Nowe rozdanie w PP

W poniedziałek w siedzibie PZPN w Warszawie dokonano losowania par 1/32 finału Pucharu Polski sezonu 2020/2021. Mecze tej fazy zmagań zostaną rozegrane w dniach 13-16 sierpnia.

Już w tej fazie rozgrywek w jednej parze spotkają się dwie drużyny z PKO Ekstraklasy – Górnik Zabrze podejmie Jagiellonię Białystok. W inne parze Radomiak Radom zmierzy się z Miedzią Legnica. Dla tych zespołów będzie to okazja do rewanżu za rozegrany we wtorek 28 lipca barażowy mecz o awans do ekstraklasy. Na losowanie mogą narzekać gracze Pogoni Szczecin, których czeka wyprawa do Nowego Targu na mecz z trzecioligowym Podhalem. Przed losowaniu przyjęto zasadę, że gospodarzami spotkań będą drużyny z niższych klas rozgrywkowych, a jeśli trafią na siebie dwa zespoły z tej samej ligi, o wyborze gospodarza zadecyduje kolejność w tabeli.Pula nagród w Pucharze Polski ustalona w sezonie 2020/2021 wynosi 10 milionów złotych. Dla zwycięzcy PZPN przewidział premię w wysokości 5 milionów złotych.
Zestaw par 1/32 finału:
Odra Opole – Lech Poznań, GKS Bełchatów – Legia Warszawa, Chrobry Głogów – Cracovia, Resovia – Piast Gliwice, Ślęza Wrocław – Wigry Suwałki, (zespół wyłoniony w rozgrywkach Opolskiego ZPN) – Górnik Łęczna, Górnik Polkowice – Arka Gdynia, Wielkopolski ZPN – Korona Kielce, Łódzki ZPN – Widzew Łódź, Garbarnia Kraków – GKS Katowice, Kujawsko-Pomorski ZPN – Zagłębie Sosnowiec, Podhale Nowy Targ – Pogoń Szczecin, Błękitni Stargard lub Legionovia – Warta Poznań, Stomil Olsztyn – GKS Jastrzębie, Radomiak – Miedź Legnica, Podlaski ZPN – Znicz Pruszków, Stal Rzeszów – Podbeskidzie Bielsko-Biała, GKS Tychy – Wisła Płock, Lubuski ZPN – Świt Szczecin, ŁKS Łódź – Śląsk Wrocław, Świt Nowy Dwór Mazowiecki – Zagłębie Lubin, Sandecja Nowy Sącz – Raków Częstochowa, Lubelski ZPN – Pogoń Siedlce, Skra Częstochowa lub Stal Stalowa Wola – Lechia Gdańsk, Pomorski ZPN – Puszcza Niepołomice, Warmińsko-Mazurski ZPN – Śląski ZPN, Górnik Zabrze – Jagiellonia Białystok, Bruk-Bet Nieciecza – Bytovia Bytów, KSZO Ostrowiec Świętokrzyski – Wisła Kraków, Chojniczanka Chojnice – Olimpia Elbląg, Olimpia Grudziądz – Lech II Poznań lub Elena Toruń, Podkarpacki ZPN – Stal Mielec.

Brożek już więcej goli nie strzeli

Zakończony w miniony weekend sezon naszej piłkarskiej ekstraklasy zapisze się w kronikach jako najdłuższy w historii, ale od strony sportowej nie był jednak specjalnie ciekawy. Najważniejsze rozstrzygnięcia (mistrzostwo dla Legii oraz degradacje z ligi dla ŁKS, Korony i Arki) zapadły na kilka kolejek przed końcem zmagań, a goli strzelono najmniej odkąd obowiązuje system ESA-37.

Drużynie Legii Warszawa do zdobycia mistrzowskiego tytułu wystarczyło 69 punktów, co daje średnią 1,86 pkt na mecz. To najsłabszy wynik osiągnięty przez mistrza kraju w XXI wieku. Dla porównania – przed rokiem Piast Gliwice triumfował z dorobkiem 72 punktów, a finiszująca na drugim miejscu Legia zdobyła 68 pkt. Rywale stołecznego zespołu w europejskich pucharach powinni przeanalizować potyczki legionistów z szóstą na koniec rozgrywek Pogonią Szczecin, bo w minionym sezonie przegrali trzy ligowe starcia z ekipą „Portowców” – w fazie zasadniczej 1:2 u siebie i 1:3 na wyjeździe, a w fazie play off ponownie u siebie 1:2. Najwyraźniej niemiecki trener Pogoni Kosta Runjaić znalazł sposób na zneutralizowanie atutów warszawskiej jedenastki. Inni jednak tacy bystrzy już nie byli, dlatego to Legia świętuje 14. w historii mistrzostwo Polski.
Na drugim biegunie ligowej stawki znalazł się Łódzki Klub Sportowy. Beniaminek ekstraklasy okazał się wyraźnie za słaby na grę w elicie, bo w 37 kolejkach zdołał wywalczyć zaledwie 24 punkty, z których połowę zdobył w spotkaniach z drugim z beniaminków, Rakowem Częstochowa oraz z Cracovią. Z drużyną z Częstochowy, która cały sezon w roli gospodarza występowała gościnnie ba boisku GKS Bełchatów, łodzianie wyszarpali w trzech meczach siedem punktów (2:0 i 1:1 w fazie zasadniczej oraz 3:2 w fazie play off), natomiast z zespołem „Pasów” wywalczyli sześć „oczek” w obu spotkaniach fazy zasadniczej (2:1 i 1:0). Cóż jednak z tego, skoro w starciach z pozostałymi zespołami łódzka drużyna nie dawała rady, przez co zakończyła rozgrywki ze stratą 21 pkt do zajmującej pierwszą bezpieczną lokatę w grupie spadkowej Wisły Kraków. Łodzianie odstawali nawet od dwóch także spadających z nimi do I ligi drużyn – do Korony Kielce stracili 11 punktów, a do Arki Gdynia 16. ŁKS był pierwszym od 17 lat zespołem, który przegrał w ekstraklasie aż 25 meczów. Poprzednio tyle porażek poniosła Pogoń Szczecin w sezonie 2002/2003, ale warto pamiętać, że wtedy rozgrywano tylko 30 kolejek.
Skoro już o słabeuszach mowa, to do tego grona zalicza się też wspomniana już krakowska Wisła, która zajęła 13. miejsce, najgorsze od sezonu 1993/1994, w którym wiślacy uplasowali się na 15. pozycji i spadli do niższej ligi. Do ekstraklasy wrócili w 1996 roku, ale w obecnych rozgrywkach byli o krok nie tylko od sportowej degradacji, lecz od całkowitej zagłady klubu. Po 18. kolejce „Biała Gwiazda” zamykała tabelę z dorobkiem zaledwie 11 punktów. W tym krakowskim klubie najwięcej do powiedzenia, przynajmniej od strony sportowej, mają w tej chwili bracia Jakub i Dawid Błaszczykowscy. Niemal tuż po zakończeniu sezonu zaczęli autorski program przebudowy zespołu. Wiadomo, że nadal prowadził go będzie trener Artur Skowronek, z którym przedłużono kontrakt, ale w szatni wiele szafek zostało pustych. Z kadry „Białej Gwiazdy” wykreślono kilka znaczących nazwisk, między innymi 37-letniego Pawła Brożka, który ogłosił zakończenie kariery.
To ważne wydarzenie w historii polskiej ekstraklasy, bo Brożek z kilkoma krótkimi przerwami występował w niej przez 21 lat, zdobywając w wiślackich barwach siedem tytułów mistrza Polski, dwa razy triumfował w Pucharze Polski oraz dwukrotnie wygrywał klasyfikację strzelców – w sezonach 2007/2008 (23 gole) oraz 2008/2009 (19 goli). W sumie zdobył w ekstraklasie 149 bramek (144 dla Wisły i pięć dla GKS Katowice), co daje mu ósmą lokatę w strzeleckiej klasyfikacji wszech czasów. W panteonie „Białej Gwiazdy” lepsi od niego są tylko Tomasz Frankowski (167 goli) i Kazimierz Kmiecik (153), ale klasyfikacji klubowej Brożek jest drugi, za Kmiecikiem, bo Frankowski dla Wisły zdobył tylko 115 bramek, a pozostałe 52 trafienia uzyskał w barwach Jagiellonii Białystok).
Jest coś zdumiewającego w podobieństwie piłkarskich osiągnięć tych trzech znakomitych ligowych snajperów. Chociaż byli tak zabójczo skuteczni w polskiej ekstraklasie, to żaden nie zrobił znaczącej kariery za granicą i w reprezentacji Polski. Brożek próbował sił w lidze tureckiej, szkockiej i drugiej lidze hiszpańskiej, ale jego przygody w Trabzonsporze, Celticu Glasgow i Recreativo Huelva nawet jego hagiografom trudno uznać za udane. W tureckim zespole w sezonie 2011/2012 zagrał w 19 meczach i strzelił trzy gole, potem został wypożyczony na krótko do Celticu (trzy występy), a następnie na sezon 2012/2013 do Recreativo, w barwach którego zaliczył 18 występów i zdobył dwie bramki. Po powrocie do kraju wrócił do Wisły i momentalnie odzyskał instynkt strzelecki. Następne trzy sezony kończył z bardzo przyzwoitym wynikiem, strzelając w trzech kolejnych sezonach w lidze odpowiednio 17, 15 i 14 goli. W maju 2018 roku zakończył oficjalnie karierę, ale gdy „Biała Gwiazda” znalazła się w potrzebie, wrócił na boisko i pomógł jej utrzymać ligowy byt. Teraz zawiesił buty na kołku po raz drugi, być może już definitywnie, ale nie można wykluczyć, że jeszcze go na boisku zobaczymy, choćby w barwach Wieczystej Kraków u boku Sławomira Peszki.
Brożek swój ostatni sezon w ekstraklasie zakończył z dorobkiem ośmiu trafień – z polskich piłkarzy lepsi od niego byli tylko Jarosław Niezgoda (Legia, 14 goli(), Piotr Parzyszek (Piast, 12 goli) i Bartosz Białek (Zagłębie, 9 goli). Królem strzelców został Duńczyk Christian Gytkjaer, który zdobył 24 bramki. To trzeci z rzędu sezon, gdy tyle akurat goli wystarczyło do zdobycia snajperskiej korony. Przed nim taki bramkowy dorobek osiągnęli Hiszpanie Carlitos (2017/2018) oraz Igor Angulo (2018/2019).
Żaden z tej trójki w nowym sezonie już w naszej ekstraklasie goli nie strzeli, więc może tytuł zdobędzie ponownie polski piłkarz? Najwyższa pora, żeby na naszych boiskach objawił się następca Roberta Lewandowskiego. Może będzie nim za jakiś czas Iwo Kaczmarski, który zdobył bramkę w pożegnalnym meczu Korony Kielce z ŁKS (2:0) mając 16 lat i 93 dni. Młodszym strzelcem gola od niego w całych dziejach naszej najwyższej ligi rozgrywkowej był tylko legendarny Włodzimierz Lubański, który 21 kwietnia 1963 roku w wieku 16 lat i 52 dni po raz pierwszy w karierze zaliczył ligowe trafienie.

Wyniki 35. kolejki PKO Ekstraklasy

Wyniki 35. kolejki:
Grupa mistrzowska:

Legia Warszawa – Cracovia 2:0
Gole: Tomas Pekhart (23), Walerian Gwilia (75). Żółte kartki: André Martins, Wszołek, Slisz, Cholewiak – Loshaj, Wdowiak. Sędziował: Jarosław Przybył. Widzów: 5500.
Śląsk Wrocław – Pogoń Szczecin 2:2
Gole: Israel Puerto (29), Przemysław Płacheta (45) – Adam Frączczak (23 karny), Kacper Smoliński (84). Żółte kartki: Puerto – Matynia, Zech. Sędziował: Paweł Raczkowski. Widzów: 5668.
Piast Gliwice – Jagiellonia Białystok 2:0
Gole: Piotr Parzyszek (12), Jorge Felix (14).
Żółte kartki: Milewski – Borysiuk, Camara, Błyszko. Czerwona: Milewski (45., za drugą żółtą). Sędziował: Tomasz Kwiatkowski. Widzów: 1439.
Lech Poznań – Lechia Gdańsk 2:0
Gole: Dani Ramirez (5), Robert Gumny (22), Kamil Jóźwiak (45) – Omran Haydary (42), Ze Gomes (47). Żółte kartki: Satka, Mleczko – Nalepa. Czerwona kartka: Conrado (89., Lechia). Sędziował: Krzysztof Jakubik. Widzów: 6432.

Grupa spadkowa:
Górnik Zabrze – Raków Częstochowa 4:1

Gole: Igor Angulo (20, 71), Jarosław Jach (60 samobójcza), Jesus Jimenez (86) – Petr Schwarz (4 karny). Żółte kartki: Wiśniewski, Jirka, Prochazka (Górnik). Sędziował: Łukasz Szczech. Widzów: 3869.
Zagłębie Lubin – Wisła Płock 0:1
Gol: Mateusz Szwoch (49). Żółte kartki: Guldan, Jończy, Balić – Adamczyk, Kocyła. Czerwona kartka: Guldan (90., za drugą żółtą). Sędziował: Piotr Lasyk. Widzów: 1224.
Arka Gdynia – ŁKS Łódź 3:2
Gole: Marcus Vinicius (19), Michał Nalepa (41 karny), Maciej Jankowski (45) – Samu Corral (55), Łukasz Sekulski (85). Żółte kartki: Młyński – Ricardo Guima, Klimczak. Sędziował: Artur Aluszyk. Widzów: 1579.
Wisła Kraków – Korona Kielce 1:1
Gole: Alon Turgeman (7) – Daniel Szelągowski (34). Żółte kartki: Janicki, Wojtkowski, Basha, Klemenz, Niepsuj, Pawłowski – Cebula, Długosz. Czerwona kartka: Hołownia (30., Wisła, za brutalny faul). Sędziował: Wojciech Myć. Widzów: 4223.

Grupa mistrzowska

  1. Legia 35 68 69:33
  2. Piast 35 60 40:30
  3. Lech 35 60 64:34
  4. Śląsk 35 54 49:42
  5. Cracovia 35 52 47:37
  6. Lechia 35 52 46:49
  7. Jagiellonia 35 49 46:46
  8. Pogoń 35 48 34:38
    Grupa spadkowa
  9. Górnik 35 50 49:44
  10. Raków 35 50 47:52
  11. Wisła P. 35 48 41:51
  12. Zagłębie 35 47 56:52
  13. Wisła K. 35 45 43:52
  14. Arka 35 37 37:55
  15. Korona 35 32 26:45
  16. ŁKS Łódź 35 21 30:64

Na dole wszystko jasne

Zwycięstwo Wisły Płock 1:0 z Górnikiem Zabrze zapewniło „Nafciarzom” utrzymanie w ekstraklasie. Tym samym na trzy kolejki przed zakończeniem rozgrywek wyłoniono wszystkich spadkowiczów, co po raz ostatni zdarzyło się 26 lat temu. Z PKO Ekstraklasą co najmniej na jeden sezon żegnają się Arka Grynia, Korona Kielce i ŁKS Łódź.

W piątek spod topora uciekła krakowska Wisła, która na wyjeździe wygrała z już wcześniej zdegradowanym ŁKS Łódź 2:1 i zapewniła sobie utrzymanie w ekstraklasie. Tego samego dnia Arka Gdynia zremisował w Kielcach z Koroną 1:1 i tym rezultatem definitywnie pozbawiła kielecki zespół szans na utrzymanie. Gdynianie też już byli w beznadziejnej sytuacji, ale mieli jeszcze matematyczne szanse na wyprzedzenie Wisły Płock. „Nafciarze musieliby jednak przegrać wszystkie mecze do końca rozgrywek, co wydawało się mało prawdopodobne, zaś Arka wszystkie wygrać, co było dla tej drużyny zadaniem niewykonalnym.
W poniedziałek sprawa definitywnie się wyjaśniła, bo płocczanie zwyciężyli na własnym stadionie Górnik Zabrze 1:0 i tym wynikiem sprawili, że Arka Gdynia podzieliła los Korony i ŁKS-u. Tak wcześnie komplet spadkowiczów wyłoniono 26 lat temu, w sezonie 1993/1994, kiedy to z ekstraklasą pożegnały się zespoły Wisły Kraków, Polonii Warszawa, Siarki Tarnobrzeg i Zawiszy Bydgoszcz.
Z trójki tegorocznych spadkowiczów najkrócej z występów w ekstraklasie cieszyli się piłkarze beniaminka ŁKS Łódź. Dla tego klubu nie będzie to wielką tragedią, bo ma solidne zaplecze sponsorskie, wiernych kibiców, a władze miasta dotrzymują zobowiązań z budową nowego stadionu, który w przyszłym roku ma zostać w całości oddany do użytku. Niewykluczone zatem, że po roku pobytu w I lidze ełkaesiacy ponownie zawitają na boiskach ekstraklasy.
Arka Gdynia spadła po czterech sezonach występów w PKO Ekstraklasie. Najlepszy z nich w jej wykonaniu był pierwszy, 2016/2017, kiedy to „żółto-niebiescy” nie tylko bez problemu utrzymali się w lidze, a sensacyjnie zdobyli też Puchar Polski po wygranej w finale z Lechem Poznań 2:1. Gdynianie dzięki temu w następnym sezonie zagrali w kwalifikacjach Ligi Europy i nie przynieśli wstydu, ale odpadli po wyrównanej walce z przeciętnym duńskim zespołem FC Midtjylland. Latem 2017 roku klub zmienił właściciela przechodząc pod zarząd rodziny Midaków.
W maju 2018 roku zespół ponownie awansował do finału Pucharu Polski, ale nie sprostał Legii Warszawa i przegrał 1:2. Nowi właściciele uznali ten wynik za porażke i zwolnili trenera Leszka Ojrzyńskiego, zastępując go Zbigniewem Smółką. Nowy szkoleniowiec nie poradził sobie z wyzwaniem i po serii 13 meczów bez wygranej został zwolniony.
Zatrudniony w jego miejsce Jacek Zieliński zdołał jakimś cudem utrzymać drużynę w ekstraklasie, ale postępującego kryzysu już nie udało się zahamować. Jego apogeum było ogłoszenie na początku roku 2020 decyzji prezydenta Gdyni o zaprzestaniu finansowego wspierania Arki z budżetu miasta.
Rodzina Midaków w końcu wycofała się z Arki oddając po wybuchu pandemii swoje udziały w ręce agenta piłkarskiego Jarosława Kołakowskiego, który posadę trenera powierzył znanemu z pracy w Jagiellonii Białystok Ireneuszowi Mamrotowi. Po restarcie rozgrywek zespół grał wprawdzie znacznie lepiej, nie na tyle jednak, żeby odrobić straty i wybronić się przed degradacją. Dalsze losy klubu w dużej mierze zależą teraz od hojności władz miejskich Gdyni.
Najdłużej z tercetu spadkowiczów grała w ekstraklasie Korona, bo z roczną przerwą na karną degradację za udział w futbolowej korupcji od sezonu 2005/2006. W 2017 roku 72 procent akcji kieleckiego klubu wykupił za niewielka kwotę słynny przed laty niemiecki bramkarz Dieter Burdenski (pozostałe 28 procent zachowało miasto), ale 30 października 2018 roku odsprzedał je niemieckiej spółce „Korona Investment GmbH”, na czele której stoi Andreas Hundsdoerfer, który został nowym właścicielem klubu. Czy będzie nim nadal po spadku z ekstraklasy, przekonamy się niebawem.

Fiesta Legii odłożona

W 33. kolejce zespół Legii Warszawa mógł przyklepać już tytuł mistrza Polski, ale warunkiem było pokonanie wicelidera tabeli Piasta Gliwice. „Wojskowi” jednak tylko zremisowali na własnym stadionie 1:1, chociaż od 55. minuty grali z przewagą jednego zawodnika. Zatem na koronację legioniści będą musieli jeszcze poczekać.

Piast fatalnie zaczął fazę play off i do Warszawy przyjechał trochę zdołowany po dwóch porażkach z rzędu, z Lechem Poznań i Lechią Gdańsk, natomiast stołeczny zespół miał za sobą wygraną ze Śląskiem u siebie i wyjazdowy remis w Białymstoku z Jagiellonią. Gliwiczanie już pogodzili sie z myślą, że nie obronią mistrzowskiego tytułu, bo Legię w tym sezonie zwycięstwa w rozgrywkach może pozbawić już tylko jakiś kataklizm. Ale ekipa trenera Waldemara Fornalika wciąż ma szansę na wywalczenie miejsca na podium, co jest równoznaczne z występem w kwalifikacjach do Ligi Europy. Po fazie zasadniczej gracze Piasta byli już tego niemal pewni, lecz przez te dwie porażki roztrwonili solidną przewagę punktową nad zespołami Lecha i Śląska Wrocław, więc chcąc nie chcąc musieli podjąć na Łazienkowskiej walkę.
Do przerwy potyczka dwóch czołowych ekip ekstraklasy mocno swoją jakością zawiodła oczekiwania sześciu tysięcy przybyłych na stadion widzów. Gra toczyła się przeważnie w środku pola, a bramkarze obu drużyn nie mieli niewiele okazji do wykazania się. Po zmianie stron przez pierwsze 10 minut przebieg gry wyglądał podobnie i pewnie tak byłoby już do końca, gdyby nie obrońca Piasta Bartosz Rymaniak, który w 53. i 55. minucie zarobił żółte kartki, co jak wiadomo skutkuje wyrzuceniem z boiska. Sędziujący mecz Szymon Marciniak szybko jednak wyrównał szanse, bo w 59. minucie za raczej przypadkowy faul Pawła Wszołka na Sebastianie Milewskim bez żadnego zawahania i konsultacji z VAR-em podyktował „jedenastkę” dla zespołu gości, którą na bramkę zamienił niezawodny Hiszpan Jorge Felix.
Trener Legii Aleksandar Vuković po meczu cierpko skomentował taka postawę arbitra: „Jeden niepotrzebny błąd dał sędziemu pretekst, a ten akurat sędzia dużo nie potrzebuje, żeby zagwizdać karnego przeciwko Legii”.
Legioniści mimo przewagi jednego gracza potrzebowali aż kwadransa żeby doprowadzić do wyrównania. W 84. minucie gola na 1:1 strzelił wprowadzony w 73. minucie 18-letni Maciej Rosołek i mecz zakończył się podziałem punktów, co oznacza, że Legia na koronację będzie musiała poczekać. Być może nastąpi to 4 lipca, bo tego dnia warszawianie zagrają w Poznaniu z ekipą „Kolejorza” (niedzielny mecz Lecha ze Śląskiem we Wrocławiu zakończył się po zamknięciu wydania, a te dwa zespoły, plus Piast, jeszcze mają matematyczne szanse na przegonienie Legii). Stołeczny zespół ma jednak poważny kłopot, bo kadrę zespołu mocno przetrzebiła plaga kontuzji.
W grupie spadkowej z walki o utrzymanie odpadły już trzy zespoły. ŁKS Łódź w poprzedniej kolejce stracił ostatnie szanse na wybronienie się przed degradacją, a swoja słabość w 33. kolejce potwierdził przegrywając na wyjeździe z Wisłą Płock 0:2. Zmiana trenera nic łodzianom nie pomogła, bowiem pod wodzą Wojciecha Stawowego w siedmiu spotkaniach wywalczyli tylko jeden punkt. Do spadku z ekstraklasy w tej kolejce po wyjazdowej porażce 1:2 z Zagłębiem Lubin przybliżyła się też Korona Kielce, niewiele też lepiej wygląda sytuacja Arki Gdynia, która przegrała z Rakowem Częstochowa 2:3. Tym zwycięstwem częstochowianie za jednym zamachem zapewnili sobie oraz ekipie Górnika Zabrze utrzymanie w najwyższej klasie rozgrywkowej, co chyba trochę zdemobilizowało zabrzański zespół, bo na swoim boisku przegrał on z Wisłą Kraków 0:1. Wygrywając w Zabrzu ekipa „Białej Gwiazdy” powiększyła swoją przewagę nad 14. Arką do ośmiu punktów, zaś nad 15. Koroną do 11, straciła jednak na jaki czas swojego lidera Jakuba Błaszczykowskiego, który musiał opuścić boisko jeszcze przed przerwą z powodu kontuzji.
Wisła ma jeszcze taki handicap, że drużyny Arki i Korony będzie gościć na swoim stadionie, zatem wygląda na to, w Gdyni i Kielcach kibice w przyszłym sezonie będą chodzić na mecze pierwszoligowe. A ŁKS w tej lidze zagra być może w derbach z Widzewem.

Nerwy w grupie spadkowej

Pierwsza kolejka gier w fazie play off potwierdziła układ sił w grupie spadkowej ustalony w zasadniczej części sezonu. Górnik Zabrze i Raków Częstochowa umocniły się na czele stawki, ŁKS Łódź stracił de facto szanse na utrzymanie, zaś Korona Kielce i Arka Gdynia są już tego bardzo bliskie.

Twierdzenie, że w grupie spadkowej rywalizacja już się rozstrzygnęła, w przypadku ŁKS Łódź jest uprawnione, bowiem łodzianie tracą w tej chwili do zajmującej pierwszą bezpieczną lokatę Wisły Kraków aż 14 punktów, a do zdobycia pozostało jeszcze tylko 18 punktów w sześciu kolejkach. Co prawda obecny trener ŁKS Wojciech Stawowy ma swoim trenerskim dorobku kilka „piłkarskich cudów” dokonanych na początku XXI wieku, gdy był szkoleniowcem Cracovii, ale chyba limit nadprzyrodzonych mocy dawno się u niego wyczerpał, bo po odejściu z krakowskiego klubu nie zanotował w trenerskiej karierze żadnych znaczących osiągnięć. Nie bardzo wiadomo na co liczyli włodarze ŁKS-u zwalniając Kazimierza Moskala i zatrudniając w jego miejsce Stawowego. Musi za tym stać jakiś długofalowy plan, bo jeszcze przed zawieszeniem ligowych rozgrywek było oczywiste, że ŁKS jest pewniakiem do spadku.
Drugim pewniakiem do zawieszenia rozgrywek była Korona Kielce, ale 6 marca władze klubu zdymisjonowały trener Mirosława Smyłę i zatrudniły w jego miejsce Macieja Bartoszka. Pod jego wodzą kielecki zespół dość radykalnie zmienił swój przaśny styl gry, zaczął grać z większą odwagą i wreszcie strzelać gole, co wcześniej było jego najsłabszą stroną. Po restarcie rozgrywek Korona wygrała w Płocku z Wisłą 4:1 i zremisowała w Lubinie z Zagłębiem 1:1, ale u siebie przegrała z Piastem Gliwice (1:2) i Lechem Poznań (0:3). Cztery zdobyte punkty to było za mało, żeby wyrwać się ze strefy spadkowej. Dlatego trener Bartoszek tak mocno przeżył porażkę w Zabrzu. Kielczanie jeszcze w 86. minucie prowadzili tam 2:1, a gospodarze zwycięską bramkę zdobyli w 95. minucie spotkania. „Tego meczu nie mieliśmy prawa przegrać, dlatego w szatni padło wiele mocnych słów, ale nie można inaczej jak się przegrywa tak głupio w końcowych sekundach” – przyznał trener Korony. Bartoszek zapewnia rzecz jasna, że wciąż wierzy w swój zespół i liczy na obronienie się przed spadkiem, lecz fakty są brutalne. Porażka z Górnikiem tylko potwierdziła, że kielczanie w tej chwili są w stanie walczyć o punkty jedynie z najsłabszymi zespołami. Podobnie rzecz się ma z Arką Gdynia, zatem wygląda na to, że w strefie spadkowej arbitrami w rozgrywce o utrzymanie będą już praktycznie spokojne o ligowy byt ekipy Górnika, Rakowa i Zagłębia. Bliska tego jest także Wisła Płock, ale „Nafciarze” muszą się pilnować, bo nad imienniczką z Krakowa mają tylko cztery punkty przewagi.
Po pierwszej kolejce fazy play off wygląda więc na to, że jedynym zespołem, który mogą jeszcze dopaść Korona i Arka, jest właśnie ekipa „Białej Gwiazdy”, która po restarcie jak na razie gra słabo. W wyjazdowym starciu z Rakowem wiślacy nie mieli wiele do powiedzenia i przegrali 1:3. Na stadionie w Bełchatowie, na którym gościnnie gra zespół z Częstochowy, nie było problemów z kibicami, bo była ich garstka, ale już na stadionie w Zabrzu, na który przybyło ponad 4,5 tysiąca widzów, pojawiły się problemy z utrzymaniem dystansu społecznego i przestrzeganiem rygorów sanitarnych. Polska jako pierwsza otworzyła stadiony dla kibiców, ale niewykluczona, że po wyborach rząd ponownie zamknie trybuny dla publiczności.

Legia idzie na mistrza

Chociaż pandemia koronawirusa w Polsce nie wygasa, piłkarskie rozgrywki na razie toczą się bez przeszkód. Tylko kibice, którzy w limitowanej liczbie mieli wrócić na stadiony od 19 czerwca, raczej w tym terminie na meczach nie pojawią. Ale piłkarzom Legii i Piasta to nie przeszkadza i wygrywają. W tej chwili tylko te dwa zespoły liczą się w walce o mistrzostwo.

W końcówce maja premier Mateusz Morawiecki, a także prezes futbolowej centrali Zbigniew Boniek poinformowali na konferencji prasowej, że od 19 czerwca możliwy będzie udział publiczności w meczach szczebla centralnego (ekstraklasy, I i II ligi oraz w Pucharze Polski). Klubom zezwolono na wykorzystanie 25 procent pojemności trybun bez górnego limitu osób. Możliwe byłoby więc organizowanie meczów w formie imprez masowych. Dzisiaj jednak wobec gwałtownego wzrostu liczby zakażonych koronawirusem w naszym kraju (w poniedziałek osiągnęła rekordowy poziom 599 osób), powrót kibiców na stadiony prawdopodobnie zostanie odsunięty w czasie.
Ale ligowa rywalizacja jak na razie toczy się bez przeszkód. W środku tego tygodnia rozgrywana jest 29. kolejka, już trzecia po restarcie rozgrywek, a przedostatnia w fazie zasadniczej sezonu. W miniony weekend znajdujące się na czele tabeli zespoły Legii Warszawa i Piasta Gliwice wygrały swoje mecze, co oznaczało, że do zmagań w fazie play off warszawianie przystąpią z pierwszego miejsca, natomiast gliwicka drużyna w najgorszym przypadku z miejsca czwartego, gdyby jakimś cudem przegrała dwa ostatnie spotkania. Szanse na zajęcie pozostałych sześciu lokat w grupie mistrzowskiej przed 29. kolejką wciąż miało jeszcze dziesięć zespołów.
Legia i Piast w fazie play off zagrają po cztery mecze na własnych boiskach, ale gliwiczanie zmierzą się z legionistami na Łazienkowskiej, chyba że po 30. kolejce jednak zajmą miejsce czwarte.
Na uniknięcie gry w grupie spadkowej nie miały już natomiast szans cztery ostatnie w tabeli zespoły, czyli ŁKS Łódź, Arka Gdynia, Korona Kielce i Wisła Kraków. Ekipa „Białej Gwiazdy” miała pecha, bo w pierwszych dwóch kolejkach po restarcie przyszło jej mierzyć się zespołami aktualnych mistrzów i wicemistrzów Polski, czyli Piastem i Legią, które brylują także w obecnych rozgrywkach i okupują dwie czołowe lokaty w tabeli. W starciach z nimi wiślacy stracili siedem bramek (0:4 z Piastem i 1:3 z Legią) i po tych porażkach roztrwonili pięciopunktową przewagę jaką przez zawieszeniem rozgrywek mieli nad strefą spadkową. A przed nimi dwa wcale nie łatwiejsze mecze – w środę zmierzą się u siebie z Rakowem Częstochowa, który po wznowieniu rozgrywek jeszcze nie przegrał meczu, chociaż też i nie wygrał, bo oba (ze Śląskiem i ŁKS-em) zremisował po 1:1. A w najbliższy weekend wiślaków czeka wyprawa do Gdyni i potyczka „za sześć punktów” z Arką.
Zestaw par 29. kolejki:
Wtorek 9 czerwca:
Lechia Gdańsk – Cracovia, Piast Gliwice – Górnik Zabrze, Lech Poznań – Pogoń Szczecin, Zagłębie Lubin – Korona Kielce.
Wszystkie te mecze zakończyły się po zamknięciu wydania.
Środa 10 czerwca:
Wisła Kraków – Raków Częstochowa, godz. 18:00, sędziuje Mariusz Złotek (Stalowa Wola); Wisła Płock – Śląsk Wrocław, godz. 18:00, sędziuje Tomasz Musiał (Kraków); Legia Warszawa – Arka Gdynia, godz. 20:30, sędziuje Tomasz Kwiatkowski (Warszawa); ŁKS Łódź – Jagiellonia Białystok, godz. 20:30, sędziuje Szymon Marciniak (Płock).

Piłkarze grają, a płace się mrożą

Piłkarze zespołów PKO Ekstraklasy szykują się do 28. ligowej kolejki. W środku tygodnia dołączyli do nich gracze I i II ligi, zatem wszystkie trzy zawodowe ligi w naszym kraju wróciły jakoś do życia po blisko trzech miesiącach bezruchu spowodowanego pandemią koronawirusa. Radość trwała jednak krótko, bo prezes PZPN Zbigniew Boniek włożył kij w mrowisko sugerując, żeby redukcję zarobków piłkarzy wprowadzić na stałe.

Swój aktualny pogląd na kwestię zarobków piłkarzy w polskiej lidze prezes PZPN wyłożył w wypowiedzi opublikowanej na łamach „PS”. „W naszej piłce na epidemii najwięcej stracił PZPN – na dzień dobry 80 milionów złotych. Gdyby spotkało to któryś z klubów, byłby na łopatkach. My natomiast potrafiliśmy się zorganizować i jeszcze ponad 100 milionów złotych przeznaczyliśmy na pomoc w ramach tarczy. Kluby szybko ustaliły, że w czasie kryzysu piłkarze powinni zarabiać połowę pensji, a ja uważam, że trzeba by obniżyć wynagrodzenia na stałe. Wtedy chcieliby trenować trzy razy mocniej, by wyjechać za granicę i zarobić więcej. W Polsce wielu piłkarzy ma eldorado, zwłaszcza ci z Europy Środkowej i Bałkanów. Ci gracze są ważną częścią niektórych zespołów, ale nie sądzę, by pomagali nam w osiąganiu sukcesów w europejskich pucharach. Gdyby zarabiali mniej, nie przyjeżdżaliby do Polski tak chętnie” – stwierdził Boniek. Dodał też: „W Polsce piłkarze mają za dobrze. Wszyscy o nich dbają, od dziennikarzy po działaczy. Najlepiej, gdyby istniał przepis, że po pierwszej połowie można wymienić całą jedenastkę, żeby tylko nikt się nie spocił. W czasie pandemii zatroszczyliśmy o piłkarzy bardziej niż na przykład o lekarzy. Sportowcy są uprzywilejowaną grupą, która daje społeczeństwu dużo, ale też dostaje trzy razy więcej i powinna o tym pamiętać” – przekonuje sternik polskiego futbolu. Wskazał też klubowym włodarzom właściwy kierunek: „Pandemia pokazała, że niektóre kluby były zarządzane w sposób zbyt ryzykowny. Każdy chce zostać mistrzem, ale rezultat osiągnięty na boisku powinien być wynikiem rozsądnej strategii. Zamiast dwudziestu obcokrajowców, wolałbym trzech, czterech, którzy zarabialiby więcej, ale mogliby czegoś nauczyć młodych polskich piłkarzy. Chwalimy się, że nie mamy kominów płacowych. A ja uważam, że w taki sposób nie robi się poważnej piłki. W Bayernie, Juventusie czy Barcelonie piłkarze, którzy robią różnicę, zarabiają zdecydowanie więcej i to jest normalne” – mówi Zbigniew Boniek.
Na szczęście dla piłkarzy, opinie prezesa PZPN nie są stałe i ulegają częstej zmianie, w zależności od aktualnej sytuacji lub potrzeb. Teraz akurat taka potrzeba występuje, bo – przypomnijmy – kluby od blisko trzech miesięcy praktycznie nie zarabiają pieniędzy ze sprzedaży biletów, nie dostają ich też od sponsorów i telewizyjnych nadawców. Zawodnicy i trenerzy zgodzili się na obniżkę płac do 50 procent, ale tylko na czas przerwy w rozgrywkach. A ta przerwa właśnie się skończyła i już za czerwiec trzeba będzie im wypłacić pełne wynagrodzenia, co przy znacznie zmniejszonych wpływach mocno zrujnuje i tak już nadszarpnięte klubowe budżety.
Po drugiej stronie barykady są jednak dobrze zorganizowani i prawnie zabezpieczeni pracobiorcy, czyli piłkarze i trenerzy. FIFA i UEFA dały wprawdzie przyzwolenie na cięcie płac w czasie pandemii, lecz wyłącznie za zgodą zawodników. Po restarcie rozgrywek ustalenia sprzed kilku tygodni przestały obowiązywać i kluby będą musiały na nowo negocjować z piłkarzami i trenerami wysokość ich kontraktów. Boniek ma pewnie już jakąś wiedzę o rodzących się na tym tle napięciach, skoro zdecydował się zająć stanowisko w takiej drażliwej sprawie. PZPN w kwestiach płacowych niewiele ma do powiedzenia, bo to wewnętrzna sprawa klubów, widocznie jednak uznał, że jeśli jako szef związku rzuci hasło powszechnej i trwałej obniżki płac, to może trochę tym pomoże właścicielom klubów w negocjacjach. Szkoda tylko, że domagając się cięcia zarobków, skupił się tylko na piłkarzach. Sam przecież zarabia miesięcznie więcej niż większość graczy ekstraklasy, nie wspominając o niższych ligach, a taki ludzi jak on, zarabiających wielkie pieniądze w polskim futbolu bez konieczności kopania piłki i narażania zdrowia, jest więcej niż samych piłkarzy.
Nie ulega jednak wątpliwości, że jest to temat wymagający otwartej dyskusji, ale w Polsce o pieniądzach, szczególnie własnych, nikt nie lubi publicznie rozmawiać. Sprawa zostanie więc pewnie załatwiona po cichu, co oznacza, że ktoś zostanie pokrzywdzony.

Zestaw par 28. kolejki:
Piątek: Korona Kielce – Piast Gliwice, godz. 18:00; Górnik Zabrze – Lechia Gdańsk, godz. 20:30.
Sobota: Jagiellonia Białystok – Wisła Płock, godz. 15:00; Zagłębie Lubin – Lech Poznań, godz. 17:30; Pogoń Szczecin – Cracovia, godz. 20:00.
Niedziela: Raków Częstochowa – ŁKS Łódź, godz. 12:30; Arka Gdynia – Śląsk Wrocław, godz. 15:00; Wisła Kraków – Legia Warszawa, godz. 17:30.

Legia odparła atak

W miniony weekend nasz piłkarska ekstraklasa wznowiła przerwane 13 marca z powodu wybuchu pandemii rozgrywki. Na razie przy pustych trybunach, ale już od 19 czerwca ma się to zmienić, bo rząd nieoczekiwanie wyraził zgodę, by od tego dnia kibice wrócili na piłkarskie stadiony.

Kontrowersyjną decyzję na tle Stadionu Narodowego w miniony piątek wspólnie ogłosili premier Mateusz Morawiecki, minister sportu Danuta Dmowska-Andrzejuk oraz prezes PZPN Zbigniew Boniek. Na razie władze zgodziły się jedynie na udostępnienie dla kibiców jedynie 25 procent pojemności obiektów, ale nawet tyle oznacza, że na stadionie Lecha Poznań, Śląska Wrocław i Lechii Gdańsk będzie mogło wejść około 10 tysięcy osób. A te liczby budzą u ekspertów poważne obawy. W wypowiedzi dla portalu Wirtualna Polska wirusolog prof. Krzysztof Simon, ordynator oddziału chorób zakaźnych wojewódzkiego szpitala we Wrocławiu, uznał tę decyzję za pochopną. „Jeszcze w tym miesiącu bym się z tym tak nie spieszył, chociaż rozumiem potrzebę ludzi, którzy nie mają dochodów w związku z zamkniętymi stadionami. Ale absolutnie nie wpuszczałbym dużych grup na trybuny. Kluby będą musiały spełnić rygorystyczne wymogi dotyczące utrzymywania dystansu między kibicami, ale będzie to niezwykle trudne i szczerze wątpię, czy ludzie wpuszczeni na stadion będą przestrzegać reżimu sanitarnego. Życzę powodzenia temu, kto zechce ich do tego przymusić lub przekonać” – stwierdził profesor Simon.
W podobnym tonie wypowiadają się też inni eksperci. Większość z nich uważa, że na otwarcie stadionów dla publiczności jest stanowczo za wcześnie i należałoby z tym poczekać na efekty ostatniego etapu odmrożenia gospodarki. W tej chwili nikt nie jest w stanie przewidzieć jak sytuacja epidemiczna w naszym kraju będzie wyglądać za trzy tygodnie. Warto przypomnieć, że MKOl przełożył na przyszły rok igrzyska w Tokio, zaś UEFA finały mistrzostw Europy, a obie te wielkie imprezy miały się przecież odbyć tego lata. Dlatego decyzja o powrocie kibiców na stadiony w PKO Ekstraklasie ( i żużlowej PGE Ekstralidze), nawet w limitowanej liczbie, budzi tak wielkie kontrowersje. Wszyscy przecież doskonale wiedzą, jak do rozwoju pandemii we Włoszech i Hiszpanii przyczynił się mecz Ligi Mistrzów Atalanty Bergamo z Valencią. Miejmy jednak nadzieję, że w razie realnego zagrożenia żadne względy, czy to polityczne czy ekonomiczne, nie przeszkodzą w cofnięciu tej kontrowersyjnej decyzji.
Póki co PKO Ekstraklasa gra w bezpiecznym wariancie z pustymi trybunami. W pierwszej po restarcie rozgrywek 27. kolejce hitem było sobotnie spotkanie aspirującego do czołowych lokat Lecha Poznań z liderem tabeli Legia Warszawa. Oba zespoły zaliczyły chrzest bojowy w rozegranych we wtorek i środę zaległych spotkaniach ćwierćfinałowych Pucharu Polski. Legia pokonała Miedź Legnicę 2:1, a Lech Stal Mielec 3:1. Legioniści przystępowali do potyczki z ekipą „Kolejorza” ze sporymi obawami, bo ostatnio w Poznaniu regularnie przegrywali. Ponadto znali już wynik wcześniej rozegranego spotkania Piasta Gliwice z Wisłą Kraków, w którym obrońcy tytułu rozgromili „Białą Gwiazdę” aż 4:0. W przypadku ewentualnej porażki Legii jej bezpieczna przewaga ośmiu punktów nad Piastem stopniałaby do pięciu, a „Wojskowi” w trzech ostatnich kolejkach fazy zasadniczej tylko jeden mecz grają u siebie, co niewątpliwie zwiększa szanse gliwiczan na zniwelowanie tej różnicy.
Legia i Lech dysponują obecnie zespołami o zbliżonym potencjale sportowym, a przy takim wyrównanym poziomie często o zwycięstwie przesądza jeden błąd. I taki właśnie przydarzył się holenderskiemu bramkarzowi poznańskiej drużyny Mickey’owi van der Hartowi już w 17. minucie. Piąstkowana przez niego niefortunnie piłka odbiła się od pleców stopera Lecha Djordje Crnomarkovicia, potem jeszcze uderzyła w poprzeczkę i spadła wprost pod nogi niepilnowanego zupełnie czeskiego napastnika Legii Tomasa Pekharta. I to był jedyny gol w tym nietypowym meczu, który tylko momentami był emocjonującym widowiskiem, bo jednak bez kibiców, których w poprzednich sezonach potrafiło przychodzić nawet po 40 tysięcy, nawet „derby Polski”, jak niekiedy zwie się potyczki Lecha z Legią, przypominał atmosferą sparing.
Zdecydowanie bardziej emocjonujące był mecz Piasta z Wisłą Kraków. Podopieczni trenera Waldemara Fornalika objęli w prowadzenie już w 42. sekundzie po golu Jorge Felixa. Kolejne trafienia dołożyli Patryk Tuszyński oraz dwukrotnie Piotr Parzyszek. Tym samym wicelider ekstraklasy i obrońca mistrzowskiego tytułu przerwał brutalnie wiślacką serię meczów bez porażki – wcześniej „Biała Gwiazda” wygrała sześć spotkań i dwa zremisowała.
Niespodziankami były natomiast wysokie porażki na własnych stadionach Pogoni Szczecin z Zagłębiem Lubin (0:3) i Wisły Płock z Koroną Kielce (1:4).

48 godzin sport

Kadra biathlonistów bez trenera
Trener biathlonowej kadry mężczyzn Adam Kołodziejczyk podał się do dymisji – poinformował w komunikacie związek. „Zrezygnowałem, bo uznałem, że zrealizowałem postawione zadanie” – stwierdził 56-letni szkoleniowiec. Kołodziejczyk w latach 2011-2017 prowadził żeńską kadrę biathlonistek, a jego podopieczne zdobyły łącznie cztery medale mistrzostw świata. Z reprezentacją mężczyzn pracował od sierpnia 2018 roku i pod jego wodzą trzech zawodników zdobyło punkty Pucharu Świata, a w Pucharze Narodów jego podopieczni awansowali z 23. na 17. pozycję. To oznacza, że w sezonie 2020/21 w zawodach indywidualnych PŚ będzie mogło wziąć udział czterech, a nie jak dotychczas trzech polskich biathlonistów. Kolejny sezon PŚ ma się rozpocząć 28-29 listopada w fińskim Kontiolahti.

Sąd przedłużył areszt dla byłej prezes Wisły Kraków
Krakowski sąd zdecydował się przedłużyć do 30 czerwca areszt dla Marzeny S. Była prezes Wisły Kraków jest podejrzana o udział w zorganizowanej grupie przestępczej i wyrządzenie milionowych szkód klubowi. Marzena S. przebywa w więzieniu od października ubiegłego roku. Jak informuje „Gazeta Krakowska” sąd do 30 czerwca przedłużył także areszt dla byłego wiceprezesa zarządu Wisły Kraków, Roberta S. Działania Marzeny S. i innych osób powiązanych z tą sprawą wyrządziły szkody krakowskiemu klubowi w sumie na kwotę około 10 milionów złotych. Oskarżeni nie przyznają się do winy, co nie dziwi, bo grozi im do 10 lat pozbawienia wolności. I nieprawidłowe działania polegały m.in. na podpisywaniu fikcyjnych umów, m.in. przez Marzenę S. W ten sposób z konta klubowego miało zniknąć co najmniej 824 tys. złotych. W areszcie przebywa też inny działacz klubu z Krakowa – Daniel D., który przez policję został zatrzymany w kwietniu 2019 roku pod zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej i handlu narkotykami. Sprawę prowadzi Prokuratura Regionalna w Poznaniu.

Dwie siostry jednocześnie zakończyły swoje sportowe kariery
Medalistki mistrzostw świata w narciarstwie alpejskim, włoskie siostry Nadia i Elena Fanchini oficjalnie zakończyły karierę. „Zaczęłyśmy wspólnie i kończymy razem” – napisały w mediach społecznościowych. Obie zawodniczki specjalizowały się w zjeździe – Nadia zdobyła medale MŚ w 2009 roku (brąz) i 2013 (srebro), a Elena – w 2005 (srebro). Od dłuższego czasu siostry nie rywalizowały już w Pucharze Świata, 33-letnia Nadia zajęła czwarte miejsce w marcu 2019 roku w zjeździe w Soldeu, obecnie przebywa na urlopie macierzyńskim. Rok starsza Elena wcześniej zmagała się z problemami zdrowotnymi (pokonała nowotwór), ale po przerwie spowodowanej w 2018 roku przez kolejna kontuzje już wtedy przyznała, że raczej już nie pojawi się na stoku w profesjonalnych zawodach. Teraz obie siostry dopełniły więc jedynie formalności.

Słowacki trener ma zastąpić Aleksandra Wierietielnego
Słowak Martin Bajcziczak będzie nowym trenerem reprezentacji Polski kobiet w biegach narciarskich. 43-letni szkoleniowiec i były zawodnik ma być następcą Aleksandra Wierietielnego, który doprowadził do ogromnych sukcesów Justynę Kowalczyk. To właśnie Kowalczyk była w ostatnim czasie asystentką swojego byłego trenera w kadrze kobiet. Prawdopodobnie będzie współpracować także z Bajcziczakiem. Do tej pory Słowak był szkoleniowcem reprezentacji kobiet swojego kraju w biathlonie. Jako zawodnik Bajcziczak nie osiągał spektakularnych sukcesów w biegach narciarskich, ale stawał na podium zawodów Pucharu Świata, a jedne z nich nawet wygrał, w 2005 roku w Niemczech. Był też blisko medalu mistrzostw świata. Słowak był dwukrotnym medalistą mistrzostw świata juniorów. Wystąpił na pięciu igrzyskach olimpijskich od Nagano po Soczi. Wystąpił w 10 edycjach mistrzostw świata. W 2005 roku w Oberstdorfie był czwarty w biegu łączonym.

Baraże o prawo gry w Euro 2021 przeniesione na jesień
Baraże, które mają wyłonić ostatnich czterech finalistów Euro 2020/2021 mają zostać rozegrane w październiku lub listopadzie. O prawo gry w tym turnieju walczy 16 zespołów, a najlepszy z kwartetu: Irlandia, Irlandia Płn, Bośnia i Hercegowina i Słowacja dołączy do Polski w grupie E.

Niemcy odwołali majowe Grand Prix na żużlu w Teterow
Z powodu pandemii koronawirusa nie odbędą się zaplanowane na 30 maja zawody żużlowej Grand Prix w niemieckim mieście Teterow – poinformowali organizatorzy. Z kolei miesiąc temu przełożono GP Polski na Stadionie Narodowym w Warszawie – z 16 maja na 8 sierpnia. Żużlowcy nie będą ścigać się w przyszłym miesiącu w Polsce i Niemczech, co oznacza, że pierwszymi zawodami w kalendarzu w tym momencie jest GP w Pradze 13 czerwca. Ale rywalizacja w Czechach też stoi pod znakiem zapytania. Tegoroczny cykl miał się składać z 10 turniejów, m.in. w Warszawie, Wrocławiu (1 sierpnia) i Toruniu (3 października). Tytułu mistrza świata broni Bartosz Zmarzlik.