Nienormalna normalność

bliższa jest niektórym, stąd nie widzą potrzeby zmiany świata i naszego kraju, zainfekowanego nie tylko przez COVID-19.

Pomimo licznych opinii płynących z odmiennych politycznych, ekonomicznych, społecznych czy też filozoficznych stron Wojciech Maziarski twierdzi, że świat po koronawirusie będzie taki sam jak przed nim („Na lewo. Na prawo. Ku świetlanej przyszłości” – „GW”, 21.05.2020). Swoje przekonanie buduje na polemice z przeszłością i pozornej historycznej analogii.
Na lewo,
to krytyka wypowiedzi Joanny Kusiak, która zaproponowała pomoc państwa osobom nie mającym możliwości, w związku z pandemią, spłaty kredytu mieszkaniowego. Państwo wykupywało by takie mieszkania, a następnie wynajmowało obecnym mieszkańcom, już tylko lokatorom. Pomysł jak pomysł, jak wiele innych, w czasach zarazy szukających przede wszystkim rożnych dróg pomocy i ratunku dla osób nią dotkniętych.
Ale nie dla Maziarskiego, który zrobił z tego wielkie larum typu PRL wraca, autorkę nazywając skrajną antykapitalistką („nazwałbym ją „komunistką ”, gdyby nie to, że słowo to stało się obelgą, podobnie jak „neoliberał”). Publicysta „Gazety Wyborczej” wykazał nie tylko czujność ortodoksy w obronie idealnego, jego zdaniem, ustroju, ale nadto pomylił następstwa i z przyczynami. Ostatnimi komunistami w naszym kraju byli członkowie przedwojennej Komunistycznej Partii Polski, a więc to określenie jest używane bez żadnej podstawy, jedynie jako następstwo, i swoista broń, w trwającej w Polsce wojnie politycznej. Natomiast od początku III RP liczne i wpływowe gremia realizowały neoliberalną politykę, a jej rozliczne skutki stanowią przyczynę obecnej, powszechnej krytyki. Zaprezentowany przez Maziarskiego symetryzm, jak się jeszcze raz jeden okaże, ma się tu jak pięść do nosa.
Wracając do oceny pomysłu p. Kusiak, to – czytamy – chce ona mieć znowu system upaństwowiony, „Głosicielom tej ideologii nie przeszkadza to, że nie zdała ona testu praktyki – system oparty na państwowej własności okazał się nieskuteczny w zaspokajaniu ludzkich potrzeb.” Dodał jeszcze „Nie przypadkiem więc w polskiej konstytucji zapisano gwarancje dla gospodarki opartej na rynku i prywatnej własności.”
Jakoś w tej obronie prywatnej własności zupełnie umknęła autorowi sytuacja, że zaniechanie spłaty bankowego, hipotecznego kredytu kończy się wyrzuceniem niedoszłych właścicieli na bruk.
Jeżeli niewinny w sumie projekt, pozbawiony ideologicznej otoczki, wymagający zapewne licznych analiz, być może poważnych zmian albo nawet zarzucenia, wywołał taką furię, to nie trudno sobie wyobrazić jaki stosunek do poważnych, systemowych propozycji, nie tylko zresztą lewicy, może mieć Maziarski. Tym samym dał stanowczy odpór poszukiwaniom bardziej udanej, po pandemii, rzeczywistości.
Na prawo,
bo z braku lepszego określenia „rządzącą pisowską sitwę” nazywa „prawicą”, i na podstawie powszechnie znanych przykładów dokonuje jej zasadnej krytyki. I na to ostatnie zgoda, acz cała ta konstrukcja z przeciwstawnymi sobie lewicą i prawicą jest pozbawiona nie tylko poznawczego, ale i logicznego sensu.
Używając słów Maziarskiego, nazywanie Prawa i Sprawiedliwości prawicą jest dla niej obelgą, a przywłaszczenie przez Kaczyńskiego tego określenia w nazwie Zjednoczona Prawica kolejnym nadużyciem. Rzeczywista prawica w suwerennym państwie, abstrahując od jej społeczno-ekonomicznych paradygmatów, była na ogół propaństwowa i przestrzegająca norm prawa, jakie by ono nie było, natomiast PiS potraktował państwo jak swój feudalny folwark, a obowiązujące prawo jak świstek zbędnego papieru.
Budowanie symetryzmu lewica – PiS, przez Maziarskiego, jest także najzwyklejszą manipulacją, gdyż to lewica dziś w Polsce, poza swoim społeczno-ekonomicznym programem, stoi na gruncie obowiązującej Konstytucji z wolnym rynkiem i prywatną własnością, praworządnego państwa, swobód obywatelskich, w odróżnieniu od partii Kaczyńskiego.
Nie można zrozumieć tego elementarnego braku wiedzy i sposobu rozumowania, chyba, że tłumaczy go obrona przebrzmiałych idei oraz nienawiść do współczesnych priorytetów polskiej lewicy, które są widocznie na tyle atrakcyjne, że świat Maziarskiego czuje się zagrożony.
„Po każdym wielkim wydarzeniu
histo­rycznym – kontynuuje Maziarski – wmawiano nam – czy też wma­wialiśmy sami sobie – że teraz już świat będzie inny niż wcześniej. Po każdej dżu­mie, czarnej ospie, hiszpance. Po każdej wojnie mówiliśmy: „Nigdy więcej wojny”…Po upadku komunizmu miały się nie odro­dzić kolektywistyczne ideologie…I co?”
Ta pozornie słuszna argumentacja, oparta na zdroworozsądkowej, potocznej wiedzy, napotyka jednak na zasadniczą przeszkodę, jaką jest trwający, a czasem przyśpieszający, proces ewolucyjnych zmian tak w przyrodzie jak i cywilizacji, czyli naszego świata, który ulega ciągłym przemianom. Nawet wydarzenia o pozornie nadzwyczajnym charakterze w przyrodzie, jak i w ludzkich poczynaniach, w rzeczywistości narastały w ewolucyjny sposób. Obrazowo: wielka powódź mogła się wydarzyć poprzez zablokowanie nurtu rzeki przez podmywane przez dziesięciolecia stoki skalne, a jakiś ustrojowy przełom był wynikiem rodzącego się, także przez dziesięciolecia, buntu i społecznego niezadowolenia. Natomiast eskalacja tych procesów dokonuje się poprzez wydarzenia wyjątkowe, takie jak np. gwałtowna zmiana klimatu czy klęska ponoszona przez carską Rosję w czasie I światowej wojny, która przyśpieszyła kolejne rewolucje: lutową i październikową. A obecnie przez trwającą pandemię.
Odpowiedzią jest także artykuł dr Adama Izdebskiego z Uniwersytetu Jagiellońskiego na portalu „Kultura Liberalna” Nr 593 z 18 maja 2020 r. pt. „Pożytki z katastrofy, czyli co wynika z historycznych kryzysów”: „to, co jest dla wielu niespodziewanym efektem albo zaskoczeniem przy okazji pandemii koronawirusa, czyli ogromne zróżnicowanie w jej społecznych kosztach, jest dla historyka środowiskowego jej oczywistym skutkiem. Może zatem warto na tyle, na ile to możliwe, przygotować się do tego zawczasu, zanim przyjdzie kolejna pandemia, trwająca tygodniami fala upałów albo wieloletnia susza. A przyjdą… Przyglądanie się kryzysom przyrodniczym z przeszłości… jest jednym z lepszych sposobów na to, żeby przewidywać złożoność czekających nas wyzwań i być na nie przygotowanym.”
Dodać jeszcze należy, że w pojęciu „inny świat” nie jest zawarta a priori jakakolwiek ocena przyszłości – jedni liczyć i dążyć będą do programów naprawczych czy też zasadniczych przemian, inni do walki o obecne status quo, pozostali pogodzą się niejako z „determinizmem” zjawisk przyrodniczych i społecznych, natomiast, jak chce Maziarski, o żadnej „świetlanej przyszłości” nie ma tu mowy.
Kończy swoje wywody
autor z „GW”: „Świat po koronawirusie nie będzie już taki sam jak przed nim – to hasło ma podsycać panikę i budować prze­konanie, że w obliczu nieuchronne­go kataklizmu tylko wypowiadają­cy te słowa ma niezawodną receptę na zbawienie. Powinniśmy więc ślepo mu zawierzyć i iść w kierunku, który nam wskazuje.”
To hasło nie podsyca żadnej paniki, bo wystarczająco dużą przynoszą zbyt liczne niezborne i nieodpowiedzialne decyzje rządowe. Nie buduje żadnego przekonania, że ktoś posiada receptę na zbawienie, bo jedyną i nadzwyczaj skuteczną mają tylko robiący interesy na pandemii. Wywołuje natomiast, w obliczu masowego zagrożenia ludzkiego życia i równie wielkiej bojaźni o byt milionów ludzi, najzwyklejsze pytanie: Czy tak musiało się stać i co zawiodło?
Zadają je sobie zapewne obywatele Stanów Zjednoczonych – największej potęgi ekonomicznej świata – których dotknęła już śmierć 100 tysięcy osób i pracy pozbawiła dziesiątki milionów oraz Polski, w której spłaszczona pandemia zabrała ponad 1000 obywateli i zlikwidowała dziesiątki tysięcy firm A od takiego pytania wiedzie prosta droga do poszukiwania nie tylko winnych – mechanizmów rządzących tym światem – ale i wypatrywania rady na przyszłość. I takiej zmiany, która jest w stanie chronić ludzi w pandemicznej czy podobnej sytuacji.
„Demokratyczne państwo,
które kieruje się zasadami sprawiedliwości społecznej – to słowa Izdebskiego – powinno starać się przewidywać, które grupy społeczne poniosą koszty dostosowania się do nadchodzącej katastrofy…zanim…nadejdą ekstremalne wydarzenia pogodowe, które zachwieją naszą codziennością i obiegiem gospodarczym co najmniej tak silnie jak koronawirus.” Nie wiem jakim kolejnym epitetem określił by autora tych słów Wojciech Maziarski, ale może przynajmniej uważnie przeczyta opinię prof. Waltera Scheidela z Uniwersytetu Stanforda („Newsweek”, 25-31.05,2020).
Profesor udowadnia,
czemu Maziarski z niewiedzy zaprzecza, że minione epidemie czarnej śmierci czy też dżumy miały bardzo daleko idące skutki społeczno-polityczno-ekonomiczne i przyczyniły się do wielu istotnych przekształceń.
Co prawda nie wierzy w możliwe dziś tak daleko idące zmiany, ale „Jeśli wirus nie zostanie opanowany lub załamanie gospodarcze okaże się mimo wszystko trwalsze, konieczne będzie sięg­nięcie po radykalniejsze środki. Będzie więcej interwencji państwa w sektor pry­watny, więcej nacjonalizacji, więcej regu­lacji biznesu. Podwyższone zostaną też podatki, żeby zatkać coraz większe dziury w budżecie albo z powodów politycznych, bo wyborcy będą się domagali większej sprawiedliwości społecznej. Sektor zdro­wia może zostać głęboko przekształcony Zapewniona zostanie większa ochro­na bezrobotnym i ludziom stanowiącym część prekariatu. Jeśli będzie napraw­dę źle, idea minimalnego gwarantowane­go dochodu wejdzie do głównego nurtu i zostanie wprowadzona w życie…
Największe zróżni­cowania
będzie można zobaczyć w grupie krajów bogatych. W Skandynawii nie­wiele się zmieni, bo już teraz mają tam państwo dobrobytu, wysokie podatki. Pa­radoksalnie to demokracje, w których są największe nierówności – takie jak USA, Wielka Brytania czy Australia – mogą doświadczyć najdalej idących zmian, bo tam jest najwięcej do nadrobienia. Naj­bardziej gwałtowny charakter te zmiany będą miały w USA.”
O tym ile jest w Polsce do nadrobienia lepiej nie pisać, bo każdy, poza Wojciechem Maziarskim, tego doświadczył, a więc wie.