Kałuża czyli polityka III RP

Jeżeli przez trzydzieści lat III RP w polskiej polityce tolerowano szambo, to jedna kałuża nie powinna dziwić.

 

Moje najgłębsze zdumienie wzbudziło zachowanie radnych Koalicji Obywatelskiej, którzy pod adresem swojego byłego kolegi partyjnego, radnego Wojciecha Kałuży podczas pierwszej sesji Sejmiku Województwa Śląskiego krzyczeli „zdrajca”, „Judasz”, „sprzedawczyk”.
Wojciech Kałuża poprzednio był radnym i wiceprezydentem Żor , do Sejmiku Województwa Śląskiego dostał się z listy Koalicji Obywatelskiej, na którą został rekomendowany przez Nowoczesną. Kałuża był pierwszy na liście KO w swoim okręgu – co świadczy o jego silnej pozycji wśród śląskich liberałów i dzięki temu zdobył 25 tysięcy głosów.
W 45 osobowym śląskim Sejmiku decyduje jeden głos – do czasu jak Kałuża zmienił barwy klubowe 22 głosy miało Prawo i Sprawiedliwość a 23 głosy porozumienie Koalicji Obywatelskiej (PO plus Nowoczesna – 20 mandatów), Sojuszu Lewicy Demokratycznej (2 mandaty) i Polskiego Stronnictwa Ludowego (1 mandat). Porozumienie KO-SLD-PSL „już było w ogródku i witało się z gąską” – ustalili kto będzie marszałkiem Sejmiku, kto we władzach województwa. A tu nagle jeden radny Kałuża zmienił polityczną rzeczywistość na Śląsku o 180 stopni, stąd te okrzyki rozgoryczonych radnych pod adresem Kałuży na pierwszej sesji Sejmiku. W nagrodę Kałuża został wybrany głosami PiS wicemarszałkiem województwa, a partyjni koledzy oświadczyli, że złożą na niego doniesienie do prokuratury w związku z „możliwością zaistnienia korupcji politycznej”.

 

Polityczny „brak wartości”

Najbardziej mnie ubawiło, że szefowa Nowoczesnej Katarzyna Lubnauer zarzuciła Kałuży „kłamstwo, brak wartości, oszustwo”. Zwłaszcza ten „brak wartości” mnie wzruszył. Bo rzeczywiście pomiędzy PiS-em a Nowoczesną jest ogromna programowa przepaść, dzieli ich wszystko co może dzielić. Nowoczesna to partia liberalna, PiS to konserwatywni chrześcijańscy demokraci, Nowoczesna jest raczej za państwem neutralnym światopoglądowo, jest liberalna zarówno w kwestiach gospodarczych, jak i obyczajowych. W PiS-ie wszystko na odwrót – konserwatyzm obyczajowy, etatystyczna, centralnie kierowana gospodarka z dużym udziałem państwa, aktywna polityka społeczna i udział kościoła w życiu publicznym. Jak radnemu Kałuży udała się w jedną noc tak radykalna przemiana? I rozumiem, że musiał zostać wicemarszałkiem województwa żeby mu rozchwiana psychika wróciła do właściwego stanu.
Ale już zupełnie na poważnie – wypowiedź Katarzyny Lubnauer oczywiście w złym świetle stawia Kałużę, ale przecież w nie lepszym ja samą i innych członków Nowoczesnej. Przecież Kałuża był wpływowym członkiem Nowoczesnej, radnym i wiceprezydentem miasta, a Nowoczesna wywalczyła dla niego możliwość startu w wyborach z prestiżowego, pierwszego miejsca na liście wyborczej Koalicji Obywatelskiej. Stąd zapewne te 25 tysięcy głosów. Czy Lubnauer i władze Nowoczesnej nie wiedziały kto to jest Kałuża i do czego jest zdolny w imię osobistej kariery? Bo przecież gdyby nie przeszedł do PiS to i tak byłby w obozie władzy w ramach bloku KO-SLD-PSL, ale zapewne nie na tak eksponowanym stanowisku. Co dla Kałuży znaczą wszystkie programowe założenia Nowoczesnej w obliczu osobistej kariery? Jeżeli tak prominentny działacz Nowoczesnej ma takie podejście do własnej partii to co można powiedzieć o szarych członkach? Rzeczywiście Katarzyna Lubnauer i władze Nowoczesnej mają problem, bo może przy tworzeniu Nowoczesnej nie chodziło o robienie „lepszej”, „prawdziwej” Platformy Obywatelskiej, ale tylko o to żeby był „ruch w interesie” i żeby w nowych strukturach poszczególni działacze uzyskali lepsze pozycje i stanowiska niż w Platformie Obywatelskiej, gdzie układ personalny był już w miarę stabilny?

 

Nie jeden Kałuża

Zmiana poglądów politycznych i co za tym idzie barw partyjnych w jedną noc oczywiście musi budzić co najmniej zdziwienie, zażenowanie czy wręcz oburzenie. Musi rodzić pytanie o kondycję już nawet nie tylko polityczną, ale wręcz moralno-etyczną człowieka. Ale to nie wszystko – przecież gdyby system był zdrowy to nikomu do głowy by nie przyszło zrobienie czegoś takiego. Ale system od dawna jest chory i polityczne wolty, takie jak radnego Kałuży, od lat są elementem polskiej sceny politycznej i są jak najbardziej tolerowane, a nawet pochwalane. Warto przypomnieć, że w chwili rozpadu Akcji Wyborczej „Solidarność” kwestia wyboru pomiędzy PO a PiS dla wielu działaczy politycznych była wielokrotnie sprawą przypadku, a nie poglądów politycznych. Przecież najpierw była koncepcja koalicji PO-PiS, a dopiero później nastąpiło wykrystalizowanie się polityczne tych partii. Więc skąd to zdziwienie i oburzenie na czyn radnego Kałuży? Jego działanie nie odbiegało od normy, tylko było wyjątkowo widowiskowe, bo decyzją jednego człowieka na kilka lat zmieniła się sytuacja polityczna w jednym z największych regionów Polski.
Ale spójrzmy na losy polityczne wybitnych polskich polityków i proszę mi powiedzieć czym się one różnią od politycznych losów radnego Kałuży?
Na początek polityczny życiorys konserwatywnego liberała, prezydenta RP, który raczej nie jest i nie był widziany jako polityczny awanturnik. Bronisław Komorowski – w okresie PRL był związany z Ruchem Obrony Praw Człowieka i Obywatela, od 1980 członek NSZZ „Solidarność”. W 1981 sygnatariusz deklaracji założycielskiej Klubów Służby Niepodległości. Pełnił różne funkcje w rządach Tadeusza Mazowieckiego, Jana Krzysztofa Bieleckiego i Hanny Suchockiej. Jako bezpartyjny kandydat był posłem z listy Unii Demokratycznej w 1991 i 1993. Od 1994 w Unii Wolności m.in. sekretarz generalny. Wewnątrz UW w 1997 razem z Janem Marią Rokitą współtworzył Koło Konserwatywno-Ludowe. W tym samym roku razem z KKL współtworzył Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, które przystąpiło do Akcji Wyborczej „Solidarność”. W SKL był sekretarzem generalnym i wiceprezesem. W 1997 został posłem z listy AW„S”. W 2001 razem z grupą działaczy SKL związał się z Platformą Obywatelską, z jej listy uzyskał mandat poselski, wystąpił z SKL i przystąpił do PO. Gdzie był m.in. członkiem Zarządu Krajowego i wiceprzewodniczącym. Z ramienia tej partii był marszałkiem Sejmu i w 2010 z powodzeniem kandydował na urząd prezydenta RP. Po wyborze na urząd prezydenta RP zrezygnował z członkostwa w PO.
Dla odmiany barwny polityczny życiorys człowieka związanego z prawą stroną sceny politycznej, przez wielu ludzi widziany jako polityczny awanturnik, co nie przeszkadza, że dziś jest prezesem Telewizji Polskiej. Jacek Kurski – od połowy lat 80. związany z NSZZ Solidarność”, w pierwszej połowie lat 90. związany z Porozumieniem Centrum Jarosława Kaczyńskiego, potem związany z Ruchem Odbudowy Polski byłego premiera Jana Olszewskiego. Po 1997 związany ze Zjednoczeniem Chrześcijańsko-Narodowym, które wchodziło w skład Akcji Wyborczej „Solidarność”, za manipulacje przy liście wyborczej w 2001 został usunięty z ZChN, w związku z tym wstąpił do Prawa i Sprawiedliwości. Ponieważ w wyborach samorządowych w 2002 nie został umieszczony na listach PiS, wstąpił do Ligi Polskich Rodzin. W 2004 w wyniku lokalnego konfliktu w LPR wystąpił z tejn partii i ponownie wstąpił do PiS. W 2005 wykluczony z PiS za słynny tekst o „dziadku z wehrmachtu” Donalda Tuska, wkrótce jednak został przywrócony. W 2011 ponownie wykluczony z PiS. Od 2012 związany z partią Solidarna Polska Zbigniewa Ziobry, z której został wykluczony w lipcu 2014. Potem formalnie bezpartyjny. Od 2016 prezes TVP.
Powyższe dwa życiorysy, ludzi związanych z PO i z PiS, są charakterystyczne dla polityków tych formacji i bez żadnego trudu można przytoczyć polityczne losy jeszcze bardziej pokomplikowane niż dwa powyższe.

 

***

Tak wygląda polska polityka i losy jej bohaterów. Politycy zmieniają przynależność partyjną jak przysłowiowe rękawiczki, zakładają kolejne partie i koalicje partyjne tylko po to żeby je wkrótce opuścić w poszukiwaniu kolejnej „szalupy ratunkowej”. Polska polityka wytworzyła klasę polityczną – ludzi, którzy w rubryce „zawód” powinni wpisywać „polityk”. Bo to jest jedyne co potrafią. Dla tych ludzi wypadnięcie z polityki to śmierć życiowa, więc polityki muszą się trzymać za wszelką cenę, niezależnie od posiadanych poglądów i wyznawanych wartości.
Dlatego też działanie radnego Kałuży nie powinno dziwić, bo przecież jest tylko fragmentem większej całości.

Jan Paweł II wobec spraw polskich

Nasuwające się z tytułu pytanie – co św. Jan Paweł II uczynił dla „spraw polskich”? – wielu Czytelników może uznać za nie na miejscu. Przecież przed kanonizacją 27 kwietnia 2014 r. dziennikarze, publicyści i przytłaczająca większość polityków we wszystkich mediach i na wszelkie możliwe sposoby wymieniali nie kwestionowane zasługi.

 

Wydana wówczas, tj. w 2014 r. uchwała SLD wskazywała, iż Jan Paweł II „troszczył się o należytą rolę Polski w społeczności międzynarodowej, apelował o skupianie się Polaków wokół polskiej racji stanu i dobra wspólnego”.

Jubileusz 40. rocznicy wyboru kard. Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową, pozwala zatrzymać uwagę Państwa Czytelników na kilku kwestiach państwowo-politycznych w powojennym okresie polskiej historii.

 

Papież o granicy i polskości Ziem Zachodnich

Dość wspomnieć, że o kształcie terytorialnym i narodowościowym Polski po zakończeniu II wojny światowej zdecydowali trzej zwycięscy alianci. Nie słuchając zdania rządu londyńskiego (było przeciwne), postanowili o przyznaniu Polsce ziem po Odrę (początkowo traktowanych jako oddane nam tylko „w administrowanie”) i tu oparciu jej zachodniej granicy, co także było rozumiane jako tymczasowe. Jeszcze trwała konferencja w Poczdamie, gdy 28 czerwca 1945 r. ci alianci uznali za polityczno-prawny fakt powołanie Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej i jednocześnie cofnęli rządowi londyńskiemu taką rekomendację reprezentowania Polski. Tej decyzji nie uznało kilka państw europejskich, wśród nich Watykan. Skutkiem tego – od przedwojnia – Watykan uznawał jurysdykcję biskupów niemieckich na tych ziemiach. Oczywiście, miała ona charakter tytularny, formalny, bo z wiadomych względów innego mieć nie mogła. Władzę faktyczną sprawowali biskupi polscy. O zmianę tej sytuacji, a faktycznie uznanie „istniejącej rzeczywistości”, przez kilka lat zabiegał w Rzymie kard. Andrzej Maria Deskur, przyjaciel Jana Pawła II, z którym 13 stycznia 1987 r. spotkał się gen. Wojciech Jaruzelski i podziękował za włożony wysiłek i pomyślny finał. A była nim decyzja Papieża Jana XXIII nadająca polskim biskupom wyłączność jurysdykcji na tych ziemiach. Zarazem była też czytelnym sygnałem normalizacji stosunków dyplomatycznych z Polską. Jana XXIII ówczesne władze uhonorowały pomnikiem, ze słowami „Pacem interis”(pokój na ziemi). Jego posadowienie we Wrocławiu (1968 r.) ma wyraźną wymowę ekumeniczną i państwową. Warto zastanowić się, dlaczego o tej doniosłej decyzji „jakoś” podczas jego kanonizacji w 2014 r. zapomniano. Wpisywała się przecież w kontekst stosunków państwo – Kościół, miała wymiar polityczny i międzynarodowy, o czym świadczą późniejsze fakty.

Jan Paweł II podczas drugiej pielgrzymki do Polski (1983) odwiedził Ziemie Zachodnie. 21 czerwca we Wrocławiu witały Papieża herby miast zachodniej Polski i pieśń „Nie rzucim ziemi”. W homilii mówił o polskości tych ziem i swoich związkach z Wrocławiem. Na Ostrowiu Tumskim w zadumie pokłonił się Janowi XXIII. Na Górze Świętej Anny mówił o historycznych związkach opolszczyzny z Macierzą, zapewnił, że „Góra Świętej Anny pamięta o powstańcach śląskich, którzy zginęli na tych ziemiach” (kilka razy pisałem o tym wcześniej).

Podczas wizyty w Watykanie (styczeń 1987) Papież i Generał omówili kwestię zachodniej granicy Polski w kontekście zjednoczenia Niemiec. Generał mówił, że RFN i część państw zachodnich wciąż kwestionuje granicę zachodnią, a jest ona dla Polski „sprawą życia i śmierci”. Papież uznał te oceny mówiąc, że „Kościół w jednoznaczny sposób wypowiada się o polskości tych ziem”.

Witając Papieża na Zamku Królewskim (czerwiec 1987) Generał mówił: Odwiedzając Gdańsk i Szczecin, będzie Wasza Świątobliwość nie na obczyźnie, lecz we własnym, ojczystym kraju. To właśnie Polska Ludowa uzyskała szeroki dostęp do Bałtyku, przywróciła narodowi Wrocław i Olsztyn, Opolszczyznę i Pomorze Zachodnie. Sprawił to czyn bojowy, krew obficie przelana żołnierza polskiego i radzieckiego. Po uroczystości powitalnej, Gość i Gospodarz rozmawiali 70 minut w cztery oczy. Papież wyraził nadzieję, iż jego wizytę w Szczecinie, Zachód odczyta jako przypomnienie problemu zachodniej granicy i jednoznaczności stanowiska Kościoła w kwestii polskości tych ziem.

Biskup diecezji szczecińsko-kamieńskiej Kazimierz Majdański, były więzień Dachau, który wiele lat poświęcił umacnianiu polskości na Pomorzu Zachodnim w maju 1990 r. był gospodarzem wielkiej uroczystości patriotyczno-religijnej w Siekierkach nad Odrą z udziałem Generała. W homilii wygłosił taką refleksję: Słowiańszczyzna Zachodnia sięgała daleko na zachód, teraz sięga do Odry. A jak będzie dalej? Zapewnienia się mnożą. Widocznie są potrzebne. Czy będą trwałe? Na jakim są budowane fundamencie? Na jakim fundamencie jest zbudowane nasze trwanie: kraju tylekroć krzywdzonego. Warto wspomnieć, iż słowa te padły na kilka miesięcy przed ostatecznym uregulowaniem sprawy granicy zachodniej (Moskwa, wrzesień 1990 r.). Dla polityków, opinii publicznej jeszcze „widocznie były potrzebne”.

 

Porozumienie narodowe życiową potrzebą

Nie rozmijając się zbytnio z rzeczywistością, porozumienie narodowe można uznać za kamień węgielny polityki wewnętrznej dekady lat 80. Wynika to choćby z exsposé Premiera, gen. Wojciecha Jaruzelskiego, który 12 lutego w Sejmie, mówił o potrzebie „normalizacji życia, jako najpilniejszym zadaniu. Jest to krok absolutnie warunkujący odzyskanie równowagi gospodarczej, urzeczywistnienie reform społeczno-gospodarczych, wprowadzenie kraju na drogę rozwoju. Musimy ten krok uczynić. Nie będzie to możliwe bez atmosfery spokoju społecznego, bez konstruktywnego współdziałania wszystkich, świadomych swej patriotycznej odpowiedzialności sił”. Liczył, że „działania rządu spotkają się ze zrozumieniem i poparciem ze strony Kościoła i chrześcijańskiego ruchu społecznego. Episkopat Polski daje dowody takiego podejścia”. Przemówienie Premiera było uważnie czytane, niektórzy mówią, że wręcz studiowane-właśnie przez Episkopat. Stąd można wnioskować, iż jego treść i komentarze były znane w Watykanie. Jerzy Kuberski (Kierownik Urzędu do spraw Wyznań) wspominając tamten czas, mówił o zainteresowaniu osobą Premiera-Generała.

Szukano odpowiedzi na pytanie – kim jest nowy Premier, na co może go być stać, do czego zmierza. Pamiętam – mówił Jerzy Kuberski – jak biskup Kazimierz Majdański (…) podkreślał, że kiedy Generał był dowódcą dywizji w Szczecinie, przyczynił się do odbudowy miejscowej katedry. Nawiasem mówiąc, Jan Paweł II z okazji 800. lecia, w 1983 r. nadał jej godność bazyliki mniejszej. Episkopat z uznaniem odnotował, iż Generał jesienią 1980 r. zniósł służbę wojskową alumnów, która od 20 lat była kością niezgody między rządem a Kościołem. Rząd także zniósł ograniczenia w sferze budownictwa sakralnego. W wystąpieniach Generała nie znaleziono przykładu krytycznej wypowiedzi o Kościele. Obok wiedzy o nauce w gimnazjum Księży Marianów na Bielanach i drodze frontowej, tworzyło to dla Kościoła, osobiście i Papieża, zachęcający zaczyn przyszłej współpracy Rządu i Episkopatu na rzecz narodowego porozumienia. Nie należy zapominać, iż w okresie PRL – jak pisał Generał – Kościół był dla władzy i przeciwnikiem i sojusznikiem. (…) Przeciwnikiem – na oczywistym gruncie sprzeczności ustrojowo – doktrynalnych i różnych tego społeczno – politycznych reperkusji. Stąd też różne formy walki, niegodziwości, czego jaskrawym przykładem zbrodnia-zabójstwo ks. Jerzego Popiełuszki. (…) Kościół był sojusznikiem na gruncie nadrzędnych, narodowych interesów, przeciwdziałania niebezpiecznej destabilizacji, łagodzeniu różnych sprzeczności, torowaniu drogi ku porozumieniu.

Jest wiele dowodów, iż Jan Paweł II w Watykanie uważnie śledził toczące się w Polsce wydarzenia na linii rząd-Solidarność. Prawdopodobnie ich analiza pozwoliła w encyklice „Laborem exercens” zawrzeć takie refleksje: Słuszne zabiegi o zabezpieczenie uprawnień ludzi pracy…muszą zawsze liczyć się z tymi ograniczeniami, jakie nakłada ogólna sytuacja ekonomiczna kraju. (…) Działalność związków zawodowych wkracza niewątpliwie w dziedzinę polityki, rozumianej jako roztropna troska o dobro wspólne. Równocześnie jednak, zadaniem związków nie jest uprawianie polityki (…) Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym. Nie można go nadużywać (…) zwłaszcza dla rozgrywek politycznych. Nie należy nigdy zapominać o tym, że nieodzowne usługi dla życia społecznego, winny być zawsze zabezpieczone, w razie konieczności nawet przy pomocy odpowiednich środków prawnych. Nadużywanie strajku może prowadzić do paraliżowania całego życia społeczno-ekonomicznego co jest sprzeczne z wymogami wspólnego dobra społeczeństwa. Sięgnijcie Państwo pamięcią do tamtego czasu i pomyślcie – czy Papież mylił się, czy napominał Solidarność, wręcz wzywał do umiaru i rozsądku. Czy nie warto o tym mówić naszej młodzieży?

Choć podobnie jak Episkopat wspierał Solidarność, to krytycznie patrzył na jej poczynania, czemu dał wyraz na spotkaniu z jej delegacją w lutym 1981r. w Watykanie mówiąc: Chodzi o to, aby sprawy dojrzewały do właściwego kształtu, żeby również wśród napięć, które rozwojowi tych spraw towarzyszą, zachować umiar i poczucie odpowiedzialności za to wielkie wspólne dobro, jakim jest nasza Ojczyzna. Przez pryzmat „dobra Ojczyzny” oceniał także działania Rządu i Premiera – Generała. 14 października 1981r. przyjął w Castel Gandolfo Józefa Czyrka, Ministra Spraw Zagranicznych. Zapoznał on Papieża z rządową oceną sytuacji w kraju i koncepcją Rady Porozumienia Narodowego, dla której chciał pozyskać poparcie, „błogosławieństwo” Papieża – jak pisze Generał. Nie chodziło o formalne uznanie, ale o jego wymiar praktyczny, konkretny – tj. takie działanie Kościoła, a ściślej Prymasa Glempa i Episkopatu, jak wyobraża sobie i oczekuje władza, sam Generał. Papież stanął na pozycjach realistycznych, widząc co dzieje się w kraju. Zgodził się zaangażować autorytet „młodego Prymasa” Józefa Glempa i Kościoła w pomysł Rady. Było to swego rodzaju opowiedzenie się Kościoła po stronie władzy i swoiste „przymuszenie” Solidarności do podjęcia działań z władzą dla „wspólnego dobra”. Taka postawa Papieża wsparła starania władzy o doprowadzenie do Spotkania Trzech, 4 listopada 1981 roku. Nazajutrz, Prymas udał się do Rzymu, gdzie Papież poparł takie formy współpracy Kościoła z władzą i opozycyjnym związkiem zawodowym. Oceniam, że po tej rozmowie Józefa Czyrka, inicjatywie Rady i Spotkaniu – choć nie przyniosło pilnie potrzebnych efektów, za co istotną odpowiedzialność ponosi Kierownictwo Solidarności – Generał i jego rząd zyskali pozytywną opinię w oczach Papieża. Znamienne są słowa z Komunikatu na zakończenie 181 Konferencji Episkopatu: Kraj nasz znajduje się w obliczu wielkich niebezpieczeństw. Przesuwają się nad nim ciemne chmury, grożące bratobójczą walką. Czy w tej ocenie Episkopat mylił się, wprowadzał w błąd Papieża i społeczeństwo? Czy zagrożenie widział tylko ze strony władzy czy także z szeregów Solidarności? Czy to nie była dobitna przestroga? Jak się okazało – wypowiedziana na dwa tygodnie przed stanem wojennym, ale o tym za chwilę.

Papież kilka razy w rozmowach z Generałem wracał do Solidarności, do warunków życia, losu zwykłych ludzi. Akcent ten dość mocno zabrzmiał 17 czerwca 1983 r. w Belwederze, w powitalnych słowach Generała: Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć? (…) Nie lękamy się osądu potomnych, będzie sprawiedliwy. Na pewno bardziej wyważony niż wiele współczesnych ocen. (… ) Kiedy państwo słabnie lub pogrąża się w bezrządzie – cenę płaci naród. My w Polsce tę historyczną prawdę znamy aż nadto dobrze. Przyświecała ona i przyświeca naszym działaniom. Nie szukamy jednak łatwych usprawiedliwień. Własne błędy osądzamy z bezprzykładną szczerością, choć nie tylko władza zawiniła. Nie ona zepchnęła kraj na krawędź katastrofy. Podczas rozmowy w Sali Pompejańskiej Belwederu, która rozpoczęła się od słów Papieża Panie Generale, na Boga, wiem, że jest Pan człowiekiem uzależnionym od Moskwy, ale przecież jest Pan także patriotą, Generał poinformował Gościa, iż obecna konfiguracja geopolityczna, wielkie uzależnienie gospodarcze – szczególnie w dostawach ropy, gazu i innych surowców od ZSRR – nie daje żadnych szans na samodzielność. Kraj wiele miesięcy żył strajkami, „z czego chleba nie przybywało”, a niszczyły gospodarkę. Sankcje Zachodu „pchały nas jeszcze bardziej w objęcia RWPG”. Nasi sąsiedzi – CSRS i NRD – też mieli swoje kalkulacje, by do Polski wkroczyć. Pamięta wrażenie Papieża, „szczerze zmartwionego, zatroskanego. Chyba nie w pełni znał dramatyzm grudnia 1981 roku”. Na wywody Generała wyrażał ojcowską troskę o tych, którzy ucierpieli najbardziej, (…) mówił o podmiotowości społeczeństwa, aby wszelkie konflikty społeczne łagodzić i rozwiązywać stopniowo, (…) by chronić Ojczyznę przed niepotrzebnymi wstrząsami. Do tych myśli Papież nawiązał we Wrocławiu, mówiąc w homilii: Cały naród polski musi żyć we wzajemnym zaufaniu, a to zaufanie opiera się na prawdzie. Cały naród polski musi odzyskać to zaufanie, w najszerszym kręgu swej społecznej egzystencji. Przejrzystość słów zarówno dla rządzących jak i rządzonych jest oczywista, a mnie nie wypada pytać – o jaką prawdę chodzi dziś politykom, skoro podnoszona w tej publikacji sfera wiedzy jest oględnie mówiąc pomijana lub opacznie komentowana.

Gdy Papież pielgrzymował po kraju, Generał w jednym z wywiadów mówił: My, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację. (…) Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady (…) czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków (…) nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację. Obawy, niepokoje i prośbę o rozmowę, Generał przedstawił na piśmie, które wysłannicy doręczyli w Częstochowie. Nawiasem mówiąc, kard. Stanisław Dziwisz w książce „Świadectwo” pisze, że Papież „złagodził odrobinę tekst Apelu”. Dowodzi to Wielkości Jego Świątobliwości, zrozumienia intencji władz. Do tej rozmowy – spotkania Papieża i Generała – doszło na Wawelu, 22 czerwca wieczorem. Generał mówił: Już na początku poinformowałem Papieża, że przewidujemy zniesienie stanu wojennego. (…) Odniosłem się również do samej pielgrzymki, że występuje nadmierna emocjonalność pewnych grup o zabarwieniu politycznym, (…) że po wyjeździe emocje mogą wzrosnąć i zakłócić proces normalizacji. (…) Papież słuchał bardzo uważnie, mówił o Lechu Wałęsie, o Solidarności”. Rozwinął i pogłębił opinie wygłaszane podczas pielgrzymki, w kontekście historycznym sięgał „po czasy przedrozbiorowe”. Dyskutując o politycznych trendach, roli związków zawodowych, sprawiedliwości społecznej, Papież opisał biedę w Meksyku i skonstatował: Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą. Generał ocenia, iż Papież akceptował ustrój w „krystalicznej formie”, wytykał jego „wykoślawienia”. Tu zachęcam Państwa Czytelników – wielokrotnie przypominajcie te słowa Papieża znanym opluwaczom PRL. Wyjaśniajcie, tłumaczcie ich historyczny sens młodemu pokoleniu.

Podczas rozmowy z Generałem w Watykanie (1987 r.) Papież stwierdził: Dla mnie delegalizacja Solidarności jest boleśniejsza, niż wprowadzenie stanu wojennego. Bowiem nie ma prawdziwej demokracji, bez wolnych i silnych związków zawodowych (to myśl z encykliki „Laborem exercens”, 1981 r.). Generał przyznał rację, przypomniał też ówczesną sytuację i zapytał: „Co stałoby się w kraju, gdyby rozhuśtała się ulica?” Analizy radzieckie na długo przed 13 grudnia wskazywały, że w ulicznych starciach oraz porachunkach może zginąć ok. pół miliona Polaków. Powtórzył, że odpowiedzialność za stan wojenny będzie dźwigał do końca życia, że wielu ludzi stanie przeciwko, ale w sytuacji Polski w 1981 roku, nigdy nie postąpiłby inaczej. Dla normalizacji sytuacji uczyni wszystko, ale wymaga to czasu „aż zbyt gorące głowy ochłoną”.

Na zakończenie III pielgrzymki, Papież i Generał rozmawiali przez 55 minut w salonie recepcyjnym na Okęciu. Była to kontynuacja spotkań, które stały się tradycją, świadczyły o dobrze układających się stosunkach Państwo – Kościół. Papież podzielił się obserwacjami, mówiąc, że ludzie sprawiają korzystne wrażenie, widać, że im się nie przelewa. (…) Nie ma biedy, nie ma bezdomnych, (…) Miejmy nadzieję, że będzie im się żyło lepiej i godniej. Generał podzielił tę nadzieję, a poprawa bytu, lepszego jutra Polaków nieustannie leży mu na sercu. (…) Władza pracuje nad porozumieniem z Solidarnością, które od pewnego czasu staje się „rodzajem warunku” w rozszerzeniu kontaktów z Zachodem. Zbliżeniu różnych środowisk, także opozycyjnych i władzy, służy powołanie Rady Konsultacyjnej, której członkami są osoby blisko związane z Kościołem. Generał mógł liczyć, że Papież, Kościół w Polsce wesprze te starania. Że nie były to nadzieje płonne, czas dobitnie pokazał.

Kolejne, ósme spotkanie odbyło się w 2001 r. Papież – choć schorowany (z trudem chodził i mówił) – przyjął Generała w przededniu 20. rocznicy stanu wojennego. Papież z troską mówił o zagrożeniach życia ludzi, o ofiarach, jakie Polacy ponoszą dla swej wolności, przywołał różne fakty z naszej przeszłości. Interesował się przemianami w kraju. Generał powiedział, że „najsmutniejszą pointą transformacji ustrojowej, dokonywanej rękami byłych działaczy Solidarności jest to, iż ani w Gdańsku, ani w Szczecinie nie ma już potężnych stoczni, w których ten ruch powstawał. Nie ma Ursusa, marnieje FSO i wiele innych zakładów – filarów Solidarności. Że 7,5 tys. „patriotów” wyceniło swoje zasługi dla wolnej Polski na blisko 2 miliardy złotych. Papież kręcił głową z niedowierzaniem. Rozmowa – podobnie jak poprzednie – upłynęła w serdeczniej atmosferze. Okazała się być ostatnią.

 

Dramat stanu wojennego

Na wstępie ciekawostka. Gdy na początku listopada 1981 r. uciekł do USA zdrajca Ryszard Kukliński, szef CIA wysłał do Papieża przedstawiciela z informacją, że Polsce grozi stan wojenny i „stosownymi sugestiami”. Jak wynika z udostępnionych wspomnień agentów, Papież uważnie go wysłuchał, podziękował za wiadomości, ale nie zajął stanowiska. Można tylko domyślać się powodów tego wymownego milczenia zważywszy, że na bieżąco znał sytuację w kraju z relacji Episkopatu i mediów. Wiedział, że poczynania Solidarności nie ułatwiają rozwiązywania nabrzmiewających problemów. Że wbrew własnej wizji roli i działalności związku zawodowego, zapisanych we wspomnianej encyklice, strajki zaczynają „paraliżować całe życie społeczno-ekonomiczne”, doprowadzą do „konieczności pomocy odpowiednich środków prawnych”. Jak wiemy, 30 października 1981 r. Generał przedstawił Sejmowi „środek prawny” – projekt ustawy o nadzwyczajnych pełnomocnictwach m.in. zawieszający prawo do strajku na okres do 30 marca 1982 r.

Nie został on rozpatrzony, o czym przesądził bezprecedensowy krok Prymasa. Wobec groźby strajku generalnego Solidarności, wystosował list doręczony posłom. Czy Papież mając m.in. wiedzę od CIA, liczył się z użyciem siły – trudno dociec. Pamiętajmy, że rok wcześniej, gdy groziła zbrojna interwencja, telefonicznie rozmawiał z Leonidem Breżniewem. Teraz sytuacja wewnętrzna była inna – to Polacy stawali się groźni sami dla siebie! Ze strony opozycji – ultimatum strajkowe oraz żądanie oddania władzy politycznej i państwowej. Ze strony władzy – wyczerpanie inicjatyw porozumień. I co dalej? Nie znam dokumentów wskazujących o czym Papież myślał, gdy pomysł z Radą Porozumienia po Spotkaniu Trzech upadł. Prawdopodobnie przyjął założenie, iż Generał – którego jeszcze osobiście nie znał – nie uczyni niczego, co byłoby sprzeczne z polską racją stanu. Inaczej mówiąc, zaufał odpowiedzialności Generała. To absolutnie nie oznacza, że „z góry” aprobował stan wojenny, a szczególnie użycie siły. Może jedynie świadczyć, że w tamtej sytuacji – poza dialogiem, porozumieniem, które stawały się fikcją – nie widział logicznego wyjścia. Ale to tylko domysł, a odpowiedź zna tylko Papież. Zaś cytowane słowa „Generał-patriota” zdają się ów domysł potwierdzać. Dziś wiemy, że nigdy i nigdzie nie potępił Generała, a wyrażał się ze zrozumieniem o koniecznościach władzy, wciąż apelując, by ludziom oszczędzać cierpienia.

Nie ulega wątpliwości – jak mówi Generał – że 13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać. Jako „człowiek stanu wojennego” odczułem to bardzo osobiście. O tym co dzieje się w Polsce, różne „rewelacje” wypisywała zachodnia prasa. Biskup Bronisław Dąbrowski, 22 grudnia 1981 r. rozmawiał z Papieżem, a relację zawarł w książce „Rozmowy watykańskie” – (Instytut Wydawniczy PAX, 2001), gdzie pisze: Po podpisaniu umów w Szczecinie i Gdańsku inne ośrodki robotnicze nie chciały być gorsze, dlatego naciskały na władze i nowe umowy podpisywano. Wałęsa był przeciwny, ale go nie słuchano. (…) Solidarność wbrew ostrzeżeniom Kościoła eskalowała wystąpienia i dążenia do władzy. Odmówiła wejścia do Rady Porozumienia, mimo że Wałęsa 4 listopada 1981roku zgodził się na wejście razem z Prymasem, u Premiera. Po spotkaniu z Premierem, Komisja Krajowa zdyskwalifikowała Wałęsę i oświadczyła, że Solidarność nie wejdzie do Rady Porozumienia (5-6 listopada 1981 r.) (…) zebranie Mazowsza w Politechnice 5-6 grudnia i powzięte uchwały zaalarmowały władze, szczególnie wyznaczenie manifestacji ulicznej na 17 grudnia 1981 roku. Nasze rozmowy na wszystkich szczeblach Solidarności nie dały wyniku (szczególnie w dniu 9 grudnia spotkanie u ks. Prymasa) (…) Komisja Krajowa w Gdańsku 11-12 grudnia 1981. Opinia Wałęsy – zbiorowa halucynacja, wielu uległo prowokacji. Opinia niektórych doradców o przebiegu obrad była podobna. I dalej: Ojciec Święty pytał o różne wydarzenia, o jakich mówi radio i TV włoska oraz piszą gazety. Stwierdziliśmy, że dużo w tym przesady, a nawet sfałszowania faktów. Tym lepiej, powiedział Ojciec Święty i dodał – widzicie, jak konieczny był wasz przyjazd, szkoda, że nie wcześniej. Męczę się tym, że nie znam prawdziwego stanu rzeczy. Tego dnia Biskup spotkał się też z kard. Casaroli. Pytał on – cytuję – Czy to prawda: że w Radzie Wojennej są Rosjanie (Kulikow), że gen. Jaruzelski bliski rozpaczy, że zabitych jest bardzo wielu, że internowanych przetrzymuje się w namiotach, że wywożą aresztowanych do Rosji, że biskupi nie mogą poruszać się po Polsce, że p. Mazowiecki nie żyje, że Wałęsa jest chory psychicznie. Wyjaśniłem wszystko zgodnie z rzeczywistością. Jako swoisty „fakt” mający potwierdzić rzekomą apokalipsę w Polsce podano, że zamordowany został Tadeusz Mazowiecki, za duszę którego 14 grudnia odprawił mszę żałobną w Katedrze Notre Dame w Paryżu kard. Jean Marie Lustiger. Udział wzięły nawet wybitne osobistości francuskie. Fakt ten publicznie dementował sam „uśmiercony”, choć w książce „Rok 1989 i lata następne”, nie wspomina, czy rozmawiał o tym z Papieżem.

Ksiądz Arcybiskup Józef Kowalczyk w książce „Świadectwo i służba”, m.in. pisze: Muszę powiedzieć szczerze i mam odwagę to powiedzieć: Jan Paweł II darzył pewnym szacunkiem gen. Wojciecha Jaruzelskiego, bo widział, że w tym człowieku jest jakiś duch patriotyzmu, duch dobra, jakaś wola obrony Polski. Nie przeprowadziłem nigdy rozmowy z Jaruzelskim na temat stanu wojennego. Ale musimy sobie z jednego zdać sprawę, że gdyby zarówno Jaruzelski, jak i cała ówczesna ekipa rządząca nie podjęli pewnych kroków i trudnych decyzji, wówczas bieg wydarzeń byłby trudny do przewidzenia. Każdy z nich poniósłby konsekwencje.

W 1993 r. Generał był w Rzymie na sesji Forum Światowej Polityki. Przy tej okazji gospodarze zorganizowali promocję książki pt. „Stan Wojenny. Dlaczego”. Papież przyjął Generała na prywatnej audiencji. Podczas rozmowy kolejny raz wrócił temat stanu wojennego. Widać, że leżał Papieżowi na sercu. Wtedy Generał podzielił się taką oceną: Do 13 grudnia mogło nie dojść, gdyby żył prymas Wyszyński, a Papież był w pełni sił (po zamachu wracał do zdrowia). Tylko ci dwaj wielcy Polacy, byli w stanie zdyscyplinować grupę najbardziej radykalnych działaczy, aby usiedli z nami przy stole i rozmawiali, zamiast podgrzewać nastroje. Rozwój wypadków uczynił go ostatecznością.

Generał nie jeden raz mówił, iż wprowadzenie stanu wojennego było dramatem, ale nie mniej gorzkie było to, że nie potrafiliśmy się porozumieć. Nieufność, zacietrzewienie, wrogość, zaślepiała obie strony. Nikt z nas nie jest bez winy. Nie dojrzeliśmy wówczas do historycznego kompromisu. Inna rzecz, czy w tamtych realiach był on możliwy i wykonalny”. W sensie historycznym – przeszliśmy przez ten burzliwy czas bez większych ofiar, bez rzeki przelanej krwi, nie tworząc przepaści, „nie paląc za sobą mostów” do przyszłych, pozytywnych rozwiązań. Było to zwycięstwo rozumu, rozsądku nad emocjami. Polacy pod przewodem Generała okazali się „mądrzejsi przed szkodą”. W tej „mądrości” są niepodważalne zasługi: Papieża, Kościoła, Rządu, liberalnego skrzydła partii (PZPR) i stronnictw politycznych, członków Solidarności.

Wiadomo z wiarygodnych źródeł, że Papież nie pomijał żadnej okazji, by zachodnim politykom i dyplomatom przypominać o dolegliwościach sankcji gospodarczych. Widział, że polską gospodarkę wpisano w polityczną walkę ze Wschodem. Nawiasem mówiąc, do czasu zniesienia stanu wojennego (22 lipca 1983 r.), szkody spowodowane różnymi formami sankcji osiągnęły sumę 13 mld dolarów. I znów ciekawostka – Ronald Reagan 7 czerwca 1982 r. złożył Papieżowi wizytę (upamiętnia ją forma pomnika w Gdańsku). Zaoferował pomoc żywnościową drogą charytatywną. Papież podziękował i nie omieszkał przypomnieć o konieczności ulżenia doli wszystkich Polaków. Natomiast odrzucił możliwość dotacji dla podziemnej Solidarności kanałami watykańskimi, informując gościa, że ma stały kontakt z rodakami.

 

Na zakończenie

Jan Paweł II w żadnej rozmowie nie pomijał problematyki człowieka. Akcentował podmiotowość osoby ludzkiej, konieczność poszanowania godności i praw. Na tym właśnie humanistycznym, personalistycznym fundamencie sytuował rolę państwa. Wskazywał, że powinno być ono silne poparciem społecznym. Zachęcał do szerokiego dialogu władzy z pluralistycznym społeczeństwem – pisał Generał.

Papież, przemawiając w Sejmie 11 czerwca 1999 r., m.in. mówił: Składam dzięki Panu historii za obecny kształt polskich przemian, za świadectwo godności i duchowej niezłomności tych wszystkich, którzy w tamtych trudnych dniach byli zjednoczeni tą samą troską o prawa człowieka, tą samą świadomością, iż można życie w naszej Ojczyźnie uczynić lepszym, bardziej ludzkim. (…) Dzisiaj zostało nam, zostało wam powierzone tamto dziedzictwo odważnych i ambitnych wysiłków podejmowanych w imię najwyższego dobra Rzeczypospolitej. Od was zależy, jaki konkretny kształt przybierać będzie w Polsce wolność i demokracja. (…) Historia uczy, że demokracja bez wartości łatwo się przemienia w jawny lub zakamuflowany totalitaryzm…Wykonywanie władzy politycznej czy to we wspólnocie, czy to w instytucjach reprezentujących państwo powinno być ofiarną służbą człowiekowi i społeczeństwu, nie zaś szukaniem własnych czy grupowych korzyści z pominięciem dobra wspólnego całego narodu.

Doceniam w pełni to, co Papież, co Kościół uczynili w Polsce, aby zwyciężyła wola dialogu, aby przeciwdziałać zacietrzewieniu, nienawiści, rozdarciu. Sądzę, że na tej drodze – mimo odmiennych czasami ocen i wniosków – zmierzaliśmy w podobnym kierunku” – napisał Generał. Zapamiętał Papieża jak pięknie słuchał, z jaką cierpliwością, uwagą. Nigdy nie przerywał. Ujmował rozmówców wrażliwością na ludzkie krzywdy i ludzką niedolę. Podróżując po świecie, zobaczył tej biedy niemało. Ta wrażliwość była zgodna ze społeczną nauką Kościoła. Ideały socjalizmu, te nie wypaczone, niewiele od tej nauki odbiegają.

Warto jeszcze przytoczyć niezwykle refleksyjną myśl prof. Stefana Wilkanowicza: „Serca Polaków są blisko Papieża, ale głowy od niego daleko”.

A co Państwo o tym myślicie? Jakie myśli, refleksje i nauki stąd płynące w 40. rocznicę pontyfikatu i 100-lecie odzyskania Niepodległości przekażecie swoim dzieciom i wnukom?

 

***

Jubileusz 40.lecia wyboru kard. Karola Wojtyły na papieża media upamiętniły transmisją okolicznościowych koncertów. Pojawiły się różne ciekawostki i wspomnienia o duchowych nawróceniach i uzdrowieniach oraz myśli, iż metropolita krakowski zostanie „kiedyś” następcą św. Piotra. Redakcja uważa, iż szczególnie godne i ważne zapamiętania są odniesienia do nas i o nas – Polakach i Polsce. Mają one swą wymowę i znaczenie dziś, gdy dopiero co decydowaliśmy o przyszłości samorządnej Polski – naszych „małych Ojczyzn”. Stąd publikujemy wypowiedź gen. Wojciecha Jaruzelskiego, która obrazuje myślenie Papieża i Generała w kategoriach nadrzędnego dobra Polski.

 

***

 

Moje spotkania i rozmowy z Janem Pawłem II

 

…Co pozwalało znajdować wspólny mianownik? Uważam, że przede wszystkim wspólna nam polska gleba, myślenie w kategoriach nadrzędnego dobra Polski… Miarą wartości człowieka jest przede wszystkim to, ile wnosi on do dobra ogólnego, ile czyni, dla dobra innych – bez względu na motywacje, którymi się kieruje…

 

Wracam często myślą do naszych spotkań i rozmów, zachowując w pamięci moralne przesłanie i patriotyczną troskę głowy Kościoła o pomyślność Polski, o demokratyczny humanistyczny kierunek przeobrażeń.

W Ojczyźnie, w Europie, w wielu krajach, na wszystkich kontynentach, Wielki Syn naszego narodu zaskarbił sobie szacunek, uznanie i szczerą sympatię milionów ludzi. Szczególnie cenny jest intelektualny i moralny wkład Waszej Świątobliwości we współczesną filozofię pokoju, w idee sprawiedliwości społecznej i braterstwa, tak bardzo dziś potrzebne światu”.

Rozpocząłem swoją wypowiedź właściwie od końca, od zacytowania fragmentu listu, który skierowałem 15 maja 1990 r. do Jana Pawła II, w siedemdziesiątą rocznicę Jego urodzin.

A co było przedtem?

Nazwisko Karola Wojtyły zaczęło pojawiać się coraz częściej w pierwszych latach siedemdziesiątych. W moim środowisku politycznym mówiono wówczas, że jest to wyjątkowo utalentowany – ale jednocześnie trudny jako partner władz – hierarcha Kościoła.

Wynik konklawe był wielkim zaskoczeniem. Wiadomość o wyborze Papieża-Polaka dotarła do mnie w czasie posiedzenia Biura Politycznego KC PZPR. Jego uczestnicy przyjęli tę informację z całą powagą. Z jednej strony było poczucie satysfakcji, rzekłbym nawet dumy, z drugiej zaś – zatroskanie, jak wybór ten wpłynie na skomplikowane przecież w owym czasie stosunki między państwem i Kościołem w naszym kraju. W sumie jednak byliśmy zgodni, że mamy do czynienia z wydarzeniem o wielkiej doniosłości, czemu należy dać stosowny, godny wyraz. I tak też się stało.

Później z rosnącą uwagą obserwowałem działalność Jana Pawła II. Przebieg pierwszej papieskiej wizyty w Polsce w 1979 roku śledziłem – tak jak miliony Polaków – w środkach masowego przekazu. Podczas drugiej wizyty byłem już w innej sytuacji. Był to czas trudny – trwał jeszcze stan wojenny, co prawda już zawieszony, ale formalnie nie zakończony. Wiem, jak głęboko Jan Paweł II przeżywał nasze polskie dramaty. Wymieniliśmy na ten temat kilka listów.

Pierwsze nasze spotkanie odbyło się 17 czerwca 1983 roku w Belwederze. Byłem silnie przejęty wyjątkowością tej chwili. Po powitalnych przemówieniach odbyła się dłuższa rozmowa. Papieżowi towarzyszył prymas Polski arcybiskup Józef Glemp. Ze strony władz uczestniczył przewodniczący Rady Państwa prof. Henryk Jabłoński i ja. Przedstawiłem naszą ocenę sytuacji, płynące z niej wnioski i zamierzenia. Papież słuchał z uwagą. Przekonałem się w czasie naszych wszystkich spotkań, że umie słuchać, że chce dobrze zrozumieć, wniknąć w głąb intencji swego rozmówcy. To bardzo ujmujące. Czy też, że – wypowiadając się jasno, zajmując konsekwentne stanowisko – nie czyni tego w sposób apodyktyczny, lecz spokojnie, perswazyjnie, gotów życzliwie wysłuchać racji rozmówcy, a niekiedy nawet wprowadzić szczyptę subtelnego humoru.

Może zwrócę uwagę na drobiazg, ale miało to dla mnie znaczenie. Otóż Papież, zwracając się do mnie, nie używał tytułów urzędowych, politycznych, lecz mówił po prostu „panie generale”. Jako żołnierz, wielce to sobie ceniłem i cenię.

Jak Jan Paweł II potrafił przemawiać, wiedzą dziś już nie miliony, ale chyba miliardy ludzi. Jak potrafi rozmawiać, wiedzą znacznie mniej liczni. Cieszę się, że dane mi jest do tych należeć. Odbyliśmy pięć dłuższych rozmów: wspomniana wyżej w Belwederze i następna na Wawelu pod koniec wizyty; kolejna w styczniu 1987 roku w Watykanie; wreszcie w czasie trzeciej papieskiej pielgrzymki w Polsce na Zamku Królewskim w Warszawie oraz kilka dni później przed odlotem, w pawilonie na lotnisku Okęcie.

Trudno w tej krótkiej wypowiedzi-co więcej, nie mając upoważnienia Papieża – przedstawić szeroko przebieg i treść tych rozmów. Jednak ich klimat, istota i przesłanie zostały mi głęboko w pamięci.

Gdy wracam myślą do rozmów z Janem Pawłem II, nieodmiennie mam poczucie ich wielkiej wagi. Każda była jakby krokiem naprzód, kolejnym etapem wzajemnego poznania i zrozumienia. Oczywiście były różnice, a zwłaszcza inaczej rozkładane akcenty. Trudno się temu dziwić – inny był punkt wyjścia, na wiele spraw spoglądaliśmy z odmiennej perspektywy. Dziś przyznaję, że

Papież umiał patrzeć dalej, głębiej.

Co jednak pozwalało znajdować wspólny mianownik? Uważam, że przede wszystkim wspólna nam polska gleba, myślenie w kategoriach nadrzędnego dobra Polski.

Karol Wojtyła jest niezwykle mocno związany z Ojczyzną. Wrażliwy na wszystko, co się w kraju dzieje, żywo reagujący na bieg polskich spraw, głęboko odczuwający całą ich złożoność, historyczne i współczesne powikłania. W naszych rozmowach Jan Paweł II niejednokrotnie wracał z bólem do epoki rozbiorów, do czasów okupacji. Odwołując się do minionych doświadczeń, wskazywał zło, na błędy, które przyczyniły się do nieszczęść Polski. Jednocześnie odwoływał się żarliwie do tych wielkich kart naszej historii, z których powinniśmy czerpać naukę, aby we współczesnym, skomplikowanym świecie stanąć jako naród i jako władza na wysokości zadania.

Pierwsze lata osiemdziesiąte były i w międzynarodowym, i w polskim wymiarze trudne. Rozkręcała się spirala zbrojeń, zaostrzały się stosunki między Wschodem i Zachodem. Odbijało się to wielce niekorzystnie na naszej polskiej sytuacji. Mówiliśmy o tym z troską. Ale właśnie na tym tle widziałem coraz pełniej szczególne, osobiste zaangażowanie Papieża w sprawę pokoju i zbliżenia między narodami.

Jan Paweł II w żadnej rozmowie nie pomijał problematyki człowieka. Akcentował podmiotowość osoby ludzkiej, konieczność poszanowania jej godności i praw. Na tym właśnie humanistycznym, personalistycznym fundamencie sytuował rolę państwa. Wskazywał, że powinno być ono silne poparciem społecznym. Zachęcał do szerokiego dialogu władzy z pluralistycznym społeczeństwem.
Z uwagą wsłuchiwałem się w te opinie, bowiem w swej intencji i istocie były mi bliskie. Chodziło przecież o porozumienie narodowe, o współpracę wszystkich Polaków – „niezależnie od tego, skąd kto pochodzi”. Doceniam w pełni to, co Papież, co Kościół uczynili w Polsce, aby zwyciężyła wola dialogu, aby przeciwdziałać zacietrzewieniu, nienawiści, rozdarciu. Sądzę, że na tej drodze – mimo odmiennych czasami ocen i wniosków – zmierzaliśmy w podobnym kierunku.

Pragnę w tym kontekście przytoczyć fragment listu, który Jan Paweł II skierował do mnie 22 listopada 1989 r.: „Panie Prezydencie, Niejednokrotnie wracam myślą do treści naszych rozmów. Widzę, że dobro Rzeczypospolitej i jej Obywateli stało się dobrem nadrzędnym. Nie przestaję modlić się i życzyć władzom oraz całemu narodowi, by wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”.

Mam głęboką nadzieję, że w słowach tych można odnaleźć echo tego, co dla mnie stanowiło o szczególnej wartości naszych spotkań i rozmów.

Papież niejednokrotnie dawał dowody, że rozumie dylematy władzy, jej obiektywne ograniczenia. Potrafił dostrzec i docenić każdy przejaw dobrej woli, krok ku lepszym rozwiązaniom. Stanowiło to cenne wsparcie dla pomyślnego rozwoju stosunków państwo – Kościół oraz państwo polskie – Stolica Apostolska.

We wszystkich rozmowach z Janem Pawłem II wyczuwałem Jego głębokie identyfikowanie się z losami Polski. Ujmowało mnie to, że stojąc na cele Kościoła Powszechnego, spełniając swoją uniwersalną misję, znajdował zawsze właściwe miejsce, czas i formę, aby zamanifestować swoją polskość. Dziś widać, jakże wyraziście, iż pontyfikat Papieża-Polaka przybliżył Polskę światu, niesie jej dobre imię, na wszystkie kontynenty.

Mówił: „Myślą i sercem nie przestałem być z narodem, z którego wyszedłem i do którego należę”. I zawsze o tym zaświadczał, jak choćby wówczas, gdy – świadom dotkliwych skutków, jakie naszemu społeczeństwu przynoszą restrykcje ekonomiczne – zapewniał mnie, że daje temu stosowny wyraz w kontaktach z mężami stanu państw zachodnich. Wykazywał nieustanną troskę o to, aby Polska zajmowała godne miejsce wśród narodów Europy i świata. Ze szczególną uwagą śledził to, co działo się w bezpośrednim otoczeniu naszego kraju. Żywo i życzliwie interesował się przebiegiem „pierestrojki”, jej szansami i zagrożeniami, nawiązywał do wspólnej słowiańskiej genealogii narodów tej części Europy. Świadomość geopolitycznych uwarunkowań naszego kraju wyrażała się również w zainteresowaniu problematyką niemiecką. Watykański punkt widzenia był ze zrozumiałych względów bardziej uniwersalny, ale Papież okazywał daleko idące zrozumienie dla ocen, które dyktuje polska racja stanu.

Jan Paweł II zna współczesny świat. Nie tylko ten bogaty, ale i biedny. Potrafi wznieść się ponad poziom tych, którzy na rzeczywistość polityczną czy gospodarczą patrzą w sposób biegunowy, posługując się do jej opisu tylko białym lub czarnym kolorem. Dostrzega wady i zalety różnych systemów społeczno-politycznych i ekonomicznych. Jest niechętny wszelkim postaciom monocentryzmu politycznego i kolektywizmu materialistycznego. Ale jest także wysoce krytyczny wobec organizacji społeczeństwa opartego na zasadach skrajnego indywidualizmu i konsumpcjonizmu, w którym gubi się sens ludzkiej wspólnoty. Z dużą też wrażliwością reaguje na plagi społeczne, na niesprawiedliwość, bezrobocie, nędzę i niedostatek. To niezwykle ważne składniki papieskiej refleksji nad współczesnym światem.

Dla Jana Pawła II oceną, miarą wartości człowieka jest przede wszystkim to, ile wnosi on do dobra ogólnego, ile czyni, dla dobra innych – bez względu na motywacje, którymi się kieruje. To bardzo bliska mi myśl. Powinna być ona dla wszystkich Polaków cenną inspiracją do działań rzeczywiście służących przyszłości.

Wojciech Jaruzelski

 

Powyższy tekst ukazał się w książce gen. Wojciecha Jaruzelskiego „Przemówienia 1990”, opublikowanej przez wydawnictwo MADO, Toruń, 2002.

 

 

Dyskretny urok policji kolejowej

Funkcjonariusze Straży Ochrony Kolei chcą większych możliwości działania. Wyposażenie mają takie jak policja, ale uprawnienia – dużo mniejsze.

 

We wtorek w Warszawie kolejarska Solidarność zorganizowała pikietę przed ministerstwem Spraw Wewnętrznych i Administracji. Związkowcy domagali się zakończenia prac nad projektem ustawy o Straży Kolejowej, mającej zastąpić obecną Straż Ochrony Kolei.
Projekt, korzystny dla członków SOK, powstał 12 lat temu ale dotychczas nie został sfinalizowany, bo koncepcja powołania Straży Kolejowej w miejsce SOK budzi kontrowersje.

 

Powrót do przeszłości

Straż Kolejowa miałaby się stać specjalną policją działającą na polskich kolejach. Jest to powrót do modelu funkcjonującego w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, kiedy to w czasach Bolesława Bieruta utworzono Kolejową Milicję Obywatelską, istniejącą od 1955 do 1960 r.
Projekt powołania „policji kolejowej” w miejsce Straży Ochrony Kolei zrodził się w 2006 r. podczas poprzednich rządów Prawa i Sprawiedliwości. Nie zdążono jednak wprowadzić go w życie przed zwycięstwem wyborczym Platformy Obywatelskiej w 2007 r.
Projekt nie uzyskał aprobaty rządów PO, więc w kolejnych latach nie było szans na utworzenie Straży Kolejowej. Prawo i Sprawiedliwość coraz szerzej wraca jednak do modelu rządzenia obowiązującego w Polsce „za komuny” – a zatem dziś są realne szanse na odtworzenie „policji kolejowej” wedle wzorców z lat pięćdziesiątych.

 

Broń jest, możliwości brakuje

Obecnie Straż Ochrony Kolei funkcjonuje w strukturach PKP, a konkretnie podlega władzom spółki PKP Polskie Linie Kolejowe.
Zgodnie z prawem, SOK-iści mogą stosować rozliczne środki przymusu bezpośredniego: siłę fizyczną, pałki (zarówno gumowe oraz typu Tonfa, z twardego plastiku i stalowym wkładem), kajdanki, psy, paralizatory, broń palną (krótką i długą), ręczne miotacze gazu.
Przy wyposażeniu typowym dla policji, SOK-iści nie mają jednak równie szerokich uprawnień – co budzi ich niezadowolenie.
Funkcjonariusze SOK oczekują zwiększenia swych możliwości działania, wskazując, że obecne przepisy nakładają na SOK obowiązek ochrony zdrowia i życia ludzi – a tego nie da się osiągnąć wyłącznie metodami perswazji.
Dlatego Solidarność działająca w Straży Ochronie Kolei, domaga się przejścia z PKP do ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji, co wiązałoby się również z uzyskaniem uprawnień policyjnych przez SOK. I właśnie przyśpieszeniu tej zmiany miała służyć wtorkowa pikieta przed siedzibą resortu spraw wewnętrznych.

 

Dla bezpieczeństwa publicznego

Obecnie SOK może prowadzić głównie działania prewencyjne, więc w każdym przypadku popełnienia przestępstwa na obszarze kolejowym (np. kradzież elementów sieci trakcyjnej) musi współpracować z policją. Konieczność tej współpracy jest krytykowana przez związkowców.
„Dla policji, która prowadzi czynności we wszystkich sprawach kryminalnych, wykrywanie sprawców przestępstw na obszarze kolejowym nie stanowi priorytetu” – podkreśla NSZZ Solidarność.
Związek wskazuje, że obecnie SOK nie posiada nawet tak podstawowych uprawnień jak np. kontrola bagażu, czy możliwość przeszukania osoby – i zawsze, kiedy funkcjonariusze SOK chcą to uczynić, muszą wzywać policję, co znacznie wydłuża czas interwencji. Szczęśliwie, SOK-iści mają możność zatrzymania osoby do czasu przybycia policji.
NSZZ Solidarność zwraca uwagę, że nadanie szerszych uprawnień dla funkcjonariuszy SOK pozwoli odciążyć policję od działań podejmowanych na terenach kolejowych i dworcach. Oświadcza też, że Straż Ochrony Kolei jest dziś formacją dobrze wyposażoną, która ma nowoczesną broń i inne środki przymusu bezpośredniego oraz dobrze wyszkolone psy służbowe. „Jednostki SOK na całym obszarze w ostatnim czasie były modernizowane” – stwierdza związek.
SOK-iści są więc przygotowani do nowych zadań. A ich pełnienie jest potrzebne, bo według NSZZ Solidarność, możliwość skutecznego, samodzielnego prowadzenia przez SOK czynności operacyjno-rozpoznawczych, dochodzeniowo-śledczych i administracyjno-porządkowych, przyniesie korzyści dla bezpieczeństwa publicznego.

 

Uczciwi nie mają się czego bać

Związek Solidarność zapewnia także, że rozszerzone uprawnienia przyznane funkcjonariuszom SOK w projekcie ustawy, dotyczące rozpoznawania i wykrywania przestępstw, „wykorzystywane będą wyłącznie w zakresie niezbędnym do realizacji ustawowych zadań”.
Gdyby zaś, mimo tego zapewnienia, wciąż istniały obawy, że uprawnienia te pozwalają na zbyt dużą inwigilację ze strony SOK, to mogą być modyfikowane w celu wyeliminowania takich wątpliwości – oświadcza Solidarność.
Dziś dużym problemem jest zbyt mała liczebność Straży Ochrony Kolei, która wymaga zdecydowanego wzmocnienia kadrowego. Dlatego też przewoźnicy i inne spółki kolejowe muszą ponosić ogromne koszty na zatrudnianie prywatnych firm ochrony, nie posiadających przecież takich uprawnień, jakie mogą uzyskać dotychczasowi funkcjonariusze SOK –  jeśli przyjęta nareszcie zostanie ustawa o Straży Kolejowej.
Pieniądze, przeznaczane dziś przez PKP na prywatnych ochroniarzy, będą wtedy mogły być wykorzystane na rozwój kadrowy i finansowanie nowych działań „policji kolejowej” – oraz na dodatkowe świadczenia dla jej członków, takie jak rekompensata pieniężna za czas służby przekraczający normę.
Liderzy Prawa i Sprawiedliwości, którzy budują model rządzenia opierający się na wzmożonym zagrożeniu przymusem i nadzorze nad obywatelami, zapewne w tej kadencji doprowadzą wreszcie do przyjęcia ustawy tworzącej Straż Kolejową. A i sami obywatele na pewno z zadowoleniem powitają nową formację o charakterze policyjnym, mającą ich wszak chronić. Wszyscy będą więc zadowoleni.

 

Sierpniowe porozumienia – lekcja dla myślących

Tworząc niezależne samorządne związki zawodowe. MKS stwierdza, że będą one przestrzegać zasad określonych w Konstytucji PRL… bronić społecznych i materialnych interesów pracowników i nie zamierzają pełnić roli partii politycznej… uznając, iż PZPR sprawuje kierowniczą rolę w państwie… (z Protokołu Porozumienia… 31 sierpnia 1980 r.)

Liczyłem, że można będzie się porozumieć z „Solidarnością”, zwłaszcza – jak wówczas mówiliśmy – z jej robotniczym nurtem. Skala, masowość strajków sierpniowo-wrześniowych, a w ich rezultacie pojawienie się potężnego, niezależnego związku było dla nas, dla władzy, ogromnym szokiem. Mówię o tym otwarcie. Robiliśmy dobrą minę – słuszny protest klasy robotniczej. Pocieszaliśmy się hasłem: „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Odrzucając myśl o użyciu siły, liczyliśmy jednocześnie, że to się jakoś ułoży. (gen. Wojciech Jaruzelski)

 

Można śmiało powiedzieć, iż od chwili podpisania porozumień sierpniowych (31 sierpnia 1980 r.) do dnia dzisiejszego, jest to „temat gorący”. Z wielu powodów: społecznych, politycznych, międzynarodowych i oczywiście związkowych. Jest wielopoziomową lekcją dla całej Europy, co z niej nauczyli się Polacy przez 38 lat – zostawiam Czytelnikom do wnikliwego namysłu. Istotę, sedno porozumień wyraża 21 postulatów. Załączam licząc, iż będą Państwu przydatne, staną się inspiracją na czas wyborów – termin samorządowych to 21 października. W dyskusjach z przyszłymi samorządowcami i parlamentarzystami.

Swoistą preambułą do nich, było czytelne potwierdzenie przestrzegania Konstytucji. Jak było realizowane w dekadzie lat 80. oraz po 1989 r. przez partie polityczne sprawujące władzę, wywodzące się przecież ze zdrowego „pnia” „Solidarności” (poza SLD i PSL), warto się zastanowić i ocenić. Miliony Polaków pamiętają tamten czas, a dziś – w roku 2018 – legitymują się dojrzałym wiekiem, co najmniej 60+, bogatym doświadczeniem z lat osiemdziesiątych, „urozmaiconym” społeczno-gospodarczymi „ćwiczeniami na sobie” po 1989 r. „Jak to było”, a „jak teraz jest” z tą naszą Konstytucją i oczywiście kierowniczą rolą partii – o czym wspomniałem w tekście pt. „Operacja Dunaj”. Zachęcam do namysłu i udzielenia sobie szczerej odpowiedzi.

 

Realizacja 21 postulatów…

Sugeruję Państwu, osobistą, prywatną analizę 21 postulatów, głównie takich:

Punkt 2: prawo do strajków – jest gwarantowane, a jednocześnie wykorzystywane i nadużywane. Macie Państwo inną ocenę? W połowie 1981 r. wartość wystrajkowanych ok. 700 umów dwukrotnie przekroczyła dochód narodowy. Stała się rzecz paradoksalna, lecz przewidywalna. Ilość zawartych umów, podważyła ich realność. Fala strajków poczyniła wielkie spustoszenia moralne, obniżyła dyscyplinę społeczną. Kraj poniósł niepowetowane straty gospodarcze” – ocenił prof. Jan Szczepański, przewodniczący Sejmowej Komisji ds. realizacji porozumień sierpniowych. Ekonomiści ocenili spadek produkcji na ok. 18 proc. w 1981 roku. Proszę, wskażcie Państwo kraj, który zdołałby udźwignąć i spełnić takie żądania! Jak bardzo nasze strajkowe przykłady okazały się pouczające, np. u naszych sąsiadów? Po Okrągłym Stole w Pradze, strajk komunikacji miejskiej planowany na 2 godziny – na apel Vaclava Havla (lidera opozycji) odwołano i zamieniono na akcję plakatową. „Aksamitnej rewolucji” towarzyszył bojkot telewizji, ogłoszony tylko przez orkiestrę symfoniczną. Akcje protestacyjne w NRD organizowano po pracy. Nie wierzycie Państwo, że dla innych byliśmy aż tak przekonujący! Generał oceniał, że „Znajdowaliśmy się w „okrążeniu” zagniewanych rządów, również i społeczeństw, krytycznych wobec „polskiego bałaganu”. Konsolidowało to tamte władze i uodporniało społeczeństwa na naśladownictwo „polskiej drogi”;

Punkt 9: automatyczny wzrost płac – podwyższono najniższą płacę (łącznie podwyżki i skrócenie czasu pracy wyniosą rocznie 255-260 mld zł). „Mimo starań rządu, realizacja rozmija się z intencjami sygnatariuszy”. Jak postępuje „Solidarność”? Strajki „o byle co”. Czemu nie – przecież rząd, zgodnie z pkt. 7, ciągle wypłaca wynagrodzenia za strajk. W listopadzie 1981 r. Lech Wałęsa jeździ po kraju i „gasi strajki”. Jak sam mówi – „ja jeden strajk gaszę, a dziesięć innych ekip jeździ i nowe rozpala”. Sądzę, że tę „anarchię strajkową” Państwo pamiętacie. Niektórzy, zadowoleni z tego działacze Związku, ten czas – 16 miesięcy – nazwali „karnawałem Solidarności”. Rzeczywiście była to „wyborna zabawa”. Kto z Państwa, szczególnie ówczesnych i po 1989 r. autentycznych robotników ma żal do Pani prof. Danuty Waniek za cytowaną w poprzednim tekście opinię, którą tu ponownie przywołuję. W tekście „Polska na zakręcie” („DT”z 10-12 sierpnia 2018 r.) m.in. napisała: Nikt tak nie zrobił polskiej klasy robotniczej w przysłowiowego konia, jak błyskawicznie udało się to na początku lat 90. kierownictwu NSZZ „Solidarność”! Jestem skłonna stwierdzić, że w tamtym oszustwie tkwią źródła dzisiejszego konfliktu politycznego. Czy klasa robotnicza „zapracowała” sobie na tę ocenę? Proszę, jeśli macie Państwo argumenty – zanegujcie.

Punkt 10: zaopatrzenie ludności – rynek żywnościowy całkowicie się załamał. Dochodzi do tego nagminne zjawisko spekulacji. Minister Rolnictwa na posiedzeniu rządu (początek grudnia 1981 r.) mówi, że mąki wystarczy do lutego przyszłego roku. Zapytam, kto w tej sytuacji chciałby być premierem, albo tym ministrem? Są chętni? A czy za ten stan odpowiada tylko rząd?;

Punkt 11: wprowadzić bony żywnościowe – objęto inne asortymenty. „Rzecz nie tylko w tym, jak dzielić to co mamy, ale co zrobić, by żywności do podziału było więcej” – mówił w Sejmie Generał. Władza z powodów oczywistych je spełniła, wprowadzając ten system od 1 kwietnia 1981 r. Wówczas ono było słuszne, sytuacyjnie konieczne i społecznie pożądane. Z dystansu 25 lat Czesław Rychlewski w artykule pt. „Producenci i cwaniacy” („Trybuna” z 3 listopada 2006 r.) m.in. pisze: Aż wierzyć się nie chce, ale fakt jest faktem. W PRL, gdy istniał nieustająco problem zaopatrzenia w mięso i jego przetwory, przeciętny Polak spożywał ich więcej niż obecnie. W roku 2005 na głowę mieszkańca Polski przypadało 71,8 kg rocznie, a w 1980 – 74 kg. Nawet w czasie, gdy doszło do załamania gospodarki i gdy produkty te można było kupić wyłącznie na kartki, Polacy jedli mięsa więcej niż w roku 1995. Warto tu przy okazji zauważyć, czy tylko zmiana „filozofii żywienia” ma tu decydujący wpływ?

Punkt 13: wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej – obraziłbym Państwa, próbując cokolwiek w tej materii wyjaśniać. Proponuję np. przejrzeć Przeglądy z tego roku;

Punkt 14: obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat, a dla mężczyzn do lat 55 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek – wówczas rząd wyjaśniał, iż postulat ten nie jest możliwy do spełnienia w aktualnej sytuacji gospodarczej i demograficznej kraju; podjęto sukcesywne obniżanie wieku emerytalnego górników. A jak sprawa wygląda w 2018 r.? Czym jest tłumaczona? Czy działaczy „pierwszej Solidarności” i ich wychowanków nie stać, by przynajmniej kobietom zagwarantować wiek 50 lat jako podstawę emerytury. Przecież pracują „od zawsze” na co najmniej dwóch etatach! Ostatnio słyszałem taką opowiastkę: Dwóch emerytów przechodzi obok gmachu Sejmu i słyszą sto lat, sto lat. Jeden z nich mówi – chyba któryś poseł świętuje urodziny. Na co drugi – raczej uchwalają nową granicę wieku emerytalnego. Rządzący dziś Polską mają przecież właściwe, bo „solidarnościowe korzenie”. Za koronny argument służą kalkulacje kosztów emerytur. Czy 38 lat temu te same koszty nie miały żadnego znaczenia dla autorów 21 postulatów, światłych doradców i samego Kierownictwa „Solidarności”?

Punkt 16: poprawić warunki pracy służby zdrowia – wspomniany prof. Jan Szczepański ocenił, że realizacja przebiega terminowo. Dla 30 postulatów szczególnych, przekazano 177 obiektów administracyjnych (czerwiec 1981);

Punkt 17: zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących – w tekście „Popychadło” („DT” z 16-19 sierpnia 2018 r.) przeczytałem taką informację: „Nie ma też bezpłatnych przedszkoli i pewnie do końca tej kadencji nie będzie”. Sprawdzicie Państwo w kampanii samorządowej, czy to prawda;

Punkt 19: skrócić czas oczekiwania na mieszkanie – program na lata 1981-85 przewidywał budowę 1,2 – 1,3 mln. mieszkań, w tym 650-700 tys. spółdzielczych, koszt ok. 900 mld. zł. Na koniec 1985 r. deficyt mieszkań nie zmniejszy się i wyniesie ok. 1,7 mln. Tak wynikało z analizy rządu przedłożonej związkowi do końca 1980 r. Sprawę mieszkań, obok spraw wyżywienia, uznać należy za podstawową – ocenił wspomniany Profesor. A jak sprawa wygląda dziś, po prawie 40 latach? Tu poddaję Państwu pod uwagę taką informację. W 1980 r. żyło 36 mln. obywateli. Było to 35 lat po wojnie, kończono usuwanie gruzów ze zniszczeń wojennych i budowano domy. W 2018 r. jest nas 38, 5 mln., przybyło więc 2,5 mln;

Lech Wałęsa na wiecu kończącym strajk w Stoczni Gdańskiej, gdzie widniało hasło „Socjalizm tak, wypaczenia nie” (początkowo akceptowano ustrój!) – wezwał wszystkich „do roboty”. Mówiono o „drugiej Japonii”, że „bułkę z szynką jeść będziecie”, że „wszyscy mają jednakowe żołądki” (później strajkując zapomniano, że także wszyscy powinni dbać o ich napełnienie). To właśnie strajki mają główny udział w spadku produkcji o 18 proc. i wzroście płac o 25 proc. w 1981 r. To przecież przedstawiciele „Solidarności” w komisji reformy odmówili końcowych uzgodnień treści ustaw, skutkiem czego reformę od początku 1982 r. wdrażano na podstawie prowizorium. Proponuję, zapytajcie działaczy „Solidarności”, jak oni wyobrażali sobie w 1980-81 r. porozumienie się z partią i rządem, czyli personalnie ze Stanisławem Kanią i Wojciechem Jaruzelskim. Cóż, trzeba będzie włożyć pewien wysiłek intelektualny, by nie dać sobie wmówić banałów, bałamutnych tez i „konstrukcji myślowych”, zrozumieć sens wywodów, wpływu sąsiadów. Zachęcam wszystkich do przeczytania książki „Niszczący dualizm”. Lech Mażewski dokonał w niej wnikliwej oceny działalności „Solidarności” w okresie 16 miesięcy „karnawału” przed stanem wojennym.

Jarosław Kaczyński w rozmowie z Teresą Torańską („My”, wyd. Przedświt, 1994) m.in. mówi: Nieporęczna w istocie od początku była „Solidarność”. Ty możesz mi wierzyć lub nie, ale już w 1981 roku dobrze o tym wiedziałem. Żartowałem wtedy, że gdybym nawet nie był pełnomocnikiem Moskwy, a musiał tutaj rządzić, to bym z „Solidarnością” jakoś się rozprawił, bo razem z nią rządzić by się nie dało, ponieważ ten monstrualny ruch ze względu na swój charakter i konstrukcję, także organizacyjną do demokracji się nie nadawał. Przede wszystkim z dwóch powodów. Oparty był na strukturze przedsiębiorstwa, a wyrażał w istocie ambicje polityczne, co jest klasyczną cechą komunizmu oraz był z samego założenia, w swoich intencjach ruchem wszechogarniającym, czyli źle tolerującym jakikolwiek pluralizm. Poza tym, reprezentował sposób widzenia rzeczywistości zupełnie nie przystający do gospodarki rynkowej (…) Trzeba było coś z nim zrobić, jakoś go podzielić, uporządkować. Bo zapewniam Cię, gdyby „Solidarność” z 1989 r. miała siłę z 1981 roku, to w ogóle żadnego mechanizmu demokratycznego w Polsce by się nie zbudowało. I dalej: Powiedziałem – słuchajcie, my nie możemy ciągle żyć w świecie pewnego mitu, który może był piękny, ale nigdy nie był prawdziwy. „Solidarność” zawsze była wewnętrznie skłócona, rozgrywały się w niej różne walki, podchody, trochę rzeczy ginęło, np. pieniądze i dokumenty.

Dysponujecie Państwo Czytelnicy wiedzą o Polsce z 1980 r., więc zechciejcie z namysłem raz jeszcze przeczytać te myśli, zastanowić się, wyciągnąć wnioski, jaka byłaby Polska w 1989 r. i później! Zwróćcie uwagę – „trochę rzeczy ginęło, np. pieniądze”. Na I Zjeździe „Solidarności” działacze terenowi mówili, że chodzą „słuchy” o ginięciu pieniędzy, jakie Związek otrzymuje z Zachodu, wręcz zażądano rozliczenia się. Głos zabrał ks. Henryk Jankowski, który oświadczył, że żadnego problemu nie ma, wszystko jest rozliczone. Prosił, by tej sprawy nie podnosić w dyskusjach i prasie związkowej. Jest to temat o posmaku sensacyjnym na inną okazję, zważywszy, że CIA próbowała „wmontować” Jana Pawła II w kanał pomocy dla Związku, drogą przez Watykan.

Profesor Karol Modzelewski w książce „Dokąd od komunizmu”, napisał: Do dziś jestem pod wrażeniem łatwości, z jaką elity, wyłonione przez pracowniczy ruch, dokonały zwrotu o 180 stopni, porzucając wartości uznawane dotąd za naczelne kryterium polityki społeczno-gospodarczej. Czy to nie chichot historii na oczach milionów Polaków tamte czasy pamiętających, nie kompromitacja „elyty”? Czy to nie nauka „historycznego myślenia” dla młodych Polaków? Czy nie ma nad czym zastanowiać się w roku wyborczym?

 

Jakie były początki?

Generał w książce „Stan wojenny. Dlaczego…”, pisząc o protestach na Wybrzeżu w 1980 r., zawarł taką ocenę: Detonatorem strajku w Gdańsku było zwolnienie z pracy Anny Walentynowicz. Teraz doszliśmy do tego, że wyżala się ona na łamach opozycyjnego pisma „NIE”, a jej ówcześni obrońcy milczą jak głazy. Ot, ironia losu. Wyjaśniam Panu Piotrowi Walentynowiczowi, wnukowi, iż tę książkę wydał w 1992 r.(wyd. BGW). Jest wśród pism wybranych, wydanych przez Adama Marszałka w 2013 r., z okazji 90. urodzin Generała. Zachęcam do jej przeczytania, mając nadzieję, że zrozumiał Pan zwrot „Ot, ironia losu” w kontekście tamtej i obecnej sytuacji. Powiem Panu, że 20 kwietnia 2010 r. Generał na dziedzińcu MON pokłonił się w zadumie Pańskiej Babci, przechodząc przed zdjęciami wszystkich tragicznie zmarłych osób w katastrofie smoleńskiej (byłem świadkiem, są zdjęcia). Nie przewidział, że jej wnuczek w 2018 r., krytykując Prezydenta RP za weto na ustawę degradacyjną Generała i innych osób, uznał, że Duda stanął po stronie osób, które nie koniecznie naciskając na spust, ale wydając rozkazy, były odpowiedzialne za największe tragedie, męczeństwa i zbrodnie powojennej Polski. („GW” z 3 kwietnia 2018 r.). Wsparł go taką „światłą” myślą pewien poseł (z litości pominę nazwisko): „Polski suweren ma prawo do ustawowego wymierzania, zwłaszcza symbolicznej, historycznej sprawiedliwości – odpłaty w formie degradacji”. Czyżby, dla Pana Piotra wiąż trudnym było zrozumienie, że rozkazy jakie wydał Generał 13 grudnia 1981 r. uratowały życie jego Babci? Może ta konstatacja skłoni do rozwagi – prof. Ryszard Reiff w nocy 12-13 grudnia był przeciw decyzji o stanie wojennym. Z biegiem czasu zmieniał – nie tylko on – optykę widzenia stanu wojennego. Na posiedzeniu Sejmowej Komisji Odpowiedzialności Konstytucyjnej, 22 września 1992 r., m.in. zeznał: Natomiast wiadomo, co znaczy wkroczenie wojsk radzieckich do Polski. To znaczy ogromna ilość cierpień, to ogromna liczba wywózek, tak jak z małego węgierskiego kraiku, gdzie zginęło 60 tys. osób, ale 300 tys. było wywiezionych. Tu trzeba byłoby wywieźć z półtora miliona na 2-3 lata. Do czasu, zanim nowa władza okrzepłaby i można byłoby dawkami tych ludzi zwracać. Domyślam się, że Pan Piotr ma na tyle wyobraźni, iż wśród wywiezionych mogła być jego Babcia. Czy przeżyłaby i kiedy wróciła? I w jakim stanie zdrowia? A może „po latach” miałby pragnienie odnaleźć jej grób gdzieś na Syberii?

Jeśli mowa o grobach. Zbigniew Domino, przez lata dzielił ból dziecka, syna, który zostawił Matkę na Syberii. Jako dorosły mężczyzna po latach, z pomocą Rosjan odnalazł jej grób w Kaluczem, co opisał w książce „Zaklęty krąg”. Niech ta przejmująca faktami i wymową lektura skłoni Pana Piotra – opluwacza Generała – ale i jemu podobnych do refleksji. A może ich rodzice i oni sami dzięki właśnie „takim rozkazom” uniknęli podobnego losu. Nie muszą szukać, ani wyobrażać sobie grobu „gdzieś tam”. Kiedy chcą, mogą pójść na groby swoich najbliższych – niech ta świadomość …

 

Co na to sąsiedzi?

Że sytuacja wewnętrzna w Polsce była ciągle obserwowana przez naszych sąsiadów, a po wybuchu protestów i strajków latem 1980 r. szczególnie i wnikliwie – dla nikogo trzeźwo myślącego nie jest żadną tajemnicą. Jak głęboka, rozległa i „twórcza” była ta czujność, niech posłuży ten dowód. Podczas międzynarodowej konferencji w Jachrance (8-10 listopada 1997) zajmującej się wewnętrznymi i zewnętrznymi uwarunkowaniami kryzysu lat 1980-1982 w Polsce, ujawniono wiele różnych dokumentów, m.in. wywiadu USA oraz z archiwów ZSRR, w tym ściśle tajny dokument. O jego szczególnej tajemnicy świadczą wykropkowane miejsca, gdzie odręcznie wpisane były daty, liczby, nazwy, itp. Cóż więc tam było? Dla przykładu – po słowach „w przypadku wystąpienia”, odręcznie wpisano „po stronie sił kontrrewolucyjnych, zasadniczych sił Wojska Polskiego” – dalej maszynopis – „zwiększenie zgrupowania naszych wojsk jeszcze o” – znów odręcznie – „pięć – siedem” – dalej maszynopis – „dywizji”. Świadczy to, że:

– dokument był przygotowany, z uwagi na bieg wydarzeń w Polsce, potrzebne dane były wpisywane ręcznie przed podjęciem decyzji. By poza jego autorami i decydentami nikt nie znał treści. Czego się obawiano? Może zbędnej dyskusji w ścisłym gronie BP KC KPZR, a może „przecieku”? Nie zapominajmy, że wśród nich były osoby sympatyzujące z Polakami, np. Bajbakow (nazwisko po babce Bajbakowska), a wywiady zachodnie, np. USA. Zbigniew Brzeziński kilka razy mówił, że „w Sztabie Generalnym mieliśmy swojego człowieka” ;

– „siły kontrrewolucyjne”. Pamiętacie Państwo jak oceniano wystąpienia w CSRS? Co to oznaczało dla inicjatorów „Praskiej Wiosny” i czym się skończyło. Jak mogło być u nas?
– liczono się, iż Wojsko Polskie wystąpi „po stronie” (czytaj – w obronie) strajkujących. To też uwaga dla wszystkich „degradatorów” Generała i oficerów b. LWP, którzy służbę w tym Wojsku pogardliwie oceniają jako „służalczą” Moskwie, pozbawioną patriotyzmu;

Dokument został napisany już 28 sierpnia 1980 r., Tak, to nie błąd., czyli na 2-3 dni przed podpisaniem porozumień sierpniowych w Szczecinie – 30, w Gdańsku – 31 sierpnia. Tak byli czujni. Czy to nie „nauka” dla Kremla z „Praskiej wiosny”? Co więcej – gotowość użycia wojsk inwazyjnych z Nadbałtyckiego i Białoruskiego okręgów wojskowych wyznaczono na godz. 18.00, 29 sierpnia.

Autorami tego dokumentu dla KC KPZR, wraz z projektem decyzji, było pięciu czołowych działaczy: Michaił Susłow, Andriej Gromyko, Jurij Andropow, Dimitrij Ustinow i Konstantin Czernienko. Dwaj spośród nich – Andropow i Ustinow  w dniach 3-4 kwietnia, w Brześciu, przeprowadzili ze Stanisławem Kanią i Generałem długą, rzeczową i poważną rozmowę. Pisze o niej Generał w książce „Stan Wojenny”(rozdział „Lot i lądowanie”), gdzie m.in. zwarł taką refleksję: Bardzo wielu Polakom można postawić piątkę za brawurę. Natomiast wielu polskich polityków – jak wykazały nasze dzieje – zasłużyło na dwójkę z historii i geografii. Płaciliśmy za to nieraz najwyższą cenę. My nie chcieliśmy jej zapłacić. Jakie jest Państwa zdanie, czy Generał myli się w tej ocenie? Proszę zwrócić uwagę, iż ta rozmowa poprzedzona była grudniową naradą szefów partii w Moskwie, podczas której Stanisław Kania rozmawiał z Breżniewem (pisałem w tekście „Operacja Dunaj”), sprzeciwiając się z Generałem otwarciu granic – czego zażądał Kulikow na początku grudnia 1980 r. – dla wejścia wojsk, celem odbycia „ćwiczeń”. Ponadto, była ona w trakcie ćwiczenia „Sojusz-81”. Rozpoczęły się one 16 marca, a 19 marca wybuchł incydent bydgoski. Gdy kilka tygodni temu w transmisji z obrad Senatu, zobaczyłem przemawiającego senatora Jana Rulewskiego ubranego w uniform więzienny, przypomniałem sobie co „robił” podczas tego incydentu. Zachęcam Państwa – zapytajcie Pana senatora, czy miał świadomość, iż jego i kolegów postępowanie mogło być iskrą do odbycia „praktycznych ćwiczeń” na jego i kolegów plecach? Czy dziś ma poczucie, przynajmniej moralnej odpowiedzialności za groźbę ofiar w ludziach, członkach „Solidarności”, którą sam na nich sprowadziłby? Odpowiedzialności za ten incydent oczekiwał Pan dzisiejszy senator kilka lat temu od Generała, pisząc stosowny list (znam jego treść). Stan zdrowia i czas konieczny do przygotowania obrony w Sądzie, a tu brak miejsca nie pozwala go podjąć.

Ćwiczenia kolejne – „Zapad-81″. Co charakterystyczne. Przeprowadzone na Białorusi, a zadania ćwiczących wojsk sięgały po Trójmiasto, Warszawę, Radom, Kielce. Jedyne takie w Układzie. Obserwowali je: Generał, gen. Eugeniusz Molczyk i ówczesny płk (dziś gen. dyw.) Franciszek Puchała, którego książka „Kulisy stanu wojennego” ze znajomością strategii m.in. opisuje przygotowania sojuszników do interwencji. Taki szczegół z tego ćwiczenia: o godz. 9.20 w dniu 10 września 1981 r. siły główne 7. DPD w ciągu 48 minut były zrzucone w 3 rejonach położonych na wschód od Mińska Białoruskiego. Było to 6100 spadochroniarzy i około 300 jednostek sprzętu bojowego, w tym BWP. W 11 lub 12 dniu operacji 7. DPD miała być desantowana w rejonie położonym na wschód od Warszawy, na kierunku działań Operacyjnej Grupy Manewrowej,utworzonej na bazie Armii Pancernej. Co Państwo myślicie?

Leonid Breżniew 11 listopada 1981 r. na posiedzeniu BP KC KPZR, powiedział: Wczoraj zapoznałem się z Posłaniem do narodów Europy Wschodniej, uchwalonym na zjeździe polskiej „Solidarności”. To niebezpieczny i prowokacyjny dokument. Słów w nim niewiele, lecz wszystkie biją w jeden punkt. Jego autorzy chcieliby posiać zamęt w krajach socjalistycznych, zdopingować grupki różnego rodzaju odszczepieńców. „Prawda”, nazwała Zjazd „antysocjalistyczną i antyradziecką orgią”. Można się nie zgadzać z tą oceną, ale należy przyjąć do wiadomości, że tam – w Moskwie była „siła” i leżała decyzja jej użycia przeciwko Polsce, Polakom, „pannie S”. Można toczyć spór o skuteczność inspiracji Berlina i Pragi, gdzie narastało przekonanie, iż „Polacy nie pracują, wciąż strajkują, awanturują się, a my musimy jeszcze im pomagać”. Niech mitologizujący rzeczywistość „uczeni” to zauważą.
Skutek „Posłania”, Generał oceniał tak: Dla przywódców ZSRR i innych krajów bloku była to przysłowiowa kropla, która przepełniła kielich. Przeczuwałem to już wówczas. Dotąd „Solidarność” zagrażała socjalizmowi tylko w Polsce. Teraz rzucono wyzwanie całemu obozowi socjalistycznemu. Zajadli nasi przeciwnicy, ortodoksyjni i nieprzejednani obrońcy marksistowsko – leninowskich dogmatów, mieli już wystarczające podstawy, by domagać się usunięcia kierownictwa PZPR. Ich zdaniem okazaliśmy się niezdolni do pohamowania nawet takich działań, które mogły zagrozić całej wspólnocie realnego socjalizmu.
Profesor Jerzy Holzer, w książce „Solidarność 1980-1981. geneza i historia”.(wyd. Instytut Literacki, Paryż 1984 r.) pisze: Jeśli zastanowić się z jakim dorobkiem rozjeżdżali się na ponad dwa tygodnie delegaci zjazdowi, dojrzeć można zjawiska niepokojące. Za takie uznać trzeba nie tyle radykalne wystąpienia i uchwały (…) Ważniejsze było, iż ów radykalizm wynikał z błędnej oceny sytuacji, tak jak z błędnej oceny sytuacji wynikały ostre starcia wewnątrz „Solidarności”. Poczucie siły, optymizm, nieraz wręcz demagogiczna tromtadracja, nie stanowiły dobrego przygotowania społeczeństwa na trudną przyszłość. Może Pan senator Rulewski rzeczowo udowodni „poczucie odpowiedzialności delegatów”. Poda argumenty obalające oceny Profesora, szczególnie zarzut „demagogicznej tromtadracji” i tego skutków.

 

Co mówił Generał w 1981 r.

1. Zwracam się z tej wysokiej trybuny (sejmowej – przyp. GZ) do związków zawodowych, do wszystkich ludzi pracy z apelem, z wezwaniem do zaniechania wszelkich akcji strajkowych. Zwracam się o trzy pracowite miesiące – 90 spokojnych dni. Czas ten pragniemy wykorzystać dla porządkowania najbardziej elementarnych spraw naszej gospodarki, dla dokonania remanentu „pozytywów” i „negatywów”, podjęcia najpilniejszych problemów socjalnych, nakreślenia i zapoczątkowania realizacji programu stabilizacji gospodarki kraju oraz dalekosiężnej reformy gospodarczej.

2. W obliczu gigantycznego nawisu inflacyjnego i spustoszenia na rynku, w obliczu malejącej produkcji – znów mnożą się postulaty, żądania podwyżek płac, dodatkowych urlopów, premii, itd. Po kilku tygodniach względnego spokoju, powstają coraz to nowe ogniska zapalne. Niestety, IX Zjazd ma pod tym względem przykry akompaniament. Na tym tle nie sposób postawić pytania: Komu to służy? Dokąd zmierzają Polacy?

3. Pogłębia się dezorganizacja procesów produkcyjnych. Straty spowodowane strajkami, napięciem, obniżeniem dyscypliny – nieustannie rosną. Dotyczą one w podstawowej mierze towarów o podstawowym znaczeniu dla zaopatrzenia ludności, rolnictwa, eksportu. Nie sposób w tym miejscu nie przypomnieć wielokrotnie już powtarzanej prawdy, że koszty strajków obciążają całe społeczeństwo, że ich ceną jest dalsze pogarszanie warunków życia.

4. Skromne środki materialne, jakimi dziś dysponuje państwo, nie mogą być marnotrawione. Jest to szczególnie ważne w obliczu nadchodzącej zimy. Nigdy dotąd nie wchodziliśmy w ten okres w warunkach spadku produkcji, zrywających się więzi kooperacyjnych, niepewności zaopatrzenia. Toteż warunkami, które zadecydują o tym jak przeżyjemy zimę, będą dobra organizacja i dyscyplina, umiejętność pobudzania i wykorzystywania inicjatyw produkcyjnych, konstruktywne współdziałanie wszystkich społecznych sił.

5. Liczyłem, że można będzie się porozumieć z „Solidarnością”, zwłaszcza – jak wówczas mówiliśmy – z jej robotniczym nurtem. Skala, masowość strajków sierpniowo-wrześniowych, a w ich rezultacie pojawienie się potężnego, niezależnego związku było dla nas, dla władzy, ogromnym szokiem. Mówię o tym otwarcie. Robiliśmy dobrą minę. Przyjęliśmy formułę – słuszny protest klasy robotniczej. Pocieszaliśmy się hasłem: „Socjalizm tak – wypaczenia nie”. Odrzucając myśl o użyciu siły, liczyliśmy jednocześnie, że to się jakoś ułoży. Emocje miną, a związek – chociaż kłopotliwy, chociaż pozostający „na bakier” w stosunku do modelu tradycyjnego, będzie mimo wszystko funkcjonować w naszej, socjalistycznej rzeczywistości. Nawet ukułem takie powiedzenie: „Lepiej mieć dziesięć małych konfliktów dziennie, niż jeden wielki konflikt raz na dziesięć lat”. Tak też tłumaczyliśmy to sojusznikom.

Zapytam – kto ma dowody kwestionujące rzetelność ocen Generała, niech przedstawi do publicznego wglądu i osądu. Cytowane wypowiedzi (dalece nie wszystkie), pozwalają „spojrzeć” na rolę „Solidarności”, upiększanej od lat hasłami walki o wolność i niepodległość, szczególnie w Roku 100. lecia odzyskania Niepodległości.

 

Co o tym myśleć?

„Owocem poczęcia” 21 postulatów jest „Solidarność”. Powstała na fali społecznego niezadowolenia z istniejących wówczas warunków socjalnych oraz bytowych ludzi pracy. Żyło im się ciężko, choć zachodnie kredyty przynosiły odczuwalne skutki. Stąd szeroka sympatia i członkostwo robotników oraz poparcie dla 21 postulatów. Władza, je podpisała – oczywiste, że przyjęła do realizacji. Kierownictwo „Solidarności” uznało, że obowiązuje tylko stronę rządową. Swoją rolę w tej sferze sprowadziło do funkcji nadzorczo-kontrolnych, spełnianych poprzez wyjątkowej skali i dolegliwości „narzędzia” – strajki, akcje strajkowe, protesty, pogotowia, okupacje budynków, nie kończące się żądania

Na 21 postulatów warto spojrzeć z refleksem, od innej strony. Widoczny populizm ich treści podobał się robotnikom, miał w nich mocne oparcie. Ale uderzył w gospodarkę, przekraczał jej realizacyjne możliwości. Ona miała „znaleźć” środki na pokrycie zapisanych oczekiwań i roszczeń, kolejnych żywiołowo zgłaszanych żądań. Jeśli nie była w stanie im podołać – zmartwienie władzy.
Władza podpisując 21 postulatów miała świadomość skrajnie krótkiego czasu na realizację niektórych zapisów, kosztów finansowych jakie należy z tego tytułu ponieść i również tego, że niektóre będą wymagać renegocjacji, gdyż terminowe spełnienie nie jest możliwe. Można tu postawić banalne pytanie – to dlaczego wicepremier Mieczysław Jagielski nie negocjował, podpisał? Zakończenie trwających 1,5 miesiąca strajków było koniecznością. To nie sprawa „dobrego samopoczucia” władzy, oceny skuteczności w oczach Polaków i zagranicy. Głównym problemem były straty produkcyjne i finansowe w gospodarce, rwanie się więzi kooperacyjnych między zakładami pracy, nie dotrzymywanie umów eksportowych, a stąd straty, głównie dewiz. Rozszerzające się strajki, problem wyostrzały także w aspekcie psychicznym, etyczno-moralnym. Mądrze sygnalizował to Prymas Polski w homilii, mówiąc: W tej chwili przyszła na naszą Ojczyznę godzina rachunku. Jeśli się obudzi w nas świadomość odpowiedzialności za Naród, to musi się z tym wiązać poczucie odpowiedzialności za życie każdego z nas, za życie naszej rodziny, całego Narodu i Państwa.

Odpowiedzialność jest wspólna, bo wspólna jest i wina (Jasna Góra, 26 sierpnia 1980 r.) Kontynuował tę myśl i uczulał biskupów, we wrześniu 1980 r. na posiedzeniu Rady Głównej Episkopatu Polski, mówiąc: Nawet w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się naród, trzeba unikać wszystkiego, co mogłoby nas doprowadzić do krwawych porachunków wewnętrznych i do obcej interwencji. Wolę utrzymywać, że interwencja obcych sił – tanków sowieckich – jest możliwa, choćbym miał się omylić, niż narazić się na to, by choć jeden chłopiec Polski zginął podniecony pewnością, że Moskale nie naruszą granic Polski. Proszę pomyśleć – wrzesień 1980 r., a roztropny, przewidujący Kardynał ma aż takie obawy. Wskażcie Państwo biskupa, który dziś – wzorem Kardynała – potrafi mądrze oceniać przeszłość.

 

Na zakończenie…

Może, z inspiracji Państwa Redakcja zapyta o refleksje osoby znające tamten czas, np. prof. Hieronima Kubiaka, Bronisława Łagowskiego, Karola Modzelewskiego, Andrzeja Werblana, Jana Widackiego, Jerzego Wiatra, Stanisława Kanię, Stanisława Cioska, Andrzeja Celińskiego, Józefa Piniora, Janusza Onyszkiewicza.

Zachęcam Państwa do sięgnięcia po wspomnienia i refleksje Polaków, uczestników tamtych faktów i wydarzeń na środowiskowe spotkania, właśnie teraz, gdy znany jest termin wyborów samorządowych. Zapytajcie Państwo znanych działaczy „Solidarności”, co zrobili konkretnie, by postulaty sierpniowe zrealizować? Popatrzcie, co po takim „karnawale” trzeba naprawić, po 38 latach i teraz właśnie nadchodzi po temu okazja! A co budować na realnych podstawach z myślą, iż „ludzie starsi powinni być darzeni szczególnym szacunkiem. To dzięki ich pracy i dokonaniom żyjemy w takim państwie… jest pakiet rozwiązań dla nich” – mówił Andrzej Rozenek w wywiadzie („DT” z 13-15. sierpnia 2018 r.). Zaś 22 sierpnia „Dziennik Trybuna” tekstem Zygmunta Tasjera szkicuje program wyborczy – spójny i obejmujący różnorodne aspekty rozwoju miejskiej infrastruktury, troskę o sądeczan, o tych, którym bez pomocy samorządu ciężko jest żyć – Rafała Skąpskiego, osoby odpowiedzialnej i doświadczonej dla Nowego Sącza.

Pomyślcie Państwo Czytelnicy, udzielcie mądrej rady, jak „lekcję Sierpnia” uczynić mocą sprawczą Lewicy, przy wyborze Andrzeja Rozenka Prezydentem Warszawy, a Pana Rafała Skąpskiego – Prezydentem Nowego Sącza. Zechciejcie poświęcić czas na spotkania z kandydatami Lewicy. Uczyńcie to dla dobra własnego, swoich rodzin, nie dla „jakiś nich”

 

21 POSTULATÓW GDAŃSKIEGO MKS

1. Akceptacja niezależnych od Partii i pracodawców wolnych związków zawodowych, wynikająca z ratyfikowanych przez PRL Konwencji nr 87 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotyczącej wolności związkowych.
2. Zagwarantowanie prawa do strajku oraz bezpieczeństwa strajkującym i osobom wspomagającym.
3. Przestrzegać zagwarantowaną w Konstytucji PRL wolność słowa, druku i publikacji, a tym samym nie represjonować niezależnych wydawnictw oraz udostępnić środki masowego przekazu dla przedstawicieli wszystkich wyznań.
4. Przywrócić do poprzednich praw:
a) ludzi zwolnionych z pracy po strajkach w 1970 i 1976 roku – studentów wydalonych z uczelni za przekonania;
b) zwolnić (wszystkich) więźniów politycznych: (w tym) Edmunda Zadrożyńskiego, Jana Kozłowskiego i Marka Kozłowskiego;
c) znieść represje za przekonania.
5. Podać w środkach masowego przekazu informację o utworzeniu się Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego oraz opublikować jego żądania.
6. Podjąć realne działania mające na celu wyprowadzenie kraju z sytuacji kryzysowej poprzez:
a) podawanie do publicznej wiadomości pełnej informacji o sytuacji społeczno – gospodarczej;
b) umożliwienie wszystkim środowiskom i warstwom społecznym uczestniczenia w dyskusji nad programem reform.
7. Wypłacić wszystkim strajkującym wynagrodzenie za okres strajku – jak za urlop wypoczynkowy z funduszu CRZZ.
8. Podnieść wynagrodzenie zasadnicze każdego pracownika o 2000 zł. na miesiąc, jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen.
9. Zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza.
10. Realizować pełne zaopatrzenie rynku wewnętrznego w artykuły żywnościowe, a eksportować tylko i wyłącznie nadwyżki.
11. Wprowadzić na mięso i jego przetwory kartki – bony żywnościowe (do czasu opanowania sytuacji na rynku).
12. Znieść ceny komercyjne i sprzedaż za dewizy w tzw. eksporcie wewnętrznym.
13. Wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej oraz znieść przywileje MO, SB i aparatu partyjnego poprzez:
– zrównanie zasiłków rodzinnych;
– zlikwidowanie specjalnej sprzedaży, itp.
14. Obniżyć wiek emerytalny dla kobiet do 50 lat a mężczyzn do lat 55 lub przepracowanie w PRL 30 lat dla kobiet i 35 lat dla mężczyzn bez względu na wiek.
15. Zrównać renty i emerytury starego portfela do poziomu aktualnie wypłacanych.
16. Poprawić warunki pracy Służby Zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym.
17. Zapewnić odpowiednią ilość miejsc w żłobkach i przedszkolach dla dzieci kobiet pracujących.
18. Wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres 3 lat na wychowanie dziecka.
19. Skrócić czas oczekiwania na mieszkanie.
20. Podnieść diety z 40 do 100 zł i dodatek za rozłąkę.
21. Wprowadzić wszystkie soboty wolne od pracy. Pracownikom w ruchu ciągłym i w systemie 4 – brygadowym brak wolnych sobót zrekompensować zwiększonym wymiarem urlopu lub innymi płatnymi dniami wolnymi od pracy.

31 sierpnia 1980 r. w Stoczni Gdańskiej.

Solidarité

pisane po francusku bowiem wszystko co to pojęcie zawierało w Polsce, zniszczyła skutecznie Solidarność i postsolidarnościowe partie.

 

Z socjologicznych badań, przeprowadzonych w 1973 roku wśród robotników wielkich zakładów przemysłowych, wynikało, że przez solidarność rozumieją oni działania, zjawiska i kontakty społeczne związane z organizacją i wykonywaniem pracy zawodowej oraz jedność, wspólnotę poglądów i poczynań robotniczych. Co prawda opinię o jej istnieniu podzieliło tylko dwie trzecie badanych, ale jednocześnie uznawali ją za rzecz nie tylko dobrą, ale i budującą.

 

Siedem lat wcześniej,

nim nastał Sierpień 1980 roku, wspomniane badania sygnalizowały wiele krytycznych opinii, o różnych sferach życia społecznego. Wyrażali je robotnicy już w co najmniej drugim pokoleniu (50%) oraz pozostali o pochodzeniu chłopskim bądź chłopsko-robotniczym, prawie wszyscy pierwszą pracę zawodową zaczynający w Polsce Ludowej. Większość z nich uważała, że nie zarabia więcej ten, kto lepiej i więcej pracuje oraz, że pracownik nie ma realnego wpływu na życie zakładu. Uznali też za niecelowe krytykowanie nieprawidłowości mających miejsce w pracy, bowiem może to być niebezpieczne. Niesprawiedliwość i nierówność społeczna objawia się w podziale społeczeństwa na biednych – bogatych, tych co u władzy – i reszta, bezpartyjni – członkowie PZPR – arystokracja PZPR, a zaledwie 40 proc. badanych miało przekonanie o przodującej roli klasy robotniczej. Największa grupa wyrażała ograniczony optymizm dotyczący oceny sytuacji w kraju i polityki PZPR. Było jeszcze sporo innych krytycznych ocen.
Badania, obejmujące 2,5 tys. osób miały charakter reprezentatywny dla ponad 100 tys. zatrudnionych w trzynastu zakładach przemysłowych i dawały podstawę do uogólnień na całą ówczesną część klasy robotniczej, zatrudnionej w wielkich przedsiębiorstwach na terenie całego kraju.
Wyniki badań skrytykował dobrze notowany w tamtym czasie literat twierdząc, że „jak na mój nos to jest to czarnowidztwo”, nieświadomy faktu, że ta część ludzkiego ciała nie była nigdy narzędziem badawczym w socjologii. Na odmianę równie znany partyjny, prominentny socjolog zaproponował poprawienie wyników i wniosków z badań. Oczywiście nikt z najważniejszych decydentów przedstawionym raportem z badań się nie przejął – był przecież dopiero początek dekady Gierka i panował powszechny, urzędowy optymizm.

 

Solidarność

wg słownika języka polskiego to poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności wynikające ze zgodności poglądów i dążeń, a także odpowiedzialność zbiorowa i indywidualna określonej grupy osób za całość wspólnego zobowiązania.
I taką właśnie wydawała się tamta, wykreowana w latach 1980-1981, solidarność, nie tylko wśród robotniczych załóg i członków Niezależnego Związku Zawodowego, ale także w licznych częściach polskiego społeczeństwa.
Zgłoszone 17 sierpnia 1980 roku przez Międzyzakładowy Komitet Strajkowy 21 postulatów dotyczyło kwestii związkowych (cztery), ogółu obywateli (czternaście)), spraw politycznych (trzy), a aż dziesięć z nich miało charakter ekonomiczny.
Ale obok znalazło się, dziś celowo zapomniane, a wówczas powszechnie akceptowane hasło: SOCJALIZAM – TAK, WYPACZENIA NIE. I to ono właśnie konstytuowało ówczesne postawy zdecydowanej większości polskiego społeczeństwa dążącej do naprawy ówczesnej, ludowej Rzeczpospolitej.
Kształt tamtej, wyidealizowanej niekiedy, solidarności Polaków odnaleźć można w wartościach Polskiego Sierpnia, na które, za prof. Marianem Stępniem („Zdanie”, nr 6, 1982) warto zwrócić szczególną uwagę, bowiem wiele z nich, acz w innym wymiarze, odnajduje się nadal jako wielkie, niespełnione oczekiwanie:
„… nie można bezkarnie dokonywać gwałtu na imponderabiliach bliskich społeczeństwu i narodowi, z którymi łączy on poczucie godności własnej i swej tożsamości…
…trzeba rozumieć, na czym polega godność polskiego społeczeństwa, jego dążenia i aspiracje, i że trzeba się z nimi liczyć. W przeciwnym wypadku nabrzmiewać będzie gniew społeczny, który nie pozwoli się stłumić. Prędzej czy później wyeliminuje tych, którzy nie dorośli do sprawowania władzy lub są tego niegodni…
….Prawda mówiąca, że człowiek, społeczeństwo jest miarą rzeczy, a władza polityczna ze społeczeństwa wyłoniona została po to, by mu służyć…
…granice wolności człowieka zależą w niemałym stopniu również od niego samego, od tego, czy nie braknie mu odwagi i rozwagi, by ich strzec skutecznie, a nawet je poszerzać…
…odrzucenie kłamstwa, fałszu, koniecznych rzekomo przemilczeń; zdecydowany protest przeciwko półprawdom, aluzjom, niedopowiedzeniom….”
Wreszcie „idea sprawiedliwości społecznej, podstawowa wartość”.
Znane powszechnie wydarzenia i uwarunkowania doprowadziły do tego, że to był ostatni czas, w którym solidarność po raz ostatni jednoczyła większość Polaków.

 

W latach późniejszych

stanu wojennego i w dalszych czasach, w związku z głębokim podziałem społeczeństwa, zanikły warunki dla ogólnonarodowej solidarności. Próbowano jednak w całym okresie PRL-u jakoś ją odbudowywać – początkowo jako Front Jedności Narodu, dużo później poprzez Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego i Radę Konsultacyjna przy Przewodniczącym Rady Państwa. A gdy po Okrągłym Stole odradzała się, wraz z reaktywowanym związkiem zawodowym Solidarność, to mimo wyborczego sukcesu z 4 czerwca 1989 roku, już nigdy ani nie zyskała tak wielu orędowników, ani też nie stała się, w jakimkolwiek wymiarze, powszechnie akceptowaną wartością.
Przyczyn prowadzących ku zmierzchowi było kilka, a zaistniałe wspólnie, acz w odmiennym czasie, przyniosły jej deprecjację.
Nowa rzeczywistość społeczno-polityczna po 1989 roku, dokonująca się w warunkach reaktywowanego ustroju kapitalistycznego, nie mogła, z racji jego cech podstawowych, utrwalać, bądź budować nową narodową solidarność. Wręcz przeciwnie – przywoływała stare podziały przedwojennej Polski czego pierwszymi dowodami były skutki reform Balcerowicza, owocujących zamykaniem zakładach przemysłowych i wyrzucaniem na bruk pracowników, likwidacją PGR-ów i degradacją wsi, ekonomicznym wykluczeniem licznych grup obywateli i głodującymi dziećmi.
Później sprawiedliwość społeczna w solidarnościowym wydaniu zaowocowała rosnącymi różnicami dochodów i podziałem na tych, którzy budowali wille-pałace na przykład w Szwajcarii, innymi skazanymi na kilkudziesięcioletnie spłacanie jednosalonowego mieszkania, a także tymi, mieszkającymi pod przysłowiowym mostem.
Zwycięski obóz polityczny Solidarności, wraz z sekundującą mu prawicą, dokonując powszechnych czystek kadrowych, zapewne w imię wcześniej deklarowanej demokracji i równości obywateli, doprowadził do kolejnego podziału na komuchów i solidaruchów, na tych, którym więcej i którym mniej wolno. Następnie doszukał się zdrajców we własnych szeregach, „tych co stali tam, gdzie ZOMO stało”, wreszcie stworzył własną wizję najnowszej polskiej historii, także głęboko spolaryzowaną.

 

Dobijanie idei narodowej solidarności

przejęło Prawo i Sprawiedliwość, jako swój naczelny cel polityczny, i nadzwyczaj skutecznie go zrealizowało. Zaczęło się od podziałów na „Polskę liberalną” i „Polskę solidarną”, później dotyczyło przyczyn tragicznie zakończonego lotu, co zaowocowało narodzinami religii i solidarności, ale tylko ludu smoleńskiego.
Dziś – wg Roberta Biedronia –„ Polska nie musi być podzielona na plemiona, które nieustannie się zwalczają. Nie musimy żyć w duopolu – kto za PiS, kto za Platformą, kto patriota, kto zdrajca… PiS przywraca godność ludziom, ale tylko „swoim”, nie swoich zalicza do „gorszego sortu”, bo najłatwiej rządzi się społeczeństwem podzielonym. Dlatego potrzebna jest prawdziwa solidarność, przez małe „s”.”
„PiS mówi: [budując swoją PiS-owską solidarność i jedność narodową – Z.T.] macie głosować na jedną partię, kierowaną przez jednego wodza, chodzić do jednego kościoła i do szkoły gdzie jest jedna, jedynie słuszna wersja historii oraz jeden pomnik jednego słusznego bohatera na głównej ulicy.”

 

Podziały w każdym społeczeństwie

nie są niczym nadzwyczajnym i od wieków postrzegane były tak przez rozlicznych badaczy, jak też doświadczane przez członków danej społeczności. Narodowa solidarność objawia się na ogół, i we zmożonej postaci, w momentach szczególnych, ważnych, wyjątkowych dla danej nacji. Są nimi np. nawarstwienie określonych problemów społeczno-ekonomiczno-politycznych, kwestii religijnych, obrona wspólnych narodowych interesów, bądź walka o uzyskanie niepodległości.
Ale nawet i w tej, przywołanej jako ostatnia, skrajnej sytuacji poczucie solidarności narodowej nie obejmuje, z bardzo wielu powodów, wszystkich członków danej zbiorowości. W roku 100-lecia naszej niepodległości warto przypomnieć, że mieszkający w Oblęgorku Henryk Sienkiewicz z wielkim dystansem powitał w 1914 roku odwiedzających go ułanów Beliny-Prażmowskiego, a owi legioniści, po nieudanym wywołaniu powstania w Kongresówce, śpiewali: „ Skończyły się dni kołatania / Do waszych serc, do waszych kies.”

 

Kto, jak i kiedy wreszcie

zakołata skutecznie do rozumu i serc współczesnych Polaków, pozostaje dziś wielką niewiadomą, zagubioną między bardzo wieloma najróżniejszymi beneficjentami polityki PiS, grupą obojętnych na sprawy publiczne, politykami grającymi o swoje i wreszcie wielką częścią tych, którzy próbują odbudować narodową solidarność, opartą na rzeczywistych wartościach demokratycznych i sprawiedliwości społecznej oraz na stałej, europejskiej przynależności naszego kraju.
Narodowa solidarność stała się obecnie wyświechtanym, nic nie znaczącym pojęciem, którego już nawet nie odważą się przywoływać postsolidarnościowi działacze i ich partie w czasie zbliżającej się rocznicy sierpniowych porozumień.
Ale niewątpliwie, jak to nie raz w Polsce bywało, odrodzi się. Z taką nadzieją i przekonaniem kończę ten tekst.

Wspólne dobro – nasza Ojczyzna

„Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć?” – gen. Wojciech Jaruzelski
„Przybywam, ażeby być z moimi Rodakami, w szczególnie trudnym momencie dziejów Polski po II wojnie światowej” – Jan Paweł II

 

Mija 35 lat od chwili wypowiedzenia powyższych sentencji w Belwederze, podczas uroczystych przemówień powitalnych na rozpoczęcie II pielgrzymki w Polsce. Był to czas szczególny: trwał zawieszony stan wojenny; minęło 2 lata od zamachu na Placu Św. Piotra, toczyło się śledztwo w sprawie tzw. wątku bułgarskiego – obawy o bezpieczeństwo Gościa i pielgrzymów w niezbyt „spokojnej” Polsce, nie tylko u władzy były wyczuwalne, choć nie były nagłaśniane. Od lat są bagatelizowane, czasami pokazywane jako działanie „na złość”.
Papież chciał odwiedzić Polskę w sierpniu 1982 r., z okazji jubileuszu 600. lecia Obrazu Matki Boskiej na Jasnej Górze. Biskupi polscy – co oczywiste – byli zdania, iż druga pielgrzymka „stanie się znakiem łaski Bożej i spotęguje jedność Polaków między sobą”. Grupy opozycyjne były przeciwne, gdyż – jak mówiono – służyłaby legitymizacji trwającego stanu wojennego, a nie interesom społecznym. Władza – podobnie jak biskupi – widziała w niej wiele pożytku, ale wewnętrzna sytuacja wskazywała, iż byłaby przedwczesną. Generał 21 lipca 1982 r. w Sejmie mówił: „Rząd uważa, iż aby wizyta przyniosła owocne dla Państwa i narodu skutki, powinna być starannie przygotowana. Przede wszystkim zaistnieć muszą dla niej właściwe warunki. Należą do nich w szczególności: spokój w kraju, ustanie działań zagrażających bezpieczeństwu państwa, osiągnięcie niezbędnego stopnia normalizacji. Takie warunki przyjęcia Papieża odpowiadać będą powadze i doniosłemu znaczeniu tej wizyty”.
Do kogo faktycznie przybywał Papież? Czytając różnego rodzaju publikacje, w tym prasowe i opracowania traktujące o przygotowaniu i przebiegu tej – na swój sposób szczególnej – pielgrzymki, jak pewna nić, przewija się pytanie (może naiwne i dziwne) – do kogo faktycznie przybywał Papież? Generał powitanie Gościa rozpoczął słowami – „Witam serdecznie Waszą Świątobliwość w Ojczyźnie Polaków – w Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej. Po raz wtóry pątniczy gościniec przywiódł głowę Kościoła rzymskokatolickiego w rodzinne strony, na polską ziemię. Z niej się wszyscy wywodzimy. Ona jest naszą matką”. Papież na Okęciu klęcząc całuje ojczystą ziemię a później mówi – „to jakby pocałunek złożony na rękach matki – albowiem Ojczyzna jest naszą matką ziemską. Polska jest matką szczególną”. Proszę, zwróćcie Państwo uwagę na słowa – „Ojczyzna Polaków”, „polska ziemia jest naszą matką”. Obaj Wielcy Polacy używają tych samych słów! Wiem, ktoś może się żachnąć, że znaczyły co innego. Opozycja, Solidarność odczytała je jako powitanie Papieża właśnie i tylko z nią, ponad głowami „dzierżących władzę”. Wtedy i dziś nie pamięta, iż do stanu wojennego sama przyłożyła rękę. Odpowiem, że dla milionów miały tę samą wspólną, jednaką konotację: Polak, rodak, brat… Papież odpowiadając na słowa powitania, m.in. mówi – „Przybywam, ażeby być z moimi Rodakami, w szczególnie trudnym momencie dziejów Polski po II wojnie światowej. Równocześnie nie tracę nadziei, że ten trudny moment może stać się drogą do społecznej odnowy, której początek stanowią umowy społeczne zawarte przez przedstawicieli władzy państwowej z przedstawicielami świata pracy”.
Tymi Rodakami dla Gościa są m.in. towarzysze – Jaruzelski, Kiszczak, Barcikowski, Rakowski, także Zofia Grzyb i Jerzy Romanik, członkowie Solidarności i zarazem członkowie Biura Politycznego KC PZR oraz – niewątpliwie: Anna Walentynowicz, Lech Wałęsa, bracia Kaczyńscy i inni członkowie Solidarności, partyjni i bezpartyjni, wszyscy Polacy, bez względu na wyznawane wartości i przekonania polityczne.

 

Cierpienie nie jeden ma wymiar

Był to „trudny moment dziejów”, trwał zawieszony stan wojenny. Papież wiedział co mówi, znał okoliczności jego wprowadzenia, m.in. ze źródeł zachodnich. Generał witając Gościa, mówił-„Znany powszechnie bieg wydarzeń sprawił, że podjęliśmy dramatycznie trudną, lecz konieczną decyzję… w drodze ostatecznego wyboru… Mówi się, że Polska cierpi. Ale kto zważył na szali bezmiar ludzkich cierpień, udręk i łez, których udało się uniknąć?” Kto dziś po 35 latach może podać dowody podważające tę ocenę? Czy nie jest miarodajną opinia Polaków, którzy na znane próby degradacji Generała w sondażu internetowym w ponad 50 proc.  odpowiedzi wskazali na konieczność stanu wojennego, co nigdy i nigdzie nie oznaczało aprobaty jego dolegliwości, a właśnie zrozumienie ówczesnej sytuacji i ciężaru tej decyzji w wielu wymiarach, tak dla Generała jak i milionów Polaków.
Cierpienie ma wiele wymiarów, znaczeń, co wszyscy wiemy. Wtedy głównie szło o osoby internowane i ich rodziny, ograniczenia wewnętrznych swobód obywatelskich, na czele z destrukcyjną działalnością Solidarności. Papież dobrze wiedział, iż Jego wysiłki w doprowadzeniu do porozumienia z Solidarnością przez Spotkanie Trzech okazały się fiaskiem, bynajmniej nie z winy władzy. Postawmy tu sobie pytanie – czy władze Solidarności, wprawdzie zdelegalizowanej chciały rozmawiać z władzą? Kto odważy się dziś na obiektywną, udokumentowaną tego ocenę? Starsi Polacy pamiętają jej zachowania, postawy, nie było w nich pokory, chęci porozumienia … Generał w Belwederze otwarcie mówił Papieżowi – „w obecnej chwili nie nawiązaliśmy kontaktów z Solidarnością, zwolniliśmy osoby internowane” oraz, że trzeba poczekać „aż gorące głowy ochłoną”. Można to dziś odczytać jako brak uniżoności, postawę wyczekującą. Właśnie internowani – było ich 10552, w tym prawie 3 tys. 2, a nawet 3 – krotnie. Stefan Niesiołowski – Myszkiewicz w stanie wojennym był internowany dwa razy, po pół roku: Jaworze i Darłówek. Wspomina: „Była to niewola, ale jej warunki były bardzo dobre, nie porównywalne z więzieniem. I korzystając z okazji, dziękuję za to gen. Jaruzelskiemu. Bez żadnej ironii. Doceniam to, że nie chciał nadużywać przemocy ponad potrzebę. Nie było żadnego upokarzania internowanych, żadnego przymusu w stosunku do rodzin. Jedyną represją był brak wolności… Okrągły Stół i pierwsze wolne wybory, były dla mnie prawdziwym zaskoczeniem.” („T” z 31.01-1.02.09) – ocenę pozostawiam Państwu. Do tego należy dodać ok. 40 tys. rozmów przeprowadzonych z osobami podejmującymi podziemne działania opozycyjne. Ktoś zapyta – o czym to świadczy? Odpowiedź ma kilka wątków. Wtedy, a z dystansu czasu widać jeszcze wyraźniej, że początkowo można było znacznie mniej osób internować, szczególnie spośród lokalnych aktywistów Solidarności. Zabrakło tu czytelnych wytycznych Kierownictwa MSW. Nad rozsądkiem funkcjonariuszy SB i MO przeważyły różne animozje, niskie pobudki i „chęć uciszenia” opornych, co w sumie dało efekt odwrotny do celu. Generał mówił o tym w kilku wywiadach, napisał w książkach, np. „Stan wojenny”, wielokrotnie przepraszał publicznie za doznane krzywdy i upokorzenia, zaś niektóre osoby imiennie, np. Izabelę Cywińską.
Podane wyżej liczby świadczą o skali nienawiści i zapiekłości tych prawie 3 tys. osób. Nie chcieli, nie potrafili zrozumieć konieczności respektu dla wprowadzonego prawa – decyzji Rady Państwa o stanie wojennym. Teraz ta pielgrzymka – słuszne oczekiwanie wielu uczciwych członków Solidarności, milionów Polaków na słowa Papieża o cierpieniu, o bólu i pragnieniu duchowej ulgi, pocieszenia czego im nigdy i nigdzie nie szczędził. Słowa te, adresowane do osób rzeczywiście skrzywdzonych, przykryły, wręcz na swój sposób „uświęciły” tamto zaślepienie, zacietrzewienie nienawiścią. Kardynał Józef Glemp przyznał w wywiadzie: „Ludzie przesadzali w eksponowaniu swoich cierpień”. W jednym z wywiadów Generał m.in. mówił – „Gdy Papież pielgrzymował po kraju – my, władze, zaczęliśmy dostrzegać pewne niepokojące rzeczy, które mogły zdestabilizować sytuację… Nasz Gość był w bardzo trudnym położeniu, pod presją tłumów, które oczekiwały, że poprowadzi je na barykady…czuł silne przekonanie, że musi poprzeć ruch, wszystkie te narodowe i społeczne dążenia, które utrzymywały przy życiu jej członków… nie chciał zrobić niczego, co mogłoby zmącić spokój i stabilizację, ale jedno słowo, rzucone przypadkowo mogło spowodować całkiem nową sytuację”. Pytany przez dziennikarzy przyznał, iż „13 grudnia Papież-Polak odczuł z wielkim bólem, tym bardziej, że nie mógł wówczas znać wszystkich, poprzedzających go okoliczności, faktów, zagrożeń. Potrafił jednak zrozumieć intencje oraz uwarunkowania, w jakich przyszło nam żyć i działać”.
„Doczernianie” stanu wojennego, nie tylko podczas tej, ale wszystkich pielgrzymek Papieża oraz przy niemal każdej okazji trwa u nas już 35 lat. Może nadejdzie czas, by prawda o tej, ciemnej stronie działaczy Solidarności, którzy też poprzez transparenty domagali się od Papieża uznania ich nienawiści i obłudy za „dobre cierpienie”, uzyskała możliwie obiektywną ocenę, rzeczywisty wymiar.

 

Nadzieja na odnowę

Papież mówi o nadziei na „społeczną odnowę, której początek stanowią umowy społeczne zawarte przez przedstawicieli władzy państwowej z przedstawicielami świata pracy”. Sejm na wniosek rządu powołał Nadzwyczajną Komisję Sejmu ds. kontroli realizacji porozumień sierpniowo – wrześniowych. Wszystkich, którzy dają wiarę rozpowiadanym i od lat powtarzanym różnym insynuacjom, pomówieniom i oskarżeniom władzy, że bojkotowała realizację 21 postulatów – odsyłam do jej protokołów. Przewodniczył światowej sławy uczony, prof. Jan Szczepański. Profesor już w lipcu 1981 r. informował Sejm, że skutki ok. 700 lokalnych, głównie wystrajkowanych umów, dwukrotnie przekroczyły dochód narodowy (proszę wskazać gospodarkę, kraj na świecie, który mógłby je szybko zrealizować, warto zastanowić się jak wyglądałoby to dziś, w 2018 r.). Lawina pieniądza pustoszyła rynek. Związana z tym panika poprzez wykupywanie „na zapas”, pojawiających się niektórych towarów, pogłębiała niedobory. Szalała spekulacja. W konsekwencji nie kończące się kolejki, puste półki, brak elementarnych artykułów, zakłócenia nawet w zaopatrzeniu kartkowym. W tym miejscu trzeba przypomnieć długotrwałe protesty i strajki, żądające niezwłocznego wprowadzenia np. wszystkich wolnych sobót. Komisja ta w 1981 roku odbyła 13 posiedzeń, a protokoły liczą 296 stron. Rząd swoje sprawozdanie z realizacji tych porozumień, opublikował w czerwcu 1981 r. (liczy 50 stron). Szczegółowe sprawozdania za kolejne lata, tj.: 1982 – 1985, każdego roku były publikowane w sierpniu (są do wglądu w „Trybunie Ludu”). Zachęcam świat nauki, polityki i publicystyki, którym idee Solidarności są bliskie, by – mówiąc wprost – wzięli do ręki kalkulatory oraz te dokumenty, naukowe opracowania, pokryte kurzem archiwalnym i zechcieli skrupulatnie policzyć, skalkulować możliwości realizacyjne ówczesnej gospodarki, w zakresie 21 postulatów.
Pouczającą lekcją historii i prawdy o Solidarności może być jej rola i postawa w uszanowaniu apelu Premiera – Generała o 90 spokojnych dni, na podjęcie wdrożenia pakietu 10 punktów zamierzeń. Sięgnijmy pamięcią do tzw. wydarzeń bydgoskich (marzec 1981 r.) w roli wiodącej z Janem Rulewskim, czy tzw. białym marszem matek z dziećmi w Łodzi, nie mówiąc o innych, jakże „patriotycznych” protestach. W encyklice Laborem exercens (1983) Papież zwraca się do związków zawodowych w następującym fragmencie: „Trzeba podkreślić, że strajk pozostaje poniekąd środkiem ostatecznym”.15 września 1981: biskupi polscy przestrzegają przed konfrontacją: „W ostatnich tygodniach napięcia doszły do takiego stanu, że trzeba ponownie odnaleźć drogę do wspólnego stołu obrad i szukać rozwiązań, które uzyskają społeczną akceptację”. Ten fragment komunikatu z Konferencji Episkopatu Polski, parę dni później powtórzył dosłownie Jan Paweł II, zwracając się do Polaków w Castel Gandolfo. Mówił: „Sprawy doniosłe i trudne, o jakie chodzi (…) muszą być rozwiązywane na drodze dialogu, a nie na drodze konfrontacji” („Tygodnik Powszechny”, nr 39 z 27.09.1981). Niech i te słowa posłużą Państwu do refleksji.
Warto dziś zastanowić się nad taką sentencją Generała: „Porozumienie narodowe jest Polsce niezbędne. Ostatni okres przyniósł znaczący w tej mierze postęp. Różnice światopoglądowe nie są na niej przeszkodą. Ojczysty dom jest wspólnym dziełem wszystkich, którzy go wznosili i wznoszą. Podstawowe dziś podziały istnieją między tymi, którzy kraj budują i tymi, którzy w tym budowaniu przeszkadzają. Nasze prawo nie karze za poglądy. Zabrania jedynie antypaństwowych, sprzecznych z Konstytucją działań. Kto je uprawia lub popiera, kto prowadzi nieuczciwą grę, ten nie zasługuje na wiarę”. Papież wysłuchał uważnie.
Generał witając Gościa, m.in. mówił – „Odnowa w życiu państwowym, społecznym, gospodarczym – staje się prawnie i faktycznie nieodwracalna. Leży nam głęboko na sercu zdrowie moralne narodu, zwalczanie przywar i złoczynienia, troska o młodzież, o rodzinę, o matkę i dziecko (nawiązał do rozpoczętej budowy Szpitala Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi) …Borykamy się z przeciwnościami. Dotkliwe są ludzkie bolączki. Niemało jeszcze urazów i goryczy… Rozumiemy niepokój Papieża-Polaka o losy ojczystego kraju. Z wielką powagą traktujemy nacechowane duchem miłosierdzia i patriotycznym zatroskaniem myśli i apele”. Zapytam – czy dziś jest ich mniej, gdzie szukać wyjaśnień obecnego stanu, wciąż rosnącej nienawiści, zemsty i społecznego niezadowolenia. Mając pełną świadomość tej sytuacji, Generał otwarcie przyznał – „Nie szukamy jednak łatwych usprawiedliwień. Własne błędy oceniamy z bezprzykładną szczerością, choć nie tylko władza zawiniła”… Kończył ten wątek deklaracją – „Potwierdzam naszą wolę zniesienia stanu wojennego, a także zastosowania humanitarnych rozwiązań. Jeśli sytuacja w kraju rozwinie się pomyślnie, może to nastąpić nawet w nieodległym terminie”. Podczas rozmowy z Papieżem w Krakowie, zamiar ten powtórzył. Wiemy, iż miesiąc później został zniesiony.
Przyznać należy, iż mimo deklaracji Episkopatu i wsparcia Papieża proces budowy porozumienia przez Patriotyczny Ruch Odrodzenia Narodowego (PRON), grzęzł w miejscu, gdyż „opór materii” (czytaj: sprzeciw „panny S”), dyskretnie aprobowany przez hierarchów Kościoła i jawnie przez część księży na „patriotycznych nabożeństwach” – dał mizerny efekt. Na nic zdało się przewodnictwo Jana Dobraczyńskiego, działacza katolickiego i pisarza oraz wsparcie kilku organizacji katolickich. Na tym polu nadzieja Papieża na „społeczną odnowę” pozostała szlachetnym pragnieniem. Episkopat po tej pielgrzymce miał i konsekwentnie realizował inne cele. Jednym z nich było budownictwo sakralne. Kto z Państwa pamięta uciążliwość niedoborów i reglamentację różnych materiałów budowlanych, wyposażenia budynków, w tym dotkliwe braki mebli. Ludzie chcieli budować domy, poprawiać swój byt. Pamiętam z autopsji kilka przykładów, gdzie pierwszeństwo na te materiały dla Kościoła wywoływało wiele goryczy i potępiających władze ocen, co nie mogło sprzyjać „społecznej odnowie”. Kiedyś, w latach 90. zapytałem Generała czy słyszał opinię, że jest „budowniczym kościołów”. Znał ją, podzielił się i innymi oceanami, niezbyt o sobie pochlebnymi. A tak dla własnej ciekawości, sprawdźcie Państwo, ile kościołów było w Polsce przed wojną, ile było zniszczonych przez hitlerowców i odbudowanych przez pogardzanych „komuchów”. Ile ich wybudowano, wraz z obiektami towarzyszącymi, np. plebaniami w latach 80. To będzie pouczająca lekcja, zwłaszcza w roku obchodów 100. lecia Niepodległości.
Natomiast Rada Konsultacyjna, poparta przez Episkopat, z inspiracji Papieża spełniła istotną rolę, w czym zasługi najbliższego kręgu osób Generała są widoczne. Niech więc nikogo nie zdziwią słowa Papieża z listu do Generała-„Panie prezydencie – niejednokrotnie wracam myślą do treści naszych rozmów. Widzę, że dobro Rzeczypospolitej i jej Obywateli stało się dobrem nadrzędnym. Nie przestaję modlić się i życzyć władzom oraz całemu narodowi, by wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”. (22.11.1989 r.). Zastanówcie się Państwo, to przecież swoista ocena władzy dekady lat 80. na czele z Generałem. Ale także zachęta dla naukowców i Państwa do rzetelnej analizy i oceny, kto i jak ze strony Solidarności „wokół tego dobra skupił swoje siły i całą dobrą wolę”.

 

Życie w prawdzie

Na Stadionie Dziesięciolecia, nie wiedzieć czemu opozycja nazwała na tę okoliczność Stadionem Praskim, Papież do zgromadzonych wiernych m.in. mówił – „Człowiek jest powołany do odnoszenia zwycięstwa…Do zwycięstwa nad tym, co krępuje naszą wolę i czyni ją poddaną złu. Zwycięstwo takie oznacza życie w prawdzie, prawość sumienia, miłość bliźniego, zdolność przebaczania, rozwój duchowy naszego człowieczeństwa”. Natomiast w Częstochowie objaśnia słowo „czuwam”. Pyta – „co znaczy czuwanie? To znaczy, że staram się być człowiekiem sumienia. Że tego sumienia nie zagłuszam i nie zniekształcam. Nazywam po imieniu dobro i zło, a nie zamazuję. Wypracowuję w sobie dobro. a ze zła staram się poprawić, przezwyciężając je w sobie”.
Czym, w świetle i rozumieniu cytowanych słów była próba pośmiertnej degradacji Generała i innych osób, „zwycięstwo” jakiej „prawdy” miała potwierdzić? Czym jest ustawa represyjna, z 2016 roku, ograniczająca ponad 50 tys. osób emerytury i renty funkcjonariuszom MSW i żołnierzom. Przyznam, iż w skrytości ducha liczyłem, iż po przesłuchaniu 28 lutego w UE, zorganizowanym przez posłów: Krystynę Łybacką, prof. Bogusława Liberadzkiego i Janusza Zemke, sytuacja ulegnie choćby „lekkiej” poprawie. Zabrali głos m.in.: Piotr Wróbel, który rozbił mafią pruszkowską, zwerbował „Masę”, likwidował największe hurtownie amfetaminy, ma obniżoną emeryturę; Wojciech Raczuk, ranny sześcioma kulami w pościgu za bandytą (inwalida II grupy), ma obniżoną rentę do 854 zł, a jego żona, telefonistka w MSW ma obniżoną emeryturę do 1 tys. zł.; Ewa Macek, wdowa po inwalidzie II grupy, też inwalidka ma rentę po mężu obniżoną do kwoty 854 złotych. W liście do Prymasa Polski wspomniałem Barbarę Karaśkiewicz, cierpiącą cukrzycę, ma obniżoną emeryturę do 1070 zł. Jakże byłem naiwny (nie pierwszy raz), licząc, że władza kierowana przez matkę księdza Tymoteusza i „cicha sugestia” Episkopatu, dla własnego, „ludzkiego” wizerunku, cofnie chociaż niektóre zabójcze decyzje. Wydaje się, iż szybciej „kamienie zaczną mówić” – jak nauczał Chrystus, niż zmiękną kamienne serca władzy i Episkopatu. Przy innej okazji, Jan Paweł II w swoim nauczaniu min. pyta i wyjaśnia – Jakże człowiek może miłować Boga, którego nie widzi, jeśli nie miłuje brata, którego widzi? Brata, pod tym samym dachem, przy tym samym warsztacie pracy, na tej samej ziemi ojczystej… Zapamiętajcie Państwo te postawy, reakcję Sejmu na 250 tys. podpisów pod projektem ustawy zamieniającej tę hańbiącą nas – wyborców.

 

Wymowne płyty

Kraków, ponad 2,5-godzinna, szczera rozmowa, pozwoliła podnieść kilka wątków. Spośród nich, w kontekście nauk płynących z tej pielgrzymki, szczególnie istotne są dwa. Papież wspomniał wizytę w Oświęcimiu, mówiąc – „Kiedy byłem w Auschwitz, zatrzymałem się dłużej przy dwóch płytach nagrobkowych: żydowskiej i rosyjskiej. Chciałem dać wyraz szacunku zarówno dla narodu żydowskiego, jak i rosyjskiego, dla jego bohaterskiej walki z hitleryzmem”. (Generał podzielił się refleksjami z Syberii i walk frontowych). Proszę, zestawcie Państwo ten znamienny fakt sprzed 35 lat, z dzisiejszą rzeczywistością, sytuacją wokół zmienionej ustawy o IPN, wywołującej – oględnie mówiąc – cierpkie, międzynarodowe dyskusje o postawie Polaków podczas ostatniej wojny wobec Holokaustu. Komu w Polsce i do czego jest to potrzebne. Papież, mający wielu kolegów ze szkolnych lat i przyjaciół wśród Żydów, zapewne nie spodziewał się tak rażącego błędu władzy. A co myśleć o trwającym już kilka lat procederze niszczenia pomników radzieckich żołnierzy. Jesteśmy chyba jedynym narodem europejskim, który swe człowieczeństwo i deklarowane przywiązanie do wiary chrześcijańskiej – za aprobatą Episkopatu – spotwarza w tak nikczemny sposób. Trudno tu uniknąć refleksji, wręcz upokarzającego wstydu. Co myśleć o tym fakcie, jak go rozumieć w tę rocznicę pielgrzymki, poradźcie Państwo – Czytelnicy.

 

„Socjalizm z ludzką twarzą”

Serdeczna, otwarta i szczera rozmowa obu Wielkich Polaków w Krakowie, pozwoliła Papieżowi – w kontekście biedy i niedostatku jakie zobaczył w Meksyku, wypowiedzieć taką ocenę – „Generale, proszę się nie obrazić, ale ja nie mam nic przeciwko socjalizmowi – pragnę jedynie socjalizmu z ludzką twarzą”. Skąd taka myśl, do tego w stanie wojennym, ciśnie się pytanie. Ważna część dorosłego życia Karola Wojtyły upłynęła w Ojczyźnie rządzonej przez dziś obsypywanych taką nienawiścią „komunistów”. Mało kto wie, że bp Karol Wojtyła wymykał się, na spotkania z I Sekretarzem KW PZPR w Krakowie, Lucjanem Motyką. Jako późniejszy minister kultury, być może pięknym literackim językiem, z artystyczną dykcją czytał przyszłemu Papieżowi co ciekawsze fragmenty dzieł Marksa, Engelsa, może i Lenina. A zasłuchany Biskup Wojtyła śnił o upadku PRL, o III RP. Dość żartów, Wojtyła prowadził te rozmowy z własnej inicjatywy, korzystał z sugestii Lucjana Motyki, co obopólnie wpływało na ocenę i możliwe zmiany tamtej rzeczywistości krakowskiej. Warto wspomnieć, iż za rządów bp. Wojtyły był budowany m.in. Kościół w Mistrzejowicach, z którym perypetie doczekały się filmowego obrazu. Nie ulega wątpliwości, iż „echa” tych rozmów trafiały do Warszawy, znał je kard. Stefan Wyszyński i zaufane osoby w Biurze Politycznym. Że tak było, Lucjan Motyka zaaranżował spotkanie z Zenonem Kliszką (odbyło się w Dolinie Chochołowskiej). Kilka lat później optował, „sugerował” Kołu Poselskiemu „Znak” (Jerzy Zawiejski), powierzenie funkcji metropolity krakowskiego. Niewielu rozumiało jego żart, że ma swojego człowieka w Rzymie. Przyjaciel Papieża od lat seminaryjnych, ks. prof. Józef Tischner wyznał dziennikarzowi, że nie zna nikogo, kto po przeczytaniu dzieł Marksa przestał chodzić do Kościoła. Ale zna takich po rozmowie ze swoim proboszczem. Odnieście to Państwo do dzisiejszej „wiedzy statystycznej”, skąd też wiadomo, że 36,7% uczęszcza na nabożeństwa niedzielne. Czy to nie chichot Historii?
Oczywistym jest, iż Papież nie tylko znał ale i często, nawet ostro piętnował różne błędy i wynaturzenia ustroju socjalistycznego. Jak mówił Generał – „Papież akceptował ustrój w >krystalicznej formie<, wytykał jego wykoślawienia”. Na ustrój ten, na lata PRL patrzył przez pryzmat człowieka jako jednostki i społeczeństwa jako zbiorowości, realizacji – jak mówił naturalnych praw i wolności. porównywał do innych ustrojów, wspomnianego wyżej Meksyku, państw Ameryki Łacińskiej, krajów kapitalistycznych, także europejskich. Jednak nie przeszkadzało to w obiektywnej – podkreślam – ocenie PRL, jej dorobku i niedostatków. Niech więc nikogo nie dziwi, że dyplomatycznymi kanałami wspierał wybór Generała na urząd Prezydenta Polski. Że czytelnie opowiedział się za akcesją (referendum) Polski do UE.
Kilka podniesionych tu wątków – na zakończenie – skłania i do takiej konstatacji, by upamiętnić w 100. lecie odzyskanej Niepodległości, prezentując okres PRL, także w sensie wizyt duszpasterskich Jana Pawła II, wynikających wniosków i nauk dla Polski i Polaków.

Gdy rozum śpi

…to brak mądrych wypowiedzi, głębszych refleksji i sensownych pomysłów, co w końcu utrwala przebudzone upiory.

 

Miniona rocznica czerwcowych wyborów z 1989 roku przeszła właściwie niezauważona być może dlatego, że to nie okrągła data, co tylko pozornie wyjaśnia ciszę wokół niej panującą. Rządzący, postsolidarnościowy PiS rocznicę zdezawuował, a tamten czas uznał za symbol zdrady i zmowy elit. Cicho było w opozycyjnej postsolidarnościowej Platformie Obywatelskiej, być może z racji okazywanej przez nią od dawna niemocy. Lewica natomiast przypomniała, że od wspaniałych obietnic do codzienności wiodła, i wiedzie nadal, daleka droga, pełna straconych szans, nieobliczalnych pomysłów i decyzji, licznych ofiar, co zdaniem Piotra Szmulewicza oznacza, że 4 czerwca to święto dla wybranych. Przypieczętowuje tę ocenę Jacek Żakowski twierdząc, że przez ostatnie 30 lat „równym krokiem zmierzaliśmy do samobójstwa”, bo nie nauczyliśmy społeczeństwa demokracji.

 

Stanowczy odpór

wszystkim tym opiniom dała w redakcyjnym komentarzu „Gazety Wyborczej” (6.06.2018) Dominika Wielowiejska uważając, że 4 czerwca powinien być polskim świętem narodowym. Autorka pisze: „Przy ocenie III RP nie chodzi mi o lukrowanie rzeczywistości, ale o zachowanie odpowiednich proporcji. Bo jeśli będziemy nieustannie narzekać, że po 4 czerwca nie wszystko było idealne – co jest prawdą – to tym bardziej powinniśmy wykreślić z kalendarza 11 listopada 1918 r. i anulować obchody 100-lecia niepodległości. Przecież II RP była państwem opresyjnym wobec wielu grup społecznych czy narodowych. Nie wspomnę o niesamowitej biedzie sporej części jej obywateli.”
Pani Wielowiejskiej po prostu pomyliły się obchody z oceną, albo też zaakceptowała, zapewne nieświadomie, ich PiS-owską wersję. Rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości, uznawana przez gros obywateli bez względu na ich polityczne wybory, nie może się żadną miarą, jak chce Wielowiejska, wiązać się z jakąkolwiek oceną tego, co po 11 listopada nastąpiło, czyli II Rzeczpospolitą. To są dwa odmienne polityczne fakty i byty, związane tylko ciągiem wydarzeń, a niczym innym.
Tamto, sprzed 100 lat, historyczne zdarzenie było wielkim sukcesem odmiennych, a często wrogich sobie, ruchów, ugrupowań, stronnictw i partii politycznych, które w imię dobra wyższego – niepodległej Polski – potrafiły wspólnie osiągnąć tryumf. Natomiast II Rzeczpospolitą, poza okresem uchwalenia Konstytucji marcowej, a szczególnie po zamachu majowym, trudno by nazwać matką dla wszystkich Polaków. Identycznie rzecz ma się z przywołanym 4 czerwca i III RP, która nader często występowała, i nadal to czyni, w roli macochy.

 

Kolejny wywód

autorki to ponowna pomyłka, tym razem dotycząca pojęcia czasu : „Natomiast z lewej strony słyszę, że nie ma czego świętować, bo wielu ludzi nie ma poczucia, by w Polsce żyło im się dobrze. Tak jakby rząd Tadeusza Mazowieckiego odziedziczył państwo kwitnące, a nie zbankrutowane, ze skorumpowanymi i słabymi instytucjami.”
Warto wiec przypomnieć, że znaną zasadą tłumaczenia niepowodzeń przez rządzących jest zwalanie winy na poprzedników. Minęło jednak zbyt wiele czasu by dzisiejszy stan opinii o Polsce tłumaczyć daleką przeszłością, tym bardziej, że nie tylko idzie tu o poziom materialnego życia. Jeżeli bierze się odpowiedzialność za państwo, a Solidarność rwała się do tego wyjątkowo, to także ze wszystkimi konsekwencjami, po prawie 30 latach sprawowania władzy. Nadto wiedzieć trzeba, że zadłużenie PRL było niższe niż dzisiejszej RP, ówczesna korupcja (nota bene, czy ktoś widział bogatego komunistę, na wzór dzisiejszych np. niektórych polityków?) w stosunku do aktualnej na wyżynach władzy to hetka-pętelka, a z instytucjami też bardzo różnie dziś bywa.

 

Samobójstwo,

o którym pisze Żakowski wynika tylko w pewnej mierze z braku edukacji demokracji. Uczyć jej niewątpliwie należy, z uwagi na fakt, że pod tym pojęciem kryje się nie tylko system rządów i forma sprawowania władzy, ale równie ważny, a raczej ważniejszy, zespół wartości demokratycznych, obejmujących całokształt warunków, zachowań i praw przynależnych obywatelowi i od niego oczekiwanych. W postsolidarnościowej praktyce sprowadzały się one jedynie do samego systemu władzy i apologii wolności, rozumianej głównie jako niepodległość i suwerenność. Pozostałe desygnaty pojęcia wartości demokratyczne w III RP były przez postsolidarnościowe rządy i partie, a także towarzyszące im kręgi opiniotwórcze, w ograniczonej-niewielkiej skali przestrzegane. Stąd brak nie tylko skutku nauk, o których pisze Żakowski, ale od lat zła, lekceważąca elementarne ludzkie potrzeby i podstawowe wartości, działalność państwowej władzy prowadzi nas wszystkich do samobójstwa. Natomiast Wielowiejska uważa, że : „Musimy stawiać słupy milowe, które będą dla społeczeństwa drogowskazami. Warto poszukać choćby jednej daty, która nas łączy, i włożyć więcej wysiłku w to, aby to święto wypromować.” Powyższe remedium to leczenie ciężkiej choroby opowiadaniem świątecznych bajek.

 

Wspomniany komentarz

potwierdza także pośrednio, że miłość redakcji „GW” do II i III RP jest w stanie wszystko wybaczyć, w odróżnieniu do PRL, któremu i daty 22 lipca, i wielkich dokonań – mimo niewątpliwych błędów i krzywd – które przyniósł, nigdy nie odpuści. I z takim stosunkiem do milionów ludzi, którzy dobrze pamiętają okres Polski Ludowej, bądź zachowują umiar i odpowiedzialność w ocenie minionych czasów, chce p. Wielowiejska wspólnie celebrować wymyślone, polskie święto ogólnonarodowe.

 

Zbliżony ogląd rzeczywistości

prezentuje Adam Szlapka („GW” – „Konstytuanta 2019” – 4.06.2018), który nawołując do wspólnego pójścia opozycji w najbliższych wyborach parlamentarnych, uzdrowienie i zabezpieczenie na przyszłość Polski przez podobnymi jak PiS, widzi w realizacji czterech elementów: przywrócenie niezależnego wymiaru sprawiedliwości, dodatkowe zabezpieczenia w konstytucji, silniejsze zakorzenienie w Europie i otwartość systemu parlamentarnego. W konkluzji czytamy: „Po latach od 4 czerwca 1989 r. potrzebujemy nowej umowy społecznej, która stanie się podstawą konstytuanty po PiS. Warto rozpocząć tę dyskusję i w jej czasie pamiętać nie tylko o wolności, ale również o solidarności – fundamentalnej wartości, której naruszanie przypomniało 40 dni protestu osób z niepełnosprawnościami. Po porozumieniu o praworządności i demokracji nową umowę społeczną można rozszerzać o kolejne elementy.”
Autor, uwiedziony PiS-owskim i aktualnego prezydenta pomysłem o nowej Konstytucji, nie tylko obecnie obowiązującej nie dezawuuje, ale nadto wyobraża sobie, że poprzez przepisy w nowej ustawie zasadniczej można w pełni kreować pożądaną rzeczywistość. Jeżeli by tak było, to obecna dewastacja wymiaru sprawiedliwości nie miałaby miejsca, rozdział kościoła od państwa byłby przestrzegany, a zapisana w Konstytucji z 1952 roku wolność słowa obowiązywałaby wtedy.

 

Praktyka polityczna dowiodła,

że nie tylko konstytucyjne przepisy mogą być pomijane, łamane, albo falandyzowane (przypomnę, że to określenie pochodzi od interpretacji przepisów Konstytucji dokonywanych przez Lech Falandysza – doradcy ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy), czyli naginane do aktualnych potrzeb rządzących. Zapewne działo się to także z głębokiego przekonania do określonych ideologicznych racji, chęci szybkich zmian bądź najzwyklejszego braku głębszej refleksji.
Po latach Marcin Król mówi, że byliśmy głupi i dodaje : „Zło powszechne wylazło wszędzie, psuje ustrój państwa, instytucje, relacje międzyludzkie, język…Rewolucja przeprowadzona przez liberałów w 1989 roku była zafascynowana wolnością. Wolność stanowiła najważniejszą wartość, na ołtarzu której złożyliśmy wszystkie inne” („Newsweek” nr. 20/2018).
Andrzej Zoll w swoim czasie oświadczył: „Trybunał rozpatrywał instrukcję wprowadzającą religię do szkół. Była duża różnica zdań(….) Orzekliśmy, że instrukcja jest zgodna z Konstytucją. Ale dziś uważam, że głosowałem źle i źle orzekaliśmy. Do szkół powinno być wprowadzone religioznawstwo, nauka o różnych religiach i ich znaczeniu dla kultury. Katecheza powinna odbywać się w kościołach.” Wówczas Trybunał rozpatrywał skargę SLD na niekonstytucyjność instrukcji ministra oświaty wprowadzającej religię do szkół, co oznacza, że i prof. Samsonowicz powinien przyznać się do błędu. I jeszcze kolejni przewodniczący i członkowie Trybunału orzekający na temat tzw. dezubekizacji. I nie tylko.
W sprawie podpisanego w swoim czasie konkordatu wyraża gorycz i żal Stefan Frankiewicz (m. in. ambasador RP przy Stolicy Apostolskiej), a dla byłego prezydenta Bronisława Komorowskiego – patrona żołnierzy wyklętych – nie są dziś oni ani wyklęci, ani niezłomni („GW”, 24.02.2018). I dodaje, że: „Koniec końców historia przyznała racje tym, którzy nie czekali na III wojnę światową, ale poszli na studia, do pracy, odbudowywać kraj.”

 

Zadziwia w tym kontekście

résumé Adama Szlapki, w którym nie bacząc na dotychczasowe polskie doświadczenia, jako ewentualny dodatkowy element projektowanej umowy społecznej, widzi – ale tylko być może – jeszcze jedną, ale podstawową i powszechnie oczekiwaną zasadę, jaką jest sprawiedliwość społeczna.
Bez niej bowiem tuczą się obecne upiory, i powstaną nowe.

Święto dla wybranych

4 czerwca minęła 29 rocznica pierwszych wyborów po upadku Polski Ludowej. W powszechnej świadomości jest to symboliczna data inicjująca przemiany ustrojowe w Polsce i przejście od realnego socjalizmu do wolnorynkowego kapitalizmu.
Przez wiele lat 4 czerwca budził kontrowersje. Środowiska liberalne i prawicowe świętowały początek reform i odejście od PRL-u, a duża część elektoratu lewicowego niechętnie podchodziła do celebrowania tej daty, pamiętając o negatywnych skutkach transformacji. Po blisko 30 latach od zmiany ustrojowej dyskusja nad oceną reform praktycznie nie istnieje.
Polityka historyczna została zawłaszczona przez obóz solidarnościowy i mało kto rzetelnie ocenia sensowność ówczesnych przemian. Po jednej stronie sytuuje się środowisko liberalnych mediów i partii, które wciąż pozytywnie oceniają reformy Balcerowicza, a 4 czerwca jest dla nich świętem wolności i radosną datą zerwania z „komunizmem”. Po drugiej strony mamy coraz bardziej wyrazisty obóz obecnej władzy, który ostrożnie podchodzi do świętowania rocznicy wyborów. Nie chodzi tutaj jednak o bardziej zniuansowane podejście do reform Balcerowicza. Propisowscy komentatorzy rzadko kwestionują kierunek reform z początku lat 90., a krytykują przede wszystkim brak ostrej dekomunizacji oraz przypisywanie zasług w procesie transformacji Wałęsie, Mazowieckiemu czy Borusewiczowi, a nie braciom Kaczyńskim. Sama ocena PRL-u i przemian ustrojowych jest w obydwu obozach bardzo zbliżona.
W całej tej dyskusji znikła rzeczowa analiza przemian ustrojowych i ich ofiar. Tymczasem skutki reform dla znacznej części społeczeństwa były katastrofalne. W latach 1990-1991 PKB spadło o prawie 18 proc., poziom inflacji wyrażał się w liczbach trzycyfrowych, w ciągu 2 lat bezrobocie wzrosło do ponad 2 mln, już w pierwszym roku transformacji ponad dwukrotnie wzrósł odsetek ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego (z 15 proc. w 1989 r. do 31 proc. w 1990 r.). W pierwszych dwóch latach transformacji doszło też do radykalnego spadku produkcji i wydajności pracy. Realne wynagrodzenia spadły o aż 25 proc., zaś płace realne rolników zmniejszyły się w ciągu 2 lat o ponad połowę.
Transformacja doprowadziła też do olbrzymiego spadku liczby wybudowanych mieszkań, znacznego spadku liczby bibliotek i domów kultury, gigantycznego spadku liczby przedszkoli i żłobków oraz ograniczenia wielu innych form opieki nad dziećmi, które były rozwinięte w PRL-u. Znacznie wzrosła skala schorzeń psychicznych. Wszystkie te zjawiska w dyskusji na temat transformacji od lat są lekceważone, a entuzjaści Balcerowicza przedstawiają je jako konieczne skutki przemian.
W tym kontekście warto przypominać historyczną prawdę, unikać jednoznacznych ocen, a zarazem nie wpisywać się w festiwal jałowej ekscytacji. Dobrze się stało, że w 1989 r. zniesiono cenzurę, wprowadzono procedury demokratyczne, a Polska poprawiła relacje z krajami zachodnimi. Ale powinniśmy pamiętać, że przyjęty przez ówczesne władze model przemian ustrojowych zawierał mnóstwo patologii i trudno się dziwić, że dla milionów Polaków i Polek 4 czerwca nie jest radosną rocznicą.

Związkowiec = terrorysta

„Jesteśmy najbardziej prospołecznym rządem ostatnich trzydziestu lat” – powiedział Mateusz Morawiecki, dodając jeszcze, że „Prawo i Sprawiedliwość tworzy i organizuje na nowo rzeczywistość gospodarczą i społeczną”. Najwyraźniej samopoczucie mu dopisuje, a samoocena szybuje gdzieś wysoko w przestworzach.

Szkoda tylko, że pan premier nie wspomniał, jak wygląda budowa wspomnianej nowej rzeczywistości w skali mikro. Na przykład w pewnej spółce kontrolowanej przez rząd. W 2016 roku, kiedy obecny szef rządu był jeszcze ministrem rozwoju, ze związkowcami z tej spółki spotkał się Mikołaj Wild – wówczas podsekretarz stanu w ministerstwie skarbu państwa. Przedstawiciele pracowników usłyszeli, że ważny pan nie zamierza liczyć się z ich zdaniem, bo jest blisko zaprzyjaźniony z Morawieckim. Właściwie to minister Wild doprecyzował, gdzie dokładnie ma związkowców. Wszystko zostało zaprotokołowane.

Spółka ta nazywa się Polskie Linie Lotnicze LOT.

Mikołaj Wild nie rzucał słów na wiatr. W czwartek władze spółki poinformowały, że Monika Żelazik – przewodnicząca Związku Zawodowego Personelu Pokładowego i Lotniczego zostanie zwolniona dyscyplinarnie. Powód? Ciężkie naruszenia podstawowych obowiązków pracowniczych, a dokładnie działalność terrorystyczna. Brzmi jak żart? Tak, to brzmi jak cholernie nieudany żart, ale niestety to rzeczywistość roku 2018 roku w Polsce. Rzecznik prasowy Prokuratury Okręgowej w Warszawie poinformował, że 15 maja zostało wszczęte dochodzenie w sprawie podejrzenia podjęcia przez Monikę Żelazik „działań zagrażających życiu lub zdrowiu wielu osób”. Chodzi o wiadomość, którą związkowczyni wysłała do innych członków związku dzień przed zaplanowanym na 1 maja strajkiem. „My zakupiliśmy kilka rac, dwa wozy opancerzone, starą wyrzutnię rakiet, kilka granatów ręcznych i niech każdy weźmie z domu, co po dziadach zostało oraz butlę z benzyną” – to treść maila, przechwyconego i rozesłanego do mediów przez ludzi prezesa.

Monika Żelazik przez ostatnie miesiące walczyła o normalne warunki pracy dla pracowników publicznego przewoźnika lotniczego. Jest przewodniczącą Międzyzwiązkowego Komitetu Strajkowego. Dla władz spółki – wrogiem numer jeden. Przeciwnikiem, którego należy zniszczyć.

Kiedy rozmawiałem z nią podczas protestu pod siedzibą LOT 1 maja, mówiła: „zwolnią nas wszystkich, jesteśmy na wojnie, to są bezwzględni ludzie”. Opowiadała też o stewardesach, którym nikt nie płaci za wielogodzinne postoje samolotów i które za przynależność do związku zawodowego są poddawane upokarzającym kontrolom przez straż graniczną, jako podejrzane o przemyt. Jej kolega, przewodniczący związku pilotów mówił o prowadzeniu maszyn z kilkuset pasażerami na pokładzie podczas grypy czy ostrego przeziębienia. Bo piloci są firmami, z którymi LOT zawiera umowy business to business. Próbowali to zmienić, chcieli zastrajkować, jednak Sąd Okręgowy w Warszawie im tego zakazał, zanim jeszcze przeprowadzili referendum strajkowe. Ponoć strajk zagraża interesom spółki. Pilot z gorączką za sterami zagrożeniem nie jest.

Mikołaj Wild jest obecnie sekretarzem stanu w ministerstwie infrastruktury. Odpowiada za lotnictwo i lotniska. To właśnie on 5 maja na antenie Radia Zet stwierdził, że pracownicy odpowiedzialni za nawoływanie do strajku powinni zostać pociągnięci do odpowiedzialności za straty, które poniosła spółka w związku z tym, że pasażerowie rezygnowali z przelotów, obawiając się strajku podczas majówki. Przedstawiciel rządu otwarcie nawołujący do działań z zakresu union busting – tego nie było nawet za rządów neoliberałów. A przecież mamy władzę, która podobno stoi po stronie pracowników.

Prezes Rafał Milczarski został w ten sposób poinformowany, że ze związkowcami nie musi się patyczkować, zważać na Kodeks pracy czy jakiekolwiek prawo. Otrzymał wolną rękę w tej rozgrywce. Stąd też brutalność działań. Monika Żelazik zwraca uwagę, że nie chodzi tylko o nią. To również sygnał dla wielu młodych pracowników – członków związków zawodowych. To przekaz: „możecie skończyć tak jak ona” – na zielonej trawce z oskarżeniem o terroryzm i prokuratorem na karku. Na zwolnienie przewodniczącej Żelazik nie wyraziły zgody związki zawodowe. Sprawa trafi do sądu. LOT przegra ten proces i będzie musiał wypłacić odszkodowanie. Ale sygnał wysłany: „buntujesz się? masz przejebane”. A wszystko z namaszczeniem „najbardziej prospołecznego rządu” ostatnich trzech dekad.

To moment, w którym związki zawodowe – wszystkie, bez wyjątku – powinny solidarnie stanąć w obronie Moniki Żelazik. Podobno szef OPZZ Jan Guz był przeciwko strajkowi w LOT. Panie przewodniczący, to chyba moment, aby te słowa o wsparciu z 1 maja, kiedy paradował Pan przez kwadrans w związkowym szaliku na proteście pracowników spółki, nabrały nieco realności. To również chwila, w której posłuszeństwo powinien wypowiedzieć Piotr Duda, przewodniczący związku, który z solidarnością miał ostatnio największy problem. Do Inicjatywy Pracowniczej apelować nie muszę. To jedyny związek, który zawsze potrafi się zachować. Ale musi być nas więcej.

Znaleźliśmy się w momencie, w którym bonzowie ze szklanego biurowca, zlokalizowanego, o ironio, przy ulicy Komitetu Obrony Robotników, działając w koordynacji z sądem, prokuraturą i rządem oskarżają o terroryzm przywódczynię strajku. To jawna przemoc i deptanie podstawowych praw. Ta bezczelność musi się spotkać ze zdecydowaną reakcją.