Koronacyjny krach polityki globalnej USA (część II)

Tragedię pandemii należy rozpatrywać jako zjawisko samoistne, ale, lepiej, w kontekście globalnym. W tym celu nie trzeba być politykiem, dyplomatą czy politologiem, żeby dostrzegać pogarszającą i komplikującą się coraz bardziej sytuację międzynarodową – i to pod każdym względem.

Uznałem za stosowne przeanalizować nieco szerzej powojenną ewolucję stosunków amerykańsko – chińskich nie tylko z uwagi na ich wielkie znaczenie globalne, lecz także po to, aby – poprzez tę soczewkę – uwidocznić niesamowite meandry, niekonsekwencje i najzwyklejsze, wręcz niezrozumiałe, błędy makro i miscalculations w polityce USA, odnoszące się również do wielu innych krajów, łącznie z naszym (np. fiasko amerykańskiego planu Sachsa/Balcerowicza). Jest to polityka nieefektywna i bardzo kosztowna, gdyż za poważne błędy, nieprzemyślane posunięcia i futurystyczne miscalculations trzeba srogo płacić. Niektórzy decydenci amerykańscy zdają się nie pamiętać, że 420.500 obywateli amerykańskich (w tym 12.500 cywilów) oddało swe życie, w słusznej sprawie, podczas II wojny światowej i że koszty udziału USA w tej wojnie przekroczyły 300 mld USD (obecnych; 431 mld USD ówczesnych) – dane ze źródeł Kongresu USA 1/. Owoce tego zwycięstwa zostały zaprzepaszczone w dużej mierze w wyniku kolejnych porażek militarnych USA w świecie i ich poronionej polityki globalnej.
Hard power:
Powracamy do głównego wątku rozważań zaczynając od stwierdzenia, iż główny historyczny błąd strategiczny USA polega również na preferowaniu rozwiązań siłowych (Hard Power) zamiast rozwiązań pokojowych (Soft Power) – w dążeniu do dominacji, hegemonii i Pax Americana. W Waszyngtonie doszli bowiem do przekonania, iż tylko siłą uda się skłonić inne państwa i narody do zaakceptowania owych „ideałów”. Znaczy to, że nie są one dostatecznie atrakcyjne i przekonujące dla innych. Np. jak je zrealizować w Arabii Saudyjskiej, będącej, do niedawna, potulnym sojusznikiem USA, ale już rewidującym swe stosunki z nimi? Co gorsza, również siłą nie można nikomu narzucić ww. „ideałów”, jak świadczy o tym bolesny przykład Kuby, Chile, Jugosławii, Libii, Egiptu, Iraku, Syrii, Afganistanu, a nawet Polski i in. W świetle tego, marzenie o „amerykanizacji” Rosji, Indii, Chin, Iranu czy nawet Unii Europejskiej graniczy wręcz z kosmicznym absurdem.
Wielce wymowny w tym kontekście jest casus Iranu, w którym USA usadowiły kiedyś cesarza Mohammada Rezę Shaha Pahlaviego i wpompowały około 5 mld USD (ówczesnych) w armię imperialną. Miało to stanowić gwarancję dla interesów naftowych USA w rejonie Zatoki Perskiej i dla bezpieczeństwa Izraela. Ale w Stanach nie przewidziano, że cesarz może zostać obalony. Protesty społeczne przeciwko niemu trwały od października 1977 r. Wreszcie, cesarz opuścił Iran w dniu 16 I 1979 r. i wyemigrował do Egiptu. Tam też został pochowany. Dokonała się I rewolucja islamska i zdobycie władzy przez fundamentalistów, którzy przejęli również armię imperialną i uzbrojenie amerykańskie. Ale młodzież i strażnicy rewolucji islamskiej protestowali nadal – tym razem przeciwko Ameryce. M.in. okupowali oni ambasadę USA w Teheranie i wzięli 52 zakładników, których przetrzymywali przez 444 dni.
Celem ich uwolnienia, Prezydent Jimmy Carter wydał rozkaz przeprowadzenia operacji „Eagle Claw” („Orli Szpon”). Wprawdzie oddziały specjalne wylądowały na pustyni irańskiej, dnia 24 IV 1980 r., ale ich misja zakończyła się nazajutrz totalnym i kompromitującym niepowodzeniem wskutek błędów i niedociągnięć taktyczno – technicznych (m.in. śmigłowiec US Air Force zderzył się z samolotem tankującym podczas burzy piaskowej. Piloci zginęli). J. Carter przegrał kolejne wybory. Irańczycy oddali zakładników Amerykanom dnia 20 stycznia 1981 r., dokładnie w dniu zaprzysiężenia nowego Prezydenta Ronalda Reagana. Jednak, od tamtej pory Stany boczyły i boczą się dalej na Iran, atakowały go ostro w propagandzie, nakładały sankcje, blokowały konta bankowe, nie importowały ropy naftowej i gazu, groziły uderzeniem w irańskie reaktory nuklearne itp. Względna normalizacja nastąpiła dopiero po zawarciu porozumienia ws. irańskiego programu nuklearnego, dnia 14 VII 2015 r., ale Prezydent D. Trump zerwał to porozumienie. Poza ww. wojną koreańską i wietnamską, historia post jałtańska zna jeszcze wiele innych awantur wojennych w wydaniu amerykańskim. Jest chyba źdźbło prawdy w ironicznych porzekadłach, iż „każdy Prezydent USA musi mieć swoją wojenkę” oraz że „USA nie mogą się obyć bez wroga”. Niektóre z incydentów i sytuacji konfliktowych były bardzo groźne, kryły w sobie ryzyko wybuchu wielkiej wojny. Np.,: – kryzys berliński (4 VI – 9 XI 1961 r.), kiedy władze radzieckie zarządziły blokadę miasta, aby powstrzymać odpływ ludności z Berlina Wschodniego. W odpowiedzi, Amerykanie zorganizowali zaopatrzeniowy most powietrzny. Potem, rozpoczęto budowę „muru berlińskiego”; – kryzys kubański (1962 r.), związany z radziecką próbą przetransportowania i zainstalowania na Kubie rakiet wymierzonych przeciwko USA. Jednak, mimo kolosalnego napięcia, Nikita Chruszczow i John F. Kennedy znaleźli rozwiązanie kompromisowe. Rakiety zostały wycofane. Bardzo groźne i brzemienne w potencjalne konsekwencje były także kolejne wojny na Bliskim Wschodzie, starcia wokół Tajwanu, czy bombardowanie Jugosławii przez lotnictwo USA/NATO (24 III – 10 VI 1999 r.), w czasie wojny w Kosowie. Wówczas to, zbombardowano nawet, chyba nie przez przypadek, gmach ambasady ChRL w Belgradzie oraz doprowadzono do rozczłonkowania pięknej i zasobnej naonczas Jugosławii na kawałki. Komu ona przeszkadzała?
Jednak polityka US Hard Power dała najbardziej negatywnie znać o sobie w następujących przypadkach: – wojna w Zatoce Perskiej (1990 r. – 1991 r.) kosztowała podatników amerykańskich ponad 61 mld USD i przyniosła nijakie rezultaty (może poza wypróbowaniem, na polu walki inteligentnych broni nowych generacji, tzw. smart weapons); – wojna w Afganistanie (2001 r. – praktycznie do dziś). Dotychczasowe koszty: ponad 1,5 bln USD. Suma ta może wzrosnąć do 5 bln USD, jeśli uwzględni się koszty ubezpieczenia żołnierzy, leczenia rannych i psychicznie chorych oraz odszkodowań dla rodzin zmarłych; awantura afgańska US Army urasta do rangi tragicznego symbolu niepowodzenia strategii Hard Power i polityki „z pozycji siły”; – podobnie jak wojna iracka (2003 r. – praktycznie, do dziś), wywołana pod fałszywym pretekstem posiadania broni masowej zagłady przez Saddama Husseina. Dotychczasowy koszt: ponad 800 mld USD; oraz setki tysięcy zabitych i rannych w ww. przypadkach. Donald Trump ocenia, że agresja amerykańska w Iraku przyczyniła się do… powstania Państwa Islamskiego. Fakt, że wojny te są tak przewlekłe świadczy o tym, że założone cele nie zostały osiągnięte i że strategia US Hard Power ponosi fiasko.
Szczególnym przypadkiem niepowodzenia USA w ramach tej strategii jest casus ukraiński i syryjski. Kiedy trwał II majdan (tzw. Euromajdan) w Kijowie, zapoczątkowany dnia 21 XI 2013 r., pewnego razu, pod „osłoną” owego majdanu, okręty VI floty US Navy (śródziemnomorskiej) przepłynęły nielegalnie przez cieśniny czarnomorskie i skierowały się ku… rosyjskiej bazie morskiej w Sewastopolu. Cel tej misji był jasny: zajęcie owej bazy. Ale Cziernomorskij Fłot był szybszy i nie dopuścił do tego, po czym Rosja odzyskała Krym. USA udało się wszakże zainstalować proamerykańskie władze na Ukrainie i doprowadzić tamże do powszechnego bałaganu, który Leszek Balcerowicz i Michaił Saakaszwili, ówcześni doradcy rządowi, mogli jedynie pogłębić.
Przypadek syryjski jest znacznie bardziej skomplikowany i niebezpieczny. W wyniku tzw. wojny sześciodniowej, w 1967 r., Izrael zajął, m.in., syryjskie Wzgórza Golan. Okupacja trwa do tej pory. Wystarczy tylko spojrzeć ze szczytu tych Wzgórz, by zrozumieć ich strategiczne znaczenie. W dole rozpościera się biblijne Jezioro Galilejskie, którego życiodajna woda przesyłana jest rurociągami na pola i sady izraelskie. Poza wszystkim, Syria ma priorytetowe znaczenie i położenie strategiczne na mapie Bliskiego Wschodu, także w kontekście państwa islamskiego. Obok Iranu, chyba Syria jest teraz największym wrogiem Izraela, a Izrael – Syrii. USA bronią więc Izraela, co zrozumiałe. W danym przypadku, Stany chciały powtórzyć w Syrii to, co zrobiły w Libii (zabójstwo Muammara Qaddafiego i ustanowienie władzy proamerykańskiej) oraz w Iraku (zabójstwo Saddama Husseina i ustanowienie władzy proamerykańskiej). O ile w poprzednich przypadkach świat przyglądał się dość biernie wyczynom amerykańskim, o tyle w odniesieniu do Syrii i – wcześniej – do Ukrainy, Rosja powiedziała: „stop” i wysłała tam swoje siły zbrojne. Bombardowania rosyjskie w Syrii zaczęły się dnia 30 IX 2015 r. Władza Baszira el-Asada i on sam zostali uratowani, póki co. Amerykanie zdębieli, bo – najwyraźniej – tego się nie spodziewali. To kolejny krach ich Hard Power Policy.
De facto, w Syrii trwa więc bezpośrednia zbrojna konfrontacja sił rosyjskich (z udziałem wojsk prorządowych) i sił amerykańskich (z udziałem armijek antyrządowych), Turków, Kurdów, terrorystów, islamistów i in. Niebywały galimatias polityczno – strategiczny. Jego końca nie widać. Tymczasowe zawieszenia broni kończą się, zazwyczaj, wznowieniem działań bojowych. ONZ jest bezsilna. Niewymowne są cierpienia ludności cywilnej. Ze źródeł ONZ i Ligi Arabskiej wynika, że liczba zabitych Syryjczyków przekroczyła już 400.000 osób, w tym 15.000 dzieci. Liczba obywateli, którzy musieli opuścić swe domostwa i szukać schronienia w innych regionach kraju = 6 mln; zaś liczba uchodźców syryjskich = ponad 5 mln osób. Bezradni Europejczycy znają ich gehennę, niejako, z autopsji. Koszty tej wojny są astronomiczne. Po stronie rosyjskiej: 3 mln USD dziennie (łącznie już ponad 500 mln USD); zaś po stronie amerykańskiej – cztery razy więcej, na dzień i ogólnie. Oto konkretne „wyniki” kolejnej poronionej US Hard Power Policy. Ale czy pozycja USA na Bliskim Wschodzie i w skali globalnej oraz bezpieczeństwo Izraela zostały umocnione? Raczej, wręcz przeciwnie. Ponadto, wojna w Syrii stanowi dziś najpoważniejsze zarzewie nie tylko szerszego starcia amerykańsko – rosyjskiego, lecz również wybuchu III wojny światowej. Jakby Stanom było za mało wojen prowadzonych przez nie w wielu państwach Północnej Afryki i Bliskiego Wschodu, US Navy i Air Force atakuje ostatnio Jemen.
I wreszcie, ułomności i nieadekwatność analizowanej polityki i strategii globalnej US widoczne są jaskrawo również przez pryzmat ich wojny z terroryzmem („War on Terror”). Terroryzm jest stary jak świat. Nie zaczynając od „Adama i Ewy”, godzi się przypomnieć, iż za jego protoplastów uważa się żydowskie ugrupowanie Sicarii (Nożownicy), którzy, w 1 wieku n.e., sztyletami mordowali w Judei tamtejszych kolaborantów ówczesnych władz rzymskich. Zaś, w naszych czasach, za punkt zwrotny w ewolucji terroryzmu i walki z nim uważa się atak samolotowy na wieżowce World Trade Center, w Nowym Jorku, dnia 11 IX 2001 r. Zresztą, okoliczności tej tragedii nie zostały jeszcze wyjaśnione do końca, w związku z czym ludzie gubią się w domysłach, w teoriach spiskowych i w spekulacjach. Tom Brokaw, bezpośredni świadek wydarzeń, stwierdził wówczas, że „terroryści wypowiedzieli wojnę Ameryce” („terrorists have declared war on America”). Słowom tym nadano znaczny rozgłos w USA i na całym świecie. Wkrótce potem, dnia 16 IX 2016 r., Prezydent George W. Bush proklamował, po raz pierwszy, Global War on Terror. Z natury rzeczy, wojna ta została wkomponowana w US Hard Power Strategy w skali światowej. Podejście władz amerykańskich do tej kwestii uległo zmianie nieco później. W 2013 r., Prezydent Barack Obama uznał, mianowicie, że kategoria Global War on Terror jest zbyt ogólna i wszystkoistyczna oraz że w walce z terroryzmem należy koncentrować się na konkretnych celach, obiektach i ludziach, zagrażających Ameryce. Zaczęło się, m.in., polowanie na przywódców terrorystów, głównie przy pomocy oddziałów specjalnych i dronów (np. zabicie Osamy bin Ladena, w dniu 2 V 2011 r. oraz imama Abu Bakra al-Baghdadiego, w dniu 27 X 2019 r.). Irak zajmuje smutne I miejsce na liście państw o największej liczbie ataków terrorystycznych.
Jednakowoż, wojna USA (i innych państw) z terroryzmem nie przynosi pożądanych efektów. Wręcz przeciwnie, przyczyniła się ona do znacznego rozszerzenia tej zmory XXI wieku. Tzn., że metodologia i efektywność tej wojny jest niewłaściwa. Od 2000 r. do dziś liczba ataków i zamachów terrorystycznych na świecie zwiększyła się przeszło dziesięciokrotnie, osiągając, łącznie, liczbę ponad 70.000 ataków i 150.000 zabitych oraz straty materialne rzędu 60 mld USD. Rekordowe liczby ataków zanotowano w następujących latach: 2006 r. – 14.371; 2007 r. – 14.414; 2014 r. – 13.482; 2015 r. 11.774 (i ponad 50.000 zabitych); do połowy 2016 r. – ponad 1.400 ataków i 12.000 zabitych 2/. Liczby rannych i okaleczonych są, z reguły, kilkunastokrotnie większe.
Kolejna miscalculation amerykańska polega więc na zwalczaniu, głównie, skutków (a nie przyczyn: wojny, bieda, poniżenie, głód i in.) terroryzmu oraz na stosowaniu, w odpowiedzi, terroryzmu państwowego. Tymczasem, nawet najpotężniejsza US Army nie będzie w stanie wygrać z terroryzmem, który jest przeciwnikiem nieuchwytnym, nieobliczalnym i działającym z zaskoczenia przy pomocy prostych acz coraz bardziej wyrafinowanych metod zabijania. Ponadto, błąd Ameryki (i Zachodu) polega na zrażeniu sobie całego Islamu, a nie tylko fundamentalistycznych i fanatycznych terrorystów. Źródła islamskie podają, iż, w okresie od 1990 do dziś „Zachód zabił ponad 4 mln muzułmanów”. Proszę bardzo!
Siła i słabość usa :
najpierw o sile. Generalnie, gdyby sporządzić bilans plusów i minusów USA, jako wielkiego mocarstwa globalnego, to uzyskamy obraz „słonia na glinianych nogach”. Bowiem, żeby prowadzić optymalną i efektywną politykę globalną, USA powinny dysponować odpowiednim potencjałem materialnym i moralnym, teoretycznym i praktycznym oraz realnym programem działania długofalowego i środkami jego realizacji. Tymczasem jednak, nie dysponują one żadnym z tych składników w odpowiedniej wielkości i o odpowiedniej jakości (oczywiście, z wyjątkiem sił zbrojnych, o czym poniżej). Bez wątpienia, siły zbrojne, są największym atutem USA w grze globalnej, stosunkowo nieźle dopasowanym do celów i charakteru Hard Power. Kolejny paradoks amerykański, w kontekście międzynarodowym, polega więc na przepaści (dysproporcji) między wygórowanymi ambicjami dominacyjnymi a niedostatecznymi możliwościami ich realizacji. Np. zamiast programu, działa się w sposób chaotyczny, od przypadku, do przypadku. Nawet, jeśli jakieś plany są, to brakuje ich dopasowania do obecnych i do przyszłych realiów globalnych (np. zmiany układu sił i in.).
Amerykańskie siły zbrojne liczą, pod bronią, łącznie 1.300.300 żołnierzy i oficerów oraz 811.000 rezerwistów. Wojska lądowe (the Army): 475.000 żołnierzy i oficerów służbie czynnej, 540.000 rezerwistów i członków gwardii narodowej, 5.000 samolotów i około 9.000 czołgów różnych typów; Marynarka wojenna (the US Navy): 329.000 marynarzy i oficerów, 430 okrętów wojennych, w tym 19 lotniskowców, 1 – w rezerwie, 3 – w budowie i 16(!) planowanych oraz 3.700 samolotów bojowych. Wojska lotnicze (the US Air Force): 333.772 osób, 5.137 samolotów bojowych, 450 międzykontynentalnych rakiet balistycznych (ICBM = Intercontinental Ballistic Missiles) i 63 satelity; potencjał nuklearny: 6.970 głowic (ładunków nuklearnych), 800 rakiet balistycznych i samolotów zdolnych do przenoszenia broni nuklearnej oraz 180 taktycznych bomb nuklearnych (tzw. pola walki) rozmieszczonych w Europie (!). Ponadto, 800 baz wojskowych USA rozmieszczonych w 150 krajach świata; np. w RFN stacjonują nadal 52.000 żołnierzy i oficerów amerykańskich, w Japonii – 36.00, w Korei Płd. – 29.000 i parę tysięcy w Polsce. Bez wątpienia, jest to największy potencjał militarny świata, którego lekceważyć nie należy. Ale co z tego, skoro USA przegrały wiele wojen (Korea, Wietnam) a innych wygrywać nie potrafią (Afganistan, Libia, Irak, Syria, terroryści itp.)?!

Jeszcze do niedawna, gospodarka była drugim potężnym atutem materialnym w polityce globalnej USA, ale ostatnio traci ona na znaczeniu, jest coraz mniej konkurencyjna i efektywna bowiem nadal produkuje dość dobrze, ale drogo. Jest to tym dziwniejsze, iż USA odgrywają wiodącą rolę w świecie w zakresie innowacyjności i postępu naukowo – technicznego. Powodów tego jest wiele, jak np.: – kryzys globalny (od 2007 r.), który Amerykanie sami sobie (i innym) sprokurowali i który bardzo silnie uderzył również w gospodarkę USA; – rozwój gospodarczy Chin i innych państw oraz konkurencja ze strony Unii Europejskiej; – wzrost cen wielu surowców niezbędnych w produkcji amerykańskiej; – niedowład powojennego światowego systemu ekonomiczno-finansowego, którego kurczowo trzyma się gospodarka USA i in. Pandemia i nowy kryzys gospodarczy pogorszy ten stan rzeczy.
Np., dług zagraniczny wynosi ponad 20 bln USD. Ale to nie wszystkie długi. Trzeba do nich dodać jeszcze zadłużenie producentów, konsumentów i długi ukryte, stanowiące, z reguły, trzy/czterokrotną wartość długu publicznego. Tak więc, łączne zadłużenie społeczeństwa i państwa amerykańskiego szacowane jest na około 190 bln USD (!), co oznacza ok. dziesięciokrotną wartość PKB. Od dawna, USA (podobnie jak Polska) żyją na kredyt, który kiedyś trzeba będzie spłacić. Ale kiedy, czym i jak? Oto jest pytanie oraz wielki problem USA i całego świata; oto są owe główne „gliniane nogi” słonia amerykańskiego. Bez przesady i realistycznie trzeba więc stwierdzić, iż ewentualne dążenie do wyplątania się z tego olbrzymiego zadłużenia może popychać niektóre siły w USA do awantur wojennych.
Teraz o najważniejszych słabościach. Za główną z mnich trzeba uznać anachroniczny i niewydajny system (ustrój) w USA: neoliberalizm, neokonserwatyzm, fetysz wolnego rynku, niby demokracja, państwo policyjne, brak optymalnej alternatywy opozycyjnej wobec prawie tożsamych partii rządzących, jedna po drugiej itp. Natura tego systemu jest tego rodzaju, że nawet, jeśli to wielkie mocarstwo dopracuje się poważnych wyników na określonym etapie swego rozwoju, to – po pewnym czasie – system generuje kryzys, który niszczy i pożera owoce rozwoju. Tak było w przypadku I kryzysu globalnego (przełom lat 20-tych i 30-tych XX wieku), jak również II kryzysu globalnego (od 2007 r. do dziś). Bolesne doświadczenia amerykańskie dowodzą, iż „niewidzialna ręka rynku” nie jest w stanie rozwiązywać nabrzmiewających problemów społeczno-gospodarczych (vide: casus walki z pandemią), w wyniku czego, w obliczu kryzysu, władza musi uciekać się do metod interwencjonizmu państwowego (np. ratowanie firm „zbyt dużych, żeby splajtowały”, drukowanie papierowych dolarów bez pokrycia, zamówienia wojskowe itp.). W USA toczy się wiele dyskusji systemowych, ale nie pojawiła się jeszcze całościowa, realistyczna i coraz bardziej niezbędna koncepcja, która byłaby alternatywą wobec przestarzałego ustroju. Dodajmy, że jego elementem jest także Global Hard Power Policy.
Inna słabość wynika z tego, co kiedyś stanowiło o sile USA, czyli z wielonarodowości i z pluralizmu kulturowego. Społeczeństwo amerykańskie jest niebywałym zlepkiem złożonym z niegdysiejszych uchodźców i azylantów, z przedstawicieli prawie wszystkich narodowości i grup etnicznych świata (dzisiaj medale olimpijskie zdobywają dla USA prawie wyłącznie czarnoskórzy sportowcy, potomkowie niewolników). Ww. słabość jest już poważnym czynnikiem rozsadzającym Stany od wewnątrz i, po części, z zewnątrz. Nasilają się konflikty na tle rasowym, etnicznym, religijnym, ksenofobicznym i ekonomicznym. Słynne zawołanie alterglobalistów amerykańskich: „1 proc. bogatych a 99 proc. ubogich” nie jest odległe od prawdy.
Właśnie wśród czarnoskórych mieszkańców nowojorskiego Harlemu, jeszcze w czasach studenckich, zauważyłem, chyba najsilniejsze w świecie, przejawy antysemityzmu. Liczba ludności USA wynosi ponad 322 mln. Obecnie już prawie 40 proc. tego społeczeństwa amerykańskiego mówi po hiszpańsku. Polish Americans jest około 9,5 mln (3 proc. ogółu ludności), Żydów wyznających judaizm jest 5,7 mln, a muzułmanów – około 7 mln (2,15 proc. ), z tym że ich liczebność dość szybko wzrasta. Muzułmanie z USA boleją nad tym, że wojska amerykańskie mordują ich braci w wierze w wielu krajach islamskich. Nie pozostaje to bez wpływu na podnoszenie poziomu radykalizacji w tej społeczności. W sumie, postępuje coraz wyraźniejsza dezintegracja społeczeństwa amerykańskiego.
Globalizacja – deglobalizacja :
trwająca do niedawna IV globalizacja była ważnym instrumentem w polityce i w strategii USA w skali światowej. Pod pojęciem globalizacji należy rozumieć proces integracji między państwami i narodami, polegający na wymianie ludzi, dóbr intelektualnych i kulturalnych oraz idei, wyrobów, usług, kapitału, inwestycji itp. Wyróżniamy 3 główne rodzaje globalizacji: polityczną, ekonomiczną i społeczną (szczególnie kulturalną). W II połowie XX i na początku XXI wieku, rozwojowi globalizacji sprzyjał imponujący postęp w zakresie znoszenia barier granicznych, środków transportu i łączności. W czasach nowożytnych, rozróżniamy, chronologicznie, cztery kolejne globalizacje: 1. post wiedeńska (po zakończeniu wojen napoleońskich i po kongresie wiedeńskim w 1815 r.), 2. post wersalska (po zakończeniu I wojny światowej i po traktatach pokojowych z 1918 r. i n.), 3. post jałtańska (po zakończeniu II wojny światowej i po zawarciu zmowy jałtańsko – poczdamskiej) i 4. post berlińska (po upadku muru berlińskiego i systemu dwubiegunowego w świecie, na przełomie lat 80-tych i 90-tych XX wieku).
Ten ostatni etap globalizacji był maksymalnie manipulowany i wykorzystywany przez USA – dla ich własnych celów i dochodów, z użyciem instytucji międzynarodowych zdominowanych przez Stany, szczególnie MFW i Banku Światowego. Zwłaszcza, amerykańskie (i zachodnie – w ogólności) koncerny wielonarodowe (tzw. multinationals) i monopole panoszyły się w świecie, zarabiając duże pieniądze pod pretekstem globalizacji. Etap ten zakończył się wraz z początkiem II wielkiego kryzysu globalnego, tzn. od roku 2007. Można powiedzieć, iż oznaczało to również kres IV globalizacji, po której powstała próżnia, którą trzeba będzie wypełnić nowym ładem międzynarodowym. Powrotu do starych praktyk globalizacyjnych i dyskryminacyjnych (preferowania bogatych i poniewierania biednych) być nie powinno. Tworzy się bowiem nowy wielobiegunowy układ sił na świecie. Nie wykluczam, że pandemia ma powstrzymać budowanie tego układu.
Z procesem globalizacji należy też kojarzyć dekolonizację, która doprowadziła do upadku imperiów kolonialnych i do zwiększenia liczby suwerennych państw narodowych (nation states) od 50 (przed dekolonizacją) do 192 – pod koniec XX wieku. Proces ten rozpoczął się od rozpadu imperium hiszpańskiego, jeszcze w XIX wieku. Następnie, po I wojnie światowej, rozczłonkowaniu i likwidacji uległy imperia kolonialne: niemieckie, austrowęgierskie, otomańskie i rosyjskie; a po II wojnie światowej: brytyjskie, francuskie, holenderskie, japońskie, portugalskie, belgijskie i włoskie; zaś po „zimnej wojnie” – „imperium radzieckie”. Teraz kolej na „imperium amerykańskie”. Tak więc, nie tylko poszczególne globalizacje, ale również kolonizacja zakończyła się klęską i niepowodzeniem kolonizatorów, którzy jednak zarobili na tym niemało kosztem wielkich ofiar, wyrzeczeń, rabunku i strat narodów oraz krajów kolonizowanych (wyzyskiwanych).
Najprawdopodobniej, droga do nowego ładu światowego i do systemu wielobiegunowego prowadzić będzie przez deglobalizację. Proces ten już faktycznie trwa w mikro skali oraz w sposób jeszcze nie skoordynowany i nie kontrolowany przez nikogo. Główną siłą motoryczną w tym procesie są Chiny oraz ich sojusznicy i partnerzy z BRICS, z ASEAN i in. Definicję deglobalizacji sformułować można następująco: jest to koncepcja określająca nową formułę i innowacyjną organizację gospodarstwa światowego. Uwzględnia ona intensyfikację powiązań międzyludzkich w świecie, ale stara się uwolnić je spod rygorów oraz dyktatu neoliberalizmu, globalizacji finansowej i wolnego rynku. Ma to być organizacja sprawiedliwa, humanistyczna i ekologiczna (czyli zrównoważony rozwój). Taryfy i opłaty celne powinny być określane stosownie do kosztów społecznych i ekologicznych produkcji towarów i usług, przy czym zakłady produkcyjne trzeba odpowiednio przemieścić (tzw. reterytorializacja).
Jednym z głównych promotorów deglobalizacji jest Walden Bello, człowiek lewicy, filipiński profesor socjologii i administracji publicznej, absolwent, m.in., Uniwersytetu Manilskiego i Princeton, wykładowca na wielu uniwersytetach amerykańskich i autor licznych publikacji na analizowane tematy 3/. W. Bello sformułował 14 zasad deglobalizacji, spośród których na podkreślenie zasługują następujące: – produkować, przede wszystkim, na rynek krajowy, a nie na eksport; – wprowadzić cła ochronne dla rynku krajowego, aby przeciwstawić się ekspansji wielkich koncernów i subsydiom państwowym sztucznie obniżającym ceny wyrobów tych koncernów; – położyć większy nacisk na jakość pracy i życia, a nie na sam wzrost gospodarczy (PKB); – zwiększyć udział odnawialnych źródeł energii w produkcji krajowej i światowej; – zapewnić równość płci w życiu politycznym i społeczno – gospodarczym; podejmować decyzje strategiczne nie via wolny rynek i technokratów lecz metodami demokratycznymi; – zwiększyć kontrolę społeczną nad sektorem prywatnym; – wprowadzić gospodarkę mieszaną („mixed economy”), uwzględniającą wszystkie formy własności; – zlikwidować MFW i Bank Światowy oraz utworzyć nowe instytucje finansowe nie na zasadach wolnego rynku i obiegu kapitału lecz współpracy i partnerstwa itp.
Prof. W. Bello uważa też, iż deglobalizacja nie oznacza cofnięcia wstecz świata, szczególnie gospodarstwa światowego, lecz zmierza do wypracowania alternatywy wobec zachowawczych projektów Światowej Organizacji Handlu. Podkreśla on, iż promotorzy dotychczasowej globalizacji doprowadzili ją (i siebie) do takiego stadium, że „starają się zarządzać czymś, czym zarządzać już się nie da…”). Kluczową sprawą jest również zmniejszenie luki rozwojowej między Północą a Południem, bogatymi a biednymi itp. Profesor krytykuje ostro koncepcje tzw. „szczęśliwej globalizacji”, która – rzekomo – mogłaby doprowadzić do postępu cywilizacyjnego w krajach Południa. W tym duchu, deglobalizacja ma służyć rozwojowi gospodarek krajowych, regionalnych i kontynentalnych, a nie ich degradowaniu oraz takiej restrukturyzacji gospodarstwa światowego i systemu politycznego, aby sprzyjał on odpowiednio sprawom ekonomicznym. Należy też położyć kres dominacji koncernów wielonarodowych, ich patologii pieniądza i żądzy zysku oraz lepiej zaspokajać potrzeby poszczególnych ludzi i całych społeczności. Trudno odmówić słuszności postulatom prof. W. Bello oraz zawartym w nich propozycjom ws. optymalizacji, racjonalizacji, zwiększenia efektywności, humanizacji polityki i gospodarki światowej oraz zrównoważonego rozwoju.
Uwagi końcowe :
Chcę wierzyć, że przedstawiona powyżej analiza ewolucji polityki globalnej USA i faktografia jej dotycząca, jako szeroki kontekst pandemii, upoważnia do stwierdzenia, iż poniosła ona totalne fiasko, mimo ogromnych nakładów i starań tego mocarstwa przez całe dziesięciolecia. Przykłady niepowodzeń można by mnożyć dalej, np.: osłabienie pozycji USA w Afryce, wyrywanie się Ameryki Południowej spod kurateli Waszyngtonu, a nawet coraz większe „nieposłuszeństwo” UE, także W. Brytanii, w stosunku do „silniejszego brata”. W każdym razie, żaden z głównych globalnych celów długofalowych i strategicznych USA nie został osiągnięty. Nie doczekaliśmy się ich panowania nad światem oraz uniwersalizacji modelu amerykańskiego i raczej nigdy nie doczekamy się już tego. Przyznaje to wielu Amerykanów, a wśród nich Prezydent Donald Trump, który wzywa do rewizji, do uelastycznienia i do modernizacji polityki globalnej USA oraz stwierdza, że mocarstwo to nie powinno już być „żandarmem/policjantem świata” 4/. Trudno o lepsze i o bardziej wymowne potwierdzenie, iż dotychczasowa polityka tej „żandarmerii” skończyła się niepowodzeniem. Model amerykański nie został urzeczywistniony w 100 proc. w żadnym z państw świata.
W świetle pandemii i obecnej sytuacji międzynarodowej, przed USA staje alternatywa natury zasadniczej: 1. albo ich dotychczasowa nierealistyczna polityka globalna będzie nadal kontynuowana, co doprowadziłoby do dalszego pogorszenia pozycji USA w świecie oraz do niebezpiecznego zaostrzenia stosunków międzynarodowych – w związku z amerykańskim dążeniem do osiągnięcia celów nieosiągalnych; 2. albo też Stany Zjednoczone zdecydują się na radykalne zreformowanie (wręcz odwrócenie) tej polityki, odstąpienie od dominacji, od hegemonizmu, od filozofii i praktyki Hard Power na rzecz Soft Power oraz na konstruktywne budowanie Nowego Świata wespół z innymi mocarstwami i państwami, co będzie z korzyścią także dla samych USA? Sadzę wszelako, iż proces dojrzewania państwa, społeczeństwa i establishmentu amerykańskiego do nowatorskich rozwiązań będzie jednak możliwy, ale dość powolny. Szkoda, bowiem w staraniach o przeobrażenie świata i o rozwiązywanie jego palących problemów, czynnik czasu odgrywa kluczową rolę.
Spodziewam się także, że reszta świata uwzględniać będzie w coraz większym zakresie nieuchronne metamorfozy dokonujące się w polityce globalnej (kontynentalnej, regionalnej i in.) USA oraz dostosowywać się będzie elastycznie do tych przemian. Naturalnie, powinny nastąpić zmiany podejścia innych państw do kwestii sojuszu i współpracy z USA. Bowiem, do tej pory, sojusze tego rodzaju i „gwarancje bezpieczeństwa” ze strony Stanów Zjednoczonych korzystały nieomalże z preferencji monopolistycznych i atrybutów wyłączności. Powiadano: jeśli USA cię nie obronią, to nikt inny cię nie obroni i jeśli USA cię będą bronić, to nikt inny cię nie zaatakuje. To czysta fantazja i pobożne życzenia. Teoretycznie, Stany Zjednoczone miałyby tak liczne grono państw i narodów do obrony, iż – w praktyce – żadnego z nich odpowiednio obronić by nie zdołały.
Proces wprowadzania zmian w podejściu licznych państw do USA i do polityki sojuszów z nimi jest w toku już od dłuższego czasu. Widać to nawet w przypadku najwierniejszych sojuszników: W. Brytanii, Francji, Niemiec, Kanady, Meksyku, Arabii Saudyjskiej, Izraela, Pakistanu, Turcji, Australii i in. oraz Indii, Unii Europejskiej, Brazylii, Wenezueli, czy Kuby, z którą USA bezproduktywnie zamroziły swe stosunki na okres 1961 – 2015 r. (embargo, blokada, dyskryminacja, groźby interwencji itp.). W trwającym procesie przeobrażeń, poszczególne państwa dążą, głównie, do wielobiegunowej i do pluralistycznej polityki sojuszów, odchodząc od monopolu amerykańskiego w tej mierze. W wyniku dotychczasowej pandemii państwo i społeczeństwo amerykańskie poniosło już kolosalne straty ludzkie, materialne i prestiżowe. Współczujemy – w nadziei na pozytywny renesans tego mocarstwa, dla jego i światowego dobra!
Najwyższy czas, aby stosowne zmiany i przeobrażenia jakościowe nastąpiły także w polityce zagranicznej RP, głównie w kwestii sojuszów. Przez cały dotychczasowy okres transformacji, władze polskie trzymały się kurczowo „klamki amerykańskiej”, były nader posłuszne i potulne wobec nowego „starszego brata”, a Polska niewiele korzystała na tym (raczej dopłacała do tego interesu). Co gorsza, przereklamowane gwarancje bezpieczeństwa dla RP ze strony USA i NATO mogą okazać się absolutnie iluzoryczne, w przypadku poważniejszego zagrożenia. Słowem, stosunki RP – US wymagają gruntownego przewartościowania, racjonalizacji, optymalizacji i partnerskiego rozwoju, stosownie do wymagań naszych czasów. Dobrze więc, że obecne władze RP dynamizują współpracę z Chinami, z Indiami, z państwami ASEAN, z Afryką i in., zmierzają do większej efektywności funkcjonowania ociężałego molocha UE oraz rozwijają współdziałanie w układzie regionalnym. Zdecydowanej normalizacji, uzdrowienia i poprawy wymagają jeszcze stosunki Rzeczypospolitej Polskiej z Federacją Rosyjską (Niemcy to potrafią). Trzeba Rosję traktować, z umiarem i ze wzajemnością, nie jako wroga i rywala lecz jako sąsiada, przyjaciela i partnera. Bowiem, bez tego, polityka RP na arenie międzynarodowej byłaby sparaliżowana w niemałym stopniu. Tego Polsce życzyć nie należy.
Odnośniki:
1/. Wydatki wojskowe Chin wynoszą 188 mld USD, a USA – 640 mld USD; PKB ChRL szacowane jest na 21 bln USD, a USA na 18,6 bln USD (w kategoriach PPP = Purchasing Power Parity, parytet siły nabywczej);
2/. Z kolei, amerykańska organizacja pozarządowa (laureat nagrody Nobla) – Lekarze na rzecz Odpowiedzialności Społecznej (Physicians for Social Responsibility), z siedzibą w Waszyngtonie, szacuje liczbę zabitych w dotychczasowych atakach terrorystycznych na ponad 2 mln osób;
3/. Np.: książka „Pomysły deglobalizacyjne w odniesieniu do nowej gospodarki światowej” („Deglobalization Ideas for New World Economy”, 1 VI 2004 r., Wydawnictwo Zed Books);
4/. Por. wypowiedź D. Trumpa w programie telewizji Fox News, z dnia 1 X 2015 r.

Koronacyjny krach polityki globalnej USA (część I)

Tragedię pandemii należy rozpatrywać jako zjawisko samoistne, ale, lepiej, w kontekście globalnym. W tym celu nie trzeba być politykiem, dyplomatą czy politologiem, żeby dostrzegać pogarszającą i komplikującą się
coraz bardziej sytuację międzynarodową – i to pod każdym względem.

Nie trzeba też być jasnowidzem czy prorokiem, żeby prognozować bardzo niebezpieczne, dla rodzaju ludzkiego, skutki tego stanu rzeczy i jego prawdopodobne niszczycielskie konsekwencje dla życia na Ziemi. Nawet jeśli jej mieszkańcy nie mają takiej świadomości w oparciu o przesłanki empiryczne i naukowe, to – podświadomie i instynktownie – wyczuwają oni, że coś niedobrego wisi w powietrzu, że coś dzieje się nie tak, jak trzeba i obawiają się coraz bardziej o przyszłość. Z rozmaitych zakątków świata dochodzą do nas głosy wręcz alarmistyczne, jak, np., wypowiedzi polityków rosyjskich (prezydent Władimir Putin i minister Siergiej Ławrow), uczonych chińskich, (profesorów: Yang Guangbing, Li Wen i Lin Hongyu) 1/. i in., którzy stwierdzają wprost, iż Stany Zjednoczone ponoszą główną odpowiedzialność za obecny chaos i niepewność panującą w świecie oraz za poważny wzrost napięcia w stosunkach międzynarodowych. Z kolei, władze USA obarczają winą za te patologie inne podmioty państwowe, na zasadzie: „to nie my, lecz koledzy…”; i tak, owo błędne koło zarzutów i oskarżeń kręci się coraz szybciej, a jednocześnie góra nierozwiązanych problemów globalnych, kontynentalnych, regionalnych i krajowych urasta już do niebotycznych rozmiarów i do groźnej „masy krytycznej”. Obecna apokaliptyczna pandemia stanowi wymowny test i papierek lakmusowy tej masy.
Tymczasem, tzw. prawda obiektywna jest jedna jedyna i niepodważalna. Trzeba tylko odważnie ją odnaleźć i spojrzeć jej w oczy. W tym celu niezbędna jest właściwa doza realizmu i obiektywizmu, jakiej, z reguły, nie staje niektórym myślicielom i decydentom odpowiedzialnym nie tylko za losy własnych państw i narodów, ale także za teraźniejszość i za przyszłość całego świata i rodzaju ludzkiego. Stwierdzenie to jest tym bardziej aktualne we współczesnej sytuacji (wybory prezydenckie w USA i nie tylko tam), kiedy może dojść do pewnych przewartościowań w polityce globalnej Stanów Zjednoczonych. Czy będą to zmiany na lepsze, które mogłyby położyć kres owemu światowemu chaosowi, zagrożeniom i neoliberalnemu marazmowi made in USA? Bardzo wątpię! Bowiem, w programach wyborczych obydwu partii i osobistości kandydujących na najwyższy urząd w Waszyngtonie próżno by szukać jakościowo nowatorskiej wizji lepszego świata – z myślą o szeregowych obywatelach a nie tylko o bogatych kapitalistach oraz o całym świecie a nie tylko o USA! Poza wszystkim, nie miejmy złudzeń – niezależnie od tego, kto wygrywa tam wybory i jakie nosi nazwisko, to sedno, istota, programy i mechanizmy władzy w USA nie ulegają zmianie. Nadal rządzić tam będzie, de facto, wielki kapitał, bezpieka i kompleks wojskowo – przemysłowy. Tak uczy historia i tak potwierdzają to najnowsze doświadczenia, także z obydwu kadencji obamowskich i trumpowskich.
Łatwo jest powiedzieć, że USA ponoszą główną odpowiedzialność za obecny chaos, marazm, impotencję i za zagrożenia na świecie. Ale już znacznie trudniej udowodnić takie twierdzenie – obiektywnie i przekonująco. Warto jednak podjąć tę dość ryzykancką próbę, bowiem teraz nie mamy już wiele (czyli prawie wszystko) do stracenia, zaś stawka w toczącej się bezładnej grze globalnej jest maksymalna.
Obecne położenie i funkcjonowanie USA na scenie globalnej jest nie tylko funkcją i konsekwencją ich polityki z ostatnich lat czy nawet przeszło ćwierćwiecza (od upadku systemu dwubiegunowego – rozpadu Związku Radzieckiego, dnia 26 grudnia 1991 r.). Wszakże właściwe zrozumienie i racjonalną ocenę tego zjawiska można osiągnąć dopiero dzięki jego analizie w szerszym kontekście historycznym, powiedzmy, od zakończenia II wojny światowej, zawarcia zmowy jałtańsko – poczdamskiej i od początku „zimnej wojny” (1947 r. – 1991 r.). Stany Zjednoczone zmarnowały wówczas unikalną i niepowtarzalną szansę zbudowania, wraz z sojusznikami, lepszego świata, jaka pojawiła się w warunkach euforii zwycięstwa nad faszyzmem niemieckim i włoskim oraz nad militaryzmem japońskim.
Szansę tę można byłoby wykorzystać i urzeczywistnić tylko pod warunkiem, gdyby USA niezmiennie „nie były sobą”, czyli gdyby nie dążyły one do panowania nad światem i do narzucenia mu perswazją lub, głównie, siłą swych rozwiązań systemowych: Pax Americana, American Dream, hegemonizm, totalitaryzm, liberalizm i neoliberalizm, iluzje wolności i niepodległości czy, wreszcie, tzw. demokracji amerykańskiej.
Jak by to paradoksalnie nie brzmiało, w USA nigdy nie było i nadal nie ma autentycznej demokracji (władzy ludu – demos’u). Są natomiast wyrafinowane i kosztowne pozory demokracji fasadowej (na pokaz); oraz, faktycznie, autorytarne rządy (dyktatura) bogatych nad biednymi, kapitału nad pracą, oświeconych nad nieoświeconymi, mundurowych nad cywilami, grup interesów nad ogółem bezwolnego społeczeństwa itp. Jednak, poczynając od 1945 r., wszystkim kolejnym władzom (prezydentom, rządom…) amerykańskim zabrakło odwagi, wyobraźni i dalekowzroczności. Zasklepiały się one natomiast w swych przestarzałych koncepcjach, wyobrażeniach i dążeniach do panowania nad światem oraz brną tak dalej. Choć, bez wątpienia, mają świadomość, iż praktyczna realizacja tych koncepcji i dążeń była od początku niemożliwa i taką też pozostaje tym bardziej teraz – we współczesnej zmienionej konfiguracji sił globalnych. Jedynym racjonalnym wytłumaczeniem owej stagnacji intelektualno – realizacyjnej jest chęć zarabiania dużych pieniędzy w „mętnej wodzie” sytuacji globalnej, m.in. poprzez opaczną globalizację, intensyfikację zbrojeń, militaryzację gospodarki, wojny regionalne oraz terroryzowanie i dyscyplinowanie obywateli prawdziwymi i urojonymi zagrożeniami (Armagedon, koniec świata, atak z kosmosu, pandemia itp.). Od dawien dawna, w USA pokutuje zasada, iż jeśli masz siłę, to „wykorzystaj ją” – bo, w przeciwnym razie, „ją stracisz”. W wersji amerykańskiej, to się nawet rymuje: „use it or lose it” (wym.: „juz yt or luz yt”).
Nierealne założenia:
Ową przepaść między teorią a praktyką, między chciejstwem a wykonawstwem w polityce globalnej USA uważam za największy paradoks w krótkiej historii tego znakomitego, skądinąd, wielkiego mocarstwa i społeczeństwa. Nijak tego pojąć nie mogę, bowiem są przecież w Stanach całe zastępy mądrych i światłych ludzi, którzy nie raz zadziwiali nas swymi imponującymi dokonaniami w wielu dziedzinach. Tyle tylko, że zaślepieni bogacze i egocentryczni decydenci nie chcą słuchać mądrzejszych od siebie i brać pod uwagę ich propozycji, także w sferze polityki zagranicznej i globalnej.
Bardzo szkoda, bowiem mocno traci na tym cały świat, łącznie ze Stanami Zjednoczonymi! Prawda jest brutalna – w dobie współczesnej, realizacja dominacyjnych i hegemonistycznych aspiracji amerykańskich nie jest możliwa na drodze pokojowej; natomiast wielkiej wojny światowej Stany już w żaden sposób wygrać nie zdołają! Oto jest wielki dylemat!
W swej dotychczasowej filozofii, metodologii i polityce znalazły się więc one w ślepym zaułku i w sytuacji bez wyjścia. O przepraszam, wyjściem jest rezygnacja z aspiracji dominacyjnych, hegemonistycznych i dyktatorskich oraz racjonalne próbowanie układania się z resztą świata na pokojowych i partnerskich zasadach – celem wypracowania autentycznie nowego i sprawiedliwego ładu globalnego – w odróżnieniu od szkaradnej karykatury post jałtańskiej i proamerykańskiej. W tym celu potrzebna byłaby chyba IInd American Revolution, bowiem panujący tam establishment nie zdobędzie się raczej na taki zwrot i przełom, nawet gdyby „śmierć zaglądała mu w oczy”. Jeśli ktoś przyzwyczaił się na dobre do polityki z „pozycji siły”, do prawa pięści, do patologii pieniądza i zysku, do pałowania niewolników czy do kowbojskich metod z dzikiego Zachodu, to tak łatwo teraz nie zrezygnuje z tych nawyków, o ile w ogóle?
Kolejny zasadniczy błąd strategiczny USA o znaczeniu długofalowym polega na przecenianiu ich własnej (choć rzeczywistej) potęgi, pozycji monopolistycznej pod wieloma względami i na szantażowaniu tymi i innymi sposobami licznych państw i narodów świata.
Drastycznym symbolem owego szantażowania było (niepotrzebne, militarnie) zrzucenie 2 bomb atomowych na Japonię, pod koniec II wojny światowej. Wtedy w Waszyngtonie wielu pomyślało sobie, że nikt im „nie podskoczy”, bo mieli monopol atomowy. Ale już wkrótce potem okazało się, to mrzonką i sennym marzeniem. ZSRR przeprowadził swą pierwszą próbę z bronią atomową w 1949 r. Obecnie do „klubu nuklearnego” zalicza się już 9 państw (łącznie z Izraelem), a następne 9 ma zdolność i potencjał niezbędny do wyprodukowania takiej broni. Ironią losu i koszmarem kiedyś monopolistycznej Ameryki jest program nuklearny Korei Północnej oraz wysokie prawdopodobieństwo, iż ta i inna (np. biologiczna) broń masowej zagłady może być zastosowana przez terrorystów, właśnie przeciwko Ameryce.
Przełamanie amerykańskiego monopolu atomowego nastąpiło więc dużo szybciej niż się spodziewali jego promotorzy. Kategoria monopolu została zastąpiona przez „równowagę strachu” i przez „wzajemnie zapewnione zniszczenie” (tzw. MAD, po amerykańsku = „Mutually Assured Destruction”). To kolejne absurdy strategiczne, choć niektórzy (np. amerykańscy uczeni: John von Neumann i Herman Kahn) powiadali, iż właśnie dzięki tymże absurdom nie doszło jeszcze do wojny nuklearnej. Jednak bezpieczeństwo bazujące na strachu nie jest żadnym bezpieczeństwem. W latach 1940 r. – 1996 r. USA wdały 5,5 bln USD na doskonalenie potencjału nuklearnego. Ów pierwotny monopol amerykański, jako geneza i praprzyczyna nieszczęścia nuklearnego, oraz jego przełamywanie doprowadziło współcześnie do niezwykle niebezpiecznej sytuacji w świecie. Zgromadzono już 15.400 głowic (ładunków) nuklearnych. Użycie tylko niedużej ich części wystarczyłoby do wielokrotnego rozbicia planety Ziemia w pył kosmiczny. Oto skala tego absurdu.
W politologii światowej podkreśla się, iż III wojna światowa mogłaby się rozpocząć od celowego uderzenia nuklearnego, biologicznego, laserowego, elektromagnetycznego itp. lub wybuchnąć przez przypadek (błąd komputera, poczynania szaleńca czy kolejny miscalculation). Inny wielki błąd w rachubach polega na przeświadczeniu, iż potęga, potencjał i przewaga USA nad innymi trwać będzie wiecznie oraz że nikt im nigdy nie zagrozi i nie sprosta (nie wygra) konkurencji z nimi. Istotnym elementem owego myślenia i postępowania było i jest lekceważenie potencjalnych przeciwników i konkurentów. Tymczasem, poważnym konkurentem okazała się nawet rozkojarzona i rozlazła Europa (UE), która kiedyś zakładała Stany Zjednoczone i której ludność przewyższa o około 200 mln społeczność amerykańską. Zdruzgotana przez II wojnę światową, Europa dość szybko i sprawnie dźwignęła się z gruzów, a Ameryka tej wojny nie zaznała na swym terytorium (naturalnie, z wyjątkiem Hawajów, Pearl Harbour i obszarów Pacyfiku). Zresztą, od zakończenia amerykańskiej wojny domowej i utworzenia USA, ich strategia polega na prowadzeniu wojen jak najdalej od własnego terytorium i, najlepiej, przy pomocy cudzoziemskich żołnierzy (tzw. wojny per procura – Proxy Wars, ang., – np. Wojsko Polskie w Afganistanie, czy w Iraku).
USA i ChRL:
Kolejne władze amerykańskie popełniały i popełniają nadal kardynalne błędy również w odniesieniu do Chin. Oby tylko, jak w przypadku Rosji, nie doprowadziło to do przekształcenia ChRL z partnera strategicznego w przeciwnika strategicznego USA. Jest tam co niemiara wątpliwości, czy Chiny – to „przyjaciel, czy też wróg”? Prof. Richard Starr (Hoover Institiution, Stanford University, California) prorokował wręcz nieuchronność „czołowego zderzenia” militarnego („Head-on Crash”) między Ameryką a Chinami. Czysty surrealizm, chyba że Ameryka bardzo tego zapragnie? Chiny dążą do dobrego, ale przygotowane są na najgorsze.
Analiza i ocena ewolucji oraz konsekwencji polityki amerykańskiej w kwestii chińskiej prowadzi do bardzo ciekawych wniosków i uogólnień. I znów, ironia losu amerykańskiego polega na tym, że właśnie USA znacznie przyczyniły się do wykreowania obecnej wielkiej potęgi nowoczesnych Chin („China’s Rise”). Rachuby amerykańskie zakładały obfite zyski z tytułu handlu, produkcji i inwestycji na ogromnym rynku chińskim. Zysków rzeczywiście było niemało, ale, z biegiem czasu, okazuje się, że gospodarka amerykańska nie wytrzymuje konkurencji ilościowej, jakościowej i cenowej z innymi na tymże rynku. W wyniku tego, Chiny zarabiają już więcej na rynku amerykańskim niż Ameryka na rynku chińskim 2/.
W okresie od 1949 r. (powstanie ChRL), stosunki amerykańsko-chińskie kształtują się rozmaicie, raz lepiej, raz gorzej, w sumie – sinusoidalnie. Jest w tych stosunkach wiele pozytywów i oznak nadziei, ale jednocześnie niemało też negatywów i symptomów niepokoju. Ważne jednak, iż – nawet w okresach szczytowego napięcia – obie strony powstrzymywały się od przekroczenia ostatecznej granicy bezpieczeństwa. Do „czołowego zderzenia” nie doszło. Mimo ogromnych wahań i manipulacji w kwestii chińskiej, wojen hybrydowych, prowokacji morskich, pandemii polityczno – propagandowej itp., kolejne władze amerykańskie zdołały jednak zdobyć się na minimum realizmu i rozwagi w kwestiach konfliktowych. A jednak można, jeśli się chce i potrafi. Ze strony chińskiej, jedynie Przewodniczący Mao Zedong zwalczał początkowo amerykańskiego „papierowego tygrysa”, a nawet groził zniszczeniem USA. Przeanalizujmy więc, na najważniejszych konkretnych przykładach, jak kształtowała się owa sinusoida stosunków wzajemnych?
Do bezpośredniej konfrontacji chińsko – amerykańskiej na polu walki doszło w czasie wojny koreańskiej. 1 listopada 1950 r. wojsko chińskie przystąpiło tam do boju z US Army. Wojna zakończyła się porozumieniem o zawieszeniu broni (do tej pory brak traktatu pokojowego), dnia 27 lipca 1953 r. Nie można powiedzieć, żeby USA wygrały tę wojnę. Poniosły ogromne ofiary ludzkie (ok. 50.000 zabitych) i koszty finansowe: 30 mld USD (obecnych). Wojna ta zapoczątkowała całą serię porażek militarnych US Army, trwających po dziś dzień. Znamienne, że USA rozpoczynają i prowadzą wojny z państwami mniejszymi i znacznie słabszymi od siebie. Z silnymi wolą nie zaczynać.
Powstały dwa państwa koreańskie, co nadal jest nieprawdopodobną anomalią i tragedią narodu koreańskiego. W różnych aspektach, wielkie mocarstwa rozgrywają ryzykownie od lat „kartę koreańską”, (np. kwestia zjednoczenia, tzw. Korean Peninsula Nuclear Issue itp.) w swych stosunkach wzajemnych; a, w międzyczasie, Niemcy i Wietnam zostały zjednoczone!
Groźnie było także w okresie wojny wietnamskiej (1 XI 1955 r. – 30 IV 1975 r.), w której Chiny zaangażowały się zdecydowanie po stronie Północy, a Amerykanie (z sojusznikami) pod stronie Południa. Wojna zakończyła się totalną klęską USA i kosztowała 111 mld USD; 58.220 Amerykanów zapłaciło życiem za udział w wojnie; ale wietnamskie straty w ludziach sięgają 3 mln obywateli cywilnych i wojskowych + ogromne zniszczenia kraju.
I teraz znów kolejna ironia historii: w dniach 23 – 25 maja 2016 r., Prezydent Barack Obama złożył oficjalną wizytę w Wietnamie. Usiłował zabliźnić rany wojenne i obiecał dostawy broni amerykańskiej dla Wietnamu. Przeciwko komu ma być wymierzona ta broń? Otóż, obawiam się, że USA (irracjonalnie i majdanowo) chciałyby ustawić Wietnam i Filipiny przeciwko Chinom w podobny sposób, jak ustawiły Polskę (majdan = stocznia gdańska im. Wł. Lenina) i Ukrainę (majdan kijowski) przeciwko Rosji!?
Po co Ameryce była wojna koreańska i wietnamska? Wytłumaczeń jest wiele: realizacja aspiracji hegemonistycznych i dominacyjnych, nakręcanie koniunktury, militaryzacja gospodarki, dyscyplinowanie, straszenie i terroryzowanie własnego społeczeństwa oraz innych narodów i państw („jeżeli nie będziecie posłuszni Ameryce, to może was spotkać taki sam los, jak Koreańczyków czy Wietnamczyków”) oraz – i przede wszystkim – testowanie i osłabianie głównych rywali: ZSRR i ChRL. Łatwo wyobrazić sobie, co by się stało, gdyby USA wygrały wojnę koreańską i wietnamską? Zapewne przekształciłyby one Koreę i Wietnam we własne kolonie lub stany zamorskie, graniczące bezpośrednio z… Chinami i z Rosją. Stanowiłoby to dla nich kolosalne zagrożenie strategiczne, na które oba te wielkie mocarstwa nie mogły sobie pozwolić.
Dlatego tak mocno wspierały one Koreańczyków i Wietnamczyków w nierównej walce z Amerykanami i wygrały. Ale, Amerykanie, jak to w ich zwyczaju, nie wyciągnęli odpowiednich wniosków z tej lekcji historycznej i brnęli dalej w kolejne awantury wojenne.
W 1964 r. Chiny przeprowadziły I próbę z bronią atomową. W USA zapanowała panika z tego powodu. Prezydent Lyndon B. Johnson zamierzał wówczas zaatakować ChRL, aby pokrzyżować realizację jej programu nuklearnego. Na szczęście, doradcy wybili mu to z głowy. Zresztą, pozostałości koncepcji „uderzenia wyprzedzającego” – tzw. „Preemptive Strike”, „póki nie jest jeszcze za późno”) pokutują nadal w niektórych kręgach amerykańskich; ale ci panowie chyba zdają sobie sprawę, że jest już za późno! Lata 60-te XX wieku to był trudny okres w powojennej ewolucji stosunków chińsko – amerykańskich. USA blokowały dostęp ChRL do ONZ, upierając się przy członkostwie Tajwanu w tej Organizacji. Ale rozmowy dwustronne trwały na szczeblu ambasadorów. Łącznie, poczynając od roku 1954, odbyło się 136 takich spotkań, w Genewie i w Warszawie.

Od roku 1971 nastała era „dyplomacji pingpongowej” i tajnych rozmów z Chińczykami prowadzonych przez Henry Kissingera (głównie z Zhou Enlaiem). W ich wyniku, Przewodniczący Mao zaprosił Prezydenta Richarda Nixona do Chin. To był pozytywny przełom. Wizyta odbyła się w dniach 21 – 28 II 1972 r. Nixon proklamował erę negocjacji zamiast konfrontacji. Epokowym wynikiem wizyty był tzw. komunikat szanghajski prowadzący do normalizacji stosunków. USA uznały koncepcję jednych Chin, a Tajwan – jako ich integralną część. Najpierw ustanowiono biuro łącznikowe, a nawiązanie stosunków dyplomatycznych nastąpiło z dniem 1 I 1979 r., czyli prawie 30 lat po utworzeniu ChRL. Ambasady obydwu mocarstw rozpoczęły swą działalność z dniem 1 III 1979 r.
Od tej pory obserwujemy systematyczny i dość wszechstronny rozwój wzajemnych stosunków. Ich kolejnym etapem była pamiętna wizyta w USA wielkiego reformatora chińskiego, Przewodniczącego Deng Xiaopinga ( 28 I – 5 II 1979 r.). W ślad za tym, następni najwyżsi przywódcy chińscy i amerykańscy wizytowali się nawzajem. Za ich przykładem szli premierzy, ministrowie, wysocy dowódcy wojskowi, gubernatorzy prowincji i stanów, prezydenci miast, przedsiębiorcy, turyści, uczeni, studenci, ludzie pióra i zwykli obywatele. Już przeszło 300.000 studentów i doktorantów chińskich pobiera nauki na uniwersytetach amerykańskich, a 100.000 młodych Amerykanów – w Chinach. Ustanowiono system strategicznego dialogu gospodarczego (Strategic Economic Dialogue). Ponad 100 Instytutów Konfucjusza funkcjonuje w USA, a Uniwersytety amerykańskie uruchamiają swe filie w Chinach.
Słowem, kontakty rozwijają się na wszelkich możliwych płaszczyznach i szczeblach oraz we wszystkich najważniejszych formach, nie tylko na gruncie dwustronnym lecz również wielostronnym (np. ONZ, G-20, APEC, Asia – Pacific Economic Cooperation i in.). Zdecydowanym rzecznikiem efektywnej współpracy chińsko – amerykańskiej jest Prezydent Xi Jinping, dobrze znający problematykę amerykańską oraz doceniający rolę i znaczenie konstruktywnej współpracy nie tylko dla dobra obydwu Stron lecz również dla całego świata., Na długo przed pandemią, Prezydent Xi zaproponował opracowanie i wdrożenie nowego modelu stosunków wzajemnych między największymi mocarstwami: ChRL i USA.
Współpraca koncentruje się wokół spraw o kardynalnym znaczeniu dla obydwu Stron i dla całego świata. Nie jest to współpraca łatwa, prosta i przyjemna dla Chińczyków, bowiem partnerzy amerykańscy, na najwyższych szczeblach decyzyjnych, są często egocentryczni, uparci, nieszczerzy, zadufani w sobie i dążący do „ogrania” czy „przechytrzenia” drugiej Strony. Należy podziwiać pragmatyzm, realizm, wytrzymałość nerwową i anielską cierpliwość Chińczyków, którzy – ze stoickim spokojem, ale też z wielką determinacją, znoszą rozmaite wybryki amerykańskie (np. ministra Marka Pompeo). Bowiem, prawdę mówiąc, bez optymalnej współpracy chińsko – amerykańskiej, niemożliwe byłoby rozwiązywanie nie tylko własnych problemów obydwu Stron, ale również kluczowych kwestii globalnych. Tak więc, spraw wspólnego zainteresowania jest multum, jak np.: pokojowy rozwój, nowy ład światowy, współpraca gospodarcza, handlowa i finansowa, najnowsze technologie, bezpieczeństwo międzynarodowe, bronie masowej zagłady, problematyka kosmiczna, wojny informatyczne, regeneracja gospodarstwa światowego po pandemii i po kryzysie globalnym wywołanym przez neoliberałów amerykańskich, walka z terroryzmem, ochrona środowiska naturalnego, zmniejszenie emisji gazów przemysłowych, zmiany klimatyczne, patologie rozwojowe, problem uchodźców, nowy model stosunków ChRL – USA, współpraca gospodarcza między państwami Pacyfiku, prawa autorskie i wiele, wiele innych. Z reguły, podejście Amerykanów jest bardziej konstruktywne i koncyliacyjne w tych kwestiach, których sami (bez Chińczyków) nie zdołaliby rozwiązać oraz w tych, w których mogą oni odnieść określone korzyści. To jedna strona medalu, raczej pozytywna.
Druga strona jest znacznie trudniejsza, raczej negatywna i bardziej skomplikowana. Bowiem, decydenci amerykańscy stosują taktykę „podszczypywania”, nękania i denerwowania Chińczyków rozmaitymi sposobami. W polityce amerykańskiej metodologia ta znana jest pod mianem „powstrzymywania” rywala/partnera (tzw. Containment). Była ona stosowana w szerokiej skali i dość skutecznie przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Jednak ChRL – to nie ZSRR i ta ograna sztuczka już się Amerykanom nie uda. Na „szczycie” G20, w Hangzhou, Barackowi Obamie dano jednoznacznie do zrozumienia, z czego Chińczycy nie są zadowoleni.
Chyba najpoważniejszym problemem kontrowersyjnym jest hegemonizm i dążenie USA do umacniania swej pozycji w świecie, szczególnie, na obszarach Azji i Pacyfiku (kosztem Chin i tuż obok ich terytorium). W ostatnich latach, Stany znacznie przeorientowały swe zainteresowania i obecność polityczno – strategiczną, np., z Europy w kierunku Azji/Pacyfiku, dostrzegając, zapewne, iż tam przeniosło się centrum rozwoju naszej cywilizacji w XXI wieku i w stuleciach następnych. Zrozumiałe, że taka reorientacja zahacza o żywotne interesy Chin, które nie dopuszczą do ich uszczuplenia. Jest to więc powodem wzrostu napięcia w stosunkach wzajemnych i nosi wyraźnie antychiński charakter; tym bardziej, że USA wykorzystują, w swych zamiarach i poczynaniach, sojuszników azjatyckich: Japonię, Filipiny, Koreę Płd., Australię i starają się pozyskać w tych celach nawet Wietnam. Wygląda to nieciekawie i groźnie.
Nękanie Chin polega, m.in., na mieszaniu się w ich sprawy wewnętrzne, na „udzielaniu lekcji” w kwestiach praw człowieka, demokracji, wyborów, Tybetu, Dalajlamy, Tajwanu (któremu USA dostarczyły ostatnio uzbrojenie o wartości 6,4 mld USD), Ujgurów, „kolorowych rewolucji”, wolności słowa, dysydentów, na podsycaniu niepokojów społecznych w Hongkongu itp. Od wielu lat, obie Strony prowadzą swoistą wojnę podjazdową na, publikowane corocznie, „białe księgi” w kwestii praw człowieka. USA twierdzą, iż nie są one przestrzegane w ChRL; a ChRL czyni to samo w stosunku do USA. Poważną sprawą jest także negowanie przynależności do Chin wysp na morzach otaczających ich terytorium, szczególnie na Morzu Południowo – Chińskim oraz popieranie pretensji terytorialnych do tych wysp ze strony innych państw regionu.
Nie dziwi przeto wprowadzenie nowej zdecydowanej doktryny militarnej Chin („armia musi nie tylko prowadzić, ale wygrywać wojny…”) oraz systematyczne wspólne ćwiczenia z siłami zbrojnymi Rosji i innych państw członkowskich Szanghajskiej Organizacji Współpracy. Nie można też pominąć milczeniem istnienia i funkcjonowania ponad 20 amerykańskich baz wojskowych otaczających długim łańcuchem terytorium Chin od Zachodu, Południa i Wschodu, nieustające misje patrolowe samolotów bojowych US Air Force i okrętów US Navy nieopodal terytorium ChRL. Nie zmienia to faktu, iż, od czasu do czasu, okręty VII floty amerykańskiej (Pacyfiku) składają „wizyty przyjaźni” w portach chińskich. Obłuda amerykańska ma swoją specyfikę i swój „urok”. Jest też niemało spornych spraw w dziedzinie gospodarczej, handlowej, inwestycyjnej i finansowej (protekcjonizm, prawa autorskie czy zarzuty amerykańskie ws. „niedowartościowania” waluty chińskiej, juana itp.).
Słowem aktualny stan stosunków amerykańsko – chińskich, choć nie idealny a nawet nie optymalny, jest wypadkową ww. „raczej pozytywów” i „raczej negatywów”. Stosunki te wymagają również radykalnych reform, uzdrowienia, ubezpieczenia, optymalizacji i usprawnienia – dla dobra obydwu Stron i całego świata. Tak dalej być nie powinno. Ameryka nie ma chyba innego racjonalnego wyjścia, jak tylko określić i wdrożyć swą nową „China Policy” oraz zgodzić się na poprawę i na nowy model tych stosunków. Pewne jest jednak, iż, niezależnie od amerykańskiego nękania i „powstrzymywania” oraz w wyniku chińskiej polityki reform i otwarcia na świat (od 1978 r.), pozycja ChRL wobec USA (i reszty świata) stale się umacnia, zaś pozycja USA wobec ChRL (i reszty świata) systematycznie ulega osłabieniu. Tego obawiają się najbardziej antychińscy jastrzębie w Stanach i w innych krajach.

  1. Por. artykuły trzech ww. profesorów opublikowane w dzienniku „Żenminżibao”, z dnia 18 września 2016 r.;
  2. Niedawne dane makroekonomiczne dotyczące chińsko – amerykańskiej współpracy gospodarczej, handlowej i finansowej: wartość eksportu chińskiego do USA w 2015 r. = 483, 2 mld USD (w roku 2016 = 251,7 mld USD); wartość eksportu amerykańskiego do Chin w roku 2015 = 116 mld USD (60,4 mld USD w roku 2016); ujemne (dla USA) saldo w bilansie handlowym z Chinami = 367 mld USD (w roku 2015) i 191, 4 mld USD (w roku 2016); wartość inwestycji chińskich w USA = 30 mld USD, w roku 2016 = 30 mld USD (szacunek) i 15 mld USD, w roku 2015; wartość inwestycji amerykańskich w Chinach = 74,6 mld USD, w roku 2015; wartość chińskich rezerw walutowych = 3,5 bln USD (z czego ponad 60 proc. utrzymywanych jest w USD); Chiny posiadają także obligacje amerykańskie o wartości 1,24 bln USD, czyli około 30 proc. wartości wszystkich obligacji tego rodzaju znajdujących się w rękach właścicieli zagranicznych.

F-35 na koronawirusa

Państwo znalazło się niespodziewanie w opałach. Coraz więcej osób chorych, coraz wyraźniejsze słabości służby zdrowia – widać że państwo ma poważny problem. Ludziom zaś trwożne myśli zaprzątają głowę – co z pracą, z czego żyć? O to prof. Grzegorza Kołodkę z Akademi Leona Koźmińskiego, b. wicepremiera i ministra finansów spytał Marek Barański.

Koszty będą olbrzymie. Jeszcze ich nie znamy, podobnie jest w innych państwach świata. Już można, jak sądzę szacować, że w stosunku do planowanego przez rząd budżetu na rok 2020 pojawi się dodatkowy deficyt (mówię „dodatkowy”, bo „deficyt zerowy”, to była mrzonka obecnego rządu). Szacować go można od 6 do 8 procent. 3-4 proc. To jest skutek dodatkowych wydatków w związku z walką o ludzkie zdrowie i życie, z ochroną miejsc pracy, a także nakładów na podtrzymywanie przedsiębiorstw zwłaszcza małych i średnich, które nie są w stanie poradzić sobie same.
Drugie 3-4 proc, to jest ubytek dochodów budżetu państwa z tytułu zaniechania poboru składek na ZUS i ubytków w podatku VAT-u, bo przecież mniej wydajemy w tych czasach.
W polskich realiach „dziura” może wynieść 140 – 190 mld zł.
Skąd wziąć te pieniądze?
Są trzy są kanały ich pozyskania. Pierwszy – drukowanie pieniędzy. Bardzo dobrze, że NBP skupuje na rynku wtórnym obligacje wyemitowanie przez państwo i to jest właśnie nic innego, jak to, co ludzie nazywają drukowaniem pieniędzy. Nie ma obawy, że nadmiernie wzrośnie dług publiczny, bo on jest daleko od granicy wyznaczanej przez prawo polskie i unijne ograniczające jego skalę w stosunku do PKB.
Drugi kanał – o nim na razie się nie dyskutuje, ale to jest tylko kwestia czasu, to podniesienie podatków. Oczywiście tym, którzy będą mieli, z czego płacić, a nie biednym. Trzeba bezwzględnie odejść od fatalnych rozwiązań preferujących najlepiej wynagradzane warstwy pracowników i wszystkie dochody indywidualne skonsolidować i obłożyć je podatkiem progresywnym. Należy odejść od różnego rodzaju kontraktów menadżerskich, czy pseudo indywidualnej działalności gospodarczej, prowadzonej tylko po to, żeby płacić podatek liniowy i unikać tejże progresji.
I trzeci kanał. Chcę mocno podkreślić, że jeśli mamy troszczyć się o bezpieczeństwo społeczeństwa i ludzi, co tak bardzo podkreślają uczestnicy każdych wyborów, łącznie z obecnymi – prezydenckimi, to niech politycy i parlamentarzyści wykażą się minimalnym rozsądkiem i odwagą i zamrożą co najmniej na pięć lat tzw. wydatki obronne. Nie będziemy przecież walczyć z koronawirusem przy pomocy myśliwców F-35, nakręcając przy okazji koniunkturą amerykańskim protektorom. To lizusostwo pro-amerykańskie powinno się skończyć. Bezpieczeństwo Polski spokojnie może być zachowane przy zamrożeniu wydatków na obecnym nominalnym poziomie, a cały przewidywany przyrost powinien być skierowany na dofinansowanie profilaktyki i lecznictwa, nie tylko w obecnej walce z epidemią.
I po drugie – na sensowną, wzmacniającą spójność społeczną i nie sprzeczną z troską o efektywność gospodarczą, opiekę społeczną. Nie muszę dodawać, że przy okazji, jednym pociągnięciem pióra, skreśliłbym też z planów budowę megalomańskiego lotniska za dziesiątki miliardów złotych.
No to jest pole do popisu dla lewicy. Postulat podatku progresywnego jest stałym punktem ich programów politycznych.
Lewica, jeśli nie zgłosi przy tej okazji wniosku o zamrożenie wydatków zbrojeniowych i przesunięcie ich na obronę położenia społecznego i standardu życia ludności szczególnie zagrożonej, będącej w trudnej sytuacji materialnej, utraci moralne prawo do nazywania się lewicą. Powinna być w awangardzie zabiegów o racjonalizację sytemu fiskalnego i o prospołeczne i zarazem proefektywnościowe ukierunkowanie interwencyjnych działań rządu w tym niezwykle skomplikowanym czasie.
Skomplikowanym od strony budżetowej, ale i politycznej…
Jest oczywiste, że wybory prezydenckie, nie odbędą się 10 maja. Zapewnienia rządzących i spory z opozycją, to funta kłaków warta kolorystyka polityczna.
Należy sobie jednak uzmysłowić, że przesunięcie wyborów prezydenckich będzie niezwykle kosztowne. W następnych kwartałach sytuacja gospodarcza w Polsce będzie się pogarszać. Będą rosły napięcia społeczne, spadać będzie również poparcie dla obecnej władzy, łącznie z obecnym prezydentem. Rząd PiS, aby utrzymać swoją popularność i szanse na reelekcję A. Dudy, nie będzie szczędził pieniędzy – oczywiście pod hasłem walki z koronawirusem i z jego następstwami. Miejmy świadomość, że przez cały czas będzie także trwał gigantyczny nacisk z jednaj strony przez populistów, którzy pod pretekstem obrony najsłabszych będą domagali się gigantycznych pieniędzy na pomoc społeczną, nawet tam, gdzie można sobie poradzić bez ekstra zabiegów.
Z drugiej zaś strony możni tego świata, pod hasłem obrony miejsc pracy i ochrony przedsiębiorców, już rozpoczęli swój skok na kasę. Ile to będzie kosztowało, jeszcze nie wiemy, ale dużo.

ASPEKTY MILITARNE CYWILIZACJI XXI WIEKU

Wojna czy pokój? Wędrując po świecie, szczególnie tam, gdzie występują groźne ogniska napięć i konfliktów wojennych (Afryka Północna, Bliski, Środkowy i Daleki Wschód, a nawet Bałkany – np. napad USA na b. Jugosławię), często rozmawiam z ludźmi o tym, czy czeka nas kolejna wielka wojna (światowa)? Niepewność i niepokój tego rodzaju jest powszechny; niepokój trojakiego charakteru.

Większość, do której się zaliczam, sądzi, że wielka wojna jest raczej niemożliwa, gdyż czołówka potencjalnych agresorów i wojowników (szczególnie wielkich mocarstw) dysponuje już tak nowoczesnymi technologiami i broniami masowej zagłady (np. robotami, laserami, hybrydami, dronami, rakietami i in.), których zastosowanie oznaczałoby zniszczenie życia na Ziemi; oraz, a jakże, również zagładę agresywnych wojowników (w przypadku, gdyby zaatakowany odpowiedział atakiem odwetowym). Ale nie tylko.
Primo:
Np. USA prowadziły i prowadzą liczne wojny już po pokonaniu faszystów niemieckich i militarystów japońskich (Korea, Wietnam, Afganistan, Irak, Syria, Bliski Wschód, Libia i in.), ale, co znamienne, żadnej z tych wojen nie wygrały! Libia, Syria, Irak i Afganistan krwawią nadal.
Secundo:
druga (mniejszościowa) główna grupa opiniodawców jest przeświadczona, iż wielka wojna jest jednak prawdopodobna (np. o wodę, o ziemię, o żywność, o zasoby naturalne, o religię i in.), mimo że taka wojna byłaby też niemożliwa do wygrania i… nieopłacalna ekonomicznie. Chyba przeminęły już czasy, kiedy intensyfikacja zbrojeń była sprężyną nakręcającą koniunkturę gospodarczą, pomnażającą majątek i generującą przychody. Kompleks wojskowo – przemysłowy zdaje się korzystać najbardziej z IV rewolucji przemysłowej (modernizacyjno – innowacyjnej). Hitlerowskie Niemcy i militarystyczna Japonia najpierw dużo zarobiły na niszczeniu i na rabunku podbitych państw i narodów, by – potem – po przegraniu wojen niemożliwych do wygrania, ponieść wielokrotnie większe straty.
Tertio:
jest jeszcze jednak nieliczna, ale bardzo wpływowa grupa decydentów – głównie masonów i wielkich kapitalistów, marząca o dominacji globalnej i o Nowym Ładzie Światowym (tzw. New World Order, NWO) wedle własnych wyobrażeń i dla własnego dobra. Grupa ta, z kolei, „dąży” nie tylko do zdobycia panowania nad światem, do pozyskania bogactw naturalnych i rynków zbytu ale… do bardzo poważnego zmniejszenia (o połowę) liczby ludności na świecie. W tym celu tworzone są najnowocześniejsze typy broni, łącznie z broniami bakteriologicznymi, z terrorem medialno – psychologicznym itp. W tej sytuacji zasadnie jest twierdzenie, iż jeśli nasza „cywilizacja” nie odstąpi od dotychczasowej filozofii i metodologii przemocy oraz od prawa pięści i jeśli nie wkroczy na drogę humanizmu, pokoju, bezpieczeństwa i współpracy, to rzeczywiście marnie zginie! Bowiem dzisiejsze najnowocześniejsze środki prowadzenia wojen oraz, głównie, jakościowy wyścig zbrojeń (o czym poniżej) gwarantują, bez wątpienia, bardzo skuteczne i szybkie „rozwiązanie finalne”, czyli koniec świata.
Od Adama i Ewy:
w historii ludzkości dotychczasowy bilans stosowania metodologii przemocy, ewolucji miecza i tarczy, niszczenia i zabijania jest tragiczny i przerażający. Zacznijmy wpierw od ilości wojen. Za pierwszą z nich uważa się batalię o zjednoczenie Górnego i Dolnego Egiptu, w roku 3100 p.n.e. Poczynając od tego czasu, w okresie do roku 0 zanotowano 210 większych czy mniejszych działań wojennych, w tym: wyprawy Aleksandra Wielkiego (Macedońskiego), 334 r. – 323 r. p.n.e. Zaś w okresie od roku 0 do chwili obecnej prowadzono 136 dużych wojen (oraz dziesiątki pomniejszych) w skali całego świata. Obecnie, różnorodne konflikty zbrojne i działania bojowe mają miejsce w ponad 50 miejscach na kuli ziemskiej.
Zestawienie dużych wojen wygląda następująco: 0 r. – 1200 r.: 9 wojen, w tym: 3 wyprawy krzyżowe; 1200 r. – 1400 r.: 11 wojen, w tym: pozostałe 6 wypraw krzyżowych, najazdy mongolskie, 1206 – 1324 r. i wojna stuletnia, 1337 – 1453 r.; 1400 r. – 1600 r.: 15 wojen, w tym: wojna krymska, 1571 r.; 1600 r. – 1800 r.: 35 wojen, w tym: wojny polsko – szwedzkie, 1600 r. – 1611 r. i wojna trzydziestoletnia, 1618 r. – 1648 r.; 1800 r. – 2000 r.: 57 wojen, w tym: wojny napoleońskie, 1803 r. – 1815 r., wojny opiumowe, 1839 r. – 1842 r. i n., I wojna światowa i II wojna światowa, wojna koreańska, 1950 r. – 1953 r., wojna wietnamska/indochińska, 1955 r. – 1975 r.; 2000 r. do dziś: 9 dużych wojen, w tym: wojny izraelsko-arabskie, od 1948 r., wojna o Falklandy, 1982 r., wojna w Zatoce Perskiej, 1990 r. – 1991 r., wojna afgańska, od 2001 r., wojna iracka, od 2003 r., wojna syryjska, od 2011 r., wojna na Ukrainie, od 2014 r., terrorystyczna wojna światowa, od 1945 r., internetowa wojna światowa (tzw. Cyber Wars i ich intensyfikacja od początku XXI wieku), wojna gospodarcza, religijna i wiele, wiele innych.
Wyliczono też przybliżoną ilość ofiar ludzkich w wyniku wszystkich wojen prowadzonych od zarania „cywilizacji” na świecie i odnotowanych w dokumentach historycznych. Liczba ta szacowana jest w granicach od 315 mln do 755 mln ofiar, w związku z czym, średnia ważona wynosi około 490 mln ofiar! Najbardziej morderczą i ludobójczą była, naturalnie, II wojna światowa – ponad 60 mln ofiar (czyli ponad 3 proc. ogółu ówczesnej ludności świata, której liczebność wynosiła wówczas ponad 2,5 mld obywateli). W I wojnie światowej zginęło ponad 38 mln ludzi.
Koszty prowadzenia wszystkich wojen:
są monstrualne i nieobliczalne. Dysponujemy jedynie dość dokładnymi danymi dotyczącymi kosztów prowadzenia obydwu wojen światowych: I-ej – 187 mld (ówczesnych) dolarów amerykańskich, co w przeliczeniu na dzisiejsze USD daje sumę dziesięciokrotnie większą. Zaś łączne koszty prowadzenia II wojny światowej wyniosły ponad 11,5 bln USD (dzisiejszych). Jeśli chodzi o trwające obecnie wojny i konflikty zbrojne, to ich łączne koszty wyniosły ponad 14 bln USD w roku 2014, czyli 13 proc. ówczesnego światowego PKB! Z kolei, np., wydatki USA na prowadzenie wojen w Afganistanie, Pakistanie, Iraku i Syrii wyniosły, jak do tej pory, ponad 5 bln USD [1]. Nasuwa się logiczne acz retoryczne pytanie: jakim byłby dziś nasz świat, gdyby środki przeznaczone na niszczycielskie wojny zostały zużyte na pokojowy rozwój? Byłby to, bez wątpienia, dużo lepszy świat!
Od dawien dawna terroryzm jest zmorą cywilizacji ludzkiej. Za pierwszych terrorystów uważa się żydowskich sykariuszy – nożowników (sicari), którzy atakowali Rzymian (oraz Żydów kolaborujących z nimi) w I wieku. Celem było położenie kresu okupacji Judei przez Rzym. Lucjusz Anneusz Seneka młodszy (4 r. p.n.e. – 65 r. n.e.), znany filozof rzymski, twierdził, iż „ dla bogów nie ma milszej ofiary, jak krew tyranów…”. Od tamtej pory terroryzm wszelkiego rodzaju pochłonął niezliczone ofiary na całym świecie. Nasilenie tego zjawiska obserwujemy w XXI wieku, szczególnie w wydaniu fundamentalistów islamskich. Od 1970 r. do dziś zanotowano ponad 200.000 aktów terrorystycznych różnego rodzaju. Również w tym przypadku, terroryzm jest wynikiem chaosu, niesprawiedliwości i zła, które szerzy się na świecie. Nowym zjawiskiem jest terroryzm internetowy (Cyber Terrorism). Ponadto, znajdujemy się w przededniu stosowania przez terrorystów broni masowej zagłady.
Istotne elementy:
znane jest starożytne zawołanie: „si vis pacem, para bellum” czyli: „jeśli chcesz pokoju, to szykuj się do wojny”. Jego głównym efektem praktycznym na każdym etapie ewolucji cywilizacji i w każdym systemie jest najpierw zmiana i aktualizacja doktryn wojskowych w kierunku agresywnych rozwiązań siłowych oraz stymulowanie własnych zbrojeń i międzynarodowego wyścigu zbrojeń. Mechanizm funkcjonujący w tej materii od czasów pojawienia się człowieka (homo sapiens) na Ziemi i od rozpoczęcia ewolucji „miecza i tarczy” jest niezwykle, wręcz naiwnie, prosty: jeśli ja się zbroję, to mój sąsiad (i inni) też się zbroją, bo się boją, że ich zaatakuję. Chcą się bronić przed agresją.
Jeśli oni się zbroją, to:
ja czynię to jeszcze bardziej aktywnie i jeszcze lepiej. Ale oni także zbroją się szybciej i lepiej ode mnie…; I tak kręci się od początku obłędne (błędne) koło zbrojeń i wyścigu zbrojeń. Obecnie trwa kolejna nowa jakościowo faza tegoż wyścigu zbrojeń w obydwu głównych dziedzinach: klasycznej i modernistycznej. Współczesne dane statystyczne (SIPRI, z maja 2018 r.) w tej materii są następujące [2]: globalne wydatki na zbrojenia (siły zbrojne) wyniosły, w roku 2017, ponad 1,8 bln USD (czyli 2,3 proc. światowego PŚB; wzrost o 1 proc. w stosunku do roku 2017) i rosną nadal. Podobnie w 2019 r. – też 1,8 bln USD! Na jednego mieszkańca Ziemi (per capita) przypada więc ok. 250 USD rocznie na zbrojenia.
Pierwsza 15-tka państw wydających najwięcej środków budżetowych na te cele wygląda następująco: 1. USA – 647 mld USD (3,5 proc. PKB); 2. Chiny – 151 mld USD (1,5 proc. ); 3. Arabia Saudyjska – 56,7 mld USD ( 13,7 proc. !); 4. W. Brytania – 55,5 mld USD (2,0 proc. ); 5. Indie – 47 mld USD; 6. Rosja – 47 mld USD (2,8 proc. ); 7. Niemcy – 45,2 mld USD (1,5 proc. ); 8. Japonia – 44 mld USD (1,2 proc. ); 9. Francja – 40 mld USD (1,8 proc. ); 10. Korea Płd. – 40 mld USD (2,8 proc. ); 11. Włochy – 37,7 mld USD (2,3 proc. ); 12. Brazylia – 29, mld USD (1,8 proc. ); 13. Australia – 26,3 mld USD (2,2 proc. ); 14. Izrael – 20 mld USD (5,9 proc. ), plus kilka miliardów USD corocznie w formie darowizny z USA; 15. Kanada – 16,4 mld USD (2,2 proc. ); Polska zajmuje 25 miejsce, z sumą 9,4 mld USD (2,1 proc. ). W ostatnim czasie nastąpił jednak poważny wzrost (o 13 proc. ) polskich wydatków na zbrojenia związanych z programem modernizacji sił zbrojnych w latach 2013 r. – 2022 r.
Od początku XXI wieku następuje bezprecedensowa intensyfikacja i modernizacja jakościowa produkcji narzędzi śmierci, nie tylko wśród głównych producentów światowych lecz również pomniejszych wytwórców, nie wyłączając Polski. W 2018 r. USA utworzyły nowy rodzaj sił zbrojnych, wojska kosmiczne (US Space Force). Zresztą, Chiny i Rosja czynią tak samo (zasada ewolucji miecza i tarczy). Generalna tendencja w tym procesie polega na zmniejszaniu kryteriów i parametrów ilościowych (miniaturyzacja itp.) na rzecz zwiększania jakości, efektywności rażenia, niszczenia i zabijania (z zastosowaniem najnowszych technologii, robotyzacji, komputeryzacji, broni rakietowych, elektromagnetycznych, kosmicznych, satelitarnych, laserowych, psychotropowych itp.).
Śmiercionośne nowości:
oto kilka przykładów: drony emitujące zabójcze mikrofale i skomputeryzowane (ze sztuczną inteligencją), które same podejmują i wykonują decyzje na polu walki, automaty elektryczne DREAD (tzw. centryfugi) wystrzeliwujące 12.000 pocisków na minutę lecących do celu z szybkością około 2.439 m/sek. (bez huku i ognia)[3], działa elektromagnetyczne wystrzeliwujące pociski z szybkością siedmiokrotnie większą od prędkości dźwięku, karabin elektromagnetyczny (mikrofalowy) rażący naskórek i powodujący piekielny ból (ale nie zabijający), karabiny i działa laserowe niszczące system nerwowy człowieka i innych istot żywych, laserowa broń antyrakietowa umieszczana na samolotach bojowych, ew. na satelitach i na okrętach wojennych, tzw. FEL ( Free Electron Laser). Jej działanie polega na wyzwalaniu wolnych elektronów z atomu, przez co tworzy się promień laserowy o wielkiej mocy łatwo niszczący rakiety przeciwnika i in.
Niezależnie od ww. (i innych) najnowocześniejszych broni, utrzymywane są potężne arsenały „starych” broni masowej zagłady: bakteriologicznej, chemicznej i nuklearnej. 9 obecnych państw nuklearnych [4] posiada łącznie 15.850 ładunków (głowic, pocisków itp.) tego rodzaju, z czego 4.300 w siłach operacyjnych (amerykańskich – 2.080 i rosyjskich – 1.780 sztuk). 1.800 ładunków utrzymywanych jest w stanie podwyższonej gotowości bojowej. Łączna siła niszczycielska ewentualnego wybuchu tej ogromnej masy nuklearnej wystarczyłaby na kilkakrotne rozbicie kuli ziemskiej w proch i w pył kosmiczny. Ponadto, kilkanaście państw (np.: Japonia, Australia, Iran, Kazachstan, Ukraina, Arabia Saudyjska, Afryka Południowa, Nigeria, Brazylia, Kanada, Niemcy i… Polska) posiada technologie, zdolności i potencjał umożliwiający wyprodukowanie broni nuklearnej. Stale wzrasta też ryzyko zastosowania broni masowej zagłady przez terrorystów. Doskonalone są także jakościowo i zwiększane ilościowo systemy rakiet różnego zasięgu zdolnych do przenoszenia głowic z ładunkami masowej zagłady oraz antyrakiet.
Posiadacze broni nuklearnej:
nie wykluczają użycia tej broni (tzw. pocisków pola walki) w „zwykłych” potyczkach i bitwach, szczególnie na lądzie, w których broń ta nie była dotąd stosowana. Jej użycie byłoby niezwykle groźne także dla ludności cywilnej i dla środowiska naturalnego. Po drugie, zwiększa się ryzyko wybuchu wojny nuklearnej przez przypadek, np.: błąd komputera, wadliwa ocena zamiarów przeciwnika, nieodpowiedzialny postępek szaleńca, awaria bombowca lub rakiety przenoszącej ładunek nuklearny itp. Po trzecie, w doktrynach wojennych niektórzy zakładają przeprowadzenie tzw. „uderzenia wyprzedzającego” (tzw. „pre-emptive strike”), jeśli dojdą do przekonania, iż strona przeciwna zamierza uderzyć jako pierwsza.
Tylko dwa supermocarstwa nuklearne (USA i Rosja) posiadają, jak do tej pory, zdolność zadania odwetowego ciosu nuklearnego w pełnym wymiarze – po frontalnym ataku przy pomocy tej broni ze strony przeciwnej. Po czwarte, dotychczasowy traktatowy system międzynarodowy ws. nierozprzestrzeniania broni nuklearnej może obecnie okazać się niewystarczający, tym bardziej, iż w posiadanie tej broni mogą wejść kolejne państwa, które nie są stronami Non-Proliferation Treaty. I wreszcie, złowieszcze są także niektóre zapowiedzi Donalda Trumpa, który zerwał porozumienie nuklearne z Iranem, może zmierzać, mimo rozpoczęcia rozmów, do „samodzielnego uregulowania” przez USA problemu nuklearnego KRL-D, ataku na Syrię, na Iran i in.?! Zwiększa się groźba terroryzmu nuklearnego lub z zastosowaniem innych broni masowej zagłady, eksperymentów biotechnologicznych mogących spowodować wytworzenie agresywnych nowych bakterii, wirusów i grzybic groźnych dla ludzi, roślin i zwierząt.
Równocześnie zwiększa się wartość obrotów w międzynarodowym handlu bronią i sprzętem wojskowym, która przekroczyła 100 mld USD, w roku 2017 i nadal rośnie (to także dane z SIPRI). Największymi eksporterami są: USA – 34 proc. rynku światowego; Rosja – 22 proc. oraz Niemcy, Francja i Chiny – każde po około 6 proc. . Zaś wśród importerów, prym wiodą Indie – 15 proc. importu światowego oraz Arabia Saudyjska i Chiny – każde po około 6 proc. . Słowem, wcześniejsze i współczesne konsekwencje stosowania doktryn i praktyki prawa pięści w świecie stanowią dziś jedno z najpoważniejszych i bezpośrednie zagrożenie fizyczne i materialne dla życia na Ziemi. Wyjściem z tej sytuacji powinno być powszechne rozbrojenie, totalna rezygnacja z broni masowej zagłady oraz z anachronicznych metod siłowych i z prawa pięści.
Impotencja systemowa:
z powyższej analizy wynika, iż – w ciągu dziejów – mamy do czynienia z impotencją oraz z niedowładem systemowym i cywilizacyjnym w skali makro. Są to tzw. uwarunkowania obiektywne wojowniczości. Polegają one na tym, iż ludzkości nie udało się nigdy wypracować i wdrożyć funkcjonalnego (optymalnego) systemu (ustroju) polityczno – ideologicznego i społeczno – gospodarczego oraz ładu międzynarodowego, które byłyby odpowiednie i niezbędne dla pomyślnego rozwiązywania nieprzerwanie narastających problemów cywilizacyjnych w skali poszczególnych krajów i całego świata. Niedowład systemowy (krajowy i globalny) jest, głównie, wynikiem egoizmu i egocentryzmu ludzkiego oraz dążenia do panowania jednych nad drugimi oraz bogacenia się jednych kosztem drugich. Niedowład ów nie wyglądał jeszcze nader szkodliwie w czasach, kiedy problemy cywilizacyjne i rozwojowe nie były tak nabrzmiałe i wręcz wybuchowe, jak obecnie i kiedy społeczność ziemska nie była tak liczna i tak świadoma, jak w naszych czasach.

Kiedyś władcy, prorocy i kaznodzieje bazowali na głupocie i na niewiedzy ludzkiej, ale obecnie nie jest to już możliwe. W XX i w XXI wieku miarka wytrzymałości systemowej (i ludzkiej) przebrała się na dobre.
Trzy kolejne „systemy” nowożytne, które pretendowały do panowania nad światem: faszyzm, sowietyzm i neoliberalizm wylądowały w niesławie na „śmietniku historii”, powodując za każdym razem wielkie ofiary w ludziach i ogromne straty materialne. Zupełnie niepotrzebnie! Niemała w tym „zasługa” teoretyków, uczonych, tzw. autorytetów moralnych i innych sługusów systemowych, którzy popychali autorytarnych władców ku poronionym rozwiązaniom i ku nieefektywnym rządom [5]. Zresztą, ironią historii jest również to, iż cywilizacja ludzka wydała bardzo wielu wybitnych myślicieli i twórców, którzy jednak zajmowali się raczej problemami cząstkowymi a nie kompleksowymi (systemowymi, globalnymi itp.), choć niektórzy pozostawili po sobie wiekopomne dzieła. Szkopuł jednak w tym, iż autorytarni władcy nie chcieli słuchać uczonych i doradców, z reguły mądrzejszych od nich.
Co robić?
Jeśli chcemy żyć jako tako, trzeba pilnie usunąć liczne ideologiczne i materialne przesłanki wojennogenne. Na gruzach wojującego i żądnego rewanżu neoliberalizmu, hegemonizmu i militaryzmu powinien powstać zupełnie nowy system kojarzący efektywnie i optymalnie wymagania humanizmu, sprawiedliwości, solidaryzmu, egalitaryzmu oraz racjonalnego gospodarowania, wolnego rynku i interwencjonizmu państwowego w odpowiednich proporcjach.
Wymaga to jednak całkowitego wyeliminowania wszystkich dotychczasowych anomalii, absurdów i paradoksów systemowych. Szczególnie ważne jest ustabilizowanie stosunków pomiędzy niektórymi wielkimi mocarstwami oraz wyeliminowanie z nich licznych negatywnych zjawisk: wrogości, podejrzliwości, niezdrowej rywalizacji, dążenia do panowania nad światem itp. [6].
Niezbędne jest także usunięcie pewnych zgubnych czynników, które mają swe obrazowe acz wymowne określenia, np.: – huśtawka deskowa (jak dla dzieci), raz do góry, raz na dół; – gra na „sumę zero” („zero sum game”) czyli przegrana jednego partnera równa jest wygranej drugiego partnera, który, de facto, jest głównym wygranym; – „pułapka Thucydidesa”, starożytnego historyka greckiego (460 r. – 394 r. p.n.e.), autora teorii, iż nowopowstające mocarstwo budzi obawy i wrogość u istniejącego już mocarstwa, co może doprowadzić nawet do wojny.
Dyferencjacja ludzi:
„równi i równiejsi” – to kolejny groźny element współczesnego chaosu globalnego. Oznacza on występującą od dawien dawna dyferencjację (zróżnicowanie) pomiędzy ludźmi, dzielenie ich na lepszych i gorszych, „równych i równiejszych”, bogatych i biednych, rządzących i rządzonych, białych i kolorowych, wiernych i niewiernych, kobiety i mężczyzn, wykształconych i analfabetów, zdrowych i chorych itp. itd. Naturalnie, absolutny egalitaryzm jest niemożliwy, ale to nie powód, aby nierówność i dyferencjacja pogłębiała się coraz bardziej niebezpiecznie wcześniej i w naszych czasach, co może stanowić przyczynę wybuchu niezadowolenia społecznego i rozruchów na niespotykaną skalę Szumnie reklamowane kategorie demokracji, wolności, dobrobytu, praw człowieka, czy „liberte-egalite-fraternite”, z czasów rewolucji francuskiej nigdy i nigdzie nie zostały w pełni zrealizowane [7]. Nadal bowiem bogaci wyzyskują i dominują nad biednymi, silni nad słabymi, uzbrojeni nad bezbronnymi, kapitał nad pracą, oświeceni nad analfabetami, zdrowi nad chorymi, manipulujący nad manipulowanymi itp.
Aby lepiej zrozumieć mechanizmy prowadzące do wojen zasadne jest wprowadzenie następującego podziału społeczności ludzkiej istniejącego, de facto, od zarania dziejów, a mianowicie: człowiek krwiożerczy (homo sanguinis), człowiek morderca (homo necans), człowiek agresywny (homo aggressivus), człowiek drapieżny (homo praedatorus) i człowiek zdziczały (homo ferox). Czyli pięć głównych gatunków najgorszych ludzi. Z drugiej zaś strony, występuje tylko jeden gatunek: człowiek cierpiący (homo patiens). Przy czym, wszystkie te grupy społeczne pretendują, o ironio, do miana człowieka myślącego i rozumnego (homo sapiens). Znamienne, że gatunków złych (i wywyższających się) ludzi jest dużo więcej niż dobrych (i poniżanych), mimo że ci pierwsi stanowią zdecydowaną mniejszość (liczebnie) w stosunku do przeważającej i cierpiącej większości. Owa dyferencjacja ulegała nasileniu w miarę upływu czasu, aż dotarła do współczesnego stadium patologicznej i zoologicznej dehumanizacji, nierówności, niesprawiedliwości i zezwierzęcenia ludzi.
Dziś nieomalże z niemożnością graniczy pożądane wprowadzenie świata na drogę zdrowego i zrównoważonego rozwoju. Musimy nazwać te rzeczy po imieniu w duchu uczciwości intelektualnej i moralnej.
Cóż więc pozostaje światu?
Realnie? Primo, brnąć dalej dotychczasową drogą i pogrążać się w bagnie, mając cichą nadzieję, że tylko nielicznym narodom i państwom (Chiny, Szwajcaria, Skandynawia…) może udać się uniknięcie tej okrutnej perspektywy?! Secundo, wyjściem z sytuacji powinno być zrezygnowanie z wszelkich dotychczasowych poronionych koncepcji teoretycznych, zgubnych modeli rozwojowych i skompromitowanych działań praktycznych, których wypadkowa (suma) doprowadziła świat do skraju przepaści. Faktycznie, niezbędne jest rozpoczęcie wszystkiego prawie od nowa (ale przecież nie od „zera”!). Wiem, że są to zamierzenia tak bardzo idealistyczne i mało realne, że aż niemożliwe. Konieczna byłaby chyba wielka rewolucja światowa, aby je zrealizować? Trzeba wszakże się starać i jednocześnie mieć świadomość, że alternatywa jest następująca: albo kompleksowa i gruntowna odnowa globalna, albo chaos na Ziemi i totalna katastrofa cywilizacyjna. Co, kto woli!?
ODNOŚNIKI :
[1]. Np., w odniesieniu do Syrii, siły zbrojne USA rozpoczęły tam anty assadowskie działania bojowe w wsierpniu 2014 r. Średni koszt tych działań wynosi ponad 12 mln USD dziennie. Zaś, armia rosyjska przystąpiła do tej wojny (głównie: pro assadowskie bombardowania lotnicze) we wrześniu 2015 r. Dzienny koszt tych poczynań szacowany jest na około 4 mln USD;
[2]. Dane te zostały zaczerpnięte z SIPRI 2016 Fact Sheet (SIPRI = Stockholm International Peace Research Institute);
[3] Dla porównania: amerykański pistolet maszynowy M-16 wystrzeliwuje 900 pocisków na minutę lecących do celu z szybkością 975 m/sek.;
[4]. Wedle źródeł irańskich i amerykańskich (np. Jimmy Carter), Izrael posiada ponad 400 głowic nuklearnych (głównie neutronowych) zmagazynowanych w ośrodku badań jądrowych Dimona, na pustyni Negev oraz rakiety i myśliwce bombardujące zdolne do przenoszenia tych głowic na średnie i na duże odległości;
[5]. Tragicznym przykładem takich myślicieli jest Milton Friedman (31 VII 1912 r. – 16 XI 2006 r.), znany ekonomista z tzw. szkoły chicagowskiej, noblista, doradca Ronalda Reagana, Margaret Thatcher i Federal Reserve w USA. Zdecydowany przeciwnik „naiwnej teorii keynesizmu” postulującego, m.in., interwencjonizm państwowy i zwolennik gospodarki wolnorynkowej, „niewidzialnej ręki rynku”, „naturalnej stopy bezrobocia”, monetaryzmu (zwiększania ilości pieniądza w obiegu), stagflacji, prywatyzacji, deregulacji itp. Jego koncepcje legły u podstaw neoliberalizmu, reaganomics i thatcheryzmu, co przyczyniło się do II wielkiego kryzysu globalnego – z wiadomymi skutkami;
[6]. Szczytowym wyrazem dyferencjacji są dane opublikowane w raporcie konfederacji Oxfam z dnia 18 stycznia 2016 r. Wynika z nich, że 1 proc. najbogatszych ludzi świata posiada taki majątek, jak pozostałe 99 proc. mniej zamożnych, biednych i najbiedniejszych. Ponadto, 62 najbogatszych posiadaczy dysponuje takim majątkiem, jak 50 proc. wszystkich najbiedniejszych ludzi na świecie. Nota bene: organizacja Oxfam została utworzona w Wielkiej Brytanii, w roku 1942, celem walki z biedą i z zacofaniem rozwojowym. Obecnie jest ona konfederacją złożoną z 20 organizacji pozarządowych (NGO’s) współpracującą z partnerami w 90 krajach.
[7]. „Wolność – równość – braterstwo”: hasło to zostało sformułowane dnia 30 czerwca 1793 r. podczas rewolucji we Francji i rozprzestrzeniło się (propagandowo) również na inne kraje i regiony świata, np. na Haiti. Slogan ten jest także stosowany przez masonerię francuską, np. Grand Orient de France i Grande Loge de France;

Kampania w cieniu F-35

Prezydent Andrzej Duda rozpoczął nieoficjalnie swoją kampanię prezydencką z wysokiego „C” ogłaszając, że Polacy są już bezpieczni, bowiem podpisano w Dęblinie kontrakt na zakup i zamontowanie w Polsce systemu 32 samolotów V generacji.

Przy okazji usłyszeliśmy, że wierzymy w respektowanie przez naszych sojuszników art. 5 Traktatu NATO. Nie wszyscy w to jednak uwierzyli. Uroczyste podpisanie wielomiliardowej transakcji o charakterze biznesowym ze strony polskiej zdominowali politycy z prezydentem na czele, co potwierdza przypuszczenie, że ma być ona jednym z najważniejszych argumentów na korzyść Andrzeja Dudy, kandydata prawicy na drugą kadencję prezydencką. Stronę amerykańską poza ambasador tego kraju w Polsce, reprezentowali biznesmeni i wojskowi, jak na traktat handlowy przystało. Mieliśmy więc do czynienia ze zjawiskiem rzadko spotykanym, chyba że przyjmiemy, że po obydwu stronach stołu stali handlowcy. Mężowie stanu takich sytuacji unikają.

Kulawe przezbrojenie

Polska, jako członek NATO od 1999 roku dokonuje przezbrojenia armii, dostosowując je do nowych standardów technologicznych m.in. poprzez pozyskanie uzbrojenia odpowiadającego wymogom współczesnego pola walki. Likwidujemy również, choć powoli stare uzbrojenie poradzieckie, które dawno powinno trafić do muzeów. Pierwszy duży zakup dotyczył amerykańskich samolotów F-16. Ostatnio podpisano kontrakt na dostawy antyrakiet „Patriot”. Z tą słuszną zasadą ogólnie zgadzają się wszyscy Polacy, problem dotyczy bowiem sprzętu o charakterze obronnym i mieści się w granicach naszych możliwości.

Zakup samolotów F-35 to element program Harpia i najnowszego planu modernizacji technicznej armii na lata 2021-35. Za 32 samoloty F-35A Lightning II zapłacimy 4,6 mld dolarów, co ma być zrealizowane poza budżetem MON. Wielu specjalistów lotnictwa wojskowego twierdzi, że jest to bardzo kontrowersyjny zakup. Uzyskujemy bowiem możliwości, których nie będziemy w stanie w pełni wykorzystać. Należałoby zmodernizować całe wojsko pod kątem sieciocentryczności, na co nie stać nawet w dalszej perspektywie polskiego podatnika. Poza tym samoloty F-35 obarczone są szeregiem wad konstrukcyjnych i zawodnością związaną głównie z niedopracowaniem systemów sterowania i uzbrojenia. Są też różnice zdań co do „niewidzialności” tych samolotów w związku z postępem w konstrukcji współczesnych systemów radiolokacyjnych.

Broń ofensywna

Niewiele państw Unii Europejskiej zdecydowało się na zakup tych samolotów, są drogie. Polskie MON zaakceptowało wg upowszechnionych danych astronomiczną cenę za jeden egzemplarz F-35 o blisko 250 mln zł większą od ceny producenta, znacznie wyżej od ceny sprzedaży do Hiszpanii, Włoch, czy Holandii. Znane są perturbacje i unikanie zakupu tych samolotów przez Turcję, mającą najsilniejszą armię NATO w Europie.
Samolot F-35 to nie jest broń defensywna, tylko ofensywna. Posiadanie jej sytuuje Polskę w elitarnym klubie, niemniej jednak potwierdza jej miejsce jako państwa frontowego, w tzw. szpicy NATO, które jest narażone jako pierwsze na skutki ewentualnego konfliktu militarnego. Polska za wszelką cenę powinna unikać oddawania swego terytorium na prowadzenie działań wojennych. Dwie wojny światowe w XX wieku powinny nas czegoś nauczyć. Zginęły miliony Polaków, nie do oszacowania są straty w majątku narodowym.

Polska na tym straci

Nie można przyjąć demagogicznych stwierdzeń polityków polskiej prawicy, że posiadanie F-35 związane jest z naszym bezpieczeństwem. Nie jest to prawda. Być może z bezpieczeństwem USA. Polska wyłącznie na własne życzenie posiada dziś gorsze stosunki z Rosją niż Francja, Niemcy czy nawet USA. Nie można też pomijać tutaj aspektu ekonomicznego – amerykańskie koncerny zbrojeniowe wbrew logice handlowej związanej z prawem konkurencji, uzyskały na polskim rynku absolutny monopol, co skutkuje wielkim stratami dla rodzimego przemysłu obronnego i nieuzasadnionymi kosztami, które obciążają naród. Polska nie uzyskuje nic w zamian i idzie drogą zaniechania korzyści z offsetu, jak miało to miejsce przy kontrakcie na samoloty F-16.

Lewica polska wielokrotnie w Sejmie upominała się o racjonalne budżety MON, skierowane głównie na finansowanie celów dotyczących umacniania i unowocześniania obrony narodowej, a przeznaczania wszelkich wolnych środków na programy socjalne, służbę zdrowia, kulturę i edukację. Zakup F-35 poza wszelkimi wymogami ustawowymi i procedurami państwowymi jest sprzeczny z tymi zasadami. Trzeba zwrócić uwagę, czy zastosowanemu trybowi zakupu F-35 i ocenie potrzeb narodowych w dziedzinie obrony nie powinna przyjrzeć się Naczelna Izba Kontroli, a także odpowiednie komisje Sejmu i Senatu.

Generalnie jednak można przyjąć, że powstające wokół zakupu F-35 kontrowersje i spory zarówno między wojskowymi, a szczególnie politykami, są wynikiem braku porozumienia w sprawach podstawowych. Szczególnie chodzi o precyzyjne, wspólne określenie przez wszystkie siły polityczne w kraju takich pojęć konstytucyjnych, jak interes narodowy, bezpieczeństwo narodowe, racja stanu. Rodzą się w związku tym liczne pytania, pozostawione jednak bez odpowiedzi.

Wielka reforma Chińskiej Armii Ludowo – Wyzwoleńczej

Fakt, iż na naszych oczach kształtuje się nowy ład międzynarodowy nie jest już chyba przez nikogo kwestionowany. Dyskutowany jest jednak kształt tego nowego ładu.

Jedni uważają, iż w XXI wieku świat znajdzie się pod panowaniem kilku mocarstw, inni, że tylko dwóch. Są też i tacy, którzy twierdzą, iż światem rządzić będzie tylko jedno hipermocarstwo. Bez względu na to, kto za którą koncepcją się opowiada wszyscy są zgodni, iż krąg kandydatów do roli przyszłego lidera bądź liderów światowej sceny politycznej jest bardzo wąski. Za jednego z najpoważniejszych i najpewniejszych wśród nich uznawane są Chiny. Do roli światowego lidera predestynuje je chociażby dynamicznie rozwijająca się gospodarka. Sami Chińczycy też nie ukrywają, iż ich strategicznym celem jest zdobycie światowego przywództwa. Niestety nawet najsilniejsza gospodarka nie jest w stanie nikomu zapewnić nie tylko pozycji światowego lidera, lecz także dalszego, niezakłóconego rozwoju własnego kraju. Potrzeba do tego także innych czynników, wśród których niebagatelną, o ile nie najważniejszą rolę nadal odgrywa siła militarna. Chińscy przywódcy są tego świadomi. Dowodzą tego wypowiedziane w dniu 27 lipca 2015 roku z okazji 89 rocznicy powstania ChAL-W słowa przywódcy Chin, Xi Jinpinga, który stwierdził, iż stworzenie silnej armii ma zasadnicze znaczenie dla budowy światowego przywództwa i długoletniej stabilności kraju. Ważnym jest, iż to właśnie Xi Jinping postrzegany jest jako inicjator obecnej reformy chińskich ził zbrojnych.
Oficjalnie o rozpoczęciu przez Chiny zakrojonej na szeroką skalę reformy sił zbrojnych powiedziano w listopadzie 2015 roku na plenarnej sesji Centralnej Grupy Kierowniczej ds. Reformy Wojskowej przy Centralnej Komisji Wojskowej (CKW). Wiele wskazuje jednak na to, iż przystąpiono do niej znacznie wcześniej bo w 2013 roku, kiedy to powołana została do życia kierowana osobiście przez samego Xi Jinpinga Komisja Bezpieczeństwa Narodowego (KBN). Podczas pierwszego posiedzenia tego organu Xi Jinping stwierdził, iż najważniejszym zadaniem kierownictwa państwowego Chin jest utworzenie scentralizowanego, jednolitego i wysoce efektywnego systemu zarządzania bezpieczeństwem państwa. Ukazał on więc główne kierunki obecnej reformy, której celem jest właśnie usprawnienie systemu dowodzenia siłami zbrojnymi oraz dostosowanie sił zbrojnych do przeciwdziałania rozlicznym, także pozamilitarnym zagrożeniom bezpieczeństwa współczesnego państwa. Kolejnym krokiem ku reformie było przyjęcie przez Ogólnochińskie Zgromadzenie Przedstawicieli Ludowych (OZPL) w dniu 1 lipca 2015 roku nowej ustawy o bezpieczeństwie narodowym. W ustawie tej pojęcie bezpieczeństwa narodowego nie zostało ograniczone tylko do kwestii obronności, lecz rozciągnięto je także na kwestie polityki, gospodarki, finansów, cyberprzestrzeni, surowców naturalnych, ekologii oraz kultury. We wspomnianym dokumencie otwarcie stwierdzono, iż Chiny będą aktywnie przeciwdziałać wszelkim zagrożeniom dla bezpieczeństwa narodowego także poza granicami swego państwa, w tym, m.in. w Arktyce i w przestrzeni kosmicznej. Ważne z punktu widzenia późniejszej reformy sił zbrojnych były zawarte w ustawie zapisy regulujące kwestie podziału odpowiedzialności pomiędzy poszczególnymi organami państwa oraz określające mechanizmy funkcjonowania całego systemu bezpieczeństwa państwa.
Zgodnie ze wspomnianymi wyżej postanowieniami za główny cel obecnej reformy chińskich sił zbrojnych należy uznać usprawnienie systemu dowodzenia ChAL-W. Nadal najwyższym organem kierowniczym chińskich sił zbrojnych pozostaje Centralna Komisja Wojskowa Komunistycznej Partii Chin (CKW), której przewodniczy sam prezydent ChRL, Xi Jinping. W porównaniu z poprzednim systemem jej rola i znacznie nie tylko w armii, lecz również w całym systemie bezpieczeństwa państwa znacznie wzrosła. Zachodni eksperci są zdania, iż taki wzrost znaczenia i roli CKW służyć ma zwiększeniu kontroli partii nad armią.
Wzrost roli i znaczenia CKW w systemie dowodzenia siłami zbrojnymi osiągnięto, m.in. likwidując Sztab Generalny, Główny Zarząd Polityczny, Główny Zarząd Logistyki, a także Departament Uzbrojenia ChAL-W. Zadania zlikwidowanych instytucji przejęło 15 podlegających bezpośrednio CKW departamentów, komisji, biur i agencji. Praca tak rozbudowanej struktury jest koordynowana przez Biuro Generalne CKW. Zadaniem tego biura jest jednak nie tylko zarządzanie przepływem informacji wewnątrz CKW, lecz także wypracowanie polityki bezpieczeństwa i obrony. Oprócz Biura Generalnego w strukturach CKW znajdują się także cztery samodzielne biura odpowiedzialne za audyt wewnętrzny, planowanie strategiczne, reformę i organizację sił zbrojnych oraz współpracę międzynarodową. Na szczególną uwagę zasługuje w tej strukturze Biuro Międzynarodowej Współpracy Wojskowej gdyż dzięki niemu CKW zyskuje bezpośredni nadzór nad dyplomacją wojskową oraz wszelkimi kontaktami z obcymi armiami. Może to być dowodem, iż chińskie kierownictwo państwowe coraz większą wagę przywiązuje do projekcji tzw. miękkiej siły, której ważnym elementem jest właśnie dyplomacja oraz budowa sieci wzajemnych powiązań także na płaszczyźnie militarnej.
Ważną rolę w reformowanym systemie dowodzenia ChAL-W odgrywa sześć podległych CKW departamentów, takich jak : Połączony Departament Sztabowy, Departament Pracy Politycznej, Departament Wsparcia Logistycznego, Departament Rozwoju Uzbrojenia, Departament Szkolenia oraz Departament Mobilizacyjny. Najważniejszym wśród nich jest niewątpliwie Połączony Departament Sztabowy, który zajmuje się między innymi prowadzeniem operacji i analiz wywiadowczych oraz planowaniem kampanii i opracowaniem strategii wojskowej. W jego składzie znajduje się też specjalne biuro operacji zagranicznych, które jest odpowiedzialne za planowanie i koordynację operacji militarnych prowadzonych za granicami Chin, takich jak m.in. operacja antypiracka w Zatoce Adeńskiej.
Następnym, podległym bezpośrednio pod CKW elementem zreformowanego systemu dowodzenia ChAL-W są dowództwa rodzajów sił zbrojnych. Oprócz istniejących już Wojsk Lądowych, Marynarki Wojennej, Lotnictwa, Strategicznych Wojsk Rakietowych i funkcjonujących na prawach odrębnych rodzajów sił zbrojnych dwóch struktur paramilitarnych – Uzbrojonej Policji Ludowej wraz z podległą jej Strażą Ochrony Wybrzeża oraz Zorganizowanych Sił Rezerwy, w strukturze chińskiej armii pojawiły się dwa nowe rodzaje sił zbrojnych – Siły Wsparcia Strategicznego oraz Siły Wsparcia Logistycznego. Utworzenie tych nowych rodzajów sił zbrojnych wskazuje jak w nowoczesny i kompleksowy sposób chińskie władze podchodzą do kwestii bezpieczeństwa państwa oraz ukształtowania korzystnego dla Chin nowego ładu międzynarodowego. Siły Wsparcia Strategicznego przeznaczone są bowiem do działania w nowych środowiskach walki – przestrzeni kosmicznej oraz cyberprzestrzeni. W ich składzie znalazły się więc wojska kosmiczne oraz jednostki walki radioelektronicznej i walki w cyberprzestrzeni. Do ich głównych zadań należy zaś zarówno zarządzanie flotą chińskich satelitów wojskowych, w tym m.in. systemem nawigacji satelitarnej Beidou, jak i prowadzenie szeroko rozumianej wojny informacyjnej, tj. walki radioelektronicznej, działań w cyberprzestrzeni oraz operacji psychologicznych. Głównym zadaniem utworzonych w 2018 roku Sił Wsparcia Logistycznego jest zaś zapewnienie zabezpieczenia logistycznego we wszystkich prowadzonych przez ChAL-W operacjach i misjach wojskowych. Do realizacji tego zadania mogą one zmobilizować także statki, samoloty i samochody ciężarowe znajdujące się na wyposażeniu chińskich, cywilnych przedsiębiorstw działających zarówno w kraju jak i za granicą. W skład Sił Wsparcia Logistycznego wchodzi pięć połączonych centrów logistycznych oraz Centralny Szpital Wojskowy ChAL-W. Interesującym jest, iż pomimo utworzenia dwóch nowych rodzajów sił zbrojnych ChAL-W została zredukowana aż o 300 tysięcy żołnierzy. Zredukowane zostały przede wszystkim Wojska Lądowe oraz jednostki niebojowe. Lotnictwo utrzymało swój stan liczebny, a ilość żołnierzy służących w marynarce wojennej i wojskach rakietowych uległa nawet pewnemu zwiększeniu.
Jeżeli chodzi o marynarkę wojenną ChAL-W to znacznie rozbudowany został wchodzący w jej skład korpus piechoty morskiej. Według źródeł rosyjskich docelowo ma on liczyć nawet do 100 tysięcy żołnierzy. W materiałach zachodnich mowa jest tylko o 30 tysiącach żołnierzy zgrupowanych w siedmiu, zdolnych do działania poza granicami Chin brygadach oraz brygadzie lotniczej, której zadaniem jest przerzut wydzielonych oddziałów piechoty morskiej w odległe regiony świata oraz udzielanie piechocie morskiej wsparcia powietrznego we wszystkich rodzajach operacji. Generalnie całość chińskiej marynarki wojennej ma być tak organizowana, wyposażona i szkolona, aby zgodnie z nowymi założeniami strategicznymi była ona gotowa nie tylko do zapewnienia suwerenności Chin na ich wodach terytorialnych, lecz również do działania na światowym oceanie. W jej szkoleniu ma być więc kładziony nacisk zarówno na działania obronne jak i misje patrolowo – konwojowe oraz morskie operacje połączone na dalekich morzach i oceanach.
Dostosowywane do działania w dużym oddaleniu od macierzystych baz są także siły powietrzne ChAL-W. Obecna reforma ma bowiem na celu stworzenie efektywnego lotnictwa strategicznego. Zaznaczyć przy tym wypada, iż już obecnie liczące około 2700 samolotów (wraz z lotnictwem marynarki wojennej) chińskie siły powietrzne należą do najpotężniejszych w regionie i trzecich co do wielkości na świecie. W ramach obecnej reformy przechodzą one z organizacji pułkowej w brygadową. Tworzonych jest także sześć nowych baz lotniczych umiejscowionych przede wszystkim w rejonach spornych na Morzu Południowochińskim. Reorganizowany jest również podległy Wojskom Lotniczym 15 Korpus Powietrzno – Desantowy. Już w roku 2018 został on podzielony na pięć brygad, z których jedna jest jako brygada szybkiego reagowania zdolna do natychmiastowego użycia i desantowania zarówno z samolotów jak i śmigłowców. Warto zaznaczyć, iż jest to czwarta brygada sił szybkiego reagowania w strukturach ChAL-W. Trzy pozostałe znajdują się w strukturach Wojsk Lądowych.
Na organizację brygadową przechodzą również Wojska Lądowe. Brygady zaś zorganizowane są w strukturę batalionową. Brygadę ogólnowojskową mogą tworzyć następujące bataliony: ciężki (pancerny), średni (wyposażony w opancerzone pojazdy kołowe) oraz lekki, który przygotowany jest do taktycznych desantów powietrznych, a także działań w górach i dżungli. Sześć brygad ogólnowojskowych wraz z siedmioma brygadami specjalistycznymi, tj.: artylerii, przeciwlotniczą, lotnictwa szturmowego, wojsk specjalnych, wojsk inżynieryjnych, obrony przeciwchemicznej i zabezpieczenia logistycznego tworzą grupę armii.
Oprócz wojska reformowane są także podległe CKW formacje paramilitarne, tj. Uzbrojona Policja Ludowa (UPL) i Zorganizowane Siły Rezerwy (ZSR). UPL, która do tej pory podlegała zarówno CKW jak i Radzie Państwa ChRL od roku 2018 podlega już tylko CKW. Z jej składu ubyły także Wojska Ochrony Pogranicza oraz takie „niebojowe” jednostki jak straż pożarna, straż leśna czy oddziały ochrony kopalni złota i elektrowni wodnych. Zrestrukturyzowana UPL składa się teraz z przeznaczonego do zadań policyjnych korpusu bezpieczeństwa wewnętrznego, sił reagowania kryzysowego oraz Straży Ochrony Wybrzeża. W tym zestawieniu na szczególną uwagę zasługuje licząca ok 130 dużych, uzbrojonych w artylerię kalibru powyżej 76 mm i wyposażonych w pokładowe śmigłowce okrętów patrolowych i przeznaczona do działania na szeroko rozumianych chińskich wodach terytorialnych Straż Ochrony Wybrzeża. Oprócz tych dużych patrolowców dysponuje ona również liczącą ponad 1500 jednostek flotą mniejszych jednostek patrolowych, a w przypadku zagrożenia wojennego może ona dodatkowo zmobilizować kutry i trawlery rybackie. Amerykańscy eksperci oceniają, iż chińska Straż Ochrony Wybrzeża jest najsilniejszą na świecie formacją tego typu.
Drugą paramilitarną strukturą podległą bezpośrednio pod CKW są zorganizowane siły rezerwy. Po reformie dyslokowane są one nie tylko terytorialnie, tj. w miastach i miastach wydzielonych, a nawet wsiach, lecz również wokół większych przedsiębiorstw. Dlatego też ich zadania oraz liczebność są różne i zależne od miejsca dyslokacji.
Oprócz dowództw Rodzajów Sił Zbrojnych w bezpośrednim podporządkowaniu pod CKW znajdują się także trzy wielkie uczelnie wojskowe – Akademia Nauk Wojennych, Narodowy Uniwersytet Obrony oraz Narodowy Uniwersytet Technologii Wojskowych.
Reorganizacja objęła także system dowodzenia operacyjnego. W jej ramach w miejsce dotychczas funkcjonujących siedmiu Wielkich Okręgów Wojskowych utworzonych zostało pięć podległych bezpośrednio pod CKW Dowództw Teatrów Operacyjnych (DTO). Przyjęty obecnie system ma zdaniem Chińczyków usprawnić dowodzenie połączonymi operacjami wojskowymi umożliwić sprawne działanie armii w przypadku różnych, także niemilitarnych zagrożeń. W specyficznej chińskiej poetyce zadanie to zostało ujęte w zwięzłych słowach: „utrzymać pokój, powstrzymać wojnę i wygrywać bitwy”. Dlatego też struktura nowoutworzonych DTO jest dostosowana do występujących w ich obrębie i na kierunku strategicznym zagrożeń. Generalnie w składzie każdego DTO znajduje się od dwóch do trzech grup armii ogólnowojskowych, a także dywizje i bazy lotnicze, brygady rakiet przeciwlotniczych oraz brygady wojsk ochrony pogranicza. W składzie nadmorskich DTO, tj. Północnemu, Południowemu i Wschodniemu DTO znajdują się również floty wojenne. Północnemu DTO podlega także Korpus Piechoty Morskiej. Wchodzący w skład Wojsk Lotniczych Korpus Powietrzno – Desantowy nie podlega żadnemu z DTO. Jeżeli chodzi o odpowiedzialność terytorialną to Wschodni DTO koncentruje się na Tajwanie i Morzu Wschodniochińskim, Północny DTO na Półwyspie Koreańskim, Południowy DTO przejmuje odpowiedzialność za Morze Południowochińskie, Zachodni DTO odpowiedzialny będzie, m.in. za ochronę granicy chińsko – indyjskiej, Centralny DTO będzie zaś, w razie potrzeby, zapewniał wsparcie dla pozostałych DTO.
Równolegle z reformą prowadzona jest zakrojona na szeroką skalę modernizacja ChAL – W. Nowe wzory uzbrojenia pojawiły się, m.in. na wyposażeniu strategicznych sił rakietowych. Już w roku 2014 na ich uzbrojeniu pojawiły się nowe pociski rakietowe średniego zasięgu Donfeng 26 (DF 26). Te dwustopniowe pociski rakietowe na paliwo stałe mogą razić cele znajdujące się w odległości nawet do 5000 kilometrów. Wystrzeliwany są one z wyrzutni kołowej umieszczonej na samochodzie Taian HTF 5680. Opracowana została również morska wersja tego pocisku przeznaczona do rażenia lotniskowców i innych dużych okrętów wojennych przeciwnika. Trzy lata później bo w roku 2017 na uzbrojenie chińskich strategicznych wojsk rakietowych weszły także nowe międzykontynentalne rakietowe pociski balistyczne na paliwo stałe Donfeng 41 (DF 41) o zasięgu od 10 000 do 14 000 kilometrów. Pociski te mogą przenosić nawet do dziesięciu głowic nuklearnych. Wyposażone są też we własny, współpracujący z systemem nawigacji satelitarnej Beidou system nawigacyjny. Oficjalnie umieszczone na wyrzutniach kołowych pociski rakietowe DF 41 zostały zaprezentowane w dniu 1 października 2019 roku na defiladzie z okazji 70 rocznicy powstania ChRL. Na tej samej defiladzie zademonstrowano także hipersoniczny pocisk rakietowy Xingkong 2. Rakieta ta została zaprojektowana przez Chińską Akademię Aerodynamiki i Technologii Kosmicznych. Podczas przeprowadzonego w roku 2018 lotu testowego miała ona osiągnąć pułap 30 kilometrów i prędkość 5,5- 6 Macha. Inną, związaną także ze strategicznymi siłami rakietowymi nowością z zakresu techniki uzbrojenia jest rozpoznawczy bezpilotowiec DR 8. Dron ten zbudowany jest w układzie latającego skrzydła i może osiągnąć prędkość do 4000 km/h. Przeznaczony jest on do współpracy z systemami rakietowymi średniego zasięgu DF 21i DF 26.
Hipersoniczne drony oraz lotnicza wersja balistycznych pocisków rakietowych DF 21 są przenoszone przez wprowadzone w roku 2019 na uzbrojenie strategicznego lotnictwa bombowego Chin samoloty Xian H 6N/H 6X1. Ten dwusilnikowy ciężki bombowiec nie jest co prawda nową konstrukcją. H 6 jest bowiem chińską wersją opracowanego jeszcze na początku lat pięćdziesiątych XX wieku radzieckiego bombowca Tu 16. Na wyposażenie lotnictwa ChAL – W trafił on zaś w roku 1969. Od tego czasu uległ on jednak daleko idącym modyfikacjom, m.in. zmianie uległy silniki a także dostosowano go do tankowania w powietrzu co pozwoliło na znaczne zwiększenie jego zasięgu. Możliwe, iż już w stosunkowo niedalekim czasie wysłużone H 6 zostaną zastąpione przez nowe, niewykrywalne przez radary ciężkie bombowce strategiczne. Technologię stealth Chiny mają już bowiem opanowaną czego dowodem są wchodzące na wyposażenie lotnictwa ChAL – W samoloty myśliwskie V generacji Chengdu J 20 i Shenyang J 31.
Swój ofensywny potencjał zwiększa także marynarka wojenna ChAL – W. Rozbudowywana jest, m.in. flota lotniskowców. Obok wprowadzonego do służby jeszcze w roku 2012 lotniskowca „Liaoning” (ex rosyjski „Wariag”) próby morskie przechodzi wybudowany już w Chinach, pod koniec roku 2017 lotniskowiec Typ 001A, a na pochylni szanghajskiej stoczni Jiangnan od roku 2017 znajduje się w budowie trzeci lotniskowiec określany roboczym mianem Typ 002. Oprócz niego w budowie znajdują się także trzy inne duże okręty wojenne – krążownik, duży okręt desantowy i śmigłowcowiec. W latach 2013 – 2019 chińska marynarka wojenna wzbogaciła się także aż o 45 nowoczesnych korwet rakietowych Typ 056 i Typ 56A (ostatnia wcielona do służby w dniu 5 listopada 2019 r.), a także kilka fregat Typ 054A.
W nowe, perspektywiczne typy broni przezbrajane są również chińskie wojska lądowe. Większość tych nowych typów uzbrojenia, np. czołgi podstawowe Type 99, bojowe wozy piechoty Type 04 czy rodzina opancerzonych kołowych pojazdów bojowych Type 08, został przyjęta na uzbrojenie jeszcze na początku XXI wieku. Od tego jednak czasu znacznie wzrosła ich liczba w jednostkach wojskowych tak, że praktycznie stanowią one już główny trzon uzbrojenia ChAL -W. Pojawiły się także ich zmodernizowane wersje. Nowym nabytkiem ChAL – W jest za to przyjęty na uzbrojenie w roku 2018 lekki czołg III generacji Type 15. Jest to wysoce mobilny wóz bojowy zdolny do działania w trudnym, niedostępnym dla innych czołgów terenie. Dostosowany jest on również do szybkiego przerzutu drogą lotniczą w dowolny region świata. Możliwe, iż wkrótce na uzbrojeniu wojsk lądowych ChAL – W pojawią się jeszcze nowsze maszyny bojowe. Niektóre z nich, np. bojowe wozy piechoty VN12 i VT4 były już nawet demonstrowane na odbywających się w Chinach targach uzbrojenia.
Oceniając zachodzącą obecnie wielką reformę ChAL – W należy stwierdzić, iż nie jest ona, jak chcą tego co poniektórzy zachodni, gł. amerykańscy analitycy, dowodem agresywnych i imperialnych dążeń chińskiego kierownictwa państwowego. Wręcz przeciwnie, należy ją potraktować jako dowód na strategiczne myślenie i poważne podejście Chińczyków do kwestii bezpieczeństwa państwa we współczesnym mocno turbulentnym i pełnym nowych zagrożeń świecie. Działanie takie jest zgodne ze starą, chińską maksymą, iż nie można zostawić leżącego na talerzu mięsa bez należytej ochrony. W pewnym sensie jest ona też odpowiedzią na działania innych państw, m.in. Japonii, która nie tylko zwiększa wydatki na wojsko, lecz także zamierza odejść od dotychczas obowiązującej, pacyfistycznej konstytucji. Warto też zwrócić uwagę, iż Chiny są praktycznie jedynym z pretendentów do światowego przywództwa, którego siły zbrojne nie uczestniczą w żadnym z trwających obecnie konfliktów. Chińskie siły zbrojne są co prawda obecne w niektórych zapalnych regionach świata, np. w rejonie Zatoki Adeńskiej, Sudanie Południowym czy Mali, ale wykonują tam misje o charakterze ochronnym czy pomocowym. Nie ma więc podstaw by uważać chińską reformę wojskową za szczególne zagrożenie dla światowego pokoju.

Nr 1 rządu: wojsko, nie zdrowie

Zamykane oddziały, czy nawet całe szpitale, brak lekarzy specjalistów, umieranie w kilkuletniej kolejce na zabieg. To obraz ochrony zdrowia za rządów PiS. Powodem jest dramatyczne niedofinansowanie i brak planu uzdrowienia systemu. Ekipa Kaczyńskiego nie żałuje jednak pieniędzy na armię. Jej budżet w 2020 roku będzie rekordowy.

Nie dalej jak na pierwszym sejmowym posiedzeniu posłowie PiS opuścili salę obrad, kiedy przyszła pora na wystąpienie posłanki Koalicji Obywatelskiej o szpitalach powiatowych, zamykanych z powodu braków kadrowych. 16 listopada poznaliśmy kolejne niepokojące informacje o skali zniszczenia publicznej ochrony zdrowia.

Zadłużenie szpitali podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości wzrosło o 3 miliardy złotych od czasów nastania „dobrej” zmiany. Obecnie łącznie zaległości publicznych placówek wynoszą 14 mld złotych.

Sytuacja jest dramatyczna. Ostatnie badania ankietowe Ministerstwa Zdrowia wskazują, że szybko przybywa zobowiązań wymagalnych, czyli takich, po które zaraz się ustawią komornicy, o ile już nie stoją w kolejce. W czerwcu było ich 1,6 mld zł, czyli o 10 proc. więcej niż w marcu.

Efekt jest taki, że lekarzy jest za mało i pracują przemęczeni, a pacjenci często nie doczekują zabiegu. – Co jakiś czas dowiadujemy się, że lekarz umarł na dyżurze. Pacjenci natomiast umierają po cichu. Jeśli porównamy statystki leczenia chorób nowotworowych, to przekonamy się, że rocznie kilkanaście tysięcy Polaków umiera, bo jest za niskie finansowanie – mówił Krzysztof Bukiel, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy podczas czerwcowej demonstracji „Czas na zdrowie! – Pacjenci i Medycy razem”.

Na brak środków nie może narzekać armia. Na przełomie sierpnia i września rząd zadekretował przeznaczenie w 2020 roku na zbrojenia rekordowej kwoty 50 mld złotych. Oznacza to wzrost o 11 mld od roku 2015. Nasz kraj jeszcze nigdy nie zwiększał wydatków na ten cel w takim tempie. To aż o 5 mld złotych więcej niż w roku 2018.

Z jednej strony – dopieszczenie przemysłu potencjalnego zabijania, z drugiej – obywatele umierający w kolejkach na operacje – czy można znaleźć bardziej odpowiednią alegorię „dobrej zmiany”?

Chiny zawiniły, Rosję obwinili, Europa zapłaci

Prezydent USA Donald Trump ogłosił zerwanie traktatu INF zakazującego budowy i rozmieszczania rakiet średniego zasięg. Zawartego jeszcze w 1987 roku przez USA i Związek Radziecki. Porozumienie zakładało całkowitą likwidację odpalanych z lądu nuklearnych i konwencjonalnych rakiet i pocisków manewrujących o zasięgu od 500 do 5500 kilometrów.
Poprzedni spór zaczął się w 1975 roku, kiedy ZSRR rozpoczął rozmieszczanie w Europie nowego typu rakiet średniego zasięgu Pionier (SS-20). Miały one zastąpić przestarzałe systemy rakiet R-12 Dźwina (SS-4) i SS-5. Ale taka modernizacja zachwiała równowagę strategiczna z państwami Europy zachodniej.
NATO odpowiedziało rozmieszczaniem w Europie amerykańskich pocisków manewrujących BGM-109G i rakiet balistycznych MGM-31 Pershing. To doprowadziło do kolejnego wyścigu zbrojeń i eskalacji „zimnej wojny” w Europie pomiędzy państwami NATO i ówczesnego Układu Warszawskiego. Aby zapobiec dalszej kosztownej i niepotrzebnej eskalacji, obie strony rozpoczęły w 1980 rok w Genewie negocjacje o wycofania tej broni z Europy.
Po wieloletnim serialu spotkań w 1986 nastąpił przełom. W czasie szczytu amerykańsko- radzieckiego w Reykjaviku prezydent Reagan i gensek Gorbaczow zgodzili się na wzajemne wycofanie broni średniego i pośredniego zasięgu oraz ustalili limit głowic jądrowych, które mogły być instalowane na innych pociskach tego typu.
Rok później w Waszyngtonie USA i ZSRR podpisały ten traktat. Widmo wojny obu mocarstw w Europie przestało straszyć.

Dobry, choć martwy

Przez trzydzieści lat Europejczycy odzwyczaili się od wojennego zagrożenia, od wojen mocarstw na swym terenie. A po upadku ZSRR i rozszerzeniu Unii Europejskiej nastał w tym regionie przynajmniej dwudziestoletni okres wzrostu gospodarczego i cywilizacyjnego.
Tamto wzbogacenie się europejskich społeczeństw możliwe było też dzięki ograniczonym wydatkom na zbrojenia w tych państwach i późniejszej integracji z państwami z za „żelazną kurtyny”. A także dzięki wzmożonej kooperacji gospodarczej zachodniej Europy z Rosją. O czym dzisiaj, zwłaszcza w Polsce, zapomina się.
Z biegiem lat zawarty w Waszyngtonie traktat stawał się martwy. Nie tylko dlatego, że obaj sygnatariusze, czyli USA i Rosja, dziedzicząca go w spadku po ZSRR, obchodziły jego zapisy.
USA intensywnie rozwijały produkcję dalekosiężnych dronów, które okazywały się bardziej skuteczne w wojnach lokalnych niż tradycyjne rakiety średniego zasięgu.
Rosjanie unowocześniali i modyfikowali rakiety odpalane z okrętów, które formalnie nie podlegały ograniczeniom traktatowym, ale stanowiły siłę odstraszającą.
Taki właśnie rosyjski, zmodyfikowany pocisk 9M723 posłużył prezydentowi USA Trumpowi jako pretekst do wypowiedzenia traktatu INF.
Jednak, jak zgodnie podkreślają eksperci, to nie te rakiety znacząco zagroziły hegemonistycznej pozycji USA. Trump zerwał stary, martwy traktat z Rosją, aby zmusić Chiny do negocjacji czegoś nowego.
Rozpoczynając swą prezydenturę Donald Trump zapowiadał przegląd starych traktatów zawartych przez USA. Zerwanie „z iluzją traktatów”, które uzna za nieprzestrzegane albo efektywne dla interesów USA.
I właśnie za taki traktat uznał INF. Nie dlatego, że jego naruszanie ze strony Rosji rujnowało bezpieczeństwo USA. Przewaga militarna USA nad Rosją jest tak wielka, że nie zagrażają jej rakiety 9M723. Prezydent Trump chce zerwać ten traktat ze względu na wojnę polityczno-gospodarczą jaka rozpoczął z Chinami.
Podpisany w 1987 roku traktat INF nie obowiązuje Chin. Bo wtedy Chińska Republika Ludowa traktowana była jako biedne, zacofane technologicznie państwo „trzeciego świata”.
Ale w ciągu trzydziestu lat Chiny wyrosły na światową potęgę. Są dziś uznawane za drugą potęgę gospodarczą świata.
Jednocześnie Chiny konsekwentnie budowały i unowocześniały swe siły militarne. Robiły to „po chińsku”, czyli bez eksponowania swych atutów. Zajęta konfliktami na Bliskim Wschodzie, walką z terroryzmem islamskim, czy hybrydowymi wojnami na Ukrainie, atlantycka opinia publiczna nie interesowała się chińskimi zbrojeniami.
W państwach NATO wspominano o pierwszym chińskim lotniskowcu, ale nie zwracano uwagi na nowe chińskie rakiety średniego zasięgu. Zakazane w USA i Rosji, ale legalne w Chinach. Nie wspominano o stale rosnących tam budżetowych wydatkach na rozwój chińskiej marynarki wojennej, sił działających w cyberprzestrzeni i w sferze kosmosu.
Okazjonalnie wspominano też o chińskiej, konsekwentnej ekspansji na Morzu Południowo- Chińskim. O jednostronnym rozszerzeniu przez Chiny strefy swych wód terytorialnych. O przejmowaniu spornych archipelagów wysp Spratly i Paracelskich.
Co oznacza też przejęcie kontroli nad szlakami żeglugowymi w tamtym regionie. Nad handlem produktami „fabryk świata” z Chin i państw ASEAN.

Koniec lotniskowców

Jeszcze niedawno USA mogły panować nad szlakami handlowymi, czyli gospodarką, całego świata. Bo dysponowały dominującymi eskadrami lotniskowców. W razie konfliktu regionalnego USA wysyłało swe lotniskowce, osłaniane okrętami wsparcia, i otwierało parasol ochronny nad swymi sojusznikami. Parasol, który potrafił też skutecznie zaatakować.
Tak bywało w czasie wojen w Korei, Wietnamie. W czasie napięć Chiny – Taiwan, pomiędzy obu państwami koreańskimi. Teraz chińskie rakiety średniego zasięgu są w stanie zniszczyć taki parasol. Tym samym USA straciła swą przewagę w tym regionie.
Zatem zerwanie przez prezydenta Trumpa układu ograniczającego USA w produkcji i rozmieszczaniu rakiet średniego zasięgu to przede wszystkim straszak wobec Chin. Bo przecież od teraz amerykańskie rakiety mogą być zainstalowane na Tajwanie, w Republice Korei, czy w antychińskim dzisiaj Wietnamie.
Wizja amerykańskich rakiet w sojuszniczych państwach Azji Południowo- Wschodniej ma skłonić Chiny do ustępstw w amerykańsko- chińskiej wojnie gospodarczej.

Europejska peryferia

Prezydent Donald Trump wielokrotnie wykazywał swą niechęć do integracji europejskiej. Krytykował europejskie państwa NATO za ograniczanie wydatków na zbrojenie. Przestrzegał, że USA nie będzie bronić europejskich sojuszników, jeśli oni sami się nie dozbroją.
Wypowiadając traktat INF prezydent Trump wciągnął cały świat w stan „bez traktatowy”. W nowy wyścig zbrojeń. Wielce kosztowny dla wszystkich.
Zapewne liczy na to, że tak przyciśnięte Chiny, i Rosja też, spasują w tej pokerowej rozgrywce. Zasiądą z nim do negocjacji. Aby podpisać zaproponowany im nowy traktat.
Bogaty prezydent bogatego państwa może sobie pozwolić na takie biznesowe zagrywki. Ale co stanie się w naszej Europie zanim wielcy tego świata siądą do stołu?
Jakie koszty poniesiemy kiedy oni nie podpiszą nowych porozumień?
Zaczynając taką rozgrywkę prezydent Trump pokazał, że interesy jego europejskich sojuszników są dla niego drugorzędne. To zrozumiałe dla przywódcy deklarujący dogmat „Ameryka wpierw”.
Ale czy Polska chce takiego wyścigu zbrojeń? I czy stać ją na to?
Polityka rządu PiS konsekwentnie doprowadziła do osłabienia więzi z państwami Unii Europejskiej. Polska przestała wspierać Europejską Politykę Bezpieczeństwa i Obrony/CSDP/. Demonstracyjnie zerwała kontrakty zbrojeniowe z francuskim Airbusem na rzecz mglistych, ale amerykańskich ofert.
Rząd PiS- u zademonstrował kilka wiernopoddaństwa aktow wobec ekipy prezydenta Trumpa. Kreując się na najwierniejszego sojusznika USA na wschodniej flance NATO.
Symbolem tej polityki stało się zbieganie, za wszelką cenę, o stałą amerykańską bazę wojskową. Nazwaną lizusowsko przez polskich polityków „Fort Trump”. Obecność amerykańskich wojsk na polski mogło sprzyjać wzrostowi bezpieczeństwa polskiego w czasie istnienia traktatu INF. Nawet nie w pełni przestrzeganego. Ale brak takiego traktatu i eskalacja nowej „zimnej wojny” sprawiają, że ten wymarzony „Fort Trump” już nie będzie w stanie zapewnić bezpieczeństwa Polsce w razie konfliktu z Rosją. Przeciwnie wzmocni rolę Polski jako pierwszorzędnego celu w razie każdego konfliktu Rosja – USA. Jako pierwszorzędnego, choć peryferyjnego sojusznika.
Elity PiS wielokrotnie deklarowały sojusz z Urbanowskimi Węgrami. Stawiając Węgry jako wzór suwerennej polityki międzynarodowej państwa Europy Środkowo- Wschodniej.
Tymczasem Węgry deklarują swą neutralność w wojnie gospodarczej pomiędzy USA i Chinami. Nie zrywają więzi gospodarczych z Pekinem. Podobnie traktują swą współprace gospodarczą z Rosją. W sferze militarnej ogłosiły właśnie, że zakupią helikoptery we Francji, czołgi w Niemczech, a samoloty od Szwecji.
I pomimo twego zachowują swe członkowstwo w NATO. I są szanowanym przez USA sojusznikiem w Europie.

Bombowe liczby

Znane powiedzenie pewnego niesławnego marszałka, że „śmierć jednostki to tragedia a milion zabitych to tylko statystyka” miało zapewne sugerować, że nasza wyobraźnia ma pewne ograniczenia. Policzenie sobie do miliona, gdybyśmy chcieli liczyć na głos co sekundę (od pewnego momentu byłoby trudno się w niej zmieścić, ale dajmy na to) zajęłoby nam prawie 12 dni, więc w zasadzie to się da ogarnąć. Schody zaczynają się późnej: gdybyśmy chcieli wyobrazić sobie wielkość miliarda i liczyli bez przerwy w ten sam sposób, musielibyśmy stracić na to niemal 32 lata. A bilion, czyli tysiąc miliardów, policzcie sami, sięga już daleko poza science-fiction.

 

Porażka wyobraźni wobec wielkich liczb sięga nawet takich potęg statystycznych, jak Stany Zjednoczone, więc nie ma co popadać w kompleksy. W tym roku tamtejsi księgowi rządowi policzyli, że w latach 1998-2016 z kont Pentagonu (amerykańskiego ministerstwa wojny) zniknęło w tajemniczych okolicznościach 21 bilionów dolarów. Są nierozliczone, po prostu rozpłynęły się w powietrzu, jak wynik naszej wyobraźni, kiedy spróbujemy sobie przedstawić, co kryje się za krótką informacją „21 bilionów”. Co do kompleksów, należałoby tych pieniędzy szukać w amerykańskim kompleksie militarno-przemysłowym, ale bezradność wyobraźni sprawiła, że realistycznie postanowiono ich po prostu nie szukać. My ludzie mamy w końcu do dyspozycji coś tak wspaniałego, jak machnięcie ręką.
Są zresztą statystyki, które wyobraźnia może z grubsza objąć. Znany dziennikarz śledczy i publicysta David DeGraw dokopał się do dokumentów CIA, z których wynika, że skuteczność amerykańskich bombardowań dronowych wynosi dwa procent. Taka jest proporcja zabitych przez bombę osób, w które ta bomba celowała. Małe liczby też potrafią zrobić wrażenie. Dla otrzeźwienia zwróćmy więc chłodno uwagę, że 98 proc. ofiar to ci, którzy byli po prostu w pobliżu eksplozji. Część to powiedzmy znajomi królika, a reszta to starcy, kobiety, dzieci, przechodnie. Wielu z nich zostaje rozerwanych na sto kawałków. To się nazywa uderzenie chirurgiczne. Wyobraźmy sobie wizytę u lekarza, który w 98 wypadkach na sto zamiast wycisnąć pryszcza na czole, odcina nam głowę piłą ogrodową.

W każdym razie, statystycznie, rozrywanie niewinnych na sto kawałków Amerykanie praktykują równo co 12 min. Kiedy tu sobie patrzymy w ekran, musiałoby coś się zdarzyć, żeby chciało nam się odwracać głowę równo co 12 minut, i tak przez resztę dnia i nocy. Na szczęście mamy do czynienia wyłącznie ze statystyką. US Army zrzuca 121 ciężkich bomb na dobę w różnych krajach, choć oficjalnie nie prowadzi w nich wojny, to daje te 12 minut. Tak jest za Trumpa. Wszyscy pamiętamy głupkowatego George’a Busha, ale to był dzieciak, jego wojskowi zrzucili raptem 70 tys. bomb na pięć krajów. Obama, ze swoim czarującym uśmiechem artysty, wyprzedził poprzednika o 30 tys. bomb i dwa kraje. Dzięki temu dołączył do ścisłego grona tych laureatów Pokojowej Nagrody Nobla, którzy zabili mnóstwo ludzi, tj. do Henry’ego Kissingera.

Wśród ostatnich trzech przywódców imperium amerykańskiego rekordzistą jest Trump, jeśli przyjąć, że kontroluje Pentagon. Pierwszy rok jego kadencji to nieco ponad 44 tys. eksplodujących ładunków, owe 121 na dobę. Aż pilotom i operatorom dżojstików zaczęło brakować bomb. Wyobraźmy sobie teraz brak bomb. W tak małą liczbę – domniemane zero – trudno nam uwierzyć. A świat bez bomb? Myślimy, że mogłyby uwierzyć weń najwyżej dzieci, jeśli nie zostaną rozerwane na sto kawałków. Nie marzymy już o tym, bo u nas bomby nie spadają, są poza wyobraźnią, chyba, że na ładnych filmach. Od ostatniego bombardowania w Polsce minęły niepojęte dwa miliardy sekund i jeszcze trochę.

Si vis bellum…

Historia udowodniła, że przynajmniej do czasów broni jądrowej, władcy jednego bądź drugiego państwa fabrykowali broń po to żeby ją wcześniej czy później użyć. Era wojen masowych rozpoczęła się jednak dopiero w czasach przejścia kapitalizmu na etap imperializmu co spowodowało pierwszą i drugą wojnę światową.

 

Należy przy tym zaznaczyć, że ten proces się rozpoczął za zgodą demokratycznie wybranych parlamentów Wielkiej Brytanii, II Rzeszy Niemieckiej, Republiki Francuskiej, Królestwa Włoch, Stanów Zjednoczonych oraz do pewnego stopnia monarchii Habsburskiej, Imperium Rosyjskiego i wielu innych państw bardziej czy mniej demokratycznych, co obala mit rozgłaszany w końcowej fazie zimnej wojny jakoby wojny miedzy państwami liberalno-demokratycznymi są niemożliwe. Okres „równowagi wzajemnego zastraszania” miedzy USA a ZSRR pozwolił utrzymać względny pokój na północnej półkuli, przy licznych „gorących wojnach” na „peryferiach” ówczesnego świata. A lansowanie gigantycznego amerykańskiego planu „gwiezdnych wojen” ostatecznie wyczerpało siły Związku Radzieckiego, powodując kapitulację jego rodzącej się nowej klasy rządzącej co jednocześnie podkopało jednak zdolność rozwojową USA które przeszły w tym okresie od polityki wszechstronnego uprzemysłowienia na tory ekonomii wojny, systematycznego zadłużenia i wirtualnej waluty dyktującej globalne warunki gospodarcze innym krajom. Proces globalizacji kapitalizmu doprowadził USA i inne wiodące mocarstwa kapitalistyczne do etapu de-industrializacji i delokalizacji przemysłów cywilnych, co dodatkowo wzmacniało siłę lokalnego sektora zbrojeniowego który pozostał prawie że sam na terenie metropolii zachodnich.

W latach 1946-1989 toczono 27 wojen które spowodowały śmierć ponad 100 000 ludzi, wszystkich w krajach „południowych peryferii”. W 1990 r. konflikt w Zatoce został ogłoszony przez George’a Busha Pierwszego jako pierwsza wojna „nowego światowego ładu” i stanowiła sygnał, że „zwycięstwo” wyczerpanego wysiłkiem zbrojeniowym obozu kapitalistycznego doprowadziło do przyspieszenia spirali zbrojeń i wojen, coraz częściej z pominięciem prawa konfliktów zbrojnych i prawa międzynarodowego opartego na zasadach Karty Narodów Zjednoczonych. Wojny od tego czasu mnożyły się już na wszystkich kontynentach i były prowadzone przez armie państwowe lub przez grupy zbrojne nie produkujące broni lecz kupujące je w krajach imperialistycznych pod różnymi pretekstami: obrona interesów globalnych lub regionalnych i wzrostem skrajnych ideologii nacjonalistycznych, plemiennych lub religijnych. A jednocześnie wzrosła też ilość państw posiadających, jawnie czy nie, broń jądrową.

Zdaniem Stockholm International Peace Research Institute, wydatki na cele „obronne” wzrosły o 1 021, 5 mld. dolarów rocznie od 2002 r. do 2006 r. , o 1 540, 5 mld. dolarów od 2007 r. do 2011 r. (wzrost o 51 proc.) i osiągnęły od 2012 r. do 2016 r. sumą 1 728, 0 mld. dolarów (wzrost o 12 proc.). Szacuje się, że w 2016 r. wydatki na cele wojskowe stanowiły już 2,2 proc. „światowego” PKB. Ten wzrost jest szczególnie szybki na terenie Azji, dowodzi to, że już nie Europa lecz Azja stała się centrum sprzeczności globalnego świata. Od roku 2008 do 2016, kraje obu Ameryk stanowiły 41,1 proc. wydatków na armię, kraje Azji i Oceanii 26,7 proc., kraje Europy 19,8 proc., kraje Bliskiego Wschodu 7,5 proc. i kraje Afryki 2,2 proc.. Rozpatrując jednak w cyfrach absolutnych, strefa NATO wraz z jego sojusznikami z innych stref pozostaje daleko na pierwszym miejscu. To świadczy o tym, ze lokomotywa spirali zbrojeniowej pozostaje na Zachodzie wbrew hasłom o wzroście potęgi Rosji, Chin czy Iranu lub Korei.

 

 

Z tej listy osiem państw należy do NATO (USA, Francja, Wielka Brytania, Niemcy, Włochy, Kanada, Hiszpania, Turcja), pięć jest bliskimi sojusznikami bloku zachodniego (Arabia Saudyjska, Japonia, Korea Południowa, Australia, Izrael), trzy do grupy państw mniej więcej nie zaangażowanych (Indie, Brazylia, Algieria) i cztery do państw które można uznać za konkurentów bloku zachodniego (Chiny, Rosja, Iran, Korea Północna). I to stanowi aktualny balans sił światowych, nawet jeśli uwzględnimy sprzeczności powstałe niedawno w obozie zachodnim i fakt, że „po drugiej stronie”, postawę państw niezaangażowanych bądź „wrogich” można także uważać za, do pewnego stopnia, potencjalnie zmienną. Strefa atlantycka i krajów ogłoszonych przez USA jako „Major non-NATO ally” reprezentuje 62,3 proc. wszystkich wydatków zbrojeniowych, nie wliczając w to jednak innych krajów silnie związanych z NATO bądź z jednym z jego mocarstw. Według Countries Ranked by Military Strength, na 30 najsilniejszych armii świata, 11 należy do NATO, 11 jest blisko związanych z krajami NATO, 4 mogą być uważane za „niezaangażowane” i 4 za będące w stanie potencjalnego konfliktu z krajami obozu zachodniego. Nie licząc przy tym niepaństwowych formacji zbrojnych, opozycyjnych i najczęściej terrorystycznych, które korzystają z poparcia jawnego bądź nie, ze strony mocarstw, co szczególnie dotyczy takich krajów jak Syria, Irak, Jemen, Iran, Kolumbia, Kongo, Somalia, Nigeria, Mali, Pakistan, itd. Poparcia udzielone tym ugrupowaniom przez państwa takie jak USA, Izrael, Arabia Saudyjska, Francja czy Turcja znacznie przerastają podobne zjawiska ze strony takich państw jak Iran lub Rosja. Z tych wszystkich danych jasno wynika wiec, że „paniczne groźby ze strony wzrastających mocarstw” rozpowszechnione w wiodących mediach państwowych i prywatnych świata nie odpowiadają racjonalnej analizie.
Spirala zbrojeniowa jest wiec nakręcana po to, żeby klasy rządzące wiodących mocarstw kapitalistycznych mogły legitymować ich niechęć do wydawania funduszy na cele socjalne i rozwojowe dla mas, żeby stale powiększać zyski oraz wzmacniać swoją władzę. Przemysł śmierci (zbrojenia wraz z wydatkami/zyskami ubocznymi na przemysł farmaceutyczny, narkotykowy i leczenia ofiar wojen, na sprzedaż energii dla wojsk, na rozwój sektorów bezpieczeństwa i więziennictwa państwowego i prywatnego, itp.) stał się główną gwarancją przetrwania elit światowej finansjery, a także siły roboczej związanej z tymi sektorami, w momencie kiedy de-industrializacja, prekariat i masowy głód grozi większości ludzi na świecie.

 

 

Spośród dziesięciu największych eksporterów broni, aż siedem należy więc do NATO, co oznacza 62,3 proc. całego handlu bronią na świecie. W tej sytuacji, niezależnie od tego co sądzimy o polityce takich państw jak Rosja czy Chiny, należy postawić pytanie czy te państwa można umieścić w kategorii siły napędowej ruchu na rzecz zbrojeń czy stanowią tylko względnie słabą przeciwwagę wobec mocarstw w których sektor przemysłu zbrojeniowego odgrywa wiodącą rolę w życiu ekonomicznym, handlowym, finansowym, politycznym i medialnym. Musimy przy tym także zauważyć, ze USA, Rosja, Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Włochy sprzedają broń ośmiu z dziesięciu państw kupujących największą ilość broni, co wskazuje jednocześnie, że ten handel jest po części tylko związany z polityką i strategią danego państwa i po części z „apolitycznymi” interesami biznesowymi. Rządy wielkich mocarstw stały się, co wyraźnie widać na przykładzie sprzedaży francuskiej broni dla saudyjskiej strony wojny w Jemenie, czynnymi agentami handlowymi swych firm zbrojeniowych.

 

 

38 na 100 największych firm zbrojeniowych na świecie ma swoją siedzibę w USA co reprezentuje 57,9 proc. ogólnej liczby sprzedaży stu największych firm zbrojeniowych świata, 25 firm na 100 to firmy zbrojeniowe krajów UE, czyli 25,7 proc.. Dołączając do tego Kanadę, firmy zbrojeniowe krajów członkowskich NATO reprezentują wiec 87,3 proc. sprzedaży spośród 100 największych sprzedawców broni na świecie. Udział francuskich firm zbrojeniowych wynosi 9,7 proc.. Polska sprzedaje z kolei broń głównie do Indii, Algierii i Indonezji co warto zaznaczyć gdyż, nawet jeśli jej udział w światowym handlu broni jest stosunkowo mały, sytuacja ta świadczy o tym, że Polska nie sprzedaje wiele broni krajom stowarzyszonym z Zachodem skąd została wyrugowana przez swych „sojuszników” podczas gdy wciąż jeszcze może sprzedawać broń krajom mniej lub bardziej niezaangażowanym, czyli krajom leżącym poza „strefą zainteresowania” obecnych polskich elit politycznych szczególnie służalczych wobec interesów politycznych i ekonomicznych krajów nie umiejących dzielić swoich zysków ze swoimi „przyjaciółmi”. Nawet kwestia zbrojeń udowadnia więc po raz kolejny, że Polska, stając się rezerwatem taniej siły roboczej i producentem podzespołów dla multinarodowych zachodnich firm, swoje główne perspektywy rozwoju musi jednak ulokować we współpracy z krajami rozwijającymi się bo rynki zachodnie weszły na etap nasycenia i stagnacji, stąd obecne zapędy wojenne które jak zawsze w historii świadczą o dekadencji danych mocarstw.
W tej jak najbardziej ponurej i groźnej sytuacji, pesymiści twierdzą, że napięcia między krajami produkującymi broń należą do sprzeczności wewnątrz systemu imperialistycznego niezależnie od tego czy dane państwo jest silniejsze czy słabsze, podczas gdy optymiści sądzą, że nowe wschodzące mocarstwa opierają swój rozwój głównie na sektory pozawojenne i reprezentują więc pewien postęp w walce o pokój i rozbrojenie, niezależnie od tego czy głoszą oni hasła burżuazyjno-narodowo antykompradorskie i anty-imperialistyczne jak Rosja, Iran czy Algieria lub socjalistyczne jak Chiny, Syria czy Korea Północna.