Spytaj milicjanta

Robi się coraz ciekawiej. Prawo i Sprawiedliwość zamierza przerzucić na obywatela obowiązek udowadniania przed sądem, że nie jest wielbłądem. Bo jeśli milicjant stwierdzi, że obywatel jest, to tak musi być w majestacie prawa. I sprawiedliwości.

Idzie o nowelizację kodeksu wykroczeń. Partia rządząca wrzuciła doń zapis, który zmienia zasadniczo układ obywatel-władza milicyjna. Podług najnowszej propozycji, ten, kogo milicjant ukaże mandatem, będzie zmuszony mandat przyjąć. Czy mu się to podoba, czy nie. Jeśli obywatel uzna, że nań nie zasłużył, sam będzie musiał wziąć na siebie ciężar udowodnienia swojej niewinności, bądź niezasadności kary, przed sądem powszechnym. Do tej pory, kiedy odmawialiśmy przyjęcia mandatu, sprawa, na wniosek milicjanta, lądowała w sądzie. Jeśli nowelizacja kodeksu autorstwa PiS w Sejmie przejdzie, a nic nie wskazuje na to, żeby miała być utrącona, to na obywatelu będzie spoczywał obowiązek zawiadomienia sądu względem swojej niezgody z decyzją milicjanta. To obywatel będzie musiał złożyć wniosek, pierwej go napisać, zdeponować w odpowiednim wydziale i dopilnować ustawowego terminu przedawnienia. Innymi słowy, będzie tak, że milicjant będzie miał zawsze rację co do zasadności mandatu nałożenia i jego wysokości wyrażonej w gotówce, a obywatel nie będzie mógł na starcie się zeń nie zgodzić. Dopiero jeśli sam zechce i dopilnuje, może sobie ewentualną sprawiedliwość wydrapać.
Po co PiS to czyni? Wersja oficjalna, dla prasy kobiecej i partyjnej jest taka, że sądy są zawalone sprawami banalnymi i trywialnymi, jak, dajmy na to, brak zgody na przyjęcie mandatu od milicjanta, i to m.in. dlatego młyny sprawiedliwości w tym kraju tak wolno mielą. Przez to ci wszyscy, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, czekają do świętej Nigdy, żeby poznać choćby termin pierwszej rozprawy. Sam coś o tym wiem. Na apelację banku z którym się sądzę, czekam z terminem prawie rok. Aby temu przeciwdziałać, należy sędziów i sądy odciążyć od niepotrzebnej roboty. Na początek należy zająć się prawną fikcją, jaką są wnioski milicji w sprawie braku zgody na mandat. PiS mówi, że 80 procent takich spraw sąd rozstrzyga po myśli milicjanta. Zasadnym takoż będzie, jeśli do sądu z mandatem pójdą ci, którzy naprawdę wierzą w swoją wersję, a nie tylko chcą zagrać na nosie milicji i temidzie. Jak można wyczytać w pisowskim uzasadnieniu do zmian w kodeksie, jest zwykle tak, że obywatel decyduje się nie przyjąć mandatu pod wpływem silnego wzburzenia; nie kieruje się trzeźwym myśleniem, tylko emocjami, które przesłaniają mu prawdę faktyczną. Sensownym więc będzie, kiedy mandat przyjąć będzie musiał. Poczeka parę dni, ochłonie, przemyśli swoje postępowanie. I na drugi raz dwa razy się zastanowi, nim propozycję milicjanta odrzuci. Jak w „Rejsie” Marka Piwowskiego: proponujemy przenieść obywatela krnąbrnego do sekcji spolegliwców; nauczy się tam szacunku do munduru, rezonu wobec prawa i przede wszystkim-przestanie judzić i pogodzi się ze swoim losem. I to ma sens. Sądownictwo na raz się odblokuje, bo sędziowie nie będą musieli pochylać się nad wnioskami krzykaczy i awanturników, które na wstępie obarczone są prawną wadą. Skrócą się kolejki. Obywatele się uradują, bo ich sprawy w końcu trafią na wokandę. Minister się ucieszy, bo reforma wymiaru sprawiedliwości nabierze tempa. Same plusy.

Wersja nieoprawna, która pobrzmiewa w komentarzach wrażych mediów i lewackich publicystów, takich jak ja, ma co najmniej dwa dna. Pierwsze, najbardziej oczywiste, tyczy się kasy. Po to Ziobro robi takie chochmy, żeby golić obywateli jeszcze bardziej przy skórze, choć, być może, ktoś był pomyślał, że już bardziej się nie da. Nic bardziej mylnego. Mało Ziobrze, że w dzisiejszym, polskim sądzie, człowiek musi bulić już praktycznie za wszystko: uzasadnienia wyroków, terminy, ekspertyzy, wypisy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby wiedzieć, że ¾ osób, które dziś decydują się na nieprzyjęcie mandatu od milicjanta, nie pójdzie do sądu walczyć o pareset złotych, tylko machnie ręką, bo szkoda im będzie ich cennego czasu. Pójdą ci, którzy ten czas mają, albo legaliści, którzy wierzą jeszcze w sens trójpodziału władzy w tym kraju. Takich, niestety, coraz mniej, choć trudno się ludziom dziwić, bo mają oczy i widzą, co się odjaniepawla. A jak ludzie nie będą się o swoje bić, to pieniądze zostaną przy ziobrowym cycu. Szukają oszczędności, gamonie, gdzie się da. A że kieszeń obywatelska głęboka, a łapy władzy lepkie, pchają graby po same pomidory. Drugie dno ma walor, nazwijmy go, quasimoralny. Patrz milicjancie, mówi władza, możesz wlepiać mandat obywatelowi, a ten chuja ci może zrobić. Możesz wpisać w bloczek mandatowy co sobie wymyślisz, a ten przygłupi chłopek-roztropek musi to przyjąć. Jak nam ukradną furę, to muszą nam oddać samolot, mawiał w „Misiu” Stasiek Paluch. Muszą oddać. A ty, człowieku prosty? Musisz przyjąć. Po prostu. I nie ma zmiłuj. Za niepaństwowy wyraz twarzy: dwieście. Za lżenie prezydenta: pińcet. Za brzydki napis na koszulce: tysiąc. I musisz przyjąć. A jak ci nie pasuje, to idź do kahału, sądź się, jak cię stać i masz czas.

I tak trwają ze sobą, w tryumwiracie: Prawo. I sprawiedliwość. I Milicja. A największa z nich jest Partia. Bo i prawo i sprawiedliwość i milicję trzyma w garści. Albo ma je wiadomo gdzie.

Biedroń: nie podważać immunitetu poselskiego!

Robert Biedroń wysłał do Juana Fernando Lópeza Aguilara, szefa komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych w Parlamencie Europejskim, list dotyczący sprawy immunitetu posłanki Joanny Scheuring-Wielgus. Jak pisaliśmy na łamach „Trybuny”, Zbigniew Ziobro chce posłance immunitet odebrać.

Minister sprawiedliwości chciałby, aby parlamentarzystka Lewicy odpowiedziała za „złośliwe przeszkadzanie publicznemu wykonywaniu aktu religijnego” oraz za „obrażanie uczuć religijnych”. Miało do tego dojść 25 października, gdy posłanka wraz z mężem weszli do kościoła św. Jakuba w Toruniu z transparentami o treści „Kobieto, sama umiesz decydować” i „Kobiety powinny mieć prawo do decydowania czy urodzić czy nie, a nie państwo w oparciu o ideologię katolicką”. Pozostali w głównej nawie, stojąc w milczeniu, przez moment – być może nie dłużej niż minutę. Msza niedzielna odbywała się według zwykłego porządku.

Za„złośliwe przeszkadzanie” może grozić kara do dwóch lat więzienia.

Rękojmia wolności

Robert Biedroń w swoim liście przypomina, że immunitet parlamentarny ma długą historię i jest jednym z narzędzi gwarantujących demokratycznie wybranym przedstawicielom społeczeństwa możliwość swobodnego działania. Zaakcentował również rolę parlamentu i parlamentarzystów w kraju, gdzie wolność wymiaru sprawiedliwości budzi obawy.

Robert Biedroń przekonuje w swoim liście, dlaczego odebranie immunitetu posłance Lewicy w ogóle nie powinno być rozważane: polskie prawo gwarantuje parlamentarzystom nietykalność podczas wykonywania swojej pracy w Sejmie lub Senacie oraz innych czynności nierozerwalnie związanych ze sprawowaniem mandatu. Czy przyłączenie się do protestu obywatelek, w tym głosujących na Lewicę, nie było nierozerwalnie związane z pracą w Sejmie? Lewicowy europoseł nie ma wątpliwości, że tak. Przypomina również, że to policja potrafiła podczas kobiecych demonstracji pogwałcić immunitet poselski, np. w odniesieniu do Magdaleny Biejat, Macieja Kopca czy Anity Kucharskiej-Dziedzic z Lewicy. Żadne z nich nie było agresywne ani nie demonstrowało na terenie kościoła. A jednak Kopca przemocą zaciągnięto do radiowozu, a Biejat oberwała z bliskiej odległości gazem.

Zwołać komisję

Czego domaga się Biedroń? Niestety polskie obywatelki przekonały się już, że wyrazy solidarności z Europarlamentu nie wystarczą, by skłonić polskich prawicowych rządzących do zmiany sposobu rządzenia i traktowania kobiet. Lewicowy polityk jest jednak przekonany, że nie wolno rezygnować z nagłaśniania ekscesów Prawa i Sprawiedliwości. Stąd apel o zwołanie posiedzenia komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych i przyjrzenie się casusowi Scheuring-Wielgus.

Powód do dumy

Sama posłanka deklaruje w mediach, że nie boi się Ziobry. – Raz chciano mi odebrać immunitet, gdy wzięłam udział w proteście „Baby Shoes remember”, gdy wieszałyśmy symboliczne buciki na bramach kościołów, w obronie ofiar księży pedofilów. I co? I nic. Drugi raz, gdy podczas votum nieufności dla Ziobry przypomniałam aferę hejterską w Ministerstwie sprawiedliwości. I co? I nic – powiedziała Scheuring-Wielgus Portalowi Strajk. Dodała, że z takiego traktowania przez ministra sprawiedliwości jest wręcz dumna.

Posłanka Scheuring-Wielgus straci immunitet?

Zbigniew Ziobro chce, by posłanka Lewicy została pociągnięta do odpowiedzialności za udział w Strajku Kobiet, a konkretnie za akcję, którą przeprowadziła z mężem w Toruniu w kościele św. Jakuba 25 października.

Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro skierował wniosek o uchylenie immunitetu posłance Joannie Scheuring-Wielgus z Lewicy. Zarzuty mają dotyczyć wydarzeń z pamiętnej niedzieli, gdy uczestniczki i uczestnicy protestów w obronie praw kobiet ruszyli pod kościoły, a w kilku przypadkach – do kościołów. Protestowano wtedy m.in. pod warszawską kurią archidiecezjalną i w katedrze poznańskiej. Z kolei toruńska posłanka Lewicy pokazała w jednej ze świątyń w mieście transparenty z hasłami „Kobieto, sama umiesz decydować” i „Kobiety powinny mieć prawo do decydowania czy urodzić czy nie, a nie państwo w oparciu o ideologię katolicką”.

Posłanka z mężem stali w głównej nawie świątyni, w milczeniu, twarzami do wiernych w ławkach. Nie przerywali kapłanom sprawowania obrzędów. Mimo to prokuratura sugeruje, że mogło mieć miejsce przestępstwo „złośliwego przeszkadzania publicznemu wykonywaniu aktu religijnego oraz obrażanie uczuć religijnych”, co zagrożone jest karą do dwóch lat więzienia.

Solidarność z posłanką Scheuring-Wielgus wyrazili jej koledzy i koleżanki z klubu parlamentarnego oraz lewicowe młodzieżówki. Klub Lewicy przeprowadził w tej sprawie konferencję prasową.

– Polityczna prokuratura stawia polityczne zarzuty oponentom politycznym. Tak można w skrócie powiedzieć o tym co robi Zbigniew Ziobro. Kilka dni przed świętami w atmosferze strachu przysyła do Sejmu wniosek, który ma stawiać zarzuty posłance za wykonywanie jej mandatu poselskiego. Stawia zarzuty nie informując posłanki o tym, że jakiekolwiek zarzuty będą. Różne osoby, które z nami współpracują od kilku miesięcy informowały nas, że Zbigniew Ziobro będzie próbował polować na polityków – powiedział poseł Krzysztof Gawkowski. Pytał, czy skoro PiS nie umie poradzić sobie z opozycją w parlamencie, to czy zamierza sięgnąć po metody prokuratorskie?

– Joanna Scheuring-Wielgus stała się obiektem mrocznych prześladowań pana ministra Ziobri, który chce jej uchylić immunitet w absurdalnej sprawie, naruszenia uczuć religijnych. W sytuacji, w której pani posłanka po prostu sprawowała swój mandat. Rozpoczynamy akcję #MuremZaJSW! Będziemy bronili naszej koleżanki, bo nie uważamy, żeby zrobiła cokolwiek złego – zadeklarowała posłanka Anna-Maria Żukowska.

Podczas konferencji prasowej Lewicy poinformowano również o złożeniu wniosku do Prezesa Rady Ministrów w sprawie informacji o objęciu niektórych opozycyjnych posłów specjalnym nadzorem po wybuchu kobiecych protestów.

– Czy prawdą jest, że Zbigniew Ziobro wydał zarządzenie dotyczące konieczności objęcia nadzorem operacyjnym, podsłuchowym posłów i posłanek opozycji. Czy jedną z posłanek, która została objęta podsłuchami jest Joanna Scheuring-Wielgus? – pytał Gawkowski.

18 lat Komunistycznej Partii Polski

Mija 18 lat od I Zjazdu Założycielskiego KPP. Nasza partia powstała na bazie istniejącego wcześniej Związku Komunistów Polskich “Proletariat”, decyzją sądu wykreślonego z rejestru partii politycznych.

18 lat temu nasi towarzysze nie przestraszyli się represji i w pół roku zbudowali nową partię komunistyczną, odwołującą się do historycznej nazwy oraz tradycji ruchu robotniczego.

Od początku działalności regularnie odnosiliśmy się do bieżących problemów, wspierając liczne protesty społeczne. Konsekwentnie zajmując stanowisko w obronie praw pracowniczych, w tym 8 godzinnego dnia pracy oraz swobody działalności związków zawodowych. Występowaliśmy przeciwko liberalizacji prawa pracy, zastępowaniu zatrudnienia na etat pracą na umowy śmieciowe lub narzucaniu samozatrudnienia a także podnoszeniu wieku emerytalnego.

Domagaliśmy się poprawy standardów w edukacji i ochronie zdrowia. Wspieraliśmy strajkujących nauczycieli i pielęgniarki. Krytykowaliśmy wieloletnie zaniedbania w transporcie publicznym, w tym na kolei, ograniczanie połączeń oraz prywatyzację. Opowiadamy się za ochroną środowiska, popieraliśmy działkowców a także protest mieszkańców Żurawlowa.

Potępiamy ograniczanie swobód politycznych, militaryzm, zwiększanie wydatków na zbrojenia, tworzenie zagranicznych baz wojskowych USA oraz więzienia CIA w Polsce, a także udział polskich żołnierzy w wojnach imperialistycznych w Afganistanie i Iraku.

Dziś stoimy przed kolejnym wyzwaniem – próbą delegalizacji partii poprzez wniosek ministra sprawiedliwości do Trybunału Konstytucyjnego. Pomimo nasilających się od 5 lat represji wobec działaczy naszej Partii, nie poddajemy się. Rządy PiS przeminą, a idee walki o sprawiedliwość społeczną pozostaną aktualne.

Komunizmu nie da się zakazać!

Byliśmy, jesteśmy i będziemy!
*
KPP, po otrzymaniu informacji o możliwej delegalizacji, otrzymała również wyrazy wsparcia od partii komunistycznych z Grecji i Chorwacji oraz od młodzieżowej organizacji marksistowsko-leninowskiej YCL z Wielkiej Brytanii. Młodzi lewicowcy zorganizowali w tej sprawie pikietę pod budynkiem polskiej ambasady. Z kolei grecka KKE w swoim liście przypomniała o historycznych osiągnięciach polskiej radykalnej lewicy i o tym, że w dobie kapitalistycznego kryzysu jej odważna myśl i działanie są wyjątkowo potrzebne.

Gnicie i butwienie systemu Kaczyńskiego

– Przeciwko wcześniejszym wyborom będzie jeszcze działał fakt, że w tle jest bardzo wiele interesów i interesików, które są powiązane z tą ekipą – mówi prof. Mikołaj Cześnik, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Posłanka PiS, kiedyś dziennikarka Joanna Lichocka stwierdziła, że „dołek jest, ale mniejszy, niż wielu się spodziewało”, oceniając spadek poparcia dla PiS-u. Czy te niespełna 30 proc., które dzisiaj ma PiS, to powód do zadowolenia, czy do zmartwień?

MIKOŁAJ CZEŚNIK: To zależy, kto miałby się martwić albo cieszyć. Przyznać jednak trzeba, że to jest pewne osiągnięcie, że ciągle 30 proc. elektoratu chce głosować na PiS. To mniej więcej 15-18 proc. dorosłej populacji, czyli jakieś 5, może nawet 6 milionów polskich obywateli, którzy mimo wyraźnie gorszej passy Prawa i Sprawiedliwości dalej przy tej partii trwają.

Wydaje mi się, że dość charakterystyczne jest też to, że badania pokazują spadek frekwencji.

Prawdopodobnie gdyby nie było pandemii i konfliktu z Komisją Europejską czy szerzej z Unią Europejską, gdyby nie było gorąco na ulicach, to może popieraliby nadal tę partię i trzeba na to patrzeć jako pewien zasób, który PiS ciągle ma. To, że spada frekwencja, oznacza, że wyborcy posługują się dobrze znanym skryptem – jeśli nie PiS, to oni w ogóle nie będą głosowali. To nie bezpośrednio, ale w sposób wyraźny mówi nam również sporo o opozycji.

Nie wiem, kto miałby się spodziewać, że ten spadek będzie większy, bo skończyły się czasy, kiedy można było, jak AWS czy Unia Wolności, wygrać wybory, stworzyć rząd, a w następnych nie wejść do parlamentu. Dowodzi tego także historia Platformy Obywatelskiej, która mimo 8 lat rządów nie zniknęła ze sceny politycznej. To dowód pewnej instytucjonalizacji.
Oczywiście niektórzy źle oceniają to, że nie pojawiają się nowe podmioty na scenie politycznej, że jest ona zabetonowana i być może dlatego co poniektórzy próbują ten bardziej ustabilizowany niż w latach 90. system partyjny zmienić.

To nie jest tylko domena polska, bo wiele demokracji liberalnych przechodzi właśnie przez takie turbulencje, francuska scena polityczna wygląda zupełnie inaczej, niż jeszcze 10 lat temu, podobnie włoska, na scenie politycznej Stanów Zjednoczonych też się sporo zmienia, choć dwie główne partie polityczne ciągle trwają.

Biorąc to wszystko pod uwagę i patrząc na kontekst, ten wynik PiS jest naprawdę przyzwoity.

Trzeba przyznać, że PiS jak wcześniej trafiło na idealne warunki, to teraz ma tych frontów wojennych pootwieranych sporo, po części z własnej winy. Oczywiście trzeba być sprawiedliwym i przyznać, że pandemia nie jest wymysłem PiS.

Ale brak przygotowania na II falę, przespane wakacje, opowieści, jak to pokonaliśmy wirusa, już tak.

Przyznać trzeba, że przygotowanie do drugiej fali pandemii można oceniać w kategoriach miernych lub jeszcze gorzej, ale prawdą też jest, że przez 30 lat zbudowaliśmy takie państwo, które trudno potem w ciągu paru miesięcy zmienić. Ma tu rację Ludwik Dorn, że to państwo ma pewne cechy charakterystyczne, które są długotrwałe, i nawet długoletnia praktyka takich rządów, jak rządy Prawa i Sprawiedliwości, nie zmieni tego od razu.
Oczywiście to podmiotowe sprawstwo aktorów politycznych ma także wpływ, bo jeśli mniej liczą się kompetencje, a bardziej partyjna wierność, która zawsze była istotna w PiS, to musi się to przełożyć na działanie państwa.

PiS na przełomie 2015 i 2016 roku wykonał spektakularny ruch – odrzucił w ogóle merytoryczne podstawy służby cywilnej i uznał, że wystarczy być wiernym idei partii politycznej. To w dłuższej perspektywie ma bardzo duży wpływ na państwo.

Wiosną poszło nam całkiem nieźle, ale rację ma też pani, że późną wiosną i latem, kiedy można było na przykład budować szpitale polowe, przespano. Zmarnowano też wiele środków, dokonano złych zakupów. Wkradło się też bardzo dużo chaosu, chyba najlepiej pokazują to dwa wydarzenia związane z prezydentem. Pierwsze to fakt, że głowa państwa niezbyt nachalnie narzuca się ze swoją opinią do czasu, aż pojawia się kwestia stoków narciarskich; drugie to kwestia zachowania prezydenta i jego obozu politycznego dotyczące ustawy, która daje dodatkowe środki medykom. To znamienne, że prezydent podpisuje obie ustawy w odstępie dosłownie kilku tygodni, większość sejmowa raz głosuje nad poprawkami, raz nie głosuje… To wszystko dowodzi chaosu i raczej nie wygląda na to, że ta łódź, która płynie po wzburzonym morzu, ma opanowanego kapitana na mostku, który robi wszystko tak jak trzeba. Raczej wiele wskazuje na to, że na mostku kapitańskim trwa ukryta walka i różni rwą się do koła sterowego.

Skoro jesteśmy przy mostku kapitańskim, to czy pana zdaniem Jarosław Kaczyński kontroluje jeszcze sytuację i zarządza poprzez konflikt, czy sytuacja wymknęła mu się spod kontroli?

To pytanie empiryczne, na które trudno mi odpowiedzieć, bo nie mam odpowiednich danych. Natomiast jeżeli porówna się tryb działania i aktywności polskiego rządu w 2016/17 roku i dziś, to widać jak na dłoni, że sytuacja jest inna. Oczywiście wtedy okoliczności były dużo bardziej sprzyjające, ale i w niesprzyjających warunkach można sobie pozwolić na lepsze zarządzanie.

Mówiąc obrazowo i trzymając się marynistycznego języka, to będzie to sprawnie płynąca łódź po nawet bardzo wzburzonym morzu, gdzie ekipa działa wspólnie, w zgodzie, zaangażowana w osiągnięcie wspólnego celu.
Dziś w PiS jest na odwrót, a nie wiemy jeszcze, jaka jest rola Gowina, na ile urósł Ziobro, na ile ma wpływ Kaczyński, a na co Morawiecki, jaka jest rola Błaszczaka.

To jest ta część polityki, która jest przed opinią publiczną głęboko skrywana. Wiemy też, że pewne kompromitujące materiały krążą i są politycznie rozgrywane, a przypadek ostatniego wydarzenia w Brukseli ze znajomym pana premiera Orbána, który brał udział w dość dziwnej imprezie, pokazują, że przypadków nie ma. Nie mam wątpliwości, że ten przypadek stał się elementem rozgrywki z Węgrami. Jestem też przekonany, że podobne rzeczy dzieją się w naszej polskiej polityce i gra się pewnymi kompromitującymi faktami. Powszechność nagrywania spotkań jest tego najlepszym dowodem.

Na ile notowaniom rządu szkodzą wewnętrzne walki frakcyjne, a na ile czynniki zewnętrzne, jak pandemia, Strajk Kobiet, spór z Unią Europejską?

Myślę, że to trudno rozgraniczyć, bo one są ze sobą w pewnym sprzężeniu zwrotnym. Wyzwania, przed którymi stoimy, choć mają naturę obiektywną, są niezwykle trudne. Kiedy one się spotykają z reakcją spójną, to możliwość działania państwa i jego administracji jest nieporównywalnie lepsza. Gdy każdy ruch jest skonstruowany tak, aby zaszkodzić innym, to musi to skutkować ogólną gorszą kondycją państwa i odbijać się na jego sprawności.

To może być nazwanie premiera miękiszonem, to mogą być różne inne uszczypliwości, ale to może być także poinformowanie opinii publicznej o telefonie prezydenta, który pytał o stoki. Jestem przekonany, że to nie jest przypadek, że ta informacja wypłynęła i właśnie ten telefon został upubliczniony.

Założę się, że pan premier Gowin nie opowiada o każdym telefonie, który odbiera od prezydenta, premiera czy innych ważnych polityków.

Takie kwestie nie służą czy wręcz szkodzą, i to nie tylko partii rządzącej, ale także sprawności całego państwa, a to odbija się na nas wszystkich. Nie mówię tu tylko kwestii służby zdrowia, ale także o edukacji, czego negatywne skutki zobaczymy dopiero za parę lat.

Podsumowując, obie grupy czynników są ważne. A to, że są ze sobą w sprzężeniu zwrotnym, dodatkowo eskaluje problemy.

Czy będą wcześniejsze wybory?

We wcześniejsze wybory, póki co, nie wierzę, bo byłoby to bardzo ryzykowne, choć jest to oczywiście jedna z opcji, która leży na stole. Warto sobie zdawać sprawę, że jako wspólnota stoimy przed bardzo poważnymi wyzwaniami. Na pewno wielu polityków analizuje, czy warto przez najbliższy rok, dwa, trzy mierzyć się z tymi wyzwaniami, które wyglądają jak dwanaście prac Heraklesa. To nie jest rok 2016 czy 2017, kiedy była i kasa, i spokój, i koniunktura.

Nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński może zastanawiać się nad tym, czy warto dalej trwać w rządzie i tracić poparcie, bo przy tej nieudolności, którą wymusi nie tylko słaba jakość jego kadr, co rzeczywistość, być może lepiej się teraz wycofać do opozycji, skonsolidować obóz, a wiem, że w tym Kaczyński jest bardzo dobry, i być może kiedy zacznie się bardzo sypać, Jarosław Kaczyński oddał władzę, ale zapewni sobie taką pozycję, jaką dziś ma Platforma Obywatelska. Analogicznie można powiedzieć, że PO idzie drogą PiS-u z lat 2007-2015.

Czy PiS wróci na szczyty poparcia?

To zależy od tego, jak wielki będzie kryzys, a ten nie będzie zależał wyłącznie od tego, jak będzie się zachowywała partia rządząca. Zobaczymy, co będzie się działo na świecie z pandemią. Istotny jest również wątek europejski, bo jeśli zostaniemy wypchnięci, oczywiście na własne życzenie, z tego porozumienia dotyczącego pieniędzy, za które ma się odbudować Unię Europejską po kryzysie epidemicznym, to będzie jeszcze gorzej. Także dlatego, że pieniądze, które miały być dla nas, trafią do innych, nie tylko zatem nam będzie gorzej, ale i innym jeszcze lepiej, bo dostaną naszą pulę pieniędzy.

Oczywiście można sobie teoretycznie wyobrazić sytuację, kiedy PiS będzie zyskiwać na przykład w sytuacji jakiegoś bardzo poważnego zagrożenia, które z reguły nawet zaciekłych przeciwników rządzących konsolidują przy władzy. W 1913 czy 1938 nikt nie spodziewał się tego, co się potem wydarzyło.

Można też sobie wyobrazić, że któraś ze stron decyduje się na siłowe rozwiązanie i spokój na ulicach zostanie osiągnięty za pomocą twardej ręki władzy. Doświadczenia pokazują, że w Polsce mamy zwolenników porządku nawet za wysoką cenę. Jak by było dzisiaj, nie wiem, ale nie można tego wykluczyć.

Zwróćmy dodatkowo uwagę na fakt, jak wiele mają dziś do powiedzenia media, które oddziałują na emocje, a te, jeśli będą odpowiednio rozhuśtane, to wyobrażam sobie, że może pojawić się skłonność do grupowania się wokół silnego ośrodka władzy. Być może drastycznym, ale dobrym przykładem jest to, co stało się w Polsce w 1939 roku, kiedy odwieszono na kołek wszelkie niesnaski. Władysław Broniewski pisał wiosną 39 roku: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt”.

A ten najbardziej możliwy?

Stawiam na gnicie i butwienie tego systemu stworzonego przez Jarosława Kaczyńskiego. Przeciwko wcześniejszym wyborom będzie jeszcze działał fakt, że w tle jest bardzo wiele interesów i interesików, które są powiązane z tą ekipą, i politycy z 3, 6 i 7 rzędów w parlamencie nie będą chcieli ponownie wystawiać się na ryzyko wyborów, szczególnie kiedy ktoś wsadził żonę, brata czy innych pociotków na intratne posady. No i pytanie, kiedy mniejsi koalicjanci uznają, że przyszedł czas, aby wyrwać więcej lub odwrotnie, ich notowania ustawią ich poza parlamentem.

Ziobro ma już doświadczenia, że trwanie na marginesie polskiej polityki nie jest łatwe, a lepiej siedzieć w mainstreamie. Dziś Ziobro tam jest i jednocześnie stara się rozpychać się łokciami i poszerzać swoje władztwo.

Przyszedł czas na wyrwanie od PiS-u więcej?

Gdyby dzisiaj Ziobro wystąpił ze Zjednoczonej Prawicy i zabrał swoich posłów i spróbował z kimś się dogadywać, to kto wie…

Nie bardzo ma z kim?

Z Konfederacją, co więcej, można sobie wyobrazić „pakt o nieagresji” między Konfederacją i nawet z Ziobrą, aby pozbyć się Kaczyńskiego. Jestem przekonany, że wielu uważa, że Kaczyński wciąż jest istotnym elementem polskiej polityki i jeszcze przez parę lat będzie, więc w wyjęciu tego elementu wielu może upatrywać swoją szansę i nowe otwarcie.

To, co się dzieje w Zjednoczonej Prawicy, jest też pewnego rodzaju walką pokoleniową i to ciśnienie polityków młodego pokolenia będzie rosło w tym garnku i w końcu pokrywka wystrzeli.

Zresztą podobne przeciąganie liny widzę po stronie opozycji, gdzie jest pewien rodzaj rywalizacji, który może być suboptymalny z punktu widzenia opozycji. Te niesnaski między Hołownią, Trzaskowskim, PSL, Lewicą, Czarzastym itd. mogą doprowadzić do tego, że podobnie jak w 2019, mimo niezłego wyniku opozycji, która razem zdobyła blisko milion głosów więcej, w parlamencie nie miała większej liczby mandatów.

To są oczywiście konsekwencje D’Hondta, ale wszyscy to wiedzą i trzeba się z nimi liczyć.

Skoro rząd powołuje partia, która nie ma poparcia większości, a potem łamie konstytucję, to może warto zmienić ordynację wyborczą?

Nie jestem pewien, bo jednak pewna stabilność, którą osiągamy przez ostatnie lata, i fakt, że udawało się domykać cykle wyborcze, jest jednak pewnym osiągnięciem. Po drugie pytanie, jaka miałaby być ta inna ordynacja i co miałaby robić, bo można wylać dziecko z kąpielą. Łatwo doprowadzić do sytuacji, kiedy wrócimy do mniej stabilnych rządów, co obserwowaliśmy w latach 90.

Zwracam też uwagę, że nikt nie broni zawiązania koalicji tylko na czas wyborów. To nie jest nielegalne. Oczywiście wola wyborcy jest zawsze najważniejsza, ale wyrażona jest tylko w dniu wyborów. W Polsce mamy mandat otwarty, a nie zamknięty, posłowie nie są związani żadnymi instrukcjami. Spokojnie sobie wyobrażam, że wszyscy niezwiązani z PiS tworzą koalicję, a po wygraniu wyborów wracają do swoich partii. Podobnie postąpiła zresztą Zjednoczona Prawica.

Ziobro jest przeciw, ale jednak za

Zbigniew Ziobro zadeklarował pozostanie w rządzie, a jednocześnie zapowiedział, że będzie walczył z ustaleniami szczytu Unii Europejskiej.

Od rana 12 grudnia trwało posiedzenie zarządu partii Solidarnej Polski, który obradował, jak odnieść się do wynegocjowanego przez rząd Polski i Węgier porozumienia z Unia Europejską w sprawie powiązania budżetu z przestrzeganiem praworządności w krajach członkowski. Ziobro poinformował, że został złożony wniosek o wyjście jego ugrupowania z koalicji i że został on odrzucony głosami 12 : 8, co oznacza pozostanie Solidarnej Polski w rządzie, a Zbigniewa Ziobry na stanowisku ministra sprawiedliwości i prokuratura generalnego. Jednocześnie Ziobro nie pozostawił suchej nitki na porozumieniu. Używał sformułowań, które do tej pory były przez niego i jego akolitów używane – suwerenność, narzucanie rozwiązania, utrata niezależności, są sprawy bezcenne ważniejsze niż których nie da się mierzyć ilością pieniędzy itd. Podkreślił, że Solidarna Polska uznaje porozumienie za błąd.

Otwarcie zapowiedział również, że jako minister sprawiedliwości będzie walczył o jego uchylenie poprzez zwrócenie się zarówno do Trybunału Konstytucyjnego, jak i trybunału w Luksemburgu, by ciała te sprawdziły, czy porozumienie to nie jest sprzeczne z europejskimi traktatami i czy jest zgodne z polska konstytucją. Partia Ziobry, zgodnie z jego zapowiedzią, będzie głosować przeciwko ustaleniom szczytu. Ziobro przedstawił apokaliptyczny scenariusz: jak przekonywał, ustalenia szczytu oznaczają, że Bruksela jest w stanie narzucać swe rozwiązania polskiej władzy na każdym poziomie: samorządowym, ministerialnym, rządowym i prezydenckim, a w ostateczności może obalić nieposłuszny Unii rząd. Twierdził, że jest to krok w kierunku europejskiego państwa federacyjnego kosztem państw narodowych.

Mimo tej miażdżącej krytyki, SP pozostanie w rządzie. Ziobro objaśniał to tym, że wyjście jego ugrupowania z rządu oznacza wcześniejsze wybory parlamentarne, a więc ryzyko utraty władzy i niemożności dokończenia założonych celów politycznych.

Delfinowi wyrosły kły

Ostatnie wyskoki Ziobry, z „albo śmiercią w Brukseli” na czele, to tylko wisienka na wielopiętrowym torcie który rośnie od lat, a szczególnie po wyborach w 2015 roku.

Ziobro jest pojętnym politykiem. Po wpadce z doktorem G. nauczył się nie brylować przed kamerami. Teraz gada publicznie tylko wtedy, gdy musi, a musi rzadko. Dzięki temu zabiegowi wyrasta na myśliciela. I nie tylko…

A kto to jest Morawiecki

Drugą lekcją, którą odrobił, jest nauczenie się, że z prezesem się nie pogrywa. Udowadnia Kaczyńskiemu, że Solidarna Polska jest bardziej pisowska niż PiS.

Prezes musi to dostrzegać. W przeciwnym wypadku nie pozwalałby Ziobrze zdobywać coraz to nowych przyczółków jego władztwa. I to zarówno tych realnych jak i politycznych. A wizerunek ministra sprawiedliwości w narodzie rośnie dzięki temu, że robi porządek z głupotami, z którymi nie chciało się nic zrobić Platformie. Likwiduje bezkarność dla bogaczy mogących wynająć najlepszych prawników, czyli kontradyktoryjność w procesach karnych. Ukraca finansowe apetyty komorników. Zdejmuje z ludzi strach przed ściganiem za przedawnione lub wymyślone długi. Podnosi kary dla piratów drogowych, gwałcicieli i innych takich, których naród się boi. Wprowadza do polskiego systemu prawnego konfiskatę rozszerzoną. Uruchamia rejestr pedofilów. Zaostrza przepisy pozwalające ścigać alimenciarzy. Poszerza zakres obrony koniecznej. To wszystko ma mu dać rząd dusz.

Rząd państwa zdobywa jednak inaczej. Skorzystał choćby z tego, że w latach 2016-17 CBA gromadziło kwity na osoby współpracujące z resortem skarbu przy procesie prywatyzacji i zbycia akcji Ciechu. Kwity trafiły do podległych Ziobrze prokuratorów, najpierw z Warszawy, a w maju 2017 r. do bardziej zaufanych w Katowicach. W sprawie chodzi o zbyt tanią sprzedaż za czasów PO grupie Kulczyk Investments 37,9 proc. należących do skarbu państwa akcji Ciech SA za 619 mln zł, „czym wyrządzono państwu szkodę majątkową w wielkich rozmiarach”. Prokuratorzy wyliczyli ją na 110 mln złotych.

W lutym zatrzymano 6 osób. W tym byłego wiceministra skarbu i prezesa Giełdy Papierów Wartościowych oraz ministerialnego urzędnika. Sąd nie zgodził się na ich areszt, a prokuratura złożyła zażalenie. Pro forma raczej.
Bo Ziobrze nie o nich chodzi. Nie zależy mu też, aby proces rozpoczął się szybko. Procedury przygotowawcze mają trwać do czasu, kiedy minister sprawiedliwości dostanie decyzję, że pora pozbyć się Mateusza Morawieckiego. Od Jarosława Kaczyńskiego.

Rzecz w tym, że kierowany przez Morawieckiego bank współpracował przy prywatyzacji Ciechu. Konkretniej zaś, to Bank Zachodni WBK dał firmie Kulczyka kredyt na zakup jego akcji. Nie ma siły, by przy tej skali pożyczki w sprawie nie uczestniczył osobiście aktualny szef rządu.

W tej chwili Ziobrze i Kaczyńskiemu wystarczy, że mają na premiera haka. Przesłuchanie przez prokuratora pod kątem spekulowania na krwawicy Polaków, byłoby początkiem końca następcy Szydło. Prawdziwym finałem byłoby stannięcie Morawieckiego przed sądem w roli oskarżonego o świadomy udział w oszwabieniu skarbu państwa.

Ciech nie jest jedynym powodem, dla którego premier nie powinien drzeć kotów z Ziobrą. Bo wtedy jakiś prokurator mógłby pogrzebać w papierach i dojść do wniosku, że dom maklerski należący do kierowanego przez Morawieckiego BZ WBK pośredniczył w próbie wrogiego przejęcia polskich Azotów przez Rosjan.

Odsadzić Dudę od Trumpa

Rozgrywanie kwestii Ciechu to ledwie kolejny rozdział pokazywania jaka jest realna siła ministra sprawiedliwości. Zdobywanie realnej władzy zaczął niemal po zaprzysiężeniu gabinetu Szydło.

Dwa lata temu Ziobro zapragnął zaskarbić sobie względy wicepremiera Glińskiego. Od człowieka bliskiego wicepremierowi, szefa Reduty Dobrego Imienia – Macieja Świrskiego dostał projekt nowelizacji ustawy mający na celu „ochronę dobrego imienia Rzeczpospolitej Polskiej, w szczególności ochrony Państwa Polskiego przed oskarżeniami o współudział w zbrodniach wojennych dokonanych przez okupanta na ziemiach polskich”.
Przyjął projekt pod skrzydła swojego resortu choć Instytut Pamięci Narodowej, to byt odrębny od administracji. Ma też swoich prawników i ustawowo winien współpracować z resortem Glińskiego, lub Czaputowicza, a nie Ziobry.

Chęć pozyskania Świrskiego, czyli Glińskiego, powoduje jednak, że Ziobro wchodzi w nowelę, ale odpowiedzialnym za jej procedowanie robi swojego zastępcę Patryka Jakiego. Słusznie.

Gdy projekt ukazał się w internecie 17 lutego 2016 r. rozpoczął się festiwal wieszania na nim psów. Pretensje mieli wszyscy. Od organizacji pozarządowych, przez naukowców, po MSZ. Już w marcu 2016 na biurko Ziobry trafiały opinie, w których tylko debil nie dopatrzyłby się znamion tej zadymy, przez którą Duda miał embargo na Trumpa. Minister sprawiedliwości wiedział, że wszedł na minę. Było jednak za późno. Ziobro mógł jedynie podzielić się współautorstwem z innymi. Projekt nowelizacji stał się zatem pomysłem całego rządu i szybciutko trafił do Sejmu.

Leżał tam sobie przez 1,5 roku, bo Kaczyński, z którym Ziobro podzielił się wynikami konsultacji nowelizacji o IPN, wiedział czym to pachnie. W styczniu 2018 r. prezes uznał jednak, że taka zadyma to idealny lep na elektorat, któremu nie spodobało się wywalenie z rządu Macierewicza.
Resztę znamy, – musieliśmy się kajać po głupocie ze ściganiem po całym świecie ludzi mówiących, że Polacy nie zajmowali się podczas okupacji wyłącznie karmieniem i głaskaniem Żydów. Twarz nowelizacji dał Jaki, popłynął na tym Morawiecki, Gliński się ośmieszył, zaś Czaputowicz wykazał się nieudolnością urzędniczą. Ale Minister Sprawiedliwości – odpowiedzialny politycznie za wkurzającą pół świata nowelkę – pozostał niezbrukany.

Administracja podległa prokuratorowi

Uchronienie Ziobry przed odium ustawy o IPN to nie przypadek. Jego rola w rządach PiS jest od początku znacznie większa niż się wydaje. Dowodem jest choćby arcydrobna sprawa rozesłania w lutym 2017 roku przez zastępcę Prokuratora generalnego – czyli Ziobry – pisma, w którym przypomina, że niedopuszczalne jest przyjęcie przez Kierownika Urzędu Stanu Cywilnego oświadczenia o wstąpieniu w związek małżeński przez osoby tej samej płci. Przypomina prokuratorom, a nie kierownikom USC.
Wszechmoc ludzi Ziobry wypływa z ciągu dalszego pisma jego zastępcy: „prokuratura stoi na straży praworządności. Zadanie to realizowane jest m.in. poprzez wytaczanie powództw w sprawach cywilnych oraz składanie wniosków i udział w postępowaniu sądowym w sprawach cywilnych, z zakresu prawa pracy i ubezpieczeń społecznych, jeżeli tego wymaga ochrona praworządności, interesu społecznego, własności lub praw obywateli”. Dlatego „prokurator może żądać wszczęcia postępowania w każdej sprawie, jak również wziąć udział w każdym toczącym się już postępowaniu, jeżeli według jego oceny wymaga tego ochrona praworządności, praw obywateli lub interesu społecznego”. Czy można takie pismo interpretować inaczej niż pokazanie prokuratorom, że są ponad wszystko. A w ich kompetencjach jest kontrolowanie poczynań wszystkich urzędników państwowych. Zaś wszyscy prokuratorzy podlegają Zbigniewowi Ziobrze.

To sobie teraz posądzimy

A to i tak jeszcze nie szczyt kompetencji „pana Zbyszka”. Ten zdobył dzięki skokowi na sądownictwo. I niech nikogo nie zmyli letnia burza medialna z zawetowaniem przez Dudę ziobrowych ustaw. Po kandydatach do KRS widać kto wygrał. To „krewni i znajomi” Ziobry wybierają Sąd Najwyższy. Ziobro obsadza swoimi ludźmi stołki we wszystkich sądach. A w prokuraturach nie ma śladu po tych, którzy kiedykolwiek mu podpadli.
No i obsadzony przez ziobrowych nominatów Sąd Najwyższy będzie zatwierdzał wyniki wyborów – bądź nie zatwierdzał. Jego prokuratorzy będą oskarżać, lub umarzać. Zaś lokalni sędziowie z nadania Ziobry, równie dobrze mogą skazywać jak i obdarować zadośćuczynieniem. Jeśli to nie jest władza najbardziej realna, to co to jest?

Zanim doszło do podmiany pani Szydło na Morawieckiego, magazyn “Politico”, ogłosił ranking 28 osób z naszego kontynentu, które w 2018 roku w największym stopniu będą miały wpływ na politykę europejską. Na 14 miejscu znalazł się nie kto inny, jak polski Minister Sprawiedliwości i Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro. Jego nazwisko opatrzono proroctwem, że dzięki potężnej władzy, którą zgromadził, będzie w stanie obalić prezesa.

Tu jednak publicyści „Politico” się mylą. Gdyby Kaczyński nie był – przeczołganego po eksperymencie z Solidarną Polską – pewny Ziobry jak siebie, to nigdy nie pozwoliłby mu na zdobycie władzy niemal absolutnej. Niegdysiejszy delfin, czyli kandydat prezesa na swego następcę wrócił. To co się dzieje od paru miesięcy, chyba najlepiej to potwierdza. Dziś jasno widać, że Ziobro chce zgarnąć całą pulę.

Chwilowy pokój na prawicy

Nie będzie rozpadu Zjednoczonej Prawicy. Jarosław Kaczyński nie zaryzykował przeprowadzenia przyspieszonych wyborów. Prezes ukazał koalicjantów odebraniem im po jednym ministerstwie. Mało kto wierzy, że dzisiejsza ugoda zakończy tarcia wewnątrz obozu władzy.

Przez ostatnie dni Zbigniew Ziobro odgrywał na konferencjach prasowych rolę pokonanego, zapewniając, że zależy mu na dalszym trwaniu Zjednoczonej Prawicy, czyli „koalicji najlepszej dla Polski” oraz, że wycofanie ustawy o bezkarności urzędników nie jest już sprawą, którą stawia na ostrzu noża.

Jarosław Kaczyński oczekiwał właśnie takiego zachowania, a widząc swojego koalicjanta ukorzonego, podjął decyzję o powrocie do negocjacji, które zakończyły się w sobotę 26 września zawarciem nowej umowy koalicyjnej.

– Jestem głęboko przekonany, że dzisiejszy dzień dobrze zapisze się w naszej historii, bo mamy przed sobą trzy lata do kolejnych wyborów parlamentarnych. Jestem zupełnie pewien, że to będą lata dobrze wykorzystane dla Polski – mówił prezes PiS.

Jarosław Gowin próbował z kolei wytłumaczyć tło nieporozumień, które według niego jest zarazem największą zaletą koalicji. – Siłą naszego obozu zawsze był pluralizm, ale też jedność – mówi Jarosław Gowin. Zapowiedział też, że w nowej strukturze rząd będzie funkcjonować sprawniej. – Podpisanie dziś umowy koalicyjnej to informacja, na którą czekały miliony Polaków i jestem przekonany, że dobrze przysłuży się Polsce – mówi Gowin.
Dla Porozumienia i Solidarnej Polski nowe warunki koalicji będą jednak zdecydowanie gorsze. Stracą po jednym ministerstwie, co jest bolesnym ciosem zwłaszcza dla Ziobry, którego formacji odebrany zostanie resort środowiska, pod który podlega spółka Lasy Państwowe – w zasadzie nieograniczone źródło dochodów. Co więcej, do rządu, w roli supervisora ma wejść Jarosław Kaczyński, który będzie piastował funkcję ministra bez teki odpowiedzialnego za sprawy wewnętrzne, bezpieczeństwo i sprawiedliwość. Czyli w zasadzie za wszystko.

W przypadku Porozumienia ból będzie mniejszy. To człowiek z tej partii – prawdopodobnie sam Jarosław Gowin – obejmie nowy superresort rozwoju, pracy, budownictwa i turystyki. Policzone wydają się zarówno dni minister Maląg w ministerstwie pracy i polityki społecznej, jak i samego ministerstwa z dotychczasowym zakresem kompetencji. Dla pracowników i związków zawodowych działacz Porozumienia w resorcie pracy nie oznacza dobrej zmiany. Dotychczasowa polityka rządu w walce z pandemicznym kryzysem zdecydowanie koncentrowała się na obronie firm, kosztem obniżania zarobków pracowników. Wszystko wskazuje na to, że nic się w tym względzie nie zmieni, chyba że na gorsze, bo radykalnie wolnorynkowe poglądy Jarosława Gowina nie są dla nikogo tajemnicą.

Upust krwi

Trwa licytacja, kto kogo najbardziej upokorzył: niedoszły delfin Ziobro – Kaczyńskiego, czy już mniej wszechwładny Naczelnik Państwa ułaskawionego zdrajcę.

Po pięciu latach liczenia szabel Prokurator Generalny i Naczelnik z Nowogrodzkiej uznali, że czas przenieść ubój rytualny, znaczy się kto komu upuści więcej krwi, na wyższy poziom.

Swój wkład wniósł minister Ardanowski od rolnictwa. Po tym, jak wystrzelał milion dzików popadł w pustkę i przemyślenia, spłodził list do Naczelnika, ten go olał, więc postanowił stanąć na czele „buntu chłopów”. Do Leppera mu jednak trochę brakuje. Prof. Migalski postanowił jasno postawić sprawę: PiS odpuści sobie władzę, rząd mniejszości to mrzonka, odda cały ten bajzel opozycji, spokojnie sobie przeczeka trzy lata i wróci w roku 2023 do służenia narodowi przez dekady.

Nie wątpię, że na opozycję padł blady strach. Wprawdzie liderzy ogłosili, że są zwarci i gotowi podjąć wyzwanie. Ale to nie to samo, co dać sobie radę z rzeczywistością. Wyhamowanie rozwoju gospodarki jest nieuniknione. Jest kwestią, jak będzie głębokie, 4 czy może więcej procent PKB i na jaki okres. O finansach państwa niewiele wiadomo, przynajmniej w tak zwanej przestrzeni medialnej. Pewną wskazówką, że mieszek jest głęboko pusty, jest tempo zadłużania się, które od 2015 roku podwoiło się. Przedłuża się stan niewydolności górnictwa węgla kamiennego, co rzutuje na bilans energetyczny kraju i przyszłość 80 tysięcy górników. Dostępność energii to kwestia angażowania się w projekty inwestycyjne. Nie zostały podjęte żadne liczące się działania, dotyczące zaopatrzenia w wodę rolnictwa w obszarach suszy. Na granicy wydolności jest służba zdrowia. Jakby tego było mało roczne obciążenie ZUS osiągnęło 100 mld zł i stanowi główną tzw. sztywną pozycję w budżecie.

Prof. Grzegorz Kołodko, były minister finansów i wicepremier w czterech rządach jest zdania, że niefrasobliwość, z jaką zostały rozdane środki z okresu koniunktury wymaga — cytuję — „darowania sobie bzdurnych pomysłów: z Centralnym Portem Komunikacyjnym i zmniejszenie nakładów dla Ministerstwa Obrony Narodowej”. Dla potencjalnych zmienników władzy jest więc to i owo do ogarnięcia.

Taka piękna katastrofa

Jak się źle dzieje na prawicy, to nie powiem żebym jakoś szczególnie się z tego powodu smucił. Nawet w pewien sposób mnie to bawi. Może nie raduje, bo, jak śpiewał pewien kolega z Płocka, lepiej jest, „żeby ludzie się kochali a nie napierdalali”, ale wolę kiedy nasza prawica zajmuje się sobą a nie Polską. Jest wtedy dla kraju jeszcze jakaś nadzieja.

Doprawdy, nie mogę pojąć jednego; być może jestem za głupi, nie znam się na polityce (to na pewno!), może za krótko byłem w wojsku, ale pomysł z wnioskiem KO o wotum nieufności dla Ziobry po prostu mi się podoba. Oczywiście wtedy, kiedy prawica nadal skakałaby sobie do gardeł, bo byłaby szansa obejrzeć w Sejmie naprawdę porządną komedię. A wyglądałoby to miej więcej tak…

Jakimś cudem opozycji udaje się przepchnąć wniosek o wotum nieufności dla Ziobry przez marszałkowską laskę (bo marszałek Witek akurat na zwolnieniu i ktoś nie dopilnuje). Oczywiście, bardzo możliwe że posłów Koalicji wyręczy wcześniej premier Morawiecki, który zdymisjonuje Ziobrę, zanim cokolwiek z ich wnioskiem się zadzieje, ale jeśli nie, to choćby dla sportu, można by obejrzeć dyskusję nad przyszłością ministra sprawiedliwości. Bardzo jestem ciekaw, kogo PiS wystawiłby do obrony pana ministra i dlaczego nie byłby to Mateusz Morawiecki. A może jednak by był; zacisnąłby zęby i na oczach ludzi opowiadałby, jakiż to Zbigniew Ziobro jest szlachetny, prawdomówny i pryncypialny. Dla samej obłudnej gry tych ludzi chciałbym taką sejmową dyskusję ujrzeć na własne oczy i na własne uszy usłyszeć, żeby przekonać się, jak bardzo drwią sobie z nas i naszej ludzkiej przyzwoitości politycy PiS-u, kiedy obłuda cieknie im z ust gdy je otwierają. Szans na to, że PiS dopuści do głosowania przed ustaleniem losów ostatecznych Ziobry nie ma najmniejszych, bo mogłoby się okazać, że dla pisowskiego interfejsu białkowego z kartami do głosowania, jak ongiś określił szeregowych posłów jeden nieszeregowy, Zbigniew Ziobro od dawna jest skończony, ale zagłosują i tak, jak każe im ich pan, a nie sumienie, bo żeby głosować zgodnie z sumieniem, najpierw wypadałoby je mieć.

Pogodziłem się z tym, że nie obejrzę tej komedii; kiedy PiS łajałby Ziobrę, żeby finalnie za nim zagłosować, bo jednak hołd lenny Zbigniewa okazałby się być miły sercu Wielkiego Jarosława i trzeba by wszystko odkręcić. Niedosyt jednak zostaje. Tak jak po ostatnich wyborach. Niby wszyscy wiedzieli jak to się skończy, a jednak każdy liczył, że może tym razem będzie inaczej. Dlatego właśnie daję punkt dla KO za pomysł; żeby pobudzić do wysiłku szare komórki obywateli, kiedy będą sobie wyobrażać, co by było, gdyby się jednak udało i można by popatrzeć wreszcie na sejmową debatę bez odruchu wymiotnego na starcie. Że coś by się wreszcie działo, jakiś ferment, zaniepokojenie, brak własnego zdania; że odsłoniłby wreszcie PiS swoją fasadowość i bylejakość trzymaną za pysk przez prezesa za pomocą bardzo krótkiej smyczy. Ale chyba jeszcze nie tym razem. A szkoda. Mogłaby być taka piękna katastrofa.