Ile unii w Unii?

Polski skansen w regionalnym parku neoliberalizmu. Jaką i którą Unię ma popierać lewica?

Stosunek polskich partii do UE jest przedłużeniem ich usytuowania na rodzimej scenie politycznej. Zjednoczona Prawica uwielbia finansowe pieszczoty, ale nie chce spełnić wszystkich oczekiwań dobroczyńcy. Boi się tego, że polska dusza podszyta jezuickim konwiktem ulegnie pokusom „cywilizacji śmierci”, przestanie uważać wójta (Pcimia), pana (prezesa) i plebana za wyrocznię nie tylko w sprawach światopoglądowych. Formacje liberalne, PO i Polska 2050, podążają za Komisją Europejską jak za panią matką. Podpowiada ona, jak się właściwie zachowywać na salonach bogatego Zachodu: potępiać wschodnich satrapów, wielbić wujka Sama, prowadzić „rozsądną” politykę wobec biznesu. A jaki powinien być stosunek lewicy do obecnej formy ustrojowej UE i polityki jej technokracji? UE ma bowiem dla każdego zarazem coś przyjemnego i coś przykrego. Przypomina tradycyjną rosyjską matrioszkę – mieści się w niej kilka unii. Którą popierać, a którą reformować zgodnie z potrzebami własnego elektoratu i celami dalekosiężnymi lewicy? Bo można się obawiać, że zdesperowana prawica użyje wspólnotowych środków do budowy sieci biznesów, firm, fundacji oplatających mackami krwioobieg gospodarki, uzależni od własnych decyzji funkcjonowanie poszczególnych dziedzin życia społecznego. Dopiero wtedy pojawią się autentyczni wyklęci, zwłaszcza kiedy ich majątek nie będzie szedł w parze z patriotyzmem a la Obajtek. Dopóki firmy z obszaru UE będą mogły działać bez większych przeszkód – wzięcie w karby polskiego pracownika i obywatela nie będzie specjalnie przeszkadzać unijnym szafarzom.

Nieodrodna córa ordoliberała

Integracja w Europie dokonuje się w postaci swobodnego przepływu towarów i kapitału, do pewnego stopnia pracowników. Słowem, to rynek koordynuje aktywność gospodarczą. Ten mechanizm koordynacji wspomaga częściowo integracja polityczna, na dodatek bez demokratycznej kontroli ciała wykonawczego, czyli Komisji Europejskiej. Jak dotąd UE stanowi, według określenia historyka Jerzego Krasuskiego, „gigantyczną operację politycznego przejęcia” ogromnego obszaru gospodarczego i poddania go korzystnej dla biznesu polityce pieniężnej, fiskalnej, a także sposobu finansowania deficytu budżetowego.

Korzenie UE to Europejska Wspólnota Węgla i Stali, alians przemysłu ciężkiego, producentów aut, elektroniki, a potem także farmerów. Celem aliansu była polityka cen. Chodziło o to, by wyeliminować konflikty i konkurencję między „narodowymi” firmami, bo ich rywalizacja przyczyniła się do obu wojen światowych. Dlatego, zdaniem Janisa Warufakisa, w unijnym DNA zapisany jest technokratyczny styl zarządzania kartelem. Istnieje w niej tylko specjalizacja produkcyjna, możliwość lokowania inwestycji, eksportu, a także wspólna waluta w Eurolandzie. Ład instytucjonalny europejskiej wspólnoty jest niedźwiedzią przysługą niemieckich ordoliberałów. Negocjatorem Traktatu Rzymskiego był jeden z ordoliberałów Alfred Müller-Armanak, pierwszym przewodniczącym Komisji Europejskiej był Walter Hallstein (1958-1967), a komisarzem do spraw konkurencji Hans von der Groeben (1958-1967). Stworzyli oni prawne ramy dla funkcjonowania wspólnego rynku i stabilności pieniądza. To ważna okoliczność dla lewicy, ponieważ nie były to inspiracje socjaldemokratycznym reformizmem. Socjaldemokraci niemieccy już w 1955 r. słowami ówczesnego ideologa Karla Schillera uznali przewagę konkurencyjności w dewizie: „Konkurencji tyle, ile możliwe, planowania tyle, ile konieczne”. Ewolucję doktryny potwierdził słynny zjazd w Bad Godesbergu w 1959 r., na którym socjaldemokraci podpisali akt kapitulacji. Uznali bowiem prywatną własność środków produkcji i gospodarkę rynkową jako datum funkcjonowania w systemie. Gospodarka rynkowa staje się „społeczna”, kiedy państwo stwarza odpowiadające jej społeczeństwo, złożone z odpowiedzialnych jednostek. A przecież może tu chodzić o inne rozumienie jej społecznego charakteru. Społeczna czyli nastawiona na wytwarzanie wartości użytkowych niezbędnych do umiarkowanie dobrego życia dla wszystkich. Dlatego powinna być regulowana, regulowana przez reprezentantów racjonalności ogólnospołecznej, w tym także przez pracowników i ich organizacje. Takie stanowisko zajęła Federacja Niemieckich Związków Zawodowych, DGB. Ponieważ zwyciężyła pierwsza koncepcja, Angela Merkel mogła oświadczyć w 2014 r., że „społeczna gospodarka rynkowa to coś więcej niż ład gospodarczy i społeczny. Jej zasady są ponadczasowe”. A więc żadna demokratyczna większość nie mogłaby ich zmienić, jak płci królowej Anglii. Również klonem Bundesbanku jest Europejski Bank Centralny. Nie może zaskakiwać przyjęcie w 2012 r. niemieckiej „złotej reguły” – 3 proc. deficytu budżetowego jako europejskiego kanonu. Ten układ instytucjonalny, zdaniem angielskiego ekonomisty Jana Toporowskiego, doprowadził do sytuacji, w której „Europa ma teraz bank centralny bez rządu i rządy bez banków centralnych”.

Obecne ramy prawne UE stanowią swoisty przekład na język prawa zaleceń doktryny neoliberalnej. Przekład ukazał się pod nazwą Traktat z Maastricht z 1992 r. Zabrania on rządom interwencji w gospodarkę, która może wpłynąć „na wymianę handlową między państwami członkowskimi” (art. 121). W unijnym panteonie króluje bogini konkurencyjności i bożek zdrowych finansów publicznych. Dlatego polityka społeczna i prawo pracy są podporządkowane „konkurencyjności gospodarki Unii” (art. 107). Zakazuje też celowego wspierania przez rządy strategicznych branż i przedsiębiorstw krajowych. Natomiast Karta Praw Podstawowych nie jest obligatoryjna, dlatego Polska podpisała odrębny protokół. Z kolei, Traktat Lizboński, obowiązujący od 2009 r., stawia za cel „trwały rozwój Europy, którego podstawą jest zrównoważony wzrost gospodarczy oraz stabilność cen, społeczna gospodarka rynkowa o wysokiej konkurencyjności”. Wszystko w uścisku Paktu Stabilności i Wzrostu z 2008 r.

Prymat polityki pieniężnej i nacisk na konkurencyjność z pominięciem bezpieczeństwa socjalnego Europejczyków zamknęły politykę gospodarczą państw w żelaznej klatce liberalizmu. Dotychczas wyłączona jest spod jej reguł tylko polityka rolna. Dlatego unii gospodarczej i monetarnej nie wspierała żadna wspólna polityka fiskalna i społeczna. Dopiero Fundusz Odbudowy po pandemii przewiduje wspólne zadłużenie państw tworzących Unię. Pojawił się też temat płacy minimalnej dla całej europejskiej przestrzeni gospodarczej. To pierwszy krok w stronę nowej płaszczyzny integracji – wspólnej polityki fiskalnej i socjalnej. W dalszej przyszłości w agendzie pojawi się zapewne kwestia przebudowy systemu podatkowego. Ze wspólnych funduszy może być finansowana przebudowa energetyki zgodnie z ideą Zielonego Ładu. Fundusz ten mogą powiększać wpływy z opodatkowania zwłaszcza amerykańskich kolosów teleinformatycznych oraz likwidacja rajów podatkowych. Powstaje tu pytanie o motyw tak wielkiego zaangażowania Komisji Europejskiej w przebudowę aparatu produkcyjnego. Czy chodzi tu tylko o to, by ograniczyć jego szkodliwość dla środowiska? Jeśli prawdą jest, że zarówno elektromobilność, jak i OZE przenoszą gdzie indziej ślad ekologiczny, to KE działa głównie w interesie kapitału pozwalając mu znaleźć nowe pole akumulacji przez inwestycje w kolejną generację maszyn i technologii. (zob. mój artykuł w Trybunie 40/2021).

Staro-nowa polska specjalność

Narodziny Eurolandu, do którego Polska nie należy, pozbawiły kraje członkowskie narzędzia makroekonomicznej polityki gospodarczej, jakim była możliwość dewaluacji waluty narodowej dla poprawy konkurencyjności eksportu. Skorzystała na tym gospodarka niemiecka, której konkurencyjność osłabiała mocna marka. Niemiecki eksport radykalnie wzrósł i daje obecnie dużą nadwyżkę bilansu płatniczego. Dodatkowo konkurencyjność wyrobów niemieckiej gospodarki zwiększyło osłabienie statusu pracownika. Po reformach rządu kanclerza Schroedera wydajność pracy na godzinę w Niemczech rosła w latach 1999-2011 o 1,2 proc. rocznie, natomiast płace realne (płace nominalne skorygowane o inflację) zaledwie o 0,7 proc. (za Heinerem Flassbeckiem). Dlatego niemieckie towary i usługi stały się tańsze o 25 proc. w stosunku do wyrobów gospodarek europejskiego Południa i prawie 20 proc. względem Francji. Na tym podłożu wyrósł ogromny kompleks przemysłowy – niemieckie Cesarstwo Przemysłowe, które np. już produkuje elektryczne samochody, tymczasem Polska tylko memy na ich temat. Prawica hołubi inne kompleksy, ale przede wszystkim chciałaby mieć „narodowe” czempiony pod partyjną kontrolą, by wykreowały nową warstwę rządzącą.

Ostateczny bilans poddania polskiej gospodarki regułom unijnym będzie zależał od tego, jaką formę przybierze integracja europejska. Jak dotąd udostępniliśmy wewnętrzny rynek i taniego, i wydajnego pracownika w stosunku do kosztów jego zatrudnienia, np. w r. 2018 koszty pracy stanowiły 2/3 jej wydajności. Ale też dzięki unijnym funduszom w kwocie 125 mld euro wypiękniały w miastach i miasteczkach ulice i kamienice. Tylko w roku 2018 otrzymaliśmy od UE, po odliczeniu składek, 11,5 mld euro. Do PRL los tak się szeroko nie uśmiechnął. Przedmiotem sporu jest miejsce, w którym znalazła się polska gospodarka w światowych łańcuchach produkcji i wartości dodanej.

Zdaniem Thomasa Piketty`ego Polska to teraz foreign owned country,skoro 60 proc. aktywów w polskim sektorze bankowym posiada zagraniczny kapitał, zagraniczne korporacje zatrudniają ponad 30 proc. polskich pracowników, tworzą 2/3 polskiego eksportu, i wytwarzają 42 proc. wartości dodanej. Ponadto, techniczne uzbrojenie pracy (wartość maszyn na jednego pracownika) jest dwu-trzykrotnie niższe niż w Niemczech.

Dlatego polska strategia narodowa musi uwzględniać trwałą obecność w UE, która jest trzecim centrum globalnego kapitalizmu. Nie może to być jednak rezerwuar taniej pracy montażowej dla zachodnich firm. Już 5,5 tys. niemieckich inwestorów znalazło w Polsce poddostawców i podwykonawców, tym łatwiej, że 96 proc. przedsiębiorstw to mikrofirmy, zatrudniające do 9 pracowników.

W tej sytuacji gorszy od inwestora niemieckiego byłby tylko jego brak. Chodzi teraz o świadomą politykę kraju przyjmującego zagraniczny kapitał, by przemieścić polskie firmy bliżej końcowych ogniw w łańcuchach produkcji i wartości dodanej. Dotychczas jest tak, że my produkujemy kadłuby np. autobusów, Niemcy uzbrajają je w nowoczesny napęd, nam pozostaje produkcja standardowych okien, niemieckie firmy wykorzystują najnowsze materiały. Tym bardziej, że na ziemiach „odzyskanych” przez PRL neoliberalna transformacja uśmierciła największe polskie (wcześniej niemieckie) zakłady – we Wrocławiu, Gorzowie, Szczecinie, Elblągu.

Unia autonomicznych jednostek.

Ustrój państw unijnych ma charakter demokratyczno-liberalny. Taki ustrój szanuje autonomię jednostki, w rezultacie –wolność debaty, pluralizm poglądów i postaw (moralności). W debacie liczą się argumenty, nie zaś dogmatyczne przekonania ugruntowane religijnie. Ponadto, bierze się pod uwagę skutki przyjmowanych rozwiązań, regulacji prawnych, jak one mogą wpływać na życie społeczne, „ile przynoszą szkód i pożytków oraz w jakim pozostają stosunku do naszej autonomii i prywatności”, pisze filozof Jan Hartman. W tej perspektywie progresywne Polki i Polacy uzyskują w UE silne wsparcie, by modernizować polski skansenu tradycjonalizmu kulturowego. Narzuca on jego rezydentom narodowo-katolicką tożsamość. Na dodatek, hierarchowie wspierani przez pisowskie państwo zastępują amboną akademicką katedrę, ich obsesje rugują wiedzę medyczną i jej osiągnięcia, np. w sprawie in vitro, biologii rozrodu. W tej perspektywie protest społeczny polskich kobiet jest kolejną fazą spóźnionej nowoczesności, wypierania religii przez moralność i coraz bardziej świeckie koncepcje dobrego życia. Obudzili się prawnukowie Oświecenia, którego w kraju bez mieszczaństwa i bez zwycięskiej reformacji nie było. Ani zakon prawicowych krzyżowców, ani hierarchowie narodowego kościoła, ani kordon propagandowy „narodowej” szczujni nie powstrzymają na dalszą metę tego naporu upodmiotowienia.

Unia republikańska i socjalna jako zadanie europejskiej lewicy

Lewica ma też inną koncepcję republiki niż liberałowie i narodowo-tradycjonalna prawica. Lewica dąży do harmonijnego połączenia praw obywatelskich, politycznych i socjalnych. Chciałaby stworzyć jednostce szanse aktywnego współudziału w kształtowaniu decyzji dotyczących całej wspólnoty, mimo partykularnych różnic interesów i poglądów. Natomiast liberałom chodzi głównie o ochronę przed państwem, jego zamachami na wolny rynek, np. w postaci norm środowiskowych czy przymusu podatkowego. Ten boli najbardziej, zwłaszcza kiedy nie pozwala ukraść pierwszego miliona, a później kolejnych – dzięki optymalizacji podatkowej czy emigracji zysków do rajów podatkowych. Liberał chroni wolność, lecz troskę o materialne warunki jej wykorzystania pozostawia „przedsiębiorczej” jednostce. Lewica zaś uważa, że wolność wymaga nie tylko odpowiednich ram prawnych, ale też materialnych warunków. Dopiero wówczas ludzie czują się nie tylko wolni, ale również bezpieczni, pisze niemiecka filozofka polityki Urlike Guérot. Chodzi tu o tworzenie takiej wspólnoty życia i pracy, która zapewni współpracę autonomicznych jednostek. Taka wspólnota była ideałem kontrkulturowego ruchu lat 60. Odrzucał on ideę hierarchii i formalnego przywództwa. Tworzył porządek oparty na współuczestnictwie. Jego zapleczem społecznym była młodzież dorastająca obywatelsko na uczelniach. Ślady tej koncepcji wspólnoty widać w sposobie zorganizowania partii Razem, ruchów miejskich czy małych zbiorowości na poziomie lokalnym. To umiejętnie zorganizowany ład łączący indywidualizm i samodzielność intelektualną swoich członków jako wartość ze wspólnym realizowaniem uzgodnionych celów. Przeciwieństwem takiej wspólnoty jest amerykański, mozaikowy model zatomizowanego społeczeństwa sukcesu materialnego za wszelka cenę. Mimo że Amerykanie stanowią 4,5 proc. ludności świata, wśród śmiertelnych ofiar COVID-19 co czwarty jest mieszkańcem tego kraju, i to w społeczeństwie, które ma dochód per capita blisko 65 tys. dolarów.

Zielony Ład to początek

W lewicowej perspektywie propozycja Zielonego Ładu nie zamyka listy pilnych zadań. Dalszy postęp integracji Wspólnoty Europejskiej wymaga nowych mechanizmów ustrojowych. Wskazuje je ogólnoeuropejski ruch DiEM25. Unia autonomicznych jednostek daje szanse działań na rzecz lepszej wspólnoty Europejczyków, w której stosunki wyzysku będą wypierane przez współpracę. Jej fundamentem będzie gospodarka podporządkowana nie logice zysku, tylko arytmetyce potrzeb społecznych. Do tego konieczne są mechanizmy demokratycznej kreacji i kontroli wspólnotowych organów władzy. Z czasem będzie to wybór reprezentantów opcji ideowo-programowych w skali całej wspólnoty. Kształtowanie wspólnoty republikańskiej wymaga strategicznych sojuszy. Języczkiem u wagi są specjaliści i klasy pracownicze – w administracji, w służbie zdrowia, wykonawcy usług dla biznesu (korposzczury). Chodzi o to, by harmonizowali oni indywidualny sukces materialny i zawodowy z solidaryzmem na rzecz polskiej wspólnoty życia i pracy, będącej częścią UE oraz częścią wspólnoty planetarnej wszystkich ludzi. Powstanie takiej wspólnoty wymaga istotnej korekty obecnego kursu, zarówno wytyczonego przez nadwiślańskich liberałów, jak i narodowo-konserwatywną prawicę. Wymaga przede wszystkim stworzenia autentycznej przeciwwagi dla biznesu w kraju i w całej UE. Wymaga też twórczej destrukcji modelu wyczynowego kapitalizmu, który wdrożyło, a teraz broni, państwo amerykańskie. Nie zbuduje Zachód takich murów, by zatrzymały pochód wykluczonych z Ameryki Łacińskiej, Azji, Afryki. Święte Przymierze Transatlantyckie musi wypracować modus vivendi z chińskim kolosem dla nowego modelu gospodarki – modelu, który powstrzyma destrukcję ziemskiego ekosystemu, a zarazem pozwoli uszczknąć więcej ze zdobyczy cywilizacji przemysłowej także mieszkańcom globalnego Południa. Prekariusze wszystkich krajów łączcie się.