Polska kolejowa afera podkładowa

Trzy ważne służby państwowe od wielu lat zajmują się sprawą jednego przekrętu przy dostawach do PKP. I zajmować się będą jeszcze długo.
W wielu krajach zdarzały się w przeszłości przekręty związane z dostawami podkładów kolejowych i nasz kraj raczej nie jest tu wyjątkiem. Niedawno prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny nałożył łącznie prawie 13,5 mln zł kary na sześciu producentów drewnianych podkładów kolejowych.
Ukarani przedsiębiorcy w przeszłości zawarli, zdaniem UOKiK, zmowę przetargową na dostawę tych produktów dla państwowej firmy PKP Polskie Linie Kolejowe. Chodziło o niemałe kwoty, bo wartość dostarczanych podkładów miała wynieść około 120 mln złotych. Miała – ale zmowa w praktyce nie doszła do skutku, gdyż szefowie PKP PLK na wieść o podejrzeniach dotyczących nieprawidłowości w przetargu, unieważnili go.
Warto dodać, że ani PKP PLK, ani tym bardziej UOKiK nie musiały się wykazywać specjalnymi talentami detektywistycznymi, aby dojść do wniosku, że z tym przetargiem na dostawy podkładów może być coś nie tak. Sprawą od dawna zajmowała się bowiem Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która już w 2014 r. poinformowała, iż w wyniku prowadzonych działań zatrzymano dziewięciu podejrzanych pod zarzutem zmowy przetargowej. Czyn zarzucany im polegał na „działaniu w celu osiągnięcia korzyści majątkowej” w związku z ogłoszeniem przez PKP PLK przetargu na dostawę w latach 2014 i 2015 drewnianych podkładów kolejowych.
ABW przekazała zebrane przez siebie dowody Prokuraturze Apelacyjnej w Warszawie, która wszczęła śledztwo i potwierdziła ustalenia ABW, uznając, że producenci drewnianych podkładów kolejowych przystępujący do przetargu nieograniczonego mieli się porozumieć w sprawie wysokości ofert – tak aby wygrała z góry ustalona firma. Polegało to na eliminowaniu konkurencji oraz jednoczesnym podwyższaniu cen oferowanych produktów.
Przetargi organizowane w Polsce generalnie nie są zbyt uczciwe, ale nie wiadomo, czy sprawa tych podkładów nie jest jednak dęta. Minęło bowiem ponad sześć lat, a o jakimkolwiek wyroku sądowym głucho.
W każdym razie, pracownicy UOKiK nie mieli zbyt trudnego zadania do wykonania, bo jeśli chodzi o wspomnianą podkładową zmowę przetargową, to w praktyce powtórzyli ustalenia ABW, korzystając z zebranych już dowodów. Ciekawe, dlaczego zajęło im to aż sześć lat? Jak widać, młyny konkurencyjności i sprawiedliwości mielą u nas wyjątkowo powoli.
Wreszcie jednak, po sześciu latach Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ogłosił, jak konkretnie miała wyglądać zmowa. Otóż, wedle materiałów Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wzięły w niej udział następujące firmy: Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe Bieżanów wraz ze spółkami zależnymi – Trade-Port i Nasycalnią Podkładów w Czeremsze, a także ThyssenKrupp GFT Polska, Track Tec oraz Nasycalnia Podkładów w Koźminie Wielkopolskim.
Wszystkie te przedsiębiorstwa uczestniczyły we wspomnianym przetargu organizowanym przez PKP PLK na dostawy w latach 2014 i 2015 drewnianych podkładów kolejowych. Byli to jedyni w Polsce przedsiębiorcy, którzy mogli dostarczyć ten nieskomplikowany produkt zamawiającemu. Przetarg podzielony był na dwa zadania, na których rozstrzygnięcia usiłowali wpłynąć uczestnicy zmowy.
Nieuczciwi przedsiębiorcy jakoby ustalili, że firmy ThyssenKrupp i Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe Bieżanów utworzą konsorcjum i razem z Track Tec złożą oferty na obydwa zadania. Pozostali przedsiębiorcy mieli nie brać udziału w przetargu, ponieważ udział większej liczby oferentów oznaczałby konieczność rywalizacji w aukcji elektronicznej. Pierwsze zadanie wygrać miał Track Tec, a drugie konsorcjum ThyssenKrupp-KZN Bieżanów. Łączna liczba podkładów dostarczanych w obu tych zadaniach miała zostać podzielona w stosunku: 45 proc. dla Track Tec i 55 proc. dla konsorcjum ThyssenKrupp-KZN Bieżanów. Ponadto ceny podkładów w składanych ofertach miały wzrosnąć w stosunku do cen z 2013 r. o 3 proc. dla dostaw w roku 2014 i o 5 proc. w 2015 r.
Podmioty, które nie wystartowały w przetargu miały uczestniczyć w realizacji zamówienia. W ramach zadania drugiego faktyczne dostawy miały być wykonywane w równych częściach przez Nasycalnię w Koźminie i Nasycalnię w Czeremsze. Dostawy wyposażenia i dodatkowych akcesoriów do podkładów (głównie śrub i nakrętek) dla obu zadań miały być realizowane przy udziale Trade-Port.
Ustalenia były dokonywane w latach 2013-2014 w trakcie spotkań w hotelach i restauracjach w Katowicach, Krakowie i Warszawie oraz rozmów telefonicznych. Inicjatorami zmowy byli Track Tec i KZN Bieżanów. Początkowo porozumienie dotyczyło tylko tych podmiotów, potem nakłonili oni do udziału innych przedsiębiorców. – W materiałach zebranych w czasie naszego postępowania doskonale widać mechanizm niedozwolonego porozumienia. Przedsiębiorcy uzgodnili pomiędzy sobą, którzy z nich wezmą udział w poszczególnych zadaniach w ramach przetargu oraz kto jaką kwotę zaproponuje. Ustalono zatem w ramach porozumienia nie tylko warunki finansowe dostaw, ale także podział prac – bowiem podmioty niewyłonione w przetargu miały następnie realizować projekt razem z tymi, którym przypadło zamówienie. W zmowie wzięli udział wszyscy przedsiębiorcy, którzy byli wówczas w stanie złożyć ofertę, co oznacza, że zamawiający nie miał możliwości uczciwego wyboru wykonawcy – uważa prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Jak widać, mówiąc o „materiałach zebranych w czasie naszego postępowania” szef UOKiK nie zechciał zauważyć, że jego urząd miał sprawę podkładów podaną na widelcu przez ABW i Prokuraturę Apelacyjną.
Celem wspomnianej zmowy było uniknięcie rywalizacji o zamówienie oraz zapewnienie wyższej ceny za realizację zamówienia. Plan ten jak wiemy się nie powiódł bo firma PKP PLK unieważniła przetarg gdy doszły do niej słuchy o podejrzeniu zmowy.
Prezes Tomasz Chróstny wymierzył następujące kary uczestnikom zmowy przetargowej: Track Tec z Warszawy – 7 579 902,27 zł, Kolejowe Zakłady Nawierzchniowe Bieżanów – 2 948 654,16 zł, Nasycalnia Podkładów w Czeremsze – 1 543 545,62 zł, Nasycalnia Podkładów w Koźminie Wielkopolskim – 1 312 465,85 zł, ThyssenKrupp GFT Polska – 83 269,76 zł, Trade-Port z Katowic – tylko 4 484,25 zł.
Decyzja nie jest prawomocna, przysługuje od niej odwołanie do sądu – które z pewnością nastąpi, bo ukarani przedsiębiorcy zapewniają, iż nie można mówić o żadnej zmowie mającej naruszać warunki konkurencji. Nie wiadomo zatem, jakim wynikiem i za ile lat w rzeczywistości zakończy się ta sprawa.

W gospodarce potrzeba konkurencji

Przedsiębiorcy zamiast prowadzić uczciwą rywalizację, często ustalają, że nie będą konkurowali – i dzielą miedzy siebie terytorium, towary lub grupy klientów.
Umowy ograniczające konkurencję – co jest sprzeczne z prawem – mają w Polsce miejsce na każdym polu. Tym razem zaistniały na polu w sensie niemal dosłownym, bo porozumienia ograniczające konkurencję zawarli dwaj znaczący producenci pasz dla zwierząt hodowlanych: Polmass i Ekoplon.Podzielili miedzy sobą rynek, ograniczając odbiorcom swobodny wybór produktów.
Prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów Tomasz Chróstny nałożył na nich za to przewinienie kary finansowe w łącznej wysokości ponad 17 mln zł.
Podział rynku to jedna z najważniejszych praktyk ograniczających konkurencję. Oznacza on, że przedsiębiorcy zamiast prowadzić uczciwą rywalizację ustalają, że na danym obszarze nie będą konkurowali – i dzielą miedzy siebie terytorium, towary lub grupy klientów. W efekcie ich potencjalni kontrahenci tracą możliwość kupna produktów od wybranych sprzedawców. Tak było właśnie w przypadku producentów pasz dla zwierząt – firm Polmass i Ekoplon.
Z ustaleń UOKiK wynika, że przedsiębiorcy zawarli porozumienia dzielące polski rynek, w myśl których nie sprzedawali swoich produktów do klientów drugiego uczestnika zmowy, nawet jeśli potencjalny kontrahent sam się do nich zgłosił.
Porozumienia dotyczyły dwóch grup produktów paszowych stosowanych przy hodowli bydła – preparatów mlekozastępczych oraz mieszanek mineralno-witaminowych – i trwały w latach 2008-2016. Jak widać, trzeba było czterech lat, aby UOKiK zdołał zakończyć swoje dochodzenie.

-Zmowa pomiędzy Polmassem i Ekoplonem spowodowała, że hodowcy bydła czy sprzedawcy pasz nie mieli możliwości swobodnego wyboru produktów. Jeżeli byli wcześniej klientami jednej firmy, nie mogli kupić wyrobów drugiej. W efekcie doszło do zawężenia oferty rynkowej dla rolników i hodowców bydła oraz sprzedawców pasz – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
Urząd zdobył wiele dowodów na nieuczciwy podział rynku podczas przeszukania w siedzibach obu przedsiębiorstw. Z zebranych materiałów wynika, że ustalenia były dokonywane przede wszystkim pocztą elektroniczną. Przykładem jest wiadomość jednego z pracowników Polmassu, który potwierdza, że przedsiębiorcy uzgodnili, iż nie będą podejmowali współpracy, jeśli zgłosi się do nich kontrahent drugiego uczestnika zmowy. Oto jej treść: „Przy okazji nadmienię że pomimo chęci podjęcia współpracy przez niektóre wyżej wymienione firmy, nie złożyłem oferty i nie nawiązałem współpracy bo obligowały mnie zobowiązania partnerskie z Ekoplonem. W wyżej opisanej sytuacji bardzo proszę o zajęcie stanowiska przez firmę Ekoplon”.
Zasady współpracy i wspomnianych „zobowiązań partnerskich” obu przedsiębiorstw ustalany był również podczas regularnych spotkań, zarówno kierownictwa, jak i pracowników zmawiających się firm. Przedsiębiorcy wymienili się również listą klientów – była to dla nich informacja z kim nie zawierać umów.

-Porozumienie trwało wiele lat, przyniosło straty hodowcom i sprzedawcom pasz dla zwierząt. Stąd w decyzji nałożyłem wysokie kary dla przedsiębiorców – dodaje prezes Tomasz Chróstny.
Sankcje pieniężne dla obu przedsiębiorców wyniosły dokładnie: 12 445 185 zł dla Ekoplonu i 4 704 596 zł dla Polmassu. Obie kary są nieprawomocne, przedsiębiorstwa niemal na pewno odwołają się od nich do sądu. Ostateczny finał jest więc na razie niepewny.
To jeszcze nie koniec działań w tej sprawie. Jednocześnie trwa kolejne postępowanie, w którym UOKiK podejrzewa inny podział rynku przez Polmass – w tym przypadku dokonany razem ze spółką Agro-Netzwerk Polska.
UOKiK przy okazji informuje, że skruszeni przedsiębiorcy mogą uniknąć mocnego uderzenia po kieszeni za zmowę, dzięki programowi łagodzenia kar. Daje on przedsiębiorcy, a także menadżerom uczestniczącym w nielegalnym porozumieniu, szansę zyskania statusu nieco zbliżonego do świadka koronnego.
Z programu można skorzystać pod warunkiem współpracy z UOKiK – doniesienia na innych uczestników zmowy oraz dostarczenia dowodów lub informacji dotyczących niedozwolonego porozumienia. A niezależnie od kar wymierzonych przez UOKiK, każdy kto poniósł szkodę wskutek naruszenia prawa konkurencji może złożyć do sądu cywilnego pozew przeciwko wszelkim podmiotom, które złamały te przepisy.

Kara dla Jakubasów

Wyjątkowo dziwny brak spostrzegawczości ze strony organizatorów przetargów.

Przedsiębiorcy zajmujący się dowozem uczniów w niedozwolony sposób wpływali na wyniki zamówień publicznych – jeśli ich propozycje były najkorzystniejsze, wówczas zwycięzca rezygnował z zamówienia, tak aby została wybrana druga, droższa oferta podmiotu biorącego udział w zmowie. Dodatkowym zyskiem dzielili się pospołu. Taką to właśnie zmowę wykrył Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył na uczestników tego niedozwolonego porozumienia kary w łącznej wysokości około 200 tys. zł. A uczestnicy zmowy to przedsiębiorcy o skądinąd znanych nazwiskach: Firma Transportowo Turystyczna „Jakubas” Krystyna Jakubas, Firma Transportowo Usługowa Magdalena Jakubas oraz Euro Bus Marek Jakubas.
Z informacji zgromadzonych przez urząd wynika, że wspólnie usiłowali wpłynąć na wynik 10 zamówień publicznych, z czego w sześciu przypadkach osiągnęli swój cel. Zamawiającymi były małopolskie gminy: Łapanów, Nowy Wiśnicz, Łapsze Niżne i Wojnicz, a także placówki edukacyjne: Akademia Górniczo-Hutnicza w Krakowie, Zespół Szkół im. Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Woli Dębińskiej, gimnazjum im. Komisji Edukacji Narodowej w Zaborzu.
Stosowany przez ukarane firmy mechanizm rozstawiania i wycofywania ofert polegał na tym, że zwycięzca przetargu rezygnował z podpisania umowy w ten sposób, że nie dostarczał brakujących dokumentów, np. licencji przewoźnika czy zaświadczenia z ewidencji gospodarczej. Chodziło o to, żeby ostatecznie wybrano drugą, droższą propozycję innego uczestnika zmowy. – Mechanizm rozstawiania i wycofywania ofert to najczęstsza forma zmowy przetargowej. Jest to działanie niezgodne z prawem i zagrożone sankcją finansową w wysokości do 10 proc. rocznego obrotu, Apeluję do organizatorów przetargów o zwracanie uwagi na tego typu sytuacje – powiedział prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Ten apel wydaje się konieczny, bo rzeczywiście, dość dziwne jest , że organizatorzy przetargów nie zwrócili uwagę na trzy firmy mające w nazwie to same nazwisko, działające w ten sposób, ze jedni rezygnowali na rzecz drugich. Decyzja o ukaraniu nie jest prawomocna. Przysługuje od niej odwołanie do sądu, które pewnie nastąpi.

Ile można stracić?

Klienci banków nie mają w Polsce łatwego życia. Zawsze mogą zostać nabrani na rozmaite “bezpieczne produkty”.

Prezes UOKiK Tomasz Chróstny nałożył na Idea Bank kary w łącznej wysokości ponad 17,2 mln zł oraz nakazał wypłacić po 38 tys. zł rekompensaty konsumentom, którzy nabyli certyfikaty inwestycyjne emitowane przez fundusz Lartiq. To jeden z banków należących do Leszka Czarneckiego, a cała sprawa dotyczy minionych lat i jest pokłosiem dużo wcześniejszych działań Komisji Nadzoru Finansowego, która już w ubiegłym roku ukarała wspomniany fundusz inwestycyjny.
W sumie prezes Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów wydał 4 decyzje wobec Idea Bank. Trzy z nich dotyczą naruszania praw konsumentów przy oferowaniu im skomplikowanych produktów finansowych: certyfikatów inwestycyjnych, lokat strukturyzowanych oraz ubezpieczeń na życie z ubezpieczeniowymi funduszami kapitałowymi. W czwartej decyzji UOKiK stwierdził stosowanie przez bank postanowień niedozwolonych w umowach bankowych w zakresie tzw. klauzul modyfikacyjnych. -To nie pierwszy raz, kiedy mamy bardzo poważne zastrzeżenia wobec Idea Banku. Już wcześniej stwierdziliśmy, że spółka naruszała prawa konsumentów przy sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack – wprowadzała ich w błąd i oferowała im produkty niedostosowane do ich potrzeb, czyli stosowała tzw. misselling. Tym razem zarzuty dotyczyły innych produktów finansowych. Bank przekazywał klientom nieprawdziwe informacje m.in. o ryzyku i zyskach, a także stosował misselling. Oferowanie produktów wysokiego ryzyka osobom, które preferują bezpieczne inwestycje, a także wprowadzanie ich w błąd i zatajanie ważnych informacji jest absolutnie niedopuszczalne – mówi prezes Tomasz Chróstny.
Pierwsza decyzja dotyczy oferowania przez Idea Bank certyfikatów inwestycyjnych emitowanych przez fundusz Lartiq (dawniej Trigon). To produkt wysokiego ryzyka, tymczasem Idea Bank proponował go osobom, którym zależało na bezpieczeństwie swoich oszczędności lub co najwyżej były gotowe zaakceptować tylko niewielkie straty. Byli to głównie dotychczasowi klienci banku korzystający z tradycyjnych lokat, rachunków oszczędnościowych, lokat strukturyzowanych czy ubezpieczeń na życie z funduszem kapitałowym.
Idea Bank wprowadzał ich w błąd co do ryzyka inwestycji. Rozpowszechniał bowiem nieprawdziwe informacje o gwarancjach, które rzekomo miały dawać pewność osiągnięcia zysku. Tymczasem fundusze Trigon Profit NSFIZ zawarły umowy gwarancyjne ze spółką GetBack (obecnie w restrukturyzacji), która miała ogromne kłopoty finansowe. Afera GetBack to jedna z nawiększych afer finansowych z czasów rządów PiS.

Nie było mowy o wyjątkowo ryzykownym charakterze tego produktu, o czym dowiedziałem się dopiero teraz, gdy okazało się, że wartość jednostki to ok. 50 proc. ceny nominalnej, a gwarancje nie są realizowane. Nigdy nie było mowy o możliwości utraty choćby niewielkiej części kapitału – napisał w skardze do Urzędu jeden z naiwnych konsumentów.
Prezes UOKiK nakazał Idea Bank wypłatę rekompensat wszystkim konsumentom, którzy nabyli certyfikaty inwestycyjne emitowane przez Lartiq (dawniej Trigon). Każdy z nich otrzyma 38 tys. zł. Łącznie banki ma wypłacić konsumentom kilkanaście milionów złotych. Idea Bank musi zawiadomić poszkodowanych konsumentów o możliwości wystąpienia o rekompensatę. Ma także zamieścić na swojej stronie internetowej informację o decyzji prezesa UOKiK wraz ze wskazaniem, że nie zamyka ona konsumentom drogi do indywidualnego dochodzenia roszczeń.
W kolejnej decyzji wobec Idea Banku szef UOKiK stwierdził nierzetelne informowanie konsumentów o innym bardzo ryzykownym produkcie finansowym. Chodzi o możliwość przystąpienia do ubezpieczeń na życie z funduszem kapitałowym. Bank w sposób nierzetelny przekazywał konsumentom informacje o ryzyku związanym z taką inwestycją, które polega na możliwości utraty całości lub części pieniędzy, opóźnień w realizacji wykupu, a także nieosiągnięcia zysku. Jak wynika z reklamacji, pracownicy banku mieli zapewniać klientów, że to bezpieczna inwestycja, na której nie można stracić.
Prezes UOKiK nałożył w sumie na Idea Bank ponad 11,5 mln zł (11 511 449 zł) kary. Ponadto spółka musi poinformować o tej decyzji na swojej stronie internetowej.
Do naruszania zbiorowych interesów konsumentów dochodziło też przy oferowaniu przez Idea Bank tzw. lokat strukturyzowanych. W tym przypadku również konsumenci byli wprowadzani w błąd, np. W dokumencie „Warunki Lokaty Strukturyzowanej” wyeksponowane były informacje o możliwości osiągnięcia zysku w postaci odsetek, kosztem jasnych i czytelnych danych o ryzyku – czyli okolicznościach, w których inwestycja może nie przynieść dochodu, a nawet wygenerować straty.
Dokument ten był tak zredagowany, że konsumenci mogli odnieść wrażenie, że zawarte w nim parametry umowy są wiążące – podczas gdy jej ostateczne warunki mogą być inne.
Idea Bank zapewniał też, że „kwota lokaty”, czyli zainwestowane pieniądze bez odsetek, jest objęta ochroną Bankowego Funduszu Gwarancyjnego. W rzeczywistości gwarancje BFG dotyczą jednak wyłącznie „kwoty wykupu”, która może być niższa. Za te nieuczciwe praktyki UOKiK wymierzył Idea Bankowi karę ponad 5,7 mln zł (5 750 545 zł). Bank także musi zamieścić na swojej stronie informację o decyzji.
Ostatnia decyzja dotyczy niedozwolonych postanowień we wzorcach umów kredytów konsumenckich, rachunków oszczędnościowo-rozliczeniowych oraz kart debetowych i kredytowych. Chodzi o wspomniane klauzule modyfikacyjne, w których spółka wymienia przyczyny uprawniające ją do zmiany regulaminu lub tabeli opłat i prowizji. Są wśród nich m.in. zmiana przepisów, wyroki sądów, wprowadzenie przez bank nowych usług czy konieczność poprawek redakcyjnych.
Kwestionowane klauzule modyfikacyjne znalazły się m.in w umowach na czas określony np. o kredyt konsumencki czy kartę kredytową, w których dochodzi do zadłużenia klienta. Zdaniem UOKiK takie umowy powinny cechować się trwałością i co do zasady nie mogą być zmieniane. Wątpliwości UOKiK wzbudziły też klauzule modyfikacyjne w umowach na czas nieokreślony. Są one co prawda dopuszczalne, ale przesłanki do wprowadzania przez Idea Bank zmian zostały sformułowane zbyt ogólnie i pozostawiają spółce dużą swobodę interpretacji.
UOKiK zakazał wykorzystywania zakwestionowanych postanowień umownych we wzorcach umownych. Idea Bank ma obowiązek poinformować o tym wszystkich konsumentów, którzy mają takie klauzule w swoich umowach z bankiem oraz zamieścić oświadczenie o decyzji UOKiK i jej skutkach na stronie internetowej.
Wszystkie te decyzje są nieprawomocne. Idea Bank może się od nich odwołać, co zapewne uczyni.

Kontrola bez zębów

Żadne urzędy nie lubią, żeby ktoś patrzył im na ręce i oceniał to co robią.
Zmienił się podział kompetencji w instytucjach zajmujących się kontrolą żywności. Od samego mieszania herbata jednak nie robi się słodsza. Nie wydaje się zatem, że te przetasowania spowodują, iż wnikliwiej i częściej będzie badana jakość spożywanych przez nas artykułów spożywczych. Przeciwnie, kontrole mogą stać jeszcze się rzadsze i łagodniejsze niż dotychczas.
Podstawowa zmiana polega na tym, że od 1 lipca tego roku Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych (IJHARS) czuwa już nad jakością żywności w całym łańcuchu dostaw – czyli od producenta do konsumenta. Podlega ona Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Do tej pory kompetencje były rozdzielone: produkty spożywcze przeznaczone dla konsumentów, znajdujące się w sklepach, hurtowniach oraz barach i restauracjach kontrolowała Inspekcja Handlowa, a na wcześniejszych etapach obrotu np. u producenta, na granicy, w zakładach paczkujących – właśnie IJHARS.
Istota tej zmiany polega na tym, że dotychczas, czyli do 1 lipca, żywność w sklepach hurtowniach, restauracjach, na bazarach itp. – czyli wszędzie tam, gdzie ostatecznym odbiorcą był konsument – była badana przez Inspekcję Handlową, ciało podlegające Urzędowi Ochrony Konkurencji i Konsumentów, który jest całkowicie niezależny od Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.
Teraz zaś, po 1 lipca, tymi kontrolami zajmuje się Inspekcja Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych, podlegająca Ministerstwu Rolnictwa i Rozwoju Wsi. A to przecież właśnie resort rolnictwa odpowiada za to, by do mieszkańców Polski trafiała żywność zdrowa i o odpowiedniej jakości.
Tak więc, od początku lipca mamy taką sytuację, że kontroler podlega temu, kogo ma kontrolować. Źle to wróży skuteczności i efektywności tych kontroli. Żaden kontroler nie będzie zbyt dociekliwy, wiedząc, że może za to oberwać od kontrolowanego.
Prezes UOKiK Tomasz Chróstny próbuje robić dobrą minę do złej gry i oświadcza: „Przeniesienie kontroli jakości żywności do jednej instytucji to ważny krok w kierunku specjalizacji instytucji państwa. 8 lipca br. zamkniemy całe przedsięwzięcie od strony formalnej. Zmiana ta jest korzystna zarówno dla konsumentów, jak i rolników czy przedsiębiorców działających w sektorze rolno-spożywczym bowiem skonsoliduje nadzór nad jakością żywności w całym łańcuchu dostaw od pola do stołu”.
Szef UOKiK wie jednak doskonale, że oto właśnie jego urząd został pozbawiony jednego ze swych najważniejszych, nielicznych zresztą zębów. Stał się też słabszy i jeszcze mniej znaczący niż dotychczas. Spod nadzoru UOKiK do IJHARS, czyli pod władzę Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi przeszli bowiem wszyscy pracownicy wojewódzkich inspektoratów Inspekcji Handlowej, którzy do tej pory specjalizowali się w kontroli żywności. UOKiK przekazał także resortowi rolnictwa pięć swoich laboratoriów żywnościowych: w Katowicach, Kielcach, Olsztynie, Poznaniu i Warszawie. Ale być może to wszystko niespecjalnie martwi prezesa UOKiK, bo przecież oznacza, że będzie on miał teraz mniej zadań – a więc mniej też będzie powodów do tego, by go krytykować za ewentualne niedociągnięcia.
Wprowadzone obecnie zmiany są zgodne z podstawowymi zasadami rządów Prawa i Sprawiedliwości: unikać wszelkiej odpowiedzialności za swe działania i zaniechania; starać się, by nikt nie mógł sprawdzić, jakie w rzeczywistości efekty przynosi funkcjonowanie instytucji rządowych; zapobiegać wszelkiej krytyce – i chwalić się na każdym kroku.
Można więc oczekiwać, że od 1 lipca Inspekcja Handlowa będzie informować o systematycznie poprawiającej się jakości polskich artykułów spożywczych…
Inspekcja Handlowa, zawsze niedoinwestowana i z brakami kadrowymi – bo przecież żaden rząd nie lubi, gdy mu się patrzy na ręce – miała jednak jakieś wymierne osiągnięcia. Co roku IH przeprowadzała prawie 20 tys. kontroli, podczas których brała pod lupę ponad 165 tys. partii produktów. Dużą część z nich stanowiła żywność – było to ok. 7-8 tys. kontroli rocznie i nawet ponad 120 tys. sprawdzanych artykułów spożywczych w ciągu roku.
Przykładowo, inspektorzy badali jakość i oznakowanie ryb, mięsa, jajek, miodu, wód mineralnych, produktów rolnictwa ekologicznego, a nawet karmy dla zwierząt, dań serwowanych w restauracjach czy posiłków przygotowywanych przez firmy cateringowe dla szpitali. W ostatnim czasie duże zainteresowanie konsumentów, rolników i organizacji pozarządowych wzbudziły kontrole oznakowania warzyw i owoców według kraju ich pochodzenia. Wydaje się, że teraz podobne kontrole w ogóle odejdą w przeszłość.
Czym obecnie będzie się zajmować Inspekcja Handlowa? Otóż, jak dyplomatycznie stwierdza UOKiK, teraz IH będzie się mogła skoncentrować na kontroli jakości, bezpieczeństwa i oznakowania produktów nieżywnościowych, np. paliw, zabawek, ubrań, sprzętu sportowego i elektronicznego oraz usług.
Nadal będzie pilnować prawidłowego uwidaczniania cen w sklepach, również na półkach z żywnością (co akurat jest uprawnieniem niemal bez znaczenia, bo o cenę zawsze można spytać, lub sprawdzić ją samemu w elektronicznym czytniku). Tak jak dotychczas IH będzie także udzielać porad konsumentom i pomagać im w polubownym rozstrzyganiu sporów z przedsiębiorcami (już spoza branży żywnościowej).
Na osłodę Inspekcja Handlowa otrzymała nowy, teoretycznie istotny oręż: od 1 lipca zyskała prawo do upubliczniania danych kontrolowanych przedsiębiorców. Od tej pory prezes UOKiK może ujawniać pod jakim adresem została przeprowadzona kontrola oraz jakich konkretnie przedsiębiorców i produktów dotyczyła. Te informacje od szefa UOKiK oraz wojewódzkich inspektorów IH, będą mogły być w całości publikowane na stronie urzędu. Pominięte mają zostać jedynie informacje stanowiące tajemnicę przedsiębiorstwa.
To jest jednak tylko prawo, a nie obowiązek – a więc nie wiadomo, czy UOKiK rzeczywiście zechce publikować dane kontrolowanych firm. Tym niemniej prezes UOKiK Tomasz Chróstny wyraża radość (chyba nieco na wyrost) – i ogłasza: „Cieszę się, że dane przedsiębiorców sprzedających wadliwe produkty zostaną publicznie ujawnione. Teraz konsumenci łatwiej będą mogli sprawdzić które wyroby warto kupować, a które lepiej omijać. To również ważny element dyscyplinujący samych przedsiębiorców”.
Tyle, że w tej chwili, po wyjęciu spod jej kompetencji całej branży rolno-spożywczej, to nowe uprawnienie Inspekcji Handlowej dotyczyć będzie już mocno ograniczonej grupy przedsiębiorców.

Starcie z zatorami

Zatory płatnicze to jeden z największych problemów polskiej gospodarki.
Chodzi o zjawisko polegające na znaczących opóźnieniach w regulowaniu płatności za dostawę towarów lub usług kontrahentom. Przedsiębiorcy, którzy nie otrzymują pieniędzy bardzo często nie są później w stanie zapłacić swoim kontrahentom i pracownikom, muszą również sami poszukiwać finansowania zewnętrznego, ponosząc przy tym znaczne koszty.
Nieterminowe płatności i zbyt długie terminy zapłaty  zwiększają również koszty prowadzenia działalności gospodarczej, a w najtrudniejszych sytuacjach mogą prowadzić do upadłości lub likwidacji dotkniętych nimi przedsiębiorców.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął w czerwcu postępowania wobec 51 przedsiębiorców, u których mogą występować największe zatory płatnicze. Zostali oni wytypowani po analizie informacji dotyczących opóźnień, uzyskanych 20 maja z Krajowej Administracji Skarbowej. Wśród nich są duże firmy działające na terenie całej Polski – m.in. producenci słodyczy, sprzętu AGD, odzieży czy firmy logistyczne.
⦁ Zidentyfikowaliśmy obszary rynku, w których ryzyko powstawania zatorów płatniczych jest największe. Dzięki danym z KAS zbadaliśmy blisko milion transakcji z udziałem prawie 100 tys. przedsiębiorców, co pozwoliło na wyodrębnienie 51 podmiotów, które podejrzewamy o największe zaległości w płatnościach – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
UOKiK może interweniować, jeśli suma zaległych świadczeń pieniężnych przedsiębiorcy w ciągu 3 kolejnych miesięcy wyniesie co najmniej 5 mln zł (od 2022 r. będzie to 2 mln zł). Dotyczy to zaległości z faktur wystawionych po 1 stycznia 2020 r. lub wcześniej, jeśli termin płatności stał się wymagalny w 2020 r.
W tej chwili zmierza do końca postępowanie dotyczące praktyk związanych z wykorzystywaniem przewagi kontraktowej przez blisko 100 największych podmiotów z branży rolno-spożywczej. Jednym z badanych wątków są również nadmierne opóźnienia w płatnościach.

Szukanie dowodów motozmowy

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów twierdzi, że wykrył nielegalne porozumienie na polskim rynku motoryzacyjnym.
Chodzi o nieuczciwe uzgodnienia, mające ograniczać konkurencję i stwarzać uprzywilejowaną pozycję dla dogadujących się firm.
Takie porozumienia ograniczające konkurencję to nie tylko zmowy cenowe, o których słyszymy najczęściej. Groźny potrafi być również podział rynku. Oznacza on, że przedsiębiorcy zamiast prowadzić uczciwą konkurencję ustalają, że na danym obszarze nie będą rywalizowali i dzielą między sobą rynek.
W efekcie, potencjalni klienci tracą możliwość kupna produktów od wybranych sprzedawców lub otrzymują oferty z wyższymi cenami. Takie właśnie porozumienie mogli zawrzeć ze sobą dealerzy samochodów ciężarowych marki DAF: Wanicki z Mogilan oraz DBK z Olsztyna i WTC z Długołęki.
Na ich niedozwolone działania wskazują dowody uzyskane między innymi podczas przeszukań w siedzibach przedsiębiorców. Prezes UOKiK wszczął w tej sprawie postępowanie antymonopolowe – aczkolwiek jeszcze nie wiadomo, jakimi wynikami się ono zakończy. UOKiK jest jednak dobrej myśli i liczy na to, że będzie można wykazać winę sprawców.Mamy dowody wskazujące, że dealerzy mogli podzielić między sobą rynek. Według naszych informacji uzgodnili, że każdy z nich będzie startować w przetargach publicznych jedynie na określonym terytorium i nie będzie składał ofert w rejonie przydzielonym innemu przedsiębiorcy. Jeśli podejrzenia się potwierdzą, to dealerom tym grożą kary finansowe w wysokości do 10 proc. rocznego obrotu – mówi prezes UOKiK Tomasz Chróstny.
To nie pierwsza interwencja UOKiK w związku z możliwą zmową dealerów ciężarówek. W związku z przeprowadzonymi przeszukaniami prowadzone jest już postępowanie przeciwko pięciu dealerom (wśród nich są również DBK i WTC). Prezes UOKiK podejrzewa, że DBK i WTC mogły działać jednocześnie w dwóch zmowach z różnym podmiotami.
W 2019 r. UOKiK przeprowadził przeszukania u podmiotów sprzedających pojazdy marki Iveco – w związku z podejrzeniem, że mogą one działać w zmowie dotyczącej pojazdów tej marki. W tej sprawie trwa obecnie postępowanie wyjaśniające – czyli także nie wiadomo, czy kogokolwiek uda się ukarać.

-Ograniczenia konkurencji w branży transportowej mogą negatywnie wpływać na konkurencyjność polskiej gospodarki i pozycję rodzimych przedsiębiorców. W przypadku gdy podział rynku sprowadza się do funkcjonowania zmów przetargowych, poszkodowani są również podatnicy. Dlatego będziemy zdecydowanie zwalczać zmowy przetargowe, cenowe i inne porozumienia ograniczające konkurencję – deklaruje prezes UOKiK Tomasz Chróstny. Na razie jednak te zamiary urzędu nie przyniosły większych efektów, choć maksymalna kara – 10 proc. rocznego obrotu – to bolesna sankcja.
Takiej najwyższej kary za zmowę czy podział rynku można uniknąć dzięki programowi łagodzenia kar. Daje on przedsiębiorcy, a także menadżerom uczestniczącym w nielegalnym porozumieniu, szansę zyskania statusu „świadka koronnego”. Pozwala to na uniknięcie kary pieniężnej lub jej obniżenie.
Z programu łagodzenia kar można skorzystać pod warunkiem donoszenia – czyli podjęcia współpracy z UOKiK oraz dostarczenia dowodów lub informacji dotyczących niedozwolonego porozumienia. Dlatego UOKiK zachęca: „Przedsiębiorców i menadżerów zainteresowanych programem łagodzenia kar zapraszamy do kontaktu z urzędem pod numerem telefonu 22 55 60 555, pod którym prawnicy UOKiK odpowiadają na wszystkie pytania, również anonimowe”.
Apeluje też, by każdy kto wie o niedozwolonym porozumieniu w swojej byłej lub obecnej firmie, zawiadomił UOKiK. Tu także można występować incognito, gdyż Urząd prowadzi program pozyskiwania informacji od tzw. anonimowych sygnalistów. Polacy lubią życzliwie informować (czy też donosić), więc program może przynieść sukcesy.

PiS nie zdoła zamieść pod dywan afery GetBack

Szef NIK spotkał się z pokrzywdzonymi i zachęcił ich do walki, a UOKiK wytłumaczył dlaczego osiągnął zerowe skutki w sprawie tej afery, skoro zrobił (swoim zdaniem) wszystko co było możliwe.

Prezes Najwyższej Izby Kontroli Marian Banaś spotkał się z dużą grupą osób pokrzywdzonych w aferze GetBack. Spotkanie to nie zostało nagłośnione przez rządowe media, bo cała ta afera, znacznie większa i groźniejsza niż AmberGold, nastąpiła przy całkowitej bezczynności i pobłażliwości rządu Prawa i Sprawiedliwości. Dlatego też, NIK w swojej kontroli słusznie uznał, iż instytucje państwowe nie zapewniły obywatelom skutecznej ochrony przed działalnością GetBack. Prezes NIK, który obecnie jest wrogiem publicznym numer jeden dla prominentów PiS, pochylił się nad kłopotami pokrzywdzonych, którzy utracili łącznie około 2,5 miliarda złotych.
Ci zaś uznali, że bardzo przydatne są dla nich informacje o wynikach kontroli NIK, które dotyczą działań Komisji Nadzoru Finansowego, Giełdy Papierów Wartościowych w Warszawie, Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów, Biura Rzecznika Finansowego, Ministerstwa Finansów oraz Komisji Nadzoru Audytowego. Nie trzeba dodawać, że te instytucje, przejęte przez PiS-owskich krewnych i znajomych królika, nie działały tak jak należy.
Prztyczkiem pod adresem PiS, pragnącego zamieść pod dywan aferę GetBack, było to, że uczestnicy spotkania bardzo dziękowali, iż raport, o którego upublicznienie tak zabiegali od wielu miesięcy wreszcie ukazał się dzięki nowemu kierownictwu Izby. Bardzo to było nie na rękę PiS-owskim dygnitarzom.
– Gdyby nie nasza determinacja, ten raport byłby dostępny za kolejne kilka miesięcy, jednak Najwyższa Izba Kontroli jest instytucją, która ma usprawniać organy państwowe i chronić obywateli – dorzucił swój kamyczek pod adresem PiS prezes NIK, Marian Banaś. I dodał: – Z tego raportu muszą być wyciągnięte poważne wnioski. Możecie się nim posługiwać do obrony swoich interesów. Jak widać, prezes NIK nie zamierza oszczędzać swych niedawnych politycznych mocodawców – z PiS. Podczas tego spotkania padła także propozycja utworzenia przy Ministerstwie Finansów Funduszu Rekompensat – dla ludzi starszych i nieporadnych, którzy nie mają siły na chodzenie po prokuraturach. Ciekawe, co powie na to rząd? Ze spotkaniem Mariana Banasia z pokrzywdzonymi, poniekąd swoiście koresponduje reakcja UOKiK. Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów poczuł się bowiem urażony wynikami kontroli Najwyższej Izby Kontroli, z której wynika, że nie zareagował na aferę GetBack, rozwijającą się przy pobłażliwości rządu Prawa i Sprawiedliwości. UOKiK oczywiście nie poczuwa się tu do żadnej odpowiedzialności. To typowe dla wszystkich instytucji przejętych przez PiS, które głośno chwalą się swymi rzekomymi sukcesami, natomiast gdy zawalą swoje obowiązki, to zawsze zrzucają winę na innych . Przedstawiciele UOKiK tłumaczyli więc, że oczywiście robili co mogli. Uznali, że wszczęcie postępowań wobec banków, domów maklerskich i spółki GetBack oraz decyzje wobec Idea Banku i Polskiego Domu Maklerskiego – to właśnie wynik UOKiK w sprawie obligacji GetBack. Ba, wręcz wyprzedzili wszystkich w swej aktywności, bo według nich Urząd podjął działania już w kwietniu 2018 r., a pierwsze skargi na GetBack zaczęły napływać w maju 2018 r. Dlatego władze UOKiK podkreśliły, że oczywiście nie zgadzają się z zarzutami NIK, które zostały im przedstawione po kontroli – np. niewydania decyzji w postępowaniu dotyczącym windykacji. Tłumaczyli swą bezczynność typowo dla PiS-owskich instytucji – tym, że nie mieli prawnej możliwości działania. Władze UOKiK nie zgodziły się również z zarzutem dotyczącym opóźnionego czasu reakcji. Pochwalili się, że Urząd zareagował bardzo szybko – bo już kilka dni od pierwszych doniesień prasowych o problemach rozpoczęto kontrole w biurach GetBack w Warszawie i we Wrocławiu. UOKiK pochwalił się, że zadziałał wręcz z szybkością błyskawicy – jeszcze zanim trafiły do nich jakiekolwiek skargi oraz przed komunikatem KNF w tej sprawie. Nie zignorowali także otrzymanego zawiadomienia, które dotyczyło mechanizmów finansowych działania GetBack. Bardzo chcieli zareagować, jednak niestety nie mogli, gdyż wyjaśnienie tych mechanizmów wykraczało poza kompetencje UOKiK. „Ich ocena leżała w gestii innych organów i instytucji” – podkreślił UOKiK, do których to pismo zostało również skierowane. Tylko jedna opisywana przez sygnalistę kwestia mieściła się w naszych kompetencjach – chodziło o działania windykacyjne GetBack. Sygnał w związku z tym został włączony do akt toczącego się już postępowania dotyczącego windykacji, które już urząd prowadził – dodaje Niechciał.
UOKiK nie czuje się też odpowiedzialny za przedłużające się postępowanie wobec GetBack. Wprawdzie wiele osób liczy na rychłe zakończenie postępowania przeciwko GetBack, ale UOKiK, zgodnie z obowiązującymi przepisami, musiał czekać z ostatecznym rozstrzygnięciem, aż uprawomocni się postanowienie Sądu Rejonowego we Wrocławiu o zatwierdzeniu układu w sprawie GetBack.
UOKiK tłumaczył, że wielokrotnie spotykał się też z pokrzywdzonymi, chcąc poznać ich sytuację, a także z bankami, domami maklerskimi i przedstawicielami GetBack. UOKiK ponoć aktywnie pomagał też poszkodowanym konsumentom – miał opracować wzór reklamacji, pokazując jaką ścieżkę można obrać. Podobno został przygotowany również formularz, który miał ułatwiać zgłaszanie skarg . UOKiK tłumaczy, iż jego pierwsza decyzja dotycząca oferowania i sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack została wydana w lutym 2019 r. Rozstrzygnięcie to dotyczyło klauzuli niedozwolonej stosowanej przez Polski Dom Maklerski, który świadczył dla spółki GetBack usługi związane z oferowaniem tych obligacji. Urząd uznał za niedozwolone postanowienie, zgodnie z którym nabywcy obligacji musieli podpisać się pod tym, że nie usłyszeli ani nie dostali żadnych informacji, które byłyby sprzeczne z tym, co było napisane w propozycji nabycia obligacji lub warunkach emisji obligacji.Kolejna decyzja UOKiK została wydana w sierpniu 2019 r. – w sprawie Idea Banku. Prezes UOKiK ustalił, że bank wprowadzał konsumentów w błąd podczas sprzedaży obligacji korporacyjnych GetBack. Decyzja jakoby rozstrzyga sprawę w zakresie najpoważniejszych zarzutów stawianych Idea Bankowi – czyli wprowadzania konsumentów w błąd przy oferowaniu obligacji Getback.
UOKiK podkreślił, iż ta decyzja kończy postępowanie administracyjne co do postawionych zarzutów. Każdy konsument może się na nią powołać – i dochodzić na jej podstawie swoich praw.Tak więc, UOKiK osiągnął wręcz perfekcję w tłumaczeniu opinii publicznej dlaczego nic nie mógł zrobić, skoro w istocie zrobił więcej, niż ktokolwiek mógłby oczekiwać.
Pozostaje refleksja, że skoro UOKiK zrobił tak dużo, i nic to nie pomogło w ochronie konsumentów, to może jest on po prostu niepiotrzebny, skoro jego ważne działania przynoszą zerowe skutki. Co widzieliśmy na przykład przy rzekomych działaniach prowadzonych przez UOKiK w sprawie wstrzymania budowy drugiej nitki gazociągu Nord Stream II. Tu także ponoć UOKiK robi co tylko może – i osiąga zerowe wyniki. A może należałoby uzależnić płace urzędników i szefów UOKiK od skuteczności ich poczynań?

Rodzime pokłosie głośnej afery

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wreszcie ustalił, jaką karę powinien zapłacić Volkswagen w Polsce.

Ponad 120 mln zł – tyle wynosi kara nałożona przez prezesa UOKiK za, nieco już zapomnianą, aferę dieselgate. Sankcja ta została nałożona na Volkswagen Group Polska za wprowadzenie w błąd co do poziomu emisji spalin i sformułowanie wytycznych umożliwiających odrzucenie reklamacji. Jest to najwyższa kara wymierzona w historii UOKiK za naruszenie praw konsumentów. 25 tomów akt, ponad 5 tys. kart z dowodami – tyle materiałów zgromadził Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów w postępowaniu przeciwko Volkswagen Group Polska. UOKiK był kolejnym, prawdopodobnie jednym z ostatnich organów ochrony konsumentów w Europie, który wydał decyzję w tej sprawie.
Nasza świadomość nie rośnie
Volkswagen manipulował wskaźnikami emisji spalin i wprowadzał konsumentów w błąd, twierdząc, że jego pojazdy są przyjazne środowisku. Tak jednak nie było. „Rośnie świadomość ekologiczna Polaków, więc wiele osób mogło celowo wybierać samochody, które miały emitować mniejsze ilości szkodliwych substancji” – stwierdza oficjalne stanowisko Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Tak oczywiście nie jest. W Polsce „wiele osób” nie przykłada kompletnie żadnego znaczenia do ilości szkodliwych substancji emitowanych przez ich pojazdy. Sprowadzamy z Niemiec setki tysięcy wieloletnich kopciuchów, trujących znacznie bardziej niż Volkswageny z oszukańczym oprogramowaniem. Nowych samochodów w zasadzie nikt zaś nie kupuje, z wyjątkiem firm i urzędów, które nie płacą za te zakupy swymi własnymi pieniędzmi (również nie przejmując się emisją szkodliwych substancji). Dlatego też cała afera „dieselgate” przeszła u nas bez żadnego oddźwięku, inaczej niż w państwach zachodnich, gdzie rzeczywiście próbuje się dbać o środowisko.
Ośmioletnie naciąganie
Koncern Volkswagen stosował w samochodach Volkswagen, Audi, Seat i Skoda produkowanych po 2008 r. oprogramowanie do sterowania silnikiem EA 189 EU 5. W warunkach testowych pozwalało ono zaniżać wartość emisji tlenków azotu. To oprogramowanie rozpoznawało, że samochód znajduje się na stanowisku kontrolnym i obniżało emisję tlenków azotu. Podczas normalnej jazdy była ona wyższa. Wartości te znacznie odbiegały od tych deklarowanych konsumentom w materiałach reklamowych i w dokumentach homologacyjnych. Zostali oni więc wprowadzeni w błąd.Co więcej, koncern wystosował wytyczne dla dealerów, zgodnie z którymi mieli oni nie uwzględniać zasadnych reklamacji konsumentów związanych z poziomem emisji tlenków azotu. Do postępowania prowadzonego przez UOKiK włączyła się także Prokuratura Okręgowa w Warszawie (aczkolwiek nie wiadomo z jakim skutkiem). Urząd zakwestionował rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji w materiałach reklamowych, które sugerowały, że samochody marek Volkswagen, Seat, Skoda i Audi są ekologiczne oraz spełniają wymogi w zakresie emisji tlenków azotu. Informowanie w świadectwach homologacji oraz w świadectwach zgodności WE o nieprawdziwych parametrach emisji tlenków azotu. Od 2008 do stycznia 2016 r. trwało kierowanie wytycznych do sprzedawców tych samochodów, które sugerowały nieuwzględnianie reklamacji konsumentów, mimo istnienia ewidentnej wady. Wszystkie te działania te trwały od 2008 do 2016 r. Kara dla Volkswagen Group Polska wyniosła ponad 120 mln zł (dokładnie 120 607 288 zł).
Mało ważny rynek
Przy wyliczaniu kary UOKiK wziął pod uwagę to, że naganna praktyka trwała 8 lat, a w trakcie postępowania nie było żadnych propozycji ugodowych ze strony spółki. Zrozumiały jest jednak ten brak reakcji Volkswagena, bo polski rynek jest dla nich praktycznie bez znaczenia. To naszemu rządowi zależy na tym, żeby VW broń Boże nie zamknął swoich montowni w Polsce. Propozycje ugody Volkswagen może więc wysyłać pod adresem władz amerykańskich, gdyż tamtejszy rynek traktuje poważnie (Amerykanom koncern zapłacił już dawno ponad 25 miliardów euro!) – ale przecież nie pod adresem polskich. Tym bardziej, że w Polsce postępowanie przeciw VW wlokło się i wlokło. Szczególnie nieuczciwym przejawem praktyk koncernu było kierowanie nieetycznych rekomendacji, aby dealerzy nie uwzględniali zasadnych reklamacji konsumentów. Tych reklamacji, z racji nielicznego grona nabywców fabrycznie nowych Volkswagenów, było jednak w Polsce niewiele. Nie zmienia to faktu, że nieprawdziwe informacje w materiałach reklamowych koncernu wprowadzały w błąd – odwoływały się do proekologicznej jakoby postawy Volkswagena, gdy w rzeczywistości samochody te nie były przyjazne środowisku. Manipulowanie emisją spalin to zaprzeczenie ekologiczności. Po ujawnieniu w USA całej afery, oszukańcze działania zostały zaniechane. Volkswagen nie rozpowszechnia już wprowadzających w błąd informacji i wytycznych, które zakwestionował UOKiK w swoim postępowaniu. Mimo to skutki tej ostatniej praktyki mogą nadal trwać – niektóre firmy i urzędy w Polsce mogły przecież zrezygnować z dochodzenia roszczeń. Poza karą finansową, prezes UOKiK nakazał poinformowanie o decyzji urzędu wszystkich konsumentów, którzy kupili samochody z grupy VW z silnikiem EA 189 EU 5. Firma powinna również opublikować tę decyzję na swoich stronach internetowych. Rozstrzygnięcie urzędu nie jest prawomocne, ponieważ przysługuje od niego odwołanie do sądu. UOKiK jest kolejnym organem w Europie, który kończy postępowanie w tej sprawie – a ściślej mówiąc, prawdopodobnie wręcz ostatnim. Polskie postępowanie wlokło się bowiem niezwykle ślamazarnie i powolnie.
Śpieszą się powoli
Podobna opieszałość nie jest niczym nowym w działalności UOKiK. Inny przykład to postępowanie w sprawie budowy gazociągu Nord Stream II, które trwa już bardzo długo, zakończy się zapewne parę lat po oddaniu gazociągu do użytku i naturalnie nie będzie mieć żadnego znaczenia dla jego funkcjonowaniu. W UOKiK-u wykonana zostanie więc praca o zerowej wartości, za którą oczywiście urzędnicy urzędu są sowicie wynagradzani, a swoje do niczego niepotrzebne działania wykonują z poczuciem dobrze pełnionych obowiązków.
Co do Volkswagena, to nieco wcześniej niż UOKiK swoje postępowanie zakończył włoski urząd antymonopolowy, również daleki od pośpiechu. U włoskich urzędników, jak wiadomo, robota „pali się w rękach” podobnie jak i u naszych… Włosi byli natomiast mniej hojni w karaniu, bo nałożyli łącznie na Volkswagen AG i Volkswagen Group Italia 5 mln euro kary. UOKiK natomiast, z grubej rury – ponad 120 mln zł. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, może poza propagandowym, mającym pokazać, jak to rząd PiS surowo traktuje niecne firmy z Niemiec. Wiadomo przecież, że Volkswagen nie zapłaci tych 120 milionów.

Porzućcie wszelką nadzieję

To typowo polskie: wszelkie urzędy i instytucje, mające chronić nasze bezpieczeństwo
finansowe, robią co tylko mogą – a wychodzi im tak jak zwykle.

Aby zwiększyć bezpieczeństwo klientów rynku ubezpieczeniowego potrzebna jest skuteczniejsza ochrona. Na razie bowiem instytucje odpowiedzialne za tę ochronę wykonują co prawda swoje zadania, jednak suma tych działań, delikatnie mówiąc, nie przekłada się na skuteczność ochrony Polaków.
Problemem, który – w powszechnej opinii – wzbudzał najwięcej kontrowersji była kwestia tzw. polisolokat i skrajnie niekorzystnych warunków, na jakich były one oferowane. Zawarto ponad 5 mln umów długoterminowych na łączną kwotę ponad 56 mld zł.

Możecie się skarżyć długo

Sprzedaż polisolokat, czyli polis na życie z elementem inwestycyjnym (tzw. ubezpieczeniowym funduszem kapitałowym), wiązała się z wątpliwym pod względem prawnym i etycznym oferowaniem tych produktów przez ich sprzedawców.
Występowały przypadki wprowadzania klientów w błąd lub oferowania produktów dla nich nieodpowiednich. Umowy polisolokat były skomplikowane, co powodowało trudności w ich zrozumieniu przez przeciętnego obywatela.
Dodatkowo postanowienia umów zawierały zapisy, w wyniku których klienci decydujący się na rezygnację z umowy w trakcie jej trwania tracili większość wpłaconych środków, gdyż pobierano wysokie opłaty likwidacyjne.
Działania państwowych instytucji ochronnych ograniczyły wprawdzie ten proceder – ale tylko częściowo pomogły w rozwiązaniu problemów w umowach już zawartych.
Inną powszechną grupą problemów, na które najczęściej skarżyli się konsumenci, były kłopoty z uzyskaniem odszkodowań w związku z likwidacją szkód z ubezpieczeń odpowiedzialności cywilnej (głównie samochodów).
Klienci towarzystw ubezpieczeniowych wskazywali na nieprawidłowości, polegające na zaniżaniu lub odmowie wypłaty odszkodowań, niekorzystnej lub opieszałej likwidacji szkód, nieudostępnianiu przez ubezpieczycieli akt szkodowych.
Klientom często pozostawało dochodzenie swoich roszczeń w sądzie, jednak większość rezygnowała z tej żmudnej, skomplikowanej i kosztownej drogi uzyskania odszkodowania.

Współpracują bardzo niechętnie

Kontrolerzy NIK zbadali, czy podmioty odpowiedzialne za ochronę finansową mieszkańców, rzetelnie wypełniały obowiązki przeciwdziałania nieuczciwym praktykom na rynku ubezpieczeniowym.
Na przykład, czy na czas i skutecznie reagowały na problemy zgłaszane przez konsumentów oraz czy przedstawiały propozycje zmian ograniczających nieuczciwe praktyki i wzmacniających pozycję konsumentów na rynku ubezpieczeniowym.
Jednym z głównych problemów, na które wskazuje NIK jest brak współpracy, odpowiedniej do skali problemów, na jakie napotykają ubezpieczający się obywatele. Nie bez znaczenia jest także rozproszenie kompetencji, a co za tym idzie także odpowiedzialności za bezpieczeństwo konsumentów.
To, że współpraca pomiędzy urzędem Komisji Nadzoru Finansowego, Rzecznikiem Finansowym oraz Urzędem Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie zawsze była najlepsza, było spowodowane także ograniczeniami w przekazywaniu informacji przez KNF, wynikającymi ponoć z wymogu przestrzegania tajemnicy zawodowej.
Ograniczenia te zostały zniesione w końcu 2018 r. w wyniku zmiany przepisów dotyczących nadzoru nad rynkiem finansowym.

Czy potrzebny nam UOKiK?

Natomiast w UOKiK nie ustalono procedur monitorowania rynku ubezpieczeń. Monitoring ten prowadzono zatem w ograniczonym zakresie.
UOKiK zwykle reagował i analizował sytuację dopiero po licznych sygnałach docierających od niezadowolonych konsumentów, lub innych podmiotów np. Urzędu Komisji Nadzoru Finansowego czy Rzecznika Finansowego.
„Takie podejście wiąże się z ryzykiem braku interwencji UOKiK w przypadku istotnych naruszeń interesów klientów zakładów ubezpieczeń” – zauważa NIK.
NIK zwraca także uwagę na długi czas rozpatrywania sygnałów zgłaszanych do UOKiK. Według przepisów, postępowanie wyjaśniające nie powinno trwać dłużej niż cztery miesiące, a w sprawach szczególnie skomplikowanych – pięć miesięcy. Tymczasem spośród 68 postępowań wyjaśniających, zbadanych przez NIK, tylko 13 przeprowadzono w terminie.
Najdłużej prowadzone postępowanie trwało ponad trzy lata. Opóźnienia mogą powodować, iż zostanie utracona możliwość wszczęcia postępowania w sprawie praktyk naruszających zbiorowe interesy konsumentów.
Nie można tego bowiem zrobić jeżeli od końca roku, w którym zaprzestano ich stosowania upłynął rok. W UOKiK tłumaczono się oczywiście, że przyczyną przekroczenia terminów postępowań była konieczność zgromadzenia niezbędnego materiału dowodowego dotyczącego produktów o skomplikowanym charakterze, a także zasięganie opinii innych podmiotów. Na terminowość prowadzenia postępowań wpływ miały mieć również braki kadrowe.
W tej sytuacji warto rozważyć, czy rzeczywiście w Polsce konieczne jest istnienie takiej instytucji, jak UOKiK?
Funkcjonowanie UOKiK kosztuje drogo, czymkolwiek się on zajmuje, trwa to długo, zaś efekty są często w praktyce niemal żadne, lub w najlepszym razie znikome – czego przykładem mogą być pozorowane w istocie działania UOKiK, mające sprawiać wrażenie, że Polsce zależy na zablokowaniu gazociągu Nord Stream 2.

Nikłe efekty

Z kolei, zdaniem NIK, Rzecznik Finansowy i rzecznicy konsumentów, na ile mogli, właściwie wspierali konsumentów w sprawach indywidualnych. Problem w tym, że sformułowanie: „na ile mogli”, oznacza iż mogli bardzo niewiele.
NIK zwraca bowiem uwagę, że zarówno Rzecznik Finansowy, jak i rzecznicy konsumentów ze względu na swoje kompetencje mieli ograniczone możliwości doprowadzenia do rozstrzygnięcia sporów konsumentów z ubezpieczycielami.
Nie mogli na przykład nakazać firmom ubezpieczeniowym zmiany stanowiska. Dlatego konsumenci, aby dochodzić swoich praw często musieli występować na drogę sądową, na co jednak rzadko się decydowali, wiedząc, że jest to na ogół skazane na niepowodzenie.
W okresie od początku 2014 r. do końca kwietnia 2018 r. do Rzecznika Finansowego wpłynęło ponad 62 tys. wniosków klientów towarzystw ubezpieczeniowych, dotyczących nieuwzględnienia ich roszczeń.
Najważniejszymi przyczynami składania skarg przez obywateli było oddalenie roszczenia przez firmę ubezpieczeniową (blisko 44 proc.), spór co do wysokości odszkodowania (30 proc.), zagadnienia związane z naliczeniem i rozliczeniem składki (ponad 10 proc.) oraz opieszałość w postępowaniu odszkodowawczym (5 proc.).
Rzecznik Finansowy podjął interwencję w 84 proc. przypadków, w wyniku czego 19 proc. podjętych spraw zakończyło się pozytywnie dla klienta. Jak widać, także i pożytek z funkcjonowania Rzecznika Finansowego jest znikomy.
Tym bardziej, że jeszcze mniej efektywne było wsparcie, udzielane klientom przez rzeczników konsumentów reprezentujących ich przed sądem w prowadzonych postępowaniach. Wynikało to z długiego trwania postępowań sądowych.
NIK zwraca też uwagę na opieszałość i niechęć władz państwa w niektórych sprawach. I tak, Ministerstwo Finansów nie zaakceptowało propozycji udziału niezależnego rzeczoznawcy w procesie likwidacji szkód komunikacyjnych. Nie udało się także wypracować zasad ustalania wynagrodzenia firm odszkodowawczych, sposobu wypłacania uzyskanego odszkodowania i wymogów wobec osób świadczących takie usług. Minister Finansów nie przygotował też projektów rozwiązań mających umożliwić wdrożenie narodowej strategii edukacji finansowej. A przydałaby się, bo niestety, według danych Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD) Polacy mają niskie kompetencje finansowe.