Kaczyński wychował sobie wyznawców

– Zamiast skutecznie walczyć z pandemią ta władza będzie sobie rachowała kości, szukała nowych układanek politycznych. Tu znowu mamy analogię do piłsudczyków z lat 30., którzy zamiast walczyć z kryzysem walczyli z opozycją – mówi prof. Tomasz Nałęcz, historyk i były poseł na Sejm, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: PiS zapłaci utratą poparcia i władzy za nieudolność? Na razie w sondażach ma niezmiennie ok. 30 proc.

TOMASZ NAŁĘCZ: Przede wszystkim my wszyscy za to płacimy, bo przecież w milionach polskich rodzin ludzie żyją niepokojem, chorobą bliskich, perspektywą zarażenia. Za nieudolność PiS-owską płacimy teraz my, ale i PiS zapłaci w swoim czasie. Nie można w takich sytuacjach przedkładać nad zdrowie ludzi własnych egoistycznych interesów. PiS nie ma co marzyc o powrocie do notowań rzędu 40 proc.

Oczywiście będzie pewna część wyborców, którzy przy PiS zostaną, bo na tym polegało mistrzostwo Kaczyńskiego, że bardzo głęboko podzielił Polskę i stworzył nie tyle rzesze swoich zwolenników, co wyznawców. Pewnie część z nich, zindoktrynowanych przez PiS-owskie media, uważające się, o ironio, za wolne, zostanie przy Kaczyńskim. Ludzie, którzy myślą samodzielnie, a widzieli w PiS-ie szansę na nowe otwarcie w Polsce, cofnęli swoje poparcie dla władzy.

Daniel Obajtek pokazał swój majątek i okazało się, że jest jeszcze większy, niż wszyscy myśleli. Dokumenty zobaczyli tylko wybrani dziennikarze. Prezes Orlenu jest właścicielem lub współwłaścicielem 38 nieruchomości, a większość z zarobionych 7 mln uzyskał za rządów PiS. Dlaczego teraz prezes Orlenu zdecydował się pokazać majątek, czy ta decyzja należała do niego?

Jestem byłym przewodniczącym komisji badającej, zdawało się, pierwszą wielką aferę XXI wieku – aferę Rywina. Gdy dziś myśli się o reakcji na tę aferę w porównaniu do tego, co dziś robi PiS, to nóż się sam w kieszeni otwiera. Pamiętam Zbigniewa Ziobrę z tamtych czasów i jego oburzenie na każdą nieprawość w przestrzeni władzy, wtedy lewicowej.

Chciałbym dzisiaj skonfrontować tamtego Zbigniewa Ziobrę z dzisiejszym. Pamiętam oburzenie Ziobry i PiS-u na prokuraturę, że jest ona za mało skuteczna w sprawie Rywina. Paradoksem jest, że tamta przypominała miecz samurajski w porównaniu do dzisiejszej.

Byłem wówczas posłem Unii Pracy, ale miałem wiele kontaktów wśród kolegów z SLD i wiem, że taka afera rodzi oburzenie nie tylko w szeregach zwolenników drugiej strony, ale też i własnego ugrupowania. Jarosław Kaczyński wymodelował swoich zwolenników w specyficzny sposób, ale mimo to uważam, że zwolennicy PiS-u są zgorszeni tymi informacjami. Tu nie chodzi tylko o stan interesów pana Obajtka, ale i o nieporadność czy omnipotencję organów ścigania w tej sprawie, zwłaszcza że PiS zbudował swój publiczny wizerunek na egalitaryzmie, równości, sprawiedliwości, a nawet na takim odruchu pogardy i nieufności u ludzi, którzy się dorobili. Daniel Obajtek mógłby doskonale się znaleźć na sztandarze liberałów sprzed 30 lat, ale nie PiS-u.

W sprawie pokazania majątku decyzję podjął Jarosław Kaczyński, bo to on stworzył Daniela Obajtka. Dziś pewnie bardzo żałuje, że tak się przyspawał do tej postaci, ale dotykamy tu znowu kwestii ustroju autorytarnego. Wódz w takim ustroju nie może się mylić, więc Jarosław Kaczyński jest dziś zakładnikiem pana Obajtka. Pewnie sztab ludzi myśli dziś na Nowogrodzkiej, jak z tego wybrnąć, bo na pewno mają własne badania i widzą, jak ta afera im ciąży.

Czy to wystarczy do opanowania sytuacji?

To tylko półśrodek, bo nie było to pełne ujawnienie majątku, tylko przedstawienie dokumentów wybranym dziennikarzom. Nie sadzę, aby to skutecznie pomogło w opanowaniu tego kryzysu.

Po drugie, pokazano skalę majątku pana Obajtka. Uważam, że zaletą 30 lat wolności jest to, że ludzie mogą się dorabiać, jeżeli tylko potrafią to skutecznie robić, ale ta skala majątku musi szokować. Najbardziej dramatyczne są tu zresztą nie ilości nieruchomości czy kwoty, tylko pytania o interesy wójta Pcimia, o łamanie prawa i składanie kłamliwych zeznań przed sądem.

Widać, że PiS się cofa i próbuje budować kolejne linie obrony, jak armia spychana przez drugą stronę do coraz głębszej defensywy. Kolejne linie obrony padają i odsłaniają kolejne możliwości dla atakujących. Już czytam dziś, że dociekliwi dziennikarze widzą nowe tropy w pokazanych dokumentach.

Jeszcze trochę czasu minie, zanim Jarosław Kaczyński zdecyduje się przyznać do porażki i przestanie czynić z Obajtka wzorca z Sèvres skuteczności, zaradności, porządności. Będzie też krwawił PiS, co już widać, bo został także podważony mit przywództwa Kaczyńskiego. Dziś widać, że to przywódca, który się słania, nie kontroluje swoich koalicjantów, który nie kontroluje swojego obozu. Nie ma się z czego cieszyć, bo zamiast skutecznie walczyć z pandemią ta władza będzie sobie rachowała kości, szukała nowych układanek politycznych. Tu znowu mamy analogię do piłsudczyków z lat 30., którzy zamiast walczyć z kryzysem walczyli z opozycją, wewnątrz także trwały przepychanki. Jak patrzę na PiS w ostatnich 2-3 latach, to jakbym widział piłsudczyków z okresu dekadencji z połowy lat 30.

Wspomniał pan aferę Rywina. Co się zatem stało z nami, że kiedyś upadały rządy z powodów, dla których dziś nawet nie widać zachwiania w sondażach?

Widzę dwa wyjaśnienia tych odmiennych zachowań. Jarosław Kaczyński przygotował sobie grunt do takiej sytuacji, bo tak ostro spolaryzował Polskę, że uodpornił znaczną część swoich zwolenników na jakąkolwiek argumentację. Jakby pozbawił ich umiejętności samodzielnego myślenia. Każda informacja krytyczna dotycząca obozu rządzącego odbierana jest przez nich jak atak. Uważam, że to było celowe działanie.

Kaczyński podzielił też dziennikarzy i nastąpiła tu głęboka demoralizacja u części z nich. Nie pamiętam z czasów afery Rywina mediów, które by broniły ludzi związanych z aferą. Dziś część mediów na białe mówi czarne, a świat czerni przedstawia jako bieli. Pamiętam część z PiS-owskich dziennikarzy jeszcze sprzed lat, kiedy byli dociekliwi i obiektywni. Nie rozumiem, jak można tak nisko upaść.

Oczywiście rozumiem skłonności autorytarne części społeczeństwa polskiego i niejedna władza w XX wieku próbowała to zdyskontować, poczynając od endeków, piłsudczyków, komunistów, dziś próbuje to robić Kaczyński. Jednak doświadczenie historyka jest takie, że nie jest to przestrzeń tak rozległa, żeby można na tym było coś trwale zbudować. Zwłaszcza że konstrukcja budowana na tej przestrzeni dobrze funkcjonuje w czasach stabilności, przy dobrej koniunkturze, natomiast gwałtownie zaczyna się chwiać w trudnych, chudych czasach.

Czas pandemii pokazuje tę nieporadność PiS-owską i to będą trudne lata dla PiS-u. Choć to nie moja bajka, to wcale się z tego nie cieszę, bo jako emeryt chciałbym żyć w czasach spokoju, a nie wstrząsów. Niestety Jarosław Kaczyński funduje nam życie zgodne z chińskim przekleństwem: obyś żył w ciekawych czasach.

Pisarz Jakub Żulczyk jest ścigany przez prokuraturę za nazwanie prezydenta Dudy „debilem”. Czy przepis o znieważeniu głowy państwa nie jest archaiczny, a po drugie, czy działanie prokuratury nie jest kontrproduktywne, bo o sprawie mówią już media na całym świecie z BBC na czele?

To nie jest prosta sprawa. Moim zdaniem winny jest przede wszystkim ten przepis. Pamiętam, że Bronisław Komorowski był bliski wniesienia prezydenckiej inicjatywy likwidującej go. Zrezygnował z tego, bo politycy doradzający prezydentowi byli nieprzychylni temu pomysłowi. Pamiętam, że prawnicy zwracali wówczas uwagę, że przepis chroni nie tylko polskiego prezydenta, ale też głowy innych państw, i byłoby kuriozalne, gdyby uchylono część dotyczącą polskiej głowy państwa, a zachowano prawną ochronę dobra głów innych państw.

Mnie ta argumentacja nie przekonywała, uważam, że to jest archaiczny zapis jeszcze z czasów średniowiecza, kiedy każde złe słowo o monarsze było wręcz zdradą stanu. Ta tzw. obraza majestatu to przepis zrodzony w czasach monarchicznych, kiedy król był najwyższym prawodawcą, sędzią, władcą itd. We współczesnym demokratycznym społeczeństwie każdy, także przedstawiciel władzy, powinien bronić swojego dobrego imienia, jeżeli uzna za słusznie, w sądzie.

Jestem przekonany, że mało który prezydent wkraczałby na taką drogę przeciwko swoim obywatelom. Na tym także polega demokracja, że można powiedzieć w przestrzeni publicznej wiele niemądrych rzeczy i nie będzie się za to ściganym.

Druga część tej sprawy to działanie prokuratury, która wiadomo, że jest trzymana twardą ręką Ziobry i nie ma w niej rzeczy przypadkowych. To jest rumak, którego cugle mocno trzyma prokurator generalny i tajemnicą poliszynela jest, że Zbigniew Ziobro nie należy do przyjaciół pana prezydenta. Nie chcę popadać w obsesję, ale widziałbym tu jakąś chęć oddania niedźwiedziej przysługi. Wiele ludzi na świecie, którzy o sprawie nie mieli pojęcia, dowie się o istnieniu polskiego prezydenta Andrzeja Dudy, którego nazywają „debilem”, a prokuratura polska za to ściga. Ten, który wyjdzie z tej sprawy poharatany, to będzie właśnie prezydent.

Zbigniew Ziobro jest człowiekiem na tyle inteligentnym, że chyba zdaje sobie z tego sprawę. A na końcu ucierpi i tak wizerunek Polski, tak jak ucierpiał na tej koszmarnej nowelizacji ustawy o IPN, która miała chronić Polaków przed opinią antysemitów, a nagłośniła polski antysemityzm jak nic wcześniej w historii.

Polska nie jest już państwem praworządnym

Działalność ministrów i polityków, którzy kwestionują orzeczenia niezależnych sądów, to ustrojowe chuligaństwo. Okazują rażące lekceważenie dla porządku prawnego – mówi prof. Mikołaj Małecki z Katedry Prawa Karnego UJ w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co)

JUSTYNA KOĆ: Czy w Polsce rządzi prawo, czy „Prawo i Sprawiedliwość”? Jaka jest kondycja praworządności w Polsce?

MIKOŁAJ MAŁECKI: Niestety Polska nie jest już państwem praworządnym. Rządzący mentalnie tkwią poza Unią Europejską, znajdują się w autorytaryzmie i do niego dążą. Unia Europejska to wspólnota wartości: solidarności, praworządności, niedyskryminacji, trójpodziału władzy. Wszystkie te wartości są systematycznie niszczone przez władzę polityczną w Polsce. A czas epidemii pokazał, jak nieudolna jest to władza, gdy trzeba podejmować decyzje ważne dla bezpieczeństwa Polaków.

Politycy PiS, ministrowie, łącznie z ministrem sprawiedliwości, decydują o tym, jakie wyroki uznają, a jakie nie. Jakie to rodzi konsekwencje? Czy ja jako zwykły obywatel też mogę nie uznać wyroku albo mandatu?

Jest w Kodeksie karnym coś takiego jak występek o charakterze chuligańskim. Polega on między innymi na tym, że sprawca okazuje rażące lekceważenie dla porządku prawnego. Działalność ministrów i polityków, którzy kwestionują orzeczenia niezależnych sądów, to takie właśnie ustrojowe chuligaństwo. Okazują rażące lekceważenie dla porządku prawnego.

Minister czy polityk jest zobowiązany, by działać na podstawie i w granicach prawa. Jest zobowiązany, by respektować niezależność władzy sądowniczej i z nią współdziałać. Najbardziej smutne jest to, że mówimy o orzeczeniach zmierzających do naprawienia sytuacji w Polsce. Kwestionowanie tych orzeczeń to pogłębianie chaosu.

Jednocześnie część prawników nie uznaje orzeczeń np. Izby dyscyplinarnej SN. Żyjemy w dwóch światach prawnych?

Nie ma żadnego dualizmu prawnego. Jeśli do mojego domu wchodzi złodziej, to nie ma tutaj pola do negocjacji, że mamy jakieś dwa światy prawne: ja uważam, że złodziej robi coś złego, a złodziej uważa, że ma prawo mnie okraść. To absurd. Po prostu z jednej strony jest prawo, a z drugiej jest bezprawie. Po której stronie stoi prawo, to jest jednoznaczne.

Weźmy Izbę Dyscyplinarną, która represjonuje sędziów, np. sędziego Juszczyszyna za to, że chciał po prostu stosować prawo. Mamy orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, mamy orzeczenia Naczelnego Sądu Administracyjnego, mamy uchwałę połączonych Izb Sądu Najwyższego i orzeczenia innych sądów – w ich świetle Izba Dyscyplinarna oczywiście nie jest sądem, nie spełnia warunków sądu opisanych w konstytucji, jej pisma nie mają wiążącej mocy prawnej. Politycy i ministrowie mają po prostu respektować te orzeczenia.

Trybunał Konstytucyjny jako listek figowy władzy i sposób na obchodzenie prawa, konstytucji, orzeczeń TSUE?

Aktualnie nie można już mówić na serio o Trybunale Konstytucyjnym. To nie jest „Trybunał”, jaki opisuje polska konstytucja – nie jest to organ niezależny i bezstronny. Działalność tego organu nie ma też nic wspólnego z „konstytucyjnością”, a więc działaniem zgodnie z prawem i niezawisłym rozstrzyganiu o zgodności aktów prawnych z konstytucją.

Przypominam, że w pracach tak zwanego Trybunału wciąż biorą udział osoby, które nie są sędziami w rozumieniu konstytucyjnym – zostały wybrane na miejsce już wcześniej obsadzone.

A jaka jest ranga tego organu, udowodnili sami politycy, gdy odmawiali publikacji werdyktu o zaostrzeniu prawa aborcyjnego. Okazuje się, że można dowolnie publikować lub nie publikować wyroków, bo ten Trybunał nie ma najmniejszego znaczenia. Liczy się korzyść polityczna jednej formacji i jej mają być podporządkowane działania pozostałych władz.

TK znowu przesunął termin orzeczenia w sprawie RPO, dlaczego?

Nie wiem, dlaczego termin został przesunięty, ale oczywiście po raz kolejny dowodzi to, że tak zwany Trybunał nie zajmuje się rozstrzyganiem problemów prawnych, tylko rozstrzyganiem problemów w sprawowaniu władzy określonej partii. Takie wielokrotne przekładanie terminu rodzi obiektywne podejrzenia, że ma miejsce jakieś wyczekiwanie na dogodny moment, próba dopasowania się do aktualnej sytuacji politycznej.

Marszałek Sejmu ogłosiła z kolei kolejny już wybór RPO. PiS ma nowego kandydata – posła Wróblewskiego. Jak ocenia pan tę kandydaturę?

Nie ma wątpliwości, że tu nie chodzi o wybór Rzecznika Praw Obywatelskich, tylko o wybór Pomocnika Reżimu. Władza polityczna nie chce zgodzić się na niezależnego, bezstronnego rzecznika, bo gdyby tak było, już dawno powinien zostać osiągnięty kompromis i zostałby dokonany wybór osoby cieszącej się społecznym zaufaniem.

Artykuł 210 konstytucji wymaga, by rzecznik był niezawisły i niezależny od innych organów. Musi być więc to osoba, która nie jest uwikłana politycznie. Ma budzić zaufanie, że nie będzie na usługach władzy, lecz spełni funkcję kontrolną i będzie broniła obywateli przede wszystkim przed rządem i instytucjami państwa. Niezdolność rządzących do kompromisu oznacza, że celem jest wybór kogoś wygodnego z punktu widzenia interesów reżimu, a nie obywateli.

Czy widzi pan szanse na kompromis w sprawie wyboru RPO?

Dla dobra wszystkich obywateli taki kompromis powinien zostać wypracowany. Wszystko wskazuje jednak na to, że władza chce przejąć kolejną instytucję, która może być dla niej niewygodna.

Ostrzegam

Według Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej nowelizacja ustawy o KRS, która umożliwiała sędziom odwoływanie się od decyzji Rady co do wyboru członków Sądu Najwyższego może naruszać prawo UE. Także kolejne nowelizacje ustawy o Krajowej Radzie Sądowniczej, które doprowadziły do zniesienia skutecznej kontroli sądowej rozstrzygnięć Rady o przedstawieniu prezydentowi RP wniosków o powołaniu kandydatów na sędziów SN, też mogą naruszać prawo unijne.

PIS ustami ministra sprawiedliwości i jego urzędników (nota bene autorów „reformy” wymiaru sprawiedliwości) twierdzi, że TSUE wyszedł tym orzeczeniem poza ramy traktatowe, zatem respektowane ono nie będzie. Również pani prezes Przyłębska oznajmiła, że wyrok TSUE narusza polski ład konstytucyjny. To oznacza, że w Polsce nadal będziemy mieli do czynienia z patem prawnym…

Wyjaśnię więc po raz kolejny: zasadniczy problem polega na tym, że to Polska wstąpiła do Unii Europejskiej, a nie odwrotnie! To Polska ratyfikowała i przyjęła akty wspólnotowe i jako członek UE jest zobowiązana do przestrzegania prawa stanowionego przez Unię. Dodam, że od roku 2004 roku, od chwili wstąpienia do Unii, my to prawo współtworzymy! Również traktat o funkcjonowaniu UE był współtworzony przez Polskę wraz z innymi państwami członkowskimi. Zatem to my mamy przestrzegać orzeczeń, prawa i wyroków trybunałów europejskich, a nie trybunały europejskie mają akceptować orzeczenie polskich instancji sądowniczych i uwzględniać zmiany w prawodawstwie wprowadzane w wyniku potrzeb politycznych przez ministra sprawiedliwości. To polskie prawodawstwo musi być w zgodzie z orzeczeniami TSUE.

Tak, pamiętam – zwolennicy „dobrej zmiany” w tym miejscu zwykle przywołują przykład Niemiec, gdzie Sąd Konstytucyjny nie przyjął orzeczenia w sprawie sporu pieniężnego, uznając rozstrzygnięcie TSUE za niezgodne z niemiecką konstytucją. Mówi się: proszę, Niemcom wolno, Polsce nie wolno!

Otóż jest tu zasadnicza różnica. Przedmiotem sporu w polskim przypadku nie jest, jak w Niemczech, metoda jednostkowego rozliczenia finansowego w konkretnej sprawie, ale niezależność systemu polskiego sądownictwa od władzy politycznej. Jeśli ta niezależność jest kwestionowana – a jest (!), to jest powód do poważnego zastanowienia się i odpowiedniej reakcji, a nie do bezdyskusyjnego odrzucenia wyroku niezgodnego z oczekiwaniami polityków. Poza tym takie wybieranie sobie poszczególnych przypadków: ten nam się podoba, to go akceptujemy, a ten się nie podoba, więc nie będziemy na niego zwracać uwagi, do niczego nie prowadzi. Stoimy bowiem wobec problemu zasadniczego, wobec zmiany ustrojowej – kwestionowania fundamentu każdego demokratycznego państwa, jakim jest rozdział władzy sądowniczej od ustawodawczej i wykonawczej. W polskim przypadku mamy zatem do czynienia ze sporem ustrojowym!
Sposób powołania KRS i Izby Dyscyplinarnej oznaczał bowiem złamanie i odrzucenie niezależności polskiego wymiaru sprawiedliwości. I o tym rozmawiamy.

To rzecz jasna będzie powodować nie tylko chaos prawny (już zresztą powoduje), ale może też być niebezpieczne dla naszych fundamentalnych interesów w UE. Mówimy o pozycji Polski we wspólnocie, a także – co dzieje się właśnie na naszych oczach – o dostępie do unijnych pieniędzy niezbędnych jak powietrze do odbudowy kraju po pandemii. Właśnie decydują się losy Funduszu Odbudowy! Rząd przedstawił plany w zakresie zagospodarowania tych pieniędzy, przeznaczył konkretne sumy na konkretne cele, ale jeśli się okaże, że Polska nie będzie uznana przez europejską rodzinę za kraj praworządny, to możemy liczyć się z tym, że środki przeznaczone dla Polski będą zagrożone. Mogą być przyznane, a mimo to niewypłacone, właśnie ze względu na nieprzestrzeganie zasady praworządności.

Chcę to powiedzieć jasno: jest ze strony rządu wola walki z Unią Europejską i upieranie się przy swoim zamiast znajdowania rozwiązań. Możemy się znaleźć na pozycji przegranej. Ostrzegam.

Triumfalna ofensywa cenzury

Zablokowanie Donaldowi Trumpowi kont na tzw. mediach społecznościowych stało się dla ministra Zbigniewa Ziobry inspiracją do forsowania rozwiązań prawnych umożliwiających cenzurowanie tychże mediów przez jakieś nowe ciało powołane przez sejmową większość, która wiadomo jaka jest. Po przejęciu przez prorządowy Orlen prasy regionalnej jest to kolejny krok na drodze do dominacji jednolitej linii propagandowej w środkach masowego przekazu.

Jednakże Ziobro nie jest w swych totalitarnych ciągotkach bynajmniej odosobniony i nawet wypada dość blado na tle innych krajów – zwraca uwagę szewc Fabisiak. To, że w państwie zwanym Mjanma (dawniej Birma) wojsko po dokonaniu zamachu stanu znacznie ograniczyło obywatelom dostęp do internetu jest zjawiskiem zrozumiałym. Taka jest bowiem norma postępowania w przypadkach siłowego przejęcia władzy. Jednak nie tylko Mjanma wprowadziła medialną cenzurę. Dotyczy to także Ukrainy. W tym hołubionym przez Zachód ze względu na swój antyrosyjski kurs państwie jednym pociągnięciem prezydenckiego pióra zamknięto trzy stacje telewizyjne 112 Ukraina, NewsOne oraz ZIK a na ich szefostwa nałożono sankcje finansowe. Te trzy stacje naraziły się władzy ponieważ nie dość że prezentowały one własny a nie prorządowy punkt widzenia to jeszcze w dodatku w języku rosyjskim. Decyzja ta zgodnie z ukraińskim prawem jest nieodwołalna. Wprawdzie dekret prezydenta może być zaskarżony przed Sądem Najwyższym, to jednak takie zażalenie nie przysługuje wobec postanowienia Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony RBNO, która podjęła analogiczną decyzję.

Zamknięcie stacji telewizyjnych wywołało krytyczną reakcję ze strony Międzynarodowej i Europejskiej Federacji Dziennikarzy. Organizacja ta w wydanym oświadczeniu stwierdza, iż „takie zakazy powinny mieć zastosowanie jedynie w niezwykle wyjątkowych okolicznościach”. Ze stanowiskiem tym stara się polemizować sekretarz RBNO Ałeksiej Daniłow. Otóż jego zdaniem stacje telewizyjne stały się narzędziem wojny prowadzonej przez Rosję przeciwko Ukrainie. Radząc międzynarodowej organizacji bliższe zapoznanie się z istotą prawy Daniłow posłużył się dość ciekawym argumentem. Zadał bowiem retoryczne w jego mniemaniu pytanie o to czy podczas II Wojny Światowej byłaby możliwa w USA i Wielkiej Brytanii swoboda działania filii nazistowskich gazet i rozgłośni radiowych. Szewc Fabisiak wraca w tym momencie uwagę na zasadniczą różnicę pomiędzy hitlerowskimi i ukraińskimi środkami masowego przekazu, co obala całą misterną argumentację ukraińskiego wysokiego urzędnika. Różnica ta polega na tym, że owe trzy stacje telewizyjne powiązane są z Blokiem Opozycyjnym – Za Życie, które to ugrupowanie jest nie tylko legalną partią polityczną ale ma też swoją reprezentację w parlamencie i cieszy się dużym poparciem wśród mieszkańców wschodniej części Ukrainy.

Symptomatyczna jest natomiast reakcja oficjalnych czynników zagranicznych. Nie trzeba być szczególnie domyślnym aby dojść do wniosku, że gdyby taka sytuacja miała miejsce w Rosji to czołowi zachodni politycy gromko by grzmieli na temat łamania wolności słowa. Jednakże prozachodnia Ukraina to nie Rosja dlatego wobec niej należy stosować inne kryteria. Akredytowani w Kijowie ambasadorowie grupy G7 stanęli w rozkroku pomiędzy poszanowaniem wolnościowych wartości a popieraniem antyrosyjskiej Ukrainy. Jak stwierdza ich oświadczenie, „istnieje potrzeba walki z dezinformacją w ramach wolności i pluralizmu środków masowego przekazu”. Zdaniem szewca Fabisiaka, doprawdy trzeba mieć tęgi łeb aby wymyślić tak zagmatwaną formułkę.
Z tej jednolitej oceny wyłamała się Wielka Brytania. Jej ambasadorka bowiem w pełni poparła „zdecydowane działania prezydenta Zełenskiego w walce z dezinformacją przynoszącą szkody Ukrainie”. W stanowisku tym szewc Fabisiak dostrzega pewną konsekwencję bowiem działania ograniczające swobodę dziennikarską zostały w ostatnim czasie podjęte również w ojczyźnie pani ambasador. Jak informuje brytyjski portal The Independent, fotoreporter Andy Aitchison został zatrzymany przez policję, ponieważ robił zdjęcia z protestu starających się o azyl uchodźców mieszkających w barakach w miejscowości Folkestone. Wyrażając swój protestu wobec złych warunków życia uchodźcy podczas trwającej zaledwie koło 10 minut demonstracji wyrzucali różne przedmioty przed wejściem do obozu. Wszystko to usiłował sfotografować Aitchison. Jednakże pięciu policjantów aresztowało go w jego własnym domu argumentując to podejrzeniem o karalne uszkodzenie substancji mieszkaniowej. Fotografowi zabrano telefon komórkowy oraz kartę pamięci jego kamery. Był przez ponad 5 godzin przetrzymywany w areszcie a następnie wypuszczony za kaucją z równoczesnym zakazem zbliżania się do obozu uchodźców do czasu zakończenia prowadzonego przeciwko niemu śledztwa.

Podobnie jak w przypadku ukraińskich telewizji także i tu zaprotestowała organizacja dziennikarska. Również i tu i tam żadne pełne wolnościowych frazesów państwo ani też miłująca wolność i demokrację Unia Europejska nie zareagowały krytycznie na owe wynaturzenia. Czyżby medialna cenzura stawała się już nie podlegającą krytyce normą? – zastanawia się szewc Fabisiak.

Państwo parszywieje

Prezydent Duda zaproponował proste rozwiązanie dla opornych Ziobrze prokuratorów – przecież mogą pracować gdzie indziej, prywatnie, zostać notariuszami itp.

Kilka lat temu prezydent Komorowski także proponował młodemu człowiekowi zmianę zawodu lub wzięcie kredytu. Może w pałacu prezydenckim mieszka jakiś zły duch, który podpowiada jego lokatorom takie idiotyczne odpowiedzi. Niestety wypowiedź obecnego prezydenta ma głębszy sens. Podpowiada prezydent, że prokuratorów można usunąć jak sami nie zechcą odejść i nawet w odległych miejscach od swoich rodzin będą uparcie trwać na stanowiskach prokuratorskich. To samo może grozić sędziom. To nic, że ich kształcenie kosztowało państwo miliony. Kilka lat temu zlikwidowano wymogi względem służb administracji państwowej. Ostatnio tak zmieniono prawo, że ambasadorem może zostać obywatel bez wykształcenia i znajomości języków, ale swój.

Dlaczego nie ma być podobnie w wymiarze sprawiedliwości? W miejsce wygonionych sędziów czy prokuratorów da się swoich, zaufanych piotrowiczów. Sporządzi im się na kartce papieru, ale by nie było za dużo napisane, zasady postępowania na danym stanowisku, kartkę zafoliuje się, by się nie rwała i nie brudziła. Wtedy wystarczy na dłużej. Tak właśnie sposób sparszywiał Trybunał Konstytucyjny i inne organy wymiaru sprawiedliwości. Po wojnie praktyki szybkich awansów były usprawiedliwione, bo hitlerowcy wymordowali polską inteligencję, a Rosjanie swoje zrobili w Katyniu. Teraz wykształconych kadr w kraju nie brakuje. Jednak wykształceni ludzie są kulą u nogi tej władzy, bo samodzielnie myślą. Dlatego zafoliowana kartka z instrukcją i posłuszny, niekoniecznie myślący wykonawca jest ulubieńcem tej władzy.

Spytaj milicjanta

Robi się coraz ciekawiej. Prawo i Sprawiedliwość zamierza przerzucić na obywatela obowiązek udowadniania przed sądem, że nie jest wielbłądem. Bo jeśli milicjant stwierdzi, że obywatel jest, to tak musi być w majestacie prawa. I sprawiedliwości.

Idzie o nowelizację kodeksu wykroczeń. Partia rządząca wrzuciła doń zapis, który zmienia zasadniczo układ obywatel-władza milicyjna. Podług najnowszej propozycji, ten, kogo milicjant ukaże mandatem, będzie zmuszony mandat przyjąć. Czy mu się to podoba, czy nie. Jeśli obywatel uzna, że nań nie zasłużył, sam będzie musiał wziąć na siebie ciężar udowodnienia swojej niewinności, bądź niezasadności kary, przed sądem powszechnym. Do tej pory, kiedy odmawialiśmy przyjęcia mandatu, sprawa, na wniosek milicjanta, lądowała w sądzie. Jeśli nowelizacja kodeksu autorstwa PiS w Sejmie przejdzie, a nic nie wskazuje na to, żeby miała być utrącona, to na obywatelu będzie spoczywał obowiązek zawiadomienia sądu względem swojej niezgody z decyzją milicjanta. To obywatel będzie musiał złożyć wniosek, pierwej go napisać, zdeponować w odpowiednim wydziale i dopilnować ustawowego terminu przedawnienia. Innymi słowy, będzie tak, że milicjant będzie miał zawsze rację co do zasadności mandatu nałożenia i jego wysokości wyrażonej w gotówce, a obywatel nie będzie mógł na starcie się zeń nie zgodzić. Dopiero jeśli sam zechce i dopilnuje, może sobie ewentualną sprawiedliwość wydrapać.
Po co PiS to czyni? Wersja oficjalna, dla prasy kobiecej i partyjnej jest taka, że sądy są zawalone sprawami banalnymi i trywialnymi, jak, dajmy na to, brak zgody na przyjęcie mandatu od milicjanta, i to m.in. dlatego młyny sprawiedliwości w tym kraju tak wolno mielą. Przez to ci wszyscy, którzy łakną i pragną sprawiedliwości, czekają do świętej Nigdy, żeby poznać choćby termin pierwszej rozprawy. Sam coś o tym wiem. Na apelację banku z którym się sądzę, czekam z terminem prawie rok. Aby temu przeciwdziałać, należy sędziów i sądy odciążyć od niepotrzebnej roboty. Na początek należy zająć się prawną fikcją, jaką są wnioski milicji w sprawie braku zgody na mandat. PiS mówi, że 80 procent takich spraw sąd rozstrzyga po myśli milicjanta. Zasadnym takoż będzie, jeśli do sądu z mandatem pójdą ci, którzy naprawdę wierzą w swoją wersję, a nie tylko chcą zagrać na nosie milicji i temidzie. Jak można wyczytać w pisowskim uzasadnieniu do zmian w kodeksie, jest zwykle tak, że obywatel decyduje się nie przyjąć mandatu pod wpływem silnego wzburzenia; nie kieruje się trzeźwym myśleniem, tylko emocjami, które przesłaniają mu prawdę faktyczną. Sensownym więc będzie, kiedy mandat przyjąć będzie musiał. Poczeka parę dni, ochłonie, przemyśli swoje postępowanie. I na drugi raz dwa razy się zastanowi, nim propozycję milicjanta odrzuci. Jak w „Rejsie” Marka Piwowskiego: proponujemy przenieść obywatela krnąbrnego do sekcji spolegliwców; nauczy się tam szacunku do munduru, rezonu wobec prawa i przede wszystkim-przestanie judzić i pogodzi się ze swoim losem. I to ma sens. Sądownictwo na raz się odblokuje, bo sędziowie nie będą musieli pochylać się nad wnioskami krzykaczy i awanturników, które na wstępie obarczone są prawną wadą. Skrócą się kolejki. Obywatele się uradują, bo ich sprawy w końcu trafią na wokandę. Minister się ucieszy, bo reforma wymiaru sprawiedliwości nabierze tempa. Same plusy.

Wersja nieoprawna, która pobrzmiewa w komentarzach wrażych mediów i lewackich publicystów, takich jak ja, ma co najmniej dwa dna. Pierwsze, najbardziej oczywiste, tyczy się kasy. Po to Ziobro robi takie chochmy, żeby golić obywateli jeszcze bardziej przy skórze, choć, być może, ktoś był pomyślał, że już bardziej się nie da. Nic bardziej mylnego. Mało Ziobrze, że w dzisiejszym, polskim sądzie, człowiek musi bulić już praktycznie za wszystko: uzasadnienia wyroków, terminy, ekspertyzy, wypisy. Nie trzeba mieć doktoratu z psychologii, żeby wiedzieć, że ¾ osób, które dziś decydują się na nieprzyjęcie mandatu od milicjanta, nie pójdzie do sądu walczyć o pareset złotych, tylko machnie ręką, bo szkoda im będzie ich cennego czasu. Pójdą ci, którzy ten czas mają, albo legaliści, którzy wierzą jeszcze w sens trójpodziału władzy w tym kraju. Takich, niestety, coraz mniej, choć trudno się ludziom dziwić, bo mają oczy i widzą, co się odjaniepawla. A jak ludzie nie będą się o swoje bić, to pieniądze zostaną przy ziobrowym cycu. Szukają oszczędności, gamonie, gdzie się da. A że kieszeń obywatelska głęboka, a łapy władzy lepkie, pchają graby po same pomidory. Drugie dno ma walor, nazwijmy go, quasimoralny. Patrz milicjancie, mówi władza, możesz wlepiać mandat obywatelowi, a ten chuja ci może zrobić. Możesz wpisać w bloczek mandatowy co sobie wymyślisz, a ten przygłupi chłopek-roztropek musi to przyjąć. Jak nam ukradną furę, to muszą nam oddać samolot, mawiał w „Misiu” Stasiek Paluch. Muszą oddać. A ty, człowieku prosty? Musisz przyjąć. Po prostu. I nie ma zmiłuj. Za niepaństwowy wyraz twarzy: dwieście. Za lżenie prezydenta: pińcet. Za brzydki napis na koszulce: tysiąc. I musisz przyjąć. A jak ci nie pasuje, to idź do kahału, sądź się, jak cię stać i masz czas.

I tak trwają ze sobą, w tryumwiracie: Prawo. I sprawiedliwość. I Milicja. A największa z nich jest Partia. Bo i prawo i sprawiedliwość i milicję trzyma w garści. Albo ma je wiadomo gdzie.

Biedroń: nie podważać immunitetu poselskiego!

Robert Biedroń wysłał do Juana Fernando Lópeza Aguilara, szefa komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych w Parlamencie Europejskim, list dotyczący sprawy immunitetu posłanki Joanny Scheuring-Wielgus. Jak pisaliśmy na łamach „Trybuny”, Zbigniew Ziobro chce posłance immunitet odebrać.

Minister sprawiedliwości chciałby, aby parlamentarzystka Lewicy odpowiedziała za „złośliwe przeszkadzanie publicznemu wykonywaniu aktu religijnego” oraz za „obrażanie uczuć religijnych”. Miało do tego dojść 25 października, gdy posłanka wraz z mężem weszli do kościoła św. Jakuba w Toruniu z transparentami o treści „Kobieto, sama umiesz decydować” i „Kobiety powinny mieć prawo do decydowania czy urodzić czy nie, a nie państwo w oparciu o ideologię katolicką”. Pozostali w głównej nawie, stojąc w milczeniu, przez moment – być może nie dłużej niż minutę. Msza niedzielna odbywała się według zwykłego porządku.

Za„złośliwe przeszkadzanie” może grozić kara do dwóch lat więzienia.

Rękojmia wolności

Robert Biedroń w swoim liście przypomina, że immunitet parlamentarny ma długą historię i jest jednym z narzędzi gwarantujących demokratycznie wybranym przedstawicielom społeczeństwa możliwość swobodnego działania. Zaakcentował również rolę parlamentu i parlamentarzystów w kraju, gdzie wolność wymiaru sprawiedliwości budzi obawy.

Robert Biedroń przekonuje w swoim liście, dlaczego odebranie immunitetu posłance Lewicy w ogóle nie powinno być rozważane: polskie prawo gwarantuje parlamentarzystom nietykalność podczas wykonywania swojej pracy w Sejmie lub Senacie oraz innych czynności nierozerwalnie związanych ze sprawowaniem mandatu. Czy przyłączenie się do protestu obywatelek, w tym głosujących na Lewicę, nie było nierozerwalnie związane z pracą w Sejmie? Lewicowy europoseł nie ma wątpliwości, że tak. Przypomina również, że to policja potrafiła podczas kobiecych demonstracji pogwałcić immunitet poselski, np. w odniesieniu do Magdaleny Biejat, Macieja Kopca czy Anity Kucharskiej-Dziedzic z Lewicy. Żadne z nich nie było agresywne ani nie demonstrowało na terenie kościoła. A jednak Kopca przemocą zaciągnięto do radiowozu, a Biejat oberwała z bliskiej odległości gazem.

Zwołać komisję

Czego domaga się Biedroń? Niestety polskie obywatelki przekonały się już, że wyrazy solidarności z Europarlamentu nie wystarczą, by skłonić polskich prawicowych rządzących do zmiany sposobu rządzenia i traktowania kobiet. Lewicowy polityk jest jednak przekonany, że nie wolno rezygnować z nagłaśniania ekscesów Prawa i Sprawiedliwości. Stąd apel o zwołanie posiedzenia komisji Wolności Obywatelskich, Sprawiedliwości i Spraw Wewnętrznych i przyjrzenie się casusowi Scheuring-Wielgus.

Powód do dumy

Sama posłanka deklaruje w mediach, że nie boi się Ziobry. – Raz chciano mi odebrać immunitet, gdy wzięłam udział w proteście „Baby Shoes remember”, gdy wieszałyśmy symboliczne buciki na bramach kościołów, w obronie ofiar księży pedofilów. I co? I nic. Drugi raz, gdy podczas votum nieufności dla Ziobry przypomniałam aferę hejterską w Ministerstwie sprawiedliwości. I co? I nic – powiedziała Scheuring-Wielgus Portalowi Strajk. Dodała, że z takiego traktowania przez ministra sprawiedliwości jest wręcz dumna.

Posłanka Scheuring-Wielgus straci immunitet?

Zbigniew Ziobro chce, by posłanka Lewicy została pociągnięta do odpowiedzialności za udział w Strajku Kobiet, a konkretnie za akcję, którą przeprowadziła z mężem w Toruniu w kościele św. Jakuba 25 października.

Prokurator Generalny Zbigniew Ziobro skierował wniosek o uchylenie immunitetu posłance Joannie Scheuring-Wielgus z Lewicy. Zarzuty mają dotyczyć wydarzeń z pamiętnej niedzieli, gdy uczestniczki i uczestnicy protestów w obronie praw kobiet ruszyli pod kościoły, a w kilku przypadkach – do kościołów. Protestowano wtedy m.in. pod warszawską kurią archidiecezjalną i w katedrze poznańskiej. Z kolei toruńska posłanka Lewicy pokazała w jednej ze świątyń w mieście transparenty z hasłami „Kobieto, sama umiesz decydować” i „Kobiety powinny mieć prawo do decydowania czy urodzić czy nie, a nie państwo w oparciu o ideologię katolicką”.

Posłanka z mężem stali w głównej nawie świątyni, w milczeniu, twarzami do wiernych w ławkach. Nie przerywali kapłanom sprawowania obrzędów. Mimo to prokuratura sugeruje, że mogło mieć miejsce przestępstwo „złośliwego przeszkadzania publicznemu wykonywaniu aktu religijnego oraz obrażanie uczuć religijnych”, co zagrożone jest karą do dwóch lat więzienia.

Solidarność z posłanką Scheuring-Wielgus wyrazili jej koledzy i koleżanki z klubu parlamentarnego oraz lewicowe młodzieżówki. Klub Lewicy przeprowadził w tej sprawie konferencję prasową.

– Polityczna prokuratura stawia polityczne zarzuty oponentom politycznym. Tak można w skrócie powiedzieć o tym co robi Zbigniew Ziobro. Kilka dni przed świętami w atmosferze strachu przysyła do Sejmu wniosek, który ma stawiać zarzuty posłance za wykonywanie jej mandatu poselskiego. Stawia zarzuty nie informując posłanki o tym, że jakiekolwiek zarzuty będą. Różne osoby, które z nami współpracują od kilku miesięcy informowały nas, że Zbigniew Ziobro będzie próbował polować na polityków – powiedział poseł Krzysztof Gawkowski. Pytał, czy skoro PiS nie umie poradzić sobie z opozycją w parlamencie, to czy zamierza sięgnąć po metody prokuratorskie?

– Joanna Scheuring-Wielgus stała się obiektem mrocznych prześladowań pana ministra Ziobri, który chce jej uchylić immunitet w absurdalnej sprawie, naruszenia uczuć religijnych. W sytuacji, w której pani posłanka po prostu sprawowała swój mandat. Rozpoczynamy akcję #MuremZaJSW! Będziemy bronili naszej koleżanki, bo nie uważamy, żeby zrobiła cokolwiek złego – zadeklarowała posłanka Anna-Maria Żukowska.

Podczas konferencji prasowej Lewicy poinformowano również o złożeniu wniosku do Prezesa Rady Ministrów w sprawie informacji o objęciu niektórych opozycyjnych posłów specjalnym nadzorem po wybuchu kobiecych protestów.

– Czy prawdą jest, że Zbigniew Ziobro wydał zarządzenie dotyczące konieczności objęcia nadzorem operacyjnym, podsłuchowym posłów i posłanek opozycji. Czy jedną z posłanek, która została objęta podsłuchami jest Joanna Scheuring-Wielgus? – pytał Gawkowski.

18 lat Komunistycznej Partii Polski

Mija 18 lat od I Zjazdu Założycielskiego KPP. Nasza partia powstała na bazie istniejącego wcześniej Związku Komunistów Polskich “Proletariat”, decyzją sądu wykreślonego z rejestru partii politycznych.

18 lat temu nasi towarzysze nie przestraszyli się represji i w pół roku zbudowali nową partię komunistyczną, odwołującą się do historycznej nazwy oraz tradycji ruchu robotniczego.

Od początku działalności regularnie odnosiliśmy się do bieżących problemów, wspierając liczne protesty społeczne. Konsekwentnie zajmując stanowisko w obronie praw pracowniczych, w tym 8 godzinnego dnia pracy oraz swobody działalności związków zawodowych. Występowaliśmy przeciwko liberalizacji prawa pracy, zastępowaniu zatrudnienia na etat pracą na umowy śmieciowe lub narzucaniu samozatrudnienia a także podnoszeniu wieku emerytalnego.

Domagaliśmy się poprawy standardów w edukacji i ochronie zdrowia. Wspieraliśmy strajkujących nauczycieli i pielęgniarki. Krytykowaliśmy wieloletnie zaniedbania w transporcie publicznym, w tym na kolei, ograniczanie połączeń oraz prywatyzację. Opowiadamy się za ochroną środowiska, popieraliśmy działkowców a także protest mieszkańców Żurawlowa.

Potępiamy ograniczanie swobód politycznych, militaryzm, zwiększanie wydatków na zbrojenia, tworzenie zagranicznych baz wojskowych USA oraz więzienia CIA w Polsce, a także udział polskich żołnierzy w wojnach imperialistycznych w Afganistanie i Iraku.

Dziś stoimy przed kolejnym wyzwaniem – próbą delegalizacji partii poprzez wniosek ministra sprawiedliwości do Trybunału Konstytucyjnego. Pomimo nasilających się od 5 lat represji wobec działaczy naszej Partii, nie poddajemy się. Rządy PiS przeminą, a idee walki o sprawiedliwość społeczną pozostaną aktualne.

Komunizmu nie da się zakazać!

Byliśmy, jesteśmy i będziemy!
*
KPP, po otrzymaniu informacji o możliwej delegalizacji, otrzymała również wyrazy wsparcia od partii komunistycznych z Grecji i Chorwacji oraz od młodzieżowej organizacji marksistowsko-leninowskiej YCL z Wielkiej Brytanii. Młodzi lewicowcy zorganizowali w tej sprawie pikietę pod budynkiem polskiej ambasady. Z kolei grecka KKE w swoim liście przypomniała o historycznych osiągnięciach polskiej radykalnej lewicy i o tym, że w dobie kapitalistycznego kryzysu jej odważna myśl i działanie są wyjątkowo potrzebne.

Gnicie i butwienie systemu Kaczyńskiego

– Przeciwko wcześniejszym wyborom będzie jeszcze działał fakt, że w tle jest bardzo wiele interesów i interesików, które są powiązane z tą ekipą – mówi prof. Mikołaj Cześnik, politolog, w rozmowie z Justyną Koć (wiadomo.co).

JUSTYNA KOĆ: Posłanka PiS, kiedyś dziennikarka Joanna Lichocka stwierdziła, że „dołek jest, ale mniejszy, niż wielu się spodziewało”, oceniając spadek poparcia dla PiS-u. Czy te niespełna 30 proc., które dzisiaj ma PiS, to powód do zadowolenia, czy do zmartwień?

MIKOŁAJ CZEŚNIK: To zależy, kto miałby się martwić albo cieszyć. Przyznać jednak trzeba, że to jest pewne osiągnięcie, że ciągle 30 proc. elektoratu chce głosować na PiS. To mniej więcej 15-18 proc. dorosłej populacji, czyli jakieś 5, może nawet 6 milionów polskich obywateli, którzy mimo wyraźnie gorszej passy Prawa i Sprawiedliwości dalej przy tej partii trwają.

Wydaje mi się, że dość charakterystyczne jest też to, że badania pokazują spadek frekwencji.

Prawdopodobnie gdyby nie było pandemii i konfliktu z Komisją Europejską czy szerzej z Unią Europejską, gdyby nie było gorąco na ulicach, to może popieraliby nadal tę partię i trzeba na to patrzeć jako pewien zasób, który PiS ciągle ma. To, że spada frekwencja, oznacza, że wyborcy posługują się dobrze znanym skryptem – jeśli nie PiS, to oni w ogóle nie będą głosowali. To nie bezpośrednio, ale w sposób wyraźny mówi nam również sporo o opozycji.

Nie wiem, kto miałby się spodziewać, że ten spadek będzie większy, bo skończyły się czasy, kiedy można było, jak AWS czy Unia Wolności, wygrać wybory, stworzyć rząd, a w następnych nie wejść do parlamentu. Dowodzi tego także historia Platformy Obywatelskiej, która mimo 8 lat rządów nie zniknęła ze sceny politycznej. To dowód pewnej instytucjonalizacji.
Oczywiście niektórzy źle oceniają to, że nie pojawiają się nowe podmioty na scenie politycznej, że jest ona zabetonowana i być może dlatego co poniektórzy próbują ten bardziej ustabilizowany niż w latach 90. system partyjny zmienić.

To nie jest tylko domena polska, bo wiele demokracji liberalnych przechodzi właśnie przez takie turbulencje, francuska scena polityczna wygląda zupełnie inaczej, niż jeszcze 10 lat temu, podobnie włoska, na scenie politycznej Stanów Zjednoczonych też się sporo zmienia, choć dwie główne partie polityczne ciągle trwają.

Biorąc to wszystko pod uwagę i patrząc na kontekst, ten wynik PiS jest naprawdę przyzwoity.

Trzeba przyznać, że PiS jak wcześniej trafiło na idealne warunki, to teraz ma tych frontów wojennych pootwieranych sporo, po części z własnej winy. Oczywiście trzeba być sprawiedliwym i przyznać, że pandemia nie jest wymysłem PiS.

Ale brak przygotowania na II falę, przespane wakacje, opowieści, jak to pokonaliśmy wirusa, już tak.

Przyznać trzeba, że przygotowanie do drugiej fali pandemii można oceniać w kategoriach miernych lub jeszcze gorzej, ale prawdą też jest, że przez 30 lat zbudowaliśmy takie państwo, które trudno potem w ciągu paru miesięcy zmienić. Ma tu rację Ludwik Dorn, że to państwo ma pewne cechy charakterystyczne, które są długotrwałe, i nawet długoletnia praktyka takich rządów, jak rządy Prawa i Sprawiedliwości, nie zmieni tego od razu.
Oczywiście to podmiotowe sprawstwo aktorów politycznych ma także wpływ, bo jeśli mniej liczą się kompetencje, a bardziej partyjna wierność, która zawsze była istotna w PiS, to musi się to przełożyć na działanie państwa.

PiS na przełomie 2015 i 2016 roku wykonał spektakularny ruch – odrzucił w ogóle merytoryczne podstawy służby cywilnej i uznał, że wystarczy być wiernym idei partii politycznej. To w dłuższej perspektywie ma bardzo duży wpływ na państwo.

Wiosną poszło nam całkiem nieźle, ale rację ma też pani, że późną wiosną i latem, kiedy można było na przykład budować szpitale polowe, przespano. Zmarnowano też wiele środków, dokonano złych zakupów. Wkradło się też bardzo dużo chaosu, chyba najlepiej pokazują to dwa wydarzenia związane z prezydentem. Pierwsze to fakt, że głowa państwa niezbyt nachalnie narzuca się ze swoją opinią do czasu, aż pojawia się kwestia stoków narciarskich; drugie to kwestia zachowania prezydenta i jego obozu politycznego dotyczące ustawy, która daje dodatkowe środki medykom. To znamienne, że prezydent podpisuje obie ustawy w odstępie dosłownie kilku tygodni, większość sejmowa raz głosuje nad poprawkami, raz nie głosuje… To wszystko dowodzi chaosu i raczej nie wygląda na to, że ta łódź, która płynie po wzburzonym morzu, ma opanowanego kapitana na mostku, który robi wszystko tak jak trzeba. Raczej wiele wskazuje na to, że na mostku kapitańskim trwa ukryta walka i różni rwą się do koła sterowego.

Skoro jesteśmy przy mostku kapitańskim, to czy pana zdaniem Jarosław Kaczyński kontroluje jeszcze sytuację i zarządza poprzez konflikt, czy sytuacja wymknęła mu się spod kontroli?

To pytanie empiryczne, na które trudno mi odpowiedzieć, bo nie mam odpowiednich danych. Natomiast jeżeli porówna się tryb działania i aktywności polskiego rządu w 2016/17 roku i dziś, to widać jak na dłoni, że sytuacja jest inna. Oczywiście wtedy okoliczności były dużo bardziej sprzyjające, ale i w niesprzyjających warunkach można sobie pozwolić na lepsze zarządzanie.

Mówiąc obrazowo i trzymając się marynistycznego języka, to będzie to sprawnie płynąca łódź po nawet bardzo wzburzonym morzu, gdzie ekipa działa wspólnie, w zgodzie, zaangażowana w osiągnięcie wspólnego celu.
Dziś w PiS jest na odwrót, a nie wiemy jeszcze, jaka jest rola Gowina, na ile urósł Ziobro, na ile ma wpływ Kaczyński, a na co Morawiecki, jaka jest rola Błaszczaka.

To jest ta część polityki, która jest przed opinią publiczną głęboko skrywana. Wiemy też, że pewne kompromitujące materiały krążą i są politycznie rozgrywane, a przypadek ostatniego wydarzenia w Brukseli ze znajomym pana premiera Orbána, który brał udział w dość dziwnej imprezie, pokazują, że przypadków nie ma. Nie mam wątpliwości, że ten przypadek stał się elementem rozgrywki z Węgrami. Jestem też przekonany, że podobne rzeczy dzieją się w naszej polskiej polityce i gra się pewnymi kompromitującymi faktami. Powszechność nagrywania spotkań jest tego najlepszym dowodem.

Na ile notowaniom rządu szkodzą wewnętrzne walki frakcyjne, a na ile czynniki zewnętrzne, jak pandemia, Strajk Kobiet, spór z Unią Europejską?

Myślę, że to trudno rozgraniczyć, bo one są ze sobą w pewnym sprzężeniu zwrotnym. Wyzwania, przed którymi stoimy, choć mają naturę obiektywną, są niezwykle trudne. Kiedy one się spotykają z reakcją spójną, to możliwość działania państwa i jego administracji jest nieporównywalnie lepsza. Gdy każdy ruch jest skonstruowany tak, aby zaszkodzić innym, to musi to skutkować ogólną gorszą kondycją państwa i odbijać się na jego sprawności.

To może być nazwanie premiera miękiszonem, to mogą być różne inne uszczypliwości, ale to może być także poinformowanie opinii publicznej o telefonie prezydenta, który pytał o stoki. Jestem przekonany, że to nie jest przypadek, że ta informacja wypłynęła i właśnie ten telefon został upubliczniony.

Założę się, że pan premier Gowin nie opowiada o każdym telefonie, który odbiera od prezydenta, premiera czy innych ważnych polityków.

Takie kwestie nie służą czy wręcz szkodzą, i to nie tylko partii rządzącej, ale także sprawności całego państwa, a to odbija się na nas wszystkich. Nie mówię tu tylko kwestii służby zdrowia, ale także o edukacji, czego negatywne skutki zobaczymy dopiero za parę lat.

Podsumowując, obie grupy czynników są ważne. A to, że są ze sobą w sprzężeniu zwrotnym, dodatkowo eskaluje problemy.

Czy będą wcześniejsze wybory?

We wcześniejsze wybory, póki co, nie wierzę, bo byłoby to bardzo ryzykowne, choć jest to oczywiście jedna z opcji, która leży na stole. Warto sobie zdawać sprawę, że jako wspólnota stoimy przed bardzo poważnymi wyzwaniami. Na pewno wielu polityków analizuje, czy warto przez najbliższy rok, dwa, trzy mierzyć się z tymi wyzwaniami, które wyglądają jak dwanaście prac Heraklesa. To nie jest rok 2016 czy 2017, kiedy była i kasa, i spokój, i koniunktura.

Nie ma wątpliwości, że Jarosław Kaczyński może zastanawiać się nad tym, czy warto dalej trwać w rządzie i tracić poparcie, bo przy tej nieudolności, którą wymusi nie tylko słaba jakość jego kadr, co rzeczywistość, być może lepiej się teraz wycofać do opozycji, skonsolidować obóz, a wiem, że w tym Kaczyński jest bardzo dobry, i być może kiedy zacznie się bardzo sypać, Jarosław Kaczyński oddał władzę, ale zapewni sobie taką pozycję, jaką dziś ma Platforma Obywatelska. Analogicznie można powiedzieć, że PO idzie drogą PiS-u z lat 2007-2015.

Czy PiS wróci na szczyty poparcia?

To zależy od tego, jak wielki będzie kryzys, a ten nie będzie zależał wyłącznie od tego, jak będzie się zachowywała partia rządząca. Zobaczymy, co będzie się działo na świecie z pandemią. Istotny jest również wątek europejski, bo jeśli zostaniemy wypchnięci, oczywiście na własne życzenie, z tego porozumienia dotyczącego pieniędzy, za które ma się odbudować Unię Europejską po kryzysie epidemicznym, to będzie jeszcze gorzej. Także dlatego, że pieniądze, które miały być dla nas, trafią do innych, nie tylko zatem nam będzie gorzej, ale i innym jeszcze lepiej, bo dostaną naszą pulę pieniędzy.

Oczywiście można sobie teoretycznie wyobrazić sytuację, kiedy PiS będzie zyskiwać na przykład w sytuacji jakiegoś bardzo poważnego zagrożenia, które z reguły nawet zaciekłych przeciwników rządzących konsolidują przy władzy. W 1913 czy 1938 nikt nie spodziewał się tego, co się potem wydarzyło.

Można też sobie wyobrazić, że któraś ze stron decyduje się na siłowe rozwiązanie i spokój na ulicach zostanie osiągnięty za pomocą twardej ręki władzy. Doświadczenia pokazują, że w Polsce mamy zwolenników porządku nawet za wysoką cenę. Jak by było dzisiaj, nie wiem, ale nie można tego wykluczyć.

Zwróćmy dodatkowo uwagę na fakt, jak wiele mają dziś do powiedzenia media, które oddziałują na emocje, a te, jeśli będą odpowiednio rozhuśtane, to wyobrażam sobie, że może pojawić się skłonność do grupowania się wokół silnego ośrodka władzy. Być może drastycznym, ale dobrym przykładem jest to, co stało się w Polsce w 1939 roku, kiedy odwieszono na kołek wszelkie niesnaski. Władysław Broniewski pisał wiosną 39 roku: „Są w ojczyźnie rachunki krzywd, obca dłoń ich też nie przekreśli, ale krwi nie odmówi nikt”.

A ten najbardziej możliwy?

Stawiam na gnicie i butwienie tego systemu stworzonego przez Jarosława Kaczyńskiego. Przeciwko wcześniejszym wyborom będzie jeszcze działał fakt, że w tle jest bardzo wiele interesów i interesików, które są powiązane z tą ekipą, i politycy z 3, 6 i 7 rzędów w parlamencie nie będą chcieli ponownie wystawiać się na ryzyko wyborów, szczególnie kiedy ktoś wsadził żonę, brata czy innych pociotków na intratne posady. No i pytanie, kiedy mniejsi koalicjanci uznają, że przyszedł czas, aby wyrwać więcej lub odwrotnie, ich notowania ustawią ich poza parlamentem.

Ziobro ma już doświadczenia, że trwanie na marginesie polskiej polityki nie jest łatwe, a lepiej siedzieć w mainstreamie. Dziś Ziobro tam jest i jednocześnie stara się rozpychać się łokciami i poszerzać swoje władztwo.

Przyszedł czas na wyrwanie od PiS-u więcej?

Gdyby dzisiaj Ziobro wystąpił ze Zjednoczonej Prawicy i zabrał swoich posłów i spróbował z kimś się dogadywać, to kto wie…

Nie bardzo ma z kim?

Z Konfederacją, co więcej, można sobie wyobrazić „pakt o nieagresji” między Konfederacją i nawet z Ziobrą, aby pozbyć się Kaczyńskiego. Jestem przekonany, że wielu uważa, że Kaczyński wciąż jest istotnym elementem polskiej polityki i jeszcze przez parę lat będzie, więc w wyjęciu tego elementu wielu może upatrywać swoją szansę i nowe otwarcie.

To, co się dzieje w Zjednoczonej Prawicy, jest też pewnego rodzaju walką pokoleniową i to ciśnienie polityków młodego pokolenia będzie rosło w tym garnku i w końcu pokrywka wystrzeli.

Zresztą podobne przeciąganie liny widzę po stronie opozycji, gdzie jest pewien rodzaj rywalizacji, który może być suboptymalny z punktu widzenia opozycji. Te niesnaski między Hołownią, Trzaskowskim, PSL, Lewicą, Czarzastym itd. mogą doprowadzić do tego, że podobnie jak w 2019, mimo niezłego wyniku opozycji, która razem zdobyła blisko milion głosów więcej, w parlamencie nie miała większej liczby mandatów.

To są oczywiście konsekwencje D’Hondta, ale wszyscy to wiedzą i trzeba się z nimi liczyć.

Skoro rząd powołuje partia, która nie ma poparcia większości, a potem łamie konstytucję, to może warto zmienić ordynację wyborczą?

Nie jestem pewien, bo jednak pewna stabilność, którą osiągamy przez ostatnie lata, i fakt, że udawało się domykać cykle wyborcze, jest jednak pewnym osiągnięciem. Po drugie pytanie, jaka miałaby być ta inna ordynacja i co miałaby robić, bo można wylać dziecko z kąpielą. Łatwo doprowadzić do sytuacji, kiedy wrócimy do mniej stabilnych rządów, co obserwowaliśmy w latach 90.

Zwracam też uwagę, że nikt nie broni zawiązania koalicji tylko na czas wyborów. To nie jest nielegalne. Oczywiście wola wyborcy jest zawsze najważniejsza, ale wyrażona jest tylko w dniu wyborów. W Polsce mamy mandat otwarty, a nie zamknięty, posłowie nie są związani żadnymi instrukcjami. Spokojnie sobie wyobrażam, że wszyscy niezwiązani z PiS tworzą koalicję, a po wygraniu wyborów wracają do swoich partii. Podobnie postąpiła zresztą Zjednoczona Prawica.