Fikcja rządowych działań antymonopolowych

UOKiK od ponad trzech lat pokazuje, jak to stara się zapobiec budowie gazociągu Nord Stream 2. W praktyce jednak, strona polska nic nie robi w tym celu.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nałożył karę w postępowaniu przeciw Gazpromowi i pięciu międzynarodowym podmiotom, odpowiedzialnym za finansowanie i budowę gazociągu Nord Stream 2.
172 mln zł – tyle ma zapłacić spółka Engie Energy za nieudzielenie informacji. Oczywiście wiadomo, że nie zapłaci, ale UOKiK chce pokazać, że coś jednak robi w sprawie zwalczania Nord Stream 2. Szkoda, że to, co robi, robi tak powoli.
Wymierzona kara jest wynikiem braku współpracy w postępowaniu prowadzonym przez polski urząd antymonopolowego – Marka Niechciała. Postępowanie to UOKiK prowadzi już od dawna i bez żadnych efektów.

Udawać, że coś się robi

Sprawa budowy Nord Stream 2 była analizowana przez UOKiK w sierpniu 2016 roku. Wówczas prezes urzędu uznał, że planowana koncentracja między rosyjskim Gazpromem oraz pięcioma spółkami międzynarodowymi mogłaby doprowadzić do ograniczenia konkurencji – i przedstawił zastrzeżenia.
Uczestnicy konsorcjum dla pozoru wycofali więc wniosek w sprawie koncentracji spółek, ale w praktyce, robili to samo co dotychczas.
Ówczesna decyzja UOKiK w praktyce oznaczała zakaz połączenia. Formalnie nikt więc się z nikim nie połączył, ciężar budowy gazociągu wziął na siebie Gazprom – a budowa Nord Stream 2 postępowała bez przeszkód. Nasz UOKiK podchodził do tej sprawy jak pies do jeża, bo jest to wszak urząd rządowy, zaś polityka rządu PiS jest taka, że różni prominentni działacze obecnej ekipy gardłują przeciwko temu gazociągowi. Robią to jednak tylko na użytek krajowej publiczności, dla zwiększenia poparcia w sondażach. W praktyce jednak, rząd boi się zdecydowanie postawić stronie niemieckiej oraz rosyjskiej i nie chce jednoznacznie stwierdzić, że sprzeciwia się tej inwestycji. UOKiK niby więc zajmuje się próbami opóźnienia budowy Nord Stream 2, ale są to działania pozbawione jakiegokolwiek realnego znaczenia.

Urząd pokazuje, jak pręży muskuły

Gdy jednak wszem i wobec stało się wiadome, że nic nie dały zastrzeżenia urzędu zgłoszone wobec koncentracji spółek, UOKiK, chcąc nie chcąc, musiał znowu zająć się rosyjsko-niemieckim gazociagiem.
Od kwietnia 2018 roku UOKiK zatem ponownie analizuje sprawę tej inwestycji. Oczywiście trwa to długo i nie daje rezultatów, co szefowie UOKiK wyjaśniają tym, iż jest to precedensowe postępowanie antymonopolowe.
– Prowadzimy bardzo ważne postępowanie antymonopolowe w sprawie Nord Stream 2, którego skutki mogą mieć charakter międzynarodowy. Ustalając wysokość kary na Engie Energy braliśmy pod uwagę znaczenie tych informacji dla prowadzonego postępowania, a także umyślność działania tej spółki. Decyzja o ukaraniu to tylko jeden z etapów tego projektu – dodaje Marek Niechciał.
Jak informuje urząd, prezes UOKiK postawił zarzuty sześciu spółkom, które podejrzane są przezeń o sfinalizowanie transakcji mimo braku zgody polskiego urzędu antymonopolowego. Są to przedsiębiorcy należący do międzynarodowych grup: Gazprom z Federacji Rosyjskiej, Engie ze Szwajcarii, a także czterech pochodzących z Holandii: Uniper, OMV, Shell oraz Wintershall.
Zdaniem urzędu, działania uczestników konsorcjum mogą być próbą obejścia przepisów poprzez utworzenie spółki finansującej budowę gazociągu bez zgody organu antymonopolowego. Zarówno bowiem wycofane zgłoszenie utworzenia joint venture, jak i zawarcie późniejszych umów – które zawarto nie przejmując się zastrzeżeniami UOKiK – miało ten sam cel: sfinansowanie budowy Nord Stream 2.
Obecna decyzja UOKiK dotyczyła jednej z sześciu spółek – Engie Energy. Tyle, że UOKiK nałożył na nią karę nie za to, za co ją podejrzewa, czyli za udział w nielegalnym konsorcjum. lecz za …niedostarczenie dokumentów.
– Prosiliśmy spółkę o dokumenty i dane dotyczące umów zawartych z Gazpromem. Interesują nas informacje o paliwach gazowych, w szczególności dotyczące umów przesyłu, dystrybucji, sprzedaży, dostaw czy magazynowania. Dane te są niezbędne w prowadzonym postępowaniu antymonopolowym, w którym sprawdzamy czy Engie Energy oraz pięciu innych podmiotów utworzyły wspólnego przedsiębiorcę bez naszej zgody – tłumaczy Marek Niechciał prezes UOKiK.
Za nieudzielenie informacji podczas prowadzonego postępowania urząd może nałożyć na przedsiębiorcę maksymalnie karę do 50 mln euro. Korzystając z tego prawa, prezes UOKiK ukarał Engie Energy Management Holding Switzerland sankcją w wysokości 172 mln zł (równowartość 40 mln euro).
Uzasadniając tę decyzję UOKiK
wyjaśnia, iż spółka „uporczywie i bezpodstawnie” odmawiała przekazania UOKiK-owi żądanych dokumentów i materiałów.
– Spowodowało to istotne opóźnienie w prowadzeniu naszych działań dotyczących finansowania budowy gazociągu Nord Stream 2 – dodaje Michał Holeksa wiceprezes UOKiK.

Na święty nigdy

Te tłumaczenia pokazują, jaką linię argumentacji przyjmuje UOKiK, pragnąc usprawiedliwić swoją – czyli rządową – bezczynność. Okazuje się zatem, że ponad półtora roku cennego czasu UOKiK poświęcił tylko na to, aby dojść do wniosku, że wspomniana spółka nie dostarczyła mu w terminie wymaganych informacji. A jest tych spółek aż sześć! Zapewne UOKiK przeznaczy po półtora roku na ustalenie, że każda z pięciu pozostałych spółek także nie przekazuje wymaganych informacji.

Widać, że te wszystkie działania „antymonopolowe” są zwykła fikcją. Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku, a UOKiK wciąż jeszcze będzie wyjaśniać, że nic nie może zrobić, bo firmy uczestniczące w budowie gazociągu nie chciały mu udostępnić oczekiwanych informacji. I o to właśnie chodzi rządowi PiS: pokazywać elektoratowi, że walczy o polskie interesy, ale żeby jednocześnie nic nie zrobić w celu wstrzymania budowy Nord Stream 2.

 

Gospodarka 48 godzin

Gospodarka Niemiec zwalnia

W tym roku, według prognoz ekspertów, niemiecki produkt krajowy brutto zwiększy się tylko o 0,7 proc. W ubiegłym roku tempo wzrostu niemieckiej gospodarki było ponad dwukrotnie wyższe i wynosiło 1,5 proc. Jeszcze szybciej gospodarka Niemiec wzrastała w 2017 r. Wtedy tempo rozwoju nad Renem i Łabą wynosiło 2,5 proc. Niemcy są jednak w dobrej sytuacji gospodarczej i finansowej, gdyż mają wysoką nadwyżkę handlową wynoszącą ok. 6 proc. PKB – choć w latach 2016-2017 była one jeszcze wyższa i sięgała 7,3 proc. Wolniejsze obroty niemieckiej gospodarki spowodują też oczywiście słabsze tempo rozwoju gospodarczego Polski, która funkcjonuje w dużej mierze dzięki eksportowi na rynki naszego wielkiego zachodniego sąsiada. Następuje to zawsze z dwu, trzyletnim opóźnieniem, więc w przyszłym roku mieszkańcy naszego kraju jeszcze nie powinni odczuć w swoich portfelach skutków słabnięcia polskiej gospodarki. My jednak jesteśmy w o tyle gorszej sytuacji, że rząd PiS, inaczej niż rządy wielu państw członkowskich Unii Europejskiej, nie był w stanie osiągnąć nadwyżki handlowej. Taka nadwyżka może stanowić swoistą poduszkę finansową na trudniejsze czasy – ale dla Polaków będzie ona niedostępna.

Małe można oddać

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przypomina, że zużytego lub zepsutego sprzętu elektrycznego np. suszarek do włosów czy tabletów nie wolno wyrzucać do zwykłego kosza na śmieci. Można go oddać go w sklepie. „Przy zakupie nowego urządzenia przedsiębiorca musi bezpłatnie przyjąć od ciebie stary sprzęt takiego samego rodzaju” – informuje UOKiK. I nie musi to być sprzęt identyczny sprzęt kupiony wcześniej w tym samym sklepie. Czyli, zdaniem ekspertów z UOKiK, ktoś, kto przykładowo kupuje w sklepie nowe żelazko, możesz oddać tam stare czy zepsute, kupione kiedykolwiek i gdziekolwiek. Podobnie, gdy zamawia się np. telewizor z dostawą do domu, to można przy tej okazji zgłosić, że chce się pozbyć starego, a sprzedawca ma obowiązek zorganizować jego odbiór, choćby to nie był telewizor kupiony u niego. Ponadto, jak informuje UOKiK, sklepy, które mają co najmniej 400 metrów kwadratowych powierzchni i sprzedają artykuły gospodarstwa domowego, muszą przyjmować wszystkie zużyte urządzenia przynoszone tam przez ludzi – ale tylko małe, takie których żaden z wymiarów nie jest większy niż 25 cm.

Chłam ciągle w modzie

Zdumiewające i niewytłumaczalne jest to, iż Polacy od lat dają się bezustannie nabierać i kupują różne badziewie, wciskane im na oszukańczych pokazach.

Trąbi się o tym od dziesięcioleci, a jednak wszelacy cwaniacy wciąż zarabiają na takich spotkaniach, chętnie je organizują i z powodzeniem namawiają ludzi do wydawania pieniędzy na bezwartościowe przedmioty.
W maju tego roku ukarane zostały dwie firmy, Vitaldream oraz Ram Polska które sprzedawały coś, co nazwano “aplikator pola magnetycznego”, Teraz wpadła kolejna firma, VGET, namawiająca ludzi do kupowania wyrobów u o nazwie VitronMed czy VitronMagnetic. To oczywiście tylko wierzchołek góry lodowej, bo w Polsce każdego dnia setki różnych podobnych firemek organizują takie pokazy połączone ze sprzedażą.
Wzmiankowana VGET działała m.in. w Suwałkach. Od miesięcy pojawiały się różne skargi, aż wreszcie pracownicy Urządu Ochrony Konkurencji I Konsumentów wcielili się w rolę tajemniczych klientów – i wzięli udział w jednej z organizowanych przez firmę prezentacji.
UOKiK ustalił, że firma zapraszała telefonicznie ludzi, zwykle starszych, na bezpłatne badania w ramach prelekcji tzw. Akademii Zdrowia albo akcji Zdrowa Polska. W trakcie prezentacji uczestnicy byli “badani” przy użyciu pudełka z ekranikiem i przyciskami, nazywanego AM Scanem, a przedstawiciele interpretowali wyniki tych badań i diagnozowali rzekome choroby. Po czym namawiali do zakupu wspomnianych VitronMedów czy VitronMagneticów, które miały pomóc w pozbyciu się wykrytych dolegliwości.
Oczywiście AM Scan nie jest wyrobem medycznym do oceny stanu zdrowia, a oferowane urządzenia nie leczą żadnych chorób. UOKiK stwierdził więc, że konsumenci byli wprowadzani w błąd, a informacja o ich rzekomych chorobach mogła wpływać na decyzję o zakupie.
– Na pokazy handlowe organizowane pod pozorem bezpłatnych badań przychodzą często osoby starsze. Łatwo takich ludzi przestraszyć złym stanem zdrowia i namówić do zakupu drogich produktów, które rzekomo miałyby im pomóc . Wywieranie presji na konsumentach i straszenie ich chorobami jest niezgodne z prawem oraz niemoralne – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK.
UOKiK nałożył na firmę VGET Polska karę w wysokości ponad 2,7 mln złotych. Zakazał jej także stosowania takich nieuczciwych praktyk. Ponadto firma musi listem poleconym poinformować o tych decyzjach wszystkich klientów, którym sprzedała te wyroby między 1 stycznia 2017 r. a 24 czerwca 2019 r.

Więcej proszku w proszku?

Europarlament przyjął przepisy mające zapobiegać podwójnej jakości wyrobów sprzedawanych w zachodniej i wschodniej części Unii Europejskiej.

Badania, z których korzystał Parlament Europejski, pokazują, że chociaż żywność sprzedawana w państwach UE w Europie Środkowej i Wschodniej jest bezpieczna, to ma niższą jakość niż produkty sprzedawane w tym samym opakowaniu (a niekiedy i w tej samej cenie) w Europie Zachodniej.
Na przykład, paluszki rybne sprzedawane na Słowacji zawierały mniej ryby niż te same paluszki sprzedawane w Austrii (58 proc. i 65 proc.). Spośród 96 badanych produktów, które były sprzedawane na Węgrzech, 71 różniło się składem w porównaniu z produktami oferowanymi we Włoszech i w Austrii. Różnice dotyczyły np. kosmetyków, środków czystości i karmy dla zwierząt.
Przyjęte przez PE przepisy zmieniają 4 dyrektywy w sprawie ochrony konsumentów. Zostaną teraz przedłożone do zatwierdzenia Radzie UE, a państwa członkowskie będą mieć dwa lata na wdrożenie dyrektywy licząc od daty jej wejścia w życie. Potem nieuzasadnione różnicowanie produktów ze względu na kraj przeznaczenia będzie stanowić nieuczciwą praktykę rynkową.
Przepisy te zostaną u nas wdrożone w nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, która będzie implementacją unijnej dyrektywy.Jeśli przedsiębiorca będzie stwarzał błędne wrażenie, że produkty sprzedawane pod tą samą marką w różnych krajach członkowskich UE są identyczne, podczas gdy w rzeczywistości mają one różną jakość i skład, to Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów będzie mógł interweniować. Nie każda różnica będzie jednak oznaczać, że mamy do czynienia z podwójną jakością – zastrzega UOKiK.

Straszna ciężarówkowa zmowa

Dlaczego nasz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie zajmuje się sprawami naprawdę ważnymi dla polskiej gospodarki i Polaków?

Dilerzy ciężarówek mogli stworzyć kartel, który od 2011 r. dzielił polski rynek – oświadczył Urząd Ochrony Konkurencji I Konsumentów. Zabrzmiało to groźnie.
Transport towarów za pomocą samochodów ciężarowych jest bardzo istotny w naszym kraju, dlatego potencjalną zmowę mógłby odczuć każdy z nas. Droższe auta to większe koszty firm transportowych, a to może mieć wpływ na ceny płacone przez konsumentów – wyjaśnia, umówmy się, że banalnie oczywistą kwestię, wiceprezes UOKiK, Michał Holeksa.
Wedle ostrzeżeń UOKiK, w efekcie podejrzewanej zmowy nabywcy samochodów mogli płacić wyższe ceny i zostać pozbawieni możliwości wyboru sprzedawcy.
Nie lękajmy się jednak. Jak wyjaśnia UOKiK, dilerzy mogli co najwyżej podzielić między siebie rynek ciężarówek marki DAF. Tymczasem, jak pokazują statystyki, ciężarówki DAF stanowią nie więcej niż 20 proc. samochodów ciężarowych sprzedawanych w naszym kreju, zaś w kategorii lżejszych ciężarówek zajmują one tylko około 10 proc. naszego rynku.
Nawet więc, gdyby ci złowrodzy dilerzy podzielili między siebie cały rynek ciężarówek DAF w Polsce, to znaczenie ich zmowy dla wzrostu cen towarów, przewożonych ciężarówkami, byłoby niezauważalne dla konsumentów.
A zatem, wbrew temu, co wyjaśnia wiceprezes Holeksa, owa przypuszczalna zmowa nie może mieć wpływu na płacone przez nas ceny. Przecież każdy potencjalny nabywca ciężarówek DAF, jeśli zauważy niepokojący wzrost ich cen, zdecyduje się na zakup samochodu ciężarówego któregoś z pozostałych producentów, którzy w sumie zajmują 80-90 proc. całego polskiego rynku ciężarówek.
Stwierdzenie wygłoszone przez UOKiK: „W efekcie nabywcy samochodów mogli płacić wyższe ceny i zostać pozbawieni możliwości wyboru sprzedawcy” – jest więc pozbawione sensu. W rzeczywistości, nie mogli.
Szefowie I pracownicy UOKiK oczywiście doskonale o tym wszystkim wiedzą, a mimo to, z zapałem godnym znacznie ważniejszej sprawy, zajmują się marginalną kwestią ewentualnej zmowy na rynku – czy raczej ryneczku – ciężarówek DAF w naszym kraju.
UOKiK poinformował zatem, że wszczął postępowanie przeciwko 5 firmom i 9 menadżerom. Za udział w, jak to określa UOKiK, „zmowie podziałowej” osobom fizycznym grożą kary do 2 mln zł. Chodzić ma o firmy DBK z Olsztyna, ESA Trucks Polska z Komornik (woj. wielkopolskie), TB Truck & Trailer Serwis z Wolicy (woj. mazowieckie), Van Tilburg-Bastianen Groep z Bredy w Holandii i WTC z Długołęki (woj. dolnośląskie).
W ramach przeszukań przeprowadzonych w tychże firmach w asyście policji, pracownicy UOKiK „zabezpieczyli obszerny materiał dowodowy” na to, że przedsiębiorcy ustalali wspólne działania, a swoją współpracę określali jako „układ”, „pakt” czy właśnie „zmowę”.
UOKiK dowiedział się, że przedsiębiorcy wspólnie ustalili, że każdy z nich będzie sprzedawał ciężarówki DAF na określonym terenie i nie będą rywalizowali o klientów w innych częściach Polski. Dotyczyło to również przetargów na dostawę samochodów. Mogło też dochodzić do wymiany informacji o cenach. Przez to możliwe było zniechęcanie potencjalnych nabywców do kupowania ciężarówek u innego dilera niż wynikało to z uzgodnień między sprzedawcami. Przykładowo, jeżeli klient z terenu kontrolowanego przez DBK chciał kupić ciężarówkę od ESA, przedstawiano mu w ESA dodatkowo zawyżoną cenę, tak żeby skorzystał z oferty sprzedawcy ze swojego regionu.
– W czasie przeszukań zdobyliśmy mocne dowody – pochwalił się prezes UOKiK, Marek Niechciał, który oświadczył, że holenderski przedsiębiorca był informowany przez jednego z pracowników, że w Polsce funkcjonuje porozumienie ograniczające konkurencję. Nie podjął jednak kroków żeby zakończyć udział swojej spółki-córki w kartelu. – Dlatego prowadzimy postępowanie także przeciwko tej firmie i jej menadżerom – powiedział Niechciał.
Tak więc, niech nikt w Europie nie czuje się bezpieczny przed karzącym ramieniem polskiego UOKiK.
Trudno wyjaśnić dlaczego nasz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zajmuje się dyrdymałami, czy delikatnie mówiąc, sprawami bardzo mało ważnymi. Czy dlatego, żeby przykryć swą całkowitą nieskuteczność w kwestiach naprawdę istotnych?
A może UOKiK, zamiast śledzić rzekomą marginalną zmowę na części ciężarówkowego rynku, powie coś wreszcie o efektach swojego postępowania przeciw Gazpromowi oraz innym firmom, budującym gazociąg Nord Stream 2 pod dnem Bałtyku? Przecież UOKiK zajmuje się tym już od prawie roku, więc może byłaby wreszcie pora, by także na tym polu pochwalić się sukcesami.
Mogą zaś one być ogromne, bo jak słyszeliśmy rok temu, konsekwentne działanie UOKiK mogłoby nawet doprowadzić do wstrzymania układania Nord Stream 2. Urzędzie, nie bądź więc taki skromny! Opowiedz, jak udało ci się zablokować tę groźną inwestycję! Daj odpór wszystkim tym, którzy twierdzą, że nikt i nic nie zatrzyma Nord Stream 2! Czekamy !

Bukmacherzy skarżą na PZPN

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podjął postępowanie wyjaśniające dotyczące opłat pobieranych od firm bukmacherskich przez PZPN i inne związki sportowe za wykorzystywanie wyników organizowanych przez nie rozgrywek.

UOKiK zaznaczył, że zajął się tą sprawą po skargach na działania PZPN. Skarżący podkreślali, że firmy bukmacherskie muszą płacić tej organizacji za udostępnienie wyników organizowanych przez nią rozgrywek piłkarskich stałą stawkę wynoszącą pół procenta całkowitych przychodów brutto. Wątpliwości w tym kontekście budzi fakt, że kwota pobierana przez PZPN jest ustalana w oparciu o całkowite przychody firm bukmacherskich, niezależnie od tego, czy zostały one wypracowane w zakładach organizowanych przez PZPN, czy też na inne wydarzenia sportowe. Kwota nie zmienia się również w przypadku, gdy firma bukmacherska chciałby wykorzystywać tylko wyniki niektórych rozgrywek, na przykład tylko ekstraklasy i reprezentacji Polski.

UOKiK zaznacza, że zgodnie z prawem antymonopolowym podmiot mający pozycję dominującą na danym rynku nie może wykorzystywać jej na niekorzyść swoich konkurentów, kontrahentów czy konsumentów. Przyjmując zasadę, że firmy bukmacherskie nie mogą wykorzystywać wyników wydarzeń sportowych bez zgody organizatorów rozgrywek, który ma prawo pobierać za to opłaty, UOKiK chce sprawdzić, czy sposób ustalania opłat nie jest efektem nadmiernie silnej pozycji rynkowej związków sportowych.

W 2017 roku PZPN odnotował 208,6 mln złotych wpływów statutowych, a w 2018 ponad 240 mln złotych. W przypadku udowodnienia praktyk ograniczających konkurencję UOKiK może nałożyć karę finansową do 10 procent obrotu.

 

Zrobimy wszystko, co chcecie

Nasi sąsiedzi – Niemcy i Rosja – mogą być usatysfakcjonowani tym jak się zachowuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. To rząd układny, pokorny, unikający sporów z władzami tych państw i godzący się grzecznie na wszystko co leży w ich interesie.

Jeżeli chodzi o wschód, to rząd PiS od prawie trzech lat obrał wyraźny kurs na zbliżenie Polski z Rosją. Sprzyja temu oczywiście antyunijna polityka prowadzona przez PiS.
Strona polska z niechęcią uczestniczy w unijnych sankcjach nałożonych na Rosję, a rosyjskie retorsje stara się omijać za pośrednictwem Białorusi. Rząd wyciszył antyrosyjską propagandę obecną w tzw. „mediach publicznych”, zastępując je atakami na Unię Europejską oraz Ukrainę.
Ucichły – oczywiście z wyjątkiem rocznic katastrofy – rytualne pohukiwania oskarżające Rosję o spowodowanie tragedii smoleńskiej, nikt już nie domaga się na serio zwrotu wraku Tu-154.
No i oczywiście rząd PiS, w kontaktach z Rosją, unika rozmów o gazociągu Nord Stream 2, wiedząc, że ten temat może wywołać niezadowolenie strony rosyjskiej.

PiS razem z Rosją

Widomym przykładem, inspirowanego przez rząd PiS zbliżenia polsko-rosyjskiego jest program współpracy Polska-Rosja.
Rada Ministrów przyjęła ten program pod koniec 2017 r., ma on budżet wynoszący 62,5 mln euro, z czego około 41,5 mln euro pochodzi ze środków Unii Europejskiej.
Główne elementy programu Polska-Rosja to, jak głosi oficjalny polski komunikat: „zachowanie dziedzictwa historycznego, ochrona środowiska i kwestie zmian klimatycznych, poprawa dostępności regionów i rozwój odpornego na klimat transportu oraz sieci i systemów komunikacyjnych”.
Rząd PiS zabiegał o uruchomienie tego programu już od 2016 r., co nie było proste, bo trzeba było najpierw uzyskać zgodę Unii Europejskiej, którą Polska po usilnych staraniach, otrzymała w grudniu 2016 r. Potem podpisano wspólną umowę finansową, co Rosja uczyniła z lekkim opóźnieniem, bo jej mniej zależało niż nam no i musiała dokładnie przeanalizować, czy program odpowiednio zabezpiecza jej interesy.
Rząd PiS niespecjalnie się chwali zbliżeniem z Rosją, wiedząc, że to wywoła niezadowolenie części tradycyjnego elektoratu. Kamufluje tę politykę propagandowymi bajkami o wybijaniu się na niezależność za sprawą planowanego przekopania Mierzei Wiślanej. Czyny są jednak ważniejsze niż słowa.

Żeby Niemcy byli zadowoleni

Rząd PiS zachowuje się układnie i bezkonfliktowo także w relacjach z Niemcami. W rządowych mediach przestano już opowiadać o rzekomych odszkodowaniach za straty wojenne, jakie Polska ponoć chciałaby uzyskać. Żaden członek polskiego rządu nigdy zresztą nie odważył się poruszyć tej kwestii w rozmowach z władzami niemieckimi.
Więcej! – rząd PiS nawet nie wypracował własnego stanowiska w kwestii reparacji od Niemiec, wiedząc, że już to wywołałoby niezadowolenie rządu naszego zachodniego sąsiada (który, owszem, swoje stanowisko przedstawił, stwierdzając naturalnie, że o reparacjach nie ma mowy).
Niewygodnego tematu reparacji unika też prezydent Andrzej Duda, który ustami swych urzędników ogłosił, że do sprawy mógłby się ewentualnie odnieść, kiedy będzie oficjalne stanowisko polskiego rządu.
Rząd PiS podobnie zachowuje się i w kwestii Nord Stream 2. W tym przypadku obecna ekipa próbuje być jednak nieco bardziej zniuansowana. Z jednej strony, oczywiście nie chce w żaden sposób urazić władz Niemiec i Rosji, z drugiej jednak, odgrywa teatr mający pokazać publiczności (wybory przecież coraz bliżej), iż twardo broni polskiej suwerenności przed unijnymi zakusami.
A ponieważ Unia Europejska nie zamierza przeszkadzać w budowie Nord Stream 2, zatem rząd PiS podejmuje pozorne działania, sugerujące jakoby to on próbował wstrzymać układanie drugiej nitki gazociągu przez Bałtyk. Oczywiście rząd niczego takiego nie robi – ale pragnie stworzyć takie wrażenie na elektoracie.
Dlatego też, choć nigdy żaden przedstawiciel polskiego rządu nie zażądał od władz niemieckich wstrzymania budowy Nord Stream 2, strona polska podczas unijnych spotkań czy rozmów polsko-niemieckich, raz czy dwa stwierdziła półoficjalnie, iż w kwestii Nord Stream 2 „stanowisko Polski jest nieco odmienne od stanowiska Niemiec”.
Była to najostrzejsza forma „protestu” w sprawie budowy Nord Stream 2 na jaką zdobył się rząd PiS w kontaktach dyplomatycznych.
Pozostało to oczywiście niezauważone i tylko niemiecki minister spraw zagranicznych dla porządku stwierdził w styczniu tego roku, że nikt nie przeszkodzi w zbudowaniu Nord Stream 2. I naturalnie miał rację, bo rząd PiS nie zamierza przeszkadzać.

UOKiK pozoruje sprzeciw

Rząd usiłuje jednak, jak wspomniano, stworzyć wrażenie, że wykonuje jakieś czynności utrudniające budowę Nord Stream 2. Do tych działań pozorujących oddelegowano Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK od końca 2016 r. udaje, że się na poważnie zajmuje gazociągiem. Jako, że jest to urząd nie tylko polski ale i unijny, teoretycznie mógłby zablokować budowę Nord Stream 2.
UOKiK najpierw odrzucił wniosek sześciu firm zagranicznych o zawiązanie konsorcjum mającego zbudować gazociąg – czym oczywiście nikt w Europie się nie przejął. Formalnie budowę podjął sam Gazprom, ale zasilany pieniędzmi i logistyką pozostałych pięciu partnerów.
W 2017 UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające, podejrzewając, iż Gazprom jednak nie działa sam (co było i jest powszechnie wiadome). W maju ubiegłego roku wytoczył zaś oficjalne postępowanie przeciw Gazpromowi i pięciu innym firmom, razem z nim realizującym tę inwestycję. Nasza rządowa propaganda zaczęła głosić, iż UOKiK wstrzyma budowę Nord Stream 2 – po czym zapadła cisza.
Podobno UOKiK cały czas prowadzi analizę zgromadzonego materiału. Można przypuścić, że skończy ją wtedy, gdy gazociąg Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku.
I tak właśnie wygląda skuteczność naszego urzędu antymonopolowego i obrona polskich interesów w wykonaniu rządu PiS.

Piramidy są wieczne

Wymierzone w nie działania różnych władz i wszelkie ostrzeżenia nie dają rezultatów. Zawsze znajdą się chętni, wierzący, że akurat im się uda.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostrzega przed portalami FutureNet oraz FutureAdPro. Przypuszcza, że to mogą być piramidy finansowe.
UOKiK wszczął postępowanie i postawił zarzuty administratorem tych portali, śledztwo prowadzi też Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu.
Chodzi o to, że FutureNet i FutureAdPro obiecują „zyski” za to, że ktoś namówi inne osoby do kupienia pakietów uczestnictwa, które kosztują od 10 dol. do nawet ponad 1 tys. dolarów.

Nie dajmy się zwerbować

– Obie firmy uzależniają korzyści od tego, że ktoś będzie werbował kolejnych uczestników. System przestanie działać, gdy nie będą do niego przystępowały inne osoby. Zazwyczaj w tego typu schematach pieniądze trafiają głównie do pomysłodawców piramidy – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przypuszcza, że klienci tych portali mogą stracić swoje pieniądze. Dlatego oficjalnie ostrzega: „Nie kupujcie oferowanych pakietów, nie wprowadzajcie znajomych do systemu”.
Zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów, UOKiK wydaje takie ostrzeżenie konsumenckie, gdy ma uzasadnione podejrzenie, że przedsiębiorca stosuje nielegalną praktykę, która może narazić szeroki krąg konsumentów na znaczne straty finansowe lub niekorzystne skutki.
Schemat działania piramidy jest następujący: wpłacasz pieniądze, następnie polecasz inne osoby, za wprowadzenie których otrzymujesz wynagrodzenie. Pochodzi ono z wpłat osób, które bezpośrednio i pośrednio poleciłeś. W ten sposób to ty, twoi znajomi i znajomi znajomych finansujecie piramidę. Jednak po pewnym czasie system musi upaść, gdyż wpłacane pieniądze nie są inwestowane w żadne aktywa i nie przynoszą zysków. Trafiają do organizatorów piramidy i osób zajmujących wyższą pozycję w łańcuszku piramidy.
Urząd może też nakazać firmie zaniechanie niekorzystnych praktyk oraz usunięcie ich skutków. Ale skuteczność jest tu minimalna, bo w miejsce jednych wykrytych piramid bardzo często pojawiają się drugie.

Zmowa goni zmowę

Podobno przez zmowy cenowe płacimy drożej za różne usługi. Trudno jednak wyeliminować zmowy, a poza tym nie ma gwarancji, że gdy zostaną zwalczone, będziemy płacić mniej.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął właśnie dwa postępowania o dużym zasięgu, mające na celu walkę z nielegalnymi zmowami cenowymi.
Pierwsze z nich to postępowanie w sprawie zmowy, przez którą mieszkańcy Warszawy i okolic mogą płacić więcej za ogrzewanie mieszkań. Drugie – to zbieranie dowodów na podejrzane działania mogące mieć wpływ na ograniczenie konkurencji w sektorach informatycznym i farmaceutycznym, a w konsekwencji na ceny niektórych leków.

Ręka rękę myje

UOKiK podejrzewa, że doszło do nielegalnego podziału rynku energii cieplnej w Warszawie, a także zmowy cenowej i przetargowej. Urząd postawił zarzuty czterem podmiotom. Są to: Veolia Energia Polska, Veolia Energia Warszawa, PGNiG Termika oraz PGNiG.
Te warszawskie przedsiębiorstwa prowadzą działalność na rynku sprzedaży energii cieplnej do odbiorców końcowych, czyli spółdzielni mieszkaniowych, wspólnot, zakładów przemysłowych, szkół, urzędów itp. Veolia Energia Warszawa korzysta przy tym z energii wyprodukowanej przez PGNiG Termika, która z kolei dostarcza ciepło poprzez system należący do Veolia Energia Warszawa.
Z informacji zebranych przez UOKiK wynika, że podejrzane działania zaczęły się około 2014 roku. Żeby zrozumieć, dlaczego mogło do nich dojść, należy cofnąć się jeszcze o rok. Otóż, w 2013 r. Veolia Energia Warszawa zaczęła planować budowę elektrociepłowni w warszawskiej dzielnicy Ursus, a PGNiG Termika postanowiła aktywniej podziałać na rynku sprzedaży ciepła do odbiorców końcowych. Spółki rozpoczęły walkę o klientów, która jeszcze bardziej zaczęła się nasilać po podjęciu budowy elektrociepłowni przez Veolię. Wkrótce jednak, zamiast konkurowania, przedsiębiorcy nawiązali współpracę, która zdaniem urzędu może naruszać zasady wolnej konkurencję. Doszło do wkroczenia do siedzib obu firm i dokonania przeszukań.
– Podczas przeszukania w siedzibach tych firm zdobyliśmy dowody na to, że spółki wspólnie ustaliły, że nie będą ze sobą rywalizować i skupią się na swojej podstawowej działalności, czyli PGNiG Termika na wytwarzaniu ciepła, a Veolia Energia Warszawa na jego sprzedaży. Jeżeli takie działania zostały uzgodnione wspólnie przez rywalizujące ze sobą pierwotnie podmioty, to może to być naruszenie reguł konkurencji poprzez podział rynku – mówi wiceprezes UOKiK Michał Holeksa.
Zgodnie z ustaleniami Veolia Energia Warszawa zrezygnowała z budowy elektrociepłowni, natomiast PGNiG Termika ograniczyła – i zamierzała zaprzestać sprzedaży – energii cieplnej. Ponadto, są podejrzenia, iż spółki wspólnie mogły ustalać swoje taryfy, które przedstawiały do akceptacji prezesowi Urzędu Regulacji Energetyki.
– Budowa nowego źródła ciepła zwiększyłaby bezpieczeństwo energetyczne aglomeracji warszawskiej. Badane przez nas spółki miały tego świadomość, mimo to zgodnie z ustaleniami między sobą zrezygnowały z tej inwestycji. Zaniechanie budowy elektrociepłowni może mieć konsekwencje w przyszłości i wpłynąć bezpośrednio na mieszkańców Warszawy i okolic podczas rozległych awarii – dodaje prezes UOKiK Marek Niechciał.
Przedsiębiorcom grozi kara do 10 proc. ich, niemałego obrotu. Zarzuty postawiono również dwóm menadżerom, którzy pełnią lub pełnili wysokie funkcje w Veolia Energia Warszawa i PGNiG Termika. Urząd ma dowody, że brali aktywny udział w zakwestionowanych uzgodnieniach. Maksymalna sankcja w tym przypadku to 2 mln zł.

Apteki pod specjalną opieką

Jeżeli chodzi o przemysł farmaceutyczny i sektor ochrony zdrowia, to pod koniec lutego UOKiK rozpoczął przeszukania w siedzibach trzech przedsiębiorców: Kamsoft i OSOZ z Katowic oraz PEX PharmaSequence z Warszawy.
Sprawa ta ma związek z licznymi skargami, które wpływały do urzędu. Wynika z nich między innymi to, że apteki, które chciały uczestniczyć w promocjach niektórych leków, mogły być zmuszone do korzystania tylko z określonego systemu informatycznego lub zintegrowanych z nim systemów innych firm. Jednocześnie, integracja tych systemów mogła przebiegać z problemami.
Skarżący podkreślali również, że niektóre z promocyjnych leków są trudno dostępne, przez co te apteki, które bez problemu mają je w swej ofercie i proponują korzystne ceny, są bardziej atrakcyjne dla klientów.
Te podejrzane działania mogą mieć dwojakie konsekwencje. Prawdopodobne jest, iż ograniczają konkurencję pomiędzy aptekami i są niekorzystne dla tych placówek, które nie posiadały wymaganego oprogramowania i nie mogły w związku z tym sprzedawać wybranych leków w promocyjnych cenach. Po drugie zaś, może to niekorzystnie wpływać na sytuację rynkową producentów systemów informatycznych innych, niż wskazywane aptekom. Ich oferta stawała się bowiem mniej atrakcyjna dla farmaceutów.
– Zdobyliśmy informacje, że przedsiębiorcy mogą posiadać ważne dowody w sprawie i wszczęliśmy postępowanie wyjaśniające. Dlatego zwróciliśmy się do sądu i uzyskaliśmy zgodę na przeszukanie – mówi wiceprezes UOKiK Michał Holeksa.
– Zebraliśmy materiał w formie elektronicznej, jak i papierowej. Te dokumenty szczegółowo sprawdzimy i zdecydujemy, czy i komu mogą zostać postawione konkretne zarzuty – dodaje prezes UOKiK Marek Niechciał.
Przeszukanie w siedzibie przedsiębiorcy prowadzone jest wyłącznie po uzyskaniu przez UOKiK zgody sądu i najczęściej w asyście policji. Przedsiębiorca ma wówczas obowiązek wpuścić przeszukujących do budynków i lokali, a także udostępnić dokumenty oraz nośniki danych.

Będą donosić?

Gdyby UOKiK chciał ukarać oszukańcze firmy, to mogą one skorzystać z programu łagodzenia kar, który daje przedsiębiorcy uczestniczącemu w nielegalnym porozumieniu szansę uniknięcia kary pieniężnej lub jej obniżenia.
Można z niego skorzystać pod warunkiem podjęcia współpracy z UOKiK oraz dostarczenia informacji dotyczących istnienia niedozwolonego porozumienia.
Chętnych do pójścia na współpracę nie brakuje, ale nawet i ci oporni dosyć łatwo mogą się wymigać. Od decyzji UOKiK służy bowiem odwołanie do sądu. Takie sprawy są bardzo skomplikowane i toczą się latami. Często też jest tak, że firmy podejrzewane o różne nielegalne zmowy zmieniają nazwy i siedziby, tworzą spółki córki – i dalej robią to samo. Wtedy trzeba je po raz kolejny od początku ścigać, co kosztuje i daje niewielkie szanse na sukces.

Jak UOKiK uratował Tomaszów?

Coraz częściej widzi się w Polsce ludzi w maskach antysmogowych, lecz noszenie niektórych ich modeli można by sobie darować.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów już po raz drugi sprawdził, czy maski antysmogowe nas chronią. Okazuje się, że chronią – ale raczej marnie.
Fachowo są one nazywane półmaskami filtrującymi, a do kontroli wytypowali je inspektorzy Inspekcji Handlowej w IV kw. 2018 r. Wedle enuncjacji UOKiK, sprawa jest pierwszorzędnej wagi.

Ratunek dla 55 tysięcy

Jak oświadczył Marek Niechciał, prezes UOKiK, Inspekcja Handlowa w Poznaniu znalazła 4 modele półmasek, które chciał wprowadzić na rynek jeden z przedsiębiorców. Sprowadził on z Chin ponad 55 tys. sztuk.
– Zadeklarował , że maski przeszły badania w akredytowanym laboratorium w Unii Europejskiej, jednak jak się okazało, nie miało ono akredytacji do ich testowania. Tymczasem przedsiębiorcy powinni weryfikować, czy laboratoria posiadają akredytację do badania wprowadzanych przez nich produktów, w tym przypadku środków ochrony indywidualnej, którymi są półmaski filtrujące. Sprawdziliśmy te maski i okazało się, że nie spełniają wymagań. Dzięki naszym kontrolom 55 tys. wadliwych masek nie zostanie już sprzedanych konsumentom. Można powiedzieć, że ochroniliśmy wszystkich mieszkańców Tomaszowa Mazowieckiego, które znalazło się na liście najbardziej zanieczyszczonych miast – cieszy się prezes UOKiK Marek Niechciał.
Wprawdzie nie bardzo wiadomo, przed czym miałoby chronić zastąpienie choćby wadliwych masek niczym, ale mniejsza o szczegóły. Ważne, by 55 tys Polaków, nie tylko z Tomaszowa, dowiedziało się, kto tak zadbał o ich zdrowie, a może i życie.

Dobry zwyczaj – nie oddychaj

Jak obszernie wyjaśnia UOKiK, maski zostały pobrane z 13 sklepów budowlanych i hurtowni w 5 województwach. Łącznie kontrolerzy ocenili 21 modeli: 6 tylko pod kątem oznakowania, a 15 wysłano do laboratorium Centralnego Instytutu Ochrony Pracy, który sprawdził, czy spełniają trzy parametry: opór wdechu, przenikanie mgłą oleju parafinowego i przeciek wewnętrzny.
Niestety, efekty okazały się kiepskie. 6 masek miało negatywne wyniki podczas testów w laboratorium, a 11 było źle oznakowanych. W 2017 r., na 10 masek dwie nie przeszły badań.
Czyli, w miarę z nasilaniem się smogu w Polsce, pogarsza się jakość sprzętu mającego przed nim chronić.
Spośród tych sześciu zakwestionowanych masek, cztery nie spełniły jednego parametru, a dwie – aż dwóch.
Testy wykazały, że dwie maski nie przeszły badania na opór wdechu. Dwie kolejne słabo wypadły, gdy sprawdzano odporność na przenikanie mgłą oleju parafinowego. Oznacza to, że zanieczyszczenia w powietrzu łatwo zniszczyłyby filtr.
Ostatnie dwie maski wypadły najgorzej, ponieważ nie spełniły aż dwóch z trzech badanych parametrów. Nie przeszły testów na przenikanie mgłą oleju parafinowego i przeciek wewnętrzny. Inaczej mówiąc, były nieszczelne i miały słaby filtr.
Przedsiębiorca, który wprowadza maski do sprzedaży, musi pamiętać o tym, że powinny być odpowiednio oznakowane i przejść badania w akredytowanym laboratorium na terenie UE. Taka procedura kończy się wystawieniem tzw. deklaracji zgodności. Tymczasem 11 masek było źle oznakowanych.
Brakowało danych producenta lub informacji o tym, czy jest to maska jedno- czy wielorazowa. W 9 przypadkach problematyczna była też deklaracja zgodności – brakowało jej, nie miała wszystkich danych lub została wystawiona przez nieuprawniony podmiot.

Niewiele im grozi

UOKiK nie puści płazem wszystkich tych nieprawidłowości.
Urząd planuje wszcząć 8 postępowań wobec przedsiębiorców, którzy wprowadzili do obrotu te sześć masek, co nie przeszły testów w laboratorium.
Tak samo będzie w przypadku dwóch, które były źle oznakowane, a ich producenci dobrowolnie tego nie poprawili.
Postępowania mogą zakończyć się nakazem wycofania wadliwych masek i powiadomieniem o tym konsumentów.
Zgodnie ze zmianami w prawie, kary finansowe do 100 tys. zł pojawią się, gdy producent lub importer wprowadzili maski niezgodne z wymaganiami na polski rynek po 19 lipca 2018 r. Jeśli wcześniej – można im nakukać.

Istotne litery

Inspekcja Handlowa współpracuje też z organami celnymi i ocenia, czy maski, które przedsiębiorca chce wprowadzić na rynek, mogą przekroczyć polską granicę.
W ubiegłym roku inspektorzy IH wydali trzy negatywne opinie, dzięki którym nie wpuszczono do Polski kolejnych prawie 6 tys. sztuk masek – a więc UOKiK może sobie zaliczyć kolejne miasteczko uratowanych Polaków.
Warto wiedzieć, że kupując maskę antysmogową warto sprawdzić jej oznaczenia. Symbole FFP1, FFP2, FFP3 – to klasa ochrony filtra: najsłabsza to 1, najwyższa – 3.
Ważne są też inne litery. Jeśli NR – to półmaska jednorazowego użytku – nie zakładajmy jej ponownie i nie nośmy dłużej niż 8 godzin. Jeśli R – to jest to półmaska wielokrotnego użytku.
Litera D oznacza zaś, że półmaska pozytywnie przeszła badanie na zatkanie pyłem dolomitowym. Warto ją wybierać, jeśli planuje się przez dłuższy czas pracować w zapylonym pomieszczeniu, na przykład podczas remontu.