Historyczny wiec Tuska w Gdańsku

Gdańsk, poniedziałkowe, ciepłe i słoneczne popołudnie 19 lipca, nieco po godzinie szesnastej.
Po całym dniu spacerowania i jeżdżenia po Trójmieście, wlokę się w stronę Długiego Targu i pomnika Neptuna, by zobaczyć zapowiedziane zgromadzenie z udziałem Donalda Tuska. Po trosze, by popatrzeć, ale też, by trochę pobudzić leniwą krew w wiecowej atmosferze, w której bywa czasem coś elektryzującego, a i zdarza się, że można natknąć się na jakąś ciekawą nawalankę między przedstawicielami dwóch plemion – Polski PiS i Polski-antypis. Po niedawnej publicznej pyskówce pani marszałek Sejmu Witek z „totalną opozycją” uliczną, która „rząd atakuje ale wszelkie świadczenia bierze”, nie można było tego wykluczyć.
Hajda pod Neptuna
Nawet gdybym nie miał zielonego pojęcia, że szykuje się ten wiec, to i tak kierujący ruchem strażnicy miejscy zwiastują, że coś się w okolicy dzieje lub dziać będzie. Choć dzień powszedni, to – jak to wakacyjną porą – Starówka jest zatłoczona. Wchodzę w ulicę Długą i zmierzam w stronę Neptuna. Z oddali widzę podest pełen fotoreporterów. Słyszę też głos dwojga przemawiających. Po chwili rozpoznaję posłów Wielichowską i Myrchę, którzy pełnią rolę supportu przed wystąpieniem Tuska, naprzemiennie podkręcając atmosferę demokracjotwórczymi i państwowotwórczymi okrzykami, a co pewien czas przypominają, że „godzina zero” się zbliża i niebawem pojawi się Donald Tusk (wow!). Ich narrację urozmaicają puszczane z głośnika kawałki znanych utworów muzycznych („Wolność, kocham i rozumiem…”, „Chciałbym być sobą” itp.). Tłum koncentrujący się wokół podium jest spory i z minuty na minutę gęstniejący, ale w luźnej atmosferze wakacyjnego popołudnia nie jest tak łatwo odróżnić tych, którzy przyszli na wiec, od przypadkowych spacerowiczów, turystów, gapiów itp. Na pewno na zgromadzenie przyszli ci (a jest ich dużo), którzy trzymają w dłoniach kartki zadrukowane znanym hasłem: „TVP łże” lub tabliczki z emblematami unijno-KOalicyjnymi Przez moment błyska mi w oddali łysina Borysa Budki, widzę Jarosława Wałęsę i kilkoro innych parlamentarzystów. W tłumie widać też flagi unijne, Pomorza z czarnym gryfem na żółtym tle, a także emblematy KOD. Gdybym był – jak nie jestem – propagandystą TVPiS zauważyłbym, że średnia wieku zgromadzonych jest bliższa średniej niż niskiej. Mnóstwo osób zajmuje ogródki dwóch pobliskich, sąsiadujących z Dworem Artusa lokali. Pod jedną z kamienic grupa osób trzyma obszerny baner z wizerunkami psów i pytaniem: „Czy upomni się Pan o prawa zwierząt”. Rozglądam się, czy są hasła antytuskowe? Haseł antytuskowych nie zauważyłem, choć rozglądałem się intensywnie.
Policjanci jak trusie
Staję kilkanaście metrów od podestu, jakieś dwa metry za dwoma policjantami, ale poza tym policji – przynajmniej umundurowanej – jest jak na lekarstwo. W zasadzie nikt na nich nie zwraca uwagi, poza tym że zauważam mężczyznę w średnim wieku, który podchodzi do jednego z nich, otaksowuje go prowokacyjnie z góry na dół dość nieprzyjaznym wzrokiem i spoglądając mu w oczy rzuca pytanie: „Co, nie ma kobiet do bicia?”. Policjant nie reaguje na zaczepkę i w ogóle ta „nieobecność” policji robi na mnie osobliwe, dziwne wrażenie, jakby nawet zaskakujące po tylu miesiącach doświadczeń z brutalnym pacyfikowaniem najspokojniejszych nawet, jednoosobowych protestów, z byle powodu lub bez powodu. W tym przyjaznym Tuskowi i opozycji, a więc z definicji antypisowskim tłumie, po raz pierwszy od dawna widzę policjantów spokojnych jak trusie, bez postawy wojowniczej i właściwie bezbronnych w tej w gęstej ciżbie, która nienawidzi ich mocodawców.
TVPiS łże
Dochodzi godzina siedemnasta. Tusk, w niebieskiej koszuli, bez marynarki, pojawia się punktualnie (punktualność jest uprzejmością królów) na podium, w asyście grona młodych ludzi z flagami unijnymi i biało-czerwonymi. Jego wejściu towarzyszą dźwięki jakiegoś innego klasycznego hitu muzycznego, ale nie zapamiętałem którego. Tusk zaczyna przemawiać, a ja staram się zachować równowagę między słuchaniem przemówienia a obserwacją tego co dzieje się wokół, jednak z akcentem położonym na ten drugi wymiar rzeczywistości. Od czasu do czasu, w trakcie przemówienia, słychać krótkie skandowanie: „Donald Tusk! Donald Tusk!”. Szczególnie jednak nastawiam uszy, aby wychwycić jakieś okrzyki wrogie Tuskowi. Ale nic. Ani plakatów, ani okrzyków. Raz tylko zauważam mężczyznę, który kilkakrotnie, z przerwami, niezbyt silnym głosem wykrzykuje: „Tusk hańba”. Po drugim czy trzecim takim okrzyku, kilka osób kieruje na niego swoją uwagę, coś do niego mówią, po czym mężczyzna spokojnie, w milczeniu odchodzi. Jednocześnie słucham przemówienia Tuska i odnotowuję w pamięci, że największy aplauz i oklaski wywołują jego słowa o „ruskim ładzie PiS” oraz o „upadku Kościoła, który PiS sprowadził do roli sojuszniczej partii politycznej”, o odejściu młodzieży od kościoła, a także, gdy wzywa „pana Kaczyńskiego”, by „wyszedł z jaskini” i stanął z nim do pojedynku „na ubitej ziemi”. Salwy śmiechu wywołują kąśliwe uwagi Tuska o prezesie PiS, „nieszczęsnym ministrze” Dworczyku, „cnotach niewieścich”. Kończy się przemówienie i zgromadzenie. Ludzie zaczynają się powoli rozchodzić, tylko wokół Tuska zgromadził się gęsty tłumek. „Pstryki” zdjęć z komórek i smartfonów, autografy. Nie mam dobrego oka do szacowania liczebności zgromadzeń, ale jeśli zsumować liczbę ewidentnych uczestników wiecu z publicznością luźniej zgromadzoną wokół, to było tego … ze dwa tysiące, co zresztą widać na ujęciach z drona. TVPiS podała, że na wiecu była garstka osób. To jest naprawdę świetna telewizja. Najświetniejsza w łgarstwach bez cienia żenady.

Bigos tygodniowy

Bigos z lubością zalicza się do Klubu Ośmiu Gwiazdek, a że lubi dobrych mówców, więc z uznaniem wysłuchał sobotniego przemówienia Donalda Tuska, a także jego niedzielnej konferencji prasowej. Z retorycznego punktu widzenia majstersztykiem było ustawienie obecnej władzy, już w w pierwszych słowach, w roli Wcielonego Zła, bo PiS jest rzeczywiście złem, które radykalnie szkodzi Polsce. Tusk powrócił do polskiej polityki z brawurą fightera. Jednak zgrzytem po jego stronie było zdystansowanie się, w kontekście przyszłej współpracy sił opozycyjnych, od Lewicy (zadra liberałów o sławetne głosowanie w sprawie funduszy europejskich). Tusk zasugerował, że pozwoli Lewicy, klęczącej na grochu, przystąpić do współpracy, gdy złoży mocne postanowienie poprawy. To było niepotrzebne, bo Lewica nie zrobiła nic tak bardzo złego, by ją aż tak uparcie piętnować. „Emerytowany ratownik polskiej demokracji”, jak sam się Tusk określił, mógł sobie tę małostkowość darować, bo prędzej czy później Lewica będzie mu jednak w końcu potrzebna. Dlatego bardzo dobrze, że przewodniczący Nowej Lewicy Włodzimierz Czarzasty życzliwie i bez żadnych wstępnych warunków przyjął powrót Donalda Tuska i podkreślił konieczność sformowania jednolitego frontu opozycji na rzecz odsunięcia PiS od władzy.


Równolegle z powrotem Tuska odbył się kongres pisiorów. Na końcu ferajna wybrała szefa, którym ponownie został Zapluty Karzeł Reakcji. Jednym z jego zastępców został Matousz. PiS ostatecznie przyjęło bankiera-kłamczucha na swoje ścisłe łono, już nie w roli sublokatora. Poza tym podjęli uchwałę „antynepotyczną”. Nakazał ją ZKR, strasząc że w przeciwnym razie PiS nie ma szans na zwycięstwo wyborcze. Jednakże przed podjęciem uchwały dokonano w niej resekcji zębów siekaczy, pozostawiając furtkę dla czynienia niezbędnych wyjątków. ZKR powiedział też, że choć nepotyzm jest zjawiskiem w PiS wąskim, to „opozycja z tego korzysta przeciw nam” i że „jeśli się z nią nie poradzimy, to nie mamy szans na wygraną”. Czyli otwartym tekstem powiedział, że gdyby nepotyzm PiS-owi nie szkodził, to spokojnie można by go uprawiać, ale w tej sytuacji tak się nie da. A poza tym, w ogóle, nastrój na kongresie PiS sprawiał wrażenie minorowego, bez ikry. Tak też, jakoś minorowo i bez pałera, przemawiał sam ZKR. Coś się psuje także w kręgach doradczych. Pisowski „rebe” Józef Orzeł z Klubu Ronina, któremu dotąd nie można było odmówić inteligencji, umiejętności analitycznych, rozsądku i który często wypowiadał się PiS-owi pod prąd, zaczął ostatnio zgrzytać jak psujący się sprzęt. Skrytykował oto Tuska, że wskazując na PiS jako na Wcielone Zło, popełnił błąd. A przecież PiS, stosując tę metodę, kilkakrotnie wygrało wybory, podobno posiłkując się doktryną Carla Schmitta. I gdy tę samą metodę zastosował też Wiadomy Osobnik, krzycząc przed rokiem na wyborczym wiecu, że „LGBT to nie ludzie, to ideologia” Orzeł jakoś nie protestował. Orły pisowskie dostały w locie zadyszki?


Zdecydowanie słabo zachował się natomiast Rafał Trzaskowski, który wyjeżdżając po posiedzeniu kierownictwa PO, pokazał figę dziennikarzom proszącym go o wypowiedź i na pożegnanie dmuchnął im tylko w nosy dymem z rury wydechowej. Zachował się tym samym tak, jak często zachowują się pisowcy i to w sytuacji, gdy nawet milkliwy „Pies”, Teplecki, od pewnego czasu gada jak najęty. Bigos, choć przed rokiem głosował w drugiej turze oczywiście, jak cała demokratyczna i antypisowska Polska na Pięknego Rafała i docenia jego rozmaite walory, od dawna zauważył też jego wady. Otóż – unikając eufemizmów i poprawnego ściemniania – Bigos widzi w Pięknym Rafale rysy zadufanego w sobie panicza z dobrego, artystycznego domu (syn jednej z legend jazzu Andrzeja Trzaskowskiego), wychowanego w atmosferze miłości własnej,w w kulcie własnej osoby, upajającego się publicznie swoimi wyrafinowanymi lekturami w języku francuskim (n.p. Edgar Morin), wyższego nad otaczający go gmin. Piękny Rafa śmiało mógłby za swoją dewizę przyjąć słowa rzymskiego poety Horacego „Odi profanum vulgus..” Nie wiem, czy zauważyliście, że Rafa od czasu do czasu robi zblazowane, zarozumiałe, bufoniaste miny. Nie to, żeby mógł rywalizować w tej konkurencji z Dumoniem, ale… Jeśli zestawić go z Donaldem Tuskiem, który w umiejętności kontaktu z ludźmi jest arcymistrzem może nawet lepszym niż Aleksander Kwaśniewski, to Piękny Rafał wypada fatalnie. Bigos zauważył też, gdy Rafałowi dobrze idzie, jak w rok temu w drugiej turze, to wyluzowuje i robi się cieplejszy. Gdy idzie mniej po jego myśli, usztywnia się i bufonieje.


Tymczasem w trzeciej lidze politycznej bez zmian. Na jakiejś uroczystości związanej z wojskowością, pewien Kabotyn, przemawiając, robił takie srogo-komiczne, kabotyńskie miny, że w porównaniu z nim Mussolini to był Buster Keaton, aktor bez mimiki.


Epidiaskop Polski ujawnił dane dotyczące pedofilii w kościele katolickim. Dane są porażające, jednak dla nikogo nie jest tajemnicą, że liczba pokrzywdzonych jest zaniżona. Po prawdzie jednak podali same liczby, czyli gówno podali.


Kolejna kobieta urodziła potworka, który umarł po pół godziny po porodzie. Przy okazji kobiecie rozerwano na strzępy krocze. Na rozerwanie krocza powinna zostać skazana skurwysyńska banda spod ośmiu ciemnych gwiazdek, która to „prawo” kobietom sprokurowała.


Przewodniczący Włodzimierz Czarzasty zawiesił eurodeputowanego i szefa Nowej Lewicy na Śląsku Marka Balta oraz dwójkę radnych NL za poparcie udzielone pisowskiemu zarządowi województwa śląskiego.

Flaczki tygodnia

Wielki prezent Donald Tuski zrobił panu prezesowi Kaczyńskiemu swym powrotem do Platformy. Powrót Tuska do polityki to przecież groźba powrotu Tuska do władzy. A wizja powtórki rządów PO z czasów premiera Tuska skuteczniej zmobilizuje i scementuje żelazny elektorat PiS niż kreowany strach przez „ideologią LGBTI”, „neomarksizmem” i „genderem” razem wziętych. Dużą flaszkę w podzięce powinien pan prezes Kaczyński premierowi Tuskowi posłać.

Powrót premiera Tuska to wielka radość dla medialnego Komentariatu. Tomasza Lisa, Moniki Olejnik, Tomka Wołka i wielu innych podobnych im. Eskalacja wojny plemion PO i PiS jaką już ów powrót wywołał, to nie tylko powrót do przeszłości, kiedy oni panowali nad krajową opinią publiczną. To powrót do ciągłego komentowania ciągłych komentarzy liderów wojujących plemion. Niewymagający dodatkowych lektur, obserwacji świata, nowatorskiego myślenia. Komentowania mniej lub bardziej błyskotliwego. Ale strategicznie intelektualnie bezpłodnego.

Powrót premier Tuska to wielka radość dla inteligentów wielkomiejskich, tych starszego pokolenia, którzy w czasach tuskowej małej stabilizacji, polityki „ciepłej wody”, lubili powtarzać bon mot przypisywany Antoniego Słomińskiego: „Ja od polityki mam Piłsudskiego”. Oni znowu będą mogli wzdychać uspokajająco: „Od polityki mam Tuska”. Będą też rutynowo oglądać TVN, przeglądać tytuły w „Wyborczej”. I czekać aż Tusk obali rządy pana prezesa Kaczyńskiego.

Powrót premiera Tuska to wielka radość dla front menów narodowo-katolickiego frontu propagandowego. Redaktorzy Karnowscy, Sakiewicz i podobni im, oczami dusz swoich już widzą przyszłe, pęczniejące sakwy. Kolejne nowe samochody, domy, żony. Nowi mężowie i kochankowie. Obrzydzanie „wehrmachtowca” Tuska, kochanka kanclerz Merkel, ogrywanie „wilczych oczów” Tuska to dla narodowo- katolickich propagandzistów robota lekka, łatwa i przyjemna. Choć może i nużąca ze względu na swą powtarzalność. Ale też dobrze płatna.

Do tej pory mówiło się, że polska polityką rządziły dwie trumny- Dmowskiego i Piłsudskiego. Teraz polską politykę może spotkać jeszcze większa katastrofa. Zdominowanie jej przez wojnę dwóch politycznych dziadersów. Pana prezesa i eks premiera.

W zeszłą sobotę podczas kongresu PiS ponownie wybrano pana prezesa Kaczyńskiego na pana prezesa Kaczyńskiego. Pan prezes po raz kolejny obiecał,że to już pewnie jego ostatnia kadencja. A jeśli poczuje się zmęczony, to może odejść nawet przed końcem kadencji. Niestety powrót Tuska zakonserwuje pana prezesa na stanowisku pana prezesa. Jak bagno dinozaura.

Zapewne aby uprzedzić krytykę ze strony premiera Tuska, pan prezes Kaczyński złożył samokrytykę. Zauważył, że jego partia nie zrealizowała obiecywanego programu Mieszkanie +. Nie dodał, że w tych mieszkaniach miało też być milion polskich samochodów elektrycznych, flotylla promów morskich, luxtorpedy i inne koleje wysokich prędkości, Centralny Port Komunikacyjny, PKS w każdej gminie, PKP w każdym miasteczku, strzelnica w każdej gminie. I wiele innych wspaniałych, również niezrealizowanych obietnic.

Pan prezes Kaczyński zapowiedział też walkę z „nepotyzmem”, czyli złodziejstwem PiS. Czyli sam publicznie przyznał, że elity PiS kradną. „Flaczki” wcześniej wielokrotnie to zauważały. Dlatego teraz cieszą się, że i pan prezes w końcu to dostrzegł.

W drugich słowach poświęconych złodziejstwu elit PiS, pan prezes Kaczyński zapewnił,że skończy z zatrudnianiem w spółkach skarbu państwa członków rodzin elit PiS. Czyli sam przyznał, że za rządów PiS członkowie rodzin elit PiS zatrudniali się w spółkach skarbu państwa aby tam kraść. Okradać polskich podatników, czyli nas wszystkich. Na pocieszenie swych elit, pan prezes obiecał, że ów zakaz nie będzie absolutny. Bo stworzy się grupę wyjątków, którzy ze względu na swe zasługi i kwalifikacje, czyżby złodziejskie ?, będą mogli trafiać do spółek skarbu państwa. Traktowanych przez elity PiS jak bankomaty.

Premier Tusk powrócił do kierowania Platformą Obywatelską aby poderwać ospałą formację do wielkiego boju z PiS. Aby uczynić Platformę liderem demokratycznej, anty PiSowskiej opozycji. No i aby poprawić wyborcze notowania PO, która w rankingach wyborczych spadła z drugiego na trzecie miejsce.

Aby umożliwić mu rządzenie Platformą, premiera Tuska wybrano tam na stanowisko wice przewodniczacego. Będzie zatem rządzić PO „z tylnego siedzenia”. Niezgodnie z demokratycznymi regułami i standardami. Będzie przywracał demokrację stosując niedemokratyczne narzędzia polityczne.

Za podobne niedemokratyczne, niekonstytucyjne rządy „z tylnego siedzenia” zdeklarowani demokraci z PO,a zwłaszcza jej medialny Komentariat, wielokrotnie krytykowali pana prezesa Kaczyńskiego.

Powrót premiera Tuska do PO oznacza nie tylko wojnę plemienną z PiS. Aby uczynić z dziadersowskiej PO przyszłą liderkę sondaży wyborczej wśród demokratycznej opozycji, nowe kierownictwo, czyli Tusk, musi podjąć rywalizację z Ruchem Szymona Hołowni. Bo to ten Ruch ma lepsze niż PO notowania wyborcze. Do tego do Ruchu przechodzą parlamentarzyści z PO, a nie odwrotnie. Zatem premier Tusk będzie musiał prowadzić wojny polityczne na dwa fronty. Otwartą wojnę propagandową z PiS i podjazdową wojenkę z Ruchem Hołowni. Rzadko wojny prowadzone na dwa fronty stają się zwycięskimi.

Dotychczasowe, skąpe wypowiedzi premiera Tuska pozwalają przewidywać, że chce on być liderem opozycyjnego, demokratycznego, prawicowo- centrowego bloku anty PiSowskiego. Współpracę z centrolewica, a zwłaszcza z lewicą, premier Tusk odpuszcza sobie. Zakłada zapewne, że w najbliższych wyborach demokratyczna opozycja wystartuje w dwóch blokach. Centroprawicowym złożonym z PO, Ruchu Hołowni, PSL i reprezentantów kilku metropolii. Oraz lewicowo- centrowym złożonym z Nowej Lewicy,lewego skrzydła PO, reprezentantów lewicowych związków zawodowych i ruchów miejskich.

Tusk chce przewodzić opozycyjnej, demokratycznej centroprawicy. Przegrać przyszłe wybory nieznacznie z PiS, ale osiągnąć drugi wynik. A potem utworzyć z demokratyczną lewicą koalicję rządzącą, która odsunie PiS od władzy.

Odsunięcie narodowo-katolickiego PiS od władzy jest zadaniem słusznym i zbawiennym. Tylko co potem? Powrót do „polityki ciepłej wody w kranie”?

Dlatego „Flaczki” kolejny raz przypominają liderkom i liderom Lewicy, że bez programu demokratycznej i socjalnej V Rzeczpospolitej polska lewica nie będzie zdolna do współrządzenia naszym państwem. Różnego rodzaju prezentowane okazjonalne „Recepty”, nawet atrakcyjnie wypowiedziane i wypląsane, nie przyniosą Lewicy niezbędnej do rządzenia Polską wiarygodności.

Flaczki tygodnia

Parlamentarzyści PiS bardziej od obcych wywiadów boją się „kaprala” Terleckiego i spółdzielni „Ucho” pana ministra Mariusza Kamińskiego.

Każdy polski parlamentarzysta zna „Katechizm polskiego posła”, przekazywany mu przez starszych kolegów. Pierwszy punkt katechizmu brzmi: „Poseł ma wrogów z innych partii, śmiertelnych wrogów ze swego okręgu wyborczego i jeszcze „kolegów” z partii”. Dziś parlamentarzyści z PiS w prywatnych rozmowach przyznają, że cały ten atak „ruskich” hakerów to pic dla mediów i ciemnego ludu, czyli wyborców PiS.

Naprawdę to mogło być tak: Parlamentarzyści wiedzą, że nie powinni używać prywatnych skrzynek mailowych do celów służbowych. Zwłaszcza, ci, którzy do chudej diety poselskiej dokładają pensyjki rządowe,bo dorabiają tam jako sekretarze stanu. Czyli ministrowie. Ci mogą przecież dostać na wyposażenie specjalne, bardziej odporne na hakerskie ataki, smartfony. Ale nie każdy parlamentarzysta umie z nich od razu korzystać. Niby może się tego nauczyć, ale wymaga to czasu, a tego każdemu polskiemu posłowi zawsze brakuje. Ci ząś, którzy muszą z nich korzystać, potwierdzają, że z prywatnego maila szybciej się wysyła.

Poza tym, a może przede wszystkim, znani nam parlamentarzyści podejrzewają, że bezpieka pana ministra Kamińskiego tak te ustrojstwa zabezpieczyła, że może jego użytkownika podsłuchiwać kiedy tylko zechce. Zatem lepiej go do politycznego knucia nie używać. Tak samo było kiedy w Sejmie wprowadzono służbowe laptopy i ifony aby zlikwidować obieg papierowych dokumentów. Wielu parlamentarzystów nie chciało ich wtedy brać, bo bali się, że Kancelaria będzie mogła ich kontrolować. Potem brali, ale i tak pracowali na „swoim” sprzęcie.

Każdy parlamentarzysta wie jak jest w klubie Zjednoczonej Prawicy. Jego rzecznik dyscypliny to pan wicemarszałek Terlecki. Zwany „kapralem”, od swego finezyjnego stylu działania. Powszechnie tam mówi się też, że bezpieka pana ministra Mariusza Kamińskiego zbiera haki na wszystkich parlamentarzystów. I potem wrzuca je do obiegu, jak to było w przypadku oskarżenia pana posła Maksymowicza o eksperymenty medyczne na „dzieciach nienarodzonych”. Połączenie „kapralstwa” pana marszałka Terleckiego z „hakarstwem” pana ministra Kamińskiego, sprawia, że polscy parlamentarzyści mniej boją się zagranicznego „hakerstwa” niż „hakarstwa” i „kapralstwa” ze strony swoich „kolegów” z partii.

Wielu polskich parlamentarzystów uważa też, że „bezpieczniej” jest prowadzić korespondencje z kilku prywatnych skrzynek mailowych. Na zmianę. Bo wtedy dywersyfikuje się korespondencję. Ale potem każdy zawsze ma mało czasu i w praktyce wysyła z jednej skrzynki.

Nie wiemy czy włamania do prywatnej skrzynki pana ministra Dworczyka dokonał ktoś z wymienionych w pierwszym punkcie poselskiego katechizmu. Nie inspirowany wtedy przez obce specsłużby. Tak z zemsty,aby zaszkodzić coraz bardziej popularnemu na prawicy ministrowi. Nie wiemy czy ten pomysł i wycieki korespondencji przechwyciły obce spec służby. A jeśli tak, to kiedy to było. Najwyższy z urzędników państwowych odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, pan wicepremier Jarosław Kaczyński, obarczył winą hakerów działających na terenie Federacji Rosyjskiej. I wezwał do wyciszenia sprawy, bo każda debata o tym skandalu, to młyn na wodę imperialistów rosyjskich.

Zasugerował też, że bezpieka pana ministra Kamińskiego wie o włamaniach do skrzynek mailowych innych parlamentarzystów. Wzbudził tym popłoch tych wszystkich z rządzącej koalicji i opozycji, którzy też służbowe maile ze swych skrzynek wysyłali. Co może udowodnić bezpieka pana ministra Kamińskiego, „lustrując” skrzynki najbardziej gorliwych w krytyce pana ministra Dworczyka. Nic dziwnego, że w opozycji pojawiły głosy,aby pana ministra potraktować jak ofiarę „podstępnych ruskich”.

Jednak pomimo ujawnionego przez jaśniepana premiera Kaczyńskiego ataku na Polskę z terytorium Federacji Rosyjskiej, ambasador tej Federacji nie został nawet wezwany w celu złożenia stosownych wyjaśnień. Podobnie było niedawno, kiedy pan poseł Macierewicz ogłosił publicznie, że to Rosjanie dokonali zamachu na polski, prezydencki samolot nad lotniskiem w Smoleńsku w 2010 roku. Też żadnej reakcji ze strony rządzącego PiS.

„Flaczki” nie namawiają, żeby w ramach restrykcji i retorsji służby pana wicepremiera dokonały zamachu na samolot rosyjskiego prezydenta albo zbombardowały mu pałac na Krymie. Ale można by przynajmniej wezwać JE Ambasadora Federacji Rosji przed „kapralskie” oblicze pana marszałka Terleckiego. Samo obcowanie z „Psem” jaśniepana prezesa Kaczyńskiego bywa okrutną torturą.

Wzywanie do wyciszenia dyskusji nad kolejnym, bolesnym dowodem niekompetencji elit PiS i dyskusji o upadku najważniejszych instytucji państwa polskiego, to wezwanie aby być „Ciszej nad tą trumną”.

Jak polityczną szmatę potraktowały elity PiS panią senator Staroń. Nie zważając na jej kiepski stan zdrowia wysunęli jej kandydaturę na stanowisko Rzecznika Praw Obywatelskich. Z góry wiedząc, że ta kandydatura zostanie odrzucona podczas głosowania w Senacie. Zresztą dla pewności grupa senatorów z PiS również nie poparła jej kandydatury.

Pan prezes Kaczyński nie chciał wyboru senator Staroń, bo na jej miejsce zostałby wybrany kandydat zjednoczonej opozycji. Co dodatkowo osłabiłoby PiS w Senacie. Chciał jedynie doprowadzić do głosowania aby poznać rzeczywiste poparcie pana wicepremiera Gowina ze strony jego klubu poselskiego. Nie chciał też „nieswojej” senator na funkcję Rzecznika. Woli konsekwentnie walczyć z Senatem, obwiniać Senat o utrącanie sejmowych kandydatur,by potem mianować swego komisarza. Kaligula mianował konia senatorem, a jaśnie pan Kaczyński mianuje Rzecznikiem tubkę wazeliny.

Ciężko pracował dla jaśniepana prezesa euro deputowany Adam Bielan. Zwany w polskim Sejmie „napierdalaczem prezesa”. Niedawno z właściwym sobie wdziękiem zakwestionował przewodnictwo w Porozumieniu Polskim pana wicepremiera Jarosława Gowina, a teraz powołuje nową partię republikańską. Aby pod ten nowy szyld wyprowadzić z gowinowskiego Porozumienia Polskiego jak najwięcej aktywów politycznych. Aby wicepremier Gowin został „królem Jarosławem bez partyjnego gruntu”.

Żydzi czekają na Mesjasza, a politycy Platformy Obywatelskiej i jej medialny komentatoriat na nadejście Donalda Tuska. To dzięki Tuskowi partia ta ma politycznie zmartwychwstać. By pod swym przewodem zjednoczyć demokratyczną opozycję, wygrać wszystkie następne wybory i wrócić do władzy.

Niestety nadal nie wiemy po co Platformie ta władza. Żeby odsunąć PiS? Zgoda. I potem „Żeby było tak jak było”?

Trąba, bomba, kasa znikła

Ponad 10 milionów złotych zapłacili polscy podatnicy międzynarodowej szajce hochsztaplerów. Działających pod przykrywką sejmowej podkomisji ds. ponownego zbadania przyczyn okoliczności wypadku lotniczego prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Pamiętnego 10 kwietnia 2010 roku.
Jedenaście lat mija od katastrofy, pięć lat od pierwszego posiedzenia sejmowej podkomisji. Jej promotor i patron pan poseł Antoni Macierewicz, ówczesny minister obrony narodowej, obiecywał wreszcie ujawnić „prawdę”. Wcześniej ukrywaną rzekomo przez zauszników byłego premiera Donalda Tuska. Zblatowanego ponoć tajnym sojuszem z Władimirem Putnem. Ówczesnym premierem, dzisiejszym prezydentem Rosji.
Pewnie dlatego zausznicy pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego błyskawicznie wykreowali mit zmarłego „wybitnego polskiego prezydenta”. Profesora Lecha Kaczyńskiego. Rzekomego Wielkiego Stratega. Pierwszego polskiego Geopolityka. Proroka zapowiadającego późniejszą rosyjską ekspansję. Od tamtej pory Lech Kaczyński funkcjonuje w mediach jako wyłącznie prezydent „Świętej Pamięci”. Na wieki, wieków amen? Szybko zapomniano, że Lech Kaczyński był co prawda doktorem prawa, ale specjalistą jednie prawa pracy. Był profesorem, ale tylko „belwederskim”. Tytularnym, z nadania poprzedniego prezydenta Kwaśniewskiego. Znaczącego dorobku naukowego Lech Kaczyński nie miał.
Był rzeczywiście miłym, safandułowatym kompanem debat o polskiej historii, także koneserem wina. Ale politykiem i geopolitykiem był drugorzędnym. Kiepskim międzynarodowym strategiem, ogrywanym, wystawianym na prowokacje, przez sprytnego ówczesnego prezydenta Gruzji Saakaszwiliego.
W kwietniu 2010 roku, po pięcioletniej kadencji, poparcie dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego oscylowało wokół 20 procent. Nie rokowało jego reelekcji. Przegrywający prezydent Kaczyński i jego ekipa rozpaczliwie szukali sposobów zwiększenia mu poparcia.
Uroczysta msza na katyńskich grobach, a potem spotkanie z „Rodzinami Katyńskimi” miały zainaugurować kampanię wyborczą przegrywającego prezydenta. Rangę wyborczego pikniku miał podnieść skład prezydenckiej delegacji. Reprezentującej wszystkie najwyższe władze partyjne, kościelne, wojskowe i państwowe.
Dlatego cynicznie złamano wszelkie przepisy i procedury. Dlatego na pokładzie jednego samolotu zgromadzono aż tylu dostojników państowych. Wbrew elementarnym zasadom bezpieczeństwa.
Sojusz tronu i kropidła
Fundamentem mitu „Świętej Pamięci prezydenta Lecha Kaczyńskiego” był pochówek pary prezydenckiej w katedrze na Wawelu. Wtedy to drugorzędny prezydent RP został pochowany w pierwszorzędnej lokalizacji. Panteonie narodowym. Tylko dlatego, że zginął w wypadku lotniczym, który zresztą jego współpracownicy zorganizowali i warunki dla tej katastrofy przygotowali.
Dlatego twórcy mitu „Świętej Pamięci Lecha Kaczyńskiego” nie mogli pozwolić, aby obywatele naszego kraju, zwłaszcza przysłowiowy „ciemny lud”, dowiedzieli się, że katastrofa smoleńska to efekt polskiego bałaganu. Sumy powszechnej w elitach ówczesnej PO i PiS pogardy dla przestrzegania prawa, procedur, konieczności rutynowych szkoleń. Prymatu chciejstwa nad kwalifikacjami.Trudno przecież polskiemu patriocie, krzewiącemu wspaniałą „ułańską fantazję”, deklarującemu, że „polski lotnik to poleci nawet na drzwiach od stodoły”, przyjąć do wiadomości, że polscy lotnicy kierujący prezydenckim samolotem byli zwyczajnie niedouczeni. Nie trenowali wystarczająco. Byli niekompetentni, podobnie jak urzędnicy improwizujący ów przelot.
Badająca przyczyny wypadku komisja stwierdziła liczne nieprawidłowości i popełnione błędy. A potem prezydent Lech Kaczyński, na wniosek ówczesnego ministra obrony Klicha z PO, pośmiertnie mianowali trójkę pasażerów na stopnie generalskie. Bo fantazja i ułański duch w Narodzie zginąć nie może.
Za wawelski pochówek pary prezydenckiej hierarchia polskiego kościoła kat. wystawiła elitom PiS stosowny rachunek. Jeszcze silniej przyssała się do budżetu państwa. Kolejny raz potwierdzając, że za pieniądze hierarchowie polskiego kościoła katolickiego wszystko uświęcą i uzasadnią.
Zwłaszcza kiedy hierarchii kościelnej grożą ujawnienia licznych pedofilskich afer. A tak hierarchowie stale pomagali elitom PiS krzewić kultu „zamachu smoleńskiego”, a elity PiS rządzące IV RP zapewne w zamian nie śpieszyły się z wyjaśnianiem pedofilskich afer w kościele kat.
Za to „ciemnemu ludowi” w TVP wyjaśniono, że statystycznie więcej jest pedofilii wśród murarzy i reżyserów filmowych, niż katolickich księży.
Bomba termobaryczna
Skoro prezydent Lech Kaczyński miał „Świętej Pamięci” być, to jak każdy porządny święty, musiał zginąć męczeńską śmiercią. A nie banalnie w wypadku komunikacyjnym. Dlatego smoleńska katastrofa w Prawicowej mitologii nie może być efektem polskiego burdelu z rosyjskim bardachen w tle. Prozaiczna prawda nie może przebić się do wiadomości potencjalnych wyborców.
Pochowany na Wawelu, zmitologizowany „Świętej Pamięci”, prezydent RP, musiał zatem zginać przynajmniej w zamachu. I to nie z rąk drugorzędnych fanatyków, tylko pierwszorzędnego mocarstwa. Ponieważ komunistyczne Chiny nie wchodziły jeszcze wtedy w grę, ani demokraci z USA, to Rosja była jak znalazł. I dlatego przez pięć lat „pracy” komisji pana przewodniczącego Macierewicza ciągle słyszeliśmy o nowych odkryciach. O „bombie termobarycznej”, o próbach parówkowych, wreszcie o ładunkach trotylowych. Pochodzenia rosyjskiego rzecz jasna.
A przy okazji międzynarodowi hochsztaplerzy zasiadający w komisji pana ministra Macierewicza za pieniądze polskich podatników spełniali sobie swe fantazje. Marzyli wcześniej aby zostać ekspertami od katastrof i zamachów, i potem hop- siup polscy podatnicy sfinansowali im ich fantazje i realizowanie swych hobby. Przy okazji zatrudniony w firmie Boeing pan Wacław Berczyński utrącił kontrakt na zakup śmigłowców przez konkurencyjny francuski koncern Caracal. Sam się tym w mediach pochwalił. Ile dostał za to prowizji od macierzystej firmy, już nie powiedział.
W efekcie tej radosnej twórczości Polska nie nadal ma nadal śmigłowców od Caracala, ani od innej firmy. Nawet amerykańskiej.
Nie ma też, po pięciu latach „pracy” komisji Macierewicza, wielokrotnie zapowiadanego już raportu ujawniającego prawdę o „zamachu smoleńskim”.
Ma za to najnowszy konflikt pan minister Macierewicz kontra pani reżyser Ewa Stankiewicz szefowa Stowarzyszenia Solidarni 2010 i jej małżonek inżynier Glenn Jorgensen, były członek komisji.
Bo małżeństwo Stankiewicz- Jorgensen koniecznie chce pokazać film o wybuchu trotylu na pokładzie prezydenckiego samolotu. Film tak fantastyczny, że nawet pan poseł Macierewicz nie chce go firmować, a pan prezes TVP Jacek Kurski, znany kłamca sejmowy i medialny, nie chce pokazać go w swej telewizji.
W sobotę 10 kwietnia zapewne ujrzymy za to w TVP relacje z kolejnej „miesięcznicy smoleńskiej”.
Msze, przemarsze, składane wieńce.
Kolejny raz kultywowanie kłamstw za nasze podatki.

„RES HUMANA”

Z okładki pierwszego tegorocznego numeru dwumiesięcznika świeckich humanistów, „RES HUMANA” spogląda Joe Biden (wersja: bez krawata, lekko uśmiechnięty). Podpis pod zdjęciem głosi: „Witamy z nadzieją”.

Teksty poświęcone Ameryce w przeddzień zaprzysiężenia 46. Prezydenta USA stanowią jedną z istotnych części tego numeru. . Ewa Kakiet-Springer, wykładowca akademicki, a w latach dziewięćdziesiątych urzędnik władz Kalifornii swoje spostrzeżenia zatytułowała „Wielkie Odkażanie Białego Domu”. Mowa nie tylko o zapewnieniu nowemu lokatorowi bezpieczeństwa w czasie pandemii. W znaczeniu przenośnym chodzi o odkażenie Ameryki „zainfekowanej chaotycznym, kapryśnym i tweeterowym politykierstwem Donalda Trumpa”. Autorka analizuje obietnice wyborcze kandydata Demokratów zmierzające do jak najszybszego pogrzebania wizji polityki jego poprzednika zamkniętej w nośnych dla konserwatywno-populistycznego elektoratu hasłach Put America First i Make America Great Again. Zwraca jednak uwagę, że „puste przestrzenie” po wycofaniu się Ameryki z jej wcześniejszej roli międzynarodowej „zostały już wypełnione i to w większości przez Chiny, a demokracje są coraz częściej poddawane testom przez ruchy populistyczne i odradzające się ruchy nacjonalistyczne i faszyzujące”.
Świetnie znany Czytelnikom TRYBUNY „ profesor Longin Pastusiak przypomina „Szkodliwy spadek po Trumpie” w kontekście stanu poszanowania praw człowieka w świecie oraz historię pierwszej próby pozbawienia ustępującego prezydenta urzędu w drodze impeachmentu (wydarzenia z 6 stycznia 2021 r. i ponowne oskarżenie Trumpa wydarzyły się już po oddaniu numeru omawianego periodyku do druku i chyba nie przyszły do głowy nawet tak wytrawnemu znawcy polityki amerykańskiej). Daniel S. Zbytek, historyk, ekonomista i członek redakcji „ RES HUMANA” dokonuje analizy socjologicznej elektoratów obu pretendentów, co prowadzi go do konkluzji o podziale amerykańskiego społeczeństwa pół na pół. W bardziej ogólnej postaci ten wątek jest rozwinięty w następnym artykule – profesora Jana Szmyda o „Pożegnaniu «amerykańskiego snu»” w nawiązaniu do analiz społecznych Noama Chomsky’ego.
Drugi kluczowy blok materiałów zatytułowano „Z problemów po unijnym szczycie”. Dotyczy grudniowego posiedzenia Rady Europejskiej, na którym przywódcy 27 państw ostatecznie zgodzili się na wieloletni budżet UE i fundusz odbudowy po postkoronawirusowym kryzysie – wraz z mechanizmem wiążącym wypłaty z zapobieganiem ich marnotrawieniu i z przestrzeganiem zasady praworządności. Były premier i obecny europoseł Włodzimierz Cimoszewicz pisze „Dura lex, sed lex”, podkreślając, że w procedurze legislacyjnej UE prawodawców jest dwóch i mają oni równorzędny status; drugim jest Parlament Europejski, który po szczycie w specjalnej rezolucji potwierdził, że premierzy i prezydenci państw nie uczestniczą w procesie prawodawczym, nie mają kompetencji formułowania wiążących zaleceń, zaś Komisja ma zakaz przyjmowania instrukcji od państw, także od przywódców zgromadzonych wspólnie. Jej powstrzymanie się od wykonania obowiązującego prawa (jakim jest przyjęte Rozporządzenie) byłoby sprzeczne z traktatami.
Profesor Jerzy Wiatr w tekście „Brukselskie fiasko rządu PiS” analizuje efekty szczytu pod kątem polskiej polityki. „Przegrano wszystko, co było do przegrania”. Zdaniem autora stało się tak z dwóch powodów: pogarszania się stanu ośrodka kierowniczego, m.in. ze względu na starzenie się „wodza”, oraz przez napór ultraprawicowych radykałów. Ambasador Marek Prawda, szef Przedstawicielstwa Komisji Europejskiej w Warszawie wyjaśnia kulisy powstania idei Europejskiego Zielonego Ładu; to coś więcej, niż gospodarczna ,społeczna czy kulturowa strategia rozwoju: wyraża aspirację gruntownego przemodelowania gospodarki europejskiej i stania się jej siłą napędzającą.
Przybliża też ideę nowego europejskiego Bauhausu – „interdyscyplinarnego ruchu, który będzie łączył wyzwania społeczne ze światem sztuki i kultury. Który będzie potrafił znieść podziały między architektem, artystą, rzemieślnikiem i socjologiem, aby lepiej projektować życie społeczne”. W części europejskiej aktualnego numeru znalazły się też refleksje Donalda Tuska, zaczerpnięte z rozmowy byłego premiera z redaktor Katarzyną Kolendą-Zaleską przeprowadzonej przed kamerami programu Fakty po Faktach TVN24. Na przykład takie: „Morawiecki przyjechał do Brukseli z okrzykami «suwerenność», po czym bezdyskusyjnie przyjął «dyktat z Berlina», a tym, kto wskazał PiS-owi, co ma robić, był premier Węgier. Uzyskali dokładnie to, co było wcześniej, przed groźbą weta, ustalone. Nic nie wynegocjowali, jeśli chodzi o środki finansowe”.
Ważną częscią omawiango numeru jest blok tekstów zatytułowany „ W kręgu myśli humanistycznuch”, przemyślenia cenionych autorów na temat tego czym są wartości w życiu człowieka , a nastepnie analizy dwóch takich centralnych wartości – zdrowia człowieka i jego edukacji . Profesor Janusz Sztumski, socjolog, dzieli się myślami na temat „Świata wartości „, tworzącego trzecie środowisko egzystencji człowieka: „To twór wtórny zarówno w stosunku do jego środowiska naturalnego, jak i społecznego. Współtworzą go wprawdzie elementy pochodzące z obu wymienionych środowisk, ale tylko te, które zostały przez człowieka uznane za szczególnie cenne i godne tego, aby znaleźć się właśnie w owym świecie wartości. […] W tym osobliwym świecie możemy wyróżnić zarówno wartości istniejące obiektywnie, tzn. takie, które są materialnymi wytworami środowiska naturalnego lub społecznego, jak też wartości niematerialne, transcendentalne, czyli istniejące w świadomości ludzkiej wytwory abstrakcyjnego myślenia, jakimi są np. rozmaite idee i poglądy, określone w swojej genezie i postaci przez społeczne warunki życia dawnych ludzi. Uważam – pisze Profesor – że oba wspomniane rodzaje wartości powinny być przedmiotem badań, ponieważ zarówno wartości materialne, jak i niematerialne kształtują myślenie, postawy i zachowania ludzi. Henryk Kromołowski, także socjolog, badacz problematyki zdrowia człowieka i systemów jego ochrony, przedstawia rekomendacje do przyszłych zmian w tej materii w Polsce. Dotyczą one zarówno zrównoważenia systemu pod względem finansowym, wprowadzenia systemu racjonowania świadczeń zdrowotnych poprzez zdefiniowanie koszyka świadczeń gwarantowanych ze środków publicznych, poprawiania systemu zarządzania i organizacji, jak też ustanowienia na poziomie mikroekonomicznym (szpitali) takich reguł, które je zabezpieczą przed zadłużaniem się, a jednocześnie doprowadzą do podniesienia jakości świadczonych przez nie usług medycznych.
Równie aktualne są uwagi prof. Zbigniewa Kwiecińskiego, wybitnego polskiego pedagoga, na temat kryzysu edukacji publicznej. Autor zaczyna od tezy na temat przegranej szansy („przeżyliśmy jako społeczeństwo […] zbiorowe złudzenie, że wielkie przemiany dokonają się bez naszego w nich wielkiego, długotrwałego i konsekwentnego wysiłku. Owe wielkie przemiany nie dokonały się. Polska realizuje najbardziej pesymistyczny scenariusz”). Następnie opisuje podobne kryzysy w różnych miejscach i czasach w XX wieku. Na koniec jednak konkluduje: „A jednak promyki nadziei. Nigdy dotychczas nie nauczyliśmy się tyle, niż w krótkim okresie masowych protestów polskich, widzianych i komentowanych przez świat – o konstytucji, o trójpodziale władz jako fundamencie demokracji, o prawach kobiet do decydowania o swoich prawach, także dotyczących ich cielesności i seksualności, o nędzy dorosłych osób niepełnosprawnych i o tragicznym życiu ich rodziców i opiekunów, o katastrofalnej sytuacji służby zdrowia, o chaosie w systemie edukacji, a w oświacie o walce nauczycieli o przetrwanie – w miejsce ich stałej troski o rozwój kompetencji zawodowych na miarę nowoczesności”. Co mogą zrobić pedagodzy? Autor odpowiada: „Możemy pomóc dzieciom i młodzieży uczyć się samodzielnego i krytycznego czytania świata”. I cytuje Alberta Einsteina: „Rozwój ogólnej zdolności do niezależnego myślenia i takichże sądów winien być zawsze prymarnym celem, nie zaś pozyskiwanie wyspecjalizowanej wiedzy. Jeżeli dana osoba opanuje to, co fundamentalne w swej dziedzinie, oraz nauczy się myśleć i pracować samodzielnie, z pewnością odnajdzie swoją drogę, a w dodatku będzie bardziej zdolna do adaptowania się do postępu, i szerzej, do zmian w życiu społecznym, aniżeli ta osoba, której edukacja składa się głownie z pozyskiwania sfragmentyzowanej wiedzy”.
Warto jeszcze wspomnieć o zwięzłej prezentacji najnowszej encykliki papieża Franciszka Fratelli tutti („Wszyscy bracia”). Pisząc o pandemii, ryzyku ponownego popadnięcia w gorączkę konsumpcjonizmu i nowe formy postaw samozachowawczego egoizmu, o migracji, napięciach między globalizmem a nacjonalizmem, dopuszczalności wojen, ograniczeniach gospodarki wolnorynkowej, o szacunku dla inaczej myślących i o dialogu jako wartości zdolnej budować ludzką solidarność i społeczny ład – obecny papież zdaniem Ksawerego S. Piwockiego „wykonał zadanie, jakiego brakowało tak wyraziście w dokumentach wielu pontyfikatów poprzednich. Dziedzictwo Franciszka z Asyżu znalazło w osobie papieża Franciszka tyleż doniosłą, co ujmującą kontynuację. Zasługuje na szczere poparcie”.
Na koniec zwróćmy uwagę na obszerny fragment książki byłego polityka lewicy Roberta Smolenia pt. „Rzeczpospolita Trzecia i Pół”, opisującej w pięciu zwięzłych esejach pierwsze pięć lat państwa zbudowanego przez Jarosława Kaczyńskiego. Pozycja ta, wydana w ramach Biblioteki „RES HUMANA”, jest już dostępna w sieci Empik – podobnie, jak i sam omówiony tu nowy numer dwumiesięcznika.

Błaszczak błysnął w kontekście dyplomatycznym

– Premier Kanady potrafił wywrzeć presję i sprawcy przyznali się. Donald Tusk 10 lat temu oddał śledztwo Rosjanom – zareagował na przyznanie się Iranu do zestrzelenia ukraińskiego samolotu szef MON Mariusz Błaszczak.

Na antenie RMF FM Mariusz Błaszczak nie skorzystał z okazji do milczenia i jął się rozwodzić o tragedii i roli w jej wyjaśnianiu poszczególnych państw, w nieco dziwnej tonacji, sięgającej 10 lat wstecz.
– Dla mnie bardzo istotny jest kontrast między zachowaniem premiera Kanady – a przecież niedługo będziemy mieli 10. rocznicę tragedii smoleńskiej – a ówczesnego premiera Polski, Donalda Tuska. I fakt, że premier Kanady potrafił wywrzeć presję, która zakończyła się właśnie w ten sposób, że sprawcy przyznali się do tego czynu. Kontrastuje z tym postawa premiera rządu PO-PSL, który na wszystko się godził, który po katastrofie smoleńskiej zostawił śledztwo po stronie rosyjskiej. To przecież rezultatem decyzji Donalda Tuska jest to, że dziś wrak samolotu – a więc dowód w sprawie – jest w Rosji – opowiadał na antenie minister wchodzący w uprawnienia kreatora polskiej polityki zagranicznej.
Oczywiście szef MON nie omieszkał napomknąć o Polsce w NATO w kontekście mocniejszego zaangażowania paltu na Bliskim Wschodzie, o które dopomina się Donald Trump.
– Jesteśmy solidarni w ramach Sojuszu Północnoatlantyckiego. Dlatego, że liczymy na wsparcie w sytuacji, w której my – Polska – zostałałaby zaatakowana. Dlatego jesteśmy aktywni, uczestniczymy w misjach. To będzie decyzja wspólna Sojuszu Północnoatlantyckiego – zdystansował się, skądinąd słusznie, minister.
– My koncentrujemy swoje wysiłki na tym, żeby Wojsko Polskie było liczniejsze. My koncentrujemy swoje wysiłki, żeby było wyposażone w najnowszy sprzęt. Jest wyraźne przyspieszenie w zakresie zarówno zwiększania liczebnego wojska, jak i modernizacji sprzętu wojskowego – opowiadał, nie mając chyba na myśli, teg, co stanowi chlubę jego resortu, czyli wojska weekendowego, nazywanego oficjalnie Wojskami Obrony Terytorialnej.
A co zdaniem specjalistów od obronności, jest – w kontekście współczesnego pola walki – wyrzycaniem pieniędzy polskiego podatnika, w błoto.

Bigos tygodniowy

Gdybym był sędzią skazałbym Marka Falentę na dożywocie bez prawa do przedterminowego zwolnienia. Za co? Za język, jakim napisał swój osławiony hiszpański list do Adriana z prośbą o ułaskawienie. Wszyscy komentatorzy skoncentrowali się na ogólnej treści listu, natomiast jakoś nikt nie zwrócił uwagi na jego żałosny „styl”. Otóż list został napisany pokracznym żargonem ćwierćinteligenta, niezbornym, dalekim od elementarnej logiki języka, a nawet od zwykłego sensu, o estetyce słowa pisanego nawet nie wspominając. To język niedouka, człowieka pozbawionego kultury umysłowej, pełen niedojrzałej emocjonalności i pseudorefleksyjności (te komiczne uwagi o tym jak „trudno o przyjaźń w tych czasach” i westchnięcia typu „ech, życie”), te tandetne, sentymentalne uniesienia nad życiem osobistym, ta amikoszoneria, którą raczy adresata w wątku o wspólnocie odchudzania. Do surowej kary dodałbym Falencie dożywotni zakaz korespondencji.

Po wyborach do PE wyśmiewano jedną z gazet, że napisała pospiesznie, iż „PiS wygrał o włos”. Gdy po ochłonięciu spokojnie policzono liczbę głosów oddanych na poszczególne komitety wyborcze okazało się, że PiS rzeczywiście wygrało z Koalicją Europejską o włos, bo przewagą liczbową zaledwie 115 tysięcy głosów i to pomimo mobilizacji pisowskiej „biomasy”. Jeśli do tego dodać wynik Wiosny plus Razem, to jawi się przewaga strony demokratycznej. Nawet przy uwzględnieniu wyników Kukiza i Konfederacji. Policzył to już senator Marek Borowski, który liczyć umie. W tej sytuacji PSL i Wiosna, jeśli nie wejdą do jednolitego bloku przeciw PiS, okażą się ugrupowaniami szkodliwymi dla Polski. „Tylko blok pokona PiS” – jak słusznie stwierdził profesor Jerzy J. Wiatr. Jeśli Wiosna, PSL i Razem nie otrzeźwieją ze swojej egoistycznej megalomanii i nie wejdą do Bloku, wszyscy razem, łącznie z nimi, zostaniemy zjedzeni w Kaczej Zupie. Szansa na wygraną ciągle jest…

Patryk Vega, który jest lepszym piarowcem swojej twórczości niż reżyserem (choć reżyserem jest technicznie sprawnym) oświadczył, że swoim filmem, który smaży na jesień, pozbawi PiS władzy. Swoje dzieło montuje podobno aż w Japonii, czyli w odległości bezpiecznej od kaczystów. PiS-u nie pokonał ani Górski „Uchem prezesa”, ani Smarzowski „Klerem”, ani Sekielscy swoim dokumentem, więc i Vega na tę władze nie poradzi. Nie wystarczy obsadzić Andrzeja Grabowskiego w roli Kaczora żeby PiS zadrżał w posadach. PiS może utracić władzę, ale nie z powodu filmu. Wolałbym więc, żeby Vega dalej robił kino ginekologiczne, które mi się bardzo podoba.

Adrian wędrował po niezmierzonych przestrzeniach USA. Odwiedził tam aktualnego Wuja Sama, który pochwalił chłopca, poklepał, powiedział mu, że jest dzielny, więc dzieciak się cieszy. Więcej, zrobił duuuże zakupy w trumpowym sklepiku z bronią. Słyszałem, jak ktoś powiedział, że wśród zakupów jest koncertowy fortepian dla wojskowej orkiestry dętej. Nawiasem mówiąc, obecny Wuj Sam łudząco jest podobny do swojego klasycznego wizerunku (też ma żółte włosy). Adrian wędrował też po bastionach polskości w USA, czyli po parafiach, gdzie parafialne zespoły folklorystyczne w strojach krakowskich odtańcowywały przed nim „krakowiaczek ci ja”. Te hołubce wyczerpywały cały intelektualny potencjał Polonii Amerykańskiej, która jest szczególnie dewocyjna i niezbyt mądra.

Święte Miasto Częstochowa jest Rodzinnym Miastem Redaktora Piotra Gadzinowskiego, który przyszedł w nim na świat, tak jak Jezus przyszedł na świat w Betlejem. Ale i ja sroce spod ogona nie wypadłem, bo miałem w Częstochowie świętej pamięci ciotkę Helenę, którą odwiedzałem. Dlatego także osobiście cieszy mnie sobotnia częstochowska Parada Równości z Matką Boską Tęczową na czele. Cieszy mnie, że ci młodzi ludzie swoją aktywnością uliczną rozrzedzają zaduch katolicki w Polsce i zwracają uwagę, że też są dziećmi bożymi.

Pojawiły się katolickie bractwa męskie, które mają bronić Wiary i Kapłanów przed licznymi wrogami. Rycerze Świętego Jana Pawła Drugiego zamierzają bronić obrońcy pedofilów Jędraszewskiego z Krakowa przed namolnością pismaków wszelakiego autoramentu. Wojownicy Maryi na czele których stanął niejaki Pejo, zięć Korwina, mają bronić Wiary w formule szerszej. Dobry przykład działa zaraźliwie, więc należy spodziewać się niebawem wysypu Rycerstwa. Cóż, jaki Kościół, tacy Rycerze.

Sąd uznał, że młody człowiek, który witał Adriana odbywającego gospodarską wizytę gdzieś tam, transparentem o treści: „Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent tylko dupa” jest niewinny. Dlatego ja, ośmielony przez sąd, ulżę sobie i napiszę cytując : „Dzisiaj pałac, jutro ciupa, nie prezydent, tylko dupa”.

Niegdyś Lwica Lewicy, dziś Służka Pisowska Aleksandra Jakubowska i publicystka u braci Karnowskich przeszła z fazy krytyki przeciwników do fazy pensjonarskiego, egzaltowanego uwielbienia dla nowego pana i nie daje powiedzieć o nim złego słowa. Do ekstowarzyszy z SLD oczywiście nienawiścią zieje niezmiennie. Kobiecina nie skorzystała z okazji by milczeć. Lewica zawsze wychodziła na zakamuflowanych, ciasnych drobnomieszczuszkach jak Zabłocki na mydle. Już Lenin przed nimi ostrzegał.

Donald Tusk ostro pojechał na pisiorów przed komisją „vatowską” Horały. Można tego mojego rówieśnika 1957 lubić albo nie, ale to mistrzowski fighter. Zdemaskował propagandowy charakter komisji i zadania postawionego przed nią przez Partię. Jedno jest pewne, wina Tuska jest niemożliwa do udowodnienia i nie zmieni tego kolejne „przesłuchanie”.

Ziobro z podkulonym ogonem wycofał się z oskarżenia prawników UJ i zaniechał kierowania przeciwko nim pozwu o kłamstwo w ocenie projektu noweli kodeksu karnego. Ptaszki ćwierkają, że Kaczor kwaknął i Pan Zbyszek odtrąbił odwrót twierdząc, że lud poznał prawdę o jego wielkim dziele i zbędne jest angażowanie sądów(jakże nielubianych) do oceny tegoż. Gdy mówił te słowa na jego twarzy wykwitły, znane i lubiane wypieki. Ciekawe dlaczego?

Ministrowie odeszli z rządu i wraz z nimi, jak donosi ”Rzepa”, zniknęły ich oświadczenia majątkowe. Nie wiemy więc, póki co, czy na finał dostali nagrody. Nie wiadomo też czy wszyscy zwrócili słynne szydłowe „należne”.

Kanikuła w powietrzu, ale nie w polityce.