Wieszający pielęgnatorzy tradycji

Dzięki dotacjom ministra Glińskiego patriotyczni rekonstruktorzy, jak będzie potrzeba polityczna, to pokażą, jak pod Grunwaldem wygrywają Tatarzy.

Za parę miesięcy, po szczepieniach, z kopyta ruszą festyny w ramach najróżniejszych obchodów. Te zaś w najbardziej nawet zabitej dechami miejscowości nie mogą się odbyć bez rekonstrukcji historycznej.
Czeka nas zatem oglądanie bitew ze wszystkich epok, szturmy zamków. A nawet uczestniczenie w życiu codziennym w osadach wikingów i turniejach rycerskich. Ale nade wszystko będziemy mieli okazję zostać porażeni polityką historyczną obecnej władzy. I to w najkrwawszej wersji.
Pal licho fakty
Parę lat temu wrocławianie mogli niemal co tydzień oglądać jakąś historycznie rekonstruowaną egzekucję. W tym i takie które wyglądały zupełnie inaczej niż starali się to przekazać miłośnicy historii. Pokazali jak rozstrzelano Danutę Siedzikównę „Inkę” oraz Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Rozstrzeliwali ich uczniowie liceum oraz pluton egzekucyjny Grupy Historyczno-Edukacyjnej „Młot”. Nikomu nie przeszkadzał taki drobiazg, że „Inka” i Zagończyk zginęli w piwnicy więzienia w Gdańsku. Ważne żeby był huk i padł trup. Najważniejsze bowiem, by widzowie byli usatysfakcjonowani. A organizatorzy wydarzenia zapłacili i zaprosili przebierańców po raz kolejny.
Choć w przypadku Wrocławia i to nie jest konieczne. Bo wystarczy nawiedzony historycznie nauczyciel podstawówki, który będzie chciał odegrać scenę egzekucji uczniów ze „szkółki polskiej” z Breslau. Pan osobiście wcielił się w esesmana, a najmłodsze dzieciaki z podstawówki odgrywały role rozstrzeliwanych.
Badacze fenomenu grup rekonstrukcyjnych zauważają, że ostatnie lata zaowocowały znacznym przesunięciem się zainteresowań historycznych rekonstruktorów. Rozpoczęło się to jeszcze za pierwszych rządów PiS, a potem było nadmuchiwane przez odznaczenia państwowe masowo wręczane przez Lecha Kaczyńskiego w czasach jego prezydentury.
Jednak to Marsz Niepodległości z 2011 roku, stał się jak gdyby aktem pasowania rekonstruktorów na Prawdziwych Polaków. Bo po tym jak Niemcy z „antify” na nich napadli, poczuli, że są awangardą polskości i strażnikami pamięci historycznej. W tym przekonaniu utwierdził przebierańców Jarosław Kaczyński, który w jednym z przemówień określił ich mianem filarów ruchu patriotycznego.
Patriotyzm rekonstrukcyjny, nie mógł zatem tkwić w czasach średniowiecza, czy nawet powstań narodowych. Wymagał przecież jasnego określenia „nas” jako ofiar i „ich” jako oprawców. Do tego zaś najlepiej nadawały się rekonstrukcje wybranych sytuacji z II Wojny Światowej i pierwszych lat powojennych. Nieprzypadkowe sytuacje. Źli mieli być Niemcy, Ukraińcy, Sowieci i – oczywiście – komunistyczna władza.
Czerwoną hołotę
Ponieważ najbardziej złą rzeczą jest mordowanie niewinnych, to najmodniejszymi rekonstrukcjami stały się masowe mordy, rzezie i egzekucje.
W Radymnie odegrano rzeź wołyńską. Kobiety i dzieci krzyczały. Karabiny strzelały, a trup ścielił się gęsto. I to taki zabijany kosami, widłami, sierpami i siekierami. A na koniec, zebranej gawiedzi, zademonstrowano jak palą się makiety chałup.
W Wólce Milanowskiej pod Nową Słupią w ramach rekonstrukcji, wybudowano wielka szubienicę, na której ustawiono 13 osób i założono im pętle na szyje, resztę przysłoniła kotara. To w tamach rekonstrukcji „Rozkaz: Zabić Polaków” przygotowanej przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych „Jodła”. Show uświetniał obchody rocznicy prawdziwego mordu z 7 lipca 1942 roku.
Szef „Jodły” Dionizy Krawczyński opowiadał potem mediom: „Pokazaliśmy, kto jest katem, a kto ofiarą”. Bo bez szafotu nikt pewnie by nie wiedział.
Sędziszów to też Kielecczyzna. Tam właśnie rozgrywano akcje „Ostatniego Semafora” rekonstrukcji wydarzeń z 1944 roku. Kiedy to Sędziszów został otoczony żandarmerią i gestapowcami. Potem była obława, a następnie ciężarówki wywiozły 30 zatrzymanych osób, które rozstrzelano w Piotrkowicach i Chmielniku. Jednak inscenizacja wymagała, aby wystąpiła jedność czasu i miejsca, więc rozstrzelano aresztowanych na miejscu.
W Samsonowie – też od Kielcami – rekonstruktorzy też pokazali rozstrzelanie. Pluton egzekucyjny, huk, padające ciała, a potem wynoszenie zwłok zabitych. Dzieciom się to nader podobało.
Tak jak wcześniejsza rekonstrukcja Powstania Warszawskiego we Wrocławiu, w ramach której swołocz z Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej wyrzuciła zakonnika z okna, a jednego z powstańców przeciągnęła po bruku na linie przywiązanej do motocykla.
Zresztą warszawskie rekonstrukcje też nie są gorsze. Bo można na nich było zobaczyć jak żołnierze niemieccy gwałcili Polki, a przy okazji powiesili też ks. Józefa Stanka.
Czyrak
Jak nie ma powstania ani spektakularnej egzekucji, to zawsze można wymyślić to, co w Strzyżowie wykoncypowali i zrealizowali rekonstruktorzy z Przemyskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych X D.O.K. oraz Strzyżowskiego Teatru „Prima Aprilis”, którzy zaprosili mieszkańców Strzyżowa i okolic na rekonstrukcję historyczną – likwidacja kolaboranta kryptonim „Wrzód”.
Harcerki i harcerze z Patrolu Rekonstrukcji Historycznej Szczepu „Puszcza” Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej z udziałem członków Stowarzyszenia Ochotniczy Oddział Kawalerii w barwach 22 Pułku Ułanów Podkarpackich rekonstruowały w Pionkach kawałek wojny. Chodziło o atak AK na tamtejszą fabrykę prochu. Jeden z partyzantów ginie, drugi jest ranny w głowę. A inni wydani przez kolaboranta są rozstrzelani. Młodzież się do widowiska przyłożyła. Nie mogło być inaczej bo odbywało się to w ramach projektu „Wzór patriotyzmu i oddania ukochanej Ojczyźnie”, który został wsparty finansowo przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, Gminę Miasto Pionki oraz Starostwo Powiatowe w Radomiu.
Gdzie najlepiej rekonstruować wkroczenie Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r? Oczywiście w Gryficach. No to by pociąg z gwiazdą i sztandarem ZSRR, były strzały, płacz i krasnoarmiejcy.
Znacznie ciekawsza była jednak rekonstrukcja historyczna pacyfikacji Woli Zarczyckiej, w której Niemcy na placu szkolnym kazali przez 10 godz. leżeć kilkuset miejscowym mężczyznom, aby potem 76 z nich najpierw skatować, a potem zastrzelić.
Nie zawsze jednak rekonstruktorzy historyczni biorą udział w rekonstrukcjach. Czasem defilują jak na corocznej Krajowej Defiladzie Pamięci Żołnierzy Niezłomnych. A szkoda, mogliby przecież wpaść na Podlasie i przypomnieć kilka chlubnych kart swojej działalności. Ze szczególnym uwzględnieniem jednego z oddziałów Łupaszki i chłopców od „Burego”. A tak, to miast się bawić w mordowanie prawosławnych i Litwinów wysłuchują w ubrankach i orężu z epoki, jak ks. infułat Stanisław Zięba opowiada, że „Narodowe Siły Zbrojne, Żołnierze Wyklęci to była wielka siła nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także, a może przede wszystkim, z racji potęgi jej ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli, ogromnej determinacji. Tego komuniści po prostu się bali. W tym widzieli największe zagrożenie i dlatego tak nienawidzili tych bohaterów narodowych”.
Dlatego dziś trzeba nienawidzić komunistów, i jak Szkolne Koło Rekonstrukcji Historycznej z łódzkiego Liceum i Gimnazjum oo. Bernardynów przygotować rekonstrukcję „Odbicie więźnia z rąk UB”.
Albo nawet jak grupa rekonstrukcji historycznej, powstająca przy Towarzystwie Przyjaciół Gminy Grabowo. Ona też dokonała odbicia więźnia antykomunistycznego podziemia z rąk UB. A niechby któryś z młodych ludzi nie chciał… W końcu narrację inscenizacji opracował i poprowadził dyr. szkoły w Grabowie. A, że nie doczytał, że AK nigdy nie miało na biało-czerwonych opaskach napisu AK?
Czepialscy detaliści wieszają psy na rekonstrukcji napadu przez UPA na wieś Rudka. Ale kogo to obchodzi, skoro można sobie było pooglądać pogrom.
Koncesje na przebieranie
Jeszcze inną oprawę zafundowano rekonstrukcji spalenia w paru chatach mieszkańców wsi Szarajówka w 1943 r.. Bo na oglądanie spędzania mieszkańców do podpalonej później chaty załapali się gminni włodarze oraz facet dla którego przebranie jest standardem – lokalny proboszcz. W stosownym przemówieniu starosta Biłgorajski Kazimierz Paterak nieustająco opowiadał o obowiązku pamięci o tamtych czasach i przekazywania jej młodemu pokoleniu. Poprzez coroczne palenie chaty, jak można domniemać.
To, że cyrk z przebierańcami sięgnął u nas zenitu niech zaświadczą takie drobiazgi jak odznaczenie przez ministra Błaszczaka, podczas wizyty na Węgrzech tamtejszego rekonstruktora, oraz wręczenie przez ambasador w Hiszpanii nagrody „Bene Merito” iberyjskiej grupie, która w zestawie wielu innych kostiumów ma również polskie, przedwojenne mundury.
O tym, że wychowywanie przez krwawe widowiska me sens, dowodzi zasłyszane kiedyś od uczestnika marszu „żołnierzy wyklętych” stwierdzenie: „Powinien mocniej ścisnąć”. Powiedział to obserwując „ubeka” duszącego „więźniarkę” w czasie jednej z rekonstrukcji.
Zdaniem badaczy zjawiska, nie powinniśmy się zdziwić, jak lada moment ktoś zechce unaocznić jak wyglądało zapędzanie ludzi do komór gazowych, albo czy od stodoły w Jedwabnem rzeczywiście biło ciepło. Niemieckie ciepło.

Senat uczcił rewolucjonistów

Senat przyjął uchwałę o upamiętnieniu rewolucji 1905 r. i poprzedzających ją robotniczych protestów na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim. W kraju, gdzie politykę pamięci prowadzi narodowa prawica, to sytuacja wyjątkowa.

Co więcej, zapisany w uchwale opis upamiętnianych wydarzeń jest zgodny z historyczną rzeczywistością!

– Rewolucja 1905 roku była zrywem społeczeństwa w obronie wartości narodowych i praw społecznych, zwróciła się przeciwko carskiemu absolutyzmowi oraz wyzyskowi ze strony kapitalistów i obszarników. Wydarzenie to wymusiło zmiany ustrojowe w Rosji, było zarzewiem rewolucji lutowej, a następnie październikowej 1917 roku – czytamy w przyjętym przez Senat dokumencie.

Uchwała kreśli historyczne tło rewolucji 1905 r., przypominając o wojnie rosyjsko-japońskiej i pogorszeniu sytuacji materialnej mieszkańców całego Imperium Rosyjskiego, jakie przyniosła. Jest w niej mowa o utworzeniu Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej i o pamiętnej demonstracji 13 listopada 1904 r., gdy pierwszy raz od czasów powstania styczniowego polska organizacja zbrojna stoczyła prawdziwą bitwę z rosyjskimi żołnierzami i policją. Bitwa ta toczyła się i pod hasłem wolności polskiego ludu, i sprzeciwu wobec wojny, i zapowiadała walkę o inne, bardziej sprawiedliwe społeczeństwo.

W dalszej części uchwały nie zapomniano o tym, jak carskie wojsko rozpędziło demonstrację pierwszomajową w 1905 r., ani o tym, jak robotnicy z Łodzi, w obliczu represji, stanęli do walki na barykadach.

– Rewolucja 1905 roku na ziemiach Królestwa Polskiego wywołała liczne protesty, ale też akty czynu rewolucyjnego inicjowane przez środowiska lewicowe. W Warszawie w styczniowych starciach demonstrantów z wojskiem śmierć poniosło 100 osób. Warszawska demonstracja pierwszomajowa pociągnęła za sobą 32 ofiary carskiego aparatu przemocy. W proteście łódzkich włókniarzy w dniach 22–24 czerwca, który przerodził się w regularne starcia z policją, liczba ofiar śmiertelnych i rannych sięgnęła dwóch tysięcy. Kulminacją ruchów rewolucyjnych na ziemiach Królestwa Polskiego było ogłoszenie strajku powszechnego i proklamowanie w Ostrowcu Republiki Ostrowieckiej.

Wydarzenia na ziemiach polskich, zainicjowane przez klasę robotniczą i lewicę, miały charakter niepodległościowy i społeczny, a zwalczały je środowiska endeckie, obszarników i kapitalistów – podsumowują autorzy uchwały.

Rewolucja lat 1905-1907 nie doprowadziła do upadku caratu, jednak wymusiła na nim poważne ustępstwa. Mikołaj II został zmuszony do wdrożenia zmian ustrojowych, które, nawet jeśli ich skala była ograniczona, stanowiły istotny wyłom w dotąd funkcjonującym systemie samodzierżawia. Zmiany zaszły również na ziemiach polskich pod zaborami. – Pojawiły się polskie instytucje – m.in. Polska Macierz Szkolna, ruch spółdzielczy – a język polski powrócił do urzędów gminnych – czytamy w uchwale. Na koniec Senat wzywa w niej do upamiętnienia rewolucyjnego zrywu i wspierania inicjatyw z tym związanych. Oby i to stało się faktem! Imprez ku czci „żołnierzy wyklętych” i innych bohaterów prawicy katolicko-narodowej mamy już wystarczająco dużo.

Pomieszanie z poplątaniem

Spór o to kto jest bardziej prawicowy i kto bardziej używa kłamstwa w uprawianiu polityki pomiędzy zaściankowo – narodowym PiS-em, a jeszcze bardziej dyktatorską Solidarną Polską Ziobry nabiera rumieńców.

PiS chce likwidacji wolnych mediów, ale Ziobro et consortes chcą tego jeszcze bardziej.
W każdym zamiarze wprowadzania zamordyzmu w kraju Ziobro chce bardziej niż prezes Kaczyński.
To się prezesowi nie podoba i wydał polecenie, by plujące jadem gęby od Ziobry zakneblować, czyli nie wpuszczać ich, do kiedyś publicznego radia i telewizji. Teraz swoje zrakowaciałe wizje kanthaki i kowalscy od Ziobry mogą promować tylko w mediach wolnych, które właśnie zaciekle zwalczają.
Tylko tam teraz mogą opowiadać o swoich planach. Tak więc chcą likwidacji wolnych mediów, które im umożliwiają wypowiedzi. Chcą, by media były tylko prawicowo- narodowe i pod ich zarządem, ale sam prezes, przy pomocy narzędzia, czyli Kurskiego zakazał im do TVP wstępu. Co z tego, że Kurski i Ziobro to sojusznicy w rozpieprzaniu kraju. Prezes Kaczyński jednym ruchem uczynił z nich wrogów.
Ziobrystom pozostaje odwrócenie kota ogonem. Zażądać likwidacji TVP, a optować za rozbudową wolnych mediów. Amerykanie będą bardzo zadowoleni i w dowód wdzięczności nie wycofają z naszego kraju swoich żołnierzy, których my zresztą utrzymujemy. Tak samo jak TVP, tyle że amerykanie każą sobie za pobyt więcej płacić.
1 września
Kolejna rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Na wrocławskim Oporowie składamy kwiaty. Przemawiają rządzący i przedstawiają tamte wydarzenia wedle swojej wizji. …
Zaatakowali nas komuniści, a potem od zachodu weszli Niemcy…. Tak to mniej więcej brzmiało.
Polska była przed wojna pięknym krajem, a żołnierze dzielni. Nie wspomina się przy tej okazji jak tamtejsze dowództwo naczelne i elity wiały do Rumunii pozostawiając żołnierzy i kraj samych sobie. …Polska miała wtedy mocna armię. Jednak przeciwnicy byli jeszcze mocniejsi…. Taka to dzisiaj obowiązuje wersja.
Jest w tym jakaś analogia do dzisiejszych czasów. Nasza pokawałkowana i zdziesiątkowana kadrowo armia też w propagandzie wygląda wspaniale, ale rzeczywistym, też częściowo propagandowym, zabezpieczeniem jest parę tysięcy żołnierzy amerykańskich.
Tak jest. Ten kto ma władzę, decyduje o przeszłości – jak napisał Orwell.

Jak zostać bohaterem prawicy?

Kolejny już rok z rzędu, odbyły się przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie państwowe uroczystości upamiętniające Brygadę Świętokrzyską. Na obchodach z udziałem asysty wojskowej byli obecni przedstawiciele władz i instytucji państwowych. W państwie PiS gloryfikowanie nazistowskich kolaborantów z NSZ tak nam już spowszedniało, że nikogo specjalnie nie rusza.

Uroczystość rozpoczęła msza w Katedrze Polowej Wojska Polskiego, a zakończyło oddanie wojskowych honorów ostatnim żyjącym żołnierzom Brygady i reprezentacyjny apel poległych przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Słowem – pełna pompa, na jaką mało którzy bohaterowie polskiej historii mogą liczyć. A to przecież nie jedyna okazja, kiedy środowisko PiS – u oddaje hołd tej formacji. Głośno było chociażby o ostatniej interwencji ministra Michała Wosia w sprawie budowy pomnika

Brygady w Rząbcu.

PiS, który w swojej ,,polityce historycznej” tak silnie podkreśla na każdym kroku, że Polacy w żadnej sprawie nie współpracowali z Hitlerem i jest w stanie toczyć wojny z podrzędnymi gazetami z różnych krajów o użycie terminu ,,polskie obozy zagłady”, w tym przypadku wybiera sobie do otaczania kultem jedyną na całe wielkie polskie podziemie jednostkę, która otwarcie kolaborowała z nazistami. Musi przy tym angażować całe środowisko okołoipeenowskich ,,historyków”, aby za pomocą różnych fikołków intelektualnych ową współpracę ukryć albo zbagatelizować. I tak w oficjalnej wersji dziejów Brygady Świętokrzyskiej kolaboracji z III Rzeszą w ogóle nie ma (bo to ,,komunistyczna propaganda”), albo staje się ona ,,taktycznym sojuszem”, ,,strategicznym współdziałaniem” lub ,,chwilowym zawieszeniem broni”. A przecież chodzi o oficjalny układ, na mocy którego Brygada Świętokrzyska otrzymywała od hitlerowców zaopatrzenie, broń, leki, miejsca w szpitalach i kilku oficerów łącznikowych z Wehrmachtu i z SS, a docelowo miała objąć jeden z odcinków frontu. Po co tyle zachodu?
Odpowiedź jest całkiem prosta i tyczy się nie tylko Brygady Świętokrzyskiej. Chodzi o ,,walkę z komuną” – zasługę zasług, która w oczach prawicowców rozgrzesza ze wszystkich przewinień, nawet tych najbardziej niewygodnych i kompromitujących. Jak mówił w sienkiewiczowskim ,,Potopie” Zagłoba: ,, gdyby za każdego poganina, którego ta stara ręka do piekła wysłała, jeden grzech mi był odpuszczony, jużbym był kanonizowany i wigilią musielibyście do mnie pościć”. Wystarczy podmienić poganina na ,,czerwonego” i otrzymamy gotową instrukcję współczesnej prawicowej ,,kanonizacji” na bohatera historycznego.

Na tej podstawie na polskiej (i nie tylko) prawicy modne stają się kulty krwawych dyktatorów jak Franco i Pinochet, zbrodniarzy wojennych jak Léon Degrelle i Romuald Rajs czy formacji współpracujących z nazistami jak łotewskie dywizje SS i hiszpańska Błękitna Dywizja. Wszystkich, którzy zajmowali się zwalczaniem szeroko i osobliwie rozumianej ,,komuny”. Brygadę Świętokrzyską bowiem na tle polskiego podziemia wyróżniał fakt, że w przeciwieństwie do innych ugrupowań nie kwapiła się specjalnie do walki z Niemcami, za to bardzo chętnie i z zaangażowaniem zwalczała oraz denuncjowała przed gestapo partyzantów z Armii Ludowej czy Batalionów Chłopskich. Taka antykomunistyczna zasługa w pisowskiej mitologii nie może pozostać bez hojnej nagrody. Stąd przy każdej okazji tak żmudne i usilne próby ukrycia oczywistych faktów oraz budowania mitu niezłomnej, bohaterskiej formacji. Stąd państwowe uroczystości, kolejne pomniki i ,,demaskujące komunistyczną propagandę” publikacje, nawet za cenę nagięcia narracji o absolutnym braku współpracy Polaków z III Rzeszą. No ale czego się w końcu nie robi dla ,,bohaterów” z tak wielkim poświeceniem zwalczających znienawidzonych ,,czerwonych”?

Niezorganizowani głosu nie mają

Czego się nie robi, żeby pozyskać kilka procent wyborców skrajnej prawicy?

Rafał Trzaskowski zdążył w tym celu zapowiedzieć weto dla podnoszenia podatków (niestety polskiego systemu podatkowego, który służy bogatym, nikt i tak nie chciał ruszać) oraz zadeklarować się jako przeciwnik jednego z postulatów środowisk LGBT, które przecież głośno go popierają. Mateusz Morawiecki spróbował go przelicytować w bardzo typowy dla swojej formacji sposób: obiecał żywą gotówkę. Z nowego Funduszu Patriotycznego, obiecał w niedzielę, popłyną pieniądze do grup rekonstrukcyjnych, stowarzyszeń zajmujących się historią i badaczy, „którzy będą szerzyli myśl patriotyczną”. Wiadomo, w patriotycznej Polsce zadaniem badacza nie może być samo tylko badanie i wyciąganie wniosków, potrzeba jeszcze odpowiedniej, bogoojczyźnianej interpretacji.
Co jak co, ale wydawanie kasy na utrwalanie jedynego słusznego podejścia do przeszłości w Polsce kwitnie. Mamy IPN, bijący kolejne rekordy budżetowe, fabrykujący masowo niskich lotów antykomunistyczną, antylewicową produkcję, a dodatkowo ruszył w tym roku Instytut Myśli Narodowej (ten z Janem Żarynem na czele). Mamy Ministerstwo Kultury z jego kierownictwem, które nawet nie ukrywa, że chętniej wesprze wszelkiego sortu inicjatywy narodowe i katolickie niż cokolwiek innego. Mamy co roku na początku marca ogólnopolski festiwal wystaw, spotkań, mszy świętych i biegów „pamięci niezłomnych”. Tytułem kontrastu: uniwersyteckie wydziały historii, podobnie zresztą jak inne wydziały, narzekają na finansowy niedostatek. No, ale tam badacze – ciągle jeszcze w większej, a przynajmniej dużej części – zajmują się badaniem, a nie bieganiem tropem wilczym.
Po co więc obiecywać akurat zwiększenie budżetu na historię? To działacze organizacji nacjonalistycznych w całym kraju, animatorzy rozmaitych Narodowych Hajnówek czy Katowickich Patriotów mają usłyszeć, że władza uruchamia dla nich oficjalny kanał wsparcia. To zachwycający się NSZ-em wyborcy Bosaka mają dojść do wniosku, że popłyną do nich pieniądze. Będą jak krewni i znajomi powrzucani do spółek Skarbu Państwa, czy dobrze opłacani pracownicy telewizji publicznej. Mają tylko sobie przypomnieć, że przy żadnej władzy w Polsce nacjonaliści nie działali tak swobodnie i z takim poparciem… i 12 lipca się władzy odwdzięczyć.
Żeby zawalczyć o wdzięczność tych kilku procent, Morawiecki bez mrugnięcia okiem pluje w twarz pracownikom służby zdrowia, którym obiecał w pierwszej tarczy antykryzysowej zwiększenie wydatków na ten sektor i którzy dostają teraz żałośnie niskie wynagrodzenia za ratowanie życia chorych na Covid-19 współobywateli. Splunięcie dostaje się zresztą wszystkim pracownikom bez wyjątku, bo przecież jednym z głównych środków ratowania gospodarki przed skutkami pandemii jest cięcie wynagrodzeń. Po raz kolejny zlekceważono polskie szkoły – i nauczycieli, i uczniów, i rodziców – bo żaden ekstrafundusz na zorganizowanie z głową zdalnego nauczania podczas pandemii nawet nie przyśnił się naszym rządzącym.
Nie wspomnę już o inwestycjach w infrastrukturę, które gdzieś tam mignęły w pierwszej tarczy, czy o wiszących w powietrzu zwolnieniach w administracji publicznej, które uzasadniano absolutną koniecznością oszczędzania. A ostatnio było jeszcze odrzucenie senackiej poprawki podnoszącej dodatek solidarnościowy o 100 zł, jakby sam dodatek nie był obwarowany dodatkowymi warunkami.
Owszem, może być tak, że dodatkowe pieniądze na patriotów to taki sam przedwyborczy miraż, jak ów nieszczęsny dodatek solidarnościowy, który w pierwszej wersji miał być nie przypominającym jałmużnę uzupełnieniem zasiłku dla bezrobotnych, ale niezależnym świadczeniem, i to takim, które dawałoby setkom tysięcy ludzi jakiś grunt pod nogami w niepewnych czasach. Trochę nawet za tym przemawia: z jednej strony prawica nie zwykła ograniczać się w propagandzie, ale z drugiej – w zapowiedziach powstania funduszu nie padła żadna sugestia, kto będzie pieniądze dzielił ani żadna kwota, a przecież Mateusz Morawiecki uwielbia żonglować tysiącami i milionami. Przekonaliśmy się za to, kogo PiS uważa za grupę, której warto czymś dodatkowym pomachać przed nosem – i nie są to pracownicy, nawet jeśli na Dudę głosowali masowo.
PiS wierzy, że będą głosować dalej, bo na samo wspomnienie realiów rynku pracy za rządów PO czują złość, i jest to ciągle emocja mocniejsza niż te związane z obniżaniem wynagrodzeń podczas pandemii. PiS jest przekonany, że dalej będzie uchodzić za obrońcę prostych ludzi i żadne patologie władzy tego nie zepsują, bo poprzednie rządy wyjątkowo nisko ustawiły poprzeczkę dla uzyskania takiego statusu. PiS wie zresztą, że mamy taką przestrzeń medialną, że miliony Polek i Polaków w ogóle się o patologiach nie dowiedzą, podobnie jak o tym, że aspiracje do reprezentowania ich zgłaszają socjaldemokraci, z niezłym, napisanym dla pracujących obywateli programem.
Gdyby lewica zajmowała się – i mam tu na myśli dłuższą perspektywę, niż tylko ostatnią kampanię – w Polsce tym, co stanowi sens jej istnienia, czyli twardym reprezentowaniem klasy pracującej, narodowo-konserwatywna prawica nie mogłaby przyjmować takich założeń. A już na pewno w momentach kryzysu musiałaby rywalizować innymi hasłami, niż zapowiedź ekstra wydatków na propagandę. Lewica wolała jednak swojego czasu sama się poddać, a i potem, gdy teoretycznie odcięła się od najbardziej kompromitujących praktyk, nie zdobyła się na taką odwagę, dzięki której kiedyś, w historii, nie tylko zdobywała poparcie, ale i zmieniała świat.
PiS walczy więc nie o głosy zepchniętych do narożnika robotników, ale o poparcie tej grupy, która – w odróżnieniu od socjaldemokratów – nie zastanawia się, czy nie łagodzić języka i mitygować żądań, czy nie zastanowić się sto razy przed wyciągnięciem potencjalnie kontrowersyjnych symboli, czy warto rozpychać się w przestrzeni medialnej. Warto wyciągnąć z tego wnioski, zanim ostatnia polska pracownica uzna, że zgadza się na władzę konserwatywnej prawicy z całym jej nienawistnym inwentarzem, bo i tak nie dostanie niczego lepszego.

Czy być cwaniakiem, czy być frajerem…

… tylko ten pierwszy może zostać milionerem.

W swoich „Flaczkach tygodnia” nasz znakomity prześmiewca Piotr Gadzinowski zachęca do dzielenia się swoimi przemyśleniami i prowokuje do przysyłania swoich tekstów do coraz lepszych wydań TRYBUNY.Te wydania to przecież żywo redagowana gazeta polskiej lewicowości , której autorzy nie mają zamiaru się wstydzić.

Czytam TRYBUNĘ od wielu lat , podziwiam wspaniałe artykuły , które aż proszą się o wykonanie odbitek – jak w czasach „niezłomnej Solidarności”.
Ostatnio zainspirowały mnie refleksyjnie cztery artykuły :

– Rafała Skąpskiego „Przed rozmową z wnukami”
– Marka Barańskiego „Pisie misie”
– Piotra Jastrzębskiego – Księga wyjścia (51)
i Piotra Gadzinowskiego „Tacy azjatyccy Polacy” na których podstawie chciałbym podzielić się swoimi refleksjami.

Piotr Jastrzębski pisze m.in. „Żeby lepiej uzmysłowić w którym miejscu drabiny społecznej jesteśmy, jakiś czas temu przygotowałem pewną teorię……Prawdziwa wolność zaczyna się tam , gdzie kończy się strach o byt i bezpieczeństwo ekonomiczne.”  Jest to wg mnie jedno z kluczowych rozstrzygnięć , jakie trzeba podjąć w życiu. Często wśród moich koleżeństwa pokutuje takie powiedzonko „Jestem niezależny, mam swój rozum, wiem na kogo głosować i nikt mną nie będzie pomiatał.”

Piotr Jastrzębski kończy swój artykuł takim stwierdzeniem:

„Najsprytniejszą zagrywką kapitalistów było to , że wmówili ludziom , że każdy może zostać milionerem. Wciąż w to wierzycie?”. Często odpowiadam moim rozmówcom, że są zależni od ZUS-u. Nie dostaję odpowiedzi na pytanie:  „A co będzie jeśli ZUS nie wypłaci ci twej renty lub emerytury? Jest tylko gest machnięcia ręką i niedowierzania , że coś takiego może się stać.

Tu wracam do mego tytułu niniejszego artykułu. Kim być – cwaniakiem czy frajerem? Kolejny autor daje na to odpowiedź w tekście „Pisie misie”. Wytrawny znawca polskich realiów Marek Barański , przytacza nawet odpowiedź na wątpliwość – „Skąd się taki Miś wziął? M.in. Miś jak to Miś jest dzieckiem PRL-u” Jest to odpowiedź prześmiewcza. Bo ci, co trochę lat przeżyli, wiedzą dobrze, że takie misie pojawiają się w każdej epoce, w każdym ustroju, w każdej partii, w każdym środowisku. Słynne zawołanie pewnego klasyka doprecyzowało jednoznacznie „Kadry decydują o wszystkim”. Wielu działaczy zna to powiedzonko rozszerzająco:
„B-M-W – bierny , mierny ale wierny”. Nie jest to ładnie przytaczać tego typu przygany, bowiem wiemy, że wielokrotnie opieraliśmy się na takich „misiach” a co z tego wyszło, możemy sami sobie dopowiedzieć. Do dnia dzisiejszego nie możemy się dopracować takiej polityki kadrowej w naszych formacjach lewicowych , która by preferowała ludzi nieskazitelnych – jak choćby Krystyna Łybacka – cześć jej pamięci!

Rafał Skąpski w swym artykule „ Przed rozmową z wnukami” przedstawia wzorcową wręcz refleksję na temat pełnienia funkcji rządowych. Prawdą jest , że nie każdy dyplom uczelni jest oznaką mądrości właściciela, a funkcja rządowa nie jest żadnym wytłumaczeniem różnorodnych decyzji podejmowanych w imieniu rządzących. Trzeba wrócić do słynnego Procesu Norymberskiego , na którym każdy oskarżony powoływał się na wykonywanie rozkazów Fuhrera. To samo się dzieje dzisiaj.

Gdzie są wasze rozumy, drodzy ministrowie, wiceministrowie, dyrektorzy departamentów  urzędnicy każdego rządu , jeśli wykonywaliście rozkazy , nakazy, zalecenia, stanowiska itp. T u  l e ż y niezwykła odpowiedź na poczynania każdej władzy , która ma zawsze jakieś wytłumaczenia na swe decyzje. T o  s i ę  p o w i e l a w każdej władzy, w każdym ustroju ,bo to jest istota władzy. Żeby ją pełnić, trzeba wykonywać rozkazy, a później powoływać się na wodza, PolitBiuro, wyższą konieczność,
umiejętnie lawirować – b y ć  c w a n i a k i e m. Frajer będzie skazany na swoje zdanie, na swój umysł wobec niedorzeczności, na utratę dobrze płatnego stanowiska, na zgodę ze swoim sumieniem. Najgorsze jest to, że frajer ma przeważnie rację, że słynnego „a nie mówiłem” nikt nie chce słuchać. Wódz powiedział „tak ma być”, „wykonać”, „odmaszerować”, w ostateczności „zwalniam was”.

Od bardzo wielu lat nie dajemy sobie z tym rady.

Dość uważnie czytam TRYBUNĘ i zauważam takie teksty, po których chce się „wyć”, jak choćby artykuł dr Kazimierza Golinowskiego „Czy mogło pójść inaczej” i przedstawione procedury likwidacji polskich central handlowych, po tylu latach ujawnionych działań wręcz nieetycznych, dlatego nie akceptowanych przez uczciwych frajerów, oszukanych przez cwaniaków.  Tu dochodzimy do sedna sprawy. Patrząc na to, co się dzieje w polskiej polityce, dostrzegam jakąś dziwną manierę naszych polityków, czy to z obozu rządzącego, czy też opozycji, że nie wyciągają wniosków z naszych błędów i wypaczeń systemu demokratycznego.

Pierwszym błędem jest propaganda sukcesu.

Nikomu nie w smak jak ponosi porażkę, jest nawet powiedzonko „Zwycięzców się nie sądzi”. Uważam, że należy głośno mówić o rozliczaniu z prowadzonej polityki. Niech każdy polityk ma w swej świadomości , że za swe czyny zostanie sprawiedliwie rozliczony – i w zgodzie z prawem. Niech prawo znaczy prawo, a sprawiedliwość – sprawiedliwość. Musi nastąpić koniec z pobłażaniem.

Drugim błędem jest manipulacja historią Polski.

Może to banał – ale ocena czasów II Rzeczpospolitej, to także spojrzenie na klęskę 1939 roku i jej wszelkie konsekwencje. Jeśli straciliśmy wielkie połacie terenu, a konferencje Wielkiej Koalicji ustaliły nowe obszary Polski, to wysiłek historyków winien zmierzać ku uświadamianiu suwerena, że aktualny kształt Polski jest przez naród zaakceptowany, a kraj dobrze się w tym kształcie rozwijał. Może teraz – po niespotykanej nauczce koronawirusa – powinnniśmy przypominać na każdym kroku i w każdym czasie podstawowe hasło lat 20 i 30 XX wieku: „PRACY I CHLEBA”. To hasło było priorytetem lat PRL i ci, którzy obiektywnie na nie spoglądają, mogą potwierdzić, że obydwu nie brakowało. Dziś tymczasem hasło może znowu stać się aktualne.

Trzecim błędem jest niezwykle zagmatwana sytuacja w gospodarce kraju.
Tak nieśmiało można stwierdzić, że jest szansa na to, że Naród nie musi się bać o żywność polską. Jeśli zadbamy o prawidłową gospodarkę wodną, mamy szansę na pozytywny rozwój tej produkcji. Władze socjalistyczne nie umiały rozwinąć zagadnień zaopatrzeniowych w podstawowe środki do egzystencji. Mimo, że stworzono PSS-y, GS-y, MHD-my, to zawsze czegoś brakowało, a już wyjątkowo smutne było wprowadzanie przydziałów kartkowych. Dziś już o to martwić się nie trzeba.

Natomiast niezwykle ważnym zagadnieniem jest powrót do nieźle rozwiniętych różnorodnych gałęzi przemysłu. Tu się kłaniają doskonałe artykuły Piotra Gadzinowskiego – specjalisty wysokiej klasy od spraw chińskich i wietnamskich. Jeśli są te dwa kraje, z którymi mieliśmy doskonałe kontakty gospodarcze i polityczne, a w przypadku Wietnamu także społeczne (Łódź była pełna studiujących Wietnamczyków), to należy iść w tym kierunku, a nie szukać fałszywych przyjaciół na II półkuli.

Błąd czwarty – to stosunki Państwo – Kościół.

Jeśli Naród przyznaje się do przynależności do Przedmurza Chrześcijaństwa, to niech nim będzie. Jeśli tradycja w tej materii jest nie do dyskusji, to trzeba wolę Narodu uszanować. Choć my, działacze Lewicy wiemy, jak jest naprawdę, to niech to będzie zmartwieniem hierarchów. Natomiast musimy prowadzić dialog z Narodem, jak ma wyglądać państwo świeckie. Aż się prosi przypomnienie Episkopatowi, co to jest teologia wyzwolenia. Niewiele w tej materii czynimy.

Błąd piąty – to reakcja na konflikty społeczne.

Może mi ktoś zarzucać, że tak uparcie zwracam uwagę partii lewicowych na reakcje antykryzysowe, szczególnie konflikty społeczne i sposób ich rozwiązywania, ale nie wyobrażam sobie, aby rozwiązywać je siłowo. Tu władza ludowa zachowała się jak przedwojenne siły reżimowe , czyli strzelając i zabijając demonstrujących. To jest nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach. W roku 1989 pokazaliśmy , że można władzę oddać pokojowo. „SOCJALIZM TAK – WYPACZENIA NIE”. Co z tego wyszło – dziś ani śladu po socjalizmie, ale wypaczeń nie zlikwidowano.

Przyszedł więc czas rozliczenia – PRL utrzymał się 40 lat, nowa Rzeczpospolita ma już prawie 31 lat. Mamy bardzo wielu mądrych naukowców, praktyków gospodarczych, działaczy społecznych
i politycznych. Może przyszedł czas wystawienia rachunku? Wystawmy go!

Generał Franco – fetysz polskiej prawicy

Przeglądając, choćby pobieżnie, teksty prawicowych publicystów bez trudu można zauważyć, jaka zagraniczna postać historyczna cieszy się wśród nich największym szacunkiem – to bez wątpienia generał Francisco Franco. Jego postać jak w soczewce skupia w sobie największe i najbardziej skrywane marzenia polskiej prawicy.

Biografii Franco nie trzeba nikomu przedstawiać. Obalił on zbrojnie demokratycznie wybrany rząd, pogrążył kraj w krwawej wojnie domowej,uczynił z własnej ojczyzny poligon doświadczalny dla hitlerowskiej machiny wojennej oraz przez prawie 40 lat stał na czele wojskowo – klerykalnego reżimu terroryzującego Hiszpanię. Jego zbrodnie kosztowały życie ok. 200 000 ludzi, przede wszystkim bezbronnych cywilów, mordowanych w trakcie wojny domowej i po jej zakończeniu. Zorganizowany aparat terroru gen. Franco i niczym nieograniczone okrucieństwo jego żołnierzy bez litości topiły każdą zdobywaną prowincję we krwi. Pozbawił wszelkich praw ludzi pracy i kobiety, a całe społeczeństwo poddał absolutnej władzy generalskiej junty i hierarchów Kościoła Katolickiego. Rany zadane przez dyktatora Hiszpanii nie zabliźniły się po dziś dzień.

Te wszystkie ,,osiągniecia” bardzo imponują polskiej prawicy.
Nie mówię tutaj bynajmniej o kibolskich marszach czy tajnych spotkaniach radykałów. Artykuły chwalące dyktatora pojawiają się bez skrępowania na łamach mediów, mających na prawicy rangę opiniotwórczych.
Inicjatorem ,mody na Franco było środowisko dziennikarzy tygodnika ,,Do Rzeczy”. Tamtejszy miesięcznik pseudohistoryczny już w 2014 r. uczynił generała okładkowym bohaterem jednego z numerów (10/2014), tytułując go mianem ,,pogromcy komuny”. W peanach na jego cześć przodował sam redaktor naczelny Piotr Zychowicz. Nazywa on wygraną lewicy w demokratycznych wyborach ,,największym zagrożeniem w historii Płw. Iberyjskiego. Znacznie poważniejszym niż podbój przez Rzymian, najazd Wizygotów, późniejsze panowanie Arabów czy inwazja Napoleona”. W jego mniemaniu generał ratował ojczyznę ,,przed pogrążeniem się w czerwonym bagnie. Chciał przywrócić w niej ład, harmonię i bezpieczeństwo” i ,,był jednym z największych mężów stanu swojej epoki”. Jego żołnierzy Zychowicz nazywa ,,heroicznymi obrońcami najbardziej chwalebnych europejskich wartości”.

Zbrodnie frankistów kwituje uwagą, że ,,spadły one głównie na ludzi zaangażowanych w czerwony aparat przemocy”. Za przykładem Zychowicza idą re(d)akcyjni koledzy. Maciej Rosalak w swoim tekście oburza się na ,,kłamliwą lewacką propagandę wymierzoną w generała” i w odpowiedzi serwuje czytelnikom własną litanię ,,zasług” Franco.

Miałyby być to: uchronienie kraju przed kolejną wojną domową (?), pacyfikacja lewicowej partyzantki i ,,obrona wiary”. Na koniec określa Hiszpanię pod rządami generała mianem ,,dobrze prosperującego i pojednanego wewnętrznie państwa”. Dla Tomasza Terlikowskiego Franco to ,,Zniesławiony bohater”, a Sławomir Cenckiewicz, członek kolegium IPN, Opublikował na Twitterze zdjęcie republikanów celujących do religijnej figurki wraz z opisem: ,,Generale Franco wielka wdzięczność za zatrzymanie tych barbarzyńców! Pamięć na zawsze!”. Inny autorytet polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, pochwalił się zdjęciem z kawiarni w Tangerze, gdzie ,,w czasie swej afrykańskiej służby pijał poranną kawę gen Franco, wieczna mu chwała!”.

Jan Żaryn, który ostatnio na pocieszenie po przegranych wyborach do senatu otrzymał od PiS-u posadę arcykapłana kultu Dmowskiego i ONR-u, w wywiadzie dla ,,Rzeczpospolitej” otwarcie przyznaje się do swoich frankistowskich sympatii. O generale mówi, że ,,bronił cywilizacji chrześcijańskiej”, jego żołnierzy zaś nazywa ,,obrońcami najważniejszego i najdoskonalszego w Europie systemu ładu społecznego, budowanego na wartościach chrześcijańskich”. Nie ukrywa także, że ,,ma problem z nazywaniem ludzi generała Franco zbrodniarzami”, a większość oskarżeń wobec nich ,,ma charakter czysto ideologiczny i propagandowy”. Publicysta ,,Sieci”, Łukasz Adamski, idzie w swoich laudacjach na cześć Franco jeszcze dalej. Pisze: ,,fakty są takie, że Franco uratował Hiszpanię i prawdopodobnie Europę przed stalinowskim totalitaryzmem. Był (…) obrońcą tradycji i chrześcijańskiej cywilizacji” i nazywa generała ,,wybitnym mężem stanu i wizjonerem”.

Sprawa jest o wiele poważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Franco umarł, ale wizja narodowo – katolickiego autorytaryzmu ma się całkiem dobrze. Ta nieskrywana sympatia większej części polskiej prawicy obrazuje zagrożenie, które nazwał słoweński filozof Slavoj Žižek – wdzieranie się tzw. lekkiego faszyzmu do głównego nurtu debaty. Wyrażanie się z podziwem o Hitlerze czy Mussolinim ciągle jest nieakceptowane, dlatego prawica w swoich autorytarnych ciągotach ucieka się do promowania mniej znanych dyktatorów jak Franco, Salazar, Horthy czy Pinochet. Idealizując te postaci stara się oswoić ludzi z postulatami autorytarnymi i tym samym podkopać fundamenty naszej demokracji, które nie powinny podlegać dyskusji. Od chwalenia krwawych dyktatorów już bowiem tylko krok do wzięcia ich postulatów na swoje sztandary.

Przyglądając się nagłówkom tekstów o Franco rzuca się także w oczy powtarzalność sformułowań w stylu ,,pogromca”, ,,zbrojnie poskromił”, ,,zdeptał łeb lewicy” , ,,unicestwił” ,,rycerz” czy ,,krzyżowiec”. Jak widać, żeby zostać idolem prawicy nie trzeba przekonać do swoich poglądów większości społeczeństwa, tylko zbrojnie obalić legalny rząd oraz zdobyć władzę, topiąc kraj we krwi. Powinno to przypomnieć nam, że dla większości konserwatystów demokracja nie jest ani naturalna, ani pożądana. Funkcjonują w niej , jednak gdy tylko pojawi się szansa na prawicowe rządy autorytarne, z ochotą ruszając im służyć. Było tak w przypadku hiszpańskich konserwatystów, którzy po porażce wyborczej w 1936 roku tłumnie przyłączyli się do puczystów Franco oraz zasilili kadry jego biurokracji i aparatu terroru. Obecna służalczość prawicowych mediów wobec rządów PiS-u stanowi jedynie kolejne potwierdzenie tego faktu.

Historia również czerwona

Zakłamywanie wydarzeń historycznych oraz pomijanie niewygodnych faktów to chleb powszedni w podręcznikach do historii. Próba wyjścia naprzeciw owym przekłamaniom jest trudna, ale warta poświęcenia. Szczególnie wiosną, która obfituje w rocznice.

Święto Pracy to doskonała okazja do pokazania ludowej, robotniczej historii naszego kraju. Przecież 1 maja to nie „PRL-owska pozostałość”, ale jeden dzień w roku, który jest uhonorowaniem wszystkich walczących o równą pracę za godną płacę. To dzień sięgający korzeniami XIX w. Trudno jednak odczarować tę datę, szczególnie wobec domorosłych antykomunistów i starszego pokolenia, którego wiedza na temat genezy owego święta jest nieduża.

Dużo jest za to pracy, żeby pokazać historię nie tylko z perspektywy jaśnie hrabiów, panów generałów i międzywojennych inteligentów, ale przede wszystkim robotnic i robotników. W ubiegłą niedzielę, 26 kwietnia, minęło 100 lat od krwawego stłumienia poznańskiego strajku kolejarzy, którzy domagali się wypłaty obiecanych przez rząd centralny „13-stek”. 9 zginęło, 30 odniosło rany. Żaden policjant, ani endecki polityk wydający wówczas polecenia nie poniósł kary, historia robotniczego strajku jest zapomniana. Symbolizuje go wyłącznie tablica w murach b. zamku cesarskiego, pod którą rokrocznie wiązanki kwiatów składają działaczki i działacze lewicy. Władze miasta? Województwa? Próżno ich szukać. To tylko 9 osób. Tylko kolejarze.
Informacji o Wielkim Strajku Chłopskim z 1937 r. również na próżno szukać w podręcznikach do historii, a przecież to wtedy kilka milionów rolników wzięło udział w blokowaniu dostaw żywności buntując się przeciwko autorytarnym rządom piłsudczyków. Śmierć poniosły 44 osoby, 5 tys. aresztowano. Ale to Piłsudskiemu składa się kwiaty na różne rocznice, rzadko wspominając o jego powojennym umiłowaniu do rządów twardej ręki, pacyfikacji opozycji, upolitycznieniu sądownictwa czy budowie kultu własnej jednostki. Czasem trzeba włożyć kij w mrowisko podważając istniejące autorytety, bo tylko taka strategia pozwala na odnalezienie szerszej perspektywy.

Trzeba ze smutkiem przyznać, że tzw. „polityka historyczna” jest domeną prawicy wszelkiej maści. Do pewnego czasu lewica nie tylko była w defensywie, co całkowicie porzuciła walkę o pamięć historyczną. Dopiero od kilku lat dobrą robotę w tym zakresie realizuje partia Razem, lewicowe media i oddolne inicjatywy na rzecz Dąbrowszczaków walczących o demokratyczną Hiszpanię, przywrócenia pamięci o pierwszym niepodległościowym rządzie Daszyńskiego z 7 listopada 1918 r. czy promując postępowych autorów i autorki (Konopnicka, Boy-Żeleński i inni). Swego czasu SLD wychodziło z inicjatywami na rzecz historii, ale jako 23-latkowi jest mi zdecydowanie bliżej do ruchów robotniczych i kobiecych z dwudziestolecia niż prób wybielania PRL-u, który dla mnie miał zdecydowanie więcej ciemnych niż jasnych kart. Choć i tutaj jestem otwarty na dyskusje.

Dziś w Polsce nietrudno wpaść na ulice Daszyńskiego, Pużaka czy Arciszewskiego. Ilu z mieszkańców czy przejezdnych chociaż przez minutę zastanowiło się nad tymi patronami? Pewnie znikoma część. Jest co robić. Historię trzeba odkłamywać, pokazywać jej inne oblicze. Szczególnie to czerwone. Ludowe.

Gra Wyklętymi

Narracja „albo Wyklęci, albo Komuna” – czasem formułowana wprost, czasem bardziej lub mniej zawoalowana – stała się jednym z kamieni węgielnych prawicowej polityki historycznej. Naiwne, czarno-białe spojrzenie na historię PRL (i projektowanie go, w osobliwy sposób, na współczesność) coraz częściej uchodzi za prawdę objawioną.

Tymczasem rozprawić się z tą zero-jedynkową wizją można w bardzo prosty sposób: wyliczając to, co się w takiej alternatywie nie mieści.
Ne mieści się działająca w latach 1945-1947 legalna opozycja – PSL, którego politycy usiłowali ocalić tyle suwerenności, ile się dało, bez dalszego beznadziejnego przelewu krwi (co nie uchroniło jednak ich samych przed krwawymi represjami).

Nie mieszczą się setki wybitnych przedwojennych specjalistów,

współpracujących z narzuconym Polsce reżimem przy odbudowie kraju po wojnie – najbardziej znanym z nich był Eugeniusz Kwiatkowski, uznawany za głównego twórcę Gdyni, którą tak szczyciła się II RP. Nie mieści się – jeśli kto od pracy u podstaw woli czyn zbrojny – bitwa na dworcu w Lesznie, w której życie porwanej przez radzieckich żołnierzy Polki uratowali (przypłacając to własnym) nie Wyklęci, tylko funkcjonariusze „komunistycznej” rzekomo milicji i równie „czerwonego” wojska.

Nie mieści się kwestia wypowiadana w filmie „Generał Nil” przez głównego bohatera, który radzi garnącemu się do konspiracji młodemu zapaleńcowi,

by dla dobra Ojczyzny poszedł na studia,

dobrze wykonywał swoją pracę i założył rodzinę (nie zdołałem ustalić, czy to wypowiedź autentyczna – ale jeśli nawet apokryf, to dobrze oddaje sedno sprawy).

Nie mieści się Paweł Jasienica (przez krótki czas też zresztą, notabene, Żołnierz Wyklęty), który mimo wszystkiego, co od władz PRL wycierpiał, do końca życia uważał, że „w roku 1945 Polska weszła na jedyną drogę, która wiodła w przyszłość”.

Nie mieści się symbol przedwojennego polskiego Lwowa – „Szczepku”, Kazimierz Wajda, który po wojennej tułaczce zamieszkał w kraju i aż do naturalnej śmierci pracował w Polskim Radiu („Tońku”, Henryk Vogelfänger, powrócił dopiero w 1988 r.).

Nie mieści się Lechosław Goździk i inni robotniczy przywódcy Polskiego Października – wrodzy i stalinizmowi, i Gomułce, ale dokładający wszelkich starań, by nie dopuścić do wybuchu zbrojnego powstania, którego skutkiem byłaby rzeź gorsza od tej, jaką w tym samym 1956 r. Armia Czerwona sprawiła Węgrom. Nie mieści się krakowski „Przekrój” Mariana Eilego – pismo, które nawet w najciemniejszych latach stalinizmu nie tylko zapewniało okno na świat inteligentom, ale i drążyło niczym kropla świadomość PZPR-owskiego betonu, a zdaniem wielu stworzyło wręcz w tych przerażających warunkach własną wspaniałą cywilizację.

I tak by można wyliczać w nieskończoność.

Mówić o Konwersatorium „Doświadczenie i Przyszłość”, o środowisku tygodnika „Polityka”, o Klubie Krzywego Koła. O Mirosławie Dzielskim, Stefanie Kisielewskim, Janie Józefie Lipskim (tak przecież różnych światopoglądowo). O Polskim Ruchu Obrony Łużyc i środowisku Instytutu Zachodniego, usiłującym (z sukcesami!) za cenę poparcia PPR realizować polską rację stanu na Zachodzie. O politycznych zapiskach Marii Dąbrowskiej.

O Kościele Katolickim, który w imię osiągnięcia celów dla Polski kluczowych (granice, unormowanie stosunków z Niemcami, spokój społeczny) potrafił zawierać z partią kompromisy i współpracować z nią, nie przestając przy tym być ostoją dla większości opozycjonistów.
No i o tym, że także

do samej PZPR należało wielu ludzi uczciwych,

niezaprzeczalnych patriotów. Tak było przez cały okres jej istnienia, różnymi pobudkami się ci ludzie kierowali. I o wielu jeszcze ludziach i faktach. Ale w prawicowej polityce historycznej nie o fakty przecież chodzi. A o co chodzi?

O to, by w topornej propagandzie nadal używać w obronie PiS, Konfederacji, a nieraz i ONR maczugi z napisem „PRECZ Z KOMUNĄ”.
By ciemny lud nadal łykał bardziej lub mniej zawoalowany przekaz, że w roku 1968 Polski nie było, że wnuki odpowiadają za czyny dziadków, że dezubekizacja jest słuszna, sprawiedliwa i zbawienna, że każdy, kto protestuje przeciw rządom PiS, jest w prostej linii spadkobiercą SB, ORMO, ZOMO, CzeKa, Securitate, AVH oraz Stasi, a powstańcy warszawscy walczyli o to, by Ziobro mógł odebrać Polakom niezawisłe sądy.

No, bo o to przecież walczyli? Nie?!

Jak się mnożą „Wyklęci”

Przez ostatnie kilkanaście lat, antykomunistyczne, powojenne podziemie rozrosło się 15 – krotnie. I nic nie wskazuje, żeby na tym poprzestało.

Ministerstwo Edukacji Narodowej wydało okólnik. Taki, żeby wszystkie „szkoły i placówki oświatowe” włączyły się w obchody Narodowego Dnia Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”. Pan minister Piontkowski chciałby „ aby uczniowie wspólnie z nauczycielami zorganizowali w pierwszym tygodniu marca wydarzenia edukacyjne poświęcone bohaterom podziemia antykomunistycznego. Mogą to być spotkania ze świadkami historii, wizyty w lokalnych miejscach pamięci, lekcje o „Żołnierzach Wyklętych” czy apele pamięci”.
Żeby jednak żadnemu belfrowi nic się nie pokićkało
i nie zrobił lekcji pokazującej, jak Kuraś „Ogień” wysyła do nieba Żydów, „Bury” – Białorusinów, a ludzie Łupaszki kogo popadnie, to okólnik zawiera tegoroczne doprecyzowanie co należy świętować i uwypuklać. Znaczy szkoły dostały wykładnię aktualnej polityki historycznej.
I mają uczyć, że „Powojenna konspiracja niepodległościowa była najliczniejszą formą zorganizowanego oporu polskiego społeczeństwa wobec reżimu komunistycznego”. Z cokołu spadła „Solidarność” z jej 10 mln członków, bo widać była albo niezorganizowana, albo nie walczyła z komuną, a poza tym miała w swoich szeregach Wałęsę i Frasyniuka, więc się w walce z reżimem nie liczy. Prof. Antoni Dudek zadałby przy tej okazji MEN pytanie o mikołajczykowski PSL, który miał jakiś milion członków – czy ta formacja była niezorganizowana, czy też nie antykomunistyczna?
MEN przytacza zatem dowody na najlicznieszość Wyklętych. „W zbrojnym podziemiu działało nawet 200 tys. osób zgrupowanych w oddziałach o różnej orientacji. Kolejnych 20 tys. walczyło w partyzantce” – pisze ministerstwo. Nie tłumacząc czym różni się partyzantka od oddziału zbrojnego i dlaczego jest jej nie tyle samo, tylko dziesięciokrotnie mniej.
Ale to i tak nic,
bo „Kilkaset tysięcy osób zapewniało łączność, aprowizację, wywiad i schronienie”.
Jakby nie patrzeć, wychodzi zatem, że z komunistami po wojnie regularnie napieprzał się jakiś milion Polaków. Zwłaszcza, że „Przeciwko władzy występowali także uczniowie zrzeszeni w podziemnych organizacji młodzieżowych – łącznie ok. 20 tys. młodych ludzi”.
Patriotyczny i bohaterski charakter Wyklętych przejawiał się zaś w tym, że „Oddziały zbrojne o antykomunistycznym charakterze walczyły z Urzędem Bezpieczeństwa, Korpusem Bezpieczeństwa Wewnętrznego i Milicją Obywatelską”.
O tym, że leśni
napieprzali się też z 2 milionami czerwonoarmistów nie wspomniano. Ani o rozstrzeliwaniu zdrajców, którzy przyjęli ziemię z reformy rolnej.
Oczywiście nie ma w okólniku słowa o tym, że wiosną 1945 r. PPR miała 300 tys. członków, a w 1948 r. już 900 tys. Podanie tego mogłoby nieco zaciemnić młodzieży postrzeganie czasów, które mają mieć przekaz jasny, sprowadzający się do stwierdzenia, że naród polski w znakomitej większości walczył ze garstka zdrajców przyprowadzonych do nas przez Sowietów.
Informacje o liczebności PPR podali w 2007 r. w przedmowie do „Atlasu Polskiego Podziemia Niepodległościowego 1944 – 1956” prof. Rafał Wnuk z KUL i dr Sławomir Poleszak z IPN. Dokładnie w tym samym tekście sprzed 13 lat zawarli wszystko, co polscy historycy byli w stanie wygrzebać w archiwach o liczebności powojennego podziemia.
Czyli informację, że już w 1945 roku przed komisjami amnestyjnymi stanęło 30 217 osób, które zdały 2 tys. sztuk broni. Historycy dołożyli i fakt, że w wyniku ogłoszonej 22 lutego 1947 r. amnestii z podziemia wyszło 53 517 osób, działalność swą ujawniło też 23 257 osób przetrzymywanych w więzieniach i aresztach. I wyszło im, że łącznie ta „amnestia objęła 76 574 osoby – członków organizacji podziemnych i oddziałów partyzanckich oraz dezerterów z WP, MO, KBW i UB”.
Wnuka i Poleszka środowisko historyków sobie ceni. I dlatego nikt nie kwestionuje liczb, które podają, a z nich wynika, że w 1945 r. w lesie przebywało 13-17 tys. osób, w 1946 r. 6600-8600, zaś po amnestii, w latach 1947-1950 przez oddziały przewinęło się do 1800 partyzantów.
Różnica między niecałymi 2 tysiącami, a 20 tysiącami Wyklętych, którymi posługuje się MEN jest zasadnicza, bo 10-krotna. I kłamliwa.
Żaden szanujący się badacz
nie pisze o kilkuset tysiącach osób czynnie wspomagających powojenne podziemie. Bo to bzdura jakaś jest i w dodatku zaprzeczająca narracji o krwawym terrorze i wszechobecnym donosicielstwie wprowadzonym przez UB. Ale dla MEN wciśnięcie takiego kitu uczniom, nie jest problemem.
Tak samo jak wymyślenie 20 tysięcy antykomunistycznie zorganizowanych uczniów. Poleszek i Wnuk, zjedli na tym zęby i – znając ich – też chcieliby taką liczbę wydmuchać. Ale niestety przeliczyli wszystko co się dało i doszli do wniosku, iż „do 1956 r. w Polsce powstało niemal tysiąc podziemnych grup młodzieżowych, przez które przewinęło się ponad 10 tys. osób.
Organizacje te można podzielić na kilka kategorii. Najliczniejsze nawiązywały do konspiracji wojennej i powojennej, co wyrażało się m.in. w przybieraniu takich nazw, jak AK, WiN czy NSZ . Dużą grupę stanowiły podziemne drużyny harcerskie”. Ponad 10 tys. to jednak nie MEN-owskie 20 tysięcy.
Podawana przez MEN,
idąca w dziesiątki tysięcy, liczebność Wyklętych, to nie jest ostatnie słowo obecnych władz IPN. Dlatego kierujący pracami Biura Badań Historycznych IPN w Warszawie dr Tomasz Łabuszewski uważa, że „Liczba ok. 300 tys. osób wydaje się racjonalna. Jeżeli przyjmiemy, że w okresie największego rozwoju konspiracji antykomunistycznej w jej szeregach było ok. 200 tysięcy ludzi, to wydaje się, że w okresie tych kilku kolejnych lat możemy dodać 100 tys. osób, zwłaszcza, że ta konspiracja nie zaczyna się w roku 1945, ale moim zdaniem w końcu roku 1943”.
Pewien, że Wyklętych będzie z roku na rok coraz więcej, jest prof. Antoni Dudek. I z jednej strony go to śmieszy, a z drugiej każe przypomnieć jak to jeszcze 40 lat tremu, z komunistycznych kanap takich jak SDKPiL, ówczesna propaganda usiłowała uczynić organizacje masowe. Mechanizm i chęci się nie zmieniły. Tamtym chodziło o rozdmuchanie swojego mitu założycielskiego, tym o dokładnie to samo. A że wybrali sobie nie Solidarność i AK, to będą nadymać balonik z Wyklętymi do granic przyzwoitości.
I tylko szkolnej dziatwy żal…