Wielkie wzdęcie polskie

Uważnie obserwowałem minę Andrzeja Adriana Dudy, prezydenta Polski, podczas krótkiego spotkania z burmistrzem New Jersey Stevenem Fulopem, do którego doszło pod tamtejszym sławetnym pomnikiem katyńskim.

Miasta głowa polskiego państwa nadęła się, naburmuszyła, wydęła wargę jak imperator, bo wyraźnie chodziło jej o okazanie Fulopowi niechęci, wyższości i wzgardy. W tym samym czasie, po naszej stronie oceanu, jedna z grafik Muzeum II Wojny Światowej odwojowanego z rąk łże-eliy III RP przez dobrą zmianę została opatrzona napisem: „Być Polakiem to brzmi dumnie. Świat byłby lepszy, gdyby ludzie z innych krajów byli bardziej podobni do Polaków”. Po rządach PiS najtrwalszym śladem, jaki pozostanie, będzie ślad nacjonalistycznej ejakulacji.

Walka na miny Dudy z Fulopem, raczej jednostronna, bo reakcji po drugiej stronie nie było, mogła przywołać na myśl „Ferdydurke” Witolda Gombrowicza. Prezydent Duda próbował Fulopa zgwałcić przez uszy i oczy, jak Miętus Syfona, bo nie tylko „strasznie polskie robił miny”, ale i pouczył burmistrza Jersey, co jest dla Polaków „ważne”. Fulop nie dał odporu. Przeciwnie, wziął, to znaczy przyjął książkę o Katyniu, wydaną po angielsku, którą mu polski prezydent ofiarował jak belfer niedouczonemu uczniakowi, żeby się podszkolił. Andrzej Duda, choć od czasu do czasu ma z PiS cokolwiek na bakier, jest jednak w swoim zachowaniu, w swoim – o ile tak to można określić – stylu bycia, krwią z krwi pisowskiej. A styl pisowski, to jest niestety, styl polski. Roszczenie, by w centrum podnowojorskiego miasta koniecznie stać musiał jakiś dęty polski pomnik, jest właśnie jednym z przejawów tego nadęcia i szkoda, że Fulop wycofał się z poprzedniej, zdecydowanej postawy, bo zmarnowana została lekcja zdrowego rozsądku, która się polskiej pysze nacjonalistycznej należała.

„Świat byłby lepszy…”

Ale wróćmy do Europy (mam na myślę kraje Unii Europejskiej), od której Polska, zbliżając się do niej cywilizacyjnie, oddala się jednocześnie kulturowo i mentalnie. Doceniam sport, ale podobnie nacjonalistycznej absolutyzacji sukcesów sportowych już się w Europie raczej nie spotyka. W Europie nie ma już takich prymitywnych, szowinistycznych namiętności stadionowych, które prowadzą do dewastacji stadionu i bliższego czy dalszego otoczenia. Sport w Polsce przestał być tylko sportem a stał się dla władzy platformą nacjonalistycznej agitacji. W Europie nie ma już – w tej skali – takiego oszalałego piractwa drogowego, jakie w Polsce szaleje na porządku dziennym. Ale poza piractwem jest także polski, krańcowo antyekologiczny fetyszyzm samochodowy (w Warszawie jest ponad dwa razy więcej aut prywatnych niż w o wiele bogatszym Berlinie) i polskie barbarzyństwo śmieciowe, wyrażające się choćby w koszmarnej pladze zaśmiecania lasów, czyli jednego z nielicznych atutów polskich, jakimi dysponujemy w porównaniu z ogołoconą z lasów resztą kontynentu. W Europie nie ma już dzikości obyczajów na takim poziomie, jaki występuje w Polsce, choćby w formach nocnych, alkoholowych zabaw ulicznych, jak to się choćby dzieje na warszawskich brzegach Wisły. W Europie ten rodzaj prorządowej służalczej, lizusowskiej aktywności społecznej, jaki jest w Polsce codziennością, nie występuje. W Polsce występuje poziom rytualnej religijności, godnej nazwania raczej religianctwem, którego wiele krajów Europy doświadczało najpóźniej w XIX wieku. To tylko czubek góry lodowej polskich „cnót”, bo ich pełna lista byłaby ogromna. W świetle tego, megalomańskie hasła w rodzaju tego, które upowszechnia pisowski dyrektor Muzeum w Gdańsku brzmi jak wyjątkowo przewrotne szyderstwo. W Polsce jest do wykonania kolosalna praca kulturowo-cywilizacyjna, która wymaga przyjęcia postawy rozsądnej pokory wobec faktów i wobec wymogów współczesności, jest potrzebna pedagogika rozsądku, a nie pedagogika „dumy” przeciwstawiana znienawidzonej przez PiS i resztę prawicy „pedagogice wstydu”. Polacy jako społeczeństwo mają kolosalnie wiele powodów do wstydu i bez przyjęcia tej prawdy będziemy w tym kraju tkwić w formach życia, których cywilizowana część Europa wyzbyła się już kilka dziesięcioleci temu. Dziś te formy są najzwyczajniej barbarzyńskie i czynią Polskę krajem anachronicznym, acz trzeba uczciwie dodać, że nie jest niestety tak, że to jedynie rządy PiS zahamowały kulturowo-mentalną modernizację Polski. Rządy innych formacji także nie czyniły zbyt wiele w tym celu, jednak PiS czyni stały ruch wstecz, próbuje odwojowywać nawet te rejestry, które wcześniej były wolne od nadmiaru nacjonalistyczno-klerykalnej presji ideologicznej. PiS zaprzęgło do tego dzieła całe zastępy fanatycznych, usłużnych propagandystów udających dziennikarzy.

Nowy kolektywizm

Nacjonalistyczny paroksyzm sięga każdej sfery. „Barwy biało czerwone” wciskane się wszędzie. Nowy, nacjonalistyczny kolektywizm ma zagarnąć, zawładnąć wszystkim. Pojawia się w reklamach, telewizyjnych i internetowych spotach społecznych, w trailerowych serwisach przed kinowymi seansami. Uruchamiane są wyłącznie zbiorowe emocje, stadne odruchy, kolektywne zainteresowania i pasje. Przeciwnie – kultura wszelkiego indywidualizmu, osobności, która była jednym z fundamentów duchowych etosu europejskiego, jest w najlepszym razie pomijana, sceptycznie tolerowana, pogardzana, w najgorszym – tępiona. Sens życia Polaka (nigdy w historii Polski nie używano tego określenia tak często, w licznych jego odmianach) jest sprowadzany do zgody ze zbiorowością. Pisowscy dziennikarze-propagandyści i politycy oburzają się na porównywanie klimatu obecnych rządów do „komunizmu” czy „faszyzmu”, ale to, co obserwujemy, co zostało uruchomione, bardzo tamte praktyki przypomina – „jednostka zerem, jednostka bzdurą”. Także włoski faszyzm ten model istnienia zbiorowości próbował narzucić narodowi, w którym zawsze bardzo rozpowszechnione były szczególne predylekcjami do nieco anarchicznego indywidualizmu i dało to efekt podobnie groteskowy jak w Polsce dzisiejszej. Trzydzieści lat po przemianie 1989 roku, polski akces do europejskiej wspólnoty poszanowania dla praw jednostki i dla wartości indywidualizmu jako formy życia jednostki przemienił się w nowy kolektywizm i narodową nachalność. Pochodzące sprzed ponad stu lat słowa z „Wyzwolenia” Stanisława Wyspiańskiego, brzmią jakby zostały napisane dziś: „A co jest mi wstrętne i nieznośne, to jest to robienie Polski na każdym kroku i codziennie. To manifestowanie polskości. Bo to tak wygląda, jakby Polski nie było. Polaków nie było, jakby ziemi nawet nie było polskiej i tylko trzeba było wszystko pokazywać”.

Pozostaje mieć nadzieję, że potwierdzi swoją aktualność uniwersalna i odwieczna zasada „co za dużo, to niezdrowo”. I że ta wielka inżynieria społeczna, która stosuje PiS aplikując nam nieustające gody nacjonalistyczne, skończy się wielkim womitowaniem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *