Była prezes Wisły Kraków wyszła na wolność za 400 tys. zł

Marzena S., była prezes zarządu Wisły Kraków, została zwolniona z aresztu po wpłaceniu 400 tys. złotych poręczenia majątkowego. Potwierdziła tę informację rzeczniczka prasowa Sądu Apelacyjnego w Poznaniu Elżbieta Fijałkowska.

Marzena S. oraz trzy inne osoby w przeszłości zasiadające we władzach Wisły Kraków są podejrzane m.in. o udział w grupie przestępcze i dokonanie nadużyć finansowych na niekorzyść klubu na łączną kwotę około 10 mln złotych. Podejrzani zostali zatrzymani przez funkcjonariuszy CBŚP w pierwszej połowie września 2019 roku, a pod koniec października tego roku Sąd Okręgowy w Poznaniu zdecydował o aresztowaniu na trzy miesiące Marzeny S. oraz byłego wiceprezesa Wisły Roberta Sz. Od tego czasu decyzja o stosowaniu wobec nich tymczasowego aresztowania była wielokrotnie przedłużana. 21 września tego roku Sąd Apelacyjny w Poznaniu podjął decyzję o przedłużeniu tymczasowego aresztowania Marzeny S. i Roberta Sz. do 22 grudnia, ale jednocześnie ustanowił poręczenie majątkowe w wysokości 400 tys. złotych wobec Marzeny S. i 30 tys. złotych wobec Roberta Sz. Rzeczniczka prasowa Sądu Apelacyjnego w Poznaniu sędzia Elżbieta Fijałkowska w wypowiedzi dla PAP wyjawiła, że jeśli poręczenie zostanie wpłacone w terminie do wtorku 12 października, środek zapobiegawczy w postaci tymczasowego aresztowania zostanie zmieniony na dozór policyjny z zakazem opuszczania kraju, a jeśli podane wcześniej kwoty nie zostaną wpłacone na czas, areszt, decyzją sądu, będzie stosowany do 22 grudnia.
W miniony poniedziałek sędzia Fijałkowska poinformowała jednak, że poręczenia majątkowe w kwotach ustalonych przez sąd zostały wpłacone w terminie i Marzena S. oraz Robert Sz. wyszli z aresztu.
Według prokuratury Marzena S. miała wyrządzić szkody w mieniu spółki Wisła Kraków SA na łączną kwotę 7,3 mln zł oraz miała też narazić na bezpośrednie niebezpieczeństwo spowodowania powstania szkody majątkowej w wysokości prawie 2,6 mln zł w związku z zawarciem niekorzystnych umów na realizację usług na rzecz klubu. Grozi jej za to do 10 lat wizienia.

Lech ujarzmił Wisłę

W hicie 8. kolejki ekstraklasy Lech Poznań rozgromił Wisłę Kraków 5:0. Nigdy wcześniej zespół „Kolejorza” tak wysoko nie pokonał ekipy „Białej Gwiazdy” w ligowej potyczce. Poznańska drużyna utrzymał status niepokonanej w tym sezonie PKO Ekstraklasy i oczywiście pozycję lidera. Spotkanie obejrzało ponad 26 tysięcy widzów.

Bezdyskusyjnie najlepszym zawodnikiem na boisku był Portugalczyk Joao Amaral, który strzelił pierwszego gola w meczu, a ponadto zanotował dwie asysty i jedno kluczowe podanie. W ekipie trenera Macieja Skorży świetnie zagrali wszyscy piłkarze, ale na wyróżnienie zasłużył też Szwed Mikael Ishak, który zdobył dwie bramki – drugą na 5:0 po efektownie wykonanym rzucie karnym w stylu zapoczątkowanym w 1976 roku przez czeskiego gracza Antonina Panenkę. Na trybunach stadionu przy Bułgarskiej zjawiło się ponad 26 tysięcy widzów, co było najlepszym dowodem, iż trwający od początku sezonu bojkot naprawdę został przez fanów „Kolejorza” odwołany. Jednym z powodów protestu były zastrzeżenia sympatyków poznańskiej drużyny do władz klubu o brak solidnych wzmocnień. Tezie tej w meczu z Wisłą zaprzeczyli dwaj pozyskani w ostatnim czasie zawodnicy. W swoim drugim występie w polskiej lidze swoje pierwsze trafienie zaliczył pozyskany 27 sierpnia tego roku z Viktorii Pilzno Iworyjczyk Adriel Ba Loua. Także pierwszego gola na polskich stadionach strzelił debiutujący w barwach Lecha portugalski obrońca Pedro Rebocho, pozyskany z francuskiego Guingamp. Nowi gracze chyba lepiej przedstawić się poznańskim kibicom nie mogli. W historii potyczek Lecha z Wisłą Kraków tak wysokiego zwycięstwa poznański zespół jeszcze nie odniósł. Do tej pory jego najwyższa wygrana z wiślakami to było 4:0. Lechici ponieśli jednak w przeszłości kilka klęsk, z których największa była doznana w 1976 roku
porażka 0:8.
Co ciekawe, pięciobramkowe zwycięstwo wcale nie ucieszyło trenera lechitów Macieja Skorżę, chociaż powinno po dwóch wcześniejszych remisach, z Pogonią Szczecin (1:1) i Rakowem Częstochowa (2:2). „Oczywiście jestem zadowolony z postawy zespołu, lecz nie do przesady, bo to dopiero ósma ligowa kolejka, a takie wysokie zwycięstwo stwarza też niebezpieczeństwo popadnięcia w samozadowolenie i nadmierną pewność siebie. Nie chcę, żeby moi piłkarze nabrali przekonania, że Lech jest już maszynką do wygrywania” – podkreślił szkoleniowiec „Kolejorza”, który w sezonach 2007/2008 i 2008/2009 jako trener zdobył z Wisła Kraków tytuły mistrza Polski. Z Lechem mistrzostwo zdobył jak dotąd tylko raz, w sezonie 2014/2015, ale w obecnych rozgrywkach wprowadził „Kolejorza” na dobrą drogę do powtórzenia tego wyczynu.
Wysoka porażka Wisły Kraków jest sporą niespodzianką, bowiem w tym sezonie krakowski zespół, który w poprzednich rozgrywkach musiał walczyć o utrzymanie w ekstraklasie, pod wodzą słowackiego trenera Adriana Guli spisywał się dotąd dobrze i przed starciem z „Kolejorzem” w Poznaniu zajmował w tabeli wysoką czwartą pozycję. Szkoleniowiec „Białej Gwiazdy” przyznał, że jego zdaniem na wysoką porażkę w takim samym stopniu złożyła się znakomita postawa poznańskiego zespołu, jak słaba gra jego podopiecznych. „Mieliśmy zły dzień. Wierzę, że szybko wrócimy do tego, co demonstrowaliśmy w poprzednich kolejkach. Wysoka porażka boli, lecz daje nam też dużo informacji, które po analizie pozwolą nam na podjęcie działań korzystnych dla zespołu” – stwierdził 45-letni słowacki szkoleniowiec.
Ekipa „Kolejorza” powoli powiększa przewagę nad konkurentami. Drugi w tabeli Śląsk Wrocław podobnie jak lechici także jest jeszcze niepokonany w tym ligowym sezonie, ale ponieważ częściej remisuje niż wygrywa, ma już cztery punkty straty do drużyny trenera Skorży. Zajmująca trzecią lokatę Pogoń w 8. kolejce na swoim boisku tylko zremisowała 1:1 z przeciętną Cracovią, a był to trzeci z rzędu mecz „Portowców” z takim wynikiem (wcześniej 1:1 uzyskali z Radomiakiem i Lechem), przez co mają już do poznańskiej drużyny pięć punktów straty. Reszta drużyn, w tym zwłaszcza mające dwa zaległe mecze do rozegrania Legia i Raków, za chwilę mogą utracić kontakt wzrokowy z lechitami i już go nie odzyskać do końca rozgrywek.

Najwyższą frekwencję w ekstraklasie mają Górnik i Wisła

Po trzech pierwszych kolejkach najwyższą średnią widzów może pochwalić się Górnik Zabrze, ale w 3. serii gier najlepszą frekwencję odnotowano na stadionie Wisły Kraków w meczu z Rakowem Częstochowa.

Kibice Wisły Kraków i Górnika Zabrze od początku obecnego sezonu najliczniej pojawiają się na domowych meczach swoich drużyn. W 1. kolejce najwyższą frekwencję miało wygrane przez Wisłę Kraków 3:0 spotkanie z Zagłębiem Lubin (13 668), w drugiej kolejce najwięcej widzów pojawiło się na stadionie w Zabrzu – pierwszą tym sezonie potyczkę Górnika na swoim stadionie obejrzało 18 659 fanów. Niestety, zabrzanie przegrali z Lechem 1:3 i ta porażka odbiła się negatywnie na frekwencji w meczu 3. kolejki ze Stalą Mielec, bo na tym spotkaniu pojawiło się już tylko 11 873 kibiców. W sumie jednak zabrzański klub po trzech seriach spotkań może pochwalić się najwyższą średnią widzów w lidze – 15 266 osób na jednym meczu. Na stadionie Wisły trend jest odwrotny – w drugim meczu, z Rakowem Częstochowa, na widowni było więcej kibiców niż w spotkaniu z Zagłębiem – 15 317. Była to zdecydowanie najwyższa frekwencja w całej 3. kolejce. W sumie ekipę „Białej Gwiazdy” w dwóch domowych starciach obejrzało łącznie 28 985, co daje średnią na mecz 14 492 osoby i drugą lokatę
w zestawieniu.
Trzecie miejsce ze średnią 10 260 widzów zajmuje Legia Warszawa, ale to frekwencja tylko z pierwszego meczu w obecnym sezonie, z Wisłą Płock (1:0), bo w drugiej kolejce legioniści grali w Radomiu z Radomiakiem, a spotkanie w 3. kolejce, z Zagłębiem Lubin, na ich prośbę zostało przełożone na 15 grudnia. Warto jednak odnotować, że rewanżowe spotkanie w III rundzie kwalifikacji Ligi Mistrzów z Dinamem Zagrzeb obejrzało ponad 26 tysięcy fanów. Legia przegrała jednak 0:1 i w najbliższy czwartek zagra w IV rundzie kwalifikacji Ligi Europy ze Slavią Praga, a w najbliższą sobotę zmierzy się na wyjeździe z Wartą. Tak więc dopiero potyczka w 5. kolejce z Bruk-Betem w niedzielę 22 sierpnia może poprawić Legii średnią widzów Mimo dobrych wyników oraz miejsca na szczycie ligowej tabeli, dopiero czwarte miejsce w tym zestawieniu zajmuje Lech Poznań ze średnią 9 644 widzów. Kolejne miejsca w zestawieniu zajmują: Śląsk (8901 widzów), Jagiellonia (7877), Lechia (7772), Pogoń (6161), Cracovia (6144), Piast (4408), Bruk-Bet (4332), Radomiak (3950), Górnik Łęczna (3212), Stal (3323), Zagłębie (2340), Warta (2328), Wisła Płock (1500). Ostatni jest Raków, ale wszystkie trzy mecze rozegrał na wyjazdach.

Zestaw par 4. kolejki:
Piątek 13. sierpnia: Bruk-Bet Nieciecza – Lech Poznań, godz. 18:00; Stal Mielec – Wisła Kraków, godz. 20:30. Sobota: Piast Gliwice – Wisła Płock, godz. 15:00; Lechia Gdańsk – Cracovia, godz. 17:30; Warta Poznań – Legia Warszawa, godz. 20:00. Niedziela: Raków Częstochowa – Radomiak Radom, godz. 15:00; Śląsk Wrocław – Górnik Łęczna, godz. 17:30; Zagłębie Lubin – Pogoń Szczecin, godz. 20:00. Poniedziałek: Jagiellonia Białystok – Górnik Zabrze, godz. 18:00.

PKO Ekstraklasa: Kluby już szykują się do transferów

Do otwarcia letniego okienka transferowego jest jeszcze trochę czasu, ale w klubach PKO Ekstraklasy już zaczęły się przymiarki do kadrowych roszad. Na razie przeważają informacje o odejściach zawodników, ale polowanie na nowych graczy już się zaczęło, lecz planowane ruchy kadrowe trzymane są w tajemnicy.

Dla przypomnienia – w zakończonych niedawno rozgrywkach naszej ekstraklasy triumfował zespół Legii Warszawa. Tytuł wicemistrzowski wywalczył Raków Częstochowa, a brązowy medal Pogoń Szczecin. Ponieważ ekipa Rakowa zdobyła też Puchar Polski, czwarty w tabeli Śląsk Wrocław w nowym sezonie zagra w kwalifikacjach europejskich pucharów. Ekstraklasę opuściła drużyna Podbeskidzia Bielsko-Biała. Od nowego sezonu ekstraklasa liczyć będzie 18 zespołów, ale w sezonie 2020/2021 rywalizowało jeszcze 16 drużyn, co oznacza, że rozegrano240 meczów. Wystąpiło w nich 489 zawodników, z których 190 to obcokrajowcy.
Po zakończeniu sezonu Legia ogłosiła, że latem z klubu odejdą: Mateusz Cholewiak, Radosław Cierzniak, Walerian Gwilia, Igor Lewczuk, Nazarij Rusyn i Artem Szabanow (koniec wypożyczenia z Dynama Kijów), Joel Valencia (koniec wypożyczenia z Brentford), Marko Vesović. Wszystko wskazuje, że latem odejdzie też Paweł Wszołek, który finalizuje transfer z Unionem Berlin. .
Raków Częstochowa pożegnał natomiast Dominik Holeca (Sparta Praga), Jarosława Jacha (Crystal Palace), Piotr Malinowskiego, Kamila Piątkowskiego (Red Bull Salzburg), Branislava Pindrocha i Petra Schwarza (Śląsk Wrocław). Pogoń Szczecin podziękowała za dalszą współpracę Adamowi Frączczakowi, Davidowi Stecowi i Tomasowi Podstawskiemu. Śląsk Wrocław z kolei pożegnał Gullermo Cotugno, Israela Puerto, Mathieu Scaleta, Dariusza Szczerbala i Macieja Wilusza.
Piast Gliwice z obecnej kadry jeszcze nikogo nie skreślił, podobnie jak Warta Poznań i Stali Mielec. Lechia Gdańsk odesłała do Anderlechtu Bruksela Kenny’ego Saiefa, a Zagłębie Lubin podało, że latem odejdą Jakub Bednarczyk (FC Sankt Pauli), Dorde Crnomarković (Lech Poznań), Samuel Mraz (SSC Napoli) i Miroslav Stoch. Jagiellonia odchudziła liczną kadrę żegnając się z Arielem Borysiukiem, Fernanem Ferreiroą, Andrejem Kadlecem, Maciejem Makuszewskim, Damianem Węglarzem i Kamilem Wojtkowskim. Górnik Zabrze oddał Michała Koja, a Lech Poznań Tomasza Dejewskiego, Niko Kaczarawę, Wasyla Krawenia, Tymoteusza Puchacza i Huberta Sobola (Wisła Kraków). Wisła Płock pozbyła się Airama Cabrery, Angela Garci, Giorgia Merebaszwiliego, Julio Rozdrigueza, Cilliana Sheridana i Alan Urygę.
Z Wisły Kraków odchodzą natomiast Vulnet Basha, Rafał Boguski, Łukasz Burliga, Jean Carlos Silva (Pogoń Szczecin), Souleymane Kone, David Mawutor, Zan Medved i Uros Radaković. Lokalny rywal wiślaków, Cracovia, „puściła w obieg” na razie Diego Ferraresso, Ivan Fiolicia, Jakuba Koseckiego, Dawida Szymonowicza, Tomasa Vestenicky’ego (Czajka Piesczanokopskoje).

PKO Ekstraklasa: Nie dali Hyballi dokończyć sezonu i Wisła Kraków skrzywdziła Piasta

Narastający od tygodni konflikt między Peterem Hyballą, a Jakubem Błaszczykowskim, który jest nie tylko piłkarzem Wisły Kraków, ale też jednym z właścicieli klubu, zakończył się w miniony piątek dymisją niemieckiego szkoleniowca.

To dziewiąta zmiana trenera w klubach ekstraklasy w tym sezonie, a druga w Wiśle Kraków. Krakowski klub o dymisji Petera Hyballi poinformował w piątek przed południem. „Strony podjęły decyzję, że niemiecki szkoleniowiec nie poprowadzi już zespołu w meczu przeciwko Piastowi Gliwice. Umowa została rozwiązana 14 maja 2021 roku, a ostatnie spotkanie ligowe ma stanowić początek nowej drogi obranej przez Wisłę. Dziękujemy trenerowi Hyballi za pracę na rzecz klubu i energię włożoną w wykonywanie swoich obowiązków! Życzymy powodzenia w dalszej karierze” – napisano w oficjalnym, komunikacie zamieszczonym na oficjalnej stronie internetowej „Białej Gwiazdy”. Dla 45-letniego niemieckiego trenera Wisła Kraków była czwartym zespołem, który samodzielnie prowadził. Wcześniej trenował piłkarzy holenderskiego NEC Nijmegen, słowackiej Dunajskiej Stredy oraz holenderskiego NAC Breda. Jego umowa z Wisłą obowiązywała do końca czerwca 2022 roku. Została rozwiązana za porozumieniem stron.
Hyballa pojawił się pod Wawelem w grudniu 2020 roku, by przejąć zespół po Arturze Skowronku. Na początku radził sobie nieźle. Jego relacje z zespołem i klubowymi działaczami popsuły się radykalnie dopiero po marcowej przerwie na reprezentację. Po wznowieniu rozgrywek wiślacy niespodziewanie w 23. kolejce przegrali z Podbeskidziem Bielsko-Biała (0:2), a następnie w kolejnych sześciu spotkaniach nie potrafili odnieść zwycięstwa: przegrali z Rakowem Częstochowa (1:2), Wartą Poznań (0:1), Zagłębiem Lubin (1:4) i Lechem Poznań (1:2), a bezbramkowo zremisowali w derbach Krakowa z Cracovią oraz na wyjeździe z Legią Warszawa. Dzięki remisowi Wisły Płock z Podbeskidziem w przedostatniej kolejce „Biała Gwiazda” mimo porażki z Lechem obroniła swój byt w ekstraklasie, ale zajęte przez nią miejsce w dole ligowej tabeli nie jest powodem do chwały dla ekipy 13-krotnych mistrzów Polski.
Na razie nie wiadomo, kto zastąpi Petera Hyballę. W ostatniej. 30. kolejce w wyjazdowym meczu z Piastem Gliwice zespół poprowadził Kazimierz Kmiecik i sensacyjnie wygrał 3:2.

Przed ostatnią serią spotkań kolejność na trzech czołowych miejscach w tabeli była już ustalona. Mistrzostwo Polski wywalczyła Legia Warszawa, wicemistrzostwo Raków Częstochowa, a brązowy medal przypadł Pogoni Szczecin. O czwartą lokatę, premiowaną udziałem w europejskich pucharach, walczyło w ostatniej kolejce kilka zespołów. Walkę wygrał Śląsk Wrocław, który wprawdzie tylko zremisował ze Stalą Mielec 1:1, ale skorzystał na nieoczekiwanej porażce Piasta Gliwice z Wisłą Kraków i w nowym sezonie zagra w kwalifikacjach Ligi Konferencji Europy. Z PKO Ekstraklasy do I ligi spadłą natomiast ekipa Podbeskidzia Bielsko-Biała.
Wyniki ostatnie, 30. kolejki PKO Ekstraklasy:
Cracovia – Warta Poznań 0:1
Jagiellonia Białystok – Lechia Gdańsk 2:1
Lech Poznań – Górnik Zabrze 1:1
Legia Warszawa – Podbeskidzie Bielsko-Biała 1:0
Piast Gliwice – Wisła Kraków 2:3
Pogoń Szczecin – Raków Częstochowa 1:3
Śląsk Wrocław – Stal Mielec 1:1
Wisła Płock – Zagłębie Lubin 4:0

PKO Ekstraklasa: Wisła pomogła Wiśle w utrzymaniu

W rozegranych w sobotę meczach 29. kolejki ekstraklasy Wisła Płock zremisowała z Podbeskidziem Bielsko-Biała 1:1, zapewniając nie tylko sobie utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej, ale także imienniczce z Krakowa. Ekipa „Białej Gwiazdy” powinna być wdzięczna „Nafciarzom”, bo ze słabym Lechem Poznań przegrała u siebie 1:2.

Piłkarze Podbeskidzia po meczu z Wisłą Płock byli mocno przygnębieni. Dzięki remisowi płocczanie utrzymali nad bielszczanami przewagę pięciu punktów, co na kolejkę przed zakończeniem rozgrywek zapewniało im utrzymanie w ekstraklasie. „Nafciarze” tym wynikiem przysłużyli się też Wiśle Kraków, która w sobotę na swoim stadionie w kiepskim stylu przegrała z Lechem Poznań 1:2. Wiślacy mają na koncie tyle samo punktów co płocczanie (30), ale gorszy bilans bezpośrednich spotkań i dlatego w tabeli wylądowali na 14. miejscu. Za nimi są już tylko zespoły beniaminków – Stali Mielec (27 pkt) i Podbeskidzia (25), co oznacza, że w tym sezonie z ekstraklasy może spaść już tylko jeden z tych dwóch zespołów. Ale ani w Płocku, ani tym bardziej w Krakowie, nikt nie manifestował radości z faktu utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej. Wypada jednak przypomnieć, że w poprzednim sezonie oba zespoły także zakończyły zmagania na miejscach tuż nad strefą spadkową. Rok temu z ligi spadły trzy zespoły (Arka Gdynia, Korona Kielce i ŁKS Łódź), a „Biała Gwiazda” wtedy również obroniła z trudem ligowy byt mając pięć punktów przewagi nad najlepszym z trójki zdegradowanych zespołów. Ekipa „Białej Gwiazdy” nie poczyniła więc przez te dwa lata żadnych postępów.
Trener Maciej Skorża ponad dekadę temu zdobył z krakowską Wisłą dwukrotnie mistrzostwo Polski, ale w sobotni wieczór na stadionie przy Reymonta nie mógł sobie pozwolić na sentymenty. Odkąd 12 kwietnia oficjalnie przejął ekipę „Kolejorza”, zespół pod jego wodzą zdążył rozegrać cztery ligowe spotkania, z których wygrał tylko jedno – z Lechią 3:0. Porażka z Rakowem 1:3 ujmy mu nie przynosi, bo wicelider ekstraklasy i tegoroczny zdobywca Pucharu Polski ma w tej chwili lepszą drużynę, ale już porażki z broniącymi się przed degradacją Podbeskidziem (0:1) i Stalą Mielec (1:2) doprowadziła w poznańskim klubie do wrzenia. Skorżę do furii doprowadziła zwłaszcza porażka z mieleckim zespołem, bo lechici stracili gole po wrzutach piłki z autu przez mielczan w końcówce spotkania. „To mi spędza sen z powiek. Ćwiczyliśmy ten wariant, bo wiedzieliśmy, że to wyrzuty z autu to jeden z atutów w grze Stali. Wcześniej siedem razy mój zespół poradził sobie z takimi zagraniami, a nie potrafił tego zrobić w decydujących momentach spotkania. Moi piłkarze mają problem z utrzymaniem koncentracji” – narzekał trener „Kolejorza”.
Chcąc pobudzić zespół do walki przed meczem z Wisłą Skorża odważnie zapowiedział, że w nowym sezonie będzie chciał poprowadzić lechitów do walki o podwójną koronę. Ostatni raz ekipa „Kolejorza” zdobyła mistrzostwo Polski w sezonie 2014/2015 roku, właśnie pod wodzą Skorży. Mecz z Wisłą miał dać odpowiedź, jak na deklaracje trenera zareagują piłkarze Lecha. Zareagowali chyba jak należy, bo już w 13. minucie „Kolejorz” objął prowadzenie po golu Mikaela Ishaka. Drugiego gola lechici strzelili już po przerwie, a trafienie w 61. minucie po strzale Pedro Tiby ostatecznie przypisano jako samobój obrońcy Wisły Serafina Szota.
Zespół Wisły do 72. minuty był dla ekipy Lecha tylko tłem. Wtedy trener Hyballa wprowadził na boisko Jakuba Błaszczykowskiego. Sześć minut później współwłaściciel „Białej Gwiazdy” i jej najbardziej znany i utytułowany piłkarz z rzutu wolnego zdobył kontaktową bramkę. Po strzeleniu gola Błaszczykowski pozwolił jednak sobie na pewną ostentację – podbiegł do ławki rezerwowych Wisły, ale ostentacyjnie ominął stojącego przy linii Hybalę i rzucił się w ramiona Kazimierza Kmiecika. To była oczywista manifestacja, bo jak wieść niesie niemiecki szkoleniowiec chciał usunąć Kmiecika ze sztabu szkoleniowego, na co zarząd klubu nie wyraził jednak zgody.
Wygląda na to, że to ju koniec ery Hyballi na Reymonta. Jeśli od 1 lipca zespół poprowadzi wujek Błaszczykowskiego Jerzy Brzęczek, dla nikogo raczej nie będzie to zaskoczeniem.

PKO Ekstraklasa: Święta wojna o przetrwanie

Takiej sytuacji nie było w Krakowie od 37 lat. Po raz ostatni Cracovia i Wisła podzieliły się punktami w obu derbowych potyczkach w sezonie 1983/1984. W obecnych rozgrywkach w rundzie jesiennej na stadionie „Pasów” przy Kałuży 1 był remis 1:1, a w rewanżu w sobotę na obiekcie „Białej Gwiazdy” także padł remis, tyle że bezbramkowy.

Stawka 201. „Świętej wojny” był dla obu zasłużonych dla polskiego futbolu krakowskich klubów trochę upokarzająca, bo Wisła i Cracovia w sobotni wieczór biły się o utrzymanie w ekstraklasie. Oba zespoły w tabeli są sąsiadami. „Biała Gwiazda” zajmuje po 27. kolejce 13. lokatę z dorobkiem 29 punktów, natomiast „Pasy” są o jedno miejsce niżej i mają na koncie jeden punkt mniej. Ostatnia w stawce Stal Mielec ma w dorobku 21 punktów i zaległe spotkanie z Rakowem Częstochowa, zaś przedostatnie Podbeskidzie Bielsko-Biała, które w 27. kolejce zdobyło komplet punktów pokonując Lecha Poznań, po stronie zysków ma 24. ligowe „oczka”. Nietrudno się zorientować, że ten z krakowskich zespołów, który w sobotę wygrałby 201. derby, de facto zapewniłby sobie utrzymanie. Przyznał to przed meczem trener Cracovii Michał Probierz. Na razie więc żadna z krakowskich drużyn alertu odwołać nie może, także Cracovia, która ostatnio zaczęła wychodzić z głębokiego kryzysu, czego efektem jest siedem zdobytych punktów w czterech ostatnich spotkaniach. Co istotne, drużyna Probierza przestała tracić bramki – z Legią zremisowała 0:1, z Wisłą Płock wygrała 1:0, a teraz z lokalną rywalką zremisowała 0:0. W trzech ostatnich kolejkach „Pasy” zmierzą się u siebie z Górnikiem, potem na wyjeździe z Lechią, a na koniec u siebie z Wartą.
„Biała Gwiazda” natomiast w meczu z Cracovią zdobyła pierwszy ligowy punkt od 21 marca, po serii czterech porażek z rzędu. Niemiecki trener wiślaków Peter Hyballa już od jakiegoś czasu przestał panować nad zespołem i wygląda na to, że jest już trafioną kaczką. Zła seria i słaba gra zespołu zachwiały pozycją Niemca. Hyballa przyjmuje krytykę. „Wymagam dużo od zespołu, ale też samokrytycznie biorę odpowiedzialność za te wyniki. Jak drużyna wygra mecz, to wszyscy się cieszą i każdy jest ojcem sukcesu, ale jak przegra, to tylko trener jest winny. Moi piłkarze to wiedzą i szefowie Wisły także. A co będzie dalej, zobaczymy” – ocenił swoja sytuację niemiecki szkoleniowiec.
Wisła nie strzeliła gola z gry w żadnym z czterech ostatnich meczów i derby pokazały, że nie był to przypadek. Pierwszy (i jedyny przed przerwą) celny strzał gospodarze oddali dopiero w 22. minucie, gdy po centrze Macieja Sadloka głową strzelił na bramkę „Pasów” Felicio Brown Forbes. Na więcej przeciwnicy do przerwy już wiślakom nie pozwolili. Po zmianie stron obraz gry się nie zmienił. Wiślacy walili głową w mur, a rywale czekali na prezent od losu. I w 67. minucie sędzia Bartosz Frankowski odgwizdał na ich korzyść „jedenastkę” za zagranie piłki ręką przez Macieja Sadloka. Nic to nie dało, bo wykonujący rzut karny Rumun Sergiu Hanca nie wykorzystał rzutu karnego.
W trzech ostatnich kolejkach Wisła zagra na wyjeździe z Legią, u siebie z Lechem i ponownie na wyjeździe z Piastem. O punkty będzie w tych spotkania więcej niż trudno. Inna sprawa, że Stal Mielec czekają mecze z Lechem w Poznaniu, z Legią u siebie i Śląskiem na wyjeździe, a Podbeskidzie walczyć będzie z Piastem na wyjeździe, Wisłą Płock u siebie i Legią na wyjeździe. A nie ulega wątpliwości, że właśnie jeden z pięciu ostatnich zespołów po 27. kolejce, czyli idąc od dołu Stal, Podbeskidzie, Cracovia, Wisła Kraków i Wisła Płock, po tym sezonie powędruje do niższej ligi. „Nafciarze” są w tej stawce najwyżej, ale mają tyle samo punktów co „Biała Gwiazda”, a przed sobą starcia z Lechią u siebie, Podbeskidziem na wyjeździe i Zagłębiem u siebie.
Piłkarze to ludek przesądny, więc pewnie po obu stronach krakowskich Błoń po nierozstrzygniętych potyczkach derbowych trwają teraz egzorcyzmy. A to dlatego, że gdy 36 lat temu „Święta wojna” pozostała bez rozstrzygnięcia przez cały sezon, to jeden krakowskich zespołów spadł potem z ligi. Wtedy ten smutny los spotkał Cracovię, która wypadła z ekstraklasy na długie 20 sezonów. Teraz jednak ten może to się przytrafić ekipie „Białej Gwiazdy”, która dzisiaj pod każdym praktycznie względem wyraźnie odstaje od Cracovii i takiego wstrząsu zapewne by nie przetrwała.

Warta już nie spadnie z ekstraklasy

W 25. kolejce Warta Poznań pokonała na wyjeździe Wisłę Kraków i z dorobkiem 36 punktów awansowała w ligowej tabeli na szóste miejsce. Dla tego małego klubu ważniejsze jest jednak to, że na pięć kolejek przed końcem sezonu zespół zapewnił sobie utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.

Sytuacja w tabeli ekstraklasy na finiszu rozgrywek staje się coraz bardziej klarowna. Legii nikt już nie odbierze prowadzenia, a po zwycięstwach w 25. kolejce Pogoni Szczecin i Rakowa Częstochowa, przy jednoczesnym remisie Lechii Gdańsk z Piastem Gliwice, de facto została już rozstrzygnięta także rywalizacja o premiowane występem w europejskich pucharach miejsca drugie i trzecie. Wciąż jednak warto jeszcze walczyć o zajęcie czwartej lokaty, bo trzeci obecnie w tabeli Raków Częstochowa jest także finalistą Pucharu Polski. Jeśli częstochowianie 2 maja pokonają Arkę i zdobędą puchar, zwolnią miejsce w europejskich pucharach dla zespołu z czwartego miejsca. Okazję do mocnego usadowienia się na tej pozycji w 25. kolejce zmarnowali piłkarze Piasta Gliwice, którzy prowadzili już z Lechią na jej stadionie 2:0, ale w końcówce pozwolili gospodarzom doprowadzić do wyrównania. Sędziujący ten mecz Bartosz Frankowski podkręcił emocje w doliczonym czasie gry dyktując dwa rzuty karne. „Jedenastkę” dla Lechii pewnie wykorzystał Flavio Paixao i doprowadził do remisu 2:2, ale arbiter nie chciał krzywdzić Piasta i dla równowago też zafundował już karnego. Niestety, wyznaczony do wykonania „jedenastki” Tomasz Jodłowiec zmarnował szansę i strzelił tak nieudolnie, że bramkarz gdańskiej drużyny Duszan Kuciak bez problemu obronił. Podział punktów w Gdańsku nie był korzystny dla żadnej z drużyn, bo uciekające w tabeli przed Lechią i Piastem zespoły Pogoni i Rakowa pewnie wygrały swoje spotkania i powiększyły przewagę o kolejne dwa punkty. „Portowcy” ograli na wyjeździe 2:0 Podbeskidzie, a warto podkreślić, że bramki na stadionie w Bielsku-Białej zdobyli dwaj kadrowicze – Kacper Kozłowski i Sebastian Kowalczyk. Drużyna Rakowa miała znacznie trudniejsze zadanie, bo podejmowała Lecha Poznań, po raz pierwszy oficjalnie prowadzonego przez nowego trenera, Macieja Skorżę. Nie był to jednak spektakularny powrót tego szkoleniowca na ławkę trenerską poznańskiego klubu. Ekipa „Kolejorza” nie miała wiele do powiedzenia w tym meczu. Do przerwy częstochowianie prowadzili 2:0, a na kontaktowego gola strzelonego przez poznaniaków w 49. minucie odpowiedzieli siedem minut później podwyższając wynik na 3:1. I takim rezultatem zakończyło się to spotkanie, po którym w drodze powrotnej Skorża z pewnością nie miał optymistycznych myśli.
W zgoła odmiennych nastrojach do Poznania wracała natomiast ekipa lokalnego rywala lechitów, Warty, która wygrała w Krakowie z Wisłą 1:0 i z dorobkiem 36 punktów awansowała w tabeli na szóste miejsce. A potężniejszy znacznie od warciarzy „Kolejorz” z 30 punktami zajmuje dopiero 11. lokatę. Wygląda na to, że w tym sezonie Skorża może tej hierarchii już nie odwrócić, chociaż Lech będzie miał w ostatnich pięciu kolejkach znacznie łatwiejszych rywali niż Warta. Zagra bowiem kolejno z Lechią (u siebie), Podbeskidziem (na wyjeździe), Stalą Mielec (u siebie), Wisłą Kraków (na wyjeździe) i zakończy sezon meczem u siebie z Górnikiem. Warciarzy natomiast czekają potyczki u siebie z Rakowem i Jagiellonią, potem wyjazdowe spotkanie z Pogonią, u siebie ze Śląskiem, a na koniec rozgrywek wyjazdowe starcie z Cracovią.
Jeśli przyjmiemy za punkt wyjścia liczbę 21 punktów zgromadzonych po 25 kolejkach przez Podbeskidzie (Stal Mielec ma w zapasie jeden zaległy mecz), a do zakończenie rozgrywek zostało jeszcze pięć meczów, czyli 15 punktów do zdobycia, to Warta Poznań, przypomnijmy – wraz ze Stalą i Podbeskidziem to beniaminek ekstraklasy – osiągnęła swój główny cel w tym sezonie, jakim było utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej.
W ostatnich kolejkach trener Warty Piotr Tworek będzie zatem mógł spokojnie poćwiczyć nowe schematy taktyczne i wystawiać do gry zawodników dotąd grzejących ławę. Innymi słowy – będzie mógł już szykować swój zespół do nowego sezonu. Chyba że kierownictwo klubu wyznaczy mu teraz nowy, znacznie ambitniejszy cel, czyli walkę do końca o zajęcie czwartego miejsca.

Legia znów na czele

W meczu 18. kolejki ekstraklasy Wisła Kraków pokonała lidera rozgrywek Pogoń Szczecin 2:1. Bohaterem gospodarzy był Felicio Brown Forbes, który strzelił jedną z bramek, a drugą wypracował. Potknięcie „Portowców” wykorzystała Legia Warszawa, która rozgromiła u siebie Wisłę Płock 5:2 i objęła prowadzenie.

Dla szczecińskiego zespołu, którego trenerem jest niemiecki szkoleniowiec Kosta Runjaic, to pierwsza porażka od siedmiu spotkań. Pogoń przegrała w Krakowie trochę pechowo, bo w przekroju całego spotkania nie była gorsza od „Białej Gwiazdy”, także prowadzonej przez niemieckiego trenera, Petera Hyballę. Wiślacy mieli jednak w swoich szeregach znakomicie tego dnia usposobionego Felicio Browna Forbesa, który walnie przyczynił się do zdobycia obu bramek. Napastnik z Kostaryki jedną zdobył sam pięknym uderzeniem zza linii pola karnego, a przy drugim trafieniu zaliczył de facto asystę – po jego dośrodkowaniu obrońca „Portowców” Benedikt Zech tak niefortunnie próbował wybić piłkę, że wpakował ja do bramki swojej drużyny. Dwa stracone gole to w przypadku szczecińskiej ekipy ewenement, bo do meczu z Wisłą miała na koncie tylko osiem straconych goli w 17 spotkaniach, a po raz ostatni bramkarz „Portowców” Dante Stipica wyciągał piłkę z siatki 12 grudnia ub. roku w spotkaniu 13. kolejki z Wartą Poznań. Zachowując czyste konto przez 525 minut 30-letni chorwacki golkiper ustanowił pod tym względem nowy rekord Pogoni w ekstraklasie.
Szczecinianie mieli wiele okazji do zdobycia goli. Najlepsze zmarnował Michał Kucharczyk – najpierw w 10. minucie trafił w słupek bramki Wisły, a w 44. minucie po zagraniu Kacpra Smolińskiego w idealnej sytuacji strzelił prosto w obrońcę Wisły Serafina Szotę.
Trzy minuty pop przerwie Pogoń w końcu zdobyła bramkę kontaktową, którą ładnym strzałem z powietrza zdobył Austriak z polskimi korzeniami Alexander Gorgon, tak na marginesie – syn osiadłego na stałe w Austrii byłego gracza krakowskiej Wisły Wojciecha Gorgonia. Trzeba jednak przyznać, że trochę mu pomógł niemrawą interwencją bramkarz wiślaków Mateusz Lis. Później podopieczni trenera Runjaicia rzucili się do ataku i trochę zapomnieli o defensywie, przez co w krótkim czasie Dante Stipica musiał aż trzykrotnie ratować swój zespół przed utratą gola. Bramkarz Pogoni najpierw wygrał pojedynek ze Stefanem Saviciem, następnie efektownie odbił uderzenie Felicio Brown Forbesa, a na koniec poradził sobie ze strzałem głową Żana Medveda. Potem gra się wyrównała i wynik spotkania nie uległ już zmianie.
Dzięki zwycięstwu „Biała Gwiazda” oddaliła się od strefy spadkowej na sześciu punktów, natomiast Pogoń porażka z wiślakami kosztowała utratę prowadzenia w ekstraklasie.
Pierwsze w tym roku potknięcie „Portowców” natychmiast wykorzystała Legia. Drużyna trenera Czesława Michniewicza zaczęła ten rok na pozycji lidera, ale po niespodziewanej porażce z Podbeskidziem (0:1) w 15. kolejce straciła prowadzenie. Potem „Wojskowi” wygrali u siebie z Rakowem Częstochowa 2:0 i zremisowali na wyjeździe z Jagiellonią Białystok, nie tracili więc zbyt dużo punktów do kroczącej od zwycięstwa do zwycięstwa Pogoni, ale dopiero porażka „Portowców” pozwoliła im wrócić na fotel lidera. Legioniści mają jednak tylko jeden punkt przewagi nad szczecinianami, a w następnej kolejce czeka ich wyjazd do Zabrza na mecz z Górnikiem. A warto przypomnieć, że w rundzie jesiennej zabrzanie pokonali Legię na Łazienkowskiej 3:1. Pogoń też jednak czeka trudna wyjazdowa potyczka we Wrocławiu z żadnym rewanżu za porażkę w Szczecinie 0:1. Grupę pościgową, którą tworzą Raków Częstochowa, Górnik, Lechia Gdańsk, Śląsk i Jagiellonia, nie dzieli jeszcze do liderującej dwójki niemożliwy do odrobienia dystans punktowy, zatem jest stanowczo przedwcześnie wyrokować, że w walce o mistrzowski tytuł liczą się już tylko Legia i Pogoń.
Podobnie przedwczesne jest typowanie zespołu, któremu przypadnie smutny los spadkowicza do I ligi. Co najmniej połowa zespołów z dolnej części ligowej tabeli póki co nie może być pewna pozostania w ekstraklasie, zwłaszcza że w tym roku najsłabsze po jesiennej części sezonu zespoły beniaminków – Warty, Podbeskidzia i Stali Mielec regularnie zdobywają punkty.

Kolejka niespodzianek w PKO Ekstraklasie

Ostatni w tym roku ligowa kolejka obfitowała w zaskakujące rozstrzygnięcia. Największą niespodziankę sprawili kibicom i bukmacherom piłkarze Stali Mielec, którzy pokonali lidera ekstraklasy Legię na jej stadionie 3:2. Niewiele mniejszymi sensacjami były wyjazdowe wygrane Lechii Gdańsk z Cracovią 3:0 i Wisły Kraków z Lechem 1:0.

Trener Leszek Ojrzyński przejął zespół Stali Mielec 11 listopada po Dariuszu Skrzypczaku. Mielczanie po dziewięciu rozegranych kolejkach mieli na koncie ledwie pięć punktów i serię czterech porażek z rzędu, w tym nader bolesne 0:6 z Wisłą Kraków na swoim stadionie. Pod wodzą nowego szkoleniowca Stal w pięciu kolejnych ligowych meczach wywalczyła osiem cenny punktów, notując dwie wygrane, dwa remisy i tylko jedną porażkę, na wyjeździe z Pogonią (0:2).
Wygrali dzięki karnym
Odniesione w miniony piątek wyjazdowe zwycięstwo nad Legią trzeba jednak uznać za sensację, bo chociaż była to trzecia porażka legionistów doznana w obecnych rozgrywkach na własnym stadionie, to wypada podkreślić, że obie wcześniejsze stołeczny zespół poniósł jeszcze za trenerskich rządów Aleksandara Vukovicia. Odkąd szkoleniowcem Legii jest Czesław Michniewicz, na Łazienkowskiej urwać jej punkty udało się jedynie Piastowi Gliwice, który zremisował tam 29 listopada w 11. kolejce, lecz aż do spotkania ze Stalą legioniści pod wodzą Michniewicza pozostawali w naszej lidze niepokonani.
Legia przegrała ze Stalą w dość niecodziennych okolicznościach, tracąc wszystkie trzy gole po rzutach karnych. Dwie pierwsze „jedenastki” podyktowane przez sędziego Bartosza Frankowskiego były raczej bezdyskusyjne, chociaż drugą odgwizdał dopiero po interwencji arbitrów z VAR (w tym meczu służbę przy analizie wideo pełnili Krzysztof Jakubik i Arkadiusz Wójcik). Oba rzuty karne na bramki zamienił Maciej Domański, dzięki czemu mielczanie po pierwszej połowie remisowali 2:2 (gole dla gospodarzy strzelili Bartosz Slisz w 17. i Tomas Pekhart w 24. minucie), ale piłkarz ten mimo to w przerwie został zmieniony. Gdyby został na boisku chociaż jeszcze na kwadrans, miałby dużą szansę na skompletowanie hat-tricka, bo w 58. minucie Frankowski po raz trzeci podyktował rzut karny na korzyść zespołu gości. Tym razem kontrowersyjny, bo w starciu napastnika Stali Łukasza Zjawińskiego, nota bene byłego gracza Legii oddanego do Stali za bezcen, z Arturem Jędrzejczykiem obaj ostro szarpali się za koszulki. Sędzia uznał jednak, że Jędrzejczyk robił to bardziej nieprzepisowo i nie dość, że odgwizdał kolejną „jedenastkę”, to jeszcze wlepił stoperowi Legii żółtą kartką. Po obejrzeniu telewizyjnej powtórki tej spornej sytuacji trudno nie nabrać przekonania, że Zjawiński trochę arbitra oszukał waląc się z teatralną przesadą na murawę jak kłoda. Dziwi jednak, że akurat w tej sytuacji sędziowie VAR nie zabrali głosu. Co ciekawe, ta sama para sędziów VAR także podczas zaległego meczu Lecha z Pogonią (0:1) nie interweniowała przy nieprawidłowo podyktowanym rzucie karnym. „Moi piłkarze przebiegli w tym meczu w sumie 123 kilometry i cały czas walczyli, ale jeśli chce się coś ugrać w z Legią, najlepszą drużyną w Polsce, to inaczej się nie da. Prowadziliśmy 1:0, ale później się zagapiliśmy i straciliśmy dwa gole, lecz rzuty karne utrzymały nas przy życiu” – przyznał trener Ojrzyński.
Lechia przełamała impas
Ekipa Lechii Gdańsk przyjechał do Krakowa z podwójnym obciążeniem – po czterech kolejnych porażkach poniesiony w obecnym sezonie w ekstraklasie oraz serii sześciu przegranych meczów z Cracovią z rzędu. Zespół „Pasów” wydawał się więc murowanym faworytem sobotniej potyczki, tym bardziej, że podopieczni trenera Michała Probierza w poprzedniej kolejce wywieźli komplet punktów z niegościnnego dla przyjezdnych stadionu Górnika Zabrze. Ale już po kwadransie gry było widać, że tym razem ekipie „Pasów” trudno będzie o kolejne zwycięstwo nad gdańszczanami. W 15. minucie pierwszego gola dla Lechii strzelił z rzutu wolnego były zawodnik Wisły Kraków Rafał Pietrzak. Gospodarze rzucili się do ataku chcąc jak najszybciej doprowadzić do remisu, ale jak ktoś za bardzo się spieszy, to rywal tylko się cieszy. Gracze Cracovii swoimi chaotycznymi atakami nie byli w stanie poważnie zagrozić ekipie Lechii, która do przerwy miała kilka okazji do przećwiczenia gry z kontrataku. W przerwie trener Probierz przeprowadził trzy zmiany, co pomogło o tyle, że optycznie gospodarze sprawiali wrażenie, iż mają na boisku przewagę. Nic jednak z niej nie wynikało, natomiast lechiści z każdą kolejna kontrą czyli pod bramką strzeżoną przez Karola Niemczyckiego coraz większe zagrożenie. W 79. minucie prowadzący spotkanie sędzia Krzysztof Jakubik za drugą w tym spotkaniu żółtą kartkę wyrzucił z boiska obrońcę „Pasów” Michała Gardawskiego, co zespół Lechii natychmiast wykorzystał zdobywając drugą bramkę. Przy tym trafieniu asystę zaliczył Pietrzak, a bramkarza „Pasów” pokonał najlepszy na boisku Maciej Gajos. Już w doliczonym czasie gry rozbity psychicznie zespół gospodarzy „dobił” dawny zawodnik krakowskiego klubu Jaroslav Mihalik, który wykorzystał podanie Conrado i ustalił wynik spotkania na 3:0.
Błaszczykowski załatwił Lecha
Zespół Lecha Poznań jako jedyny w ekstraklasie musiał do grudnia godzić grę na krajowym podwórku z występami w fazie grupowej Ligi Europy. Trener „Kolejorza” Dariusz Żuraw w rozegranym w środku tygodnia zaległym meczu z Pogonią Szczecin musiał radzić sobie bez ośmiu kontuzjowanych piłkarzy, a w sobotnim meczu z Wisłą Kraków do listy nieobecnych w kadrze z powodu urazów graczy dołączyli kolejni – stoperzy Thomas Rogne i Djordje Crnomarković oraz najskuteczniejszy strzelec zespołu Mikael Ishak. Ale nowy trener ekipy „Białej Gwiazdy” Peter Hyballa też miał poważne luki w kadrze, bo za przekroczenie limitu żółtych kartek musieli pauzować Michal Frydrych i Maciej Sadlok, a sześciu innych graczy leczyło kontuzje. W tej sytuacji po dłuższej przerwie w kadrze meczowej pojawił się Jakub Błaszczykowski, który jednak zaczął mecz na ławce rezerwowych.
Do przerwy emocje były tylko w 42. minucie gdy sędzia Tomasz Kwiatkowski odgwizdał rzut karny dla gospodarzy, który jednak po analizie VAR anulował. Po zmianie stron lechici mocno przycisnęli wiślaków i wydawało się, że lada moment zaczną strzelać gole. Ale wtedy w 53. na boisku pojawił się Błaszczykowski, który w 68. minucie przesądził o wygranej wiślaków. Bramkarz Lecha podał piłkę do lewego obrońcy Wasyla Kraweca, ale ukraiński piłkarz fatalnie przyjął piłkę, która trafiła do Błaszczykowskiego. Współwłaściciel krakowskiego klubu nie zmarnował okazji i strzałem przy słupku pokonał bramkarza Lecha. Potem jednak bohaterem w krakowskiej drużynie był już tylko bramkarz Mateusz Lis, broniący skutecznie i z dużym szczęściem liczne strzału piłkarzy „Kolejorza”. To dzięki niemu wiślacy utrzymali korzystny wynik do ostatniego gwizdka sędziego.
W Lechu po tej porażce z pewnością będzie nerwowo, a trenera Żurawia jeszcze przed świętami czekają trudne rozmowy z szefami klubu. Jeden ligowy punkt zdobyty w trzech ostatnich spotkaniach to może nie jest powód do zwolnienia z posady, ale władze poznańskiego klubu będą chciały usłyszeć od szkoleniowca jakie ma pomysły na drugą część rozgrywek. „Kolejorz” ma już dużą stratę punktową do czołówki, więc jeśli chce liczyć się w walce o czołowe lokaty, a wiadomo, że chce, w pozostałych do rozegrania 16 kolejkach nie może już pozwolić sobie na słabsze występu w żadnym meczu.