Fidesz zawieszony

Partia rządząca na Węgrzech, została w środę zawieszona w prawach członka największej frakcji w Parlamencie Europejskim, centroprawicowej Europejskiej Partii Ludowej (EPP). Decyzja zapadła na posiedzeniu Zgromadzenia Politycznego EPP. Za zawieszeniem Fideszu głosowało 190 europosłów, przeciwko – zaledwie 3 osoby.

Wynik jest efektem kompromisu w procesie politycznym, który początkowo zmierzał do pełnego wyrzucenia ugrupowania Orbana z frakcji. Sam węgierski premier również pierwotnie ostrzegał, że Fidesz sam się wycofa z EPP w odpowiedzi na próbę usunięcia. Ostatecznie zgodził się na przegłosowany kompromis. Poparły go też partie ze Skandynawii i krajów Beneluksu, które zainicjowały procedurę wyrzucania Fideszu. Porozumienie zakłada, że partia Orbana pozostanie zawieszona do czasu zakończenia prac przez komisję byłego szefa Rady Europejskiej Hermana van Rompuya, która ma ocenić, czy Fidesz w ogóle spełnia jeszcze warunki członkostwa w EPP. Kością niezgody jest przede wszystkim ograniczanie swobód obywatelskich i praw człowieka na Węgrzech, głównie w związku z niekończącą się antyimigrancką kampanią rządu Orbana. Wartości, które EPP ma wypisane na sztandarach to prawa człowieka, swobody polityczne, tolerancja i pluralizm.
Obecny status Fideszu odbiera im głos w wewnętrznych sprawach EPP, nie pozwala wystawiać swoich polityków na stanowiska w samej frakcji i na stanowiska unijne z ramienia EPP. Przedstawiciele partii nie mogą już brać udziału w posiedzeniach i naradach frakcji, a w tym tygodniu ma się właśnie rozpocząć zjazd przewodniczących ugrupowań tworzących EPP poprzedzający szczyt Unii Europejskiej.

Protesty trwają, Fidesz się trzyma

Część węgierskich pracowników nadal nie poddaje się w walce z przegłosowaną w grudniu tzw. ustawą niewolniczą. Od 2019 r. przedsiębiorca może legalnie zażądać od zatrudnianych pracy w nadgodzinach w wymiarze 400, a nie, jak dotąd, 225 godzin rocznie. Co więcej, może zwlekać z wypłatą wynagrodzenia za te nadgodziny nawet trzy lata.

Głównym hasłem protestów było „Mamy dość”. Manifestujący eksponowali flagi narodowe oraz unijne, motywem powtarzającym się na transparentach było również hasło „Król jest nagi”, które odnosiło się – rzecz jasna – do premiera Viktora Orbana. Nad tunelem w lewobrzeżnym Budapeszcie zawisł natomiast ogromny baner z napisem „Jesteśmy z robotnikami”.

Protesty, jakie przeszły przez Budapeszt i kilkanaście mniejszych na Węgrzech w sobotę 19 stycznia były jednak znacznie mniejsze niż mobilizacja w grudniu ubiegłego roku. Wtedy na wezwanie związków zawodowych, przeciwko ustawie nazwanej niewolniczą protestowało nawet 50 tys. pracownic i pracowników. W ostatnią sobotę na demonstracje przybyło 2-3 tys. osób. Marsze generalnie obyły się bez poważnych incydentów. Jedynie w stolicy kraju policja zablokowała przejście przez Most Łańcuchowy, tym samym uniemożliwiając protestującym dotarcie do budynku parlamentu.

Na marszach widoczne były zarówno sztandary ultraprawicowego Jobbiku, jak i aktywiści opozycyjnych lewicowych organizacji, grup studenckich, domagających się wolności słowa na uniwersytetach, i stowarzyszeń LGBT z tęczowymi flagami.

Mimo faktu, że protesty w sprawie „ustawy niewolniczej” były znaczącym sygnałem społecznego niezadowolenia, Viktor Orban i jego partia Fidesz nadal prowadzą w rankingach popularności i zaufania. Sondaż opublikowany już po protestach w grudniu i na początku stycznia, a przed sobotnią demonstracją pokazał, że partia może liczyć na 32 proc. głosów, znacząco wyprzedzając Jobbik (11 proc.) i socjalistów (7 proc.). Popularniejszą niż Fidesz opcją w badaniu było tylko wskazanie „nie wiem, na kogo będę głosował”.

Fidesz dba o utrzymywanie poparcia – wczoraj opublikowane zostało wyniki śledztwa dziennikarzy portalu Atlatszo.hu, z którego wynika, iż przez ostatnie osiem lat partia wydała na propagandę i agitację, w tym na agresywne, antyunijne i podsycające strach materiały, blisko 70 mld forintów, czyli blisko 930 mln złotych według aktualnego kursu. Podczas gdy część obywatelek i obywateli protestowała przeciwko ustawie, która daje pracodawcy możliwość wymuszania nadgodzin i opłacania ich z dużym opóźnieniem, inni zapewne wierzyli premierowi Orbanowi, gdy ten tłumaczył, że nowe prawo przyniesie pracownikom same korzyści.