Orbán zawodowiec

W 1956 r. na Węgrzech popularne było hasło „Lengyelország példát mutat, kövessük a magyar utat”, co w rymowanym, acz nie dosłownym, tłumaczeniu oznacza „Polska jest przykładem, Węgry pójdą jej śladem”. Po latach role się odwróciły. To Węgry stają się dla Polski przykładem do naśladowania.

Jak zauważa szewc Fabisiak, powyższe odnosi się do polityki wewnętrznej, jednak co do zagranicznej to nie już za bardzo. W odróżnieniu od polskiej politycznej amatorszczyzny Viktor Orbán jest zawodowcem i prowadzi własną a nie amerykańską politykę zagraniczną. Zawodowiec to również pragmatyk mający na uwadze interesy i potrzeby własnego kraju. I tak jest w przypadku Orbána, choć jego ksenofobiczne i antyimigranckie stanowisko musi budzić sprzeciw z czysto humanitarnego punktu widzenia. Różnice pomiędzy władzami węgierskimi i polskimi są szczególnie widoczne w odniesieniu do stosunków z Rosją. Orbán w relacjach z Moskwą kieruje się nie antyrosyjską obsesją, lecz zrozumieniem tego, że na dobrych stosunkach z sąsiadem można więcej zyskać niż stracić. Przy współpracy z Rosją na Węgrzech buduje się elektrownię atomową. Szewc Fabisiak nie jest zwolennikiem energetyki jądrowej uważając, że ewentualna nawet parominutowa awaria takiej elektrowni spowoduje o wiele groźniejsze skutki niż systematyczne podtruwanie atmosfery węglowymi spalinami. Zatem naszym naddunajskim bratankom należy jedynie życzyć bezawaryjnej pracy atomowego dostarczyciela energii. Kolejnym przejawem węgierskiego pragmatyzmu jest podejście do najważniejszego obecnie problemu tj. walki z wirusową pandemią. Podczas gdy nasi decydenci pospołu z ich europejskimi odpowiednikami biadolili, skądinąd słusznie, nad zmniejszeniem dostaw szczepionek zaakceptowanych przez Europejską Agencję Leków, to Orbán nie oglądając się na agencyjne rekomendacje ściągnął z Rosji tamtejszą szczepionkę Sputnik V. Wyszedł z racjonalnego założenia, że lepiej dać się ludziom szczepić rosyjskim preparatem niż czekać aż zaakceptowani przez agencję dostawcy uporają się ze swoimi produkcyjnymi problemami.

Orbán nie obcyndala się również jeśli chodzi o stosunki z Ukrainą. Nie potępił przyłączenia Krymu do Rosji w odróżnieniu od tych rządów, w tym oczywiście polskiego, które owo przyłączenie nazywają aneksją. Węgierski premier potrafi kalkulować i wie, że bardziej mu się opłacają dobre stosunki z silną Rosją niż ze słabnącą Ukrainą – zauważa szewc Fabisiak. Ponadto umie zadbać o interesy mieszkającej na Ukrainie węgierskiej mniejszości poddanej nacjonalistycznym naciskom ze strony władz w Kijowie. Nie podoba się to specjaliście od prywatyzacji a obecnie europodeputowanemu Januszowi Lewandowskiemu, który taką politykę nazwał wbijaniem noża w plecy Ukrainie. Ze strony polskiej nikt Ukrainie noża nigdzie nie wbija i w związku z tym olewa się sytuację mieszkających tam Polaków.

O Orbánie stało się ostatnio głośno z racji trójstronnego spotkania tracących unijny grunt polityków z Węgier, Włoch oraz Polski. Liczni komentatorzy zwracają uwagę na fakt, iż chwilowo zawieszona a faktycznie wysiudana z europarlamentarnej chadeckiej frakcji o nazwie Europejska Partia Ludowa, mającej z Węgierską Republiką Ludową tyle wspólnego co Viktor Orbán z Jánosem Kádárem, rządząca na Węgrzech partia FIDESZ musi sobie znaleźć w PE odpowiedni przyczółek a nie szpanować posłami niezrzeszonymi. Szuka zatem popleczników i znalazła ich w postaci przywódcy Ligi Północnej Matteo Salviniego i reprezentującego PiS Mateusza Morawieckiego. Być może do tego szacownego grona dołączy jeszcze kolejny unijny prawicowy konserwatysta, mianowicie lider Słoweńskiej Partii Demokratycznej i obecny premier Słowenii Janez Janša wobec którego pięć partii opozycyjnych wystąpiło o wszczęcie procedury impeachmentu. Wprawdzie premierowi w kutym udało się przeżyć wniosek o votum nieufności jednak teraz nie będzie to już takie pewne. Jego centroprawicowa rządząca koalicja dysponuje bowiem równą połową parlamentarnych mandatów a w ostatnich miesiącach kilku posłów odeszło z obozu rządzącego. W przypadku odsunięcia słoweńskiego premiera od władzy może on się decydować na podłączenie się do bloku Orbána. Słoweński parlament ma 60 dni na rozpatrzenie wniosku o impeachment co oznacza, że Viktor Orbán musi jeszcze poczekać co najmniej dwa miesiące na rozbudowę swojej stajni.

Polskich komentatorów bardziej podniecają dobre stosunki Orbána z Rosją niż polityczny program owych trzech panów, co – zdaniem szewca Fabisiaka – ma większe znaczenie niż stosunki zewnętrzne mające wymiar drugorzędny. Natomiast polityczne credo wspomnianych tu polityków daje dużo do myślenia ile ktoś potrafiłby wyciągnąć z tego wnioski a nie jedynie kultywować antyrosyjskie fobie. Otóż generalna linia programowa FIDESZ, Ligi Północnej i PiS zakłada tworzenie państwa a także, jak wynika z ich ambicjonalnych przechwałek, całej Europy na powrocie do XIX-wiecznego modelu opartego o konserwatywne zasady ówcześnie rozumianego chrześcijaństwa, gdzie najważniejsze są tradycyjne wywodzące się z chrześcijaństwa wartości wśród których można by się doszukać takiej choćby wartości jak usytuowanie kobiety na pozycji kucharki-wychowawczyni. Taka wizja jednak w daleko mniejszym stopniu interesuje naszych rodzimych komentatorów niż dywagacje nad czy tym promoskiewskiemu Orbánowi uda się zawrzeć trwa sojusz z antyrosyjskim Kaczyńskim i jakie to może mieć konsekwencje dla przyszłości Unii Europejskiej. Szewc Fabisiak uważa, że raczej znikome jako że znikomy jest wpływ tych panów na unijną rzeczywistość.

Różnice między polityką i piłką nożną

Politycy podobnie jak piłkarze przechodzą sobie z klubu do klubu. Jednak transfery piłkarskie w odróżnieniu od politycznych są bardziej zrozumiałe i uczciwe – uważa szewc Fabisiak.

Wynika to z kilku powodów. Po pierwsze, piłkarskie transakcje transferowe zawierane są pomiędzy klubami jak w normalnym handlu. Nie są one owiane tajemnicą a kwoty tych transakcji są jawne. Zarabiają na tym również sami futboliści dzięki czemu czują się dowartościowanym obiektem przetargów a nie jedynie towarem jak nie przymierzając piłka futbolowa. Niekiedy ma również miejsce zjawisko wypożyczania piłkarza do innego klubu. W polityce ten obyczaj zapoczątkowało PSL delegując swego czasu swoich posłów do klubu Kukiz 15. W tym przypadku chodziło o udzielenie kukizowcom ratunku przed zamianą statusu klubu sejmowego na rzecz koła poselskiego co oznaczałoby spadek do niższej ligi sejmowej.
Po drugie, o ile politycy zmieniając barwy klubowe oszukują swoich wyborców, to piłkarze są wobec swoich kibiców znacznie bardziej uczciwi. Nie obiecują im, że będą w grać w jednym i tym samym klubie do końca swojej zawodniczej kariery. Kibicom może się co najwyżej nie podobać to, że ich idol opuścił ich ulubiony klub jednak bywa i tak, że cieszą się z nabytku jakiejś futbolowej gwiazdy. Mamy tu do czynienia z czytelnym, jawnym i powszechnie znanym układem. Przejście jakiegoś zawodnika z Arsenalu do Stali Mielec lub na odwrót jest bowiem faktem publicznym, który nie stanowi zaskoczenia. Inaczej jest gdy jakaś posłanka bądź poseł przeskakują do innego klubu lub koła. W tym wypadku jego dotychczasowy klub nie ma nic do powiedzenia a całej tej podmiance często dowiaduje się po fakcie i to za pośrednictwem mediów.

Po trzecie, piłkarz zmieniający barwy klubowe może liczyć na przyrost swoich finansowych apanaży. Natomiast parlamentarzyst(k)a nie zyskuje nic poza chwilowym zainteresowaniem medialnym. W języku czeskim osoba taka określana jest jako přeběhlík (czytaj: przebiehlik), co nie oznacza bynajmniej kogoś przebiegłego, lecz tego kto przebiegł z klubu do klubu. Motywacje takich politycznych biegów mogą być różnorakie. Niekiedy są uzasadnione niechęcią czy rozczarowaniem wobec swojego dotychczasowego ugrupowania co z kolei może być podyktowane różnymi przyczynami – ideowymi bądź personalnymi i ambicjonalnymi. Tego rodzaju postawa napotyka na stosunkowo łagodną krytykę w odróżnieniu od sytuacji, gdy přeběhlík w zamian za przeskok otrzymuje propozycje w postaci np. jakiegoś lukratywngo stanowiska czy też obietnicę wysokiego miejsca na wyborczej liście kandydackiej. Szewc Fabisiak nazywa to bezgotówkową korupcją polityczną. W polskich realiach zjawisko to dotyczy to nie tylko klubów grających w lidze sejmowej lecz także struktur, które do takiej gry mają aspiracje jak choćby ruch Szymona Hołowni Polska 2050 swoją nazwą wyprzedzający Kukiza o 35 lat. Nie czekając na wynik wyborów w wyniku których ugrupowanie Hołowni i tak dostałoby się do Sejmu i to z całkiem przyzwoitym wynikiem wspomniana Polska 2050 już teraz wyłuskuje z poselskiego grona poszczególne osoby. Co prawda zyskuje przez to możliwość zabierania głosu z sejmowej mównicy lecz jednocześnie traci image ruchu nowego nie uwikłanego w dotychczasowe polityczne układy.

Z pewnym zrozumieniem traktowane są też międzypartyjne przeskoki w ramach układu składającego się z niezbyt odległych od siebie orientacji politycznych. Dlatego też, jak zauważa szewc Fabisiak, nikogo specjalnie nie dziwią transfery z PiS do PO czy też w odwrotną stronę. Wszak to jedna prawicowa rodzina skłócona w walce o władzę – nie tylko polityczną ale też w nie najgorzej płatnych spółkach skarbu państwa. Relatywnie małe zdumienie wzbudza też przechodzenie z Nowoczesnej do SLD i z SLD do Platformy ponieważ odbywa się to wewnątrz jednego opozycyjnego kotła. Inaczej natomiast jest to postrzegane w przypadku zdrady ewidentnej w postaci przejścia z klubu Lewicy do prawicowego Porozumienia. Zdaniem szewca Fabisiaka, pani posłanka Pawłowska wykazała się tu brakiem wyobraźni. Jeżeli już dawać dyla w prawicowym kierunku, to dlaczegóż by nie iść na całość i nie wpisać się od razu do PiS. Bowiem PiS to wciąż partia władzy i nawet gdyby w wyniku najbliższych wyborów władzę tę utraciło, to i tak miejsca w Sejmie będzie miało jak banku. A Porozumienie niekoniecznie.

Amerykańska mowa nienawiści

Prezydent USA Joe Biden nazwał Władimira Putina mordercą. Kto kogo przezywa tak się sam nazywa – odparował Putin.

Udzielając takiej riposty Putin potraktował swojego amerykańskiego partnera jak złośliwego i niezbyt rozgarniętego uczniaka szkoły podstawowej – uważa szewc Fabisiak. Ponadto Putin wykorzystał okazję aby przypomnieć Bidenowi eksterminację Indian, którą nazwał wprost ludobójstwem oraz rzucenie bomby atomowej na Hiroszimę.

Wyobraźmy sobie podobną sytuację w naszym kraju. W polskim pieniackim i pozbawionym poczucia humoru politycznym środowisku podobna wypowiedź wywołałaby niechybnie ostro brzmiące komentarze, żądania publicznych przeprosin oraz zapowiedzi kierowania sprawy do sądu. Po raz kolejny wytykano by politycznym adwersarzom mowę nienawiści. Łatwo też można sobie wyobrazić co by się działo gdyby to Putin w taki sam sposób mówił o Bidenie. Cały polityczny i medialny mainstream codziennie huczałby z oburzenia. Jednak nie w przypadku amerykańskiego prezydenta. Wszak Stany Zjednoczone to nasz najwierniejszy przyjaciel i sojusznik strzegący nas przed złowróżbną rosyjską agresją, godny naśladowania wzorzec demokracji przeciwstawny kremlowskiej dyktaturze. Dlatego też polskie komentarze w tej materii był raczej miękkie czy wręcz aprobujące retorykę Bidena. Przykładowo, były ambasador na Ukrainie Jan Piekło stwierdził w ostatnim Studiu Wschód, że Biden powiedział prawdę co jednak wymagałoby jakiegoś racjonalnego uzasadnienia. Nie tylko wykształceni prawnicy ale też ktoś kto ma jakieś pojęcie o prawie w rzeczonej wypowiedzi Bidena, a także wtórującego mu pana Piekło, dopatrzyliby się braku elementarnego rozeznania w powszechnie obowiązującej jurysdykcji. Zakłada ona bowiem zasadę domniemania niewinności natomiast nazywanie kogoś mordercą nie tylko przy braku ewentualnych dowodów ale również przed wydaniem prawomocnego wyroku sądowego nosi znamiona znieważenia.

Wśród naszych rodzimych oraz zagranicznych komentatorów trwają dywagację co do tego dlaczego Joe Biden wypowiedział się w stylu agresywnego amerykańskiego kowboja wobec którego Donald Trump jawi się jako wzór uprzejmości i elegancji. Oraz dlaczego Putin zamiast odpalić z grubej rury podszedł do całej tej sprawy z ironicznym i jakby lekceważącym dystansem. Szewc Fabisiak dostrzega tu kilka wątków. Biden od pierwszych dni swojej prezydentury podkreślał, że głównymi wrogami USA są Chiny i Rosja. Koncentrując się na walkę z Chinami musiał niejako dla równowagi ostro przywalić także Rosji. Drugim elementem tej retorycznej równowagi jest chęć przyćmienia w publicznym obiegu tych obszarów, gdzie dochodzi do porozumienia a nawet współpracy między Waszyngtonem a Moskwą. Najbardziej znanym na świecie przykładem jest tu zawarcie w ostatnich dniach stycznia wzajemnego porozumienia o przedłużeniu umowy o dalszej redukcji i ograniczeniu strategicznej broni bojowej. Motywów takiej decyzji może być kilka. Najważniejszy wydaje się ten, że termin obowiązywania umowy mijał w dniu 5 lutego. Dla Bidena najprostszym rozwiązaniem byłoby jej przedłużenie na kolejnych 5 lat niż rozpoczynanie nowych negocjacji. Zwolennikiem takiego właśnie podejścia był Trump, który lubił i umiał prowadzić negocjacje natomiast dla Bidena wydaje się to być zbyt trudnym zajęciem a ponadto woli on występować z pozycji siły odradzającego się jakoby mocarstwa. Parząc na to z polskiego punktu widzenia można by dojść do wniosku, że tak jak Trump starał się w stosunkach międzynarodowych postępować inaczej niż Obama, tak polityka Bidena ma stanowić odwrotność polityki Trumpa, który zwlekał z podpisaniem porozumienia. A zwlekał ponieważ uważał, że do tego rodzaju układów należałoby włączyć trzecie światowe mocarstwo – czyli Chiny w czym była pewna logika przynajmniej z punktu widzenia amerykańskich interesów.

Drugi, choć informacyjnie mało eksponowany przykład amerykańsko-rosyjskiego współdziałania dotyczy sytuacji w Afganistanie. W ostatnich dniach odbyła się w Moskwie konferencja poświęcona zakończeniu trwającej od 20 lat wojny domowej. Oprócz przedstawicieli afgańskich władz oraz talibów wzięli w niej udział także przedstawiciele kilku innych krajów w tym Stanów Zjednoczonych, które po raz pierwszy uczestniczyły w międzynarodowym spotkaniu na terenie Rosji. Obecne na tej konferencji kraje wydały wspólny komunikat wzywający skonfliktowane strony do ograniczenia stosowania przemocy oraz natychmiastowego podjęcia rozmów co do przyszłości kraju. Oczywiście zajęcie przez Rosję i USA wspólnego stanowisko było możliwe dlatego, że oba kraje mają już dość wojny w Afganistanie i chcą jak najszybszego jej zakończenia. Stany chciałyby w końcu wycofać stamtąd swoje wojska zaś Rosji zależy na zaprowadzeniu bezpieczeństwa na bliskim jej geograficznie obszarze.
Do wyjaśnienia pozostaje jeszcze reakcja Władimira Putina na słowa Joe Bidena. Zdaniem szewca Fabisiaka, reagując w taki a nie inny sposób Putin chciał poprawić swój image na arenie międzynarodowej zwłaszcza w sytuacji gdy jest krytykowany za sprawę Nawalnego. Dlatego też nie dał się wpuścić w bazarową pyskówkę a co więcej zaproponował Bidenowi przeprowadzenie wspólnej wideokonferencji w celu – jak to formułuje oficjalny komunikat rosyjskiego MSZ – „poszukiwania wyjścia z powstałego z winy Waszyngtonu impasu”. Strona amerykańska nie zgodziła się na tę propozycję. Z poczucia wyższości czy też z obawy przed brakiem argumentów? – zastanawia się szewc Fabisiak.

Bardziej i mniej inteligentna mobilność

W zaproponowanym przez rząd Krajowym Planie Odbudowy szczególne interesowanie szewca Fabisiaka wzbudził rozdzialik dotyczący inteligentnej mobilności. Bowiem sam fakt, iż rząd proponuje coś inteligentnego jest swego rodzaju ewenementem.

Owa inteligentna mobilność ma się odnosić m. in. do sektora kolejowego. Wynikałoby zatem, że podróż koleją to inteligentny sposób przemieszczana się w odróżnieniu od mniej inteligentnych rodzajów transportu takich jak choćby komunikacja autobusowa, przeloty samolotami czy też żegluga śródlądowa – zauważa szewc Fabisiak. Zatem najbardziej inteligentne jednostki powinny być kierowane do obsługi ruchu kolejowego a ci mniej kumaci do pozostałych gałęzi transportu lotnictwa nie wyłączając. Należałoby też mniemać, iż kolejowa inteligencja powinna być cechą wyłącznie fachowego personelu ale już nie pasażerów, których nikt nie będzie testował na okoliczność IQ. A jeżeli będzie, to politycy obozu rządzącego w razie czego mogą sobie podróżować swoimi służbowymi bądź prywatnymi samochodami i rozliczać kilometrówki.

Kolejnym obszarem inteligentnej mobilności ma być budowa obwodnic dla miejscowości o dużym natężeniu ruchu. Istotnie poruszanie się po obwodnicy wymaga wysokiego stopnia inteligencji. Należy uważać na pojazdy z przodu, z tyłu i z boku. Trzeba też być czujnym w przypadku wyprzedzania a także umieć w porę odnaleźć miejsce zjazdu z obwodnicy aby nie kręcić się bez sensu w kółko. I tu niezbędna jest inteligencja. Nie to co jazda po mieście, gdzie nawet zwykły matoł wie, że należy się zatrzymać przy czerwonym świetle i ruszyć do przodu, gdy zapali się zielone. Ponadto w większych miastach często stoi się w korkach co też nie wymaga specjalnego wysiłku umysłowego. A na takiej obwodnicy to trzeba równo dymać i nie przysypiać w ulicznych korkach.

Inteligentna mobilność to także zwiększenie bezpieczeństwa drogowego oraz na kolei. Jak by tu w sposób inteligenty zwiększyć owo bezpieczeństwo – zastanawia się szewc Fabisiak. Instalować światła na skrzyżowaniach, ustawiać radary i gonić kierowców mandatami, opuszczać szlabany na przejazdach kolejowych, zobowiązać kierujących lokomotywami do wysyłania sygnałów ostrzegawczych przy zbliżaniu się do przejazdu niestrzeżonego, zakazać przechodzenia przez tory kolejowe? Wszystko to już było. Jednak, jak zauważa szewc Fabisiak, mamy myślący i w założeniu inteligentny rząd z premierem na czele, któremu towarzyszą tak wybitne intelektualnie postacie jak… I w tym momencie szewc Fabisiak się zatrzymał aby przypadkiem nikogo na tej długiej liście nie pominąć. Dysponując tak wybitnymi umysłami rząd na pewno coś inteligentnego wymyśli na odcinku bezpieczeństwa drogowego i kolejowego a my poczekamy na konkrety.

Natomiast nieco więcej inteligentnej mobilności przydałoby się kierowcom pojazdów przewożących postacie z politycznej czołówki. Kierowcy ci niejako wyspecjalizowali się w drogowych stłuczkach i karambolach. Niegdyś formacja chroniąca najważniejsze polityczne persony nazywała się Biuro Ochrony rządu, w skrócie BOR, a jej funkcjonariuszy nazywano borowikami. Niedawno zmieniła ona nazwę na Służbę Ochrony Państwa w skrócie SOP, w związku z tym zamiast leśnych BORowików mamy teraz zimowe SOPle. Szewc Fabisiak zauważą, że obie te nazwy były wysoce mylące. BOR rozciągało swój parasol ochronny również na osoby spoza rządu jak choćby parlamentarne marszałkowskie. Również SOP bynajmniej nie chroni państwa jako takiego, lecz jedynie mały promil jego obywateli. Nie dziwmy się temu. Wszak żyjemy w czasach, gdy nikt nam nie wmówi, że białe jest białe a czarne jest czarne – cytuje polskiego współczesnego czołowego klasyka szewc Fabisiak.

Kruszące wiertło w służbie Polsce

Władze RP mają tendencję do nadymania do monstrualnych rozmiarów wydarzeń w których udział biorą najważniejsze osoby w państwie tj. premier oraz jego formalny zastępca i jednocześnie szef po linii partyjnej.

Tak było również w przypadku uroczystego rozpoczęcia kopania tunelu pod dnem Świny. Sam prezes Kaczyński stwierdził podczas inauguracji tego przedsięwzięcia, iż jest to wprawdzie może malutki, lecz jednocześnie niesłychanie ważny element trwania Polski. Wnioskować by zatem należało, że bez owego tunelu Polska byłaby może nadal tworem trwałym, lecz jakby nie do końca. Symbolem tudzież gwarantem stuprocentowej trwałości naszego państwa ma być wiekopomne wiertło, które właśnie zagłębiło się w odmętach świńskiej (od Świny a nie od świni) otchłani. Premier Mateusz Morawiecki z właściwą sobie elokwencją wygłaszał stosowne peany n rzecz wspomnianego narzędzia. To potężne wiertło będzie kruszyć nie tylko warstwy ziemi, ale bariery niemożności, uległości i słabości – perorował Morawiecki. Tym samym przyznał, że w Polsce jest jeszcze wiele niemożności i słabości zapominając dodać, iż są one smutną pozostałością po ośmioletnich rządach Platformy Obywatelskiej. Szewc Fabisiak uważa to za poważną wpadkę medialną.

Gdzież by tu to kruszące wiertło wsadzić – zastanawia się szewc Fabisiak. Obiektem najpilniej oczekującym na pojawienie się wiertła jest służba zdrowia zwłaszcza w okresie wirusowej pandemii. Niechże zatem wciśnie się ono w budowę nowych szpitali, niech wydrąży z budżetowej kasy pieniądze na rozwój lecznictwa i podwyżki wynagrodzeń dla medycznego personelu. Przy okazji szewc Fabisiak zauważa, iż prominentne postacie z kręgu władzy jakoś nie kwapią się do celebrowania uroczystości oddawania do użytku nowych tymczasowych szpitali. Jest o tyle zrozumiałe, że ewentualny kontakt ze społeczeństwem może się zakończyć tak jak w przypadku otwarcia obwodnicy wokół Wrześni czy też inauguracji zawodów narciarskich, kiedy to premier i prezydent musieli chować się za ochroną bądź salwować się ucieczką przed kilkuosobową garstką protestujących. Można bowiem nie tylko przypuszczać, lecz być niemal pewnym, że wizyta jakiegokolwiek przedstawiciela władzy w placówce służby zdrowia spotkałaby się z podobną do wyżej opisanych reakcji ze strony lekarzy, personelu szpitalnego oraz nie pałających do władzy zachwytem pacjentów. Wiertło należałoby też wsadzić koncernom farmaceutycznym, które nie specjalnie wywiązują się z dostarczaniem zamówionych szczepionek. Niech skruszy ono niemożność produkowania dostatecznej ilości antywirusowych dawek szczepionkowych. Wiertłem można by również postraszyć kogo trzeba a już pan Kaczyński&company wiedzą kogo i szewc Fabisiak nie zamierza im tego podpowiadać.

Problemów, które należałoby rozwiązywać przy pomocy wiertła jest wiele. Czy właśnie w tym celu została powołana przy premierze Rada Doradców Politycznych – zastanawia się szewc Fabisiak i coś mu tu nie pasuje. Skoro, jak wynika z oficjalnej informacji na stronie internetowej kancelarii premiera, zadaniem owej rady ma być opracowywanie analiz, opinii i ekspertyz dotyczących sytuacji polityczno-ekonomicznej, to logicznym byłoby zamiast tworzenia gremium składającego się z 21 polityków powołanie zespołu ekspertów z poszczególnych dziedzin mających odpowiednią wiedzę i merytoryczną orientację. Skoro tak się nie stało, to szewc Fabisiak wyciąga z tego dwa wnioski. Pierwszy, ekspertów o odpowiednich kwalifikacjach PiS po prostu nie posiada. Trudno bowiem za takiego uważać Marka Kuchcińskiego, który mógłby co najwyżej doradzać w kwestii podróży lotniczych na Podkarpacie czy też Janusza Śniadka, który będąc przewodniczącym wówczas i teraz prorządowego związku zawodowego „Solidarność” specjalizował się w umieszczaniu w prasie nekrologów. Zresztą co tam szeregowi członkowie rady, skoro sam jej przewodniczący wsławił się tym, że argumentował, iż chociaż ceny prądu rosną, to relatywnie maleją ponieważ jeszcze bardziej drożeją inne towary i usługi. Wykazał się zatem kwalifikacjami analityczno-badawczymi na poziomie obecnego rządu – stwierdza szewc Fabisiak. Wniosek drugi, Mateusz Morawiecki buduje sobie zaplecze w ramach PiS na wypadek gdyby komuś, a raczej wiadomo komu, przyszedł do głowy pomysł aby posunąć go z tej lukratywnej posady. Gdyby jednak rzeczywiście powstał taki plan to obecnemu premierowi nie pomoże ani zespół nawet lojalnych doradców ani też jakiekolwiek nawet najpotężniejsze wiertło – prognozuje szewc Fabisiak.

Instrument Polityki Nienawiści

Tak szewc Fabisiak odczytuje skrót IPN, który oficjalnie oznacza Instytut Pamięci Narodowej choć jest to pamięć mocno wybiórcza co jest cechą charakterystyczną sklerotyków oraz pacjentów dr Alzheimera.

IPN, podobnie jak i inne struktury śledcze, działa po cichu jedynie od czasu o czasu dając o sobie znać przy okazji celebrowania kolejnej rocznicy ku czci żołnierzy słusznie wyklętych za swoje zbrodnicze poczynania. Ostatnio IPN znalazł się w kręgu zainteresowania polityków i publicystów z duperelnego powodu – mianowicie ewentualnego powołania heilującego niegdyś osobnika na jedno z licznych kierowniczych stanowisk tej instytucji. I właśnie za to heilowanie opozycja domagała się odwołania decyzji co do mianowania Tomasz Greniucha, który ostatecznie sam wycofał swoją kandydaturę. Liberalna opozycja spod znaku Koalicji Obywatelskiej wespół ze sprzyjającymi jej komentatorami czuła się wyraźnie zniesmaczona tym, że ktoś taki ma zostać powołany na kierownicze stanowisko w instytucji, które uznają oni za ważną i potrzebną. Świadczy o tym dysputa w sobotniej telewizyjnej „Loży prasowej”. Red. Adam Szostkiewicz z „Polityki” biadolił nad tym, że Greniuch miałby objąć „ważną funkcję w instytucji państwowej”. Jak zauważa szewc Fabisiak, panu Szostkiewiczowi najwyraźniej odpowiada model państwa w którym ważną rolę odgrywa skrajnie prawicowo upolityczniona struktura. Z kolei dla red. Andrzeja Stankiewicza taka nominacja wydała się zdumiewająca, podczas gdy byłaby ona przejawem konsekwencji w zakresie polityki kadrowej tego tworu preferującej ustawianie na mniej lub bardziej eksponowanych stanowiskach tych, których orientacja polityczna musi być zgodna z obsesyjnie antykomunistyczną strategią nie tylko rzeczonego instytutu, lecz całej rządzącej prawicy do spółki z opozycyjną Konfederacją.

Tymczasem cała ta pseudoafera uzmysławia to o czym nie wszyscy do tej pory wiedzieli. A mianowicie to jak zorganizowany jest IPN. Że posiada swoje placówki terenowe z rozbudowaną hierarchiczną strukturą wewnętrzną. Dowiedzieliśmy się bowiem, że pan Greniuch był dyrektorem departamentu opolskiej delegatury IPN. Ten fakt do tej pory jakoś umykał uwadze pryncypialnej liberalnej opozycji. Albo wynikało to z niedoceniania znaczenia funkcji o której nie mówi się publicznie albo też ze słabej zdolności niuchania haków na siłę rządzącą – wnioskuje szewc Fabisiak.
IPN jest jeszcze bardziej zurzędniczałą instytucją niż wszystkie ministerstwa. W samej jej centrali ulokowanych jest 5 biur, Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu oraz Archiwum. Ponadto IPN ma 11 oddziałów umieszczonych akurat w tych miastach gdzie znajdują się sądy apelacyjne, co daje dużo do myślenia. Nie dość na tym, IPN utworzył sobie 7 delegatur w tym w 3 miastach powiatowych. W oddziałach i delegaturach usadowione są departamenty dzięki czemu pod względem rozmiarów administracji i będącej tego konsekwencją liczby stanowisk kierowniczych i dyrektorskich IPN bije na głowę wszystkie resorty co stawia go w uprzywilejowanej sytuacji tworząc zeń najpotężniejszy ośrodek władzy wykonawczej. Taka pozycja rzeczonej instytucji wynika ze strategii sił sprawujących władzę. Gdyby instytut zajmował się jedynie badaniami historycznymi wystarczyłoby Biuro Badań Historycznych tudzież wspomniane wyżej Archiwum. Tymczasem instytucję tę wyposażono w dodatkowe zadania o czym świadczy umiejscowienie w nim m. in. biura zajmującego się edukacją narodową. Jak widać, panującym w tym kraju nie wystarcza już indoktrynacja szkolna w wykonaniu ministra Czarnka i jego protegowanych z Ordo Iuris. Dlatego potrzebna jest dodatkowe narzędzie prania mózgów w postaci IPN – zauważa szewc Fabisiak. Gdyby instytucja ta zajmowała się – jak to wynika z jej statutu – faktycznie prowadzeniem śledztw w sprawie zbrodni popełnionych w okresie od 8 listopada 1917 r. do 31 lipca 1990 r. (a więc także po zmianie ustroju) to powinna się również zająć zbrodniami dokonanymi przez żołnierzy wyklętych. Jednak jest ona pozbawiona śladu cienia obiektywizmu w związku z czym doskonale się nadaje jako instrument prymitywnej i nachalnej propagandy. A jakie są skutki nachalnej indoktrynacji ma okazję przekonać się Kościół Katolicki – zwraca uwagę szewc Fabisiak.

A niech się zagryzą

Okazuje się, że nie tylko Prawo i Sprawiedliwość ma nazwę przeciwstawną wobec samej siebie. Za przykładem tej partii ostatnio poszło także Porozumienie.

Podobno ten twór nadal nosi nazwę Porozumienie Jarosława Gowina choć do porozumiewania się z nim w ramach własnego ugrupowania jest coraz mniej chętnych. Zaczęło się od Adama Bielana, który domagał się ustąpienia Gowina po upływie statutowej kadencji. I został za to usunięty z partii. Szewc Fabisiak zwraca w uwagę na to, że prekursorem tej procedury był niejaki Alieksiej Nawalnyj, który przed laty również wnioskował o usunięcie szefa partii Jabłoko, do której wówczas należał, i też został z partii wysiudany. I na tym kończą się rosyjsko-polskie analogie. Bielan ani nie będzie w stanie zwoływać masowych demonstracji ani też nikt nie będzie go truł ani wsadzał do więzienia. Co najwyżej załapie się na jakieś państwowe stanowisko gdyby PiS znowu wygrało wybory.

W tym momencie pojawia się pytanie dlaczego akurat teraz wywołano w Porozumieniu tę wewnętrzną wojenkę choć o tym, że Gowin nie zwołuje partyjnego kongresu wiadomo było od ponad dwóch lat. I w tym wypadku nie chodzi o spóźniony refleks będący odzwierciedleniem umysłowej ociężałości niektórych polityków, lecz o podskórne rozgrywki w ramach walki o władzę czy też jej utrzymanie. Niemal wszyscy komentatorzy są zgodni co do tego, że kryzys wewnątrz Porozumienia wywołał Jarosław Kaczyński rękami Adama Bielana i spółki. Jaki miał w tym cel? Szewc Fabisiak domniemywa, iż chce ujaić Gowina i przez to wzmocnić kontrolę nad Porozumieniem. A że przy okazji ośmieszył tę partię? W końcu lepszy ośmieszony sojusznik niż żaden. I nawet taki sprzymierzeniec jest cenny tylko po to by zachować sejmową większość. Natomiast sam Gowin staje się coraz bardziej samodzielny idąc w tej konkurencji na wyścigi ze Zbigniewem Ziobrą. I przez to staje się niewygodny dla przywódcy prawicy, która nominalne wciąż jest zjednoczona.

Aby choćby w niewielkim stopniu zrozumieć to co się dzieje wewnątrz partyjki Po Rozumie Nie należałoby się cofnąć do genezy jej powstania – proponuje szewc Fabisiak. Jarosław Gowin po opuszczeniu rządu Platformy musiał sobie znaleźć takie miejsce na scenie politycznej, które zapewniłoby mu nie tylko wybór na posła, lecz także lukratywne stanowisko rządowe. Samo ubieganie się o przyzwoite miejsce na liście wyborczej PiS mogłoby być mało skuteczne. Dlatego też musiał utworzyć nową strukturę, która też byłaby na rękę Kaczyńskiemu dążącego o zdobycia takiej liczby głosów, która dawałaby szansę uzyskania większości mandatów. Dlatego przeprosił się z Ziobrą, który tak jak Gowin również stworzył swoje własne ugrupowanie, a także przygarnął pod swoje skrzydła Gowina przy okazji triumfalnie ogłaszając wiekopomne zjednoczenie prawicy pod jego, Kaczyńskiego sztandarem. Gowin poszedł na ten układ nawet za cenę instrumentalnego wykorzystania jego osoby jako rzekomego przyszłego ministra obrony. Do jego struktury chyżo przymknęli ci dla których start w wyborach z ramienia niby samodzielnego podmiotu stwarzał szansę na załapanie się do Sejmu tudzież na rządowe synekury. Tymczasem misja Bielana wykazała całą miałkość tego ugrupowania. Przy okazji można też było się dowiedzieć ile osób liczy sobie partyjny aktyw. Ujawnił to usunięty z partii jeszcze minister Michał Cieślak mówiąc w wywiadzie dla Rzeczpospolitej, że Gowin w furii usiłował wyciąć z partii ponad 15 osób, co ma stanowić połowę jej politycznego aktywu. Wynikałoby stąd, że ów polityczny aktyw liczy sobie niewiele ponad trzydziestkę, co raczej nie plasuje tej partii w krajowej czołówce politycznej. Tym nie mniej rozgryweczki w ramach tej struktury stały się tematem poważnych debat publicznych. Szewc Fabisiak obserwuje cały ten cyrk z lewicową satysfakcją. A niech się gryzą aż się w końcu zagryzą. Dla dobra Polski.

Triumfalna ofensywa cenzury

Zablokowanie Donaldowi Trumpowi kont na tzw. mediach społecznościowych stało się dla ministra Zbigniewa Ziobry inspiracją do forsowania rozwiązań prawnych umożliwiających cenzurowanie tychże mediów przez jakieś nowe ciało powołane przez sejmową większość, która wiadomo jaka jest. Po przejęciu przez prorządowy Orlen prasy regionalnej jest to kolejny krok na drodze do dominacji jednolitej linii propagandowej w środkach masowego przekazu.

Jednakże Ziobro nie jest w swych totalitarnych ciągotkach bynajmniej odosobniony i nawet wypada dość blado na tle innych krajów – zwraca uwagę szewc Fabisiak. To, że w państwie zwanym Mjanma (dawniej Birma) wojsko po dokonaniu zamachu stanu znacznie ograniczyło obywatelom dostęp do internetu jest zjawiskiem zrozumiałym. Taka jest bowiem norma postępowania w przypadkach siłowego przejęcia władzy. Jednak nie tylko Mjanma wprowadziła medialną cenzurę. Dotyczy to także Ukrainy. W tym hołubionym przez Zachód ze względu na swój antyrosyjski kurs państwie jednym pociągnięciem prezydenckiego pióra zamknięto trzy stacje telewizyjne 112 Ukraina, NewsOne oraz ZIK a na ich szefostwa nałożono sankcje finansowe. Te trzy stacje naraziły się władzy ponieważ nie dość że prezentowały one własny a nie prorządowy punkt widzenia to jeszcze w dodatku w języku rosyjskim. Decyzja ta zgodnie z ukraińskim prawem jest nieodwołalna. Wprawdzie dekret prezydenta może być zaskarżony przed Sądem Najwyższym, to jednak takie zażalenie nie przysługuje wobec postanowienia Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony RBNO, która podjęła analogiczną decyzję.

Zamknięcie stacji telewizyjnych wywołało krytyczną reakcję ze strony Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy. Organizacja ta w wydanym oświadczeniu stwierdza, iż „takie zakazy powinny mieć zastosowanie jedynie w niezwykle wyjątkowych okolicznościach”. Ze stanowiskiem tym stara się polemizować sekretarz RBNO Ałeksiej Daniłow. Otóż jego zdaniem stacje telewizyjne stały się narzędziem wojny prowadzonej przez Rosję przeciwko Ukrainie. Radząc międzynarodowej organizacji bliższe zapoznanie się z istotą prawy Daniłow posłużył się dość ciekawym argumentem. Zadał bowiem retoryczne w jego mniemaniu pytanie o to czy podczas II Wojny Światowej byłaby możliwa w USA i Wielkiej Brytanii swoboda działania filii nazistowskich gazet i rozgłośni radiowych. Szewc Fabisiak wraca w tym momencie uwagę na zasadniczą różnicę pomiędzy hitlerowskimi i ukraińskimi środkami masowego przekazu, co obala całą misterną argumentację ukraińskiego wysokiego urzędnika. Różnica ta polega na tym, że owe trzy stacje telewizyjne powiązane są z Blokiem Opozycyjnym – Za Życie, które to ugrupowanie jest nie tylko legalną partią polityczną ale ma też swoją reprezentację w parlamencie i cieszy się dużym poparciem wśród mieszkańców wschodniej części Ukrainy.

Symptomatyczna jest natomiast reakcja oficjalnych czynników zagranicznych. Nie trzeba być szczególnie domyślnym aby dojść do wniosku, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Rosji to czołowi zachodni politycy gromko by grzmieli na temat łamania wolności słowa. Jednakże prozachodnia Ukraina to nie Rosja dlatego wobec niej należy stosować inne kryteria. Akredytowani w Kijowie ambasadorowie grupy G7 stanęli w rozkroku pomiędzy poszanowaniem wolnościowych wartości a popieraniem antyrosyjskiej Ukrainy. Jak stwierdza ich oświadczenie, „istnieje potrzeba walki z dezinformacją w ramach wolności i pluralizmu środków masowego przekazu”. Zdaniem szewca Fabisiaka, doprawdy trzeba mieć tęgi łeb aby wymyślić tak zagmatwaną formułkę.
Z tej jednolitej oceny wyłamała się Wielka Brytania. Jej ambasadorka bowiem w pełni poparła „zdecydowane działania prezydenta Zełenskiego w walce z dezinformacją przynoszącą szkody Ukrainie”. W stanowisku tym szewc Fabisiak dostrzega pewną konsekwencję bowiem działania ograniczające swobodę dziennikarską zostały w ostatnim czasie podjęte również w ojczyźnie pani ambasador. Jak informuje brytyjski portal The Independent, fotoreporter Andy Aitchison został zatrzymany przez policję, ponieważ robił zdjęcia z protestu starających się o azyl uchodźców mieszkających w barakach w miejscowości Folkestone. Wyrażając swój protestu wobec złych warunków życia uchodźcy podczas trwającej zaledwie koło 10 minut demonstracji wyrzucali różne przedmioty przed wejściem do obozu. Wszystko to usiłował sfotografować Aitchison. Jednakże pięciu policjantów aresztowało go w jego własnym domu argumentując to podejrzeniem o karalne uszkodzenie substancji mieszkaniowej. Fotografowi zabrano telefon komórkowy oraz kartę pamięci jego kamery. Był przez ponad 5 godzin przetrzymywany w areszcie a następnie wypuszczony za kaucją z równoczesnym zakazem zbliżania się do obozu uchodźców do czasu zakończenia prowadzonego przeciwko niemu śledztwa.

Podobnie jak w przypadku ukraińskich telewizji także i tu zaprotestowała organizacja dziennikarska. Również i tu i tam żadne pełne wolnościowych frazesów państwo ani też miłująca wolność i demokrację Unia Europejska nie zareagowały krytycznie na owe wynaturzenia. Czyżby medialna cenzura stawała się już nie podlegającą krytyce normą? – zastanawia się szewc Fabisiak.

Putin kontra Nawalny i świat zachodni

Moskiewski sąd w ostatnich dniach oddalił apelację Aleksieja Nawalnego utrzymując w mocy postanowienie o osadzeniu go w areszcie na okres 30 dni. Można zatem się spodziewać, że przez co najmniej najbliższy miesiąc cały tzw. demokratyczny świat będzie przeżywać cierpiętnictwo rosyjskiego opozycjonisty domagając się mniej lub bardziej stanowczo acz bezskutecznie jego uwolnienia.

Szewc Fabisiak nie jest zwolennikiem trzymania ludzi w aresztach, gdy nie jest to konieczne. Na przykład gdyby oskarżony ukrywał się przed wymiarem sprawiedliwości. W przypadku Nawalnego takie okoliczności nie zachodzą. Wszakże on sam powrócił z Niemiec do Rosji nie po to by się ukrywać, lecz po to by dać się aresztować. Szewc Fabisiak uważa, że jego aresztowanie było błędną decyzją. Gdyby pozwolono mu pozostać na wolności, to cała retoryka o gnębieniu opozycji wzięłaby w łeb. Co prawda, Nawalny mógłby brylować na wiecach swoich zwolenników, lecz miałyby one zupełnie inny charakter. Bardziej odświętny niż w protestacyjny i zapewne mniej liczny. Jednocześnie rosyjskie władze niejako uwiarygodniły słowa samego Nawalnego, który przed wylotem do Moskwy zapowiadał, że spodziewa się aresztowania.

Aresztowanie Nawalnego wywołało jednoznacznie krytyczną, choć zdaniem szewca Fabisiaka przesadzoną, reakcję ze strony tzw, demokratycznej wspólnoty. Mi. in. brano pod uwagę nałożenie sankcji na Rosję a także rozważano – jak pisze niemiecka Deutsche Welle – wywieranie silniejszych nacisków na zablokowanie budowy rurociągu Nord Stream 2. Tymczasem, jak łatwo zauważyć, podbałtycka rura ma tyle wspólnego z aresztowaniem opozycjonisty co dajmy na to instrukcja obsługi kuchenki gazowej z wyrokiem sądowym. Przy okazji nie po raz pierwszy wyszła na jaw obłuda zachodnich opiniotwórczych kręgów, które potrafią jedynie dowalać Rosji pomijając milczeniem znacznie bardziej dotkliwe przypadki przetrzymywania ludzi w aresztach. Ani Unia Europejska ani Stany Zjednoczone nie stanęły w obronie katalońskich polityków aresztowanych tylko za to, że zorganizowali referendum w sprawie odłączenia się od Hiszpanii a tym samym urzeczywistnienia prawa narodów do samostanowienia. Szczególnie obłudnie brzmią wolnościowe enuncjacje ze strony polskich polityków. To przecież w Polsce wprowadzono praktykę wydłużanych ponad miarę tzw. aresztów wydobywczych. To w Polsce przez trzy lata był trzymany w areszcie Mateusz Piskorski, któremu nie potrafiono przedstawić wiarygodnych zarzutów. W jego obronie nie występował nikt poza nielicznymi politykami z Piotrem Ikonowiczem na czele. Natomiast w pełnej demokratycznych i wolnościowych sloganów Europie również nikt oprócz autentycznej lewicy nie domagał się jego uwolnienia czy choćby uczciwego procesu w trakcie którego wyszłaby na jaw cała absurdalność kierowanych przeciwko niemu zarzutów o rzekome szpiegostwo na rzecz Rosji.

Jednocześnie sprawa Nawalnego ukazuje w czytelny sposób mechanizmy propagandowego oddziaływania na nie zorientowanych do końca konsumentów środków masowego przekazu a zwłaszcza telewizji jaka by ona nie była. Na ekranach telewizyjnych mogliśmy zobaczyć obrazki wciągania zwolenników Nawalnego do policyjnych samochodów łudząco przypominające podobne sceny z warszawskich protestów przeciwko orzeczeniu Przyłębskiego Trybunału. Szewc Fabisiak obiektywnie zauważa, że tego rodzaju policyjne zachowania są w Polsce krytykowane w obydwu tych przypadkach. Jednakże osobom oglądającym jedynie przekazy serwowane przez polskie stacje telewizyjne brakuje pełnego a tym samym obiektywnego obrazu sytuacji. Na naszych ekranach telewizyjnych prezentowani są przedstawiciele rosyjskiej opozycji mówiący o tym, że protesty w Rosji odbywają się w sposób pokojowy. Tymczasem wystarczy przełączyć pilota na telewizję rosyjską by zobaczyć jak grupa kilku mężczyzn bije powalonego na ziemię policjanta, jak nokautowany jest inny policjant, jak wybijana jest szyba w samochodzie a kierowca traktowany jest gazem łzawiącym. To też są fakty bez względu na to czy to się naszym rodzimym rusofobom podoba czy nie.

Sprawa Nawalnego nabrała w ostatnich dniach nowego odkrywczego blasku. Otóż okazało się, że pokazywany w telewizji i okraszany pryncypialnymi komentarzami film ukazujący przepych luksusowej nieruchomości należącej ponoć do prezydenta Putina okazał się zwykła ściemą. Został on podobno nakręcony przez osoby pracujące przy budowie tego kompleksu. U szewca Fabisiaka wątpliwości wzbudził już obrazek samego Putina siedzącego na kanapie co bardziej wyglądało na fotomontaż niż pozowanie rosyjskiego prezydent do zdjęć wykonywanych przez pracowników. Film ten był rozpowszechniany z rekomendacji Nawalnego chwalącego się, że mógł on powstać dzięki działalności jego Fundacji Walki z Korupcją. Tymczasem do posiadania tego kompleksu budowlanego publicznie przyznał się rosyjski biznesmen Arkadij Rotenberg, który mógł przystąpić do bynajmniej jeszcze nieukończonej budowy dzięki pozyskaniu kilku kredytodawców. Być może Nawalnemu zabrakło wyobraźni i sądził, że cała sprawa nie wyjdzie na jaw, zaś on sam umocni się w glorii nieustępliwego tropiciela niecnych poczynań Kremla a skompromitowany będzie Putin. Być może ktoś wpuścił Nawalnego w maliny co nie najlepiej świadczyłoby o jego czujności, Tak czy siak poważnie została nadszarpnięta jego wiarygodność – puentuje Szewc Fabisiak.

Mądry Amerykanin po szkodzie

Znane porzekadło o Polaku mądrym po szkodzie można odnieść również do Amerykanów – uważa szewc Fabisiak na podstawie obserwacji wydarzeń związanych z przejęciem urzędu przez nowego prezydenta USA.

Kiedy Donald Trump wezwał swoich zwolenników do gromadzenia się pod gmachem Kapitolu, to chyba można było przewidzieć, że część z nich będzie usiłowała wedrzeć się do wnętrza budynku i urządzić tam amerykański Majdan. Jednak taka ewentualność wykraczała poza wyobraźnię organizatorów uroczystości w tym oczywiście samego Joe Bidena. Wszak nie byle kto ale były prezydent George W Bush powiedział, że wyniki wyborów mogą być kwestionowane w republikach bananowych ale nie w tak demokratycznym państwie jak Stany Zjednoczone. Tkwiąc w przekonaniu o genetycznym przez Amerykanów umiłowaniu demokracji dla których Kapitol jest świętością osoby odpowiedzialne za zorganizowanie ceremonii oficjalnego zatwierdzenia wyniku wyborów nie brały pod uwagę ewentualności szturmu na Kapitol. Gdyby bowiem brały, to obstawiłyby budynek służbami mundurowymi. Wówczas mogłoby dojść jedynie do ulicznych być może gwałtownych starć jednak będący symbolem amerykańskiej demokracji święty Kapitol nie byłby zbezczeszczony.
Natomiast nowa już władza zachowała się jak Amerykanin mądry po szkodzie. Dopiero przed zaprzysiężeniem Bidena ogrodzono Kapitol betonowymi barierami a wokół samego budynku ustawiono liczne rzesze licznych w tym kraju umundurowanych funkcjonariuszy. Gorliwie strzeżono także wnętrze budynku. Usytuowano tam żołnierzy, którym w dodatku nie dano materacy co zmusiło ich do spania na twardej podłodze. Było to zagranie jeszcze bardziej nonsensowne niż postawienie całego Waszyngtonu w stan pogotowia tak jak gdyby służby wywiadowcze dostały cynk o planowanym zamachu terrorystycznym. Umieszczając wojsko na terenie Kapitolu było bowiem o tyle bez sensu, że cała ceremonia zaprzysiężenia miała się odbyć i faktycznie się odbyła przed samym budynkiem. Też bez sensu – twierdzi szewc Fabisiak. Uważa też, że cała ta pompatyczna pokazówka była pokazem siły adresowanym do przeciętnego Amerykanina mając go utwierdzić w przekonaniu o wielkości jego państwa, o skuteczności nawet po niewczasie odpowiednich służb, o tym, że władze są nieulękłe i zdeterminowane w ochronie demokracji przed – jak się wyraził Biden – krajowymi terrorystami.

Tymczasem nie było żadnych sygnałów świadczących o powtórce ataku na Kapitol. Być może w jakimś stopniu wynikało to właśnie z olbrzymiej, a zdaniem szewca Fabisiaka nadmiernej, mobilizacji środków bezpieczeństwa. Jednak z drugiej strony, inspirator marszu na Kapitol czyli sam Donald Trump nie tylko potępił przemoc, lecz także nawoływał do spokoju i opanowania. W wydanym oświadczeniu co prawda po raz kolejny potwierdził swoją „totalną niezgodę” na oficjalny wynik wyborów, lecz jednocześnie stwierdził, że przekazanie władzy powinno się odbyć w sposób pokojowy, choć sam w tej pokojowej procedurze nie zamierza brać udziału. Cóż z tego, gdyż Trump nie miał możliwości wysłania tego przekazu za pośrednictwem zablokowanego konta na twitterze i puścił to jako wiadomość tekstową na telefony komórkowe osób, które uprzednio zapisywały się na jego wiece. Zresztą sam fakt zablokowania dostępu dla bądź co bądź urzędującego prezydenta i to w dodatku tak znaczącego państwa jest ewenementem w skali światowej. Świadczy on o specyficznym pojmowaniu wolności mediów. Są one bowiem wolne co do podejmowania decyzji o tym kogo można a kogo nie należy dopuścić do głosu. Nie potrzebna jest odgórna cenzura, wystarczy wyczuć co się władzy nawet jeszcze nieformalnej może nie spodobać. Jak widać, potentaci w zakresie elektronicznej informacji nie mogą sobie pozwolić na umieszczanie tekstów niezgodnych z lansowanym odgórnie przekazem propagandowym. Do tej pory to Stany Zjednoczone krytykowały autorytarne rządy za ograniczanie dostępu do internetu. Teraz jednak same ochoczo akceptują ograniczenie swobody wypowiedzi – wnioskuje szewc Fabisiak.