Kabaret

Czterdzieści lat temu byliśmy „najweselszym barakiem w obozie”. Nie traciliśmy humoru, działały kabarety naśmiewające się z naszych wad i z naszej sytuacji politycznej.

Starsze pokolenia pamiętają Tey, Dudka i pokazywany w reżimowej telewizji Kabaret Starszych Panów. Pamiętają krakowską Piwnicę pod Baranami i ówczesną warszawską Syrenę. Pamiętają też o filmach Barei.

Konkurencja

Kabarety były w PRL-u i 30 lat po jej upadku domeną aktorów, piosenkarzy i autorów specjalizujących się w satyrycznych tekstach. Ale przyszedł rok 2015 i to się zaczęło zmieniać. Owszem – jest i dzisiaj kilku starszych i młodszych „kabareciarzy”, którzy piszą dobre teksty. Takie kabarety jak Moralnego Niepokoju czy Młodych Panów nadążają za chlubną przeszłością.
Z niepokojem jednak obserwuję, że niespodziewanie wyrasta im nieprofesjonalna konkurencja. Silna, władcza i bezwzględna. To politycy zgrupowani w rządzącej partii, słuchający tylko swego wodza, Najważniejszego Zwykłego Posła, starający się swoimi działaniami uprzedzać jego życzenia.
Część tych działań jest tak niezgodna z prawem i tak humorystyczna, ze staje się politycznym kabaretem, niekiedy bardziej śmiesznym od pomysłów zawodowców. Ale ma wadę. Budzi – przynajmniej u mnie – śmiech przez łzy, jest niebezpieczna dla obywateli i może grozić destrukcją państwa, jednocześnie spychając je na margines Europy.

Tajne podpisy

Długotrwałym „numerem” kabaretowym, wymyślonym przez rządzącą partię, są manewry wokół powołanej według nowych zasad – czyli przez polityków – Krajowej Rady Sądowniczej. Aby zachować pozory demokracji kandydaci na członków tego „ciała” musieli być poparci podpisami wnioskodawców – aż 25 sędziów. Musieli być znani i uznani w środowisku, bo poinformowano „suwerena”, że zdobyli je z zastanawiającą łatwością. Dokumenty z tymi podpisami natychmiast jednak utajniono i schowano w głębokim sejfie sejmowym.
Występy i działania kabaretowe związane z tą sprawą zaczęły się z chwilą, kiedy Naczelny Sąd Administracyjny zapragnął zobaczyć te podpisy. Odruchy paniki obozu rządzącego były zabawne i zakończyły się decyzją „organu administracji państwowej” powołanego dla ochrony danych osobowych. Nie pokażemy tych podpisów, bo podpisujący boją się ostracyzmu i sobie tego nie życzą. Sejm i Senat w Polsce może jeszcze głosować jawnie, prokuratura noże mieć „przecieki” pozwalające na powszechną wiedzę, komu ma zamiar postawić zarzuty, jawne są oświadczenia o stanie majątkowym – ale suweren nie może wiedzieć, kto popiera członków KRS.
Organ od ochrony danych osobowych zabronił nam ujawniania tych podpisów – powiedziała kancelaria sejmu. Poparł ją publicznie jeden z wiceministrów sprawiedliwości, mimo, że „w międzyczasie” także sąd okręgowy w Olsztynie wykazał się niezdrową ciekawością i zażądał pokazania podpisów.
Jako starzejąca się, mikroskopijna część suwerena, mam charakter przestraszonego baranka. Kancelarię, tak „po ludzku” mogę jeszcze zrozumieć Musi słuchać się szefów. Ale wiceminister sprawiedliwości lekceważący wyroki i żądania sądów zagrał w tym numerze kabaretowym rolę, która w państwie praworządnym powinna natychmiast zakończyć jego karierę.
Nie jestem prawnikiem. Ale lata innych studiów i praktyki utrwaliły we mnie przekonanie, o prymacie wyroków sądów. Może niesłuszne. Może teraz ma być inaczej. Jednak, jeśli policja mnie zatrzymuje, to sąd może mnie zwolnić. Jeśli komornik błędnie mi coś rekwiruje, to sąd może kazać mu to zwrócić. Jeśli sąd może nawet anulować decyzje specjalnej komisji wykrywającej nieprawidłowości w gospodarce nieruchomościami w Warszawie – to nie rozumiem, dlaczego nie może kazać ujawnić nazwisk osób popierających sędziów i dlaczego nie wykonuje się natychmiast takiej decyzji. Chyba, że w założeniu ma to być kabaret pobudzający fantazję. Może w sejfie sejmowym są tylko puste kartki, albo wszystkie listy poparcia są takie same?

Węzeł gordyjski

Krótki, ale błyskotliwy numer kabaretowy mieliśmy ostatnio w czasie posiedzenia sejmu, wybierającego kandydatów na członków wspomnianej Rady Sądowniczej. Przeprowadzono głosowanie, ale nie ogłoszono wyniku – prawdopodobnie niesatysfakcjonującego obozu rządzącego. Za to zdecydowano o powtórzeniu glosowania. Ten drugi wynik był dobry – więc go ogłoszono. U telewidza, (czyli także u mnie) powstała wątpliwość, czy przypadkiem nie marnujemy czasu i pieniędzy suwerena na tworzenie parlamentu, w którym można sobie dowolnie manipulować 460-ciu wybrańcami narodu. Może było by prościej i taniej ograniczyć się do jednego, zwykłego, ale Najważniejszego posła? I można wtedy pozbyć się tych skomplikowanych urządzeń do głosowania. Najważniejszy poseł podniesie rękę – czyli jest za i trzeba to natychmiast realizować. Nie podniesie – jest przeciw i trzeba to ze wstrętem odrzucić do kosza.
Rządowy kabaret sądowniczy niemal równolegle błysnął wyborem kandydatów na nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Kandydatury budziły zastrzeżenia merytoryczno – historyczne uzupełnione wątpliwościami, czy mogą być kandydatami osoby w wieku emerytalnym. O to ograniczenie niedawno upominano się przy ataku na Sąd Najwyższy. Nie ma powodów, aby w TK było inaczej. Wybrani większością PIS kandydaci i tak mi się nie podobają, ale – delikatnie mówiąc – przy wyborze aż na 9 lat, powinni być teraz zdecydowanie przed granicą wieku emerytalnego. A nie są.
Nie mogę też pojąć, dlaczego do ważnego dla suwerena Trybunału powołuje się profesorów, doktorów, ale także magistrów prawa. Powierza się im również kierowanie tym prestiżowym organem. Nasze uczelnie „produkują” dostateczną liczbę doktorów, którzy mogą później uzyskać stopnie prawdziwych profesorów, aby wystarczyło ich na podmianę starzejącej się kadry w Trybunale. To chyba jakaś tajna zmowa magistrów, słynących z umiejętności gastronomicznych i organizowania życia towarzyskiego, które zachwycają nawet Najważniejszego Posła.
W prawniczym zespole numerów kabaretowych aktualna władza tak się „zakałapućkała”, że powstał istny węzeł gordyjski. Sędziowie podejmują uchwały, że nie będą opiniować nowych kandydatów do czasu, aż wyjaśniona zostanie sprawa legalności powołania obecnego składu KRS. Sąd Najwyższy ma się wypowiedzieć o poprawności naszego, zmienianego systemu „kierowania” sprawiedliwością. Na wniosek Komisji UE Trybunał Międzynarodowy w Luksemburgu też jeszcze wróci do sprawy praworządności w Polsce. Rząd traci nerwy. Jego rzecznik mówi coś o „ukróceniu” działalności niezadowolonych sędziów. To brzmi jak groźba z wczesnych lat 50-tych ubiegłego wieku. Podpowiadam nieodpłatnie. Rosja ma opuszczone obozy na Kamczatce i w Obwodzie Magadańskim. Na pewno nie zażąda wysokiej ceny za ich wynajęcie. Wystarczy zadzwonić do Prezydenta Putina. Uratowane tygrysy jadą do azylu w Hiszpanii, a nasi „niegrzeczni” sędziowie mogą pojechać na zasłużony odpoczynek w tych obozach.
Kabaretowy, prawniczy węzeł gordyjski nie nadaje się już – moim zdaniem – do łagodnego rozplątania. Potrzebny jest nowy Aleksander Macedoński z ostrym mieczem, który go przetnie. Problem w tym, że go nie widzę. I to może oznaczać fatalne w skutkach dla szarych obywateli działanie tego numeru kabaretowego nawet do końca kadencji obecnej władzy.

Wszechstronna oferta

Jak ktoś nie lubi problemów prawniczych, to może się pośmiać z z kilku innych kabaretowych numerów oferowanych przez nasz zapobiegliwy rząd. Może się rozbawić historią myśliwców MIG 29, które ciągle stanowią istotną część naszych sił powietrznych. Są i stoją. Bo od dawna niedoszkalanym pilotom skończyły się formalne uprawnienia. Wprawdzie odważny głównodowodzący naszymi siłami zbrojnymi podjął decyzję, że mają jednak latać – ale problem nadal istnieje i trochę narusza, nienaruszalną zasadę zapewnienie „bezpieczeństwa lotów”.
Zachichotać można także przy odtworzeniu historii wyposażania naszej armii w helikoptery. Mieliśmy kupić od Francuzów 50 dobrych Caracali, ale rząd się z tego wycofał zaraz na początku poprzedniej kadencji. Bo za drogo. Znacznie taniej mieliśmy kupować maszyny amerykańskich i włoskich firm, częściowo wytwarzane w Polsce. Ale podobno jest jeszcze drożej i dłużej trzeba czekać.
Jeśli dla kogoś i ta tematyka jest za nudna – może zainteresować się bliżej sprawą krakowskiego hotelu i znajomości prezesa NIK M. Banasia. Już widzę skecz przypominający „Sęk”, słynną rozmowę telefoniczną Dziewońskiego z Michnikowskim, w kabarecie Dudek. Pan Prezes rozmawia z kimś, z kim jest „na ty”, ale nie wie, z kim i nie ma pojęcia, o czym rozmawia. Można też uruchomić zakłady, czy Prezes NIK spełni sugestię wierchuszki PISu i zrezygnuje ze stanowiska, czy też uprze się i postanowi je nadal piastować.
Najodważniejsi wielbiciele kabaretów mogą jeszcze domagać się skeczy ilustrujących wnikliwość i obiektywizm prokuratury. Monolog prokuratora zastanawiającego się nad argumentacją umorzenia śledztwa w sprawie wieszania na szubienicach portretów niektórych euro-posłów i nad sposobami nieprzesłuchiwania Najważniejszego Posła, w sprawie „Srebrnej”, mógł by być gwoździem sezonu.

Bigos tygodniowy

W aferze Srebrnej pojawił się wątek jak z sarmackiej komedii: postać chciwego plebana. My tu, nad Wisłą, żarłoczną chciwość kleru dobrze znamy, nie od dziś, wiemy że to jego kardynalna cecha, ale dla Austriaka doświadczenie tego na własnej kieszeni, to musiało być doświadczenie nie lada. Nawiasem mówiąc, chciwy pleban (już ex-pleban) gdzieś się ulotnił. A poza tym, jak stwierdził w prokuraturze Austriak, oberszef całego srebrnego interesu, prezes PiS osobiście trzymał w ręku kopertę z łapówą dla plebana. Bez przesłuchania prezesa się nie może się obejść. Tym bardziej jeśli prawdą jest, że Birgfellnera nakłaniano w prokuraturze do odwołania tego zeznania. Pytanie tylko, czy do przesłuchania dojdzie w tej kadencji.

Mecenas Jacek Dubois reprezentujący Geralda Birgfellnera, feralnego powinowatego Jarosława Kaczyńskiego i niedoszłego budowniczego srebrnych wież powiedział, że przeraził go fakt, iż wkrótce po tym, gdy złożył w prokuraturze zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa oszustwa przez prezesa PiS, „na Nowogródzkiej odbywa się spotkanie, na które przyjeżdżają wszystkie najważniejsze osoby w państwie. Do osoby potencjalnie podejrzanej stawiają się osoby z administracji państwowej, które wspólnie przygotowują stanowisko w tej sprawie”. Sugestywnie to mecenas ujął. Toż to scena jakby rodem z „Ojca chrzestnego IV. Epizod warszawski”. Szkoda, że Marlon Brando już by tego nie zagrał.

Mecenas Dubois powiedział po przesłuchaniach Birgfellnera w prokuraturze: „Byliśmy przekonani, że nie toczy się postępowanie w sprawie, tylko postępowanie, które ma na celu działanie na rzecz partii politycznej i które ma ustalić, jakie są plany i zagrożenia ze strony naszego klienta”. To o sposobie prowadzenia przesłuchania przez prokurator Renatę Śpiewak, która odmówiła też pełnomocnikowi Birgfellnera zapewnienia, że protokoły przesłuchania nie zostaną przekazane prokuratorowi generalnemu.

Podobno wiceprezydent USA Mike Pence, który w zeszłym tygodniu nawiedził Polskę, z obcymi kobietami nigdy nie rozmawia na osobności, nigdy w cztery oczy, a jedynie w obecności osoby trzeciej. Motywuje go imperatyw cnoty chrześcijańskiej. Mike Pence jest cnotliwym chrześcijaninem, a zarazem chrześcijańskim realistą, który ostrożnie nie do końca ufa źródłom swej cnoty. A może to nie aż tak, a tylko lekcja Billa Clintona i Moniki Lewinsky?

Pal jednak licho Pence’a. Prawdziwe nieszczęście to nowa odsłona, niemal równo po roku, zimnej wojny nacjonalizmów polskiego i izraelskiego. Zbyt to skomplikowana i drażliwa materia by zwekslować ją w kilku zdaniach. Jednego można być pewnym: ta wojna nie skończy się dopóki PiS nie utraci władzy.

„Doceniamy również wagę rozwiązywania nierozstrzygniętych kwestii z przeszłości i wzywam/namawiam moich polskich kolegów, aby poczynili postępy w zakresie kompleksowego ustawodawstwa dotyczącego restytucji mienia prywatnego dla osób, które utraciły nieruchomości w dobie Holocaustu” – powiedział w Polsce drugi Mike, czyli sekretarz stanu USA Mike Pompeo. Tak to jest, gdy się nadgorliwie nastawia tylnej części państwowego ciała, jak rząd PiS robiąc nieszczęsną konferencje bliskowschodnią.

Sojusz Lewicy Demokratycznej przystąpił do Koalicji Europejskiej na majowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Wszystko na to wskazuje, że słusznie…

Leszek Miller wyznał, że już niedługo po wysunięciu Ogórkowej na SLD-owską kandydatkę do prezydentury, miał jej dość powyżej uszu i ledwo się powstrzymał od posłania jej do diabla. Nigdy więcej ogórkopodobnych na lewicy.

Rzecznik Praw Obywatelskich Adam Bodnar przypomniał, że jest za zniesieniem art. 212 kodeksu karnego, na mocy którego na grzywnę skazany został dziennikarz tygodnika „Sieci” i portalu w polityce.pl Wojciech Biedroń. Szanowny Panie Rzeczniku, jesteśmy „za” pod warunkiem, że jednocześnie podejmie Pan działania w celu zniesienia artykułu 196 kk, przewidującego represje za „naruszanie uczuć religijnych”.

„Kłamstwo organizowane przez władzę za publiczne pieniądze to perfidna i groźna forma przemocy, której ofiarami jesteśmy wszyscy. I wszyscy powinni solidarnie, w ramach prawa, przeciw temu kłamstwu protestować” – te słowa warto ponownie przypomnieć po tym, jak bezprawnie ujawnione przez TVPiS wizerunki osób protestujących pod jej siedzibą wywołały falę hejtu i szykan w stosunku do nich. Dwie z nich nawet wyrzucono z pracy. TVPiS jest szkodliwa nie tylko przez przekaz, ale i skutki uboczne.

Klerykałowie wrzeszczą, że umieszczenie lekcji religii w szkole na pierwszej i na ostatniej pozycji cyklu lekcyjnego, to walka z religią i Kościołem. Oni niedługo uznają, że brak krzyży na dachach szaletów publicznych, to też walka z religią.

„Wiem, że jeśli w tym roku w wyborach wygra „opcja proeuropejska”, to Polska jaka znamy, zniknie w ciągu jednego pokolenia” – napisał w sakiewiczowej „Gazecie Polskiej” Robert Tekieli. I daj Panie Boże. Im mniej takiej Polski w Polsce, tym lepiej dla wszystkich, w pierwszym rzędzie dla Polaków.

Przy okazji pochówku (z hałasem) „kryształowego człowieka” i „wielkiego autorytetu” Jana Olszewskiego wydało się, że ten „szlachetny, szanujący każdego człowieka” pogardliwie zwykł określać swoich przeciwników jako „małpy”. Chciałoby się rzec: dżentelmen odchodzi popuszczając wokoło.

A afera Srebrnej sączy się, sączy, sączy… Stosunki na ulicy Srebrnej i stosunki jerozolimskie, to dwa najgłówniejsze stosunki uprawiane dziś w polityce w Polsce.

Kolejne tasmy Prezesa

Jeśli ktoś miał wątpliwości co do roli Jarosława Kaczyńskiego w kierowaniu spółką Srebrna, to po kolejnej publikacji „Wyborczej” mieć już ich nie może. Z nowych taśm wynika, że to prezes PiS osobiście sterował biznesem, a do współpracy zaangażował na pewnym etapie również Marcina Dubienieckiego, ówczesnego męża swojej bratanicy.

Czy Marcin Dubieniecki był kimś w rodzaju Jareda Kushnera dla Jarosława Kaczyńskiego? Z publikacji „GW” wynika, że porównanie do męża córki Donalda Trumpa nie wydaje się bezzasadne. O zaangażowaniu w inwestycje w Srebrnej mówił Kazimierz Kujda, szef Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, jeden z głównych doradców biznesowych Jarosława Kaczyńskiego. To właśnie on jest bohaterem najnowszych nagrań. Rozmowy toczą się pomiędzy Kujdą, a austriackim biznesmenem Geraldem Birgfellnerem. Związek Kazimierza Kujdy ze spółką Srebrna jest jasny. Jego żona jest jej prezesem.
Co zawiera dzisiejsza demaskacja? „Nowe taśmy zaprzeczają twierdzeniom Jarosława Kaczyńskiego, że między nim a biznesem Srebrnej jest mur. Stawiają też pod znakiem zapytania deklaracje majątkowe prezesa, który twierdzi, że nie prowadzi działalności gospodarczej” – pisze wtorkowa „Gazeta Wyborcza”.
Nagrania to zapis rozmowy, która odbyła się czerwcu 2018 r. w siedzibie Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska. Mężczyźni rozmawiają jeszcze przed decyzją o rezygnacji z inwestycji. Jak donosi „GW” Birgfellner wyczuwał, że wokół projektu zaczyna się dziać coś złego, dlatego w nagranej rozmowie prosi Kujdę o pomoc w negocjacjach z zarządem Srebrnej. Co Kazimierz Kujda ma wspólnego ze spółką? W przeszłości przez 11 lat pełnił w niej funkcję prezesa zarządu, potem na tym stanowisku zastąpiła go żona.”GW” zwraca uwagę, że ten manewr powtarza się od lat: gdy PiS jest w opozycji, Kazimierz Kujda szefuje w Srebrnej, a gdy partia Jarosława Kaczyńskiego jest u władzy, Kujda trafia do kierownictwa Funduszu Ochrony Środowiska. Podczas rozmowy Kujda nie miał formalnie nic wspólnego ze Srebrną, mimo to wypowiadał się w imieniu tego podmiotu – obiecywał wsparcie i powoływał się na małżonkę.
Czego jeszcze dowiadujemy się z taśmy? Ze słów Kujdy wynika, że w projekt K-Towers wcześniej zaangażowany był ówczesny mąż Marty Kaczyńskiej, Marcin Dubieniecki. „Był rodzaj quasi-negocjacji z panem Dubienieckim. Ale wszystko za zgodą pana Kaczyńskiego, i to nie były moje negocjacje. (Kaczyński?) powiedział, że trzeba mieć z nim niewielki kontrakt, ale później byłem wzywany w tej sprawie do prokuratury. Tam było coś nie w porządku…” – mówi Kujda na ujawnionej taśmie. O tej sprawie częściowo pisał „Newsweek”. Tygodnik twierdził, że Dubieniecki był „cichym wspólnikiem” spółki Srebrna Warsaw Tower (SWT), która też miała zbudować wieżowiec na działce przy Srebrnej 16. Jedynym udziałowcem była cypryjska firma Madujamo Group. W 2015 r. Dubienieckiego aresztowano, wyszedł na wolność w 2016 r., ale jest oskarżony o wielomilionowe nadużycia w PFRON.
Warto zauważyć, że Kujda zapewnia również, że cały projekt jest niezwykle patriotyczny. „To jest bardzo ważne dla Polski, dla naszej historii, dla wszystkiego” – mówi na taśmie.

Wojna partyjnych dewelopreów

Zdaje się, że dwie główne siły polityczne w Polsce tj. PO i PiS uczyniły sobie z Warszawy pole bitwy o swoje partyjne wpływy ekonomiczne.
Mam wrażenie, iż Platforma Obywatelska robi to na sposób liberalny, a Prawo i Sprawiedliwość na sposób etatystyczny.

PO – wariant liberalny

Jeśli chodzi o finanse PO to można spróbować mentalnie połączyć dwie sprawy.
Pierwsza zupełnie oczywista, realna i sprawdzalna, to fakt iż PO (wcześniej inne formacje liberalne) od lat rządzi Warszawą i to tak „od góry do dołu”. Ileż tysięcy partyjnych kolegów i koleżanek można upchnąć na etatach warszawskiego magistratu i spółek miejskich!??
Druga sprawa nie jest już tak oczywista i sprawdzalna. Jest „legendą miejską” na pograniczu bezpodstawnych pomówień ale i ludzkich opowieści – bo nikt nikogo nie złapał za rękę, a przecież wszyscy mówią, że w Warszawie można załatwić co się tylko chce, jest tylko kwestia wysokości łapówki. Czyli łącząc te dwa fakty – jeden jak najbardziej realny, z „legendą miejską”, no to już wiemy z czego wynika siła ekonomiczna Platformy Obywatelskiej – wspaniałe, w stylu amerykańskim kampanie wyborcze. Ale Platforma nie ma nic, żadnego majątku – jej majątkiem są wpływy, układy, ludzie we „właściwych” miejscach i we właściwym czasie.

Kaczyński, czyli kasa na wierzchu

Natomiast Prawo i Sprawiedliwość działa w wariancie etatystycznym. Partie w Polsce nie mogą prowadzić działalności gospodarczej, więc kilku najbardziej zaufanych członków partii powołuje fundację pod szczytnym imieniem (nieżyjącego prezydenta RP), która dostaje aktywa przejęte przez Kaczyńskich trzydzieści lat wcześniej i rozpoczyna działalność gospodarczą na dużą skalę. Na dużą skalę – bo wybudowanie dwóch biurowców po 190 metrów w centrum Warszawy to nie jest niskobudżetowa inwestycja. Oczywiście rodzi się pytanie skąd reszta pieniędzy na sfinansowanie tej inwestycji. Bo wkład w postaci działki w centrum Warszawy to wielkie pieniądze, ale budowa dwóch wieżowców po 190 metrów, to też wielka inwestycja finansowa, a potem dochody.
Ale zrobienie przez PiS takiego interesu w samym gnieździe PO, w Warszawie, od lat rządzonej przez liberałów, nie mogło się udać. I tak prezes Kaczyński został z „gołą d…” – czyli z zezwoleniem na budowę trzydziestometrowego baraku. zamiast dwóch blisko dwustumetrowych wieżowców z biurami, apartamentami, hotelami i gastronomią.

Zabetonują rzeczywistość

Tak oto na naszych oczach tworzą się i walczą z sobą partyjne imperia. Jesteśmy świadkami budowania nowego – dwupartyjnego systemu politycznego w Polsce. Systemu, który być może będzie rządził naszym życiem, życiem naszych dzieci, a może i wnuków.
Zapewne dochody z wieżowców na Srebrnej pozwoliłyby sfinansować PiS-owi niejedną kampanię wyborczą, jakąś kolejną wielką akcję polityczną. Jest więc zrozumiałe, że platformersi „dmuchają na zimne” i niszczą zaplecze finansowe PiS zanim jeszcze ono powstało. A my – szare myszki możemy sobie popatrzeć, jak możni tego świata walczą o rządzenie naszym życiem przez najbliższe dzisięciolecia.