Sługa jaśnie panów

Państwo kaczyńskie nie może uderzyć w silnego prezydenta Francji Macrona. No to karci słabszego, jego wschodnioeuropejskiego sojusznika.

Groby dalej rządzą polską polityką wschodnią. Zamrożone relacje z Rosją stale chłodzi ciągle podgrzewany przez elity PiS kult ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu. I brak oficjalnego zakończenia śledztwa, ze strony i polskiej i rosyjskiej, w sprawie tamtego wypadku lotniczego w Smoleńsku. W przyszłym roku dziesięciolecie smoleńskiej katastrofy wypadnie w czasie kulminacji polskich wyborów prezydenckich. Już dzisiaj możemy przewidzieć te cyniczne tańce polityczne, jakie znów zakręcą się na grobach ofiar.

Groby na Ukrainie na ponad dwa lata zamroziły państwowe relacje polsko-ukraińskie. Od kiedy władze ukraińskiego IPN, przy poparciu byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki, zakazały polskiemu IPN przeprowadzania badań i ekshumacji miejsc pochówków polskich obywateli na terenie Ukrainy. Mogił ofiar drugiej wojny światowej. Zakaz ten okazał się wielce dotkliwy dla czułych na punkcie polityki historycznej elit PiS. Zwłaszcza dla polskiego IPN, który ekshumacje grobów podniósł do rangi racji stanu i który nadaje teraz ton państwowej polityce historycznej.
Nic dziwnego, że w odwecie za tamten zakaz zamrożono polskie prezydenckie i rządowe wizyty na Ukrainie. Schłodzono dwustronne relacje na wszystkich możliwych poziomach. A w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy strona polska nawet poparła Rosję wbrew ukraińskiemu stanowisku.

Nowe otwarcie?

Nowe otwarcie grobów, czyli cofnięcie zakazu ekshumacji obiecał nowy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Podczas swej pierwszej wizyty w Polsce, przy okazji międzynarodowych uroczystości ku czci rozpoczęcia II wojny światowej w Polsce. Prezydent Zełenski planował spotkać się w Warszawie przede wszystkim z prezydentem Donaldem Trumpem. Ale ten, jak pamiętamy, nie doleciał, bo wybrał walkę z huraganem na swoim polu golfowym. I wysłał do Warszawy swego substytuta Pence’a. Zapewne nie wiedząc o tym prezydent Zełenski przygotował program ocieplenia relacji z Polską dzięki ożywieniu współpracy cmentarnej. Obiecał nie tylko pozwolenie na pracę na Ukrainie dla ekshumatorów z IPN. Przystał także na dymisję szefa ukraińskiego IPN, prezesa Wołodymyra Wiatrowycza, o co zabiegała strona polska. Jeszcze trzy lata temu prezes Wiatrowycz był noszony na rękach i hołubiony przez elity PiS oraz kierownictwo polskiego IPN. Bo zburzył na Ukrainie wszystkie pozostałem tam jeszcze pomniki Włodzimierza Lenina. Potem okazało się, że ten „szczery antykomunista” jest także zagorzałym nacjonalistą oraz promotorem kultu Stefana Bandery i Ukraińskiej Powstańczej Armii. A przecież sam pan prezes Jarosław Kaczyński uprzedził prezydenta Ukrainy Petra Poroszenkę, że „z Banderą do Unii Europejskiej nie wejdziecie”. I dlatego czołowy ukraiński antykomunista stał się największym wrogiem elit PiS. W październiku nowy rząd ukraiński zwolnił Wiatrowycza z zajmowanego stanowiska. Następnie ukraiński minister spraw zagranicznych Wadym Prystajko w wywiadzie dla Radia Swoboda ogłosił, że pierwsze pozwolenia dla polskiego IPN na poszukiwanie grobów i ekshumacje zostały już wydane. Następne są w drodze.

Zimna reakcja

Pomimo odwołania Wiatrowycza i zapowiedzi pozwoleń na ekshumacje nie widać radości i entuzjazmu ze strony polskiej. Ani elit PiS, ani w związanych z nimi mediach. Przeciwnie wiceprezes IPN, szef Biura Poszukiwań Identyfikacji IPN, czyli wszystkich szef służb ekshumacyjnych, w prorządowym tygodniu „Sieci” cierpko i sceptycznie odniósł się do ukraińskich działań obietnic.
„Z satysfakcją przyjmujemy zmianę stanowiska strony ukraińskiej, ale ciągle rozmawiamy w Warszawie. Pozwolę sobie poczekać z radością do momentu, kiedy te prace rzeczywiście rozpoczniemy. Na razie mamy zapowiedź przełomu, ale jeszcze nie przełom”, tak oficjalnie skomentował ukraińskie deklaracje.

Skąd taka zimna reakcja na spełnione przecież ukraińskie obietnice i zapowiedzi spełnienia pozostałych?

Nie jest w Warszawie tajemnicą, że zarówno pan prezydent Duda, jak i pan premier Morawiecki radykalnie schłodzili swe sympatie i wolę współpracy z nowym ukraińskim prezydentem. Ale to nie on jest przede wszystkim temu winien. Tylko francuski prezydent Emmanuel Macron. Ten, który traktuje rząd i prezydenta pana prezesa Kaczyńskiego jak drugorzędnych partnerów. Ten, który w czasie swej, już prawie trzyletniej prezydentury, nie postawił swej stopy w Warszawie, stolicy Europy Środkowo- Wschodniej. Nie był w Polsce z oficjalną wizytą, choć Polska chce być regionalnym liderem Unii Europejskiej.Prezydent Macron prezentuje wszystko, co uważane jest za wrogie przez elity PiS. Uważany jest przez nie za promotora Unii Europejskiej podzielonej na kilka kręgów. W tym pierwszym, najbardziej elitarnym, nie ma miejsca dla Polski pozostającej poza strefą euro. Czyli rządzonej przez PiS. Macron zręcznie dogaduje się z Chinami, ponad państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Podobnie dogaduje się z Rosją. Też ponad elitami PiS, które marzą o kierowaniu europejską polityką wschodnią. I na dodatek jeszcze francuski prezydent został politycznym wielkim przyjacielem i promotorem w Unii Europejskiej nowego ukraińskiego prezydenta. To prezydent Macron miał namówić prezydenta Zełenskiego do planu wielkiej prywatyzacji na Ukrainie. I do powrotu do negocjacji w formacie mińskim, czyli Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec, w sprawie pokoju w zbuntowanym Donbasie i Ługańsku.

Negocjacje skończyły się porażką Zełeńskiego. Ku trudno skrywanej radości elit PiS. Niech ukraiński „sługa narodu” nie służy tak bezkrytycznie Paryżowi. Zamiast tradycyjnie, polskim promotorom, szeptano w Warszawie. Pierwszego października w czasie wizyty członków Rady Północnoatlantyckiej i sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga, w Kijowie odbyła się komisja Ukraina- NATO. „Wszyscy sojusznicy byli zgodni co do tego, że Ukraina stanie się członkiem NATO”, zadeklarował na koniec Stoltenberg. Zapowiedział, że NATO pomoże Kijowowi przyśpieszyć reformy i zmodernizować społeczeństwo, żeby kraj mógł wstąpić do sojuszu.

Czy aby wszyscy sojusznicy? W Warszawie słyszy się szepty elit PiS, że atlantyckie i europejskie aspiracje prezydenta Zeleńskiego można skutecznie przyblokować. Niech wpierw zdecyduje się, komu chce się tam przysłużać.

Kult fałszywej pamięci

18 września Parlament Europejski uchwalił skandaliczną rezolucję, która w Polsce nie spotkała się z niemal żadnym odzewem.

Skandaliczną, pomimo pozornie niewinnego tytułu: „O znaczeniu europejskiej pamięci dla przyszłości Europy”, z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Jej męczący i zawiły tekst stawia sobie jeden zasadniczy cel: zrównanie komunizmu z faszyzmem w kontekście sposobu, w jaki pamiętamy i upamiętniamy II wojnę światową.
Rezolucja fałszuje historię, jako główny powód wybuchu II wojny światowej wymieniając pakt Ribbentrop-Mołotow podpisany w sierpniu 1939 r. przez III Rzeszę z ZSRR. Nawet datę jej uchwalenia wybrano tak, żeby była bliżej rocznicy wkroczenia ZSRR na wschodnie tereny Polski niż wcześniejszego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę.
Fałszywa pamięć rezolucji
Rezolucja sformułowana jest tak, jakby w momencie podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow wojna nie była dawno przesądzona i zaplanowana przez Berlin, a Hitler nie mówił o niej, zanim nawet doszedł do władzy. Rezolucja ignoruje miejsce nazizmu w szerokiej fali faszyzmów, jakie zalały wtedy cały europejski kontynent, a tym bardziej o funkcji tychże w zarządzaniu ówczesnym kryzysem kapitalizmu, zapoczątkowanym krachem 1929. Rezolucja ignoruje miejsce nazistowskiej ekspansji terytorialnej i polityki wobec podbijanych społeczeństw w logicznym kontinuum ekspansji europejskich mocarstw kolonialnych, z Wielką Brytanią i Francją na czele. Rezolucja ignoruje fakt, że przez lata poprzedzające pakt Ribbentrop-Mołotow Stalin kanałami tajnej dyplomacji próbował przekonać Londyn i Paryż do powstrzymania Hitlera, zanim będzie za późno. Bezskutecznie. Wielka Brytania i Francja wolały wobec Hitlera iść na ustępstwa – najpierw pozwalając mu łamać ograniczenia zbrojeniowe narzucone na Niemcy po I wojnie światowej, potem pozwalając mu na Anschluss Austrii, na Sudety, na Czechosłowację. W tej sytuacji trudno się aż tak dziwić Stalinowi, że chciał kupić trochę czasu i stworzyć bufor wokół własnych granic. Przyznanie tych faktów nie oznacza, że rozgrzeszamy Stalina z jego cynizmu i jego zbrodni.
Rezolucja stanowi akt wulgarnego przepisywania historii. II wojna światowa jawi się w niej jako wojna liberalnej demokracji przeciwko nazizmowi i komunizmowi połączonymi w jednym froncie sił zła. Na pokonaniu tych równoznacznych sił zła ma się rzekomo opierać współczesny ład europejski i europejska tożsamość.
Jeśli nazizm i komunizm stały po tej samej stronie i były w gruncie rzeczy tym samym („totalitaryzmem”), to dlaczego to właśnie komuniści z całej Europy (i nie tylko) aktywnie walczyli przeciwko faszyzmowi jeszcze zanim II wojna światowa w ogóle wybuchła (w Hiszpanii)? Dlaczego o losach wojny zadecydowało starcie między tymi dwoma siłami w bitwie o Stalingrad? Dlaczego to radzieccy jeńcy wojenni byli przez hitlerowców traktowani najgorzej (umierali w niewoli kilka razy częściej niż jeńcy amerykańscy, francuscy czy brytyjscy)? Dlaczego komuniści odegrali tak ogromną rolę w ruchach oporu od Francji po Jugosławię? Dlaczego to Armia Czerwona wyzwoliła Auschwitz? Dlaczego to obywatele komunistycznego Związku Radzieckiego w walce z Hitlerem złożyli największą zbiorową ofiarę ze swojego życia (27 milionów istnień)? Dlaczego to komunistyczna Armia Czerwona odegrała główną rolę w pokonaniu Hitlera? Gdyby nie Związek Radziecki, III Rzesza wygrałaby wojnę. Tymczasem rezolucja wzywa nawet do likwidowania pomników komunizmu, a więc i Armii Czerwonej, najważniejszej siły, która pokonała III Rzeszę.
Powojenny ład świat czerpał swoją legitymizację z antyfaszyzmu. Zarówno cały ten ład, jak i poszczególni jego uczestnicy, nawet jeśli należeli, w powojniu i latach zimnej wojny, do przeciwnych obozów (zachodniego lub sowieckiego) fundowali swoją prawomocność na tym, że reprezentowali lub byli spadkobiercami sił, które pokonały faszyzm. Rezolucja PE chce położyć kres tej epoce. Dzisiaj źródłem tej legitymizacji ma być antykomunizm. Zrównywanie komunizmu z faszyzmem zawsze wymierzone jest tak naprawdę wyłącznie w komunizm, a nie w obydwa człony tego porównania. Jak to trafnie ujął historyk David Broder na łamach amerykańskiego „Jacobina”, nic nie świadczy o tym lepiej jak to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie krytykowałby Holokaustu, porównując go do życia w komunistycznej Polsce.
Milczenie polskiej lewicy
Jest to akt wulgarnego przepisywania historii w stylu znanym dotychczas raczej z działalności polskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Być może dlatego, w przeciwieństwie do Portugalii, Włoch, czy nawet Wielkiej Brytanii, gdzie przynajmniej lewicowe organizacje i media zabrały głos przeciwko tej rezolucji – polska lewica odpowiedziała na nią milczeniem.
Dotychczas jedną z linii argumentacji przyjmowanych przez polską lewicę w obronie tradycji marksistowskiej i komunistycznej, była ta, że są to prawomocne stanowiska w europejskiej debacie politycznej, intelektualnej, akademickiej. Rezolucja tymczasem w pewnym sensie uniwersalizuje na poziomie europejskim fałszujący historię obsesyjny antykomunizm, który wydawał się lokalną właściwością wschodnioeuropejskich prawic i jej instytucji. Polska lewica milczy być może dlatego, że została tym samym skonfrontowana ze swoim złudzeniem, że ratunkiem przed agresywnym prawicowym przepisywaniem historii mogą być odwołania do mitycznych „europejskich standardów”. Tymczasem europejskie standardy upodobniają się do wschodnioeuropejskich, europejskie instytucje uczą się wulgarnego antykomunizmu od instytucji w rodzaju IPN i od Orbana.
Rezolucja i przyszłość Europy
Nikt nie przepisuje historii, jeśli nie chce w ten sposób kształtować teraźniejszości i przyszłości. Dziś chodzi o to, by zdyskredytować i pozbawić legitymizacji nie tylko komunistów, którzy z wyjątkiem Portugalii nie mają obecnie żadnego wpływu na władzę w Europie, ale przez asocjację wszelkiej lewicy na lewo od starej, establiszmentowej socjaldemokracji, dawno zassanej przez neoliberalne „skrajne centrum”.
We wschodniej Europie lepiej niż gdziekolwiek indziej wiemy już dziś, że delegitymizowanie komunizmu i wszelkiej lewicy na lewo od skrajnego centrum oznacza zawsze przesuwanie całego spektrum politycznego coraz dalej w prawo oraz, z czasem, relatywizację bądź wręcz rehabilitację faszyzmu i innych form skrajnej prawicy. W 1989 roku Orban był liberałem, Kaczyński centrowym chadekiem, a o „żołnierzach wyklętych” nikt normalny nawet nie słyszał.
Rezolucja zrównująca komunizm z faszyzmem to sygnał nadchodzącego prawicowego dryfu Unii Europejskiej, która w obliczu panującego strukturalnego kryzysu kapitalizmu może wkrótce zacząć ewoluować w jednym z dwóch kierunków. Albo wspólnoty państw, która po prostu akceptuje, że coraz większa liczba jej państw członkowskich jest coraz bardziej autorytarna, populistycznie lub skrajnie prawicowa. Albo ponadnarodowego superpaństwa, które samo będzie w zawrotnym tempie przybierać postać coraz bardziej autorytarną i coraz bardziej antydemokratyczną, posuwającą się do kryminalizacji różnych form lewicowego działania a nawet myślenia.
Daleko posunięta tolerancja instytucji europejskich dla coraz bardziej autorytarnych posunięć rządów dużych państw „starej Unii” (systematyczna przemoc francuskiej policji wobec protestujących, bezterminowe przetrzymywanie katalońskich więźniów politycznych przez Hiszpanię, itd.) pokazuje, że ten proces już został puszczony w ruch. W obydwu tych scenariuszach ogromną rolę będzie odgrywała agresywna rusofobia, którą też zresztą zapowiada sama ta rezolucja. Rosja, ze swoim przywiązaniem do rozsianych po Europie pomników Armii Czerwonej i statusem legalnej spadkobierczyni Związku Radzieckiego, jest jednym z celów, w które wymierzone jest jej ostrze. Może nawet chodzić o powolne przygotowywanie mieszkańców Europy do myśli o wojnie z Rosją.
Polska lewica, nawet kiedy krytyczna wobec neoliberalnego charakteru Unii Europejskiej, zbyt mocno przywiązała się do myślowego schematu, który idzie mniej więcej tak: „ale przynajmniej jej standardy gwarantują zachowanie demokratycznych procedur i indywidualnych wolności”. Kierunek, który ta rezolucja wskazuje, zadaje kłam temu przekonaniu i wywołuje u „proeuropejskiej lewicy” dysonans poznawczy, którego nie jest ona w stanie – póki co – przepracować. Dlatego wybiera milczenie.

Wiec historyczny

21 sierpnia 2019 r. o godzinie 17:00 przed gmachem I Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Dubois w Koszalinie rozpocznie się Wiec Historyczny poświęcony pamięci patrona tej szkoły.

Stanisław Dubois był działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej, Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, twórcą i przewodniczącym Czerwonego Harcerstwa TUR, publicystą. Walczył w powstaniach śląskich i wojnie polsko-bolszewickiej 1920. Za dokonane wówczas czyny został odznaczony w 1921 r. Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi I klasy.
Według relacji Józefa Mieszkowskiego – podanej w książce pt. „Wspomnienia dziennikarza socjalisty” (Warszawa: Książka i Wiedza, 1971, s. 375, 405) – Stanisław Dubois zwrócił otrzymany za zasługi bojowe Krzyż Walecznych na ręce Piłsudskiego, kiedy ten spotkał z przedstawicielami polskiej arystokracji w październiku 1926 na zamku w Nieświeżu i w Dzikowie, oraz wprowadził przedstawicieli obozu konserwatywnego do rządu. Wcześniej – 31 maja, tegoż roku – podczas wielkiej manifestacji PPS na Placu Teatralnym, Stanisław Dubois w swoim przemówieniu potępił Piłsudskiego za rezygnację z kandydowania na funkcję prezydenta Polski.
Stanisław Dubois był rzecznikiem współpracy socjalistów z komunistami. Aktywnie przeciwstawiał się łamaniu demokracji w Polsce. Było to powodem uwięzienia go przez władze sanacyjne w 1930 r w Twierdzy Brzeskiej, a następnie skazanie w procesie brzeskim na trzy
lata więzienia.
Stanisław Dubois uczestniczył w wojnie obronnej 1939 r. a potem w lewicowej konspiracji antyhitlerowskiej. W 1941r. zadenuncjował go do gestapo Antoni Opęchowski, który wcześniej był działaczem polskiej młodzieży narodowej i prawdopodobnie agentem policji. Warto dodać, że 26 kwietnia 1926 Stanisław Dubois spoliczkował Antoniego Opęchowskiego przed rozpoczęciem zgromadzenia młodzieży akademickiej zorganizowanym przez organizacje narodowe. Tenże zemścił się po latach, czego skutkiem było aresztowanie Stanisława Dubois. 21 sierpnia 1941 roku osadzono go w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Tu uczestniczył w obozowej konspiracji rtm. Witolda Pileckiego. 21 sierpnia 1942 Stanisław Dubois został rozstrzelany.
Wiec Historyczny 21 sierpnia 2019 r. zorganizowany 77 rocznicę śmierci Stanisława Dubois w zamierzeniu ma być pierwszym z serii upamiętniających w Koszalinie bohaterów Lewicy z przeszłości. Następny planowany jest 10 września br. Poświęcony będzie pamięci Mariana Buczka…

 

Historia po polsku opowiedziana

Sprzed Pałacu Prezydenckiego na ul. Krakowskie Przedmieście do Grobu Nieznanego Żołnierza jest niedaleko – w linii prostej około 600-800 metrów. Podczas konferencji prasowej Lewicy Razem, gdy mocno i jednoznacznie wyrażono protest przeciwko objęciu przez Andrzeja Dudę patronatem rocznicy utworzenia Brygady Świętokrzyskiej NSZ, dźwięki oficjalnych uroczystości było słychać dość wyraźnie. Zaraz po tym, kiedy wysłuchałem co mieli do powiedzenia reprezentanci polskiej lewicy, przeniosłem się pod Grób Nieznanego Żołnierza. Tu świętowała oficjalna Polska, kraj PiS i historycznej narracji polskiej prawicy.

Niedługo stałem, ale wystarczająco, by usłyszeć stek przemilczeń, przeinaczeń, fałszywej narracji i zwyczajnych kłamstw wygłaszanych przez najwyższych urzędników polskiego państwa. Zaprzeczano wprost i bez żenady haniebnym faktom współpracy tej formacji z hitlerowcami, nie mówiono słowa o zwierzęcym antysemityzmie wylewającym się z ich organów prasowych, który wtedy, na popiołach milionów zamordowanych Żydów, był szczególnie odrażający. Wszystko to w towarzystwie młodych chłopaków w mundurach Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego, orkiestry i pocztów sztandarowych, po odjęciu których została grupka fanatycznych zwolenników gloryfikacji tej formacji.
Rację miał krwawy kat Winston Churchill, że historię piszą zwycięzcy. Nie przewidział jednak, że kiedy powiedzenie to przekuje w czyn polska prawica, zmieni je w karykaturę. Będzie łgać wbrew setkom dokumentów, historycznych dowodów, czarne nazywać białym, kolaborację z nazistami walką o wolność, a uciechę nad zagładą narodu dalekowzroczną koncepcją polityczną. Nic nie jest w stanie zakłócić jej ofensywy nieprawdy i fałszu. Kiedy dołącza do tych fanatyków prezydent, robi się doprawdy nieciekawie. PiS pewnościa uważa, że wygrał już wszystko. Warto jednak pamiętać, że podwaliny absurdalnego kultu Brygady Świętokrzyskiej stworzyli ręka w rękę posłowie PiS, PO, PSL i Kukiz’15, przyjąwszy przez aklamację we wrześniu 2017 roku uchwałę Sejmu, że NSZ „dobrze zasłużyła się Ojczyźnie”. To oni wspólnie są autorami dzisiejszej fali kłamstw o tej formacji. Lewica odcinając się od tego, ocaliła twarz polskiej klasy politycznej.
Kolejnym nieprawdziwym narracjom podczas obchodów towarzyszyły okrzyki „Cześć i chwała bohaterom” wydawane przez ludzi, z których część może być usprawiedliwiona sędziwym wiekiem i chęcią wybielenia grzechów młodości, a część, dużo młodsza, po prostu niechęcią do korzystania z książek. Przemawiający urzędnicy i ryczący tłum stworzyli pod Grobem Nieznanego Żołnierza atmosferę duszną i nieznośną dla każdego, kto chciałby mieć swobodę nieskrępowanego wyrażania swoich poglądów.
Historię piszą zwycięzcy. Czemu jednak w Polsce piszą ją pozbawieni wiedzy, wstydu i podstawowych zasad moralnych?

Krajobraz po bitwie

Do wyborów zostało już mniej niż sto dni (przyjmując, że Pan Prezydent wskaże pierwszy możliwy a dla rządzących korzystny termin).

Na polskiej scenie politycznej mamy, co mamy – zwarcie szeregów i prężenie muskułów po stronie rządzących i tradycyjny bałagan i rozmemłanie po stronie opozycji.

Normalka!

Skoro tak — to spróbujmy, uruchomiwszy wyobraźnię (bo żadnych twardych danych, dotyczących przyszłości nie ma i być nie może), narysować krajobraz polityczny w kraju po wygraniu przez Jarosława Kaczyńskiego i jego ugrupowanie nadchodzących wyborów.
Podkreślę raz jeszcze – to będą symulacje i prognozy, to będzie posługiwanie się różnymi modelami i matrycami pojęciowymi, występującymi we współczesnych naukach społecznych, a nie odwoływanie się do wyników konkretnych badań.
Mówienie o tym, jaka na pewno będzie przyszłość,
nawet ta najbliższa, nie jest możliwe, przyszłość się staje, ona dopiero będzie. „Tu i teraz” jesteśmy osadzeni w „płynnej nowoczesności”, jak nazwał nasze czasy czas jakiś temu, mój profesor Zygmunt Bauman. Mnogość zmiennych, czynników wzajemnie się warunkujących, zdarzeń na świecie — a nie tylko na naszym polskim podwórku — jest tak wielka, że każda próba mówienia z całą pewnością o tym, co będzie polityczną rzeczywistością w Polsce w październiku czy listopadzie 2019, jest nonsensem.
Pamiętając o tych ograniczeniach — możemy jednak, bazując na znajomości tego, co za nami, tego, co władza „dobrej zmiany” zrobiła w latach 2015 -2019, pamiętając wszystkie zdarzenia z okresu 2005 -2007, gdy Jarosław Kaczyński był premierem polskiego rządu, a prezydentem był jego brat-bliźniak Lech Kaczyński, mając w pamięci opracowany tekst nowej konstytucji jaki „wisiał” na stronie PiS-u przed wyborami 2015, a który po wyborach został schowany, pamiętając wszystkie delikty konstytucyjne obecnego rządu i prezydenta, pamiętając wreszcie deklarowane publicznie marzenia Jarosława Kaczyńskiego — o tym, że kiedyś będzie w Warszawie Budapeszt czy Ankara — możemy jednak ze sporym prawdopodobieństwem opowiedzieć, co nas czeka po ewentualnie wygranych przez PiS wyborach do Sejmu i Senatu.

Zacznijmy od modelu sprawowania władzy. 

Wszystkie dane wskazują na to, że będziemy mieli w Polsce system wyborczego autorytaryzmu. Władza, zachowując wyborczą fasadę, zapewni sobie nieusuwalność. Wybory odbywane w warunkach pełnego opanowania wszystkich instrumentów prawnych i dysponowania przez rządzącą ekipę państwowymi pieniędzmi, całym budżetem i niekontrolowanym systemem ich wydawania, władza zawsze wygra, żadnych wyborów nie przegra w skali i stopniu takim, żeby to było niepodważalne dla obserwatorów krajowych i zagranicznych. Na straży nieusuwalności rządzących stać będzie Trybunał Konstytucyjny (trybunał Kaczyńskiego), Sąd Najwyższy, Państwowa Komisja Wyborcza. Partie opozycyjne, jeżeli „urosną” ponad założony przez rządzących poziom — zostaną sprowadzone do parteru przez wymiar sprawiedliwości, partyjną prokuraturę i opanowane sądy.

To na teraz.

Na przyszłość (a przypomnę, o jakim wymiarze sprawowania władzy mówił Jarosław Kaczyński – o 20 -30 latach rządów tej ekipy) władza ma możliwość zmiany konstytucji tak, aby wprowadzić w niej zapisy gwarantujące nieusuwalność Prezesa. Tak, jak to jest opisane w statucie jego partii – bo PiS jest partią Kaczyńskiego, wystarczy przeczytać jej statut. Statut napisany przez prezesa.
Z dwóch możliwych wariantów: partii kadrowej i partii masowej, partia rządząca wybierze wariant partii kadrowej, obudowanej masą klientów – ludzi, których praca, stanowiska i pieniądze zależeć będą od notowań partyjnych. To będzie powtórka z historii – system nomenklatury partyjnej obowiązywał w Polsce przez ponad 40 lat. Prezes go dobrze pamięta. System oparty o rządy partii obudowanej armią klientów jest bezpieczniejszy niż partia masowa. W partiach masowych możliwe są bowiem ruchy oddolne, jakieś „struktury poziome”, pojawienie się jakiś trudno kontrolowanych osobników-członków partii. W partii kadrowej wszystko jest łatwiejsze do kontroli – jeden wódz, jedna linia, jeden cel.

Takiej wizji i takiemu modelowi sprawowania władzy

służyć będzie nowa polityka historyczna, nowy model wychowania młodzieży, nowy wzór człowieka – członka wspólnoty narodowej. Członka wspólnoty narodowej, a nie obywatela. Obywatel nie będzie faworytem władzy. Obywatel to termin obcy, zapożyczony, za nim wloką się jakieś prawa człowieka i obywatela. Członek wspólnoty narodowej to „nasz” członek, członek wspólnoty parafialnej, gminnej. Wspólnota budowana na więziach osobowych, takich jak w rodzinie, w małych grupach to podstawa nowego ładu wynikająca z założeń leżących u podstaw państwa PiS.
Dokonując całościowej syntezy celów rządzącej ekipy, opartej na obserwacji dotychczasowych zaszłości, trudno nie zauważyć, że są one dobrą ilustracją modelu tradycyjnego, opisanego przez Ronalda Ingleharta w jego znanej typologii: Tradycyjne, Nowoczesne i Ponowoczesne społeczeństwo, opartego o badania przeprowadzone w 43 różnych krajach. Władza PiS-u, z jego skoncentrowaniem się na wzmacnianiu gospodarki państwowej, tradycyjnych wartościach religijnych i wspólnotowych, realizująca się w oparciu o tradycyjne systemy tak w rodzinie, jak i w lokalnych wspólnotach do państwa włącznie, jest doskonałym przykładem realizacji w praktyce modelu opisywanego przez Ingleharta jako przeszłość, zapóźnienie.
Przechodząc od modeli do polskiej rzeczywistości tu i teraz, stawiam tezę, że po wyborach powstaną warunki do tworzenia się oligarchów — tak, jak to się dzieje na Węgrzech, czy w Turcji (o Rosji nie wspominając). Cztery lata rządów „dobrej zmiany” stworzyły wystarczająco dużą grupę beneficjentów finansowych, którzy za pieniądze uzyskane z pracy w dużych spółkach skarbu państwa i odpraw za odchodzenie z tych stanowisk będą chcieli teraz inwestować w różne formy państwowej własności tak, aby pomnożyć swój majątek. Sprawa majątku premiera Morawieckiego, ukrycie pieniędzy poprzez rozdzielność majątkową ze swoją żoną, jest tu tylko sygnałem zjawiska.

Przyjęte w modelu szkolnictwa zmiany,

postawienie na rozwój wąsko profilowanych szkół zawodowych, dramatyczne obniżenie poziomu kształcenia na poziomie szkół wyższych — zaowocuje spadkiem konkurencyjności polskich pracowników na międzynarodowym rynku pracy. Nie trzeba wielkiej wyobraźni, aby przewidzieć w perspektywie 2030, a zwłaszcza 2050 roku, że polska gospodarka z jej niskim poziomem nowoczesności i innowacyjności spadnie do modelu rzeczywiście tradycyjnego, w którym jako główny projekt społeczny określono przeżycie, a nie maksymalizację wzrostu gospodarczego — jak to jest w modelu nowoczesnym — czy maksymalizację subiektywnego dobrostanu, jak jest to przyjęte dla modeli ponowoczesnych.
Społecznym efektem tych zmian będzie wzrost migracji za pracą młodych wykształconych ludzi do różnych krajów UE i dramatyczne zmiany w strukturze społecznej mieszkańców Polski. To w perspektywie najbliższych dziesięciu lat.
Bazując na modelu Ingleharta
łatwo przewidzieć dalszy wzrost roli i znaczenia kościoła katolickiego w Polsce. Stawiam tezę, że im bardziej światowy kościół katolicki będzie się zmieniał i modernizował, tym bardziej polski będzie pogrążał się w dewocji i obskurantyzmie — przy malejącej ilości aktywnych uczestników kościelnych obrzędów. Ale na najbliższe 10-15 lat starczy mu i wiernych i państwowych pieniędzy, aby mówić, tak jak mówi, o sprawowaniu rządu dusz w Polsce.
W modelu wychowawczym dominować będzie wzór nacjonalistycznego patriotyzmu,wzór żołnierza wyklętego-niezłomnego, wzór obrońcy „naszości-swojskości” przed wrogim, obcym światem. Wrócimy do pojęcia z lat trzydziestych, do wzorca narodowej demokracji – do pojęcia Polak-katolik. Polska będzie przedstawiana jako prawdziwa wyspa pobożności i przywiązania do Kościoła w tym całym lewackim i bezbożnym świecie. Jak trzeba, to i poza władzą Rzymu, jak trzeba, to poza Unią.
Wyjście z Unii Europejskiej jest logicznym rozwinięciem dotychczasowej polityki Prawa i Sprawiedliwości — a to, że większość Polaków jest za Unią, da się zmienić. Wystarczy, że Unia przestanie dawać pieniądze, czy to za łamanie prawa, czy z innych przyczyn. Mając rządowe media — zmienić nastawienie suwerena da się.
Polityka historyczna po opanowaniu instrumentów zapewniających bezpieczeństwo panującym stanie się sprawą zasadniczą. To ta polityka w długim horyzoncie czasowym (a obecna władza myśli taką perspektywą) stanie się najważniejsza. Rola i ranga ministra kultury i dziedzictwa narodowego, wicepremiera (pierwszego wicepremiera) Piotra Glińskiego (czy też innego jegomościa na tym stanowisku) wzrośnie. Spadnie przy tym poziom kultury krajowej i nie będzie swobody wypowiedzi dla artystów. To już kiedyś też było.
Polska znajdzie się poza UE (bo to zła organizacja była). Jedynym naturalnym sojusznikiem będzie Wschód, Z Rosją, poszerzoną o Ukrainę i Białoruś; Polska w tym towarzystwie będzie grać rolę „światowej damy”. I to będzie się podobać ludowi w „pisowskiej” Polsce.

Można tak długo.

Przypomnę jednak, że przyszłości nie ma, ona się staje. Od wyników najbliższych wyborów zależy więc wszystko; również to, czy zrealizują się takie scenariusze.
To od nas zależy. Od tego, jak zagłosujemy i co zrobimy, aby inni zagłosowali tak, aby nie stało się to, co dziś jeszcze tylko możliwe.
Możliwe, ale nie przesądzone!

Psi gwizdek

Co roku 1 marca obchodzony jest w Polsce Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych, ustanowiony w 2011 roku świętem państwowym. Oficjalnie mówi się, że święto to jest uczczeniem pamięci żołnierzy, którzy walczyli z „sowiecką okupacją”, pod którą Polska znalazła się na skutek drugiej wojny światowej. Kult Żołnierzy Wyklętych ma jednak konkretny cel polityczny – o którym organizatorzy wprost nie mówią.

Określenie „Żołnierze Wyklęci” zostało wymyślone przez Leszka Żebrowskiego publicystę m.in. „Naszego Dziennika” i „Gazety Polskiej Codziennie” oraz późniejszego doradcę Ruchu Narodowego. Po raz pierwszy oficjalnie zostało użyte w 1993 roku przez stowarzyszenie nazywane Ligą Republikańską, kiedy to zorganizowano w Warszawie wystawę zatytułowaną „Żołnierze Wyklęci – antykomunistyczne podziemie zbrojne po 1944 r.”. Jak tłumaczył Grzegorz Wąsowski – jeden z twórców wystawy i były członek Ligi Republikańskiej, żołnierze ci byli „wyklęci”, ponieważ po upadku komunizmu nadal byli zapomniani – a podmioty opiniotwórcze (jak władze, media), nie starały się przywrócić (odpowiedniej) pamięci o nich. Tak więc, wykorzystując potencjalne poczucie winy, żołnierzy tych postanowiono przedstawiać jako podwójne ofiary – najpierw sowieckiego terroru, a potem milczenia panującego już po zmianach ustrojowych.
Według oficjalnych komunikatów termin „Żołnierze Wyklęci” miał odnosić się do ogółu żołnierzy walczących z komunistami po zajęciu Polski przez Związek Sowiecki. Pierwotnym więc skutkiem wypromowania go – i najprawdopodobniej zakładanym celem jego twórców — było wrzucenie do jednego zbioru i traktowanie jako jedności, wszystkich antykomunistycznych partyzantów działających wtedy w Polsce. Rozmyto w ten sposób wiele dotyczących ich kwestii – idee jakimi się kierowali, ich cele, wizję Polski, o jaką walczyli, działania, których się podejmowali – wraz z etyczną ich oceną. Do jednej grupy wrzucono zarówno tych, którzy rzeczywiście chcieli żyć w wolnym i demokratycznym kraju, jak i członków Narodowych Sił Zbrojnych, Narodowego Zjednoczenia Wojskowego i pomniejszych formacji, którzy marzyli o nacjonalistycznym państwie katolickim i mordowali niczemu winnych obywateli polskich, niepasujących do tej wizji. Tym samym zaczęto zacierać granicę pomiędzy walczącymi o wolność i zbrodniarzami – po to by na ideach tych pierwszych, przepchnąć kult tych drugich.
Tak więc faktycznym beneficjentem funkcjonowania terminu „Żołnierze Wyklęci” są członkowie organizacji partyzanckich o katolickim charakterze. Najczęściej NSZ – które, były nacjonalistyczną organizacją katolicką, czerpiąca swoją formę polityczną m.in. z przedwojennego Obozu Narodowo-Radykalnego. To do nich zasadniczo odnosi się to pojęcie – i to oni są pod nim gloryfikowani. Trudno oczekiwać innych intencji związanych z kultem „Żołnierzy Wyklętych”, jeżeli weźmie się pod uwagę działalność Leszka Żebrowskiego – który zajmuje się właśnie promowaniem historii „narodowych” organizacji zbrojnych – NSZ, NZW, NOW – oraz samą Ligę Republikańską, która była organizacją również odwołującą się do katolicyzmu. Jej deklaracja stanowiła, m.in. że: „Nierozłącznym elementem polskiej tradycji jest katolicyzm. Kościół jako część narodowej przeszłości pozwala jednostce nawet przy zagubieniu przez nią kontaktu z sacrum na trwanie w świecie niezmiennych wartości”. Deklaracja więc w pewien sposób utożsamia polskość z katolicyzmem, czym skłania się w kierunku idei państwa katolickiego. Polska, jakiej chciała Liga Republikańska, mogłaby być więc docelowo podobna do państwa, jakiego chciały NSZ i NZW – a przed wojną Obóz Wielkiej Polski, Obóz Narodowo Radykalny, Ruch Narodowo-Radykalny Falanga, Pogotowie Patriotów Polskich czy Polska Organizacja Faszystowska — gdzie nazywana była Katolickim Państwem Polskim, Katolickim Państwem Narodu Polskiego lub Wielką Polską.
Sam Kościół Katolicki stał się zresztą jednym z czołowych promotorów kultu „Żołnierzy Wyklętych”. Jeżeli mówi się o nich z zaangażowaniem, w duchu rzeczywistego poparcia i utożsamiania się z nimi — to w mediach katolickich, na katolickich marszach, w katolickich kazaniach (jak np. homilia ks. bp. Jerzego Mazura wygłoszona podczas pogrzebu żołnierzy NZW w Orłowie, 15 lutego 2014 roku).
Promocja „Żołnierzy Wyklętych” nie stanowi odkłamywania historii – jak twierdzą ludzie związani z ich kultem – ale jest dalszym jej przekłamywaniem, tyle że na modłę katolicką, a nie komunistyczną. Odkłamywanie historii polega na rzetelnym przedstawianiu faktów, z użyciem terminów ściśle definiujących historyczne desygnaty. Nie jest na pewno odkłamywaniem dorabianie dodatkowych pojęć, których celem jest mieszanie niezwiązanych, czy nawet przeciwnych sobie ludzi i idei. Zwłaszcza pojęć stworzonych na rzecz peryferyjnej drogi perswazji – niejasnych, odwołujących się do emocji, mitologizujących rzeczywistość.
Stosowanie w debacie publicznej takiego określenia jak „Żołnierze Wyklęci” jest manipulacją, stworzoną na cele historycznego rewizjonizmu. Jest podobnym narzędziem, jak stosowane w propagandzie komunistycznej etykiety w postaci „bandytów” i „zaplutych karłów reakcji”, które przyczepiano wszystkim antykomunistycznym działaczom. Podobne formy manipulacji nie są zresztą ani nowe, ani rzadkie. Grecki filozof Arystoteles wskazał, że na skuteczność retoryki ważny wpływ mają fakty, na które argumentujący nie ma bezpośredniego wpływu – i ustalił możliwości obejścia tej przeszkody. Rzymski filozof i mówca – Cicero, rozwinął myśl Arystotelesa, formując technikę, którą obecnie nazywa się perswazją wstępną – a która stosowana jest powszechnie m.in. przez obrońców w sądach. Jej celem jest wpoić odbiorcy, co powinien wiedzieć i uznawać za oczywiste, dobrać definicje, wygodnie sformułować problem, odpowiednio zarządzić wiarygodnością – tworząc dogodne warunki dla perswazji właściwej. Termin „Żołnierze Wyklęci” jest właśnie tego rodzaju kreacją – a służy ona pośredniej promocji ugrupowań takich jak Prawo i Sprawiedliwość czy Ruch Narodowy. Ma uwiarygodniać ich działalność – poprzez wskazywanie, że kontynuują one tradycję jakichś powszechnie cenionych dawniej organizacji. Legitymizować agresywny bunt przeciw liberalnemu porządkowi — utożsamiając go z „patriotyzmem”. Krzewić nienawiść do ludzi o innych poglądach czy pochodzeniu — już na płaszczyźnie definicji i z wykorzystaniem pokrętnie przedstawianej historii.
Mówi się, że istotą kultu „Żołnierzy Wyklętych” ma być ich walka z komunizmem. Należy więc tu przypomnieć, że w katolickiej retoryce mianem „komunistów” określa się nie tylko faktycznych komunistów, ale po prostu ludzi wyraźnie niepodzielających katolickich poglądów lub wywodzących się z pewnych grup etnicznych – a szczególnie zadeklarowanych liberałów, demokratów, lewicowców, ateistów, wyznawców prawosławia, ludzi o żydowskim, białoruskim, rosyjskim lub ukraińskim pochodzeniu. Na przykład w wywiadzie dla „Naszego Dziennika” w 2012 roku, kard. Stanisław Nagy stwierdza, że „komunizm nie zginął, ale przedzierzgnął się w inteligencką ideologię nazywaną liberalizmem”. Ks. Marek Dziewiecki w artykule „Ateizm, czyli urojona wizja człowieka”, sugeruje, że wszyscy ateiści są odpowiedzialni za komunistyczne zbrodnie i powinni za nie przepraszać.
Takie etykietowanie „komunizmem” pozwala przedstawiać niegroźne, niezwiązane ze sobą osoby, jako zorganizowane, poważne zagrożenie – a za tym, umożliwia zachęcanie do walki z nimi i usprawiedliwianie wszelkich krzywd im wyrządzonych. Każdy bowiem atak, stanie się tym samym „obroną” – siebie, państwa, wolności – przed „komunistyczną tyranią”. Strona katolicka etykietowała swoją opozycję „komunizmem” nie tylko w Polsce. Bardzo wyraźne było to na przykład w katolickiej Hiszpanii.
To właśnie zjawisko było też jednym z motywów zbrodni dokonywanych przez „Żołnierzy Wyklętych” oraz jest nieodłączną częścią ich obecnego kultu. Dokument IPN – „Informacja o ustaleniach końcowych śledztwa S 28/02/Zi w sprawie pozbawienia życia 79 osób — mieszkańców powiatu Bielsk Podlaski w tym 30 osób tzw. furmanów w lesie koło Puchał Starych, dokonanych w okresie od dnia 29 stycznia 1946 r. do dnia 2 lutego 1946” – zaznacza:
„Nie sposób podejrzewać dzieci i starców, którzy zginęli przy pacyfikacji o współpracę z komunistami. Należy zatem uznać, że przyjęcie tezy o sprzyjaniu komunistom znajdowało tylko oparcie w ogólnym i upowszechnionym wówczas stereotypie, iż osoby deklarujące swoją narodowość jako białoruską mają przekonania komunistyczne, częściej w odróżnieniu od Polaków zapisują się do PPR i pełnią służbę w organach bezpieczeństwa”.
Wspomniany dokument zawiera też dość obrazowy opis zbrodni dokonanych przez tych, których gloryfikuje się jako „Żołnierzy Wyklętych” – w tym wypadku NZW.
„Wieczorem 1 lutego 1946 r. odbyła się odprawa dowódców plutonów. Kpt. Rajs przydzielił dowódcom zadania zniszczenia po jednej ze wsi: Zanie, Szpaki, Końcowizna. Wymienione wsie były w przeważającej części zamieszkałe przez ludność wyznania prawosławnego. […]
W godzinach wieczornych do wsi Szpaki wkroczył pluton pod dowództwem „Wiarusa”. Żołnierze zaczęli podpalać zbudowania i strzelać do mieszkańców. Śmierć od kul lub w płomieniach oraz od odniesionych od tego ran poniosło 7 osób. […] W jednym z domów dokonano gwałtu na kobiecie (zeznanie k. 1939 ). Wymieniona poddała się napastnikom, gdyż wcześniej Maria Pietruczuk (18 lat), która stawiała opór napastnikom, została postrzelona w okolicy klatki piersiowej i pleców. Zmarła w wyniku odniesionych ran w dniu 6.02.1946 r. w szpitalu w Bielsku. […]
Drugi pluton, dowodzony przez „Bitnego” po przybyciu do Zań zajął następujące pozycje. Z jednej strony wieś została otoczona przez drużynę „Gołębia”, a z drugiej – przez drużynę „Szczygła”. Trzecia drużyna pod dowództwem „Ładunka” weszła do wsi, gdzie zaczęto podpalać poszczególne zabudowania. Nie podkładano ognia pod domy należące do osób wyznania katolickiego, jak też nie podpalano zabudowań tych prawosławnych, którzy zamieszkiwali w bezpośrednim pobliżu gospodarstw, należących do rodzin katolickich (według zeznań świadków wówczas w Zaniach mieszkały 4 rodziny katolickie). Mieszkańców, którzy usiłowali wydostać się z płonących domów, zapędzano z powrotem lub strzelano do ludzi wybiegających z palących się budynków i próbujących uciec ze wsi. Przed oddaniem strzałów niektórych mieszkańców pytano o narodowość i wyznanie. […]
Szczegóły dotyczące usiłowania zastrzelenia Piotra Nikołajskiego podała jego żona: „Po chwili zauważyliśmy, że domy we wsi zaczynają się palić. Nasz dom też zaczął się palić. Wszyscy, którzy byli w tym domu, zaczęli wybiegać na zewnątrz. Mąż zabrał jedno dziecko, a ja drugie. Ola miała wówczas pół roku, a Maria 2 i pół roku. Wybiegaliśmy na ulicę. Mąż został wówczas ranny w nogę – w udo. Nie mógł uciekać. Ja widziałam, jak się przewrócił na ziemię z dzieckiem na ręku. Wówczas, to podbiegło do niego kilku partyzantów. Słyszałam, że któryś z nich mówił, że trzeba go zabić, słyszałam, jak inni oświadczyli, że nie mają z czego. Natomiast jeden z nich powiedział, a ja mam. Wyjął pistolet i strzelił z boku w skroń. Nie zabił męża, bo kula przeszła przez oczy, wybijając je. […]
Córka zabitego Daniela Olszewskiego z Zań, gdy zobaczyła leżącego na drodze ojca, to stwierdziła, że tato jeszcze żył. „Był ranny w głowę. […] Ja nie zauważyłam wtedy, że obok między drzewami leży siostra Marysia. Ją trafili w usta. Potem Romualda Siennicka mówiła, że Marysia bardzo się męczyła i musieli ją dobić z bliska”. Córka Kseni Antoniuk zeznała , iż udało się jej uciec do pobliskiego lasu, gdzie spędziła noc. Gdy wróciła, to mama, jak i brat Jan Antoniuk i 4-letni syn siostry Jan Sielewończuk zostali już pochowani. Jej ojciec Aleksander został ranny w obie ręce, z których jedną amputowano. Jak się dowiedziała od mieszkańców kule trafiły go, gdy usiłował wynieść z płonącego domu swojego wnuczka Jana Sielewończuka. […]
Józef A. złożył następujące zeznania opisujące zabójstwo matki Nadziei. […] Matka wyjrzała na zewnątrz domu i powiedziała, wracając do izby, że wschodnia część wsi się pali. Po kilku minutach matka wzięła obraz katolickiej Matki Boskiej oraz gromnicę i wyszła na zewnątrz, a my za nią, łącznie 5 osób, to znaczy te dwie dziewczyny, dwie moje siostry i ja. W tym samym czasie z ulicy podeszło 3 osobników. Jeden zapytał w naszym kierunku — prawosławni, czy katolicy. Matka odpowiedziała — panowie jesteśmy Polakami, jak nie wierzycie, to może to potwierdzić sąsiadka, która jednak nie potwierdziła, że jesteśmy katolikami. Wówczas to jeden z tych trzymających pistolet w ręku strzelił do matki. Ja w tym momencie zacząłem uciekać za dom, a potem w pole do lasu. Słyszałem kilka strzałów. Wywróciłem się i udałem zabitego. Siostry i sąsiadki zostały wepchnięte do domu. Dom podpalono”.
Tak w bardziej szczegółowym ujęciu wyglądały działania, które obecnie w ramach kultu „Żołnierzy Wyklętych” są przedstawiane jako „bohaterska walka z komunizmem” i „walka o wolną Polskę”. Tego rodzaju akcje przeprowadzano w wielu miejscach. W niektórych wypadkach żołnierze próbowali, grożąc śmiercią, zmusić swoje ofiary do przyjęcia katolicyzmu – np. akcja NZW we wsi Drochlin. Podobną działalność prowadziły NSZ. Przykładem może być tu mord na ludności żydowskiej w Przedborzu oraz mord na ludności pochodzenia ukraińskiego w Wierzchowinach (najstarsza ofiara miała w tym wypadku 92 lata, najmłodsza 2 tygodnie). Ponadto sporo osób – w tym działaczy Armii Krajowej – wyłącznie za żydowskie pochodzenie czy wyraźne liberalne poglądy, trafiło na listy proskrypcyjne NSZ.
Pojawiający się czasem argument okrutnych realiów wojny, podczas której zawsze ma dochodzić do pewnych incydentów, jest pokrętną próbą odwrócenia uwagi od istoty problemu. Faktem jest, że rabunków, gwałtów czy mordowania ludności dopuszczali się żołnierze z różnych formacji, w wielu krajach. Jest jednak różnica pomiędzy systemami, które za takie zachowania karały – a organizacjami takimi jak NSZ, gdzie działania te były spójne z ich politycznymi celami, znajdowały usprawiedliwienie w ich ideologii oraz były inspirowane działającą tam propagandą – wskazującą na niekatolików jako „komunistów” i „wrogów ojczyzny”, których należy zwalczać i dla których nie powinno być w Polsce miejsca.
Podobną nieprzypadkowość terroru widać w działalności zagranicznych organizacji katolickich tamtego okresu. Na przykład Manuel Tuñón de Lara, Julio Valdeón Baruque i Antonio Domínguez Ortiz w książce „Historia Hiszpanii” piszą, że „masowych zbrodni dopuszczały się wprawdzie obie strony, jednakże w obozie frankistowskim były one realizowane lub tolerowane odgórnie, mieściły się w koncepcji prowadzenia wojny, traktowano je jako narzędzie walki, „wojenną konieczność”. Po stronie republikańskiej natomiast krwawy terror nie należał do arsenału politycznej broni; był on zresztą wysoce nieopłacalny dla rządu, gdyż spontaniczny i wymykający się spod kontroli stawał się nieselektywny, nie paraliżował wroga, a jedynie dostarczał argumentów antyrepublikańskiej propagandzie” Masowy terror – mający swoje uzasadnienie w katolicyzmie, był więc cechą charakterystyczną i wspólną tak samo dla Falangi Hiszpańskiej, Ustaszy czy Słowackiej Partii Ludowej, jak i NSZ i NZW.
Kwestia politycznych dążeń NSZ i innych tego rodzaju formacji jest często w ogóle pomijana. Wyeliminowanie całych grup społecznych było zaś jednym z ich ideowych celów – drogą do budowania wspomnianego państwa katolickiego, czystego od wszelkich przejawów odmienności politycznej, wyznaniowej czy etnicznej. Takie dążenia w Polsce widoczne były zresztą już przed wojną. Przykładem nastawienia na powolne wykluczanie pewnych części społeczeństwa, może być tutaj idea getta ławkowego dla żydowskich studentów, forsowana m.in. przez ONR (którego ideologiczną kontynuacją były NSZ).
Jak wyglądałaby Polska, którą chciały budować NSZ i NZW – i jak wyglądałoby samo jej tworzenie – można zobaczyć na przykładach innych państw tamtego okresu, w których opcja katolicka przejmowała władzę – jak Chorwacja pod rządami Pavelicia. Węgry pod rządami Szálasiego, Hiszpania władana przez Franco (wraz z poprzedzającym okresem wojny domowej), Włochy rządzone przez Mussoliniego czy Słowacja pod wodzą Tiso. Wszystkie te państwa były totalitarne. Katolicyzm potępia demokrację, za jedyne akceptowalne systemy uznając monarchię i dyktaturę (Leon XIII – „Diuturnum illud”). Potępia również wolność słowa i wolność wyznania (Grzegorz XVI – „Mirari vos”, Leon XIII – „Libertas’, Pius IX – „Quanta cura”, Pius XI – „Divini Redemptoris”). Dla niepodporządkowanych przewiduje karę śmierci. Wedle nauk Kościoła Katolickiego, każdy akt okrucieństwa wobec ludzi o innych poglądach, jest działaniem słusznym. Święty katolicki – Tomasz z Akwinu („Summa theologiae”), nakazuje karać śmiercią heretyków, by nie rozprzestrzeniali heretyckiej myśli. Inny katolicki święty – Bernard z Clairvaux („Liber ad Milites Templi de laude novae militiae”) – naucza, że mordowanie niewiernych jest dla katolika powinnością. W państwach tych normą więc były represje wymierzone w ludzi cechujących się innymi poglądami politycznymi, wyznaniem, orientacją seksualną czy pochodzeniem etnicznym (które utożsamiano z wyznaniem lub służeniem obcym interesom).
W Chorwacji, Hiszpanii, Portugalii i Austrii w celu więzienia i eliminacji takich osób tworzono obozy koncentracyjne – np. Jasenovac, Stara Gradiška, Ciglana, Castuera, Formentera, Miranda de Ebro, Tarrafal, Wöllersdorf, Kaisersteinbruch. Słowacja i Węgry wysyłały swoje ofiary do obozów nazistowskich. Powszechna była mowa nienawiści. Na przykład w Chorwacji, w dzienniku „Novi List” franciszkanin Dionizije Juričev uświadamiał, że zabijanie siedmioletnich dzieci nie jest złe. Na łamach pisma „Katolički tjednik” (25 maja 1941 roku) można było przeczytać: „Są granice miłości. Ruch wyzwolenia świata od Żydów to ruch prowadzący do odnowy godności człowieka. Stoi za nim wszechwiedzący i wszechmocny Bóg”.9 Hiszpański generał Gonzalo Queipo de Llano postulował, żeby wymieszać mięso i krew „komunistów” (czyli wszystkich zwolenników republiki) i użyć ich jako zaprawy przy budowie kościołów. Biskup Kartaginy Miguel de los Santos Díaz Gómara mówił: „Błogosławione niech będą armaty, jeśli w lejach, które otwierają, zakwitną słowa Ewangelii”. Kardynał Isidro Gomá y Tomá w liście pasterskim z 24 listopada 1936 roku określa zaś przemoc sił Franco jako „prawdziwą krucjatę o religię katolicką”.
W Hiszpanii, po upadku republiki, zaczęto rozprawiać się z jej pozostałościami. Kościół Katolicki otrzymywał od państwa liczne przywileje. Przekazywano mu wydawnictwa i szkoły. Znoszono wolność słowa, wolność wyznania i wolność zgromadzeń. Zdelegalizowano małżeństwa cywilne i rozwody. Pozamykano niekatolickie kościoły. Nauka religii katolickiej w szkołach i płacenie podatków na rzecz prywatnych katolickich szkół stały się obowiązkowe. Wprowadzono kary za homoseksualizm i rozpowszechnianie środków antykoncepcyjnych. Rodzinom podejrzanym o niekatolickie poglądy, odbierano dzieci — które następnie sprzedawano do bogatych rodzin katolickich. Choć obozy koncentracyjne w Hiszpanii nie były typowymi obozami śmierci, to ludzie również ginęli tam w dużych ilościach np. przez wykańczającą pracę. W Chorwacji organizowano masowe mordy i brutalne egzekucje poprzedzone nierzadko torturami – np. obdzierano ludzi żywcem ze skóry, fragmentowano za pomocą pił i siekier, wyłupywano oczy, odcinano języki i nosy, kobietom obcinano piersi, nabijano dzieci na pale. Bywało, że tego rodzaju mordów dokonywali sami zakonnicy franciszkańscy.
Falangę Hiszpańską czy Ustaszy cechował katolicki fundament tak samo, jak NSZ i NZW, które odziedziczyły go po przedwojennych organizacjach chcących budować katolicką Polskę. Tak samo cechował je również terror, uzasadniany katolicką retoryką. Śmiało można więc uznać, że działacze NSZ i NZW walczyli o taki właśnie porządek, jaki zaistniał w Chorwacji czy Hiszpanii. Gdyby nie stanowili niewielkich oddziałów partyzanckich w państwie opanowanym przez komunistów, a warunki pozwoliły im urosnąć w siłę – najprawdopodobniej tak jak ich zagraniczne odpowiedniki, również wprowadziliby masowy terror. Dziś – jako „Żołnierze Wyklęci” – są zaś symbolem swoich czynów i dążeń.
Promocja „Żołnierzy Wyklętych”, ich kult – stanowią tym samym pośrednie szerzenie nienawiści. To nie tylko promowanie ksenofobicznych, totalitarnych, antywolnościowych idei, którymi kierowały się NSZ czy NZW, ale i wskazywanie przykładu „właściwych” postaw. Sugerowanie, że jacyś ludzie są „bohaterami” i „patriotami”, ponieważ zabijali za samą odmienność — jest sugestią, że takie działania są słuszne i pożądane. Z drugiej strony, wskazuje się w ten sposób, że każdy współczesny człowiek o podobnych cechach jak ofiary „Żołnierzy Wyklętych” – jest też zły, że jest „komunistą”, „wrogiem ojczyzny” i nie powinno być dla niego miejsca w otaczającej rzeczywistości, a krzywdzenie go nie jest niczym niestosownym.
Z tego względu kult „Żołnierzy Wyklętych” upodobały sobie środowiska pseudokibicowskie. Niegdyś agresja ich była związana prawie wyłącznie z barwami klubowymi oraz wątkami nazistowskimi. Kult „Żołnierzy Wyklętych” – tymczasem, nie dość, że uzasadnia nienawiść i przemoc wobec odmienności, to jeszcze został wypromowany w Polsce jako coś pozytywnego. Tak też pseudokibice zaczęli utożsamiać się z „Żołnierzami Wyklętymi”. Bywa więc, że groźby, przemoc i akty wandalizmu są przez nich uznawane za wyraz „patriotyzmu”. Wszelkie działania policji, polityków, organizacji społecznych czy publicystów wymierzone w tych pseudokibiców — są natomiast przez nich przedstawiane jako działania uderzające w „patriotów” i za tym porównywanie do prześladowań komunistycznych.
Jak utożsamianie mordowania ludzi z „patriotyzmem”, stanowić może bezpośrednią motywację do aktów agresji, racjonalizację takich zachowań lub usprawiedliwienie dla bandytyzmu — pokazuje sprawa z Legnicy, gdzie w 2015 roku pewien mężczyzna dokonał morderstwa na dwóch starszych małżeństwach. W lutym zaatakował parę z ulicy Oświęcimskiej. Starszego mężczyznę obalił na ziemię uderzeniem młotka w głowę. Potem zabił nim jego żonę. Kiedy usłyszał, że leżący mężczyzna wydaje z siebie jakieś dźwięki, wrócił do niego, zadając mu kolejne ciosy młotkiem – łącznie około 12. W sierpniu zaatakował zaś starszą parę z ulicy Głogowskiej, której remontował dom. Kobietę tłukł młotkiem w głowę i inne części ciała. Dodatkowo zadał jej kilka dźgnięć przy pomocy noża kuchennego. Łącznie wykonał około 31 ciosów. Podobnie przy pomocy młotka i noża zabił jej niepełnosprawnego męża, leżącego w łóżku w pomieszczeniu obok. Przed sądem twierdził, że zrobił to, bo został „wychowany w duchu patriotycznym”. Bronił się, usprawiedliwiając swój czyn tym, że wykonał egzekucję na „zdrajcach” narodu, „komunistach” i ludziach obrażających „patriotów”.
Kult „Żołnierzy Wyklętych” jest więc nie tylko wypaczaniem historii, ale zakamuflowaną pozytywnymi pozorami formą promocji ksenofobii, antywolnościowych idei, nienawiści i agresji. Dzięki temu kultowi, z jednej strony – pewne środowiska, które są świadome zbrodni „Żołnierzy Wyklętych”, mogą je oficjalnie pochwalać. Z drugiej – mogą reagować pozorowanym oburzeniem, gdy ktoś te zbrodnie potępi – nazywając to „atakiem na polskich patriotów”, „oczernianiem Polaków” i domagając się na tej podstawie cenzury. Aby w podobny sposób uciszyć krytyków i mieć niekrępowaną możliwość promocji organizacji takich jak NSZ – Prawo i Sprawiedliwość próbowało na przykład wprowadzić w 2013 roku prawny zakaz jakiegokolwiek publicznego oskarżania polskich „antykomunistycznych” partyzantów o udział w masowych zbrodniach.
Eksponowanie kultu „Żołnierzy Wyklętych”, powiązane chęcią uciszania jego krytyki, jest zresztą dla partii katolickich, nie tylko narzędziem szerzenia nienawiści, ale i nośnikiem innych niejawnych sygnałów kierowanych do wyborców. Metodę taką czasami określa się jako „psi gwizdek” (od angielskiego „dog whistle”), co jest odwołaniem do działania gwizdka wysyłającego dźwięk o częstotliwości słyszalnej dla psa, ale nie dla człowieka. W tym wypadku, do własnego, świadomego elektoratu dociera komunikat sugerujący, że partia taka gotowa jest akceptować ksenofobię, agresję, pochwalanie zbrodni i totalitarnych dążeń. Nieświadoma część społeczeństwa nie słyszy zaś nic poza pozytywnymi hasłami o patriotyzmie, wolności i walce z komunizmem. Rozprzestrzenianie się kultu NSZ i NZW to jednak nie tylko wina ugrupowań katolickich. To również wina polityków uważających się za liberałów – którzy kierując się wyłącznie własnym interesem, skłonni są celowo to zjawisko ignorować lub nawet je wspierać.
Brak reakcji na kult „Żołnierzy Wyklętych”, akceptowanie go czy nawet wspieranie jego ekspansji, buduje patologiczną sytuację w sferze społecznej i politycznej, pomaga zaburzać funkcjonowanie prawa i wypaczać debatę publiczną. Przyczynia się również do kreowania negatywnego wizerunku Polski, jako państwa przemilczającego niewygodne dla siebie fragmenty historii oraz gloryfikującego zbrodniarzy. Doprowadzono w ten sposób do stanu, w którym można legalnie promować totalitarne dążenia, agresję i uprzedzenia — jednocześnie zamykając usta tym, którzy to potępiają. Ludzie nieświadomi historii organizacji takich jak NSZ, mogą natomiast w pozorowanym duchu patriotyzmu i oporu wobec totalitaryzmu komunistycznego – być łagodnie przeciągani na stronę zwolenników ksenofobii, nacjonalizmu i alternatywnej tyranii. Kult „Żołnierzy Wyklętych” przemyca bowiem przez barierę akceptacji tych ludzi, pochwałę czynów i idei, z którymi normalnie by się nie zgodzili. Dzięki opakowaniu tego kultu w patriotyzm i pozytywny wydźwięk, takie osoby, nawet jeżeli faktycznie nie pochwalają jego obiektu, to przynajmniej będą go akceptować a w ich umysłach powstanie filtr, skutkujący odrzucaniem jakiejkolwiek krytyki bojówkarzy nazywanych „Żołnierzami Wyklętymi”.

Zapomniana rocznica

17 stycznia 1945 r. do lewobrzeżnej Warszawy weszły pierwsze oddziały I. Armii Wojska Polskiego i Armii Czerwonej. Ofensywa rozpoczęła się kilka dni wcześniej. Z przyczółka warecko-magnuszewskiego uderzyła radziecka 61. Armia dowodzona, a od strony Modlina nacierała w kierunku Błonia 47. Armia, oskrzydlając Warszawę z północnego i południowego zachodu. Obawiając się zamknięcia w kotle, dowódca 9. Armii niemieckiej wydał rozkaz wycofania z zajmowanych nad Wisłą pozycji. Główne siły I. Armii WP – 1., 3 i 4. Dywizja Piechoty – nacierały od strony Warki, zaś 6. Dywizja Piechoty przekroczyła Wisłę na wysokości Śródmieścia. To jej żołnierze byli pierwszymi, którzy weszli do zrujnowanej stolicy. Nieco póżniej doszła 2. Dywizja Piechoty, która przeprawiała się w okolicach Jabłonny oraz pozostałe siły I. Armii. W tym momencie w mieście były już tylko nieliczne oddziały niemieckie osłaniające odwrót, które nie stawiały poważnego oporu. Dwa dni później, 19 stycznia, wzdłuż zniszczonych Alej Jerozolimskich przeszła defilada 1 Armii WP. Do ruin Warszawy zaczęli stopniowo wracać mieszkańcy.

Ponieważ Warszawę wyzwoliły niewłaściwe z puntu widzenia dziś rządzących Polską, lansujących pisanie historii na nowo, rocznicy tej nie poświęca się wiele uwagi, a same nazwy wyzwolicielskich formacji są wymazywane z pamięci. O 17 stycznia pamiętają jednak kombatanci – wterani I. Armii WP oraz Armii Ludowej. Przy Grobie Nieznanego Żołnierza oraz na Cmentarzu-Mauzoleum Żołnierzy Armii Czerwonej w Warszawie zostały złożone wieńce.

Recydywa TTV-IPN

Teatr Telewizji – bilans drugiej połowy 2018 roku

Chełpliwe deklaracje, obietnice i zapowiedzi prezesa TVPiS Jacka Kurskiego i dyrektora Jedynki tejże, Mateusza Matyszkowicza, ogłaszających megalomańsko, że doprowadzili do odrodzenia Teatru Telewizji, okazały się tyle samo warte, co inne pisowskie wirtualne sukcesy i wioski potiomkinowskie, w tym groteskowy w swojej kłamliwości animowany film o Polsce jako kraju świetlanych perspektyw ekologicznych, rozpowszechniany przez rząd PiS z okazji kongresu klimatycznego w Katowicach.

 

Po bilansie przedstawień Teatru Telewizji w pierwszej połowie kończącego się roku, czas na bilans połowy drugiej, powakacyjnej, jesiennej. Generalnie można zauważyć, że zamiast obiecywanego renesansu kulturotwórczej roli telewizyjnej sceny poprzez produkcję i emisję przedstawień tekstów z zakresu polskiej oraz obcej klasyki dramaturgicznej i literackiej, a także wartościowych tekstów współczesnych, ponownie zaserwowano widzom nawrót nieco zmodyfikowanej formy, którą za poprzedniej edycji rządów PiS w TVP (2006-2007) krytycy określili mianem „teatru IPN”, a którego promotorką była ówczesna dyrektorka TTV, obecna wiceminister kultury w pisowskim rządzie, Wanda Zwinogrodzka. Mam na myśli serię widowisk według scenariuszy opartych na wydarzeniach z kręgu powojennej historii Polski, głównie, choć nie tylko, z lat czterdziestych i pięćdziesiątych, czyli problematyki represji bierutowsko-stalinowskiego aparatu bezpieczeństwa przeciw żołnierzom AK, antykomunistycznym działaczom politycznym, a także tzw. „żołnierzom wyklętym” (m.in. „Śmierć rotmistrza Pileckiego”, „Inka”, „Słowo honoru”, „Stygmatyczka”, „Golgota wrocławska”).

Problem z tym cyklem przedstawień nie polegał wszakże na niewłaściwym wyborze tematyki, na pewno wartej podejmowania w jakiejś formie, lecz na skrajnie stronniczym, tendencyjnie jednostronnym ideologicznie i zredukowanym w sferze problematyki oraz ujęć tematów, a przez to radykalnie zafałszowanym obrazie sytuacji w Polsce w latach 1944-1956. Takie ujęcie wydarzeń i personaliów tego okresu sprawiło, że inicjatorzy i realizatorzy tych przedstawień popadli w zakłamanie i schematyzm podobne do tych, którymi charakteryzował się przekaz historyczny uprawiany po wojnie przez tę formację polityczną, której potępieniu służy wspomniany cykl.

 

Polityka historyczna zamiast teatru

Spójrzmy zatem wstecz na pierwszą, jesienną część sezonu 2018-2019. Rozpoczęto go (24.09) przedstawieniem „Ostatni hrabia Edward Raczyński” w reż. Krzysztofa Magowskiego, sprawnym warsztatowo, ale mieszczącym się w poetyce fabularyzowanych widowisk dokumentalnych o tematyce historycznej. W październiku wyemitowano kolejne premiery, tyle że z kręgu historii bardziej odległej – „Fryderyka”, widowisko oparte na biograficznej książce Piotra Witta „Przedpiekle sławy. Rzecz o Chopinie” w reż. Agnieszki Lipiec-Wróblewskiej i spektakl „Reytan. Druga strona drzwi”, w reż. Jakuba Pączka, oparty na opowiadaniu Mariana Brandysa. Oba oparte na ciekawych wątkach, ale pierwszy został zrobiony żenująco słabo, na granicy nieudolności, a drugi, lepszy realizacyjnie i nie pozbawiony pewnej formalnej urody, też nie był jednak realizacją na wysokości podjętego zadania. Następnie odbyła się premiera widowiska „Popiełuszko” w reż. Jana Nowara.

Było to przeniesienie, dokonane z inicjatywy NSZZ „Solidarność”, hagiograficznego w przesłaniu przedstawienia z Teatru Dramatycznego im. Aleksandra Węgierki w Białymstoku, a w dwa ostatnie poniedziałki października zaserwowano powtórki dwóch przedstawień historycznych – „Słowo honoru” w reż. Krzysztofa Zaleskiego z 2006 roku czyli z okresu pierwszej edycji „teatru IPN” oraz „Marszałka”, według tekstu głównego speca od tekstów dla „teatru IPN”, Wojciecha Tomczyka, w reż. Krzysztofa Langa. W listopadzie widzom TTV zaserwowano widowisko „Prymas Hlond” w reż. Pawła Woldana, specjalisty od hagiograficznych widowisk o ważnych przedstawicielach polskiego kleru katolickiego (Wojtyła, Wyszyński) i „Człowieka, który zatrzymał Rosję” w reż. Tomasza Drozdowicza, o zapomnianym deszyfrancie z 1920 roku, poruczniku Janie Kowalewskim. Grudzień rozpoczęła powtórka widowiska „Rozmowy z katem”, wg książki wspomnieniowej Kazimierza Moczarskiego, w reż. Macieja Englerta, a następnie telewizyjna premiera spektaklu „Generał”, wyreżyserowanego przez Aleksandrę Popławską i Marka Kalitę w oparciu o tekst Jarosława Jakubowskiego. W tej sytuacji rolę przedstawień klasyki spełniło „Lato” Tadeusza Rittnera, zaledwie melodramat z akcentami komediowymi oraz szczyptą refleksji egzystencjalnej, w kulturalnej i fachowej realizacji Jana Englerta oraz, na finał sezonu jesiennego, „Chłopcy” Stanisława Grochowiaka w reż. Roberta Glińskiego. Oba zostały sprawnie zrobione i nieźle zagrane przez doborową obsadę.

 

Monotonne menu – historia na jedną ideologiczną modłę

Wymienione przedstawienia były realizacjami różnej klasy profesjonalnej. Niektóre, jak widowisko o „Reytanie” uderzało niskim poziomem realizacji i bardzo złym aktorstwem. Inne, jak „Prymas Hlond”, zrealizowane na przyzwoitym poziomie technicznym, raziło jednak jednostronnym i hagiograficznym podejściem do tytułowego bohatera. Jeszcze inne, jak „Popiełuszko”, było nieznośnym przykładem teatralnej grafomanii i kiczu kościelnego w stylu przywodzącym na myśl żywoty ideologicznych świętych okresu socrealizmu. Jeszcze inne, jak „Fryderyk” miało zalążki na niezłe przedstawienie, ale zostało skażone przez minoderyjne ujęcie ciekawego tematu i niedobrą manierę aktorską niektórych wykonawców. Było też kilka realizacji w wykonaniu solidnych mistrzów jak Maciej Englert, Krzysztof Zaleski czy Krzysztof Lang.

Nie w tym zatem rzecz, że wszystkie te widowiska były złe z realizacyjnego czy artystycznego punktu widzenia, bo nie były. Podobnie jak można by wskazać kilka co najmniej ciekawych ról aktorskich. Istota formułowanych tu zarzutów w stosunku do aktualnej edycji Teatru Telewizji wypływa skądinąd. Policzmy – na dwanaście przedstawień jesiennej części sezonu TTV, siedem było widowiskami o tematyce historycznej, ale ujętej w kręgu zakreślonym przez jednostronne spojrzenie ideologiczne, w duchu prawicowej, konserwatywnej, nacjonalistycznej polityki historycznej. Do tego doszły trzy powtórki spektakli, także o tematyce historycznej. Próżno było szukać wśród tych przedstawień choćby jednego, które wyłamałoby się z tego schematu, z tego „historiocentryzmu” i podjęło którykolwiek z wątków przynależnych do znanych wielkich debat, toczonych wokół kluczowych zagadnień, sprzeczności i kompleksów polskiej kultury, problemów historiozoficznych czy kwestii społecznych. Można by rzec, że Teatr Telewizji kontynuował, choć w formie mniej jednolitej tematycznie niż „teatr IPN” z lat 2005-2007, tamtą tendencję do pokazywania jednostronnego, w duchu hagiograficznym, wybranych wątków historii Polski, z wykluczeniem jakiegokolwiek krytycyzmu i uwzględniania różnych racji. Nie tylko rząd PiS wstawał z kolan w swojej polityce historycznej i polityce budzenia dumy narodowej. Wstawał z kolan także Teatr Telewizji, oferując widzom wyłącznie jednoznacznie pozytywną, hagiograficzną, lukrowaną, bezrefleksyjną wizję i interpretację wybranych wątków polskiej historii, bez najmniejszej próby sięgnięcia choćby po samokrytyczny, fascynujący i do dziś nieprzepracowany nurt polskiej kultury, wywodzący się z wybitnych tradycji myśli Maurycego Mochnackiego, Stanisława Brzozowskiego, Witkacego czy Witolda Gombrowicza, ale także z innych źródeł. Zamiast tego serwowano widzom widowiska w duchu bogoojczyźnianych „czytanek narodowych”, całkowicie omijając nurt historycznego, krytycznego namysłu nad meandrami polskich dziejów, kultury i nad polskimi wadami narodowymi.

 

Absencja wielkiej klasyki

Nie znalazło się na ekranie TTV miejsce na jedną nawet w omawianym okresie realizację utworu z kręgu wielkiej klasyki polskiej i obcej, dawnej czy współczesnej, na Mickiewicza, Słowackiego, Krasińskiego czy Wyspiańskiego, na Szekspira czy Moliera, ani na którąś ze sztuk Strindberga, Ibsena, Maeterlincka, Becketta, Mrożka, Gombrowicza czy Tadeusza Różewicza – nazwiska i tytuły można by długo wymieniać. Zarządzający Teatrem Telewizji przedłożyli jednostronną ideologicznie, w duchu nacjonalistyczno-klerykalnym, wersję wydarzeń historycznych, ponad mądry, wolny od przesądów namysł historiozoficzny nad ludzką egzystencją, nad Polską i nad światem, a użytkowe teksty paradokumentalne przedłożyli ponad wybitne literacko teksty dramaturgiczne, klasyczne i współczesne. Nie wiem zatem czy to, co ciągle nosi tradycyjne miano Teatru Telewizji nadal zasługuje na tę nazwę. Prawdziwy bowiem teatr, to nie agitacyjne, jednostronne i tendencyjne ideologicznie widowiska czerpane z pisanych z prawicowych pozycji podręczników do historii, lecz nade wszystko akty artystyczne, realizacje i nowe interpretacje czy nowatorskie odczytania wielkich tekstów dramatycznych i prozatorskich, oddające w ciekawej formie skomplikowane zjawiska najrozmaitszej natury.

Widowiska historyczne ze z góry założoną, ideologiczną tezą propagandową, do teatru nie przynależą, bo propaganda jest praktyką na antypodach tego, co określa się jako prawdę wypowiedzi artystycznej, jako samoistność prawdziwej sztuki, wolnej od wysługiwania się ideologiom. Może byłoby uczciwiej przenieść neo-teatr telewizji IPN do jakiegoś pasma publicystycznego, względnie pokazywać go w ramówce tematycznego kanału typu TVP Historia, zamiast oszukiwać widzów, że to co im się serwuje, jest prawdziwym, rzekomo odrodzonym po upadku, Teatrem Telewizji.

Kłamstwo jako oręż polityczny

Kampania samorządowa nabiera tempa, ale tylko w części dotyczy samorządności. Tradycyjnie Platforma PiS biorą się za łby nie przebierając w słowach i środkach. Na dodatek Macierewicz chce znów burzyć w Warszawie Pałac Kultury i Nauki. Można by powiedzieć: wszystko w polskiej normie. Więc o co chodzi?

 

Danuta Waniek kandyduje do Sejmiku Województwa Mazowieckiego z listy nr 5 (SLD – Lewica Razem) z okręgu nr 3.

 

Kiedy na ekranie telewizora pojawi się rozmowa posłów PO-PiS, można spokojnie wstać z fotela, pójść do kuchni i zrobić herbatę. Niczego nie stracimy, niewiele się dowiemy, ponieważ padają w tych „rozmowach” wciąż te same zarzuty, odnoszące się do dawnych (przekaz dnia: „odgrzewane kotlety”) i nowych grzechów prawicy. Szczególnie zabawnie robi się wtedy, gdy na ekranie TVN 24 pojawi się poseł Sasin: w ostatnich minutach „dyskusji” polityk PiS zakrzykuje skutecznie argumenty przeciwnika, jesteśmy wówczas świadkami totalnego chaosu. I pomyśleć, że ten karczemny sposób prowadzenia „rozmowy” jest udziałem wybrańców narodu, dorosłych przecież ludzi!

 

Niespotykany wymiar kłamstw

Nowinkę ostatnich tygodni stanowi natomiast charakter udziału w kampanii wyborczej premiera rządu RP – Mateusza Morawieckiego, który może się tym razem na swej aktywności zdrowo „przejechać” . Po pierwsze, ze względu na niespotykany (nawet w Polsce) wymiar głoszonych kłamstw; po drugie – ze względu na uruchomienie „taśm prawdy”, czyli podstępnych nagrań , w czasie których Morawiecki nie dość, że siedzi wśród polityków PO w charakterze ich zaufanego doradcy (bankstera), to na domiar złego w gronie tej „wrażej” elity ówczesny prezes WBK klnie jak szewc, chociaż na pozór wygląda, jak kulturalny intelektualista. Czyli – na tych nagraniach swymi poglądami i zachowaniem ilustruje inną tożsamość i inną osobowość.

Dziś Mateusz Morawiecki znajduje się w czołówce PiS. Głoszonymi publicznie racjami zaprzecza temu, co opowiadał w gronie polityków PO. Jego kłamstwa powoli stają się niedoścignionym symbolem polskiej polityki , miarą skutecznego robienia ludziom wody z mózgu dla celów politycznych (czytaj: dla utrzymania pozycji i władzy), co w gruncie rzeczy nie dodaje powagi pełnionemu przez niego urzędowi. Dziś Morawiecki, składając nierealne obietnice, buduje sobie wizerunek „obrońcy ciemiężonego ludu”. Czyli – zachowuje się, jak rasowy polityk PiS; jak po maśle przybrał nową tożsamość i nową osobowość. Obserwując go zastanawiam się, czy w sprzyjających dla siebie okolicznościach mógłby z równym przekonaniem służyć jeszcze innej formacji politycznej? Czy jest w stanie wyznaczyć sobie nieprzekraczalne granice politycznej obłudy?

Takich ludzi, jak on, na własny użytek nazywam politycznymi nomadami. W znaczeniu słownikowym „nomadyzm” wyjaśniany jest jako tułanie się, bezdomność, włóczęgostwo – pasuje mi, jak ulał do cywilizowania w Polsce politycznego obyczaju, według którego ambicjonerzy różnej maści, kierujący się własnym interesem, bez skrupułów przenoszą się z miejsca na miejsce. I od razu zapewniają, że w nowym gronie partyjnym czują się świetnie. Rozpracowanie ich szczegółowych motywacji stanowi wdzięczne pole do badań dla psychologów polityki, zwłaszcza, że Morawiecki jest przykładem jednym z wielu. Na lewicy zaskoczyli kiedyś swoimi decyzjami Danuta Hübner i Dariusz Rosati, nie byli zresztą wyjątkami: podobnie zachował się były premier Leszek Miller, kiedy to rozczarowany brakiem miejsca na listach wyborczych SLD postanowił przenieść się w 2005 r. na listy Samoobrony. Podobnie zachował się inny były przewodniczący SLD – Grzegorz Napieralski, wędrując w 2015 r. na senacką listę Platformy (teraz krążą plotki, że stara się o przychylność PSL). Z tego wynika, że nawet czołowi politycy partii, w tym nowych socjaldemokracji, nie wykazali zbyt wielkiego przywiązania do politycznych formacji, które często współtworzyli.

 

Prymat interesu

Niestety, w byłych krajach socjalistycznych nomadyzm polityczny stał się normą. Ileż nowych partii powstało w Polsce po 1989 r., ileż z nich trwa nadal, a ileż zniknęło. Kształtowany w kapitalizmie od nowa system partyjny anihilował dotychczasowe tradycje i nurty polityczne, motywacje ideowe traciły na znaczeniu, zaczął się liczyć – jak to w kapitalizmie – interes, a deklaracje ideowe zastępował tzw. „pragmatyzm”. W wymiarze indywidualnym celem samym w sobie stawało się urządzenie się jakoś w nowej rzeczywistości politycznej, a często co zdolniejsi działali na rynku politycznym pod hasłem „kto da więcej”. Dodałabym jeszcze – więcej i na dłużej. Z czasem ludzie przestali się tym gorszyć, a niektórzy nawet to akceptują, zwłaszcza, gdy spodziewają się „premii” w zamian za opuszczenie dotychczasowy szeregów partyjnych w postaci objęcia eksponowanego stanowiska w strukturach władzy. Tak było n.p. z posłanką PSL Angeliką Możdżanowską, która opuściła słabnący klub partyjny i wkrótce przeszła do PiS, za co spotkała ją nagroda w postaci stanowiska sekretarza stanu w Ministerstwie Rozwoju.

Niedawno z częścią Inicjatywy Polskiej przeszła do Platformy Barbara Nowacka, znana obrończyni swobód obywatelskich, a w szczególności praw kobiet. W oczach opinii publicznej kojarzona jednoznacznie z lewicą, świadczyły o tym wypowiadane przez nią poglądy i działalność. Kiedy Platforma tryumfalnie informowała opinię publiczną o swej nowej zdobyczy – zrobiło mi się niewymownie smutno…

Wiem, że nie tylko mnie. Kiedy dziennikarze pytali ją o motywacje takiej decyzji (byli zdziwieni, bo oto znana feministka poszła pod kopułę prawicy), sięgnęła przy tym po argument, po którym było mi jeszcze smutniej: stwierdziła bowiem, że nie przystała na współpracę z SLD, ponieważ nie podoba się jej… polityka historyczna tej partii. Przypuszczam, że Barbarze Nowackiej chodziło o nasze niedawne hasło „Nie ma 100-lecia, bez 45-lecia”.

 

Nie oddawać pola

Pomyślałam wówczas, że tego jednak w debacie publicznej pominąć nie wolno, stąd pozwalam sobie na kilka słów komentarza:

Nie ulega dla mnie wątpliwości, że w sporze o przeszłość i patriotyzm współczesna lewica zbyt długo oddawała pole ugrupowaniom solidarnościowym. Niestety, kwestia ta nie była również długo podejmowana przez większość lewicowych intelektualistów, którzy – być może spłoszeni poziomem prawicowej agresji – nie mieli w sobie tyle odwagi, aby na przekór wszystkiemu bronić pozytywnego dorobku PRL i nie poddawać się konserwatywnym mitom politycznym oraz narzucanym przez nie wzorcom ocen historycznych. W imię „obalania komunizmu” nowe elity eliminowały z polskiej historii wszelkie wątki, nawet te najbardziej dramatyczne, związane z tradycją lewicową (patrz: walka z caratem Ludwika Waryńskiego i wielu innych patriotów, straconych na Cytadeli, a ostatnio bezceremonialna „dekomunizacja” ulic).W błogosławionym dziele „obalania komunizmu” szła w sukurs prawicy hierarchia kościoła rzymskokatolickiego, co stało się podglebiem dla zgubnego konstruowania sojuszu tronu z ołtarzem. Zresztą, im dalej od PRL, tym więcej było w oficjalnej propagandzie tego „komunizmu”. Kilka lat temu, na łamach krakowskiego lewicowego „Zdania” Marek Zagajewski zauważył, że w Polsce „komunizm zaczął się w 1989 roku, wraz z ogłoszeniem jego upadku”, ponieważ wtedy dopiero powiedziano Polkom i Polakom, że przed wyborami z 4 czerwca żyli w ustroju „komunistycznym”. Do tej daty „ciemny lud” myślał, że to był „realny socjalizm”.

Co ciekawe, do debat na ten temat nie dopuszczano w zasadzie głosu beneficjentów Polski Ludowej, czyli upośledzonych warstw społecznych w poprzednich okresach historycznych. Mam w szczególności na myśli te grupy społeczne i środowiska, które skorzystały na przeprowadzeniu reformy rolnej, uprzemysłowieniu kraju, nowym podejściu do publicznej, świeckiej oświaty, która bez wątpienia dała nowe szanse dzieciom robotników i chłopów. I tylko badania sondażowe pokazywały, że mimo upływu lat, w III RP okres ten niezmiennie cieszył się poparciem połowy respondentów. Stąd hasłem „komunizm”, „komunista” (oczywiście używanego w charakterze obelgi) uciszano te części polskiego społeczeństwa, którym przemiany ustrojowe nie przynosiły poprawy osobistej sytuacji, a wręcz przeciwnie – rozczarowanie i biedę. Uciszano ich zarzutami, że boją się wolności, nie potrafią sobie poradzić w ustroju premiującym przedsiębiorczość, ponieważ są bierni, leniwi i roszczeniowi. Czyli są pogrobowcami PRL i nadają się tylko do umieszczenia „w rezerwacie reliktów komunistycznych”, najlepiej w otoczeniu pomników i nazw ulic z byłej epoki. Szkoda, że tak niewiele środowisk lewicowych w porę wyciągnęło z tego wnioski dla siebie.

Wygrana PiS w 2015 r. sprawiła, że choć w oficjalnej propagandzie nadal obowiązują „komuniści i złodzieje”, to hasło to zostało dziś przesterowane głównie pod adres Platformy Obywatelskiej.

 

Zmierzch zakłamania?

W klimacie ostatnich doświadczeń z praktyką polityczną PiS, skłonność do zakłamywania historii, zwłaszcza tej po październiku 56, powoli wietrzeje. Nawet niektórzy publicyści przeglądają na oczy i zmieniają ton swoich wypowiedzi na temat Polski Ludowej. Niedawno publicysta „Polityki” – Jacek Żakowski – omawiał na łamach tygodnika trzy historyczne kłamstwa, wskazując najpierw na wyidealizowaną I Rzeczpospolitą, a następnie na świetlany obraz międzywojnia. Trzecie wymienione przez niego kłamstwo historyczne dotyczyło obrazu Polski Ludowej, która w obowiązującym przekazie prawicowych elit przedstawiana jest jako kraj naznaczony jedynie latami wojny domowej i stalinowskim terrorem, który przez 40 lat dusił czynny, niepodległościowy opór. A przecież – jak stwierdził Żakowski – „z prostej uczciwości trzeba docenić to, że PRL udźwignął odbudowę nie tylko z podniesienia sporej części kraju z ruin, ale również w sensie odtworzenia straconej na wojnie elity”. W kontekście tym przyznał odważnie, że „jeśli chce się chodzić po ziemi, to trzeba pamiętać, że sukces III RP był możliwy dzięki kapitałom, stworzonym w PRL”.

Pojawia się więc pytanie: czy polityka historyczna SLD, polegająca na przywracaniu pamięci o historycznym dorobku co najmniej dwóch pokoleń Polek i Polaków, jest w naszym gronie motywowana złymi emocjami, czy dążeniem do sprawiedliwej oceny ich wkładu w rozwój narodowy i społeczny? Czy słusznie bronimy dokonań ludzi kultury i nauki polskiej, w tym polskich inżynierów, budujących autorytet polskich uczelni i czołowych instytucji naukowych..? Czy w tym kontekście n.p. Order Budowniczego Polski Ludowej jest powodem do dumy, czy wstydu…?
Elity postsolidarnościowe stworzyły po 1989r źródła nowych, często dotkliwych nierówności społecznych, chociaż nie wszyscy w tym gronie (n.p. Jacek Kuroń, Hanna Świda-Ziemba) popierali ciężką rękę Leszka Balcerowicza. Reformy tego ekonomisty były przecież świadomie wymierzone „w pracowników najemnych, przede wszystkim z wielkich państwowych zakładów pracy, ostoi „Solidarności”. Nie pamiętam, aby kiedykolwiek upomniał się o nich wcześniej n.p. Jarosław Kaczyński, chociaż wpycha się go dziś na siłę w historię robotniczej „Solidarności”. A przecież on nie z podwórka, co pogardliwie swego czasu podkreślał. Warto więc uparcie powtarzać, że niezaprzeczalnym dziełem nowych elit jest zlikwidowanie w Polsce wielkoprzemysłowej klasy robotniczej, czyli prawdziwych autorów robotniczego buntu, do których-jak trzeba – odwołują się dziś ulubiony przeze mnie solidarnościowiec Karol Guzikiewicz i jego przewodniczący Piotr Duda.

 

Kłamstwo płaszczyzną porozumienia

Dziś, elita PiS rozgrywa stworzone po 1989 r. nierówności, posługując się nierealnymi obietnicami, demagogią, kalumniami i kłamstwem. To, co w tym wszystkim może zastanawiać i zdumiewać, to akceptacja takiego postępowania przez wyborców PiS, bowiem na naszych oczach kłamstwo polityczne stało się płaszczyzną porozumienia elit PiS z wyborcami tej partii.
Kłamstwo polityczne jest stare jak historia ludzkości, nie łatwo z nim walczyć i zapobiegać. Zastanawiali się nad nim już Sokrates i Platon, a do wydarzeń nowożytnych nie będę się odwoływać, bo jest ich tak dużo, że na ich opis zabrakłoby całego wydania „Trybuny”.

W 1987 r. nad tym, czym jest kłamstwo polityczne, zastanawiał się ksiądz Józef Tischner w Stalowej Woli na spotkaniu Duszpasterstwa Ludzi Pracy. I choć odnosił swą analizę do PRL-owskiej rzeczywistości, po latach okazało się, że jego wywody nabrały charakteru uniwersalnego, że dzisiejsze okoliczności stosowania kłamstwa politycznego pasują, jak ulał do tischnerowskich analiz sprzed 30 laty. Uczony ksiądz przypomniał oczywistą prawdę, że kłamstwo polityczne „wynika z potrzeby władzy i służy interesom władzy”. I dalej wywodził: „Przy jego pomocy władza pragnie potwierdzić siebie, czyli poszerzyć swoje panowanie, umocnić się, usprawiedliwić we własnych i cudzych oczach”.

W kontekście tym jednakże poczynił ciekawe spostrzeżenie: „Władza jest nie tylko źródłem tego kłamstwa, ale i jego rozgrzeszeniem”. Rozwinął tę myśl, wskazując na zabójczy udział „poddanych w kłamstwie”. I dalej pisał: „W przypadkach kłamstwa politycznego najbardziej zastanawiające nie jest bowiem to, że ten i ów polityk je formułuje i do wierzenia podaje , ale to, że ono samo wykazuje zdumiewającą żywotność i pleni się, jak chwasty, rozsiewane równie dobrze przez władców, jak i poddanych”.

Z danych statystycznych wynika, że elektorat PiS to ludzie starsi i słabo wykształceni, najczęściej o postawach autorytarnych, łatwo ulegający spiskowej teorii dziejów i innym uproszczonym wyjaśnieniom spraw z natury rzeczy złożonych. Z tego wynikałoby, że politycy PiS znaleźli jednakże trafną drogę do emocji swych zwolenników, czyli zrozumieli „duszę tłumu”, odwołując się nie do rozsądku, lecz głównie do jego uczuć i emocji (kłania się Gustave Le Bon).

 

Kłamstwo bezkarne

Z doświadczenia wiadomo, że uporać się skutecznie z kłamstwem politycznym łatwo nie jest. W czasie kampanii zapobiegają temu sądy. Przed rokiem w gronie prawników i naukowców próbowano wypracować przepis do Kodeksu karnego penalizujący kłamstwo polityczne. Propozycja brzmiała następująco:

„Kto będąc funkcjonariuszem publicznym /../ świadomie przekazuje nieprawdziwe informacje wprowadzając opinię publiczną w błąd, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
Dalej proponowana regulacja odnosiła się do osób, pełniących funkcje w organach partii politycznych, stowarzyszeniach, fundacjach i innych podmiotach, prowadzących działalność polityczną. Udowodnione przestępstwo połączono z obligatoryjnych zakazem pełnienia funkcji publicznych. Dyskusja na ten temat odbyła się w redakcji tygodnika „Polityka”, ale później sprawa ucichła. A kłamstwo polityczne szaleje i zdobywa nowe przyczółki.

Ważne jest jednak pytanie, czy stosowanie przez rządzących kłamstwa w praktyce politycznej stanowi jednocześnie drogę bezpieczną dla ogólnych interesów społeczeństwa i państwa? Czy odnosi się ono również do kwestii strategicznych? Zauważmy, że w dzisiejszych uwarunkowaniach wewnętrznych i zewnętrznych politycy PiS, oszukując własnych obywateli, przekazują z rozmysłem błędne informacje otoczeniu sojuszniczemu Polski. Myślę, że kłamstwo polityczne, jeżeli jest stosowane przez długi czas (a u nas ta metoda obowiązuje już co najmniej trzy lata), stanowi bardzo niebezpieczną politykę dla interesów naszego kraju, na potwierdzenie tej tezy przykładów i obaw nie brakuje.

 

Błędy nie uczą

Można w tym miejscu przypomnieć o najbardziej tragicznym w skutkach kłamstwie politycznym dla społeczeństwa i państwa polskiego, jakim była sanacyjna propaganda przed wybuchem wojny z 1939 r. Jego skutki tkwią w nas do dziś, ponieważ świadomi jesteśmy nieodżałowanej krwawej ofiary milionów Polek i Polaków, porzuconych na łaskę wojennego losu przez ówczesne „elity”. Wspominano o tym kilka tygodni temu na łamach prasy lewicowej, przy okazji obchodów kolejnej rocznicy wybuchu II wojny światowej. Rozgłaszano wówczas hasła o sile gospodarczej i militarnej RP w rodzaju: „Nie oddamy nawet guzika”. Zapewniano również, że jesteśmy „Silni, zwarci i gotowi”. Dziś dokładnie wiemy, że klęska wrześniowa Polski wynikała nie tylko z przyczyn obiektywnych (polityka Zachodu, plany Hitlera), ale z propagandowego, mentalnego hamowania odruchów obronnych i organizacyjnych narodu w obliczu zbliżającej się agresji. Na okładce lewicowego „Przeglądu” z początku września 2018 r. widzimy zdjęcie „ludzi honoru” – Rydza Śmigłego, Ignacego Mościckiego i Józefa Becka, opatrzone niezwykle trafnym tytułem „Oszukali Polaków i… uciekli”. Dołączyłabym do nich jeszcze prymasa Augusta Hlonda, on też uciekał przez te Zaleszczyki…Wrócił dopiero po wojnie.

W związku z planami Macierewicza na marginesie oświadczam: mi się Pałac Kultury niezmiennie podoba. Kiedy wracając do Warszawy dostrzegam majaczącą z dala sylwetkę Pałacu – wiem, że dom blisko. I niejaki Macierewicz mi tego nie odbierze.

I na koniec: kandyduję do sejmiku, liczę , że ta informacja dotrze do czytelników „Trybuny” z prawobrzeżnej Warszawy, gdzie mieszkam. Gdzieniegdzie wiszę z Andrzejem Rozenkiem na bilboardach, a czasem z autobusową reklamą wyborczą jadę z Darkiem Klimaszewskim, skąd się do Państwa uśmiecham. Będę także wrzucać ulotki do skrzynek.

Proszę – przeczytajcie i jeśli uznacie, że warto – zagłosujcie.

Nie dla rewizjonizmu

Francuska Partia Komunistyczna (PCF) zabrała głos przeciwko prowadzonej przez polski rząd polityce historycznego rewizjonizmu.

 

„Polski rząd reakcyjnej i ksenofobicznej partii PiS prowadzi politykę zmierzającą ku przebudowie polskiego społeczeństwa w duchu klerykalnym i etnocentrycznym nie zważając na protest Unii Europejskiej. Częścią tej polityki jest wymazywanie z historii Polski komunistów” – czytamy w komunikacie ogłoszonym przez PCF. Francuscy komuniści podkreślają w nim, że władze polskie z pełną determinacją pod hasłem dekomunizacji starają się zatrzeć w ogóle wszelkie ślady polskiego ruchu robotniczego. „PCF potępia stanowczo ten rewizjonizm historyczny” – napisali, dodając że działania polskich władz stanowią obrazę nie tylko dla tradycji robotniczych na ziemiach polskich, ale w całej Europie – również we Francji.

To nie pierwszy raz, kiedy Francuska Partia Komunistyczna zabiera głos wobec tego, co dzieje się w Polsce. Wcześniej PCF – podobnie jak i partie komunistyczne z innych krajów Europy i nie tylko Europy – aktywnie solidaryzowała się z Komunistyczną Partią Polski będącą obiektem szykan ze strony władz. KPP – tylko z racji iż w jej nazwie znajduje się skazane na ostracyzm słowo „komunizm” przypisuje się „propagowanie totalitaryzmu”.

Wobec działaczy KPP prowadzone są postępowania sądowe grożące w konsekwencji delegalizacją tej organizacji. Byłby to nie tylko cios w całą polską lewicę, ale też niebezpieczny precedens. Tym bardziej niebezpieczny, że organizacje skrajnej prawicy, które – w odróżnieniu od KPP – totalitaryzm jawnie propagują, podżegają do aktów nienawiści rasowej i obnoszą się z faszystowską symboliką nie ponoszą za to żadnych konsekwencji, a wręcz wydaje się, że korzystają z ochronnego parasola trzymanego nad nimi przez kontrolowaną przez PiS administrację państwową.