Legia mistrzem jesieni

Legia Warszawa w 15. kolejce rozgromiła u siebie Górnika Zabrze 5:1 i zakończyła rundę jesienna na pierwszym miejscu. Stołeczny zespół odniósł cztery ligowe zwycięstwa z rzędu, a w dwóch ostatnich meczach na swoim stadionie strzelił aż 12 goli, tracąc tylko jednego. W tabeli ma jednak tylko jeden punkt przewagi nad zajmującymi dwie kolejne lokaty zespołami Piasta Gliwice i Pogoni Szczecin.

W górnej części tabeli piłkarskiej ekstraklasy różnice między zespołami wciąż są niewielkie. Czwarta Cracovia traci do Legii tylko dwa punkty, tyle samo co piąty Śląsk Wrocław, a szósta Wisła Płock odstaje o zaledwie trzy „oczka”. Wyraźniejszą przewagę lidera widać dopiero od siódmej lokaty, bo zajmująca ją Jagiellonia ma już sześć punktów straty do Legii, a ostatni w grupie mistrzowskiej Lechia Gdańsk aż osiem.

Legia jest obecnie inną drużyną, niż była jeszcze kilka tygodni temu. Nie tylko regularnie wygrywa, to jeszcze robi to w widowiskowym stylu. W składzie zespołu coraz bardziej widać zmianę kadrowej strategii władz klubu, które zapowiedziały, że ich celem będzie teraz promowanie utalentowanych polskich piłkarzy i transferowanie ich do bogatszych klubów zagranicznych. Trener Aleksandar Vuković wystawia zatem do gry coraz więcej polskich graczy, stawiając śmiało także na utalentowanych młodzieżowców, jak bramkarz Radosław Majecki czy boczny obrońca Michał Karbownik.

Nie obniża to jakości gry stołecznej drużyny, wręcz przeciwnie – legioniści coraz lepiej się rozumieją, a pozyskani w tym sezonie gracze, Luquinhas i Paweł Wszołek, wnieśli do gry zespołu nową jakość. Legioniści w takiej formie i nastawieniu będą coraz trudniejsi do pokonania i w tej chwili są faworytami do zdobycia mistrzowskiej korony.
Solidnie w tej części sezonu prezentuje się też zespół wicelidera, Piasta Gliwice. Podopieczni trenera Waldemara Fornalika w 15. kolejce pewnie ograli u siebie Jagiellonię Białystok 3:1. Ciekawostką w tym spotkaniu był to, że wszystkie gole strzelili hiszpańscy piłkarze. Za plecami gliwiczan usadowiła się ekipa Pogoni Szczecin, która od początku sezonu trzyma wysoki poziom i utrzymuje się w ligowej czołówce. Cracovia zaczęła rozgrywki znacznie gorzej od „Portowców”, ale teraz jest to zespół grający bardzo solidnie i jego aspiracje do walki o czołowe lokaty są uzasadnione. Zaskoczeniem jest za to obecność w czołówce Śląska Wrocław, za co władze tego klubu powinny ozłocić czeskiego trenera Vitezslava Lavickę, który bez spektakularnych transferów z graczy jakich dano mu pod komendę stworzył całkiem nieźle grający zespół. Podobne pochwały należą się szkoleniowcowi Wisły Płock Radosławowi Sobolewskiemu, który przejął zespół już po rozpoczęciu rozgrywek i z ligowego słabeusza przekształcił go w twardo walczącą o każdy punkt zgraną ekipę.

Na drugim biegunie ligowej tabeli po ostatniej kolejce rundy jesiennej wylądowała Wisła Kraków, co jest konsekwencją serii porażek w siedmiu kolejnych ligowych spotkaniach. Ekipa „Białej Gwiazdy” nie zdobyła punktów od 22 września, przegrywając kolejno z Wisłą Płock 1:2, Cracovią 0:1, Lechem Poznań 0:4, Piastem 1:2, Legia 0:7, Rakowem Częstochowa 0:1 i Arką Gdynia 0:1. Bilans bramkowy 2:17 dobitnie pokazuje sportową degradację wiślaków, od których zaczęli się odwracać nawet ich najwierniejsi fani. Drużynę trenera Macieja Stolarczyka po spotkaniu z Arką żegnały gwizdy i wyzwiska. „Biała Gwiazda” to w tej chwili główny kandydat do spadku z ligi.

W niewiele lepszej sytuacji są też okupujące miejsca w dole tabeli ekipy ŁKS Łódź, Korony Kielce i Arki Gdynia. Dwunasty w stawce Górnik ma nad trzynastą Arką trzy „oczka” przewagi, ale jedenasty Raków i dziesiąte Zagłębie już sześć. Jeśli w pozostałych do rozegrania do końca roku czterech kolejkach te różnice punktowe jeszcze się powiększą, a jest to wielce prawdopodobne, także grupa spadkowa trwale podzieli się na dwie części.

 

Żebranina po krakowsku

Zadłużone po uszy Towarzystwo Sportowe Wisła Kraków jest klubem wielosekcyjnym, ale największe długi, przekraczające kwotę 40 milionów złotych, wygenerowała w ostatnich latach piłkarska spółka akcyjna. Ona też jako pierwsza wypraktykowała sposób na wyciąganie pieniędzy od zwykłych kibiców. Teraz w jej ślady idzie sekcja koszykarska.

Drużyna koszykarek Wisły Kraków znalazła się w trudnej sytuacji, bo nie wywiązała się ze zobowiązań finansowych wobec swojej byłej już zawodniczki Dominiki Owczarzak. Koszykarka ta występowała w kipie „Białej Gwiazdy” w sezonie 2017-2018, ale jesienią 2017 roku zerwała więzadła krzyżowe w kolanie i zdecydowała się leczyć na własną rękę. Krakowski klub nie zaakceptował tej decyzji i zerwał z nią kontrakt. Owczarzak po wyczerpaniu wszystkich możliwości polubownego zakończenia sporu wystąpiła o arbitraż do Międzynarodowej Federacji Koszykarskiej (FIBA). I uzyskała tam korzystny dla siebie wyrok, bowiem FIBA nakazała Wiśle Kraków spłacić jej kontrakt – chodziło o 150 tys. zł.

Owczarzak w trakcie rozwiązywania sporu znalazła już nowego pracodawcę i obecnie występuje w barwach Ślęzy Wrocław, ale Wiśle nie zamierza odpuścić nawet grosza. „Nie mamy kontaktu z zawodniczką, nawet jej prawnik nie odbiera naszych telefonów” – pożaliła się w mediach wiceprezes TS Wisła Dorota Gburczyk-Sikora.

Dla krakowskiego klubu spór z Owczarzak to problem, bo FIBA do czasu uregulowania należności wobec zawodniczki wstrzymał wydanie certyfikatów dla nowych koszykarek zakontraktowanych przez Wisłę i dlatego wiślackie koszykarki nie mogą przystąpić do rozgrywek, bo trener ma w drużynie tylko trzy zawodniczki uprawnione do gry. Dwa pierwsze mecze nowego sezonu „Biała Gwiazda” musiała z tego powodu przełożyć.

Co ciekawe, Towarzystwo Sportowe, które dysponuje możliwymi do sprzedaży gruntami o wartości ponad 70 mln złotych, ogłosiło na swojej stronie internetowej zbiórkę na rzecz drużyny koszykarek. Władze klubu nie liczą na tak wielką szczodrość kibiców, jaka miała miejsce w przypadku ratowania przed bankructwem spółki piłkarskiej, ale też w przypadku sekcji koszykarskiej, która latem straciła wieloletniego sponsora (firmę Can-Pack) i musiała obciąć budżet o ponad połowę, potrzeby są dużo mniejsze. Teraz chodzi tylko o owe 150 tys. złotych na spłacenie Owczarzak. Po co jednak i dla kogo klub trzyma grunty warte miliony?

 

Ligowa kolejka w cieniu skandali

Bramkarz Łódzkiego Klubu Sportowego Michał Kołba został przyłapany na stosowaniu niedozwolonych środków. Obecność zakazanego dopingu wykazała próbka A, dlatego łódzki klub z reakcją wstrzymał się do czasu opublikowania wyników badania próbki B. W innych ligowych klubach też zrobiło się nerwowo, bo nikt głowy za swoich graczy nie da.

Nerwowa atmosfera panuje też w Wiśle Kraków, chociaż nie z powodu dopingu. Po zatrzymaniu byłej prezes klubu Marzeny S. i kilku innych dawnych działaczy, w krakowskim klubie czekają z niepokojem na ukazanie się książki dziennikarza TVN Szymona Jadczaka o kulisach finansowych przekrętów tych ludzi. Z fragmentów opublikowanych w Internecie rysuje się ponury obraz, który z negatywnie wpłynie na wizerunek „Białej Gwiazdy”.

Wyniki 8. kolejki:
Jagiellonia Białystok – Legia Warszawa 0:0
Żółte kartki: Guilherme, Romanczuk, Arsenić, Runje, Camara – Lewczuk, Luis Rocha, Jędrzejczyk, Cafu. Czerwona kartka: Luís Rocha (35., Legia, za drugą żółtą). Widzów: 19 308.
Zagłębie Lubin – Wisła Płock 5:0
Gole: Sasza Żivec (14), Alan Czerwiński (29), Damjan Bohar (44), Bartosz Slisz (90), Dawid Pakulski (90). Żółte kartki: Balić, Szysz, Starzyński – Uryga, Merebaszwili, Kuświk, Furman. Widzów: 2876.
Raków Częstochowa – Arka Gdynia 2:0
Gole: Jarosław Jach (31), Felicio Brown Forbes (80). Żółte kartki: Jach, Bartl, Szymonowicz – Maghoma. Widzów: 2511.
Lechia Gdańsk – Lech Poznań 2:1
Gole: Sławomir Peszko (23), Michał Nalepa (33) – Christian Gytkjaer (45). Żółte kartki: Peszko – Crnomarković. Czerwona kartka: Crnomarković (90., za drugą żółtą). Widzów: 14 008.
Korona Kielce – Wisła Kraków 1:1
Gole: Erik Pacinda (47) – Paweł Brożek (38 karny). Żółte kartki: Jukić, Gnjatić, Gardawski – Niepsuj, Wojtkowski. Czerwona kartka: Boguski (31. minuta, Wisła, za faul taktyczny). Widzów: 7073.
Niedzielne mecze Pogoni Szczecin z ŁKS Łódź i Górnika Zabrze ze Śląskiem Wrocław zakończyły się po zamknięciu wydania, a spotkanie Cracovii z Piastem Gliwice odbędzie się w poniedziałek (początek godz. 18:00).

 

Lotto Ekstraklasa: Lechia kończy rundę zasadniczą jako lider

Piłkarze Lechii Gdańsk wygrali u siebie z Lechem Poznań 1:0 w meczu 29. kolejki ekstraklasy i na kolejkę przed końcem sezonu zasadniczego praktycznie zapewnili sobie pierwszą lokatę w tabeli. Ale poziom spotkania był mierny – gracze obu drużyn oddali tylko po jednym celnym strzale na bramkę.

Szczęście dopisało tylko napastnikowi Lechii Arturowi Sobiechowi i po jego uderzeniu piłka znalazła się w siatce bramki „Kolejorza”. Tyle wystarczyło lechistom do zdobycia kompletu punktów. Trener poznańskiej drużyny Dariusz Żuraw, który na tym stanowisku niedawno zastąpił Adama Nawałkę, po meczu szczerze pogratulował rywalom zwycięstwa. „Lechia była o jedną bramkę od nas lepsza. Próbowaliśmy do samego końca zmienić rezultat, niestety, bezskutecznie i wracamy do domu bez punktów” – powiedział Żuraw. Teraz ekipę „Kolejorza” czeka w ostatniej kolejce mecz z Jagiellonią o utrzymanie miejsca w grupie mistrzowskiej. Lechici mają komfortową sytuację, bo rywale we wtorek zagrają w półfinale Pucharu Polski z Miedzią Legnica, więc na sobotni mecz do Poznania przyjadą nieco zmęczeni.
W takiej samej sytuacji jest też Lechia, którą w tym tygodniu czekają dwie piekielnie trudne wyjazdowe potyczki – najpierw w środę gdańszczanie zmierzą się w Częstochowie z Rakowem w półfinale Pucharu Polski, a potem w Krakowie z Cracovią. Dlatego z takim zadowoleniem trener Piotr Stokowiec przyjął zwycięstwo w spotkaniu z Lechem. Trzy punkty zapewniły lechistom de facto pozycję lidera po rundzie zasadniczej. „Najważniejsze są trzy punkty. Lech zagrał bardzo dobry mecz, ale moi zawodnicy potrafili stworzyć kilka sytuacji, a jedną z nich wykorzystać. Nie mamy czasu na świętowanie, bo musimy szykować się do meczu w Częstochowie. Chcemy zdobyć Puchar Polski i pokonanie Rakowa jest teraz naszym celem. Potem zaczniemy myśleć o meczu z Cracovią” – podkreślił trener Lechii.
Oprócz Lechii jeszcze tylko Legia Warszawa i Piast Gliwice maja już zapewnione miejsce w grupie mistrzowskiej. O pozostałe pięć miejsc walka rozstrzygnie się dopiero w ostatniej kolejce, ale najmniejsze szanse na znalezienie się w elicie ośmiu zespołów zdaje się mieć Korona Kielce, którą czeka wyjazdowa potyczka z Piastem Gliwice. Niełatwe zadanie także przed Wisłą Kraków, która po efektownym zwycięstwie nad Legią w dwóch kolejnych meczach zdobyła tylko jeden punkt, a w ostatniej serii spotkań sezonu zasadniczego zagra w Lubinie z najlepszym tej wiosny w ekstraklasie Zagłębiem. Kibiców na finiszu czeka wiec spora dawka emocji, bo w tej chwili nic jeszcze nie zostało przesądzone – ani kwestia mistrzostwa, ani też spadku z ligi.

 

Błaszczykowski na boisku Wiśle nie pomaga

Wkład Jakuba Błaszczykowskiego w ratowanie Wisły Kraków przed upadkiem jest trudny do przecenienia, ale jako piłkarz 105-krotny reprezentant Polski póki co nie przynosi ekipie „Białej Gwiazdy” większego pożytku. Świadczą o tym jego mizerne statystyki.

W czterech dotychczasowych występach po powrocie do Wisły Błaszczykowski zdobył jedną bramkę, w meczu ze Śląskiem Wrocław (1:0) wykorzystał z rzutu karnego. Na razie to jego jedyne celne uderzenie na bramkę rywali w czterech próbach na jakie się zdecydował, co oznacza, że strzelał średnio raz w meczu. Trochę mało jak na gracza z takim dorobkiem i doświadczeniem. Ale to jeszcze nie wszystko. Błaszczykowski nie zaliczył jeszcze asysty, a nawet nie stworzył partnerom choćby jednej okazji bramkowej. Mimo to jego partnerzy z zespołu obdarzają go pełnym zaufaniem i podają do niego piłkę (dostał w sumie 142 podań, najwięcej z wszystkich ofensywnych graczy Wisły), chociaż nie przynosi to zespołowi większych korzyści. Kapitan „Białej Gwiazdy” podawał do kolegów ze skutecznością na poziomie 67 procent. Pod tym względem należy do najsłabszych graczy w ekipie wiślaków. Ponadto z danych zebranych przez inStat Błaszczykowski ma najwięcej strat piłki (41), choć w żadnym meczu nie był pod tym względem najgorszy. Błaszczykowski zatracił też swój mocny kiedyś atut, czyli drvbling. W czterech występach próbował okiwać rywali 18 razy, ale powodzeniem zakończyło się tylko siedem prób.

Trudno oczekiwać, że w kilka tygodni Kuba nadrobi miesiące bez regularnych występów. W poprzednim roku więcej czasu spędził na boisku w meczach reprezentacji (397 minut), niż zagrał w drużynie VfL Wolfsburg (122). Ale za chwilę trener Jerzy Brzęczek ogłosi powołania na marcowe mecze reprezentacji, a wiadomo, że Błaszczykowski wrócił do Wisły głównie po to, żeby odbudować dawną formę i zasłużyć na miejsce w kadrze. Jeśli chodzi o Wisłę, problemu nie ma, bo pamiętajmy, że ten piłkarz gra w tym klubie za 500 złotych miesięcznie. Ale reprezentacja to inna para kaloszy. Niestety, statystyki pokazują, że na kadrę Błaszczykowski na razie jest za slaby.

 

 

 

Biała Gwiazda się sypie

Dobrze grające w pierwszej części sezonu ekstraklasy drużynie Wisły Kraków nie zostało już wiele. Z zespołu trenowanego przez Macieja Stolarczyka odeszło już siedmiu kluczowych zawodników.

Wiśle nie udało się zatrzymać Zorana Arsenicia (odszedł do Jagiellonii Białystok), Jakuba Bartkowskiego (do Pogoni Szczecin), Tibora Halilovicia i Dawida Korta (do Atromitosu Ateny) – ci gracze po wezwaniu do zapłaty zaległych wynagrodzeń rozwiązali swoje kontrakty z winy klubu. Z kolei czołowy snajper zespołu Zdenek Ondrasek jeszcze w grudniu postanowił nie przedłużać wygasającego z końcem roku kontraktu i przeniósł się do za ocean do zespołu MLS Dallas FC.

Jagiellonia chce ponadto pozyskać Jesusa Imaza i Martina Kostala, oferując za nich 750 tys. euro, a potrzebująca pieniędzy jak kania dżdżu Wisła jest gotowa zgodzić się na transfer. Bez tych siedmiu podstawowych graczy wiślacka drużyna, która jesienią zdobyła 29 punktów, w zasadzie przestała istnieć. „Zgadza się, ale wiadomo, w jakiej sytuacji jest klub. Szukamy zawodników do uzupełnienia składu i rywalizacji, bo jest nas teraz po prostu za mało. Musimy się wzmocnić, ale będziemy czekać na okazje, czyli graczy z kartą na ręku” – przyznaje trener Stolarczyk.

Na razie jedynym pewnym wzmocnieniem Wisły przed rundą wiosenną jest Jakub Błaszczykowski, chociaż 105-krotny reprezentant Polski nadal kontraktu nie podpisał. Z wypożyczeń do I-ligowych klubów wrócili Kacper Chorążka (Raków Częstochowa), Krzysztof Drzazga (Puszcza Niepołomice) i Wojciech Słomka (GKS Katowice). Z wiślakami trenuje też Łukasz Burliga, który odszedł z Jagiellonii, a z białostockiego klubu a w ramach rozliczenia za transfer Imaza i Kostala do Wisły ma trafić Lukas Klemenz. Dobrą informacją jest to, że Marko Kolar, który już wypowiedział kontrakt z winy klubu, zdecydował się zostać i podpisał nową, półtoraroczną umowę.

 

Lechia też nie płaci piłkarzom

Nie tylko Wisła Kraków zalegała jesienią z wypłatami dla piłkarzy. Kolejnym klubem, w którym wyszły na jaw zaległości, jest lider rozgrywek Lechia Gdańsk. Piłkarze postanowili w końcu zaprotestować. Zaczęli od bojkotu mediów i opóźnienia treningu.

Zaległości finansowe gdańskiego klubu wobec zawodników wynoszą już w niektórych przypadkach trzy miesiące, co w myśl przepisów PZPN upoważnia poszkodowanych do wysłania wezwań do zapłaty, a po dwóch tygodniach w przypadku nieuregulowania zadłużenia do rozwiązanie kontraktu z winy klubu. Cierpliwość piłkarzy chyba się wyczerpała, bo najpierw gremialnie odmówili udziału w zaplanowanym przez klub na czwartek spotkaniu z dziennikarzami, a potem celowo opóźnili rozpoczęcie treningu o ponad godzinę. Tyle mniej więcej czasu trwała rozmowa rady drużyny z przedstawicielami zarządu klubu. Zawodnicy chcieli jeszcze przed wyjazdem na zgrupowanie do Turcji uzyskać odpowiedź na dwa pytania – dlaczego do 10 stycznie nie otrzymali obiecanych wypłat i kiedy te pieniądze trafią w końcu na ich konta.

Wyszło jednak na jaw, władze Lechii o raz trzeci z rzędu nie dotrzymały terminu wypłat. Sytuacja zrobiła się nieciekawa dla obu stron, bo piłkarze już mają prawo do rozwiązywania kontraktów z winy klubu, ale mało czasu na znalezienie nowego pracodawcy, zaś Lechia nawet jeśli nie straci wszystkich graczy, to nie będzie miała wiosną już drużyny zdolnej do walki o mistrzostwo Polski. „Do końca stycznia sytuacja powinna być opanowana” – napisano w komunikacie biura prasowego klubu, a to oznacza, że szefowie Lechii wybrali wariant „na przeczekanie”. Spadek z ligi zespołowi już raczej nie grozi, a walka im niższe miejsce w tabeli, tym wydatki na premie za wyniki mniejsze, zatem dla budżetu klubu to korzyść.

I pewnie dlatego zawodnicy już nie wierzą w obietnice działaczy, bo Lechia płaci nieregularnie już od dawna. W poprzednim sezonie z tego powodu Komisja Licencyjna odebrała przecież gdańszczanom jeden punkt. Nie przeszkodziło jej to jednak przyznać lechistom licencji na obecny sezon.

To nie jedyne tarapaty finansowe gdańskiego klubu. Lechia wciąż nie przelała na konto Zagłębia Lubin 300 tysięcy złotych ekwiwalentu za wyszkolenie Jarosława Kubickiego. „W związku z nieuregulowaniem zależności, zgłosiliśmy sprawę do Komisji Licencyjnej” – poinformował na Twitterze rzecznik prasowy „Miedziowych” Paweł Junory. I to jest chyba najlepszy dowód, że Lechia ma pustki w kasie, bo skoro nie była w stanie zapłacić takiej niewielkiej kwoty, to tym bardziej nie będzie w stanie zapłacić kilku milionów zaległych wynagrodzeń piłkarzom. Ktoś tu albo nie kontroluje budżetu, albo bawi się nie swoimi pieniędzmi na światowych giełdach, albo rujnuje świadomie klub jak zrobił to w Krakowie „Misiek” i jego ferajna.

 

Wiślacy szukają jelenia

Wisła Kraków jest bankrutem i przez normalnie działający związek piłkarski klub powinien zostać zdegradowany karnie do ligi amatorskiej. Taki los spotkał we Włoszech AC Parmę, a w Szkocji Glasgow Rangers.

PZPN normalnym związkiem widocznie nie jest, skoro wbrew oczywistym faktom przez ostatnie dwa lata przyznawał Wiśle licencję na występy w Lotto Ekstraklasie. Gdy pod koniec ubiegłego roku wybuchła afera ze sprzedażą akcji międzynarodowym hochsztaplerom, związek zawiesił licencję pod pretekstem niemożności ustalenia, kto jest rzeczywistym właścicielem klubu. Tymczasem w mediach już huczało od wieści, że piłkarze nie otrzymywali wynagrodzeń od lipca, a krakowski klub jest zadłużony na ponad 40 mln złotych. Ludzie, którzy do tego doprowadzili, z prezes Marzeną Sarapatą na czele, złożyli rezygnację z funkcji i rozpłynęli się we mgle, ale jeszcze w ostatnich godzinach urzędowania potrafili bezkarnie ogołocić klubowe konto z ostatnich pieniędzy.

Złodzieje uciekli, a długi pozostały. Można zrozumieć intencje kilku zamożnych facetów, którzy dla przyszłych korzyści zdecydowali się zainwestować swoje oszczędności w udzielenie Wiśle pożyczki. Wiadomo, że jeśli „Biała Gwiazda” przetrwa, to za jakiś czas będą mogli te pieniądze odzyskać. Tylko że zebrane przez nich cztery miliony złotych nie starczyły nawet na wypłacenie zaległych wynagrodzeń dla wszystkich piłkarzy. Ale pozwoliły powstrzymać masowy exodus zawodników, z których kilku już odeszło, a reszta złożyła wezwania do zapłaty. I co najważniejsze, dało też pretekst do odwieszenia licencji, chociaż przecież dług Wisły z powodu tej operacji bynajmniej nie zmalał. Nadal przekracza 40 mln złotych, tyle że teraz cztery „bańki” z tej kwoty klub wisi tercetowi pożyczkodawców. Trwają więc poszukiwania jelenia, który to spłaci.

 

Zamęt w Wiśle

Sytuacja Wisły Kraków jest dramatyczna. PZPN zawiesił klubowi licencję, policzone pobieżnie zadłużenie przekracza 40 mln złotych, sytuacja prawna jest niejasna, bo nie wiadomo gdzie są akcje przekazane niedoszłemu inwestorowi z Kambodży.

 

Z tymi problemami muszą się zmierzyć nowo wybrane władze „Białej Gwiazdy”. Na nowego prezesa Wisły Kraków wybrano 32-letniego Rafała Wisłockiego. Wcześniej trenował w tym klubie drużyny młodzieżowe, był dyrektorem zarządzającym Akademii Piłkarskiej, a także koordynatorem ds. szkolenia. Od 27 czerwca 2018 roku był członkiem zarządu Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków. Przewodniczącym nowej rady nadzorczej został Łukasz Przegon, a jego zastępcami Piotr Pątko i Kazimierz Lenczowski.

Nowi włodarze na specjalnie zwołanej w miniony piątek konferencji prasowej z rozbrajającą szczerością przyznali, że klub faktycznie ma ponad 40 mln złotych długu i że część zawodników złożyła w klubie wezwania do zapłaty zaległości. W przypadku sześciu z nich terminy zostały już przekroczone – są to Zoran Arsenić, Tibor Halilović, Marko Kolar, Jakub Bartkowski, Dawid Kort i Vullnet Basha. Pozostali, Martin Kostal, Jakub Bartosz, Rafał Pietrzak, Maciej Sadlok, Mateusz Lis, Rafał Boguski, Marcin Grabowski i Michał Buchalik, za niespełna dwa tygodnie także będą mogli rozwiązać kontrakty z winy klubu.
Nowy prezes wyjawił, że nie ma żadnego kontaktu z pełniącą przed nim tę funkcję Marzeną Sarapatą, nie omieszkał też ujawnić, iż pani była prezes wraz z dwoma członkami poprzedniego zarządu z klubowej kasy wypłacili sobie ponad 900 tys. złotych tytułem wynagrodzenia. Dla siebie jak się okazuje potrafili znaleźć w kasie pieniądze, a na pensje dla piłkarzy i trenerów jakoś nie.

I to jest największa zagadka w całej tej smutnej historii, bo nie bardzo w tej chwili wiadomo, kto tu kogo oszukał. Aż nie chce się wierzyć, żeby dwóch biznesowych cwaniaków zdecydowało się przejąć akcje klubu, którego jedynym majątkiem są piłkarze, a następnie nie zrobili nic, żeby ten majątek im nie przepadł. Do tego nie trzeba było nawet owych mitycznych już dzisiaj 12,2 mln złotych na pokrycie tzw. długu licencyjnego. Wystarczyło zaspokoić roszczenia zawodników i sztabu szkoleniowego.
Przyszłość Wisły rysuje się w czarnych kolorach. Licencja klubu raczej nie zostanie odwieszona, zespół przegra więc trzy mecze walkowerem i zostanie karnie przesunięty na ostatnie miejsce w tabeli, a potem zdegradowany o dwie klasy rozgrywkowe. Ale ponieważ te sankcje nie niwelują ciążących na klubie długów, możliwy jest jeszcze bardziej radykalny w skutkach scenariusz – wycofanie drużyny z rozgrywek i zawiązanie nowego tworu oraz próba wystartowania w rozgrywkach najniższego szczebla, czyli powtórka rozwiązań zastosowanych ostatnio w Widzewie i Polonii Warszawa.

 

Biała Gwiazda gaśnie w oczach

Próba zmiany właścicielskiej w Wiśle Kraków zakończyła się skandalem. Prosta w sumie operacja biznesowa została przez jej uczestników zamieniona w żenującą farsę. Po dwóch tygodniach akcji „ratowania Wisły” ten zasłużony dla polskiego futbolu klub znów stoi na krawędzi przepaści, choć coraz więcej faktów wskazuje, że z tego miejsca nie ruszył się nawet na moment.

 

Przypomnijmy najważniejsze fakty. Gdy w listopadzie ub. roku stało się jasne, że zadłużona po uszy Wisła Kraków może nie dotrwać do końca rozgrywek, a już na pewno nie otrzyma licencji na kolejny sezon i zostanie zdegradowana do czwartej ligi, z ofertą przejęcia należących do Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków akcji piłkarskiej spółki wystąpiła grupa krakowskich przedsiębiorców, którą zmontował właściciel sieci aptek „Słoneczna” Wojciech Kwiecień. Wraz z nim wolę ratowania zasłużonego klubu wyrazili jeszcze Wiesława Włodarskiego, właściciela koncernu spożywczego „FoodCare” oraz właściciele firm „Antrans” (spedycja) i „Dasta Invwest” (budownictwo).

Wystarczył jednak tylko pobieżny audyt żeby Kwiecień i spółka wycofali się z pomysłu przejęcia Wisły Kraków SSA. To wtedy do publicznej wiadomości przedostały się informacje, że nad „Białą Gwiazdą” ciąży wciąż powiększający się garb zadłużenia, który już wówczas przekraczał kwotę 40 mln złotych. Takiego ciężaru finansowego krakowscy biznesmeni udźwignąć nie byli w stanie.

 

Biała Gwiazda za symboliczne euro

Informując o końcu rozmów z koalicją stworzoną przez Wojciecha Kwietnia, prezes zarządu spółki Wisła SSA Marzena Sarapata ogłosiła zarazem, że są „kontynuowane rozmowy z innymi podmiotami zainteresowanymi przejęciem akcji klubu”. A w przededniu ostatniej w tym roku ligowej kolejki gruchnęła wieść, że władze klubu potajemnie podczas krótkiego wypadu do Zurychu sprzedały sto procent akcji piłkarskiej spółki Wisła SSA zagranicznym funduszom inwestycyjnym. Fakt ten ujawnił prezydenta Krakowa Jacek Majchrowski w wywiadzie udzielonym oficjalnemu profilowi miejskiemu na Facebooku. Powiedział w nim m.in. „Z tego, co wiem, podpisano umowę z funduszem inwestycyjnym, za którym, jak się dowiedziałem, stoją kambodżańscy inwestorzy. Ten fundusz specjalizuje się w restrukturyzacji przedsiębiorstw”.

I tak pan prezydent, zapewne w dobrej wierze, uwiarygodnił działania międzynarodowej grupki spekulantów ukrytych pod nieźle brzmiącymi nazwami zarejestrowanej w Wielkiej Brytanii spółki Noble Capital Partners Ltd i zarejestrowanego w Luksemburgu funduszu inwestycyjnego Alalega SARL. Krótkotrwałą sławę zdobyło trzech przedstawicieli tych podmiotów – mieszkający na stałe w Berlinie Polak Adam Pietrowski, działający na Wyspach Brytyjskich Szwed Mats Hartling i posiadający francuskie obywatelstwo Kambodżanin Vanna Ly.

Władze TS  Wisła, nawiasem mówiąc te same, co Wisły SSA, potwierdziły ten fakt w lakonicznym w treści komunikacie: „We wtorek 18 grudnia doszło do spotkania przedstawicieli Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków z luksembursko-brytyjskim konsorcjum funduszy inwestycyjnych, podczas którego podpisano warunkową umowę sprzedaży 100 procent akcji Wisły Kraków SA. Szczegóły umowy są objęte ścisłą klauzulą poufności”.

Podano jedynie, że akcje klubu oddano za symboliczne euro, ale nowi właściciele wzięli na siebie spłatę całego zadłużenia oraz podjęli zobowiązanie zainwestowania w ciągu roku w Wisłę 130 milionów złotych.

W polskich mediach natychmiast zaroiło się od coraz bardziej bulwersujących wieści o nowych właścicielach „Białej Gwiazdy”. Z dostępnych informacji wynikało bowiem, że w 2017 roku aktywa Noble Capital Partners Ltd były wycenione na 338 tys. funtów, a nie jest to kapitał, który pozwoliłby na spłatę nawet tzw. długu licencyjnego Wisły szacowanego na 12,2 mln złotych. Pietrowski, który aktywnie udzielał się w mediach, tłumaczył jednak, że głównym inwestorem jest tajemniczy Vanna Ly i należące do niego konsorcjum inwestycyjne Alallega. I wciskał dziennikarzom opowieści, że główny inwestor jest członkiem kambodżańskiej rodziny królewskiej, że chciał kupić włoską Genoę, turecki Fenerbahce, portugalską Vitorię Guimaraes, że ma udziały w Chelsea Londyn.

 

Niepoważny Vanny Ly

Tymczasem po dokładniejszym zbadaniu okazało się, że Alalega, poprzez którą Ly został współwłaścicielem Wisły SA, istnieje od 2013 roku, ale do niego należy dopiero od 2017 roku. Nie zatrudnia żadnego pracownika, a od wielu miesięcy nie ma nawet stałej siedziby. Mimo tych hiobowych wieści kibice Wisły z nadzieją czekali na zapowiedzianą na piątek 21 grudnia wizytę tercetu nowych właścicieli na Reymonta. Wyobraźnię fanów „Białej Gwiazdy” pobudzały kolportowane plotki, że zgodnie z umową do 28 grudnia maja oni przelać na klubowe konto 12,2 mln złotych na spłatę długu licencyjnego, do końca lutego spłacić resztę 40-milionowego zadłużenia, zaś do końca roku zainwestować w klub kolejne 130 milionów złotych.

Warunkiem uprawomocnienia się zmiany właścicielskiej był jednak wymóg zapłacenia do 28 grudnia nieszczęsnego długu licencyjnego, bo z owych 12,2 mln złotych klub miał zapłacić zaległe wynagrodzenia piłkarzom i trenerom, co powstrzymałoby ich od zerwania umów i zapobiegło nieuchronnemu rozpadowi dobrze funkcjonującego w rozgrywkach zespołu.

Ustalony termin minął, a na koncie Wisły Kraków obiecane miliony się nie pojawiły. Prezes Sarapata złożyła rezygnację funkcji prezesa klubu, ale na odchodnym jeszcze wyczyściła konto z pieniędzy, tych 700 tysięcy złotych, które Wisła zarobiła ze sprzedaży biletów za ostatni w tym roku ligowy mecz, z Lechem Poznań, na który przybyło ponad 22 tysiące widzów. Zadbała jednak głównie o siebie i współpracującą z klubem firmę męża, ale chociaż swoim postępkiem wzburzyła krew w fanach „Białej Gwiazdy”, jej rujnująca Wisłę dwuletnia działalność prawdopodobnie ujdzie jej na sucho. Nie pierwszy to przecież taki przypadek w polskim futbolu i na pewno nie ostatni. Pojawiła się jednak szansa wymierzenia sprawiedliwości nieuczciwym działaczom, bo sprawą zainteresowała się polskie organy wymiaru sprawiedliwości.

 

Koniec farsy czy początek końca?

W środę 2 stycznia działacze Wisły Kraków w końcu przerwali farsę i ogłosili, że transakcja sprzedaży akcji została anulowana, co oznacza, że ponownie sto procent akcji piłkarskiej spółki należy do Towarzystwa Sportowego Wisła Kraków. Jego zarząd wydał oświadczenie: „W środę 2 stycznia 2019 roku unieważniono umowę przejęcia Wisły Kraków SA przez Panów Vanna Ly i Matsa Hartlinga. Oznacza to, że prawnie jedynym akcjonariuszem piłkarskiej spółki jest Towarzystwo Sportowe Wisła Kraków. Jednoczenie informujemy, że na stanowisko Prezesa Zarządu Wisły Kraków SA powołano Tadeusza Czerwińskiego, który od dziś będzie pełnił rolę sternika klubu” –napisano. Ostatecznie jednak Czerwiński nie przyjął funkcji prezesa Wisły SSA zasłaniając się złym stanem zdrowia.

Tymczasem uaktywnili się dwaj wspólnicy Vanna Ly – Mats Hartling i Adam Pietrowski. Na razie wypowiedział si co prawda tylko ostatni z wymienionych, Pietrowski, którego Ly i Hartling mianowali pod koniec grudnia p.o. prezesa Wisły. On w oświadczeniu skierowanym do polskich mediów wyraził głębokie oburzenie ostatnimi decyzjami TS Wisła: „Na jakiej podstawie puszcza się taki komunikat? Przecież prima aprilis mamy w kwietniu. To jest w pełni nielegalne. Są stosowne klauzule w umowie. Przecież w środę działacze TS Wisła wysłali do pana Hartlinga e-maila, że chcą jak najszybciej podpisać nową umowę z nami, tylko już bez pana Vanna Ly. Dlatego jestem zdziwiony, gdy kilka godzin później czytam komunikat, że jest nowy prezes i TS ma ma na powrót sto procent akcji klubu. To nieprawda, to jest fejk, to jest nielegalne. Nie wiem, jakich oni mają prawników. Pan Hartling się z tego śmieje i powiedział, że wszystkie klauzule w umowie zostały złamane”.
Pietrowski dał tym samym do zrozumienia, że on i jego szwedzki wspólnik nadal uważają się za właścicieli Wisły, co w praktyce jeszcze bardziej skomplikuje już i tak niemiłosiernie zagmatwaną sytuację prawną krakowskiego klubu.
Do rozgrywki włączył się w końcu PZPN. Do Komisji Licencyjnej został przesłany wniosek o wszczęcie postępowania w sprawie Wisły Kraków, o czym na Twitterze poinformował dyrektor Departamentu Rozgrywek Krajowych PZPN Łukasz Wachowski. Wszczęcie procedury zakończy się prawdopodobnie zawieszeniem licencji na występy w ekstraklasie. Zwłaszcza że gniewnie odezwał się w tej kwestii prezes związku Zbigniew Boniek, pisząc na Twitterze: „Zamiast sygnałów na razie same kłamstwa. Dosyć tego”.

Na efekty nie trzeba było długo czekać. W czwartek 3 stycznia Komisja ds. Licencji Klubowych PZPN postanowiła zawiesić Wiśle Kraków licencję „ze względu na niejasną sytuację prawną klubu oraz w związku z licznymi naruszeniami postanowień Podręcznika Licencyjnego”. Jeśli licencja nie zostanie odwieszona przed wznowieniem rozgrywek, wówczas zespół Wisły zostanie usunięty z ligi.

Po tej decyzji piłkarze, którzy wciąż nie otrzymali wynagrodzeń za ostatnie pół roku i dług spółki wobec nich wynosi już z tego tytułu ponad sześć milionów złotych, zaczną zapewne hurtowo składać wezwania do zapłaty, a po dwóch tygodniach wystąpią o rozwiązanie kontraktów z winy klubu. I to będzie gwóźdź do wiślackiej trumny, która w 2019 roku zapewne na długi czas wyląduje na dalekich peryferiach polskiego futbolu.