Ukryte cele promocji Żołnierzy Wyklętych

V Marsz Żołnierzy Wyklętych miał miejsce tydzień przed datą uroczystych obchodów Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wyklętych. Jego uczestnikami, którzy bynajmniej nie należeli do jakkolwiek powiązanych z „wyklętymi”, byli reprezentanci środowisk kibicowskich, Obozu Narodowo-Radykalnego jak również ci, którzy dumnie określają się „Pięknymi polskimi nacjonalistami”.

Wszyscy oni, ściągnięci z całej Polski zdeterminowani by „obalić ostatni bastion komuny w Polsce” przyjechali do podlaskiej Hajnówki, aby uczcić dla siebie wiecznie żywe idee „wyklętych”. Z okrzykiem „Cześć i chwała bohaterom” przemierzali miasto siejąc niepokój i strach wśród rzeczywistych mieszkańców Hajnówki, jak również tych, którzy wciąż mają w pamięci 79 ofiary tzw. rajdu „Burego” po białoruskich prawosławnych wsiach Białostocczyzny w 1946 r. Żaden z uczestników Marszu nie krył przekonania, że to właśnie ten sam Romuald Rajs – „Bury” został przez nich okrzyknięty czołowym bohaterem tamtych czasów. Zanim jednak wyruszył V Marsz Żołnierzy Wyklętych, pełen ksenofobów i faszystów, na skwerze niedaleko cerkwi spotkali się ci, którzy wciąż nie mogą pogodzić się z kultem bohatera – mordercy.

Solidaryzując się z lokalną społecznością jak również chcąc oddać hołd każdej z ofiar mordu „Burego”, świadkowie wspominanych masakrycznych wydarzeń, mieszkańcy Hajnówki jak również przedstawiciele Lewicy w atmosferze zadumy i szacunku palili znicze i składali kwiaty w miejscu pamięci.
Teraz, kiedy od wydarzeń w Hajnówce minął już jakiś czas, warto zastanowić się jeszcze raz dlaczego, tak wydawałoby się potępiane zjawisko kultu nienawiści wciąż otrzymuje prawo do poszerzania swojej skali. I skąd pomysł aby to właśnie „wyklęci” posłużyli do kolejnego ataku przeciwko odmienności?
Zgodnie z oficjalną komunikacją, pojęcie Żołnierze Wyklęci odnosić się miało do tych, którzy mieli walczyć z komunistami w okresie zajęcia Polski przez Związek Radziecki. Tym sposobem wszyscy antykomunistyczni partyzanci, którzy podejmowali wówczas jakiekolwiek działania w Polsce zostali uznani jako przedstawiciele monolitycznego systemu.

Zabieg ten skutecznie rozmył wiele kwestii, które ich dotyczyły, w tym również takie podstawowe wydawałoby się aspekty jak idee jakimi się kierowali, cele, wizję Polski o jaką walczyli czy moralną ocenę swoich działań. Pominięcie tych jakże istotnych różnic między nimi doprowadziło do uznania za bohaterów zarówno tych którzy istotnie pragnęli życia w wolnym i demokratycznym kraju, jak i członków Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i pomniejszych formacji, których celem było nacjonalistyczne państwo katolickie w imię którego bez wahania mordowali polskich obywateli nie podzielających jedynej, uznanej przez nich wizji. Wszystko to doprowadziło do zatarcia granic pomiędzy tymi, którzy rzeczywiście walczyli, a tymi, którzy podejmowali się najbardziej masakrycznych zbrodni przeciwko własnym rodakom. Wszystko to doprowadziło do tego, że idee tych pierwszych posłużyły jako argument do „przepchnięcia” kultu ich wszystkich. Arbitralność w układaniu listy Żołnierzy Wyklętych pokazać może fakt, że można znaleźć na niej gen. Emila Fieldorfa „Nila”, który nie był zaangażowany w powojenną konspirację ale i mjr. Zygmunta Szendzielarza „Łupaszkę”, który walczył zbrojnie z komunistami.

Do grona „wyklętych” nie zaliczono jednak Kazimierza Moczarskiego czy Władysława Bartoszewskiego, którzy do końca byli żołnierzami Delegatury Sił Zbrojnych na Kraj. To jednak nie dzięki żadnemu z nich możemy, jak podkreślał to uparcie Premier Morawiecki podczas swojego ostatniego, zorganizowanego na cześć „wyklętych” wystąpienia, cieszyć się życiem w demokratycznym i bezpiecznym państwie. Bowiem to Solidarność lat 80. XX wieku, a nie zbrojni partyzanci przyczynili się do tego, w jakim kraju obecnie żyjemy. Tak przyjęta retoryka, której ciągiem dalszym było niewątpliwie wspomniane wystąpienie Morawieckiego jest dalszym przekłamywaniem historii. Choć często PiS kusi się o określanie swoich działań jako odkłamywanie historii „wyklętych”- jest to nie prawdą.

Odkłamywaniem historii nie jest z pewnością tendencyjne dobieranie źródeł, w taki sposób, aby pasowały do tezy. Z całą pewnością nie jest nim również łączenie według własnego uznania przeciwnych sobie ideami ludzi i uznawanie za prawdziwe tylko tych zeznań świadków, które idealne pasują do akurat obranej narracji. Co więcej, na drodze perswazji mieszane są pojęcia, które celowo odwoływać się mają do emocji i symboli, aby dalej mitologizować rzeczywistość. Nie trzeba być wnikliwym badaczem, aby zauważyć manipulację jaka jest tu stosowana. Polegać ona bowiem ma na przejęciu kontroli nad zdarzeniami i zbudowaniu atmosfery wspierającej obrany komunikat. Jego autorzy „wpajają” swoim odbiorcom informacje wydające się być wszystkim oczywiste, w między czasie przemycając również te, które pomogą zbudować pożądany choć sfałszowany obraz rzeczywistości.

Nadawca próbuje tak sformułować problem i nadać kierunek dyskusji, by wpłynąć na reakcje poznawcze odbiorcy i przez to uzyskać jego zgodę, nie stwarzając przy tym wrażenia, że próbuje do czegokolwiek przekonać. Prawo i Sprawiedliwość nie po raz pierwszy dopuszcza się właśnie takiej manipulacji. Promując „wyklętych” stawia się w pozycji tej części społeczeństwa, która ma nie zapominać przeszłości i kontynuować niegdyś zapomniane, cenione organizacje. I tym razem jednak działania te zmierzają w prostej linii do dalszego szerzenia nienawiści do odmienności, którą w tym przypadku są „odmieńcy” religijni i kulturowi. To religia bowiem wydaje się być tym najmocniejszym argumentem, który pozwalał wielu z „wyklętych” na wykonywanie wyroków śmierci na niewinnej ludności cywilnej, w tym również dzieciach. Relacje świadków pełne są bowiem opisów, w których to pytanie o wyznanie było tym ostatnim tuż przed egzekucją. Jak mogło być inaczej, jeżeli działali oni zgodnie z między innymi takimi zaleceniami jak Wytyczne programu Ruchu Narodowego w Polsce, w którym podkreślono, że wszystkie dziedziny życia powinny być oparte na zasadach katolickiej etyki i religii, jedność religijna jest fundamentem jedności narodowej, a jednym z głównych zadań Kościoła w Polsce jest nawracanie prawosławnych i misje na wschodzie?

Trudno o bardziej jednoznaczne nawoływanie do walki dla tych, którzy szukali wówczas sensu swojej egzystencji i zaistnienia. Tym samym podobnie jak dzieje się to obecnie, kult Żołnierzy Wyklętych nie dość, że uzasadnia nienawiść i przemoc wobec odmienności, to jest promowany w Polsce jako coś godnego uznania, pozytywnego i pełnego troski o przyszłość. Wskazywany w ten sposób przykład „właściwych” postaw, kontynuowanie przekonania NSZ czy NZW, że patriotami są jedynie ci, którzy zabijali za samą odmienność, jawnie sugeruje, że są one w tym państwie pożądane i jak najbardziej słuszne. Komu więc, jak również nie instytucji Kościoła zależy, aby „wyklęci” nie zostali przypadkiem zepchnięci z piedestału? To on przecież stał się jednym z czołowych promotorów kultu Żołnierzy Wyklętych. Poparcie jakim ich darzy, zarówno w swoich mediach jak i marszach czy kazaniach zdecydowanie to potwierdza. Żołnierze Wyklęci, którzy eksponowani są przez Kościół mają być jednak nie tylko narzędziem szerzenia nienawiści, ale i środkiem do przekazywania jeszcze innych bodźców, które mają kierować zarówno wiernymi jak i wyborcami partii katolickich. Świadoma ich część, otrzymuje informację, że władza jest w stanie zaakceptować pochwalanie zbrodni czy ksenofobi w imię miłości do Boga czy narodu. Natomiast ta część elektoratu, która pozostaje nieświadoma, otrzymuje jedynie pozytywne komunikaty odnoszące się do uwielbienia wolności i walki z komunizmem. Niestety nie tylko wspieranie tego zjawiska, ale i jego ignorowanie, również przez polityków uważających się za liberałów, przyczynia się eskalacji agresywnej narracji. Co więcej, należy zauważyć, że zjawisko promowania „wyklętych” nie ograniczając się jedynie do granic Polski, przyczynia się budowania negatywnego wizerunku tego kraju za granicą, które zaczyna się jawić jako przemilczające niekomfortowe fragmenty historii jak również czczące kult zbrodniarzy. Obecnie obserwowana narracja, która zawiera jakże wąski dobór tematów i jakże ograniczony przekaz historyczny, bez wskazania na kontekst europejski czy globalny, już nie tylko w przypadku „wyklętych” wydaje się być niezwykle podobna do tej realizowanej w Rosji. Ta ów „putinizacja Polski”, jak określił takie działania Tomothy Snyder w amerykańskim piśmie opiniotwórczej amerykańskiej elity intelektualnej „New York Review of Books”, rzeczywiście ma miejsce. Jak bowiem wytłumaczyć próbę przekonania wszystkich o słuszności jedynie swojej racji i uzasadnieniu morderstw na własnych obywatelach jako służących słusznej „sprawie”?

Najlepszy oręż – mówić prawdę

Sejmowa konferencja „Bezdroża państwowej polityki historycznej. Polemicznie o „żołnierzach wyklętych”.

Z pewnym opóźnieniem, wywołanym trudnościami stwarzanymi po stronie kierownictwa Sejmu (opóźniano wpuszczanie do gmachu gości konferencji, piętrzono przeszkody formalne, a sporo osób nie zostało wpuszczonych), rozpoczęła się sobotnia konferencja „Bezdroża państwowej polityki historycznej.
Polemicznie o „żołnierzach wyklętych”, zorganizowana przez Klub Parlamentarny Lewica i tygodnik „Przegląd”. Celem konferencji było zaprezentowanie innej wizji przeszłości niż przedstawiana przez prawicę posługującą się głównie Instytutem Pamięci Narodowej, w tym ukazanie przemilczanych lub przeinaczanych zbrodni podziemia na cywilach i mniejszościach narodowych. Konferencja była lewicowym głosem w odpowiedzi na kolejną edycję Dnia Żołnierzy Wyklętych przypadającą na 1 marca.
Wśród zabierających głos, ogólny zarys przestępczych sposobów działania „wyklętych” przedstawił prof. Julian Kwiek. Problematykę morderstw dokonywanych przez „wyklętych” na Żydach i innych mniejszościach narodowych zarysował prof. Andrzej Rykała. M.in. o gloryfikowaniu zbrodniczej działalności „wyklętych” mówił prof. August Grabski.
M.in. kwestię politycznych uwarunkowań kultu wyklętych i wnioski wynikające z tego dla lewicy zaprezentował prof. Maciej Gdula. Głos zabrali też przedstawiciele Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, potomkowie żołnierzy AK z okolic Podhala i Nowego Targu.
Opowiedzieli oni o szykanach, jakie spotkały ich ze strony tamtejszej prawicy i IPN wskutek przyjęcia przez nich krytycznej postawy w stosunku do Józefa Kurasia „Ognia” i upowszechniania przez nich wiedzy o jego zbrodniach, m.in. na kobietach i dzieciach, a także na Żydach.
Z interesującymi uwagami poszerzającymi horyzont problematyki konferencji, wzbogacającymi ją o istotne wątki, wystąpili dziennikarze i publicyści tygodnika „Przegląd” – Paweł Dybicz i Robert Walenciak.
Redaktor Dybicz zaproponował, by w przyszłości Lewica, jeśli dojdzie do władzy, zastąpiła Dzień Żołnierzy Wyklętych Dniem Pamięci Ofiar Wojny Domowej w Polsce. Obaj zaakcentowali przede wszystkim konieczność odważnego mówienia prawdy, jako najlepszą odpowiedź na politycznie motywowaną prawicową mitologizację „wyklętych”, konieczność przyjęcia zasady niekrycia się z poglądami.
W dyskusji głos zabrali m.in. Paulina Piechna-Więckiewicz, która opowiedziała m.in. o indywidualnym doświadczeniu warszawskiej radnej lewicy w kwestii pomijania przez prawicę problemu ofiar „wyklętych”, a posłanka Lewicy Agnieszka Dziemianowicz-Bąk podjęła problem konieczności budowania konkurencyjnej narracji historycznej w stosunku do prawicowej.
Samokrytycznie wspomniano też o błędzie SLD, jakim było głosowanie w 2011 roku jej posłów za uchwaleniem Dnia Żołnierzy Wyklętych, a prof. August Grabski zaproponował przedstawienie przez lewicę jej własnych historycznych wzorców osobowych w odpowiedzi na krzewienie kultu postaci z kręgu „wyklętych” i politycznej prawicy.
Prof. Nina Kraśko, socjolog, stwierdziła, że należy zlikwidować IPN i że w ostatecznym rezultacie pion historyczny tej instytucji okazał się bardziej szkodliwy niż pion śledczy. To nie wszystkie głosy, jakie padły na tej konferencji, na koniec której szef Klubu Parlamentarnego Lewicy Krzysztof Gawkowski obiecał wsparcie w przyszłości dla kolejnych podobnych konferencji i zapowiedział publikację zawierającą materiał ze spotkania na temat „Rozdroży państwowej polityki historycznej”.
Na konferencji był obecny także wicemarszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty.

Bezkrytyczny kult „wyklętych” jest niebezpieczny i szkodliwy

– Kult „wyklętych”, wynika z przekonania prawicy politycznej i społecznej, że ma ona monopol na obraz historii Polski, na rozstrzyganie tego,
kto może, a kto nie może należeć do wspólnoty narodowej – z prof. Maciejem Gdulą, posłem Lewicy, rozmawia Krzysztof Lubczyński.

W reakcji na wiadomość o konferencji na temat „Bezdroży państwowej polityki historycznej”, która odniosła się krytycznie do kultu „żołnierzy wyklętych”, szef publicystyki TVP Historia i publicysta „Gazety Polskiej” Tadeusz Płużański stwierdził, że ta „konferencja nie powinna się odbyć”, że jest formą „propagowania komunizmu” i że każdy, kto „pluje na wyklętych, stawia się poza wspólnotą narodową”. Czy to nie wezwanie do likwidacji wolności słowa?
Ta wypowiedź pokazuje, jak bardzo niebezpieczny jest kult „żołnierzy wyklętych”, bo w imię obrony ich dobrego imienia ktoś oficjalnie postuluje ograniczenie prawa do dochodzenia prawdy historycznej. A trzeba pamiętać, że w kręgach „wyklętych”, obok postaci tragicznie zaplątanych, byli liczni zbrodniarze, znani z imienia i nazwiska, ze swoich czynów. Kult o którym mówimy, wynika z przekonania prawicy politycznej i społecznej, że ma ona monopol na obraz historii Polski, na rozstrzyganie tego, kto może, a kto nie może należeć do wspólnoty narodowej. Kiedyś do tych, którzy nie akceptowali „wyklętych”, strzelano, dziś próbuje się im odebrać głos. Nie ma i nie będzie na to zgody w demokratycznym społeczeństwie.
Jak ocenia Pan propozycję, by w przyszłości Dzień Żołnierzy Wyklętych zastąpić Dniem Ofiar Wojny Domowej w Polsce?
To sensowny pomysł warty poważnego rozważenia. Nie można ukrywać i nie można zapominać, że władza ludowa także stosowała przemoc wobec przeciwników, zabijała ludzi sprzeciwiających się nowemu porządkowi ustrojowemu, że zbrodnie popełniano z obu stron. Ten czas powojennej przemocy był zresztą konsekwencją nie tylko wojny ideologicznej, ale także ogólnej fali przemocy, będącej rezultatem wojny, skutkiem demoralizacji i zaniku skrupułów. Taki wszechstronny i bezstronny obraz tych czasów powinien zastąpić jednostronny kult.
Kilka dni temu w telewizyjnej dyskusji posłanka PiS wytknęła Panu fakt, że gdy dziewięć lat temu uchwalano Dzień Żołnierzy Wyklętych, poparła to także część posłów SLD. Jaką drogę trzeba było przejść na lewicy od tamtej postawy do dzisiejszego krytycyzmu?
To był błąd i okazuje się, że trzeba było doświadczeń następnych lat, by uświadomić sobie konieczność zmiany postawy. Myślę, że wtedy posłami SLD kierowało swoiste, historycznie rozumiane, poczucie winy za zbrodnie powojennej władzy. Pewnie doszli wtedy do wniosku, że trzeba pozwolić prawicy mieć swoich bohaterów, że nie trzeba napinać się ideologicznie, że wypada „siedzieć cicho”. Okazało się jednak, że konsekwencją tego był zanik krytycyzmu, wzrost ksenofobii, mitologizacja i gloryfikacja postaw prowadzących do przemocy. Kult wyklętych oznaczał zmianę kanonu myślenia o powojennej historii, także historii roku 1989 roku, kiedy to rezygnacja z przemocy doprowadziła do przeprowadzonego pokojowymi środkami kompromisu Okrągłego Stołu i wprowadzenia demokracji. Dzisiejszy kult „wyklętych” oznacza uznanie, że „Solidarność”, to mięczaki, naiwniacy, słabi ludzie, że trzeba było wtedy łapać za broń i strzelać do władzy. A przecież ruch „Solidarności” przyczynił się, metodami pokojowymi, drogą konsensusu, do wprowadzenia systemu demokratycznego.
Mamy do czynienia z całkowitym monopolem narracyjnym „wyklętych” w sferze publicznego przekazu, przy jednoczesnej totalnej niemal eliminacji bogatych tradycji historii Polski, przede wszystkim tych dyskursywnych, pokojowych. Nieobecne są w oficjalnym dyskursie bogate myślowe tradycje postępowe, społeczne, oświeceniowe, pozytywistyczne XVIII, XIX i XX wieku oraz wielkie postacie przynależące do tych tradycji. Niepodzielnie króluje kult walki zbrojnej, źle pojęty duch „tyrtejski”, wojowniczy, militarystyczny…
Nawet umiarkowany Tadeusz Kościuszko został zepchnięty na margines. Nie liczy się świat myśli, racji, programów. Za jedyny ważny wysiłek intelektualny uważa się zdolność odróżnienia przyjaciela od wroga, „swojego” od „nieswojego”. Nie są natomiast ważni ci, którzy wymyślali Polskę. Ten radykalny antyintelektualizm jest konsekwencją przyjętej linii edukacyjnej, przyjętej pedagogii w sferze ogólnonarodowych wartości. To trzeba zmienić i przywrócić należne miejsce wartościowym polskim tradycjom historycznym, w tym lewicowym, racjonalnym, wolnościowym.
Dziękuję za rozmowę.

Jak się mnożą „Wyklęci”

Przez ostatnie kilkanaście lat, antykomunistyczne, powojenne podziemie rozrosło się 15 – krotnie. I nic nie wskazuje, żeby na tym poprzestało.

Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało okólnik. Taki, żeby wszystkie „szkoły i placówki oświatowe” włączyły się w obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Pan minister Piontkowski chciałby „ aby uczniowie wspólnie z nauczycielami zorganizowali w pierwszym tygodniu marca wydarzenia edukacyjne poświęcone bohaterom podziemia antykomunistycznego. Mogą to być spotkania ze świadkami historii, wizyty w lokalnych miejscach pamięci, lekcje o „Żołnierzach Wyklętych” czy apele pamięci”.
Żeby jednak żadnemu belfrowi nic się nie pokićkało
i nie zrobił lekcji pokazującej, jak Kuraś „Ogień” wysyła do nieba Żydów, „Bury” – Białorusinów, a ludzie Łupaszki kogo popadnie, to okólnik zawiera tegoroczne doprecyzowanie co należy świętować i uwypuklać. Znaczy szkoły dostały wykładnię aktualnej polityki historycznej.
I mają uczyć, że „Powojenna konspiracja niepodległościowa była najliczniejszą formą zorganizowanego oporu polskiego społeczeństwa wobec reżimu komunistycznego”. Z cokołu spadła „Solidarność” z jej 10 mln członków, bo widać była albo niezorganizowana, albo nie walczyła z komuną, a poza tym miała w swoich szeregach Wałęsę i Frasyniuka, więc się w walce z reżimem nie liczy. Prof. Antoni Dudek zadałby przy tej okazji MEN pytanie o mikołajczykowski PSL, który miał jakiś milion członków – czy ta formacja była niezorganizowana, czy też nie antykomunistyczna?
MEN przytacza zatem dowody na najlicznieszość Wyklętych. „W zbrojnym podziemiu działało nawet 200 tys. osób zgrupowanych w oddziałach o różnej orientacji. Kolejnych 20 tys. walczyło w partyzantce” – pisze ministerstwo. Nie tłumacząc czym różni się partyzantka od oddziału zbrojnego i dlaczego jest jej nie tyle samo, tylko dziesięciokrotnie mniej.
Ale to i tak nic,
bo „Kilkaset tysięcy osób zapewniało łączność, aprowizację, wywiad i schronienie”.
Jakby nie patrzeć, wychodzi zatem, że z komunistami po wojnie regularnie napieprzał się jakiś milion Polaków. Zwłaszcza, że „Przeciwko władzy występowali także uczniowie zrzeszeni w podziemnych organizacji młodzieżowych – łącznie ok. 20 tys. młodych ludzi”.
Patriotyczny i bohaterski charakter Wyklętych przejawiał się zaś w tym, że „Oddziały zbrojne o antykomunistycznym charakterze walczyły z Urzędem Bezpieczeństwa, Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicją Obywatelską”.
O tym, że leśni
napieprzali się też z 2 milionami czerwonoarmistów nie wspomniano. Ani o rozstrzeliwaniu zdrajców, którzy przyjęli ziemię z reformy rolnej.
Oczywiście nie ma w okólniku słowa o tym, że wiosną 1945 r. PPR miała 300 tys. członków, a w 1948 r. już 900 tys. Podanie tego mogłoby nieco zaciemnić młodzieży postrzeganie czasów, które mają mieć przekaz jasny, sprowadzający się do stwierdzenia, że naród polski w znakomitej większości walczył ze garstka zdrajców przyprowadzonych do nas przez Sowietów.
Informacje o liczebności PPR podali w 2007 r. w przedmowie do „Atlasu Polskiego Podziemia Niepodległościowego 1944 – 1956” prof. Rafał Wnuk z KUL i dr Sławomir Poleszak z IPN. Dokładnie w tym samym tekście sprzed 13 lat zawarli wszystko, co polscy historycy byli w stanie wygrzebać w archiwach o liczebności powojennego podziemia.
Czyli informację, że już w 1945 roku przed komisjami amnestyjnymi stanęło 30 217 osób, które zdały 2 tys. sztuk broni. Historycy dołożyli i fakt, że w wyniku ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, działalność swą ujawniło też 23 257 osób przetrzymywanych w więzieniach i aresztach. I wyszło im, że łącznie ta „amnestia objęła 76 574 osoby – członków organizacji podziemnych i oddziałów partyzanckich oraz dezerterów z WP, MO, KBW i UB”.
Wnuka i Poleszka środowisko historyków sobie ceni. I dlatego nikt nie kwestionuje liczb, które podają, a z nich wynika, że w 1945 r. w lesie przebywało 13-17 tys. osób, w 1946 r. 6600-8600, zaś po amnestii, w latach 1947-1950 przez oddziały przewinęło się do 1800 partyzantów.
Różnica między niecałymi 2 tysiącami, a 20 tysiącami Wyklętych, którymi posługuje się MEN jest zasadnicza, bo 10-krotna. I kłamliwa.
Żaden szanujący się badacz
nie pisze o kilkuset tysiącach osób czynnie wspomagających powojenne podziemie. Bo to bzdura jakaś jest i w dodatku zaprzeczająca narracji o krwawym terrorze i wszechobecnym donosicielstwie wprowadzonym przez UB. Ale dla MEN wciśnięcie takiego kitu uczniom, nie jest problemem.
Tak samo jak wymyślenie 20 tysięcy antykomunistycznie zorganizowanych uczniów. Poleszek i Wnuk, zjedli na tym zęby i – znając ich – też chcieliby taką liczbę wydmuchać. Ale niestety przeliczyli wszystko co się dało i doszli do wniosku, iż „do 1956 r. w Polsce powstało niemal tysiąc podziemnych grup młodzieżowych, przez które przewinęło się ponad 10 tys. osób.
Organizacje te można podzielić na kilka kategorii. Najliczniejsze nawiązywały do konspiracji wojennej i powojennej, co wyrażało się m.in. w przybieraniu takich nazw, jak AK, WiN czy NSZ . Dużą grupę stanowiły podziemne drużyny harcerskie”. Ponad 10 tys. to jednak nie MEN-owskie 20 tysięcy.
Podawana przez MEN,
idąca w dziesiątki tysięcy, liczebność Wyklętych, to nie jest ostatnie słowo obecnych władz IPN. Dlatego kierujący pracami Biura Badań Historycznych IPN w Warszawie dr Tomasz Łabuszewski uważa, że „Liczba ok. 300 tys. osób wydaje się racjonalna. Jeżeli przyjmiemy, że w okresie największego rozwoju konspiracji antykomunistycznej w jej szeregach było ok. 200 tysięcy ludzi, to wydaje się, że w okresie tych kilku kolejnych lat możemy dodać 100 tys. osób, zwłaszcza, że ta konspiracja nie zaczyna się w roku 1945, ale moim zdaniem w końcu roku 1943”.
Pewien, że Wyklętych będzie z roku na rok coraz więcej, jest prof. Antoni Dudek. I z jednej strony go to śmieszy, a z drugiej każe przypomnieć jak to jeszcze 40 lat tremu, z komunistycznych kanap takich jak SDKPiL, ówczesna propaganda usiłowała uczynić organizacje masowe. Mechanizm i chęci się nie zmieniły. Tamtym chodziło o rozdmuchanie swojego mitu założycielskiego, tym o dokładnie to samo. A że wybrali sobie nie Solidarność i AK, to będą nadymać balonik z Wyklętymi do granic przyzwoitości.
I tylko szkolnej dziatwy żal…

Polska ponad wszystko?

Zastanawiam się, jak należy rozumieć deklarację „Polska ponad wszystko” wygłaszanej z nadzwyczaj wielką determinacją ostatniej niedzieli na V Hajnowskim Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych.

Jak to jest, że znajdując sobie argument w postaci swojego kraju, można tak po prostu szerzyć kult mordercy na grobach jego ofiar, w obecności ich bliskich, cudem ocalałych z rzezi?

Czy jest to wynikiem absolutnego pozbawienia wiedzy czy celowe nie dopuszczanie jej do siebie z obawy przed brakiem równie parszywych tematów do walki?

Amatorzy maszerowania, którzy jak się okazało po raz kolejny w dużej mierze jednak z Hajnówki nie pochodzili, z charakterystyczną dla siebie straszliwą łatwości usprawiedliwiają każdy z „wyczynów” swoich „bohaterów”. Jednym z nich jest postać kpt. Romualda Rajsa „Burego”, którego oddziały podziemia niepodległościowego 74 lata temu miały spacyfikować wsie w okolicach Bielska Podlaskiego. Według niektórych, ci cywile, z dzieckiem w kołysce włącznie, mieli być komunistami, których należało zgładzić.

Choć mord na 79 prawosławnych cywilach został zakwalifikowany w 2005 roku przez Instytut Pamięci Narodowej jako ludobójstwo, uczestnicy Marszu chcąc, jak to określili w swoich mediach, „obalić ostatni bastion komuny w Polsce”, jednak w marszu wyruszyli.

Choć minęło tak wiele lat od tamtych wydarzeń, w uczestnikach wydarzenia wciąż żywa wydaje się być nienawiść nie do sprawców – ale do ofiar. Choć nie ulega wątpliwości, że jedynie postrzeganych przez swój własny jakże kulawy pryzmat. Kim były bowiem ofiary tamtych wydarzeń? Czy biedna i wyczerpana ludność, rodziny z dziećmi, mogłaby rzeczywiście chcieć wówczas angażować się w ruchy komunistyczne? Czy po prostu broniła swojego dobytku przed okradaniem ich przez partyzantów, którzy zamiast rzeczywiście podejmować walki z oddziałami w dużych miastach, zajmowali się czyszczeniem spiżarek czy okradaniem furmanów z koni w małych wioskach.

Choć dyskusje nad sensem i motywami walki Żołnierzy Wyklętych skutecznie zablokowano, to wciąż jak widać, dzięki wsparciu rządzących, nie brakuje tych, którzy z banerami „Zawsze w pamięci żołnierze wyklęci!” wciąż wychodzą na ulice czcząc ludobójców.

Szczęśliwie jednak nie tylko ci byli obecni ostatniej niedzieli w Hajnówce.
Tego dnia w południe, jeszcze zanim udało się zwieźć z całej Polski wszystkich ultraprawicowych uczestników V Hajnowskiego Marszu Pamięci Żołnierzy Wyklętych, zorganizowane zostały społeczne uroczystości upamiętniające ofiary pacyfikacji w 1946 roku. W ramach inicjatywy zapoczątkowanej przez społeczników i mieszkańców, pod hasłem „Wiecznaja Pamiat”/”Wieczna Pamięć” zorganizowano spotkanie, które jest odpowiedzią na marsz środowisk narodowych. Jego celem nie była jednak konfrontacja z narodowcami, a upamiętnienie najważniejszych – czyli każdej z ofiar.

Znaczenie spotkania nadaje dodatkowo społeczne przeświadczenie, że ci którzy zostali pozbawieni życia w imię niezrozumiałych decyzji, byli zwyczajnymi mieszkańcami, którzy nie myśląc o jakichkolwiek różnicach tworzyli swoją lokalną społeczność.

Obok mieszkańców, aby jasno pokazać swoje stanowisko po stronie ofiar, na spotkaniu pojawili się między innymi samorządowcy i posłowie Lewicy wraz ze swoim kandydatem na prezydenta Robertem Biedroniem.

Może nie dziwić dlaczego nie było tam Andrzeja Dudy. Temat mógł okazać się dla niego zbyt ryzykowny jak na czas kampanii. Obojętność jest jednak głosem akceptacji dla zła, który zawsze będzie usłyszany.

Na dywaniku w Mińsku

Nie cichnie burza po skandalicznym komunikacie IPN z ostatniego poniedziałku, w którym Romualda Rajsa, zabójcę obywateli Polski wyznania prawosławnego, przedstawiono jako bohatera walki o wolną ojczyznę. Z publikacji instytutu musiał tłumaczyć się polski ambasador w Mińsku, a placówka IPN w Białymstoku, która prowadziła śledztwo w sprawie „Burego”, odcina się od zawartych w niej wniosków.

Informacje o postawie białostockiego IPN pojawiły się na profilu „Kpt. Romuald Rajs „Bury” – nie mój bohater”, prowadzonym przez radnego Bielska Podlaskiego i działacza mniejszości białoruskiej Tomasza Sulimę. Regularnie przypomina on o przebiegu rajdu oddziału Rajsa przez prawosławne wsie w regionie Bielska i Hajnówki, a także przygląda się, jak postać „Burego” jest eksploatowana w polityce historycznej (czy, jak kto woli, zwykłej propagandzie). Tym razem przedstawił reakcję pracownika białostockiego oddziału IPN, naczelnika Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, na poniedziałkowy komunikat IPN podważający wcześniejsze publikacje Instytutu w tej sprawie.
– Centrala IPN publikując komunikat nie informowała nas i nie konsultowała go. Jedynym obowiązującym postanowieniem w tej sprawie pozostają wyniki śledztwa prowadzonego przez prok. Dariusza Olszewskiego oraz orzeczenie Sądu Okręgowego w Białymstoku – powiedział prokurator Janusz Romańczuk.
Przypomnijmy, że prokurator Olszewski prowadził śledztwo w sprawie zabójstwa mieszkańców Zaleszan, Zań i Szpaków oraz morderstwa na porwanych wcześniej wozakach dokonanego w lesie koło Puchał Starych przez trzy lata. Rozmawiał z żyjącymi jeszcze świadkami, poznawał relacje zarówno mieszkańców napadniętych wsi, jak i żołnierzy „Burego”, studiował dokumenty. Wniosek, iż w powiecie bialskim doszło do zbrodni o znamionach ludobójstwa, do morderstw motywowanych m.in. uprzedzeniami narodowościowymi i religijnymi, sformułował na bardzo solidnych podstawach. W poniedziałkowym komunikacie IPN podważono go bez konsultacji z osobami, które uczestniczyły w tamtym śledztwie. Jako „nowe badania” przedstawiono natomiast dociekania historyków o prawicowych lub skrajnie prawicowych sympatiach, którzy nie kwestionują zebranych wiadomości o mordach oddziału „Burego”. Przekonują jednak, że zbrodni o znamionach ludobójstwa nie było, bo… „Bury” spalił tylko pięć wiosek. Na to sformułowanie z oburzeniem zareagowało także ministerstwo spraw zagranicznych Białorusi. – Naszą szczególną troskę wywołał otwarty cynizm niektórych polskich „badaczy”, na ustaleniach których opiera się komunikat IPN – powiedział Anatol Hłaz, sekretarz prasowy MSZ w Mińsku. Do ministerstwa wezwany został polski ambasador Artur Michalski.

Szopki pana ministra

Czwartek piętnastego marca 2019 roku. Sejm RP. Politykę zagraniczną rządu kierowanego przez pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego prezentuje pan minister Jacek Czaputowicz.

Profesor nauk społecznych. Z autentycznie autentycznym naukowym dorobkiem. Pomimo tego dorobku mianowany został ministrem spraw zagranicznych w styczniu ubiegłego roku decyzją pana prezesa
Kaczyńskiego.
Bo pan prezes miał taki kaprys. Uznał jego nominację za swój „eksperyment”.
Minął rok i pan minister Czaputowicz musi zdać coroczny polityczny egzamin. Musi zaprezentować kierunki polskiej polityki zagranicznej, chociaż nie on – i nie jego resort – jest jej autorem.
Bo przecież najważniejsze decyzje o aktualnej polskiej polityce zagranicznej zapadają nie w MSZ, lecz w Kwaterze Głównej pana prezesa Kaczyńskiego. Tej przy warszawskiej ulicy Nowogrodzkiej.
Bo przecież o relacjach z USA, najważniejszym obecnie sojusznikiem zagranicznym, decyduje obecnie nie MSZ, ale Ministerstwo Obrony Narodowej. Krajowi „siłownicy”, używając rosyjskiej nomenklatury.
Zresztą rządzące obecnie elity PiS nie widzą potrzeby, aby polska polityka zagraniczna powstawała w polskim Ministerstwie Spraw Zagranicznych. Przecież polityka zagraniczna jest przez pana prezesa Kaczyńskiego uważana za politykę drugorzędną.
A w tym roku jest w kierownictwie PiS traktowana jako element kampanii wyborczej.
Ale raz do roku pan minister spraw zagranicznych musi do Sejmu przyjechać i taki polityczny egzamin zdać przed parlamentem musi.
I jak każdy rezolutny student musi wybrać odpowiednią taktykę. Zwłaszcza, że wie, iż słuchać go będzie kilku egzaminatorów na raz. Przychylnych mu w większości. A w takim przypadku sprytny student mówi długo, wszystko co wie, niekoniecznie na temat, i koniecznie odpowiednio modulując głosem.
I tak pan minister mówił, mówił, mówił.
Pomimo długiego słowotoku niewiele konkretnego powiedział. Zwłaszcza, że długiej listy ostatnich zagranicznych porażek zręcznie nie wymienił.
Na pewno wszystkim jego słuchaczom na zawsze w pamięci zostanie informacja, że w efekcie zmasowanej akcji polskich służb dyplomatycznych krakowskie szopki zostały wpisane do światowego dziedzictwa kultury.
To niewątpliwie wielki i niekwestionowany sukces polskiej dyplomacji w roku Stulecia Odzyskania przez Polskę Niepodległości.
Reszta ministerialnego wystąpienia zostanie zapewne szybko zapomniana.
Zresztą o jego randze i znaczeniu dobitnie zaświadczył pan prezes Jarosław Kaczyński. Był nieobecny w czasie wystąpienia swego ministra.
Olał, po studencku mówiąc, dorobek umysłowy swojego „eksperymentu”.
Podobnie zachował się pan minister Czaputowicz. W czasie kiedy panie posłanki i panowie posłowie wyrażali swe opinie o jego wystawieniu, on nakazał zwołać konferencję prasową.
Aby podyktować prorządowym dziennikarzom co mają prorządowym wyborcom przekazać.
Czas na zadawane pytania panu ministrowi skrócono do minimum.
Zbliżał się przecież czas obiadu.
Najważniejsze jednak, że z tymi szopkami udało się. Jest to autentyczny i wymierny sukces godny polskiej dyplomacji.
Na miarę Stulecia Odzyskanej Niepodległości.

Precz z komuną!

Chociaż troszkę – czyli uliczny PO-PiS.

Prezydent Warszawy zapowiedział, że wprowadzi swoją, autorską wersję dekomunizacji stołecznych ulic. Rafał Trzaskowski nie spał po nocach, siedział i koncypował – aż wykoncypował: już wie, jak to zrobić, żeby nie wyszło, że popiera PiS, a jednocześnie, żeby nikt mu nie zarzucił, że kuma się z przebrzydłymi komuchami. Wybrał starą dobrą metodę Platformy: najbardziej skomplikowane, najbardziej upierdliwe i zadowalające najmniej osób rozwiązanie.
Z 47 warszawskich ulic, którym sąd kazał odkurzyć i przywrócić stare tabliczki, na razie decyzją NSA wróciło 44. Wśród nich: Związku Walki Młodych, Duracza, Małego Franka, Rzymowskiego, Modzelewskiego, Kulczyńskiego, 17 stycznia, Armii Ludowej, Pstrowskiego, Jędrzejowskiego, 1 Praskiego Pułku, Parola, Szałka, Balcerzaka, Kokoszków, Fondamińskiego…Ale tak nie zostanie.
Prezydent Warszawy uznał, że podpisanie karty LGBT było gestem wystarczającym, by dowieść swojego zamiłowania do pluralizmu i tolerancji. Lewicowi i lewicujący wyborcy, którzy zaufali mu w wyborach samorządowych na zasadzie mniejszego zła powinni być wdzięczni i nie zadawać dalszych pytań. Teraz czas zagwarantować, by wielbiciele Lecha Kaczyńskiego i Wyklętych dostali swoją działkę.
– Warszawiacy, zwłaszcza mieszkańcy ulic, które były przedmiotem decyzji rządzących, w olbrzymiej większości są przeciwni zmianom nazw ulic. Tych protestów były bardzo, bardzo dużo. miany, które zostały wprowadzone przez rządzących, zostały wprowadzone z pogwałceniem prawa. To zostało potwierdzone przez niezawisły sąd. Naszym obowiązkiem jest przywrócić nazwy ulic do stanu poprzedniego – tę część przemowy wygłosił jeszcze Rafał Trzaskowski – znany antypisowiec. Ale za chwilę do gry włączył się Mr Hyde, programowy antykomunista: – Zadrżałaby mi ręka, gdyby Teodor Duracz miał dalej w Warszawie swoją ulicę! Zwłaszcza, że Zbigniew Romaszewski był osobą, którą zdecydowanie ceniłem! Także bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. Dokładnie pamiętam jak nazywały się warszawskie ulice za czasów komuny i przez te lata wykonaliśmy wiele pracy, by usunąć patronów z poprzedniej epoki. Tu trzeba powiedzieć, że były to postacie skandaliczne.
Z inicjatywy Trzaskowskiego w Warszawie pozostać ma Danuta Siedzikówna „Inka” zamiast Małego Franka, KOR zamiast 17 stycznia, Stanisław Pyjas zamiast Franciszka Bartoszka, Bohaterowie Kopalni „Wujek” zamiast Wincentego Pstrowskiego, Zbigniew Romaszewski zamiast Teodora Duracza i Grzegorz Przemyk zamiast Sylwestra Bartosika.

Poświęcił życie? I co z tego?

Powtórzmy: bohaterowie, którzy poświęcili życie dla naszej ojczyzny, powinni dostać ulice. To piękny banał. Wniosek z bardziej starannego przeglądu krótkiej listy jest prosty: niektórzy mogą sobie to życie poświęcić, a w oczach prawicy, dowolnej maści, i tak będą nie do przyjęcia.
Franciszek Zubrzycki, dowódca jednego z pierwszych oddziałów Gwardii Ludowej, zginął w walce z Niemcami, ale dla prawicy został czarnym charakterem, przywoływanym przy różnych okazjach jako przykład zbrodniarza zabierającego ulicę polskiemu patriocie.
– Wedle ustaleń IPN-u największą, popełnioną przez Zubrzyckiego zbrodnią, jest … kradzież dubeltówki z leśniczówki pod Piotrkowem w czerwcu 1942. Rzeczywiście, to świetny przykład „zbrodniarza” – piszą aktywiści redagujący profil Przywróćmy pamięć o patronach wyklętych, opisujący niechcianych w wolnej Polsce działaczy lewicowych, a zarazem niepodległościowych, antyfaszystowskich.
Franciszek Bartoszek zginął 14 maja 1943 r. podczas akcji zbrojnej. Wcześniej brał udział w podobnych. 17 stycznia 1943 r. osobiście dokonał zamachu w restauracji Mitropa na warszawskim Dworcu Głównym, lokalu tylko dla Niemców. Walczył z okupantem, ale nie tak, jak trzeba, bo w szeregach Gwardii Ludowej. Nie należy się nawet słabo widoczna uliczka osiedlowa w okolicach Mostu Siekierkowskiego.
Tym bardziej nie należy się Sylwestrowi Bartosikowi. Walczył z Niemcami, ale jako członek lewicowego Związku Walki Wyzwoleńczej, który ostatecznie wszedł w całości do PPR. Co gorsza, przed wojną, we wspaniałej II Rzeczypospolitej, należał do Komunistycznej Partii Polski. Takich win nie zmyje aresztowanie przez Niemców, brutalne śledztwo na Pawiaku i wreszcie śmierć na szubienicy.
Co znamienne, lepiej „powiodło się” innemu działaczowi o niemal bliźniaczym życiorysie – Antoni Dobiszewski, też przedwojenny komunista, też działacz PPR i też ofiara tej samej publicznej egzekucji, ulicę, po sądowych peregrynacjach, zachowa. Bo zaproponowany na jego miejsce Adam Bień zasiadał we władzach Polskiego Państwa Podziemnego, ale to „tylko” ludowiec, nie ważny symbol narodowokatolickiej prawicy.
Symbolem, tyle że znienawidzonym, jest za to data 17 stycznia: dla Warszawy skończył się koszmar nazistowskiej okupacji. Przez poprzednie blisko pięć lat każdemu mieszkańcowi i mieszkance miasta, Polakom i Żydom, nieustannie groziła śmierć. Teraz ocaleni mogli przystąpić do odbudowy normalnego życia, dźwigania miasta z gruzów, nauki, pracy.
– Nie wiedziałem, że Warszawa jest wyzwolona. Byłem od pół roku w całkowitej samotności, ukryty w ruinach. Kiedy 20 stycznia usłyszałem jakieś dźwięki na ulicy i zobaczyłem ludzi, rozpłakałem się. Byłem wolny – wspominał kompozytor Władysław Szpilman.
– Z jednej strony radość z wyzwolenia, z odmiany, radość, że będziemy budowali normalnie, w warunkach pokojowych swoje życie. A z drugiej strony się okazywało, że nie są to warunki normalne i pokojowe, że ludzie wpychani są do lasu – komentował kilka lat temu prof. Tomasz Strzembosz. Dziś taka ocena sytuacji, pokazująca, że historia nie jest czarno-biała, okazuje się nie do zaakceptowania.

Niejednoznaczni

A jeśli w słowach Trzaskowskiego pobrzmiewało przyznanie, że mogą być w historii postacie niejednoznaczne, to wypadało to raczej słabo. Gołym okiem było widać, iż AL-owcy znaleźli się w kategorii „niejednoznaczni” głównie dlatego, że kandydatem do zastąpienia ich na tabliczce z nazwą ulicy był Lech Kaczyński. Oddać mu arterię w centrum miasta? O to na Trzaskowskiego pogniewaliby się nie tylko jacyś tam lewacy, ale i twardy, broniący demokracji elektorat.
A jednak gospodarz Placu Bankowego usiłował wejść w polityczny tyłek gospodarza Nowogrodzkiej – zapowiedzią, iż „Lech Kaczyński zasługuje na upamiętnienie”. Tu jednak ochłonął i zdążył przełączyć się na tryb Doktora Jekylla. – Nie chcę podejmować decyzji w świetle kampanii wyborczej. Przeprowadziłem dziesiątki rozmów na ten temat i to budzi emocje, zgłoszę swoją propozycję, ale po wyborach parlamentarnych. Mam nadzieję, że jak opadną emocje po wyborach, będziemy mogli spokojnie rozmawiać, jaka ulica należy się prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu – oznajmił.
Za, a nawet przeciw
Platforma Obywatelska co do zasady „nie jest przeciwna ustawie dekomunizacyjnej”. Chętnie wykorzystuje okazje, aby stawiać na cokoły i tabliczki „swoich” patronów: Bartoszewskiego, Mazowieckiego… Kogoś innego weźmie w obronę, gdy w przekonaniu lokalnych działaczy taka będzie skuteczna strategia walki z PiS na danym odcinku.
– Za chwilę mieszkańcy ulicy Dąbrowszczaków mogą mieszkać przy ulicy Ofiar Katastrofy Smoleńskiej lub Żołnierzy Wyklętych – powiedział w Radiu Opole radny Zbigniew Kubalańca. I faktycznie, PO Dąbrowszczaków w tym akurat miejscu broniła. Samorządowcy tej formacji sprzeciwiali się również zmianom w Bydgoszczy i Olsztynie. W tym ostatnim mieście rada miejska zaskarżyła do sądu administracyjnego zarządzenia zastępcze wojewody zmieniające nazwy trzech ulic: Dąbrowszczaków na Kruka, Poznańskiego na Jutrzenki-Trzebiatowskiego i Pstrowskiego na 5 Wileńskiej Brygady AK.
W Łodzi PO przybiła piątkę SLD w obronie placu Zwycięstwa przed zakusami wojewody Zbigniewa Rau, który wymyślił w to miejsce Lecha Kaczyńskiego – na zasadzie „ma Warszawa, to możemy i my”. Z tym, że obrona placu, który upamiętnia pokonanie faszystów przez armię radziecką i walczące u jej boku polskie formacje, już nie przeszła przez gardło. Prawdziwe zwycięstwo, proszę łodzian, to było w bitwie warszawskiej. Kilkunastu innych nazw ulic, z których wygumkowano lewicowe działaczki i bohaterów dawnej robotniczej Łodzi, liberałowie oczywiście bronić nie mieli zamiaru.
– PO próbuje na siłę pokazać, iż akceptuje narzucaną przez PiS wizję historii. W Warszawie, powstają nowe ulice, którym można nadawać imiona, jakie prezydent Trzaskowski chce. On jednak wybiera rozwiązanie, które niszczy pamięć historyczną – mówi Piotr Ciszewski, koordynator kampanii Historia Czerwona. – Nie widzę powodu, aby Danuta Siedzikówna „Inka” musiała mieć ulicę akurat w Warszawie. Nie była w żaden sposób związana z tym miastem, w odróżnieniu od zamordowanych działaczy robotniczych, którzy działali w Warszawie i którym Trzaskowski ulice chce zabrać – podsumowuje.

PiS obłaskawiony? Oczywiście nie

Co na to wszystko wojewoda z PiS, Zbigniew Sipiera? W pierwszej chwili ucieszył się („To potwierdza, że moje decyzje w sprawie zmian nazw ulic były potrzebne. Każdy ruch w tym kierunku jest dobry”), ale przy następnym pytaniu o to, czy będzie współpracować z warszawskim ratuszem, nabrał już wody w usta („muszę zapoznać się ze szczegółami”). Wojewoda oraz IPN muszą zaopiniować projekt zmian, zanim zajmą się nimi radni miejscy.
Także prawicowi politycy i publicyści nie dali się obłaskawić Trzaskowskiemu-antykomuniście. Nie przeproszą za oblanie go pomyjami w grudniu, gdy po wyroku NSA warszawscy drogowcy na nowo instalowali znienawidzone nazwy, a prezydent, z braku lepszych kandydatów, został naczelnym stołecznym komuchem. Portal Wpolityce triumfuje.
– Trzaskowski, wstydź się! – grzmi Niezależna. I oddawaj Aleję Kaczyńskiego, sugeruje niedwuznacznie. To akurat było do przewidzenia. Gorzej, że nawet gdyby Trzaskowski tak w końcu zrobił, i tak wszystko zostanie po staremu. PiS na polu historii będzie robił swoje. PO czasem mu się nieznacznie sprzeciwi, przekonując lewicowych wyborców, że muszą na nią głosować, bo przecież nie lubią IPN i nachalnej polityki historycznej. A część lewicy da się przekonać…

Flaczki tygodnia

To był tydzień uprawiania kultów. Wykreowanych mitów, nowych charyzmatyków i odkrywania starych zasług nowych bohaterów.

Najgłośniej obchodzono dzień ludobójców zwanych „żołnierzami wyklętymi”. W skrócie nazywanych „żetwusami”. Ponieważ obóz rządzący postanowił wesprzeć się w kampanii wyborczej zmarłymi „żetwusami”, to radykalna opozycja z „KOD” blokowała te kampanijne uroczystości. Znów okazało się, że mamy kolejne oficjalne święto, które nie da się wspólnie obchodzić. Nie da się go obchodzić ani na poważnie, ani na radośnie, zatem najlepiej obchodzić to święto szerokim łukiem. Bo inaczej to kolejny pretekst do kolejnej politycznej napierdalanki.

Przy okazji rządowej celebry święta „żetwusów” rządowa telewizja narodowo-katolicka pokazała kilku staruszków. Prezentując ich jako zasłużonych „żetwusów”. Wzbudziło to pewien dysonans, bo istnienie ich żywych sprzeczne jest z tworzoną przez obóz narodowo-katolicki legendą „żołnierzy wyklętych”. Według niej prawdziwi „żetwusy” to ci żołnierze polskiego państwa podziemnego, przede wszystkim z Narodowych Sił Zbrojnych, którzy po II wojnie światowej, w czasie „okupacji sowieckiej”, broni nie złożyli. Tylko dalej walczyli z „okupantami z NKWD, MO, UB, LWP”. W przeciwieństwie do setek tysięcy partyzantów AK, BCh, którzy poszli budować nową Polskę.
A lansowane teraz „żetwusy” uroczyście ślubowali, że broni nie złożą aż Polska nie wyzwoli się „z sowieckiej niewoli”. I prędzej zginą niż się wrogom poddadzą. I właśnie za taką bezkompromisowość dzisiejsza narodowo-katolicką posłuszna młodzież ma „żetwusów” kochać i szanować. Tak im dopomóż bóg.

Ale jak tu kochać tych, których bohaterstwo polegać miało na nieskładaniu broni i walce aż do ostatniego naboju, bo „żywych ich mieli nie brać”, skoro okazuje się, że jednak iluś tych niezłomnych jednak przeżyło. Pod „sowiecką okupacją” żyło i pogodnej starości dożyło. A przecież ci legendarni „żetwusy” do niewoli mieli się nie poddawać. A jeśli już przypadkiem do niej wpadli, to mieli tam zginąć zakatowani w „katowniach UB”. Aby ducha nie gasić.

A tu widzimy ich żywych, skoro wedle polityki historycznej PiS powinni być zakatowani. To czym taki żywy „żetwus”, który walczył do 1947, czasem 1948 roku lepszy jest od żywego żołnierza, AK który walczył do 1945 roku? Że przez te dwa, trzy lata zabił jeszcze kilkudziesięciu milicjantów, furmanów, Żydów?

Czwarty już rok mija od kiedy elity PiS dostały rządy w naszym kraju. Przejmując władze wiele obietnic poczyniły. Wśród nich były wielkie dzieła filmowe. Do nakręcenia. Pokazujące Polsce i światu wielkie czyny wielkich Polaków. W wielkim formacie i z wielkim, hollywoodzkim rozmachem. Wśród nich miały być rzecz jasna filmy o wspomnianych wyżej „zętwusach” z udziałem najlepszych amerykańskich aktorów. Publicyści narodowo-katoliccy związani z „Gazetą Polską”, tygodnikami „Do Rzeczy”, „sieci” proponowali nawet aby zatrudnić aktora Mela Gibsona do której z planowanych produkcji.
Ale prawie cztery lata minęły i możemy obejrzeć jednie dwa filmy o „żetwusach”. „Historię Roja” i „Wyklęty”. Możemy, ale oba, a zwłaszcza ten pierwszy, są tak kiepskie, ze nawet gimbaza za cenę zwolnienia z zajęć lekcyjnych nie chce na nie spojrzeć. Słowem znowu „żetwusy” poniosły klęskę. Tym razem repertuarową.

Dlaczego Mel Gibson nie zagrał innego „żetwusa”, znanego ludobójcę „Burego”?
Ano dlatego, że historie „żetwusów” nie nadają się na film w hollywoodzkim formacie. Takie filmy wymagają wielkich bitew, porządnej batalistyki, udziału wielkich armii. A jakąż to wielką bitwę stoczyli „żetwusy”?
Nawet zwielokrotnione komputerowo napady na posterunki MO, gorzelnie, sklepy GS-ów, prowincjonalne kasy PKO nie zrobią rozmachu. Można by spróbować nakręcić napad na Hrubieszów w 1946 roku. Ale wtedy narodowo -katolickie bojówki osiągnęły chwilowe zwycięstwo, bo współdziałały z bojówkami Ukraińskiej Powstańczej Armii. Czy uda się zrobić film o sojuszu NSZ z banderowcami w optyce polityki historycznej PiS?

Można by spróbować nakręcić ciekawy film o dramatach „żetwusów”, ale nie uda się to w państwie rządzonym przez pisowską politykę historyczna. Fakty są okrutne dla „żetwusów”. Zbrojne podziemie przegrało swą wojnę z Polską Ludową w latach czterdziestych zeszłego wieku. „Żetwusy” poniosły militarną i polityczną klęskę.
Dzisiaj PiS zakłamuje historię usiłując wmówić „ciemnemu ludowi”, że dzięki tradycji „żetwusów” powstała niepodległa Polska. To nieprawda, bo taka Polska powstała w efekcie obrad Okrągłego Stołu. A tam ani ówczesna strona „partyjno-rządowa”, ani opozycja „Solidarnościowa”, ani ówczesna reprezentacja kościoła katolickiego do „żetwusów” nie odwoływali się.

Zatem na razie pozostaje nam jeden tylko wybitny film o „żetwusach”. „Popiół i diament” nakręcony przez Andrzeja Wajdę w 1957 roku. Przez kinematografię Polski Ludowej.

Rodzi się nowy kult polityczny. Po zarejestrowaniu nowej partii politycznej „Wiosna” jej członkowie zaczęli jej lidera publicznie, wielce uniżenie tytułować „panem prezesem”. Flaczki pamiętają Roberta Biedronia jako zwykłego, fajnego chłopaka, działacza ruchów LGBT. Teraz są pouczane, że obowiązuje tytuł pan „prezes Biedroń”. Dobrze, że jeszcze nie pan premier.

Być może Robert jest „charyzmatycznym liderem”. Flaczki są jednak przepojone demokratycznymi wartościami i dostają nudności już na samo hasło „charyzmatyczny lider”. Zwłaszcza w ruchu politycznym obiecującym inny, lepszy styl uprawiania polityki. Flaczki razi też nowe zjawisko kiełkujące w „Wiośnie”. Otóż mąż „prezesa Biedronia”, pan Krzysztof Śmiszek został mianowany przez „prezesa Biedronia” jedynką na liście „Wiosny” do Parlamentu Europejskiego. Pani Sylwia Spurek świeżo mianowana ministerka od polityki społecznej w partii „prezesa Biedronia” jest nieformalną żoną pana doktora Marcina Anaszewicza, dyrektora Instytuty Myśli Demokratycznej partii „prezesa Biedronia”. Czy to jest już nepotyzm czy jeszcze tylko rodzina „prezesa Biedronia” ?

Okazało się, że Barbara Skrzypek, słynna od 1990 roku najbliższą sekretarka pana prezesa Jarosława Kaczyńskiego, pełnomocniczka Instytutu Lecha Kaczyńskiego, to wychowanka PZPR. Pracowała jako sekretarka generała Michała Janiszewskiego, szefa gabinetu generała Wojciecha Jaruzelskiego. A także dla premiera Zbigniewa Messnera. Jakże ta PZPR była kadro twórcza.

Wojna o pamięć

Bitwa o pomniki i pamięć to nie wyłącznie polska specjalność. Burzliwe dyskusje o przeszłości toczą się we wszystkich współczesnych społeczeństwach, jako część tzw. debaty tożsamościowej. Tym, czym Polska wyróżnia się na ich tle, to bezwzględna dominacja jednej wizji historii.

 

Rodzimą debatę o przeszłości kreują rządzący, głównie za pośrednictwem Instytutu Pamięci Narodowej. Od początku swojego istnienia, czyli od 1999 r., IPN niepodzielnie stoi na straży właściwej interpretacji historii najnowszej. Najnowszym osiągnięciem jego pracowników jest nakaz zdjęcia tablicy w nadmorskim Dziwnowie, która upamiętniała ofiary wojny domowej w Grecji. Zdaniem instytutu, fragment „Pamięci bojowników o demokratyczną Grecję” jest „zwyczajnym kłamstwem”. Pewnie w innej rzeczywistości taka decyzja wywołałaby sprzeciw i protest ze strony historyków czy rozsądniejszych polityków. Jednak w obecnej Polsce można co najwyżej parsknąć śmiechem. Czym bowiem jest usunięcie jednej tablicy w porównaniu z niedawną „dekomunizacją” miejsc pamięci poświęconych walkom o Wał Pomorski czy usunięciem pomników upamiętniających szlak bojowy 1. Armii Wojska Polskiego?

 

Monumenty

są stawiane i obalane na całym świecie. W Stanach Zjednoczonych od kilku już lat trwa gorąca dyskusja na temat dziedzictwa Konfederacji i jej roli w kształtowaniu amerykańskiej tożsamości. W sierpniu zeszłego roku decyzja władz miasta Charlottesville w Virginii o usunięciu pomnika gen. Roberta E. Lee – głównodowodzącego wojsk Konfederacji i właściciela pokaźnej liczby niewolników – wywołała burzliwe protesty ze strony skrajnie prawicowych środowisk. Podczas jednej z demonstracji, w której nacjonaliści starli się z antyfaszystami, jedna osoba zginęła a 19 odniosło poważne rany. Spór o historię ogarnął cały kraj. Podobne starcia, choć nie tak tragiczne jak w Charlottesville, odnotowano we wszystkich południowych stanach, gdzie znajduje się większość pomników poświęconych bohaterom „przegranej sprawy”.
Dyskusja o przeszłości rozgrzewa także sąsiednią Kanadę. Od kilku miesięcy tamtejsi politycy i historycy spierają się o dziedzictwo Johna A. Macdonalda, pierwszego premiera, który nadał państwu jego współczesny kształt. Obok jednak wielu niewątpliwych osiągnięć, Macdonald przeforsował w 1876 r. tzw. Indian Act, tworzący dla rdzennej ludności specjalne rezerwaty i wprowadzający jej przymusową asymilację. Wielu Indian do tej pory określa ustawę mianem „eksterminacyjnej”. Tymczasem imię pierwszego premiera noszą szkoły w całym kraju, zaś upamiętniające go pomniki można spotkać niemal w każdym kanadyjskim mieście. W sierpniu 2018 r. władze Wiktorii zdecydowały się usunąć podobiznę Macdonalda z głównego placu miasta, wywołując tym samym ogólnokrajową debatę.
Nie od miesięcy, lecz dobrych kilku lat w Wielkiej Brytanii i całym dawnym brytyjskim imperium toczy się dyskusja nad tym czy warto wciąż upamiętniać Cecila Rhodesa. Ten urodzony w 1853 r. polityk i awanturnik odegrał kluczową rolę w budowie potęgi brytyjskiej Afryki Południowej. W podziękowaniu za wkład w rozwój imperium, od jego imienia nazwano Rodezję (obecnie Zimbabwe), zaś w metropolii i licznych koloniach postawiono mu pomniki. Dzisiaj o dziedzictwo Rhodesa upomnieli się dawni poddani brytyjskiej monarchii, podkreślając, że był on rasistą, uważającym czarnoskórych za podludzi. Najwięcej emocji budzi pomnik Rhodesa na uniwersytecie w Oksfordzie. Studiuje tu wielu Afrykanów, których zdaniem pomnik jedynie umacnia kolonialne dziedzictwo i stereotypy.

 

Podobne emocje

wywołują rozmowy o historii w Niemczech, Francji, Włoszech czy Hiszpanii. W tej ostatniej decyzja lewicowych władz o przeniesieniu zwłok gen. Franco z dotychczasowego mauzoleum rozbudziła dyskusję, której wszystkie demokratyczne rządy starały się do tej pory unikać. Nawet na Słowacji historia dała ostatnio o sobie znać. Kiedy państwowa telewizja zaczęła reklamować show poświęcone bohaterom słowackiej niepodległości podobizną ks. Tiso, część polityków uznała, że przekroczono pewną granicę. Ostatecznie z głosowania na najwybitniejszą postać wykluczono wszystkich skazanych za zdradę, a więc i katolickiego przywódcę faszystowskiej Słowacji.
Wydaje się więc, że Polska wcale nie różni się tak bardzo od pozostałych państw. Czy, aby jednak na pewno? Wszystkie powyższe przykłady łączy nie tylko wysoka temperatura sporu, ale także jego względny pluralizm. W USA i Kanadzie ostateczną decyzję o przyszłości kontrowersyjnych pomników pozostawiono władzom i społecznościom lokalnym. Chociaż zatem głos w debacie o dziedzictwie Konfederacji zabrał sam prezydent Donald Trump, to nawet on nie mógł narzucić swojej interpretacji historii. Także w Wielkiej Brytanii i Hiszpanii media i politycy dopuszczają różnorodne głosy. Jak to możliwe? W żadnym z tych państw nie funkcjonuje instytucja, która posiada niemal nieograniczoną i – co najważniejsze – prawnie umocowaną władzę decydowania o narracji historycznej.

 

Pomysłodawcy

Instytutu Pamięci Narodowej przekonywali, że będzie to instytucja naukowa, prowadząca obiektywne badania i wspierająca świadomość społeczną na temat najnowszej historii Polski. W rzeczywistości jednak od początku IPN pełnił przede wszystkim funkcje propagandowe, nie tyle inspirując debatę publiczną, co nią sterując i wyznaczając jej główne kierunki. Okres dobrej zmiany, która szybko zawitała też do IPN-u, jeszcze bardziej wynaturzył tę instytucję. Prowadzona właśnie „dekomunizacja” Ziem Zachodnich, gdzie praktycznie zlikwidowano wszelkie miejsca pamięci związane z powojenną historią, już przyniosła nieodwracalne straty dla polskiej tożsamości tych terenów. Nie mówiąc już o szkodach dla całego państwa i jego pozycji międzynarodowej, które spowodowała nowelizacja ustawy o IPN ze stycznia tego roku.

 

Zachodnie społeczeństwa

już dawno zrozumiały, że nie ma jednej pamięci narodowej. Każde bowiem państwo, także tak jednolite etnicznie jak Polska, składa się z różnorodnych grup, które mogą dzielić ogólne wyobrażenie o przeszłości, lecz zarazem różnią się w ocenie ważności pewnych wydarzeń i postaci. Mieszkańcy Kaszub czy Wielkopolski postrzegają drugą wojnę światową nie przez pryzmat powstania warszawskiego, lecz doświadczeń własnych przodków. Trudno też nakłonić społeczność Ziem Zachodnich, aby podziwiała żołnierzy wyklętych, skoro fundament jej tożsamości stanowi wspomnienie o pionierach i odbudowie powojennego państwa w nowych granicach.
Nie ma nic złego, ani tym bardziej niemoralnego, w prowadzeniu polityki historycznej. Każda władza – czy nam się to podoba, czy nie – posiada prawo do lansowania własnej narracji o przeszłości. Tak dzieje się we wszystkich wspomnianych powyżej państwach. Problem jednak rodzi się wówczas, gdy wszelkie odmienne poglądy są nie tylko marginalizowane, ale wręcz poddawane prawnym restrykcjom. W naszym podejściu do historii bardziej więc przypominamy Ukrainę i Rosję niż Zachód, do którego aspirujemy. To właśnie w tych państwach dominująca interpretacja historii podlega prawnej ochronie, zaś próby jej podważenia grożą więzieniem. Do czego to prowadzi widać chociażby na Ukrainie, gdzie nad kultem Bandery czuwa tamtejszy IPN, tak jak jego polski odpowiednik strzeże dziedzictwa żołnierzy wyklętych. Sposób kształtowania pamięci zbiorowej jest miarą respektowania zasad demokratycznych. Także w przypadku polityki historycznej oddalamy się od zachodnich standardów.