Po boju przedostatnim

Pierwsza tura wyborów prezydenckich zakończyła się zgodnie z oczekiwaniami i wynikami przedwyborczych sondaży. Szewc Fabisiak zwrócił jednak uwagę na to, że najlepsze wyniki osiągnęli ci, którzy zaprezentowali najgorsze spoty wyborcze, natomiast kandydat mający najlepszy spot zajął ostatnie miejsce wśród czołowej piątki.

Andrzej Duda skoncentrował się na atakowaniu swoich konkurentów. Przypominając po raz kolejny wiekopomne transfery socjalne usiłował przekonywać, że w przypadku zwycięstwa jego konkurenta – w domyśle Rafała Trzaskowskiego – zostaną one odebrane. Rzecz jednak w tym, że ani Trzaskowski ani żaden inny kandydat nic podobnego nie deklarował. Przyjmując nawet, że była to ściema wyborcza, to trzeba by jednak wziąć po uwagę to, że ewentualny przyszły prezydent nie będzie na tyle bezmyślnym samobójcą aby coś takiego proponować. Pogrążyłoby to bowiem politycznie jego samego oraz formację z którą jest utożsamiany. A gdyby nawet, to wszelkie tego typu pomysły natychmiast uwaliłby Sejm nad którym to nie prezydent a jeden z prezesów dzierży władzę. Swój image grzmiącego i robiącego groźne miny przywódcy prezydent starał się zrównoważyć ckliwymi obrazkami obcowania z dziećmi, co szewc Fabisiak uważa za raczej żałosną próbę złagodzenia owego wizerunku. Coś na kształt dwa w jednym jak w znanej ongiś reklamie.

Z kolei Rafał Trzaskowski w swoim spocie mówił głównie o sobie. W sferze domysłów pozostaje to czy wynikało to z jego megalomanii, choć po tym względem daleko mu do Dudy, czy też z chęci zaprezentowania siebie jak zwykłego człowieka – takiego jak większość wyborców. Przy całej sympatii dla zwierząt szewc Fabisiak powątpiewa w to czy wyborców jakoś szczególnie interesuje ile psów i papug zamieszka w Pałacu Prezydenckim.
Również Szymonowi Hołowni przydarzyło się coś, co w założeniu miało świadczyć o jego koncyliacyjnym charakterze co jednak szewc Fabisiak odczytał całkiem odwrotnie. Hołownia swoim spocie perorował, iż łączy w sobie lewicowość i prawicowość oraz konserwatyzm i liberalizm. Zapewne miało to być oznaką jego otwartości i wzniesieniu się ponad politycznymi podziałami. Tymczasem szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że jeśli połączy się dwa przeciwieństwa w jedno czyli, ujmując to matematycznie, doda plus do minusa to wychodzi z tego zero.

Zdaniem szewca Fabisiak, niezbyt przekonywującą wypadł również Krzysztof Bosak. Mówił o nowoczesnym patriotyzmie nie precyzując czym ma się różnić od patriotyzmu tradycyjnego, któremu jego Konfederacja zdaje się hołdować. Z kolei jako przykład zdrowego stylu życia zaprezentował gibanie się na żaglówce. Znakomita oferta dla większości wyborców zwłaszcza w tzw. wieku senioralnym.

Natomiast najlepszy spot wyborczy zaprezentował Robert Biedroń wypunktowując kilka konkretnych kwestii, które powinny zainteresować wyborców. A jednak nie zainteresowały. Podobnie jak postulat przeznaczenia 7, 2 proc. PKB na służbę zdrowia czy też propozycja rozwoju na szeroką skalę budownictwa mieszkaniowego.

Wnioski z powyższych obserwacji szewc Fabisiak wyciąga dwojakie. Albo wyborcy nie oglądają telewizyjnych audycji wyborczych – przy czym niska oglądalności jakoś nie idzie tu w parze z dużym zainteresowaniem wyborami czego przejawem jest nadzwyczaj wysoka jak na polskie warunki frekwencja – albo też wiedzą swoje i już zawczasu zadecydowali na kogo będą głosować, co z kolei potwierdza duża zgodność wyników pierwszej tury z przedwyborczymi sondażami. Dużo do myślenia mogą dać ponadto wahania preferencji wyborczych. Przejawem tego jest raptowny spadek poparcia dla Kosiniaka-Kamysza i Biedronia, choć obaj mieli dość konkretne programy oraz reprezentowali ugrupowania mające, zdawałoby się, ugruntowany elektorat. Szewc Fabisiak domniemywa, iż spora część głosujących dała się wmanipulować w zero jedynkowy układ PoPisowski traktując pierwszą turę jako decydującą mimo tego, że nie było ku temu racjonalnych przesłanek. W drugiej układ będzie znacznie czytelniejszy, co dla wyborców oznacza też znacznie łatwiejszą myślówę niż w pierwszorundowym boju przedostatnim. Natomiast dla obydwu konkurentów będzie to bój ich ostatni. Zwłaszcza dla Andrzeja Dudy, gdyby w tym boju poległ.

Na lewo patrz

Szewc Fabisiak ma serce po lewej stronie nie tylko z anatomicznego punktu widzenia. Dlatego też w wyborach prezydenckich poparł lewicowego kandydata.

Wyborcy z sercem po lewej stronie długo nie mieli z tym problemu. Jedynym lewicowym kandydatem był bowiem Robert Biedroń. Natomiast niemal w ostatniej chwili do grona pretendentów dołączył przewodniczący Unii Pracy Waldemar Witkowski. Szewc Fabisiak nie widzi w tym nic zdrożnego uważając, że pluralizmu – także po lewej stronie – nigdy nie za dużo. Szewc Fabisiak jest bowiem zdania, że siła tkwi nie tylko w jedności, ale i w różnorodności, a im więcej wybrzmiało w kampanii lewicowego przekazu, tym lepiej.

Porównując zapowiedzi programowe poszczególnych uczestników wyścigu prezydenckiego szewc Fabisiak doszedł do wniosku, że najbardziej nośne społecznie treści prezentują obydwaj kandydaci lewicowi i do pewnego stopnia Władysław Kosiniak-Kamysz. Przy czym ich oferty odnosząc się do kwestii społecznych równocześnie mieszczą się w szeroko pojętym katalogu lewicowych wartości. A przy tym wyrażały się odwagą w podejmowaniu tematów, które inni ze względów ideowych bądź koniunkturalnych starają się unikać. To właśnie Robert Biedroń w sposób otwarty i jednoznaczny stawia relacje między państwem a Kościołem wskazał na jego nadmierne uprzywilejowanie oraz ciągnięcie środków z państwowej kasy, podczas gdy inni, poza prokościelną i konserwatywną prawica, usiłowali się migać nie chcąc sobie zrazić katolików i sutannowej hierarchii chyba też. To Waldemar Witkowski jako jedyny opowiadał się za możliwością adopcji dzieci przez pary homoseksualne wskazując nie bez racji, że dla dzieci pozbawionych rodziców lepsze jest dorastanie w środowisku kochających się ludzi niż w Domu Dziecka. Szewc Fabisiak rozwija tę myśl, pytając retorycznie dlaczego możliwe jest przykładowo wychowywanie dziecka przez dwie kobiety, z których jedna jest dla niego matką a druga córką a wychowaniem przez dwie kobiety nie powiązane układami rodzinnymi.
Biedroń przebił wszystkich konkurentów postulatem przekazania 7, 2 proc. PKB na służbę zdrowia. Wiadomo, że to nie prezydent o tym decyduje. Jednak może on zgłosić stosowną inicjatywę ustawodawczą pod obrady Sejmu. I wówczas – jak zauważa szewc Fabisiak – sejmowa większość miałaby nielichą myślówę. Przyjąć nie wypada, gdyż oznaczałoby to poparcie dla prezydenta z wrażej opcji a poza tym wpłynęłoby negatywnie na wizerunek formacji rządzącej, która sama na taki pomysł nie potrafiła wpaść. Odrzucić też nie bardzo można skoro nieustannie gardłuje się w temacie socjalnej troski o obywatela i jego rodzinę. Niezręcznie byłby też tłumaczyć się brakiem pieniędzy w budżecie, kiedy prezes NBP mówi o niezliczonej ilości gotówki, gospodarka kwitnie i się dynamicznie rozwija a państwo nie szczędzi kasy na kolejne programy plus o telewizji zwanej publiczną nie wspominając. Podobna sytuacja dotyczyłaby i innych prezydenckich inicjatyw. Dlatego też pisowskiemu blokowi tak zależy na tzw. harmonijnej współpracy między rządem a prezydentem czyli wspólnej i bezkonfliktowej realizacji dyrektyw prezesa. W planach Biedronia znalazł się również rozwój budownictwa mieszkaniowego, co ma na celu nie tylko zapewnienie ludziom, zwłaszcza młodym dopiero rozpoczynającym życie zawodowe, godziwego miejsca na ziemi, lecz także uruchomienie całej machiny innych rodzajów wytwórczości. Szewc Fabisiak przypomina, że przed ponad 20 laty właśnie poprzez wprowadzenie masowego programu mieszkalnictwa Hiszpania wydobyła się z głębokiej zapaści ekonomicznej i radykalnie zmniejszyła poziom bezrobocia.

Z kolei w programie Witkowskiego szewc Fabisiak zwrócił uwagę na trzy elementy. Pierwszy to postulat siedmiogodzinnego dnia pracy. Drugi – rozwój a właściwie odbudowa spółdzielczości. Trzeci – przeorientowanie z USA na Europę. Szewc Fabisiak pamięta, że w czasach tzw. komuny działała prężnie spółdzielczość pracy. Pamięta, że to z całego niemal świata przyjeżdżano do Polski aby zapoznawać się z naszymi doświadczeniami. Dotyczyło to także spółdzielczości studenckiej i uczniowskiej co było ewenementem na skalę światową. W ramach prywatyzacyjnego amoku udupiono spółdzielczość argumentując, iż idea ta zawędrowała do nas ze wschodu, co już w samym swoim założeniu miało ją dyskwalifikować. Tymczasem pierwszą na świecie spółdzielnię założyli brytyjscy tkacze. Komuś najwyraźniej popieprzyły się kierunki geograficzne. Jako zdeklarowany pacyfista i humanista szewc Fabisiak popiera opinię Waldemara Witkowskiego wyrażoną w wywiadzie dla tygodnika PRZEGLĄD o bezsensowności ładowania miliardów dolarów w zakup amerykańskich samolotów F-35, które – jego zdaniem – już wkrótce staną się po prostu bezużyteczne.

Pierwsza tura wyborów prezydenckich pokazała, jak wielu z nas chce większych nakładów na służbę zdrowia, nowych mieszkań dla swoich dzieci, pracować przez siedem godzin czy też nie wyrażać zgody na finansowanie z naszych podatków amerykańskiego przemysłu zbrojeniowego, a ilu dało się wmanipulować w PO-PiSowe salonowe rozgrywki.

Jedni chcą, inni muszą

Kandydaci startujący w wyścigu do prezydentury albo chcą, albo muszą kandydować – zauważa szewc Fabisiak.

Żadne bowiem ugrupowanie obecne w parlamencie nie może sobie odpuścić wyborów prezydenckich, gdyż niechybnie doprowadziłoby to do utraty zaufania i poparcia ze strony wyborców. Wystawiają zatem swoich kandydatów nawet wówczas gdy mają świadomość przegranej. Muszą jednak zaakcentować swoją obecność w przestrzeni publicznej i medialnej a przy okazji starać się dotrzeć do wyborców ze swoimi programami. Podobna sytuacja dotyczy także kandydatów samoistnych. Oni również chcą zaistnieć w tej przestrzeni choć, jak można to zaobserwować na podstawie poprzednich wyborów, zaistnienie to z reguły bywa krótkotrwałe.

Szewc Fabisiak uważnie przygląda się poszczególnym, na razie spoza lewicowych kręgów, kandydatom i na temat każdego z nich ma swoją opinię. Swoje zdanie na temat obecnego prezydenta wyraził tydzień temu. Obecnie przypatruje się pozostałym starając się wyłuskać z dotychczasowej kampanii jakieś swoiste wyróżniki.

Analizę zapowiedzi programowych, które nie zawsze muszą się pokrywać z prezydenckimi uprawnieniami, szewc Fabisiak rozpoczyna od Platformy Obywatelskiej. Zauważa, że formacja ta potrafi korygować własne błędy, co nie jest cechą charakterystyczną dla zadufanej w sobie siły aktualnie rządzącej. Początkowo postawiono na Małgorzatę Kidawę-Błońską, której atutem miało być wizerunkowe przeciwieństwo Andrzeja Dudy. Skoro Duda lubi krzyczeć, to Kidawa-Błońska ma być spokojna i zrównoważona. Podczas gdy Duda robi groźne miny, to kandydatka PO ma być uśmiechnięta i sympatyczna. Są to przymioty jakimi winna dysponować recepcjonistka w przyzwoitym hotelu ale niekoniecznie musi to być wyznacznik kwalifikacji na urząd głowy państwa. Ponadto platformiana kandydatka nijak nie mogła sobie poradzić w przedwyborczej kampanii mimo tego, że nawet przy najbardziej wnikliwym niuchaniu trudno byłby znaleźć na nią jakiegoś haka. Publicznie znana była jako wicemarszałek Sejmu, która to rola sprowadza się do stukania laską marszałkowską tudzież wypowiada formułki: kto z pań posłanek i panów posłów jest za przyjęciem ustawy proszę podnieść rękę i nacisnąć przycisk.

W chwili obecnej nie ma większego sensu wypominanie jej licznych wpadek łącznie z nawoływaniem do niegłosowania na samą siebie przez co wpadła też bądź została wprowadzona w pułapkę braku wiarygodności. Do takiego braku sympatycy różnych partii zdążyli już się przyzwyczaić i dlatego też wyborcy PO z ulgą przywitali pojawienie się Rafała Trzaskowskiego. Patrząc z punktu widzenia kampanijnej techniki szewc Fabisiak dochodzi do wniosku, że kandydat Platformy radzi sobie na ogół nie najgorzej. Jednakże obserwując jego kampanię szewc Fabisiak odnosi wrażenie, iż w niektórych momentach papuguje on Lecha Kaczyńskiego. I jeden i drugi zarzekali się, że nie opuszczą Warszawy i nie będą startować w wyborów prezydenckich, po czym im to przeszło. Podczas, gdy ten pierwszy chwalił Edwarda Gierka domniemywając, iż tym samym przyciągnie do siebie lewicowych wyborców, to ten drugi deklaruje, iż jest dumny z Lecha Kaczyńskiego i pragnąłby przywrócić jego imię jakiejś stołecznej ulicy akurat teraz z okazji wyborów. Zagrywka ta wydaje się być dość prymitywną i raczej nieskuteczną. Zwolennicy PiS mają bowiem swojego kandydata i jest mocno wątpliwe aby z powodu jednej deklaracji nagle spontanicznie poparli kandydata konsekwentnie obrzydzanego przez rządowych polityków i prorządowe media. Może natomiast wywołać pewną konsternację wśród elektoratu PO. Skoro kandydat Platformy głównym hasłem swojej kampanii uczynił słowo „Dość” rozumiane jako przeciwstawianie się obecnemu układowi władzy, to nagłe wygłaszanie panegiryków pod adresem architekta pisowskiej strategii może zostać uznane za obłudę czy też głupotę jak kto woli. Jednak bez względu na to czy Trzaskowski wygra wybory czy też nie, to jego żywa i dynamiczna kampania może ożywić nieco już splatfusiałą Platformę – dochodzi do wniosku szewc Fabisiak.

Kandydaci reprezentujący takie ugrupowania parlamentarne jak PSL czy Konfederacja w zasadzie nie wnoszą w kampanię jakiś głębszych treści, które na trwale mogłyby zagościć w pamięci wyborców, może za wyjątkiem konfederacyjnego pomysłu broń+. Podobnie jak wszyscy pozostali pretendenci krytykują PiS i Dudę, co jest zjawiskiem normalnym wśród normalnych ludzi. PSL ulokowało się na pozycji niby konserwatywnego niby-centrum uznając widocznie, że w ten sposób trafi w mentalność mieszkańców wsi. Jednocześnie zdaje sobie sprawę z relatywnie słabej pozycji wobec dwóch dominujących gigantów. Zapewne dlatego weszło w układ z ugrupowaniem Kukiz – ciągle 15, choć mamy już rok 2020 a będą jeszcze następne. W ten sposób skutecznie wyeliminowano Pawła Kukiza z kandydowania. W odróżnieniu od Dudy i Trzaskowskiego, którzy toczą twardy bój o zwycięstwo Władysław Kosiniak-Kamysz gra o zwiększenie poparcia dla swojej własnej partii i dlatego może być w kampanijnej przepychance bardziej rozsądny i zrównoważony. Dlatego też może śmiało mówić to czego nie chcą lub boją się powiedzieć obydwa tuzy. Mianowicie optować za przywróceniem małego ruchu granicznego z obwodem kaliningradzkim a tym samym za poprawą stosunków z Rosją, która niekoniecznie musi być postrzegana jak śmiertelny wróg czyhający na naszą niepodległość ale przede wszystkim jak chłonny rynek zbytu dla polskich produktów żywnościowych. Szewc Fabisiak uważa, że taka argumentacja bardziej trafia do rolników niż straszenie moskiewskim niedźwiedziem.

O wzrost wpływów walczy również kandydat Konfederacji Krzysztof Bosak starając się przyciągnąć tych wyborców dla których PiS a tym samym obecny prezydent jest za mało konserwatywny, narodowy i bogoojczyźniany. Podobne a może jeszcze bardziej skrajne poglądy prezentuje Mirosław Piotrowski, członek strukturki pod nazwą Ruch Prawdziwej Europy – Europa Christi. Nazwanej tak zapewne w odróżnieniu w odróżnieniu od Europy fałszywej czyli niechrześcijańskiej – wnioskuje szewc Fabisiak. Za swój podstawowy atut Piotrowski uznał rozczarowanie prezydenturą Andrzeja Dudy na którego nieopatrznie 5 lat temu zagłosował licząc zapewne na pozyskanie głosów równie jak on rozczarowanych wyborców PiS. Mirosław Piotrowski jest wykładowcą w Wyższej Szkole Kultury Społecznej i Medialnej księdza Ryzyka, który jednakowoż jakoś nie kwapi się do otwartego wspierania swojego pracownika realistycznie – zdaniem szewca Fabisiaka – oceniając jego szanse wyborcze.

Nie licząc audycji w TVP info mającej jakoby przypominać debatę przedwyborczą spośród innych pozapartyjnych kandydatów jak do tej pory dał się publicznie poznać Paweł Tanajno, który zorganizował protest przedsiębiorców. Dzięki temu telewidzowie mogli zobaczyć zarówno protestujących jak i jego samego. Ten przynajmniej wie na kogo postawić. Jest w tym jakaś racjonalność – uważa szewc Fabisiak, którego śmieszą dyrdymały o prezydencie wszystkich Polaków i Polek chyba też ewentualnie budowaniu ogólnonarodowej wspólnoty. Zdaniem szewca Fabisiaka dla żony i kochanki taką wspólnotą będzie ten sam facet, jednak interesy obu pań będą w tym przypadku rozbieżne.

Spośród kandydatów niepartyjnych najbardziej medialnie rozpoznawalnym a przez to mającym najwyższe wśród nich sondażowe notowania jest Szymon Hołownia. Wystartował jako pierwszy i dzięki temu od razu znalazł się w elitarnym zestawie kandydatów. Podstawowym jego atutem jest mocno przez niego akcentowana niezależność od jakiejkolwiek formacji partyjnej. I tym przekazem może trafiać do wyborców znudzonych międzypartyjnymi rozgrywkami i zależnością prezydenta od partii, która go nominowała. Szewc Fabisiak uważa jednak, że akcentowanie pozapartyjności może być atutem na okoliczność kampanii, lecz po wyborach to już nie koniecznie. Aby się utrzymać na fali i nie utracić zwolenników będzie musiał utworzyć wokół siebie jakąś strukturę organizacyjną. Sam to zresztą zapowiada zarzekając się przy tym, że nie będzie to bynajmniej partia polityczna a jedynie ruch społeczny. Szewc Fabisiak przypomina sobie, że podobny wariant przećwiczyła już u zarania swoich narodzin Platforma Obywatelska dopóki nie zauważyła, że tylko partie mogą otrzymywać budżetowe dotacje.

Facet ma gadane – przyznaje szewc Fabisiak jednocześnie zadając pytanie co z tego gadania wynika. A wynika niezbyt wiele, za to Hołownia stara się kreować wizerunek łagodzący wyborczą niechęć. Podobnie jak Trzaskowski, który nie chce być totalną opozycją i zamierza konstruktywnie współpracować z rządem. I podobnie jak Bosak, któremu przeszło identyfikowanie się ze skrajnym nacjonalizmem i homofobią. Hołownia chce by wyborcy postrzegali go jako umiarkowanego i rozsądnego katolika – kogoś na kształt ks. Tischnera. To jednak nie ten wymiar intelektualny – twierdzi szewc Fabisiak uważając, iż bardziej pasowałaby paralela telewizyjnego celebryty z ukraińskim artystą Wołodymirem Zełenskim. Różnica między nimi jest jednak taka, że ten ostatni wygrał w cuglach wybory prezydenckie – konkluduje swoje rozważania szewc Fabisiak.

Votum zadufania

Obserwując praktykę parlamentarną różnych krajów szewc Fabisiak zauważa, że rządy występują czasem do parlamentów o udzielenie im votum zaufania. Na ogól dzieje się tak w przypadku, gdy partia bądź koalicja rządząca dysponuje kruchą większością i potrzebuje ze strony deputowanych potwierdzenia mandatu do sprawowania władzy.

Inaczej jednak wygląda sytuacja w Polsce, gdzie wszystko musi być na opak i nie mieścić się w normalnych standardach – wnioskuje szewc Fabisiak na podstawie ostatniej debaty nad votum zaufania dla rządu Mateusza Morawieckiego. W polskim Sejmie tzw. Zjednoczona Prawica ma wciąż większość parlamentarną i nie zanosi się na to aby mogła ją utracić. Świadczy o tym kolejne głosowanie, gdzie odrzucane są wnioski czy też poprawki zgłaszane przez opozycję. Szewc Fabisiak nazywa to większością totalitarną.

Również i tym razem można było w ciemno obstawiać, że rząd takie votum uzyska. W takim razie po kiego grzyba z taką inicjatywą wystąpił? – pyta retorycznie szewc Fabisiak. Odpowiedź jest tak oczywista, że nie wymaga komentarza ani rozwinięcia. Chodziło o wsparcie kandydatury Andrzeja Dudy, któremu słupki poparcia nie gwarantują zwycięstwa w wyborach prezydenckich. Wiadomo bowiem, że to właśnie aktualnie urzędujący prezydent poprosił o to aktualnie urzędującego premiera. Jak donoszą źródła medialne przed posiedzeniem sejmowym Duda odbył półgodzinne spotkanie z Morawieckim sugerując aby uzyskał votum zaufania w symbolicznym historycznie dniu 4 czerwca jak by to miało jakiekolwiek znaczenie dla kogokolwiek oprócz polityków lubujących się w celebracji wydarzeniowych rocznic. Uzyskanie takiego votum miałoby też – o czym wspomniał m.in. w niedzielnej „Kawie na ławę” pisowiec Dominik Tarczyński – stanowić sygnał monolitycznej jedności Zjednoczonej Prawicy pod światłym przewodem prezesa Jarosława Kaczyńskiego.

Będąc świadomym wyniku głosowania premier Morawiecki nie musiał zabiegać o poparcie ze strony innych oprócz jego własnego ugrupowania posłów, co na ogół czynią ci premierzy, którzy dysponują kruchą większością parlamentarną. Dlatego też większość swojej przemowy premier poświęcił atakowaniu opozycji, co zostało zrozumiane jako swoisty wkład w kampanię wyborczą. Tak też to ocenili politycy opozycyjni. Przewodniczący sejmowego klubu Lewicy Krzysztof Gawkowski przyrównał całe to wydarzenie do konwencji PiS, kandydujący w imieniu Konfederacji Krzysztof Bosak do cyrku choć takiego klauna nie wziąłby do siebie żaden szanujący się cyrk, zaś inny kandydat Władysław Kosiniak-Kamysz mówił o ustawce pod Andrzeja Dudę.

Natomiast, co nie było zbyt trudne do przewidzenia, prezydent Andrzej Duda poinformował, że premierowskiej tyrady wysłuchał z satysfakcją. Wyraził też opinię, iż opozycja de facto przeszkadza się rządowi w walce z epidemią oraz w walce ze skutkami kryzysu gospodarczego, nie precyzując na czym ta wraża działalność miałaby polegać. Być może politycy opozycji blokują ludziom dostęp do szpitali, wyrywają z rąk lekarzy przyrządy do przeprowadzania testów czy też wymuszają na fryzjerach ponowne zamykanie nowo otwartych zakładów – zastanawia się szewc Fabisiak.

W odróżnieniu od prezydenta premier w sposób bardziej klarowny wyjaśnił na czym polega wkładanie kija w szprychy rządowego roweru. Otóż opozycja przeszkadza w rządzeniu ponieważ zgłasza wnioski o odwołanie z funkcji panów Sasina i Szumowskiego. Premier chyba udaje, że nie rozumie na czym polega rola parlamentarnej opozycji i to swoje udawanie pragnie wcisnąć wyborcom – zauważa szewc Fabisiak. Opozycja bowiem, jak sama nazwa wskazuje, to oponenci a nie sojusznicy rządu czy prorządowi klakierzy. Ma zatem nie tylko prawo, ale też swoisty wobec swoich wyborców obowiązek domagania się wycofania z rządu tych jego członków co do których ma uzasadnione świadczące przeciwko nim argumenty. W końcu nie kto inny jak wicepremier Sasin zlecił wydatkowanie milionów złotych na druk bezużytecznych kart wyborczych, choć odpowiadać za to powinien osobiście premier, który wydał mu stosowne polecenie. To nie kto inny jak minister Szumowski zamieszany jest w szemrane interesy związane z produkcją nic nie wartych w marcu na masek, których w maju nagle stał się entuzjastą.

W swojej mowie sejmowej premier Mateusz Morawiecki nie tylko krytykował opozycję. Nie byłby sobą, gdyby pozbawił nas możliwości wysłuchania kolejnego sprawozdawczego panegiryku na cześć swojego rządu. Wspomniał m. in. o ogromnym sukcesie w walce z koronawirusem mimo tego, że liczba zachorowań jakoś nie chce się zmniejszyć, lecz wręcz odwrotnie. Nie wnikając w inne detale premierowskiego wystąpienia szewc Fabisiak dochodzi do wniosku, iż tego typu autoreklama świadczy o tym, że rząd jest na tyle w sobie zadufany, że stara się to potwierdzić zgłaszając wniosek o votum. Nie tyle zaufania, co zadufania.

Fikcje wyborcze

Obserwując kolejne wybory czy to prezydenckie czy to parlamentarne szewc Fabisiak zauważa, że odbywają się one w warunkach fikcji prawnej.

Taką fikcją jest choćby tzw. cisza wyborcza. Jak sama nazwa wskazuje powinna on odnosić się do zakazu głośnego agitowania na rzecz jakiejś listy bądź kandydata. Tymczasem nie. Cisza obowiązuje bowiem również słowo pisane zabraniając np. publikowania sondaży przedwyborczych. Skoro tak – wnioskuje szewc Fabisiak – to taki zakaz powinien również obejmować propagandę wizualną w postaci plakatów czy banerów. Taki wyborca udając się do lokalu z urną może się natknąć na wizerunek jakiejś ładnej kandydatki i zauroczony jej urodą postawi krzyżyk przy jej nazwisku. Niezgłębione są bowiem ludzkie motywacje psychologiczne – nieco filozoficznie konkluduje szewc Fabisiak. Idąc tym tropem myślenia należałoby prawnie zmusić nalepiaczy plakatów do ich zrywania ewentualnie zamalowywania czarną farbę w okresie wyborczej ciszy. Tak się jednak nie dzieje i takie wizualne zachęty wiszą sobie niekiedy aż do kolejnych wyborów.

Inny przykład fikcji na który zwrócił uwagę szewc Fabisiak to formalny zakaz kampanii przed ogłoszeniem terminu wyborów. Szewc Fabisiak przypomina sobie wypowiedź kogoś zdrowo myślącego, który stwierdził, iż kampania wyborcza trwa praktycznie przez całą kadencję. W tym momencie pojawia się pytanie o samą definicję kampanii. Czy obejmuje ona tylko i wyłącznie agitowanie na rzecz konkretnego kandydata, promowanie jego programu czy też zwykłe spotkania z wyborcami podczas których dany kandydat przedstawia swoje zdanie na różne tematy. Skoro mówi dajmy na to, że należy uzdrowić służbę zdrowia to tym samym powtarza to o czym wszyscy wiedzą. Skoro jednak robi to w czasie, gdy zakazana jest kampania, wówczas podpada pod paragraf. Kolejna paranoja – komentuje szewc Fabisiak.

Powstaje też pytanie czy jeżdżenie sobie po kraju i spotykanie się z ludźmi to już kampania czy tylko zwykłe rutynowe działanie. W taki sposób komentowane są przez przychylnych mu polityków tudzież sprzyjające mu media liczne zwłaszcza w ostatnim okresie wojażowania Andrzeja Dudy. Przecież on tylko wypełnia swoje obowiązki jako głowy państwa i to mu się po prostu należy – argumentują ci, którzy chętnie widzieliby nadal pana Dudę w roli prezydenta.

Nasuwa się również pytanie czy chwalenie się swoimi osiągnięciami, jak to czyni obecny prezydent, to też kampania czy jedynie referat sprawozdawczy. Wszak Andrzej Duda nie mówi wprost: głosujcie na mnie a tylko skromnie przypomina to co – jego zdaniem – jest sukcesem prezydentury a wyborcy niech sobie sami decydują.

Z drugiej jednak strony proprezydencka partia ogłasza, że inni kandydaci łamią prawo, gdyż już prowadzą kampanię, która się jeszcze nie zaczęła. Gdyby literalnie stosować zakaz jakichkolwiek publicznych spotkań czy wypowiedzi, wówczas obowiązywałaby „zasada morda w kubeł” wobec wszystkich kandydatów w tym również kandydującego prezydenta. Wówczas każde pojawienie się publiczne w gronie kilku osób i nie daj boże sfilmowane przez telewizję oznaczałoby złamanie obowiązujących przepisów prawnych. Takie logiczne wnioski z nielogicznego prawa wyciąga szewc Fabisiak.

Ponadto szewc Fabisiak zauważa, że kampanijne zarzuty wobec Rafała Trzaskowskiego nijak się mają do prawa wyborczego. Dopóki nie został zarejestrowany jako kandydat, to jest on takim samym zwykłym obywatelem jak każdy inny. I jak każdy inny może sobie akurat teraz podróżować po Polsce mimo tego, że jego miejsce pracy jest w Warszawie. Jeździ bo lubi i kto mu tego zabroni? – pyta retorycznie szewc Fabisiak. Dodaje, że on sam też może sobie pojechać do Poznania i spotkać się z mieszkańcami, ponieważ podobnie jak Rafał Trzaskowski nie został zarejestrowany jako kandydat. A że nie zamierza startować w wyborach to już całkiem inna sprawa.

Zdaniem szewca Fabisiaka, spotkania z wyborcami kandydatów już zarejestrowanych i tego jednego potencjalnego jeszcze raz potwierdzają fikcję w postaci zakazu kampanii. Kampania jest choć jej nie ma, podobnie jak majowe wybory, który miały miejsce i się nie odbyły.

Nihil mirum

Szewc Fabisiak zapytany o to co go w Polsce dziwi odpowiedział, że dziwiłoby go tylko coś normalnego. Dlatego też szewc Fabisiak nie jest zdumiony tym, że w poprzednią niedzielę mieliśmy do czynienia z dziwolągiem na skalę światową w postaci wyborów, które jednocześnie i miały miejsce i się nie odbyły. Dwa w jednym – jak w ongiś w telewizyjnej reklamie.

Takie zdarzenie mogło mieć tylko w naszym kraju – konkluduje
szewc Fabisiak. Dzięki temu światowe annały oprócz nieudanych i bezsensownych polskich powstań zostaną wzbogacone o irracjonalne wybory.

Szewc Fabisiak zauważa, że politycy i wtórujący im publicyści biadolą nad tym, że liderzy dwóch ugrupowań jakoby w uzurpatorski sposób ustalili z góry przyszłość prezydenckiej elekcji. Jednak w polityce normalną praktyką jest to, że liderzy dwóch ugrupowań zawierają ze sobą jakiś układ lub starają się znaleźć wyjście z impasu do którego doprowadziła co najmniej jedna ze stron. Taki deal nie ma jednak mocy obowiązującej. Musi go jeszcze zatwierdzić odpowiedni organ, w tym przypadku Sejm. I tak się też stało i nie mogło się stać inaczej skoro umawiający się ze sobą mają większość parlamentarną.

Szewc Fabisiak przypomina, że przed objawieniem rzeczonego pomysły sejmowa marszałkini postanowiła zwrócić się do zaprzyjaźnionego Trybunału Konstytucyjnego z zapytaniem czy może sobie dowolnie przesuwać termin wyborów. Pytanie takie byłoby zasadne, gdyby prawo przewidywało zadawanie takich pytań niejako awansem, co miałoby sens nie dopuszczając do tworzenia ustaw następnie podważanych przez Trybunał. W Polsce obowiązuje jednak inna logika. Najpierw coś się uchwala a następnie to coś się anuluje, gdyż nie jest zgodne z konstytucją. Owa desperacka i z punktu widzenia prawa absurdalna zagrywka Pani Marszałek została jednak skutecznie uziemiona przez dwóch Panów Jarosławów. Ich projekt nie był jednak bynajmniej wytworem ich twórczych intelektualnych deliberacji. Albowiem ktoś życzliwy oglądający telewizję TVN zauważył, że o takim właśnie wariancie mówił na antenie tejże stacji były przewodniczący Państwowej Komisji Wyborczej prof. Wojciech Hermeliński. Tak więc to były szef PKW mający większe od polityków pojęcie o prawie wyborczym faktycznie zadecydował o tym, że unicestwione zostały przygotowywane po partacku niedzielne wybory.

Szewca Fabisiaka nie dziwi natomiast to, że winą za uwalenie wyborów rządzący obarczają opozycję, ponieważ w warunkach demokracji konkurencyjnej jakakolwiek samokrytyka osłabia ich własną pozycję a tym samym działa na korzyść konkurencji. Tak samo jak przykładowo producent obuwia nie przyzna się, że wytwarza buble, gdyż wówczas ludzie zaczęliby kupować buty produkowane przez konkurenta.

Tymczasem, zdaniem szewca Fabisiaka, kierując się tym tokiem rozumowania rządzący powinni być wdzięczni opozycji z obstrukcyjnym Senatem na czele za to, że uchroniła ich przed nieuchronnym, kompromitującym bałaganem. Wprawdzie nieodbyte wybory to też
kompromitacja ale za to zdrowotnie nieszkodliwa Nie dziwi się przypisywaniu winy Senatowi skoro działał on zgodnie z prawem a nie na chybcika co jest powszechną praktyką w obozie rządzącym. W końcu lepsza obstrukcja niż destrukcja – zauważa szewc Fabisiak. Z kolei gdyby Senat w szybkim tempie oddalił sejmową ustawę, to wówczas byłby oskarżony o totalny opozycjonizm oraz blokowanie słusznych rządowych inicjatyw
bez merytorycznego rozpoznania treści dokumentu. Zawsze wyjdzie na to, że wszystkiemu winna jest opozycja a siła rządząca ma jedyną niepodważalną rację.

Obóz rządzący uważa, że opozycja chciała późniejszych wyborów nie ze
względów bezpieczeństwa, lecz dlatego, że kandydatka PO traciła sondażowe poparcie. Argumentację tę można by jednak odwrócić i w drugą stronę – zauważa szewc Fabisiak. To właśnie PiS wraz z przybudówkami prze do szybkich wyborów dopóki jego kandydat ma jeszcze dobre notowania. Bowiem im później odbędą się wybory tym bardziej będą
widoczne negatywne zjawiska nie tylko zdrowotne ale przede wszystkim gospodarcze. Nie dadzą się one wytłumaczyć tylko inwazją koronawirusa ani też tym, że w Stanach Zjednoczonych więcej ludzi straciło pracę niż w Polsce. Na jaw wyjdą z jeszcze większą siłą niż dziś wszelkie nieudolności i partactwa siły rządzącej a rozmijająca się z postrzeganą przez ludzi rzeczywistością propaganda sukcesu dodatkowo wkurzy wyborców. Prezydent Duda wpadł natomiast we własne sidła wyraźnie utożsamiając się z partią władzy. W związku z tym wszystkie nawet przez niego niezawinione – w końcu to Sejm i rząd a nie prezydent sprawuje realną władzę – niedociągnięcia obciążą jego konto.

Jeśli większość wyborców zapragnie rzeczywiście dobrej a nie lipnej i naciąganej zmiany to w ewentualnej drugiej turze poprze prezydenckiego konkurenta biorąc na poważnie lansowaną przez opozycję myśl przewodnią: każdy byle nie Duda. I tego bardziej niż złośliwego wirusa obawia się PiS&company. Teraz szewc Fabisiak oczekuje na kolejne
niespodzianki by nadal przestać się dziwić.