Batem i widelcem

„Jedna tylko atomowa i wrócimy już do Lwowa. Jeszcze jedna bardzo silna i wrócimy też do Wilna” – tak podśpiewywaliśmy podczas harcerskich ognisk kończących rajdy krajoznawcze na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej.

Była pierwsza połowa lat siedemdziesiątych XX wieku. Oficjalnie harcerstwo miało „służyć socjalistycznej Polsce”, ale wychowywało nas na patriotów – nacjonalistów nawet. W kontrze do oficjalnej miłości do bratnich narodów ZSRR oraz wspólnoty socjalistycznej.

W przerwach wokalnych opowiadaliśmy kawały o tym, jak Polak, Rusek, Niemiec i Amerykanin spotkali się lub kogoś.
Finał zawsze był podobny: Polak Niemca oszwabił, Ruska wydymał, a zdumiony Amerykanin padał do polskich nóżek z podziwu.

Śpiewaliśmy, choć żaden z nas Lwowa i Wilna nigdy nie widział. Rodzice i krewni nasi też. A ci nieliczni kresowiacy, którzy po wojnie osiedli w Częstochowie, przezornie nie wspominali publicznie o swych korzeniach.
Ich szeptane historie tliły się w ogniskach domowych.

Dziś kraj utraconych Kresów znów wraca do polskiej mitologii.
Zwykle w wersji okrojonej do niezapłaconych rachunków krzywd. Do tragedii polskiej społeczności mordowanej przez ich ukraińskich sąsiadów na Wołyniu. Krewnych utraconych, gdzieś tam w dołach pochowanych, ale nie pogrzebanych jak trzeba, należycie.

Stare rany znów ropieją, bo dzisiejsi polscy politycy swe wyborcze szanse w ich rozdrapywaniu dostrzegli. Dziś na uroczystościach ku pamięci wołyńskich mordów więcej jest krajowych polityków i influencerów niż prawdziwych reprezentantów rodzin pomordowanych. Dziś wzorcowy polski patriota powinien mieć kogoś tam zamordowanego – inaczej ma obniżoną wartość.

Kres kresów

„Mit Kresów już nie służy Polsce na Wschodzie. Pora na nową politykę” – piszą w „Rzeczpospolitej” Marta Panas-Goworska i Andrzej Goworski.
Przekonują, że mamy dobre karty, by kresowe sentymenty zastąpić na Wschodzie nową, pragmatyczną polityką.

Słusznie przypominają, że Kresy w I Rzeczpospolitej były terminem geograficznym – wyznaczały pogranicze z Chanatem Krymskim i Imperium Osmańskim. Dopiero w drugiej połowie XIX wieku napisany przez Wincentego Pola poemat Mohort. Rapsod rycerski z podania przemienił Kresy w legendę polskiego męstwa i strażnicę cywilizacji przed stepowymi najazdami. Choć nie stworzył on obrazu panującej tam pokojowej idylli.

„Bo trzeba wiedzieć, choć nie było wojny,
Przecież na kresach rzadki dzień spokojny.
Humańskiej rzezi pamięć była świeża,
A bojaźń dżumy trzymała żołnierza
I dniem i nocą na czacie granicznej/…/
Tam na dwór jakiś Tatary napadli
Na podgraniczu i cerkiew złupili,
To znów Kozacy tabun nam ukradli,
Czeladź uwiedli, lub wioskę spalili,
Czasem i łotry od multańskiej dziczy
Wtargnęli, siłą dostawszy języka,
Czasem też nasi tak na ochotnika
Ruszyli sobie na odwet ku Siczy.”

W czasach II Rzeczypospolitej Kresy stały się narzędziem państwowej unifikacji. Osadnictwo wojskowe na Wołyniu miało wzmocnić „żywioł polski”, ale jedynie pogłębiło napięcia z lokalnymi społecznościami. Warto w przyszłości podyskutować, na ile ukraińskie mordy były też efektem tamtej polityki.

Po 1945 roku legenda kresowego „raju utraconego” łagodziła ból repatriantów. I przy okazji legitymizowała nowe zachodnie granice.

W III Rzeczpospolitej można było „wrócić do Lwowa”, do Wilna, Grodna, Dyneburga, Bielc – bez koniecznych wiz. Jechać jak do wspólnej Europy. Posłuchać tam wspomnień ostatnich polskich kresowian. O tym, jak w szkolnych ławkach spotykały się języki i światy: Polacy, Ukraińcy, Rosjanie, Żydzi, Łotysze, Białorusini, Niemcy, Mołdawianie. Ale każdy ich dom był miejscem ich tożsamości.

Dziś tej wielokulturowości nie ma. I nie będzie, bo państwa naszych sąsiadów tworzą swe tożsamości oparte na kulturze jednego, dominującego narodu. Z większą lub mniejszą tolerancją dla kultur mniejszości narodowych – bo takiej tolerancji wymaga Unia Europejska. Dziś polska młodzież na wycieczkach odkrywa tam szczątki dawnej wielokulturowości i polskości. Ale „Czy te treści są jeszcze jej dziedzictwem, czy raczej pamiątką po złudzeniach?” – pytają autorzy.

Czas na Pogranicze?

W Polsce publiczne debaty o Kresach nadal toczą się na grobach. Pomordowanych krewnych i pogrzebanych tam świadectwach polskiej kultury.

Polscy polityczni konserwatyści postrzegają Kresy jako teren rozkwitu polskiej cywilizacji. To Polacy przynieśli tam wysoką kulturę – nauczyli miejscowych jeść tym przysłowiowym „widelcem”. Polska lewica przypomina polski, iście kolonialny, wyzysk tamtych Kresów. Bat ekonomiczny i kulturalny polskich – i spolszczonych – stanów panujących. Po aptekarsku rzec można, że nasi przodkowie zanieśli tam i bat, i widelec.

Co możemy zaoferować teraz?

Autorzy manifestu zamieszczonego w „Rzeczpospolitej” proponują, „byśmy dziś postawili na operację Pogranicze – projekt, w którym nie chodzi już o bronienie grobów, lecz o budowę żywych sojuszy”. Proponują finansowanie wspólnych think tanków, długofalowych projektów, polskich stypendiów. Zerwanie z historycznym sentymentalizmem na rzecz pragmatyzmu strategicznych inwestycji i stref nowoczesnych wpływów. Dodają – słusznie zresztą – że „IPN nie zbiednieje, jeśli część środków przesuniemy z jego portfela na te cele”.

Ciekawych programu Pogranicze odsyłam do „Rzeczpospolitej”. Nie przypadają mi do gustu wszystkie proponowane tam projekty. Ale plan tworzenia stref wpływów zamiast narcystycznego jątrzenia i zachęt do tańca na trumnach, do powielania „pornografii pomników” – jest słuszny.

Szanujmy partnerów

Byłem posłem Sejmu RP przez trzy kadencje. Zajmowałem się „dyplomacją parlamentarną”, pracowałem w sejmowej Komisji Łączności z Zagranicą. Byłem, i znów jestem, członkiem Rady Programowej TVP Polonia. Współpracowałem z Polakami mieszkającymi za granicami naszego państwa. Pomagałem nieco w tworzeniu polityki sąsiedztwa Unii Europejskiej, zwanej Partnerstwem Wschodnim, w 2009 roku.

Niestety zawsze słabością tamtego Partnerstwa, podobnie jak naszej współpracy z Polakami mieszkającymi w państwach byłego ZSRR, był unijny paternalizm i nasz polonocentryzm.

Partnerstwo Wschodnie miało być mostem do Uniowstąpienia dla Armenii, Azerbejdżanu, Białorusi, Gruzji, Mołdawii i Ukrainy. Dziś Partnerstwo jest politycznie martwe. Azerbejdżan i Białoruś do Unii Europejskiej nie chcą. Armenia i Gruzja szans obecnie nie mają. Ukraina toczy wojnę o swoje miejsce w politycznym i gospodarczym świecie. Szanse ma jedynie Mołdawia, bo jest w tym gronie najmniejsza i najbiedniejsza. Przyjęcie jej nie spowoduje większych kosztów, a będzie dowodem, że Unia Europejska nadal rozszerza się, czyli rozwija.

W polskiej mitologii i aktualnej polityce historycznej utrata Kresów była dziejową katastrofą – efektem „jałtańskiej” zdrady obcych nam mocarstw.
Czas pokazał, że mieliśmy dziejowe szczęście. Przesunięcie Polski na zachód w 1945 roku korzystnie przesunęło nas politycznie i gospodarczo w stronę zachodniej Europy. Dało nam lata pokoju, rozwoju nawet.

Dziś „obrońców kresowych stanic” na Kresach już nie ma. Tam, gdzie przodkowie Polaków krzewili cywilizację „bata i widelca”, pozostały polskie cmentarze. Przodków groby. Zamki, kościoły, kamienice. Często zrujnowane. Mieszkający tam Polacy są dziś obywatelami swych państw, a nie rycerskimi Mohortami. Państwo polskie nie przyłączy zachodniej Ukrainy, przygranicznej Białorusi, obwodu kaliningradzkiego, Wilna, Multanów. Czasy „bata i widelca” to czas przeszły, dokonany.

Jeśli polscy patrioci chcą, by ślady polskiego widelca pozostały na Kresach, to muszą współdziałać z sąsiedzkimi narodami. Po partnersku. Nie można chcieć mieć zachowane tam polskie cmentarze, kościoły, pomniki – i jednocześnie burzyć cmentarze, kościoły, pomniki sąsiadów.

Wrocław może dziś być miastem polskiej, niemieckiej, czeskiej i żydowskiej kultury, bo Polacy i nasi sąsiedzi uznali go za wspólne dziedzictwo.
Czy dzisiejsze miasta dawnych polskich Kresów kiedyś uczynią podobnie?


PS. Więcej w Tygodnik NIE

Piotr Gadzinowski

Poprzedni

Premier wybrana na Discordzie zapowiada półroczne rządy

Następny

Odnowa odnowy