Nienormalna normalność

bliższa jest niektórym, stąd nie widzą potrzeby zmiany świata i naszego kraju, zainfekowanego nie tylko przez COVID-19.

Pomimo licznych opinii płynących z odmiennych politycznych, ekonomicznych, społecznych czy też filozoficznych stron Wojciech Maziarski twierdzi, że świat po koronawirusie będzie taki sam jak przed nim („Na lewo. Na prawo. Ku świetlanej przyszłości” – „GW”, 21.05.2020). Swoje przekonanie buduje na polemice z przeszłością i pozornej historycznej analogii.
Na lewo,
to krytyka wypowiedzi Joanny Kusiak, która zaproponowała pomoc państwa osobom nie mającym możliwości, w związku z pandemią, spłaty kredytu mieszkaniowego. Państwo wykupywało by takie mieszkania, a następnie wynajmowało obecnym mieszkańcom, już tylko lokatorom. Pomysł jak pomysł, jak wiele innych, w czasach zarazy szukających przede wszystkim rożnych dróg pomocy i ratunku dla osób nią dotkniętych.
Ale nie dla Maziarskiego, który zrobił z tego wielkie larum typu PRL wraca, autorkę nazywając skrajną antykapitalistką („nazwałbym ją „komunistką ”, gdyby nie to, że słowo to stało się obelgą, podobnie jak „neoliberał”). Publicysta „Gazety Wyborczej” wykazał nie tylko czujność ortodoksy w obronie idealnego, jego zdaniem, ustroju, ale nadto pomylił następstwa i z przyczynami. Ostatnimi komunistami w naszym kraju byli członkowie przedwojennej Komunistycznej Partii Polski, a więc to określenie jest używane bez żadnej podstawy, jedynie jako następstwo, i swoista broń, w trwającej w Polsce wojnie politycznej. Natomiast od początku III RP liczne i wpływowe gremia realizowały neoliberalną politykę, a jej rozliczne skutki stanowią przyczynę obecnej, powszechnej krytyki. Zaprezentowany przez Maziarskiego symetryzm, jak się jeszcze raz jeden okaże, ma się tu jak pięść do nosa.
Wracając do oceny pomysłu p. Kusiak, to – czytamy – chce ona mieć znowu system upaństwowiony, „Głosicielom tej ideologii nie przeszkadza to, że nie zdała ona testu praktyki – system oparty na państwowej własności okazał się nieskuteczny w zaspokajaniu ludzkich potrzeb.” Dodał jeszcze „Nie przypadkiem więc w polskiej konstytucji zapisano gwarancje dla gospodarki opartej na rynku i prywatnej własności.”
Jakoś w tej obronie prywatnej własności zupełnie umknęła autorowi sytuacja, że zaniechanie spłaty bankowego, hipotecznego kredytu kończy się wyrzuceniem niedoszłych właścicieli na bruk.
Jeżeli niewinny w sumie projekt, pozbawiony ideologicznej otoczki, wymagający zapewne licznych analiz, być może poważnych zmian albo nawet zarzucenia, wywołał taką furię, to nie trudno sobie wyobrazić jaki stosunek do poważnych, systemowych propozycji, nie tylko zresztą lewicy, może mieć Maziarski. Tym samym dał stanowczy odpór poszukiwaniom bardziej udanej, po pandemii, rzeczywistości.
Na prawo,
bo z braku lepszego określenia „rządzącą pisowską sitwę” nazywa „prawicą”, i na podstawie powszechnie znanych przykładów dokonuje jej zasadnej krytyki. I na to ostatnie zgoda, acz cała ta konstrukcja z przeciwstawnymi sobie lewicą i prawicą jest pozbawiona nie tylko poznawczego, ale i logicznego sensu.
Używając słów Maziarskiego, nazywanie Prawa i Sprawiedliwości prawicą jest dla niej obelgą, a przywłaszczenie przez Kaczyńskiego tego określenia w nazwie Zjednoczona Prawica kolejnym nadużyciem. Rzeczywista prawica w suwerennym państwie, abstrahując od jej społeczno-ekonomicznych paradygmatów, była na ogół propaństwowa i przestrzegająca norm prawa, jakie by ono nie było, natomiast PiS potraktował państwo jak swój feudalny folwark, a obowiązujące prawo jak świstek zbędnego papieru.
Budowanie symetryzmu lewica – PiS, przez Maziarskiego, jest także najzwyklejszą manipulacją, gdyż to lewica dziś w Polsce, poza swoim społeczno-ekonomicznym programem, stoi na gruncie obowiązującej Konstytucji z wolnym rynkiem i prywatną własnością, praworządnego państwa, swobód obywatelskich, w odróżnieniu od partii Kaczyńskiego.
Nie można zrozumieć tego elementarnego braku wiedzy i sposobu rozumowania, chyba, że tłumaczy go obrona przebrzmiałych idei oraz nienawiść do współczesnych priorytetów polskiej lewicy, które są widocznie na tyle atrakcyjne, że świat Maziarskiego czuje się zagrożony.
„Po każdym wielkim wydarzeniu
histo­rycznym – kontynuuje Maziarski – wmawiano nam – czy też wma­wialiśmy sami sobie – że teraz już świat będzie inny niż wcześniej. Po każdej dżu­mie, czarnej ospie, hiszpance. Po każdej wojnie mówiliśmy: „Nigdy więcej wojny”…Po upadku komunizmu miały się nie odro­dzić kolektywistyczne ideologie…I co?”
Ta pozornie słuszna argumentacja, oparta na zdroworozsądkowej, potocznej wiedzy, napotyka jednak na zasadniczą przeszkodę, jaką jest trwający, a czasem przyśpieszający, proces ewolucyjnych zmian tak w przyrodzie jak i cywilizacji, czyli naszego świata, który ulega ciągłym przemianom. Nawet wydarzenia o pozornie nadzwyczajnym charakterze w przyrodzie, jak i w ludzkich poczynaniach, w rzeczywistości narastały w ewolucyjny sposób. Obrazowo: wielka powódź mogła się wydarzyć poprzez zablokowanie nurtu rzeki przez podmywane przez dziesięciolecia stoki skalne, a jakiś ustrojowy przełom był wynikiem rodzącego się, także przez dziesięciolecia, buntu i społecznego niezadowolenia. Natomiast eskalacja tych procesów dokonuje się poprzez wydarzenia wyjątkowe, takie jak np. gwałtowna zmiana klimatu czy klęska ponoszona przez carską Rosję w czasie I światowej wojny, która przyśpieszyła kolejne rewolucje: lutową i październikową. A obecnie przez trwającą pandemię.
Odpowiedzią jest także artykuł dr Adama Izdebskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego na portalu „Kultura Liberalna” Nr 593 z 18 maja 2020 r. pt. „Pożytki z katastrofy, czyli co wynika z historycznych kryzysów”: „to, co jest dla wielu niespodziewanym efektem albo zaskoczeniem przy okazji pandemii koronawirusa, czyli ogromne zróżnicowanie w jej społecznych kosztach, jest dla historyka środowiskowego jej oczywistym skutkiem. Może zatem warto na tyle, na ile to możliwe, przygotować się do tego zawczasu, zanim przyjdzie kolejna pandemia, trwająca tygodniami fala upałów albo wieloletnia susza. A przyjdą… Przyglądanie się kryzysom przyrodniczym z przeszłości… jest jednym z lepszych sposobów na to, żeby przewidywać złożoność czekających nas wyzwań i być na nie przygotowanym.”
Dodać jeszcze należy, że w pojęciu „inny świat” nie jest zawarta a priori jakakolwiek ocena przyszłości – jedni liczyć i dążyć będą do programów naprawczych czy też zasadniczych przemian, inni do walki o obecne status quo, pozostali pogodzą się niejako z „determinizmem” zjawisk przyrodniczych i społecznych, natomiast, jak chce Maziarski, o żadnej „świetlanej przyszłości” nie ma tu mowy.
Kończy swoje wywody
autor z „GW”: „Świat po koronawirusie nie będzie już taki sam jak przed nim – to hasło ma podsycać panikę i budować prze­konanie, że w obliczu nieuchronne­go kataklizmu tylko wypowiadają­cy te słowa ma niezawodną receptę na zbawienie. Powinniśmy więc ślepo mu zawierzyć i iść w kierunku, który nam wskazuje.”
To hasło nie podsyca żadnej paniki, bo wystarczająco dużą przynoszą zbyt liczne niezborne i nieodpowiedzialne decyzje rządowe. Nie buduje żadnego przekonania, że ktoś posiada receptę na zbawienie, bo jedyną i nadzwyczaj skuteczną mają tylko robiący interesy na pandemii. Wywołuje natomiast, w obliczu masowego zagrożenia ludzkiego życia i równie wielkiej bojaźni o byt milionów ludzi, najzwyklejsze pytanie: Czy tak musiało się stać i co zawiodło?
Zadają je sobie zapewne obywatele Stanów Zjednoczonych – największej potęgi ekonomicznej świata – których dotknęła już śmierć 100 tysięcy osób i pracy pozbawiła dziesiątki milionów oraz Polski, w której spłaszczona pandemia zabrała ponad 1000 obywateli i zlikwidowała dziesiątki tysięcy firm A od takiego pytania wiedzie prosta droga do poszukiwania nie tylko winnych – mechanizmów rządzących tym światem – ale i wypatrywania rady na przyszłość. I takiej zmiany, która jest w stanie chronić ludzi w pandemicznej czy podobnej sytuacji.
„Demokratyczne państwo,
które kieruje się zasadami sprawiedliwości społecznej – to słowa Izdebskiego – powinno starać się przewidywać, które grupy społeczne poniosą koszty dostosowania się do nadchodzącej katastrofy…zanim…nadejdą ekstremalne wydarzenia pogodowe, które zachwieją naszą codziennością i obiegiem gospodarczym co najmniej tak silnie jak koronawirus.” Nie wiem jakim kolejnym epitetem określił by autora tych słów Wojciech Maziarski, ale może przynajmniej uważnie przeczyta opinię prof. Waltera Scheidela z Uniwersytetu Stanforda („Newsweek”, 25-31.05,2020).
Profesor udowadnia,
czemu Maziarski z niewiedzy zaprzecza, że minione epidemie czarnej śmierci czy też dżumy miały bardzo daleko idące skutki społeczno-polityczno-ekonomiczne i przyczyniły się do wielu istotnych przekształceń.
Co prawda nie wierzy w możliwe dziś tak daleko idące zmiany, ale „Jeśli wirus nie zostanie opanowany lub załamanie gospodarcze okaże się mimo wszystko trwalsze, konieczne będzie sięg­nięcie po radykalniejsze środki. Będzie więcej interwencji państwa w sektor pry­watny, więcej nacjonalizacji, więcej regu­lacji biznesu. Podwyższone zostaną też podatki, żeby zatkać coraz większe dziury w budżecie albo z powodów politycznych, bo wyborcy będą się domagali większej sprawiedliwości społecznej. Sektor zdro­wia może zostać głęboko przekształcony Zapewniona zostanie większa ochro­na bezrobotnym i ludziom stanowiącym część prekariatu. Jeśli będzie napraw­dę źle, idea minimalnego gwarantowane­go dochodu wejdzie do głównego nurtu i zostanie wprowadzona w życie…
Największe zróżni­cowania
będzie można zobaczyć w grupie krajów bogatych. W Skandynawii nie­wiele się zmieni, bo już teraz mają tam państwo dobrobytu, wysokie podatki. Pa­radoksalnie to demokracje, w których są największe nierówności – takie jak USA, Wielka Brytania czy Australia – mogą doświadczyć najdalej idących zmian, bo tam jest najwięcej do nadrobienia. Naj­bardziej gwałtowny charakter te zmiany będą miały w USA.”
O tym ile jest w Polsce do nadrobienia lepiej nie pisać, bo każdy, poza Wojciechem Maziarskim, tego doświadczył, a więc wie.

Księga Wyjścia (23) Ballada o tym co ważne

W XIX wieku, francuski pisarz i dziennikarz Leon Paul Blouet twierdził, że wścibstwo jest wspólną cechą Amerykanów. W przedziale pociągu, którym akurat jechał naprzeciwko siadła ubrana w żałobną czerń kobieta. Siedzący obok Amerykanin zapytał: „Straciła ojca, czy matkę?”. Kobieta zaprzeczyła, ale niezrażony mężczyzna drążył dalej: „To w takim razie syn lub córka?”. „Nie, proszę pana, właśnie zmarł mój maż” – odpowiedziała. „Mąż, powiada pani? A spadek zostawił przyzwoity?” – dopytywał. Kobieta wyraźnie oburzona wyszła zmieniając przedział. Amerykanin odwrócił się do współpasażera słowami: „Trochę zarozumiała, prawda?”.

Według Francuza zachowanie owego Amerykanina nie miało znamion chamstwa, chciał okazać życzliwe zainteresowanie. Według Bloueta to był dobry człowiek.
Podczas jednego z wykładów prelegent opowiedział pewną historię. Jadący autobusem ojciec z synem stanęli obok człowieka, który był bez nogi. W pewnym momencie dziecko szarpie ojca za rękę mówiąc: „Tato, tato, ten pan nie ma nogi!”. Skonfundowany ojciec zaczął uciszać syna, mówiąc, że nie można tak mówić, że nie wypada, na co dziecko zapytało: „Dlaczego, czy ten pan o tym nie wie?”.
Zestawiłem sobie te dwie historie z naszym powszednim wścibstwem i hipokryzją, doszedłem do wniosku, że zamiast swoim, to bardziej zajmujemy się życiem innych. Poza plecami oczywiście.
„Gdy Polacy zastanawiają się jak żyć, Francuzi po prostu żyją” –powiedział mi kiedyś mój kolega Marek, podczas jednej z naszych rozmów, gdy byłem u niego w Lyon. „To prawda” – pomyślałem. To tak jakby stać z młotkiem w jednym ręku i gwoździem w drugim i drapiąc w głowę zastanawiać się jak go wbić, zamiast po prostu wbić.
Podobnie jest z życiem O ile zastanawiamy się nad własnym życiem, doskonale wiemy jak powinni żyć sąsiedzi. Śmiałem się kiedyś, że gdybyśmy wiedzieli co za ścianą o nas mówią, to ze wstydu nie wychodzilibyśmy z domów. Nikogo się tak fajnie nie obgaduje jak sąsiadów – mieszanka obserwacji z bujną wyobraźnią i szczyptą zazdrości, czynią z nas prawdziwych ekspertów od życia wszystkich znajomych.
Za kilka dni przyjeżdża do mnie na tygodniowe wakacje mój trzynastoletni syn. Mimo że jesteśmy w stałym kontakcie, to już wpadam w panikę, bo nie bardzo wiem jakie atrakcje mu tym razem zapewnić. Gdy miał sześć, siedem lat, największą frajdą było bieganie pod prąd ruchomymi schodami – doskonale pamiętam jak się kiedyś wypieprzyłem, ale na szczęście niegroźnie, skończyło się wiec na śmiechu i kilku otarciach, zajmowaliśmy się wybijaniem taktów na koszach na śmieci, spacerem nad Wisłę i puszczaniem po wodzie kaczek z kamieni. Jeszcze niedawno zabierałem go na spacer i łaziliśmy od świtu do zmierzchu rozmawiając o wszystkim i o niczym.
Teraz jest już w tzw. wirtualnym wieku i mam obawy, czy zdołam zainteresować go prozaicznym lasem, polaną na której można położyć się i gapiąc w niebo gadać o wszystkim. O wszystkim poza polityką i – co gorsze – w realu. Rok temu jeszcze jakoś sobie radziłem, ale teraz, gdy gadamy przez telefon coraz częściej rozmowy schodzą na temat najnowszych gier. Stąd ta moja trema.
Do niedawna cieszyłem się z tego, że udaje mi się pisać felietony unikając bieżących komentarzy politycznych. Piszą o tym wszyscy i każdy tekst jest parafrazą innego, a wszystkie i tak są takie same, tylko ubrane w inne słowa, akcentowane stosownie do odbiorcy, którego przekonania i tak są już wyrobione i nienaruszalne.
Opierałem się tylko do czasu. Choć tak bardzo chciałem powiedzieć, a nawet wykrzyczeć, że polityka nie jest tego warta, nasze zaangażowanie jedynie napędza polityków, którzy odgrywają ten teatr jedynie dla poklasku i na własny użytek, tylko po to by o nich pamiętano. Jak niespełnieni, kiepscy aktorzy, łapiący się brzytwy, by tylko zaistnieć uderzając w najniższe emocje. Najłatwiej w nienawiść.
Odnoszę wrażenie, że niektóre afery wypuszcza się celowo, żeby przykryć coś znacznie gorszego. Kościół jest ostoją rządzących, bez jego wsparcia nie wygraliby żadnych wyborów. A co by się stało ,gdyby nagle instytucja ta skompromitowała się na tyle, że musiałaby zniknąć z przestrzeni społecznej? Tragedia dla rządzących. Mam na myśli kościół polski, który niewiele ma już wspólnego z Watykanem.
Mimo, że śmieszą mnie spiskowe teorie, to jakim cudem media „zapomniały” o aferze pedofilskiej, która jest przestępstwem, a rzuciły się na latanie samolotem marszałka Kuchcińskiego, co z kolei świadczy o jego małości, kompleksach i chęci zaimponowania rodzinie czy znajomym. Zwolennikom spiskowych teorii podsunę, że może jest to celowe działanie władz i kościoła, by odwrócić uwagę od innej afery. Prowadzi to do smutnego wniosku, że milszy człowiekowi własny portfel, którego i tak nie widział, niż dobro dzieci.
Fakt, z pieniędzmi kontakt ma każdy, z dziećmi niekoniecznie. O ile afera pedofilska wywołała ogromne oburzenie, ale też równie szybkie zapomnienie, bo to przecież można ją odłożyć na później. To nie ucieknie, teraz trzeba tropić podróże marszałka, bo wybory się zbliżają, a pieniędzy wydanych na kosztowne, rodzinne, podniebne fanaberie społeczeństwo nigdy nie daruje. Te dwie sprawy powinny iść równolegle, a nie wzajem wypierać się z przestrzeni medialnej. A tak się właśnie dzieje.
Kiedy wracam pamięcią do chwil spędzonych w szpitalu czy na leczeniach zastanawiam się, gdzie jest lepiej i prawdziwiej. W szpitalu, odtruciu, detoksie. Gdzie polityka jest na ostatnim miejscu jakiejkolwiek rozmowy.
Gdy pacjent dojdzie już jako tako do siebie i zaczyna tworzyć relacje z innymi, powstają grupy wspólnych znajomych, sympatii lub innych zależności, ale nigdy nie jest to polityka.
Nie determinowała ona życia, tak jak to się stało zaraz po wyjściu. Odniosłem wrażenie, że przestaliśmy rozmawiać. Jeszcze jakiś czas temu ludzie mówili: jestem apolityczny, albo: mam w dupie politykę. Teraz zamiast rozmowy wygłaszamy polityczne tyrady, zaczerpnięte od fejsbukowych mentorów, którym bezkrytycznie wierzymy, bezmyślnie powtarzając przeczytane opinie, niezależnie gdzie i z kim akurat przebywamy. Oduczyliśmy się rozmawiać o zwykłych, codziennych problemach i przenieśliśmy to wszystko na grunt polityki. A to musi rodzić frustrację, zebrane emocje nie mają ujścia. Zostaliśmy wciągnięci w grę, niezależnie czy tego chcemy, czy nie. Bo nawet jeśli nie chcemy, to znajdzie się jakiś poprawiacz naszego prywatnego życia i chcąc nie chcąc musimy pokazać mu granicę, której przekroczyć nie może. Chociaż próbuje. Asertywność dotyczy już nie tylko jednostki, ale całych grup społecznych. Tak jak w przypadku LGBT czy obcokrajowców.
Wygląda na to, że demokracja sie nie sprawdziła, stosunki międzyludzkie są coraz gorsze, na ulicach coraz mniej uśmiechu, a więcej nienawiści. Oczywiście polityków to cieszy, bo są na ustach wszystkich, a kampania za pasem, ale czy zdają sobie sprawę jakim kosztem? Demokracja ma tę wadę, że polityk – człowiek od którego zależy nasze życie – jest bezkarny, pozostaje bezkarnym nawet jeśli narobi głupot. Jeśli w wyniku jego szczucia ktoś popełni morderstwo. Wcześniej Gabriel Narutowicz, teraz Paweł Adamowicz.
Przyjmując argumenty przeciwników PRL, że system ten sie nie sprawdził, to również i tym bardziej nie sprawdził się kapitalizm, wolny rynek i demokracja.
Poluzowałem wodze fantazji i zacząłem się zastanawiać jak wyglądałoby nasze życie, jaki mielibyśmy wpływ na politykę kraju, gdyby posła można było odwołać. Bez specjalnych procedur, zwykłym głosowaniem, na wniosek iluś tam wyborców. I jeśli dostałby o jeden głos mniej niż liczba, którą otrzymał podczas wyborów, to traciłby mandat, a na jego miejsce mógłby wejść kolejny z listy, już żeby nie kombinować z tym D’Hondtem, na którego wszyscy narzekają, ale partia rządząca nigdy z niego nie zrezygnuje.
Jeśli padłaby taka propozycja, zaraz podniosłoby się larum, że ograniczyłoby to posłów przed podejmowaniem niepopularnych decyzji. Niepopularna decyzja, to taka, która jest sprzeczna z interesem obywateli, ale poseł jest przekonany o jej słuszności. Krótko mówiąc, niepopularna decyzja, to eufemizm decyzji szkodliwej dla obywatela. Musiałby więc taki poseł, albo posłużyć się kłamstwem, by przekonać ludzi, albo zagłosować zgodnie z wolą wyborców. Rolą posła jest reprezentowanie ludzi, dopiero rząd jest od tego, żeby się martwił, jak uchwaloną ustawę – nawet jeśli nie jest mu wygodna – wprowadzić w życie. Dopiero taki bat, skłoniłyby przedstawicieli narodu, by przestali eksperymentować na ludziach i wywiązywali się ze swoich obietnic.
Od najmłodszych lat wmawiają mi, że jest jakiś okres przejściowy, że zaciskanie pasa, kryzys, że najpierw gospodarka. Teraz okazuje się, że ta gospodarka poczyniła takie spustoszenie w przyrodzie, iż trzeba zacząć ten proces odwracać. To tak nieśmiało zapytam, jeśli całe życie był jakiś przejściowy kryzys i zaciskaliśmy pasa, by rozwinąć gospodarkę, którą teraz trzeba jak najszybciej zwinąć żeby nie doszło do katastrofy ekologicznej, to co z tym obiecanym dobrobytem?
Zgubiła nas wiara w demokrację i ten paradygmat ekonomii i gospodarki. Teraz możemy już tylko się spierać na gruncie światopoglądowym, z czego oczywiście politycy chętnie korzystają, bo to nie wymaga żadnych kwalifikacji, wystarczy tupet i pewna doza bezczelności. Doskonałe wiedzą, że przy urnach ludzie nie tyle kierują się rozumem, lecz emocjami.
Gdyby polityka ograniczyła się jedynie do samej administracji państwem, miałbym ją głęboko w nosie i najchętniej zrobiłbym coś, co było modne w latach osiemdziesiątych – spakował plecak i przeprowadziłbym się w Bieszczady. Dopóki jednak najważniejsze sprawy w kraju to walka z ludźmi o odmiennej orientacji seksualnej, dopóki zamiast istotnych spraw państwowych ich miejsce zajęła polityczna walka obyczajowa, trudno machnąć ręką i przejść obok tego obojętnie. To bardzo sprytne, polityka sama w sobie jest cholernie nudna, i pewnie gdyby nie wątek obyczajowy nikt specjalnie by się nią nie interesował. Lekki, nawet naciągany skandal obyczajowy dodaje jej smak, czyniąc z mdłej, błotnistej papki potrawę, którą jedzą wszyscy. Politycy zdają sobie z tego sprawę i podgrzewają atmosferę szczując jednych ludzi na drugich.
W tej sytuacji trudno milczeć, porzucić wszystko, machnąć ręka i zniknąć. Mam jakieś poczucie, że trzeba być na miejscu, by móc w każdej chwili stawić opór. Nie wiem gdzie, nie wiem jak, ale wiem, że trzeba. Takie natręctwo.
Żeby coś napisać trzeba mieć pomysł, żeby mieć pomysł – niektórzy nazywają to weną – musi coś zainspirować i dopiero na tej bazie można połączyć rożne fakty, zdarzenia. Czasami smutne, czasami śmieszne, ale jeśli wszędzie ludzie rozmawiają o tym samym, to gdzie czerpać te pomysły.
Komunikacja miejska jest doskonałym miejscem do obserwacji zachowań. Niektórych rozmów nie trzeba nawet podsłuchiwać, bo prowadzone są tak głośno, że doskonale słychać każde wypowiedziane słowo. A że jeżdżę ostatnio na krótkich trasach, to w większości współpasażerami są niewielkie grupy znajomych z jednej wsi.
„Co oni z tymi pieniędzmi robią” – usłyszałem kobiecy głos dochodzący z tyłu autobusu . „On zarabia trzy tysiące, ona bierze pięćset na dzieci, pewnie zaraz zaniesie księdzu, jakby było mu mało” – kontynuowała z zajadłością kobieta. Myślałem, że jakaś wojująca ateistka, ale po chwili rozmowa przeszła na temat jakiejś lokalnej parafii. Okazało się, że jest w niej aktywistką potępiająca „ideologię LGBT” i „kłamstwa” na temat pedofilii. Właśnie to doprowadziło mnie do wniosku, że pedofilię ludzie kościołowi wybaczą, zapomną lub uznają, że to nagonka wrażych środowisk politycznych, ale pieniędzy, nowych samochodów już nie.
To taki polski paradoks, sami zanoszą ostatni grosz, by później wypominać rozrzutne życie miejscowego proboszcza. Jeśli ktoś znajdzie sposób, by w przekonujący sposób wyjaśnić społeczeństwu w jaki sposób, jakie kwoty państwo transferuje do tej instytucji, może udałoby się w końcu odciąć te hubę od publicznych pieniędzy. To jedyna skuteczna możliwość, by pozbyć się tej instytucji z przestrzeni publicznej. Odciąć od pieniędzy.
Wysiadając spojrzałem na wspomnianą kobietę. Rzadko kiedy widzi się aż tyle nienawiści na
twarzy. W przeciwieństwie do oceny Bloueta, to nie była twarz dobrego człowieka, a owe
plotki nie miały nic wspólnego z troską czy życzliwym zainteresowaniem. cdn

Spacer

Jest piątek, piąta po południu, mroźno i śnieżnie, nieszczęsny prezydent nadmorskiego miasta wyrusza w swój ostatni spacer po mieście, którym – ku pożytkowi jednych, niepożytkowi – drugich, zarządzał od wielu lat.
Jego zabójca jest tego świadom, albo nie.
Wokół kraj podzielony na dwa nieprzyjazne plemiona, z których jedno oskarża drugie o kierowanie ręką, szalonego, ale wyjątkowo sprawnego i zdeterminowanego mordercy.
Przywołujemy dzień ostatniej wędrówki prezydenta Narutowicza, zastanawiamy się nad skruchą, co – być może – delikatnym muśnięciem dotknęła wówczas czoła zabójcy-malarza, wracają słowa niezapomnianego wiersza Juliana Tuwima, któregośmy uczyli się na pamięć w szkołach.
Toutes proportions gardees – prezydent Gdańska nie miał formatu Narutowicza, jego zabójca to nie Eligiusz Niewiadomski, a poety, co by ducha chwili wyraził z niezrównaną maestrią Tuwima – także brak.
2.
Przed laty, podobny, pożegnalny spacer po mieście odbyło blisko sto ofiar wypadku smoleńskiego. Także było zimno, także na ulice wyległy tłumy. Wśród zmarłych był i świetny aktor, i młodziutka stewardessa, i ostatni prezydent na uchodźstwie, i powstaniec warszawski, i legendarna pracownica stoczni..
Był także prezydent Polski.
3.
Obie te upiorne, bo ostatnie, wędrówki po miastach młodości mają ze sobą wiele wspólnego.
Ofiary prezydenckiego samolotu zginęły w czasie wyprawy, której celem było oddanie hołdu rozstrzelanym w Katyniu. Zanurzonym w lodowatym milczeniu przez bez mała półwiecze. Szlachetny był cel tej wyprawy, ale jakże tragiczne owoce.
Prezydent nadmorskiego miasta zginął w czasie radosnego koncertu o charakterze dobroczynnym.
Odczytać to można tylko jako głeboko ironiczny grymas zawsze nieprzewidywalnego Losu.

Jest i druga paralela.
I prezydent nadmorskiego miasta, i wielu pasażerów nieszczęsnego samolotu, co swój lot zakończył w błotach Smoleńska, pochodzili z tego samego politycznego obozu. Obozu, którego, ideowi przecież, uczestnicy, 4 czerwca 1989 roku postanowili swoją na nowo odzyskaną Ojczyznę, odbudować i umocnić.
Wspólnie.
4.
Taki był dalekosiężny zamiar. Niewiele się z niego ostało. Po 30 latach tragicznie bolesnej dla wielu przemiany zostawili kraj zadłużony, w znacznej części wyprzedany, tyle tylko, że pięknie – i na kredyt – odmalowany.
Nie to jednak najgorsze, a to, że z ich wspólności nie zostało nic poza wrogością. Tą wrogością, która podzieliła Polskę (tak mówili jedni), czy „ten kraj” jak zwykli nazywać drudzy, na „Ateny” i „Spartę” z czasów, gdy drogi tych antycznych wspólnot rozchodziły się.
5.
Zgodnie z pascalowskim zakładem, jeżeli istnieje Bóg i jeżeli podejmuje się On czasem wykonania gestów ostrzegawczych, to śmierć wszystkich wędrujących tak sennie, nieśpiesznie, chłodnymi ulicami miast ich młodości takim właśnie gestem jest:
– Przybliżcie się do siebie i popatrzcie na siebie tak jak patrzy się na siostry i braci, którym przyszło żyć w jednym, nieważne, że skromnym, ale wspólnym przecież jeszcze – domu.
Takim domu, gdzie okna na świat wprawdzie szeroko otwarte, ale domownicy przy wspólnym stole, w ciepłym świetle, zapalonej o zmierzchu, lampy. Jeżeli jeszcze potraficie.