PKO Ekstraklasa: Kluby już szykują się do transferów

Do otwarcia letniego okienka transferowego jest jeszcze trochę czasu, ale w klubach PKO Ekstraklasy już zaczęły się przymiarki do kadrowych roszad. Na razie przeważają informacje o odejściach zawodników, ale polowanie na nowych graczy już się zaczęło, lecz planowane ruchy kadrowe trzymane są w tajemnicy.

Dla przypomnienia – w zakończonych niedawno rozgrywkach naszej ekstraklasy triumfował zespół Legii Warszawa. Tytuł wicemistrzowski wywalczył Raków Częstochowa, a brązowy medal Pogoń Szczecin. Ponieważ ekipa Rakowa zdobyła też Puchar Polski, czwarty w tabeli Śląsk Wrocław w nowym sezonie zagra w kwalifikacjach europejskich pucharów. Ekstraklasę opuściła drużyna Podbeskidzia Bielsko-Biała. Od nowego sezonu ekstraklasa liczyć będzie 18 zespołów, ale w sezonie 2020/2021 rywalizowało jeszcze 16 drużyn, co oznacza, że rozegrano240 meczów. Wystąpiło w nich 489 zawodników, z których 190 to obcokrajowcy.
Po zakończeniu sezonu Legia ogłosiła, że latem z klubu odejdą: Mateusz Cholewiak, Radosław Cierzniak, Walerian Gwilia, Igor Lewczuk, Nazarij Rusyn i Artem Szabanow (koniec wypożyczenia z Dynama Kijów), Joel Valencia (koniec wypożyczenia z Brentford), Marko Vesović. Wszystko wskazuje, że latem odejdzie też Paweł Wszołek, który finalizuje transfer z Unionem Berlin. .
Raków Częstochowa pożegnał natomiast Dominik Holeca (Sparta Praga), Jarosława Jacha (Crystal Palace), Piotr Malinowskiego, Kamila Piątkowskiego (Red Bull Salzburg), Branislava Pindrocha i Petra Schwarza (Śląsk Wrocław). Pogoń Szczecin podziękowała za dalszą współpracę Adamowi Frączczakowi, Davidowi Stecowi i Tomasowi Podstawskiemu. Śląsk Wrocław z kolei pożegnał Gullermo Cotugno, Israela Puerto, Mathieu Scaleta, Dariusza Szczerbala i Macieja Wilusza.
Piast Gliwice z obecnej kadry jeszcze nikogo nie skreślił, podobnie jak Warta Poznań i Stali Mielec. Lechia Gdańsk odesłała do Anderlechtu Bruksela Kenny’ego Saiefa, a Zagłębie Lubin podało, że latem odejdą Jakub Bednarczyk (FC Sankt Pauli), Dorde Crnomarković (Lech Poznań), Samuel Mraz (SSC Napoli) i Miroslav Stoch. Jagiellonia odchudziła liczną kadrę żegnając się z Arielem Borysiukiem, Fernanem Ferreiroą, Andrejem Kadlecem, Maciejem Makuszewskim, Damianem Węglarzem i Kamilem Wojtkowskim. Górnik Zabrze oddał Michała Koja, a Lech Poznań Tomasza Dejewskiego, Niko Kaczarawę, Wasyla Krawenia, Tymoteusza Puchacza i Huberta Sobola (Wisła Kraków). Wisła Płock pozbyła się Airama Cabrery, Angela Garci, Giorgia Merebaszwiliego, Julio Rozdrigueza, Cilliana Sheridana i Alan Urygę.
Z Wisły Kraków odchodzą natomiast Vulnet Basha, Rafał Boguski, Łukasz Burliga, Jean Carlos Silva (Pogoń Szczecin), Souleymane Kone, David Mawutor, Zan Medved i Uros Radaković. Lokalny rywal wiślaków, Cracovia, „puściła w obieg” na razie Diego Ferraresso, Ivan Fiolicia, Jakuba Koseckiego, Dawida Szymonowicza, Tomasa Vestenicky’ego (Czajka Piesczanokopskoje).

PKO Ekstraklasa: Nie dali Hyballi dokończyć sezonu i Wisła Kraków skrzywdziła Piasta

Narastający od tygodni konflikt między Peterem Hyballą, a Jakubem Błaszczykowskim, który jest nie tylko piłkarzem Wisły Kraków, ale też jednym z właścicieli klubu, zakończył się w miniony piątek dymisją niemieckiego szkoleniowca.

To dziewiąta zmiana trenera w klubach ekstraklasy w tym sezonie, a druga w Wiśle Kraków. Krakowski klub o dymisji Petera Hyballi poinformował w piątek przed południem. „Strony podjęły decyzję, że niemiecki szkoleniowiec nie poprowadzi już zespołu w meczu przeciwko Piastowi Gliwice. Umowa została rozwiązana 14 maja 2021 roku, a ostatnie spotkanie ligowe ma stanowić początek nowej drogi obranej przez Wisłę. Dziękujemy trenerowi Hyballi za pracę na rzecz klubu i energię włożoną w wykonywanie swoich obowiązków! Życzymy powodzenia w dalszej karierze” – napisano w oficjalnym, komunikacie zamieszczonym na oficjalnej stronie internetowej „Białej Gwiazdy”. Dla 45-letniego niemieckiego trenera Wisła Kraków była czwartym zespołem, który samodzielnie prowadził. Wcześniej trenował piłkarzy holenderskiego NEC Nijmegen, słowackiej Dunajskiej Stredy oraz holenderskiego NAC Breda. Jego umowa z Wisłą obowiązywała do końca czerwca 2022 roku. Została rozwiązana za porozumieniem stron.
Hyballa pojawił się pod Wawelem w grudniu 2020 roku, by przejąć zespół po Arturze Skowronku. Na początku radził sobie nieźle. Jego relacje z zespołem i klubowymi działaczami popsuły się radykalnie dopiero po marcowej przerwie na reprezentację. Po wznowieniu rozgrywek wiślacy niespodziewanie w 23. kolejce przegrali z Podbeskidziem Bielsko-Biała (0:2), a następnie w kolejnych sześciu spotkaniach nie potrafili odnieść zwycięstwa: przegrali z Rakowem Częstochowa (1:2), Wartą Poznań (0:1), Zagłębiem Lubin (1:4) i Lechem Poznań (1:2), a bezbramkowo zremisowali w derbach Krakowa z Cracovią oraz na wyjeździe z Legią Warszawa. Dzięki remisowi Wisły Płock z Podbeskidziem w przedostatniej kolejce „Biała Gwiazda” mimo porażki z Lechem obroniła swój byt w ekstraklasie, ale zajęte przez nią miejsce w dole ligowej tabeli nie jest powodem do chwały dla ekipy 13-krotnych mistrzów Polski.
Na razie nie wiadomo, kto zastąpi Petera Hyballę. W ostatniej. 30. kolejce w wyjazdowym meczu z Piastem Gliwice zespół poprowadził Kazimierz Kmiecik i sensacyjnie wygrał 3:2.

Przed ostatnią serią spotkań kolejność na trzech czołowych miejscach w tabeli była już ustalona. Mistrzostwo Polski wywalczyła Legia Warszawa, wicemistrzostwo Raków Częstochowa, a brązowy medal przypadł Pogoni Szczecin. O czwartą lokatę, premiowaną udziałem w europejskich pucharach, walczyło w ostatniej kolejce kilka zespołów. Walkę wygrał Śląsk Wrocław, który wprawdzie tylko zremisował ze Stalą Mielec 1:1, ale skorzystał na nieoczekiwanej porażce Piasta Gliwice z Wisłą Kraków i w nowym sezonie zagra w kwalifikacjach Ligi Konferencji Europy. Z PKO Ekstraklasy do I ligi spadłą natomiast ekipa Podbeskidzia Bielsko-Biała.
Wyniki ostatnie, 30. kolejki PKO Ekstraklasy:
Cracovia – Warta Poznań 0:1
Jagiellonia Białystok – Lechia Gdańsk 2:1
Lech Poznań – Górnik Zabrze 1:1
Legia Warszawa – Podbeskidzie Bielsko-Biała 1:0
Piast Gliwice – Wisła Kraków 2:3
Pogoń Szczecin – Raków Częstochowa 1:3
Śląsk Wrocław – Stal Mielec 1:1
Wisła Płock – Zagłębie Lubin 4:0

PKO Ekstraklasa: Wisła pomogła Wiśle w utrzymaniu

W rozegranych w sobotę meczach 29. kolejki ekstraklasy Wisła Płock zremisowała z Podbeskidziem Bielsko-Biała 1:1, zapewniając nie tylko sobie utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale także imienniczce z Krakowa. Ekipa „Białej Gwiazdy” powinna być wdzięczna „Nafciarzom”, bo ze słabym Lechem Poznań przegrała u siebie 1:2.

Piłkarze Podbeskidzia po meczu z Wisłą Płock byli mocno przygnębieni. Dzięki remisowi płocczanie utrzymali nad bielszczanami przewagę pięciu punktów, co na kolejkę przed zakończeniem rozgrywek zapewniało im utrzymanie w ekstraklasie. „Nafciarze” tym wynikiem przysłużyli się też Wiśle Kraków, która w sobotę na swoim stadionie w kiepskim stylu przegrała z Lechem Poznań 1:2. Wiślacy mają na koncie tyle samo punktów co płocczanie (30), ale gorszy bilans bezpośrednich spotkań i dlatego w tabeli wylądowali na 14. miejscu. Za nimi są już tylko zespoły beniaminków – Stali Mielec (27 pkt) i Podbeskidzia (25), co oznacza, że w tym sezonie z ekstraklasy może spaść już tylko jeden z tych dwóch zespołów. Ale ani w Płocku, ani tym bardziej w Krakowie, nikt nie manifestował radości z faktu utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wypada jednak przypomnieć, że w poprzednim sezonie oba zespoły także zakończyły zmagania na miejscach tuż nad strefą spadkową. Rok temu z ligi spadły trzy zespoły (Arka Gdynia, Korona Kielce i ŁKS Łódź), a „Biała Gwiazda” wtedy również obroniła z trudem ligowy byt mając pięć punktów przewagi nad najlepszym z trójki zdegradowanych zespołów. Ekipa „Białej Gwiazdy” nie poczyniła więc przez te dwa lata żadnych postępów.
Trener Maciej Skorża ponad dekadę temu zdobył z krakowską Wisłą dwukrotnie mistrzostwo Polski, ale w sobotni wieczór na stadionie przy Reymonta nie mógł sobie pozwolić na sentymenty. Odkąd 12 kwietnia oficjalnie przejął ekipę „Kolejorza”, zespół pod jego wodzą zdążył rozegrać cztery ligowe spotkania, z których wygrał tylko jedno – z Lechią 3:0. Porażka z Rakowem 1:3 ujmy mu nie przynosi, bo wicelider ekstraklasy i tegoroczny zdobywca Pucharu Polski ma w tej chwili lepszą drużynę, ale już porażki z broniącymi się przed degradacją Podbeskidziem (0:1) i Stalą Mielec (1:2) doprowadziła w poznańskim klubie do wrzenia. Skorżę do furii doprowadziła zwłaszcza porażka z mieleckim zespołem, bo lechici stracili gole po wrzutach piłki z autu przez mielczan w końcówce spotkania. „To mi spędza sen z powiek. Ćwiczyliśmy ten wariant, bo wiedzieliśmy, że to wyrzuty z autu to jeden z atutów w grze Stali. Wcześniej siedem razy mój zespół poradził sobie z takimi zagraniami, a nie potrafił tego zrobić w decydujących momentach spotkania. Moi piłkarze mają problem z utrzymaniem koncentracji” – narzekał trener „Kolejorza”.
Chcąc pobudzić zespół do walki przed meczem z Wisłą Skorża odważnie zapowiedział, że w nowym sezonie będzie chciał poprowadzić lechitów do walki o podwójną koronę. Ostatni raz ekipa „Kolejorza” zdobyła mistrzostwo Polski w sezonie 2014/2015 roku, właśnie pod wodzą Skorży. Mecz z Wisłą miał dać odpowiedź, jak na deklaracje trenera zareagują piłkarze Lecha. Zareagowali chyba jak należy, bo już w 13. minucie „Kolejorz” objął prowadzenie po golu Mikaela Ishaka. Drugiego gola lechici strzelili już po przerwie, a trafienie w 61. minucie po strzale Pedro Tiby ostatecznie przypisano jako samobój obrońcy Wisły Serafina Szota.
Zespół Wisły do 72. minuty był dla ekipy Lecha tylko tłem. Wtedy trener Hyballa wprowadził na boisko Jakuba Błaszczykowskiego. Sześć minut później współwłaściciel „Białej Gwiazdy” i jej najbardziej znany i utytułowany piłkarz z rzutu wolnego zdobył kontaktową bramkę. Po strzeleniu gola Błaszczykowski pozwolił jednak sobie na pewną ostentację – podbiegł do ławki rezerwowych Wisły, ale ostentacyjnie ominął stojącego przy linii Hybalę i rzucił się w ramiona Kazimierza Kmiecika. To była oczywista manifestacja, bo jak wieść niesie niemiecki szkoleniowiec chciał usunąć Kmiecika ze sztabu szkoleniowego, na co zarząd klubu nie wyraził jednak zgody.
Wygląda na to, że to ju koniec ery Hyballi na Reymonta. Jeśli od 1 lipca zespół poprowadzi wujek Błaszczykowskiego Jerzy Brzęczek, dla nikogo raczej nie będzie to zaskoczeniem.

PKO Ekstraklasa: Święta wojna o przetrwanie

Takiej sytuacji nie było w Krakowie od 37 lat. Po raz ostatni Cracovia i Wisła podzieliły się punktami w obu derbowych potyczkach w sezonie 1983/1984. W obecnych rozgrywkach w rundzie jesiennej na stadionie „Pasów” przy Kałuży 1 był remis 1:1, a w rewanżu w sobotę na obiekcie „Białej Gwiazdy” także padł remis, tyle że bezbramkowy.

Stawka 201. „Świętej wojny” był dla obu zasłużonych dla polskiego futbolu krakowskich klubów trochę upokarzająca, bo Wisła i Cracovia w sobotni wieczór biły się o utrzymanie w ekstraklasie. Oba zespoły w tabeli są sąsiadami. „Biała Gwiazda” zajmuje po 27. kolejce 13. lokatę z dorobkiem 29 punktów, natomiast „Pasy” są o jedno miejsce niżej i mają na koncie jeden punkt mniej. Ostatnia w stawce Stal Mielec ma w dorobku 21 punktów i zaległe spotkanie z Rakowem Częstochowa, zaś przedostatnie Podbeskidzie Bielsko-Biała, które w 27. kolejce zdobyło komplet punktów pokonując Lecha Poznań, po stronie zysków ma 24. ligowe „oczka”. Nietrudno się zorientować, że ten z krakowskich zespołów, który w sobotę wygrałby 201. derby, de facto zapewniłby sobie utrzymanie. Przyznał to przed meczem trener Cracovii Michał Probierz. Na razie więc żadna z krakowskich drużyn alertu odwołać nie może, także Cracovia, która ostatnio zaczęła wychodzić z głębokiego kryzysu, czego efektem jest siedem zdobytych punktów w czterech ostatnich spotkaniach. Co istotne, drużyna Probierza przestała tracić bramki – z Legią zremisowała 0:1, z Wisłą Płock wygrała 1:0, a teraz z lokalną rywalką zremisowała 0:0. W trzech ostatnich kolejkach „Pasy” zmierzą się u siebie z Górnikiem, potem na wyjeździe z Lechią, a na koniec u siebie z Wartą.
„Biała Gwiazda” natomiast w meczu z Cracovią zdobyła pierwszy ligowy punkt od 21 marca, po serii czterech porażek z rzędu. Niemiecki trener wiślaków Peter Hyballa już od jakiegoś czasu przestał panować nad zespołem i wygląda na to, że jest już trafioną kaczką. Zła seria i słaba gra zespołu zachwiały pozycją Niemca. Hyballa przyjmuje krytykę. „Wymagam dużo od zespołu, ale też samokrytycznie biorę odpowiedzialność za te wyniki. Jak drużyna wygra mecz, to wszyscy się cieszą i każdy jest ojcem sukcesu, ale jak przegra, to tylko trener jest winny. Moi piłkarze to wiedzą i szefowie Wisły także. A co będzie dalej, zobaczymy” – ocenił swoja sytuację niemiecki szkoleniowiec.
Wisła nie strzeliła gola z gry w żadnym z czterech ostatnich meczów i derby pokazały, że nie był to przypadek. Pierwszy (i jedyny przed przerwą) celny strzał gospodarze oddali dopiero w 22. minucie, gdy po centrze Macieja Sadloka głową strzelił na bramkę „Pasów” Felicio Brown Forbes. Na więcej przeciwnicy do przerwy już wiślakom nie pozwolili. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Wiślacy walili głową w mur, a rywale czekali na prezent od losu. I w 67. minucie sędzia Bartosz Frankowski odgwizdał na ich korzyść „jedenastkę” za zagranie piłki ręką przez Macieja Sadloka. Nic to nie dało, bo wykonujący rzut karny Rumun Sergiu Hanca nie wykorzystał rzutu karnego.
W trzech ostatnich kolejkach Wisła zagra na wyjeździe z Legią, u siebie z Lechem i ponownie na wyjeździe z Piastem. O punkty będzie w tych spotkania więcej niż trudno. Inna sprawa, że Stal Mielec czekają mecze z Lechem w Poznaniu, z Legią u siebie i Śląskiem na wyjeździe, a Podbeskidzie walczyć będzie z Piastem na wyjeździe, Wisłą Płock u siebie i Legią na wyjeździe. A nie ulega wątpliwości, że właśnie jeden z pięciu ostatnich zespołów po 27. kolejce, czyli idąc od dołu Stal, Podbeskidzie, Cracovia, Wisła Kraków i Wisła Płock, po tym sezonie powędruje do niższej ligi. „Nafciarze” są w tej stawce najwyżej, ale mają tyle samo punktów co „Biała Gwiazda”, a przed sobą starcia z Lechią u siebie, Podbeskidziem na wyjeździe i Zagłębiem u siebie.
Piłkarze to ludek przesądny, więc pewnie po obu stronach krakowskich Błoń po nierozstrzygniętych potyczkach derbowych trwają teraz egzorcyzmy. A to dlatego, że gdy 36 lat temu „Święta wojna” pozostała bez rozstrzygnięcia przez cały sezon, to jeden krakowskich zespołów spadł potem z ligi. Wtedy ten smutny los spotkał Cracovię, która wypadła z ekstraklasy na długie 20 sezonów. Teraz jednak ten może to się przytrafić ekipie „Białej Gwiazdy”, która dzisiaj pod każdym praktycznie względem wyraźnie odstaje od Cracovii i takiego wstrząsu zapewne by nie przetrwała.

Warta już nie spadnie z ekstraklasy

W 25. kolejce Warta Poznań pokonała na wyjeździe Wisłę Kraków i z dorobkiem 36 punktów awansowała w ligowej tabeli na szóste miejsce. Dla tego małego klubu ważniejsze jest jednak to, że na pięć kolejek przed końcem sezonu zespół zapewnił sobie utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Sytuacja w tabeli ekstraklasy na finiszu rozgrywek staje się coraz bardziej klarowna. Legii nikt już nie odbierze prowadzenia, a po zwycięstwach w 25. kolejce Pogoni Szczecin i Rakowa Częstochowa, przy jednoczesnym remisie Lechii Gdańsk z Piastem Gliwice, de facto została już rozstrzygnięta także rywalizacja o premiowane występem w europejskich pucharach miejsca drugie i trzecie. Wciąż jednak warto jeszcze walczyć o zajęcie czwartej lokaty, bo trzeci obecnie w tabeli Raków Częstochowa jest także finalistą Pucharu Polski. Jeśli częstochowianie 2 maja pokonają Arkę i zdobędą puchar, zwolnią miejsce w europejskich pucharach dla zespołu z czwartego miejsca. Okazję do mocnego usadowienia się na tej pozycji w 25. kolejce zmarnowali piłkarze Piasta Gliwice, którzy prowadzili już z Lechią na jej stadionie 2:0, ale w końcówce pozwolili gospodarzom doprowadzić do wyrównania. Sędziujący ten mecz Bartosz Frankowski podkręcił emocje w doliczonym czasie gry dyktując dwa rzuty karne. „Jedenastkę” dla Lechii pewnie wykorzystał Flavio Paixao i doprowadził do remisu 2:2, ale arbiter nie chciał krzywdzić Piasta i dla równowago też zafundował już karnego. Niestety, wyznaczony do wykonania „jedenastki” Tomasz Jodłowiec zmarnował szansę i strzelił tak nieudolnie, że bramkarz gdańskiej drużyny Duszan Kuciak bez problemu obronił. Podział punktów w Gdańsku nie był korzystny dla żadnej z drużyn, bo uciekające w tabeli przed Lechią i Piastem zespoły Pogoni i Rakowa pewnie wygrały swoje spotkania i powiększyły przewagę o kolejne dwa punkty. „Portowcy” ograli na wyjeździe 2:0 Podbeskidzie, a warto podkreślić, że bramki na stadionie w Bielsku-Białej zdobyli dwaj kadrowicze – Kacper Kozłowski i Sebastian Kowalczyk. Drużyna Rakowa miała znacznie trudniejsze zadanie, bo podejmowała Lecha Poznań, po raz pierwszy oficjalnie prowadzonego przez nowego trenera, Macieja Skorżę. Nie był to jednak spektakularny powrót tego szkoleniowca na ławkę trenerską poznańskiego klubu. Ekipa „Kolejorza” nie miała wiele do powiedzenia w tym meczu. Do przerwy częstochowianie prowadzili 2:0, a na kontaktowego gola strzelonego przez poznaniaków w 49. minucie odpowiedzieli siedem minut później podwyższając wynik na 3:1. I takim rezultatem zakończyło się to spotkanie, po którym w drodze powrotnej Skorża z pewnością nie miał optymistycznych myśli.
W zgoła odmiennych nastrojach do Poznania wracała natomiast ekipa lokalnego rywala lechitów, Warty, która wygrała w Krakowie z Wisłą 1:0 i z dorobkiem 36 punktów awansowała w tabeli na szóste miejsce. A potężniejszy znacznie od warciarzy „Kolejorz” z 30 punktami zajmuje dopiero 11. lokatę. Wygląda na to, że w tym sezonie Skorża może tej hierarchii już nie odwrócić, chociaż Lech będzie miał w ostatnich pięciu kolejkach znacznie łatwiejszych rywali niż Warta. Zagra bowiem kolejno z Lechią (u siebie), Podbeskidziem (na wyjeździe), Stalą Mielec (u siebie), Wisłą Kraków (na wyjeździe) i zakończy sezon meczem u siebie z Górnikiem. Warciarzy natomiast czekają potyczki u siebie z Rakowem i Jagiellonią, potem wyjazdowe spotkanie z Pogonią, u siebie ze Śląskiem, a na koniec rozgrywek wyjazdowe starcie z Cracovią.
Jeśli przyjmiemy za punkt wyjścia liczbę 21 punktów zgromadzonych po 25 kolejkach przez Podbeskidzie (Stal Mielec ma w zapasie jeden zaległy mecz), a do zakończenie rozgrywek zostało jeszcze pięć meczów, czyli 15 punktów do zdobycia, to Warta Poznań, przypomnijmy – wraz ze Stalą i Podbeskidziem to beniaminek ekstraklasy – osiągnęła swój główny cel w tym sezonie, jakim było utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.
W ostatnich kolejkach trener Warty Piotr Tworek będzie zatem mógł spokojnie poćwiczyć nowe schematy taktyczne i wystawiać do gry zawodników dotąd grzejących ławę. Innymi słowy – będzie mógł już szykować swój zespół do nowego sezonu. Chyba że kierownictwo klubu wyznaczy mu teraz nowy, znacznie ambitniejszy cel, czyli walkę do końca o zajęcie czwartego miejsca.

Legia znów na czele

W meczu 18. kolejki ekstraklasy Wisła Kraków pokonała lidera rozgrywek Pogoń Szczecin 2:1. Bohaterem gospodarzy był Felicio Brown Forbes, który strzelił jedną z bramek, a drugą wypracował. Potknięcie „Portowców” wykorzystała Legia Warszawa, która rozgromiła u siebie Wisłę Płock 5:2 i objęła prowadzenie.

Dla szczecińskiego zespołu, którego trenerem jest niemiecki szkoleniowiec Kosta Runjaic, to pierwsza porażka od siedmiu spotkań. Pogoń przegrała w Krakowie trochę pechowo, bo w przekroju całego spotkania nie była gorsza od „Białej Gwiazdy”, także prowadzonej przez niemieckiego trenera, Petera Hyballę. Wiślacy mieli jednak w swoich szeregach znakomicie tego dnia usposobionego Felicio Browna Forbesa, który walnie przyczynił się do zdobycia obu bramek. Napastnik z Kostaryki jedną zdobył sam pięknym uderzeniem zza linii pola karnego, a przy drugim trafieniu zaliczył de facto asystę – po jego dośrodkowaniu obrońca „Portowców” Benedikt Zech tak niefortunnie próbował wybić piłkę, że wpakował ja do bramki swojej drużyny. Dwa stracone gole to w przypadku szczecińskiej ekipy ewenement, bo do meczu z Wisłą miała na koncie tylko osiem straconych goli w 17 spotkaniach, a po raz ostatni bramkarz „Portowców” Dante Stipica wyciągał piłkę z siatki 12 grudnia ub. roku w spotkaniu 13. kolejki z Wartą Poznań. Zachowując czyste konto przez 525 minut 30-letni chorwacki golkiper ustanowił pod tym względem nowy rekord Pogoni w ekstraklasie.
Szczecinianie mieli wiele okazji do zdobycia goli. Najlepsze zmarnował Michał Kucharczyk – najpierw w 10. minucie trafił w słupek bramki Wisły, a w 44. minucie po zagraniu Kacpra Smolińskiego w idealnej sytuacji strzelił prosto w obrońcę Wisły Serafina Szotę.
Trzy minuty pop przerwie Pogoń w końcu zdobyła bramkę kontaktową, którą ładnym strzałem z powietrza zdobył Austriak z polskimi korzeniami Alexander Gorgon, tak na marginesie – syn osiadłego na stałe w Austrii byłego gracza krakowskiej Wisły Wojciecha Gorgonia. Trzeba jednak przyznać, że trochę mu pomógł niemrawą interwencją bramkarz wiślaków Mateusz Lis. Później podopieczni trenera Runjaicia rzucili się do ataku i trochę zapomnieli o defensywie, przez co w krótkim czasie Dante Stipica musiał aż trzykrotnie ratować swój zespół przed utratą gola. Bramkarz Pogoni najpierw wygrał pojedynek ze Stefanem Saviciem, następnie efektownie odbił uderzenie Felicio Brown Forbesa, a na koniec poradził sobie ze strzałem głową Żana Medveda. Potem gra się wyrównała i wynik spotkania nie uległ już zmianie.
Dzięki zwycięstwu „Biała Gwiazda” oddaliła się od strefy spadkowej na sześciu punktów, natomiast Pogoń porażka z wiślakami kosztowała utratę prowadzenia w ekstraklasie.
Pierwsze w tym roku potknięcie „Portowców” natychmiast wykorzystała Legia. Drużyna trenera Czesława Michniewicza zaczęła ten rok na pozycji lidera, ale po niespodziewanej porażce z Podbeskidziem (0:1) w 15. kolejce straciła prowadzenie. Potem „Wojskowi” wygrali u siebie z Rakowem Częstochowa 2:0 i zremisowali na wyjeździe z Jagiellonią Białystok, nie tracili więc zbyt dużo punktów do kroczącej od zwycięstwa do zwycięstwa Pogoni, ale dopiero porażka „Portowców” pozwoliła im wrócić na fotel lidera. Legioniści mają jednak tylko jeden punkt przewagi nad szczecinianami, a w następnej kolejce czeka ich wyjazd do Zabrza na mecz z Górnikiem. A warto przypomnieć, że w rundzie jesiennej zabrzanie pokonali Legię na Łazienkowskiej 3:1. Pogoń też jednak czeka trudna wyjazdowa potyczka we Wrocławiu z żadnym rewanżu za porażkę w Szczecinie 0:1. Grupę pościgową, którą tworzą Raków Częstochowa, Górnik, Lechia Gdańsk, Śląsk i Jagiellonia, nie dzieli jeszcze do liderującej dwójki niemożliwy do odrobienia dystans punktowy, zatem jest stanowczo przedwcześnie wyrokować, że w walce o mistrzowski tytuł liczą się już tylko Legia i Pogoń.
Podobnie przedwczesne jest typowanie zespołu, któremu przypadnie smutny los spadkowicza do I ligi. Co najmniej połowa zespołów z dolnej części ligowej tabeli póki co nie może być pewna pozostania w ekstraklasie, zwłaszcza że w tym roku najsłabsze po jesiennej części sezonu zespoły beniaminków – Warty, Podbeskidzia i Stali Mielec regularnie zdobywają punkty.

Kolejka niespodzianek w PKO Ekstraklasie

Ostatni w tym roku ligowa kolejka obfitowała w zaskakujące rozstrzygnięcia. Największą niespodziankę sprawili kibicom i bukmacherom piłkarze Stali Mielec, którzy pokonali lidera ekstraklasy Legię na jej stadionie 3:2. Niewiele mniejszymi sensacjami były wyjazdowe wygrane Lechii Gdańsk z Cracovią 3:0 i Wisły Kraków z Lechem 1:0.

Trener Leszek Ojrzyński przejął zespół Stali Mielec 11 listopada po Dariuszu Skrzypczaku. Mielczanie po dziewięciu rozegranych kolejkach mieli na koncie ledwie pięć punktów i serię czterech porażek z rzędu, w tym nader bolesne 0:6 z Wisłą Kraków na swoim stadionie. Pod wodzą nowego szkoleniowca Stal w pięciu kolejnych ligowych meczach wywalczyła osiem cenny punktów, notując dwie wygrane, dwa remisy i tylko jedną porażkę, na wyjeździe z Pogonią (0:2).
Wygrali dzięki karnym
Odniesione w miniony piątek wyjazdowe zwycięstwo nad Legią trzeba jednak uznać za sensację, bo chociaż była to trzecia porażka legionistów doznana w obecnych rozgrywkach na własnym stadionie, to wypada podkreślić, że obie wcześniejsze stołeczny zespół poniósł jeszcze za trenerskich rządów Aleksandara Vukovicia. Odkąd szkoleniowcem Legii jest Czesław Michniewicz, na Łazienkowskiej urwać jej punkty udało się jedynie Piastowi Gliwice, który zremisował tam 29 listopada w 11. kolejce, lecz aż do spotkania ze Stalą legioniści pod wodzą Michniewicza pozostawali w naszej lidze niepokonani.
Legia przegrała ze Stalą w dość niecodziennych okolicznościach, tracąc wszystkie trzy gole po rzutach karnych. Dwie pierwsze „jedenastki” podyktowane przez sędziego Bartosza Frankowskiego były raczej bezdyskusyjne, chociaż drugą odgwizdał dopiero po interwencji arbitrów z VAR (w tym meczu służbę przy analizie wideo pełnili Krzysztof Jakubik i Arkadiusz Wójcik). Oba rzuty karne na bramki zamienił Maciej Domański, dzięki czemu mielczanie po pierwszej połowie remisowali 2:2 (gole dla gospodarzy strzelili Bartosz Slisz w 17. i Tomas Pekhart w 24. minucie), ale piłkarz ten mimo to w przerwie został zmieniony. Gdyby został na boisku chociaż jeszcze na kwadrans, miałby dużą szansę na skompletowanie hat-tricka, bo w 58. minucie Frankowski po raz trzeci podyktował rzut karny na korzyść zespołu gości. Tym razem kontrowersyjny, bo w starciu napastnika Stali Łukasza Zjawińskiego, nota bene byłego gracza Legii oddanego do Stali za bezcen, z Arturem Jędrzejczykiem obaj ostro szarpali się za koszulki. Sędzia uznał jednak, że Jędrzejczyk robił to bardziej nieprzepisowo i nie dość, że odgwizdał kolejną „jedenastkę”, to jeszcze wlepił stoperowi Legii żółtą kartką. Po obejrzeniu telewizyjnej powtórki tej spornej sytuacji trudno nie nabrać przekonania, że Zjawiński trochę arbitra oszukał waląc się z teatralną przesadą na murawę jak kłoda. Dziwi jednak, że akurat w tej sytuacji sędziowie VAR nie zabrali głosu. Co ciekawe, ta sama para sędziów VAR także podczas zaległego meczu Lecha z Pogonią (0:1) nie interweniowała przy nieprawidłowo podyktowanym rzucie karnym. „Moi piłkarze przebiegli w tym meczu w sumie 123 kilometry i cały czas walczyli, ale jeśli chce się coś ugrać w z Legią, najlepszą drużyną w Polsce, to inaczej się nie da. Prowadziliśmy 1:0, ale później się zagapiliśmy i straciliśmy dwa gole, lecz rzuty karne utrzymały nas przy życiu” – przyznał trener Ojrzyński.
Lechia przełamała impas
Ekipa Lechii Gdańsk przyjechał do Krakowa z podwójnym obciążeniem – po czterech kolejnych porażkach poniesiony w obecnym sezonie w ekstraklasie oraz serii sześciu przegranych meczów z Cracovią z rzędu. Zespół „Pasów” wydawał się więc murowanym faworytem sobotniej potyczki, tym bardziej, że podopieczni trenera Michała Probierza w poprzedniej kolejce wywieźli komplet punktów z niegościnnego dla przyjezdnych stadionu Górnika Zabrze. Ale już po kwadransie gry było widać, że tym razem ekipie „Pasów” trudno będzie o kolejne zwycięstwo nad gdańszczanami. W 15. minucie pierwszego gola dla Lechii strzelił z rzutu wolnego były zawodnik Wisły Kraków Rafał Pietrzak. Gospodarze rzucili się do ataku chcąc jak najszybciej doprowadzić do remisu, ale jak ktoś za bardzo się spieszy, to rywal tylko się cieszy. Gracze Cracovii swoimi chaotycznymi atakami nie byli w stanie poważnie zagrozić ekipie Lechii, która do przerwy miała kilka okazji do przećwiczenia gry z kontrataku. W przerwie trener Probierz przeprowadził trzy zmiany, co pomogło o tyle, że optycznie gospodarze sprawiali wrażenie, iż mają na boisku przewagę. Nic jednak z niej nie wynikało, natomiast lechiści z każdą kolejna kontrą czyli pod bramką strzeżoną przez Karola Niemczyckiego coraz większe zagrożenie. W 79. minucie prowadzący spotkanie sędzia Krzysztof Jakubik za drugą w tym spotkaniu żółtą kartkę wyrzucił z boiska obrońcę „Pasów” Michała Gardawskiego, co zespół Lechii natychmiast wykorzystał zdobywając drugą bramkę. Przy tym trafieniu asystę zaliczył Pietrzak, a bramkarza „Pasów” pokonał najlepszy na boisku Maciej Gajos. Już w doliczonym czasie gry rozbity psychicznie zespół gospodarzy „dobił” dawny zawodnik krakowskiego klubu Jaroslav Mihalik, który wykorzystał podanie Conrado i ustalił wynik spotkania na 3:0.
Błaszczykowski załatwił Lecha
Zespół Lecha Poznań jako jedyny w ekstraklasie musiał do grudnia godzić grę na krajowym podwórku z występami w fazie grupowej Ligi Europy. Trener „Kolejorza” Dariusz Żuraw w rozegranym w środku tygodnia zaległym meczu z Pogonią Szczecin musiał radzić sobie bez ośmiu kontuzjowanych piłkarzy, a w sobotnim meczu z Wisłą Kraków do listy nieobecnych w kadrze z powodu urazów graczy dołączyli kolejni – stoperzy Thomas Rogne i Djordje Crnomarković oraz najskuteczniejszy strzelec zespołu Mikael Ishak. Ale nowy trener ekipy „Białej Gwiazdy” Peter Hyballa też miał poważne luki w kadrze, bo za przekroczenie limitu żółtych kartek musieli pauzować Michal Frydrych i Maciej Sadlok, a sześciu innych graczy leczyło kontuzje. W tej sytuacji po dłuższej przerwie w kadrze meczowej pojawił się Jakub Błaszczykowski, który jednak zaczął mecz na ławce rezerwowych.
Do przerwy emocje były tylko w 42. minucie gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski odgwizdał rzut karny dla gospodarzy, który jednak po analizie VAR anulował. Po zmianie stron lechici mocno przycisnęli wiślaków i wydawało się, że lada moment zaczną strzelać gole. Ale wtedy w 53. na boisku pojawił się Błaszczykowski, który w 68. minucie przesądził o wygranej wiślaków. Bramkarz Lecha podał piłkę do lewego obrońcy Wasyla Kraweca, ale ukraiński piłkarz fatalnie przyjął piłkę, która trafiła do Błaszczykowskiego. Współwłaściciel krakowskiego klubu nie zmarnował okazji i strzałem przy słupku pokonał bramkarza Lecha. Potem jednak bohaterem w krakowskiej drużynie był już tylko bramkarz Mateusz Lis, broniący skutecznie i z dużym szczęściem liczne strzału piłkarzy „Kolejorza”. To dzięki niemu wiślacy utrzymali korzystny wynik do ostatniego gwizdka sędziego.
W Lechu po tej porażce z pewnością będzie nerwowo, a trenera Żurawia jeszcze przed świętami czekają trudne rozmowy z szefami klubu. Jeden ligowy punkt zdobyty w trzech ostatnich spotkaniach to może nie jest powód do zwolnienia z posady, ale władze poznańskiego klubu będą chciały usłyszeć od szkoleniowca jakie ma pomysły na drugą część rozgrywek. „Kolejorz” ma już dużą stratę punktową do czołówki, więc jeśli chce liczyć się w walce o czołowe lokaty, a wiadomo, że chce, w pozostałych do rozegrania 16 kolejkach nie może już pozwolić sobie na słabsze występu w żadnym meczu.

Wasilewski zawiesił buty na kołku

W piątek Marcin Wasilewski zakończył karierę. Decyzję ogłosił za pośrednictwem Instagrama. „Pragnę poinformować, że kończę moją przygodę jako profesjonalny piłkarz” – napisał 60-krotny reprezentant Polski, uczestnik MŚ 2006 oraz Euro 2008 i 2012, czterokrotny mistrz Belgii z Anderlechtem Bruksela i mistrz Anglii z Leicester City.

Ostatni mecz w karierze Wasilewski rozegrał 18 lipca tego roku w barwach Wisły Kraków przeciwko Arce Gdynia. Przed spotkaniem został uroczyście pożegnany, bo władze krakowskiego klubu nie zdecydowały się na przedłużenie kontraktu z 40-letnim już obrońcą, a ponieważ nie znalazł już nowego pracodawcy, ogłoszona w miniony piątek decyzja była tylko formalnością.
Wasilewski jako piłkarz słynął z waleczności i twardej gry. W polskiej ekstraklasie debiutował w 1999 roku w barwach Hutnika Kraków, którego jest wychowankiem, następnie w latach 2000-2002 grał w Śląsku Wrocław, w latach 2002-2005 w Wiśle Płock, sezon 2005/2006 spędził w Amice Wronki, a rundę jesienną rozgrywek 2006/2007 jako zawodnik Lecha Poznań. I z tego klubu zimą 2007 roku za 800 tys. euro przeszedł do Anderlechtu. W tym belgijskim klubie występował z powodzeniem przez sześć i pół roku. W barwach „Fiołków” zaliczył 145 występów ligowych, strzelił 20 goli i wywalczył siedem trofeów. Sporo też wycierpiał, gdy 30 sierpnia 2009 w ligowym spotkaniu ze Standardem Liege po brutalnym faulu Axela Witsela doznał otwartego złamania prawej nogi. Przeszedł cztery operacje, ale po żmudnej rehabilitacji wrócił na boisko po ponad ośmiomiesięcznej przerwie.
Po wygaśnięciu kontraktu z Anderlechtem podpisał roczny kontrakt z występującym wówczas w The Championship Leicester City i wydatnie pomógł temu zespołowi w wywalczeniu awansu do Premier League. I został w tym zespole do czerwca 2017 roku, zdobywając w jego barwach mistrzostwo Anglii w sezonie 2015/2016. Nie był podstawowym graczem, ale w sumie zaliczył w barwach Leicester 77 występów, w których strzelił dwa gole i zaliczył dwie asysty.
Ładną kartę zapisał też w reprezentacji Polski. Zadebiutował w niej 20 listopada 2002 roku za trenerskiej kadencji Zbigniewa Bońka w przegranym meczu z Danią. Uczestniczył w mistrzostwach świata w 2006 roku oraz w mistrzostwach Europy w 2008 i 2012. Po raz ostatni zagrał w biało-czerwonych barwach w 2013 roku.

Odszedł Adam Musiał

W wieku 71 lat zmarł Adam Musiał, lewy obrońca jedenastki legendarnych „Orłów Górskiego” – piłkarskiej reprezentacji Polski, która w mistrzostwach świata w RFN w 1974 roku wywalczyła trzecie miejsce. Był niezwykle barwną postacią jako piłkarz i trener, nietuzinkowy też jako człowiek.

W pamiętnej drużynie Kazimierza Górskiego było wielu znakomitych piłkarzy, ale kilku z nich miało w tej grupie specjalne znaczenie. Kazimierz Deyna był kapitanem zespołu i jego liderem, ale jeśli trzeba się było z działaczami PZPN wykłócać o pieniądze, to „szatnia” do tego zadania delegowała Antoniego Szymanowskiego, zaś po meczu pierwszy do dziennikarzy wychodził Jan Tomaszewski, natomiast Adam Musiał był tym, który tworzył odpowiednią atmosferę. W archiwalnych nagraniach naszej reprezentacji z mistrzostw świata w RFN ta jego rola jest wyraźnie zauważalna – słychać go jak inicjuje chóralne śpiewy, żartuje z kolegów albo rywali i jak wszystkich prowokuje do zabawy. Na boisku już jednak taki wesołkiem i przyjemniaczkiem nie był – zarówno w Wiśle Kraków (był zawodnikiem tego klubu w latach 1967-1977), jak i w reprezentacji słynął z twardej i nieustępliwej gry, ale też z niezbyt sportowego trybu życia. Nie dlatego jednak zaliczył w reprezentacji Polski tylko 34 występy. Zadebiutował wprawdzie w drużynie narodowej już jako 20-latek, w 1968 roku, ale na lewej obronie miał w owym czasie konkurenta z najwyższej światowej półki – Zygmunta Anczoka, uczestnika pożegnalnego meczu Lwa Jaszyna w barwach reprezentacji FIFA, do której został zaproszony wraz z Włodzimierzem Lubańskim.
W futbolu czasem jednak tak bywa, że pech jednego piłkarza stwarza szansę innemu. Tak było w przypadku Musiała, którego Kazimierz Górski prowadził już w reprezentacji młodzieżowej, więc gdy Anczok po złotych dla naszej narodowej drużyny igrzyskach olimpijskich w 1972 roku wypadł z kadry z powodu poważnej kontuzji, zwolnione przez niego miejsce na lewej obronie powierzył właśnie Musiałowi, a nie jak się spodziewano graczowi Lecha Poznań Zbigniewowi Gutowi.
Na niemieckim mundialu Musiał nie zagrał tylko w jednym spotkaniu, ze Szwecją. Pauzował za karę, bo ze świętujących „na mieście” awans do drugiej rundy turnieju kadrowiczów wrócił po ustalonym czasie w ostatniej grupie balowiczów, na dodatek nie wziął przykładu z kolegów i nie przemknął do swojego pokoju bocznym wejściem, tylko wszedł od frontu i jeszcze uciął sobie pogawędkę z czekającym w holu trenerem Górskim.
„Trener Tysiąclecia” nie zrobił z tej niesubordynacji wielkiej afery, posadził niesfornego piłkarza na jeden mecz, a potem znów wystawiał go w podstawowym składzie – z Jugosławią, Niemcami i w meczu o 3. miejsce z Brazylią. Dzięki temu Musiał w pamięci potomnych na zawsze zapisał się jako jeden z najlepszych lewych obrońców w historii polskiego futbolu. Miał wtedy dopiero 26 lat i w kolejnych latach, obfitych w sukcesy reprezentacji, mógł swoją legendę jeszcze bardziej wzbogacić. Choćby o srebrny medal olimpijski w Montrealu czy piąte miejsce na kolejnym mundialu, w Argentynie. Życie miało jednak dla niego mniej ciekawy scenariusz.
Musiał miał wielką słabość do alkoholu i szybkich samochodów. Jak twierdził po latach, z tej pierwszej przywary wyleczył go w latach 90. Bogusław Cupiał, bo gdy został właścicielem Wisły Kraków wyciągnął do znajdującego się wtedy na życiowym zakręcie byłego piłkarza i trenera „Białej Gwiazdy” i dał mu dobrze płatną posadę. Ale pod warunkiem, że odstawi kieliszek. Z miłości do samochodów wyleczył się sam. Jeszcze w trakcie mistrzostw świata koncern BMW zaoferował piłkarzom polskiej reprezentacji kupno swoich aut po bardzo okazyjnej cenie. Konkretnie za 30 procent ich normalnej wartości. Musiał się wtedy szarpnął i po powrocie z mundialu zadawał szyku w Krakowie czarną „beemwicą”. Po latach w jednym z wywiadów przyzna, że był to jego najlepszy zakup, bo solidne niemieckie auto wytrzymało w nocy z 31 października na 1 listopada zderzenie z ciężarówką na drodze z Krakowa do Wieliczki. Musiał wypadek przeżył, ale jego skutki dla jego organizmu okazały się nieodwracalne. Doznał złamania żuchwy, stłuczenia klatki piersiowej, połamania żeber, kości ramienia, kości promieniowej i ogólnych potłuczeń, w tym głowy i twarzy. Analiza pobranej do badania krwi wykazała 1,6 promila alkoholu. Sąd nie był wyrozumiały – piłkarz dostał grzywnę w wysokości 20 tysięcy złotych, karę dwóch lat pozbawienia wolności w zawieszeniu na trzy lata i zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych na pięć lat.
Po tym wypadku wrócił jeszcze na boisko, ale do reprezentacji powołania już nigdy nie dostał. Po latach przyznał, że sam to trenerowi Górskiemu zasugerował, bo o ile jako tako radził sobie z grą w polskiej lidze, to na kadrę to już było stanowczo za mało. W 1977 roku okazało się też niewystarczające dla ówczesnego trenera Wisły Oresta Lenczyka i Musiał musiał odejść. Przeniósł się do Arki Gdynia i z tego klubu pod koniec lat 70. wyjechał na zagraniczne saksy, do IV-ligowego angielskiego klubu Hereford United, z którego przeniósł się do polonijnego zespołu Polish-American Eagles Nowy Jork, w którym w 1987 roku oficjalnie zakończył piłkarska karierę.
Po powrocie do Polski skończył kurs trenerski i z powodzeniem prowadził zespoły Wisły Kraków (1988-1992), z którą wywalczył 1 sezonie 1990/91 trzecie miejsce w ekstraklasie, a potem Stali Stalowa Wola (1993-95) oraz GKS Katowice (1995/96). Potem jednak wypadł z trenerskiej karuzeli i przez ostatnie ćwierć wieku zarabiał na życie jako kierownik wiślackich obiektów sportowych. Dochował się dwóch synów – Tomasz jest znanym sędzią piłkarskim, a Maciej pracuje jako trener, obecnie w Łódzkim Klubie Sportowym.
Wieść o śmierci 34-krotnego reprezentanta Polski przekazał za pośrednictwem Twittera prezes PZPN Zbigniew Boniek. „Odszedł Adam Musiał. Wybitny Piłkarz, znakomity Kolega. Medalista MŚ. Spoczywaj w spokoju Adamie. Wyrazy współczucia dla Rodziny. Smutny dzień…”.

PKO Ekstraklasa: Już zamykają stadiony

W weekend po przerwie do gry wraca nasza piłkarska ekstraklasa. Mecze 7. kolejki odbędą się przy zaostrzonym reżimie sanitarnym, a spotkanie Stali Mielec z Wisłą Kraków zostanie rozegrane bez publiczności.

W związku z tym, że cały kraj znalazł się w żółtej strefie, stadiony będą mogły być wypełnione maksymalnie w 25 procentach. Na niektóre obiekty kibice w ogóle mogą nie zostać wpuszczeni. Taka sytuacja już ma miejsce w Mielcu. W niedzielę Stal zagra z Wisłą Kraków przy pustych trybunach. Powodem jest to, że powiat mielecki znalazł się w tzw. strefie czerwonej zagrożenia epidemicznego. Wzrost liczby zakażeń w całym kraju może jednak listę zamkniętych stadionów znacznie wydłużyć.
Zestaw par 7. kolejki PKO Ekstraklasy. Sobota: Cracovia – Piast Gliwice, godz. 15:00; Górnik Zabrze – Raków Częstochowa, godz. 17:30; Jagiellonia Białystok – Lech Poznań, godz. 20:00. Niedziela: Wisła Płock – Śląsk Wrocław, godz. 12:30; Stal Mielec – Wisła Kraków, godz. 15:00; Legia Warszawa – Zagłębie Lubin, godz. 17:30. Poniedziałek: Podbeskidzie Bielsko-Biała – Warta Poznań, godz. 18:00; Lechia Gdańsk – Pogoń Szczecin, godz. 20:30.