Wokół zawartości i kontekstów „Września” Jerzego Putramenta

Minęła 82, okrągła rocznica agresji Niemiec na Polskę, czyli wybuchu II wojny światowej 1 września 1939 roku. Świat jest inny, Polska jest inna, Niemcy są radykalnie inne, inaczej na ogół prowadzone są wojny, ale są też i pewne podobieństwa. Polska skłócona jest w mniejszym czy większym stopniu ze swoimi sąsiadami, z Niemcami, Czechami, Rosją, Białorusią. Relacje z małą Słowacją są, póki co, neutralne, a z Ukrainą może być różnie mimo obecnych pozorów sielanki. Tylko na północy za brudnym i martwiejącym Bałtykiem jest odległa, bardziej mentalnie i antropologicznie niż geograficznie, obca Szwecja.

„Larwa narodu”?
No i jeszcze jedno: w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi Ameryki Północnej Polska jest, z grubsza biorąc, w punkcie wyjścia z 1939 roku czyli generalnie poza jej specjalnym zainteresowaniem. A rząd PiS i jego propaganda traktuje swojego niedawnego Supersojusznika już niemal jak wroga i nabijają się z Joe Bidena niemal jak niegdysiejsi „antykomuniści” z Leonida Breżniewa. Poza tym Polska jest też, podobnie jak w 1939 roku, bezbronna militarnie, co wykazał wynik symulacji agresji rosyjskiej, a pomoc NATO wcale nie taka oczywista. Polska jest więc dość podobnie jak w 1939 roku (praktycznie, nie formalnie) – osamotniona. Wakacje 1939 roku były co prawda generalnie spokojniejsze niż tegoroczne, ale wtedy nie było TVPiS, TVN24, Polsatu i internetu, czyli wszędobylskiej polityki transmitowanej na okrągło. Nawet radio było jeszcze w powijakach. Czy zmierzam do tego, by ogłosić, iż przewiduję powtórkę z września 1939 roku? Nie mnie to oceniać, ale skojarzeń trudno uniknąć, choć historia nigdy się nie powtarza w tym samym kształcie. Obawiam się też, że gdyby doszło do nieszczęścia, nie byłaby to piękna klęska jak z pisowskich malowanek dla grzecznych dzieci. Przebieg zdarzeń przypominałby raczej ten obraz kampanii wrześniowej, który odmalowali w swoich powieściach: Stefan Kisielewski w „Sprzysiężeniu”, Jan Józef Szczepański w „Polskiej jesieni” i Jerzy Putrament we „Wrześniu”. Tej ostatniej będą poświęcone poniższe uwagi.
Zaraza polskości
„Ożywa przed czytelnikiem cały teatr kampanii, jego decydujące szlaki, jej szybkie wydarzenia – pisał młody krytyk Andrzej Wasilewski w swoim szkicu o powieści tuż po jej ukazaniu się (1952) – Poznajemy myśl operacyjną sanacyjnych dowódców i uczestniczymy w losach poszczególnych armii, doświadczenia różnych warstw narodu i ludu warszawskich przedmieść, chłopstwa, drobnomieszczan zamarłych miasteczek dwudziestolecia, inteligencji mieszczańskiej różnego kalibru, przywódców sanacyjnej kliki i przedstawicieli najlepszych sił narodu – komunistów”.
To generalna kwantyfikacja. Wasilewski zwraca jednak uwagę na niezwykle ciekawe konstatacje polityczne zawarte w powieści. Józef Beck, jedna z realnych postaci pojawiających się we „Wrześniu”, mówi o Polsce jako o „nikczemnym kraiku”. Krytyk zwraca uwagę, że „ostatnie dni sanacji to okres szczytowego natężenia jej łajdactw”. Wspomina o postaci Knothego, „generała sprzątniętego przed „Dwójkę” za odważną krytykę samobójczego planu obrony”. „Z drugiej strony Becki, Rydze, Burdy i Rąbicze. Bankier Vestri, „dziennikarka reżimu Gaysse i „ludowcy” w rodzaju Kulibaby” – pisze Wasilewski i dodaje: „O ile reprezentanci sanacji przedstawieni zostali z doskonałą ostrością i plastyką, to przedstawicielom ludu brak tej pełni”. „Największą siłą Putramenta jest demaskatorstwo, słabiej wypadają w niej ciepłe, przyjazne, przejmujące odblaskiem czystego życia”. „Dialogi pulsują dramatyzmem”.
Dialogi rzeczywiście pulsują dramatyzmem, a nawet błyskotliwością. Szwajcarski bankier Vestri w rozmowie z senatorem Potockim mówi: „Niech pan powie, hrabio, w czym się kryje ta zaraza polskości? Chwilami myślę, że to coś w rodzaju malarii. Człowiek przyjeżdża tutaj, jakby nigdy nic, zrobić jakiś interes, zgarnąć pieniądze i jechać do spokojnych, kulturalnych krajów, aby przetrawić łup. Zrazu Polska działa na niego odpychająco. To towarzystwo warszawskie zapatrzone w jakieś tam zagranice jak jacyś Rumuni. Ta bida, niechlujstwo i jednocześnie zarozumiałość. (…) A jednocześnie przekonanie, że Polska jest pępkiem świata. Bezmyślny, zwierzęcy patriotyzm. I przy tym zupełny brak zmysłu politycznego. Kłótnie i swary wszystkich ze wszystkimi. I jednoczesne zgodne i zgrane pchanie tej ukochanej ponad wszystko ojczyzny do wielkiej katastrofy”.
Polacy jak dzieci – bawią się
Skąd się to bierze?”. (…) „Wie pan (…) chwilami zdaje mi się, że to po prostu dzieci. (…) Są takie meksykańskie bodaj salamandry, które całe życie spędzają w stadium larwy. Może i z Polską jest podobnie? Po prostu larwa narodu, coś jej tam przeszkodziło, czegoś zabrakło, czegoś było za dużo i normalne przekształcanie się zahamowało. To by tłumaczyło tę nieodpartą atrakcyjność Polaków. Dzieci są brudne, źle wychowane, zarozumiałe, krzykliwe, porywcze i łatwo zapominające, okrutne. Ale są dziećmi. Polacy tylko bawią się – w wojsko, w rząd, w wielkie mocarstwo”.
Bardzo obszerną i drobiazgową analizę „Września” zawarł Ryszard Matuszewski w szkicu „Powieść o klęsce wrześniowej”, zwracając uwagę przede wszystkim na wybitne walory jej warstwy satyrycznej, sarkastycznej, pamfletowej, momentami marionetkowej, ogarniającej polityczne i wojskowe sanacyjnej „góry” i słabość artystyczną scen ukazujących świat pozytywny: ludu, chłopów, robotników, a także komunistów (po nazwiskami Kalwego i Walczaka skrywają się Alfred Lampe i Marian Buczek): „Klika sanacyjna, cywilna i wojskowa, reprezentowana jest przez kapitalne postacie dwu „szarych eminencji” reżimu, Rąbicza i Burdę, wraz z ich otoczeniem politycznym i domowym, ich „świtą” i żonami bądź kochankami. Jest wspaniała postać odsuniętego na bok „starego legionisty” Friedenberga. Szereg postaci wyższych i niższych wojskowych: „dwójkarz” Ślizowski, wywindowani przez reżim „sztabowcy” i „liniowcy”, i młody sanacyjny narybek oficerski. I mała totumfacka płotka dziennikarska – Gaysse-Tarnobrzeska, i drobni urzędnicy, i policja”. Matuszewski odrzuca jednak zarzut o „kadenizm” „Września”, czyli pokrewieństwa stylistyczne z prozą Juliusza Kadena-Bandrowskiego. „Językowe podobieństwa naraziły powieść Putramenta, wówczas kiedy drukowano ją w odcinkach, na niesłuszny, bo ogólnikowo formułowany zarzut naturalistyczno-ekspresjonistycznego rozwichrzenia stylu, przypominającego przedwojenne powieści Kadena Bandrowskiego. Zarzut był niesłuszny, bo styl Kadena wiązał się z całą jego postawą ideową, był konsekwentnym jej odpowiednikiem, zacierał celowo oblicze postaci, sprowadzając ich działanie do biologicznych odruchów. Nic podobnego nie ma u Putramenta, którego postaciami rządzą nie zafałszowane dyrektywy myślowo-ideologiczne”.
Opinie Zweiga i Wańkowicza
Warto przeczytać „Wrzesień” zarówno po raz pierwszy, jak i w ramach powtórki. Piszący te słowa co pewien czas powraca do tej powieści z satysfakcją jak rzadko do innych. To musi coś znaczyć, bo do złej prozy nie wracałoby się tak chętnie, a to świadczy o tym, że Putrament był, wbrew nienawidzącemu mu go „antykomunistycznemu” koleżeństwu po pisarskim fachu, naprawdę dobrym pisarzem, któremu przylepiono „gębę” nieutalentowanego grafomana i aparatczyka. W przypadku zaś „Września” okazał się pisarzem bardzo wybitnym. A wielu z tych „nieskazitelnych” pozostawiło po sobie jedynie nie nadające się do czytania nudy na pudy.
„Nazwisko Jerzego Putramenta stawiam od tej chwili w jednym rzędzie z nazwiskami francuskich, angielskich i niemieckich pisarzy, należących do najlepszych epików tej epoki, która zakończyła się naszą erą atomową” – napisał wybitny pisarz niemiecki Arnold Zweig w swoim tekście o „Wrześniu”. W „Prosto od krowy” Melchior Wańkowicz nazwał „Wrzesień” „Generałem Barczem na czerwono”.
Po 82 latach od czasu akcji powieści i po 69 latach jakie upłynęły od jego wydania, „Wrzesień” Putramenta, choć w warstwie stricte historycznej i personalnej już tylko dokumentem epoki, to w swej warstwie artystycznej ciągle uderza świeżością i atrakcyjnością, dynamiką i prawdą. A przede wszystkim jest w niej walor i duch metafory oddającej z rzadką trafnością klimat i esencję „polskości”, „kompleksu polskiego”, konfrontację polskiej żywotności i zarozumialstwa z brutalnymi wyzwaniami historii, w tym polskiego zachowania w obliczu klęski.

Jeszcze o warszawskich pomnikach

Kilka tygodni temu stolicy przybył odsłonięty w centrum miasta, u zbiegu Świętokrzyskiej, Kopernika i Tamki, pomnik „Solidarności”. Monument przedstawia logo „Solidarności”, tryumfalnie przebijające mur berliński.

Wzbudził też od razu ten pomnik spore kontrowersje – i to nie tylko dlatego, że oprotestował go obecny przewodniczący „Solidarności”, zarzucając, że logo związku, którego czuje się właścicielem, zostało tu użyte bez jego aprobaty.
Bo przede wszystkim, niezależnie od bzdurnych uroszczeń Piotra Dudy, nowy pomnik jest po prostu brzydki w formie i nader mglisty w treści. Symbolizująca berliński mur brudnobiaława bryła i wywiedziony w kolorze rdzy wielki napis „Solidarność” sprawiają wrażenie ponurej, a przy tym tandetnej turpistycznej instalacji; nie dziw, że krytyczni internauci domagają się informacji, kto za wybór i zatwierdzenie podobnego projektu odpowiada. Nie wiadomo też, czy ta rdzawa kolorystyka czerwonego przecież w oryginale logo „Solidarności” wzięła się ze strachu przed „socjalistyczną” czerwienią (a związek deklarował u swego zarania: „socjalizm – tak, wypaczenia – nie”), czy też ma symbolizować korozję i degenerację ruchu, który z wyraziciela słusznego robotniczego protestu wyrodził się w entuzjastę dzikiego kapitalizmu, a potem przybudówkę prawicowej, faszyzującej partii politycznej. O tym, że przypisywanie „Solidarności” zasługi obalenia muru berlińskiego jest kolejnym objawem narodowej polskiej megalomanii, już nie wspomnę.
A komu w ogóle to arcydzieło zawdzięczamy? Z projektem jego powstania wystąpiła i pieniądze na jego realizację dała trochę tajemnicza Fundacja im. Ronalda Reagana, która dziesięć lat wcześniej niespodziewanie i w dość nagłym trybie uszczęśliwiła stolicę wystawionym przy Alejach Ujazdowskich naprzeciw ambasady USA pomnikiem swego patrona – jak wiadomo, zaciekłego wolnorynkowego konserwatysty, a zarazem zagorzałego militarysty i ochoczego organizatora amerykańskich zagranicznych interwencji wojskowych. Przy okazji tego pomnika – tym razem wiemy to na pewno – nie było ani konkursu, ani konsultacji z władzami stolicy (choć te dały zgodę na lokalizację) – czy z tego wszystkiego nie można wysnuć wniosku, że wystarczy mieć trochę pieniędzy i tupetu, by na stołecznych ulicach otwarcie się szarogęsić? I by nad pomnikiem „Solidarności” przy Świętokrzyskiej obok flag Warszawy, Polski i Unii Europejskiej powiewała także flaga USA?
*
Na peryferiach Warszawy z rzeźbą monumentalną też bywa różnie: odbywając ostatnio spacer z Wilanowa na Ursynów napotkałem na rogu ulic Arbuzowej i Kuratowskiego ziejący amatorszczyzną pomnik …świętej Katarzyny Aleksandryjskiej, wystawiony podobno rok po Reaganie, „na okoliczność 1700-lecia jej męczeńskiej śmierci”, jak głosi napis na cokole. I w tym wypadku ciśnie się na usta pytanie, za czyją to aprobatą figura ta „upiększyła” miłą i urokliwą okolicę – i czy w ogóle w dwudziestym pierwszym wieku w stolicy środkowoeuropejskiego państwa postać wymachującej krucyfiksem egipskiej świętej sprzed prawie dwóch tysięcy lat powinna być eksponowana na otwartej przestrzeni w miejscu publicznym, czy też jej miejsce jest raczej w świątyni?
*
Ale ten ostatni wariant zapewne nie mógłby zadowolić ambicji ówczesnego proboszcza warszawskiej parafii św. Katarzyny, na terenie której stanęła inkryminowana figura – księdza Józefa Maja; niektórzy pewnie jeszcze pamiętają jego nieokiełznaną energię i determinację okazywaną nie tylko w bardzo szeroko rozumianej działalności duszpasterskiej, lecz także na polu politycznym (np. utworzony w jego kościele i pod jego osobistym patronatem prawicowy Konwent św. Katarzyny). Skądinąd jedno z jego wielu niecodziennych przedsięwzięć dane mi było w swoim czasie obserwować z bliska: kiedy dwadzieścia lat temu współprzewodniczyłem działającemu pod patronatem prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Komitetowi Inicjatywnemu Obchodów 180-lecia Urodzin Cypriana Norwida, ksiądz Maj umyślił umieścić z okazji tej rocznicy w swej świątyni kopię znajdującego się w rzymskim klasztorze Trinità dei Monti (tego nad Schodami Hiszpańskimi) fresku „Mater Admirabilis”, który w 1852 roku stał się dla Norwida inspiracją do stworzenia poematu „Litania”; wykonaną niebawem tę kopię poświęcił osobiście już w 2003 roku na audiencji generalnej Jan Paweł II, a ksiądz Maj wynajął specjalny samolot, którym na ten obrządek poleciało do Watykanu ponad trzysta osób – nie omieszkali przyłączyć się do tej wycieczki (zresztą z racji, o której wyżej, wziąłem w niej udział i ja) przywiezieni do Wiecznego Miasta indywidualnie i ówczesny minister kultury Waldemar Dąbrowski, i ówczesny prezydent Warszawy Lech Kaczyński, i ówczesny prymas Józef Glemp.
Ani jednak Dąbrowski, ani Kaczyński, ani Glemp, ani potem kolejni ministrowie kultury, prezydenci stolicy czy prymasi skutecznie nie wsparli szeroko już wówczas artykułowanej idei wzniesienia Norwidowi w Warszawie pomnika, na który zasługuje on na pewno bardziej niż Katarzyna Aleksandryjska. Na kolejny monit w tej sprawie, jaki w związku z tegoroczną 200. rocznicą urodzin poety skierował jeszcze przed kilkunastoma miesiącami Związek Literatów Polskich, biuro kultury stołecznego magistratu zareagowało informacją, że jakoby kilkanaście lat temu ustalono już (zresztą, jak można sądzić, bardzo niefortunną i wymagającą korekty) lokalizację takiego monumentu, nie wyjaśniło wszakże, dlaczego od tamtej chwili niczego więcej nie uczyniono. Pomnik wielkiego i tak związanego z Warszawą twórcy, którego wysokie humanistyczne przesłanie pozostaje wciąż wyjątkowo aktualne i którego poetyckie słowo wciąż poraża siłą swej nowatorskiej inwencji, od którego cała polska kultura tak wiele zaczerpnęła, powinien oczywiście stanąć w punkcie naprawdę reprezentacyjnym („bo nie jest światło, by pod korcem stało”), a zarazem mocno związanym z jego biografią – dla mnie takim wydaje się zbieg ulic Andersa i Solidarności koło placu Bankowego, ściślej skwer przy kinie Muranów w bezpośrednim pobliżu miejsca, w którym poeta w 1836 roku zamieszkał, skąd też mógłby spoglądać w kierunku swego równie wielkiego kolegi Juliusza Słowackiego. W roku Norwidowego jubileuszu na nic w tej sprawie już najpewniej liczyć nie można – może jednak Trzaskowskiego stać będzie choćby na jakieś decyzje perspektywiczne (bo z Glińskim, dla którego obcowanie z rodzimą literaturą, do tego taką jak poezja Norwida, stanowi wyzwanie wyraźnie ponad siły, żadnych nadziei bym nie wiązał).
*
Warszawski Trakt Królewski z okazji 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości miał na odcinku zawartym pomiędzy placem Trzech Krzyży a Belwederem (a więc tym, na który wcisnął się Reagan) stać się swoistą aleją ojców odrodzenia naszej państwowości – do Witosa u początku, Dmowskiego pośrodku i Piłsudskiego u końca dołączyć mieli (i dołączyli) Daszyński i Korfanty. Z inicjatywy upamiętnienia Daszyńskiego lewica była słusznie dumna – ale nie zareagowała na fakt, że w rzeczy samej ostatecznie z tej alei ojców literalnie go wypchnięto, zapewne w myśl zasady, że lewicy wolno mniej. Okazały i godny monument wyobrażający przywódcę polskich socjalistów stanął bowiem nie – jak te pozostałe – przy samych Alejach Ujazdowskich, lecz na skwerku nie opodal placu na Rozdrożu; zasłonięty drzewami, pozostaje od strony Traktu Królewskiego prawie (zimą) lub całkiem (latem) niewidoczny, a jego najbliższe, izolowane też od codziennego ruchu pieszego otoczenie przeobraża się – czego sam parę dni temu byłem świadkiem – w oazę dziennego wypoczynku dla bezdomnych (skądinąd znamienne, że oddają się pod opiekę właśnie socjalisty). Ten stan rzeczy zmieniłaby niewielka kosmetyka tego miejsca – prawdopodobnie przesadzenie jednego czy dwóch drzew; może warszawska Nowa Lewica zdoła coś w tej sprawie przedsięwziąć?

Po co nam Pałac Saski?

– Prawo i Sprawiedliwość kolejny raz pokazuje warszawiakom środkowy palec – powiedziała radna Warszawy Agata Diduszko-Zyglewska na konferencji prasowej. Ona i politycy Lewicy mówili NIE odbudowie Pałacu Saskiego.

Ich konferencja prasowa odbyła się 14 lipca. Obok Diduszko-Zyglewskiej stali warszawska posłanka Anna-Maria Żukowska, dyrektorka KKP Lewicy (wcześniej radna Warszawy) Paulina Piechna-Więckiewicz oraz rzecznik Lewicy Razem w Warszawie Konrad Wiślicz-Węgorowski. Każde z nich wskazało inny powód, dla którego odbudowa to szkodliwa mrzonka.
– Wszyscy pamiętamy wiele lat toczących się w mieście miesięcznic – imprezy partyjnej PiS-u, podczas której PiS i Kaczyński używali zasobów publicznych, t. To, co się dzieje teraz z tym placem, jest kolejną autorytarną próbą odebrania kawałka miasta warszawiakom i warszawiankom – mówiła Diduszko-Zyglewska. Przypomniała też, że za sprawą partyjnego kaprysu, jakim jest odbudowa, zniknąć miałby znany wszystkim obywatelom symbol – Grób Nieznanego Żołnierza.

Nepotyzm w tle

W dodatku wiele wskazuje na to, że na odbudowie ludzie prawicy chcą po prostu zarobić.

– Prezydent Andrzej Duda postanowił odbudować Pałac Saski, ale nie swoimi rękami, nie wziął się do roboty, tylko powołał spółkę celową. Po co? Po to, żeby mieć gdzie zatrudnić kolejne rodziny swoich znajomych, swojego zaplecza politycznego. Inwestycja mająca kosztować 2,4 miliarda złotych wcześniej miała być o połowę tańsza. Dlaczego koszty tak wzrosły? Otóż dlatego, ze Pan Prezydent wymyślił sobie, ze w tej cudownej spółce zarobki będą wynosiły 28 tysięcy zł miesięcznie – alarmowała Anna-Maria Żukowska.

Konrad Wiślicz-Węgorowski wskazał natomiast dużo lepszy cel, na który mogłyby pójść pieniądze.

– Na 15 tysięcy dzieci przypada 1 psychiatra, mimo że przynajmniej 10 proc. osób do 18 roku życia wymaga pomocy ze zdrowiem psychicznym. Zamiast historyzowanych fantazji Pałacu Saskiego, zainwestujmy 2,4 mld w zdrowie psychiczne dzieci i młodzieży.

O wyzwaniach, jakie rzuca teraźniejszość, wspomniała też Paulina Piechna-Więckiewicz: W jej ocenie nie ma obecnie ważniejszej sprawy niż katastrofa klimatyczna i to na walkę z nią należy kierować fundusze. Także w mikroskali, zazieleniając miasta, zamiast ładować do warszawskiego centrum kolejny betonowy gmach. W ocenie doświadczonej działaczki z Warszawy Plac Piłsudskiego mógłby być przyjazną i integrującą mieszkańców przestrzenią. Ale nie wtedy, gdy PiS będzie tam realizować swoje fantazje o historii.

Wieszający pielęgnatorzy tradycji

Dzięki dotacjom ministra Glińskiego patriotyczni rekonstruktorzy, jak będzie potrzeba polityczna, to pokażą, jak pod Grunwaldem wygrywają Tatarzy.

Za parę miesięcy, po szczepieniach, z kopyta ruszą festyny w ramach najróżniejszych obchodów. Te zaś w najbardziej nawet zabitej dechami miejscowości nie mogą się odbyć bez rekonstrukcji historycznej.
Czeka nas zatem oglądanie bitew ze wszystkich epok, szturmy zamków. A nawet uczestniczenie w życiu codziennym w osadach wikingów i turniejach rycerskich. Ale nade wszystko będziemy mieli okazję zostać porażeni polityką historyczną obecnej władzy. I to w najkrwawszej wersji.
Pal licho fakty
Parę lat temu wrocławianie mogli niemal co tydzień oglądać jakąś historycznie rekonstruowaną egzekucję. W tym i takie które wyglądały zupełnie inaczej niż starali się to przekazać miłośnicy historii. Pokazali jak rozstrzelano Danutę Siedzikównę „Inkę” oraz Feliksa Selmanowicza „Zagończyka”. Rozstrzeliwali ich uczniowie liceum oraz pluton egzekucyjny Grupy Historyczno-Edukacyjnej „Młot”. Nikomu nie przeszkadzał taki drobiazg, że „Inka” i Zagończyk zginęli w piwnicy więzienia w Gdańsku. Ważne żeby był huk i padł trup. Najważniejsze bowiem, by widzowie byli usatysfakcjonowani. A organizatorzy wydarzenia zapłacili i zaprosili przebierańców po raz kolejny.
Choć w przypadku Wrocławia i to nie jest konieczne. Bo wystarczy nawiedzony historycznie nauczyciel podstawówki, który będzie chciał odegrać scenę egzekucji uczniów ze „szkółki polskiej” z Breslau. Pan osobiście wcielił się w esesmana, a najmłodsze dzieciaki z podstawówki odgrywały role rozstrzeliwanych.
Badacze fenomenu grup rekonstrukcyjnych zauważają, że ostatnie lata zaowocowały znacznym przesunięciem się zainteresowań historycznych rekonstruktorów. Rozpoczęło się to jeszcze za pierwszych rządów PiS, a potem było nadmuchiwane przez odznaczenia państwowe masowo wręczane przez Lecha Kaczyńskiego w czasach jego prezydentury.
Jednak to Marsz Niepodległości z 2011 roku, stał się jak gdyby aktem pasowania rekonstruktorów na Prawdziwych Polaków. Bo po tym jak Niemcy z „antify” na nich napadli, poczuli, że są awangardą polskości i strażnikami pamięci historycznej. W tym przekonaniu utwierdził przebierańców Jarosław Kaczyński, który w jednym z przemówień określił ich mianem filarów ruchu patriotycznego.
Patriotyzm rekonstrukcyjny, nie mógł zatem tkwić w czasach średniowiecza, czy nawet powstań narodowych. Wymagał przecież jasnego określenia „nas” jako ofiar i „ich” jako oprawców. Do tego zaś najlepiej nadawały się rekonstrukcje wybranych sytuacji z II Wojny Światowej i pierwszych lat powojennych. Nieprzypadkowe sytuacje. Źli mieli być Niemcy, Ukraińcy, Sowieci i – oczywiście – komunistyczna władza.
Czerwoną hołotę
Ponieważ najbardziej złą rzeczą jest mordowanie niewinnych, to najmodniejszymi rekonstrukcjami stały się masowe mordy, rzezie i egzekucje.
W Radymnie odegrano rzeź wołyńską. Kobiety i dzieci krzyczały. Karabiny strzelały, a trup ścielił się gęsto. I to taki zabijany kosami, widłami, sierpami i siekierami. A na koniec, zebranej gawiedzi, zademonstrowano jak palą się makiety chałup.
W Wólce Milanowskiej pod Nową Słupią w ramach rekonstrukcji, wybudowano wielka szubienicę, na której ustawiono 13 osób i założono im pętle na szyje, resztę przysłoniła kotara. To w tamach rekonstrukcji „Rozkaz: Zabić Polaków” przygotowanej przez Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznych „Jodła”. Show uświetniał obchody rocznicy prawdziwego mordu z 7 lipca 1942 roku.
Szef „Jodły” Dionizy Krawczyński opowiadał potem mediom: „Pokazaliśmy, kto jest katem, a kto ofiarą”. Bo bez szafotu nikt pewnie by nie wiedział.
Sędziszów to też Kielecczyzna. Tam właśnie rozgrywano akcje „Ostatniego Semafora” rekonstrukcji wydarzeń z 1944 roku. Kiedy to Sędziszów został otoczony żandarmerią i gestapowcami. Potem była obława, a następnie ciężarówki wywiozły 30 zatrzymanych osób, które rozstrzelano w Piotrkowicach i Chmielniku. Jednak inscenizacja wymagała, aby wystąpiła jedność czasu i miejsca, więc rozstrzelano aresztowanych na miejscu.
W Samsonowie – też od Kielcami – rekonstruktorzy też pokazali rozstrzelanie. Pluton egzekucyjny, huk, padające ciała, a potem wynoszenie zwłok zabitych. Dzieciom się to nader podobało.
Tak jak wcześniejsza rekonstrukcja Powstania Warszawskiego we Wrocławiu, w ramach której swołocz z Rosyjskiej Wyzwoleńczej Armii Ludowej wyrzuciła zakonnika z okna, a jednego z powstańców przeciągnęła po bruku na linie przywiązanej do motocykla.
Zresztą warszawskie rekonstrukcje też nie są gorsze. Bo można na nich było zobaczyć jak żołnierze niemieccy gwałcili Polki, a przy okazji powiesili też ks. Józefa Stanka.
Czyrak
Jak nie ma powstania ani spektakularnej egzekucji, to zawsze można wymyślić to, co w Strzyżowie wykoncypowali i zrealizowali rekonstruktorzy z Przemyskiego Stowarzyszenia Rekonstrukcji Historycznych X D.O.K. oraz Strzyżowskiego Teatru „Prima Aprilis”, którzy zaprosili mieszkańców Strzyżowa i okolic na rekonstrukcję historyczną – likwidacja kolaboranta kryptonim „Wrzód”.
Harcerki i harcerze z Patrolu Rekonstrukcji Historycznej Szczepu „Puszcza” Związku Harcerstwa Rzeczypospolitej z udziałem członków Stowarzyszenia Ochotniczy Oddział Kawalerii w barwach 22 Pułku Ułanów Podkarpackich rekonstruowały w Pionkach kawałek wojny. Chodziło o atak AK na tamtejszą fabrykę prochu. Jeden z partyzantów ginie, drugi jest ranny w głowę. A inni wydani przez kolaboranta są rozstrzelani. Młodzież się do widowiska przyłożyła. Nie mogło być inaczej bo odbywało się to w ramach projektu „Wzór patriotyzmu i oddania ukochanej Ojczyźnie”, który został wsparty finansowo przez Urząd do Spraw Kombatantów i Osób Represjonowanych, Gminę Miasto Pionki oraz Starostwo Powiatowe w Radomiu.
Gdzie najlepiej rekonstruować wkroczenie Armii Czerwonej do Lwowa we wrześniu 1939 r? Oczywiście w Gryficach. No to by pociąg z gwiazdą i sztandarem ZSRR, były strzały, płacz i krasnoarmiejcy.
Znacznie ciekawsza była jednak rekonstrukcja historyczna pacyfikacji Woli Zarczyckiej, w której Niemcy na placu szkolnym kazali przez 10 godz. leżeć kilkuset miejscowym mężczyznom, aby potem 76 z nich najpierw skatować, a potem zastrzelić.
Nie zawsze jednak rekonstruktorzy historyczni biorą udział w rekonstrukcjach. Czasem defilują jak na corocznej Krajowej Defiladzie Pamięci Żołnierzy Niezłomnych. A szkoda, mogliby przecież wpaść na Podlasie i przypomnieć kilka chlubnych kart swojej działalności. Ze szczególnym uwzględnieniem jednego z oddziałów Łupaszki i chłopców od „Burego”. A tak, to miast się bawić w mordowanie prawosławnych i Litwinów wysłuchują w ubrankach i orężu z epoki, jak ks. infułat Stanisław Zięba opowiada, że „Narodowe Siły Zbrojne, Żołnierze Wyklęci to była wielka siła nie tylko z powodu liczby żołnierzy, ale także, a może przede wszystkim, z racji potęgi jej ducha, mocy wiary i miłości do ojczyzny, ideowej spójności, żelaznej woli, ogromnej determinacji. Tego komuniści po prostu się bali. W tym widzieli największe zagrożenie i dlatego tak nienawidzili tych bohaterów narodowych”.
Dlatego dziś trzeba nienawidzić komunistów, i jak Szkolne Koło Rekonstrukcji Historycznej z łódzkiego Liceum i Gimnazjum oo. Bernardynów przygotować rekonstrukcję „Odbicie więźnia z rąk UB”.
Albo nawet jak grupa rekonstrukcji historycznej, powstająca przy Towarzystwie Przyjaciół Gminy Grabowo. Ona też dokonała odbicia więźnia antykomunistycznego podziemia z rąk UB. A niechby któryś z młodych ludzi nie chciał… W końcu narrację inscenizacji opracował i poprowadził dyr. szkoły w Grabowie. A, że nie doczytał, że AK nigdy nie miało na biało-czerwonych opaskach napisu AK?
Czepialscy detaliści wieszają psy na rekonstrukcji napadu przez UPA na wieś Rudka. Ale kogo to obchodzi, skoro można sobie było pooglądać pogrom.
Koncesje na przebieranie
Jeszcze inną oprawę zafundowano rekonstrukcji spalenia w paru chatach mieszkańców wsi Szarajówka w 1943 r.. Bo na oglądanie spędzania mieszkańców do podpalonej później chaty załapali się gminni włodarze oraz facet dla którego przebranie jest standardem – lokalny proboszcz. W stosownym przemówieniu starosta Biłgorajski Kazimierz Paterak nieustająco opowiadał o obowiązku pamięci o tamtych czasach i przekazywania jej młodemu pokoleniu. Poprzez coroczne palenie chaty, jak można domniemać.
To, że cyrk z przebierańcami sięgnął u nas zenitu niech zaświadczą takie drobiazgi jak odznaczenie przez ministra Błaszczaka, podczas wizyty na Węgrzech tamtejszego rekonstruktora, oraz wręczenie przez ambasador w Hiszpanii nagrody „Bene Merito” iberyjskiej grupie, która w zestawie wielu innych kostiumów ma również polskie, przedwojenne mundury.
O tym, że wychowywanie przez krwawe widowiska me sens, dowodzi zasłyszane kiedyś od uczestnika marszu „żołnierzy wyklętych” stwierdzenie: „Powinien mocniej ścisnąć”. Powiedział to obserwując „ubeka” duszącego „więźniarkę” w czasie jednej z rekonstrukcji.
Zdaniem badaczy zjawiska, nie powinniśmy się zdziwić, jak lada moment ktoś zechce unaocznić jak wyglądało zapędzanie ludzi do komór gazowych, albo czy od stodoły w Jedwabnem rzeczywiście biło ciepło. Niemieckie ciepło.

Senat uczcił rewolucjonistów

Senat przyjął uchwałę o upamiętnieniu rewolucji 1905 r. i poprzedzających ją robotniczych protestów na ziemiach polskich pod zaborem rosyjskim. W kraju, gdzie politykę pamięci prowadzi narodowa prawica, to sytuacja wyjątkowa.

Co więcej, zapisany w uchwale opis upamiętnianych wydarzeń jest zgodny z historyczną rzeczywistością!

– Rewolucja 1905 roku była zrywem społeczeństwa w obronie wartości narodowych i praw społecznych, zwróciła się przeciwko carskiemu absolutyzmowi oraz wyzyskowi ze strony kapitalistów i obszarników. Wydarzenie to wymusiło zmiany ustrojowe w Rosji, było zarzewiem rewolucji lutowej, a następnie październikowej 1917 roku – czytamy w przyjętym przez Senat dokumencie.

Uchwała kreśli historyczne tło rewolucji 1905 r., przypominając o wojnie rosyjsko-japońskiej i pogorszeniu sytuacji materialnej mieszkańców całego Imperium Rosyjskiego, jakie przyniosła. Jest w niej mowa o utworzeniu Organizacji Bojowej Polskiej Partii Socjalistycznej i o pamiętnej demonstracji 13 listopada 1904 r., gdy pierwszy raz od czasów powstania styczniowego polska organizacja zbrojna stoczyła prawdziwą bitwę z rosyjskimi żołnierzami i policją. Bitwa ta toczyła się i pod hasłem wolności polskiego ludu, i sprzeciwu wobec wojny, i zapowiadała walkę o inne, bardziej sprawiedliwe społeczeństwo.

W dalszej części uchwały nie zapomniano o tym, jak carskie wojsko rozpędziło demonstrację pierwszomajową w 1905 r., ani o tym, jak robotnicy z Łodzi, w obliczu represji, stanęli do walki na barykadach.

– Rewolucja 1905 roku na ziemiach Królestwa Polskiego wywołała liczne protesty, ale też akty czynu rewolucyjnego inicjowane przez środowiska lewicowe. W Warszawie w styczniowych starciach demonstrantów z wojskiem śmierć poniosło 100 osób. Warszawska demonstracja pierwszomajowa pociągnęła za sobą 32 ofiary carskiego aparatu przemocy. W proteście łódzkich włókniarzy w dniach 22–24 czerwca, który przerodził się w regularne starcia z policją, liczba ofiar śmiertelnych i rannych sięgnęła dwóch tysięcy. Kulminacją ruchów rewolucyjnych na ziemiach Królestwa Polskiego było ogłoszenie strajku powszechnego i proklamowanie w Ostrowcu Republiki Ostrowieckiej.

Wydarzenia na ziemiach polskich, zainicjowane przez klasę robotniczą i lewicę, miały charakter niepodległościowy i społeczny, a zwalczały je środowiska endeckie, obszarników i kapitalistów – podsumowują autorzy uchwały.

Rewolucja lat 1905-1907 nie doprowadziła do upadku caratu, jednak wymusiła na nim poważne ustępstwa. Mikołaj II został zmuszony do wdrożenia zmian ustrojowych, które, nawet jeśli ich skala była ograniczona, stanowiły istotny wyłom w dotąd funkcjonującym systemie samodzierżawia. Zmiany zaszły również na ziemiach polskich pod zaborami. – Pojawiły się polskie instytucje – m.in. Polska Macierz Szkolna, ruch spółdzielczy – a język polski powrócił do urzędów gminnych – czytamy w uchwale. Na koniec Senat wzywa w niej do upamiętnienia rewolucyjnego zrywu i wspierania inicjatyw z tym związanych. Oby i to stało się faktem! Imprez ku czci „żołnierzy wyklętych” i innych bohaterów prawicy katolicko-narodowej mamy już wystarczająco dużo.

Pomieszanie z poplątaniem

Spór o to kto jest bardziej prawicowy i kto bardziej używa kłamstwa w uprawianiu polityki pomiędzy zaściankowo – narodowym PiS-em, a jeszcze bardziej dyktatorską Solidarną Polską Ziobry nabiera rumieńców.

PiS chce likwidacji wolnych mediów, ale Ziobro et consortes chcą tego jeszcze bardziej.
W każdym zamiarze wprowadzania zamordyzmu w kraju Ziobro chce bardziej niż prezes Kaczyński.
To się prezesowi nie podoba i wydał polecenie, by plujące jadem gęby od Ziobry zakneblować, czyli nie wpuszczać ich, do kiedyś publicznego radia i telewizji. Teraz swoje zrakowaciałe wizje kanthaki i kowalscy od Ziobry mogą promować tylko w mediach wolnych, które właśnie zaciekle zwalczają.
Tylko tam teraz mogą opowiadać o swoich planach. Tak więc chcą likwidacji wolnych mediów, które im umożliwiają wypowiedzi. Chcą, by media były tylko prawicowo- narodowe i pod ich zarządem, ale sam prezes, przy pomocy narzędzia, czyli Kurskiego zakazał im do TVP wstępu. Co z tego, że Kurski i Ziobro to sojusznicy w rozpieprzaniu kraju. Prezes Kaczyński jednym ruchem uczynił z nich wrogów.
Ziobrystom pozostaje odwrócenie kota ogonem. Zażądać likwidacji TVP, a optować za rozbudową wolnych mediów. Amerykanie będą bardzo zadowoleni i w dowód wdzięczności nie wycofają z naszego kraju swoich żołnierzy, których my zresztą utrzymujemy. Tak samo jak TVP, tyle że amerykanie każą sobie za pobyt więcej płacić.
1 września
Kolejna rocznica wybuchu II Wojny Światowej. Na wrocławskim Oporowie składamy kwiaty. Przemawiają rządzący i przedstawiają tamte wydarzenia wedle swojej wizji. …
Zaatakowali nas komuniści, a potem od zachodu weszli Niemcy…. Tak to mniej więcej brzmiało.
Polska była przed wojna pięknym krajem, a żołnierze dzielni. Nie wspomina się przy tej okazji jak tamtejsze dowództwo naczelne i elity wiały do Rumunii pozostawiając żołnierzy i kraj samych sobie. …Polska miała wtedy mocna armię. Jednak przeciwnicy byli jeszcze mocniejsi…. Taka to dzisiaj obowiązuje wersja.
Jest w tym jakaś analogia do dzisiejszych czasów. Nasza pokawałkowana i zdziesiątkowana kadrowo armia też w propagandzie wygląda wspaniale, ale rzeczywistym, też częściowo propagandowym, zabezpieczeniem jest parę tysięcy żołnierzy amerykańskich.
Tak jest. Ten kto ma władzę, decyduje o przeszłości – jak napisał Orwell.

Jak zostać bohaterem prawicy?

Kolejny już rok z rzędu, odbyły się przy Grobie Nieznanego Żołnierza w Warszawie państwowe uroczystości upamiętniające Brygadę Świętokrzyską. Na obchodach z udziałem asysty wojskowej byli obecni przedstawiciele władz i instytucji państwowych. W państwie PiS gloryfikowanie nazistowskich kolaborantów z NSZ tak nam już spowszedniało, że nikogo specjalnie nie rusza.

Uroczystość rozpoczęła msza w Katedrze Polowej Wojska Polskiego, a zakończyło oddanie wojskowych honorów ostatnim żyjącym żołnierzom Brygady i reprezentacyjny apel poległych przy Grobie Nieznanego Żołnierza. Słowem – pełna pompa, na jaką mało którzy bohaterowie polskiej historii mogą liczyć. A to przecież nie jedyna okazja, kiedy środowisko PiS – u oddaje hołd tej formacji. Głośno było chociażby o ostatniej interwencji ministra Michała Wosia w sprawie budowy pomnika

Brygady w Rząbcu.

PiS, który w swojej ,,polityce historycznej” tak silnie podkreśla na każdym kroku, że Polacy w żadnej sprawie nie współpracowali z Hitlerem i jest w stanie toczyć wojny z podrzędnymi gazetami z różnych krajów o użycie terminu ,,polskie obozy zagłady”, w tym przypadku wybiera sobie do otaczania kultem jedyną na całe wielkie polskie podziemie jednostkę, która otwarcie kolaborowała z nazistami. Musi przy tym angażować całe środowisko okołoipeenowskich ,,historyków”, aby za pomocą różnych fikołków intelektualnych ową współpracę ukryć albo zbagatelizować. I tak w oficjalnej wersji dziejów Brygady Świętokrzyskiej kolaboracji z III Rzeszą w ogóle nie ma (bo to ,,komunistyczna propaganda”), albo staje się ona ,,taktycznym sojuszem”, ,,strategicznym współdziałaniem” lub ,,chwilowym zawieszeniem broni”. A przecież chodzi o oficjalny układ, na mocy którego Brygada Świętokrzyska otrzymywała od hitlerowców zaopatrzenie, broń, leki, miejsca w szpitalach i kilku oficerów łącznikowych z Wehrmachtu i z SS, a docelowo miała objąć jeden z odcinków frontu. Po co tyle zachodu?
Odpowiedź jest całkiem prosta i tyczy się nie tylko Brygady Świętokrzyskiej. Chodzi o ,,walkę z komuną” – zasługę zasług, która w oczach prawicowców rozgrzesza ze wszystkich przewinień, nawet tych najbardziej niewygodnych i kompromitujących. Jak mówił w sienkiewiczowskim ,,Potopie” Zagłoba: ,, gdyby za każdego poganina, którego ta stara ręka do piekła wysłała, jeden grzech mi był odpuszczony, jużbym był kanonizowany i wigilią musielibyście do mnie pościć”. Wystarczy podmienić poganina na ,,czerwonego” i otrzymamy gotową instrukcję współczesnej prawicowej ,,kanonizacji” na bohatera historycznego.

Na tej podstawie na polskiej (i nie tylko) prawicy modne stają się kulty krwawych dyktatorów jak Franco i Pinochet, zbrodniarzy wojennych jak Léon Degrelle i Romuald Rajs czy formacji współpracujących z nazistami jak łotewskie dywizje SS i hiszpańska Błękitna Dywizja. Wszystkich, którzy zajmowali się zwalczaniem szeroko i osobliwie rozumianej ,,komuny”. Brygadę Świętokrzyską bowiem na tle polskiego podziemia wyróżniał fakt, że w przeciwieństwie do innych ugrupowań nie kwapiła się specjalnie do walki z Niemcami, za to bardzo chętnie i z zaangażowaniem zwalczała oraz denuncjowała przed gestapo partyzantów z Armii Ludowej czy Batalionów Chłopskich. Taka antykomunistyczna zasługa w pisowskiej mitologii nie może pozostać bez hojnej nagrody. Stąd przy każdej okazji tak żmudne i usilne próby ukrycia oczywistych faktów oraz budowania mitu niezłomnej, bohaterskiej formacji. Stąd państwowe uroczystości, kolejne pomniki i ,,demaskujące komunistyczną propagandę” publikacje, nawet za cenę nagięcia narracji o absolutnym braku współpracy Polaków z III Rzeszą. No ale czego się w końcu nie robi dla ,,bohaterów” z tak wielkim poświeceniem zwalczających znienawidzonych ,,czerwonych”?

Niezorganizowani głosu nie mają

Czego się nie robi, żeby pozyskać kilka procent wyborców skrajnej prawicy?

Rafał Trzaskowski zdążył w tym celu zapowiedzieć weto dla podnoszenia podatków (niestety polskiego systemu podatkowego, który służy bogatym, nikt i tak nie chciał ruszać) oraz zadeklarować się jako przeciwnik jednego z postulatów środowisk LGBT, które przecież głośno go popierają. Mateusz Morawiecki spróbował go przelicytować w bardzo typowy dla swojej formacji sposób: obiecał żywą gotówkę. Z nowego Funduszu Patriotycznego, obiecał w niedzielę, popłyną pieniądze do grup rekonstrukcyjnych, stowarzyszeń zajmujących się historią i badaczy, „którzy będą szerzyli myśl patriotyczną”. Wiadomo, w patriotycznej Polsce zadaniem badacza nie może być samo tylko badanie i wyciąganie wniosków, potrzeba jeszcze odpowiedniej, bogoojczyźnianej interpretacji.
Co jak co, ale wydawanie kasy na utrwalanie jedynego słusznego podejścia do przeszłości w Polsce kwitnie. Mamy IPN, bijący kolejne rekordy budżetowe, fabrykujący masowo niskich lotów antykomunistyczną, antylewicową produkcję, a dodatkowo ruszył w tym roku Instytut Myśli Narodowej (ten z Janem Żarynem na czele). Mamy Ministerstwo Kultury z jego kierownictwem, które nawet nie ukrywa, że chętniej wesprze wszelkiego sortu inicjatywy narodowe i katolickie niż cokolwiek innego. Mamy co roku na początku marca ogólnopolski festiwal wystaw, spotkań, mszy świętych i biegów „pamięci niezłomnych”. Tytułem kontrastu: uniwersyteckie wydziały historii, podobnie zresztą jak inne wydziały, narzekają na finansowy niedostatek. No, ale tam badacze – ciągle jeszcze w większej, a przynajmniej dużej części – zajmują się badaniem, a nie bieganiem tropem wilczym.
Po co więc obiecywać akurat zwiększenie budżetu na historię? To działacze organizacji nacjonalistycznych w całym kraju, animatorzy rozmaitych Narodowych Hajnówek czy Katowickich Patriotów mają usłyszeć, że władza uruchamia dla nich oficjalny kanał wsparcia. To zachwycający się NSZ-em wyborcy Bosaka mają dojść do wniosku, że popłyną do nich pieniądze. Będą jak krewni i znajomi powrzucani do spółek Skarbu Państwa, czy dobrze opłacani pracownicy telewizji publicznej. Mają tylko sobie przypomnieć, że przy żadnej władzy w Polsce nacjonaliści nie działali tak swobodnie i z takim poparciem… i 12 lipca się władzy odwdzięczyć.
Żeby zawalczyć o wdzięczność tych kilku procent, Morawiecki bez mrugnięcia okiem pluje w twarz pracownikom służby zdrowia, którym obiecał w pierwszej tarczy antykryzysowej zwiększenie wydatków na ten sektor i którzy dostają teraz żałośnie niskie wynagrodzenia za ratowanie życia chorych na Covid-19 współobywateli. Splunięcie dostaje się zresztą wszystkim pracownikom bez wyjątku, bo przecież jednym z głównych środków ratowania gospodarki przed skutkami pandemii jest cięcie wynagrodzeń. Po raz kolejny zlekceważono polskie szkoły – i nauczycieli, i uczniów, i rodziców – bo żaden ekstrafundusz na zorganizowanie z głową zdalnego nauczania podczas pandemii nawet nie przyśnił się naszym rządzącym.
Nie wspomnę już o inwestycjach w infrastrukturę, które gdzieś tam mignęły w pierwszej tarczy, czy o wiszących w powietrzu zwolnieniach w administracji publicznej, które uzasadniano absolutną koniecznością oszczędzania. A ostatnio było jeszcze odrzucenie senackiej poprawki podnoszącej dodatek solidarnościowy o 100 zł, jakby sam dodatek nie był obwarowany dodatkowymi warunkami.
Owszem, może być tak, że dodatkowe pieniądze na patriotów to taki sam przedwyborczy miraż, jak ów nieszczęsny dodatek solidarnościowy, który w pierwszej wersji miał być nie przypominającym jałmużnę uzupełnieniem zasiłku dla bezrobotnych, ale niezależnym świadczeniem, i to takim, które dawałoby setkom tysięcy ludzi jakiś grunt pod nogami w niepewnych czasach. Trochę nawet za tym przemawia: z jednej strony prawica nie zwykła ograniczać się w propagandzie, ale z drugiej – w zapowiedziach powstania funduszu nie padła żadna sugestia, kto będzie pieniądze dzielił ani żadna kwota, a przecież Mateusz Morawiecki uwielbia żonglować tysiącami i milionami. Przekonaliśmy się za to, kogo PiS uważa za grupę, której warto czymś dodatkowym pomachać przed nosem – i nie są to pracownicy, nawet jeśli na Dudę głosowali masowo.
PiS wierzy, że będą głosować dalej, bo na samo wspomnienie realiów rynku pracy za rządów PO czują złość, i jest to ciągle emocja mocniejsza niż te związane z obniżaniem wynagrodzeń podczas pandemii. PiS jest przekonany, że dalej będzie uchodzić za obrońcę prostych ludzi i żadne patologie władzy tego nie zepsują, bo poprzednie rządy wyjątkowo nisko ustawiły poprzeczkę dla uzyskania takiego statusu. PiS wie zresztą, że mamy taką przestrzeń medialną, że miliony Polek i Polaków w ogóle się o patologiach nie dowiedzą, podobnie jak o tym, że aspiracje do reprezentowania ich zgłaszają socjaldemokraci, z niezłym, napisanym dla pracujących obywateli programem.
Gdyby lewica zajmowała się – i mam tu na myśli dłuższą perspektywę, niż tylko ostatnią kampanię – w Polsce tym, co stanowi sens jej istnienia, czyli twardym reprezentowaniem klasy pracującej, narodowo-konserwatywna prawica nie mogłaby przyjmować takich założeń. A już na pewno w momentach kryzysu musiałaby rywalizować innymi hasłami, niż zapowiedź ekstra wydatków na propagandę. Lewica wolała jednak swojego czasu sama się poddać, a i potem, gdy teoretycznie odcięła się od najbardziej kompromitujących praktyk, nie zdobyła się na taką odwagę, dzięki której kiedyś, w historii, nie tylko zdobywała poparcie, ale i zmieniała świat.
PiS walczy więc nie o głosy zepchniętych do narożnika robotników, ale o poparcie tej grupy, która – w odróżnieniu od socjaldemokratów – nie zastanawia się, czy nie łagodzić języka i mitygować żądań, czy nie zastanowić się sto razy przed wyciągnięciem potencjalnie kontrowersyjnych symboli, czy warto rozpychać się w przestrzeni medialnej. Warto wyciągnąć z tego wnioski, zanim ostatnia polska pracownica uzna, że zgadza się na władzę konserwatywnej prawicy z całym jej nienawistnym inwentarzem, bo i tak nie dostanie niczego lepszego.

Czy być cwaniakiem, czy być frajerem…

… tylko ten pierwszy może zostać milionerem.

W swoich „Flaczkach tygodnia” nasz znakomity prześmiewca Piotr Gadzinowski zachęca do dzielenia się swoimi przemyśleniami i prowokuje do przysyłania swoich tekstów do coraz lepszych wydań TRYBUNY.Te wydania to przecież żywo redagowana gazeta polskiej lewicowości , której autorzy nie mają zamiaru się wstydzić.

Czytam TRYBUNĘ od wielu lat , podziwiam wspaniałe artykuły , które aż proszą się o wykonanie odbitek – jak w czasach „niezłomnej Solidarności”.
Ostatnio zainspirowały mnie refleksyjnie cztery artykuły :

– Rafała Skąpskiego „Przed rozmową z wnukami”
– Marka Barańskiego „Pisie misie”
– Piotra Jastrzębskiego – Księga wyjścia (51)
i Piotra Gadzinowskiego „Tacy azjatyccy Polacy” na których podstawie chciałbym podzielić się swoimi refleksjami.

Piotr Jastrzębski pisze m.in. „Żeby lepiej uzmysłowić w którym miejscu drabiny społecznej jesteśmy, jakiś czas temu przygotowałem pewną teorię……Prawdziwa wolność zaczyna się tam , gdzie kończy się strach o byt i bezpieczeństwo ekonomiczne.”  Jest to wg mnie jedno z kluczowych rozstrzygnięć , jakie trzeba podjąć w życiu. Często wśród moich koleżeństwa pokutuje takie powiedzonko „Jestem niezależny, mam swój rozum, wiem na kogo głosować i nikt mną nie będzie pomiatał.”

Piotr Jastrzębski kończy swój artykuł takim stwierdzeniem:

„Najsprytniejszą zagrywką kapitalistów było to , że wmówili ludziom , że każdy może zostać milionerem. Wciąż w to wierzycie?”. Często odpowiadam moim rozmówcom, że są zależni od ZUS-u. Nie dostaję odpowiedzi na pytanie:  „A co będzie jeśli ZUS nie wypłaci ci twej renty lub emerytury? Jest tylko gest machnięcia ręką i niedowierzania , że coś takiego może się stać.

Tu wracam do mego tytułu niniejszego artykułu. Kim być – cwaniakiem czy frajerem? Kolejny autor daje na to odpowiedź w tekście „Pisie misie”. Wytrawny znawca polskich realiów Marek Barański , przytacza nawet odpowiedź na wątpliwość – „Skąd się taki Miś wziął? M.in. Miś jak to Miś jest dzieckiem PRL-u” Jest to odpowiedź prześmiewcza. Bo ci, co trochę lat przeżyli, wiedzą dobrze, że takie misie pojawiają się w każdej epoce, w każdym ustroju, w każdej partii, w każdym środowisku. Słynne zawołanie pewnego klasyka doprecyzowało jednoznacznie „Kadry decydują o wszystkim”. Wielu działaczy zna to powiedzonko rozszerzająco:
„B-M-W – bierny , mierny ale wierny”. Nie jest to ładnie przytaczać tego typu przygany, bowiem wiemy, że wielokrotnie opieraliśmy się na takich „misiach” a co z tego wyszło, możemy sami sobie dopowiedzieć. Do dnia dzisiejszego nie możemy się dopracować takiej polityki kadrowej w naszych formacjach lewicowych , która by preferowała ludzi nieskazitelnych – jak choćby Krystyna Łybacka – cześć jej pamięci!

Rafał Skąpski w swym artykule „ Przed rozmową z wnukami” przedstawia wzorcową wręcz refleksję na temat pełnienia funkcji rządowych. Prawdą jest , że nie każdy dyplom uczelni jest oznaką mądrości właściciela, a funkcja rządowa nie jest żadnym wytłumaczeniem różnorodnych decyzji podejmowanych w imieniu rządzących. Trzeba wrócić do słynnego Procesu Norymberskiego , na którym każdy oskarżony powoływał się na wykonywanie rozkazów Fuhrera. To samo się dzieje dzisiaj.

Gdzie są wasze rozumy, drodzy ministrowie, wiceministrowie, dyrektorzy departamentów  urzędnicy każdego rządu , jeśli wykonywaliście rozkazy , nakazy, zalecenia, stanowiska itp. T u  l e ż y niezwykła odpowiedź na poczynania każdej władzy , która ma zawsze jakieś wytłumaczenia na swe decyzje. T o  s i ę  p o w i e l a w każdej władzy, w każdym ustroju ,bo to jest istota władzy. Żeby ją pełnić, trzeba wykonywać rozkazy, a później powoływać się na wodza, PolitBiuro, wyższą konieczność,
umiejętnie lawirować – b y ć  c w a n i a k i e m. Frajer będzie skazany na swoje zdanie, na swój umysł wobec niedorzeczności, na utratę dobrze płatnego stanowiska, na zgodę ze swoim sumieniem. Najgorsze jest to, że frajer ma przeważnie rację, że słynnego „a nie mówiłem” nikt nie chce słuchać. Wódz powiedział „tak ma być”, „wykonać”, „odmaszerować”, w ostateczności „zwalniam was”.

Od bardzo wielu lat nie dajemy sobie z tym rady.

Dość uważnie czytam TRYBUNĘ i zauważam takie teksty, po których chce się „wyć”, jak choćby artykuł dr Kazimierza Golinowskiego „Czy mogło pójść inaczej” i przedstawione procedury likwidacji polskich central handlowych, po tylu latach ujawnionych działań wręcz nieetycznych, dlatego nie akceptowanych przez uczciwych frajerów, oszukanych przez cwaniaków.  Tu dochodzimy do sedna sprawy. Patrząc na to, co się dzieje w polskiej polityce, dostrzegam jakąś dziwną manierę naszych polityków, czy to z obozu rządzącego, czy też opozycji, że nie wyciągają wniosków z naszych błędów i wypaczeń systemu demokratycznego.

Pierwszym błędem jest propaganda sukcesu.

Nikomu nie w smak jak ponosi porażkę, jest nawet powiedzonko „Zwycięzców się nie sądzi”. Uważam, że należy głośno mówić o rozliczaniu z prowadzonej polityki. Niech każdy polityk ma w swej świadomości , że za swe czyny zostanie sprawiedliwie rozliczony – i w zgodzie z prawem. Niech prawo znaczy prawo, a sprawiedliwość – sprawiedliwość. Musi nastąpić koniec z pobłażaniem.

Drugim błędem jest manipulacja historią Polski.

Może to banał – ale ocena czasów II Rzeczpospolitej, to także spojrzenie na klęskę 1939 roku i jej wszelkie konsekwencje. Jeśli straciliśmy wielkie połacie terenu, a konferencje Wielkiej Koalicji ustaliły nowe obszary Polski, to wysiłek historyków winien zmierzać ku uświadamianiu suwerena, że aktualny kształt Polski jest przez naród zaakceptowany, a kraj dobrze się w tym kształcie rozwijał. Może teraz – po niespotykanej nauczce koronawirusa – powinnniśmy przypominać na każdym kroku i w każdym czasie podstawowe hasło lat 20 i 30 XX wieku: „PRACY I CHLEBA”. To hasło było priorytetem lat PRL i ci, którzy obiektywnie na nie spoglądają, mogą potwierdzić, że obydwu nie brakowało. Dziś tymczasem hasło może znowu stać się aktualne.

Trzecim błędem jest niezwykle zagmatwana sytuacja w gospodarce kraju.
Tak nieśmiało można stwierdzić, że jest szansa na to, że Naród nie musi się bać o żywność polską. Jeśli zadbamy o prawidłową gospodarkę wodną, mamy szansę na pozytywny rozwój tej produkcji. Władze socjalistyczne nie umiały rozwinąć zagadnień zaopatrzeniowych w podstawowe środki do egzystencji. Mimo, że stworzono PSS-y, GS-y, MHD-my, to zawsze czegoś brakowało, a już wyjątkowo smutne było wprowadzanie przydziałów kartkowych. Dziś już o to martwić się nie trzeba.

Natomiast niezwykle ważnym zagadnieniem jest powrót do nieźle rozwiniętych różnorodnych gałęzi przemysłu. Tu się kłaniają doskonałe artykuły Piotra Gadzinowskiego – specjalisty wysokiej klasy od spraw chińskich i wietnamskich. Jeśli są te dwa kraje, z którymi mieliśmy doskonałe kontakty gospodarcze i polityczne, a w przypadku Wietnamu także społeczne (Łódź była pełna studiujących Wietnamczyków), to należy iść w tym kierunku, a nie szukać fałszywych przyjaciół na II półkuli.

Błąd czwarty – to stosunki Państwo – Kościół.

Jeśli Naród przyznaje się do przynależności do Przedmurza Chrześcijaństwa, to niech nim będzie. Jeśli tradycja w tej materii jest nie do dyskusji, to trzeba wolę Narodu uszanować. Choć my, działacze Lewicy wiemy, jak jest naprawdę, to niech to będzie zmartwieniem hierarchów. Natomiast musimy prowadzić dialog z Narodem, jak ma wyglądać państwo świeckie. Aż się prosi przypomnienie Episkopatowi, co to jest teologia wyzwolenia. Niewiele w tej materii czynimy.

Błąd piąty – to reakcja na konflikty społeczne.

Może mi ktoś zarzucać, że tak uparcie zwracam uwagę partii lewicowych na reakcje antykryzysowe, szczególnie konflikty społeczne i sposób ich rozwiązywania, ale nie wyobrażam sobie, aby rozwiązywać je siłowo. Tu władza ludowa zachowała się jak przedwojenne siły reżimowe , czyli strzelając i zabijając demonstrujących. To jest nie do pomyślenia w dzisiejszych czasach. W roku 1989 pokazaliśmy , że można władzę oddać pokojowo. „SOCJALIZM TAK – WYPACZENIA NIE”. Co z tego wyszło – dziś ani śladu po socjalizmie, ale wypaczeń nie zlikwidowano.

Przyszedł więc czas rozliczenia – PRL utrzymał się 40 lat, nowa Rzeczpospolita ma już prawie 31 lat. Mamy bardzo wielu mądrych naukowców, praktyków gospodarczych, działaczy społecznych
i politycznych. Może przyszedł czas wystawienia rachunku? Wystawmy go!

Generał Franco – fetysz polskiej prawicy

Przeglądając, choćby pobieżnie, teksty prawicowych publicystów bez trudu można zauważyć, jaka zagraniczna postać historyczna cieszy się wśród nich największym szacunkiem – to bez wątpienia generał Francisco Franco. Jego postać jak w soczewce skupia w sobie największe i najbardziej skrywane marzenia polskiej prawicy.

Biografii Franco nie trzeba nikomu przedstawiać. Obalił on zbrojnie demokratycznie wybrany rząd, pogrążył kraj w krwawej wojnie domowej,uczynił z własnej ojczyzny poligon doświadczalny dla hitlerowskiej machiny wojennej oraz przez prawie 40 lat stał na czele wojskowo – klerykalnego reżimu terroryzującego Hiszpanię. Jego zbrodnie kosztowały życie ok. 200 000 ludzi, przede wszystkim bezbronnych cywilów, mordowanych w trakcie wojny domowej i po jej zakończeniu. Zorganizowany aparat terroru gen. Franco i niczym nieograniczone okrucieństwo jego żołnierzy bez litości topiły każdą zdobywaną prowincję we krwi. Pozbawił wszelkich praw ludzi pracy i kobiety, a całe społeczeństwo poddał absolutnej władzy generalskiej junty i hierarchów Kościoła Katolickiego. Rany zadane przez dyktatora Hiszpanii nie zabliźniły się po dziś dzień.

Te wszystkie ,,osiągniecia” bardzo imponują polskiej prawicy.
Nie mówię tutaj bynajmniej o kibolskich marszach czy tajnych spotkaniach radykałów. Artykuły chwalące dyktatora pojawiają się bez skrępowania na łamach mediów, mających na prawicy rangę opiniotwórczych.
Inicjatorem ,mody na Franco było środowisko dziennikarzy tygodnika ,,Do Rzeczy”. Tamtejszy miesięcznik pseudohistoryczny już w 2014 r. uczynił generała okładkowym bohaterem jednego z numerów (10/2014), tytułując go mianem ,,pogromcy komuny”. W peanach na jego cześć przodował sam redaktor naczelny Piotr Zychowicz. Nazywa on wygraną lewicy w demokratycznych wyborach ,,największym zagrożeniem w historii Płw. Iberyjskiego. Znacznie poważniejszym niż podbój przez Rzymian, najazd Wizygotów, późniejsze panowanie Arabów czy inwazja Napoleona”. W jego mniemaniu generał ratował ojczyznę ,,przed pogrążeniem się w czerwonym bagnie. Chciał przywrócić w niej ład, harmonię i bezpieczeństwo” i ,,był jednym z największych mężów stanu swojej epoki”. Jego żołnierzy Zychowicz nazywa ,,heroicznymi obrońcami najbardziej chwalebnych europejskich wartości”.

Zbrodnie frankistów kwituje uwagą, że ,,spadły one głównie na ludzi zaangażowanych w czerwony aparat przemocy”. Za przykładem Zychowicza idą re(d)akcyjni koledzy. Maciej Rosalak w swoim tekście oburza się na ,,kłamliwą lewacką propagandę wymierzoną w generała” i w odpowiedzi serwuje czytelnikom własną litanię ,,zasług” Franco.

Miałyby być to: uchronienie kraju przed kolejną wojną domową (?), pacyfikacja lewicowej partyzantki i ,,obrona wiary”. Na koniec określa Hiszpanię pod rządami generała mianem ,,dobrze prosperującego i pojednanego wewnętrznie państwa”. Dla Tomasza Terlikowskiego Franco to ,,Zniesławiony bohater”, a Sławomir Cenckiewicz, członek kolegium IPN, Opublikował na Twitterze zdjęcie republikanów celujących do religijnej figurki wraz z opisem: ,,Generale Franco wielka wdzięczność za zatrzymanie tych barbarzyńców! Pamięć na zawsze!”. Inny autorytet polskiej prawicy, Rafał Ziemkiewicz, pochwalił się zdjęciem z kawiarni w Tangerze, gdzie ,,w czasie swej afrykańskiej służby pijał poranną kawę gen Franco, wieczna mu chwała!”.

Jan Żaryn, który ostatnio na pocieszenie po przegranych wyborach do senatu otrzymał od PiS-u posadę arcykapłana kultu Dmowskiego i ONR-u, w wywiadzie dla ,,Rzeczpospolitej” otwarcie przyznaje się do swoich frankistowskich sympatii. O generale mówi, że ,,bronił cywilizacji chrześcijańskiej”, jego żołnierzy zaś nazywa ,,obrońcami najważniejszego i najdoskonalszego w Europie systemu ładu społecznego, budowanego na wartościach chrześcijańskich”. Nie ukrywa także, że ,,ma problem z nazywaniem ludzi generała Franco zbrodniarzami”, a większość oskarżeń wobec nich ,,ma charakter czysto ideologiczny i propagandowy”. Publicysta ,,Sieci”, Łukasz Adamski, idzie w swoich laudacjach na cześć Franco jeszcze dalej. Pisze: ,,fakty są takie, że Franco uratował Hiszpanię i prawdopodobnie Europę przed stalinowskim totalitaryzmem. Był (…) obrońcą tradycji i chrześcijańskiej cywilizacji” i nazywa generała ,,wybitnym mężem stanu i wizjonerem”.

Sprawa jest o wiele poważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Franco umarł, ale wizja narodowo – katolickiego autorytaryzmu ma się całkiem dobrze. Ta nieskrywana sympatia większej części polskiej prawicy obrazuje zagrożenie, które nazwał słoweński filozof Slavoj Žižek – wdzieranie się tzw. lekkiego faszyzmu do głównego nurtu debaty. Wyrażanie się z podziwem o Hitlerze czy Mussolinim ciągle jest nieakceptowane, dlatego prawica w swoich autorytarnych ciągotach ucieka się do promowania mniej znanych dyktatorów jak Franco, Salazar, Horthy czy Pinochet. Idealizując te postaci stara się oswoić ludzi z postulatami autorytarnymi i tym samym podkopać fundamenty naszej demokracji, które nie powinny podlegać dyskusji. Od chwalenia krwawych dyktatorów już bowiem tylko krok do wzięcia ich postulatów na swoje sztandary.

Przyglądając się nagłówkom tekstów o Franco rzuca się także w oczy powtarzalność sformułowań w stylu ,,pogromca”, ,,zbrojnie poskromił”, ,,zdeptał łeb lewicy” , ,,unicestwił” ,,rycerz” czy ,,krzyżowiec”. Jak widać, żeby zostać idolem prawicy nie trzeba przekonać do swoich poglądów większości społeczeństwa, tylko zbrojnie obalić legalny rząd oraz zdobyć władzę, topiąc kraj we krwi. Powinno to przypomnieć nam, że dla większości konserwatystów demokracja nie jest ani naturalna, ani pożądana. Funkcjonują w niej , jednak gdy tylko pojawi się szansa na prawicowe rządy autorytarne, z ochotą ruszając im służyć. Było tak w przypadku hiszpańskich konserwatystów, którzy po porażce wyborczej w 1936 roku tłumnie przyłączyli się do puczystów Franco oraz zasilili kadry jego biurokracji i aparatu terroru. Obecna służalczość prawicowych mediów wobec rządów PiS-u stanowi jedynie kolejne potwierdzenie tego faktu.