Oburzona pani Witek

Pani marszałek Sejmu, jak cały PiS, jest w pełni świadomą reprezentantką elit politycznych przyklejonych do elit ekonomicznych.

Jej oburzenie jest pochodną transakcyjnego charakteru praw socjalnych, bo tak rozumieją je kapitalistyczne szczyty. Emerytura się wam nie należy, nie należą się wam żadne 500+, ani czyste powietrze, czy godnej wysokości renty… Chyba, że jakieś szczątki przebrane za „jaśniepańskie dary” w zamian za wierną i bezkrytyczną służbę władzy, elitom, reżimowi.

Na tym polega antypracowniczy charakter PiS-u i dlatego jest to partia skrajnie szkodliwa. Wszelkie jej posunięcia są podyktowane takim właśnie uprzedmiotowieniem społeczeństwa. Zamiast praw pracowniczych, praw socjalnych i szacunku do pracy otrzymujemy pogardę do niewolników, którzy mają milczeć, bo kupuje się ich razem z ich głosami za grosze. Jest to przy tym faszystowski klasyk, tzn. odgórne manipulowanie klasą pracującą, by w zamian za profity ze stołu klas panujących zaprzęgnąć ją do wspierania najbardziej nawet obrzydliwych polityk. Masz prawo brać te „dary” i przeżyć, ale tylko w zamian za dołączenie do armii wyborczej PiS-u. Bo bez tego nie należy ci się nic, biedni i ludzie pracy mają dla nich sens tylko wtedy jeśli stają się politycznym mięsem na rzecz konserwy i nacjonalizmu. Szacunek żaden im się nie należy, bo to tylko parobki…

Wartość wytwarza bóg-prezes.

Inny kapitalizm jest możliwy, ale postkapitalizm – konieczny

Od logiki zysku do arytmetyki potrzeb na miarę limitów przyrody w telemeledemokracji widzialna polityka przeniosła się do studia telewizyjnego. Tutaj politycy drugiego szeregu oraz wspierające ich drużyny dziennikarskiego komentariatu walczą na słowa, miny, pozy, rzadko argumenty.

Tematy przynosi bieżąca gra polityczna między rządzącymi a opozycją. Ta zaś toczy się wokół drożejącego koszyka zakupów, rosnącego długu publicznego, upartyjniania państwa, zagrożeń ze strony Rosji, zmian w obsadzie głównych ról przedstawienia. Poza zasięgiem kamery telewizyjnej znajdują się filary, na których wznosi się scena polityczna. To neoliberalny, globalny, marnotrawny i niemoralny kapitalizm. Samoczynnie wytwarza piramidę bogactwa i władzy dla coraz węższego grona posiadaczy aktywów – „inwestorów”. W efekcie los ludzkości spoczywa w rękach psychotycznych łowców rent w rodzaju Jeffa Bezosa czy Elona Muska. Ich pasje i fobie, a nie publiczna debata i decyzja, przesądzają o zakresie prywatności, o pracy dla wszystkich bądź bezrobociu, o jakości życia ludzi i ich relacji z przyrodą. I to w sercu przewodniej siły ludzkości. Nie słabnie „przedziwna wiara w to, że działania najbardziej pazernych ludzi, motywowane najbardziej ordynarnymi pobudkami, przyniosą korzyści całemu społeczeństwu”. Tak J.M. Keynes określił proroczo kapitalizm.

System kapitalistyczny odwirowuje nadwyżkę na konta właścicieli, udziałowców, menedżerów wielkich korporacji przemysłowych, handlowych, technologicznych, finansowych. Reszcie pozostają resztki. System ten powstawał w ciągu XIX wieku. Była to „wielka transformacja” opisana w przez antropologa Karla Polanyi`ego. Wyróżnikiem nowego typu społeczeństwa stał się skokowy wzrost produktywności pracy, z czasem głównie dzięki naukopochodnej technice. Jego niezmienne cechy to: renta z kapitału, konkurencja między kapitałami, innowacyjność technik produkcji, eksploatacja siły roboczej i związany z nią konflikt klasowy między pracą a kapitałem oraz rosnąca eksploatacja biosfery. W wymianie rynkowej chodzi zawsze o zysk w obiegu pieniężno-towarowym: pieniądz=>towar=>więcej pieniądza. Zmienia się natomiast ład produkcyjny, czyli pola akumulacji kapitału, technika i technologia, regulacja stosunków pracy i sfery publicznej, międzynarodowy podział pracy. Obecnie to zglobalizowany kapitalizm oligopolistyczno-finansowy. Teraz mami nas tzw. „zieloną” transformacją gospodarki, czyli kolejną falą innowacji, by obrót kapitału móc wzmóc.

W wyniku wielkiej transformacji społeczeństwo stało się dodatkiem do gospodarki poddanej logice zysku. Fikcja samoregulującego się rynku stała się podstawową zasadą organizującą życie społeczne. Np. w USA konstytucja całkowicie wyjmuje sferę gospodarczą spod swojej jurysdykcji. Ten brak realnej kontroli społecznej nad gospodarką pozostawia właścicielowi kapitału swobodę pogoni za zyskiem. Może on przerabiać dostępne zasoby na „zbiorowisko” towarów. Bożkiem staje się wzrost gospodarczy. W jego nieskończoność wierzą faktorzy biznesu – ekonomiści. Niestety, pomijają oni w swoich rachunkach rzadkość jako wyczerpywanie się nieodnawialnych zasobów. Kult wzrostu uzasadnia też inny mit założycielski ekonomistów. Głosi on, że celem życia jest rosnąca konsumpcja (osobiste bogacenie się, maksymalizacja użyteczności). Na dodatek, wspierają swoje widzi mi się aksjomatem o nieograniczonych potrzebach ludzi. Droga do szczęścia prowadzi wówczas przez zaspokajanie nowych potrzeb, które kształtuje „uśmiechnięte ścierwo”, czyli reklama. W efekcie, jak zauważył filozof Jean Baudrillard, „są tylko takie potrzeby jakich potrzebuje System”. Dlatego System utrwala odpowiednio spreparowaną osobowość „człowieka sukcesu”. To m.in.: przedsiębiorczość, strategie życiowe z kluczową rolą kariery, edukacji, czasu wolnego, symbolicznej konsumpcji. Tym nastawieniom miała sprzyjać nowoczesna osobowość, z jej niezależnością od autorytetów, wiarą w skuteczność nauki, otwartość na nowe doświadczenia, wysokie aspiracje edukacyjne i indywidualizm. Jednak system łamie najsilniejsze charaktery – obywatel przekształcił się w zajadłego konsumenta, potwierdzającego swoją pozycję społeczną konsumpcją darów Rynkowego Pana.

Skoro „wykorzenione” rynki ziemi, pracy i pieniądza powodują kryzys planetarny, produkują masy depresyjnych konformistów, tworzą jałową popkulturę – czas historyczny rynkowego społeczeństwa dobiega końca. Instrukcja jego genezy podpowiada, co należy zrobić, by zainicjować proces głębokiej rekonfiguracji – aż do jakiejś formy postkapitalizmu. Coraz więcej ludzi oburza marnotrawstwo zasobów (zbrojenia, nachalna reklama, skracanie cyklu życia produktów). System ten umożliwia przejmowanie bogactwa, wytwarzanego dzięki dorobkowi pokoleń wynalazców, pracowników, opiekuńczej pracy kobiet. Kilkudziesięciu krezusów posiada więcej bogactwa społecznego niż połowa ludzkości. 3 mld jej przedstawicieli musi zaspokajać życiowe potrzeby za mniej niż dwa dolary dziennie. Można się zastawiać, czy sprawiedliwy jest system, pozwalający jednym naśladować imć Twardowskiego za kilkadziesiąt milionów dolarów, kiedy co 5 sekund umiera na świecie z głodu jedno dziecko. Według szwajcarskiego socjologa Jeana Zieglera, „fakt, że każdego roku głód i niedożywienie zabijają miliony istot ludzkich – na planecie obfitującej w zasoby – pozostaje największym skandalem naszych czasów”.

Co zastanawia, nową drogę wyznacza prezydent Joe Biden. Powraca do praktyk Nowego Ładu prezydenta Roosevelta. Znów wracają kwestie bezpieczeństwa socjalnego, tworzenia miejsc pracy, godziwej płacy, globalnego podatku od korporacji, zniesienia patentów do szczepionek przeciwko COVID-19. To lewica, a nie nadwiślańscy liberałowie spod znaku D. Tuska, R. Trzaskowskiego czy Sz. Hołowni mogą pójść jego śladem.
Technika i energia. Nowy sposób produkcji przyniósł nową jakość. To możliwość swobodnego operowania dwoma czynnikami: techniką i pracą. Przedsiębiorca, operując w miarę swobodnie kapitałem, pracą i surowcami mógł zastąpić drewno węglem, mógł zmienić organizację produkcji, np. pracę dorosłych mężczyzn zastąpić pracą kobiet czy młodocianych. W obecnej dobie zatrudnia imigrantów i wykorzystuje tanią siłę roboczą imigrantów, Azjatów, neoEuropejczyków. Użycie maszyn pozwoliło zastąpić specjalistów – rzemieślników niewykwalifikowanymi robotnikami. Byli oni wydajniejsi, pracując pod wspólnym dachem. Tu docieramy do źródła oszałamiającego sukcesu nowego sposobu produkcji. To wręcz magiczna moc akumulacji i postępu technicznego. W tych gałęziach, w których cena jednostkowa była odwrotnie proporcjonalna do ilości produktów, popyt zachęcał do nowatorskich inwestycji mogących zmniejszyć koszty – przy zachowaniu płac, i utrzymaniu zysków. Dzięki temu przedsiębiorca stawał się głównym beneficjentem postępu technicznego, redukcja kosztów powiększała jego zyski. Postęp techniczny w dalszym rozwoju nowej gospodarki, sprzężony został z nauką jako dziedziną kultury. Innowacje płynące z tego źródła pozwalały na użycie maszyn wykorzystujących niezwierzęce źródła energii, na zastąpienie materiałów naturalnych syntetycznymi. Dlatego rewolucja naukowa z XVII wieku odegrała decydującą rolę. Z wynalazków inspirowanych odkryciami nowożytnego przyrodoznawstwa powstający przemysł skorzystał dopiero na szerszą skalę w ciągu dziewiętnastego wieku. Były to takie innowacje, jak wytop stali z żelaza (Anglia), silnik spalinowy, wielka chemia (Niemcy), i w końcu energia do wszystkiego – elektryczność (Stany Zjednoczone). W efekcie, według obliczeń S. Albinowskiego, każdego współczesnego umysłowo-fizycznego pracownika nowoczesnego przemysłu, wspiera na stanowisku pracy średnio aż 130 „energetycznych niewolników”. Nadchodząca era automatyzacji i robotyki może wyeliminować potrzebę pracy niewykwalifikowanej. Dlatego wymaga publicznej debaty zakres innowacji produktowych, które pozostają w luźnym związku z ułatwianiem życia czy eliminowaniem trudu pracy. Np. po co komu, poza ewentualnie niepełnosprawnymi, drony dostarczające towar bezpośrednio do domu, samochody autonomiczne czy podróże na Księżyc? Tu powinna decydować hierarchia potrzeb: zachowanie ekosystemu, likwidacja biedy na globalnym Południu, stabilizacja populacji ludzkiej. A więc preferencje z punktu widzenia racjonalności planetarnej i ogólnospołecznej, a nie widzimisię kapitalisty, któremu chory system umożliwia przechwytywanie nadwyżki wypracowanej przez niedopłaconych pracowników czy odkryć sektora badawczego, finansowanego ze środków publicznych. Proceder ten opisała Mariana Mazzucato na przykładzie gadżetów Apple`a. Dlatego wspólnota życia i pracy powinna mieć udział w zyskach osiąganych przez korporacje dzięki nakładom publicznym na naukę, a także dzięki wykorzystywaniu jej wielopokoleniowego dorobku materialnego i duchowego. Znów wraca kwestia podatków jako podstawowego mechanizmu udziału wspólnoty w prywatnych majątkach swoich członków. By znieść możliwość lukratywnego przekształcania odkryć nauki w patenty, wystarczy je zastąpić wysokimi honorariami dla wynalazców. Staną się one wtedy powszechnie dostępnymi dobrami gratisowymi, własnością ogólnoludzką. Dostępne zasoby finansowe powinny być skierowanie na rozwiązanie problemu zaopatrzenia cywilizacji w niskoemisyjną energię. Ten warunek spełni dopiero energia pochodząca z syntezy jądrowej – energetyka fuzyjna. Żadna korporacja prywatna nie podoła temu zadaniu, skoro prototypowy reaktor termonuklearny, budowany koło Marsylii w ramach programu ITER, już kosztował bogate kraje 10 mld euro. A to dopiero początek eksperymentu. Tak więc na kolejną prometejską technologię, opłacalną ekonomicznie, przyjdzie ludzkości czekać do początku kolejnego wieku. Zatem nie „zielona” maska rewolucji cyfrowo-energetycznej, lecz strategia regulowanego postwzrostu może podtrzymać dalszą przygodę homo sapiens na tej jedynej dostępnej gatunkowi planecie.

Biurokracja państwowa

Niewidzialna ręka rynku ma dobrze widzialną pięść. Państwo minimum jest mitem nadwiślańskich liberałów. W rzeczywistości równolegle z nowymi funkcjami rozrastał się aparat biurokratyczny, a także na niespotykaną wcześniej skalę rozszerzył się zakres jego kontroli nad gospodarką. Do nowych zadań należało wspieranie rodzimych przedsiębiorców w konfrontacji z zagraniczną konkurencją. Wszystkie państwa stosowały protekcjonizm w ochronie raczkujących gałęzi produkcji, szczególnie w relacjach metropolii z koloniami rozwinął się free-trade imperialism. Zadania te wymagały dużego wsparcia „nocnego stróża”, ten zaś w alfabecie Morsa kolonializmu, tj. hukiem salw kanonierek, sławił nie tylko zalety wolnego handlu.

Pionierzy nowego systemu zawarli „pamiętny sojusz” z państwem. Sprowadził się on w praktyce do tego, że rząd angielski zamiast zaciągać pożyczki oprocentowane na 8-14%, przyznawał monopole w zamian za pożyczki o niskiej stopie procentowej. Odtąd państwo miało być finansowane z podatków oraz pożyczek zaciąganych u klas posiadających. Już pod koniec XVIII wieku 75% rocznych przychodów państwa, uzyskiwanych z podatków, ceł i opłat, trafiało do 17 tysięcy posiadaczy obligacji. Tak powstała jednorodna klasa poligarchów – raz pełniących funkcje w biznesie, drugi – w rządzie lub odwrotnie (obecnie M. Morawiecki, D. Trump, L. Summers). Wysługują się oni biurokratami i ekspertami, których nikt poza nimi nie kontroluje. To oni stworzyli Międzynarodówkę Davos. Państwo znalazło się na uwięzi niewidzialnego parlamentu inwestorów, zmuszone do pożyczek na rynkach finansowych. Dlatego tak ważne jest zniesienie jarzma, które nałożyli ordoliberałowie na banki centralne i politykę gospodarczą. Polscy wprowadzili nawet do konstytucji normy dla deficytu budżetowego, długu publicznego i sposobu jego finansowania. Jak ważne jest zniesienie tego jarzma, okazało się przy wychodzeniu z pandemicznego kryzysu. Bez swobody w kreowaniu długu publicznego to zadanie byłby wręcz niemożliwe. Sojusz korporacyjnego globalizatora i jego wyspecjalizowanej świty, top menagementu i biurokracji, stanowi konstrukcję nośną aktualnej wersji Systemu. Dlatego strategia odwrotna to poddanie państwa wszechstronnej kontroli społecznej – m.in. rozwój samorządności, możliwość odwoływania reprezentantów, panele obywatelskie. Najważniejszym zadaniem jest zastąpienie potęgi pieniądza siłą głosu w przewodniej demokracji amerykańskiej. Bo to państwo amerykańskie stworzyło obecny ład. Wzorem mogą być obywatele Chile, którzy tworzą nową konstytucję po wyborze w referendum 155 osobowej konstytuanty. Poprzednią drogę do demokratycznego socjalizmu zagrodził zamach Pinocheta, w wyniku którego kraj stał się pierwszym poligonem neoliberalizmu. Nowy szlak wytycza także Boliwia z koncepcją wielonarodowej republiki, włączającej też ludy tubylcze i kontrolującej własne bogactwa naturalne. Do rozważenia jest też chiński model relacji między państwem a sektorem prywatnym. CHRL to wciąż jedyny kraj, w którym państwo nie poddaje się władzy korporacji.

Siła robocza

Do dyspozycji pionierów nowej gospodarki były ogromne rezerwy siły roboczej. Ustawa fabryczna z 1802 proklamowała wolność kupców i producentów. Mogli oni swobodnie ustalać ceny, by zwiększać do maksimum zyski. Obowiązywała żelazna dyscyplina pracy. Za przestępstwo niszczenia maszyn groziła kara śmierci. Jak pisze Polanyi, państwo ancien regime stawało bezwzględnie za kapitalistą, przeciw robotnikowi. Obecnie neoliberalne reformy usunęły związkową przeciwwagę wobec kapitału. Pojawił się prekariat. Mimo wzrostu produktywności pracy, udział płac w PKB spada. Od lat górne 10% w Europie Zachodniej przejmuje 37% całego dochodu narodowego, w Chinach 41%, w USA i Kanadzie 47%, w Indiach i Brazylii ponad 55% na Bliskim Wschodzie i RPA aż 61%. Tzw. „klasa ludowa”, czyli dolne 20% społeczeństwa musi się zadowolić w Europie Zachodniej 20%, w USA 17%, na Bliskim Wschodzie mniej niż 10%. Co ważniejsze, do dolnych 50% pracujących trafiło przeciętnie tylko 12% całego wzrostu dochodów (World Inequality Report 2018). Zadania na tym polu są oczywiste: odbudowa układów zbiorowych, nawet współzarządzanie firmą, skracanie czasu pracy, zakończenie dumpingu socjalnego między krajami. Lewica nie powinna się godzić na ochłapy dochodu podstawowego. Praca człowieka stanowi podstawę biospołecznej egzystencji. W perspektywie długookresowej tylko praca uzbrojona w technikę oraz siły i dary natury są czynnikami produkcji w gospodarce (J. Robinson).

Pieniądz i kredyt

Kapitalizm to też system pieniężny, to według J. Schumpetera „gospodarka produkcji monetarnej”. Jej zadaniem jest kreacja pieniądza kredytowego, finanse ściśle splatają się z masową produkcją i konsumpcją, także państwa. Stąd dwie względnie autonomiczne części tej gospodarki: część monetarna i materialna, które są wzajemnie powiązane. „Innowacja technologiczna może być dynamiczna jedynie wtedy, gdy zostanie podjęte ryzyko finansowania jej przez bliżej nieokreślony czas. To właśnie ta ryzykowna perspektywa czasowa, bazująca na założeniu, że długi zostaną spłacone, obdarza kapitalizm dynamizmem i kruchością, łączącymi się z nim nierozerwalnie.” (G. Inham) W tym miejscu pojawia się najsłabsze ogniwo systemu: kreowanie dodatkowego popytu, sekurytyzacja, „gra na zwyżkę”, śrubowanie cen akcji na giełdzie (boom giełdowy). Rosną najpierw rozmiary kapitału pożyczkowego, później – trudności ze spłatą zobowiązań, czyli odsetek od zaciągniętych pożyczek. Pojawia się kolejny kryzys. Wyjście z kryzysu wymaga zmiany sposobu regulacji i nowych pól akumulacji kapitału. Państwo jest zawsze częścią rozwiązania jak podczas globalnego kryzysu 2007/8.

W kapitalizmie zawsze chodzi o „płynność” tzn. stopniowe przekształcanie wszelkich aktywów w pieniądz, następnie z powrotem w aktywa itd. A aktywami finansowymi są wszystkie materialne środki i zasoby produkcyjne – włącznie z samym przedsiębiorstwem. Co gorsza, nawet zdrowie, wykształcenie, zasoby naturalne, choć wszystkie one mają inną naturę. Dlatego potrzymanie życia społeczeństwa, nie może się wiązać z formami reprodukcji kapitału. I dlatego konieczna jest korekta obecnego systemu: likwidacja rajów podatkowych, regulacja sektora bankowego, ograniczenia lewarowania inwestycji w papiery wartościowe, powrót do rozdziału bankowości inwestycyjnej i komercyjnej, powierzenie ratingu instytucjom publicznym, i przede wszystkim podniesienie podatku od dochodów rentierskich i podatku korporacyjnego– to konieczne korekty obecnego systemu.

Pułapka Meadowsa

Wzrost gospodarczy, na który skazany jest kapitalizm prowadzi do coraz większej presji na środowisko. Wzrost podaży żywności dzięki agrotechnice i maszynizacji pracy rolnika, spadek śmiertelności niemowląt w następstwie postępów medycyny – wszystko to sprawiło, że liczba ludzi na Ziemi skokowo powiększyła się, i osiągnęła po prawie 200 latach obecny poziom. Jednak wzrastająca co kilkanaście lat o miliard populacja ludzka znalazła się w nowej pułapce. Od nazwiska współautora raportu z roku 1972, który zwrócił uwagę opinii publicznej na środowiskowe limity wzrostu, można ją nazwać pułapką Meadowsa. Gargantuiczna gospodarka odciska swój ślad na wszystkich składnikach biosfery – atmosferze, hydrosferze i biosferze, redukuje też bioróżnorodność. Słowem, nową barierą stała się pojemność ekosystemu, zachowanie jego równowagi. Żyjemy zatem nie w antropocenie, tylko w kapitałocenie. Dlatego to kapitalizm jest problemem globalnym numer 1. Co ważne, wyjście z pułapki Meadowsa wymaga współdziałania wszystkich społeczeństw dla określenia brzegowych warunków wykorzystywania darów przyrody. Państwo i planowanie, wyrzucone na śmietnik historii przez neoliberałów, Konfederatów, technoproroków z Doliny Krzemowej – wraca kuchennymi drzwiami. Na nowo muszą być określone m.in. warunki pracy (czas, płaca), i przede wszystkim warunki korzystania z węglowodorów, minerałów, wody. Człowiek nie uczynił sobie Ziemi poddanej. Uzależnił się tylko w inny sposób od przyrody – jej klimatu, zasobów ziemi ornej i surowców, lasów wilgotnych, rezerw słodkiej wody. Wciąż jest jej dzieckiem. Zemsta natury przybiera postać chorób cywilizacyjnych, niedożywienia i biedy w krajach III Świata, zaburzeń klimatycznych, pustynnienia, wzrostu cen energii…i pandemii jak obecna COVID-19. Gdyby do 2050 r. tempo wzrostu gospodarczego utrzymywało się na poziomie 3% rocznie, a populacja nie przekroczyła 9 mld, wówczas gospodarka światowa by się powiększyła sześciokrotnie: z 70 bln w 2005 do 420 bln w 2050 (wg szacunków J. Sachsa).

Stopniowemu demontażowi mechanizmów rynkowego społeczeństwa sprzyja kryzys planetarny. Mogą mu towarzyszyć wojny klimatyczne, żywnościowe, surowcowe. Sprawiedliwe podatki, likwidacja rajów podatkowych, recykling metali, przedłużenie żywotności produktów, strategia de-wzrostu to cios w samo serce kapitalizmu jaki znamy. Zamiast tego demokratycznie uzgadnianie rodzaju i wolumenu dóbr, troska o dostępność pracy nie tylko dla konstruktorów, programistów i konserwatorów robotów. Dlatego lewica musi wykorzystywać tanią ekologicznie energię intelektualną, by odczarować realny kapitalizm w świadomości, zwłaszcza młodego pokolenia. Wiele trzeba programowego i organizacyjnego wysiłku, by ciałem stały się słowa „Prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Klasa średnia: fikcja i statystyczna, i ideologiczna

Odpowiednie dać rzeczy lewicowe słowo

Klasa średnia znów znalazła się na języku medialnego komentariatu. Powstała kałuża łez po tym, jak PiS w Krajowym Planie Odbudowy  koryguje system podatkowy, by potrząsnąć trochę kiesą lepiej sytuowanych. Politycy przypominają teraz, że jej dziełem jest ”sukces transformacji” (poseł M. Wypij), a nawet dzięki niej amerykański Manifest Destiny przyoblekł się w światowe imperium (J. Biden). „Klasa średnia” to nazwa wora, do którego wpada konglomerat klas i stanów społecznych.  Chętnie posługuje się tym określeniem  popsocjologia, a także politycy i publicyści. Dlaczego?  Służy im do tego, by ukryć niewygodne fakty. A te fakty to duże różnice w dochodach, władzy, prestiżu między ludźmi. Nie budzą one zawiści, kiedy stoi za nimi praca i jej efektywność jako równe dla wszystkich kryterium dostępu do dóbr społecznych. Oburzenie budzi natomiast uwłaszczanie się na wspólnym majątku dzięki kontaktom partyjnym, towarzyskim, wykorzystywaniu luk prawnych, słowem, bogactwo materialne przedsiębiorczych inaczej, których lista jest coraz dłuższa.

Dlatego trzeba przypomnieć elementarną wiedzę o zróżnicowaniu społecznym. Taki precyzyjny opis struktury każdego społeczeństwa umożliwia aparat teoretyczny tworzony przez lata przez wybitnych socjologów poznańskich Stanisława Kozyr-Kowalskiego i Jacka Tittenbruna. 

Ogólnie, udział jednostki w puli wytworzonego bogactwa zależy od jej pozycji  w społecznym podziale pracy, a także w podziale własności materialnych i intelektualnych środków produkcji dóbr. Są to dwa systemy zdobywania środków egzystencji biospołecznej: praca i własność, czyli posiadanie względnie niezależnych od pracy czynników gospodarowania. W ten sposób powstaje materialne bogactwo zarówno całych narodów, jak i poszczególnych jednostek.  

Ludzie zajmujący zbliżoną pozycję w systemie własności ekonomicznej i jakości siły roboczej („kapitału ludzkiego”, ergodynamis) tworzą wielkie klasy społeczne – kasy właścicieli kapitału pieniężnego, przemysłowego, handlowego, klasy i stany menedżerów i specjalistów, klasy i stany pracownicze. 

W odróżnieniu od kryterium jakości pracy i własności, klasę średnią wyodrębnia arbitralne kryterium finansowe, zwykle przedział 75-200 proc. krajowej mediany dochodów. To kryterium stosuje OECD. W Polsce należy do klasy średniej około 11-12 milionów w wieku 24-64 lat. Ogólnie, członków klasy średniej wyróżniają wyższe kwalifikacje, zwykle potwierdzone dyplomami wyższych uczelni. Są to w 85. procentach  pracownicy najemni. Przybliżonym wskaźnikiem ich pozycji może być zdolność kredytowa, skoro 70 proc. Europejczyków zaciągnęło kredyty, głównie hipoteczne. To kryterium proponował swego czasu Krzysztof  Gawkowski.   Sprawa się komplikuje, kiedy weźmiemy pod uwagę rolę, jaką poszczególne klasy i stany pełnią we wspólnocie życia i pracy: czy przyczyniają się do jej rozwoju, czy przeciwnie – gratisowo korzystają z jej dorobku. Kiedy weźmiemy pod uwagę rolę jednostek w gospodarce i pozostałych instytucjach życia społecznego – wtedy mamy mozaikę klas i stanów. Rozpada się wówczas obraz wielkiej rodziny Polaków – dumnego narodu cywilizacji łacińskiej. 

W obrębie klasy średniej szczególną pozycję zajmuje klasa menedżerska, zawłaszcza zatrudniona w zagranicznych korporacjach. Wyróżnia ją to, że  na ogół jej członkowie nie są właścicielami materialnych i intelektualnych warunków (czynników) produkcji. Jednak menedżer nie tylko pełni funkcje pośrednio produkcyjną, zarządczą, często posiada też kapitał pieniężny w postaci grubego portfela akcji macierzystej firmy bądź firm notowanych na giełdzie. To top menedżment, kierujący współczesnymi korporacjami przemysłowymi, bankami, funduszami inwestycyjnymi. Jedni z nich pracują w spółkach skarbu państwa, z epizodami pracy w bankach, w zagranicznych korporacjach. Premier Mazowiecki i prezes Obajtek mogą być modelowymi  reprezentantami. Tworzą oni poligarchię – kumulują majątki, dyspozycje władcze w systemie gospodarki, w instytucjach pozagospodarczych. To w ich interesie pisowskie państwo uprawia nacjonalizm gospodarczy, by z jednej strony ograniczyć konkurencję zagranicznego kapitału w strategicznych branżach, a z drugiej chronić bieda-firmy polskiego biznesu.

Menedżerów wspiera drużyna specjalistów – prawnicy, spece reklamy i marketingu, maklerzy, pracownicy naukowo-badawczy, księgowi, planiści, inżynierowie kontrolujący pracę robotów, konserwatorzy,  twórcy programów komputerowych. To polscy working rich, 15-17 proc, najlepiej sytuowanych. Przejmują w Polsce 40 proc. dochodu narodowego (Th. Blanchet, L. Chancel, A. Gethin,WID, World Working Paper No 2019/06). Ponad 23 tys. osób osiąga dochód powyżej 1 mln zł brutto co miesiąc. Zwykle zmieniają status, stają się samozatrudnionymi jednoosobowymi firmami-agentami. To ich uszczęśliwił Leszek Miller 19% podatkiem liniowym. Pełnią kulturotwórczą rolę przewodników stylu konsumpcji, w ich ślady chcą podążać absolwenci uczelni wyższych, zwłaszcza SGH, cieszą się, kiedy firma rzuci ich na odpowiedzialne odcinki do innych krajów. Stają się nabywcami dóbr luksusowych – zegarków Cartiera, torebek Luisa Vuittona, prywatnych samolotów,  jachtów z pływającymi plażami. To polska klasa kompradorska – korzysta z nadwyżek osiąganych przez zagraniczne filie korporacji, które eksploatują tanią pracę rodzimych podwykonawców i poddostawców,  korzystają z polskiego dużego wewnętrznego rynku, z optymalizacji podatkowej. Mogą się wykazać w sektorze bankowym, w którym udział zagranicznego kapitału sięga 60 proc., kiedy w innych krajach rzadko przekracza 10-20%. Pomogli opanować zagranicznym korporacjom handel wielkopowierzchniowy kosztem małych rodzimych firm. Dzięki optymalizacji podatkowej, w której osiągają mistrzostwo, 3 proc. polskiego PKB trafia do macierzystych siedzib korporacji w postaci zysków, sami zaś mogą grać w giełdowym kasynie na małą polską miarę (0,35% światowych przepływów kapitałowych). To pogardzany przez prowincję  warszawski salon, do którego wpuszczają smakosze demokracji liberalnej. Całkiem zasłużeni Neoeuropejczycy – oddali sektor finansowy zagranicznym gościom, by znaleźć w nim zatrudnienie, prywatyzowali emerytury, osłabili warunki pracy i płacy polskiego pracownika, sprywatyzowali ponad 600 przedsiębiorstw zbudowanych przez PRL, często za równowartość działek budowlanych. W istocie, ich dziełem jest powrót Polski do historycznej normalności, tj. statusu peryferii w systemie globalnego kapitalizmu. Co ciekawe, to ich wsparła rządowa pomoc podczas pandemii w przeciwieństwie do prekariuszy. Tych potraktowano po macoszemu. Mając duże dochody płacowe i majątki dokonują recesji ze wspólnoty życia i pracy. Potrzebne usługi zdrowotne dla siebie czy edukacyjne dla dzieci kupują na rynku prywatnym, nie chcą płacić podatków. Ich polityczną reprezentacją jest PO, w mniejszym stopniu Konfederacja. W ostatnich wyborach samorządowych na ówczesną Koalicję Obywatelską głosowało 37 proc. właścicieli firm (na PiS 21), wśród wyborców z wykształceniem wyższym było to 33,5 proc. głosów, PiS poparło 23 proc.

Współczesnym odpowiednikiem robotnika fabrycznego stał się office proletariat. To pracownicy sektora usług dla korporacji w stolicy, w Krakowie , we Wrocławiu – w polskich centrach obsługi biznesowej. Ich liczba sięga 300 tys. To pracownicy z wyższym wykształceniem, ze znajomością języków obcych, znający kulturę organizacyjną. Wypełniają rubryki exela, formularze sprawozdań, wysłuchują reklamacji. To odpowiednik dawnych pracowników fabrycznych, tyle że rękami uderzają w komputerowe klawiatury, męczą oczy śledząc szare szeregi cyferek, boli ich kręgosłup, a dobija monotonia pracy pod nadzorem korporacyjnego kapo. Poświęcił im ostatnią swoją książkę antropolog David Greaber („Praca bez sensu”). Znajdziemy tu także pozarobotnicze klasy pracowników najemnych zatrudnionych w handlu, w finansach, w usługach czy biurach. Są tu także bezpośredni nadzorcy pracy produkcyjnej jak brygadziści, majstrowie.

I wreszcie eksponowanym komponentem umownej klasy średniej są stany wyższego wykształcenia, specjaliści wykonujący pracę pozaprodukcyjną: lekarze, nauczyciele, prawnicy, urzędnicy, piastujący kierownicze stanowiska w wojsku, policji, służbie zdrowia, edukacji. Należą tu też ludzie władzy politycznej i pracy duchowej: politycy, duchowni, uczeni, dziennikarze, artyści. Są tu też pracownicy najemni zatrudnieni w instytucjach pozagospodarczych:  pracownicy biurowi, pracownicy centralnej i lokalnej administracji rządowej, samorządowej na średnich szczeblach zarządzania. To sfera budżetowa żyjąca z wtórnego podziału dochodu narodowego. 

Komercjalizacja sektora usług publicznych, zwłaszcza ochrony zdrowia i edukacji, pozwala specjalistom łączyć pracę w sektorze publicznym z pracą w firmach prywatnych. Mogą łączyć pozycję właściciela czy współwłaściciela firmy prywatnej z pracą najemną w sektorze publicznym (np. sprywatyzowane usługi dentystyczne). Udział funduszy prywatnych w całości nakładów na służbę zdrowia wynosi prawie 30 proc., co plasuje nas w europejskiej czołówce (P. Wójcik, Dziennik Gazeta Prawna, 102/2021).

Pozostaje jeszcze stara klasa średnia: farmerzy, rzemieślnicy, właściciele rodzinnych firm handlowych czy usługowych (restauratorzy, branża fitness, biura rachunkowe). To drobni i średni przedsiębiorcy kapitalistyczni, posiadacze środków pracy, które obsługują własną pracą, wspartą pracownikami na niestabilnych warunkach zatrudnienia, często w szarej strefie. Znajdujemy tu też drobnicę poddostawców i podwykonawców, wolnych strzelców (informatycy, influenserzy, doradcy podatkowi).  Natomiast polscy kapitaliści przemysłowi okupują końcowe ogniwa łańcuchów produkcji o małej wartości dodanej: papier toaletowy, meble, standardowe profile okienne. Potrafili tylko stworzyć centrum logistyki dla zagranicznych firm, w następstwie kolejną polską specjalność: usługi transportowe.

Wniosek ogólny potwierdza obraz kapitalizmu, jaki naszkicował w swoich dziełach wielki francuski badacz społeczny Fernand Braudel. Realny kapitalizm  to piramida bogactwa i władzy. Na jej szczycie znajdują się zawsze wielcy posiadacze kapitału pieniężnego, operujący na różnych polach akumulacji – kiedyś John Law, dziś  Elon Musk czy Jeff Bezos. Szeroką podstawę tej piramidy tworzy plankton drobnych producentów. Tu konkurują ze sobą podwykonawcy i poddostawcy globalnych firm. Tu jest Polska.

Co to znaczy dla lewicy? Lewica powinna tworzyć sojusz z klasami specjalistów zatrudnionych w sektorze publicznym (nauczyciele, służba zdrowia, urzędnicy). Ich standard  życia zależy i od dochodów płacowych, i od poziomu usług publicznych, podobnie jak klas pracowniczych o niższych kwalifikacjach. Wszyscy oni uzyskują korzyści i w formie płacy (pocket money),  i w formie konsumpcji zbiorowej.  To w istocie płaca pośrednia. W tym celu muszą istnieć i funkcjonować sprawne, efektywne publiczne systemy ochrony zdrowia, edukacji, domy kultury, stabilne systemy zabezpieczenia społecznego, publiczny system komunikacji, odpowiedniej jakości powietrze i tereny zielone, dostęp do szerokopasmowego internetu – jak w krajach skandynawskich, Niemczech, Kanadzie, Korei Południowej. By to było możliwe, musi istnieć progresywny, sprawiedliwy system podatkowy oraz sprawny aparat państwa. Badania różnych modeli polityki społecznej wykazują, że ważnym warunkiem jej efektywności jest bezpłatność oraz uniwersalność świadczeń. Jest tak, że „gdzie prowadzenie tych polityk zastępuje się działalnością przedsiębiorstw nastawionych na zysk, mamy edukację dla bogatych i edukację dla biednych, opiekę zdrowotną  dla bogatych i opiekę zdrowotną dla biednych, ze wszystkimi  napięciami i stratami dla produktywności systemowej, które z tego wynikają” (L. Dowbor, Poza kapitalizm, KiP 2020). Najlepszy przykład to  najmniej efektywny system opieki zdrowotnej w krajach rozwiniętych,  jakim jest system amerykański, kosztujący 17 proc. PKB. Tym samym pozarobotniczy pracownicy sfery budżetowej powinni być zainteresowani reformą systemu podatkowego, opodatkowaniem korporacji, uspołecznianiem firm za sprawą zwiększania udziału w ich zyskach przez podatki. By zaś uniknąć wyścigu do dna w podatkach czy elastycznych warunkach zatrudnienia – zmiany te powinny mieć charakter globalny.   

W sukurs przychodzi prezydent Biden – w końcu Ameryka causa. Ostatnio do agendy wrócił za sprawą prezydenta USA postulat likwidacji rajów podatkowych i globalnego CIT na poziomie 21 proc. dla firm o dochodzie powyżej 20 mld dolarów. Ten warunek spełniają prawie wszystkie tzw. korporacje technologiczne w rodzaju Amazona, Facebooka czy Google`a. Nadwiślańscy liberałowie i narodowa prawica mają o czym myśleć. Zostali osieroceni. Na początek musieli szybo zrewidować swój stosunek do projektu Nordstream 2. Nagle stał się tym, czym był od początku – ważnym dla zachodniego sąsiada szlakiem zaopatrzenia w gaz w związku z rozwojem energetyki krajowej wykorzystującej to paliwo. Mniej o jedną fobię wobec Rosji. Lewica powinna skorzystać ze sprzyjającej koniunktury międzynarodowej, którą tworzy fiasko neoliberalnego urządzenia społeczeństwa i globalnej gospodarki. Swój program powinna zaadresować nie tylko do klas i stanów pracowniczych, ale też odwołać się do wspólnego interesu całego społeczeństwa. Kapitalizm, podporządkowany logice zysku, dociera do ekologicznych granic. Wymaga radykalnej przebudowy mechanizmów sterowania, by zastopować  kryzys planetarny. W tej sytuacji klasy i stany pracownicze  o różnej jakości „kapitału ludzkiego” mogą stać się sojusznikami partii lewicowych. Według Exit Polls  po wyborach 2019, 31% głosujących na lewicę albo zajmowało kierownicze stanowiska, albo to byli specjaliści. Blisko 2/3 wśród nich to mieszkańcy dużych miast. Popierają oni wolnościowe postulaty, ale lekceważą socjalne – jakby mieli zablokowany dostęp do wiedzy o realnym kapitalizmie. Dostęp blokują dyżurni ekonomiści kraju, lekcje przedsiębiorczości, uśmiechnięte reklamy, eliminowanie lewicowej perspektywy w popularnych mediach. Stąd niechęć do 500+, do rozszerzania państwa socjalnego – mimo braku  mieszkań, największego w Europie prekariatu, emigracji zarobkowej, niskich kosztów pracy. Według Eurostatu w r. 2017 r. za godzinę  pracy polskiego pracownika wystarczyło zapłacić  9,4 euro,  w Szwecji 38,3 euro. Jest jeszcze gorzej, kiedy weźmiemy pod uwagę aktualne badania postaw i wyobrażeń polskiego społeczeństwa. Całkowity triumf narracji liberałów o cudach wolnego rynku i merytokracji! O sukcesie życiowym decyduje najpierw ambicja (20 proc.), potem ciężka praca (15 proc). Dopiero dalej, z kilkunastoprocentowymi wskazaniami, fortuna i wiara w wykształcenie (raport Klasa średnia w Polsce, Polski Instytut Ekonomiczny 2019). Co najgorsze, tyko 4 proc wskazuje na pozycję i zasoby finansowe rodziny jako źródło sukcesu. To klapa ideologiczna, do której przyłożył się bezklasowy język opisu rynkowego społeczeństwa. Językiem tym operuje przecież nowoczesna, progresywna lewica, czekająca na przepustki od bramkarzy stołecznego salonu.

Dlatego dla partii lewicowych zbliżenia z nadwiślańskimi liberałami POPiSu mają charakter sadomasochistyczny. By nie stały się pocałunkiem śmierci politycznej, trzeba precyzyjnie oddzielić taktykę od strategii, a ta się nie zmienia: „Prekariusze wszystkich krajów łączcie się”.

Walka klasowa w Polsce i świecie w dobie współczesnej

Po upadku Związku Radzieckiego i KDL-ów w Europie masowo rozpowszechniane są tezy o zaniku walki klasowej i o nowym klasowym pokoju, które rzekomo ogarnęły świat. Towarzyszy temu twierdzenie, że marksizm, w szczególności marksizm-leninizm coraz bardziej zanika, a niektórzy twierdzą, że były to ideologie XIX czy pierwszej poł. XX w.

Na ich miejsce miały wejść nowe teorie i doktryny solidarystyczne, mające prawidłowo objaśniać powszechne władztwo kapitału, w szczególności hegemonię amerykańską. Wśród politologów akceptowane i rozpowszechniane były tezy Zbigniewa Brzezińskiego o „nowym światowym porządku” oraz FrancisaFukuyamy o „końcu historii”, czyli o socjalizmie jako błędzie historii i i kapitalizmie jako bezalternatywnej perspektywie ludzkości. Dalsze 30 lat zadały kłam tym tezom..
Czy jednostka jest igraszka historii czy jej świadomym współtwórcą
O tym, że kapitalizm nie jest ostatnim słowem historii wiemy od czasów Marksa i Engelsa i to twierdzenie potwierdzają sprzeczności współczesnej epoki.„Realny socjalizm” nie upadł całkowicie, a przykład Chin dowodzie, że potrafił odrodzić się w nowych formach ustrojowych i uzyskał obecnie taki potencjał gospodarczo-społeczny, że stał się ponownie zagrożeniem dla hegemonii kapitalistycznej.
Jednocześnie gospodarka kapitalistyczna wkroczyła w nowe światowe kryzysy, spada poziom życia mas pracujących, pogłębia się przepaść między wąską grupą miliarderów i światem pracy, rośnie ruch związkowy, mnożą się strajki, aktywizują się nowe partie komunistyczne, radykalizują się partie socjalistyczne i inne ruchy postępowe, rozszerza się walka o utrzymanie pokoju i ograniczenie a nawet zastopowanie imperializmu. Wszystko to dowodzi, że walka klasowa nie tylko nie wygasa, lecz nasila się i że kwestia walki o socjalizm i nowych rewolucji socjalistycznych jest jak najbardziej aktualna.
Autor tego artykułu jest emerytowanym profesorem Uniwersytetu Wrocławskiego. Jest autorem kilkunastu książek, setek artykułów naukowych i publicystycznych, wypromował kilku doktorów nauk i setki magistrów i licencjuszy. Zdobywał wiedzę naukową nie tylko na Uniwersytecie Wrocławskim, ale studiował i był na licznych stażach i konferencjach naukowych m.in. na Uniwersytetach w Moskwie, Belgradzie, Pradze, Lipsku, Berlinie, Symferopolu, Chicago-Illinois, Phenianie, Wuhan. Jest przykładem wielkiego awansu społecznego ludzi z nizin społecznych, którzy dzięki Polsce Ludowej i socjalizmowi mogli zdobyć wyższe wykształcenie, zdobywać najwyższe tytuły i stopnie naukowe i wejść do elity intelektualnej polskiego narodu.
Takich jak on jest w Polsce wielu. Po drugiej wojnie światowej jego rodzice przenieśli się na Dolny Śląsk, gdzie ojciec autora znalazł pracę w przemyśle młynarskim, ich nową ojczyzną stało się Skałeczno (później zwane Ścinawką), gdzie autor uczęszczał do szkoły podstawowej, a później do Liceum w powiatowym mieście Nowa Ruda. Od 1960 r. studiował prawo we Wrocławiu na Uniwersytecie im. Bolesława Bieruta.
W szczególności przedmiotem jego zainteresowania naukowego była marksistowska teoria państwa i prawa, której później poświęcił dysertację magisterską i doktorską. W późniejszych latach przeszedł do Instytutu Nauk Politycznych (Politologii), w szczególności dużo uwagi poświęcał badaniom systemów politycznych Polski, Niemiec, USA-llinois, a ostatnio Chin. Habilitował się w 1988 r. na Uniwersytecie im. Karola Marksa w Lipsku (Franz-Mehring-Institut) w dawnej Niemieckiej Republice Demokratycznej.
W działalności społecznej autor był i jest związany z ruchem robotniczym i komunistycznym. Jego dziadek i ojciec przed 1939 r. byli aktywnymi działaczami związków zawodowych, byli także sympatykami KPP, bronili interesów pracowniczych robotników, walczyli o poprawę warunków pracy i płacy, nie godzili się z brutalnym wyzyskiem, uciekając się także do walki strajkowej na budowach w Stalowej Woli.
Dziadek po wyzwoleniu w 1944/45 r. włączył się aktywnie do budowy Polski Ludowej, wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej, której był sekretarzem w Radomyślu nad Sanem, był radnym GRN w Radomyślu i PRN w Tarnobrzegu. Aktywnie popierał na przełomie 1944/45 r. działalność Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego w Lublinie, Rządu Tymczasowego i Rządu Jedności Narodowej w Warszawie. W tym czasie w Polsce toczyła się walka na śmierć i życie o ustrój sprawiedliwości społecznej, o Polskę ludową i socjalistyczną.
Siły kapitalistyczne i obszarnicze, kontrrewolucyjne, wspomagane przez Kościół katolicki i pomoc z Zachodu dążyły do utrzymania w Polsce kapitalizmu. Dysponowały one zbrojnymi leśnymi oddziałami (m.in. Narodowe Siły Zbrojne), które napadały na lewicowych działaczy, na posterunki milicji, mordowały radnych, utrzymywały terror wobec cywilnej ludności i przygotowywały się do 3. wojny światowej. Ten stan półotwartej wojny domowej trwał do 1948 r. i zapisał się krwawymi wydarzeniami w historii narodu polskiego. Ofiarą tego terroru stał się także dziadek autora Jan Rybak, zamordowany bestialsko w lipcu 1945 r. Jego działalność była kontynuowana przez rodzinę i innych towarzyszy z Polskiej Partii Robotniczej.
Takich ofiarnych ludzi w Polsce w tym czasie było wielu. Dzięki ich pracy, męstwu i ofiarnej walce w latach 40-tych ub. wieku zwyciężyła władza ludowa, przeprowadzono reformę rolną, w miastach znacjonalizowano wielką i średnią własność kapitalistyczną i banki, odbudowano kraj ze zniszczeń wojennych i stworzono gospodarkę planową, której podstawą były państwowe i spółdzielcze przedsiębiorstwa.
W latach 1950-1955 w ramach planu 6-letniego zbudowano setki wielkich zakładów przemysłowych i rozbudowano przemysł ciężki, w tym górnictwo, hutnictwo, przemysł chemiczny, stoczniowy, energetykę, budownictwo nie tylko mieszkaniowe, także przemysłowe. Gałęzie te były rozwijane w dalszych planach 5-letnich, które umacniały potencjał gospodarczy i polityczny Polski Ludowej.
Jednocześnie podnosił się poziom życia ludzi pracy, szczególnie klasy robotniczej. Następował awans cywilizacyjny i kulturalny ludzi pracy i całego narodu, młodzież przenosiła się do miast, gdzie łatwiej było o pracę, mieszkanie i zdobycie wykształcenia. Polska Ludowa stała się krajem, gdzie normalnością było świadectwo szkoły średniej, rosła też liczba absolwentów uniwersytetów, politechnik i innych szkół wyższych.
W ciągu 45 lat Polski Ludowej ludzie pracy przyzwyczaili się do umiarkowanego dobrobytu, zapomnieli o dawnych plagach kapitalizmu, jak bezrobocie, głód, nędza, braku ubrań, dostępu do dóbr kultury i nauki, opieki lekarskiej, ubezpieczeń społecznych.
Wszystkie te osiągnięcia ekonomiczne, socjalne i kulturalne były możliwe, gdyż Polska Ludowa miała zabezpieczony byt międzynarodowy we wspólnocie państw socjalistycznych na czele ze Związkiem Radzieckim. Polska miała wysoką pozycję w polityce międzynarodowej, szczególnie w Organizacji Narodów Zjednoczonych.
W czasie II wojny światowej Polska była brutalnie okupowana przez Niemcy hitlerowskie i utraciła prawie 40 proc. potencjału gospodarczego i 6 mln ludności, ale po wojnie dzięki władzy ludowej i socjalizmowi szybko odrobiła te straty. W 1945 r, Polska odrodziła się w nowych sprawiedliwych granicach na Odrze, Nysie Łużyckiej i nad Bałtykiem. Do Polski powróciły dawne polskie ziemie i takie sławne miasta jak Gdańsk , Szczecin, Wrocław, Opole, Olsztyn i wiele innych. Jednocześnie Polska Ludowa wyrzekła się burżuazyjno-obszarniczego balastu ekspansji kolonialnej na Wschodzie zgodnie z zasadą ziemie ukraińskie Ukraińcom, białoruskie Białorusinom, litewskie Litwinom.
Po 1945 r. Polska stała się jednolitym pod względem etnicznym państwem. W 1945 r. Polska liczyła ok. 22 mln mieszkańców, pod koniec lat 80-tych prawie 40 mln, wszyscy dorośli obywatele mieli pracę, pomyślnie rozwiązywano problem mieszkaniowy, zabezpieczone były potrzeby socjalne, kulturalne narodu.
Kontrrewolucja wewnętrzna i międzynarodowa
Odpowiedź na pytanie, dlaczego obecnie Europa przechodzi na prawo, należy rozpocząć od analizy przemian społeczno-politycznych, które doprowadziły do upadku ustroju socjalistycznego w ZSRR i Europie, głównie w Polsce pod koniec lat 80 tych XX wieku.
Jednocześnie umocniła się hegemonia USA, w Europie wzmogła się ekspansja kapitalizmu, przyspieszeniu uległa integracja nie tylko gospodarcza, także polityczna, której siłą przewodnią stały się zjednoczone Niemcy, co miało duży wpływ na upadek PRL i dalsze reakcyjne przemiany w Polsce.
Były liczne przyczyny wewnętrzne i międzynarodowe upadku Polski Ludowej. Największą jej słabością była postępująca degeneracja ideowo-polityczna Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która w ciągu ponad 40 lat była siłą kierowniczą państwa i narodu i stopniowo schodziła z pozycji komunistycznych, proletariackich, ludowych na pozycje rewizjonizmu, oportunizmu i nacjonalizmu.
Chorobą tą dotknięte były głównie kierownicze ośrodki w partii, spychające ją na tory socjaldemokratyczne i biurokratyczne. Partia, szczególnie jej kierownictwo, alienowała się od klasy robotniczej, traciła awangardowy charakter, zmniejszał się udział robotników w składzie członkowskim, którzy mieli coraz mniej do powiedzenia i byli spychani na pozycje biernej masy.
Umacniał się natomiast trzon biurokratyczno-kierowniczy, warstwa wykonawczo-zarządzająca, w której z czasem wykształcił się ośrodek wewnętrznej kontrrewolucji.
W ten sposób osłabione zostały a później zerwane zaufanie i więzi ideowo-polityczne między klasą robotniczą i ludem pracującym a kierownictwem partii. Ta rosnąca siła kontrrewolucji przejawiała się w próbach zahamowania dalszej budowy socjalizmu, próbach jego osłabienia i restytucji kapitalizmu w 1956, 1968, 1970, 1980-81 i ostatecznie w 1989 r.
Czas Polski Ludowej (1944-1989) to okres nieustannej walki o postęp społeczny, socjalizm, pokój , ale jednocześnie nieustanne zmagania z narastającą kontrrewolucją, której nie można sprowadzać tylko do zagnieżdżonej w partii.
Były to pozostałości klas wyzyskujących, znaczne części drobnomieszczaństwa, generalnie Kościół katolicki, głównie jego hierarchia, które zachowały nieoficjalny wpływ na życie publiczne, cieszyły się materialnym poparciem ośrodków burżuazyjno-kapitalistycznych, utrzymywały więzi z wpływowymi ośrodkami antykomunistycznymi na Zachodzie i czekały na stosowną okazję do wystąpienia. PPR i PZPR przeceniały znaczenie siłowych i administracyjnych form zwalczania kontrrewolucji wewnętrznej i nie doceniano nieoficjalnych wpływów burżuazji i innych sił reakcyjnych na konserwowanie i odradzanie stosunków kapitalistycznych.
Kontrrewolucja wewnętrzna nieustannie korzystała ze wsparcia politycznego i materialnego zagranicznych ośrodków burżuazyjnych. Kapitalizm, szczególnie jego ośrodki imperialistyczne od 1945 r. nie spoczęły ani przez chwilę w dążeniach do obalenia Polski Ludowej i zniszczenia socjalizmu, a szczególnie jego głównej siły Związku Radzieckiego.
Ośrodki kontrrewolucji zagranicznej w realizacji tych celów sięgały do wszystkich dostępnych środków, w tym wojen, prowokacji, zamachów, dywersji, szpiegostwa, embarga, sankcji, izolacji, propagandy antykomunistycznej itp. Ważne miejsce w tym arsenale środków odegrała dywersja ideologiczna, zmierzająca do wbicia klina między partię i jej kierownictwo a klasą robotniczą. Te plany skutecznie wdrożono w 1980 r., kiedy na fali strajków robotniczych w Gdańsku i na Wybrzeżu powstała „Solidarność” jako początkowo ruch dążący do upodmiotowienia klasy robotniczej, poprawy warunków pracy i płacy, wzmocnienia wartości socjalistycznych.
Wtedy głównymi hasłami były: „Socjalizm tak – wypaczenia nie!”, „Proletariusze wszystkich zakładów, łączcie się!” Ruch ten za sprawą burżuazyjnych doradców, (którzy później stali się ministrami kapitalistycznej Polski) przekształcony został pod kłamliwymi hasłami „demokracji”, „lepszego socjalizmu”, „wolności” i „lepszego kapitalizmu” („kapitalizmu o ludzkim obliczu”) w silny ruch „wolnych związków zawodowych”, skierowany przeciwko Polsce Ludowej i socjalizmowi.
W latach 1980-1989 nastąpiło nie tylko dalsze zahamowanie budownictwa socjalistycznego ale także przyspieszenie demontażu pozostałości socjalizmu, do czego od 1985 r. walnie przyczyniło się nowe kierownictwo KPZR na czele z Michaiłem Gorbaczowem i Borysem Jelcynem.
Ocena „Solidarności” i Wałęsy
„Solidarność” wyrastała z różnych nurtów robotniczych protestów w sytuacji błędów polityki PZPR, a w szczególności załamania się polityki Edwarda Gierka w końcu lat 70-tych. Gierek wykorzystał wszelkie możliwe zasoby wewnętrzne dla przyspieszenia rozwoju gospodarczego, podniósł też znacząco poziom życia klasy robotniczej i ludzi pracy.
W realizacji tej polityki musiał sięgnąć do dużych kredytów zagranicznych, które myślał spłacać polskimi towarami. Na skutek pogorszenia się koniunktury zagranicznej i relacji cenowych na towary importowane, szczególnie na paliwa, polityka ta się załamała, pogłębiały się trudności płatnicze Polski, zaopatrzeniowe, rosła inflacja, czarny rynek, załamało się centralne planowanie, wystąpiły braki na rynku energii i żywności.
Rozwierały się nożyce w dochodach między robotnikami a rodzącą się tzw. średnią klasą, do której chętnie zaliczała się część aparatu partyjno-państwowego. Budziło to nieufność u robotników i kopało przepaść między partią a klasą robotniczą.
Jednocześnie ruch ten wyrastał z różnych form antykomunistycznej działalności w latach 70-tych , np. z tzw. Komitetu Obrony Robotników i „wolnych” związków zawodowych, na czele których w Stoczni Gdańskiej w 1980 r. pojawił się „robotnik” Lech Wałęsa, finansowany i sterowany przez różne antykomunistyczne siły na Zachodzie, a jak dowodzą najnowsze źródła, wcześniej także przez Służbę Bezpieczeństwa (Agent –Tajny Współpracownik „Bolek”).
Pod jego kierownictwem, a w szczególności burżuazyjnych doradców, udało mu się skierować początkowo zdrowy, częściowo żywiołowy bunt robotniczy na tory jawnie antysocjalistyczne.
Było to możliwe w warunkach braku w partii rewolucyjno-komunistycznego paliwa i magnesu. Wałęsa miał niewątpliwie wielkie umiejętności w dziele siania iluzji i ogłupiania swych kolegów robotników i roztaczania wizji, że lepszym niż „komuna” może być „demokracja”, „kapitalizm o ludzkim obliczu”, był autorem podrzuconego mu pomysłu budowy w Polsce „drugiej Japonii”, chwalił Stany Zjednoczone, RFN i Szwecję.
Nie zastanawiał się nad historycznymi przyczynami wyższego poziomu życia w tych państwach, nad rolą pierwotnej akumulacji kapitału, nad znaczeniem etyki protestanckiej w etosie pracy. W ocenie Wałęsy wszystko zależało od woli przywódców i za ich sprawą w Polsce było źle.
Jakie było i jest prawdziwe oblicze Wałęsy i jemu podobnych liderów „Solidarności” świadczą ich dalsze losy. Po zwycięstwie kontrrewolucji i obaleniu Polski Ludowej w 1989 r. Wałęsa został prezydentem Polski, państwa, które bardzo szybko w wyniku „reform” wicepremiera i ministra finansów Leszka Balcerowicza zlikwidowano ekonomiczno-socjalne zdobycze klasy robotniczej i innych ludzi pracy z okresu socjalizmu.
Nowi kapitaliści rozgrabili majątek narodowy, otworzyli granice dla ekspansji kapitału zagranicznego, szczególnie banków i Polska w ciągu kilku lat stała się półkolonią zachodniego kapitału, zależna od Niemiec, Francji, Unii Europejskiej, a w kategoriach polityczno-wojskowych od USA i NATO.
Dawni bossowie związkowi stali się nowymi kapitalistami lub wysokimi urzędnikami burżuazyjnego państwa, a sam Wałęsa dzięki ośrodkom burżuazyjnym opływa w bogactwa, politycznie jest związany z chadecko-liberalnym skrzydłem burżuazji (obecnie Platformą Obywatelską), a jego syn był do niedawna (2019) europosłem, a obecnie (od 2019 r.) jest posłem na sejm z ramienia Platformy Obywatelskiej, rządzącej w Polsce przez wiele lat, której lider Donald Tusk był do niedawna przewodniczącym Rady Europejskiej czyli prezydentem Unii Europejskiej.
Niedaleko pada jabłko od jabłoni, głosi stare polskie przysłowie.

Odstawić lud na półkę

Przyglądając się dyskusji dotyczącej manifestu/projektu „Nowej Polski Ludowej” nie sposób pozbyć się wrażenia, że mamy do czynienia z czymś, co już było. I jest tak nie tylko dlatego, że autorzy podpisani pod „Manifestem” świadomie przywołują i odnoszą się do Polski Ludowej.

Krytykę zacznę od pochwał. W „Manifeście Nowej Polski Ludowej” znajdziemy zestaw bardzo trafnych obserwacji i diagnoz. Transformacja ustrojowa była katastrofą i prywatyzacyjną masakrą. Dobrze jest też zauważać dorobek pokoleń obudowujących Polskę z wojennych ruin i budujących realny socjalizm, którego niektóre zdobycze są z nami aż do dziś. Trafna jest też krytyka imperializmu, neoliberalizmu, czy dominującego współcześnie indywidualistycznego, rynkowego egoizmu. Fragmenty diagnozy trafnie umiejscawiają też nasz kraj na styku centrum i peryferii kapitalistycznego uniwersum.

Zdecydowanie gorzej jest już jednak na etapie postulatów. Autorzy, którzy odnoszą się do prób budowania socjalizmu postulują wyjątkowo oszczędne i raczej umiarkowanie trafne reformy. Praktycznie wszystkie zaprezentowane przez autorów postulaty zawarłem w swoim wcześniejszym tekście poświęconym lewicowej dyskusji programowej („Postawmy diagnozę”). Tyle, że tamte postulaty były zbiorem postulatów dla współczesnej socjaldemokracji, próbą utworzenia programu wstępnego w ramach szerokiego sojuszu. Na teraz, w okresie przejściowym i nie w ramach socjalistycznego programu budowy „Nowej Polski Ludowej”.

Wszystko to, czego pragną autorzy Manifestu to zaś w skrócie: socjalliberalne państwo opiekuńcze z kilkoma znacjonalizowanymi przedsiębiorstwami. Jest to kraj, który niespecjalnie różniłby się od współczesnych Niemiec, czy państw Skandynawii, albo Czech, gdzie prywatyzacyjny horror nie dokonał aż takich zniszczeń.
Autorzy silnie poszukują też tożsamości. Sami zresztą nas o tym informują. Manifest odrzuca więc zarówno wschodnie, jak i zachodnie „kopiowanie”. Zostawia jednak czytelników z niczym. No może z jednym – sentymentem za polską „ludowością”.

Czym jest ta „ludowość”? Tego nie dowiemy się z Manifestu, ale możemy dowiedzieć się z historii PRL-u. Otóż „ludowość” w Polsce Ludowej była po prostu wehikułem ideologicznym, który wykorzystano tworząc nową konstytucję, aby apelować i walczyć o jedność pomiędzy pracownikami z miast oraz wsi. Sprzeczności pomiędzy miastem i wsią były w czasach socjalizmu jedną z największych bolączek władz Bloku Wschodniego. Było tak dlatego, ponieważ błyskawiczna industrializacja oraz umiastowienie młodych społeczeństw socjalistycznych tworzyło duże napięcie pomiędzy obszarami miejskimi i wiejskimi. „Ludowość” wykorzystywano też w charakterze miękkiego środka politycznego nacisku. Uznawano bowiem, że sam socjalizm jest postulatem nadal zbyt ryzykownym i nieczytelnym.
I właśnie dlatego posługiwano się substytutem, który niewiele przy tym znaczył i odnosił się do mglistego pojęcia „ludu”, które ani z klasami społecznymi, ani z socjalizmem nie ma za wiele wspólnego. Zapłacono też za to dużą cenę. Zaniedbania w edukacji klasowej, brak krzewienia postaw socjalistycznych i pójście miękkim kursem na „ludowość” oraz nieuchronnie związany z nią klerykalizm były gwoździem do trumny całego polskiego socjalizmu. Polska Ludowa przegrała właśnie dlatego, że przestała być socjalistyczna, a pojęcie ludu i ludowości przejęła i zwyciężyła dla siebie prawica, która zawładnęła też zbiorową wyobraźnią samych pracowników.

Ta sytuacja trwa aż do dziś. Także dlatego PiS nie ma dziś problemu z używaniem i aktywnym wykorzystywaniem tej kategorii. Nawet sprzyjający PiS-owi i wyłącznie antyliberalni „lewicowcy” zazwyczaj mówią właśnie o „ludzie”, a nie o klasach społecznych, czy o socjalizmie. Dlaczego? Dlatego, że „lud” jest workiem, do którego wrzucić można wszystko. Można chwalić mądrość „ludu” i nie zadawać pytań o realne klasowe interesy, które ten sam „lud” obecnie realizuje. Tymczasem przewrót teoretyczny dokonany przez Karola Marksa polegał właśnie na tym, że socjaliści (wcześniej utopijni) przestali mówić o „ludzie” niczym o żywiole i zamienili lud na klasy. Nie trzeba było już patrzeć, co „lud” robi i doszukiwać się w tym wcielonej mądrości (jak robią to dziś różni reprezentanci lewicy), ale wystarczyło zacząć zadawać konkretne i wynikające z socjalizmu naukowego pytania: czyje interesy klasowe są realizowane, które klasy społeczne są posiadającymi, jaki projekt klasowy jest realizowany itd.
„Lud” nie tylko nie istnieje, jako kategoria socjologiczna i poznawcza, ale zawiódł również dawnych socjalistów. Jest też kategorią skażoną przez konotacje z faszyzmem i różnymi odmianami prawicy. Dlatego – nie popełniając znów tych samych błędów – socjaliści muszą mówić o socjalizmie. A zamiast o „ludzie” – o pracownikach, proletariacie, czy prekariacie (i innych mutacjach pojęcia: ludzie pracy). Nawet liberalny „obywatel” znaczy znacznie więcej.

Fascynacja „ludowością” sama w sobie ma też paternalistyczny i klasistowski charakter. Sam „lud” też wcale nie chce być „ludem”. Bajki o „ludzie” to dziś głównie politycznie PiS-owskie lub akademickie fantazje będące wariacjami chłopomanii. Pracownicy najemni nie chcą być identyfikowani z chłopami feudalnymi, nie odnajdą się też w estetyce, która każe im zachwycać się buntami chłopskimi z XVI wieku i nie pragną też wcale szukać dowodów swej potencjalnej wielkości w upodleniu, jakie stało się udziałem dawnych chłopów pańszczyźnianych i ich przodków. To, że dla grupy akademików bieda, nędza i wyzysk z dawnych wieków są rozczulające i fascynujące wcale nie oznacza, że tak samo o powiązaniu z feudalnym chłopstwem myślą szeregowi pracownicy. „Ludowość” dzisiejszych pracowników jest przez nich wyparta jeszcze bardziej niż ich proletariackość.

Wędka „na potomka chłopa” nie zadziała. W tym też sensie wysyp lewicowej mody na „ludowość” jest realnie skrajnie „nieludowy”, tzn. przodują w nim intelektualiści, związani zazwyczaj z filozoficznymi studiami nad przeszłością, które interesują dziś może kilka procent czytelników książek i fascynatów historii. Ludzie pracy nie chcą być też „ludem” ze względów ideologicznych oraz estetycznych. Nawet w teledyskach disco-polo, które duże grono uosabia z „ludowym gustem”, dominują: przepych, bogactwo, garnitury, czy wyjazdy na wczasy do ciepłych krajów, gdzie kręci się znaczną część klipów. Człowiekowi pracy dużo bliżej jest dziś do wizji postępu, bogactwa, dobrobytu i nowoczesności. Retroludowość jest dla nikogo.

Trzeba też przy okazji udzielić odpowiedzi na pytanie – dlaczego fascynacja „ludem” i „ludowością” wypiera kontekst robotniczy i pracowniczy? Głównym powodem jest tu dominacja konserwatyzmu oraz ucieczka akademików z pól kojarzonych tradycyjnie z socjalizmem w stronę tego, co w istniejących warunkach bezpieczniejsze. Taktyki przetrwania lewicującej akademii rzutują na boom na „lud”, który jako kategoria jest do zaakceptowania dla panującej w Polsce politycznej ideologii, w tym dla czujących się tu bezpieczniej liberałów. Co innego robotnicy, pracownicy, a już najgorzej – socjalizm. Przy tym ostatnim wpada policja.

Współcześni pracownicy przemawiają już własnym głosem, tworząc go też w oparciu o kulturę, którą tworzą klasy panujące. Lewicową odpowiedzią nie jest wcale „Powrót do przeszłości” i zachwyt nad muzyką zespołu R.U.T.A, ale nadawanie na falach, które współczesny proletariat dziś odbiera. Dziś, a nie wieki temu, czy za Jakuba Szeli, albo innego chłopskiego buntownika z zupełnie innej epoki i momentu dziejowego.

Chłopomania i ludomania są wstecznictwem. Nic więc też dziwnego, że wspierają ją środowiska prawicowe, które na podstawie sentymentu do przeszłości próbują umocować się ideologicznie i przedstawiać w roli obrońcy (i panów) uciśnionych. PiS jest jednak mądrzejsze od większości lewicowych fascynatów przeszłością, bo wie jednocześnie, że jego poparcie, to rezultat drobnych transferów socjalnych i polityk, które sprawiają wrażenie socjalistycznych. Ale nimi nie są. I tu wkracza projekt, który jest potrzebny: projekt nowego socjalizmu, z wielowątkową, głęboko zróżnicowaną tożsamością pracowniczą, jako podstawową ideologiczną i kulturową. Zero taplania się w historii. Maksimum nowoczesności, żądań wyższego poziomu życia i lepszych płac. A zamiast naiwnego i fałszywego „antyelitaryzmu” – wyłącznie antyelitaryzm antykapitalistyczny.
Bo pracownicy chcą ucieczki ze swojego położenia, w które wciska ich kapitalistyczny wyzysk. Ale nie pójdą za Polską Ludową 2.0. Nie tylko dlatego, że PRL został skutecznie (i nieodwracalnie) skompromitowany w oczach wielu, ale i z uwagi na to, że „ludowość” jest obciachowa. Niezwiązana z postępem, bogactwem i oderwana od rzeczywistości przyciągnie najwyżej wąskie grono socjalistów i miłośników badań nad historią wykluczenia. I nie jest to wcale efekt tego, że uciśniony „lud” ma PTSD i wyparł się w kapitalizmie swych korzeni (PS – A jeśli nawet to zrobił, to może słusznie???).

Po pierwsze: to zbrodnia uważać, że kultura uciemiężonego chłopa albo wyzyskiwanego pracownika, jest domyślną kulturą danej klasy (to jakby bitemu przez właściciela psu mówić, że kultura bitych psów jest cudowna). Po drugie: ludowość, którą znamy dziś nie jest żadną prawdziwą ludowością, tylko rojeniami na temat kultury chłopstwa, z której większość nie przetrwała do naszych czasów. To jak ze strojami ludowymi, które wszyscy znamy z tańców „ludowych”, a które realnie wymyślono w XIX wieku, kiedy klasy wyższe i grono artystów mieli nagle taki kaprys. Podobnie jest też z Polską Ludową – to logo i to pojęcie jest już przestarzałe i odnosi się do kultury, momentu dziejowego i sytuacji, których już nie ma.
Ciągłe i przesadne odniesienia do realnego socjalizmu są na dziś bardziej problematyczne niż twórcze. I wie to raczej każdy, kto wyszedł z praktyką polityczną poza poziom pisania ogólnych dokumentów przeznaczonych dla wąskich kręgów działaczy. Fetysz przesadnie częstych odniesień do PRL-u miał być może sens w latach 90-tych. Obecnie jest to już głównie próba pójścia na łatwiznę bez wypracowania nowych kategorii i nowego języka politycznego. Nowy socjalizm będzie miał znacznie więcej wspólnego z „Julkami” niż z Bolesławem Bierutem.

W pewien sposób wydaje się to rozumieć Jan J. Zygmuntowski, którego krytyka jest w zasadzie jednym wielkim manifestem pochwalnym dla nowoczesnych technologii. W swojej polemice bardzo słusznie zwraca on uwagę na to, że dla projektowania gospodarki socjalistycznej kluczowy staje się informatyczny aspekt planowania. Problemem są jednak konkrety. Tekst Zygmuntowskiego byłby wspaniałym dokumentem inauguracyjnym dla nowego ministra cyfryzacji w nowej, socjalistycznej Polsce, ale nie mówi nam niczego poza tym, że jej autor byłby dobrym kandydatem na to stanowisko.

Pracownicy nie żyją jako informacje. Nie zorganizują się na hasła będące żargonem dla informatyków. A zresztą – zdobycie środków niezbędnych do masowego tworzenia wspólnic danych itp. i tak wymaga wpierw przeprowadzenia skutecznej rewolucji socjalistycznej. To, co staje się (nawet uzasadnionym, funkcjonalnym i realnie socjalistycznym) technologicznym fetyszem nie znajdzie zaś zrozumienia u ludzi, którzy żyją na bazie doświadczeń ze swej codzienności. „W pełni zautomatyzowany, gejowski komunizm przyszłości” jest jeszcze mniej czytelny i jeszcze mniej zrozumiały z każdym kolejnym słowem komponującym to określenie.
Działalność nie jest dla działaczy. Jest przez nich. I przypomnę, że w tym momencie społeczeństwo polskie nie wie nawet do końca czym jest lewica. Duża część ludzi o lewicowych przekonaniach chciałaby nawet np. odebrania zasiłków. To są problemy, z którymi musimy walczyć. I nie da się tego obejść tworząc sam metaprojekt „Nowej Polski Ludowej, czy „Techno Socjalizmu”, bo projekt ogólny nie może funkcjonować/istnieć estetycznie w kompletnym oderwaniu od realnych warunków pracy i życia współczesnych ludzi pracy. Potrzebny jest też język międzynarodowy i nawiązujący do panującej, zachodniej, zglobalizowanej kultury. Skazanie się na skansen odniesień do symboli sprzed ery internetu to przepis na klub historyczny i kompletną klęskę polityczną.

Lewica, praca, równość, ocalenie Ziemi, socjalizm, precz z miliarderami…. I gdzieś, daleko w tle nawiązania do kilku dobrych rozwiązań z czasów realnego socjalizmu. Ale tylko w dalekim tle. Tak, jak rewolucje XX wieku nie czepiały się symboliki wieku XIX, tak samo my nie możemy stać się więźniami osobistych, historycznych, czy też futurologicznych sympatii. Mówienie o „ludzie” i do „ludu”, to z kolei siłą rzeczy wchodzenie w roli zbawcy. A takiego zbawcy ludzie pracy wcale nie potrzebują. Jedyne, czego im trzeba do dobrego reprezentanta ich klasowych interesów. Bo kontynuacją Polski Ludowej nie jest Ludowość 2.0, lecz nowy socjalizm. I ten niekoniecznie nawet musi nazywać się „socjalizmem”.

Rozważania o hołocie

Jesteśmy dumnym narodem, wstajemy z kolan, ale nie wszyscy. Chamska hołota to nowe określenie pewnej grupy społeczeństwa. Zaczęło się, wiele lat temu, od słynnego „spieprzaj dziadu” i nie powiedział tego prezes. Po drodze był gorszy sort, złodzieje, kwik odrywanych od koryta, itp.

Na to, kto jest hołotą, a kto patriotą czy dumnym narodem nie ma zgody w społeczeństwie.. To oceny na użytek polityczny, bardzo subiektywne i dzielące społeczeństwo.

W PRL była klasa robotniczo-chłopska i inteligencja. Ponieważ zarobki robotników i inteligencji były porównywalne, sojusz funkcjonował bez większych problemów. Po 1990 roku rozpadła się klasa robotnicza, a inteligencja zmarniała i stała się w neoliberalnym kraju niepotrzebna. Pieniądz zaczął wyznaczać status społeczny. Choć wszyscy go pożądali nie wszyscy go mieli pod dostatkiem. Zaczął tworzyć się podział na biednych i bogatych, choć to też jest dość względne.

Po 2015 roku wprowadzono podział na biedny, dumny naród i bogatą, chamską hołotę. Ile jest których, nie wiadomo. I którzy są dumnym narodem, a którzy hołotą, to też ocena bardzo indywidualna. Wiadomo natomiast kto te podziały wprowadza. Wiadomo także, że tak skłóconego społeczeństwa od wielu, wielu lat nie było.

I na koniec. Już sam nie wiem. Czy jestem dumnym narodem czy hołotą, a może jednym i drugim po trosze. Prezes na pewno siebie do hołoty nie zalicza, uznaje sie za creme de la creme dumnego narodu, ale to tylko jego subiektywna ocena.

Neoliberalizm rodzi faszyzm

Poszukiwania winowajców odpowiedzialnych za wzrost znaczenia skrajnej prawicy trwają. W jednym z ostatnich artykułów Bartosz Migas oskarżył o to polską klasę średnią. Nie jest to pogląd nowy i dość często spotkamy się w Polsce z radykalną krytyką „średniaków”. Tyle, że redukowanie problemu prawicowej hegemonii do prymitywnie rozumianej kwestii klasowej to błąd i ślepa uliczka.

Nie tylko dlatego, że różne klasy mogą dysponować różnymi ideologiami, ale i z uwagi na to, że w Polsce klasa średnia w zasadzie nie istnieje. A neoliberalizm idzie w poprzek wszystkich klas społecznych.

W naukach społecznych klasa średnia tradycyjnie utożsamiana jest albo z wolnymi zawodami, albo identyfikowana przez stosunkowo wyższy przeciętny dochód, który powinien gwarantować jej stabilność. W obu wypadkach polska „klasa średnia” albo nie istnieje, albo jest wyraźnie spauperyzowana. W Polsce większość przedstawicieli wolnych zawodów to ludzie bez większych oszczędności, którzy żyją często gorzej i biedniej nawet od robotników wykwalifikowanych. Dość wspomnieć, że zgodnie z badaniami Polskiego Instytutu Ekonomicznego mediana dochodu rozporządzalnego netto przypadająca na pojedynczego członka gospodarstwa domowego z tzw. polskiej „klasy średniej” to tylko 2500 złotych.

Ujmując rzecz wprost: Polska i jej biedakapitalizm nie dorobiły się stabilnej klasy średniej. Członkami „klasy średniej” nie są ludzie, którzy nie mają żadnych oszczędności, żyją od wypłaty do wypłaty, a jedynym ich wyróżnikiem jest posiadane przez nich wyższe wykształcenie.

Polski system gospodarczy dzieli ludzi na biednych pracujących różnej skali oraz na różnego typu właścicieli i beneficjentów kapitalizmu. To nie Wielka Brytania lub Francja. Wspierający Platformę Obywatelską, czy Konfederację czynią więc tak głównie ze względu na uwarunkowania ideologiczne i polityczne, a nie z uwagi na swą utrwaloną pozycję klasową. Tymczasem głównym czynnikiem tworzącym i umacniającym skrajną prawicę jest totalna hegemonia neoliberalizmu, którą szczególnie umocnił w Polsce rząd Platformy Obywatelskiej. I dlatego też wyborcom KO jest dziś tak zaskakująco blisko do poglądów reprezentowanych przez Konfederację, a niektórzy politycy PO rozważają już przyszłe koalicje. Konfederacja żyje właśnie z tego, co wtłoczono społeczeństwu polskiemu do głów za czasów panowania polskich neoliberałów i jest jej politycznym dzieckiem. Pewna współpraca wydaje się więc być nieuchronna: zwłaszcza, że PO zatraciła już wszelki swój krytyczny wydźwięk i jej kadry okazały się zaskakująco słabe.

Gruntowna niechęć do państwa, ocenianie praw socjalnych jako bezprawnych roszczeń; nazywanie socjalizmem każdej aktywności ze strony państwa; wrogość do podnoszenia jakichkolwiek podatków; utożsamianie się z interesem najbogatszych; patrzenie i myślenie o sobie, jako o drobnym przedsiębiorcy będącym mikro-firmą; ślepa wiara w wolny rynek i homo oeconomicusa. To wszystko cechy ideowe wprowadzone i ugruntowane w Polsce przez Donalda Tuska oraz poprzedzających go neoliberalnych doktrynerów. Nic dziwnego, że wychowani na tych dogmatach ludzie widzą świat tak, jak widzi go Leszek Balcerowicz, Milton Friedman, czy (obecnie modniejszy wśród młodzieży) Sławomir Mentzen. Jednoczesny zwrot ku głębszej religijności i mocniejszemu konserwatyzmowi to kolejny efekt politycznych decyzji polskich „liberałów” – to oni umocnili w Polsce kościół katolicki, to oni wprowadzili kult Żołnierzy Wyklętych i wylansowali antykomunizm, a także to oni powstrzymywali przemiany obyczajowe, opowiadając się za regułami kreowanymi przez kler oraz kurię.

Próba analizy konfliktu politycznego w Polsce w oparciu o sam kontekst klasowy nie zda się na nic jeśli nie weźmiemy pod uwagę czynnika hegemonii kulturowej. Bo walka klas w III RP oznacza przede wszystkim kompletną dominację wartości burżuazyjnych we wszystkich polskich mediach. Czy to Trójka, TOK FM, czy TVP1… Kapitalizm JEST święty, a socjalizm JEST zły. „Spór” toczy się tylko o to, kto jest większym komuchem.

Tak jest praktycznie od trzydziestu lat. Dzięki pełnemu opanowaniu kultury nawet język protestu przyjmuje w Polsce zazwyczaj wartości kapitalistyczne i najczęściej atakowane jest państwo, które utożsamia się z socjalizmem. Sytuacji tej nie starała się zmienić nawet lewica, której politycy w zdecydowanej większości nauczyli się żyć na rzecz liberalnych mediów: wypełniają tym samym specyficzną niszę skandalistów obyczajowych, ale są też tępieni przy każdej poważniejszej próbie zaproponowania ekonomicznej alternatywy.

To, że w Polsce politycznie o praktycznie wszystkim decyduje prawicowa hegemonia ideologiczna wyraźnie wychodzi na jaw np. przy okazji ostatnich danych z Europejskiego Sondażu Społecznego[1]. Klasa średnia ma niejedno oblicze. W wielu państwach jest też buforem antykapitalistycznym. Identyfikowanie jej wyłącznie z prokapitalistycznymi postawami jest błędne: interesem samodzielnych średniaków w równym stopniu może być wspieranie bogatych i istniejącego porządku, jak też naciskanie na bogatych razem z biednymi, by nie została im odebrana ich część kapitalistycznego tortu. Klasa średnia (jeśli już mamy z nią do czynienia) zazwyczaj unika przy tym skrajnie neoliberalnych postaw: znaczna jej część to przecież beneficjenci budżetu: żyjący z podatków. Tymczasem w Polsce znaczna część społeczeństwa żyje w fałszywym przekonaniu, że są reprezentantami lub kandydatami do klasy właścicielskiej i że wszelkie bogactwo bierze się z marginalizacji wpływu państwa na gospodarkę. To kraj wyimaginowanych kapitalistów i właścicieli, którzy nimi nie są. Mamy tu do czynienia bardziej z klasami wyobrażonymi niż rzeczywistymi: właścicielami ad hoc są w Polsce prawie wszyscy i tylko część budżetówki, zorganizowanej klasy pracującej i twardy elektorat lewicy, część rolników oraz właściwi kapitaliści znają swe rzeczywiste położenie klasowe. Cała reszta (i zwłaszcza znaczna część ludzi pracy) poi się zaś z neoliberalnego wodopoju i walczy z państwem oraz podatkami, bo te właśnie byty w słowniku neoliberalnym utożsamiono z „socjalizmem”. To właśnie względny niedostatek i bieda stoją też u źródła dużej nieufności wobec mechanizmów pomocowych państwa. I w obecnej sytuacji, kiedy PiS posługuje się nieskutecznymi narzędziami socjalnymi, znaczna część społeczeństwa jeszcze bardziej traci zaufanie w stosunku do państwa i jego mechanizmów redystrybucyjnych.

Myślenie o ideologiach, jako o bezpośrednich rozwinięciach ekonomicznej pozycji klasowej jest w związku z tym błędne. Nawet sam Friedrich Hayek ubolewał, że znaczna część kapitalistów sprzeciwia się jego doktrynie i nie chce „państwa minimalnego”. Nie wszyscy właściciele są ze sobą zgodni. W przypadku poparcia dla neoliberalizmu kluczowe pozycje często zajmują właśnie drobni przedsiębiorcy. To oni – co zauważył zarówno Oskar Lange, jak i John Kenneth Galbraith – nie widzą większych zalet państwa, gdyż jako drobni właściciele bliżej z nim nie współpracują i nie czerpią zysków z giełdy, czy np. militarnej aktywności państwa. Wizja „zmowy wielkiego biznesu i państwa” przeciwko „nam, drobnym i uciskanym przedsiębiorcom” bierze swoje źródło właśnie tutaj. A czego nie ma w Polsce? Właśnie wielkiego biznesu, wielkiej giełdy, współpracującej z biznesem prężnej armii, czy polskich korporacji!

Za druzgocącą większość poglądów i stanowisk kapitalistycznych odpowiadają w Polsce reprezentanci drobnego biznesu, którzy w sposób naturalny stali się najczęstszymi reprezentantami i adresatami miejscowej neoliberalnej hegemonii – wyhodowanej przy ogromnej współpracy ze strony neoliberalnych partii.

Wielki biznes nie jest jednak wcale jakimś zakładnikiem państwa opiekuńczego i jego naturalnym obrońcą. Zdarza się, że popiera on współpracujące z nim państwo i jego polityki, ale gdy tylko widzi okazję, to również opowiada się za wolnorynkowymi reformami i wspiera demontaż funkcji opiekuńczych, które uprzednio wspierał tylko dlatego, że bał się zorganizowanego oporu ze strony bojowo nastawionej klasy pracującej. A gdzie jest opór klasy pracującej w Polsce? Poza nauczycielami i kilkoma innymi grupami zawodowymi zorganizowane protesty praktycznie w ogóle się nie pojwiają. Bardziej radykalne od starań milionów ludzi pracy protesty zorganizowała tu setka zradykalizowanych drobnych właścicieli. I zrobiła to właśnie dlatego, że czuje się w Polsce bardzo pewnie, i wzmacnia ją dominująca neoliberalna hegemonia.

Wrogami „biurokracji” i „biurokratycznej symbiozy” państwa z wielkim (zwłaszcza obcym) biznesem są przede wszystkim drobni właściciele. A ponieważ polski kapitalizm jest rozdrobniony i to oni stanowią większość klasy kapitalistycznej, to do nich należy też ostatnie słowo. Tymczasem krytyka kapitalizmu jest w Polsce tak silnie napiętnowana, że wręcz niemożliwa. Zanim jakąkolwiek winą obarczy się drobnych właścicieli lub polityków narzucających neoliberalizm to wcześniej oskarżone o triumf skrajnej prawicy zostaną wszelkie inne byty. Począwszy od klasy średniej, a skończywszy na „ciemnych” masach ludowych. W praktyce transklasowi wyznawcy neoliberalizmu patrzą na świat po prostu tak, jak zostali ukształtowani. Myślenie społeczne w kraju bez rewolucji i antysystemowych narracji jest myśleniem pochodzącym od państwowych wychowawców i edukatorów. A tymi byli i są neoliberałowie, i ich kapitalistyczni mocodawcy.

Dlaczego teraz drobni przedsiębiorcy protestują i to praktycznie jako pierwsi? Ponieważ to właśnie drobni właściciele żyją często z miesiąca na miesiąc i to ich pandemiczny kryzys dotyka zdecydowanie bardziej. Dlatego to ich (a nie najbogatszych) znajdziemy na czele protestów. Dekady intensywnej neoliberalnej propagandy uczyniły też z drobnych właścicieli najlepiej zintegrowaną klasę w sobie i dla siebie spośród wszystkich istniejących. Desperacja tych drobnych właścicieli jest też najważniejszym paliwem dla Konfederacji i całej skrajnej prawicy, która widzi świat dokładnie takim, jakim chcieliby go uczynić drobni przedsiębiorcy. Ta desperacja udziela się też pracownikom, którzy w Polsce sami na siebie patrzą, jak na drobnych, „samozatrudnionych” przedsiębiorców.

Utopia małomiasteczkowego świata małych firemek, wolnej konkurencji bez korporacji, monopoli i bez państwa to utopia drobnych właścicieli, którzy nie odnajdują się już w nowoczesnym, kapitalistycznym świecie dużych firm, silnych państw i coraz bardziej masowej produkcji. Z tego też względu walka z socjalizmem jest dla skrajnej prawicy i jej kapitalistycznego zaplecza faktycznie tym samym, co walka z dużym i silnym państwem. Zarówno jedno, jak i drugie może oznaczać zagładę dla świata drobnych firm – choć w praktyce to czuły socjalizm obszedłby się z nimi znacznie łagodniej niż bezwzględny korpokapitalizm, który triumfuje w tej chwili.

Aby mógł zatriumfować prawdziwy neoliberalizm należy cofnąć czas i przywrócić erę mikrowłasności. A tego nie da się zrobić bez uprzedniego rozprawienia się z globalizacją (Unią Europejską), obcymi korporacjami, czy postępem obyczajowym i wyzwoleniem kobiet. Neoliberalizm i konserwatyzm to małżeństwo konieczne, nie tylko z rozsądku.

Skrajnie prawicowa ideologia jest nierozerwalnie związana z doktryną neoliberalizmu. Jest tak dlatego, że wartości, które stoją za drobnym właścicielem stoją w sprzeczności z wartościami klasycznego liberalizmu. Nieprzypadkowo Mises twierdził, że współcześni liberałowie to tak naprawdę „umiarkowani socjaliści”. Dla ojców libertarianizmu i neoliberalizmu istnienie propaństwowych kapitalistów było prawdziwą zmorą. Ci teoretycy usiłowali tworzyć wizje globalnego ładu społecznego, natomiast większość reprezentantów wielkiego kapitału lekceważyła ich filozofię, ponieważ wielki kapitał zawsze współdziałał w porozumieniu z państwem. Libertarianizm po prostu nie zadziała też na skalę ponadnarodową, gdyż w skali globalnej królestwo małych firm oznacza same straty i niską wydajność. Polityką i rzeczywistym celem neoliberalizmu (nawet jeśli nie w pełni jawnym) jest więc zarówno demontaż państwa, jak i demontaż globalizacji oraz regres w wyśniony czas sprzed ery korporacji, monopoli i fuzji państwa z rynkiem.

Te ideowe tęsknoty za powrotem do starego porządku bardzo zgrabnie łączą się z podobnymi tęsknotami kleru i pragnieniem zerwania z dzieckiem globalizacji, czyli wszelkim postępem obyczajowym. Stąd te wszystkie dążenia do wzięcia zemsty na feministkach, gejach i innych, których globalizujący się kapitalizm wyzwolił minimalnie z dawnego, klaustrofobicznego i małomiasteczkowego ucisku. Z tego właśnie względu neoliberalizm nie jest tym samym, co liberalizm i zawarte w nim tendencje stoją w sprzeczności z dążeniami globalizacyjnymi. Utopia narodowego dobrobytu małych firemek może istnieć tylko na grobie zglobalizowanej rzeczywistości wielkich korporacji. Jeśli może istnieć międzynarodówka neoliberałów – to tylko pod postacią międzynarodówki nacjonalistów. Bo nawet jeśli wielki kapitał też jest neoliberalny, to jego neoliberalizm wyklucza dobrobyt neoliberalizmu drobnej własności – i dlatego te dwa kapitalistyczne obozy nigdy w pełni się ze sobą nie pogodzą.

Z dokładnie tych samych powodów dla narodowych neoliberałów wrogiem z automatu stają się też Żydzi, których od wieków (co podkreślali już Theodor W. Adorno i Max Horkheimer) utożsamia się z globalistycznym kapitałem finansowym. Czyli z tym kapitalizmem, który rozrywa „święte”, narodowe mikrowspólnoty, do których skrajna prawica chce przecież wrócić. Realizacja ideału kapitalizmu działającego wbrew postępowi wymaga uśmiercenia części kapitalistów-globalistów. Dlatego regresywny-narodowy kapitalizm w kryzysie w sposób nieuchronny wytwarza faszyzm. Będąc neoliberałem i jednocześnie wychwalając wolny rynek oraz cały kapitalizm nie da się otwarcie krytykować jakiejkolwiek z wersji kapitalizmu. To byłoby za trudne. Dużo łatwiej jest natomiast „hejtować” Żydów, środowiska LGBTQ, uchodźców i inne wybrane mniejszości, które w taki lub inny sposób obarcza się winą za zło globalizmu, zło korporokracji i zło odejścia od małomiasteczkowej idylli swojskich, drobnych właścicieli. Dla faszystów złem kapitalizmu są zawsze jacyś Inni. Nigdy kapitalizm.

W Polsce ideologia neoliberalna drobnych właścicieli trafiła zresztą na szczególnie podatny grunt. Mentalność drobnego właściciela połączyła się z antypaństwową mentalnością postszlachecką. W kraju gdzie 1) chłopskie pochodzenie społecznej większości jest absolutnie wyparte, 2) mieszczaństwo nigdy na dobre się nie rozwinęło (podobnie jak klasa średnia) i 3) proletariat został wyklęty razem z całym okresem Polski Ludowej; każdy miał się wpierw za potomka szlachty, potem za uciskanego przez komunę, a następnie za reprezentanta polskiej, narodowej przedsiębiorczości (jeśli biednego to z uwagi na złe państwo/podatki/postkomunę).

Czy istnieje w związku z tym pojedynczy, klasowy fundament, który sprzyja triumfowi neoliberalizmu i zwycięskiemu pochodowi skrajnej prawicy? Niespecjalnie. Sojusznikami takiej ideologii mogą być zarówno właściciele, pracownicy najemni, jak i nawet reprezentanci państwa. Wszystko to zależy od konkretnej, politycznej gry sił.

Triumf pinochetyzmu i różnych odmian faszyzmu zazwyczaj odbywał się też przy znacznym poparciu ze strony dużej części klasy pracującej. Nie oznacza to jednak, że istnieją jakieś wrodzone i wieczne predyspozycje. Po prostu konkretna walka klasowa i polityczna dzieje się w określonym momencie i jest – co wiemy dzięki Marksowi – historyczna. Jeśli więc żyjesz w kraju, gdzie reprezentanci zasadniczo każdej klasy społecznej byli karmieni neoliberalną doktryną przez ostatnie trzy dekady to spodziewaj się też, że większość członków każdej klasy po prostu tej propagandzie uwierzyła. Wylansowany przez polskich neoliberałów antykomunizm, antysocjalizm i głęboko zakorzeniony antybiurokratyzm predestynują społeczeństwo polskie do bycia użytecznym idiotą rzeczywistego, neoliberalnego konserwatyzmu i dalej – faszyzmu. To efekt całych lat starań i wysiłków, olbrzymich inwestycji: cenzurowania lewicowej myśli, usuwania krytycznych wobec kapitalizmu głosów, walki kolejnych rządów z uzwiązkowieniem, czy porozumienia z konserwatywnym kościołem.

Dla zwycięskiej walki z państwem, które w tym momencie stało się narzędziem Prawa i Sprawiedliwości, część z polskich neoliberałów jest też skłonna zgodzić się na rządy jeszcze bardziej skrajnej prawicy. Zwłaszcza, że Konfederacja to po prostu bardziej zradykalizowana Platforma Obywatelska. To w pewnym sensie bardziej konsekwentna wersja całego POPiSu, gdyż faktyczna próba realizacji utopii drobnych przedsiębiorców faktycznie wymagałaby głębszego zerwania z globalizacją i ostatecznego rozbratu z Unią Europejską. Narodowcy to po prostu prawicowi neoliberałowie, którzy pragną konsekwencji i nie idą już na żadne kompromisy z sąsiadami, czy resztkami odziedziczonej po Polsce Ludowej świadomości proletariackiej i propaństwowej.

Klasa średnia – gdyby tylko w Polsce istniała – mogłaby powstrzymać to szaleństwo, gdyż byłaby wytworem bardziej stabilnego państwa i w jej interesie byłoby utrzymanie równowagi między bogatymi i biednymi. To samo mogłaby też zrobić dobrze zorganizowana klasa pracująca, która wiedziałaby, że zdobycze socjalne to zdobycze będące owocem jej zwycięskich walk. Na ten moment te byty jednak nie istnieją. „Klasa średnia” jest spauperyzowana i zwyczajnie walczy o przetrwanie (bo jest częścią świata pracy), a większość spośród wszystkich pracowników wyhodowano natomiast w wierze, że właściciele, czyli pracoDAWCY wspaniałomyślnie dają i robią dla nich miejsca pracy wprost z niczego. Natomiast mentalność mikroprzedsiębiorcy upadającego pod ciężarem szkodliwych podatków, złego państwa i obcych sił stała się tożsamością i mentalnością nieomalże narodową.

I ten horyzont trzeba zmienić.

Kapitalizm wyłazi z czarnej dziury

Tytuł artykułu jest parafrazą tytułu rozmowy z Profesorem Tadeuszem Klementowiczem opublikowanej w „Przeglądzie” Nr 11/2020 „Kapitalizm w czarnej dziurze. Świat jako obóz pracy”.

W pełni podzielam poglądy profesora, że „Polska tkwi na peryferiach światowego kapitalizmu”. W tym kontekście chcę zwrócić uwagę na zjawiska jakie zachodzą aktualnie w Polsce w dobie pandemii.
Początkowe nastoje solidaryzmu społecznego będące cechą ustroju sprawiedliwości społecznej , szybko ustąpiły nastrojom wzajemnej izolacji i rywalizacji, które są immanentną cechą klasycznego kapitalizmu .
Na początku Newsem dnia były akcje pomocy dla ludzi, którzy nie radzili sobie z problemami jakie stwarzał stan wymuszonej izolacji, czy to na skutek wieku, niesprawności czy kwarantanny. Powszechne były akcje bezinteresownej pomocy dla placówek i personelu służby zdrowia. Bardzo udane były zbiórki pieniężne na wyposażenie szpitali i pomoc osobom które nie zachorowały na Covid-19, ale na skutek epidemii znalazły się w trudnej sytuacji zdrowotnej lub materialnej. Nie brakowało wolontariuszy, szyto masowo maseczki, których brakowało na rynku. Przykłady można mnożyć.

Widmo zagrożenia zdrowotnego, umiejętnie, acz nadmiernie podsycane przez władze spowodowało, że ludzie zaczęli bać się jedni drugich, relacje społeczne zanikają, rośnie poczucie konieczności myślenia przede wszystkim o sobie i obojętność na potrzeby innych. Newsem dnia jest teraz agresja wobec pracowników służby zdrowia, osób odbywających kwarantannę, Azjatów itp. Nie bez wpływu jest wytworzona przez PiS przed kilku laty agresja wobec migrantów, którzy mieli jakoby roznosić choroby. Widmo recesji i wywołanego nią ubóstwa, w połączeniu z nastrojami izolacji i rywalizacji wywołuje pragnienie utrzymania własnego stanu posiadania bez liczenia się z kosztami dla innych.

Silnie zaznacza się typowa dla dzikiego kapitalizmu „walka klas”, czyli rywalizacja pomiędzy przedsiębiorcami i pracownikami. W większości krajów stworzono jednolite programy pomocy dla gospodarki, uwzględniające interesy zarówno przedsiębiorców, jak i pracowników. W Polsce, rząd PiS tworzył kolejne „ Tarcze ochronne” dedykowane dla określonych grup społecznych, wyraźnie je wydzielając i wywołując poczucie rywalizacji. Generalnie w całym tym dziurawym systemie znikoma jest pomoc dla pracowników i ich ochrona.

Przeciwnie, stworzono zapisy ułatwiające zwolnienia z pracy, zmniejszające prawa pracowników i ich ochronę, zmniejszono prawa związków zawodowych itp. Co gorsze przyjęte rozwiązania mają obowiązywać nawet po ustąpieniu stanu epidemii i powrotu gospodarki do stanu normalnego funkcjonowania. Priorytetem stał się interes pracodawców, którzy coraz głośniej domagają się pomocy gospodarczej, organizują protesty i nacisk medialny. Głos pracowników jest niesłyszalny.

Nie jest prawdą wygłaszane przez wielu polityków twierdzenie, że to przedsiębiorcy są źródłem naszych sukcesów gospodarczych w ostatnich latach. Zysk powstaje z pracy. To wydajna praca jest źródłem dobrobytu. Sukcesy gospodarcze wynikają z dobrze zorganizowanej pracy, a zadowolenie pracowników, na równi z organizacją, czyni tą pracę wydajną.
W debacie wyborczej w TVP dziewięciu spośród dziesięciu kandydatów deklarowało pomoc pracodawcom. Jedynie Robert Biedroń zajął się pracownikami, deklarując zlikwidowanie umów śmieciowych, nie wspominając jednak ani słowem o niekorzystnych rozwiązaniach dla pracowników w Tarczy Antykryzysowej. Spodziewałem się więcej po kandydacie Lewicy.

Programy socjalne PiS nie dotyczyły pracowników, lecz wybranych grup społecznych, bez związku z ich pracą i przydatnością w procesie tworzenia dochodu narodowego. W Tarczy Antykryzysowej zajęto się grupą samozatrudnionych, którzy są formalnie przedsiębiorcami. Medialnie utwierdza się ich w tym przekonaniu, bez uświadamiania, że tak naprawdę stanowią grupę pariasów wśród przedsiębiorców. Jest to celowe działanie dla wyizolowania ich z klasy pracowniczej, do której faktycznie należą.
Pracownicy, obudźcie się. Zacznijcie walczyć o swoje prawa. Gdzie są Związki Zawodowe? Dlaczego nie słychać ich tak jak związków pracodawców?