Węgry 2026. Czy zmiana władzy jest możliwa?

Wybory na Węgrzech. Péter Magyar, lider opozycyjnej partii Tisza i Viktor Orbán, premier Węgier i lider Fideszu.
Po lewej Péter Magyar, lider opozycyjnej partii Tisza; po prawej Viktor Orbán, premier Węgier i lider Fideszu.

Wybory na Węgrzech. Péter Magyar, lider opozycyjnej partii Tisza i Viktor Orbán, premier Węgier i lider Fideszu. Źródło zdjęć użytych w kolażu: Facebook

Wiosną Węgry staną przed dziesiątymi od 1990 roku wyborami parlamentarnymi, które już dziś uznawane są za najważniejsze w historii państwa po transformacji ustrojowej. Po piętnastu latach niemal nieprzerwanego sprawowania władzy przez obóz Orbána po raz pierwszy mierzy się on z rywalem, który realnie zagraża dominacji Fideszu i podważa przekonanie o trwałości systemu politycznego budowanego przez ostatnich piętnaście lat. Te wybory stawiają fundamentalne pytanie nie tylko o wynik głosowania, lecz o samą naturę węgierskiego systemu politycznego, czy „nieliberalna demokracja” w wydaniu Orbána dopuszcza rzeczywistą zmianę władzy, czy też została skonstruowana tak, by ją skutecznie utrudnić.

Na aktualną węgierską sytuację nakłada się obecnie kumulacja kilku kryzysów jednocześnie. Gospodarka od dłuższego czasu znajduje się w stagnacji, deficyt budżetowy i dług publiczny rosną, a relacje z Unią Europejską pozostają napięte z powodu zamrożonych funduszy i trwających procedur praworządnościowych. Jednocześnie po raz pierwszy od 2010 roku Fidesz przestaje być bezdyskusyjnym hegemonem sondażowym. Opozycyjna Tisza przez wiele miesięcy prowadzi w badaniach opinii publicznej, co w węgierskich realiach samo w sobie stanowi polityczną nowość. Te wybory są więc nie tylko głosowaniem „za” lub „przeciw” Orbánowi, lecz testem zdolności systemu do samokorekty – do pokojowego przejęcia władzy w ramach reguł, które przez lata były wzmacniane przez jedną formację.

Węgry od dawna zajmują szczególne miejsce w europejskiej debacie o kryzysie demokracji liberalnej. Z jednej strony pozostają pełnoprawnym członkiem Unii Europejskiej, korzystającym z jednolitego rynku i funduszy strukturalnych. Z drugiej – coraz częściej postrzegane są jako laboratorium ustrojowe, w którym testowany jest model państwa odrzucającego liberalne ograniczenia władzy, lecz zachowującego demokratyczną procedurę wyborczą. Orbán nie tylko nie dystansuje się od tej roli, ale wprost ją afirmuje, przedstawiając swoje rządy jako alternatywę wobec liberalnego status quo Zachodu.

„Nieliberalna demokracja” jako projekt polityczny

Węgierski przywódca od lat konsekwentnie odrzuca zarzut, jakoby Węgry przestały być demokracją. W jego ujęciu kluczowym kryterium demokratyczności pozostaje fakt, że władza wyłaniana jest w wyborach, a rząd cieszy się poparciem większości obywateli. Spór, który narósł wokół węgierskiego systemu politycznego, dotyczy nie samej procedury wyborczej, lecz tego, jak daleko mogą sięgać ograniczenia władzy większości i kto ma prawo je definiować. Orbán świadomie przeciwstawia tu zasadę suwerenności narodu rozbudowanym mechanizmom liberalnej kontroli władzy.

Koncepcja „nieliberalnej demokracji” nie jest w jego narracji przypadkowym hasłem, lecz odpowiedzią na głęboki kryzys liberalizmu, który – zdaniem węgierskiego premiera – ujawnił się po kryzysie finansowym 2008 roku. Liberalne elity Zachodu miały utracić zdolność reprezentowania interesów społeczeństw, skupiając się na abstrakcyjnych procedurach, prawach mniejszości i globalnych zobowiązaniach kosztem spójności wspólnot narodowych. W tym ujęciu liberalizm przestał być gwarantem demokracji, a stał się ideologią chroniącą uprzywilejowane elity przed demokratyczną kontrolą.

Warto przy tym pamiętać, że sam zainteresowany wchodził do polityki jako liberał – i to w znaczeniu dość klasycznym jak na realia Europy Środkowo-Wschodniej początku lat 90. Fidesz powstawał przecież jako partia młodych liberałów. Antykomunistyczna, prozachodnia, niechętna zarówno nacjonalizmowi, jak i konserwatywnemu etatyzmowi. Przez długie lata jego orientacja nie budziła w Europie większych kontrowersji – Fidesz funkcjonował w głównym nurcie EPL (Europejskiej Partii Ludowej), a Viktor Orbán był traktowany jako jeden z wielu konserwatywno-liberalnych liderów. Jeszcze w 2014 roku premier Donald Tusk, goszcząc Orbána w Warszawie, mówił publicznie o „wspólnym systemie wartości”, przypominając o współpracy PO i Fideszu w Parlamencie Europejskim. Dzisiejsza krytyka liberalizmu w przypadku Wiktora jest w pewnym senesie odwróceniem własnej biografii politycznej. Nie wynika z konsekwentnej ewolucji ideowej, lecz z decyzji o porzuceniu liberalnych ograniczeń władzy w momencie, gdy przestały one sprzyjać trwałemu sprawowaniu rządów.

Jego „oficjalna” diagnoza kryzysu liberalizmu nie jest zresztą pozbawiona sensu – również z perspektywy lewicowej. Liberalne demokracje są w zdecydowanym stopniu są systemami chroniącymi interesy kapitału, elit finansowych i wąskich grup uprzywilejowanych, przy jednoczesnym osłabieniu realnej reprezentacji klas pracujących i peryferii społecznych. Tu lider Fideszu się nie myli. Problem polega na tym, że odpowiedź Orbána na ten kryzys nie poszła w stronę pogłębienia demokracji ani wzmocnienia społecznej kontroli nad władzą i gospodarką, lecz w kierunku koncentracji decyzji, podporządkowania instytucji i budowy systemu polityczno-biznesowej lojalności. Krytyka liberalizmu stała się w ten sposób uzasadnieniem autorytarnego skrętu, a nie punktem wyjścia do jego demokratycznej korekty.

Orbán nigdy nie negował wyborów jako takich, lecz delegitymizuje liberalne ograniczenia władzy większości. Neutralność światopoglądowa państwa przedstawiana jest jako fikcja, a rządy prawa – jako mechanizm, który zbyt często blokuje realizację woli wyborców. Z tego założenia wynika jego krytyczny stosunek do instytucji funkcjonujących poza bezpośrednią kontrolą demokratycznie wybranej władzy — sądów konstytucyjnych, niezależnych regulatorów, mediów oraz organizacji pozarządowych. W jego interpretacji nie są one neutralnymi strażnikami demokracji, lecz aktorami politycznymi, powiązanymi z liberalnymi elitami i zagranicznymi ośrodkami wpływu.

Spór o skutki, nie o deklaracje

Krytycy Orbána nie kwestionują faktu, że wybory na Węgrzech odbywają się regularnie ani tego, że Fidesz wielokrotnie zdobywał w nich silny mandat społeczny. Spór dotyczy warunków, w jakich te wybory się odbywają, oraz tego, czy umożliwiają one rzeczywistą i uczciwą rywalizację polityczną. W ostatnich latach doszło do szeregu zmian instytucjonalnych, które w sposób systemowy wzmocniły pozycję obozu rządzącego.

Szczególne znaczenie mają zmiany w prawie wyborczym, bo Węgry nie głosują w systemie czysto proporcjonalnym. Połowa parlamentu wybierana jest w jednomandatowych okręgach, gdzie wygrywa ten, kto ma choćby jeden głos więcej, a reszta mandatów trafia z list ogólnokrajowych. Ten mechanizm sam w sobie premiuje największą partię, ale w węgierskim wydaniu został dodatkowo „podkręcony”. Do puli głosów z list dolicza się bowiem nie tylko głosy oddane na kandydatów, którzy przegrali w okręgach, lecz także nadwyżki głosów zwycięzców. W praktyce oznacza to, że partia wygrywająca okręgi dostaje bonus także w części proporcjonalnej.

Na to nakłada się zmiana granic okręgów wyborczych. Liczbę mandatów w Budapeszcie, gdzie poparcie dla opozycji jest wyższe, zmniejszono, a w regionach prowincjonalnych – tradycyjnie sprzyjających Fideszowi – zwiększono. Efekt jest prosty: opozycja musi wygrać wyraźnie, by w ogóle móc rządzić. Szacunki wskazują, że Tisza musiałaby uzyskać w skali kraju o około 3–5 punktów procentowych więcej głosów niż Fidesz, aby przełożyć to na zwykłą większość parlamentarną.

Kolejnym elementem asymetrii jest system medialny. Nie chodzi o klasyczną cenzurę ani formalne zakazy publikacji, lecz o instytucjonalnie zaprojektowany mechanizm lojalności politycznej, koncentracji własności i presji ekonomicznej. Kluczowym momentem było utworzenie w 2018 roku fundacji KESMA (Central European Press and Media Foundation), do której jednocześnie trafiło kilkaset redakcji — od prasy regionalnej, przez portale internetowe, po stacje radiowe. Transakcja została wyłączona spod kontroli antymonopolowej decyzją rządu, uzasadnioną „interesem narodowym”.

Równolegle media publiczne, skupione w strukturze MTVA, zostały podporządkowane jednej linii redakcyjnej. W praktyce oznacza to niemal całkowite wyeliminowanie opozycji z programów informacyjnych i publicystycznych oraz konsekwentne prezentowanie narracji rządu — szczególnie w sprawach migracji, Unii Europejskiej i wojny w Ukrainie. Raporty organizacji międzynarodowych  od lat wskazują, że media publiczne na Węgrzech przestały pełnić funkcję pluralistyczną, a stały się narzędziem kampanii politycznej. Zjawisko, które w Polsce bardzo dobrze przecież znamy.

Losy poszczególnych redakcji pokazują mechanizm działania systemu. W 2020 roku doszło do de facto przejęcia kontroli nad Index.hu, największym niezależnym portalem informacyjnym w kraju, co zakończyło się odejściem większości zespołu redakcyjnego. Wcześniej prorządowy kurs obrał portal Origo, który z medium krytycznego wobec władzy stał się jednym z głównych kanałów propagandowych Fideszu. W 2024 roku podmioty powiązane z obozem rządzącym przejęły także kontrolę nad tabloidem Blikk, co miało znaczenie symboliczne — oznaczało dotarcie do masowego, mniej upolitycznionego elektoratu.

Niezależni dziennikarze funkcjonują w warunkach stałej presji: relacjonują kampanie oszczerstw w mediach prorządowych, pozbawianie dostępu do informacji publicznej, a także ekonomiczne wypychanie z rynku poprzez odcinanie od reklam państwowych i spółek skarbu państwa. Nie jest to system oparty na jednym zakazie czy decyzji administracyjnej, lecz na sieci zależności finansowych i właścicielskich, która skutecznie ogranicza pluralizm bez potrzeby jego formalnego znoszenia. W takich warunkach opozycja prowadzi kampanię w środowisku informacyjnym, które nie tylko jej nie sprzyja, ale w wielu segmentach rynku medialnego po prostu nie daje jej głosu.

Istotną rolę odgrywają również różnice w prawach wyborczych. Etniczni Węgrzy mieszkający w krajach sąsiednich, którzy w ogromnej większości popierają Fidesz, mogą głosować korespondencyjnie. Tymczasem Węgrzy pracujący lub studiujący w Europie Zachodniej i Ameryce Północnej – elektorat znacznie bardziej zróżnicowany politycznie – muszą oddać głos osobiście w konsulatach lub ambasadach, co często oznacza wielogodzinne podróże. Nie jest to fałszowanie wyborów wprost, lecz projektowanie systemu w sposób wyraźnie asymetryczny.

To właśnie dlatego część politologów opisuje Węgry jako autokrację wyborczą, czyli system, w którym wybory pozostają kluczowym źródłem legitymizacji władzy, lecz ich zdolność do realnej zmiany rządu została istotnie ograniczona. Spór dotyczy więc skutków instytucjonalnych, a nie deklaracji ideowych.

Człowiek z wnętrza systemu

Postać Pétera Magyara pozostaje jednym z najbardziej paradoksalnych elementów obecnej sytuacji politycznej na Węgrzech. W przeciwieństwie do wcześniejszych liderów opozycji nie wyrósł on w kontrze do systemu Orbána, lecz przez lata funkcjonował w jego centrum, korzystając z sieci powiązań, prestiżu i ochrony, jakie dawała przynależność do obozu władzy. Jego odejście z Fideszu nastąpiło późno i zbiegło się z pierwszym od lat poważnym kryzysem legitymizacyjnym obozu władzy. Dla wielu obserwatorów było ono mniej efektem długotrwałej ewolucji ideowej, a bardziej decyzją taktyczną, podjętą w momencie, gdy lojalność wobec systemu przestała gwarantować polityczne bezpieczeństwo i przyszłość.

Momentem zwrotnym okazał się skandal związany z ułaskawieniem osoby skazanej w sprawie pedofilskiej, które zostało podpisane przez prezydent Katalin Novák i kontrasygnowane przez ówczesną minister sprawiedliwości Judite Varge, prywatnie byłą żonę Magyara. Ujawnienie tej decyzji i jej konsekwencje – dymisje na najwyższych szczeblach państwa – doprowadziły do pęknięcia wizerunku moralnej spójności obozu rządzącego. W swoim publicznym wystąpieniu Magyar nie zaatakował wówczas samej idei „narodowej, suwerennej Węgier”, lecz oskarżył system o cyniczne wykorzystywanie tych haseł do maskowania korupcji i transferów majątku do wąskiej elity powiązanej z władzą.

To właśnie ten sposób krytyki – uderzający w praktykę rządów, a nie w ich ideologiczne fundamenty – okazał się politycznie skuteczny. Magyar nie jest alternatywą liberalną ani progresywną, a jedynie korektą systemu od wewnątrz. W ten sposób przejął część elektoratu Fideszu, który jest rozczarowany stylem rządzenia, lecz nie chce radykalnej zmiany kierunku państwa.

Jednocześnie wzrost siły Tiszy doprowadził do faktycznej konsolidacji sceny politycznej. Partie liberalne i lewicowe, takie jak Momentum czy Everybody’s Hungary, zdecydowały się nie wystawiać kandydatów w nadchodzących wyborach parlamentarnych, uznając, że tylko jeden silny blok opozycyjny ma realne szanse na pokonanie Fideszu. W efekcie Węgry coraz wyraźniej zmierzają w stronę systemu dwupartyjnego, w którym rywalizacja toczy się między Fideszem a Tiszą, a mniejsze ugrupowania pozostają obecnie zepchnięte na polityczny margines.

Pozostaje jednak pytanie o samego Magyara. Nie jest to polityk o długiej historii walki o demokrację konstytucyjną, a jego wcześniejsza kariera w obrębie elit Fideszu nie daje jednoznacznych gwarancji ustrojowych. Paradoksalnie to właśnie interes polityczny może początkowo działać jako czynnik ograniczający: w warunkach wysokich oczekiwań społecznych powielanie autorytarnych praktyk Fideszu, systemowego nepotyzmu czy korupcji mogłoby szybko osłabić społeczne zaufanie do nowego ruchu. Jednocześnie jednak koncentracja władzy i słabość instytucjonalnych bezpieczników może z czasem budzić pokusę utrwalania własnej pozycji, zwłaszcza jeśli system okaże się podatny na podobne mechanizmy jak te, które wcześniej wzmacniały Fidesz— oby ta alternatywa nie okazała się jedynie Orbánem 2.0.

Dlaczego Fidesz wciąż może wygrać

Mimo że Fidesz znalazł się w defensywie, byłoby poważnym błędem uznawać jego porażkę za przesądzoną. Owszem, najnowsze sondaże opinii publicznej coraz częściej pokazują prowadzenie Tiszy, lecz mówimy tu o różnicach rzędu kilku punktów procentowych. W realiach węgierskiego systemu wyborczego, przy obowiązującym układzie okręgów i mechanizmach przeliczania głosów, taka przewaga nie daje żadnej gwarancji zwycięstwa, a tym bardziej stabilnej większości parlamentarnej.

Fidesz pozostaje bowiem formacją dysponującą ogromnymi zasobami finansowymi, rozbudowanym zapleczem instytucjonalnym oraz sprawnie działającą machiną medialną. To partia, która przez piętnaście lat rządów nauczyła się wygrywać wybory nie tylko poparciem społecznym, lecz także organizacją procesu politycznego, od kampanii po dzień głosowania. W takiej konfiguracji nawet niewielkie przesunięcia frekwencji, mobilizacja własnego elektoratu czy demobilizacja przeciwnika mogą okazać się rozstrzygające.

Tegoroczna węgierska kampania wyborcza już teraz zapowiada się jako wyjątkowo brutalna i skrajnie spolaryzowana. Eksperci spodziewają się masowego wykorzystania dezinformacji, treści generowanych przez sztuczną inteligencję, deepfake’ów oraz kampanii strachu prowadzonych zarówno w mediach społecznościowych, jak i w kanałach tradycyjnych. W warunkach tak głębokiego podziału społecznego granica między informacją a propagandą ulega dalszemu zatarciu, a racjonalna debata programowa schodzi na dalszy plan.

Dla obu obozów te wybory mają charakter egzystencjalny – w retoryce „być albo nie być”. To z kolei znacząco obniża gotowość do akceptacji niekorzystnego wyniku. Jeśli rezultat okaże się bardzo wyrównany, należy liczyć się z falą protestów, żądaniami ponownego przeliczenia głosów oraz tygodniami politycznego paraliżu. Taki scenariusz uderzyłby bezpośrednio w gospodarkę, osłabiając zaufanie inwestorów i pogłębiając stagnację. W tym sensie nawet formalnie demokratyczne wybory mogą stać się nie tyle momentem rozstrzygnięcia, co źródłem nowej destabilizacji.

Wsparcie Trumpa. USA potrzebują Orbanów

Istotnym elementem strategii Orbána jest przeniesienie ciężaru kampanii na kwestie geopolityczne. W jego narracji tegoroczne wybory mają być wyborem między „pokojem a wojną”, między suwerennością a podporządkowaniem się decyzjom Brukseli. Orbán wielokrotnie powtarzał, że „Węgry nie chcą być wciągane w cudze wojny” oraz że „zadaniem rządu jest ochrona kraju przed konsekwencjami konfliktu, a nie realizowanie cudzych interesów”. Unia Europejska i Ukraina przedstawiane są w tym przekazie jako aktorzy zwiększający ryzyko eskalacji, podczas gdy rząd w Budapeszcie kreuje się na jedynego gwaranta stabilności.

Szczególne znaczenie ma w tym kontekście nieustające wsparcie z dalekiego zachodu. Wczoraj Orbán opublikował list Donalda Trumpa, w którym prezydent USA wprost chwalił węgierskiego premiera za obronę „faith, family and national sovereignty” („wiary, rodziny i suwerenności narodowej”), pisząc, że jego przywództwo „serves as an example to others around the world” – „stanowi przykład dla innych na całym świecie”. Trump wyraził także zainteresowanie dalszym pogłębianiem współpracy w obszarach obronności, energetyki i polityki migracyjnej oraz zapowiedział, że jego zespół skontaktuje się z Budapesztem w sprawie możliwej wizyty w trakcie kampanii wyborczej. List kończyły życzenia powodzenia w nadchodzących wyborach.

Administracja Donalda Trumpa już wcześniej deklarowała gotowość wspierania rządów i sił politycznych sprzeciwiających się „obecnej trajektorii Unii Europejskiej”. Nie chodzi przy tym o otwarte wezwania do występowania z UE, lecz o znacznie bardziej klasyczną, dobrze znaną z historii polityki amerykańskiej strategię ingerencji: osłabianie konkurencyjnych bloków politycznych od wewnątrz poprzez wzmacnianie aktorów kontestujących wspólne instytucje. W tym sensie Węgry Orbána idealnie wpisują się w rolę sojusznika użytecznego – dlatego, że są konfliktowe wobec Brukseli i rozbijają jedność UE.

Chociaż określiłem, odrobinę na wyrost, Trumpa przyjacielem Orbana to wsparcie autokraty w kampanii wyborczej nie jest jedynie niewinnym gestem sympatii ani wyrazem „wspólnoty wartości”, lecz dobrze nam znanym przykładem amerykańskiej skłonności do aktywnego kształtowania procesów politycznych w innych państwach w imię własnych interesów geopolitycznych, nigdy w imię realnej demokracji obywateli danego kraju.

Ten kierunek nie jest zresztą przypadkowy. W opublikowanym niedawno amerykańskim dokumencie strategicznym dotyczącym bezpieczeństwa narodowego Unia Europejska została opisana jako struktura nadmiernie scentralizowana, ograniczająca suwerenność państw i wymagająca „korekty obecnego kursu”. Dokument ten wprost sugeruje wspieranie rządów i ruchów politycznych w Europie, które sprzeciwiają się integracyjnemu modelowi UE.

Bo USA nie potrzebują silnej i zgodnej Unii. Potrzebują Orbanów. Potrzebują Unii podzielonej, skłóconej wewnętrznie i sparaliżowanej konfliktami, niezdolnej do prowadzenia samodzielnej polityki gospodarczej, energetycznej i obronnej. W takiej Unii łatwiej narzucać własne interesy: warunki handlowe, decyzje geopolityczne, podporządkowanie w sferze bezpieczeństwa i technologii. Węgry nie są w tej układance problemem – są narzędziem. Im więcej „wewnętrznych węzłów zapalnych” w UE, tym słabsza jej zdolność do wspólnego działania.

Na marginesie, jakże głupi są ci, którzy uznają USA za naszego „partnera”.

Scenariusze po wyborach

Najbardziej prawdopodobny scenariusz zakłada zwycięstwo Tiszy bez większości konstytucyjnej. Taki rząd stanąłby wobec potężnych barier instytucjonalnych: prezydenta, prokuratury, Trybunału Konstytucyjnego i urzędów kontrolnych obsadzonych przez nominatów Fideszu. Doświadczenia Polski po 2023 roku pokazują, jak trudne jest rządzenie w takich warunkach, lecz skala przejęcia instytucji na Węgrzech jest jeszcze większa. Pierwsze trzy miesiące nowej administracji byłyby kluczowe – zarówno dla uruchomienia postępowań antykorupcyjnych, jak i dla prób odblokowania funduszy unijnych oraz przystąpienia do Europejskiej Prokuratury Publicznej.

Drugi scenariusz to zwycięstwo Fideszu bez samodzielnej większości i konieczność koalicji ze skrajnie prawicowym ruchem Mi Hazánk. Taki układ oznaczałby dalsze przesuwanie Węgier w stronę twardej autokracji, zwiększoną presję na media, organizacje pozarządowe i opozycję oraz pełne wdrożenie dotąd zawieszonych ustaw ograniczających przestrzeń obywatelską.

Kwiecień zapowiada się jako test nie tylko dla Węgier, lecz także dla całej Unii Europejskiej. Wybory pokażą, czy możliwe jest pokojowe cofnięcie wieloletniego procesu koncentracji władzy w ramach istniejących reguł konstytucyjnych, czy też system „nieliberalnej demokracji” okazał się konstrukcją odporną na demokratyczną korektę. Stawką są nie tylko fundusze unijne, czy przyszły budżet siedmioletni, lecz także wiarygodność UE jako wspólnoty wartości.

Ostatecznie pytanie nie brzmi wyłącznie, czy Orbán może przegrać wybory. Znacznie ważniejsze jest to, czy system, który sam określa mianem „nieliberalnej demokracji”, dopuszcza sytuację, w której władza rzeczywiście może przejść w inne ręce — i zostać tam utrzymana.

Aleksander Radomski

Poprzedni

Iran się buntuje

Następny

Lewica przeciwna umowie z Mercosur