Gdzie są chłopcy z tamtych lat

Legendarna mściwość Ziobry i Kaczyńskiego jest mocno przesadzona albo… jeszcze na nią nie pora.

Gdybym nazywał się Janusz Kaczmarek, Jaromir Netzel, Konrad Kornatowski albo Mirosław Garlicki, to od dawna byłbym emigrantem politycznym.

Agent śpioch & company

Lipiec 2007 roku. Prokurator Jerzy Engelking robi telewizyjny szoł na żywo. Nagrania z kamer monitoringu. Podsłuchy rozmów telefonicznych. Multimedialne wykresy. Wszystko po to by udowodnić, że minister spraw wewnętrznych Janusz Kaczmarek to kryminalista, działający w siatce łapówkarzy.

Bo właśnie korupcji w ministerstwie rolnictwa dotyczył misterny plan CBA. Według biura operacja miała ujawnić , że urzędnicy za łapówkę mieli odrolnić atrakcyjną działkę koło Mrągowa. Funkcjonariusze, udając biznesmenów, prowadzili Piotra R. i Andrzeja K. Ci twierdzili, że załatwią odrolnienie za 3 mln zł. Ponoć powoływali się na Ministra Rolnictwa Andrzeja Leppera. Do przekazania łapówki nie doszło, bo był przeciek. I według Engelkinga elementem przecieku był Kaczmarek.

Oberprokurator pokazał, że były minister w przeddzień akcji CBA (o której dowiedział się od Ziobry) udał się do Mariotta, gdzie na 40 piętrze apartament miał Ryszard Krauze. Wcześniej Kaczmarek twierdził, że w hotelu był, ale spotkał się tylko z Netzlem w barze Panorama na 40 piętrze. No i zaprzeczał, by rozmawiał z biznesmenem.

Ale Engelking wiedział swoje: Kaczmarek kłamał. Na taśmach z monitoringu Mariotta widać Kaczmarka przechadzającego się hotelowymi korytarzami przed apartamentem Krauzego. Znaczy – nie był w barze Panorama. Gdy Krauze wszedł do swego pokoju, Kaczmarek zawrócił i – zdaniem prokuratora – zdecydowanym krokiem poszedł w tym samym kierunku. Ba, wszedł do gabinetu biznesmena. Po wyjściu Kaczmarka, do Krauzego przyszedł poseł Samoobrony Lech Woszczerowicz. To on, według śledczych, miał bezpośrednio ostrzec Leppera. Prokuratura przedstawiła też podsłuchy rozmów. Wynikać z nich miało, że były szef MSWiA prosił prezesa PZU Jaromira Netzla o alibi na 5 lipca. Kryć miał go też go szef policji Konrad Kornatowski.

Wszyscy ci źli ludzie zostali oczywiście zatrzymani.

Jednak dla Jarosława Kaczyńskiego sprawa się nie skończyła. Rok później Kaczmarek wciąż mu leżał na wątrobie.

– Pomyliliśmy się, ja się pomyliłem. Pan Kaczmarek, któremu to powierzono i który mnie zapewniał, że trzydzieści kilka takich grup w kraju już działa, był człowiekiem zupełnie innym niż sądziliśmy. To był po prostu człowiek drugiej strony, jak to niektórzy nazywają – taki „śpioch”. To jest nawiązanie do agenta „śpiocha”. Ktoś przez wiele lat nie wypełniał swojej funkcji, potem dostaje sygnał i zaczyna pracować jako agent – perorował prezes.

Już nikt nigdy…

W lutym 2007 r. CBA aresztowało Mirosława Garlickiego, znanego kardiochirurga i transplantologa, szefa Kliniki Kardiochirurgii Szpitala MSWiA w Warszawie. Funkcjonariusze na oczach pacjentów wyprowadzili go skutego kajdankami ze szpitala. Akcja CBA w ramach której doszło do zatrzymania nosiła kryptonim „Mengele 5”.

W walentynki Ziobro zwołał specjalną konferencję prasową, na której przedstawiono film z ujęcia lekarza i przeszukania jego mieszkania. Ziobro nie odmówił też sobie przedstawienia zarzutów. Garlickiego oskarżono o korupcję, mobbing, a nade wszystko – o zabójstwo pacjenta. O kardiochirurgu gazety zaczęły pisać per „dr śmierć”.

– Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie – puszył się Ziobro.

Garlicki przesiedział się parę miesięcy. Po prostu przed sądami upadały kolejne zarzuty, z zabójstwem na czele.

– Z takimi zarzutami jak on to ludzi po trzy lata trzymają w areszcie śledczym – nie ogarniając sytuacji ubolewał Jarosław Kaczyński.

Czyściciele imienia

Kolejne lata bohaterowie pisowskich konferencji multimedialnych spędzali w sądach. I wcale nie na ławie oskarżonych. Kornatowski, Kaczmarek i Netzel walczyli o zadośćuczynienia i dobre imię. Wygrywali wszystko w cuglach, a Kaczmarek z Kornatowskim pobili przy okazji rekord Polski w wysokości odszkodowania za bezpodstawne zatrzymanie. Dostali po 20 tys. zł.

Dogryzali instytucjom IV RP gdzie się dało. Świadczyli przeciwko CBA w procesie rzeszowskim, udzielali się w mediach. A jak trzeba, to pro bono bronili Henryki Krzywonos, przed złym słowem pisolubnego podówczas Rokity.

Inna sprawa, że przesiadywanie w sądzie stało się ich fachem. Wszyscy panowie pozakładali w Trójmieście kancelarie prawne. Każda z nich ma też swoją filię w Warszawie. Wszystkie hulają nie narzekając na brak klientów.
Po zwycięstwie Tuska w wyborach w 2007 roku Mirosław Garlicki przez parę lat bronił się przed kolejnymi zarzutami. Udało mu się odeprzeć większość. Za przyjmowanie dowodów wdzięczności załapał się na wyrok w zawiasach. Ale Ziobrze nie odpuścił.

Wytoczył mu proces cywilny i wygrał w obu instancjach. Były minister sprawiedliwości został zobowiązany do publicznych przeprosin oraz uiszczenia 30 tys. zł zadośćuczynienia.

Od „Faktu”, który mianował Garlickiego „doktorem śmierć” „zabijającym w rządowym szpitalu”. wyprocesował 150 tys. zł i przeprosiny. Kardiochirurg pozwał też szefa CBA. A w Trybunale w Strasburgu uzyskał 8 tys. euro odszkodowania od państwa polskiego.

Poza tym, przy swoich kwalifikacjach nie miał najmniejszego problemu ze znalezieniem pracy. Najlepsze oddziały kardiochirurgii chciały go mieć u siebie.

Drobna zmiana

Mec. Janusz Kaczmarek słysząc pytanie dlaczego nie wyjechał z kraju wpada w dobry humor. Nie boi się. Nawet przechodząc przez jezdnię nie myśli czy za chwilę nie zostanie skazany na karę śmierci za wtargnięcie na czerwonym świetle. Zamiast przejmować się Kaczyńskim, woli szukać kruczków prawnych dla swoich klientów. Jak na faceta, który zlecił badania psychiatryczne prezesa, postawa interesująca. Chyba, że były szef MSWiA dochodząc do ugody z Kaczyńskim w procesie za „śpiocha”, otrzymał gwarancję nietykalności?

Własnych cieni nie boją się też Netzel i Kornatowski. Jednak w zachowaniu byłego szefa PZU i u Janusza Kaczmarka można zauważyć pewną zmianę. Zamiast w Mariocie, przesiadują teraz w Sheratonie.

Kaczyński i Ziobro ulokowali swoje nielubienie, zupełnie w kimś innym. Też ukochanym dzieckiem PiS, a nawet z jego rekomendacji parlamentarzystą. Mowa oczywiście o Tomaszu Kaczmarku, zwanym pieszczotliwie Agentem Tomkiem. Agent nie zdradził gdy działał dla PiS. Przeszedł na drugą stronę dopiero gdy stał się ofiarą konkurowania służb z prokuraturą. Agent Tomek poczuł się najpierw zdradzony, potem opuszczony, a na końcu zaszczuty. I w przeciwieństwie do wrogów PiS z lat IV Rzeczpospolitej, jest tym, który się boi.

Co planuje Ziobro?

Czeka nas jesień pod znakiem nowej politycznej batalii o sądy – donoszą media, według których Zbigniew Ziobro dostał na to “zielone światło” od Jarosława Kaczyńskiego.

“Wrześniowo-październikowe posiedzenia Sejmu mogą mieć równie burzliwy przebieg, co ostatnie obrady zakończone reasumpcją jednego z głosowań. Prawo i Sprawiedliwość chce wejść bowiem w nową fazę politycznej przepychanki, która na kolejne miesiące może nakreślić oś narracyjną, upływającą pod znakiem reformy sądownictwa” – infomuje Interia.

Jak napisał serwis, po opuszczeniu Zjednoczonej Prawicy przez Porozumienie Jarosława Gowina, “mocniejszą kartę” będzie chciał wykorzystać drugi z koalicjantów – Solidarna Polska. Przy aprobacie Jarosława Kaczyńskiego lider tego ugrupowania, Zbigniew Ziobro, ma w najbliższych miesiącach rozpocząć kolejny etap reformy sądownictwa.

Jak wskazuje Interia, po sezonie urlopowym sprawa reformy sądownictwa ma być dość pilnym tematem rozmów liderów Prawa i Sprawiedliwości oraz Solidarnej Polski. “Podczas tych rozmów powinien też pojawić się pomysł zredefiniowania koncepcji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego” – czytamy. Serwis zwraca uwagę, że w piśmie przesłanym Komisji Europejskiej rządzący zobowiązali się do jej likwidacji, jednak “w obecnym kształcie”. To ma mieć znaczenie kluczowe.

Zwiastun tego ma być widoczny już w odpowiedzi udzielonej przez polski rząd Komisji Europejskie ws. Izby Dyscyplinarnej. Miała ona powstać w konsultacji z Ministerstwem Sprawiedliwości. “Jego wkład to punkt mówiący o wniosku o uchylenie środków tymczasowych w związku z orzeczeniem TK” – czytamy.

Krakowski spleen

Zbigniew Ziobro dostał prztyczka w nos od Mariana Banasia. Przy okazji, Marian Banaś pogonił od siebie z podwórka Tadeusza Dziubę, lojalnego, pisowskiego zagończyka, wstawionego do urzędu, kiedy Banaś był jeszcze swój. Dziuba, poznański wiernopoddańczy prezbiter zakonu PC zdradzić Jarosława nie chciał, więc podpadł. Co z tego wyjdzie? Kompletnie nic.

Kiedyś siedziałem w Krakowie, w jednym barze, kojarzonym w okolicy jako knajpa kibiców Cracovii. Czy tak naprawdę było-nie wiem, ale pewnie tak. Ja zaszedłem tam z przypadku, namówiony przez jednego z miejscowych. Tak się akurat złożyło, że w lokalu klientela oglądała wówczas ligową potyczkę…Legii z Wisłą. Najpierw gola strzeliła Wisła, później Legia, później znowu Wisła, później Legia. I gdy tak obydwie drużyny namiętnie się ostrzeliwały, jeden z lokalsów, kibic Pasów, nie wytrzymał i zakrzyknął: „Kurwa kurwie łba nie urwie”, po czym kilkadziesiąt gardeł buchnęło gromkim śmiechem, nagradzając celną pointę kolegi kolejką na koszt baru. Kiedy dziś oglądałem w telewizji, siedząc z dala od Krakowa, ów nowy, krakowski personalny pojedynek Banaś versus Ziobro, przypomniała mi się sytuacja z knajpy kibiców Cracovii. I jej finał, który, wypisz wymaluj, pasuje do tego, com dziś obejrzał.

Zarzuty Banasia dla Ziobry są megapoważne; Zbigniew Zero uczynił sobie z Funduszu Sprawiedliwości maszynkę do nagradzania swoich publicznym groszem nie wiadomo za co. Taki swoisty fundusz reprezentacyjny, niby nie ten, jaki miał być, ale jednak fundusz. Banaś jest zawzięty, żeby Ziobrę zatopić. Ziobro liczy, że Kaczyński nie da mu zrobić krzywdy, bo musi wiedzieć, że jak popłynie on, to nic już Banasia nie powstrzyma. Nawet Morawiecki będzie grał na niego, bo kto mu uratuje jego Nowy Ład i przytnie ambicje Gowina, jeśli nie Zero. Banaś bowiem dostał czarną polewkę od Kaczyńskiego na zawsze; czego by nie uczynił, nie da się więcej prezesowi polubić, za taką potwarz, jaką mu zgotował. Chciał tego czy nie, jest na pisowskiej strzelnicy wrogiem numer jeden, z którym Kaczyński nikomu nie pozwoli paktować. Banaś to doskonale wie. Dlatego bije mocno, jak umie, bo walczy o swoje i rodziny być albo nie być. W sukurs przychodzą mu politycy opozycji, choćby jego poprzednik na stanowisku prezesa NIK, Krzysztof Kwiatkowski, który publicznie mówi to, o czym wszyscy wiedzą; że zarzuty dla banasiowego syna są politycznie motywowane, bo koincydencja czasowa zatrzymania Jakuba B. i wniosek o do Sejmu o uchylenie immunitetu staremu Banasiowi są cokolwiek podejrzane. Naturalnie, stary Banaś nie pokazał jeszcze na tyle mocnych kwitów, żeby mógł na Platformie albo na Lewicy liczyć na przychylność i puszczenie w niepamięć swoich interesów z willami i pokojami na godziny, ale polska polityka kryje w trzewiach olbrzymie pokłady miłosierdzia. Na razie zatem Banaś stary jest w czyśćcu, choć kto wie, może już niebawem, jako ten, który zrozumiał swój błąd, zostanie przez opozycję rozgrzeszony, jeśli z jeszcze większą gorliwością będzie robił to, co się robi z PiS-em za pomocą ośmiu gwiazdek.

Kiedy na to wszystko parzę, to zbiera mnie jednak na mdłości, bo dla mnie sprawa krakowskiej pyskówki Banaś-Ziobro jest prosta i klarowna, jak onegdaj mecz w pubie Cracovii; czy biją Banasia, czy Ziobrę, to cały czas pojedynek do jednej i tej samej pisowskiej bramki. Kto by tu nie wygrał albo nie przegrał, niczego nie zmieni w ligowej szarzyźnie, bo tabela i tak jest już dawno ustawiona. Jedyne czego szkoda, to boiska, bo zniszczą je patałachy, stratują, a później wystawią nam wszystkim, kibicom, rachunek. Czy to się nam podoba, czy nie. Niezależnie od tego, komu byśmy kibicowali. Nie wiem zatem jak Państwo, ale ja wracam przed telewizor, oglądać zmagania w Tokio. Szkoda mi czasu na to żenujące widowisko z jeszcze bardziej żenującymi graczami. I Państwu też to odradzam.

Cena odwagi

Polityka to sztuka kompromisu. Czasem oznacza to podjęcie ryzyka. Trudno jest też przewidzieć konsekwencje politycznych decyzji. O tym wszystkim przypomniano sobie przy okazji rozmów liderów Lewicy z premierem Mateuszem Morawieckim o możliwości udzielenia wsparcia w sejmowym głosowaniu nad przyjęciem Krajowego Planu Odbudowy.

Nie ma co ukrywać, że między tymi politykami nie ma za grosz zaufania. A jednak obie strony uznały, że przyjęcie wspólnego stanowiska będzie opłacalne. Premier uniknął w ten sposób kompromitującej porażki w głosowaniu, które fundował mu Zbigniew Ziobro i jego ludzie. A liderzy Lewicy pokazali, że są samodzielni i skuteczni. To ważne, zwłaszcza że dziś formacja do największych nie należy.

Politycy Platformy Obywatelskiej i Polskiego Stronnictwa Ludowego oskarżają ich o rozbicie wspólnego frontu opozycji i zakonserwowanie pisowskiego układu. Przekonują, że była szansa na pogłębienie dekompozycji obozu Zjednoczonej Prawicy i być może doprowadzenie do upadku rządu Morawieckiego.

Ale co stało na przeszkodzie, by dwa, trzy tygodnie temu Borys Budka wspólnie z Władysławem Kosiniakiem – Kamyszem zaprosili Włodzimierza Czarzastego, Roberta Biedronia i Adriana Zandberga do stołu i uzgodnili wspólne stanowisko?

Z tego co wiemy, ani PO ani PSL nie zadały sobie trudu, by szukać porozumienia w ramach opozycji. Uznano, że w tej sprawie można prowadzić dialog za pośrednictwem mediów. Dlatego dziś , zamiast obrażać się i polewać obelgami polityków Lewicy, lepiej zastanowić się i wyciągnąć wnioski.

Jeśli Platformie i Ludowcom rzeczywiście zależy na odsunięciu Prawa i Sprawiedliwości od władzy muszą uznać, że Czarzasty z kolegami miał prawo do samodzielnej decyzji i uszanować ją. Powinni też podjąć rozmowy z liderami Lewicy, by w przyszłości uniknąć podobnych sytuacji.
Coraz bardziej liczący się na politycznej scenie Szymon Hołownia, na razie, będzie dystansował się od sejmowej opozycji, lecz jeśli miałby do czynienia z naprawdę zjednoczonym blokiem, musiałby się dobrze zastanowić, czy mu się to opłaca. Że możliwa jest współpraca wszystkich sił demokratycznych, dowodzi przykład wystawienia przez opozycję wspólnego kandydata na prezydenta Rzeszowa.

Lewica, choć dziś zapewnia, że wyciągając rękę do premiera Morawieckiego ugrała więcej niż się wydaje i powołuje się na sondaże, z których wynika, że 70 % jej wyborców popiera przyjęcie Krajowego Planu Odbudowy, nie powinna spać spokojnie.

Premier oraz cały PiS nie dają gwarancji, że dotrzymają zawartego porozumienia. Nikt nie może zaręczyć, że po ostatecznym przyjęciu KPO nie zrobią tego co chcą, czyli podzielą kasę między swojakami. Akurat ta formacja polityczna słynie z podobnych akcji.

Jeśli tak się stanie, przyjdzie Lewicy zapłacić solidny rachunek. W tym kontekście, decyzja o udzieleniu poparcia rządowi, podjęta przez Włodzimierza Czarzastego i jego partnerów, wymagała wprost niezwykłej odwagi. W polskiej polityce, to rzadkie zjawisko.

Liderzy lewicy dowiedli też, że nie obca jest im sztuka kompromisu. Wszak, do niedawna, obie strony regularnie traktowały się niezbyt przystojnymi epitetami. Ale od kilku dni trudniej jest żurnalistom TVP Info ostro atakować gości z kręgu Lewicy. Nie sądzę, by potrwało to zbyt długo, ale na razie miny Rachonia i Klarenbacha są bezcenne.

Posłowie Lewicy muszą teraz uczynić wszystko, by zadbać o maksymalnie transparentny podział środków w ramach Krajowego Planu Odbudowy. To nie będzie łatwe zadanie. Mogę – z licznymi zastrzeżeniami – uwierzyć, że premier Morawiecki, gotów jest dotrzymać uzgodnionych warunków, ale jego otoczenie i zaplecze zapewne już kombinuje, jak je obejść.

Lewica potrzebuje dziś, jak najlepszego zaplecza eksperckiego. Ludzi, który będą w stanie szybko wychwycić nieprawidłowości i je nagłośnić. Dotychczasowe doświadczenia w wydawaniu środków unijnych wskazują, że administracja i przedsiębiorcy są w stanie wchłonąć i zagospodarować każdą kwotę. Tylko często nie ma z tego żadnego pożytku. Jeśli posłanka Magdalena Biejat mówi o tym, że dzięki Lewicy powstanie 75 tysięcy mieszkań na wynajem, to dobrze by pamiętała czym skończył się osławiony rządowy program „Mieszkanie Plus”. Miało powstać 100 tysięcy mieszkań. Powstało 26 tysięcy. Na finansowane ze środków unijnych Programy Operacyjne Innowacyjna Gospodarka i Inteligentny Rozwój wydano dotychczas dziesiątki miliardów złotych. W efekcie, tak jak w roku 2007, tak w roku 2019 we wszelkich unijnych rankingach innowacyjności gospodarki, wydatków na badania i rozwój, oraz stanu nauki, wyprzedzaliśmy Bułgarię i Rumunię. Od końca.

Wiele wskazuje na to, że pieniądze przeznaczone na odbudowę gospodarki po pandemii COVID – 19, w znacznej części także zostaną zmarnowane. Zadanie Lewicy powinno polegać na tym, by ograniczyć skalę marnotrawstwa i ordynarnego złodziejstwa. Nie da się wyeliminować wszystkich patologii, które tak bujnie rozkwitły pod skrzydłami Zjednoczonej Prawicy, ale trzeba próbować.

Jeśli to się uda, jeśli środki, które Polska uzyska w najbliższych latach zostaną lepiej i sprawiedliwiej podzielone i zagospodarowane, będzie to wielka zasługa polityków Lewicy, którzy podjęli ryzyko w imię Racji Stanu. Warto trzymać za to kciuki.

Kaczyński wychował sobie wyznawców

– Zamiast skutecznie walczyć z pandemią ta władza będzie sobie rachowała kości, szukała nowych układanek politycznych. Tu znowu mamy analogię do piłsudczyków z lat 30., którzy zamiast walczyć z kryzysem walczyli z opozycją – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk i były poseł na Sejm, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: PiS zapłaci utratą poparcia i władzy za nieudolność? Na razie w sondażach ma niezmiennie ok. 30 proc.

TOMASZ NAŁĘCZ: Przede wszystkim my wszyscy za to płacimy, bo przecież w milionach polskich rodzin ludzie żyją niepokojem, chorobą bliskich, perspektywą zarażenia. Za nieudolność PiS-owską płacimy teraz my, ale i PiS zapłaci w swoim czasie. Nie można w takich sytuacjach przedkładać nad zdrowie ludzi własnych egoistycznych interesów. PiS nie ma co marzyc o powrocie do notowań rzędu 40 proc.

Oczywiście będzie pewna część wyborców, którzy przy PiS zostaną, bo na tym polegało mistrzostwo Kaczyńskiego, że bardzo głęboko podzielił Polskę i stworzył nie tyle rzesze swoich zwolenników, co wyznawców. Pewnie część z nich, zindoktrynowanych przez PiS-owskie media, uważające się, o ironio, za wolne, zostanie przy Kaczyńskim. Ludzie, którzy myślą samodzielnie, a widzieli w PiS-ie szansę na nowe otwarcie w Polsce, cofnęli swoje poparcie dla władzy.

Daniel Obajtek pokazał swój majątek i okazało się, że jest jeszcze większy, niż wszyscy myśleli. Dokumenty zobaczyli tylko wybrani dziennikarze. Prezes Orlenu jest właścicielem lub współwłaścicielem 38 nieruchomości, a większość z zarobionych 7 mln uzyskał za rządów PiS. Dlaczego teraz prezes Orlenu zdecydował się pokazać majątek, czy ta decyzja należała do niego?

Jestem byłym przewodniczącym komisji badającej, zdawało się, pierwszą wielką aferę XXI wieku – aferę Rywina. Gdy dziś myśli się o reakcji na tę aferę w porównaniu do tego, co dziś robi PiS, to nóż się sam w kieszeni otwiera. Pamiętam Zbigniewa Ziobrę z tamtych czasów i jego oburzenie na każdą nieprawość w przestrzeni władzy, wtedy lewicowej.

Chciałbym dzisiaj skonfrontować tamtego Zbigniewa Ziobrę z dzisiejszym. Pamiętam oburzenie Ziobry i PiS-u na prokuraturę, że jest ona za mało skuteczna w sprawie Rywina. Paradoksem jest, że tamta przypominała miecz samurajski w porównaniu do dzisiejszej.

Byłem wówczas posłem Unii Pracy, ale miałem wiele kontaktów wśród kolegów z SLD i wiem, że taka afera rodzi oburzenie nie tylko w szeregach zwolenników drugiej strony, ale też i własnego ugrupowania. Jarosław Kaczyński wymodelował swoich zwolenników w specyficzny sposób, ale mimo to uważam, że zwolennicy PiS-u są zgorszeni tymi informacjami. Tu nie chodzi tylko o stan interesów pana Obajtka, ale i o nieporadność czy omnipotencję organów ścigania w tej sprawie, zwłaszcza że PiS zbudował swój publiczny wizerunek na egalitaryzmie, równości, sprawiedliwości, a nawet na takim odruchu pogardy i nieufności u ludzi, którzy się dorobili. Daniel Obajtek mógłby doskonale się znaleźć na sztandarze liberałów sprzed 30 lat, ale nie PiS-u.

W sprawie pokazania majątku decyzję podjął Jarosław Kaczyński, bo to on stworzył Daniela Obajtka. Dziś pewnie bardzo żałuje, że tak się przyspawał do tej postaci, ale dotykamy tu znowu kwestii ustroju autorytarnego. Wódz w takim ustroju nie może się mylić, więc Jarosław Kaczyński jest dziś zakładnikiem pana Obajtka. Pewnie sztab ludzi myśli dziś na Nowogrodzkiej, jak z tego wybrnąć, bo na pewno mają własne badania i widzą, jak ta afera im ciąży.

Czy to wystarczy do opanowania sytuacji?

To tylko półśrodek, bo nie było to pełne ujawnienie majątku, tylko przedstawienie dokumentów wybranym dziennikarzom. Nie sadzę, aby to skutecznie pomogło w opanowaniu tego kryzysu.

Po drugie, pokazano skalę majątku pana Obajtka. Uważam, że zaletą 30 lat wolności jest to, że ludzie mogą się dorabiać, jeżeli tylko potrafią to skutecznie robić, ale ta skala majątku musi szokować. Najbardziej dramatyczne są tu zresztą nie ilości nieruchomości czy kwoty, tylko pytania o interesy wójta Pcimia, o łamanie prawa i składanie kłamliwych zeznań przed sądem.

Widać, że PiS się cofa i próbuje budować kolejne linie obrony, jak armia spychana przez drugą stronę do coraz głębszej defensywy. Kolejne linie obrony padają i odsłaniają kolejne możliwości dla atakujących. Już czytam dziś, że dociekliwi dziennikarze widzą nowe tropy w pokazanych dokumentach.

Jeszcze trochę czasu minie, zanim Jarosław Kaczyński zdecyduje się przyznać do porażki i przestanie czynić z Obajtka wzorca z Sèvres skuteczności, zaradności, porządności. Będzie też krwawił PiS, co już widać, bo został także podważony mit przywództwa Kaczyńskiego. Dziś widać, że to przywódca, który się słania, nie kontroluje swoich koalicjantów, który nie kontroluje swojego obozu. Nie ma się z czego cieszyć, bo zamiast skutecznie walczyć z pandemią ta władza będzie sobie rachowała kości, szukała nowych układanek politycznych. Tu znowu mamy analogię do piłsudczyków z lat 30., którzy zamiast walczyć z kryzysem walczyli z opozycją, wewnątrz także trwały przepychanki. Jak patrzę na PiS w ostatnich 2-3 latach, to jakbym widział piłsudczyków z okresu dekadencji z połowy lat 30.

Wspomniał pan aferę Rywina. Co się zatem stało z nami, że kiedyś upadały rządy z powodów, dla których dziś nawet nie widać zachwiania w sondażach?

Widzę dwa wyjaśnienia tych odmiennych zachowań. Jarosław Kaczyński przygotował sobie grunt do takiej sytuacji, bo tak ostro spolaryzował Polskę, że uodpornił znaczną część swoich zwolenników na jakąkolwiek argumentację. Jakby pozbawił ich umiejętności samodzielnego myślenia. Każda informacja krytyczna dotycząca obozu rządzącego odbierana jest przez nich jak atak. Uważam, że to było celowe działanie.

Kaczyński podzielił też dziennikarzy i nastąpiła tu głęboka demoralizacja u części z nich. Nie pamiętam z czasów afery Rywina mediów, które by broniły ludzi związanych z aferą. Dziś część mediów na białe mówi czarne, a świat czerni przedstawia jako bieli. Pamiętam część z PiS-owskich dziennikarzy jeszcze sprzed lat, kiedy byli dociekliwi i obiektywni. Nie rozumiem, jak można tak nisko upaść.

Oczywiście rozumiem skłonności autorytarne części społeczeństwa polskiego i niejedna władza w XX wieku próbowała to zdyskontować, poczynając od endeków, piłsudczyków, komunistów, dziś próbuje to robić Kaczyński. Jednak doświadczenie historyka jest takie, że nie jest to przestrzeń tak rozległa, żeby można na tym było coś trwale zbudować. Zwłaszcza że konstrukcja budowana na tej przestrzeni dobrze funkcjonuje w czasach stabilności, przy dobrej koniunkturze, natomiast gwałtownie zaczyna się chwiać w trudnych, chudych czasach.

Czas pandemii pokazuje tę nieporadność PiS-owską i to będą trudne lata dla PiS-u. Choć to nie moja bajka, to wcale się z tego nie cieszę, bo jako emeryt chciałbym żyć w czasach spokoju, a nie wstrząsów. Niestety Jarosław Kaczyński funduje nam życie zgodne z chińskim przekleństwem: obyś żył w ciekawych czasach.

Pisarz Jakub Żulczyk jest ścigany przez prokuraturę za nazwanie prezydenta Dudy „debilem”. Czy przepis o znieważeniu głowy państwa nie jest archaiczny, a po drugie, czy działanie prokuratury nie jest kontrproduktywne, bo o sprawie mówią już media na całym świecie z BBC na czele?

To nie jest prosta sprawa. Moim zdaniem winny jest przede wszystkim ten przepis. Pamiętam, że Bronisław Komorowski był bliski wniesienia prezydenckiej inicjatywy likwidującej go. Zrezygnował z tego, bo politycy doradzający prezydentowi byli nieprzychylni temu pomysłowi. Pamiętam, że prawnicy zwracali wówczas uwagę, że przepis chroni nie tylko polskiego prezydenta, ale też głowy innych państw, i byłoby kuriozalne, gdyby uchylono część dotyczącą polskiej głowy państwa, a zachowano prawną ochronę dobra głów innych państw.

Mnie ta argumentacja nie przekonywała, uważam, że to jest archaiczny zapis jeszcze z czasów średniowiecza, kiedy każde złe słowo o monarsze było wręcz zdradą stanu. Ta tzw. obraza majestatu to przepis zrodzony w czasach monarchicznych, kiedy król był najwyższym prawodawcą, sędzią, władcą itd. We współczesnym demokratycznym społeczeństwie każdy, także przedstawiciel władzy, powinien bronić swojego dobrego imienia, jeżeli uzna za słusznie, w sądzie.

Jestem przekonany, że mało który prezydent wkraczałby na taką drogę przeciwko swoim obywatelom. Na tym także polega demokracja, że można powiedzieć w przestrzeni publicznej wiele niemądrych rzeczy i nie będzie się za to ściganym.

Druga część tej sprawy to działanie prokuratury, która wiadomo, że jest trzymana twardą ręką Ziobry i nie ma w niej rzeczy przypadkowych. To jest rumak, którego cugle mocno trzyma prokurator generalny i tajemnicą poliszynela jest, że Zbigniew Ziobro nie należy do przyjaciół pana prezydenta. Nie chcę popadać w obsesję, ale widziałbym tu jakąś chęć oddania niedźwiedziej przysługi. Wiele ludzi na świecie, którzy o sprawie nie mieli pojęcia, dowie się o istnieniu polskiego prezydenta Andrzeja Dudy, którego nazywają „debilem”, a prokuratura polska za to ściga. Ten, który wyjdzie z tej sprawy poharatany, to będzie właśnie prezydent.

Zbigniew Ziobro jest człowiekiem na tyle inteligentnym, że chyba zdaje sobie z tego sprawę. A na końcu ucierpi i tak wizerunek Polski, tak jak ucierpiał na tej koszmarnej nowelizacji ustawy o IPN, która miała chronić Polaków przed opinią antysemitów, a nagłośniła polski antysemityzm jak nic wcześniej w historii.

Polska nie jest już państwem praworządnym

Działalność ministrów i polityków, którzy kwestionują orzeczenia niezależnych sądów, to ustrojowe chuligaństwo. Okazują rażące lekceważenie dla porządku prawnego – mówi prof. Mikołaj Małecki z Katedry Prawa Karnego UJ w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Czy w Polsce rządzi prawo, czy „Prawo i Sprawiedliwość”? Jaka jest kondycja praworządności w Polsce?

MIKOŁAJ MAŁECKI: Niestety Polska nie jest już państwem praworządnym. Rządzący mentalnie tkwią poza Unią Europejską, znajdują się w autorytaryzmie i do niego dążą. Unia Europejska to wspólnota wartości: solidarności, praworządności, niedyskryminacji, trójpodziału władzy. Wszystkie te wartości są systematycznie niszczone przez władzę polityczną w Polsce. A czas epidemii pokazał, jak nieudolna jest to władza, gdy trzeba podejmować decyzje ważne dla bezpieczeństwa Polaków.

Politycy PiS, ministrowie, łącznie z ministrem sprawiedliwości, decydują o tym, jakie wyroki uznają, a jakie nie. Jakie to rodzi konsekwencje? Czy ja jako zwykły obywatel też mogę nie uznać wyroku albo mandatu?

Jest w Kodeksie karnym coś takiego jak występek o charakterze chuligańskim. Polega on między innymi na tym, że sprawca okazuje rażące lekceważenie dla porządku prawnego. Działalność ministrów i polityków, którzy kwestionują orzeczenia niezależnych sądów, to takie właśnie ustrojowe chuligaństwo. Okazują rażące lekceważenie dla porządku prawnego.

Minister czy polityk jest zobowiązany, by działać na podstawie i w granicach prawa. Jest zobowiązany, by respektować niezależność władzy sądowniczej i z nią współdziałać. Najbardziej smutne jest to, że mówimy o orzeczeniach zmierzających do naprawienia sytuacji w Polsce. Kwestionowanie tych orzeczeń to pogłębianie chaosu.

Jednocześnie część prawników nie uznaje orzeczeń np. Izby dyscyplinarnej SN. Żyjemy w dwóch światach prawnych?

Nie ma żadnego dualizmu prawnego. Jeśli do mojego domu wchodzi złodziej, to nie ma tutaj pola do negocjacji, że mamy jakieś dwa światy prawne: ja uważam, że złodziej robi coś złego, a złodziej uważa, że ma prawo mnie okraść. To absurd. Po prostu z jednej strony jest prawo, a z drugiej jest bezprawie. Po której stronie stoi prawo, to jest jednoznaczne.

Weźmy Izbę Dyscyplinarną, która represjonuje sędziów, np. sędziego Juszczyszyna za to, że chciał po prostu stosować prawo. Mamy orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, mamy orzeczenia Naczelnego Sądu Administracyjnego, mamy uchwałę połączonych Izb Sądu Najwyższego i orzeczenia innych sądów – w ich świetle Izba Dyscyplinarna oczywiście nie jest sądem, nie spełnia warunków sądu opisanych w konstytucji, jej pisma nie mają wiążącej mocy prawnej. Politycy i ministrowie mają po prostu respektować te orzeczenia.

Trybunał Konstytucyjny jako listek figowy władzy i sposób na obchodzenie prawa, konstytucji, orzeczeń TSUE?

Aktualnie nie można już mówić na serio o Trybunale Konstytucyjnym. To nie jest „Trybunał”, jaki opisuje polska konstytucja – nie jest to organ niezależny i bezstronny. Działalność tego organu nie ma też nic wspólnego z „konstytucyjnością”, a więc działaniem zgodnie z prawem i niezawisłym rozstrzyganiu o zgodności aktów prawnych z konstytucją.

Przypominam, że w pracach tak zwanego Trybunału wciąż biorą udział osoby, które nie są sędziami w rozumieniu konstytucyjnym – zostały wybrane na miejsce już wcześniej obsadzone.

A jaka jest ranga tego organu, udowodnili sami politycy, gdy odmawiali publikacji werdyktu o zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Okazuje się, że można dowolnie publikować lub nie publikować wyroków, bo ten Trybunał nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się korzyść polityczna jednej formacji i jej mają być podporządkowane działania pozostałych władz.

TK znowu przesunął termin orzeczenia w sprawie RPO, dlaczego?

Nie wiem, dlaczego termin został przesunięty, ale oczywiście po raz kolejny dowodzi to, że tak zwany Trybunał nie zajmuje się rozstrzyganiem problemów prawnych, tylko rozstrzyganiem problemów w sprawowaniu władzy określonej partii. Takie wielokrotne przekładanie terminu rodzi obiektywne podejrzenia, że ma miejsce jakieś wyczekiwanie na dogodny moment, próba dopasowania się do aktualnej sytuacji politycznej.

Marszałek Sejmu ogłosiła z kolei kolejny już wybór RPO. PiS ma nowego kandydata – posła Wróblewskiego. Jak ocenia pan tę kandydaturę?

Nie ma wątpliwości, że tu nie chodzi o wybór Rzecznika Praw Obywatelskich, tylko o wybór Pomocnika Reżimu. Władza polityczna nie chce zgodzić się na niezależnego, bezstronnego rzecznika, bo gdyby tak było, już dawno powinien zostać osiągnięty kompromis i zostałby dokonany wybór osoby cieszącej się społecznym zaufaniem.

Artykuł 210 konstytucji wymaga, by rzecznik był niezawisły i niezależny od innych organów. Musi być więc to osoba, która nie jest uwikłana politycznie. Ma budzić zaufanie, że nie będzie na usługach władzy, lecz spełni funkcję kontrolną i będzie broniła obywateli przede wszystkim przed rządem i instytucjami państwa. Niezdolność rządzących do kompromisu oznacza, że celem jest wybór kogoś wygodnego z punktu widzenia interesów reżimu, a nie obywateli.

Czy widzi pan szanse na kompromis w sprawie wyboru RPO?

Dla dobra wszystkich obywateli taki kompromis powinien zostać wypracowany. Wszystko wskazuje jednak na to, że władza chce przejąć kolejną instytucję, która może być dla niej niewygodna.

Ostrzegam

Według Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej nowelizacja ustawy o KRS, która umożliwiała sędziom odwoływanie się od decyzji Rady co do wyboru członków Sądu Najwyższego może naruszać prawo UE. Także kolejne nowelizacje ustawy o Krajowej Radzie Sądowniczej, które doprowadziły do zniesienia skutecznej kontroli sądowej rozstrzygnięć Rady o przedstawieniu prezydentowi RP wniosków o powołaniu kandydatów na sędziów SN, też mogą naruszać prawo unijne.

PIS ustami ministra sprawiedliwości i jego urzędników (nota bene autorów „reformy” wymiaru sprawiedliwości) twierdzi, że TSUE wyszedł tym orzeczeniem poza ramy traktatowe, zatem respektowane ono nie będzie. Również pani prezes Przyłębska oznajmiła, że wyrok TSUE narusza polski ład konstytucyjny. To oznacza, że w Polsce nadal będziemy mieli do czynienia z patem prawnym…

Wyjaśnię więc po raz kolejny: zasadniczy problem polega na tym, że to Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, a nie odwrotnie! To Polska ratyfikowała i przyjęła akty wspólnotowe i jako członek UE jest zobowiązana do przestrzegania prawa stanowionego przez Unię. Dodam, że od roku 2004 roku, od chwili wstąpienia do Unii, my to prawo współtworzymy! Również traktat o funkcjonowaniu UE był współtworzony przez Polskę wraz z innymi państwami członkowskimi. Zatem to my mamy przestrzegać orzeczeń, prawa i wyroków trybunałów europejskich, a nie trybunały europejskie mają akceptować orzeczenie polskich instancji sądowniczych i uwzględniać zmiany w prawodawstwie wprowadzane w wyniku potrzeb politycznych przez ministra sprawiedliwości. To polskie prawodawstwo musi być w zgodzie z orzeczeniami TSUE.

Tak, pamiętam – zwolennicy „dobrej zmiany” w tym miejscu zwykle przywołują przykład Niemiec, gdzie Sąd Konstytucyjny nie przyjął orzeczenia w sprawie sporu pieniężnego, uznając rozstrzygnięcie TSUE za niezgodne z niemiecką konstytucją. Mówi się: proszę, Niemcom wolno, Polsce nie wolno!

Otóż jest tu zasadnicza różnica. Przedmiotem sporu w polskim przypadku nie jest, jak w Niemczech, metoda jednostkowego rozliczenia finansowego w konkretnej sprawie, ale niezależność systemu polskiego sądownictwa od władzy politycznej. Jeśli ta niezależność jest kwestionowana – a jest (!), to jest powód do poważnego zastanowienia się i odpowiedniej reakcji, a nie do bezdyskusyjnego odrzucenia wyroku niezgodnego z oczekiwaniami polityków. Poza tym takie wybieranie sobie poszczególnych przypadków: ten nam się podoba, to go akceptujemy, a ten się nie podoba, więc nie będziemy na niego zwracać uwagi, do niczego nie prowadzi. Stoimy bowiem wobec problemu zasadniczego, wobec zmiany ustrojowej – kwestionowania fundamentu każdego demokratycznego państwa, jakim jest rozdział władzy sądowniczej od ustawodawczej i wykonawczej. W polskim przypadku mamy zatem do czynienia ze sporem ustrojowym!
Sposób powołania KRS i Izby Dyscyplinarnej oznaczał bowiem złamanie i odrzucenie niezależności polskiego wymiaru sprawiedliwości. I o tym rozmawiamy.

To rzecz jasna będzie powodować nie tylko chaos prawny (już zresztą powoduje), ale może też być niebezpieczne dla naszych fundamentalnych interesów w UE. Mówimy o pozycji Polski we wspólnocie, a także – co dzieje się właśnie na naszych oczach – o dostępie do unijnych pieniędzy niezbędnych jak powietrze do odbudowy kraju po pandemii. Właśnie decydują się losy Funduszu Odbudowy! Rząd przedstawił plany w zakresie zagospodarowania tych pieniędzy, przeznaczył konkretne sumy na konkretne cele, ale jeśli się okaże, że Polska nie będzie uznana przez europejską rodzinę za kraj praworządny, to możemy liczyć się z tym, że środki przeznaczone dla Polski będą zagrożone. Mogą być przyznane, a mimo to niewypłacone, właśnie ze względu na nieprzestrzeganie zasady praworządności.

Chcę to powiedzieć jasno: jest ze strony rządu wola walki z Unią Europejską i upieranie się przy swoim zamiast znajdowania rozwiązań. Możemy się znaleźć na pozycji przegranej. Ostrzegam.

Triumfalna ofensywa cenzury

Zablokowanie Donaldowi Trumpowi kont na tzw. mediach społecznościowych stało się dla ministra Zbigniewa Ziobry inspiracją do forsowania rozwiązań prawnych umożliwiających cenzurowanie tychże mediów przez jakieś nowe ciało powołane przez sejmową większość, która wiadomo jaka jest. Po przejęciu przez prorządowy Orlen prasy regionalnej jest to kolejny krok na drodze do dominacji jednolitej linii propagandowej w środkach masowego przekazu.

Jednakże Ziobro nie jest w swych totalitarnych ciągotkach bynajmniej odosobniony i nawet wypada dość blado na tle innych krajów – zwraca uwagę szewc Fabisiak. To, że w państwie zwanym Mjanma (dawniej Birma) wojsko po dokonaniu zamachu stanu znacznie ograniczyło obywatelom dostęp do internetu jest zjawiskiem zrozumiałym. Taka jest bowiem norma postępowania w przypadkach siłowego przejęcia władzy. Jednak nie tylko Mjanma wprowadziła medialną cenzurę. Dotyczy to także Ukrainy. W tym hołubionym przez Zachód ze względu na swój antyrosyjski kurs państwie jednym pociągnięciem prezydenckiego pióra zamknięto trzy stacje telewizyjne 112 Ukraina, NewsOne oraz ZIK a na ich szefostwa nałożono sankcje finansowe. Te trzy stacje naraziły się władzy ponieważ nie dość że prezentowały one własny a nie prorządowy punkt widzenia to jeszcze w dodatku w języku rosyjskim. Decyzja ta zgodnie z ukraińskim prawem jest nieodwołalna. Wprawdzie dekret prezydenta może być zaskarżony przed Sądem Najwyższym, to jednak takie zażalenie nie przysługuje wobec postanowienia Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony RBNO, która podjęła analogiczną decyzję.

Zamknięcie stacji telewizyjnych wywołało krytyczną reakcję ze strony Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy. Organizacja ta w wydanym oświadczeniu stwierdza, iż „takie zakazy powinny mieć zastosowanie jedynie w niezwykle wyjątkowych okolicznościach”. Ze stanowiskiem tym stara się polemizować sekretarz RBNO Ałeksiej Daniłow. Otóż jego zdaniem stacje telewizyjne stały się narzędziem wojny prowadzonej przez Rosję przeciwko Ukrainie. Radząc międzynarodowej organizacji bliższe zapoznanie się z istotą prawy Daniłow posłużył się dość ciekawym argumentem. Zadał bowiem retoryczne w jego mniemaniu pytanie o to czy podczas II Wojny Światowej byłaby możliwa w USA i Wielkiej Brytanii swoboda działania filii nazistowskich gazet i rozgłośni radiowych. Szewc Fabisiak wraca w tym momencie uwagę na zasadniczą różnicę pomiędzy hitlerowskimi i ukraińskimi środkami masowego przekazu, co obala całą misterną argumentację ukraińskiego wysokiego urzędnika. Różnica ta polega na tym, że owe trzy stacje telewizyjne powiązane są z Blokiem Opozycyjnym – Za Życie, które to ugrupowanie jest nie tylko legalną partią polityczną ale ma też swoją reprezentację w parlamencie i cieszy się dużym poparciem wśród mieszkańców wschodniej części Ukrainy.

Symptomatyczna jest natomiast reakcja oficjalnych czynników zagranicznych. Nie trzeba być szczególnie domyślnym aby dojść do wniosku, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Rosji to czołowi zachodni politycy gromko by grzmieli na temat łamania wolności słowa. Jednakże prozachodnia Ukraina to nie Rosja dlatego wobec niej należy stosować inne kryteria. Akredytowani w Kijowie ambasadorowie grupy G7 stanęli w rozkroku pomiędzy poszanowaniem wolnościowych wartości a popieraniem antyrosyjskiej Ukrainy. Jak stwierdza ich oświadczenie, „istnieje potrzeba walki z dezinformacją w ramach wolności i pluralizmu środków masowego przekazu”. Zdaniem szewca Fabisiaka, doprawdy trzeba mieć tęgi łeb aby wymyślić tak zagmatwaną formułkę.
Z tej jednolitej oceny wyłamała się Wielka Brytania. Jej ambasadorka bowiem w pełni poparła „zdecydowane działania prezydenta Zełenskiego w walce z dezinformacją przynoszącą szkody Ukrainie”. W stanowisku tym szewc Fabisiak dostrzega pewną konsekwencję bowiem działania ograniczające swobodę dziennikarską zostały w ostatnim czasie podjęte również w ojczyźnie pani ambasador. Jak informuje brytyjski portal The Independent, fotoreporter Andy Aitchison został zatrzymany przez policję, ponieważ robił zdjęcia z protestu starających się o azyl uchodźców mieszkających w barakach w miejscowości Folkestone. Wyrażając swój protestu wobec złych warunków życia uchodźcy podczas trwającej zaledwie koło 10 minut demonstracji wyrzucali różne przedmioty przed wejściem do obozu. Wszystko to usiłował sfotografować Aitchison. Jednakże pięciu policjantów aresztowało go w jego własnym domu argumentując to podejrzeniem o karalne uszkodzenie substancji mieszkaniowej. Fotografowi zabrano telefon komórkowy oraz kartę pamięci jego kamery. Był przez ponad 5 godzin przetrzymywany w areszcie a następnie wypuszczony za kaucją z równoczesnym zakazem zbliżania się do obozu uchodźców do czasu zakończenia prowadzonego przeciwko niemu śledztwa.

Podobnie jak w przypadku ukraińskich telewizji także i tu zaprotestowała organizacja dziennikarska. Również i tu i tam żadne pełne wolnościowych frazesów państwo ani też miłująca wolność i demokrację Unia Europejska nie zareagowały krytycznie na owe wynaturzenia. Czyżby medialna cenzura stawała się już nie podlegającą krytyce normą? – zastanawia się szewc Fabisiak.

Państwo parszywieje

Prezydent Duda zaproponował proste rozwiązanie dla opornych Ziobrze prokuratorów – przecież mogą pracować gdzie indziej, prywatnie, zostać notariuszami itp.

Kilka lat temu prezydent Komorowski także proponował młodemu człowiekowi zmianę zawodu lub wzięcie kredytu. Może w pałacu prezydenckim mieszka jakiś zły duch, który podpowiada jego lokatorom takie idiotyczne odpowiedzi. Niestety wypowiedź obecnego prezydenta ma głębszy sens. Podpowiada prezydent, że prokuratorów można usunąć jak sami nie zechcą odejść i nawet w odległych miejscach od swoich rodzin będą uparcie trwać na stanowiskach prokuratorskich. To samo może grozić sędziom. To nic, że ich kształcenie kosztowało państwo miliony. Kilka lat temu zlikwidowano wymogi względem służb administracji państwowej. Ostatnio tak zmieniono prawo, że ambasadorem może zostać obywatel bez wykształcenia i znajomości języków, ale swój.

Dlaczego nie ma być podobnie w wymiarze sprawiedliwości? W miejsce wygonionych sędziów czy prokuratorów da się swoich, zaufanych piotrowiczów. Sporządzi im się na kartce papieru, ale by nie było za dużo napisane, zasady postępowania na danym stanowisku, kartkę zafoliuje się, by się nie rwała i nie brudziła. Wtedy wystarczy na dłużej. Tak właśnie sposób sparszywiał Trybunał Konstytucyjny i inne organy wymiaru sprawiedliwości. Po wojnie praktyki szybkich awansów były usprawiedliwione, bo hitlerowcy wymordowali polską inteligencję, a Rosjanie swoje zrobili w Katyniu. Teraz wykształconych kadr w kraju nie brakuje. Jednak wykształceni ludzie są kulą u nogi tej władzy, bo samodzielnie myślą. Dlatego zafoliowana kartka z instrukcją i posłuszny, niekoniecznie myślący wykonawca jest ulubieńcem tej władzy.

Spytaj milicjanta

Robi się coraz ciekawiej. Prawo i Sprawiedliwość zamierza przerzucić na obywatela obowiązek udowadniania przed sądem, że nie jest wielbłądem. Bo jeśli milicjant stwierdzi, że obywatel jest, to tak musi być w majestacie prawa. I sprawiedliwości.

Idzie o nowelizację kodeksu wykroczeń. Partia rządząca wrzuciła doń zapis, który zmienia zasadniczo układ obywatel-władza milicyjna. Podług najnowszej propozycji, ten, kogo milicjant ukaże mandatem, będzie zmuszony mandat przyjąć. Czy mu się to podoba, czy nie. Jeśli obywatel uzna, że nań nie zasłużył, sam będzie musiał wziąć na siebie ciężar udowodnienia swojej niewinności, bądź niezasadności kary, przed sądem powszechnym. Do tej pory, kiedy odmawialiśmy przyjęcia mandatu, sprawa, na wniosek milicjanta, lądowała w sądzie. Jeśli nowelizacja kodeksu autorstwa PiS w Sejmie przejdzie, a nic nie wskazuje na to, żeby miała być utrącona, to na obywatelu będzie spoczywał obowiązek zawiadomienia sądu względem swojej niezgody z decyzją milicjanta. To obywatel będzie musiał złożyć wniosek, pierwej go napisać, zdeponować w odpowiednim wydziale i dopilnować ustawowego terminu przedawnienia. Innymi słowy, będzie tak, że milicjant będzie miał zawsze rację co do zasadności mandatu nałożenia i jego wysokości wyrażonej w gotówce, a obywatel nie będzie mógł na starcie się zeń nie zgodzić. Dopiero jeśli sam zechce i dopilnuje, może sobie ewentualną sprawiedliwość wydrapać.
Po co PiS to czyni? Wersja oficjalna, dla prasy kobiecej i partyjnej jest taka, że sądy są zawalone sprawami banalnymi i trywialnymi, jak, dajmy na to, brak zgody na przyjęcie mandatu od milicjanta, i to m.in. dlatego młyny sprawiedliwości w tym kraju tak wolno mielą. Przez to ci wszyscy, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, czekają do świętej Nigdy, żeby poznać choćby termin pierwszej rozprawy. Sam coś o tym wiem. Na apelację banku z którym się sądzę, czekam z terminem prawie rok. Aby temu przeciwdziałać, należy sędziów i sądy odciążyć od niepotrzebnej roboty. Na początek należy zająć się prawną fikcją, jaką są wnioski milicji w sprawie braku zgody na mandat. PiS mówi, że 80 procent takich spraw sąd rozstrzyga po myśli milicjanta. Zasadnym takoż będzie, jeśli do sądu z mandatem pójdą ci, którzy naprawdę wierzą w swoją wersję, a nie tylko chcą zagrać na nosie milicji i temidzie. Jak można wyczytać w pisowskim uzasadnieniu do zmian w kodeksie, jest zwykle tak, że obywatel decyduje się nie przyjąć mandatu pod wpływem silnego wzburzenia; nie kieruje się trzeźwym myśleniem, tylko emocjami, które przesłaniają mu prawdę faktyczną. Sensownym więc będzie, kiedy mandat przyjąć będzie musiał. Poczeka parę dni, ochłonie, przemyśli swoje postępowanie. I na drugi raz dwa razy się zastanowi, nim propozycję milicjanta odrzuci. Jak w „Rejsie” Marka Piwowskiego: proponujemy przenieść obywatela krnąbrnego do sekcji spolegliwców; nauczy się tam szacunku do munduru, rezonu wobec prawa i przede wszystkim-przestanie judzić i pogodzi się ze swoim losem. I to ma sens. Sądownictwo na raz się odblokuje, bo sędziowie nie będą musieli pochylać się nad wnioskami krzykaczy i awanturników, które na wstępie obarczone są prawną wadą. Skrócą się kolejki. Obywatele się uradują, bo ich sprawy w końcu trafią na wokandę. Minister się ucieszy, bo reforma wymiaru sprawiedliwości nabierze tempa. Same plusy.

Wersja nieoprawna, która pobrzmiewa w komentarzach wrażych mediów i lewackich publicystów, takich jak ja, ma co najmniej dwa dna. Pierwsze, najbardziej oczywiste, tyczy się kasy. Po to Ziobro robi takie chochmy, żeby golić obywateli jeszcze bardziej przy skórze, choć, być może, ktoś był pomyślał, że już bardziej się nie da. Nic bardziej mylnego. Mało Ziobrze, że w dzisiejszym, polskim sądzie, człowiek musi bulić już praktycznie za wszystko: uzasadnienia wyroków, terminy, ekspertyzy, wypisy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby wiedzieć, że ¾ osób, które dziś decydują się na nieprzyjęcie mandatu od milicjanta, nie pójdzie do sądu walczyć o pareset złotych, tylko machnie ręką, bo szkoda im będzie ich cennego czasu. Pójdą ci, którzy ten czas mają, albo legaliści, którzy wierzą jeszcze w sens trójpodziału władzy w tym kraju. Takich, niestety, coraz mniej, choć trudno się ludziom dziwić, bo mają oczy i widzą, co się odjaniepawla. A jak ludzie nie będą się o swoje bić, to pieniądze zostaną przy ziobrowym cycu. Szukają oszczędności, gamonie, gdzie się da. A że kieszeń obywatelska głęboka, a łapy władzy lepkie, pchają graby po same pomidory. Drugie dno ma walor, nazwijmy go, quasimoralny. Patrz milicjancie, mówi władza, możesz wlepiać mandat obywatelowi, a ten chuja ci może zrobić. Możesz wpisać w bloczek mandatowy co sobie wymyślisz, a ten przygłupi chłopek-roztropek musi to przyjąć. Jak nam ukradną furę, to muszą nam oddać samolot, mawiał w „Misiu” Stasiek Paluch. Muszą oddać. A ty, człowieku prosty? Musisz przyjąć. Po prostu. I nie ma zmiłuj. Za niepaństwowy wyraz twarzy: dwieście. Za lżenie prezydenta: pińcet. Za brzydki napis na koszulce: tysiąc. I musisz przyjąć. A jak ci nie pasuje, to idź do kahału, sądź się, jak cię stać i masz czas.

I tak trwają ze sobą, w tryumwiracie: Prawo. I sprawiedliwość. I Milicja. A największa z nich jest Partia. Bo i prawo i sprawiedliwość i milicję trzyma w garści. Albo ma je wiadomo gdzie.