Więcej proszku w proszku?

Europarlament przyjął przepisy mające zapobiegać podwójnej jakości wyrobów sprzedawanych w zachodniej i wschodniej części Unii Europejskiej.

Badania, z których korzystał Parlament Europejski, pokazują, że chociaż żywność sprzedawana w państwach UE w Europie Środkowej i Wschodniej jest bezpieczna, to ma niższą jakość niż produkty sprzedawane w tym samym opakowaniu (a niekiedy i w tej samej cenie) w Europie Zachodniej.
Na przykład, paluszki rybne sprzedawane na Słowacji zawierały mniej ryby niż te same paluszki sprzedawane w Austrii (58 proc. i 65 proc.). Spośród 96 badanych produktów, które były sprzedawane na Węgrzech, 71 różniło się składem w porównaniu z produktami oferowanymi we Włoszech i w Austrii. Różnice dotyczyły np. kosmetyków, środków czystości i karmy dla zwierząt.
Przyjęte przez PE przepisy zmieniają 4 dyrektywy w sprawie ochrony konsumentów. Zostaną teraz przedłożone do zatwierdzenia Radzie UE, a państwa członkowskie będą mieć dwa lata na wdrożenie dyrektywy licząc od daty jej wejścia w życie. Potem nieuzasadnione różnicowanie produktów ze względu na kraj przeznaczenia będzie stanowić nieuczciwą praktykę rynkową.
Przepisy te zostaną u nas wdrożone w nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, która będzie implementacją unijnej dyrektywy.Jeśli przedsiębiorca będzie stwarzał błędne wrażenie, że produkty sprzedawane pod tą samą marką w różnych krajach członkowskich UE są identyczne, podczas gdy w rzeczywistości mają one różną jakość i skład, to Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów będzie mógł interweniować. Nie każda różnica będzie jednak oznaczać, że mamy do czynienia z podwójną jakością – zastrzega UOKiK.

Straszna ciężarówkowa zmowa

Dlaczego nasz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów nie zajmuje się sprawami naprawdę ważnymi dla polskiej gospodarki i Polaków?

Dilerzy ciężarówek mogli stworzyć kartel, który od 2011 r. dzielił polski rynek – oświadczył Urząd Ochrony Konkurencji I Konsumentów. Zabrzmiało to groźnie.
Transport towarów za pomocą samochodów ciężarowych jest bardzo istotny w naszym kraju, dlatego potencjalną zmowę mógłby odczuć każdy z nas. Droższe auta to większe koszty firm transportowych, a to może mieć wpływ na ceny płacone przez konsumentów – wyjaśnia, umówmy się, że banalnie oczywistą kwestię, wiceprezes UOKiK, Michał Holeksa.
Wedle ostrzeżeń UOKiK, w efekcie podejrzewanej zmowy nabywcy samochodów mogli płacić wyższe ceny i zostać pozbawieni możliwości wyboru sprzedawcy.
Nie lękajmy się jednak. Jak wyjaśnia UOKiK, dilerzy mogli co najwyżej podzielić między siebie rynek ciężarówek marki DAF. Tymczasem, jak pokazują statystyki, ciężarówki DAF stanowią nie więcej niż 20 proc. samochodów ciężarowych sprzedawanych w naszym kreju, zaś w kategorii lżejszych ciężarówek zajmują one tylko około 10 proc. naszego rynku.
Nawet więc, gdyby ci złowrodzy dilerzy podzielili między siebie cały rynek ciężarówek DAF w Polsce, to znaczenie ich zmowy dla wzrostu cen towarów, przewożonych ciężarówkami, byłoby niezauważalne dla konsumentów.
A zatem, wbrew temu, co wyjaśnia wiceprezes Holeksa, owa przypuszczalna zmowa nie może mieć wpływu na płacone przez nas ceny. Przecież każdy potencjalny nabywca ciężarówek DAF, jeśli zauważy niepokojący wzrost ich cen, zdecyduje się na zakup samochodu ciężarówego któregoś z pozostałych producentów, którzy w sumie zajmują 80-90 proc. całego polskiego rynku ciężarówek.
Stwierdzenie wygłoszone przez UOKiK: „W efekcie nabywcy samochodów mogli płacić wyższe ceny i zostać pozbawieni możliwości wyboru sprzedawcy” – jest więc pozbawione sensu. W rzeczywistości, nie mogli.
Szefowie I pracownicy UOKiK oczywiście doskonale o tym wszystkim wiedzą, a mimo to, z zapałem godnym znacznie ważniejszej sprawy, zajmują się marginalną kwestią ewentualnej zmowy na rynku – czy raczej ryneczku – ciężarówek DAF w naszym kraju.
UOKiK poinformował zatem, że wszczął postępowanie przeciwko 5 firmom i 9 menadżerom. Za udział w, jak to określa UOKiK, „zmowie podziałowej” osobom fizycznym grożą kary do 2 mln zł. Chodzić ma o firmy DBK z Olsztyna, ESA Trucks Polska z Komornik (woj. wielkopolskie), TB Truck & Trailer Serwis z Wolicy (woj. mazowieckie), Van Tilburg-Bastianen Groep z Bredy w Holandii i WTC z Długołęki (woj. dolnośląskie).
W ramach przeszukań przeprowadzonych w tychże firmach w asyście policji, pracownicy UOKiK „zabezpieczyli obszerny materiał dowodowy” na to, że przedsiębiorcy ustalali wspólne działania, a swoją współpracę określali jako „układ”, „pakt” czy właśnie „zmowę”.
UOKiK dowiedział się, że przedsiębiorcy wspólnie ustalili, że każdy z nich będzie sprzedawał ciężarówki DAF na określonym terenie i nie będą rywalizowali o klientów w innych częściach Polski. Dotyczyło to również przetargów na dostawę samochodów. Mogło też dochodzić do wymiany informacji o cenach. Przez to możliwe było zniechęcanie potencjalnych nabywców do kupowania ciężarówek u innego dilera niż wynikało to z uzgodnień między sprzedawcami. Przykładowo, jeżeli klient z terenu kontrolowanego przez DBK chciał kupić ciężarówkę od ESA, przedstawiano mu w ESA dodatkowo zawyżoną cenę, tak żeby skorzystał z oferty sprzedawcy ze swojego regionu.
– W czasie przeszukań zdobyliśmy mocne dowody – pochwalił się prezes UOKiK, Marek Niechciał, który oświadczył, że holenderski przedsiębiorca był informowany przez jednego z pracowników, że w Polsce funkcjonuje porozumienie ograniczające konkurencję. Nie podjął jednak kroków żeby zakończyć udział swojej spółki-córki w kartelu. – Dlatego prowadzimy postępowanie także przeciwko tej firmie i jej menadżerom – powiedział Niechciał.
Tak więc, niech nikt w Europie nie czuje się bezpieczny przed karzącym ramieniem polskiego UOKiK.
Trudno wyjaśnić dlaczego nasz Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów zajmuje się dyrdymałami, czy delikatnie mówiąc, sprawami bardzo mało ważnymi. Czy dlatego, żeby przykryć swą całkowitą nieskuteczność w kwestiach naprawdę istotnych?
A może UOKiK, zamiast śledzić rzekomą marginalną zmowę na części ciężarówkowego rynku, powie coś wreszcie o efektach swojego postępowania przeciw Gazpromowi oraz innym firmom, budującym gazociąg Nord Stream 2 pod dnem Bałtyku? Przecież UOKiK zajmuje się tym już od prawie roku, więc może byłaby wreszcie pora, by także na tym polu pochwalić się sukcesami.
Mogą zaś one być ogromne, bo jak słyszeliśmy rok temu, konsekwentne działanie UOKiK mogłoby nawet doprowadzić do wstrzymania układania Nord Stream 2. Urzędzie, nie bądź więc taki skromny! Opowiedz, jak udało ci się zablokować tę groźną inwestycję! Daj odpór wszystkim tym, którzy twierdzą, że nikt i nic nie zatrzyma Nord Stream 2! Czekamy !

Bukmacherzy skarżą na PZPN

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podjął postępowanie wyjaśniające dotyczące opłat pobieranych od firm bukmacherskich przez PZPN i inne związki sportowe za wykorzystywanie wyników organizowanych przez nie rozgrywek.

UOKiK zaznaczył, że zajął się tą sprawą po skargach na działania PZPN. Skarżący podkreślali, że firmy bukmacherskie muszą płacić tej organizacji za udostępnienie wyników organizowanych przez nią rozgrywek piłkarskich stałą stawkę wynoszącą pół procenta całkowitych przychodów brutto. Wątpliwości w tym kontekście budzi fakt, że kwota pobierana przez PZPN jest ustalana w oparciu o całkowite przychody firm bukmacherskich, niezależnie od tego, czy zostały one wypracowane w zakładach organizowanych przez PZPN, czy też na inne wydarzenia sportowe. Kwota nie zmienia się również w przypadku, gdy firma bukmacherska chciałby wykorzystywać tylko wyniki niektórych rozgrywek, na przykład tylko ekstraklasy i reprezentacji Polski.

UOKiK zaznacza, że zgodnie z prawem antymonopolowym podmiot mający pozycję dominującą na danym rynku nie może wykorzystywać jej na niekorzyść swoich konkurentów, kontrahentów czy konsumentów. Przyjmując zasadę, że firmy bukmacherskie nie mogą wykorzystywać wyników wydarzeń sportowych bez zgody organizatorów rozgrywek, który ma prawo pobierać za to opłaty, UOKiK chce sprawdzić, czy sposób ustalania opłat nie jest efektem nadmiernie silnej pozycji rynkowej związków sportowych.

W 2017 roku PZPN odnotował 208,6 mln złotych wpływów statutowych, a w 2018 ponad 240 mln złotych. W przypadku udowodnienia praktyk ograniczających konkurencję UOKiK może nałożyć karę finansową do 10 procent obrotu.

 

Zrobimy wszystko, co chcecie

Nasi sąsiedzi – Niemcy i Rosja – mogą być usatysfakcjonowani tym jak się zachowuje rząd Prawa i Sprawiedliwości. To rząd układny, pokorny, unikający sporów z władzami tych państw i godzący się grzecznie na wszystko co leży w ich interesie.

Jeżeli chodzi o wschód, to rząd PiS od prawie trzech lat obrał wyraźny kurs na zbliżenie Polski z Rosją. Sprzyja temu oczywiście antyunijna polityka prowadzona przez PiS.
Strona polska z niechęcią uczestniczy w unijnych sankcjach nałożonych na Rosję, a rosyjskie retorsje stara się omijać za pośrednictwem Białorusi. Rząd wyciszył antyrosyjską propagandę obecną w tzw. „mediach publicznych”, zastępując je atakami na Unię Europejską oraz Ukrainę.
Ucichły – oczywiście z wyjątkiem rocznic katastrofy – rytualne pohukiwania oskarżające Rosję o spowodowanie tragedii smoleńskiej, nikt już nie domaga się na serio zwrotu wraku Tu-154.
No i oczywiście rząd PiS, w kontaktach z Rosją, unika rozmów o gazociągu Nord Stream 2, wiedząc, że ten temat może wywołać niezadowolenie strony rosyjskiej.

PiS razem z Rosją

Widomym przykładem, inspirowanego przez rząd PiS zbliżenia polsko-rosyjskiego jest program współpracy Polska-Rosja.
Rada Ministrów przyjęła ten program pod koniec 2017 r., ma on budżet wynoszący 62,5 mln euro, z czego około 41,5 mln euro pochodzi ze środków Unii Europejskiej.
Główne elementy programu Polska-Rosja to, jak głosi oficjalny polski komunikat: „zachowanie dziedzictwa historycznego, ochrona środowiska i kwestie zmian klimatycznych, poprawa dostępności regionów i rozwój odpornego na klimat transportu oraz sieci i systemów komunikacyjnych”.
Rząd PiS zabiegał o uruchomienie tego programu już od 2016 r., co nie było proste, bo trzeba było najpierw uzyskać zgodę Unii Europejskiej, którą Polska po usilnych staraniach, otrzymała w grudniu 2016 r. Potem podpisano wspólną umowę finansową, co Rosja uczyniła z lekkim opóźnieniem, bo jej mniej zależało niż nam no i musiała dokładnie przeanalizować, czy program odpowiednio zabezpiecza jej interesy.
Rząd PiS niespecjalnie się chwali zbliżeniem z Rosją, wiedząc, że to wywoła niezadowolenie części tradycyjnego elektoratu. Kamufluje tę politykę propagandowymi bajkami o wybijaniu się na niezależność za sprawą planowanego przekopania Mierzei Wiślanej. Czyny są jednak ważniejsze niż słowa.

Żeby Niemcy byli zadowoleni

Rząd PiS zachowuje się układnie i bezkonfliktowo także w relacjach z Niemcami. W rządowych mediach przestano już opowiadać o rzekomych odszkodowaniach za straty wojenne, jakie Polska ponoć chciałaby uzyskać. Żaden członek polskiego rządu nigdy zresztą nie odważył się poruszyć tej kwestii w rozmowach z władzami niemieckimi.
Więcej! – rząd PiS nawet nie wypracował własnego stanowiska w kwestii reparacji od Niemiec, wiedząc, że już to wywołałoby niezadowolenie rządu naszego zachodniego sąsiada (który, owszem, swoje stanowisko przedstawił, stwierdzając naturalnie, że o reparacjach nie ma mowy).
Niewygodnego tematu reparacji unika też prezydent Andrzej Duda, który ustami swych urzędników ogłosił, że do sprawy mógłby się ewentualnie odnieść, kiedy będzie oficjalne stanowisko polskiego rządu.
Rząd PiS podobnie zachowuje się i w kwestii Nord Stream 2. W tym przypadku obecna ekipa próbuje być jednak nieco bardziej zniuansowana. Z jednej strony, oczywiście nie chce w żaden sposób urazić władz Niemiec i Rosji, z drugiej jednak, odgrywa teatr mający pokazać publiczności (wybory przecież coraz bliżej), iż twardo broni polskiej suwerenności przed unijnymi zakusami.
A ponieważ Unia Europejska nie zamierza przeszkadzać w budowie Nord Stream 2, zatem rząd PiS podejmuje pozorne działania, sugerujące jakoby to on próbował wstrzymać układanie drugiej nitki gazociągu przez Bałtyk. Oczywiście rząd niczego takiego nie robi – ale pragnie stworzyć takie wrażenie na elektoracie.
Dlatego też, choć nigdy żaden przedstawiciel polskiego rządu nie zażądał od władz niemieckich wstrzymania budowy Nord Stream 2, strona polska podczas unijnych spotkań czy rozmów polsko-niemieckich, raz czy dwa stwierdziła półoficjalnie, iż w kwestii Nord Stream 2 „stanowisko Polski jest nieco odmienne od stanowiska Niemiec”.
Była to najostrzejsza forma „protestu” w sprawie budowy Nord Stream 2 na jaką zdobył się rząd PiS w kontaktach dyplomatycznych.
Pozostało to oczywiście niezauważone i tylko niemiecki minister spraw zagranicznych dla porządku stwierdził w styczniu tego roku, że nikt nie przeszkodzi w zbudowaniu Nord Stream 2. I naturalnie miał rację, bo rząd PiS nie zamierza przeszkadzać.

UOKiK pozoruje sprzeciw

Rząd usiłuje jednak, jak wspomniano, stworzyć wrażenie, że wykonuje jakieś czynności utrudniające budowę Nord Stream 2. Do tych działań pozorujących oddelegowano Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów.

UOKiK od końca 2016 r. udaje, że się na poważnie zajmuje gazociągiem. Jako, że jest to urząd nie tylko polski ale i unijny, teoretycznie mógłby zablokować budowę Nord Stream 2.
UOKiK najpierw odrzucił wniosek sześciu firm zagranicznych o zawiązanie konsorcjum mającego zbudować gazociąg – czym oczywiście nikt w Europie się nie przejął. Formalnie budowę podjął sam Gazprom, ale zasilany pieniędzmi i logistyką pozostałych pięciu partnerów.
W 2017 UOKiK wszczął postępowanie wyjaśniające, podejrzewając, iż Gazprom jednak nie działa sam (co było i jest powszechnie wiadome). W maju ubiegłego roku wytoczył zaś oficjalne postępowanie przeciw Gazpromowi i pięciu innym firmom, razem z nim realizującym tę inwestycję. Nasza rządowa propaganda zaczęła głosić, iż UOKiK wstrzyma budowę Nord Stream 2 – po czym zapadła cisza.
Podobno UOKiK cały czas prowadzi analizę zgromadzonego materiału. Można przypuścić, że skończy ją wtedy, gdy gazociąg Nord Stream 2 już dawno zostanie oddany do użytku.
I tak właśnie wygląda skuteczność naszego urzędu antymonopolowego i obrona polskich interesów w wykonaniu rządu PiS.

Piramidy są wieczne

Wymierzone w nie działania różnych władz i wszelkie ostrzeżenia nie dają rezultatów. Zawsze znajdą się chętni, wierzący, że akurat im się uda.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów ostrzega przed portalami FutureNet oraz FutureAdPro. Przypuszcza, że to mogą być piramidy finansowe.
UOKiK wszczął postępowanie i postawił zarzuty administratorem tych portali, śledztwo prowadzi też Prokuratura Okręgowa we Wrocławiu.
Chodzi o to, że FutureNet i FutureAdPro obiecują „zyski” za to, że ktoś namówi inne osoby do kupienia pakietów uczestnictwa, które kosztują od 10 dol. do nawet ponad 1 tys. dolarów.

Nie dajmy się zwerbować

– Obie firmy uzależniają korzyści od tego, że ktoś będzie werbował kolejnych uczestników. System przestanie działać, gdy nie będą do niego przystępowały inne osoby. Zazwyczaj w tego typu schematach pieniądze trafiają głównie do pomysłodawców piramidy – mówi Marek Niechciał, prezes UOKiK.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów przypuszcza, że klienci tych portali mogą stracić swoje pieniądze. Dlatego oficjalnie ostrzega: „Nie kupujcie oferowanych pakietów, nie wprowadzajcie znajomych do systemu”.
Zgodnie z ustawą o ochronie konkurencji i konsumentów, UOKiK wydaje takie ostrzeżenie konsumenckie, gdy ma uzasadnione podejrzenie, że przedsiębiorca stosuje nielegalną praktykę, która może narazić szeroki krąg konsumentów na znaczne straty finansowe lub niekorzystne skutki.
Schemat działania piramidy jest następujący: wpłacasz pieniądze, następnie polecasz inne osoby, za wprowadzenie których otrzymujesz wynagrodzenie. Pochodzi ono z wpłat osób, które bezpośrednio i pośrednio poleciłeś. W ten sposób to ty, twoi znajomi i znajomi znajomych finansujecie piramidę. Jednak po pewnym czasie system musi upaść, gdyż wpłacane pieniądze nie są inwestowane w żadne aktywa i nie przynoszą zysków. Trafiają do organizatorów piramidy i osób zajmujących wyższą pozycję w łańcuszku piramidy.
Urząd może też nakazać firmie zaniechanie niekorzystnych praktyk oraz usunięcie ich skutków. Ale skuteczność jest tu minimalna, bo w miejsce jednych wykrytych piramid bardzo często pojawiają się drugie.

Zmowa goni zmowę

Podobno przez zmowy cenowe płacimy drożej za różne usługi. Trudno jednak wyeliminować zmowy, a poza tym nie ma gwarancji, że gdy zostaną zwalczone, będziemy płacić mniej.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wszczął właśnie dwa postępowania o dużym zasięgu, mające na celu walkę z nielegalnymi zmowami cenowymi.
Pierwsze z nich to postępowanie w sprawie zmowy, przez którą mieszkańcy Warszawy i okolic mogą płacić więcej za ogrzewanie mieszkań. Drugie – to zbieranie dowodów na podejrzane działania mogące mieć wpływ na ograniczenie konkurencji w sektorach informatycznym i farmaceutycznym, a w konsekwencji na ceny niektórych leków.

Ręka rękę myje

UOKiK podejrzewa, że doszło do nielegalnego podziału rynku energii cieplnej w Warszawie, a także zmowy cenowej i przetargowej. Urząd postawił zarzuty czterem podmiotom. Są to: Veolia Energia Polska, Veolia Energia Warszawa, PGNiG Termika oraz PGNiG.
Te warszawskie przedsiębiorstwa prowadzą działalność na rynku sprzedaży energii cieplnej do odbiorców końcowych, czyli spółdzielni mieszkaniowych, wspólnot, zakładów przemysłowych, szkół, urzędów itp. Veolia Energia Warszawa korzysta przy tym z energii wyprodukowanej przez PGNiG Termika, która z kolei dostarcza ciepło poprzez system należący do Veolia Energia Warszawa.
Z informacji zebranych przez UOKiK wynika, że podejrzane działania zaczęły się około 2014 roku. Żeby zrozumieć, dlaczego mogło do nich dojść, należy cofnąć się jeszcze o rok. Otóż, w 2013 r. Veolia Energia Warszawa zaczęła planować budowę elektrociepłowni w warszawskiej dzielnicy Ursus, a PGNiG Termika postanowiła aktywniej podziałać na rynku sprzedaży ciepła do odbiorców końcowych. Spółki rozpoczęły walkę o klientów, która jeszcze bardziej zaczęła się nasilać po podjęciu budowy elektrociepłowni przez Veolię. Wkrótce jednak, zamiast konkurowania, przedsiębiorcy nawiązali współpracę, która zdaniem urzędu może naruszać zasady wolnej konkurencję. Doszło do wkroczenia do siedzib obu firm i dokonania przeszukań.
– Podczas przeszukania w siedzibach tych firm zdobyliśmy dowody na to, że spółki wspólnie ustaliły, że nie będą ze sobą rywalizować i skupią się na swojej podstawowej działalności, czyli PGNiG Termika na wytwarzaniu ciepła, a Veolia Energia Warszawa na jego sprzedaży. Jeżeli takie działania zostały uzgodnione wspólnie przez rywalizujące ze sobą pierwotnie podmioty, to może to być naruszenie reguł konkurencji poprzez podział rynku – mówi wiceprezes UOKiK Michał Holeksa.
Zgodnie z ustaleniami Veolia Energia Warszawa zrezygnowała z budowy elektrociepłowni, natomiast PGNiG Termika ograniczyła – i zamierzała zaprzestać sprzedaży – energii cieplnej. Ponadto, są podejrzenia, iż spółki wspólnie mogły ustalać swoje taryfy, które przedstawiały do akceptacji prezesowi Urzędu Regulacji Energetyki.
– Budowa nowego źródła ciepła zwiększyłaby bezpieczeństwo energetyczne aglomeracji warszawskiej. Badane przez nas spółki miały tego świadomość, mimo to zgodnie z ustaleniami między sobą zrezygnowały z tej inwestycji. Zaniechanie budowy elektrociepłowni może mieć konsekwencje w przyszłości i wpłynąć bezpośrednio na mieszkańców Warszawy i okolic podczas rozległych awarii – dodaje prezes UOKiK Marek Niechciał.
Przedsiębiorcom grozi kara do 10 proc. ich, niemałego obrotu. Zarzuty postawiono również dwóm menadżerom, którzy pełnią lub pełnili wysokie funkcje w Veolia Energia Warszawa i PGNiG Termika. Urząd ma dowody, że brali aktywny udział w zakwestionowanych uzgodnieniach. Maksymalna sankcja w tym przypadku to 2 mln zł.

Apteki pod specjalną opieką

Jeżeli chodzi o przemysł farmaceutyczny i sektor ochrony zdrowia, to pod koniec lutego UOKiK rozpoczął przeszukania w siedzibach trzech przedsiębiorców: Kamsoft i OSOZ z Katowic oraz PEX PharmaSequence z Warszawy.
Sprawa ta ma związek z licznymi skargami, które wpływały do urzędu. Wynika z nich między innymi to, że apteki, które chciały uczestniczyć w promocjach niektórych leków, mogły być zmuszone do korzystania tylko z określonego systemu informatycznego lub zintegrowanych z nim systemów innych firm. Jednocześnie, integracja tych systemów mogła przebiegać z problemami.
Skarżący podkreślali również, że niektóre z promocyjnych leków są trudno dostępne, przez co te apteki, które bez problemu mają je w swej ofercie i proponują korzystne ceny, są bardziej atrakcyjne dla klientów.
Te podejrzane działania mogą mieć dwojakie konsekwencje. Prawdopodobne jest, iż ograniczają konkurencję pomiędzy aptekami i są niekorzystne dla tych placówek, które nie posiadały wymaganego oprogramowania i nie mogły w związku z tym sprzedawać wybranych leków w promocyjnych cenach. Po drugie zaś, może to niekorzystnie wpływać na sytuację rynkową producentów systemów informatycznych innych, niż wskazywane aptekom. Ich oferta stawała się bowiem mniej atrakcyjna dla farmaceutów.
– Zdobyliśmy informacje, że przedsiębiorcy mogą posiadać ważne dowody w sprawie i wszczęliśmy postępowanie wyjaśniające. Dlatego zwróciliśmy się do sądu i uzyskaliśmy zgodę na przeszukanie – mówi wiceprezes UOKiK Michał Holeksa.
– Zebraliśmy materiał w formie elektronicznej, jak i papierowej. Te dokumenty szczegółowo sprawdzimy i zdecydujemy, czy i komu mogą zostać postawione konkretne zarzuty – dodaje prezes UOKiK Marek Niechciał.
Przeszukanie w siedzibie przedsiębiorcy prowadzone jest wyłącznie po uzyskaniu przez UOKiK zgody sądu i najczęściej w asyście policji. Przedsiębiorca ma wówczas obowiązek wpuścić przeszukujących do budynków i lokali, a także udostępnić dokumenty oraz nośniki danych.

Będą donosić?

Gdyby UOKiK chciał ukarać oszukańcze firmy, to mogą one skorzystać z programu łagodzenia kar, który daje przedsiębiorcy uczestniczącemu w nielegalnym porozumieniu szansę uniknięcia kary pieniężnej lub jej obniżenia.
Można z niego skorzystać pod warunkiem podjęcia współpracy z UOKiK oraz dostarczenia informacji dotyczących istnienia niedozwolonego porozumienia.
Chętnych do pójścia na współpracę nie brakuje, ale nawet i ci oporni dosyć łatwo mogą się wymigać. Od decyzji UOKiK służy bowiem odwołanie do sądu. Takie sprawy są bardzo skomplikowane i toczą się latami. Często też jest tak, że firmy podejrzewane o różne nielegalne zmowy zmieniają nazwy i siedziby, tworzą spółki córki – i dalej robią to samo. Wtedy trzeba je po raz kolejny od początku ścigać, co kosztuje i daje niewielkie szanse na sukces.

Jak UOKiK uratował Tomaszów?

Coraz częściej widzi się w Polsce ludzi w maskach antysmogowych, lecz noszenie niektórych ich modeli można by sobie darować.

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów już po raz drugi sprawdził, czy maski antysmogowe nas chronią. Okazuje się, że chronią – ale raczej marnie.
Fachowo są one nazywane półmaskami filtrującymi, a do kontroli wytypowali je inspektorzy Inspekcji Handlowej w IV kw. 2018 r. Wedle enuncjacji UOKiK, sprawa jest pierwszorzędnej wagi.

Ratunek dla 55 tysięcy

Jak oświadczył Marek Niechciał, prezes UOKiK, Inspekcja Handlowa w Poznaniu znalazła 4 modele półmasek, które chciał wprowadzić na rynek jeden z przedsiębiorców. Sprowadził on z Chin ponad 55 tys. sztuk.
– Zadeklarował , że maski przeszły badania w akredytowanym laboratorium w Unii Europejskiej, jednak jak się okazało, nie miało ono akredytacji do ich testowania. Tymczasem przedsiębiorcy powinni weryfikować, czy laboratoria posiadają akredytację do badania wprowadzanych przez nich produktów, w tym przypadku środków ochrony indywidualnej, którymi są półmaski filtrujące. Sprawdziliśmy te maski i okazało się, że nie spełniają wymagań. Dzięki naszym kontrolom 55 tys. wadliwych masek nie zostanie już sprzedanych konsumentom. Można powiedzieć, że ochroniliśmy wszystkich mieszkańców Tomaszowa Mazowieckiego, które znalazło się na liście najbardziej zanieczyszczonych miast – cieszy się prezes UOKiK Marek Niechciał.
Wprawdzie nie bardzo wiadomo, przed czym miałoby chronić zastąpienie choćby wadliwych masek niczym, ale mniejsza o szczegóły. Ważne, by 55 tys Polaków, nie tylko z Tomaszowa, dowiedziało się, kto tak zadbał o ich zdrowie, a może i życie.

Dobry zwyczaj – nie oddychaj

Jak obszernie wyjaśnia UOKiK, maski zostały pobrane z 13 sklepów budowlanych i hurtowni w 5 województwach. Łącznie kontrolerzy ocenili 21 modeli: 6 tylko pod kątem oznakowania, a 15 wysłano do laboratorium Centralnego Instytutu Ochrony Pracy, który sprawdził, czy spełniają trzy parametry: opór wdechu, przenikanie mgłą oleju parafinowego i przeciek wewnętrzny.
Niestety, efekty okazały się kiepskie. 6 masek miało negatywne wyniki podczas testów w laboratorium, a 11 było źle oznakowanych. W 2017 r., na 10 masek dwie nie przeszły badań.
Czyli, w miarę z nasilaniem się smogu w Polsce, pogarsza się jakość sprzętu mającego przed nim chronić.
Spośród tych sześciu zakwestionowanych masek, cztery nie spełniły jednego parametru, a dwie – aż dwóch.
Testy wykazały, że dwie maski nie przeszły badania na opór wdechu. Dwie kolejne słabo wypadły, gdy sprawdzano odporność na przenikanie mgłą oleju parafinowego. Oznacza to, że zanieczyszczenia w powietrzu łatwo zniszczyłyby filtr.
Ostatnie dwie maski wypadły najgorzej, ponieważ nie spełniły aż dwóch z trzech badanych parametrów. Nie przeszły testów na przenikanie mgłą oleju parafinowego i przeciek wewnętrzny. Inaczej mówiąc, były nieszczelne i miały słaby filtr.
Przedsiębiorca, który wprowadza maski do sprzedaży, musi pamiętać o tym, że powinny być odpowiednio oznakowane i przejść badania w akredytowanym laboratorium na terenie UE. Taka procedura kończy się wystawieniem tzw. deklaracji zgodności. Tymczasem 11 masek było źle oznakowanych.
Brakowało danych producenta lub informacji o tym, czy jest to maska jedno- czy wielorazowa. W 9 przypadkach problematyczna była też deklaracja zgodności – brakowało jej, nie miała wszystkich danych lub została wystawiona przez nieuprawniony podmiot.

Niewiele im grozi

UOKiK nie puści płazem wszystkich tych nieprawidłowości.
Urząd planuje wszcząć 8 postępowań wobec przedsiębiorców, którzy wprowadzili do obrotu te sześć masek, co nie przeszły testów w laboratorium.
Tak samo będzie w przypadku dwóch, które były źle oznakowane, a ich producenci dobrowolnie tego nie poprawili.
Postępowania mogą zakończyć się nakazem wycofania wadliwych masek i powiadomieniem o tym konsumentów.
Zgodnie ze zmianami w prawie, kary finansowe do 100 tys. zł pojawią się, gdy producent lub importer wprowadzili maski niezgodne z wymaganiami na polski rynek po 19 lipca 2018 r. Jeśli wcześniej – można im nakukać.

Istotne litery

Inspekcja Handlowa współpracuje też z organami celnymi i ocenia, czy maski, które przedsiębiorca chce wprowadzić na rynek, mogą przekroczyć polską granicę.
W ubiegłym roku inspektorzy IH wydali trzy negatywne opinie, dzięki którym nie wpuszczono do Polski kolejnych prawie 6 tys. sztuk masek – a więc UOKiK może sobie zaliczyć kolejne miasteczko uratowanych Polaków.
Warto wiedzieć, że kupując maskę antysmogową warto sprawdzić jej oznaczenia. Symbole FFP1, FFP2, FFP3 – to klasa ochrony filtra: najsłabsza to 1, najwyższa – 3.
Ważne są też inne litery. Jeśli NR – to półmaska jednorazowego użytku – nie zakładajmy jej ponownie i nie nośmy dłużej niż 8 godzin. Jeśli R – to jest to półmaska wielokrotnego użytku.
Litera D oznacza zaś, że półmaska pozytywnie przeszła badanie na zatkanie pyłem dolomitowym. Warto ją wybierać, jeśli planuje się przez dłuższy czas pracować w zapylonym pomieszczeniu, na przykład podczas remontu.

UOKiK kontra ustawiacze Praktyki ograniczające konkurencję

Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów wykrył w tym miesiącu próby ustawienia kilku przetargów – i w trzech postępowaniach postawił zarzuty ośmiu przedsiębiorcom.

 

W efekcie ich działań szpitale i więzienia mogły, z pieniędzy podatników, przepłacać za dostawę żywności.
UOKiK przypuszcza, że zastosowany został tu mechanizm rozstawiania i wycofywania ofert. Jeżeli propozycje uczestników zmowy są najkorzystniejsze, wówczas zwycięzca przetargu rezygnuje z podpisania umowy po to, żeby zamawiający wybrał droższą ofertę drugiego uczestnika zmowy. Zysk dzielą między siebie i nie muszą konkurować.
Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów podejrzewa, że taką metodę stosowali przedsiębiorcy, którzy startowali w przetargach na dostawę owoców oraz warzyw i ich przetworów do instytucji publicznych takich jak szpitale i zakłady karne. Wszczęto przeciwko nim postępowania.
Chodzi o właścicieli niewielkich firm rolno-spożywczych z miejscowości Kamionka, Kobyle, Mareza, Orneta oraz Podgórki w województwach pomorskim i warmińsko-mazurskim. UOKiK utrzymuje, że ma dowody, iż przedsiębiorcy ci usiłowali wpłynąć m.in. na wyniki przetargów organizowanych przez zakłady karne w Sztumie, Kwidzyniu i Czarnem oraz szpitale w Gdańsku i Starogardzie Gdańskim .
Za stosowanie podobnych praktyk ograniczających konkurencję, grozi kara finansowa do 10 proc. obrotu. Niełatwo to jednak udowodnić – dlatego UOKiK stale przypomina o swoim programie pozyskiwania informacji od tzw. anonimowych sygnalistów (kiedyś zwanych donosicielami) – i zachęca, by każdy kto coś wie o praktykach ograniczających konkurencję, zawiadamiał o nich Urząd. Pożądane są zwłaszcza informacje napływające od byłych i obecnych pracowników firm naruszających prawo.
UOKiK nie wspomina o nagrodach dla „sygnalistów” – i chyba słusznie, bo znając skłonność naszego społeczeństwa do bezinteresownego składania tzw. obywatelskich donosów, można mieć pewność, że żadne zachęty materialne nie są im potrzebne.

Czy rząd PiS popiera Nord Stream II?

Opowieści, o rzekomym sprzeciwie polskiego rządu przeciwko budowie tego gazociągu, to tylko frazesy głoszone na użytek krajowej publiczności.

 

Mimo niezadowolenia z budowy gazociągu Nord Stream II, deklarowanego oficjalnie przez obecną ekipę, nie robi ona nic, aby wstrzymać tę inwestycję.
Przeciwnie, PIS-owscy decydenci konsekwentnie stawiają na zacieśnianie stosunków z Rosją. Nie podejmują więc żadnych praktycznych działań przeciwko temu rurociągowi.

 

Gazociąg niczym reparacje

Wprawdzie rządowa propaganda, uprawiana w PiS-owskich mediach „publicznych”, przekonuje jak to dzielnie i bojowo nasi decydenci walczą z Nord Stream II, ale w rzeczywistości nic takiego się nie dzieje.
To trochę tak, jak z reparacjami od Niemiec za II wojnę światową, których jakoby ma się domagać polski rząd. A naprawdę, to żaden polski czynnik oficjalny w jakichkolwiek rządowych rozmowach polsko-niemieckich nigdy nawet słowem nie wspomniał, że oczekujemy reparacji.
Również i w sprawie Nord Stream II próżno szukać jakichkolwiek wystąpień polskich władz do rządów obu państw, finalizujących ten projekt.
PiS-owski rząd wydaje co najwyżej cichutkie popiskiwania, mające pokazywać, że w tej sprawie coś się robi. Ale nic się nie robi, a wszelkie poczynania strony polskiej w tej sprawie mają tylko pozorny charakter.

 

To nie nasz spór

Znamienna była wypowiedź ministra spraw zagranicznych Jacka Czaputowicza, który dość uczciwie i szczerze – co w dyplomacji nie stanowi być może cech szczególnie pożądanych – mówi o rzeczywistych działaniach podejmowanych przez stronę polską.
Pod koniec sierpnia, po rozmowach z niemieckim ministrem spraw zagranicznych Heiko Maasem, szef polskiej dyplomacji oświadczył, że w świetle polskiego stanowiska, kwestia budowy gazociągu Nord Stream II to spór istniejący między USA a Niemcami.
Nasz minister dał w ten sposób do zrozumienia, że nie należy uważać Polski za uczestnika tego sporu, a zwłaszcza za jego stronę. Tak więc, Polska nie powinna być uznawana za kraj spierający się o Nord Stream II z Niemcami.
Identyczne stanowisko obowiązuje, jeśli chodzi o stosunki polsko-rosyjskie. Tu sprawa jest o tyle oczywista, że zgodnie z PiS-owską polityką budowania więzi między Polską i Rosją, nasz kraj nie porusza tematu rurociągu we wzajemnych rozmowach.
Jeżeli natomiast chodzi o relacje Polski i Niemiec, to odnosząc się do amerykańsko-niemieckiego sporu o Nord Stream II (pamiętajmy: nie do sporu polsko-niemieckiego, którego przecież nie ma), minister Jacek Czaputowicz oświadczył, iż w tym niemiecko-amerykańskim sporze Polska jest po stronie USA.

 

Troszczymy się o Ukrainę

Minister dodał też, iż problemem może być to, że budowa gazociągu Nord Stream II stawia w trudnej sytuacji Ukrainę.
Czyli, ten gazociąg nie jest przedmiotem troski dla Polski, lecz dla naszego wschodniego sąsiada – i to o jego interesy się troszczymy po dobrosąsiedzku.
Warto tu dodać, że o dobro Ukrainy już wcześniej zatroszczył się premier Mateusz Morawiecki.
W czerwcu br. oświadczył on, że kanclerz Merkel pod naszym wpływem zmieniła retorykę i weszła w bardzo intensywny dialog z Ukrainą. Jak podkreślił premier, wcześniej nie było mowy o tym, żeby gwarantować jakąś część transferu gazu przez gazociągi ukraińskie.
Szkoda, że polski premier i rząd nie próbują doprowadzić do tego, by Niemcy weszły w „bardzo intensywny dialog” z Polską – no ale zrozumiałe, że są interesy ważne i ważniejsze…

 

Zdanie Polski – bez znaczenia

Zrozumiałe wydaje się, że w świetle tych wszystkich polskich wypowiedzi, strona niemiecka miała pełne prawo uznać, iż stanowisko naszego rządu w sprawie Nord Stream II jest zupełnie bez znaczenia.
Tak więc, minister spraw zagranicznych Niemiec Heiko Maas powiedział krótko, że znane im są obawy polskiego rządu, ale Niemcy ich nie podzielają.
To jedno zdanie, wypowiedziane dwa miesiące temu, zamknęło w niemieckich sferach rządowych obecność tematu: „co polska strona myśli na temat Nord Stream II”. Nikt po stronie Niemiec nie zwracał i nie zwraca na to uwagi.
Rozumie to i premier Mateusz Morawiecki, który oświadczył, że bez wsparcia innych państw projekt budowy Nord Stream 2 będzie nam ciężko zablokować.

 

Polska szkoła udawania

Polskie władze nie wykazują aktywności w wykonywaniu realnych kroków, mogących wstrzymać Nord Stream II. Zamiast tego podejmują działania pozorne, przy wykorzystaniu podległych im urzędów.
Z racji swych funkcji, do takich działań mających udawać aktywność i maskować bierność obecnej ekipy, najlepiej nadaje się Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Zgodnie z prawem unijnym, urzędy antymonopolowe w krajach członkowskich mają prawo wstrzymywania inwestycji naruszających konkurencję.
Sprawa budowy Nord Stream II była po raz pierwszy analizowana przez UOKiK w sierpniu 2016 roku. Wówczas prezes UOKiK uznał, że planowana koncentracja między Gazpromem oraz pięcioma spółkami międzynarodowymi, służąca budowie Nord Stream II, mogłaby doprowadzić do ograniczenia konkurencji.
Urząd stwierdził wówczas, że Gazprom posiadał pozycję dominującą w dostawach gazu do Polski, a transakcja mogłaby doprowadzić do dalszego wzmocnienia siły negocjacyjnej rosyjskiego koncernu.
Uczestnicy konsorcjum zrezygnowali z zawiązania formalnej spółki z Gazpromem, ale oczywiście nie zrezygnowali ze wspólnej realizacji całej inwestycji.

 

Pobrzękiwanie szabelką

W kwietniu 2017 roku UOKiK ponownie przyjrzał się sprawie i wszczął postępowanie wyjaśniające. Stało się tak dlatego, że gazety poinformowały, iż niedoszli uczestnicy spółki, mimo sprzeciwu UOKiK, finansują jednak budowę tego gazociągu.
– Dwa lata temu spółka, która miała zająć się budową gazociągu Nord Stream 2, nie otrzymała od nas zgody na tę transakcję. Niestety, jak wykazało postępowanie wyjaśniające, mimo naszego sprzeciwu, podmioty zdecydowały się na finansowanie tego projektu. Może to oznaczać złamanie prawa antymonopolowego i dlatego stawiamy zarzuty Gazpromowi oraz pięciu innym podmiotom – wyjaśniał wówczas prezes UOKiK, Marek Niechciał.
Swoją drogą, dobrze to pokazuje, jak bardzo firmy zagraniczne przejmują się sprzeciwami naszego urzędu. To postępowanie wyjaśniające trwało, z niewiadomych powodów, aż ponad rok. Wreszcie, w maju 2018 r. UOKiK wszczął postępowanie antymonopolowe – i postawił zarzuty sześciu spółkom, które podejrzane są o sfinalizowanie transakcji mimo braku zgody.
Są to przedsiębiorcy należący do międzynarodowych grup: Gazpromu z Federacji Rosyjskiej, Engie ze Szwajcarii, a także czterech pochodzących z Holandii: Uniper, OMV, Shell oraz Wintershall.
Zdaniem urzędu, działania niedoszłych uczestników konsorcjum mogą być próbą obejścia braku zgody na utworzenie spółki finansującej budowę gazociągu Nord Stream II.

 

Strachy na Lachy

UOKiK straszy, że za naruszenie zakazu dokonania koncentracji bez uzyskania zgody prezesa UOKiK grozi kara do 10 proc. obrotu.
Ponadto, jeżeli koncentracja została dokonana, a przywrócenie warunków konkurencji na rynku nie jest możliwe, prezes urzędu może nakazać zbycie całości lub części majątku firm, udziałów, akcji, a także rozwiązanie spółki, nad którą przedsiębiorcy sprawują wspólną kontrolę.
Nie wiadomo, kiedy i jakim efektem zakończy się to postępowanie UOKiK. Bardzo interesujące będzie jednak obserwowanie tego, jak prezes UOKiK weźmie się za zbywanie majątku Gazpromu i jakie przyniesie to efekty. Media z pewnością zostaną o tym dokładnie poinformowane.
A mówiąc bardziej serio, wiadomo przecież, że tak jak i poprzednio, nikt się nie przejmie wynikami postępowania antymonopolowego naszego Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Budowa gazociągu Nord Stream II będzie zaś kontynuowana bez zakłóceń ze strony Polski, aż do pomyślnego końca.

Owocowa ośmiornica łasa na kasę

Od lat nie udaje się ucywilizować relacji na polskim rynku rolnym. Każdy ciągnie w swoją stronę, a w grę wchodzą niemałe pieniądze.

 

Klienci z Podkarpacia płacili 10,50 zł za kilogram malin, który w tym samym czasie kosztował trzy razy więcej w Zachodniopomorskiem – zauważył Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Może w Zachodniopomorskiem i zarabia się więcej – ale chyba nie aż trzy razy tyle co w Podkarpackiem.
To jeden z wyników analiz cen na rynku owoców i warzyw prowadzonych przez Inspekcję Handlową i UOKiK. Taka analiza dostarcza może wiedzy o cenach, ale poza tym nic z niej nie wynika, bo ani IH, ani UOKiK nie są w stanie zmieniać cen owoców na bazarach.

 

Przewaga jednej strony

Już więcej sensu mają kontrole przetwórców, w której UOKiK sprawdza, czy nie doszło do wykorzystania przewagi kontraktowej wobec mniejszych dostawców owoców.
W wyniku jednej z takich kontroli urząd postawił zarzuty firmie T.B. Fruit Polska, podejrzewanej o wykorzystywanie przewagi wobec sadowników.
Jest to jedna z największych firm skupujących owoce i produkujących koncentrat jabłkowy w Polsce. Osiągnęła ona w ubiegłym roku obrót przekraczający sto milionów złotych. Przetwarza również wiśnie, maliny, aronię, truskawki oraz czarną porzeczkę.
Urząd podejrzewa, że przedsiębiorca wykorzystuje swoją przewagę kontraktową wobec dostawców.
– Z naszych informacji wynika, że spółka T.B. Fruit nie dotrzymuje ustalonych przez siebie terminów płatności. Choć w umowach zobowiązuje się do zapłaty w ciągu 30 dni, to w rzeczywistości rolnicy otrzymują pieniądze znacznie później. Zwłoka wynosi nawet do 200 dni – mówi prezes UOKiK Marek Niechciał.
Zgromadzony do tej pory materiał dowodowy wskazuje, że spółka wydłuża terminy płatności wobec wielu dostawców, co potwierdza przypuszczenie iż w Polsce jest to praktyka stosowana powszechnie.
Dla rolników brak zapłaty w ustalonym terminie może oznaczać utratę płynności finansowej i poważne kłopoty finansowe, dla firmy – jest darmową formą kredytowania swej działalności. Mogło tu więc nastąpić istotne naruszenie interesów dostawców owoców.
Kara za wykorzystywanie przewagi kontraktowej może wynieść do 3 proc. obrotu przedsiębiorcy. Do końca postępowania wobec firmy, którą wzięli na ząb kontrolerzy, jeszcze jednak daleko.

 

Jabłkowy łańcuch

UOKiK już od dłuższego czasu bada relacje punktów skupu z rolnikami i największymi podmiotami z branży przetwórstwa owoców. Sprawdza, czy ceny i warunki oferowane przez punkty skupu wynikają z sytuacji rynkowej, czy z polityki tych firm i naśladownictwa cenowego.
– Badamy, z pomocą Inspekcji Handlowej, zależności pomiędzy niskimi stawkami w skupach a wysoką ostateczną ceną, jaką płaci konsument w sklepie, czy na bazarze. Chcemy ustalić, na którym etapie sprzedaży dochodzi do podniesienia ceny – dodaje prezes Niechciał.
Z analiz – zgódźmy się, że niezbyt odkrywczych – UOKiK wynika, że jednym z rynków wrażliwych na zmiany cen będzie w tym roku produkcja jabłek. To oczywisty wniosek, bo skoro jabłka są głównym produktem owocowym w Polsce, trudno by branża ta była całkowicie wolna od zawirowań cenowych.
Okres wzmożonego skupu jabłek przypada na czas od sierpnia do listopada. Przewidywania zakładają, że zbiory w tym roku będą zdecydowanie wyższe niż w ubiegłym.
Charakterystyczny dla rynku jest podział na jabłka delikatesowe – przeznaczone do bezpośredniego spożycia, oraz przemysłowe (soki i przetwory) gdzie trafia ok. 60 proc. zbiorów. I właśnie w przypadku jabłek przemysłowych dochodzi najczęściej do nieprawidłowości na poszczególnych ogniwach łańcucha dostaw i opóźnień w regulacji zobowiązań.

 

Pięć miesięcy czekania

Inną firmą, której działalność wzbudziła zastrzeżenia UOKiK jest spółka Döhler, przeciw której także zostało wszczęte postępowanie. Jest to, podobnie jak T.B. Fruit, jedno z największych przedsiębiorstw skupujących jabłka przemysłowe i owoce miękkie oraz duży producent koncentratu jabłkowego w Polsce.
Zastrzeżenie urzędu wzbudziły umowy, które spółka zawiera z dostawcami owoców. Döhler przewiduje zapłatę za owoce w 90 dni, podczas gdy polskie przepisy dopuszczają płatności w ciągu maksymalnie dwóch miesięcy.
Tyle, że nawet te 90 dni to tylko teoria. Z informacji urzędu wynika, że spółka nie realizuje nawet tak długich, wyznaczanych przez siebie terminów. Opóźnienia wynoszą do 64 dni, czyli w praktyce rolnik czeka na pieniądze nawet ponad pięć miesięcy.

 

To czego nie można przewidzieć

Nie trzeba przekonywać, że podobne opóźnienia w płatnościach są rażąco nieuczciwe, grożą utratą płynności finansowej przez rolników oraz utrudniają rozwój ich działalności.
– Mamy poważne dowody, że takie praktyki stosuje Döhler. To nie jedyne zarzuty wobec spółki. Nie podoba nam się również niejasny sposób ustalania ceny, który powoduje, że dostawca nie jest w stanie nawet w przybliżeniu oszacować ile dostanie pieniędzy za owoce – mówi prezes UOKiK Marek Niechciał.
Urząd przygotował zmiany prawne, które ułatwią badanie wykorzystywania przewagi kontraktowej. Rada Ministrów przyjęła je 31 lipca. Zniesione zostały m.in. progi wielkości obrotu, które ograniczały interwencję urzędu.
Kształtowanie ceny przez prawie każdą firmę opiera się na wielu czynnikach. Wpływ na to mają m.in. wielkości podaży, warunki pogodowych oraz działania podejmowane przez konkurencję.
Wszystko to trzeba uznać za okoliczności, których nie da się przewidzieć w momencie podpisywania umów – więc dają one przedsiębiorcy dowolność w ustalaniu stawki, który zwykle chce ją narzucać dostawcy owoców.
Ale właśnie po, by takie sytuacje ograniczać, wymyślono umowy kontraktacji. Taka umowa powinna zapewniać minimum niezmienności warunków prowadzenia działalności gospodarczej zarówno dla przetwórcy, jak i rolnika.