Medal dla donosicielki

,,Pasją” Zuzanny Wiewiórki jest wyszukiwanie młodych dziewczyn, rozpaczliwie szukających na forach pomocy w sprawie przerwania ciąży, nękanie ich oraz rujnowanie im życia poprzez donosicielstwo. Za takie „zasługi” ministerstwo Ziobry rozdaje teraz medale.

O Zuzannie zrobiło się głośno, kiedy pewna 17 – letnia dziewczyna postanowiła zwierzyć się ze swojej przerażającej historii na jednym z forów internetowych. Poszukiwała ona na facebookowych grupach pomocy w sprawie dokonania bezpiecznej aborcji farmakologicznej i tym sposobem wpadła w sidła. Wiewiórka najpierw zaczęła pisać do niej i nękać ją wiadomościami zachęcającymi do donoszenia ciąży. Kiedy to nie przyniosło rezultatu, Zuzanna zdecydowała się poinformować o sprawie chłopaka i rodziców dziewczyny. Ci objęli ją stałą kontrolą i nakazali urodzić dziecko pod groźbą wyrzucenia z domu. Zdesperowana dziewczyna podjęła kilka prób samodzielnej aborcji, co wywołało groźne komplikacje i bardzo pogorszyło jej stan zdrowia. Może nie przeżyć porodu.

Bezduszność

Ale Zuzanny Wiewiórki to nie obchodzi – ona ogłosiła wielki sukces. Typową dla swojego środowiska nowomową napisała: ,,udało im się zapobiec zabiciu tego nienarodzonego dziecka, za co dziękuję Bogu” i pomstowała na rzekomo szkalujący i chcący ją uciszyć ,,przemysł aborcyjny”. Nagłośnienie sprawy zachęciło wiele kobiet do podzielenia się swoimi historiami i szybko okazało się, że akcja Zuzanny to jedynie wierzchołek góry lodowej. Tak swoimi ,,szpiegowskimi” działaniami chwali się jedna z takich organizacji – ,,Prawo do Życia”: ,,Prócz zgłoszeń do Prokuratury osób z aborcyjnego killing-teamu działamy na wiele różnych frontów, by ocalić nienarodzone dzieci przed morderstwem” Aktywnym jej członkiem jest także brat Zuzanny, Maciej. ,,Walka z cywilizacją śmierci” nie przeszkadza mu jednak udostępniać z nieskrywaną radością postów o hipopotamie, który zabił nielegalnych imigrantów. Dlatego mężczyzna postuluje ,,lepszy od UE sojusz z hipopotamami, skoro to takie mądre zwierzęta”, poza tym narzeka na penalizację gwałtów, gdyż jak sam pisze, ,,dla wielu mężczyzn to ,,jedyny często sposób na stosunek płciowy”.

Akcja Zuzanny, w wyniku której w imię chorej ideologii zniszczyła życie młodej dziewczynie, szybko spotkała się w przestrzeni publicznej z zasłużonym potępieniem. W szczególności wiele młodych kobiet, którym łatwo postawić się w sytuacji poszkodowanej, wyraziło w internecie oburzenie oraz gniew na przerażające praktyki inwigilacji i zastraszania stosowane przez działaczy fundacji anti – choice. Zuzanna w odpowiedzi od razu zaczęła kreować się na ,,niewinną ofiarę hejtu i nagonki”, w czym szybko przyszły jej w sukurs prawicowe media. Karmiące się narracją oblężonej twierdzy portale jak choćby wPolityce, PCh24, serwis internetowy reżimowej pisowskiej telewizji, a nawet Wprost czy Polskie Radio 24 popełniły peany na cześć ,,niezłomnej obrończyni życia” rzekomo prześladowanej przez lewactwo oraz przedstawicieli ,,cywilizacji śmierci” i ,,przemysłu aborcyjnego” (cokolwiek by te pojęcia miały znaczyć). Pomoc prawną ,,w walce ze zorganizowanym hejtem” zaoferowali Wiewiórce katoliccy fundamentaliści z fundacji Ordo Iuris.

Propaganda

Również partia rządząca, ostatnimi czasy silnie krytykowana przez środowiska Kai Godek i ojca Rydzyka za niewystarczające działania ,,w obronie życia poczętego”, zdecydowała się wykorzystać całą sprawę do podlizania się elektoratowi skrajnie prawicowemu, niebezpiecznie dla PiS-u flirtującemu z Konfederacją. Zuzanna odebrała więc, podczas organizowanej na jej cześć konferencji, brązowy medal pamiątkowy zasłużonej dla wymiaru sprawiedliwości przyznany jej przez ministra Zbigniewa Ziobrę. Wnioskodawca, podsekretarz stanu Marcin Romanowski, wręczając jej odznaczenie powiedział: ,,W Ministerstwie Sprawiedliwości zawsze stoimy za życiem. Każdy, kto angażuje się na rzecz ochrony życia zawsze znajdzie pomoc, wsparcie i uznanie”. Wyróżniona zaś dodała: ,,Mam nadzieję, że to wyróżnienie jest zapowiedzią końca dotychczasowej bezkarności środowisk aborcyjnych oraz zapowiedzią zmiany prawa, które deprawuje myślenie społeczeństwa pozwalając w niektórych sytuacjach na zabijanie nienarodzonych dzieci”.

Trudno mi opisać słowami tragedię siedemnastolatki, która padła ofiarą nękania i donosicielstwa Wiewiórki. To historia po prostu mrożąca krew w żyłach. Najbardziej jednak przeraża to, że w normalnym kraju – w większości krajów europejskich, które podobno należą do tej samej co Polska cywilizacji – mogłaby bezpiecznie usunąć ciążę, gdyby tak zdecydowała. Mogłaby decydować o własnym ciele, zamiast poddawać się perfidii fundamentalistów religijnych, twórców nieludzkiego prawa. Nikt zaś nie wpadłby na pomysł, by osobę, która w imię takich przekonań naraża drugiego człowieka na załamanie psychiczne, utratę zdrowia i życia, nagradzać odznaczeniami państwowymi.

Pogarda

Niesłusznym uproszczeniem byłoby jednak przypisać całą winę Zuzannie. Jej przykład jaskrawo pokazuje jedynie, jak patologiczny jest wpływ Kościoła Katolickiego na polską przestrzeń publiczną. To przepełnione nienawiścią i pogardą wypowiedzi jego hierarchów oraz zorganizowany aparat indoktrynacji religijnej ponoszą znaczą część odpowiedzialności za to, że zaślepiona ich ideologią młoda dziewczyna mogła zniszczyć życie innej młodej osobie. Równie, jeśli nie bardziej zatrważające jest to, że państwo, które i tak ma najbardziej restrykcyjne przepisy aborcyjne w całej UE, promuje i nagradza osoby dążące do sprowadzenia nas w tej kwestii jeszcze niżej. Rząd PiS w ten sposób, po niedawnym okazaniu swojej głębokiej pogardy dla pracowników, lokatorów, nauczycieli i niepełnosprawnych, po raz kolejny teraz brutalnie pokazał ją wszystkim kobietom. Wsparcie i wyróżnienie, jakie otrzymała od państwa Zuzanna Wiewiórka za swoje potworne działania, na pewno bowiem zachęci kolejnych jej podobnych fundamentalistów do dalszego prześladowania i nękania młodych kobiet, rozpaczliwie szukających pomocy w internecie.

Płyta, czyli niewiarygodna przemiana Szawła w Pawła

Zaprzyjaźniony psycholog opowiedział mi ostatnio historię.

W pewnym mazurskim gospodarstwie, które miał okazję zwiedzać podczas wielu rodzinnych wakacji, wśród ogólnie panującego nieładu i zaniedbania domu i gumna zdumiewała starannie wmontowana przed drzwiami do pustej, sypiącej się ze starości stodoły potężna i na oko niezniszczalna stalowa płyta. Drzwi prawie nie było, ledwo co zamykały się na skobel. Drzwi do domu też naruszył ząb czasu. A płyta wyglądała na wieczną, niezniszczalną i trwalszą niż cokolwiek wokół.

Wreszcie mój znajomy nie wytrzymał i postanowił się dowiedzieć, skąd to imponujące stalowe zabezpieczenie. W odpowiedzi usłyszał historię, którą zapamiętał i przekazuje dalej. Podczas wojny toczyły się tam walki pancernych armii, które pozostawiły na polach i łąkach wraki czołgów. Po ustaniu walk zwycięskie wojsko rozbroiło wraki, wymontowało z nich wszystko, co jeszcze mogło służyć wojennym potrzebom i poszło dalej – a tony stali zostały. Wszak taki czołg to potężna i trudna do rozłożenia maszyna.

A jednak! Minęło lat niewiele i stalowe skorupy zniknęły. Jeden sąsiad wziął lufę, inny wieżyczkę. Jak oni to robili bez stosownych narzędzi? – nie wiadomo. Ojciec obecnego właściciela posesji zabrał płytę podłogową. To znaczy – to, co w czołgu jest podłogą. Nawet nie wiem, jak to się nazywa. I tę płytę umieścił przed stodołą, żeby było można wygodnie i suchą nogą do niej wchodzić. Płyta została. Wojna dawno zakończona, stodoły prawie nie ma. A płyta jest i służy kolejnemu pokoleniu.

Znajomy psycholog (poniekąd jeden z najlepszych, jakich znam) opowiedział mi tę historię, bym zrozumiała fundamentalną prawdę. Nigdy nie jest tak, że los, świat, historia, ludzie zostawiają nam to, czego się spodziewamy, oczekujemy, co według nas mogłoby nam się przydać. Można się na to zżymać, zrzędzić, wpadać w gniew, doszukiwać drugiego i trzeciego dnia, nie przyjmować do wiadomości i odwracać od nieoczekiwanych darów. Albo można robić swoje, posługując się tymi zasobami, które akurat mamy do dyspozycji.

Przez całe życie trzymałam się twardo zasady timeo Danaos et dona ferentes („bój się Greków, nawet kiedy przynoszą ci dary”). A już kiedy Grekiem dary przynoszącym jest obecny minister sprawiedliwości, każdy dar należy traktować co najmniej ostrożnie. Zwłaszcza kiedy jest nim coś, o co przez całe lata się walczyło – także z tym ministrem i jego ludźmi! Od ćwierć wieku bowiem w Polsce toczyła się batalia o rzeczywistą, a nie papierową ochronę ofiar przemocy w rodzinie. Warunkiem takiej ochrony jest gwarantowana przez prawo możliwość natychmiastowej izolacji sprawcy przemocy od jej ofiar, poprzez nakaz opuszczenia wspólnego mieszkania oraz nałożony na sprawcę zakaz zbliżania się. Wiedzą o tym wszyscy, którzy kiedykolwiek pracowali z ofiarami przemocy w rodzinie i na ich rzecz. Ci, dzięki wysiłkom których los ofiar przemocy w rodzinie powoli stawał się nieco lepszy. Najlepiej wiedzą o tym oczywiście sami, a głównie – same zainteresowane, które przemocy w rodzinie doznają codziennie. One wiedzą, że skuteczna pomoc nie tylko powstrzyma domowego oprawcę, ale także umożliwi im zachowanie tego, co dla przetrwania jest podstawą – czyli dachu nad głową, a w konsekwencji przestrzeni wolnej od przemocy.

Dzięki ministrze Izabeli Jarudze-Nowackiej, pełnomocniczce rządu ds. równego statusu kobiet i mężczyzn, w polskim prawie (od 2005 roku) obowiązuje Ustawa o przeciwdziałaniu przemocy w rodzinie. Nad zgłoszonym przez pełnomocniczkę projektem najpierw deliberowały dwa kolejne lewicowe rządy. Dlaczego tak długo? Ano dlatego, że także dla lewicowych polityków możliwość „brutalnego” prawa, pozwalającego na natychmiastowe usunięcie bijącego z „jego domu”, była czymś przekraczającym granice wyobraźni. To ówczesny minister sprawiedliwości z troską pytał na radzie ministrów pełnomocniczkę: a gdzież oni pójdą, chcesz zapełnić dworce bezdomnymi mężczyznami?

Odpowiedź Izabeli Jarugi-Nowackiej weszła do annałów polskiej polityki: „taki usunięty z domu kat może pójść np. do hotelu albo do kumpla, albo do noclegowni, albo do mamusi, albo, jeśli wszystko się nie sprawdzi – na dworzec. Jeśli mam do wyboru, czy na ulicy znajdzie się (a znajdzie, bo w końcu ze strachu przed stałą i bezkarną przemocą ucieknie) bezbronna i pobita kobieta z dziećmi czy katujący ją mąż (partner), to wybieram to drugie.”

Nawiasem mówiąc, ani ten, ani poprzedni, ani każdy kolejny minister nie wyrażali szczególnego zainteresowania losami kobiet uciekających z domów w strachu przed kolejnym biciem, dręczeniem, torturami. W końcu, kiedy rząd M. Belki skierował projekt ustawy do Sejmu, nakazu opuszczenia i zakazu zbliżania się do ofiar już w nim nie było. A Sejm, przede wszystkim sejmowa prawica, tak dokładnie i długo pastwił się nad rządowym przedłożeniem, że ustawa stała się kadłubkiem bez siły i mocy chronienia kogokolwiek.

Zastanawiałyśmy się z Izą, czy nie wycofać projektu w tej pokracznej i de facto kalekiej formie. Iza jednak zdecydowała: „Nawet jeśli z naszych planów i zamierzeń zostanie tylko tytuł, zostawiamy. Bo będzie on wołał, że jest w Polsce przemoc w rodzinie, są sprawcy i są jej ofiary. I trzeba z tym coś zrobić.” To była słuszna decyzja. Choć cięgi, jakie zbierały, broniąc ustawy, lewicowe polityczki, były okrutne i padały z każdej strony – prawica wrzeszczała, że ustawą „świętość i nienaruszalność polskiej rodziny kalają”, a lewica, szczególnie te i ci, którzy ofiarnie i wbrew wszystkiemu rzeczywiście organizowali pomoc dla ofiar, krzyczeli o swoim zawodzie: ta ustawa jest słaba, nie daje nam skutecznych narzędzi do wykonywania naszej pracy. Mimo wszystko ustawa zaistniała, i jest.

W 2010 roku nowelizacja ustawy nieco wzmocniła ochronę krzywdzonych w domu dzieci. Ale do dzisiaj mam w pamięci głosy pisowskich posłanek i posłów, że to jest lewackie rozbijanie tradycyjnej, katolickiej, bogobojnej rodziny, a ochrona dzieci to miało być ich zdaniem „zabieranie dzieci za biedę rodziców”. Nakazu natychmiastowej izolacji i zakazu zbliżania nadal nie udawało się wprowadzić, możliwa była jedynie długotrwała, skomplikowana i mało skuteczna procedura sądowa. W ustawie zresztą ani razu nie pada słowo „kobieta”, choć wszyscy wiedzą, ze przemoc w rodzinie ma płeć. Ma też twarz, i jest to twarz bitej kobiety.

I tak to trwało. Aż do teraz. Projekt rządowej nowelizacji Kodeksu postępowania cywilnego i niektórych innych ustaw (sejmowy druk nr 279) zgłosił rząd PiS, a prowadzi go minister Ziobro. Do niedawna jeden z najtwardszych przeciwników realnej ochrony ofiar przemocy w rodzinie.

Nie wiem, czemu Ziobro zdecydował się na taki pomysł. Śmieszne nieco wydaje mi się, że projekt oparty jest na rozwiązaniach ustawy austriackiej, na której wzorowałyśmy zapisy odrzucone w 2005 roku. Niewiarygodna wydaje mi się ta przemiana Szawła w Pawła! Z prześladowcy tych, co chcieli chronić ofiary, w płomiennego obrońcę krzywdzonych. Ale zgłoszony przed wyborami prezydenckimi projekt, choćby był tzw. „kiełbasą wyborczą”, jest niezły. Mówi to nawet Urszula Nowakowska. Dla przypomnienia: to jej organizację, fundację Centrum Praw Kobiet, ten sam minister Ziobro pozbawił rządowych dotacji. A Urszula całe życie poświęciła udoskonaleniu prawa i realnej pomocy ofiarom przemocy. Dziś zwraca uwagę na brak ochrony ofiar poza miejscem zamieszkania i jego najbliższej okolicy.

Projekt więc jest. A czy sprawdzi się jako „kiełbasa wyborcza”? Pamięć bywa przekleństwem – poprzedni prezydent i kandydat na prezydenta Bronisław Komorowski podczas kampanii wyborczej podpisał ratyfikację Konwencji RE o zapobieganiu i zwalczaniu przemocy wobec kobiet i przemocy domowej. Zrobił to w siedzibie Centrum Praw Kobiet i… prezydentem nie został. Konwencja natomiast została. Jak ta płyta przed stodołą. Jak arka budowana z tego, co było pod ręką. Więc, nadal nie ufając Danajom, cieszmy się z tego, co przynieśli tym razem. I róbmy swoje. Może to coś da? Kto wie?

Zapowiedź kryzysu władzy

Wydarzenia ostatnich kilku tygodni ponownie pokazują, jak niepewna jest polityczna przyszłość i jak bardzo należy się liczyć z nieoczekiwanymi wydarzeniami.

Po październikowych wyborach (poprzedzonych wygranymi przez PiS majowymi wyborami do Parlamentu Europejskiego) wielu komentatorów wyrażało pogląd, że zmierzający do autorytaryzmu obóz władzy umocnił swą pozycję i ma przed sobą wiele lat panowania. W środowiskach opozycyjnych pesymistycznie zapatrywano się na wynik wyborów prezydenckich, a sprzyjająca opozycji prasa najchętniej rozpisywała się na temat – skądinąd dość oczywistych – błędów Grzegorza Schetyny i innych przywódców opozycji demokratycznej. Natomiast w obozie rządzącym widać było triumfalizm, wzmacniany poczuciem, że kolejne zwycięstwo jest w zasięgu ręki. To już przeszłość.

Banaś pogrąży Dudę?

Niedawno (w „Gazecie Wyborczej” z 19 grudnia) ukazał się wywiad jednego z najlepszych specjalistów badających zachowania polityczne społeczeństwa polskiego, prof. Jacka Raciborskiego, który przewiduje przegraną prezydenta Dudy w przyszłorocznych wyborach. To ciekawy sygnał. Po stronie opozycji zanika (moim zdaniem, zbyt powolnie) nastrój pesymizmu i rodzi się wola walki. Walki o zwycięstwo, o lepszą dla Polski politykę.

Dzieje się tak nie w wyniku jakiegoś spektakularnego wzmocnienia opozycji, lecz w konsekwencji wydarzeń wstrząsających obozem władzy. To, co dzieje się w ostatnich miesiącach kończącego się roku, z pozoru wydaje się serią zdumiewających błędów, ale w istocie jest zapowiedzią zbliżającego się (lub już kiełkującego) kryzysu politycznego.

.Najpierw wybuchła sprawa Mariana Banasia. Z pozoru jest ona całkowicie niewytłumaczalna. Jak bowiem mogła się zdarzyć tak wielka kompromitacja służb odpowiedzialnych za bezpieczeństwo państwa, w wyniku którego na jedno z najważniejszych stanowisk w państwie wybrany został człowiek obciążony bardzo poważnymi zarzutami prawnymi? Jeśli byłby to skutek zaniedbania, powinny już dawno nastąpić dymisje – i to na najwyższym, ministerialnym szczeblu. Brak tych dymisji sugeruje, że służby wywiązały się ze swych obowiązków, ale że w ośrodku kierowniczym zapadła decyzja, by mimo wszystko Banasia awansować. Czy nie dlatego, że wygodnie jest mieć na każdego „haki” pozwalające go trzymać w ryzach?

Kto stoi za Banasiem?

W tym rozumowaniu jest jednak jeden punkt niejasny. Czy ujawnienie skandalicznych działań Banasia było możliwe tylko dzięki talentowi dziennikarza? Czy nie podsunięto mu (nawet bez jego wiedzy) informacji, które mieli w ręku polityczni rywale obecnego szefa, a jeszcze bardziej premiera? Wiele na to wskazuje, zwłaszcza, że – jak w dobrej powieści kryminalnej – jest ktoś, kto ma zarówno motyw, jak i możliwości takiego działania. Jest to ambitny i poróżniony z premierem minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro.

Jeszcze nie opadł kurz po aferze Banasia, gdy „grupa posłów”, za którą w sposób oczywisty stoi Ministerstwo Sprawiedliwości, zgłosiła projekt ustawy drastycznie ograniczającej samodzielność sędziów i narażającej Polskę na nowy konflikt z Unią Europejską. Projekt ten w ekspresowym tempie przeszedł przez Sejm, ale jego dalsze losy nie są pewne. Pewne natomiast jest, że stawia on prezydenta Dudę w bardzo trudnej sytuacji. Jeśli ustawa ta zostanie uchwalona (co nie jest tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać po głosowaniu sejmowym), prezydent stanie przed bardzo trudną decyzją. Podpisanie tej ustawy do szczętu zniszczy szanse na uzyskanie przez Dudę poparcia wśród umiarkowanych wyborców prawicy – jej zawetowanie skutkować będzie odwetem radykałów.

Mamy więc do czynienia z kolejnymi wielkim błędem politycznym. Czy jednak jest to błąd, czy raczej na zimno zaplanowany ruch o dalekosiężnych konsekwencjach?

Prawica to nie monolit

Racjonalne wytłumaczenie obu tych spraw sugeruje, że w obozie rządzącym uformowała się frakcja, która już dziś stawia nie na sukces w najbliższej przyszłości, lecz na przegrupowanie polityczne wynikające z przegrania wyborów prezydenckich i z kryzysu obecnego kierownictwa obozu rządzącego. To w jej interesie byłoby tworzenie sytuacji doraźnie osłabiającej obóz rządzący, ale zarazem powodującej jego wyraźniejszą radykalizację. Polaryzacja bowiem – i tylko ona – może dać radykałom przywództwo w czasach, które przyjdą po przegranych wyborach i po odejściu od władzy Jarosława Kaczyńskiego. Frakcja ta podniosła głowę w sytuacji, w której Jarosław Kaczyński ze względu na stan zdrowia nie mógł tak skutecznie, jak dawniej, kontrolować sytuacji w jego obozie.
Kryzysy formacji rządzących najczęściej zaczynają się od fermentu wewnętrznego. Prawo i Sprawiedliwość przez wiele lat było bardzo zwartą formacja, której trzonem był „zakon” najwierniejszych. To już przeszłość. Rządzenie rodzi konflikty interesów i potęguje osobiste ambicje. Kiedyś obserwowaliśmy to w SLD, potem w PO. Dlaczego los miałby pod tym względem być dla PiS łagodniejszy?
Rok 2019 kończy się dla rządzących marnie. To jeszcze nie kryzys, ale już zwiastun nadchodzących problemów. A więc: szczęśliwego nowego roku!

Głos lewicy

Ziobro do dymisji!

#Lewica domaga się, by prezydent Andrzej Duda zwołał Radę Gabinetową. Afera w Ministerstwie Sprawiedliwości czeka na wyjaśnienie!
– Polki i Polacy chcą dymisji ministra Ziobry. Nie ma się co dziwić. Jeżeli minister Ziobro wiedział o tym, że w jego ministerstwie działała zorganizowana grupa nękająca sędziów, to powinien raz na zawsze zniknąć z polskiej polityki. Jeżeli nie wiedział, to dyskwalifikuje go to jako szefa resortu. Oznacza to bowiem, że nie panował nad własnym ministerstwem – mówiła podczas konferencji prasowej Dorota Olko, kandydatka Lewicy w okręgu siedlecko-ostrołęckim.
– Mateusz Morawiecki abdykował w sprawie afery hejterskiej, informując, że sprawę kończy dymisja Piebiaka. Tę sprawę trzeba wyjaśnić do samego dna. Wyjaśnić ją na poważnie – bo nie może być sędzią we własnej sprawie minister Ziobro, który jednocześnie jest zwierzchnikiem prokuratury i był szefem ministra Piebiaka – tłumaczył Krzysztof Gawkowski, startujący do Sejmu w okręgu bydgoskim.
– Zgodnie z art. 141 Konstytucji RP wzywamy prezydenta Andrzeja Dudę do tego, żeby zwołał Radę Gabinetową – mówił Gawkowski. – Oczekujemy, że pojawią się podczas niej wyjaśnienia ze strony ministra Ziobry, ale też jasne deklaracje premiera Morawieckiego. Do dziś nie doczekaliśmy się poważnych działań prokuratury, nie zostały zabezpieczone komputery prywatne i publiczne, z których korzystał wiceminister Piebiak i sędziowie oddelegowani do Ministerstwa. Nie mamy żadnej wiedzy na temat tego, by pan Ziobro został objęty postępowaniem nadzorczym. A przecież wiele przesłanek wskazuje na to, że wiedział, że jego resort przekształcił się w zorganizowaną grupę hejterską. Czy działała ona na zlecenie jednego z najważniejszych polityków Zjednoczonej Prawicy?
– W Polsce, o jaką walczy lewica, nie będzie miejsca na zorganizowany hejt. Będziemy z hejtem walczyć, a nie go generować – dodaje Olko.
Źródło: lewica2019.pl

Upały jak w Afryce

– W całym kraju mamy suszę. Wiemy, dlaczego są tak dotkliwe: to przez kryzys klimatyczny, którego efektem są ekstremalne zjawiska pogodowe – czy to nawałnice, czy właśnie susze – mówiła na konferencji prasowej Anna-Maria Żukowska, „dwójka” Lewicy na liście warszawskiej. – Kryzys klimatyczny jest faktem. Naukowcy nie mają wątpliwości, co jest jego podstawową przyczyną – emisje gazów cieplarnianych spowodowane ludzką aktywnością.
Źródło: lewica2019.pl

Boję się o nasz kraj

Z prokuratorem KRZYSZTOFEM PARCHIMOWICZEM, prezesem Stowarzyszenia „Lex Super Omnia” rozmawia Krzysztof Lubczyński.

KRZYSZTOF LUBCZYŃSKI: Czy głośną niedawno sprawę prokuratora Mariusza Krasonia, który w trybie natychmiastowym, mimo trudnych warunków rodzinnych, został skierowany z Krakowa do odległej dla siebie prokuratury we Wrocławiu, można uznać za oznakę jakiegoś przyspieszenia ze strony władzy, za posunięcie przełomowe?
KRZYSZTOF PARCHIMOWICZ: Tak, zdecydowanie tak. Co prawda delegacji bez zgody było już wiele, szacujemy że około dwustu pięćdziesięciu. Prokuratura Krajowa zresztą konsekwentnie odmawia informacji na ten temat. Mimo że staramy się uzyskać informacje na drodze dostępu do informacji publicznej, stosowane są różne wybiegi, żeby ich nie udzielić. Jesteśmy więc zmuszani do kierowania spraw do sądu administracyjnego. Zwracamy się też do prokuratur okręgowych i regionalnych, ale i tam uzyskanie informacji jest bardzo trudne. Odnosząc się wprost do sprawy Mariusza Krasonia, to był ze strony prokuratora Święczkowskiego wielki błąd, bo miara goryczy się przelała. Przypomnę, że wcześniej, już w styczniu tego roku, nadzwyczajne walne zgromadzenia Stowarzyszenia Lex Super Omnia wezwało Prokuratora Generalnego Ziobrę i Prokuratora Krajowego Bogdana Święczkowskiego do ustąpienia z pełnionych funkcji. Prokurator Krasoń postrzegany jest zarówno w swoim najbliższym środowisku, jak i w skali ogólnokrajowej, jako bardzo dobry prokurator, przyzwoity człowiek i świetny kolega. Dlatego jego nagłe delegowanie mimo konieczności opieki nad chorymi rodzicami odebrane zostało jako bezduszne, nieludzkie. Takich delegacji było zresztą wcześniej już kilka, ale tym razem trafiło na wyjątkowego człowieka, więc powstał szczególny ferment. Krasoń został uznany za prowokatora, stał się kozłem ofiarnym z powodu uchwały, którą w połowie maja b.r podjęło środowisko prokuratorskie z krakowskiego regionu. Piętnowało w niej naruszanie niezależności prokuratorów. Nagłośniliśmy to w końcu maja na zgromadzeniu naszego stowarzyszenia we Wrocławiu. Był tam Mariusz Krasoń. Udzielał wywiadów, wyjaśniał jak i dlaczego podjęto uchwałę. Jeszcze wcześniej, dzień po podjęciu uchwały przez zgromadzenie krakowskich prokuratorów wezwano do złożenia wyjaśnień kierownictwo prokuratury w Krakowie. Następnie wszczęto postępowanie wyjaśniające w trybie dyscyplinarnym. Zaraz potem Mariusza Krasonia przesunięto z wydziału do wydziału, po czym nagle delegowano z dnia na dzień do Wrocławia. Wyjaśnienia Prokuratury Krajowej, że wynikało to z braków kadrowych są nieszczere, bo w Krakowie braki są większe niż we Wrocławiu. Wystosowaliśmy w tej sprawie 6 lipca ostry list otwarty do prokuratora Święczkowskiego, bardzo przykry dla niego w treści. Mariusza Krasonia wybrano na obiekt ataku, aby pokazać siłę Prokuratury Krajowej, że się nie boi i że każdy komu się roi niezależność prokuratury, będzie ukarany. Los Mariusza ma być ostrzeżeniem dla innych, którzy odważyliby się pójść w jego ślady.

A ile spraw dyscyplinarnych jest prowadzonych przeciwko Panu?
Cztery, co oznacza że jestem rekordzistą w skali kraju w kategorii wszystkich zawodów prawniczych. Mówię o sprawach tylko z przedstawionymi zarzutami, tych w fazie wstępnej nie liczę. Dwie z nich są w sądzie dyscyplinarnym, jedna dotyczy jednego zarzutu, druga trzech zarzutów. Trzecią, która nie trafiła jeszcze do Sądu Dyscyplinarnego, mam w Białymstoku i jeszcze jedną, gdzieś w Polsce, która niechybnie do sądu dyscyplinarnego trafi. Pierwsza do sądu dyscyplinarnego trafiła sprawa przeciwko całemu zarządowi Lex Super Omnia i odnosi się do okresu, gdy liczyło on zaledwie trzech członków. Chodziło o stanowisko, w którym piętnowaliśmy postępowanie prokuratury w sprawie związanej ze śmiercią ś.p. Jerzego Ziobro. Chcę przypomnieć, że podjęta została próba odsunięcia sędziego Agnieszki Pilarczyk od prowadzenia tej sprawy. Matka Zbigniewa Ziobry zawiadomiła o podejrzeniu popełnienia przestępstwa przez sędzię tuż przed wyrokiem. Sprawa trafiła do Katowic i tam wszczęto śledztwo. Prokurator Regionalny w Katowicach Tomasz Janeczek wydał w tej sprawie komunikat na stronie internetowej, podał wbrew prawu nazwisko sędzi a po kilku dniach, prokurator Baca z Krakowa, który oskarżał kardiochirurgów w sprawie dotyczącej śmierci Jerzego Ziobro, złożył wniosek o odsunięcia sędzi Pilarczyk od prowadzenia sprawy. Warto zauważyć, że wszystkie postępowania dyscyplinarne, które dotyczą członków naszego Stowarzyszenia zmierzają do tego, aby zabić w nas wolę swobodnej wypowiedzi, aby zamrozić wolność słowa. Nie od razu jednak zaczęliśmy ostrą walkę. Najpierw pisaliśmy poprawne pisma, cierpliwie czekaliśmy na odpowiedzi, ale to było jak rzucanie grochem o ścianę. Uznaliśmy więc, że musimy użyć języka równie ostrego jak nasi przełożeni, bo inaczej nic nie zrozumieją. Ale i tak ich nie prześcigniemy, bo nie użyjemy, jak pan Ziobro, słowa „bestia” w stosunku do człowieka, który jeszcze nie został skazany.

Postawiono też Panu zarzuty z art. 231 k.k o sprzyjanie mafii. To już wystrzał z „grubej rury”…
Faktycznie w Białymstoku toczy się takie postępowanie. Jestem tzw. podejrzanym świadkiem. Stawiają mi absurdalne i bezprawne zarzuty. Przypisują mi, że działałem w celu osiągnięcia korzyści majątkowych, określono mnie jako „przyjaciela mafii”. Postępowanie trwa już dwa lata, bez rezultatu, bo chodzi o stałe „grillowanie” mnie. Konsekwentnie odmawiam składania zeznań. Bogdan Święczkowski naruszył publicznie na konferencji prasowej moje dobre imię i rozważam wystąpienie przeciw niemu do sądu. Wezwano mnie też na przesłuchanie przed komisją posła Horały, zajmującą się sprawą luki vatowskiej w latach 2008-2015. Przesłuchanie trwało 6 godzin, choć temat wyczerpałem w trakcie wstępnego, kilkuminutowego wystąpienia.

Jak się odnoszą do Pana prokuratorzy prowadzący przeciwko Panu sprawy dyscyplinarne?
Prokurator z Łodzi nie podawał mi ręki i traktował mnie tak, jakbym był kryminalistą, a nie starszym kolegą, który podpadł przełożonym. Prokuratora z Białegostoku, Marka Suchockiego, którego znam ponad trzydzieści lat mógłbym, gdybym miał większe ego, nazwać swoim wychowankiem, znam go od czasów, gdy był studentem, jesteśmy na „ty”. Mógłby więc, dla przyzwoitości, wyłączyć się ze sprawy, ale tego nie zrobił. Tłumaczyłem mu do protokołu, że ludzie odbiorą to tak, że kolega przeciwko koledze prowadzi postępowanie, że mogą pojawić się spekulacje, że albo idzie mi na rękę, albo mści się za coś. On jednak tego nie rozumie. Gdzieś się zagubił i uważa, że można poświęcić długoletnią znajomość, koleżeństwo dla sprawy, którą równie dobrze może prowadzić ktoś inny. I choć wygląda to tak, że my w trakcie przesłuchań mówimy sobie po imieniu, a na powitanie i pożegnanie podajemy sobie rękę, to niestety okazuje się, że nawet w takich sytuacjach przyzwoitość ustępuje woli wykonywania rozkazów. Obawiam się, że moim kolegą powodują jakieś niezdrowe ambicje. Przepisy przewidują, że rzecznicy dyscyplinarni są powoływani na określoną kadencję i są niezależni od przełożonych, bo odwołać ich z tej funkcji można tylko przypadku ciężkiego naruszenia prawa. Jednak takich rzeczników jest tylko dwóch, a kolega Suchocki może być odwołany przez B. Święczkowskiego „na pstryk”, w wyniku kaprysu. Nie został powołany na stałe, na pełną kadencję. Do tych rzeczników idzie sygnał z góry: starajcie się, ścigajcie, to zachowacie funkcje, bo jak nie, to was odwołamy.

Ilu prokuratorów działa zgodnie z intencjami władzy?
Około dwóch tysięcy na sześć tysięcy prokuratorów czyli około jedna trzecia, to jest grupa prokuratorów zainteresowanych finansowo utrzymaniem statusu nadanego przez kierujących instytucją od marca 2016 r. To wszyscy funkcyjni oraz ci, którzy zostali delegowani „w górę”. Nie wszyscy wykazują złą wolę, ale niemal każdy z nich wykona każde polecenie, nie zdoła oponować, czy polemizować z przełożonym – choć prawo na to pozwala.

Czy w związku z tym Lex Super Omnia opracowuje – nazwijmy to tak – Białą Księgę, w której znalazłaby się lista prokuratorów, którzy ze szczególną gorliwością realizują polecenia władzy naruszając przy tym prawo?
Na stronie internetowej „Państwo PiS” można zapoznać się z raportem pt. „Prokuratura pod specjalnym nadzorem”. Autorzy opracowania nie ukrywają, że wykorzystali informacje z naszego raportu, który powstał w czerwcu 2018 r. Ten drugi późniejszy raport jest świetnie zredagowany, dzięki czemu jest przejrzysty , zrozumiały, bez prawniczego slangu. Wymieniono w nim niemal wszystkich najważniejszych prokuratorów funkcyjnych, którzy skorzystali na „dobrej zmianie”. Wykazuje, że czystka z czasem objęła nawet kierowników kilkuosobowych sekcji. Są tam przykłady nepotyzmu, kolesiostwa, służalczości. Ten raport pokazuje mechanizmy, dzięki którym PiS podporządkowało prokuraturę. Niedługo ogłosimy nasz kolejny raport, gdzie pokażemy powiązania specjalnych gratyfikacji finansowych, które uzyskali niektórzy prokuratorzy, ze sprawami, które prowadzili. Wszystko to będzie „po nazwiskach”, z numerami spraw i podaniem źródła informacji. Bo jako narzędzie demoralizacji prokuratorów wybrano pieniądze, już to wypłacane w formie nagród, już to w formie awansów służbowych. Szczególnym skandalem jest awans pani Anity Muszyńskiej, żony pana Mariusza Muszyńskiego z Trybunału Konstytucyjnego, która wróciła ze stanu spoczynku po 20 latach. Podobnie oburzające jest n.p. przyznanie prokuratorowi Hołdzie stawki awansowej w trybie nagrodowym, gdy przechodził na prokuratorską emeryturę w wieku niespełna 50 lat. Nagroda przyznana przez Zbigniewa Ziobrę prokuratorowi Hołdzie to promesa uzyskania przez niego, w na przestrzeni lat, tylko z tego tytułu, kwoty przekraczającej znacznie milion złotych.

Członków Lex Super Omnia jest około 250. To stanowi zaledwie nieco ponad 2 procent ogólnej liczny prokuratorów. Czy to oznacza, że tak małe poparcie ma LSO w środowisku?
To ma swoje przyczyny. Sędziowska „Iustitia” ma prawie cztery tysiące członków, ale funkcjonuje już ponad dwadzieścia lat. My zaledwie od trzech lat. Poza tym sędziowie, z uwagi na inny charakter ich roli, są inaczej postrzegani niż prokuratorzy. Oni są niezawiśli, oni wydają wyroki. My – nie. My jesteśmy tylko „niezależni”. Poza tym status sędziów jest określony w Konstytucji, nasz – nie. Jestem przekonany, że taką, jak obecnie, liczbę członków Stowarzyszenie miałoby już na starcie w 2016 r., gdyby nie miały miejsca szykany wobec naszej inicjatywy. Proces rejestracji był inwigilowany przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie, którą kierował znajomy Zbigniewa Ziobro Paweł Wilkoszewski. Zastępca Prokuratora Generalnego nakazał prokuratorom pionu wojskowego informowanie go na piśmie o zamiarze udziału w pracach stowarzyszenia.

Czy tylko władza PiS stosuje w tej skali naciski na prokuratorów? Jak było za innych rządów?
Próby nacisków na prokuratorów, ingerencje ze strony prokuratorów generalnych miały miejsce, w większym czy mniejszym stopniu, za wszystkich rządów. Jedynym prokuratorem generalnym, który nigdy się do tego nie posunął, był Włodzimierz Cimoszewicz. Jednak to, co się dzieje obecnie, jest nieporównywalne z niczym. Zbigniew Ziobro nie zrzeka się mandatu posła łącząc go z funkcją prokuratora generalnego o ogromnych prerogatywach. Ma pełnię władzy. To stanowi naruszenie Konstytucji, która zakazuje łączenia stanowiska prokuratora z mandatem posła. Jest znany także przypadek wydania przez Zbigniewa Ziobro, jako Ministra Sprawiedliwości, rozporządzenia, które wykracza poza upoważnienie ustawowe, by przyznać z datą wsteczną prokuratorom Prokuratury Krajowej nienależne gratyfikacje.

Czy to się kwalifikuje do postawienia go w przyszłości przed Trybunałem Stanu?
Oczywiście, że tak, bo Ziobro stawia się de facto w pozycji ustawodawcy, do czego nie ma najmniejszych uprawnień. To będzie w przyszłości wymagało zbadania i oceny, pewnie nie tylko przed TS.

W obronie niezawisłości sądów miały miejsce znaczące manifestacje. Dlaczego nie doszło do analogicznych protestów w obronie niezależności prokuratury?
Ponieważ przejęcie prokuratury odbyło się w cieniu walki o Trybunał Konstytucyjny oraz dlatego, że stało się to, czego się wszyscy spodziewali – że prokuratura zostanie przejęta przez PiS, przez Zbigniewa Ziobro. Atak na sądy był większym zaskoczeniem, a to co zaskakuje, wywołuje silniejszą i gwałtowniejszą reakcję. Poza tym nam, prokuratorom, jest trudniej o sprzeciw, bo sędziowie z prezesem spotykają się z rzadka, a my sprzeciwiamy się bezpośrednio ludziom pracującym z nami drzwi w drzwi.

Jakie są obecnie nastroje w środowisku prokuratorskim?
Złe.

W jakim sensie?
Złe z mojego punktu widzenia, tzn. defensywne, konformistyczne. Oczywiście mamy też sympatyków naszego Stowarzyszenia. Gdy wchodzę do Prokuratury Okręgowej w Warszawie, a pracuję w rejonie, to połowa ludzi, których tam spotykam uśmiecha się do mnie, a połowa zaciska zęby i odwraca głowę. Akurat w żoliborskiej prokuraturze, w której pracuję, tylko ja jeden należę do LSO. Tam moich kolegów i koleżanki interesuje głównie ich referat. Nie ma wśród nich wielkiego zainteresowania tym, że jesteśmy w wielkim kryzysie, jeśli chodzi o praworządność. Podobnie jest innych prokuraturach, gdzie sprawy drażliwe i wrażliwe, na styku praw obywateli i uprawnień organów władzy, zdarzają się rzadko. Kiedyś jednak przyjdzie czas, że prokuratorzy wykonujący bezrefleksyjnie wadliwe polecenia będą się musieli rozliczyć się przed swoimi wnukami.

To mocno odległa perspektywa. Czy jednak biorą pod uwagę to, że być może wcześniej będą się musieli rozliczyć przed innymi instancjami?
Obawiam się, że nie biorą tego pod uwagę. Myślę, że uważają, iż jeśli otrzymali polecenie od przełożonych, to muszą je wykonać a odpowiedzialność za wykonanie spadnie wyłącznie na „górę”. Są jednak w błędzie. Ani w wojsku ani w policji, ani tym bardziej w wymiarze sprawiedliwości nie ma zasady akceptującej mechanizm „ślepego narzędzia”. Dlatego także ci szeregowi prokuratorzy, którzy naruszyli prawo, muszą się liczyć w przyszłości z odpowiedzialnością, nie tylko ich przełożeni. Mówię to całkowicie poważnie.

Kto jest najważniejszym przełożonym prokuratorów poza Zbigniewem Ziobro?
Niepodzielną władzę w prokuraturze sprawuje prokurator Bogdan Święczkowski.

O ile w mediach krytycznie w stosunku do poczynań władzy wypowiada się spore grono sędziów, o tyle gdy chodzi o prokuratorów, to tylko Pan oraz prokuratorzy Dariusz Korneluk i Jarosław Onyszczuk. Dlaczego?
Uzgodniliśmy, dla zachowania jednolitości i ciągłości przekazu, że „frontmenem” odpowiedzialnym za wystąpienia publiczne będę ja. Inni członkowie zarządu wspierają mnie, choć wypowiadają się nie tak często. Dlatego są mniej widoczni.

Z jakim szykanami spotyka się Pan na co dzień?
Jestem osobą poddaną mobbingowi. Zamiast rozdzierania szat opowiem śmiesznostkę. Ponieważ korzystałem ze zwolnień lekarskich, a mam już swoje lata i trochę schorzeń, więc skierowano mnie do orzecznika ZUS, by stwierdził, że jestem trwale niezdolny do wykonywania funkcji prokuratora. Skoro więc nie mogą mnie utrącić za pomocą postępowań dyscyplinarnych, to próbują poprzez stan zdrowia.

Co Pan uważa za najważniejsze mankamenty pracy obecnej prokuratury, poza kwestią jej uwikłania politycznego?
Zalicza ona liczne porażki, n.p. odnośnie pozbawiania majątku sprawców przestępstw. Porażką jest niepotrzebny wzrost liczby tymczasowych aresztowań, gdy liczba popełnianych przestępstw systematycznie spada. Setki spraw długotrwających narusza dyrektywę zakończenia postępowania w rozsądnym terminie. Liche efekty pracy zderzają się z propagandą sukcesu. Przy czym rosną koszty działalności prokuratury, mające swe źródło m.in. we wspomnianej polityce korumpowania prokuratorów metodą kija i marchewki. Można by długo wymieniać. Warto też zwrócić uwagę na praktykę prowadzenia spraw o kolorycie politycznym w miejscach odległych od miejsca zamieszkania i działalności osób będących przedmiotem postępowań. Prokuratury często tak działają, mają do tego prawo, ale w tym przypadku ta zasada jest nadużywana. I tak n.p. sprawa przeciwko Sławomirowi Neumannowi prowadzona jest wJeleniej Górze, przeciwko Stanisławowi Gawłowskiemu, Wojciechowi Kwaśniakowi z dawnej KNF w Szczecinie, przeciwko Pawłowi Wojtunikowi w Krakowie, przeciwko Jackowi Kapicy w Białymstoku.To rozrzucenie spraw po Polsce komplikuję obronę tych osób.

Czy i jak układa się Pana Stowarzyszeniu współpraca ze środowiskiem sędziowskim?
Zupełnie dobrze. Lubimy się i mamy dobre relacje ze stowarzyszeniami „Iustitia” i „Themis” oraz Inicjatywą Wolne Sądy. Współpracujemy stale na forum Komitetu Obrony Sprawiedliwości, który organizuje obronę szykanowanych prawników. Murem za Krasoniem stanęli sędziowie i pozostali prawnicy w całej Polsce. Ludziom się bowiem należy, to jest prawo obywateli żeby ich sprawy rozpatrywali sędziowie i prokuratorzy odważni, bezstronni i nie skażeni polityką.

Czyli kisicie się we własnym, prawniczym sosie?
Wręcz przeciwnie. Już od dawna wchodzimy w dyskurs z obywatelami, którzy domagają prawa do uczciwego procesu. Braliśmy udział i występowaliśmy na zgromadzeniach w obronie Sądu Najwyższego i niezależnych sądów. Braliśmy udział w spotkaniach z młodzieżą w ramach Tygodnia Konstytucyjnego. Jedziemy na festiwal do Kostrzyna, dzięki zaproszeniu przekazanemu przez środowisko warszawskich adwokatów, by nawiązać dialog z młodzieżą. Wyszliśmy poza sale konferencyjne. Spotykamy się z ludźmi, dzięki aktywności inicjatywy #Wolna Prokuratura. Jej liderka Małgorzata Rosłońska na pierwszym spotkaniu zapytała:” jak wam możemy pomóc”. Obywatele uczestniczą w rozprawach dyscyplinarnych sędziów i prokuratorów. W ten sposób realizują swoje prawo do kontroli wymiaru sprawiedliwości. Uważam, ze zamknięcie się sędziów i prokuratorów w zaciszu gabinetów już nie będzie możliwe po obecnych doświadczeniach.

Jesienią 2015 roku wyraziłem, jako publicysta, opinię, że jeśli PiS znów obejmie władzę, to wtedy to, co robiło w latach 2005-2007, okaże się „małym piwem” w stosunku do tego, co zacznie robić w kolejnej kadencji. Uważam, że się nie pomyliłem. Teraz twierdzę, że jeśli PiS wygra kolejne, najbliższe wybory, to lata 2015-2019 będą się jawić z perspektywy czasu jako „małe piwo” w porównaniu z pandemonium jakie dokona się w latach 2019-2023. A jak Pan uważa?
Zdecydowanie zgadzam się z tą prognozą. Naiwny już byłem. Po latach 2005-2007 łudziłem się, że jeśli powrócą do władzy politycy i ludzie znani mi z prokuratury, to nie powtórzą wcześniejszych, dramatycznych błędów. Pomyliłem się. Wtedy bowiem hamowały ich koalicje z „Samoobroną” i LPR. Obecnie nie mają już tego hamulca. Nie cofną się przed niczym. Nie mają już bowiem drogi odwrotu. Muszą palić za sobą mosty. Chcą zapewnić sobie rządy po wsze czasy. To co zrobią, jeśli znów wygrają, cofnie nasz kraj, trudno powiedzieć jak daleko, w dziedzinie praworządności. Cofną nas może do lat 60-tych i 70-tych? I nie muszą masowo wsadzać przeciwników do więzień. Metody represji przecież się cywilizują. Teraz wystarczy odebranie oponentom środków utrzymania.

Dlaczego zdecydował się Pan postawić na szali swój dorobek, między innymi jako współtwórcy systemu walki z przestępczością zorganizowaną, narażać się na szykany, ryzykować eliminację z zawodu? Nie stawiam pytania retorycznego, naprawdę chcę to wiedzieć…
Bo naruszono moje poczucie godności. Przecież finansowo nic nie straciłem stając w kontrze do obecnego kierownictwa prokuratury, tracąc pracę w Prokuraturze Generalnej. Próbowano mnie obłaskawić pieniędzmi, ale się nie dałem. Godność to poczucie własnej wartości. Zachowując się inaczej, zachowałbym się jak kundelek podwijający ogon po kopniaku. Uśmiecham się gorzko i mówię, że przywrócono mi młodość, bo muszę biegać z aktami do sądu jak debiutant, jako prokurator prokuratury rejonowej. Robiłem to kiedyś i robię to obecnie, choć z nadwagą i zadyszką. Nie boję się o siebie, przede wszystkim boję się o nasz kraj. Wydaje się, że gdyby politycy sprawujący obecnie władzę siedzieli przy Okrągłym Stole, to nie doszłoby do ugody i polałaby się krew. Martwią mnie też zmiany dokonane w kodeksie karnym. Nie mogę np. zaakceptować bezwzględnego dożywocia. To nie kara, to barbarzyńska zemsta pozbawiająca skazanego motywacji do poprawy, w konsekwencji szkodliwa społecznie. Przeraża mnie populizm widoczny w tych zmianach. Społeczeństwo musi mieć jasność, co i jaką karą jest zagrożone. I wiedzieć, że prawo jest stabilne, klarowne i niezachwiane, a nie zmieniane na kolanie, zależnie od kaprysów satrapy. Bo inaczej wszyscy będziemy się czuli się we własnej ojczyźnie jak w obcym kraju. Mamy, jako kraj, historycznego pecha, mieliśmy mało czasu na ewolucję, rozwijamy się chaotycznie, skokowo. Krok do przodu, krok w tył, krok w bok i tak ciągle. A przecież Tuwim pisał w „Kwiatach polskich”: „Niech prawo zawsze prawo znaczy, a sprawiedliwość – sprawiedliwość”. Jest naszym dramatem, że aby bronić praworządności, musimy zwracać się do instytucji Unii Europejskiej. Jako puenty użyję słów, które tworzą nazwę naszego Stowarzyszenia: „Lex Super Omnia”. Prawo ponad wszystkim i dodam, że chodzi nam o dobre prawo, to z „Kwiatów polskich”.

Dziękuję za rozmowę.

List do Z. Ziobry

Panie Ministrze!

Wielokrotne prośby Związku Zawodowego Tłumaczy Przysięgłych w Polsce o rozpoczęcie z Panem rozmów na temat podwyższenia wynagrodzeń za czynności tłumaczy przysięgłych nie zostały rozpatrzone pozytywnie. Związek Zawodowy Tłumaczy Przysięgłych w Polsce jest członkiem Ogólnopolskiego Porozumienia Związków Zawodowych i dlatego jako przedstawiciel OPZZ apeluję o pilne rozpoczęcie rozmów na temat zmiany Rozporządzenia z dnia 24 stycznia 2005 r. w sprawie wynagrodzenia za czynności tłumacza przysięgłego (Dz. U. z dnia 26 stycznia 2005 r.).
Jednocześnie pragniemy zwrócić uwagę na fakt, że w żadnym przepisie nie zostały określone terminy wypłat wynagrodzenia, a tłumacze przysięgli często oczekują na swoje wypłaty kilka, a nawet kilkanaście miesięcy. Opóźnienia wynagrodzeń negatywnie wpływają na jakość współpracy tłumaczy z organami wymiaru sprawiedliwości, jako że zlecające tłumaczenia organy nie są związane żadnym terminem, zaś tłumaczom często wyznacza się krótkie terminy na wykonanie ich czynności. Liczymy zatem na pilne zaproponowanie terminu rozpoczęcia rozmów w sprawie zmiany przepisów dotyczących wynagradzania tłumaczy przysięgłych oraz innych przepisów związanych z ich działalnością.

Czy mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą?

Janusz Kaczmarek (ur. 25 grudnia 1961 w Gdyni) – polski prawnik, prokurator i polityk, od 2005 do 2007 prokurator krajowy, w 2007 minister spraw wewnętrznych i administracji.
31 października 2005 objął stanowisko prokuratora krajowego w strukturach Ministerstwa Sprawiedliwości kierowanego wówczas przez Zbigniewa Ziobrę.
8 lutego 2007 premier Jarosław Kaczyński odwołał go ze stanowiska prokuratora krajowego, a prezydent Lech Kaczyński na jego wniosek powołał go na urząd ministra spraw wewnętrznych i administracji. 14 marca 2007 otrzymał nominację na członka Rady Bezpieczeństwa Narodowego. 8 sierpnia 2007 został odwołany z zajmowanego stanowiska. Bezpośrednią przyczyną były informacje o tym, jakoby był on źródłem przecieku w sprawie planowanej akcji CBA w Ministerstwie Rolnictwa i Rozwoju Wsi (tzw. afera gruntowa). 13 sierpnia 2007 został kandydatem grupy posłów LPR i Samoobrony RP na prezesa Rady Ministrów w trybie konstruktywnego wotum nieufności. 7 września 2007 Janusz Kaczmarek wycofał jednak zgodę na kandydowanie[6], wobec czego wniosek poselski jako bezprzedmiotowy nie został poddany pod głosowanie.
30 sierpnia 2007 został zatrzymany przez funkcjonariuszy ABW pod zarzutem utrudniania śledztwa i składania fałszywych zeznań. Zatrzymanie to zostało przez sąd uznane za bezzasadne i nieprawidłowe. Postępowanie przeciwko niemu w tym zakresie zostało umorzone w 2009.
W 2010 Janusz Kaczmarek uzyskał wpis na listę radców prawnych, a następnie na listę adwokatów, podejmując praktykę w zawodzie. Został też wykładowcą w Wyższej Szkole Administracji i Biznesu im. Eugeniusza Kwiatkowskiego w Gdyni.

 

 

– Z punktu widzenia prawnokarnego sprawa jest bardzo poważna. Mówimy o styku polityki i biznesu, bardzo dużych pieniądzach i musimy zadać pytanie, czy w tle faktycznie nie mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą  – mówi były szef MSWiA Janusz Kaczmarek w rozmowie z Kamilą Terpiał (wiadomo.co).  – Wszystkie okoliczności sprawy dają jednoznaczną odpowiedź, że komisja śledcza powinna zostać powołana – dodaje.

 

KAMILA TERPIAŁ: Instytucje państwa w sprawie afery KNF zadziałały, jak twierdzą politycy PiS, szybko i sprawnie? Tak jak trzeba?

JANUSZ KACZMAREK: Na pewno szybko i sprawnie zadziałał prezes KNF, który błyskawicznie dostał się z Singapuru do Warszawy, a następnie do swojego gabinetu. Co tam robił? Nie wiemy. Mówię to oczywiście ironicznie. W tak poważnej sprawie należałoby oczekiwać, że czynności instytucji państwa, czyli prokuratury i CBA, które działało na jej polecenie, powinny nastąpić znacznie szybciej. Śledztwo wszczęto dopiero w oparciu o materiał prasowy, chociaż zawiadomienie do prokuratury zostało złożone przez mecenasa Romana Giertycha jeszcze przed upublicznieniem tej sprawy.
Po wszczęciu śledztwa należało w sposób bardzo szybki podjąć działania mające na celu zabezpieczenie materiału dowodowego, chociażby w postaci dokumentów czy urządzeń zagłuszających z gabinetu prezesa KNF-u. Na pewno należało to zrobić przed wizytą w tym miejscu Marka Chrzanowskiego.

 

Jak to możliwe, że CBA dociera do gabinetu dopiero po zdymisjonowanym prezesie, chociaż był na to czas wcześniej? Takie przeszukanie ma w ogóle jakieś znaczenie dla sprawy?

Znaczenie ma, ale nie wiemy, czy czegoś nie utracono, czy coś nie zaginęło lub nie zostało celowo zniszczone. Takie pytania już zawsze pozostaną bez odpowiedzi.

 

Sprawa trafia 7 listopada do Prokuratury Generalnej. Minister sprawiedliwości, prokurator generalny i premier dowiadują się dopiero tydzień później z przekazów medialnych. Jak to możliwe?

Pojawią się argumenty, że były to dni wolne od pracy. Ale to nie są satysfakcjonujące odpowiedzi i nie mogą uzasadniać twierdzenia, że wszystko zadziałało prawidłowo. Wręcz odwrotnie.
W sprawach tak poważnych nie ma świąt i wolnych dni. Jako prokurator krajowy o poważnych sprawach byłem informowany o każdej porze dnia i nocy, w soboty i w niedziele. Wydaje mi się, że taka praktyka powinna trwać do dzisiaj.

 

O czym świadczy taka zwłoka?

Świadczyć to może albo o lekkomyślnym podejściu do sprawy – to byłoby najbardziej pozytywne dla decydentów, ale może też powodować pytania, czy nie mamy do czynienia z celowym spowalnianiem tego postępowania i reakcją dopiero na doniesienia medialne. I to reakcją nie tak szybką i prawidłową, jak należałoby się spodziewać.

 

Zbigniew Ziobro na pierwszej konferencji prasowej w dniu opublikowania artykułu w „Gazecie Wyborczej” tłumaczył, że polecił wszczęcie śledztwa w tej sprawie i objął je „osobistym nadzorem”. Co to de facto może oznaczać?

Minister sprawiedliwości jest prokuratorem generalnym, ale także czynnie zaangażowanym politykiem obozu władzy, który ma określone polityczne cele i wizje. Dlatego taki nadzór może nie być obiektywny, ale skażony polityką. Obawy, że sprawa nie zostanie wyjaśniona tak jak trzeba, są uzasadnione.

 

Minister sprawiedliwości na antenie TVP publicznie domaga się złożenia w prokuraturze nośnika z oryginalnym nagraniem rozmowy Leszka Czarneckiego z szefem KNF, a pełnomocnik bankiera Roman Giertych odpowiada, że nośnik złożył już przecież w prokuraturze. Co się tam dzieje?

Świadczy to co najmniej o nieznajomości przez Zbigniewa Ziobrę tej sprawy, pomimo deklaracji osobistego nadzoru.
Roman Giertych w taki sposób obnażył brak podstawowej wiedzy, co uderza w powagę urzędu ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego.

 

Jak ta sprawa może się skończyć? PiS będzie robił wszystko, żeby ją rozmyć, czy będzie szukał kozła ofiarnego?

To jest bardzo poważna sprawa, w której nagle pojawiają się nie tylko wątki związane z Leszkiem Czarneckim, ale także udziałem tej samej osoby, czyli prawnika, który miał być zatrudniony w banku biznesmena, w innych bankach. Powtarzam, sprawa jest bardzo poważna i powinna być wyjaśniona w sposób dogłębny.
Czy tak będzie? Nie jestem pewien. Myślę, że to jest też taki rodzaj sprawy, w której media będą patrzyły politykom i prokuratorom na ręce.

 

W sprawie pojawiają się nowe wątki, także Grzegorza Biereckiego, czyli twórcy SKOK-ów. Opozycja mówi o zorganizowanym gangsterskim działaniu. Pan podpisałby się pod takim stwierdzeniem?

Nie chcę epatować takimi nazwami. Ale niezależnie od tego, jakimi określeniami emocjonalnymi i trafiającymi do społeczeństwa będziemy się posługiwać, to i tak z punktu widzenia prawnokarnego sprawa jest bardzo poważna.
Mówimy o styku polityki i biznesu, bardzo dużych pieniądzach i musimy zadać pytanie, czy w tle faktycznie nie mamy do czynienia ze zorganizowaną grupą przestępczą.
Przypomnę, że z punktu widzenia prawa karnego wystarczy, że to są trzy osoby, które łączy aspekt wspólnego działania i dążenia do popełnienia przestępstwa.

 

W tej sprawie takie warunki mogą być spełnione?

Należy to zakładać w analizach prawnych…

 

Ta afera uderzy w PiS?

Nie chcę wychodzić z roli prawnika. Analizy polityczne pozostawiam innym.

 

Może powinna powstać komisja śledcza? Co należy zrobić, żeby sprawę wyjaśnić?

Wszystkie okoliczności sprawy dają jednoznaczną odpowiedź, że komisja śledcza powinna zostać powołana. Czy będzie wola polityczna? To już jest inne pytanie. Na razie wszystko wskazuje na to, że takiej woli nie ma. A to też rodzi pytania.

Głos prawicy

Trochę wazelinki

– Patryk Jaki jest zwycięzcą tych wyborów, jeśli chodzi o PiS.
Uzyskał 30 procent w stolicy, a gdyby kandydaci w innych miastach mieli po 40-50 procent, można by powiedzieć, że mu się nie udało i to jest klęska – ocenił Piotr Guział, radny Warszawy, który był kandydatem na wiceprezydenta w ekipie Jakiego. Guział stwierdził również, że szans na wygraną w stolicy nie było, ponieważ od lat Prawo i Sprawiedliwość trafia tu na szklany sufit.
W poniedziałek Guział opowiedział też o tym, jakie emocje towarzyszyły osobom zgromadzonym w niedzielę wieczorem w sztabie Patryka Jakiego.
– Atmosfera była raczej radosna. Mieliśmy spotkanie z ministrem Jakim chwilę wcześniej w sztabie. Pan minister był uśmiechnięty i odprężony. Jakby zeszło z niego całe napięcie, bo jest zwycięzcą tych wyborów, jeśli chodzi o Prawo i Sprawiedliwość. To trzeba jasno powiedzieć – stwierdził kandydat na wiceprezydenta.
Zdaniem Guziała, Jaki nie miał szans na wygranie wyborów na prezydenta w stolicy, bowiem „od lat Prawo i Sprawiedliwość trafia w warszawie na szklany sufit”.
Przypomnijmy, że według danych sondażu Ipsos Patryk Jaki uzyskał 30,6 proc, głosów w pierwszej turze wyborów.
– To ogromny triumf tego polityka. Ma powody do satysfakcji, włożył w tę kampanię ogromną pracę. Rozstrzygnięcie w pierwszej turze jest niesprawiedliwe. Powinno dojść do drugiej tury, bo Jaki na nią zasłużył – ocenił Guział.
I dodał, że zwycięstwo Trzaskowskiego jest efektem słabości pozostałych 12 kandydatów (oprócz Jakiego i niego samego).
– Przecież jak się okazało ze wstępnych sondaży, to elektorat pozostałych kandydatów przepłynął do Trzaskowskiego. Wyborcy uznali, że ich sympatie trzeba włożyć w kieszeń i zagłosować pragmatycznie, bo ci mniejsi kandydaci nie gwarantują niczego, nawet tego, że wejdą do Rady Warszawy – stwierdził.
Guział ocenił też, że tegoroczna kampania samorządowa była największą i najbardziej intensywną, w jakiej brał dotąd udział. Nie szczędził też słów uznania wobec Patryka Jakiego.
– To najbardziej pracowita i najbardziej ambitna osoba, jaką poznałem w polityce. A ma zaledwie 33 lata. Pod koniec kampanii spał dwie, trzy godziny na dobę i nie mógł więcej z tego wycisnąć. Jako człowiek i młody polityk ma przed sobą ogromne perspektywy. Te wybory to kolejna podwalina pod jego sukcesy – mówił.
W rozmowie z reporterką TVN24 Guział zdradził też jakie są jego powyborcze plany. – Przede mną od lat jest przyszłość w sektorze komercyjnym. Ja się świetnie realizuję we własnym biznesie. Nie ma tam presji, nie muszę nikomu się przypodobać, nie muszę uważać na to, co mówię, bo ktoś zwolni mnie z pracy, bo to sektor publiczny albo mam pracę dzięki rekomendacji politycznej, bo tak nie jest. Sam świetnie sobie radzę – powiedział.

Info z tvn24.pl

Nie do śmiechu

Kupa śmiechu była wokół opublikowanych przez TOK FM fragmentów przesłuchań kandydatów do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

 

Ale śmiech przeplatał się z autentycznym przerażeniem: to tacy ludzie chcą kandydować do struktury, która może jedną decyzją powodować śmierć zawodową i cywilną polskich prawników? To tacy ludzie, dewoci, niedokształceni lub po prostu mało inteligentni chcą decydować o kształcie polskiego wymiaru sprawiedliwości, który sobie wymarzył PiS? Straszne.

Oto notariusz, który uważa, że o jego wartości jako członka Izby Dyscyplinarnej świadczą jego akty notarialne, a nie jakiś tam prace naukowe. Oto sędzia sądu okręgowego (!), który bez wstydu i argumentów reklamuje się, używając jakichś wypowiedzi na poziomie pięciolatka. Pani za całe kwalifikacje mająca poukładane (gratulujemy!) życie rodzinne. Sędzia za zaszczyt i najlepsze referencje uważający swe przegrane sprawy przed sądem dyscyplinarnym, prawnik przekonany, że stoi za nim biblijna przypowieść.

Radio TOK FM, reprezentujące przecież neoliberalne elity Polski, nieprzypadkowo zamieściło te kompromitujące kandydatów fragmenty. Rzucono je w przestrzeń publiczną, by pokazać: „patrzcie oto, jak niski poziom prezentują ci, którymi PiS ciąć będzie jak mieczem niepokornych i szlachetnych sędziów, który brzydzą się współpracą z autorytarną władzą. Zobaczcie, jak niski poziom prezentują potencjalni pretorianie Kaczyńskiego”. W domyśle – za czasów naszej władzy takiego czegoś nie było. To jest oczywiście prawda, ale niecała.

Bo byłoby dla TOK FM idealnie, gdyby ci wszyscy ludzie zostali prawnikami w 2015 roku, zaraz po dojściu do władzy przez PiS i niosący swe oszałamiające argumenty przed oblicze nowych panów przez ostatnie dwa lata. Tyle, że to niemożliwe. To są prawnicy, którzy nie wzięli się z powietrza. Oni tu byli już w III RP. Oni sądzili, bronili, oskarżali, pisali akty notarialne. Jeżeli poziom ich pracy i jej owoce w postaci wyroków, decyzji i postanowień, czyli to, z czym mieli do czynienia zwykli ludzie, był taki jak argumentacja pokazana podczas aplikowania do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, to wnioski są wstrząsające.

Oczywiście, można założyć, że TOK FM coś tam wycięło z kontekstu, czegoś nie dopowiedziało, słowem, troszkę manipulowało. To nieładnie, ale się zdarza. Można też przyjąć założenie, że z obecną władzą chcą współpracować tylko udzie o intelekcie przegrywającym pojedynek z intelektem ukwiału. Inni zaś, mądrzejsi, do Izby Dyscyplinarnej zgłaszać się nie mają zamiaru. Mało możliwe, ale niech będzie. A co, jeśli kandydaci do Izby Dyscyplinarnej to średnia statystyczna polskiego wymiaru sprawiedliwości?

Byłby to żywy dowód, że niska społeczna ocena całego polskiego wymiaru sprawiedliwości ma swoje uzasadnienie. Że ta grupa zawodowa pozbawiona była elementarnych mechanizmów wewnętrznej selekcji, pozwalającej na eliminowanie najsłabszych profesjonalnie swoich członków, kierowała się źle pojmowaną zasadą korporacyjnej solidarności i pozwalała przez całe lata funkcjonować w swojej przestrzeni ludziom, których szeroko rozumiane kwalifikacje do tego zawodu są niewielkie lub żadne. Powie ktoś, że przesadzam, bo w każdej grupie znajdą się ludzie nieprofesjonalni, nieobiektywni i zwykli durnie. Nie. Przez tyle lat słyszałem, że to najlepsi z najlepszych, elita elit, ludzie bez skazy i ze spiżu odlani, że teraz mam prawo mieć swoje wobec nich oczekiwania. Tyle lat mówili, że nie można mieszać się w ich sprawy, bo ich zawód cechują wysokie kwalifikacje moralne, tak wysokie, że nie prześlizgnie się przez to sito nikt, kto nie zasługuj na społeczne zaufanie. To nieprawda.

A zatem rację ma Ziobro i jego kompania, kiedy wmawiają nam, że trzeba tę kastę żelazną miotłą wymieść i wymienić na prawdziwych i nieskalanych bo pisowskich sędziów? Też nie.

I PO, i teraz PiS niczego innego nie chcieli i nie chcą, jak tylko dysponować posłuszną grupą prawników, która chronić będzie ich klasowe i partykularne interesy. Istota się nie zmienia przecież – prawo służyć ma klasie panującej. Zmieniają się tylko szczegóły tego dealu, w którym nie chodzi o sprawiedliwość dla wszystkich, tylko dla wybranych. Przypomnijcie sobie umorzenie sprawy o narażenie utraty życia i zdrowia ukraińskiej pracownicy, którą pracodawca wywiózł wpółumierającą na przystanek autobusowy. Sąd uzasadniał umorzenie niską szkodliwością czynu i perspektywami rozwoju firmy dającej pracę.

Dopóki nie wywrócimy stolika zwanego neoliberalnym systemem kapitalistycznym, żadnych zmian w systemie sprawiedliwości nie możemy oczekiwać.