Gra Wyklętymi

Narracja „albo Wyklęci, albo Komuna” – czasem formułowana wprost, czasem bardziej lub mniej zawoalowana – stała się jednym z kamieni węgielnych prawicowej polityki historycznej. Naiwne, czarno-białe spojrzenie na historię PRL (i projektowanie go, w osobliwy sposób, na współczesność) coraz częściej uchodzi za prawdę objawioną.

Tymczasem rozprawić się z tą zero-jedynkową wizją można w bardzo prosty sposób: wyliczając to, co się w takiej alternatywie nie mieści.
Ne mieści się działająca w latach 1945-1947 legalna opozycja – PSL, którego politycy usiłowali ocalić tyle suwerenności, ile się dało, bez dalszego beznadziejnego przelewu krwi (co nie uchroniło jednak ich samych przed krwawymi represjami).

Nie mieszczą się setki wybitnych przedwojennych specjalistów,

współpracujących z narzuconym Polsce reżimem przy odbudowie kraju po wojnie – najbardziej znanym z nich był Eugeniusz Kwiatkowski, uznawany za głównego twórcę Gdyni, którą tak szczyciła się II RP. Nie mieści się – jeśli kto od pracy u podstaw woli czyn zbrojny – bitwa na dworcu w Lesznie, w której życie porwanej przez radzieckich żołnierzy Polki uratowali (przypłacając to własnym) nie Wyklęci, tylko funkcjonariusze „komunistycznej” rzekomo milicji i równie „czerwonego” wojska.

Nie mieści się kwestia wypowiadana w filmie „Generał Nil” przez głównego bohatera, który radzi garnącemu się do konspiracji młodemu zapaleńcowi,

by dla dobra Ojczyzny poszedł na studia,

dobrze wykonywał swoją pracę i założył rodzinę (nie zdołałem ustalić, czy to wypowiedź autentyczna – ale jeśli nawet apokryf, to dobrze oddaje sedno sprawy).

Nie mieści się Paweł Jasienica (przez krótki czas też zresztą, notabene, Żołnierz Wyklęty), który mimo wszystkiego, co od władz PRL wycierpiał, do końca życia uważał, że „w roku 1945 Polska weszła na jedyną drogę, która wiodła w przyszłość”.

Nie mieści się symbol przedwojennego polskiego Lwowa – „Szczepku”, Kazimierz Wajda, który po wojennej tułaczce zamieszkał w kraju i aż do naturalnej śmierci pracował w Polskim Radiu („Tońku”, Henryk Vogelfänger, powrócił dopiero w 1988 r.).

Nie mieści się Lechosław Goździk i inni robotniczy przywódcy Polskiego Października – wrodzy i stalinizmowi, i Gomułce, ale dokładający wszelkich starań, by nie dopuścić do wybuchu zbrojnego powstania, którego skutkiem byłaby rzeź gorsza od tej, jaką w tym samym 1956 r. Armia Czerwona sprawiła Węgrom. Nie mieści się krakowski „Przekrój” Mariana Eilego – pismo, które nawet w najciemniejszych latach stalinizmu nie tylko zapewniało okno na świat inteligentom, ale i drążyło niczym kropla świadomość PZPR-owskiego betonu, a zdaniem wielu stworzyło wręcz w tych przerażających warunkach własną wspaniałą cywilizację.

I tak by można wyliczać w nieskończoność.

Mówić o Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, o środowisku tygodnika „Polityka”, o Klubie Krzywego Koła. O Mirosławie Dzielskim, Stefanie Kisielewskim, Janie Józefie Lipskim (tak przecież różnych światopoglądowo). O Polskim Ruchu Obrony Łużyc i środowisku Instytutu Zachodniego, usiłującym (z sukcesami!) za cenę poparcia PPR realizować polską rację stanu na Zachodzie. O politycznych zapiskach Marii Dąbrowskiej.

O Kościele Katolickim, który w imię osiągnięcia celów dla Polski kluczowych (granice, unormowanie stosunków z Niemcami, spokój społeczny) potrafił zawierać z partią kompromisy i współpracować z nią, nie przestając przy tym być ostoją dla większości opozycjonistów.
No i o tym, że także

do samej PZPR należało wielu ludzi uczciwych,

niezaprzeczalnych patriotów. Tak było przez cały okres jej istnienia, różnymi pobudkami się ci ludzie kierowali. I o wielu jeszcze ludziach i faktach. Ale w prawicowej polityce historycznej nie o fakty przecież chodzi. A o co chodzi?

O to, by w topornej propagandzie nadal używać w obronie PiS, Konfederacji, a nieraz i ONR maczugi z napisem „PRECZ Z KOMUNĄ”.
By ciemny lud nadal łykał bardziej lub mniej zawoalowany przekaz, że w roku 1968 Polski nie było, że wnuki odpowiadają za czyny dziadków, że dezubekizacja jest słuszna, sprawiedliwa i zbawienna, że każdy, kto protestuje przeciw rządom PiS, jest w prostej linii spadkobiercą SB, ORMO, ZOMO, CzeKa, Securitate, AVH oraz Stasi, a powstańcy warszawscy walczyli o to, by Ziobro mógł odebrać Polakom niezawisłe sądy.

No, bo o to przecież walczyli? Nie?!

Jak się mnożą „Wyklęci”

Przez ostatnie kilkanaście lat, antykomunistyczne, powojenne podziemie rozrosło się 15 – krotnie. I nic nie wskazuje, żeby na tym poprzestało.

Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało okólnik. Taki, żeby wszystkie „szkoły i placówki oświatowe” włączyły się w obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Pan minister Piontkowski chciałby „ aby uczniowie wspólnie z nauczycielami zorganizowali w pierwszym tygodniu marca wydarzenia edukacyjne poświęcone bohaterom podziemia antykomunistycznego. Mogą to być spotkania ze świadkami historii, wizyty w lokalnych miejscach pamięci, lekcje o „Żołnierzach Wyklętych” czy apele pamięci”.
Żeby jednak żadnemu belfrowi nic się nie pokićkało
i nie zrobił lekcji pokazującej, jak Kuraś „Ogień” wysyła do nieba Żydów, „Bury” – Białorusinów, a ludzie Łupaszki kogo popadnie, to okólnik zawiera tegoroczne doprecyzowanie co należy świętować i uwypuklać. Znaczy szkoły dostały wykładnię aktualnej polityki historycznej.
I mają uczyć, że „Powojenna konspiracja niepodległościowa była najliczniejszą formą zorganizowanego oporu polskiego społeczeństwa wobec reżimu komunistycznego”. Z cokołu spadła „Solidarność” z jej 10 mln członków, bo widać była albo niezorganizowana, albo nie walczyła z komuną, a poza tym miała w swoich szeregach Wałęsę i Frasyniuka, więc się w walce z reżimem nie liczy. Prof. Antoni Dudek zadałby przy tej okazji MEN pytanie o mikołajczykowski PSL, który miał jakiś milion członków – czy ta formacja była niezorganizowana, czy też nie antykomunistyczna?
MEN przytacza zatem dowody na najlicznieszość Wyklętych. „W zbrojnym podziemiu działało nawet 200 tys. osób zgrupowanych w oddziałach o różnej orientacji. Kolejnych 20 tys. walczyło w partyzantce” – pisze ministerstwo. Nie tłumacząc czym różni się partyzantka od oddziału zbrojnego i dlaczego jest jej nie tyle samo, tylko dziesięciokrotnie mniej.
Ale to i tak nic,
bo „Kilkaset tysięcy osób zapewniało łączność, aprowizację, wywiad i schronienie”.
Jakby nie patrzeć, wychodzi zatem, że z komunistami po wojnie regularnie napieprzał się jakiś milion Polaków. Zwłaszcza, że „Przeciwko władzy występowali także uczniowie zrzeszeni w podziemnych organizacji młodzieżowych – łącznie ok. 20 tys. młodych ludzi”.
Patriotyczny i bohaterski charakter Wyklętych przejawiał się zaś w tym, że „Oddziały zbrojne o antykomunistycznym charakterze walczyły z Urzędem Bezpieczeństwa, Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicją Obywatelską”.
O tym, że leśni
napieprzali się też z 2 milionami czerwonoarmistów nie wspomniano. Ani o rozstrzeliwaniu zdrajców, którzy przyjęli ziemię z reformy rolnej.
Oczywiście nie ma w okólniku słowa o tym, że wiosną 1945 r. PPR miała 300 tys. członków, a w 1948 r. już 900 tys. Podanie tego mogłoby nieco zaciemnić młodzieży postrzeganie czasów, które mają mieć przekaz jasny, sprowadzający się do stwierdzenia, że naród polski w znakomitej większości walczył ze garstka zdrajców przyprowadzonych do nas przez Sowietów.
Informacje o liczebności PPR podali w 2007 r. w przedmowie do „Atlasu Polskiego Podziemia Niepodległościowego 1944 – 1956” prof. Rafał Wnuk z KUL i dr Sławomir Poleszak z IPN. Dokładnie w tym samym tekście sprzed 13 lat zawarli wszystko, co polscy historycy byli w stanie wygrzebać w archiwach o liczebności powojennego podziemia.
Czyli informację, że już w 1945 roku przed komisjami amnestyjnymi stanęło 30 217 osób, które zdały 2 tys. sztuk broni. Historycy dołożyli i fakt, że w wyniku ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, działalność swą ujawniło też 23 257 osób przetrzymywanych w więzieniach i aresztach. I wyszło im, że łącznie ta „amnestia objęła 76 574 osoby – członków organizacji podziemnych i oddziałów partyzanckich oraz dezerterów z WP, MO, KBW i UB”.
Wnuka i Poleszka środowisko historyków sobie ceni. I dlatego nikt nie kwestionuje liczb, które podają, a z nich wynika, że w 1945 r. w lesie przebywało 13-17 tys. osób, w 1946 r. 6600-8600, zaś po amnestii, w latach 1947-1950 przez oddziały przewinęło się do 1800 partyzantów.
Różnica między niecałymi 2 tysiącami, a 20 tysiącami Wyklętych, którymi posługuje się MEN jest zasadnicza, bo 10-krotna. I kłamliwa.
Żaden szanujący się badacz
nie pisze o kilkuset tysiącach osób czynnie wspomagających powojenne podziemie. Bo to bzdura jakaś jest i w dodatku zaprzeczająca narracji o krwawym terrorze i wszechobecnym donosicielstwie wprowadzonym przez UB. Ale dla MEN wciśnięcie takiego kitu uczniom, nie jest problemem.
Tak samo jak wymyślenie 20 tysięcy antykomunistycznie zorganizowanych uczniów. Poleszek i Wnuk, zjedli na tym zęby i – znając ich – też chcieliby taką liczbę wydmuchać. Ale niestety przeliczyli wszystko co się dało i doszli do wniosku, iż „do 1956 r. w Polsce powstało niemal tysiąc podziemnych grup młodzieżowych, przez które przewinęło się ponad 10 tys. osób.
Organizacje te można podzielić na kilka kategorii. Najliczniejsze nawiązywały do konspiracji wojennej i powojennej, co wyrażało się m.in. w przybieraniu takich nazw, jak AK, WiN czy NSZ . Dużą grupę stanowiły podziemne drużyny harcerskie”. Ponad 10 tys. to jednak nie MEN-owskie 20 tysięcy.
Podawana przez MEN,
idąca w dziesiątki tysięcy, liczebność Wyklętych, to nie jest ostatnie słowo obecnych władz IPN. Dlatego kierujący pracami Biura Badań Historycznych IPN w Warszawie dr Tomasz Łabuszewski uważa, że „Liczba ok. 300 tys. osób wydaje się racjonalna. Jeżeli przyjmiemy, że w okresie największego rozwoju konspiracji antykomunistycznej w jej szeregach było ok. 200 tysięcy ludzi, to wydaje się, że w okresie tych kilku kolejnych lat możemy dodać 100 tys. osób, zwłaszcza, że ta konspiracja nie zaczyna się w roku 1945, ale moim zdaniem w końcu roku 1943”.
Pewien, że Wyklętych będzie z roku na rok coraz więcej, jest prof. Antoni Dudek. I z jednej strony go to śmieszy, a z drugiej każe przypomnieć jak to jeszcze 40 lat tremu, z komunistycznych kanap takich jak SDKPiL, ówczesna propaganda usiłowała uczynić organizacje masowe. Mechanizm i chęci się nie zmieniły. Tamtym chodziło o rozdmuchanie swojego mitu założycielskiego, tym o dokładnie to samo. A że wybrali sobie nie Solidarność i AK, to będą nadymać balonik z Wyklętymi do granic przyzwoitości.
I tylko szkolnej dziatwy żal…

Soft polityka, nie tylko historyczna

Niedomówienia bądź „nieznane fakty”, czasem niechcący, może celowo, z braku wiedzy, z jeszcze innych powodów, w skutkach niosą zawsze jawny fałsz.

Na tle wszechogarniającego kłamstwa płynącego z ust nie tylko rządzących polityków i propagandowych, medialnych tub, z wypowiedzi tzw. autorytetów z profesorskimi tytułami również, nie wspominając już o hierarchach i wiejskich proboszczach, o stugębnej racji beneficjentów obecnej władzy z poziomu 500+ i z rad nadzorczych państwowych spółek – drobne niedomówienia, podobno nowo odkryte fakty bądź brak krytycznej proporcji w ich ocenie umykają nam, choć siłę rażenia mają równą tego pierwszego.

Prof. Adam D. Rotfeld i „skrót myślowy”

Komentując wystąpienie prezydenta Rosji w czasie Światowego Forum Holocaustu w Izraelu powiedział: „Nie było w przemówieniu Putina wątków polskich. Bardzo słusznie powiedział natomiast, że były narody kolaborujące z nazistami. Byłoby świadectwem uczciwości, gdy­by w tym kontekście wspomniał na przykład o rosyjskich formacjach, które w czasie powstania warszaw­skiego były użyte przeciwko cywilnej ludności Warszawy.”

Rotfeld dokonał swoistego skrótu myślowego następującego fragmentu wystąpienia Putina: „Fabryki śmierci, obozy koncentracyjne obsługiwali nie tylko naziści, ale i ich współuczestnicy z licznych krajów Europy”. W tych cytowanych słowach, które padły w Jerozolimie nie ma mowy o „narodach kolaborujących z nazistami”, bo każdy zdrowo myślący, i co nie co oczytany w historii, wie dobrze, że tak nie było. Nawet naród niemiecki, w jakiejś zapewne małej części, był jednak przeciwny nazizmowi.

Ale to drobiazg w porównaniu do złotej myśli profesora, któremu niestety zabrakło uczciwości aby dodać, że te „rosyjskie formacje które w czasie powstania warszawskiego były użyte przeciwko cywilnej ludności Warszawy” to SS-RONA (SS-Rosyjska Wyzwoleńcza Ludowa Armia) czyli rosyjscy renegaci dowodzeni przez Bronisława Kamińskiego, nie mający nic wspólnego ani z ówczesnymi władzami radzieckimi, ani też z powszechnym antyfaszystowskim i antyniemieckim oporem narodu rosyjskiego.

Wojskowa kolaboracja z III Rzeszą nie ograniczyła się do nich, gdyż istniała także złożona z Francuzów 33 Dywizja Grenadierów SS „Charlemagne”, z Belgów 27 Ochotnicza Dywizja Grenadierów Pancernych SS „Langemarck” i szereg innych, a w likwidacji Powstania uczestniczyli również Ukraińcy z SS Galizien.

Z cytowanych słów profesora niepoinformowany Polak wnioskuje, że Rosjanie nie tylko nie przyszli z pomocą Powstaniu Warszawskiemu, ale nadto aktywnie je tłumili. Jak na byłego szefa MSZ i współprzewodniczącego Polsko-Rosyjskiej Grupy do spraw Trudnych to pogratulować można tej szczególnej precyzji wypowiedzi, a redaktorom „Gazety Wyborczej” (24.01.2020) druku tego knota, niewiele różniącego się od IPN-owskich wyczynów.

Dariusz Kaliński pisząc o sowieckim Oświęcimiu

odkrywa na Onecie nieznane fakty: „Wojna jeszcze się nie zakończyła, a NKWD już otworzyło w Auschwitz własny obóz…Enkawudziści w lutym 1945 r. utworzyli dwa podobozy oznaczone numerami 22 (na terenie obozu macierzystego) i 78 (w obrębie Birkenau). Pierwszy…przeznaczony dla jeńców niemieckich, przystosowano do maksymalnie 1,5 tys. osadzonych, których systematycznie wywożono do Związku Radzieckiego lub innych obozów w Polsce. W drugim przetrzymywano Ślązaków i Opolan, deportowanych później do kopalń w Zagłębiu Donieckim. Wśród nich było dużo osób narodowości polskiej.”

Autorowi, podobno specjaliście od II wojny światowej, należy uświadomić, że zachodni alianci również powszechnie wykorzystywali tereny rozlicznych obozów, także koncentracyjnych do przetrzymywania niemieckich jeńców i podejrzanych o aktywną współpracę z hitleryzmem. Tak więc na przykład mógłby się ukazać na Onecie, choć nigdy to się nie stanie z licznych powodów, tekst zatytułowany „Amerykańskie Dachau”. I jednym i drugim zwycięzcom jakoś nie przyszło do głowy budowanie bardziej luksusowych miejsc odosobnienia, a te zastane i wykorzystywane stanowiły także doskonałą lekcje prawdy dla nowych lokatorów.
Szansę na rozróżnienie Polaka wśród Ślązaków i Opolan – osób zamieszkałych tereny niemieckie – mieli takie same radzieccy jak i ich odpowiedniki z United States Army; jedni i drudzy wywozili wojenne trofiejne. Ci pierwsi również tak potrzebnych mężczyzn, którzy zastąpić mieli swoich masowo poległych. A pan Kaliński powinien tę swoją znajomość czasów II wojny poważnie uzupełnić.

Rzecz miała się podobnie

z gwałtami, kradzieżą zegarków i rowerów, których to czynów dopuszczali się czerwonoarmiści, tak często i chętnie przypominani przez Onet. Jak się okazuje żołnierze zachodnich aliantów nie byli w tym gorsi. Tomasz Kruszewski w pracy wydanej przez Uniwersytet Wrocławski w 2016 roku pt. „Gwałty na kobietach niemieckich w schyłkowym okresie II wojny światowej (październik 1944– 8/9 maja 1945 roku) i w pierwszych latach po jej zakończeniu” dowodnie powyższe fakty przedstawia. Oto fragment tej pracy: „Ta wstrząsająca relacja, do której dotarła Miriam Gebhardt, brzmiąca tak samo jak czyny czerwonoarmistów, burzy ostatecznie mit, jakoby to alianci zachodni zachowywali się lepiej wobec kobiet niemieckich w 1945 roku. Także relacje z wydarzeń, które miały miejsce w północnoniemieckim mieście Soltau – dziwnym trafem – brzmią znajomo: pierwszej nocy, gdy wkroczyły do miasta oddziały brytyjskie, uzbrojeni żołnierze włamywali się do domów, żądając zegarków i innych wartościowych rzeczy, a potem całymi nocami gwałcili kobiety i dziewczyny, które to gwałty – co ciekawe – zapoczątkowali oficerowie armii brytyjskiej.

Przez Frankfurt nad Menem przetoczyła się w 1945 roku fala krwawych gwałtów, których sprawcami byli żołnierze amerykańscy, co wywołało u Niemek psychozy. W tym kontekście intrygująco brzmi relacja E.M. (ur. w 1909 r.) z Berlina. Nie została ona zgwałcona przez Radzieckich, kontaktów z nimi nie nazywała gwałtami. Ci, których spotykała, byli znacznie lepsi od Amerykanów. Natomiast, gdy wpadła w ręce oficera amerykańskiego, ten cały czas bił ją tak, że potem była cała w zielonych i błękitnych sińcach.
Amerykanie po wkroczeniu plądrowali, niszczyli wszystko, gwałcili kobiety, co Niemców szczególnie dziwiło, bo myśleli, że przybyli do nich „żołnierze najbogatszego kraju świata”. Ciekawe, że kradli – tak jak ich koledzy ze wschodu – w pierwszej kolejności zegarki i rowery. Ale przydawały im się także radioodbiorniki, kamery do filmów, lornetki, biżuteria, srebrne talerze, scyzoryki, a nawet zapalniczki. Drugi i trzeci rzut głównie zajmował się zbiorowym gwałceniem kobiet – w kolejce oczekiwał jeden po drugim żołnierzu”.

W nawale rozlicznych wypowiedzi,

na różny sposób dezawuujących wysiłek zbrojny ZSRR w czasie minionej światowej wojny i wyzwolenia Polski, z niedowierzaniem czytam, że saperzy radzieccy ocalili Jasną Górę, rozminowując ją od zeskładowanych w podziemiach iluś tam niemieckich lotniczych bomb („Przegląd”, 27.01.-2.02.2010). Miało być tak pięknie, klasztor miał wylecieć w powietrze w chwili nadejścia Armii Czerwonej, co stanowić miało dowód, że to ona ten szczególny dla Polaków symbol, wzorem swoich cerkwi, wysadziła w powietrze. Fajtłapy ci niemieccy żołnierze, wielka szkoda, bo można by to głosić nawet dzień po skończeniu świata.

Ale to sobie odbijemy

i utartym już niemieckim szlakiem, od Rosjan możemy zażądać reparacji za straty poniesione podczas II wojny światowej, co obwieścił wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński. To oświadczenie, z uwagi na niezrozumiały minimalizm bardzo mnie zasmuciło, bowiem brak w nim jasnego żądania powrotu naszych, od wieków, Kresów Wschodnich. To co, że teraz są litewskie, białoruskie czy ukraińskie – niech Rosja w ramach tych reparacji odda wspomnianym krajom proporcjonalną część swojego wielkiego terytorium, a my wrócimy do Wilna i Lwowa. I dobra zmiana okaże swój historyczny sukces w odnowie potęgi terytorialnej Polski, bo Niemcom przecież nic nie oddamy, w ramach reparacji oczywiście.
W tej całej sprawie jeszcze bardziej zaniepokoił mnie sposób i treść odpowiedzi udzielonej naszemu wiceministrowi przez Marię Zacharową – rzeczniczkę rosyjskiego MSZ – „Paweł, przestań oszukiwać.” Oznacza to, że są po imieniu, a to może potwierdzać uzasadnione obawy o wpływy rosyjskie nawet na najwyższych szczeblach władzy państwowej. Już zresztą zastanawiają się nasi wybitni znawcy na temat ingerencji Rosji w nadchodzącą kampanię prezydencką (niektórzy jeszcze nie wiedzą po której stronie) i dlatego tym obu sprawom uważnie przyglądnąć się powinno ABW, najlepiej po powrocie agenta Tomka do służby.

Serial o agencie Kaczmarku,

nie pozbawiony dla aktualnie rządzących wielce kłopotliwych faktów, w swoich niedomówieniach równie jest przykry dla próbującej się odnowić Platformy Obywatelskiej. W licznych medialnych relacjach, tylko bardzo obocznie i nadzwyczaj rzadko zwracano uwagę na cel główny prowokacji z willą w tle. Nie chodziło bowiem o byłego prezydenta Rzeczpospolitej i jego małżonkę, a o polską lewicę i jej czołowego przedstawiciela jakim nadal był Aleksander Kwaśniewski. Z trybuny sejmowej Kaczyński wykrzykiwał w tamtym czasie o walce z układem, którym tym razem miał być SLD i ludzie z nim związani. Taki sam stosunek do lewicy prezentowali, acz w innej formie, Donald Tusk robiący za demokratę i Grzegorz Schetyna za czasowego koalicjanta, również zdecydowana większość PO. W imię nienawiści do lewicy, zapisanej w genach postsolidarnościowych partii, nie odebrano Mariuszowi Kamińskiemu immunitetu poselskiego i cała prawda nie mogła wtedy wyjść na wierzch.

Krzysztof Szewczyk, poeta i krytyk,

nawiązał do minionych lat w eseju „A IMIĘ JEGO N.N.” („Gazeta Wyborcza”. 1-2.02.2020) pisząc: „Przez długi czas poezja Stanisława Barańczaka była dla mnie zakonem surowej moralnej reguły, gdzie cnotą było nade wszystko krytyczne i autokrytyczne spoglądanie na zbiorowość polską pod butem sowieckiej władzy, sprawnie zorganizowanej polskimi łapkami pod szyldem PRL-u.”

Poeta, szczególnie uwrażliwiona postać, ma prawo, jak każdy, do swojego oglądu świata, ale gdyby jednak zdobył się, po latach od opisanej rzeczywistości, na głębszą refleksję, nie mówiąc już o przeczytaniu niepoetyckich, poważnych i profesjonalnych utworów o tamtym okresie, to dziś krytycznie odniósł by się do swojej byłej cnoty z tamtego czasu.
Ale nie, w analogii czasów Polski Ludowej do dzisiejszych buduje dalszą narrację z licznymi cytatami Barańczaka i Herberta, w której istotnym jest prezentowana obszernie postawa konformizmu. I aby już nie przedłużać tych wywodów to wyjaśnić nie tylko autorowi należy, że konformizm w czasach PRL był przede wszystkim wyrazem realnej oceny politycznej sytuacji i szans Polski, a dziś jest postawą dostosowawczą do kapitalistycznych praw rządzących naszym krajem. Natomiast proste porównania dwóch odmiennych okresów nie wytrzymuje nawet wymogów zwykłego eseju.

Godny uwagi, ale i krytyki, jest także następujący fragment tekstu: „Dekapitacja autorytetów, której dokonaliśmy wspólnymi siłami przez ostatnie trzy dekady, powoduje, że ryba nie psuje się od głowy, bo jej nie ma.” Ładnie to napisane ale nieprawda, bowiem swoich głów nasze autorytety pozbawiły się same na własne życzenie: przez milczenie, gdy rodziło się zło i należało krzyczeć, przez cichą akceptację, gdy oczekiwano głośnego sprzeciwu, przez świadome pozbawienie się swojej powinności wobec społeczeństwa, bo podobno demokracja miała być remedium na całe zło. A nadto przez lata niektórzy, z racji częstego potakiwania, konformizmu albo przez przypadek, za autorytety uchodzili.

Państwowego zakazu nie ma też

wobec licznych uchwał samorządów przeciw ideologii LGBT i tworzenia tzw. stref wolnych od LGBT. „Uchwały te – czytamy w apelu Akcji Demokracja – są podejmowane przez poszczególne rady pod wpływem emocji oraz nacisku ze strony władz kościelnych i innych, co jest niezgodne z etyką samorządowca.” Wojewodowie, mający z mocy urzędu obowiązek i prawo do kontroli i nadzoru nad uchwałami samorządowymi milczą jak zaklęci.

Tak się to zawsze zaczyna – jak niedawno mówił Marian Turski – najpierw ławka dla swoich, później godziny otwarcia sklepu, wszystko po kolei tupta, kroczek, po kroczku.

We współczesnym polskim wydaniu bez problemów wyobrazić sobie każdy może kolejne, już nie koniecznie tuptające kroki, a hałaśliwe stąpanie kościelnych i państwowych orędowników dążących do zbudowania lepszej, tylko w ich mniemaniu, Polski.

Nie wolno nam wobec nich, ale także w obliczu soft zakłamania być obojętnym.

PiS znowu inwestuje w propagandę

1,5 miliona złotych ze środków ministerstwa kultury zostanie przeznaczonych na nowy twór propagandy historycznej obozu władzy. Wicepremier i szef resortu Piotr Gliński ogłosił powstanie Instytutu Dziedzictwa Myśli Narodowej.

Instytucja ma mieć charakter „edukacyjny, naukowy i popularyzatorski”. Oczywiście w duchu nacjonalizmu i antykomunizmu.

Instytut, któremu będą patronować Roman Dmowski i Ignacy Paderewski zostanie powołany w trybie ekspresowym. Jeszcze w tym miesiącu ma rozpocząć działanie. Posadę prezesa otrzyma jeden z najbardziej radykalnych nacjonalistów w obozie „dobrej zmiany” – prof. Jan Żaryn. Kaczyński w ten sposób chce utrzymać w swoim kręgu człowieka, który jeszcze niedawno był senatorem z ramienia PiS. Wybory jednak przegrał, a ostatnio mówiło się o jego możliwym akcesie do Konfederacji.

Żaryn nie wzbraniał się w przeszłości przed chwaleniem polskich faszystów. W swoich wypowiedziach bronił m.in. tradycji Obozu Narodowo-Radykalnego. „To dorobek potwornie zafałszowany (…) Może z niego wyrastać przyszła wspaniała Polska w nowych pokoleniach” – mówił na konferencji razem z Glińskim.

Żaryn w samych superlatywach wypowiadał się też o faszystowskim dyktatorze Hiszpanii – generalne Francisco Franco. Jego miłośnikiem jest również dr hab. Piotr Skibiński, który w nowym instytucie ma dbać o jakość badań naukowych.

„Moim zdaniem ta jednostronna krytyka jest w dużej mierze niesprawiedliwa. Można mieć różne zdania o gen. Franco, ale pamiętajmy, że okres jego rządów był czasem prężnego rozwoju Hiszpanii. W latach 70. XX w. hiszpańska gospodarka była drugą po japońskiej gospodarką świata pod względem tempa wzrostu” – powiedział Jan Żaryn.

Minister Gliński przyznał, że półtora miliona z pieniędzy podatników to dopiero początek. Mówiąc o instytucji wspomniał o „perspektywach rozwojowych”. I nie ustępował Żarynowi w zachwytach nad myślą polskich narodowców, antysemitów i fascynatów Hitlera.

„To jest ten fragment polskiego dziedzictwa intelektualnego, politycznego, społecznego, który w naszym poczuciu wymagana zaopiekowania ze strony państwa polskiego” – tłumaczył Gliński.

W sprawie instytutu interpelację złożył poseł Lewicy – Adrian Zandberg.
„Dlaczego myśl polityczna endecji została przez ministerstwo potraktowana wyjątkowo? Dlaczego inne stronnictwa, takie jak Polska Partia Socjalistyczna czy Bund, nie zasłużyły na podobne placówki badawczo-edukacyjne? Czy ministerstwo powoła do życia instytuty zajmujące się historią innych ruchów politycznych? Biorąc pod uwagę rolę PPS w odzyskaniu niepodległości i ukształtowaniu niepodległego państwa, uderza brak muzeum poświęconego historii demokratycznego socjalizmu i związanych z nim ruchów społecznych. Kiedy ministerstwo planuje powołać do życia takie muzeum?” – napisał parlamentarzysta z partii Razem.

Prawica czci zbrodniarzy

Kidawa-Błońska cytuje Thatcher? Nic dziwnego, to bohaterka neoliberałów, nie ludzi pracy. Wszystko się zgadza. Brakuje tylko Pinocheta.

Gorzej, że w Polsce w ogóle kult postaci historycznych jest totalnie bezrefleksyjny. Bohaterami dla wielu są Thatcher, Piłsudski, Reagan, Albright, Balcerowicz, Jan Paweł II, Dmowski, Żołnierze Wyklęci. Lewicowe i nawet centrowe postacie zostały wyeliminowane z horyzontu poznawczego. Za miliony złotych prowadzone są kampanie nienawiści przeciwko wszystkiemu, co związane z Polską Ludową. Niszczona jest pamięć o Polakach walczących z faszyzmem w Hiszpanii. Odbiera się godność powojennym pokoleniom, które odbudowały kraj z ruin. Legalny wybór mamy między herosami konserwatyzmu, neoliberalizmu, prawicy lub zbrodniczego imperializmu. Takimi, którym przeciętny Polak nie ma specjalnie za co dziękować.

To, że Putin manipuluje historią, jest tak samo godne pożałowania, jak to, że polska prawica wybiela II RP i milczy na temat polskich więzień politycznych, zabijania setek demonstrantów i Zaolzia. Ci ludzie celebrują ostatnimi czasy nawet hitlerowskich kolaborantów, a ich pomysł na narodową politykę zagraniczną to „zróbmy z siebie amerykańską kolonię z obcymi wojskami, dopłaćmy do tego, a amerykańskie korpo zwolnijmy z podatków!!!”

Historyczna bezczelność

Budżet może się walić, nie domykać, zawisnąć na jednej kontrowersyjnej reformie… ale kasa na pranie mózgu i realizowanie historycznych obsesji znaleźć się musi.

W lewicowej i lewicującej bańce mediów społecznościowych furorę zrobił w czwartek wykres obrazujący wzrost wydatków na Instytut Pamięci Narodowej. Wiadomość nie jest tak naprawdę nowa; to, że budowniczowie jedynej słusznej historii żądają zwiększenia swojej puli pieniędzy o prawie 1/4 było wiadomo już pod koniec sierpnia. Jednak wtedy, gdy wszyscy ekscytowali się nadchodzącymi wyborami, zapowiedź przeszła bez echa. Co innego dziś, kiedy PiS zdążył wybory wygrać, zapomnieć o swojej opiekuńczo-socjalnej retoryce z kampanii i nonszalancko przerzucić na inny cel część środków z funduszu solidarnościowego przeznaczonego dla niepełnosprawnych. Teraz priorytety prawicy widać jak na talerzu.

PiS zbudował już tyle koślawego państwa niby-opiekuńczego, ile chciał i był w stanie. Dalej nie pójdzie: nie pozwolą ani wolnorynkowe fantazmaty, które siedzą w prawicowych głowach, ani realne wpływy międzynarodowego kapitału, który, gdyby naprawdę poczuł się zagrożony, tupnąłby nogą dziesięć razy mocniej niż Unia Europejska w swoich wezwaniach do respektowania praworządności (i PiS o tym wie). Jeśli można się więc spodziewać po tej władzy jakichś nowych inwestycji, to w propagandę właśnie. Telewizyjną o teraźniejszości i historyczną o przeszłości, a do tego postępująco prymitywną.

Bo gdy spojrzymy na mijający rok i na sposób wydatkowania przez IPN tych marnych 342 mln, jakimi dysponował przez ostatnie 12 miesięcy, musi przejąć nas trwoga – nawet jeśli pamiętamy, jaki był pożytek z tej instytucji w latach poprzednich i nie oczekujemy wiele. Instytut przekroczył w 2019 r. granice, które jeszcze kilka lat wcześniej kwitowaliśmy wzruszeniem ramion i słowami „nie odważą się”.

Głównym bohaterem polskiego ruchu oporu w czasie II wojny światowej została Brygada Świętokrzyska, która więcej kolaborowała z nazistami i wycofywała się, niż z kimkolwiek walczyła. Dowiedzieliśmy się również w tym roku, że bezkarnie zabijać można nie tylko komunistów – to wpajają nam prawicowi historycy od dawna – ale też przedstawicieli mniejszości wyznaniowych i narodowych. Mają oni przyjąć do wiadomości, że „Bury” bohaterem jest, a to, że spalił pięć wsi pod Hajnówką i Bielskiem to nic, bo mógł spalić więcej, natomiast bohater „Łupaszka” nie odpowiada za zabójstwa dokonane przez swoich podkomendnych, skoro bezpośrednio na miejscu tych zabójstw go nie było. Wnioski najlepiej opłacanych historyków w Polsce ich koledzy pracujący „tylko” na uniwersytetach niejednokrotnie komentowali w różnych mediach, nie kryjąc zażenowania.

Lekcję od IPN dostali również mieszkańcy Żyrardowa, którzy na własne nieszczęście zbyt dosłownie rozumieli pojęcie „samorząd lokalny” i chcieli w nazwie ulic upamiętnić lokalną właśnie historię, która – nieszczęście podwójne – związana była z rozwojem przemysłu, fabrykami i robotnikami. robotników i fabryk. Nie wolno! Robotnik znaczy czerwony, a Red is bad!

Zgoła co innego dostają natomiast od IPN nacjonaliści: w roku 2019 r. kolejni działacze i sympatycy ONR zasilali szeregi kreatorów pamięci zbiorowej. Tylko czekać, jakie jeszcze granice w manipulowaniu przeszłością zostaną przekroczone. Przypomnijmy, że Tomasz Greniuch, bohater ostatniego głośnego transferu z brunatnych szeregów do instytutu ma na koncie udział w obchodach rocznicy antysemickiego „najazdu na Myślenice”, usprawiedliwiał też publiczne hejlowanie.

Chciałoby się na koniec napisać, że pozytyw z tego przekraczania granic jest przynajmniej taki, że znaleźli się ludzie na lewicy i nie tylko, którzy, nasłuchawszy się tych prawicowych baśni, w końcu powiedzieli stanowcze „nie”. Fanatycy, topiący swoje miliony w tropieniu figur partyzantów z niewłaściwym, bo radzieckim uzbrojeniem (m.in. na takiej podstawie zamierzano wyrzucić na śmietnik pomnik w Kraśniku), nagle przekonali się, że są miejsca w Polsce, gdzie mieszkańcy chcą o tych partyzantach nadal pamiętać i wcale nie marzą o tym, by żyć przy kolejnej ulicy „Łupaszki”.
Ipeenowcy tak wojowali z lewicowymi bojownikami, że lewica w końcu zaczęła swoich bohaterów głośno bronić.

Czy to przypominając, jak powstańcy warszawscy marzyli o powojennej Polsce egalitarnej, ludowej, bardziej sprawiedliwej, czy to ostatnio odważnie i bez przepraszania oświadczając, że w 1945 r. miało miejsce wyzwolenie, ba, ocalenie narodu przed biologiczną zagładą. Propaganda, dochodząc do ściany, napotyka coraz poważniejszy opór.

Ale tych wydanych milionów dalej szkoda. Tyle jest lepszych celów, na które mogły się przydać!

Sługa jaśnie panów

Państwo kaczyńskie nie może uderzyć w silnego prezydenta Francji Macrona. No to karci słabszego, jego wschodnioeuropejskiego sojusznika.

Groby dalej rządzą polską polityką wschodnią. Zamrożone relacje z Rosją stale chłodzi ciągle podgrzewany przez elity PiS kult ofiar katastrofy prezydenckiego samolotu. I brak oficjalnego zakończenia śledztwa, ze strony i polskiej i rosyjskiej, w sprawie tamtego wypadku lotniczego w Smoleńsku. W przyszłym roku dziesięciolecie smoleńskiej katastrofy wypadnie w czasie kulminacji polskich wyborów prezydenckich. Już dzisiaj możemy przewidzieć te cyniczne tańce polityczne, jakie znów zakręcą się na grobach ofiar.

Groby na Ukrainie na ponad dwa lata zamroziły państwowe relacje polsko-ukraińskie. Od kiedy władze ukraińskiego IPN, przy poparciu byłego prezydenta Ukrainy Petra Poroszenki, zakazały polskiemu IPN przeprowadzania badań i ekshumacji miejsc pochówków polskich obywateli na terenie Ukrainy. Mogił ofiar drugiej wojny światowej. Zakaz ten okazał się wielce dotkliwy dla czułych na punkcie polityki historycznej elit PiS. Zwłaszcza dla polskiego IPN, który ekshumacje grobów podniósł do rangi racji stanu i który nadaje teraz ton państwowej polityce historycznej.
Nic dziwnego, że w odwecie za tamten zakaz zamrożono polskie prezydenckie i rządowe wizyty na Ukrainie. Schłodzono dwustronne relacje na wszystkich możliwych poziomach. A w Zgromadzeniu Parlamentarnym Rady Europy strona polska nawet poparła Rosję wbrew ukraińskiemu stanowisku.

Nowe otwarcie?

Nowe otwarcie grobów, czyli cofnięcie zakazu ekshumacji obiecał nowy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski panu prezydentowi Andrzejowi Dudzie. Podczas swej pierwszej wizyty w Polsce, przy okazji międzynarodowych uroczystości ku czci rozpoczęcia II wojny światowej w Polsce. Prezydent Zełenski planował spotkać się w Warszawie przede wszystkim z prezydentem Donaldem Trumpem. Ale ten, jak pamiętamy, nie doleciał, bo wybrał walkę z huraganem na swoim polu golfowym. I wysłał do Warszawy swego substytuta Pence’a. Zapewne nie wiedząc o tym prezydent Zełenski przygotował program ocieplenia relacji z Polską dzięki ożywieniu współpracy cmentarnej. Obiecał nie tylko pozwolenie na pracę na Ukrainie dla ekshumatorów z IPN. Przystał także na dymisję szefa ukraińskiego IPN, prezesa Wołodymyra Wiatrowycza, o co zabiegała strona polska. Jeszcze trzy lata temu prezes Wiatrowycz był noszony na rękach i hołubiony przez elity PiS oraz kierownictwo polskiego IPN. Bo zburzył na Ukrainie wszystkie pozostałem tam jeszcze pomniki Włodzimierza Lenina. Potem okazało się, że ten „szczery antykomunista” jest także zagorzałym nacjonalistą oraz promotorem kultu Stefana Bandery i Ukraińskiej Powstańczej Armii. A przecież sam pan prezes Jarosław Kaczyński uprzedził prezydenta Ukrainy Petra Poroszenkę, że „z Banderą do Unii Europejskiej nie wejdziecie”. I dlatego czołowy ukraiński antykomunista stał się największym wrogiem elit PiS. W październiku nowy rząd ukraiński zwolnił Wiatrowycza z zajmowanego stanowiska. Następnie ukraiński minister spraw zagranicznych Wadym Prystajko w wywiadzie dla Radia Swoboda ogłosił, że pierwsze pozwolenia dla polskiego IPN na poszukiwanie grobów i ekshumacje zostały już wydane. Następne są w drodze.

Zimna reakcja

Pomimo odwołania Wiatrowycza i zapowiedzi pozwoleń na ekshumacje nie widać radości i entuzjazmu ze strony polskiej. Ani elit PiS, ani w związanych z nimi mediach. Przeciwnie wiceprezes IPN, szef Biura Poszukiwań Identyfikacji IPN, czyli wszystkich szef służb ekshumacyjnych, w prorządowym tygodniu „Sieci” cierpko i sceptycznie odniósł się do ukraińskich działań obietnic.
„Z satysfakcją przyjmujemy zmianę stanowiska strony ukraińskiej, ale ciągle rozmawiamy w Warszawie. Pozwolę sobie poczekać z radością do momentu, kiedy te prace rzeczywiście rozpoczniemy. Na razie mamy zapowiedź przełomu, ale jeszcze nie przełom”, tak oficjalnie skomentował ukraińskie deklaracje.

Skąd taka zimna reakcja na spełnione przecież ukraińskie obietnice i zapowiedzi spełnienia pozostałych?

Nie jest w Warszawie tajemnicą, że zarówno pan prezydent Duda, jak i pan premier Morawiecki radykalnie schłodzili swe sympatie i wolę współpracy z nowym ukraińskim prezydentem. Ale to nie on jest przede wszystkim temu winien. Tylko francuski prezydent Emmanuel Macron. Ten, który traktuje rząd i prezydenta pana prezesa Kaczyńskiego jak drugorzędnych partnerów. Ten, który w czasie swej, już prawie trzyletniej prezydentury, nie postawił swej stopy w Warszawie, stolicy Europy Środkowo- Wschodniej. Nie był w Polsce z oficjalną wizytą, choć Polska chce być regionalnym liderem Unii Europejskiej.Prezydent Macron prezentuje wszystko, co uważane jest za wrogie przez elity PiS. Uważany jest przez nie za promotora Unii Europejskiej podzielonej na kilka kręgów. W tym pierwszym, najbardziej elitarnym, nie ma miejsca dla Polski pozostającej poza strefą euro. Czyli rządzonej przez PiS. Macron zręcznie dogaduje się z Chinami, ponad państwami Europy Środkowo-Wschodniej. Podobnie dogaduje się z Rosją. Też ponad elitami PiS, które marzą o kierowaniu europejską polityką wschodnią. I na dodatek jeszcze francuski prezydent został politycznym wielkim przyjacielem i promotorem w Unii Europejskiej nowego ukraińskiego prezydenta. To prezydent Macron miał namówić prezydenta Zełenskiego do planu wielkiej prywatyzacji na Ukrainie. I do powrotu do negocjacji w formacie mińskim, czyli Ukrainy, Rosji, Francji i Niemiec, w sprawie pokoju w zbuntowanym Donbasie i Ługańsku.

Negocjacje skończyły się porażką Zełeńskiego. Ku trudno skrywanej radości elit PiS. Niech ukraiński „sługa narodu” nie służy tak bezkrytycznie Paryżowi. Zamiast tradycyjnie, polskim promotorom, szeptano w Warszawie. Pierwszego października w czasie wizyty członków Rady Północnoatlantyckiej i sekretarza generalnego NATO Jensa Stoltenberga, w Kijowie odbyła się komisja Ukraina- NATO. „Wszyscy sojusznicy byli zgodni co do tego, że Ukraina stanie się członkiem NATO”, zadeklarował na koniec Stoltenberg. Zapowiedział, że NATO pomoże Kijowowi przyśpieszyć reformy i zmodernizować społeczeństwo, żeby kraj mógł wstąpić do sojuszu.

Czy aby wszyscy sojusznicy? W Warszawie słyszy się szepty elit PiS, że atlantyckie i europejskie aspiracje prezydenta Zeleńskiego można skutecznie przyblokować. Niech wpierw zdecyduje się, komu chce się tam przysłużać.

Kult fałszywej pamięci

18 września Parlament Europejski uchwalił skandaliczną rezolucję, która w Polsce nie spotkała się z niemal żadnym odzewem.

Skandaliczną, pomimo pozornie niewinnego tytułu: „O znaczeniu europejskiej pamięci dla przyszłości Europy”, z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Jej męczący i zawiły tekst stawia sobie jeden zasadniczy cel: zrównanie komunizmu z faszyzmem w kontekście sposobu, w jaki pamiętamy i upamiętniamy II wojnę światową.
Rezolucja fałszuje historię, jako główny powód wybuchu II wojny światowej wymieniając pakt Ribbentrop-Mołotow podpisany w sierpniu 1939 r. przez III Rzeszę z ZSRR. Nawet datę jej uchwalenia wybrano tak, żeby była bliżej rocznicy wkroczenia ZSRR na wschodnie tereny Polski niż wcześniejszego ataku hitlerowskich Niemiec na Polskę.
Fałszywa pamięć rezolucji
Rezolucja sformułowana jest tak, jakby w momencie podpisania paktu Ribbentrop-Mołotow wojna nie była dawno przesądzona i zaplanowana przez Berlin, a Hitler nie mówił o niej, zanim nawet doszedł do władzy. Rezolucja ignoruje miejsce nazizmu w szerokiej fali faszyzmów, jakie zalały wtedy cały europejski kontynent, a tym bardziej o funkcji tychże w zarządzaniu ówczesnym kryzysem kapitalizmu, zapoczątkowanym krachem 1929. Rezolucja ignoruje miejsce nazistowskiej ekspansji terytorialnej i polityki wobec podbijanych społeczeństw w logicznym kontinuum ekspansji europejskich mocarstw kolonialnych, z Wielką Brytanią i Francją na czele. Rezolucja ignoruje fakt, że przez lata poprzedzające pakt Ribbentrop-Mołotow Stalin kanałami tajnej dyplomacji próbował przekonać Londyn i Paryż do powstrzymania Hitlera, zanim będzie za późno. Bezskutecznie. Wielka Brytania i Francja wolały wobec Hitlera iść na ustępstwa – najpierw pozwalając mu łamać ograniczenia zbrojeniowe narzucone na Niemcy po I wojnie światowej, potem pozwalając mu na Anschluss Austrii, na Sudety, na Czechosłowację. W tej sytuacji trudno się aż tak dziwić Stalinowi, że chciał kupić trochę czasu i stworzyć bufor wokół własnych granic. Przyznanie tych faktów nie oznacza, że rozgrzeszamy Stalina z jego cynizmu i jego zbrodni.
Rezolucja stanowi akt wulgarnego przepisywania historii. II wojna światowa jawi się w niej jako wojna liberalnej demokracji przeciwko nazizmowi i komunizmowi połączonymi w jednym froncie sił zła. Na pokonaniu tych równoznacznych sił zła ma się rzekomo opierać współczesny ład europejski i europejska tożsamość.
Jeśli nazizm i komunizm stały po tej samej stronie i były w gruncie rzeczy tym samym („totalitaryzmem”), to dlaczego to właśnie komuniści z całej Europy (i nie tylko) aktywnie walczyli przeciwko faszyzmowi jeszcze zanim II wojna światowa w ogóle wybuchła (w Hiszpanii)? Dlaczego o losach wojny zadecydowało starcie między tymi dwoma siłami w bitwie o Stalingrad? Dlaczego to radzieccy jeńcy wojenni byli przez hitlerowców traktowani najgorzej (umierali w niewoli kilka razy częściej niż jeńcy amerykańscy, francuscy czy brytyjscy)? Dlaczego komuniści odegrali tak ogromną rolę w ruchach oporu od Francji po Jugosławię? Dlaczego to Armia Czerwona wyzwoliła Auschwitz? Dlaczego to obywatele komunistycznego Związku Radzieckiego w walce z Hitlerem złożyli największą zbiorową ofiarę ze swojego życia (27 milionów istnień)? Dlaczego to komunistyczna Armia Czerwona odegrała główną rolę w pokonaniu Hitlera? Gdyby nie Związek Radziecki, III Rzesza wygrałaby wojnę. Tymczasem rezolucja wzywa nawet do likwidowania pomników komunizmu, a więc i Armii Czerwonej, najważniejszej siły, która pokonała III Rzeszę.
Powojenny ład świat czerpał swoją legitymizację z antyfaszyzmu. Zarówno cały ten ład, jak i poszczególni jego uczestnicy, nawet jeśli należeli, w powojniu i latach zimnej wojny, do przeciwnych obozów (zachodniego lub sowieckiego) fundowali swoją prawomocność na tym, że reprezentowali lub byli spadkobiercami sił, które pokonały faszyzm. Rezolucja PE chce położyć kres tej epoce. Dzisiaj źródłem tej legitymizacji ma być antykomunizm. Zrównywanie komunizmu z faszyzmem zawsze wymierzone jest tak naprawdę wyłącznie w komunizm, a nie w obydwa człony tego porównania. Jak to trafnie ujął historyk David Broder na łamach amerykańskiego „Jacobina”, nic nie świadczy o tym lepiej jak to, że nikt przy zdrowych zmysłach nie krytykowałby Holokaustu, porównując go do życia w komunistycznej Polsce.
Milczenie polskiej lewicy
Jest to akt wulgarnego przepisywania historii w stylu znanym dotychczas raczej z działalności polskiego Instytutu Pamięci Narodowej. Być może dlatego, w przeciwieństwie do Portugalii, Włoch, czy nawet Wielkiej Brytanii, gdzie przynajmniej lewicowe organizacje i media zabrały głos przeciwko tej rezolucji – polska lewica odpowiedziała na nią milczeniem.
Dotychczas jedną z linii argumentacji przyjmowanych przez polską lewicę w obronie tradycji marksistowskiej i komunistycznej, była ta, że są to prawomocne stanowiska w europejskiej debacie politycznej, intelektualnej, akademickiej. Rezolucja tymczasem w pewnym sensie uniwersalizuje na poziomie europejskim fałszujący historię obsesyjny antykomunizm, który wydawał się lokalną właściwością wschodnioeuropejskich prawic i jej instytucji. Polska lewica milczy być może dlatego, że została tym samym skonfrontowana ze swoim złudzeniem, że ratunkiem przed agresywnym prawicowym przepisywaniem historii mogą być odwołania do mitycznych „europejskich standardów”. Tymczasem europejskie standardy upodobniają się do wschodnioeuropejskich, europejskie instytucje uczą się wulgarnego antykomunizmu od instytucji w rodzaju IPN i od Orbana.
Rezolucja i przyszłość Europy
Nikt nie przepisuje historii, jeśli nie chce w ten sposób kształtować teraźniejszości i przyszłości. Dziś chodzi o to, by zdyskredytować i pozbawić legitymizacji nie tylko komunistów, którzy z wyjątkiem Portugalii nie mają obecnie żadnego wpływu na władzę w Europie, ale przez asocjację wszelkiej lewicy na lewo od starej, establiszmentowej socjaldemokracji, dawno zassanej przez neoliberalne „skrajne centrum”.
We wschodniej Europie lepiej niż gdziekolwiek indziej wiemy już dziś, że delegitymizowanie komunizmu i wszelkiej lewicy na lewo od skrajnego centrum oznacza zawsze przesuwanie całego spektrum politycznego coraz dalej w prawo oraz, z czasem, relatywizację bądź wręcz rehabilitację faszyzmu i innych form skrajnej prawicy. W 1989 roku Orban był liberałem, Kaczyński centrowym chadekiem, a o „żołnierzach wyklętych” nikt normalny nawet nie słyszał.
Rezolucja zrównująca komunizm z faszyzmem to sygnał nadchodzącego prawicowego dryfu Unii Europejskiej, która w obliczu panującego strukturalnego kryzysu kapitalizmu może wkrótce zacząć ewoluować w jednym z dwóch kierunków. Albo wspólnoty państw, która po prostu akceptuje, że coraz większa liczba jej państw członkowskich jest coraz bardziej autorytarna, populistycznie lub skrajnie prawicowa. Albo ponadnarodowego superpaństwa, które samo będzie w zawrotnym tempie przybierać postać coraz bardziej autorytarną i coraz bardziej antydemokratyczną, posuwającą się do kryminalizacji różnych form lewicowego działania a nawet myślenia.
Daleko posunięta tolerancja instytucji europejskich dla coraz bardziej autorytarnych posunięć rządów dużych państw „starej Unii” (systematyczna przemoc francuskiej policji wobec protestujących, bezterminowe przetrzymywanie katalońskich więźniów politycznych przez Hiszpanię, itd.) pokazuje, że ten proces już został puszczony w ruch. W obydwu tych scenariuszach ogromną rolę będzie odgrywała agresywna rusofobia, którą też zresztą zapowiada sama ta rezolucja. Rosja, ze swoim przywiązaniem do rozsianych po Europie pomników Armii Czerwonej i statusem legalnej spadkobierczyni Związku Radzieckiego, jest jednym z celów, w które wymierzone jest jej ostrze. Może nawet chodzić o powolne przygotowywanie mieszkańców Europy do myśli o wojnie z Rosją.
Polska lewica, nawet kiedy krytyczna wobec neoliberalnego charakteru Unii Europejskiej, zbyt mocno przywiązała się do myślowego schematu, który idzie mniej więcej tak: „ale przynajmniej jej standardy gwarantują zachowanie demokratycznych procedur i indywidualnych wolności”. Kierunek, który ta rezolucja wskazuje, zadaje kłam temu przekonaniu i wywołuje u „proeuropejskiej lewicy” dysonans poznawczy, którego nie jest ona w stanie – póki co – przepracować. Dlatego wybiera milczenie.

Wiec historyczny

21 sierpnia 2019 r. o godzinie 17:00 przed gmachem I Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Dubois w Koszalinie rozpocznie się Wiec Historyczny poświęcony pamięci patrona tej szkoły.

Stanisław Dubois był działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej, Organizacji Młodzieży Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego, twórcą i przewodniczącym Czerwonego Harcerstwa TUR, publicystą. Walczył w powstaniach śląskich i wojnie polsko-bolszewickiej 1920. Za dokonane wówczas czyny został odznaczony w 1921 r. Krzyżem Walecznych oraz Krzyżem na Śląskiej Wstędze Waleczności i Zasługi I klasy.
Według relacji Józefa Mieszkowskiego – podanej w książce pt. „Wspomnienia dziennikarza socjalisty” (Warszawa: Książka i Wiedza, 1971, s. 375, 405) – Stanisław Dubois zwrócił otrzymany za zasługi bojowe Krzyż Walecznych na ręce Piłsudskiego, kiedy ten spotkał z przedstawicielami polskiej arystokracji w październiku 1926 na zamku w Nieświeżu i w Dzikowie, oraz wprowadził przedstawicieli obozu konserwatywnego do rządu. Wcześniej – 31 maja, tegoż roku – podczas wielkiej manifestacji PPS na Placu Teatralnym, Stanisław Dubois w swoim przemówieniu potępił Piłsudskiego za rezygnację z kandydowania na funkcję prezydenta Polski.
Stanisław Dubois był rzecznikiem współpracy socjalistów z komunistami. Aktywnie przeciwstawiał się łamaniu demokracji w Polsce. Było to powodem uwięzienia go przez władze sanacyjne w 1930 r w Twierdzy Brzeskiej, a następnie skazanie w procesie brzeskim na trzy
lata więzienia.
Stanisław Dubois uczestniczył w wojnie obronnej 1939 r. a potem w lewicowej konspiracji antyhitlerowskiej. W 1941r. zadenuncjował go do gestapo Antoni Opęchowski, który wcześniej był działaczem polskiej młodzieży narodowej i prawdopodobnie agentem policji. Warto dodać, że 26 kwietnia 1926 Stanisław Dubois spoliczkował Antoniego Opęchowskiego przed rozpoczęciem zgromadzenia młodzieży akademickiej zorganizowanym przez organizacje narodowe. Tenże zemścił się po latach, czego skutkiem było aresztowanie Stanisława Dubois. 21 sierpnia 1941 roku osadzono go w obozie koncentracyjnym w Oświęcimiu. Tu uczestniczył w obozowej konspiracji rtm. Witolda Pileckiego. 21 sierpnia 1942 Stanisław Dubois został rozstrzelany.
Wiec Historyczny 21 sierpnia 2019 r. zorganizowany 77 rocznicę śmierci Stanisława Dubois w zamierzeniu ma być pierwszym z serii upamiętniających w Koszalinie bohaterów Lewicy z przeszłości. Następny planowany jest 10 września br. Poświęcony będzie pamięci Mariana Buczka…

 

Historia po polsku opowiedziana

Sprzed Pałacu Prezydenckiego na ul. Krakowskie Przedmieście do Grobu Nieznanego Żołnierza jest niedaleko – w linii prostej około 600-800 metrów. Podczas konferencji prasowej Lewicy Razem, gdy mocno i jednoznacznie wyrażono protest przeciwko objęciu przez Andrzeja Dudę patronatem rocznicy utworzenia Brygady Świętokrzyskiej NSZ, dźwięki oficjalnych uroczystości było słychać dość wyraźnie. Zaraz po tym, kiedy wysłuchałem co mieli do powiedzenia reprezentanci polskiej lewicy, przeniosłem się pod Grób Nieznanego Żołnierza. Tu świętowała oficjalna Polska, kraj PiS i historycznej narracji polskiej prawicy.

Niedługo stałem, ale wystarczająco, by usłyszeć stek przemilczeń, przeinaczeń, fałszywej narracji i zwyczajnych kłamstw wygłaszanych przez najwyższych urzędników polskiego państwa. Zaprzeczano wprost i bez żenady haniebnym faktom współpracy tej formacji z hitlerowcami, nie mówiono słowa o zwierzęcym antysemityzmie wylewającym się z ich organów prasowych, który wtedy, na popiołach milionów zamordowanych Żydów, był szczególnie odrażający. Wszystko to w towarzystwie młodych chłopaków w mundurach Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego, orkiestry i pocztów sztandarowych, po odjęciu których została grupka fanatycznych zwolenników gloryfikacji tej formacji.
Rację miał krwawy kat Winston Churchill, że historię piszą zwycięzcy. Nie przewidział jednak, że kiedy powiedzenie to przekuje w czyn polska prawica, zmieni je w karykaturę. Będzie łgać wbrew setkom dokumentów, historycznych dowodów, czarne nazywać białym, kolaborację z nazistami walką o wolność, a uciechę nad zagładą narodu dalekowzroczną koncepcją polityczną. Nic nie jest w stanie zakłócić jej ofensywy nieprawdy i fałszu. Kiedy dołącza do tych fanatyków prezydent, robi się doprawdy nieciekawie. PiS pewnościa uważa, że wygrał już wszystko. Warto jednak pamiętać, że podwaliny absurdalnego kultu Brygady Świętokrzyskiej stworzyli ręka w rękę posłowie PiS, PO, PSL i Kukiz’15, przyjąwszy przez aklamację we wrześniu 2017 roku uchwałę Sejmu, że NSZ „dobrze zasłużyła się Ojczyźnie”. To oni wspólnie są autorami dzisiejszej fali kłamstw o tej formacji. Lewica odcinając się od tego, ocaliła twarz polskiej klasy politycznej.
Kolejnym nieprawdziwym narracjom podczas obchodów towarzyszyły okrzyki „Cześć i chwała bohaterom” wydawane przez ludzi, z których część może być usprawiedliwiona sędziwym wiekiem i chęcią wybielenia grzechów młodości, a część, dużo młodsza, po prostu niechęcią do korzystania z książek. Przemawiający urzędnicy i ryczący tłum stworzyli pod Grobem Nieznanego Żołnierza atmosferę duszną i nieznośną dla każdego, kto chciałby mieć swobodę nieskrępowanego wyrażania swoich poglądów.
Historię piszą zwycięzcy. Czemu jednak w Polsce piszą ją pozbawieni wiedzy, wstydu i podstawowych zasad moralnych?