Ani paw ani papuga

Pawiem narodów byłaś i papugą – pisał przed laty Juliusz Słowacki. Jednak, zdaniem szewca Fabisiaka, w odniesieniu do dzisiejszych realiów trafniejsze byłyby inne zoologiczne porównania.

Współczesna rządzona przez PiS Polska bardziej bowiem niż dumnego pawia przypomina agresywnego psa ujadającego na widok innych psów nie stroniąc przy tym od atakowania psów większych od niego samego. W taki sposób nasz kraj postrzegany jest nie tylko przez rodzimą opozycję, lecz coraz częściej także zagranicą. Najnowszym tego przykładem jest przyjęcie przez Parlament Europejski rezolucji krytycznie oceniającej działania polskiego rządu w sferze wymiaru sprawiedliwości, wolności mediów, ograniczania praw kobiet oraz traktowania mniejszości seksualnych. Jednocześnie Parlament wezwał odpowiednie organy UE do zablokowania wypłaty środków, jeśli Polska nie wykona wyroku Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w sprawie zawieszenia działalności Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego. Ponadto europarlamentarzyści apelują do premiera Mateusza Morawieckiego o wycofanie wniosku do Trybunału Konstytucyjnego o zbadanie wyższości prawa unijnego nad krajowym.
Europarlamentarna rezolucja wywołała falę histerii w szeregach PiS i Solidarnej Polski. Mimo tego, że jest to jedynie stanowisko PE a nie wiążąca decyzja. Albowiem – jak zauważa szewc Fabisiak – w systemie unijnej demokracji Parlament jest jedynie ciałem opiniotwórczym i doradczym wobec Komisji Europejskiej. Może, jak to właśnie uczynił, apelować do KE, natomiast Komisja może sobie zadecydować jak sama zechce, choć stanowisko PE może stanowić dodatkowy argument. PE może też zwracać się z apelem do władz państwa członkowskiego UE, w tym przypadku Polski. O ile jednak KE raczej bierze pod uwagę europarlamentarne sugestie, o tyle Polska może je sobie olać. Świadczy o tym odmowa wycofania przez premiera wspomnianego wyżej wniosku skierowanego do TK. Co ciekawsze, poinformował o tym zastępca rzecznika PiS Radosław Fogiel, choć premier ma swojego rzecznika w osobie Piotra Müllera. Zdaniem szewca Fabisiaka, jest to jeszcze jeden dowód na to, kto w naszym kraju faktycznie rządzi.

O stosunku do sporów Polski z większością Unii świadczy wynik głosowania w PE, kiedy to za przyjęciem rezolucji głosowała zdecydowana większość 502 europosłów wobec 149 głosów przeciwnych i 36 wstrzymujących się. Warto w tym miejscu zauważyć, że poparcia dla polskiego rządu udzielili parlamentarzyści z Węgier oraz skrajnie prawicowej, nacjonalistycznej Alternatywy Dla Niemiec. Co do Węgrów sprawa jest jasna. Kraj ten ma podobne jak Polska problemy z praworządnością w związku z czym dzisiejszych realiach tradycyjne powiedzenie o Polaku i Węgrze jako dwóch bratankach nabrało nowego znaczenia. W wersji węgierskiej brzmi ono: lengyel, magyar – két jó barát, co oznacza: Polak, Węgier dwoje dobrych przyjaciół. Obecnie ta formuła została zawężona do dwóch panów – Kaczyńskiego i Orbána. Natomiast co do niemieckiej Alternatywy to można tylko pogratulować Pisowcom takiego sojusznika – stwierdza sarkastycznie szewc Fabisiak.

To, ze obóz rządzący zareagował jak furiat nikogo nie powinno specjalnie dziwić. Jest to bowiem normalna w jego wydaniu i konsekwentnie ugruntowywana praktyka. Jednakże w tym przypadku powód do takiej a nie innej reakcji jest jeszcze jeden. I to poważniejszy niż krytyka ze strony opozycji. Chodzi tu bowiem o groźbę utraty unijnego szmalu w kwocie 57 mld euro w ramach pomocy w zwalczaniu skutków pandemii. Rządzący stanęli więc przed dylematem. Albo twardo iść w zaparte i zrezygnować z tych miliardów albo ugiąć się przed brukselską presją. Szewc Fabisiak zwraca uwagę na to, że to rządzący sami sobie stworzyli ten problem i teraz muszą główkować nad tym jak go rozwiązać. W końcu powinni przyznać się do tego o czym wszyscy wiedzą, że to w Polsce a nie w Finlandii, Portugalii czy Luksemburgu nastąpiła kumulacja zjawisk, które w efekcie musiały doprowadzić do reakcji ze strony Europarlamentu.

Stosunkowo najłatwiej będzie poradzić sobie z problemem mniejszości seksualnych. O ile bowiem manipulowanie praworządnością ma jakieś uzasadnione z punktu widzenia obozu rządzącego motywy, to wyznaczanie stref wolnych od LGBT jest wyrazem nadgorliwej samorządowej głupoty. Tym nie mniej temat ten pojawia się w debacie publicznej. Szewc Fabisiak zauważa, że Solidarna Polska podzieliła się rolami. Zbigniew Ziobro jak zwykle z furią atakuje Unię za wtrącanie się w polski wymiar, jak by to komicznie nie brzmiało, sprawiedliwości, zaś jego resortowy zastępca i partyjny kolega Marcin Romanowski pomstuje na LGBT wyrażając przy tym nadzieję, iż samorządy nie wycofają się ze swych uchwał, ponieważ chronią one rodzinę. która – jego zdaniem – jest istotą społeczeństwa, narodu i państwa. W jaki sposób stanowiące zamknięte w sobie społeczności homoseksualne mają zagrażać rodzinie tego już nie wyjaśnił, bowiem wyjaśnić się tego po prostu nie da. Skoro koalicjant tak mówi, to tym bardziej powinno w tej sprawie wypowiedzieć się PiS aby ktokolwiek sobie nie pomyślał, że odpuszcza sobie tak ważki dla Polski temat. Głos dał osobiście sam prezes Kaczyński za pośrednictwem listu wysłanego do klubów „Gazety Polskiej” powtarzając po raz kolejny coraz bardziej już zużyte slogany o obronie „cywilizacji chrześcijańskiej, która jest naszym duchowym domem”. Szewc Fabisiak będący osobą nie wierzącą w bóstwa wszelakie oświadcza, że ma inny duchowy dom i nie życzy sobie aby ktokolwiek nakazywał mu w jakim domu ma mieszkać.

Czyżby frankowicze to kosmopolici?

Dyskusja na temat kredytów złotowych indeksowanych do CHF staje się coraz ciekawsza, wręcz intrygująca, a to za sprawą banków, KNF oraz znanych autorytetów, którzy w sposób przystępny opisują i ujawniają jego społeczno – historyczne i trochę ekonomiczne podłoże.

Okazuje się, że sprawa grupy nieprzypadkowo zwanej „frankowicze”, jest dużo poważniejsza i ciągnie się za nami nie od wejścia do UE, ale już od państwa Franków, co wyjaśniałoby i nazwę i charakter owego multi-kulti kolektywu. Innego uzasadnienia trudno się doszukać. Bo jeśli ceny, towary, składki, płace, podatki, waloryzujemy np.o indeks PLN/USD, to nie zamieniają się one w dolary. Ale jeśli banki ze złotówki potrafią zrobić franka, to może rację mają znawcy, zamiast krytykować – zdobądźmy te „know-how” i indeksujmy wszystko do złota. A może tak to czynił król Midas?! Wielu z obecnych lub byłych prezesów banków sugeruje, że nie szanujemy historycznych osiągnięć, o czym pisał był już Platon (V-IV w. BC), a Hammurabi (XVIII w. BC), w preambule kodeksu wyrył: „Mądry zarządca, Pasterz ludu, Bóg królów, Bohater, Słońce (…), poleca: „ład zaprowadzić (wśród) ludu, niezadowolonych uciszyć, dobre obyczaje dać poznać, prawo i sprawiedliwość w usta kraju włożyć, dobrobyt ludowi zapewnić”, a w treści np. klauzula „oko za oko” zapewniała stronom sporu równowagę. Albo: jeżeli sędzia proces osądzi nie tak(…), dwunastokrotnie powetuje i z krzesła sędziowskiego jego się usunie tak, że nie wróci na nie”. Dziś, tego, który poleca, nie zwiemy bogiem, słońcem, ale mądrym zarządcą, pasterzem ludu, zbawcą – i owszem! Z upływem lat, te ważne zasady uległy wypaczeniom, wymyślono wiele sprawiedliwości (dziejowa, społeczna, boska,…?), praw (mojżeszowe, moje, nasze, wasze, Kalego..), a zwroty typu: królestwo za konia, Paryż za mszę , Państwo to Ja.., pieniądze albo życie, jeszcze wzmocniły chaos. A jeśli dodamy wartości (chrześcijańskie, społeczne, ekonomiczne, dodane, etyczne, polityczne, emocjonalne, materialne), to trudno się dziwić, że ludzie się gubią i pytają: jak żyć?.
Okazuje się, że w owym bezładzie, wykreowanym przez grupy typu elity, kosmopolici, innowiercy, znajdą się tacy, co to skołowanemu ludowi podsuną proste i skuteczne rozwiązania, np: „Jedynie rząd może utworzyć komisję w celu dochodzenia w sprawie (…), „Partia wezwała swoich członków do zupełnego posłuszeństwa i współdziałania”, „Niezbędna jest bezzwłoczna nacjonalizacja banków i ważniejszych gałęzi przemysłu(…), które uchylają się od nadzoru i opodatkowania”. „Dopiero całkowite zwycięstwo doprowadzi do zniknięcia (totalnej) opozycji i wszelkiej maści wrogów ludu (narodu)!” „Nasz (…) był, jest i będzie największym przywódcą narodu”. Zwroty te, jako dorobek „całej postępowej ludzkości”, bardzo przydają się dziś.

Można też „dla dobra wspólnego” wrócić do zasad typu „ Jeśli kto, srebro od kupca wziął i wyprze się tego, a kupiec ten przed bogiem to udowodni, ten po trzykroć kupcowi odda; a jeżeli oddać nie może, przez bydło będzie wleczony (…)”.Nadaje się ona wobec tych, którzy chcą „zredukować majątek banków w ogromnej skali”. Nie było podówczas franka (?), ale np. zwrotu „mina srebra”, używamy też dziś, choć jako odrębne towary. Podobne propozycje znajdziemy w innych artykułach: Udało się nawet połączyć problem kredytów, franków z paleniem czarownic, co jest godne uwagi, bo ten ostatni jakoś załatwiono (vide: www. bankowebezprawie.pl.). Albo: „egzekwowanie przez sądy aktualnego prawa, podważa podstawy ekonomii i zagraża stabilności finansowej państwa”. Jeśli tak, to sięgajmy po środki sprawdzone i skuteczne, bo „w interesie społeczeństwa” samowoli sądów tolerować niepodobna!

Że problem owych frankowiczów jest trudny i zadawniony, potwierdzają znawcy, powołując się na dzieła Noaha Y. Harariego m.in. „Sapiens”, o rozwoju ludzkości „od zwierząt do bogów”, z przesłaniem, że „prawo było wykorzystywane instrumentalnie w interesie jednych grup kosztem innych”. Ten znakomity autor, Żyd intelektualista, mieszkający z mężem (sic) w Jerozolimie, nagrodzony przez nasz UJ, napisał też o walkach toczonych przez różne grupy społeczne. Frankowiczów tam nie wymienia, ale przez analogię, można ich rolę zobrazować przykładem z innego dzieła („Le guerre de feu”), gdzie „między grupami na przestrzeni dziejów trwała „walka o ogień” , w której Ulamowie (archeobankowcy?), tracą go w wyniku podstępnego napadu plemienia Wagabu (homo frankovicius?). Ulamowie w końcu wygrywają, z korzyścią dla ludzkości, czego do dziś nie chcą uznać ani sądy, ani członkowie upadłej wspólnoty.

Pisząc o dzikości świata, mitologizacji ekonomii i bezduszności sądów, niektórzy przekonują, że owa walka trwa i że zmierzamy teraz w kierunku „od bogów do zwierząt” Wieki temu skończyło się pomyślnie, wygrało dobro wspólne, a nie chciwej jednostki, więc bieżący konflikt winien zakończyć się podobnie, choć nadal „zbrukane niesłusznie banki łatwo pozbawić majątku, wywłaszczyć, obciążyć, sądy naznaczą infamią, a majątek – jakiejś nie naszej społeczności. Rabunek i zbrodnia dokonują się w majestacie prawa”. Są też przykłady rozwiązań nawiązujących do surowych zwyczajów Islandii. Chyba niepotrzebnie, bo mamy swoje, także przekonywujące.

W XVII wieku w Warszawie spalono dzieło „O nieistnieniu boga”, które autor napisał, by opublikować je, gdy będzie tzw. dojutrek; ( jak uczynił mądry Kopernik). Stało się inaczej i jako bluźnierca i bezbożnik skończył tak, jak jego dzieło. Owe dziełko, sąsiad autora – dłużnik, wykradłszy, przekazał je „w ofierze” Kościołowi. Wyrok ziemskich władz Boga Sobieski złagodził na ścięcie, bo szlachcic, żołnierz, jezuita, filozof, poseł Rzplitej, a także sędzia. Wyższa instancja boska (Watykan) uznała jednak, że tylko ogień gwarantuje oczyszczenie. Jak widać, pomoc sąsiedzka przy dochodzeniu sprawiedliwości bywa nieodzowna; dziś zwiemy ich sygnalistami. Wypada wspomnieć, że ów skazaniec, wcześniej panisko, miał czelność zasądzić od Kościoła zwrot majątku właścicielowi. Wieść też niesie, że temuż pobożnemu dłużnikowi uprzykrzał żywot, zakłócając mir (domowy). Można więc bronić się skutecznie przed zaborem majątku, nad czym pracują banki szukając rozwiązań. Np. jeśli uszanujemy wolę najwyższego, to i prawo nie może temu przeszkadzać, co też uzasadnił szeroko Karl Schmidt w I poł XX w.

Ważne, że bankowcy interesują się historią, a powyższe, to memento dla tych, co „wywłaszczają banki z ich majątków, tworząc przy tym grupy nacisku i żerują na pobłażliwości społeczeństwa”. Aby zachować i pomnażać majątek, potrzebna jest też wiedza, która wymaga zbalansowania z niewiedzą. Banki to potrafią, czego efektem są coraz nowsze, posiadające duże zalety „bankowe produkty bogate w niewiedzę”.
Banki zapewne kierują się empatią, bo posiadaną wiedzą dzielą się z nieprzyjaznymi im grupami interesu, sądami, prasą, by dać odpór „agresywnej ofensywie medialnej prawników”. Na rynku, ich zdaniem, „panuje stronnicza narracja prezentująca jedną stronę medalu”. , o tym i tp. znajdziemy więcej na: www.bankowebezprawie.pl).

Bieżące relacje obu ww. grup obrazuje zwrot jednej z autorek: „Włos jeży się na głowie – to napuszczanie jednych na drugich”. Jednak przedstawiciel Ulamów (czytaj: KNF), przemówił niedawno, zwiastując pokój, tymi słowy:
..Mamy pewną wizję, jak ten problem rozwiązać (…). Banki przegrywają masowo na podstawie orzeczenia TSUE, (…) więc nie można dłużej biernie czekać na dalszy rozwój sytuacji, w tym linii orzeczniczej sądów”. Dalej nietrudno się domyślić: tych „homo frankoviczius” popierają wrogie siły typu: TSUE, SN, RPO, UOKiK i podobne postaci z kręgu nieznanego „sortu”. A wszystko przez opóźnienia z reformami. Gdybyśmy zdążyli, to nawet wyposażona w groźne narzędzia Prof. Łętowska niewiele by wskórała, sobie tylko zrozumiałymi, szkodliwymi dywagacjami typu: „w Polsce brak jest praktyki orzeczniczej, tradycji ochrony konsumentów, a nawet woli rozstrzygania, bo przepisy dotyczące abuzywności w umowach konsumenckich obowiązują w Polsce już od 2000r”. Niepotrzebne stałyby się też jej tzw. „wykładnie”, przez które kredytobiorcy zaczęli niepotrzebnie rozumieć, o co w sporze chodzi. A reforma idzie wolno bo np. niewdzięczni kapitaliści z Norwegii bezprawnie zabrali nam fundusze na ten cel!
Ponieważ decyzje sądów w oparciu o wyroki TSUE, SN i owe wykładnie potwierdzają, że praw konsumenta można jednak bronić, zrobił się popłoch, więc KNF proponuje frankowiczom rozejm w sporze typu: pal diabli prawo, pogódźmy się, wy ustąpcie, my zatwierdzimy! Po co sąd, który nie wiadomo kiedy i jak rozstrzygnie? Zaś między wierszami: „przez lata jakoś spłacali te zawyżone raty i odsetki, a teraz podburzeni przez elity mieliby przestać? Toż to naganne i niepatriotyczne!

A na koniec poważnie. W Polsce przestrzega się prawa wtedy, gdy nam, jako tzw. „społeczeństwu” to wygodne. Władze niezbyt entuzjastycznie komentowały wyroki TSUE i SN,, o czym każdy kredytobiorca wiedzieć powinien. Pomoc bankom byłaby łatwa i bezkosztowa, jeśli np. sądy uwzględniałyby bardziej interes „narodu” a nie jednostki. O zamiarach w sprawie ochrony nie tylko konsumentów, świadczy nie tylko ignorowanie przepisów kc (np. 385 1-6), ale też wniosek(?) rządu do swojego TK o „sprawdzenie” zgodności art. 417 kc z Konstytucją, by pozbyć się zapisu o odpowiedzialności Skarbu Państwa za szkodę wyrządzoną działaniem lub zaniechaniem władz. I pomyśleć: zapis w kodeksie od 1964 roku – tyle lat bezprawia! Ze swoimi dalibyśmy radę i bez TK, ale z innymi, np. korporacjami międzynarodowymi może być kłopot. Na koniec zaś optymistycznie: skoro banki oferując niskie odsetki wprowadzały w błąd, bo już z założenia nie były niskie, albo nie informowały o specyfice konstrukcji umowy i wypłaciły kredyt w złotówkach, nie powinny mieć prawa do stosowania różnych kursów przy wypłacie i spłacie kredytu tylko po to, by indeksować (czytaj: namnażać) złotówki, niebędące ani odsetkami ani prowizją ani spłatą kredytu, więc niezgodne z art. 69 prawa bankowego. A złotówki zmieniają się we franki jak u Midasa. Nie dotyczy to zwykłych transakcji kupna lub sprzedaży walut, bo to operacje rzeczywiste, a tam, jak wiemy – cudów nie ma.

Dlatego, w państwie prawnym ochrona konsumentów, także przedsiębiorców, stanowić powinna istotny element systemu prawa, a ustanowionych ram prawnych, wzorem krajów cywilizowanych, należałoby przestrzegać. Frankowicze – składajcie pozwy – im szybciej tym lepiej, bo reformy mogą przyśpieszyć!

Izba Dyscyplinarna niezgodna z prawem

Izba Dyscyplinarna przy Sądzie Najwyższym jest niezgodna z prawem unijnym – orzekł Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu.

Ciężki dzień dla rządu Zjednoczonej Prawicy, bynajmniej nie z powodu duchoty i upału. Wyrok TSUE oznacza, że polskie władze będą musiały zrezygnować z owocu reformy sądownictwa z 2017 roku, jakim była Izba Dyscyplinarna. Organ ten był używany do karania sędziów, którzy orzekali wyroki niezgodne z linią polityczną obecnego reżimu. Sędziowie tacy jak Igor Tuleya byli odsuwani od orzekania. Sporo mówiło się również o efekcie mrożącym – konsekwencje orzekania nie po myśli władzy miały zniechęcać sędziów do samodzielności.

„Polska zostaje zobowiązana do natychmiastowego zawieszenia stosowania przepisów krajowych odnoszących się w szczególności do uprawnień Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego” – czytamy w komunikacie wydanym przez wiceprezesa Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej Rosario Silva de Lapuertę.

Sędziowie TSUE dokładnie wyjaśnili, dlaczego Izba Dyscyplinarna w obecnym kształcie stanowi rażące naruszenie prawa wspólnotowego. „Polska naruszyła, zdaniem Komisji, prawo Unii, ponieważ powierzyła Izbie Dyscyplinarnej, której niezawisłość i bezstronność nie są zagwarantowane, właściwość do orzekania w sprawach dotyczących statusu sędziów i asesorów sądowych oraz pełnienia przez nich urzędu, takich jak z jednej strony sprawy o zezwolenie na pociągnięcie do odpowiedzialności karnej lub tymczasowe aresztowanie sędziów lub asesorów sądowych oraz z drugiej strony sprawy z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych dotyczące sędziów Sądu Najwyższego i sprawy z zakresu przeniesienia sędziego Sądu Najwyższego w stan spoczynku” – podkreślono.

Praworządność jest nieodwoływalna

Mimo, że ostatnie „wysłuchanie w sprawie praworządności” w Radzie Unii Europejskiej ponownie dotyczyło Polski, to odnoszę wrażenie, że nie spotkało się z należytą uwagą. W ogóle można by pomyśleć, że ten problem jakby spowszedniał, a i opinia publiczna na tę kwestię zobojętniała.

Moim zdaniem bardzo niesłusznie. W stosunku do naszego kraju toczy się szereg postępowań – zarówno przed Trybunałem Sprawiedliwości UE, jak i przed unijnymi instytucjami. Na przykład właśnie to, którego dotyczyło ostatnie wysłuchanie. Jego początek sięga grudnia 2017 roku. Wtedy właśnie Komisja Europejska uruchomiła wobec Polski – jako pierwszego kraju członkowskiego UE – procedurę wynikającą z art. 7 ust. 1 Traktatu o Unii Europejskiej. Mówi on z grubsza o tym, że jeśli stwierdzi się, iż w kraju członkowskim UE występuje wyraźne ryzyko poważnego naruszenia wspólnych w całej Unii wartości stanowiących o jej praworządnym i demokratycznym charakterze, to może dojść do zawieszenia takiego kraju w prawach członka UE. Wartości, o których mowa, to poszanowania godności, wolności, demokracji, równości, państwa prawnego, respektowanie wyroków TSUE, jak również praw człowieka, w tym praw osób LGBT, szacunek dla pluralizmu, tolerancji, solidarności oraz równości kobiet i mężczyzn.

Sprawa jest więc poważna i rozwija się w niedobrym dla Polski kierunku. Lekceważenie jej albo traktowanie, jak brzęczącej natrętnie muchy, nic nie da. Jednocześnie głośne na całą Europę ekscesy, takie na przykład nazwanie uczestników warszawskiej parady równości per „nienormalni”, tylko naszą sytuację pogarszają. Proszę nie zapominać, że Unia już wiele miesięcy temu uznała, że nie może być bezbronna wobec tych swoich członków, którzy ostentacyjnie i rozmyślnie nie stosują się do wspólnych, obowiązujących wszystkich zasad. Dlatego przyjęto nowe prawo znane jako zasada wzajemności. Oznacza ona, że unijne pieniądze będą wypłacane tylko tym krajom członkowskim, w których praworządność nie jest zagrożona. Tym, w których trójpodział władz istnieje realnie, a nie wyłącznie deklaratywnie, gdzie niezależne sądownictwo zdolne jest rozstrzygnąć każdy spór – także pieniężny – w zgodzie z unijnymi standardami prawnymi. W Unii panuje powszechne przekonanie, że rząd PiS dostarcza ciągle nowych dowodów, iż w odniesieniu do naszego kraju ten problem jest jak najbardziej realny. Jak wiemy ostatnio, po 17 latach naszego członkostwa w UE, premier skierował do Trybunału Konstytucyjnego wniosek o zbadanie zgodności z konstytucją zasady pierwszeństwa prawa UE zaś grupa posłów PiS złożyła tamże wniosek o zbadanie uprawnień TSUE do kontroli prawa krajowego i stosowania środków tymczasowych w sprawach m.in. sądownictwa państw członkowskich. Zważywszy na okoliczności powołania, skład osobowy TK i publicznie głoszone poglądy sędziów, którym powierzono przewodniczenie tym posiedzeniom, treść przyszłego orzeczenia wydaje się z góry przesądzona. W tej sytuacji odpowiedź Unii też jest do przewidzenia. Věra Jourová wiceprzewodnicząca KE odpowiedzialna za przestrzeganie podstawowych wartości Unii Europejskiej, skomentowała oba wnioski jako kwestionujące podstawowe zasady, które ukształtowały Unię Europejską jako wspólnotę. „Prawo UE ma prymat nad prawem krajowym. A ostatnie słowo w sprawie prawa unijnego ma Trybunał Sprawiedliwości UE”, stwierdziła. Tymczasem przedstawiciele rządu PiS upierają się, że Unia wychodzi poza traktaty, gdyż akurat to prawo nigdzie nie jest expressis verbis zapisane.

Jednak orzecznictwo Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu zasadę pierwszeństwa prawa unijnego nad krajowym przesądza jednoznacznie i ostatecznie: – Prawo wspólnotowe wynikające z traktatu, jako niezależnego źródła prawa, ze względu na swą istotę nie może być uchylone przez przepisy prawa krajowego i to niezależnie od ich rangi. Ważność działań instytucji wspólnoty lub skutki takich działań w państwie członkowskim nie mogą być podważane ze względu na niezgodność z prawami podstawowymi wynikającymi z konstytucji państwa członkowskiego. Odwołanie się do zasad i koncepcji prawa krajowego w celu oceny ważności środków przyjętych przez instytucje wspólnoty miałoby niekorzystny wpływ na jednolitość i skuteczność prawa wspólnotowego…

Dalej w orzecznictwie tym czytamy, że traktat ustanawiający Europejską Wspólnotę Gospodarczą (aktualnie traktat o funkcjonowaniu Unii Europejskiej) powołał do życia własny system prawny, który z dniem wejścia w życie postanowień traktatu, stał się integralną częścią systemu prawnego państw członkowskich i który jego sądy mają obowiązek stosować. Zasada pierwszeństwa prawa unijnego jest jedną z podstawowych zasad występujących w prawie unijnym…

Osobiście nie widzę tu nawet szczeliny dla jakiejś innej interpretacji niż wyżej zacytowana. Zresztą podobne w formie i treści było stanowisko naszego Trybunału Konstytucyjnego, z okresu, gdy był on jeszcze świątynią prawa. Lekceważąca, a nawet rzekłbym wyzywająca postawa rządu PiS, wobec tego sporu może nas sporo kosztować zarówno w wymiarze prestiżowym, jak i pieniężnym. PiS zdaje się być pewien, że kierując sprytnie do TSUE pytanie o to, które prawo jest ważniejsze – europejskie czy wewnętrzne, odwlecze rozstrzygnięcie, a tymczasem Unia rozdzieli pieniądze zarówno z budżetu na lata 2021 – 2027 jaki i z Funduszu Odbudowy. Reszta go chyba mniej interesuje. Tylko, że ten scenariusz niekoniecznie musi się spełnić. Věra Jourová powiedziała ostatnio, że nie zamierza zbyt długo czekać na rozstrzygnięcia ze strony Trybunału Sprawiedliwości i nie potrzebuje go, aby uruchomić procedurę, w wyniku której rząd PiS będzie mógł być odcięty od unijnych pieniędzy. To bardzo nieprzyjemna perspektywa. Jeśli – oby nie – się ziści, to wszystkie rządowe plany, o których teraz słyszymy, staną pod wielkim znakiem zapytania.

Chcą transformacji sprawiedliwej

Takiego widoku nie było od dawna: w centrum Warszawy protestowali związkowcy branży górniczej i energetycznej. OPZZ i „Solidarność” szły razem.

Poszło o konflikt polsko-czeski w sprawie kopalni Turów. Obnażył on nieprzygotowanie strony rządowej do wyzwań związanych z dekarbonizacją i odchodzeniem od węgla. Buńczuczne zapowiedzi premiera, że konflikt ze stroną czeską został zażegnany, okazały się kłamstwem. Postanowienie TSUE w sprawie natychmiastowego wstrzymania wydobycia węgla w kopalni Turów wciąż obowiązuje, a każdy dzień zwłoki w wypełnieniu tej decyzji będzie skutkował gigantycznymi karami.

Zarówno związkowcy, jak i rząd wskazywali, że natychmiastowe wykonanie decyzji TSUE będzie katastrofą dla tego regionu. Niestety, polski rząd nie potrafił porozumieć się z Czechami. Stąd protest w stolicy.

Brak dialogu boli

Związkowcy z „Solidarności” i OPZZ wspólnie przeszli pod Ministerstwo Aktywów Państwowych i przedstawicielstwo Komisji Europejskiej, potem pod Ministerstwo Rozwoju, Pracy i Technologii i wreszcie pod Kancelarię Prezesa Rady Ministrów. Wicepremier Sasin odebrał z rąk Piotra Dudy, przewodniczącego NSZZ „Solidarność” petycję, ale już premier Morawiecki czasu dla protestujących nie znalazł.

– Permanentny brak dialogu społecznego w naszym kraju – to jest to, co nas dzisiaj boli! Od wielu miesięcy upominamy się, zarówno my jako górnicy i energetycy, jak i przedstawiciele innych branż o rzetelny, uczciwy i prawdziwy dialog. Ewidentnie łamane są w grupach energetycznych prawa pracownicze i prawa związków zawodowych – nie zgadzamy się na to. Nasza branża przygotowywana jest do dzikiej transformacji, a nie sprawiedliwej”, mówił Jarosław Grzesik, przewodniczący Krajowego Sekretariatu Górnictwa i Energetyki NSZZ „Solidarność”.

– Macie prowadzić dialog z nami, a nie go pozorować! – wołał pod adresem ministra Sasina i sekretarza stanu w MAP Artura Sobonia Piotr Duda. Soboń to polityk, który z ramienia rządu prowadził z górnikami rozmowy w sprawie harmonogramu zamykania kopalń na Górnym Śląsku.

Szczególnie ostre słowa przewodniczący NSZZ rzucił pod adresem Jarosława Gowina, kierującego superresortem pracy, rozwoju i technologii. – Jak byłem przewodniczącym RDS-u, to takie sprawy z minister Rafalską załatwialiśmy w pięć minut. Ale pan nie chce prowadzić dialogu społecznego. Pan ma w sercu geny liberała, pan nienawidzi związków zawodowych, pan gardzi pracownikami. Tyle mam panu do powiedzenia – podsumował. .

Lud zjednoczony

To, że centrale związkowe w sprawie sprawiedliwej transformacji i gwarancji dla pracowników są jednomyślne, akcentowała wceprzewodnicząca OPZZ Barbara Popielarz.

– Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych będzie zawsze tam, gdzie łamane są prawa pracownicze! Chcemy transformacji sprawiedliwej i transparentnej. Dziś chcemy pokazać nasze niezadowolenie, niezadowolenie wszystkich pracowników zrzeszonych w trzech centralach związkowych: OPZZ, w Solidarności i Forum Związków Zawodowych. Jesteśmy razem, zjednoczeni! – przemówiła.

Wykopywanie kopalni

Jak twierdzą przedstawiciele rządu, Polska dochodzi do porozumienia z Czechami co do wspólnych działań w temacie kopalni Turów. Jednak dlaczego dopiero teraz, kiedy Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej wydał niekorzystne dla Polski postanowienie – dopytuje szewc Fabisiak.

Wymogi stawiane przez stronę czeską co do podjęcia przez Polskę działań mających na celu powstrzymanie odwodnienia czeskich terenów przygranicznych znane były bowiem od dawna. Jednak brak porozumienia, jak też przewlekanie sprawy z strony polskiej zgodnie ze znaną z ”Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego zasadą: „jakoś to będzie”, spowodował, że Republika Czeska mała już dosyć tego wyczekiwania i kluczenia i w końcu złożyła do TSUE wniosek o wstrzymanie wydobycia w kopalni Turów. Trybunał przychylił się do tego wniosku, ponieważ nie miał innego wyjścia, co mocno zdziwiło wyraźnie oderwanego od rzeczywistości wicepremiera Sasina. Nie miał też wyjścia wydając takie a nie inne postanowienie. gdyż Polska całkowicie zlekceważyła argumenty strony czeskiej a także unijną dyrektywę. Osobom zainteresowanym historycznym przebiegiem tej całej przepychanki szewc Fabisiak poleca publikację na ten temat w ostatnim numerze tygodnika PRZEGLĄD. Na podstawie podanych tam faktów wyraźnie widać, że Polska jak to się mówi dała ciała na własne życzenie. Być może dała tu o sobie znać arogancja władzy przeniesiona z poziomu krajowego na poziom międzypaństwowy pospołu z nazywaną przez cytowanych przez tokfm.pl czeskich dziennikarzy, ilustracją polskiej wydumanej mocarstwowości.

To, że polski rząd ma w zwyczaju spartaczyć niemal wszystko czego się dotknie znalazło potwierdzenie nie tylko w tym, że przegrano walkowerem kopalniany spór, lecz także w zaniedbaniu polskich interesów – zauważa szewc Fabisiak. Wydająca postanowienie sędzia TSUE zwróciła uwagę, że Polska nie przedstawiła żadnych dowodów na to jakie negatywne skutki może spowodować natychmiastowe zatrzymanie działalności pracującej na turoszowskim węglu elektrowni. Tymczasem można było oszacować koszty wynikające ze wstrzymania wydobycia oraz zakupu energii z innych źródeł. Taki wyliczenie można było przedstawić Czechom i targować się o to, kto bardziej na tym interesie straci. Jak w kupieckich negocjacjach: my zrekompensujemy wam straty za obniżenie poziomu wód ale wy za to zapłacicie nam za postojowe dla górników i zakup węgla dla elektrowni. Jednak póki co Polska musi być przygotowana na ewentualność płacenia kar pieniężnych jeśli tak postanowi Komisja Europejska. A chyba postanowi – domniemywa szewc Fabisiak.

Po tym, gdy premier Morawiecki obwieścił, że Czechy zgodziły się na wycofanie wniosku do medialnego boju przystąpili członkowie jego rządu.. Minister Kurtyka mówił o podpisaniu pomiędzy obu stronami sporu protokołu uzgodnień przewidującego m. in. powołanie grup roboczych oraz monitorowanie rozwoju sytuacji. Jest to, jego zdaniem, krok w kierunku umowy, która w konsekwencji ma doprowadzić do wycofania przez Czechy wniosku do TSUE i osiągnięcie porozumienia, które – jak twierdzi – jest już bliskie. Szewc Fabisiak ma jednak w tej materii pewne wątpliwości. Co prawda Polska przyjęła środek zaradczy polegający na budowie ekranu przeciwfiltracyjnego mającego w szczególności zapobiec negatywnym skutkom środowiskowym , jednak ukończenie budowy tego urządzenia planowano dopiero na rok 2023. Wprawdzie pod presją czasu Morawiecki obiecał Czechom przyspieszenie tego procesu do jesieni br., jednak już nie tylko w Polsce ale i w Czechach nie traktuje się poważnie słów szefa polskiego rządu zwłaszcza po jego wypowiedzi na temat wycofania czeskiej skargi z TSUE. Tym samym – jak zauważa szewc Fabisiak – prawdomówność Mateusza Morawieckiego wzniosła się już na poziom międzynarodowy.
Wydając stosowne postanowienie TSUE zapewne zdawał sobie sprawę z tego, że jest ono niewykonalne. Można było co prawda natychmiast wstrzymać wycinkę drzew w Puszczy Białowieskiej ale nie da się z dnia dzień wygasić pracę kopalni. Postanowienie to zostało wydane w trybie pilnym na wniosek Republiki Czeskiej co Trybunał uzasadnił wyższością – cytując – „względów związanych ze środowiskiem naturalnym i zdrowiem ludzkim” nad „niemożnością realizacji ważnych projektów i inwestycji w dziedzinie energetycznej ”. Szewc Fabisiak widzi w tej sprawie również i drugie dno. Uważa mianowicie, że na fali ekologicznego nacisku na zaprzestanie wydobywania węgla unijne instytucje wykorzystają każdą okazję aby wykopać z europejskiego rejestru jakąś kopalnię. A polskie władze przez swoją własną indolencję, ignorancję i arogancję im w tym pomagają.

Komu bije ekodzwon? Czy triumfalna zapowiedź premiera ma podstawy?

Niepokojące wieści z TSUE zabrzmiały jak dzwon okrętowy, bijący na alarm przed nieznanym niebezpieczeństwem. Nasi mądrzy, by nie rzec, przemądrzali przywódcy zareagowali tak, jak można było oczekiwać.

Zamiast podnieść załogę na nogi, ogłosić alarm i szukać ratunku w posiadanym na wypadek katastrofy oprzyrządowaniu, mają pretensję do skały na którą wpadli. Niestety, to nie mielizna, z której można ściągnąć statek. Trzeba przyznać, że nasz rząd jednak sporo się napracował, aby konflikt zyskał wymiar międzynarodowy. Nie od rzeczy będzie jednak przypomnieć, że to konsekwentna polityka poprzedników jest podstawą ekologicznej arogancji. Przypomnieć wypada, że Polska przespała i przegrała na własne życzenie spotkanie w Poznaniu, na którym nasza niemota nie umiała uzyskać korzystnego przelicznika podstawy naliczeń za zanieczyszczenia. Dziś wygląda na to, że okrzyczana Grupa V4 nie widzi, że rozbijana jest przez Polskę od środka. Od kilku miesięcy Polska nie ma ambasadora w Pradze! I premier z prezydentem tego nie widzą? Czy nie ma nikogo, znającego język czeski czy też mającego jakieś pojęcie na temat sytuacji politycznej, kultury i historii sąsiadującego z nami państwa? Profesor Skubiszewski z braku innych ściągał z katedr profesorów historii danego kraju i posyłał ich z korzyścią na zagraniczny posterunek. A tu znamienny impas. Po drugie, te konsultacje, łącznie z wizytą w Libercu trwały od 2020 roku. Czy nikt nie umiał jako preambuły powołać się na zapis wygaszający w 2040 roku wydobycie i na tej kanwie opracować projekt na kolejne dwadzieścia lat? Tak robią Niemcy, skutecznie kopiąc kolejne odkrywki. Tyle, że nie na żadnej granicy. Skoro jednak zdecydowano się kopać w pobliżu polsko-czeskiej granicy to dlaczego bez konsultacji z Czechami? Dalej kompleks paliwowy rządzi Polską? To ci sami, których ręce szukają łopat, aby do końca rozwalić przyrodę Wielkopolski i zacząć budować z zaskoczenia odkrywkę pod Wieluniem?

Wypowiedzi premiera zdają się potwierdzać, że posiada kompetentną wiedzę o skali zagrożenia. Niestety, jako historyk, idzie w zaparte, zamiast kierować się znana dewizą: „Historia magister vita est”. A ta uczy, że przyjaciół trzeba szukać blisko, a wrogów daleko. Zamiast przeć na ekrany, powinien był od chwili zapowiedzi TSUE powołać sztab kryzysowy pod przewodnictwem wicepremiera odpowiedzialnego za energetykę, z ministrami spraw zagranicznych, środowiska i energetyki a być może może także spraw wewnętrznych i finansów, sprawa bowiem dotyczy przejścia granicznego i ruchu ludności i transportu między krajami oraz odsetek, do ściągnięcia z odliczonych funduszy unijnych. To nie jest tak, że Polska nie zapłaci. Nasze fundusze idą z Brukseli i zawsze ten kurek można przykręcić, wbrew chełpliwym zapowiedziom, że ktoś się z kimś dogadał.. Tymczasem kompleks paliwowy sprytnie wystawił na pożarcie ministra środowiska, który w Polsce ma księżycowe uprawnienia. Ten kryzys powinien mieć dalsze konsekwencje dla wzmocnienia polityki pro ekologicznej. Z jednej strony, przy Ministerstwie Środowiska powinna powstać straż ekologiczna z policyjnymi uprawnieniami zatrzymywania podejrzanych transportów i kierowania do wydzielonych i wyspecjalizowanych w sprawach ekologicznych przy granicach sądów oraz dział ekoinwestycji, nadzorujący i posiadający prawo udzielania zezwoleń na wszelkie inwestycje z ochroną środowiska związane. Konieczny jest ścisły nadzór nad zakładaniem wysypisk i przyspieszenie budowy oczyszczalni ścieków oraz ochrony i budowy zbiorników retencyjnych. Niepokojące sygnały o likwidacji pod Warszawą historycznych stawów w Raszynie pod budowę osiedla mieszkaniowego dla wybranych, podobnie, jak dopuszczenie do budowy pałaców w chronionej puszczy musi być skutecznie dopilnowane. Wieloletnie zaniechania zanieczyszczenia gruntów przez wodociągowanie bez równoległej kanalizacji skutecznie zdegradowało wody gruntowe. Od ponad pięćdziesięciu lat sami mieszkańcy zatruwają sobie wodę. Nawet w tak ważnej aglomeracji stołecznej, przy stałym wzroście zabudowy w kierunku zachodnim, nadal po lewej stronie brakuje dużej, po wielekroć większej od Czajki zlewni ścieków i oczyszczalni. Czyżby jaśnie portfelowym inwestorom śmierdziało, bo na Pradze to inni ludzie?

Zamiast odziewać się w szaty Kasandry i bić na larum, wypada zakasać rękawy i wziąć się do roboty. A na granicach, gdzie wpływają rzeki i potoki postawić stacje pomiaru czystości, podobnie jak w miejscach przepływu skażonego powietrza Zatem dosyć jeremiady i do roboty. Inaczej owe miliardy w całości zjedzą odsetki od kar nakładanych na kaznodziejów zapominających, że są sługami narodu, czyli ministrami. Cieszy, że premier zapowiedział, iż nasi sąsiedzi wycofają wniosek, choć nie natychmiast co wyraźnie podkreślił czeski premier Andrej Babiš. Ważne, aby ta zapowiedź miała pełne prawne podstawy, uzgodnione z Czechami, a projekt wygaszenia kopalni był akceptowany przez obie strony. Ekofundusze przeznaczone dla Polski powinny być sumiennie wykorzystane przy zaspokojenie czeskich, jeśli okażą się sprawdzone i akceptowane przez obie strony, obaw. Wspólna polityka ekologiczna obu państw to podstawa sukcesu całej Grupy Wyszehradzkiej w kształtowaniu bezpieczeństwa ekologicznego przynajmniej tej naszej części Europy.

Oświadczenie Prezydium RN PPS w sprawie postanowienia TSUE w sprawie Kopalni Turów

Konflikt z Republiką Czeską w sprawie szkód ekologicznych trwa od wielu lat. Był on „zamiatany pod dywan” przez kolejne rządy. Zwracamy uwagę na fakt, iż od roku nie posiadamy Ambasadora RP przy rządzie Republiki Czeskiej a działania rządu, mające na celu rozwiązanie tego konfliktu, były znikome i bezskuteczne.

W 2020 r. koncesja na wydobycie węgla brunatnego w Turowie została przedłużona do 2026 r. Obecnie wydobycie będzie można prowadzić do 2044 roku. Jest to sprzeczne z oczekiwaniami Czechów. Nie wykonano analiz środowiskowych, które byłyby miarodajne dla wszystkich stron konfliktu. W trakcie wizyty czeskiego Ministra Spraw Zagranicznych w Polsce w lutym tego roku rząd Polski zlekceważył problem i nie podjął rozmów na temat rozwiązania sporu. W efekcie czego rząd Republiki Czeskiej złożył skargę do TSUE, który nakazał w ramach zabezpieczenia zaprzestania wydobycia do czasu ogłoszenia przez TSUE wyroku w sprawie.

Wykonanie tego postanowienia niesie dla Polski poważne skutki ekonomiczne. Turów to wielki kompleks energetyczny, elektrownia powiązana z kopalnią to kilkadziesiąt tysięcy miejsc pracy związanych z kompleksem energetycznym i 7% produkowanej w Polsce energii. Kopalnia to nie Skoda „Oktawia” gdzie się wyciąga kluczyk i wystarczy. Zaprzestanie wydobycia to poważny proces technologiczny niosący za sobą skutki gospodarcze dla całego regionu i kraju. Przyjmując zobowiązania dotyczące transformacji energetycznej, w której zaprzestanie spalania węgla brunatnego jest jednym z podstawowych warunków zmniejszenia emisji, rząd nie podjął żadnych działań dla zabezpieczenia w przyszłości miejsc pracy w rejonie Turowa, co czyni problem jeszcze trudniejszym do rozwiązania.

Wzywamy polski rząd do bezzwłocznego rozpoczęcia działań negocjacyjnych z Czechami i UE, których celem byłby kompromis w sprawie kopalni Turów i zawieszenie wykonania wyroku TSUE. Droga, którą podąża rząd, negowanie kolejnych wyroków i orzeczeń Trybunału Sprawiedliwości i szukanie winnych tego stanu rzeczy w UE to ślepy zaułek. Powiększy on naszą alienację wśród państw europejskich i może doprowadzić do polexitu niosącego Polsce niewyobrażalne skutki gospodarcze.

Polska jest członkiem Grupy Wyszehradzkiej, od 2020 roku trwa nasza prezydencja. Czesi złożyli skargę do TSUE cztery dni po spotkaniu tego ciała. Uważamy, że to V4 jest właściwą platformą do rozwiązywania konfliktów z naszymi sąsiadami, dotyczących wspólnych złóż kopalnych. Zamiast namawiać naszych sąsiadów do ścigania kobiet zmuszonych do wykonania zabiegu terminacji ciąży poza granicami Polski, rząd powinien zainicjować rozmowy z partnerami o ekologicznych konsekwencjach wydobycia paliw kopalnych. Współdzielone złoża to nie tylko Turów.
Wzywamy rząd do zintensyfikowania działań na rzecz transformacji energetycznej. Skuteczna transformacja energetyczna to jedyne realne rozwiązanie, które ochroni nasz kraj przed zagrożeniami ekologicznymi.

Konferencje prasowe stały się źródłem prawa

– Nikt nie lekceważył w taki spektakularny, rażący sposób orzeczeń TSUE. Na pewno w korytarzach unijnych politycy z obozu rządzącego wypowiadają się znacznie łagodniej, a to, co słyszymy z zwłaszcza z ust polityków Solidarnej Polski w kraju, jest bardziej na użytek pewnej grupy wyborców – mówi prof. Jerzy Zajadło, filozof prawa, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Premier zapowiedział złożenie wniosku w sprawie orzeczenia TSUE do Trybunału Konstytucyjnego. Mgr Przyłębska już w rozmowie z PAP stwierdziła, że „zawarte w orzeczeniu TSUE sugestie dotyczące działania sądów powszechnych w Polsce stanowią oczywiste naruszenie ładu konstytucyjnego RP i wykraczają rażąco poza ustalenia traktatowe”. Zgadza się pan z panią Przyłębską?

JERZY ZAJADŁO: Po pierwsze szefowi Trybunału, bez względu na jego status, pozycję itd., nie wypada się wypowiadać na forum publicznym w tego typu sprawach, ponieważ będzie ona przedmiotem rozstrzygnięcia TK. Pani prezes stawia się w bardzo niewygodnej sytuacji i zdaje się, że już pojawił się wniosek o wyłączenie jej ze składu orzekającego, skoro takie sensacje produkuje publicznie.

Po drugie kompletnie nie zgadzam się z tym, co powiedziała pani Przyłębska, bo jest kompletnie odwrotnie. Ład konstytucyjny został naruszony przepisami, które były przedmiotem oceny TSUE. To regulacja dot. KRS i zmiany w SN naruszają konstytucję.

Oczywiście jesteśmy świadkami pewnej politycznej retoryki, że to naruszenie konstytucji, która ma przewagę nad prawem europejskim. Oczywiście to prawda i nikt tego nie kwestionuje, a pytanie brzmi, co jest sprzeczne z konstytucją; czy przepisy, które wprowadzono – niestety tego nie jesteśmy w stanie sprawdzić, bo decyduje o tym Trybunał, który ma wątpliwą reputację. Czy też rację ma TSUE, który próbuje uznać, że te wartości, które są wyrażone w traktacie UE, są tożsame z tymi, które wyraża Polska konstytucja.

Pani Przyłębska nie ma racji, ale podobnie wypowiadali się też inni przedstawiciele rządzącej większości, zwłaszcza Solidarnej Polski: min. Wójcik czy Kaleta, którzy jeszcze ostrzej wypowiadają się w tej sprawie, oczywiście włącznie z min. Ziobrą. Ci panowie twierdzą, że może by w ogóle pominąć to orzeczenie TSUE, ponieważ ono, ich zdaniem, nie wywołuje żadnych skutków prawnych wobec sprzeczności z konstytucją.

Zresztą TSUE jest konsekwentny w tej sprawie, ponieważ tak samo orzekł w orzeczeniu z 19 listopada 2019 roku, które skutkowało tą słynna uchwałą trzech Izb SN. Dotyczyło wprawdzie innej sprawy, ale argumentacja Trybunału jest podobna; nie możecie robić wszystkiego, co chcecie, z wymiarem sprawiedliwości, ponieważ są pewne zasady obowiązujące w UE, w traktacie o UE, jak np. rządy prawa.

Nie sam akt nominacji przez prezydenta, ale procedura powoływania sędziów przez KRS powinna podlegać kontroli.

O to szedł spór, że osoby, które powiedzmy „nie załapały się” w tej procedurze, powinny mieć możliwość zaskarżenia decyzji KRS.

Oczywiście są wyjątki od tej zasady, ale generalnie wszelkie postępowania, gdzie toczy się jakaś procedura zarówno na gruncie Europejskiej Konwencji Praw Człowieka i na gruncie przepisów Prawa Europejskiego, są to postępowania dwuinstancyjne. Jest decyzja i prawo do odwołania się od niej. Tu sędziów pozbawiono tego prawa.

Politycy Solidarnej Polski mówią, że to atak na naszą suwerenność.

Wszystko zależy od tego, jak pojmujemy suwerenność. Czy to całkowita niezależność od świata zewnętrznego i prawo do decydowania o wszystkim i o wszystkich, także własnych obywatelach, tak jak sobie władza wymyśli, czy są pewne imponderabilia, które wynikają z tego, że jesteśmy członkiem społeczności międzynarodowej i wspólnoty europejskiej.

Przystępując do tej wspólnoty zgodziliśmy się na pewne ograniczenie suwerenności. Polska konstytucja to przewiduje i dlatego też było referendum, bo jeżeli przystąpienie do organizacji międzynarodowej wiąże się z przekazaniem na jej rzecz pewnej części suwerenności, to wymaga to referendum. Dodam też, że suwerenność współcześnie jest trochę inaczej pojmowana. Dziś państwu, w odróżnieniu do przeszłości, nie można wszystkiego na swoim terytorium.

Są ograniczenia w postać Praw Człowieka, zasad demokratycznego państwa prawa i szereg innych ograniczeń, które powodują, że bez pozbywania się suwerenności musimy wykonywać ją w taki sposób, aby się w tej wspólnocie zmieścić.

To, co od 5 lat próbuje się zrobić w Polsce, to archaiczne pojmowanie suwerenności, jakbyśmy byli całkowicie niezależni od świata zewnętrznego. Tak nie jest i nikt na świecie nie pojmuje dziś tak suwerenności.

Co się stanie, jeśli pseudo-TK orzeknie tak jak teraz mówi pani Przyłębska? Czy to nie będzie oznaczało wyjścia Polski z europejskiego prawodawstwa, czyli de facto z UE?

Takich orzeczeń TK, które by sugerowały, że już wychodzimy z UE, już parę było. To bardziej wygląda jak przeciąganie liny z Unią, ale oczywiście gdzieś jest masa krytyczna, za którą coś złego się stanie. Z drugiej strony procedura UE nie przewiduje wykluczenia członkostwa, ale w samej Unii będzie nam coraz trudniej. Wygląda na to, że środki finansowe będą uzależnione od kwestii praworządności, zatem tu widzę konsekwencje.

Były zresztą podobne orzeczenia Trybunałów w innych państwach, np. Niemiec, gdzie Trybunał orzekał o wyższości ustawy zasadniczej Niemiec nad prawem europejskim. Dotyczyło to wprawdzie innych spraw, nikt jednak nie działał w tej kwestii tak radykalnie jak obecnie Polska. Nikt nie lekceważył w taki spektakularny, rażący sposób orzeczeń TSUE. Na pewno w korytarzach unijnych politycy z obozu rządzącego wypowiadają się znacznie łagodniej, a to, co słyszymy z zwłaszcza z ust polityków Solidarnej Polski w kraju, jest bardziej na użytek pewnej grupy wyborców. Przyznam, że zastanawiam się czasem, czy ci, którzy są prawnikami, wierzą w to, co mówią, i przyznam, że mam wątpliwości.

Jakie konsekwencje grożą panu prezydentowi, doktorowi prawa UJ, za mianowanie sędziów na podstawie przepisów, co do których ma teraz wątpliwości TSUE, ale wcześniej przecież alarmowali także eksperci prawa?

Prezydent, kiedy dostaje wniosek, nie musi specjalnie w niego wnikać, chociaż prezydent Kaczyński to robił.

To prerogatywa prezydencka, on dostaje wniosek o mianowanie sędziego i tyle. Nie zgadzam się natomiast ze stwierdzeniem, które prezydent Duda sam kiedyś popełnił, że podpis prezydenta uzdrawia wszelkie niedoskonałości proceduralne. Nawet jeśli KRS jest niekonstytucyjny, to on swoim majestatem urzędu wszystko uzdrawia i ten podpis jest decydujący. To tak nie wygląda, a jego podpis to tylko akt nominacji i nie jest bez znaczenia, jak przebiegała sama procedura.

To teraz zadanie dla NSA, który nie jest związany żadnym terminem. Wszyscy zadają sobie pytanie, jak dalece pójdzie prezes NSA, prof. Marek Zirk-Sadowski. Być może w tej sprawie orzeknie normalny skład NSA; 3 sędziów, ale może się też tak zdarzyć, jak w SN, że orzekł wszystkie Izby NSA i podejmą jakąś uchwałę.

Kiedy i jak, trudno przewidzieć, na pewno wyrok TSUE wskazuje im drogę, którą powinni pójść, choć oczywiście być może NSA pójdzie drogą pani Przyłębskiej czy pana ministra Wójcika.

Politycy rządzącej większości regularnie orzekają, które wyroki sądu uznają, a które nie, które publikują, a które nie. Jakie to rodzi konsekwencje?

Jesteśmy oczywiście w stanie pewnego chaosu prawnego, który władza wywołała. Wydaliśmy ostatnio z prof. Łętowską książkę pt. „Wygaszanie państwa prawa” i pytanie, które sobie przy okazji postawiliśmy, brzmiało: czy to wygaszanie państwa prawa, które jest widzialnym procesem i dotyka coraz to nowych sfer, jest zaplanowanym procesem?

Doszliśmy do wniosku, że raczej nie, a jest to działanie od przypadku do przypadku. To próba badania poziomu oporu samego systemu i wrażliwości społecznej. To działania ad hoc, jak daleko jeszcze można się posunąć, co ograniczyć, gdzie zaingerować. Tezą, że to nie jest konkretny plan, który narodził się w głowie wiadomo kogo, jest fakt, że nie wiemy, co ma być na końcu. Nikt nie przedstawił nam żadnej wizji, bo jeżeli nie demokratyczne państwo prawa, to co?

Co ma być alternatywą dla wolności mediów, dla przestrzegania państwa prawa, dla demokracji, bo ona też podlega naruszeniom?

Podobnie jest z pandemią, gdzie nie wiemy, co nas jutro czeka, bo nie ma pewności prawa w postaci ustawy, tylko mamy rozporządzenia wydawane ad hoc przez premiera, ministra zdrowia, Radę Ministrów, właściwie konferencje prasowe stały się w Polsce źródłem prawa.

À propos szczepionki, to jestem w czarnej dziurze, ponieważ jestem między 65. a 70. rokiem życia, w związku z tym nie jestem zaszczepiony. Któregoś dnia dowiedziałem się, że będę w grupie X, w południe byłem już w grupie Y, a wieczorem już nie byłem w żadnej. Dziś dowiedziałem się, że zostanę zaczepiony, ale tylko dlatego, że szczepionkę Astrazeneca rozszerzono na moje roczniki, ale kiedy – nie wiadomo.

Sąd Apelacyjny orzekł, że sędzia Tuleya może orzekać, bo nadal jest sędzią. To kolejny kamyk do tego chaosu prawnego, tylko że ten niesie za sobą nadzieję, że są jeszcze sprawiedliwi sędziowie?

Jest w tej sprawie pewne pozytywne zjawisko, polegające na tym, że sędziowie jakby odzyskali poczucie bycia trzecią władzą.

Kiedyś sędzia jak zdejmował togę, odkładał młotek i wychodził z sali, to nie czuł się już sędzią, ani trzecią władzą. Dziś to się zmieniło.

Taką świadomość i tożsamość sędziowie odzyskali przez ten atak ze strony rządzących, bo nic innego im nie pozostało. To jest dość liczna grupa, bo mamy ok. 10 tys. sędziów w Polsce. Część z nich zachowuje się niezbyt godnie, część jest bierna, nazwijmy to postawą konformistyczną, ale jest grupa 3-4 tys. sędziów, czyli ok. 40 proc., którzy są bardzo zaangażowani i w działalność w stowarzyszeniach Themis i Iustitia. Myślę, że w grupie biernych sędziów nie ma tak spektakularnych działań, ale są wśród nich ci, którzy robią swoje i mają świadomość, że coś niedobrego dzieje się wokół.

10 marca TK Przyłębskiej zajmie się sprawą RPO i wiele wskazuje na to, że to będzie koniec prof. Bodnara na tym stanowisku. Powołany zostanie ktoś pełniący obowiązki, być może nawet pan Wawrzyk, który nie dostał zgody Senatu na to stanowisko. Runie wtedy ostatni instytucjonalny bastion obrony praworządności?

Tak się niestety wydaje. Sam wniosek w tej sprawie jest z mojego punktu widzenia kompletnie nieracjonalny, ponieważ to, że są kłopoty z wyborem RPO, to jedno, jednak nikt nigdy nie kwestionował zapisu, że zarówno RPO, jak i szef NIK-u sprawuje swój urząd do momentu wyboru nowego. Nie można obciążać tego urzędu odpowiedzialnością za to, że z powodu takiego układu politycznego nie można wybrać rzecznika.

Rozumiem, że wniosek zmierza do tego, aby wybrać na RPO komisarza, ale ani p.o. rzecznika, ani instytucji jakiegoś komisarza konstytucja ani ustawa nie przewiduje.

Oczywiście domyślam się, jakie będzie orzeczenie TK w tej sprawie, i przyznam, że to jest najgorsze w tym wszystkim, że my jesteśmy w stanie antycypować, jakie będzie orzeczenie tego TK. Kiedyś orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego to było wydarzenie, na które się czekało, i nikt nie wiedział, jakie ono będzie. Teraz niestety wiemy, jakie będzie, i to powoduje, że ta kontrola konstytucyjności jest iluzoryczna. To fasada, szukanie listka figowego dla działań władzy. Smutne to bardzo.

Ostrzegam

Według Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej nowelizacja ustawy o KRS, która umożliwiała sędziom odwoływanie się od decyzji Rady co do wyboru członków Sądu Najwyższego może naruszać prawo UE. Także kolejne nowelizacje ustawy o Krajowej Radzie Sądowniczej, które doprowadziły do zniesienia skutecznej kontroli sądowej rozstrzygnięć Rady o przedstawieniu prezydentowi RP wniosków o powołaniu kandydatów na sędziów SN, też mogą naruszać prawo unijne.

PIS ustami ministra sprawiedliwości i jego urzędników (nota bene autorów „reformy” wymiaru sprawiedliwości) twierdzi, że TSUE wyszedł tym orzeczeniem poza ramy traktatowe, zatem respektowane ono nie będzie. Również pani prezes Przyłębska oznajmiła, że wyrok TSUE narusza polski ład konstytucyjny. To oznacza, że w Polsce nadal będziemy mieli do czynienia z patem prawnym…

Wyjaśnię więc po raz kolejny: zasadniczy problem polega na tym, że to Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, a nie odwrotnie! To Polska ratyfikowała i przyjęła akty wspólnotowe i jako członek UE jest zobowiązana do przestrzegania prawa stanowionego przez Unię. Dodam, że od roku 2004 roku, od chwili wstąpienia do Unii, my to prawo współtworzymy! Również traktat o funkcjonowaniu UE był współtworzony przez Polskę wraz z innymi państwami członkowskimi. Zatem to my mamy przestrzegać orzeczeń, prawa i wyroków trybunałów europejskich, a nie trybunały europejskie mają akceptować orzeczenie polskich instancji sądowniczych i uwzględniać zmiany w prawodawstwie wprowadzane w wyniku potrzeb politycznych przez ministra sprawiedliwości. To polskie prawodawstwo musi być w zgodzie z orzeczeniami TSUE.

Tak, pamiętam – zwolennicy „dobrej zmiany” w tym miejscu zwykle przywołują przykład Niemiec, gdzie Sąd Konstytucyjny nie przyjął orzeczenia w sprawie sporu pieniężnego, uznając rozstrzygnięcie TSUE za niezgodne z niemiecką konstytucją. Mówi się: proszę, Niemcom wolno, Polsce nie wolno!

Otóż jest tu zasadnicza różnica. Przedmiotem sporu w polskim przypadku nie jest, jak w Niemczech, metoda jednostkowego rozliczenia finansowego w konkretnej sprawie, ale niezależność systemu polskiego sądownictwa od władzy politycznej. Jeśli ta niezależność jest kwestionowana – a jest (!), to jest powód do poważnego zastanowienia się i odpowiedniej reakcji, a nie do bezdyskusyjnego odrzucenia wyroku niezgodnego z oczekiwaniami polityków. Poza tym takie wybieranie sobie poszczególnych przypadków: ten nam się podoba, to go akceptujemy, a ten się nie podoba, więc nie będziemy na niego zwracać uwagi, do niczego nie prowadzi. Stoimy bowiem wobec problemu zasadniczego, wobec zmiany ustrojowej – kwestionowania fundamentu każdego demokratycznego państwa, jakim jest rozdział władzy sądowniczej od ustawodawczej i wykonawczej. W polskim przypadku mamy zatem do czynienia ze sporem ustrojowym!
Sposób powołania KRS i Izby Dyscyplinarnej oznaczał bowiem złamanie i odrzucenie niezależności polskiego wymiaru sprawiedliwości. I o tym rozmawiamy.

To rzecz jasna będzie powodować nie tylko chaos prawny (już zresztą powoduje), ale może też być niebezpieczne dla naszych fundamentalnych interesów w UE. Mówimy o pozycji Polski we wspólnocie, a także – co dzieje się właśnie na naszych oczach – o dostępie do unijnych pieniędzy niezbędnych jak powietrze do odbudowy kraju po pandemii. Właśnie decydują się losy Funduszu Odbudowy! Rząd przedstawił plany w zakresie zagospodarowania tych pieniędzy, przeznaczył konkretne sumy na konkretne cele, ale jeśli się okaże, że Polska nie będzie uznana przez europejską rodzinę za kraj praworządny, to możemy liczyć się z tym, że środki przeznaczone dla Polski będą zagrożone. Mogą być przyznane, a mimo to niewypłacone, właśnie ze względu na nieprzestrzeganie zasady praworządności.

Chcę to powiedzieć jasno: jest ze strony rządu wola walki z Unią Europejską i upieranie się przy swoim zamiast znajdowania rozwiązań. Możemy się znaleźć na pozycji przegranej. Ostrzegam.