistoletem strajkowym”. Błądził, jeśli spodziewał się tego samego dla siebie? Moje refleksje Staram się czytać dostępną literaturę, by wreszcie zrozumieć dlaczego tzw. regionalne strajki trwały tu i ówdzie cały czas. Kto winien?- też pytanie, wiadomo, że władza.

Dlaczego? Zgodziła się „wypłacać wynagrodzenie wszystkim pracownikom biorącym udział w strajku jak za urlop wypoczynkowy” (pkt.7„Porozumienia”).

Uściślono w „Protokole”, że otrzymają zaliczkę 40 proc. wynagrodzenia za okres strajku, a po podjęciu pracy-wyrównanie do 100 proc. Jestem w błędzie pytając, czy warto strajkować z byle powodu, „bo i tak zapłacą”? Okazja do zarzutu, że władze zakładowe nie zauważały „końca” strajku i „martwego czasu” do rozruchu była cięgle, a stąd ocena, że się spóźniają, ociągają z wypłacaniem. Przypadki mogły być. Ale nie uznam za ocenę prawdziwą, że działanie władz terenowych, zakładów pracy było celowe, robotnikom, „na złość”. Gdyby tak było, szybko dostałaby nauczkę- ponowne strajki, protesty, interwencja MKS, rządu, jestem w błędzie? Niech Panowie, wtedy robotnicy i oczywiście członkowie Solidarności, przypomną sobie, dzieciom, wnukom jak „gorliwie pracowali”. Nie wstydźcie się powiedzieć prawdy. Cytowany zapis dawał okazję, otwierał furtkę do pomówień, że „chcemy pracować”, ale „nie płacą”- strajkujemy. Ten „wytrych” stosowaliście masowo. Wiem, wiosną 1981 zaczynały się braki i opóźnienia dostaw surowców. Ale tu będę uparty- nie przyjmę tego argumentu! Bo to w części „zasługa” Panów i górników-Polska nie wywiązywała się z eksportu węgla i produktów. To przysłowiowy kij, który ma dwa końce! Starajmy się być uczciwi w ocenie własnej i władzy. Kolejny argument. Ostrożność władzy w użyciu siły, was- Panowie robotnicy ośmielała, „dodawała otuchy”. Zarówno 40 lat temu jak i dziś, tę „ostrożność” należy uszanować, docenić, to nie tylko wniosek z Grudnia 1970 r. To także wyraz krytycznej samooceny władzy od początku lat ’80. Także szacunku dla robotniczego trudu, bez fałszu, uczciwie. Tu przyznaję „akcje wodzów” całkowicie przesłoniły Panom tę ocenę. Czekam na Panów- robotników głos. Ale wtedy Panów myślenie było proste- skoro nie biją, to znaczy że nas się boją i do tego płacą! Powtarzam, to wy-Panowie robotnicy jesienią ‘80 i częściowo wiosną ’81 r. byliście „motorem” strajków. Fakt, „związkowa góra” nie potępiała, mieliście ciche przyzwolenie. Łatwo i szybko przekonywała, że macie rację. Wtedy, jesień ‘80 r. „uczyliście” się strajkowania, byliście pojętni i podatni na „nauki” różnych „ekspertów poczty pantoflowej”. Słuchaliście wyrastających – jak przysłowiowe grzyby po deszczu- różnych „zakładowych wodzów”, takich „swojskich mądrali”. Bogdan Lis- w relacji z 1 stycznia 1984 r. (książka pt. „Konspira”), mówi: „Panowało u nas poczucie komfortu psychicznego, iż praktycznie nic nam nie grozi. Główną słabość Solidarności, szczególnie pod koniec1981r.,widziałbym w bufonadzie działaczy, często szczebla zakładowego. Nie dotyczy to może większości, ale ton nadawali ci, którzy potrafili głośno mówić i w odpowiednim momencie bić pięścią w stół”. Sięgnijcie pamięcią robotnicy- dziś stateczni Panowie i powiedzcie „jak było” (znam treści kilku listów, które autorzy – zastrzegając nazwiska skierowali do Sądu, po oskarżeniu Generała za stan wojenny). Dzieci i wnuki. zapewne z uwagą posłuchają prawdy Dziadków i Rodziców. Będzie to dla nich lekcja- tak myślę uczciwej Historii. Zapytam Panów robotników- dziś dostojnych emerytów, dziadków – kto produkował znane wtedy buble. Takie przykłady. Ludzie nie chcieli kupować mebli ze „sklejki”, rozpadały się. Renomą i długimi kolejkami cieszyły się produkowane przez Fabrykę Mebli w Swarzędzu-był rarytas, kto pamięta? A motocykle, znane WFM-ki oraz WSK-i, były cenione i poszukiwane. Od pewnego czasu straciły popyt, nawet błotniki do nich były wadliwe. A przekleństwa rolników za buble w postaci wideł, które dosłownie nie nadawały się nawet do rozrzucania gnoju, a łopaty, szpadle, łamiące się przy próbie wbicia w ziemię? Zapytam Panów robotników- kto zalecał produkcję bubli, marnotrawstwa materiałów? Czy towarzysz dyrektor fabryki i zakładowy sekretarz partii? To przecież ich wywoziliście na taczkach- była przy tym „kupa śmichu”. Jak reagowaliście na kontrole wykonanych wyrobów? Przecież Panowie robotnicy swoimi „rencami” robiliście te buble, marnowaliście materiały, nie słuchaliście nawoływań członków partii, władzy do rozwagi, opamiętania… Zacytuję tu jedną z wielu, znamienną ocenę Generała – „To, że po >trupie gospodarki< można było dojść do władzy, nie było obce niektórym osobom z kręgu Solidarności. Tratowanie polskiej gospodarki dokonywało się w procesie żywiołowym, masowym, w większości lokalnym. Ale w jakiejś- trudnej do ustalenia mierze- miało to również charakter świadomy, celowy. Postępował paraliż podstawowych funkcji państwa, – okupowanie budynków użyteczności publicznej, rozkład społecznej dyscypliny, w tym wzrost absencji w pracy o 90 proc. ”.Wszystkich Panów robotników, czytających ten tekst proszę-oceńcie ile prawdy zawierają słowa Generała-„tratowanie polskiej gospodarki dokonywało się w procesie żywiołowym, masowym, w większości lokalnym…miało to również charakter świadomy, celowy”. Spójrzcie szczerze, uczciwie na tamten czas, z dystansu 40 lat! Nie pytam o stan Panów samopoczucia, co teraz powiedzielibyście Generałowi. Ale zachęcam- przekażcie 1proc. podatku na cel podany na końcu tekstu. Luty… i co dalej. Poprzednio kilka razy cytowałem różne fragmenty ekspose Generała. Nie było nikomu obce, a powszechnie dostępne i znane. Oceniał w nich Generał sytuację gospodarczą, mówił o groźbie braku żywności, prosił o 90 spokojnych dni. Że „czas ten pragniemy wykorzystać dla porządkowania najbardziej elementarnych spraw naszej gospodarki…podjęcia najpilniejszych problemów socjalnych… stabilizacji gospodarki… reformy gospodarczej”. Faktycznie, pierwsze kilka tygodni – osłabienie lokalnych strajków. Później z trybuny Sejmu, 10 kwietnia dziękował za ten krótki oddech. Ale „wybuchł Bydgoszcz”, wraz z nim „ożywił się teren”- pisałem wcześniej. Tu zatrzymam Państwa uwagę, a głównie Panów robotników na kwestii powołania związku rolników indywidualnych. Przecież 21 postulatów nie obejmowało tej „branży”, nikt nie wliczał jej do „klasy robotniczej”, podobnie jak studentów. Zastanówmy się – rolnicy indywidualni. To właściciele gospodarstw mający po kilka, kilkanaście ha ziemi, łąk, czasami lasów, inwentarz, trzodę chlewną, dom, zabudowania gospodarcze. To nie chłop pańszczyźniany, mieszkający w pańskim czworaku i mający „ręce do roboty” u pana dziedzica (czasem kawałek ziemi, ogrodu). To nie „robotnicy rolni”, pracownicy fizyczni, jak dominująca część członków Solidarności. Nie spotkałem, czytając opisy „bydgoskiego wstrząsu”, by ktoś wspomniał o robotnikach PGR-ów. A przecież ta sprawa rozpoczęła się od okupacji budynku WK ZSL. Próbowali rozwiązać problem, m.in. Jerzy Grzybczak, sekretarz NK ZSL z grupą ekspertów. Jak wiemy, bez skutku. Dołączyły do protestu Ustrzyki Dolne. Na szczęście 19 lutego, podpisano porozumienie wygaszające rolnicze strajki w Bieszczadach i Rzeszowie. Rolnicze związki były przedmiotem rozmowy Prymas- Generał. Kardynał argumentował- „Byłoby źle, gdyby te dwie Solidarności, miejska i wiejska, podały sobie ręce. Na zasadzie instrumentalnego wspierania- tej wiejskiej przez miejską. Im szybciej wiejską uznamy, tym bardziej będzie ona samodzielna… trzeba szukać sojuszników, a nie walczyć…Chłopi będą sprzymierzeńcami…To uspokoi wiele milionów ludzi”. Po 32 dniach i zgody na rejestrację NSZZ RI, co nastąpiło 10 maja, problem zniknął. Warto byłoby poznać racje uczestników i ekspertów z NK ZSL- jak wówczas i dziś z dystansu 40 lat oceniają tę sprawę, wsparcie lokalnych strajków. Proszę Panów o głos. Wtedy ważyło na relacji PZPR- ZSL. Wróćmy do strajków. 10 kwietnia w Sejmie, Generał oceniał-„Właściwie załamał się rynek wewnętrzny. W sklepach brakuje żywności i wielu innych towarów. zakupy stały się, zwłaszcza dla kobiet, prawdziwą udręką. Każdy dzień złych wyników produkcyjnych osłabia gospodarkę, narusza jej wewnętrzne więzi, powiązania kooperacyjno-zaopatrzeniowe. Każdy dzień przedłużania się kryzysu cofa nas, pogarsza naszą sytuację”. Poprzestanę tu na pytaniu- czy Panowie robotnicy tego nie widzieli, nie byli uczestnikami, nie doświadczali, choćby poprzez żony w kolejkach- skutków swojego postępowania, faktycznie strajkowania „na zawołanie”? Po przeczytaniu powyższego fragmentu, mogą Państwo wpaść w zdumienie akcentem na tzw. lokalne strajki. Rozumiem to. Tego dotychczas nikt nie eksponował. Były uznawane jako „wola robotniczego ludu”. Stąd tytuł do pochwał, nie temat do zastanowienia, nawet przygany. To „stanowcze” postępowanie robotników znajduje uzasadnienie w opracowaniach prawicowych historyków. Dlaczego nie piszą prawdy? Przecież swoje dzieła powinni opierać na naocznych faktach, te-obiektywnie rzecz biorąc- nie dają podstaw do pochwał strajków. Za argument służy im często taka ocena gen. Wojciecha Jaruzelskiego na BP KC PZPR z 14 października 1980r. „Potrzebna jest kompleksowa analiza taktyki i strategii przeciwnika, rozeznanie jego zaplecza, źródeł inspiracji, środowisk, w jakich działa i celów do jakich zmierza…nastał czas konkretnego obnażania działalności jawnie szkodliwej i uświadamiania społeczeństwu jej konsekwencji i możliwych skutków”. Uczeni traktują to za dowód „wrogości” władzy do Związku. A ja uparcie pytam- władza nie miała prawa, nawet obowiązku mieć rozeznania w sytuacji wewnętrznej? Może „narzędzia” były nie takie- SB, a inne, też złe? Dlaczego nie piętnują, nie pokazują- nawet po latach- szkodliwości strajków i „roboty nauczycieli” robotników? Wymaga tego uczciwość i prawda. Państwo mają inne zdanie? Zachęcam do szukania dobrej woli w „młodym Związku”. Przypomnę, wicepremier Janusz Obodowski, szef Operacyjnego Sztabu Antykryzysowego, widząc pogłębiające się załamanie gospodarki i tego bolesne społecznie skutki, ustalił priorytety w dostarczaniu energii elektrycznej i paliw w 1981 r.1) gospodarstwa domowe i rolne; 2) zakłady służby zdrowia; 3) zakłady mleczarskie, piekarnicze, warzywno-owocowe i inne artykuły spożywcze; 4) szkoły i zakłady opieki społecznej; 5) zakłady gospodarki komunalnej; 6) zakłady usługowe dla ludności; 7) drobne zakłady przemysłowe i spółdzielcze, zajmujące się produkcją rynkową. Preferencje społeczne, humanitarne musiały siłą faktu dokonywać się kosztem innych dziedzin gospodarki, w tym eksportu. Rosło nasze zadłużenie zagraniczne. „Czarne złoto” Po 5 miesiącach kierowania rządem, Generał kolejny (3 raz) zabrał głos w Sejmie. Zwrócił uwagę na 12 proc. spadek produkcji przemysłowej od początku roku, w maju aż o 18 proc. Nastąpił spadek o 6 proc. dostaw towarów na rynek. Może być niższy o ok. 0,5 mln. ton skup mięsa. Wzrosła o 90 proc. nieusprawiedliwiona nieobecność w pracy. Posłowie usłyszeli ocenę- „Mówi się węgiel to >czarne złoto<. Dziś trzeba powiedzieć inaczej – węgiel to nasz tlen. Bez złota można żyć. Bez tlenu nie”. Przypomniał, że plan wydobycia na 1981 r. zakłada 188 mln. ton. Szacunki wskazują tylko na 165-168 mln. ton. „Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy”- podał przykład: za 1 mln. ton moglibyśmy zaimportować ok. 40 tys. ton masła, co zaspokoi rynek na 1,5 miesiąca. Do górników powiedział, że „mimo starań rządu również odczuwają trudności rynkowe, jakie niesie codzienny byt”. Po latach pisał- „Pod pretekstem troski o górników, doprowadzono do gwałtownego, katastrofalnego spadku wydobycia węgla o 38 mln ton. W tym samym czasie, kiedy amerykańskie rozgłośnie- >Wolna Europa< i >Głos Ameryki< zachwycały się strajkami w Polsce i bojkotem górniczych sobót – amerykańskie koncerny węglowe przechwytywały tradycyjne europejskie rynki zbytu polskiego węgla. W samym tylko 1981 r. straciliśmy na zmniejszeniu jego eksportu prawie pół miliarda dolarów”.(książka „Stan wojenny”…) Refleksje stąd płynące- pozostawiam Państwu. Wszystkich, którzy dają wiarę wówczas rozpowiadanym i od lat powtarzanym różnym insynuacjom, pomówieniom i oskarżeniom władzy, że bojkotowała realizację 21 postulatów – odsyłam do protokołów Nadzwyczajnej Komisji Sejmu ds. kontroli realizacji porozumień sierpniowo – wrześniowych. Przewodniczył jej światowej sławy uczony, prof. Jan Szczepański. W lipcu 1981 r. informował Sejm, że skutki ok.700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów, dwukrotnie przekroczyły dochód narodowy (proszę wskazać gospodarkę, kraj na świecie, który mógłby je szybko zrealizować). Komisja ta w 1981 roku odbyła 13 posiedzeń, a protokoły liczą 296 stron. Rząd swoje sprawozdanie z realizacji tych porozumień, opublikował w czerwcu 1981 r. (liczy 50 stron). Szczegółowe sprawozdania za kolejne lata, tj.: 1982 – 1985, każdego roku były publikowane w sierpniu (są do wglądu w „Trybunie Ludu”). Zachęcam świat nauki, polityki i publicystyki, którym idee Solidarności bliskie są, by -mówiąc wprost -wzięli do ręki kalkulatory, te dokumenty, naukowe opracowania, pokryte kurzem archiwalnym i zechcieli skrupulatnie policzyć, skalkulować możliwości realizacyjne ówczesnej gospodarki. A czy wydłużenie wieku emerytalnego do 67 lat, w 2013 r. nie podważa ówczesnej realności tych postulatów? Czy nie należałoby spełnić postulat nr 14, wobec wieku emerytalnego kobiet, szczególnie pracujących zawodowo, fizycznie. Bez badań naukowych wiadomo, iż pracują na dwóch etatach-zawodowym i domowym. Za koronny argument służą kalkulacje kosztów emerytur. Czy 40 lat temu, te same koszty nie miały żadnego znaczenia dla autorów 21 postulatów, doradców i Kierownictwa Solidarności? Czy to nie nauka „historycznego myślenia” dla młodych Polaków? Warto się zastanowić, w jakim stopniu pod koniec 1981 r. wpłynęły one na świadomość klasy robotniczej, na otrzeźwienie Polaków, że stan wojenny przyjęli ze zrozumieniem. Patrząc z dystansu czasu można wyciągnąć co najmniej dwa wnioski. Swoim postępowaniem w znacznej mierze, podkreślam -co nie oznacza, że jedynej, robotnicy mają udział w zapaści gospodarczej, w doprowadzeniu do stanu wojennego. I drugi- pod wpływem żon-kobiet, nastąpiło opamiętanie. I tu poważnie, bez szczypty złośliwości-kieruję do Panów robotników, Rodzin słowa uszanowania. Za zrozumienie sytuacji, za rozsądek i „pozostanie w domu” w dniu 13 grudnia 1981 r. i później. Że doceniliście wartość własnej i najbliższych krwi, że nie posłuchaliście różnych „bojowych mądrali”. O tym napiszę w kolejnych tekstach.

Zachęcam Państwa do wsparcia Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi. Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1proc. podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Zagrabiona historia Solidarności?

Uwagi na marginesie książki Bruno Drwęskiego.

W 2020 roku w ramach „Biblioteki Przeglądu” ukazała się potrzebna i wartościowa książka Bruno Drwęskiego Zagrabiona historia Solidarności. Został tylko mit. Czytelnicy otrzymali ją do swoich rąk w 40 lat po powstaniu „pierwszej” Solidarności. W swoich rozważaniach Drwęski prezentuje odmienną od dominującej postawą ideologiczną. Urodził się w Montrealu i to sprawiło, że nie był bezpośrednio uwikłany w nasze wewnętrzne układy i rozgrywki. Spogląda więc na nasze wewnętrzne problemy korzystając nie tylko z literatury krajowej, ale i zagranicznej. Ma to swoje zarówno pozytywne strony, jak i pewne niedogodności. Autor opowiada się za tezą, że o klęsce realnego socjalizmu zdecydowały interesy uprzywilejowanej warstwy zarządzającej i ideologiczny rozkład PZPR. Wyraźnie sympatyzuje z „pierwszą” Solidarnością powstałą w wyniku strajków sierpniowych, nie widząc w jej programie antysocjalistycznych celów.
Podstawowa teza przewijająca się przez wszystkie stronice książki sprowadza się do tego, że siły polityczne, które doszły do władzy w 1989 roku stworzyły mit założycielski powstającego w Polsce kapitalizmu, oparty na „sfabrykowanej legendzie o tym, czym była Solidarność w 1980 roku, podczas, gdy cały program założycielski związku został zlikwidowany i zapomniany. Legenda została sfabrykowana w celu usprawiedliwienia słynnej »terapii szokowej« narzuconej dość nieoczekiwanie, choć zapoczątkowanej jeszcze w latach 1987-1988”.
Drwęski jest zwolennikiem mocno udokumentowanej i zgodnej z prawdą tezy, że warunki do przemian po 1989 roku zostały przygotowane przez ekipę Jaruzelskiego przez całe lata osiemdziesiąte. Pisze on, że „Zmiana ustroju politycznego, gospodarczego i społecznego, oficjalnie wprowadzona w 1989 roku, faktycznie rozpoczęła się w roku 1987 wraz z uruchomieniem czegoś, co nazwano drugim etapem reformy gospodarczej, i przyśpieszyła wraz ze sformułowaniem we wrześniu 1988 roku rządu Mieczysława Rakowskiego, dziennikarza opowiadającego się od lat 60. po stronie najbardziej liberalnej frakcji PZPR”. Nastąpiła wówczas pełna legalizacja rozwoju sektora własności burżuazyjnej, kadra kierownicza uzyskała prawo do tworzenia firm prywatnych obok firm państwowych, którymi kierowali i w imieniu których mogli podpisywać korzystne dla założonych przez siebie umowy. Tak zwana nomenklatura partyjna została uprzywilejowana w prywatyzowaniu państwowych i spółdzielczych zakładów pracy, którymi kierowali i w których interesie powinni działać. Lekarze do dziś łączą prawo do pracy w prywatnej i społecznej służbie zdrowia, co jest oczywistą podstawą konfliktu interesów i legalizacji korupcji.
Drwęski jako człowiek „z zewnątrz” dostrzegł znaczenie tego, co się działo w ZSRR po dojściu do władzy Michaiła Gorbaczowa i przeczy tezie, że ze strony ZSRR groziła wówczas jakaś interwencja w Polsce w celu obrony socjalizmu i zahamowania kapitalistycznych przemian. Drwęski stwierdza jednoznacznie, że „rozpoczęta w ZSRR pierestrojka Gorbaczowa popychała w tym samym kierunku liderów PZPR”.
Druga strona ówczesnego sporu ideowo-politycznego również nie próżnowała w wypieraniu ze świadomości społecznej programu „pierwszej” Solidarności. „Trzeba było przez całe lata 80. budować na fundamencie odkurzonych mitów nowy zbiór wyobrażeń, by Polacy mogli do pewnego stopnia uznać go za własny na początku lat 90. Stanowił on połączenie wysiłków poczynionych w kilku kręgach intelektualnych Solidarności podziemnej, środowiskach emigracyjnych z okresu od II wojny światowej, a także ośrodkach propagandy mocarstw zachodnich, w oparciu o publikacje wydane za granicą oraz audycje radiowe w języku polskim takich rozgłośni, jak Radio Wolna Europa, Głos Ameryki, BBC, Radio France International, Deutsche Welle itp.”.
Sprzeczność w ocenie „pierwszej” Solidarności
Drwęski dostrzega trudności, jakie istnieją w niektórych środowiskach w ocenie „pierwszej” Solidarności. Jedni widzą w jej powstaniu pierwszą „kolorową rewolucję” w Europie, manipulowaną i zdalnie sterowaną przez imperializm. Drudzy natomiast widzą w „pierwszej” Solidarności symbol spontanicznego, czystego ruchu ludowego, który odszedł od swoich zasad po wprowadzeniu stanu wojennego.
Nietrudno zauważyć, że Bruno Drwęski opowiada się raczej za drugim poglądem. Odrzuca on tezę, że „pierwsza” Solidarność od początku była ruchem maskującym swój antykomunizm. W poglądzie jego można dostrzec pewne echa syndykalizmu. I tu leży przysłowiowa kość niezgody.
Inaczej sprawa miała się z podziemną i „drugą” Solidarnością, legalizowaną ponownie w 1988 roku. „Druga” Solidarność, pod względem programowym to już całkiem inny związek. Zdaniem Drwęskiego za tą tezą przemawia to, że do 1989 roku nikt nie mówił o zamiarze wprowadzenia kapitalizmu w Polsce. Nawet Leszek Balcerowicz stwierdził, że przemianę własnościową w ramach terapii szokowej przeprowadzano bardzo szybko, aby społeczeństwo „nie miało czasu na reakcję, dopóki nie stanie się ona nieodwracalna”.
Według niego „pierwsza” Solidarność była „ruchem”, który „od początku deklarował się jako samorządny, a więc obiektywnie socjalistyczny”. Oprócz roszczeń politycznych strajkujący wysunęli, jego zdaniem, „kilka żądań ekonomicznych i społecznych, które teraz popadły w zapomnienie, ponieważ pozostają w jaskrawej sprzeczności z regułami społeczeństwa kapitalistycznego, w szczególności dotyczącymi emerytur, zasiłków rodzinnych, urlopu macierzyńskiego, regulowania godzin pracy i poprawy kondycji bezpłatnej opieki zdrowotnej”.
Bruno Drwęski nie dostrzega, że antysocjalistyczny charakter żądań „pierwszej” Solidarności wyrażał się właśnie w tych żądaniach „ekonomicznych i socjalnych”, gdyż w ówczesnej sytuacji gospodarczej podważały one ekonomiczne podstawy ówczesnego ustroju politycznego. Przypomnijmy tylko kilka, zorganizowano tysiące strajków, w wielu zakładach kilkakrotnie, że za strajki miano płacić jak za urlopy, emerytury miały być od 50 lat dla kobiet i 55 dla mężczyzn. Stoczniowcy nie należeli do mało zarabiającej grupy zawodowej, a zażądali podwyżek płac, które stały się wzorem dla następnych grup zawodowych, co musiało wywołać szybką inflację i braki na rynku podstawowych artykułów konsumpcyjnych.
Natomiast „drugi” NSZZ Solidarność, ukształtowany w wyniku wprowadzenia stanu wojennego, „doprowadził do powstania neoliberalnego społeczeństwa kapitalistycznego, zatomizowanego, spolaryzowanego, odpolitycznionego i odzwiązkowionego, w którym organizacje i partie mające masową bazę społeczną nie istnieją i w którym nawet pojęcie samorządności zostało wyparte ze zbiorowej pamięci i z języka tych spadkobierców Solidarności, którzy używają jej legendy do legitymacji swojej władzy lub do walki o władzę. Sam związek Solidarność, który stał się jedynie cieniem tego, czym mógł być 40 lat temu, i przeistoczył się w pas transmisyjny narodowo-katolickiej prawicy, często zwanej na zachodzie populistyczną, przestał już odwoływać się wprost do swojego programu założycielskiego przyjętego na pierwszym kongresie we wrześniu 1981 roku”.
Ocena strajków lipcowo-sierpniowych
Ocena charakteru protestów sierpniowych jest skomplikowana, jeśli się będzie uwzględniało oddzielnie poszczególne kryteria i ich wyniki cząstkowe. Tymczasem zdaniem Drwęckiego nawet obecność kultu katolickiego wśród strajkujących i przeciwieństwo władzy państwowej sprawia, że „strajków z sierpnia 1980 roku nie można uznać za antysocjalistyczne, jeśli ograniczyć się do analizy głównych postulatów bazy związkowej”. Drwęski nie docenia w tym przypadku tego, że Kościół katolicki w Polsce nigdy nie był zwolennikiem socjalistycznych stosunków społeczno-ekonomicznych. Hierarchia Kościoła katolickiego potrafiła zaadoptować się do ówczesnych układów i czerpać korzyści ekonomiczne i polityczne, zawsze jednak przedstawiając się jako prześladowana i represjonowana.
Drwęcki za dobrą monetę wziął formalne zapewnienia strajkujących, ich przywódców i doradców, że chciano zwiększyć „samodzielność poszczególnych przedsiębiorstw”, że chcieli „rzeczywistego uspołecznienia zarządzania i gospodarowania”, a nawet to, że wysunięto koncepcję tak zwanego strajku czynnego, polegającego na przejmowaniu kontroli nad produkcją przez komitety strajkowe. Niestety, to, że wielu członków PZPR „wywodzących się z różnych warstw społecznych, przynajmniej na początku dostrzegało w nowym związku i w jego żądaniach samorządności autentyczną możliwość realizacji celów socjalizmu”, nie ma nic do rzeczy. Już klasycy marksizmu twierdzili, że nigdy w ocenie jakiejś epoki czy ruchu politycznego, nie można kierować się tym, co poszczególne epoki, osoby czy partie polityczne same mówią o sobie. Nawet jeśli Drwęski zgadza się z poglądem księdza Józefa Tischnera, że „wszystkie fundamentalne wartości etosu solidarności są częścią wartości socjalizmu”, to nie zmienia to charakteru powstałej w wyniku strajków „pierwszej” Solidarności. Skąd się zatem wziął antykomunistyczny, neoliberalny program w „pierwszej”, a szczególnie w „drugiej” Solidarności?
Bruno Drwęski znalazł proste wytłumaczenie dostrzeżonych trudności i sprzeczności w ocenie charaktery „pierwszej” Solidarności. „Można postawić hipotezę, że im niżej, ku bazie społecznej ruchu, się schodzi, tym bardziej autentyczne [czyli robotnicze, socjalistyczne – E.K.] są te żądania. I na odwrót, im bliżej szczytu, intelektualistów, tym bardziej maskują one dwójmyślenie, podwójny język. Z drugiej strony trzeba stwierdzić, że polskie społeczeństwo w tamtym czasie nie wykazywało żadnego zainteresowania wprowadzaniem systemu kapitalistycznego, pomimo oczywistej fascynacji dobrami konsumpcyjnymi, które był on w stanie wyprodukować”. I po raz kolejny okazuje się, że masy są dobre, to ci na górze są podstępni, fałszywi i źli. Ale jak tę sprzeczność przezwyciężyć? – Nie da się…
Odwrotny jest w przypadku aparatu partyjnego i partyjnej nomenklatury oraz Jaruzelskiego. Uprzywilejowana warstwa zarządzająca przyczyniła się do obalenia „realnego socjalizmu”, a Jaruzelski wprowadzając stan wojenny był jego zdecydowanym obrońcą i zwolennikiem pokoju. Albowiem „Podkreślał jednocześnie zaangażowanie w odnowę socjalizmu, co wydawało się wiarygodne w świetle podtrzymania decyzji o reformie gospodarczej, która miała wejść w życie z dniem 1 stycznia 1982 roku”.
Na razie wstępnie ograniczymy się do stwierdzenia, że masy mają takich przywódców, na jakich zasługują. Pozornie pokrętne rozważania filozoficzne przywódców wyrażają cele polityczne, tylko w bardzo abstrakcyjnych kategoriach, które dla poszczególnych jednostek nie zawsze są zrozumiałe. Czy może jednak być tak, że milionowe masy pracujące są za socjalizmem, a garstka doradców na ich oczach knuje przeciwko socjalizmowi bez poparcia znacznych sił społeczno-politycznych? Albo, że uprzywilejowana warstwa zarządzająca prze ku kapitalizmowi, tylko dla zmyłki nazywanemu gospodarką rynkową, a Jaruzelski chce ją zatrzymać poprzez stan wojenny? Drwęski nie dopuszcza myśli, że stan wojenny był wprowadzony po to, by bronić interesów uprzywilejowanej warstwy zarządzającej, dla której interesów rozwijająca się anarchia stała się niebezpieczna i musiał przygotować warunki pod kolejny etap w restauracji kapitalizmu. Przecież budowa socjalizmu (komunizmu) została nie tylko w Polsce praktycznie poniechana w 1956 roku, i przyznają to nawet najbardziej zażarci antykomuniści. Należy porzucić złudzenia, że za czasów Gierka rozwijano i umacniano w Polsce socjalizm. A stan wojenny w myśl jego twórców skierowany był przeciwko PZPR, gdyż musiano ją sparaliżować, aby przygotowanie warunków do jawnej kapitalistycznej transformacji było możliwe. Ostatnie miesiące panowania Jaruzelskiego, to przecież jawny szantaż na Plenum KC PZPR, że albo będzie tak, jak on chce, albo on rezygnuje z funkcji, razem ze swoimi zwolennikami.
Otóż postarajmy się przejść przez wszystkie sprzeczności w analizie Bruno Drwęskiego.
Na jakim etapie rozwoju socjalistycznych przeobrażeń była Polska pod koniec lat 80-tych?
Wbrew temu co zadekretowała ekipa Gierka, Polska nie była na etapie realizacji zadań rozwiniętego społeczeństwa socjalistycznego, ale na etapie realizacji zadań okresu przejściowego od kapitalizmu do socjalizmu. Polska była więc w okresie przejściowym od kapitalizmu do socjalizmu, a nie w żadnym socjalizmie, rozwiniętym socjalizmie, wysoko rozwiniętym społeczeństwie socjalistycznym, czy tak jak przedstawiają to obecnie historycy na usługach Instytutu Pamięci Narodowej (IPN) – w komunizmie. Co jest istotą okresu przejściowego od kapitalizmu do socjalizmu? Istotą tego okresu jest to, że współistnieją obok siebie i walczą ze sobą stosunki burżuazyjne i komunistyczne. W sensie politycznym jest to problem „kto – kogo?”, czyli: zwycięży tendencja burżuazyjna czy komunistyczna. Powszechnie używany socjalizm nie jest żadnym odrębnym ustrojem społeczno-ekonomicznym, lecz okresem walki pomiędzy stosunkami burżuazyjnymi i komunistycznymi we wszystkich sferach życia społecznego. Ma to swoje konsekwencje teoretyczne i praktyczne. Sprzeczności te przebiegają bowiem we wszystkich sferach życia społecznego i w świadomości i działaniach każdego człowieka. W odniesieniu do poszczególnych osób wszystko zależy od tego, na ile potrafią one sposób świadomy hamować określone tendencje lub im bezwolnie ulegać.
Tak więc neoliberalne i burżuazyjne tendencje nie pojawiły się w uprzywilejowanej warstwie zarządzającej czy Solidarności po 1985 roku, lecz tkwiły w niej od początku, tylko w specyficznej sytuacji mogły się bardziej uzewnętrznić i zwyciężyć. Ale sprzeczność między społecznym charakterem procesu produkcji, a prywatnym przyswajaniem jej efektów tkwi w obecnym kapitalizmie, tkwiła też w innej formie w „realnym socjalizmie”.
Sprzeczności w łonie PZPR, na które Drwęski słusznie wskazuje jako na jedną z przyczyn upadku „realnego socjalizmu”, miały swoje źródła w istniejących burżuazyjnych stosunkach społeczno-ekonomicznych i wymusiły w konsekwencji rozwiązania, które zaostrzyły sprzeczności społeczne w „realnym socjalizmie” na tyle, że został on obalony rękoma klasy robotniczej.
Drwęski nie zajmuje się analizą rzeczywistych stosunków społeczno-ekonomicznych w Polsce, ani ich odniesieniem do etapu rozwoju socjalizmu i komunizmu. Dlatego ciągle napotyka sprzeczności, na które znajduje wyjaśnienia logiczne, ale one mają się nijak do rzeczywistości. Może to też wynikać z jego „zewnętrznego”, czysto logicznego oglądu problemów.
Rok 1980 i walka o władzę w łonie PZPR
W Polsce budowa socjalizmu (komunizmu) została praktycznie zaniechana po roku 1956, chociaż elementów załamania się tej polityki można doszukiwać się już wcześniej. Sytuacja taka owocowała zaostrzeniem się sprzeczności społecznych i gospodarczych, co dawało o sobie znać w 1956, 1968, 1970, 1976 i najsilniej w 1980 roku. W międzyczasie unikano ideologicznej oceny istniejących stosunków społeczno-ekonomicznych i politycznych, co więcej – niejednokrotnie stosunki burżuazyjne nazywano „socjalistycznymi”, czym wywoływano zamęt i oburzenie społeczne mas pracujących. Partia nie rozumiała różnicy pomiędzy rzeczywistym i formalnym uspołecznieniem środków produkcji, tym bardziej nie rozumieli jej strajkujący. Ale ta nieświadomość sprawiła, że zamiast kierować oburzenie mas przeciwko kapitalizmowi – kierowano je przeciwko „socjalizmowi”.
Do walki ze zjawiskami kryzysogennymi, zupełnie nie rozumiejąc ich społeczno-ekonomicznej genezy, postulaty zgłaszały wszystkie frakcje w PZPR. Ponieważ zbliżający się kryzys był widoczny przed rokiem 1980, najbardziej przygotowane do politycznego okiełznania spodziewanego protestu społecznego wydawały się środowiska prawicowo-oportunistyczne, a nie żadni „komuniści”, ponieważ „komunistów” usuwano systematycznie ze stanowisk w partii, państwie i gospodarce po 1956 roku. Może wydawać się dziwne, ale wszyscy przedwojenni komuniści byli inwigilowani po roku 1948. Jeśli „komuniści” polscy próbowali się zorganizować w 1981 roku, od razu spotkali się ze zmasowaną nagonką sił prawicowo-oportunistycznych, „pierwszej” (tej rzekomo dobrej) Solidarności, prasy imperialistycznego Zachodu i niektórych partii w krajach „realnego socjalizmu”.
Nie było chińskiego muru pomiędzy ekipą Gierka i walczącymi frakcjami a antysocjalistyczną opozycją
Gierek nie dostrzegł, że preferowany przez niego rozwój gospodarczy zaostrzył sprzeczności społeczne i wyzwolił siły, które otwarcie parły do restauracji kapitalizmu. Dlatego, jest prawdopodobne, że nawet gdyby pozostał na stanowisku, dalszy rozwój gospodarczy doprowadziłby jedynie do rozwoju sprzeczności na wyższym pułapie, co mogłoby zaowocować jeszcze większym wstrząsem społeczno-politycznym lub nawet wojną domową. Zapewne musiałby podejmować podobne działania do Jaruzelskiego, aby doraźnie łagodzić powstające sprzeczności, by jednak również tak, jak on skończyć w ostateczności w jawnym porozumieniu z burżuazyjną kontrrewolucją.
Formalny charakter uspołecznienia własności w wyniku nacjonalizacji w „realnym socjalizmie” i istniejące stosunki towarowo-pieniężne sprawiły, że powstały w ówczesnych warunkach ustrój miał więcej cech kapitalizmu państwowego, niż „komunizmu”. O klęsce „realnego socjalizmu” nie przesądziło więc powstanie ani „pierwszej”, ani „drugiej” Solidarności, czy imperialistyczny spisek Papieża z Reganem i dywersja, czy błędy kierownictwa partii i jej I sekretarza, lecz nierozpoznane sprzeczności w ramach własności społecznej, konflikty interesów, prywatyzowanie własności ogólnospołecznej przez poszczególne kolektywy pracownicze i osoby zatrudnione w państwowych zakładach pracy. „Formalna własność społeczna została zniszczona przez realne procesy prywatyzacyjne w jej własnych ramach”.
W Polsce Ludowej, podobnie, jak i w innych państwach „realnego socjalizmu”, jeśli uwzględnimy realne procesy, panował w rzeczywistości ustrój bliższy kapitalizmowi państwowemu, w którym dominującą pozycję zajmowała uprzywilejowana warstwa zarządzająca wszystkimi dziedzinami życia społecznego, która w miarę upływu czasu w istocie stawała się coraz bardziej wrogą większości społeczeństwa odrębną, wyzyskującą quasi-klasą społeczną. Uprzywilejowanie tej warstwy polegało nie tylko na wyższych płacach i łatwiejszym dostępie do funduszy spożycia zbiorowego (z którego Gierek był dumny ponieważ był przekonany, że służył większości społeczeństwa), ale na zmonopolizowaniu procesu podejmowania decyzji i decydowaniu o kierunku realizowanej polityki i jej skutkach. Przywileje tej warstwy rozwijały w miarę jak zaostrzały się nierozpoznane sprzeczności w łonie „socjalistycznej” gospodarki i społeczeństwa.
Nie można warstwy tej utożsamiać z biurokracją, czyli ogółem pracowników biurowych (umysłowych), stanowi ona bowiem co najwyżej uprzywilejowaną jej górną część, świadomą swej odrębności. Warstwa ta w 1980 roku, przy ówczesnym stanie antykapitalistycznych nastrojów społecznych, nie popartych jednak głębszą wiedzą, nie mogła jeszcze otwarcie przekształcić się w zwartą klasę prywatnych właścicieli przedsiębiorstw państwowych i spółdzielczych, chociaż dominowały wśród niej już wówczas sympatie do liberalnych rozwiązań gospodarczych i burżuazyjny pragmatyzm. Ale w wyniku polityki Gierka wyobcowywała się ze społeczeństwa coraz bardziej. Opozycja polityczna w rzeczywistości była opozycją nie wobec socjalizmu i komunizmu, bo tych nie było, ale wobec kapitalizmu państwowego. Ponieważ warstwa ta swoje interesy widziała w likwidacji własności państwowej i państwowej kontroli – poparła neoliberalną wersję kapitalizmu z wielomilionowym bezrobociem ludowych mas po roku 1989. „Socjalistyczny” charakter klasy robotniczej był więc równie płytki, jak dzisiejszy katolicyzm społeczeństwa polskiego.
W czasie przesłuchań przed komisją Grabskiego zadano Gierkowi z pozoru naiwne pytanie, ale zawierało w sobie ukrytą tezę: jaki był osobisty udział Gierka w „tworzeniu nowego ruchu związku zawodowego »Solidarność«, co ma m.in. wpływ na rozbicie społecznej jedności narodu”? Gierek zarzucił, że pytanie jest „niepoważne” i zasłonił się decyzją Komitetu Centralnego w tej sprawie.
Następne pytanie było o podobnym charakterze: „Jaki jest osobisty udział Gierka w powiązaniu ze znaną opozycją antysocjalistyczną i antypaństwową?” Z odpowiedzi Gierka wynika, że nie rozumiał dlaczego zadaje mu się takie „absurdalne” pytanie.
Ale na sprawę można popatrzeć szerzej niż widziała to komisja Grabskiego. Zdzisław Rurarz (były doradca ekonomiczny Gierka, były ambasador, który 23 grudnia 1981 roku, po wprowadzeniu stanu wojennego, zwrócił się o azyl polityczny w USA) napisał: „Gierek jest winien, choć nie tylko on sam i nawet nie przede wszystkim, za kryzys w Polsce. Ale tylko dzięki jego tolerancyjności doszło do powstania KOR, prekursora Solidarności. To dzięki jego zgodzie (a były silne sprzeciwy) doszło do papieskiej wizyty w czerwcu 1979 r., której finałem było powstanie Solidarności. To wreszcie umowy z Gdańska-Szczecina-Jastrzębia stały się możliwe dzięki Gierkowi. To nic, że potem je podeptano. Stały się one w historii Narodu wydarzeniem bezprecedensowym”.
Ekipa Gierka nie stanowiła jedności, ale problem opozycji występował jeszcze ostrzej w odniesieniu do jego doradców. Jeśli wierzyć Rurarzowi po tym, jak już poprosił o azyl i starał się przypodobać nowym mocodawcom, to doradzał on Gierkowi cierpiącemu wewnętrznie z powodu zależności od ZSRR. Rurarz przedstawiał się wówczas jako ten doradca Gierka, który wewnętrznie był przekonany o konieczności upadku „realnego socjalizmu”. W sprawie proponowanych zmian miał napisać do Gierka 56 stronicowy raport z propozycjami reformy, którą Gierek uznał na „bardzo ciekawą”. „Propozycja moja była mieszanką modelu jugosłowiańsko-węgierskiego, ale kładła duży nacisk na prywatne rolnictwo, rzemiosło, drobny przemysł, czego w tamtych modelach nie było. Rzecz jasna, powrotu do gospodarki kapitalistycznej nawet nie 83-84 sugerowałem, bo to było zupełnie nierealne, choć już wtedy nie miałem wątpliwości, że wyjście kraju z marazmu gospodarczego możliwe było tylko tą drogą”. Wyznanie Rurarza o tym, że uważał wyjście z problemów gospodarczych w restauracji kapitalizmu w Polsce, rodzi oczywiście pytanie o sposób filtracji doradców dla I sekretarza KC PZPR i to jakie poglądy wyrażali ci, którzy nadal pozostali doradcami. Ale, jak zobaczymy, niektórzy z nich po wybuchu kryzysu w 1980 roku nawet nie musieli ukrywać politycznej istoty swoich pomysłów.
Ale jeszcze bardziej wymownym jest przykład Andrzeja Werblana, który pisał przemówienia dla Władysława Gomułki, ale również dla Edwarda Gierka, i to nie wszystkie tylko te, co ważniejsze i programowe. Uważany był za ideologa partii. Był autorem głównego hasła propagandowego epoki Gierka: „Oby Polska rosła w siłę, a ludzie żyli dostatniej”. Z syberyjskiego zesłania wyciągnęła go I Armia Wojska Polskiego, z którą dotarł do kraju. W 1946 roku wstąpił do Polskiej Partii Socjalistycznej i w 1948 roku został członkiem Rady Naczelnej. Po zjednoczeniu PPR I PPS był sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Kielcach w okresie największego nasilenia stalinizmu. Pracę w KC rozpoczął w 1954 jako asystent Bolesława Bieruta. W PZPR przeszedł wszystkie szczeble kariery od zastępcy członka KC, poprzez kierownika wydziałów propagandy i nauki, sekretarza KC i w 1980 członka Biura Politycznego. Był posłem na sejm I, III, IV, V, VI, VII, i VIII kadencji. Od 1971 do 1982 był wicemarszałkiem Sejmu. A po drodze jeszcze od 1972 do 1974 roku był redaktorem naczelnym organu teoretycznego PZPR Nowe Drogi, a w latach 1974-1981 dyrektorem Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu. Po rozstaniu się z KC udzielił poparcia dla podważających zasadę centralizmu demokratycznego rewizjonistycznych struktur poziomych w PZPR.
Otóż po latach okazało się, że Andrzej Werblan nie był tym, za kogo się podawał, lecz zupełnie innym dygnitarzem partyjnym i państwowym. Na pytanie-stwierdzenie Roberta Walenciaka, że gdy Werblana przywieziono na Syberię był wrogiem komunizmu, odpowiedział, że nim pozostał również wówczas, gdy ją opuszczał w drodze do I Armii WP. Natomiast na zarzut, że on i żołnierze byli tą grupą, która wprowadzała w Polsce „ustrój socjalistyczny”, zaprzeczył wyrażając jednocześnie zdziwienie: „My? Nikt nam tego nie mówił. Wręcz przeciwnie! Słowo socjalizm było zakazane w I Armii. Była tylko demokracja. Komuniści, ci nasi oficerowie polityczni, mieli zakaz mówić o jakimkolwiek socjalizmie. Starannie wystrzegali się tego, żeby mam powiedzieć, że niosą coś na podobieństwo Związku Radzieckiego. Gdyby powiedzieli, że mamy sowietyzować Polskę, mieliby z tym wojskiem na pieńku. Zresztą nie sądzę, żeby oni sami, ci komuniści, wtedy tak myśleli. Oni raczej sądzili, że Stalin kazał, że to ma być demokratyczny ustrój, a nie radziecki. Takie było wyobrażenie. Wracaliśmy do kraju z przekonaniem, że to będzie po trosze jak przed wojną. Może trochę sprawiedliwiej”. Nie jest to wypowiedź sprzed 75 lat tylko nie więcej niż 3.
Na poparcie tezy o swoim antykomunizmie przypomniał, że w 1944 napisano przeciwko niemu donos w armii, że negatywnie wyrażał się o ustroju w Związku Radzieckim. Komentując ten dokument z dumą powiedział, że nie było to sprzeczne z prawdą. Stacjonując już po wojnie w Modlinie, zaczął interesować się polityką. Ale polityka Polskiej Partii Robotniczej, jego zdaniem, była oparta głównie na przemocy, główną formą jej działalności była polityka kadrowa, obsadzanie swoimi ludźmi większości stanowisk państwowych i gospodarczych. Zaprezentował właściwie antykomunistyczną motywację wstępując do Polskiej Partii Socjalistycznej, za co zresztą został zwolniony z wojska. „Mnie PPR nie odpowiadała. Uważałem ją za partię oszukańczą. Podejrzewałem, że coś przed społeczeństwem ukrywają. Na czele stoją komuniści [chodziło o dawnych członków KPP – E.K.]. Oni na pewno mają poglądy podobne do radzieckich, ale się z tym kryją. Przysięgają, że ich celem nie jest socjalizm, tylko demokracja, a to nieprawda. Nie wierzyłem im”.
Z powodu antyradzieckości i antykomunizmu Andrzej Werblan znalazł się w PPS i został członkiem jej Rady Naczelnej, a w momencie zjednoczenia PPR i PPS, wszedł z „rozdzielnika” do PZPR i zaczął szybko robić karierę. Echa dawnych poglądów funkcjonowały w latach późniejszych, dlatego jego oceny o Gierku trzeba przyjmować z pewną dozą ostrożności. Konflikty klasowe bardzo zręcznie zastępowane są przez niego antyradzieckością.
Kilkadziesiąt lat później Andrzej Werblan przyznał, że inne kraje socjalistyczne krytykowały ekipę Gierka nie tylko za niedostatki socjalizmu w Polsce, ale również z powodu braku Instytutu Podstawowych Problemów Marksizmu-Leninizmu. Werblan zaproponował powołanie takiego Instytutu i został jego dyrektorem. Z rozbrajającą szczerością powiedział swemu rozmówcy: „Zastrzegłem jednak, że to tylko z nazwy będzie instytucja na kształt radziecki. W rzeczywistości sprawami teorii marksizmu miał zajmować się niewielki zakład”. Główne zadanie instytutu widział Werblan w badaniu opinii o polityce partii oraz w studiach zespołu Leszka Balcerowicza nad „modelem reformy dostosowującej system gospodarczy do praw rynku”. Opublikowane w 1979 roku wyniki prac tego zespołu pokazują, że w Instytucie „Balcerowicz w czasach późnego Gierka opracował w zarysie plan swojej późniejszej transformacji ustrojowej. W jego referacie wszystko w zasadzie jest, z wyjątkiem prywatyzacji. Zamiast prywatyzacji figuruje uniezależnienie i urynkowienie”. Okazuje się więc, że Gierek, nie interesując się w ogóle sprawami ideologicznymi, przyzwolił, aby pod szyldem marksizmu-leninizmu przygotowano program kapitalistycznej transformacji ustrojowej, a Werblan nigdy nie zrezygnował ze swych najgłębiej leżących antykomunistycznych przekonań. Werblan z całą szczerością przyznał, że dla tego Instytutu i związanych z nim środowisk najlepsza sytuacja w kierunku „reform” była wówczas, gdy jawna opozycja „antysocjalistyczna” nie była zbyt liczna. Mówił: „Jak patrzyłem przed Sierpniem na opozycję? Dostrzegałem w jej istnieniu pewien pożytek. Pożyteczna rola, którą ta opozycja odegrała, polegała na tym, że ona w istocie rzeczy wymuszała ze strony partii prowadzenie maksymalnie liberalnej polityki w obszarze związanym z inteligencją. Ale wymuszała o tyle, o ile była właśnie taka, jaka była. Niezbyt silna”. Mówił to człowiek, który przez dziesiątki lat odpowiadał w PZPR za sprawy ideologii i nauki…
W swoich Pamiętnikach Gierek zwracał uwagę na inny aspekt problemu jego doradców i otoczenia. Z jego wypowiedzi wynika, że dopóki to było dla niego wygodne, tolerował wokół siebie koniunkturalistów zdolnych do posłużenia się każdą ideologią. Umieszczali oni „marksistowskie ozdobniki” w jego przemówieniach w sposób świadomy, dla doraźnego uzasadnienia bieżącej polityki. Ich rzeczywiste cele stały się czytelne dopiero po rozpoczęciu kapitalistycznej transformacji. Gierek nie wyjaśnił o kogo mu dokładnie chodziło, można się tylko domyślać, że być może o tych doradców i pomocników z jego otoczenia, którzy przeszli do ekipy Jaruzelskiego. Pod adresem autorów „płomiennych przemówień i żarliwych artykułów o wyższości socjalizmu, strażników »czystości« doktryny, czuwających, by każdy dokument czy tekst zawierał odpowiednią ilość marksistowskich »zaklęć«”, pisał: „Czy nie poczuwają się oni do moralnej odpowiedzialności za to, że przekonywali innych do idei, w którą sami nie wierzyli?”. Być może, pisząc te słowa, miał na myśli Werblana.
Jeśli te stwierdzenia są prawdziwe, to świadczą o dokonującej się przez lata tragedii narodowej. Okazuje się, że nowy ustrój budowali ci, którzy nie byli do niego wewnętrznie przekonani. Nic dziwnego, że każdy kolejny kryzys był wykorzystywany do kompromitacji socjalizmu i proponowania rozwiązań, które w ostatecznym rachunku doprowadziły do jawnej próby restauracji kapitalizmu już w 1980 roku. Dziwne jest tylko to, że socjalizm ten trwał tak długo…
Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość” – płaszczyzną porozumienia prawicowych oportunistów i antysocjalistycznej opozycji
Jedną z form wypracowywania programu na zbliżającą się „odnowę” stanowiło konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość (DiP) i Gierek wiedział o jego działalności, ponieważ on i kilku innych członków Biura Politycznego otrzymywało jego raporty. Jerzy Szperkowicz pisał, że na inauguracyjnym posiedzeniu konwersatorium 14 listopada 1978 roku było obecnych „2 członków KC i 7 działaczy katolickich, 3 doradców Gierka i 4 przyszłych ekspertów »Solidarności« z Gdańska i Szczecina, 5 członków Akademii Nauk i 17 profesorów zwyczajnych, 2 egalitarystów i 5 artystów, 12 historyków i 2 futurologów, a nadto filmowcy i literaci, a przede wszystkim mnóstwo dziennikarzy, w tym sporo wiarygodnych”.
Konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość, które powstało 14 listopada 1978 roku, działało początkowo za wiedzą i przyzwoleniem najwyższych władz partyjno-państwowych. Z czasem jednak przybrało formy konspiracyjne i w istocie okazało się w istocie antyustrojowym spiskiem.
Bardzo znamiennym było również to, co o Stefanie Bratkowskim, który kierował pracami konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość, po latach napisał Wojciech Jaruzelski w swej książce, uzasadniającej wprowadzenie stanu wojennego. Jaruzelski stwierdził w niej między innymi, że jesienią 1980 roku różnice w poglądach na ocenę sytuacji były między nimi „bardzo niewielkie”, że starał się przekonać Bratkowskiego, o „czystych” „intencjach kierownictwa partii i rządu”. Jego zdaniem propozycje Bratkowskiego, „wyprzedzały realny czas, szły dalej niż istniejące wówczas możliwości”. Z tego też względu zapamiętał „szczególnie interesujący trzeci raport DiP-u”, w którym, dodajmy od siebie, zaproponowano jawną współpracę pomiędzy obydwoma ośrodkami kontrrewolucji. Różnice, zatem pomiędzy Jaruzelskim a DiP-em, nie dotyczyły celów, lecz jedynie strategiczno-taktycznych względów przy ich realizacji.
Praktyka życia politycznego pokazała, że program konwersatorium Doświadczenie i Przyszłość stanowił płaszczyznę jednoczącą siły kontrrewolucyjne z siłami prawicowo-oportunistycznymi usadowionymi w PZPR, przewidywał on jawną transformację w kierunku burżuazyjnego neoliberalizmu. DiP stanowił swoiste teoretyczne i intelektualne zaplecze sił prawicowo-oportunistycznych PZPR i otwarcie antykomunistycznych. Bezpośrednio przed wybuchem protestu społecznego w kwietniu 1980 roku opracowano drugi raport pod bardzo znamiennym tytułem: Jak z tego wyjść?, i przedłożono go niektórym czołowym osobistościom życia politycznego, zarówno PZPR, ZSL, jak i Kościoła katolickiego. Znalazły się w nim wszystkie hasła i propozycje programowe, które pojawiły się po stronie strajkujących i w rządowych środkach masowego przekazu. Stały się one podstawą do krytyki ówczesnego „realnego socjalizmu” i kapitalistycznej transformacji.
Pytanie do Gierka czy nie jest on powiązany z antysocjalistyczną opozycją, z uwagi na udział w DiP jego doradców, nie jest więc takie absurdalne, jak się początkowo wydawało. Nie ma zapewne nic dziwnego w tym, że publicysta Die Zeit napisał, że DiP – to „dysydenci w samym aparacie”. Z kolei Leszek Moczulski w odpowiedzi na pytanie o ówczesną „polską opozycję” powiedział, że składała się ona głównie z trzech różnych grup, przy czym „pierwszą jest wewnątrzpartyjna opozycja, która nazywa się »Doświadczenie i Przyszłość« i składa się głównie z intelektualistów partyjnych”.
DiP wypracował inną jakościowo płaszczyznę programową, mającą za swój cel likwidację „realnego socjalizmu” w Polsce. Między jedną i drugą grupą opozycji nie było przysłowiowego chińskiego muru. Potwierdzają to słowa Jacka Kuronia (członka Komitetu Samopomocy Społecznej – Komitet Obrony Robotników), który tak określił DiP: „jest to grupa […] są to ludzie związani wyraźnie z władzą w taki lub inny sposób, eksperci, dyrektorzy, redaktorzy wydawnictw, to ludzie jakoś z władzą związani, w części członkowie partii, w części nie”. Ponadto dodał, że „zostali przez władzę zepchnięci na pozycję mniej więcej takiej grupy jak KOR”.
Zdaniem Jacka Kuronia między KOR a DiP istniała pewna różnica, co do stosowanych metod walki politycznej, co do taktyki. Przy czym oceny i analizy przedstawione przez DiP nie budziły zastrzeżeń, a nawet zasługiwały na uznanie. DiP i KOR dopełniały i uzupełniały się niejako. Kuroń mówił: „Grupa »Doświadczenie i Przyszłość« bardzo pozytywnie w mojej ocenie widziała sytuację i nawet poprawnie drogi wyjścia, tyle tylko, że ona cały czas wierzyła, że można to osiągnąć apelując do rządu, i tym się różniła od KOR, który przez cały czas stał na stanowisku, że trzeba apelować do społeczeństwa, aby ono program władzy narzuciło. Z tego punktu widzenia nasza racja była większa niż ich. Oni mieli nad nami tę zasadniczą przewagę, że oni głównie zajmowali się studiami nad sytuacją i mają bardzo szczegółowe opracowania, a KOR tak szczegółowych informacji nie ma. Ta grupa pracuje, przygotowują kolejne opracowania i z tego punktu widzenia jest to bardzo wartościowa grupa”.
Brak pozytywnego ekonomicznego programu KOR, pewna wspólnota ideowa KOR i DiP oraz tożsamość doraźnych interesów sprawiły, że doszło do zespolenia wysiłków tych dwu sił politycznych. Propagowanie ekonomicznych (chociaż nie tylko) rozwiązań DiP, mieściło się w ramach politycznych koncepcji KOR, a kierunek polityczny reprezentowany przez KOR, dążenie do ograniczenia wpływu partii na całokształt życia społecznego, sprzyjał wcielaniu w praktykę społeczno-gospodarczą ekonomicznych reform proponowanych przez DiP, które w istocie podważały ekonomiczne podstawy socjalizmu takiego, jak go sobie wówczas wyobrażano.
Jadwiga Staniszkis o wydarzeniach lata 1980 i klęsce „realnego socjalizmu”
Zdaniem Staniszkis już przed Sierpniem’80 część aparatu partyjnego była zainteresowana obaleniem „zespołu Gierek-Babiuch”, ale „zbyt mocno zaufała swoim zdolnościom demobilizacji sprowokowanego protestu społecznego, po tym, jak wykorzystała go wcześniej jako narzędzie gier frakcyjnych i dźwignię rewolucji pałacowej”. Masowe protesty sprowokowane więc zostały przez ludzi z kręgów oficjalnej władzy, aby rozładować niekorzystne nastroje społeczne, dokonać niezbędne roszady kadrowe i uzyskać legitymację społeczną do bliżej nieokreślonych dalszych zmian systemowych.
Według Staniszkis dla ekipy Gierka walkę z opozycją utrudniała konieczność ubiegania się o zachodnie kredyty oraz odwoływanie się przez opozycję do retoryki „obrony robotników”, co składało się na pojęcie „represyjnej tolerancji” albo „niepełnego pluralizmu”. Czy to były rzeczywiste powody polityki Gierka wobec opozycji – można wątpić, bo przecież kredyty i tak by udzielono Polsce w związku z nadmiarem w bankach tzw. petrodolarów. Ale ustępstwa wobec antysystemowej opozycji wywoływały polemiki ideologiczne wewnątrz partii i w „służbach bezpieczeństwa” i pogłębiały ich rozkład wewnętrzny. Te „służby bezpieczeństwa” są jednak przez Staniszkis mitologizowane poprzez błędne przypisywanie im samodzielnego ideologicznie i politycznie charakteru, podczas, gdy były one służebne wobec systemu Gierkowskiego w jego całokształcie, razem z tkwiącym w nim sprzecznościami. Dlatego w poglądach Staniszkis niejasna jest ideologiczna różnica pomiędzy „służbami bezpieczeństwa” a „ekipą Gierka”.
Dla nikogo myślącego nie jest tajemnicą, że „służby bezpieczeństwa”, nie tylko te cywilne ale i wojskowe, musiały przygotowywać się do nadciągających nieuchronnie protestów społecznych w 1980, tym bardziej że w przeszłości często rozpoczynały się one w zakładach, w których prowadzono produkcję zbrojeniową. Staniszkis o sytuacji przed sierpniem 1980 roku pisała: „Walki frakcyjne wewnątrz partii trwały w najlepsze, a służby bezpieczeństwa wybiórczo informowały grupę rządzącą o zakresie działań opozycji; aparat bezpieczeństwa wydawał się zdeterminowany, by wykorzystać opozycję jako instrument przygotowywanego właśnie przewrotu pałacowego przeciw ekipie Gierka”.
Bardziej słuszne byłoby powiedzenie, że ten, kto miał wpływ na „służby bezpieczeństwa” – wykorzystywał je w walce frakcyjnej, niż czynienie z nich niezależnej od nikogo frakcji. Ponieważ różne frakcje miały większy lub mniejszy wpływ na „służby bezpieczeństwa”, to również ich wykorzystywanie mogło być różne. Nie możemy zapominać, że w służbach tych bardzo istotna jest podległość i dyscyplina służbowa. Wbrew sugestiom Staniszkis o działalności pracowników i agentów służb specjalnych nie decyduje ideologia tylko rozkaz. Służby bezpieczeństwa nie były jednoznacznie ideologicznie określone, lecz toczyła się w ich łonie również walka ideologiczna, ale jak na razie problem ten nie jest podnoszony nawet prze IPN-owskich historyków.
W rozpatrywaniu roli służb specjalnych jest kilka mitycznych uproszczeń. Po pierwsze „aparaty bezpieczeństwa” były pod kontrolą Kani, Kowalczyka i Jaruzelskiego, a więc ludzi z ekipy Gierka. Po drugie, nie informowano jedynie tych współtowarzyszy z ekipy, których chciano się pozbyć, aby zdobyć dla zrekonstruowanej ekipy legitymizację do kierowania krajem i dalszej liberalizacji we wszystkich dziedzinach życia społecznego. Po trzecie, jeśli w partii trwały walki frakcyjne, to te same podziały, chociaż mniej jawnie musiały występować w łonie „służb bezpieczeństwa”, jeśli jedni gasili jakiś konflikt, to drudzy go zaostrzali.
Ale chyba najważniejsze, jest stwierdzenie zawsze dobrze poinformowanej Staniszkis, że „aparat bezpieczeństwa wydawał się zdeterminowany, by wykorzystać opozycję jako instrument przygotowywanego właśnie przewrotu”. To już bowiem przekraczało ramy walki frakcyjnej na jednej płaszczyźnie ideologicznej, a stało się sojuszem z jawnymi wrogami ówczesnego ustroju politycznego i gospodarczego, którym zorganizowano dostęp do głównych ośrodków strajkowych. Stąd też konsekwencje dopuszczenia sił wrogich „realnemu socjalizmowi” do największych skupisk klasy robotniczej i negocjacji z komisjami „rządowymi”, nie mogły skończyć się roszadami na samym szczycie władzy, lecz musiały pociągnąć za sobą daleko idące skutki.
W 2016 roku Staniszkis udzieliła Dziennikowi Gazecie Prawnej wywiadu z jednoznacznymi tezami. Jej zdaniem, wyrażonym w typowym dla niej socjologiczno-sowietologicznym języku, przed 1980 rokiem ekipa Gierka była w pułapce totalnej władzy, która nie dawała jej jednak możliwości realnej kontroli nad przebiegiem procesów społecznych. Poszukując wyjścia „Chcieli mieć jakby drugą nogę, lecz taką, którą mogliby kontrolować. […] Wtedy, w sierpniu 1980 roku, Gierek wysłał do stoczni niejakiego [Tadeusza – E.K.] Pykę, by ten też doprowadził do porozumienia, ale ktoś, inna frakcja, te porozumienia zrywała. […] I ta frakcja doprowadziła do powstania Komitetu Strajkowego reprezentującego zakłady z całej Polski. […] Solidarność była dla nich bardzo ryzykowna, bo z jednej strony, wiadomo to z dokumentów, które pokazał później płk Kukliński – Rosjanie przygotowywali manewr obrony przez atak, a z drugiej – komuś zależało, by związek zawodowy powstał, by społeczeństwo się opierało. […] Z jednej strony próba porozumienia ze strajkującymi, z drugiej – zgoda na Solidarność, bo to dawało komunistom szansę na nowe otwarcie ideologiczne”. Zdaniem Staniszkis ludzie z kręgów władzy (w jej nomenklaturze koniecznie musieli to być komuniści) najbardziej obawiali się ewentualnych represji ze strony Rosjan, dlatego posłużyli się Lechem Wałęsą. Staniszkis zwróciła ponadto uwagę na to, że „część ekspertów, która pojechała do Gdańska, dostała bilety na pociąg w [Warszawskim – E.K.] Komitecie Wojewódzkim. Oczekiwano, że przekażą robotnikom wiedzę o ideologicznych ograniczeniach, w których funkcjonowała władza. […] Dobierano ludzi tak, by tworzyć też kanały nieformalnych przecieków. Przecież Tadeusz Kowalik, doradca Solidarności, był profesorem w szkole partyjnej, do której uczęszczał przyszły premier Jagielski [przewodniczący drugiej komisji rządowej – E.K.]. W świetle tych wszystkich układów, piętrowych zabezpieczeń, tej całej siatki, to Wałęsa był mały pikuś”. Następstwem toczącej się walki frakcyjnej było to, że „oni ten strajk podgrzewali zamiast go zakończyć. Robotnikom chodziło o niezależność, a komunistom o rewolucję w wymiarze ideologicznym, która będzie udawała, że nic się nie stało. Wprowadzenie Wałęsy na przywódcę strajku w Gdańsku, Naszkowskiego w Pile i tego typu ludzi w innych miastach stanowiło zabezpieczenie przed Moskwą. Rząd mógł powiedzieć: wszystko kontrolujemy. Ale skutek działań był realny, bo powstał nowy podmiot – Solidarność – w pewnym tylko zakresie kontrolowany przez władzę. Drugim etapem dototalizacji był stan wojenny, dzięki któremu wojsko ograniczyło nie tylko Solidarność, lecz i aparat partyjny”. Do wątku o opanowywaniu protestu społecznego Staniszkis wprowadziła także Radzieckich. „W drugiej połowie lat 90. brałam udział w seminarium poświęconym historii zimnej wojny. Był gen. Jaruzelski, marszałek Kulikow, był gen. Gribkow, do tego prof. Brzeziński i jeszcze kilku Amerykanów, a także działacze Solidarności. Pamiętam, jak któryś z Sowietów, patrząc na jednego z ważniejszych działaczy Solidarności, zwrócił się do niego per colonel. Specjalnie użył angielskiego słowa, żeby Amerykanie się zorientowali, że to żaden opozycjonista, tylko człowiek ówczesnej władzy, ich pułkownik”.
Tu dostrzegamy kolejny niepodjęty problem badawczy: na ile Radzieccy, którzy mieli swoje wpływy w polskich służbach specjalnych mogli wywierać pośredni wpływ na przygotowania do naciągających protestów społecznych i zachowania opozycji politycznej.
Poprzestaniemy jednak na tym, co działo się do roku 1980. Jest bardzo znamienne, że ten daleko idący w swoich wnioskach wywiad ze Staniszkis nie wywołał żadnych dyskusji i protestów w środkach masowego przekazu ze strony byłych działaczy „pierwszej” Solidarności czy IPN-owskich historyków. Wbrew temu, co sugerują wszyscy reżymowi historycy, nie chodzi tu o udział w protestach sierpniowych kilku agentów, ale o udział służb specjalnych w całym procesie organizowania protestów i negacji dorobku Polski Ludowej.
Wbrew sugerowaniu czytelnikowi przez Staniszkis swego obiektywizmu, była ona zaangażowana w cały proces pomimo posiadanej wiedzy lub domyślania się agenturalnej działalności niektórych przywódców strajków. Była ona jeszcze bardziej radykalna niż inni w sprawie odsunięcia PZPR od wpływu na kształtujący się nowy system polityczny. Oceniając zaangażowanie Staniszkis w okiełznanie konfliktu społecznego latem 1980 roku, nie można nie zauważyć również jej rozczarowania porozumieniami sierpniowymi. Napisała ona między innymi, że „Ograniczona rewolucja polityczna w Polsce nie wygenerowała rewolucji społecznej zdolnej zmienić strukturę dominacji opartą na państwowej własności środków produkcji”.
Podstawowym celem, do którego tacy doradcy, jak Staniszkis chcieli wykorzystać strajki, było poważne ograniczenie własności państwowej, która stanowiła ekonomiczną podstawę socjalizmu, takiego, jak go wówczas rozumiano. Zastanawiające jest to, że Staniszkis mogła poruszać się swobodnie na terenie zakładu ogarniętego strajkiem. Jaka była alternatywa dla własności państwowej, to pokazała powszechna prywatyzacja po 1989 roku i wejście do Polski wielkich monopoli zachodnich.
Z kolei Andrzej Gwiazda oceniając przyczyny strajków w sierpniu 1980 roku powiedział między innymi: „Wyglądało to tak, jakby w partii zwalczały się jakieś dwie frakcje: jedni wywołują strajki, a drudzy je tłumią. Doszliśmy do wniosku, że być może chodzi o obalenie Gierka, ponieważ w PRL-u nie było innego sposobu zmiany ekipy rządzącej. […] Jest wiele zdarzeń świadczących o tym, że strajk sierpniowy był prowokowany”. Po ponad 30 laty Joanna i Andrzej Gwiazdowie byli za konsekwentnym ujawnieniem wszystkich współpracowników PRL-owskich służb specjalnych, którzy ich zdaniem odgrywali i odgrywają ogromną rolę polityczną i gospodarczą. Dlatego Joanna Gwiazda powiedziała: „Przegrała nieagenturalna opozycja przedsierpniowa i nieagenturalna »Solidarność«. […] Z publikacji, które już się ukazały, wynika jednak, że nie docenialiśmy wpływów i ilości agentury. Gdybyśmy wiedzieli, w co się pakujemy, trzymalibyśmy się od opozycji z daleka, nie zakładalibyśmy żadnych WZZ-ów i »Solidarności«. To się po prostu nie mogło udać. Gdybyśmy wtedy wiedzieli to, co wiemy dziś… to by nas sparaliżowało”.
Można byłoby wskazać na wiele podobnych wypowiedzi uczestników wydarzeń 1980 roku. Na tym jednak poprzestaniemy. Szerzej o tych sprawach piszę w przygotowywanej do druku książce poświęconej Edwardowi Gierkowi.
Widzimy więc, że charakter nawet „pierwszej” Solidarności nie jest „socjalistyczny”, bo w warunkach dominujących burżuazyjnych stosunków społeczno-ekonomicznych „socjalistyczny”, czy „komunistyczny”, być nie mógł. „Pierwsza” Solidarności była wyrazem sprzeczności tkwiących w łonie gospodarki państwowej i wobec braku ich rozpoznania, ale nie przyczyniła się do ich rozsadzenia. „Realny socjalizm” obalono przy bierności i dezorientacji robotników, nad czym z dużym zapałem i rozmachem pracowały siły prawicowo-oportunistyczne w łonie PZPR i jawnie antysocjalistyczna opozycja. Sprzeczności wyzwolone w 1980 roku nie dało się powstrzymać w ramach dotychczasowego „realnego socjalizmu”.
Opozycja antysocjalistyczna w Polsce jest dumna ze swoich dokonań. Ale w rozpadzie ZSRR i prywatyzacji jego gospodarki, wobec braku zorganizowanej opozycji, wiodącą rolę odegrała neoliberalnie usposobiona uprzywilejowana warstwa zarządzająca, która również w Polsce była główną siłą prącą do zmian. Kapitalistyczna transformacja w czystej postaci przebiegła tam bez udziału zorganizowanej antysocjalistycznej opozycji. To, że w Polsce opozycja antysocjalistyczna przypisuje sobie ogromną rolę w obaleniu „realnego socjalizmu” nie jest więc uzasadnione. Bruno Drwęski stawia problem przyczyn dlaczego ekipa Jaruzelskiego nie sformułowała programu obrony „socjalizmu”: „czy wynikało to głównie z wewnętrznej ułomności polskiego jądra władzy, czy było skutkiem trwającego już procesu transformacji Związku Radzieckiego, który rozpoczął się w 1985 roku”. Kwestia ta nie może być badana przez IPN-owskich historyków i politologów z zasadniczych przyczyn ideologicznych i politycznych.
Wielu ludzi starszego i młodszego pokolenia „lewicy”, jest przekonanych, że ekipa Jaruzelskiego wprowadzając stan wojenny miała zamiar bronić „socjalizmu”. Bruno Drwęski postawił tezę przeciwną. Dostrzegł, że im dalej było od wprowadzenia stanu wojennego, „tym bardziej polskie jądro władzy dążyło do kompromisu z opozycją i tym bardziej stawało się nieprzejednane wobec odłamów najbardziej zdeterminowanych, by utrzymać socjalizm – […] albo zdecydowanych go zniszczyć, aby odbudować go na nowo”.


Na zakończenie wypada stwierdzić, że „pierwsza” Solidarność nie była organizacją socjalistyczną. Zaproponowała antykomunistyczny program-minimum, taki jaki w ówczesnych warunkach, bez narażenia się na natychmiastowe zlikwidowanie jej z użyciem przemocą, oraz co bardzo ważne, dała legendę dla „drugiej” Solidarności, która mogła nobilitować kadry odpowiedzialne za przyśpieszoną kapitalistyczną transformację, prywatyzację, wywołanie kryzysu najcięższego w historii najnowszej, przymusową emigrację 4 milionów zdolnych do pracy obywateli, masowe bezrobocie, katastrofalny stan usług publicznych, powstanie nieznanego w historii Polski długu publicznego i powstanie kompradorskiej klasy burżuazji. Te dwie Solidarności nie są więc oddzielone chińskim murem, lecz stanowią ideowo-polityczną dialektyczną ciągłość.
Niezależnie od tych krytycznych wątków odnoszących się jedynie do początków „pierwszej” Solidarności, uważam książkę Bruno Drwęskiego za godną polecenia dla wszystkich zainteresowanych najnowszą historią polityczną. Znajdzie się w niej wiele nowych dla polskiego czytelniczego ocen i poglądów, danych o ingerencji obcych państw w nasze wewnętrzne sprawy, które mogą był podstawą przewartościowania IPN-owskiego bełkotu w sprawie przyczyn i mechanizmu upadku „realnego socjalizmu”.

Na progu stanu wojennego

„Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”…

Myśl przewodnia…

„Bydgoski wstrząs”- pisałem o nim w jednym z poprzednich tekstów – postawił Polskę na progu stanu wojennego. Od tego stwierdzenia, wywołującego u niektórych- nawet po 40 latach – tzw. ciarki na plecach rozpoczynam z Państwem kolejną dyskusję. Tytuł tej publikacji podsunął mi jeden z Czytelników, zastrzegając podanie nazwiska. Dziękuję serdecznie, Państwu za wiele celnych uwag i spostrzeżeń, szczególnie tych życzliwie krytycznych. O niektórych wspomnę.

Na wstępie uprzejmie Państwa proszę o rozróżnienie dwóch pojęć: stan wojenny oraz interwencja zbrojna sąsiadów. Dziś będziemy skupiać uwagę na pierwszym. Drugie zasługuje na odrębną i to nie jedną publikację. Tu osobom „krytycznie uczulonym” wyjaśniam- „interwencja zbrojna sąsiadów”- finezyjnie NIE ukrywa odpowiedzialności ZSRR. O tym wiedzą wszyscy, to wynikało z jego dominującej pozycji w bloku wschodnim. „Polityka historyczna” ostatnich lat, rozbudziła wśród Polaków nienawiść do Rosjan, trwającą od kilku wieków, zwaną rusofobią. Jednocześnie ukryła inspirującą, podjudzającą rolę NRD i CSRS. Te państwa same utrzymywały gotowość do interwencji-Czesi do czerwca, NRD- do kwietnia 1982 r.- ale o tym później.

„Sierpniowe” oceny

Wydarzenia lipcowo-sierpniowe 1980 r., które strajkami i protestami objęły cały kraj, były głównym czynnikiem do ocen i przemyśleń. Oto kilka z nich:
– „Dziś żądają związków, utworzą siłę, a potem przypuszczą szturm na partię, na rząd, na Sejm” (Edward Gierek, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Będzie to stworzenie organizacji klasy robotniczej, możemy stracić możliwość sprawowania władzy” (Stanisław Kania, 26 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR);

– „Pojawią się procesy, które zaczną nas niszczyć i partia będzie musiała podjąć walkę” (Andrzej Werblan, 30 sierpnia, posiedzenie BP KC PZPR).
Oczywiście, wtedy, w sierpniu, w całym roku 1980 i później, każdy członek Partii, każdy dorosły Polak miał swoją ocenę sytuacji i – co jasne- każdy miał „swoją rację”. Przytłaczająca większość za zaistniałą sytuację winiła Kierownictwo Partii i rząd. Czy miała rację, śmieszne pytanie, ktoś powie. I teoretycznie i praktycznie racja była po stronie krytykujących. Przecież to władza- partia i rząd, podejmowały decyzje, czy to w formie uchwał Zjazdu (VII był się w 1976), czy słynnych 5-cio latek, planów rozwoju gospodarczego. Również władza korygowała bieżącą realizację tych planów. Ważnym i głośnym sygnałem do ich korekt były wydarzenia w Radomiu i Ursusie, 1976 r. Państwo zapewne z dostępnej i bogatej literatury znają te oceny. Na polu gospodarczym skłaniały ku ograniczeniu korzystania z zachodnich kredytów, a tym samym nie otwierania nowych inwestycji, a kończenia rozpoczętych, by zaczęły przynosić korzyści z podejmowanej produkcji. Pojawiły się niedobory na rynku, np. cukru i ukryta reglamentacja oraz podwyżki cen niektórych towarów. Był to dość wyraźny sygnał, że społeczeństwo nie tylko dostrzeże, ale i wyrazi niechęć. Znajdzie się ich „polityczny obrońca”. I tak się stało. Powstał Komitet Obrony Robotników (KOR) oraz Ruch Obrony Praw Człowieka i Obywatela (ROPCiO). Lepszej okazji, sytuacji w kraju, dla ich utworzenia nie można było sobie wyobrazić. Sprzyjała im atmosfera międzynarodowa- Akt Końcowy KBWE 1975. Polska zgodziła się na zapis o prawach człowieka, ale bez zgody się na oficjalne uznanie prawa do istnienia opozycji politycznej i strajków. Długo nie trzeba było czekać, zaledwie rok!

Lipcowo-sierpniowe protesty i strajki. Ale wtedy, w sierpniu zasadnicze pytanie brzmiało – co dalej? Choć niektórzy rozważali warianty „siłowego rozwiązania”, coś na wzór Grudnia’70, przeważała ostrożność i wola dojścia do porozumienia ze strajkującymi. Tę sytuację obrazowo oceni Jacek Kuroń- „W grudniu paliliśmy komitety, teraz utworzyliśmy swoje” (z przekąsem można powiedzieć -„nauka nie poszła w las”).Słusznie-przeważył pogląd na porozumienie, choć obawy wciąż rosły po stronie władzy. Dotyczyły rosnących żądań strajkujących. Ich presji i atmosfery nacisków nie wytrzymał przedstawiciel władzy, wicepremier Tadeusz Pyka. Zastąpił go Mieczysław Jagielski. Przerwy w produkcji, różne zakłócenia w komunikacji i codziennym życiu dla milionów Polaków nosiły nawet znamiona sensacji, choć wielu pamiętało wydarzenia grudniowe. Taką, nie spotykaną od 10-ciu lat sytuacją, Polska „zwróciła oczy” Europy. Stała się obiektem szczególnego zainteresowania. Wreszcie doszło do porozumienia- najpierw Szczecin, gdzie 30 sierpnia Komitet Strajkowy w Stoczni Warskiego i Kazimierz Barcikowski, podpisali stosowny dokument. Podpisane dzień później porozumienie w Gdańsku – 21 postulatów zna cały świat, nawet trafiły na listę UNESCO! Czy zakończyło strajki?- o tym za chwilę.

Wyzwania i oczekiwania

Rząd premiera Józefa Pińkowskiego i Kierownictwo Partii ze Stanisławem Kanią na czele, stanęły przed niezwykle trudnymi wyzwaniami, głównie dwoma – koniecznością reformy gospodarki oraz realizacji podpisanych porozumień. Tu można toczyć spór, co było ważniejsze – reforma czy realizacja postulatów. Zarys reformy rząd przedstawił na VI Plenum KC PZPR (4-5 października 1980). W „Uchwale” czytamy, iż „KC stoi na gruncie pełnej i rzetelnej realizacji porozumień podpisanych przez przedstawicieli rządu”…chodziło o porozumienia sierpniowe. Co zapisano odnośnie reformy? Oto pkt. 6-„Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez: a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno-gospodarczej, b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform”. Proszę o cierpliwość- będę o tym pisał w kolejnym tekście traktującym o działaniach Solidarności. Wspomnę tylko, że założenia reformy wysłano do wszystkich krajów bloku. Co Państwo myślicie-jaka była reakcja? Wszyscy, poza Węgrami-odnieśli się krytycznie. Ekspertyza NRD, którą pod koniec stycznia otrzymał Stanisław Kania, była druzgocąca. Oto istota – „Koncepcja reformy gospodarczej w Polsce ma z gruntu rewizjonistyczny charakter, opiera się na pełnej negacji wszystkich dotychczasowych zdobyczy socjalizmu i kapitulanctwie wobec pozycji antysocjalistycznych i kontrrewolucyjnych. Insynuuje, że dotychczasowy system planowania i zarządzania totalnie zawiódł…Jest to cios mający na celu usunięcie sprawdzonej kadry partyjnej z kluczowych pozycji w gospodarce i innych dziedzinach” (szerzej pisałem na łamach rok temu). To także pod rozwagę wszystkim, którzy z kwaśną miną przyjęli ocenę- CSRS i NRD „podpowiadały” ZSRR interwencję zbrojną.

Realizacja 21 postulatów- tak ze strony władzy jak i Solidarności wymaga odrębnej analizy i oceny. Władza liczyła, że podpisane „Porozumienia” zakończą strajki, a zawołanie Lecha Wałęsy-„do roboty”, uczyni je faktem. Tu tylko taki szczegół. „Protokół porozumienia”… kończy się zapisem- „Międzyzakładowy Komitet Strajkowy zobowiązuje się do zakończenia strajku z dniem 31 sierpnia 1980 roku o godz. 17.00”. Kto z Państwa pamięta co było dalej, przypomnę: dopiero 3 września podpisano odrębne porozumienie z górnikami, a 11 września z hutnikami. Niektórzy publicyści oceniają, że wrześniowa fala strajków była większa niż lipcowo-sierpniowa. Objęła ok. 800 zakładów i ok. 1 miliona osób. Dlaczego tak się stało- kto z Państwa zna odpowiedź? Tu pojawiają się uniki i wykręty. Dla przykładu- cytowany Komitet faktycznie zaprzestał strajku po podpisaniu umowy, czyli „wywiązał się” z zapisu. A „teren”? Albo nie „dosłyszał” co „centrala” ustaliła albo nie dowierzał- teraz można powiedzieć- „swojej górze” i dalej strajkował. A może MKS „cieszył” się z poparcia „dołów”, że „zapomniał” wprost nakazać zaprzestanie strajków” A może to „doły” tak „cieszyły” się z możliwości strajkowania i „siły”, jaką mogą pokazać partii. „Radość trwała”. Jeśli ktoś z rezerwą czytał fragmenty ocen Edwarda Gierka, Stanisława Kani, prof. Andrzeja Werblana- przecież osób nie wszystkich, które zabierały głos na posiedzeniach (są dostępne w wydanych protokołach)-proszę o zastanowienie się.

Wnioski ze strajków

Osobną nie mniej wnikliwą analizę prowadziło Kierownictwo MSW.Obiektem obserwacji i pogłębiających się analiz był szeroko rozumiany rozkład dyscypliny społecznej, powszechne łamanie prawa, zasad współżycia społecznego, itp. Ważne było uzyskanie odpowiedzi – kiedy i jak należy przygotować podległe siły i środki oraz jak działać, by ten chaos zakończyć. Kryje się tu wątpliwość-czy Partia, władza, metodami politycznymi, także propagandowymi zdoła sytuację opanować. Meldunki organów MSW pozostawiały niewielki margines na taką nadzieję Że siły te od początku roku były w „gotowości”, to oczywiste. Że ocena wydarzeń grudniowych, była dla MSW druzgocąca i w przytłaczająco słuszna, za brutalne i w ogóle nadużywanie siły-widziano dobrze. Choć pojawiały się „łagodzące głosy”, że decyzje pojęła „partyjna góra”, ale wykonanie było nasze- replikowano. Co było szczególnie rażące- bicie bezbronnych osób wśród nich kobiet na ulicach, które nie stawiały oporu, nie podejmowały bójek. Dokumentalne zdjęcia pokazują, a filmy dokumentalno-fabularne jaskrawo, wyeksponowały bicie, katowanie osób zatrzymanych na posterunkach MO. Katowanie pokazano celowo, do przesady-na 70 rocznicę Grudnia, by młode pokolenie tak zapamiętało tamten czas. Kto teraz przyjmie gorzką, ale prawdę? Oglądałem te filmy ze zgrozą, myśląc o młodym pokoleniu. Skoro tak postępowało MO z demonstrantami to dlaczego podobnie – piszę podobnie, „nie tak samo”- dzisiejsza Policja ma nie traktować kobiety manifestujące na ulicach? Ta Policja dziś ma, tak samo jak MO 70 lat temu, też miało- poparcie władzy! Dziś nawet więcej- wspiera Episkopat! Czy z wiosną przyjdzie opamiętanie, głównie w Policji przy wykonywaniu poleceń władzy przeciwko pokojowo demonstrującym Kobietom? Publikacja-jedna z wielu w Przeglądzie, np. ostatni nr 13, „Byczy protest”. Cytat- „Siedzieliśmy kilka godzin, słuchając policjanta, któremu sprawiało satysfakcję szydzenie z nas i innych protestujących. Agresywnie obśmiewał fryzury, ubrania, zachowanie. Podobnie postępowała towarzysząca mu policjantka, szczególnie pastwiąca się nad jednym z nas-niepełnosprawnym mężczyzną”. Ten fakt dedykuję kapelanowi Policji z Ordynariatu Polowego WP, duchownym etykom i moralistom. Rodzicom i rodzinom policjantów, a policjantek- w szczególności!

Szef resortu, Stanisław Kowalczyk zalecił bieżącą analizę sytuacji. Oceny i wnioski wskazywały na-oględnie mówiąc- rozkład dyscypliny w kraju. Strajki lipcowo – sierpniowe i wynikające stąd wnioski wskazały na konieczność „systemowego podejścia”. Oznaczało to, że przeciwdziałać „rozwydrzeniu społecznemu” musi nie tylko MSW, ale i MON, terenowe organy władzy i administracji. Jeśli tak, to konkretnie kto, jakie organy władzy? Proszę zauważyć, że Stanisław Kania, od 5 września 1980 r. I Sekretarz, przez wiele lat był w Kierownictwie Partii odpowiedzialny za nadzór nad resortami-MSW oraz MON. Znał więc wiele niuansów i zawiłości ich specyfiki organizacyjnej i zasad działania. Nie mógł lekceważyć ocen i wniosków MSW, podobnie MON. Józef Pińkowski, premier też od 5 września- z urzędu został przewodniczącym Komitetu Obrony Kraju (KOK). Został więc odpowiedzialnym za całokształt bezpieczeństwa Państwa, a wewnętrznego- wtedy szczególnie!

Stan wojenny

Nie wiadomo dokładanie, kiedy pojawiła się w MSW myśl- wniosek, by sięgnąć do zapisów Konstytucji. Początkowo nie mówiono tego wprost. Jednakże nic nie przeszkadzało, by Kierownictwu Partii i rządu zwrócić uwagę na art. 33 Konstytucji, stanowiący o wprowadzeniu stanu wojennego. Zapis brzmiał-„Rada Państwa może wprowadzić stan wojenny na części lub całym terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, jeżeli wymaga tego wzgląd na obronność lub bezpieczeństwo państwa” (art.33, ust. 2). Wprowadzenie mogło nastąpić w drodze dekretu z mocą ustawy, a te Rada Państwa mogła wydać „w okresach między sesjami Sejmu” (art. 31, ust.1). A jeśli będzie obradował Sejm? tego nie rozstrzygnięto, stąd potem kwestia legalności.

Prawdą jest, że prace koncepcyjne nad stanem wojennym, zapoczątkowano w MSW, we wrześniu 1980 r. Dokładnie i interesująco, całokształt przygotowania i realizacji stanu wojennego przedstawia gen. Franciszek Puchała w książce- „Kulisy stanu wojennego”, wyd. Bellona 2016. Słowa poważania i uznania Panu Generałowi. Zachęcam Państwa do interesującej lektury.

12 listopada 1980 r. na posiedzeniu KOK omawiano- jak pisze gen. Puchała- „studyjną wersję koncepcji stanu wojennego”. Pojawiły się pierwsze rozbieżności pomiędzy MON a MSW. Nowy szef MSW, gen. Mirosław Milewski wskazywał na udział Wojska przy pacyfikowaniu fal następnych protestów i strajków, jakie mogą wybuchnąć. Zaś gen. Wojciech Jaruzelski-kierując się wnioskami z Grudnia’70 – uważał, że Wojsko może wspierać Milicję logistycznie i prowadzić działania osłonowo-ochronne, szczególnie obiektów ważnych dla obronności Państwa.

KOK zgodził się – na wniosek MON- by procesem prac planistycznych objąć kluczowe resorty cywilne. Premier uważał, że konieczne jest opracowanie propozycji zmian w Konstytucji pozwalających na wprowadzenie tego stanu oraz innych regulacji, w tym ograniczenia, a nawet zakazu strajków na określony czas, w szczególnie newralgicznych obszarach gospodarki. Dalszy proces planowania realizowały: Sekretariat KOK, Sztab Generalny (SG WP) oraz sztab MSW. Organy te prowadziły bieżącą analizę sytuacji wewnętrznej, uogólniając wynikające stąd wnioski – wprowadzano do opracowywanych dokumentów. Dla Solidarności każda okazja była właściwa, by gotowość strajkowa „nie spuszczała z tonu”. Tę „niezwykłą aktywność” opiszę osobno. Tu taka ciekawostka. 10 listopada 1980 r. Sąd Najwyższy wreszcie zarejestrował NSZZ Solidarność. Dlaczego „wreszcie”? Związek „zapomniał” wpisać do statutu przestrzeganie Konstytucji! Żądanie Sądu dało taki efekt- uliczne protesty! Prymas Tysiąclecia, po rejestracji- spotkał się z przedstawicielami i powiedział im – „Pamiętajcie, serce, chociaż ważne, jest niżej, trochę wyżej jest głowa”. Co Państwo myślicie, nie wstydźcie się tak oceniać pannę „S”- nawet po 40 latach!

Gra decyzyjna

Nowym szefem KOK, od 11 lutego 1981 r. został premier rządu gen. Wojciech Jaruzelski. Prace planistyczne były mocno zaawansowane. 14 lutego gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, zameldował, że przy współpracy KOK, ministerstwa sprawiedliwości oraz prokuratury generalnej przygotowano projekty podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości. Gotowe były przepisy wykonawcze. Opracowano szczegóły akcji internowania osób zagrażających bezpieczeństwu państwa. Ponadto, przygotowano zasady cenzurowania przesyłek pocztowych, korespondencji telekomunikacyjnej i telefonicznej. Opracowano zasady wyłączenia teleksów i telefonów oraz wojskowej ochrony budynków radia i telewizji w chwili wprowadzenia stanu wojennego.

Rozpatrzenie koncepcji wprowadzenia stanu wojennego przyjęto metodą gry decyzyjnej. Zaplanowano na 16 lutego, w dwóch etapach. Kierowali nią: Szef SG WP, gen Florian Siwicki oraz ówczesny szef MSW gen. Mirosław Milewski. Uczestniczyło 38 oficerów z MON i MSW oraz przedstawiciele wydziału propagandy KC PZPR, wśród nich Walery Namiotkiewicz, odpowiedzialny za propagandę.

W I etapie zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę, treść i skutki wprowadzenia tego stanu, ze względu na bezpieczeństwo państwa. Sprecyzowano – w świetle hipotetycznie założonych wariantów rozwoju wydarzeń w kraju – główne przesłanki, uwarunkowania oraz optymalny tryb jego wprowadzenia. Na tym tle dokonano kompleksowego przeglądu stanu przygotowań organów władzy i administracji do realizacji przypisanych zadań. Przeanalizowano wzajemną synchronizację planów działania resortów i możliwości efektywnego współdziałania.

W II etapie poddano analizie koncepcję działania po wprowadzeniu stanu wojennego. Tu zwrócono szczególną uwagi na przedsięwzięcia prowadzące do osiągnięcia głównego celu, czyli zapewnienia normalizacji życia kraju w okresie obowiązywania tego stanu. Generalny wniosek z gry był następujący- wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością. Zapisano go jako istotę, sedno myśli przewodniej- „Wprowadzenie na całym terytorium PRL stanu wojennego ze względu na bezpieczeństwo państwa stanowi ostateczne- po wyczerpaniu wszystkich możliwych środków i metod politycznych – posunięcie państwa w obronie konstytucyjnych podstaw ustrojowych”. O tym w kolejnej publikacji.

Za naczelne zadanie wszystkich organów władzy i administracji państwowej w obecnej sytuacji kryzysowej uznano energiczne działania na rzecz wyeliminowania przesłanek jego wprowadzenia poprzez egzekwowanie przepisów prawa, umacnianie dyscypliny społecznej, przywrócenie normalnego rytmu pracy i nauki oraz szerokiego politycznego oddziaływania. Gdy okaże się konieczne- izolowanie organizatorów strajków i różnych prowodyrów.

Dość wnikliwie analizowano możliwości i sposoby ogłoszenia społeczeństwu informacji o wprowadzenia tego stanu. Na tym etapie nie podjęto wiążących decyzji, zalecając dalsze prace koncepcyjne. W sumie gra wykazała zaawansowany, choć nie pełny stopień przygotowania państwa na taką „ostateczną konieczność”.

Premier-Generał zapoznał się 21 lutego z „wnioskami- notatką”, opracowaną przez płk Ryszarda Kuklińskiego. Wniósł kilka uzupełnień i polecił przygotowanie krótkiej informacji do zapoznania władz ZSRR na XXVI Zjeździe KPZR(w USA też wiedziano-od kogo, kto zgadnie?)

Na zakończenie.

Przyjąłem-z uznaniem Państwa sugestię- pisania „kalendarza faktów”, prowadzących do stanu wojennego. Dobrze się złożyło – mogę go rozpocząć. Dla chronologicznego więc porządku:

– wrzesień 1980 r., początek prac koncepcyjnych w MSW;
-14 lutego 1981 r., gen. Józef Beim, zastępca kierownika sztabu MSW, składa meldunek premierowi- gen. Wojciechowi Jaruzelskiemu o przygotowaniu projektów podstawowych aktów prawnych dot. ochrony bezpieczeństwa kraju, porządku publicznego i wymiaru sprawiedliwości;
– 16 lutego 1981 r. Gra decyzyjna zespołów planistycznych SG WP i MSW, z udziałem przedstawicieli KC PZPR. Zweryfikowano i ujednolicono poglądy na istotę i treść oraz skutki wprowadzenia stanu wojennego. Dokonano analizy koncepcji działania po wprowadzeniu tego stanu. Generalny wniosek – wprowadzenie stanu wojennego powinno być ostatecznością;
– 22 lutego 1981 r. Premier-Generał i I Sekretarz KC PZPR, uczestnicząc w XXVI Zjeździe KPZR, poinformowali władze radzieckie o pracach koncepcyjnych nad wprowadzeniem stanu wojennego;
– 27 marca 1981 r., zatwierdzenie i parafowanie trzech dokumentów przez gen. Wojciecha Jaruzelskiego i Stanisława Kanię: „myśl przewodnia”, „Centralny plan działania”, „Ramowy plan działania Sił Zbrojnych”. O dalszym procesie planowania napiszę w kolejnych publikacjach.
– 27 marca 1981 r., wizyta grupy radzieckich oficerów w SG WP z ich przygotowanym planem wprowadzenia stanu wojennego w Polsce. Podziękowano, nie skorzystano.

W sprawie Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, spełniam Państwa prośbę i podaję- Fundacja na rzecz rozwoju Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki – konto: Bank PKO SA 49 1240 1545 1111 0010 6173 3991 Mam na uwadze czas rozliczeń dochodowych za 2020 r., który pozwala przekazać 1% podatku na wskazany cel. Niech to będzie Państwa szlachetny, serdeczny gest tym, którzy przywracają nadzieję na zdrowie i szczęśliwe życie najmłodszych, cierpiących. Dają nadzieję na macierzyństwo tysiącom młodych Matek.

Klerofaszyzm, zatruty pomiot „Solidarności”

Finał – przynajmniej na obecnym etapie – polskiej przygody z demokracją wart jest wszechstronnej refleksji, także historyczno- kulturowej i zadaje kłam kilku co najmniej mitom o źródłach i naturze polskiego „genu wolności”, który zyskał kiedyś wysoką, a jak się także dziś okazuje, niezasłużoną, markę wśród wielu naiwnych na całym świecie.

Wspomnianą markę zainicjowali w XVIII i XIX wieku polscy kondotierzy wolności, jak choćby Tadeusz Kościuszko, Kazimierz Pułaski i Jarosław Dąbrowski, walczący w Europie i w świecie „za wolność waszą i naszą”. To dzięki nim powstała opinia o Polsce jako o wolnościowym „natchnieniu dla świata”. Jednak jeśli się tym mitom uważnie przyjrzeć, to wygląda to na wielką lipę. Po pierwsze, te szlachetne wzloty dotyczyły wąskich elit demokratycznych i były raczej wyjątkiem niż regułą. Polski modus vivendi był, owszem, niepodległościowy, ale już rzadko wolnościowy, polegający na docenieniu wolności jednostki (nie mylić z anarchią Zborowskich, szlachecką złotą wolnością i wyczynami rokoszan w XVI-XVIII wiekach). Pojawiły się też głosy, że w opinii o sławetnej „polskiej tolerancji” i „państwie bez stosów” jest bardzo wiele przesady. Ponadto, w szlacheckiej Rzeczypospolitej praktykowana była jedna z najbardziej nieludzkich postaci wyzysku społecznego.
Nie sięgajmy jednak aż tak głęboko w przeszłość, bo to jednak inne czasy i poprzestańmy na XX i XXI wieku. Doświadczenia pokazują, że polska przygoda z wolnością odznacza się tendencją, by po dłuższym czy krótszym okresie „miodowym”, nieuchronnie osuwać się w taką czy inną odmianę autorytaryzmu i faszyzmu, w polskim wydaniu akurat klerofaszyzmu. II Rzeczpospolita, po kilku latach po 1918 roku, najpierw zapisała na swoich kartach faszystowski mord na pierwszym prezydencie, Gabrielu Narutowiczu. Kilka lat później, w rezultacie wojskowego przewrotu z maja 1926 rozpoczęła swoje ostatnie kilkanaście lat istnienia w formule półautorytarnego reżymu wojskowego, wchodząc w cień represji brzeskich i Berezy Kartuskiej, w aurze „bicia w mordę” i „łamania kości” przeciwnikom władzy. Taka to była ta „demokratyczna”, tak często idealizowana II Rzeczpospolita. Po II wojnie światowej zaaplikowano Polsce stalinizm, twór o genezie – owszem – zewnętrznej, ale wcale nie tak obcy modusowi życia polskiego, jak wielu mogłoby się wydawać. Maniery stalinowskich aparatczyków aż tak bardzo nie różniły się od manier rozmaitych sanacyjnych stupajów. Po 1956 roku, nie bez ciężkich trudności, PRL-owski autorytaryzm z wolna kruszał, aż skruszał ostatecznie w 1989 roku. Swoisty paradoks polega tu na tym, że okres niedemokratycznej i rzekomo „totalitarnej” PRL był jedynym, w którym kierunek ewolucji, dokonującej się przecież nie bez, choćby i wymuszanego, przyzwolenia władzy, prowadził od ograniczeń do poszerzenia wolności, a nie odwrotnie. Potem była niby przygoda z demokracją, wolnością, wejściem do Unii Europejskiej, ale i tak rychło włączył się czynnik autorytarny, antywolnościowy, faszyzujący, wspierany przez Kościół katolicki, który wyraził się m.in. ograniczeniem praw i wolności kobiet, wrogością do wartości lewicowych, liberalnych światopoglądowo i wolnościowych. Obecny, już ponad pięcioletni, dramatyczny okres rządów PiS, które na tę okazję nazwę anarchicznym autorytaryzmem, z jego brutalnością, wszechobecnym kłamstwem i pogardą dla wszelkich reguł pokazuje, że „polska demokracja” długo sama z sobą nie wytrzymuje i nieuchronnie osuwa w strefę ograniczania i odbierania wolności. „Wolnościowy i indywidualistyczny gen” polski to bujda na resorach. Polska kultura jest kolektywna, stadna, antyintelektualna, represyjna. Samodzielna myśl jest tu traktowana w najlepszym razie z nieufnością, a często z wrogością.
Polak tego sortu owszem, jest za niepodległością od żywiołu zewnętrznego, ale już w swoich granicach lubi ograniczać wolność rodakowi i gnębić go ile wlezie. To właśnie wytworem takiego genu antywolności jest formacja Kaczyńskiego i Ziobry, którzy choć się osobiście nie lubią, to akurat w tym aspekcie to prawdziwi „bliźnięta bracia”. Warto jednak zwrócić też uwagę na genezę sytuacji w jakiej znalazła się Polska. To, z czym mamy dziś do czynienia to mniej czy bardziej bezpośrednie rezultaty ruchu „Solidarności” powstałego w 1980 roku, bo to ten ruch po raz ostatni ożywił wspomnianą markę Polski jako „natchnienie dla świata” i wzór pokojowych zmian społeczno-politycznych w drodze dialogu. Już jednak wtedy pojawiły się sygnały, że „Solidarność”, choć ma w sobie także elementy demokratyczne, czy liberalno-lewicowe, jest także silnie przesycona czynnikami niedemokratycznymi, a nawet antydemokratycznymi, klerykalnymi, faszyzującymi. Nie był to w dominującej warstwie ruch Frasyniuka czy Geremka, ale Rozpłochowskiego i jemu podobnych, ciasnych nacjonalistów o religianckim i autorytarnym nastawieniu. Było to widać już w 1981 roku w różnych zachowaniach, w tym antysemickich, niektórych wpływowych kręgów tej organizacji. To wszystko kluło się z wolna: najpierw w atmosferze rozmaitych „mszy za ojczyznę” w okresie stanu wojennego, a po 1989 roku w rozmaitych zetchaenach, w rządzie Olszewskiego i setkach klerykalno-prawicowych organizacji, w konsekwentnie budowanym zapleczu propagandowym i w znaczącej części Kościoła kat. które niczym ośmiornica przez lata coraz gęściej oplatały kraj, aż powstała formacja PiS, a później także jej jeszcze bardziej radykalne klony w rodzaju „Solidarnej Polski” Ziobry. Ostatnio na sile przybrały także tendencje jawnie faszyzujące, w postaci m.in. Konfederacji czy Stowarzyszenia „Marsz Niepodległości” skupiającego figury spod prawdziwie ciemnej politycznej gwiazdy. Dziś widać już bardzo wyraźnie, że „polski gen wolności” był raczej ułudą wąskich elit, efektem myślenia życzeniowego, a nie realnym faktem. Jeśli jednak nawet w jakiś okolicznościach był on rzeczywistością, to sprawdzał się warunkach opresji zewnętrznej. Okazał się iluzją w warunkach opresji wewnętrznej, gdy do władzy doszli „ludzie straszni” (po raz ostatni określenia tego użył zmarły niedawno profesor Marcin Król). Polacy sami sobie nałożyli kajdany i generalnie, jako zbiorowość, dość biernie przyglądają się jak są one konsekwentnie zaciskane. Dziś wielu komentatorów odcina się od opinii, że standardy demokracji i wolności obywatelskich można porównywać z Białorusią, Rosją czy Turcją, uważa je za daleko przesadne, podkreślając, że Polska jest „jednak” na innej półce standardów. Przestrzegam przed takim lekkomyślnym optymizmem. To że dziś, tu i teraz, nie jesteśmy jeszcze, podkreślam słowo „jeszcze”, na poziomie białoruskim czy rosyjskim nie oznacza, że niepostrzeżenie, ale szybciej niż możemy się spodziewać, możemy się na takim poziomie znaleźć i do „jeden do jednego”. Władza, zwłaszcza o takich bezczelnych i hucpiarskich skłonnościach jak władza PiS, jeśli nie napotyka na zdecydowany opór, nigdy nie zatrzyma się z własnej woli i będzie dążyła do rozwiązań ekstremalnych. Pandemia, która nie ustępuje zdecydowanie zamordystom sprzyja. Każde ograniczenie wolności można teraz fałszywie uzasadnić względami sanitarnymi. Kraje Unii Europejskiej z tego samego powodu się zamykają i siłą rzeczy bardziej skoncentrowane są na swoich problemach niż na tym, co dzieje się w Polsce. Totalistom w rodzaju Kaczyńskiego czy Ziobry tylko w to graj, na zasadzie „hulaj dusza piekła nie ma”. Na ich usługi zaś w każdej chwili gotowe są dziesiątki służalczych aparatczyków. Pod ich brutalnymi z każdym miesiącem rządami Polska coraz bardziej dryfuje w kierunku wschodnim.
Zeszłego lata upłynęła 40 rocznica wydarzeń Sierpnia 1980 roku i powstania „Solidarności”. Warunki pandemii bardzo ograniczyły zakres obchodów, które przeszły niemal niepostrzeżenie i oczywiście w warunkach ostrego podziału politycznego. Niewątpliwie jednak miało na to wpływ także podskórne poczucie wielu tych, którzy słusznie uznali, że tak naprawdę nie ma powodów do radosnego obchodzenia tej rocznicy, skoro tak idealizowana „Solidarność” wydała zatruty pomiot rodzimego klerofaszyzmu.

Prezent od Solidarności

„Czas dzisiejszy nie sprzyja stawianiu pomników. Ale nadeszła chyba pora, aby wznieść pomnik Matki Polki… aby z szacunkiem pochylić się nad tymi, które obdarzone są szczególnie szczytnym tytułem…Dały Ojczyźnie swe macierzyństwo… codzienną matczyną krzątaninę, której historyk nie wymierzy, lecz bez której żaden polski dom nie byłby domem”…
gen. Wojciech Jaruzelski

Zarówno tytuł publikacji jak i sentencja mogą Państwa wprowadzić w zdumienie. Bo czy ktoś słyszał by Solidarność uczyniła komukolwiek prezent? Proszę nie szukać w pamięci. Zaraz wszystko się wyjaśni. Do tego taka sentencja, i to czyja, komu adresowana. Jaki to wszystko ma związek. A więc kolejno.
Jubileusze
Dobiegł końca rok obchodów 40-lecia porozumień sierpniowych, pisałem w tekstach – „Protokoły” oraz „Czterdzieści lat minęło”.O organizacji pierwszych tajnych spotkań w mediach pięknie opowiadał Pan Bogdan Borusewicz. Nie mniej ciekawie mówił Lech Wałęsa. Całkowicie pominięto kwestię strajków i protestów, eksponując „pragnienie wolności”.
Nawet z umiarem wypowiadano się o ówczesnej władzy. Pozostawmy te kwestie na inny czas-już sygnalizowane w publikacjach. Z uznaniem doceńmy odniesienia do współczesności, jakie w komentarzach czynił Pan Władysław Frasyniuk. Spotkały się z pozytywnym odzewem wielu Czytelników i słuchaczy. Dołączam wyrazy uszanowania i podziękowania.
Czytelnicy wspomnianych wyżej publikacji, słusznie zwrócili uwagę na kwestię mitów o „dokonaniach” Solidarności, zarazem uświadamiając ich zakorzenianie od 40 lat w naszej, a głównie młodzieży świadomości. Czyniono to- jak przypominano- przez „szeptaną prawdę”, a po 1989 r. w publicznych mediach, z udziałem i zapałem „prawdziwych uczonych”.
Swoiste ich odmitologizowanie przekracza nie tylko ramy jednej publikacji, ale i wydaje się, że do końca nie jest możliwe. Temat ważny, do odrębnej publikacji. Na zakończenie, odniosę się do dwóch.
Za sprawą czasu, kończy się rok 40-lecia powstania Solidarności i rozpoczyna się rok 40-lecia wprowadzenia stanu wojennego. Przypominając te ważne daty, przełomowe wydarzenia, w poważnych i odpowiedzialnych ocenach, nie sposób pominąć Osoby Wojciecha Jaruzelskiego.
Generał
Zapisał się trwale w pamięci milionów Polaków, w Historii Polski i Narodu. Stał się swoistym zwornikiem obu tych wydarzeń. Przez pierwszy rok sprawowania urzędu Premiera szukał porozumienia ze związkiem Solidarność. Jednocześnie pod ciągłą presją strajków jak obrazowo mówił – „pod pistoletem strajkowym”- z Rządem i reformatorskim skrzydłem w Partii (PZPR), przygotowywał reformę gospodarki.
Jej pierwszy wariant, przygotowany przez premiera Józefa Pińkowskiego, spotkał się z ostrą, by nie powiedzieć druzgocącą krytyką sąsiadów – głównie NRD, sceptycznie w CSRS.
Natomiast na Kremlu-począwszy od zdziwienia „potrzebą reformy”, poprzez twardą krytykę sensu do ledwie dostrzegalnego zastanowienia nad jej- właśnie potrzebą. Usłyszała to delegacja pod przewodnictwem prof. Władysława Baki, który złożył relację Generałowi w minorowym nastroju (pisałem w tekście „Reforma”, kwiecień 2020). Mimo tej sytuacji – Generał zdecydował o kontynuowaniu prac nad reformą.
Sprowadzały się do dwóch głównych obszarów, sfer działania: zapoznawania kierowniczej kadry wielkich zakładów i robotników z założeniami reformy, podczas bezpośrednich spotkań oraz obywateli, poprzez prasę i TV; zbierania opinii i sondaży. I druga- przygotowanie tzw. oprzyrządowania prawnego, czyli ustaw i aktów wykonawczych, harmonogramu wdrażania, itp. Proces ten wspierały z różnym wysiłkiem ZSL, SD oraz związki branżowe i CRZZ.
A Solidarność- wiem, nie możecie się Państwo doczekać słowa. Zaproszona do udziału w „komisji przygotowawczej”- odmówiła. Pomyślcie Państwo, dlaczego? By nie ponosić żadnej odpowiedzialności za gospodarkę, którą władza „sama zepsuła”. Na przysłowiowy pierwszy rzut oka to wydaje się logiczne.
Nie trzeba być zbytnio lotnym, by dostrzec, że przecież w gospodarce pracowali członkowie Solidarności i oni także korzystali z jej efektów, wytworów, a szczególnie produktów żywnościowych czy tzw. pierwszej potrzeby, artykułów gospodarstwa domowego. Stanęło na delegowaniu obserwatorów Solidarności przy Komisji ds. reformy. Warto pytać „po latach” o oceny i poczucie odpowiedzialności własnej i Związku za kształt reformy, na który mogli, ale nie chcieli mieć wpływu. Ale pozorny sens takiego myślenia kryje „prawo do strajku”. Bo jest logiczne, że aktywny, merytoryczny udział w pracach nad reformą, powinien ograniczyć, wręcz „wstrzymać” korzystanie z tego prawa!
Tu nie idzie tylko o znany apel Generała o 90 dni spokoju, ale rozumne, rzeczowe postępowanie Kierownictwa w ówczesnej sytuacji wewnętrznej, głównie społeczno-gospodarczej, a ściślej w przemyśle oraz baczne patrzenie na sąsiadów, co oni myślą i jak oceniają „działalność” Solidarności. To nie była przecież wtedy „wiedza tajemna”. Nie było to do pogodzenia ze znaną „filozofią”- strajki „napędzały” sympatyków, także podobały się robotnikom, powiedzmy to wprost. Rosło wiecowe poparcie Kierownictwa, duma rozpierała niektórych! „Wrogiem” była władza, która „miała” tylko „nie chciała dać”. Też nie wstydźmy się tego mówić.
A od strajków – jak obrazowo Generał mówił Papieżowi – „chleba nie przybywało”. Właśnie to- przecież kobiety, matki- także członkinie Solidarności i żony członków, jak każda Matka-Polka, wystawały przez wiele godzin w kolejkach, by zdobyć najpotrzebniejsze artykuły, zrealizować przydziały kartkowe dla rodziny.
Matki i Szpital
I tu dochodzimy do podstawowej, wiążącej kwestii tej publikacji- matki i szpitala.
Leżała ona Generałowi na sercu- mogę z całą odpowiedzialnością powiedzieć. 8 marca 1983 roku włókniarki z Zakładów Przemysłu Bawełnianego im. Obrońców Pokoju- pierwsze w Polsce usłyszały, że szczególny Pomnik-Szpital będzie budowany w Łodzi. Generał przyjechał z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet. Żyjący jeszcze nieliczni przyjaciele i podwładni Generała pamiętają, iż każdego roku (bez względu na stanowisko) organizował spotkania ze wszystkimi paniami, które pracowały w Jego otoczeniu. Były one okazją nie tylko do złożenia wyrazów uszanowania i podziękowań, ale i do bezpośrednich rozmów- poznania odczuć i oczekiwań tych, które „od zawsze pracowały na co najmniej dwóch etatach”- czasami mawiał.
Wybór Łodzi i czasu na spotkanie nie był przypadkowy. Także wybór tego Zakładu nie był przypadkowy. Należał do największych zakładów w Łodzi. Historią sięgał początków włókniarstwa w Polsce, można powiedzieć, że Wokulski z „Lalki” Bolesława Prusa „przyłożył swą kupiecką rękę”. Imię Obrońców Pokoju też miało swą symboliczną wymowę – chodziło o pokój między Polakami. Wtedy Łódź była miastem o największej w Polsce Ludowej liczbie pracujących kobiet. Miał dla nich Generał dobrą wiadomość – w „ich mieście i dla nich”, dla wszystkich kobiet- matek i ich dzieci powstanie w Polsce Szpital- Centrum Zdrowia Matki Polki. Powtórzył tu słowa, które kilka miesięcy wcześniej wypowiedział na spotkaniu z Paniami.
Że „dawno już powinien stanąć na naszej ziemi, aby świadczyć o patriotycznej ofiarności polskich matek. O ich niezapomnianym wkładzie w przetrwanie naszego Narodu, w jego uporczywą, bohaterską walkę o wolność i zwykłą, człowieczą sprawiedliwość… Że dają z siebie przez całe lata poświęceń i trudu, tę codzienną matczyną krzątaninę, której historyk nie wymierzy, lecz bez której żaden polski dom nie byłby domem”…
Spójrzcie Państwo na datę- marzec 1983. Obowiązywał – wprawdzie zawieszony- stan wojenny, wprowadzony z myślą o ocaleniu kraju przed wielowymiarową katastrofą. Był zaporą przed szerzącym się rozpasaniem, anarchią gospodarczą i społeczną. Strajki stawały się „wizytówką dnia”, a wydźwięk strajku kobiet z małymi dziećmi, także w wózkach, właśnie tu w Łodzi, tzw. biały marsz odbił się szerokim echem w Polsce i za granicą.
Po latach Generał, w prywatnej rozmowie przyznał, że jego wstrząsające wrażenie było przytłaczające – prywatnie jako dla Ojca i „urzędowo” Premiera na tzw. 100 dni sprawowania władzy. Polacy na swojej ziemi, w swojej Ojczyźnie stawali się groźni sami dla siebie. Zanosiło się na walkę bratobójczą, wojnę domową. Z przyczyn wewnętrznych groziła nam destabilizacja państwa. Skutkiem tego mogła być interwencja zbrojna – nie żyliśmy przecież na „bezludnej wyspie”.
O tej społeczno – politycznej scenerii, Generał przypomniał zaproszonym Paniom i akcentował: „To spotkanie daje okazję, aby z szacunkiem pochylić się nad tymi, które obdarzone są szczególnie szczytnym tytułem. Myślę o Matkach. Dały Ojczyźnie swe macierzyństwo…Wniosły do życia narodu wartości bezcenne”.
Prezent i Solidarność
Przeżywamy szczególnie trudny czas, nie tylko u nas- zmagania się z pandemią. Zbiera bardzo obfite żniwo. Cóż teraz, zresztą od zawsze może być bardziej potrzebne i cenne niż życie i zdrowie. Stąd kierujemy, jako obywatele, Polacy, serdeczne myśli i słowa uznania do służby zdrowia, wszystkich jej pracowników, szczególnie po ludzku gorące. Dbając o własne zdrowie, musimy wszyscy- bez względu na przekonania i wyznawane wartości myśleć o dzisiejszych i przyszłych matkach i najmłodszych, o pokoleniu, które się już rodzi i przyjdzie po nas.
Sygnalnie wspomniana historia Szpitala Matki Polki w Łodzi, od kilku już lat Instytutu i wydarzenia sprzed 40 lat, skłaniają, by szczególnie ten Szpital-Instytut uhonorować. Stąd też ośmielam się skierować słowa prośby do przedstawicieli Kierownictwa Solidarności, szczególnie do b. przewodniczącego Lecha Wałęsy, Zbigniewa Bujaka, Władysława Frasyniuka, Aleksandra Halla i Adama Michnika- jako uczestników Okrągłego Stołu i rzecznika prasowego Pana Janusza Onyszkiewicza.
Do wszystkich ekspertów, doradców, działaczy i członków NSZZ Solidarność. Proszę, by Państwo Czytelnicy nie pytali dlaczego Solidarność? Proszę, by każdy we własnej wyobraźni i refleksji nasuwającej się ze wspomnianej przeszłości i teraźniejszości przyjął satysfakcjonujące uzasadnienie. Na dyskusję o tym-sądzę, że przyjdzie czas. Jeśli ktoś jest bardzo niecierpliwy, wspomnę że portret Michała Boniego, jako europosła w listopadzie 2017 r. zawisł na szubienicy w Katowicach.
Wspomnę też, że prof. Ryszard Reiff na posiedzeniu Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej (SKOK), 4 listopada 1992 r., czyli ponad 10 lat po stanie wojennym, tak analizował i oceniał- „Natomiast wiadomo, co znaczy wkroczenie wojsk radzieckich do Polski. To znaczy ogromna ilość cierpień, to ogromna liczba wywózek, tak, jak z tego małego węgierskiego kraiku, gdzie zginęło 60 tys. osób, ale 300 tys. było wywiezionych.
Tu trzeba byłoby wywieźć z półtora miliona na 2-3 lata. Do czasu zanim nowa władza okrzepłaby i można byłoby dawkami tych ludzi zwracać. Co stało się z Armią Krajową? Dlaczego myśmy się wszyscy w łagrach znaleźli, choć od pierwszego dnia byliśmy w konspiracji i cały czas walczyliśmy? Dlatego to miało miejsce, że byliśmy ludźmi innej orientacji politycznej, a do tego wszystkiego o pewnym standardzie patriotycznej determinacji. To samo teraz stałoby się, jeśliby weszli Rosjanie. No, ale to nie tylko ja wiem. To 10 mln. ludzi Solidarności wiedziało i czuło przez skórę doskonale”. Proszę o głęboki namysł i… czytać dalej.
Zwracam się więc do Państwa- kilku milionów członków Solidarności, podejmijcie tę inicjatywę wg własnego uznania. Niech będzie ona dowodem wzniesienia się ponad podziały, jakie od 40 lat trapią naszą Ojczyznę. Wznieście się Państwo ponad urazy i krzywdy, jeśli jeszcze chwacie je we własnych sercach. Odłóżmy na bok rozmyślanie o przyczynach- kto jest winien!
Szpital Matki Polki-Instytut powstał z myślą, by służyć życiu i zdrowiu Matki i Dziecka (pierwsze urodziło się w grudniu 1988 r.). O dzisiejszym stanie potrzeb i marzeń mówił prof. Maciej Banach, Dyrektor tego Szpitala – Instytutu, w rozmowie z Panią Redaktor Beatą Igielską, opublikowaną w „Przeglądzie” nr 43 z 19-25 października 2020.
Profesor m.in. mówił- „mimo ogromnego długu Szpitala szukam rozwiązań, które pozwolą z niego zrobić perełkę, nie tylko z punktu widzenia pacjentów i lekarzy (pracuje ponad 500 lekarzy i ponad 1 tys. pielęgniarek), ale także z punktu widzenia organizacyjnego…Prosiłem przedstawicieli rządu o program pilotażowy związany z oddłużeniem. To jednak bardzo trudne; zawsze pada argument: jeśli was oddłużymy, musimy również oddłużyć inne szpitale.
Sugerowałem także, aby wziąć pod uwagę wskaźniki finansowe: rentowność, płynność i na tej podstawie wybrać kilka szpitali, żebyśmy mogli pokazać, że jeśli oddłużymy taki kolos jak Matka Polka, to będziemy mogli funkcjonować jak przedsiębiorstwo i zarabiać na siebie… wtedy byłbym w stanie wiele rzeczy zrobić sam”. Stan zadłużenia Szpitala- 1,2 mln zł za 2019. Dług przekracza obecnie 300 mln zł.
Takie ciekawostki. Od 2017 r. pracuje klinika onkologii kobiecej: piersi i narządów rodnych. „Jako jedni z niewielu na świecie rozwijamy onkologię przebiegu ciąży. Często lekarze, widząc raka u kobiety w ciąży, rozkładali ręce… Rozwijamy też kardioonkologię…by oceniać jak leki wpływają na serce matki ale dziecka, czy nie powodują powikłań odległych”- mówił Pan Profesor. Zachęcam Państwa do przeczytania tego tekstu, a Redaktorowi Jerzemu Domańskiemu serdecznie gratuluję i kłaniam się nisko.
Refleksje i nadzieje…
Żywię nadzieję, że tekst nie pozostanie bez echa. Że nie będzie nikogo, kto uznałby się za „swoiście dotkniętego” prośbą o inicjatywę ludzi dawnej i obecnej Solidarności. Mam także nadzieję, że ludzie Solidarności nie pozwolą czekać na swój głos. Liczę, że będzie czytelny i jednoznaczny. O tym przekonamy się zapewne w styczniu 2021 roku, gdy czasowo wejdziemy w rok 40-lecia stanu wojennego. Był – jak mówił Generał „lekcją – i dla Jaruzelskiego, i dla Wałęsy, i dla wielu innych z obu stron.
To prawda, że ta lekcja wiele nas kosztowała, ale na szczęście nie wykopała przepaści nie do przebycia i obiektywnie stworzyła warunki do przyszłego zbliżenia… Ja szczerze ubolewam nad tym, że doszło do wprowadzenia stanu wojennego, ale jednocześnie uznaję, że spełnił on swoją rolę”. Będzie o czym myśleć i wyciągać wnioski.
Spodziewam się, że wiele środowisk zawodowych, że po prostu miliony Polaków – powtórzę – bez względu na wyznawane wartości religijne, przekonania polityczne a także na humanitarne idee- słowem i czynem zareaguje na inicjatywy Solidarności. Przecież żyje jeszcze kilka milionów Polaków, którzy tego stanu oczekiwali i ten stan codzienną pracą, cierpliwością i po prostu obywatelską postawą poparli. Zrozumienie jego roli i znaczenia oscylowało ok. 50%, przed 3-4 laty.
To przecież nie kto inny tylko Papież – Polak, 17 czerwca 1983 r. w Belwederze tak rozpoczął pierwszą rozmowę -„Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą”- w obecności abp. Józefa Glempa i prof. Henryka Jabłońskiego. Czy te słowa straciły znaczenie, duchowe i ludzkie przesłanie oraz rozumienie patriotyzmu? Czy nie mieści się w nich znaczenie wartości życia – Matki i Dziecka?

Listy do Mikołaja

Nie mieszka w Laponii, a w Poznaniu, nie ma bujnej, długiej i białej brody, lecz gładką twarz. Nie nosi też charakterystycznego czerwonego stroju, ale jego znakiem rozpoznawczym jest coś o niebo piękniejszego: wielkie, gołębie i z całą pewnością czerwone serce, które gotowe jest bezinteresownie pomagać. Słowem: pomysłodawca i założyciel akcji Listy do Mikołaja – Zbigniew Reiss.

Biorąc pod uwagę niniejszą prezentację, naszą rozmowę chciałabym zacząć od próby zdefiniowania altruizmu i empatii. Jaki Pana zdaniem mają one wydźwięk obecnie?

Nie będę tutaj cytował sztampowych definicji empatii czy altruizmu, bo przecież każdy je zna. Choć bez wątpienia to cechy, które w obecnych czasach są na wagę złota.


Czy Grinch chce popsuć Gwiazdkę tylko po to, by Mikołaj mógł ją uratować? Nie bez przyczyny zadaję to pytanie w z pozoru tylko żartobliwym tonie, wszak uratował Pan już – zwłaszcza dzieciom – niejedne Święta Bożego Narodzenia…

Przyznam szczerze, że nie wiem kto to jest Grinch… Nie jestem miłośnikiem telewizji, a zapewne tę postać mógłbym tam zobaczyć. Natomiast bez względu na to, co zamierza zrobić owy Grinch, ja osobiście zamierzam sprawić dzieciom i rodzinom ogromną radość na święta, co czynię już faktycznie wiele lat.

Wszystko to niezbicie dowodzi, że święty Mikołaj mieszka w Polsce i zobowiązał się już od ponad dwóch dekad czytać wiele listów. Gdzie bije źródło powołanej przez Pana do życia akcji Listy do Mikołaja?

Historia akcji jest z pozoru banalna: około 20 lat temu kupiłem komputer. Ustanowienie połączenia z netem było dla mnie wielkim problemem, ale w końcu udało się. Początki to przeglądanie właśnie powstających portali, czytanie tekstów o tym, jak buduje się strony internetowe; nie ukrywam, było to dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Po jakimś czasie, tuż przed Świętami Bożego Narodzenia, postanowiłem razem z synem napisać list do świętego Mikołaja właśnie przez Internet. I co? I nic, nie ma takiej strony w polskim Internecie…

Przespana noc, a rano pomysł: to przecież my możemy taką stronę sami zbudować! I zaczęło się szukanie w necie informacji na temat budowy prostych stronek www. Oczywiście, proste informację na ten temat były dostępne: jakiś html, jakieś serwery, domeny… Ojej… Co za koszmar!

W końcu to pojąłem: pierwsza strona pt. Listy do św. Mikołaja była dostępna dla wszystkich użytkowników Internetu. Ale była radocha: tylko listów nie było… Skąd teraz wziąć listy do świętego? Jak dobrze pamiętam, te pierwsze to były moje i syna. Na wszelki wypadek umieściłem też adres poczty elektronicznej dla odwiedzających. Nie minęło kilka godzin, a te zaczęły napływać z całej Polski. Były to teksty od dzieci, rodziców, czasem też od mniej lub bardziej zdesperowanych osób…

Robiło się ciężko, dodawanie listów na stronę zajmowało kilka godzin dziennie. Teraz strona jest zautomatyzowana, wystarczy, że zatwierdzę dany tekst, a ten pojawia się na portalu, oczywiście bez danych osobowych – te są ukryte po stronie administracyjnej. Oczywiście system jest bardzo złożony, ale to zbyt skomplikowane i na tłumaczenie trzeba by poświęcić wiele godzin.

Przychodziły też listy od dzieci, które nawet nie mogły pomarzyć o prezentach na Święta; bardzo mnie to bolało, bardzo się wzruszałem, kiedy czytałem te wszystkie, jakże dziecięce prośby. Trudno było tak żyć ze świadomością, iż strona ta istnieje, bo istnieje. Postanowiłem wiec podziałać: wysyłałem prośby wraz z listami od dzieci do znajomych, aby ci kupili chociażby jakikolwiek prezent dla danej osoby. Zdziwienie wielkie: ludziom jednak przed Świętami serca się otwierają – nie otrzymałem ani jednej odpowiedzi negatywnej! Ale radość: nie tylko ja wraz z rodziną będę się cieszyć w te cudowne dni, ale także inne dzieci.

I już tak pozostało: akcję Listy do świętego Mikołaja prowadzę od wielu już lat z dużym powodzeniem.

Z roku na rok przedsięwzięcie to prowadzi Pan z coraz większym rozmachem, dlatego teraz, czyli na ogólnopolską już skalę, święty Mikołaj korzysta z pomocy zaufanych Elfów. Z nieskrywaną radością przyznam, że jestem jednym z nich. Ile osób liczy cała gromada Elfów i co należy do ich obowiązków?

Przez te wszystkie lata siłą rozpędu akcja stała się ogólnopolską, a wręcz i światowa, ponieważ Polonia mieszkająca na całym świecie przyłącza się do niej w charakterze Darczyńców. Zatem sam święty Mikołaj nie dałby rady podołać tej całej pędzącej machinie.

Elfy towarzyszą mi na każdym kroku, zwłaszcza te z najbliższego domowego zacisza, bez których na co dzień nie byłbym w stanie czytać ogromu listów, jakie przychodzą, prowadzić korespondencji z Darczyńcami czy rozmów czysto organizacyjnych związanych z akcją.

Pragnę tutaj wymienić Agnieszkę Kapitan-Jesionek, Marysię Szymańską czy Macieja Borowskiego. Oczywiście, jest tez grupa niezliczonych Elfów, które na różnych etapach włączają się we wszelaką pomoc i każdy z nich ma przydzielone zadania.


Dołączają także media i ludzie świata kultury. Kto zgodził się zostać ambasadorami w tym roku i czy jeszcze możliwym jest, aby się przyłączyć? Jakie warunki należy spełnić, by móc patronować akcji?

Zarówno media, jak i ludzie kultury od lat są naszymi ambasadorami. Niezmiennie towarzyszy nam Kasia Bujakiewicz czy Mieczysław Hryniewicz. Przez kilka lat wspierali nas też już nieżyjący, niestety Marek Jackowski czy Bohdan Smoleń.

A w tym roku dołączyła do nas Pani Renata Dancewicz. Mamy również pewne niespodzianki, w tym muzyczną bardzo znanego zespołu, ale o tym trochę później. Zachęcamy do śledzenia naszego profilu na Facebooku.

Oczywiście, jest nam niezmiernie miło, że mamy tak zacne grono ambasadorów, choć przyznam szczerze, że dość selektywnie dobieramy osoby, wybierając te z ogromnymi sercami, które wielokrotnie to udowodniły pomagając innym.

Warto tutaj wspomnieć, że nasi patroni stają się również często Darczyńcami dla nadawców listów.

Proszę przybliżyć jej przebieg, bo przecież od napisania listu wszystko dopiero się zaczyna…

To prawda. Proces jest bardzo prosty: dziecko, rodzina czy jakakolwiek osoba wchodząc na naszą stronę: www.listydomikolaja.pl, pisze list, w którym zawiera swoje skrywane życzenia świątecznych prezentów i wysyła je do świętego Mikołaja.

Następnie Elfy lub ja osobiście, po weryfikacji umieszczamy ten list na naszej stronie. Warto tutaj podkreślić, że Darczyńca sam wybiera sobie list, a tym samym osoby, które chce obdarować. Nie muszą to być spełnione dokładnie wszystkie oczekiwania nadawcy listu, ale tę sferę pozostawiamy już konkretnemu Darczyńcy.

Korzystając z okazji, wszystkich zachęcam do odwiedzania naszej strony i pisania listów na www.listydomikolaja.pl.

Który z dotychczas nadesłanych listów wzbudził w Panu największe emocje, przez co może Pan uznać, że na zawsze go zapamięta?

Wiele listów wzbudza emocje, dlatego trudno wybrać jeden konkretny. Pozwolę sobie tutaj przytoczyć dwa nadesłane w tym roku:

  • Kochany święty Mikołaju! Mam ma imię Nadia, mam 11 lat i mam jeszcze trzy siostry: Julia 14 lat Gaja 3 latka i Liwia 10 miesięcy. Moja mama nie pracuje, bo opiekuje się nami, a tata teraz pracuje tylko dorywczo. Bardzo chciałybyśmy dostać coś w prezencie pod choinkę .Ucieszymy się ze wszystkiego. Serdecznie Cię pozdrawiamy.
  • Drogi Mikołaju! Proszę abyś odwiedził moją starszą, schorowana sąsiadkę i dał jej trochę słodyczy i jedzonka. Proszę, będzie się cieszyć na same święta, bo jest samotna, Ola.

Wiem już, że nie wszystkim listom można sprostać… Czy jednak istnieje nadzieja na mikołajową rekompensatę i choć cień szansy na uśmiech na twarzy tego, kto o niemożliwe prosi?

Niestety nie.

Gdyby spojrzeć na wszystkie nadesłane przez lata listy, jaki Pana zdaniem maluje się w nich obraz człowieka i świata?

Na to pytanie nie znajduję uniwersalnej odpowiedzi, ale warto, by odpowiedzieć na nie w swoim sercu, bo przecież zarówno człowiek jak i świat pokazują różne oblicza.

Dlatego stań przed lustrem i zadaj sobie pytanie: kim jestem? Czy moja postawa wobec drugiego człowieka zasługuje na pochwałę? Odpowiedzi te nierzadko mogą zaskoczyć burząc nasz zdawałoby się pod każdym względem idealny wizerunek, ale wierzę, że zawsze warto podjąć próbę naprawy świata zaczynając każdego dnia na nowo właśnie od siebie…

Popuśćmy wodze fantazji i załóżmy, że jest Pan w stanie podarować jeden globalny prezent dla wszystkich. Co by nim było?

Byłoby to zdrowie.

Mówimy głównie o prezentach, które za przyczyną Pańskiej akcji ma szansę otrzymać wielu ludzi, a co chciałby Pan dostać wyłącznie dla siebie, załóżmy – od świątecznego Aniołka?

Przyznam szczerze, że taki świąteczny Aniołek zawitał do mnie w tym roku trochę wcześniej i dostałem farby do malowania akrylowe i olejnenajlepszych firm na świecie. Do tego podobrazia z naturalnego lnu. Moje świąteczne życzenie w kwestii prezentu spełniło się na 120 procent i już je używam, ale o tym cicho sza 

Każdy z nas inaczej pojmuje szczęście. Czy w Święta jak i w pozostałe dni roku kalendarzowego należy upatrywać go wyłącznie w prezentach?

Absolutnie nie. Szczęściem jest obudzić się rano obok ukochanej osoby, spędzać wspólnie cudownie chwile, cieszyć się życiem czy wyjściem na spacer z psami.

Dla mnie to też możliwość ucieczki w świat obrazów i malowania, zamknięcia się w swojej pracowni i tworzenia.

Co Pan czuje, kiedy szczęśliwi zarówno obdarowani, jak i darczyńcy piszą do Pana w Wigilię?

Takie podziękowania płyną już od pierwszych tygodni trwania akcji w danym roku. To cudowne uczucie spełnienia i czynienia dobra towarzyszy mi jeszcze długo po Świętach, kiedy już wiem, że po krótkim urlopie muszę zakasać rękawy i myśleć o przygotowaniach do kolejnych.

Czy właśnie owo uczucie jest największą nagrodą za wszystkie trudy związane z przewodnictwem akcji Listy do Mikołaja?

Bez wątpienia tak. Szczęście innych jest moim szczęściem. Nie ma nic piękniejszego niż pochylić się i pomóc osobie potrzebującej.

Co Pan robi po zakończeniu przedsięwzięcia w danym roku? Wyjeżdża na urlop i na takiż sam wysyła swoje Elfy, czy wręcz przeciwnie – rozpoczyna się planowanie kolejnej edycji?

Na pewno musimy wszyscy odespać ten czas. W tych najaktywniejszych tygodniach śpimy po 3 – 4 godziny na dobę. To jednak trochę mało. Myślę, że po trzech intensywnych miesiącach pracy zarówno z moją narzeczoną (już wkrótce żoną) i resztą Elfów, zasługujemy na mały odpoczynek. Nie wiem, dokąd teraz uciekniemy na chwilkę, ponieważ pandemia trochę to utrudnia. Na szczęście nie jesteśmy z Agnieszką wymagający i wystarczy nam własne towarzystwo, odrobina samotności i spokoju w naszym domu, w obecności naszych uroczych psów.

Jak przedstawia się Mikołaj w Pana dziecięcych wspomnieniach?

Oczywiście bajkowo. Potężny starszy pan, z długą białą brodą, w czerwonym przebraniu i z ogromną czapą na głowie. No i najważniejsze – z workiem przepełnionym prezentami. Do tego sanie, renifery i mnóstwo śniegu.

Mimo wieku ten obraz jest niezmienny w mojej wyobraźni od dzieciństwa i taki już zapewne pozostanie na zawsze. Kiedy miałem piętnaście lat, a nie jestem już młodym człowiekiem, marzyłem o zegarku elektronicznym – dostałem go i to był najpiękniejszy prezent, jaki otrzymałem w dzieciństwie. Do dzisiaj mogę zanucić wszystkie dziesięć melodyjek, jakie posiadał.

Za sprawą wszechobecnych komercji i reklam, wizerunek świętego Mikołaja jest nieco wypaczony, jednak nie mogę się powstrzymać przed zadaniem tego pytania – mianowicie: czy Pan tak jak on, również preferuje czerwony kolor, ciastka, mleko itp.?

Chyba już trochę niechcący odpowiedziałem na to pytanie. Ale tak, kolor czerwony to symbol tych świąt, a ciasteczka i mleczko zawsze czekają na mnie przygotowane przez Dzieci. Przynajmniej tak wynika ze wszystkich tych listów, które czytam.

Skoro święty Mikołaj zagościł nietypowo na blogu książkowym to grzechem byłoby nie zapytać, czy w natłoku spraw i morzu listów, które muszą przejść przez Pana ręce, udaje się znaleźć czas na lekturę?

Uwielbiam czytać książki i nierzadko uciekam w ten świat, ale nie przed Bożym Narodzeniem. Często zdarza się nam razem z Agnieszką napisać jakieś świąteczne opowiadanie, ale póki co trafiają one wszystkie do szuflady mikołajowego biurka i czekają na publikację.

Czego mogłabym Panu życzyć?

Myślę, że w obecnej sytuacji wirusowej to przede wszystkim zdrowia i sił na kolejne lata działań w mojej akcji. Oczywiście, proszę o więcej listów i Darczyńców, żeby jak najwięcej ludzi poczuło magię świąt, zasiadło do wigilijnego stołu z uśmiechem na twarzach i cieszyło się szczęściem z faktu, że jest ktoś, kto o Nich pamięta i tym kimś jestem ja i moje Elfy.

W ostatnim słowie do Czytelników chciałbym powiedzieć jeszcze…

Drodzy Czytelnicy, serdecznie Państwa zapraszam na naszą stronę www.listydomikolaja.pl . Jeśli tylko potrzebujecie pomocy, piszcie do nas listy lub stańcie się Darczyńcami pomagając spełniać marzenia innych.

Na stronie znajdziecie kilka słów o mnie i o naszej akcji, dlatego również i do tej lektury Państwa zachęcam.

Bardzo dziękuję Panu za czas poświęcony na tę niezwykłą rozmowę.

Ze Zbigniewem Reissem rozmawiała Iwona Niezgoda – pomysłodawczyni i organizatorka niezależnego plebiscytu na polską Książkę Roku Brakująca Litera, prowadząca bloga Góralka Czyta.